- Opowiadanie: drakaina - We mgle

We mgle

Hasła: Para w tłoki + Im­pe­rium le­chic­kie

 

Uni­wer­sum opo­wia­dań:

Por­tret Naj­ja­śniej­sze­go Pana

Na po­łu­dniu bez zmian

Fun­da­ment Im­pe­rium

Tyle że trosz­kę mniej po­waż­nie.

 

Ob­ra­zek stąd: http://www.mi3dot.org/gallery/original/17225/

Cy­ta­cik z Apo­ka­lip­sy – prze­kład Bi­blii Gdań­skiej.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

We mgle

Wrze­sień 1869

 

– Jakie, u dia­bła, im­pe­rium! – ryk­nął spi­żo­wym gło­sem pre­mier, pod­no­sząc wzrok znad roz­ło­żo­nej na stole mapy, choć palec wska­zu­ją­cy nadal tkwił oskar­ży­ciel­sko w punk­cie, który przed chwi­lą wska­zał jeden z woj­sko­wych. – To – palec raz jesz­cze za­stu­kał w nie­szczę­sne miej­sce – to ma być im­pe­rium?

Ge­ne­rał von Molt­ke, opro­mie­nio­ny nie­daw­ną sławą zwy­cięz­ca spod Königgrätz, sku­lił się na te słowa, jakby był ka­de­tem besz­ta­nym przez po­rucz­ni­ka na pierw­szych ma­new­rach. Ka­pi­tan Anton Wolff, jego świe­żo upie­czo­ny ad­iu­tant, mógł­by się za­ło­żyć, że ge­ne­rał ma­rzył wła­śnie o po­wro­cie na dwór suł­ta­na i or­ga­ni­zo­wa­niu tu­rec­kiej armii.

– Le­chic­kie, tak twier­dzą Au­stria­cy – wy­du­sił z sie­bie von Molt­ke gło­sem, ja­kie­go chyba nikt w ca­łych Pru­sach by się po nim nie spo­dzie­wał.

Od­po­wie­dział mu me­ta­licz­ny stu­kot – pre­mier po­wol­nym kro­kiem kie­ro­wał się ku do­rad­com.

Wszy­scy obec­ni po­pa­trzy­li po sobie z prze­ra­że­niem, po­nie­waż twarz von Bi­smarc­ka była czer­wo­na, a oczy wy­ska­ki­wa­ły z orbit, jakby miały w każ­dej chwi­li eks­plo­do­wać.

– Nie bę­dziesz mi tu pan po­wta­rzał tego, co już wiem!

Pięść ude­rzy­ła w stół, który za­trząsł się, jak zdzie­lo­ny że­la­zną ma­czu­gą, choć wia­do­mym było, że po za­ma­chu sprzed trzech lat, w któ­rym cudem ura­to­wał życie, pre­mier ma me­ta­lo­we nogi, a nie ręce. Naj­wy­raź­niej, po­my­ślał Wolff, siła udzie­li­ła się po­zo­sta­łym koń­czy­nom.

Bi­smarck uniósł mapę w dwóch pal­cach i po­de­tknął ją von Molt­ke­mu przed nos.

– To – syk­nął, wska­zu­jąc znów kon­kret­ny punkt – to jest ob­szar mniej­szy od Ber­li­na! Co tam Ber­li­na! Mniej­szy od Pocz­da­mu! I wy mi mó­wi­cie, że to im­pe­rium?!

Sto­ją­cy do­tych­czas pod ścia­ną ge­ne­rał von Bit­ten­feld pod­szedł do stołu.

– Może to i jedna wio­ska – oznaj­mił, wy­raź­nie siląc się na fleg­ma­tycz­ność – ale ponoć sta­wia opór za­rów­no Ro­sja­nom jak i Au­stria­kom. Nikt się nie prze­ci­śnie.

– Że tym ostat­nim, to nie dzi­wo­ta – prych­nął von Molt­ke. – Ich dok­try­na wo­jen­na…

– Przy­po­mi­nam, że mają w po­bli­żu cał­kiem so­lid­ną twier­dzę – za­uwa­żył trzeź­wo hra­bia von Roon, mi­ni­ster wojny.

– Twier­dzę, twier­dzę. – Von Molt­ke prze­wró­cił ocza­mi. – Oni nie by­li­by w sta­nie nawet jej po­rząd­nie ob­sa­dzić.

– Pa­no­wie – naj­wy­raź­niej nieco uspo­ko­jo­ny graf von Bi­smarck odło­żył mapę na stół – to, że trzy lata temu po­ko­na­li­śmy bez trudu Au­stria­ków, że zmu­si­li­śmy ich do so­ju­szu i że mamy wzglę­dem nich plany, nie ozna­cza, że po­zby­li­śmy się kło­po­tów. Może to ich spraw­ka?

Za­pa­dło mil­cze­nie. Wszy­scy po­chy­li­li się nad mapą.

– W czym w za­sa­dzie jest pro­blem? – za­py­tał po dłuż­szej chwi­li mi­ni­ster wojny von Molt­ke­go. – Prze­cież wy­star­czy tam po­słać mały od­dział, może i au­striac­ki, niech się wy­ka­żą jako so­jusz­ni­cy.

Za­pa­dło jesz­cze głęb­sze mil­cze­nie. I trwa­ło “ja­ko­by przez pół go­dzi­ny”, uznał Wolff, nie ośmie­la­ją­cy się nawet prze­stę­po­wać z nogi na nogę.

W końcu von Molt­ke od­chrząk­nął, strzep­nął nie­wi­docz­ny pyłek z mun­du­ru, wy­pro­sto­wał się na bacz­ność, zu­peł­nie ni­czym nie­pew­ny od­po­wie­dzi uczeń.

– Jak pa­no­wie wie­dzą, pod­sta­wą umie­jęt­nie pro­wa­dzo­nej kam­pa­nii wo­jen­nej jest lo­gi­sty­ka. Po­cią­gi. Dla­te­go w naj­bliż­szych la­tach całe kró­le­stwo Prus oraz zie­mie so­jusz­ni­ków, aż do sa­mych gra­nic Rosji, Fran­cji i Włoch, musi po­kryć sieć ko­le­jo­wa, zdol­na za­opa­trzyć do­wol­nie dużą armię w prze­cią­gu…

– Star­czy. – Bi­smarck mach­nął ręką, uci­na­jąc ty­ra­dę. – Pań­skie po­glą­dy na ten temat znamy aż za do­brze, zga­dza­my się z nimi, a in­ży­nie­ro­wie już pra­cu­ją za­rów­no u nas jak i w Au­strii nad po­pra­wą stanu rze­czy, jeśli cho­dzi o kolej że­la­zną. Przy całej gra­ni­cy ro­syj­skiej będą bu­do­wa­ne ma­ga­zy­ny żyw… O co cho­dzi? – Pre­mier zmarsz­czył groź­nie brwi.

Ge­ne­ra­ło­wie po­pa­try­wa­li po sobie nie­pew­nie.

– Tak, tak – po­wie­dział obo­jęt­nym tonem von Bit­ten­feld. – Bu­du­je­my, bu­du­je­my, a tam wła­śnie nie da się nic zbu­do­wać. Tak mówią Au­stria­cy.

Pre­mier zmie­rzył wszyst­kich takim spoj­rze­niem, jakby do­bit­nie chciał im po­wie­dzieć, co sądzi o au­striac­kim ga­da­niu.

 

***

 

Woj­ciech Cho­choł po­pra­wił ka­po­tę, otrzą­sa­jąc ją z resz­tek słomy. Cały dzień spę­dził w obo­rze, a teraz miał prze­mó­wić do swego ludu, toteż mu­siał się pre­zen­to­wać god­nie. Na­stęp­nie od­kaszl­nął i wy­szedł przed sto­do­łę, gdzie usta­wił już był starą becz­kę, słu­żą­cą mu za mów­ni­cę.

– Bra­cia Le­chi­ci! – roz­po­czął, jak zwy­kle.

W tłu­mie ze­bra­nym przed sto­do­łą dało się sły­szeć en­tu­zja­stycz­ne po­mru­ki­wa­nia.

– Dziś mija ko­lej­na mie­sięcz­ni­ca tej wie­ko­pom­nej daty, kiedy to na­tchnie­ni przez Naj­święt­szą Pa­nien­kę oraz wszyst­kich prze­szłych i przy­szłych pol­skich świę­tych – za­wie­sił na chwi­lę głos, wsłu­chu­jąc się w ra­du­ją­cy serce ro­sną­cy en­tu­zjazm po­bra­tym­ców – po­sta­no­wi­li­śmy dać odpór za­ra­zie, która tylko czeka, by na­pluć nam w twarz i dzie­ci zger­ma­nić!

Ude­rze­nia wi­dła­mi w zie­mię, wi­dła­mi w widły i wi­dła­mi w głowy po­bra­tym­ców upew­ni­ły mówcę, że prze­kaz tra­fia do od­bior­ców.

– Dla­te­go jesz­cze moc­niej niż do­tych­czas bę­dzie­my opie­rać się za­ku­som wy­ra­sta­ją­cej nam tuż za pło­tem po­tę­gi!

Wska­zał trzy­ma­ną w ręce kło­ni­cą w stro­nę płotu znaj­du­ją­ce­go się tuż za sto­do­łą: ponad szta­che­ta­mi, w sza­ro-si­nej mgle po­ły­ski­wa­ły złote szpi­kul­ce heł­mów. Nieco dalej, w okry­wa­ją­cej po­bli­ską rzecz­kę mgieł­ce, snuły się syl­wet­ki kon­nych pa­tro­li.

– Nie damy wpro­wa­dzić na naszą zie­mię dia­bel­skie­go wy­na­laz­ku! – grzmiał dalej, ku ucie­sze ze­bra­nych. – Nie­miec chce, coby nam tu że­la­zne smoki jeź­dzi­ły? No to my mu po­ka­że­my, co zna­czy le­chic­ki Dra­tew­ka!

Krót­ko na­pa­wał się efek­tem, jakie wy­wo­ła­ła ta butna de­kla­ra­cja, al­bo­wiem z ostat­nie­go rzędu ode­zwał się stary Klima.

– Adyć u nas ni­ko­go ta­kie­go ni mo!

Za­cu­kał się Woj­ciech Cho­choł, ale tylko na chwi­lę, bły­sła mu bo­wiem bły­sko­tli­wa myśl w gło­wie, co ją miał nie od pa­ra­dy.

– Głu­pi­ście, Klimo! – ryk­nął.

Od­po­wie­dział mu har­mi­der wideł ude­rza­ją­cych o widły i w łeb Klimy.

Tak za­koń­czył się wiec, na któ­rym osta­tecz­nie po raz ko­lej­ny ura­dzo­no, że w wio­sce nie­po­ko­na­nych Le­chi­tów nie bę­dzie kolei że­la­znej.

 

Paź­dzier­nik 1869

 

Przez wiele dni po na­ra­dzie u pre­mie­ra Anton Wolff mie­wał kosz­mar­ne sny. Śniło mu się, że sie­dzi w pa­ro­wo­zie zmie­nia­ją­cym się w ogrom­ne­go smoka, do­sia­da­ne­go przez sa­me­go grafa Bi­smarc­ka, że zio­nąc ogniem pędzi przez ga­li­cyj­skie ru­bie­że mo­nar­chii habs­bur­skiej, aż nagle na­bi­ja się na widły i wpada z im­pe­tem do rzeki, która wy­pa­ro­wu­je w ze­tknię­ciu z masą roz­grza­ne­go że­la­stwa.

Teraz zmie­rzał ku tym ru­bie­żom po­cią­giem, słu­cha­jąc mo­no­ton­nej ga­da­ni­ny au­striac­kie­go wy­słan­ni­ka, który miał go wta­jem­ni­czyć w spra­wę. Mar­kus Trämmer roz­ta­czał przed An­to­nem po­nu­rą wizję spo­wi­tej w nie­prze­nik­nio­ną mgłę oko­li­cy, w któ­rej sły­chać je­dy­nie szczęk że­la­stwa i dziw­ne sze­le­sty, a od czasu do czasu echo gło­sów, jakby ktoś wy­gła­szał prze­mo­wy. I z któ­rej kilka mie­się­cy temu, kiedy po raz pierw­szy w oko­li­cę wkro­czy­li in­ży­nie­ro­wie ko­le­jo­wi, wy­szedł chudy jak szcza­pa męż­czy­zna w chłop­skiej ka­po­cie wy­glą­da­ją­cej, jakby do­pie­ro co prze­rzu­cał słomę w sto­do­le, i oznaj­mił, że wara wszyst­kim od Im­pe­rium Le­chi­tów.

Od tam­te­go czasu nikt nie prze­stą­pił gra­ni­cy wio­ski.

– Nie da się – po­wta­rzał Trämmer w kółko to, co Wolff wie­dział już z na­ra­dy. – Nikt nie przej­dzie.

Wy­sie­dli na dwor­cu w Kra­ko­wie i dalej ru­szy­li po­wo­zem – przez nędz­ne przed­mie­ścia i pod­mo­kłe, ba­gni­ste łąki, wzdłuż torów ko­le­jo­wych na pół­noc. Anton nie do­py­ty­wał – wie­dział, że szyny lada mo­ment się skoń­czą, a prze­je­chać po nich mo­gła­by na razie co naj­wy­żej dre­zy­na.

Po pół go­dzi­nie zo­ba­czy­li po lewej wiel­ki obóz woj­sko­wy. Mi­nę­li go i ich oczom uka­zał się widok za­iste fra­pu­ją­cy: po dru­giej stro­nie nie­rów­nej, wy­bo­istej drogi, nad łą­ka­mi uno­si­ła się mgieł­ka, naj­wy­raź­niej prze­cho­dzą­ca dalej w po­tęż­ny wał mgły.

Wolff zer­k­nął na mapę. Nieco na wschód do­strzegł linię rzeki.

– Na takim te­re­nie mgła to nie dzi­wo­ta – mruk­nął.

Zer­k­nął do tyłu, na ob­wa­ło­wa­nia obozu woj­sko­we­go. Nie po­tra­fił oprzeć się po­czu­ciu, że so­jusz­ni­cy po pro­stu nie chcą się wy­wią­zy­wać z po­sta­no­wień za­war­te­go nie­daw­no trak­ta­tu, któ­re­go od­le­głym celem miała być od­bu­do­wa Świę­te­go Ce­sar­stwa… O czym nie­ko­niecz­nie na razie wie­dzie­li Au­stria­cy.

Ski­nął na Trämmera.

– Weź pan mały od­dział żoł­nie­rzy, idzie­my na re­ko­ne­sans.

Au­striak po­zie­le­niał.

– Eks.. Eksce… Eks­ce­len… Eks­ce­len­cja raczy żar­to­wać?

– Po pierw­sze nie je­stem żadną eks­ce­len­cją – żach­nął się Wolff – po dru­gie wy­ko­nać roz­kaz.

Żoł­nie­rze wraz z ka­pra­lem, któ­rzy sta­nę­li chwi­lę póź­niej przed pru­skim wy­słan­ni­kiem też mieli nie­tę­gie miny, mimo że, co nie­trud­no było za­uwa­żyć, nie byli to mło­dzian­ko­wie z ostat­nie­go po­bo­ru, ale wia­ru­sy, które w sześć­dzie­sią­tym szó­stym za­pew­ne sta­wia­ły czoła von Molt­ke­mu pod Königgrätz.

– O co cho­dzi? – Wolff zwró­cił się do ka­pra­la, któ­re­go twarz była mniej wię­cej w tym samym ko­lo­rze co szary po­lo­wy mun­dur.

– Tam, panie ka­pi­ta­nie, same dia­bły sie­dzą – od­parł z prze­ko­na­niem, choć nieco drżą­cym gło­sem, pod­ofi­cer. Miał mocny sło­wiań­ski ak­cent. – Nasi pod­cho­dzi­li, to ob­ry­wa­li go­rzej jak od, za prze­pro­sze­niem pań­skim, pru­skich ba­gne­tów. Jażem wal­czył pod Sa­do­wą, to…

– Dość – uciął ofi­cer. – Da­waj­cie roz­kaz do wy­mar­szu, ka­pra­lu…

– Pra­szek, panie ka­pi­ta­nie!

Chwi­lę póź­niej żoł­nie­rze, po­włó­cząc nie­znacz­nie no­ga­mi – jakby chcie­li po­ka­zać, że bar­dzo, ale to bar­dzo nie uśmie­cha im się marsz we wska­za­nym przez do­wódz­two kie­run­ku – ru­szy­li.

Pru­ski ofi­cer wsko­czył na przy­pro­wa­dzo­ne­go mu konia, po­ka­zu­jąc ocią­ga­ją­ce­mu się Trämme­ro­wi, że ma zro­bić to samo.

Czoło nie­wiel­kiej ko­lum­ny nikło już we mgle, toteż Wolff spiął konia i pod­je­chał do przo­du. Wierz­cho­wiec za­rżał, kiedy lepka, nie­przy­jem­na mgła oto­czy­ła ich ze wszyst­kich stron. W mlecz­nym świe­tle bie­la­ły pnie brzóz, a za nimi ma­ja­czy­ły ciem­niej­sze kształ­ty.

Potem ka­pi­tan usły­szał dźwię­ki. Naj­pierw cze­goś, co brzmia­ło bar­dziej jak my­śliw­ski róg niż woj­sko­wa sy­gna­tur­ka. Od­po­wie­dział temu gło­so­wi brzęk me­ta­lu o metal, po­krzy­ki­wa­nia. Mgła gęstniała, nie widać było nawet żoł­nie­rzy ma­sze­ru­ją­cych tuż obok. Przez myśl Wolf­fa prze­mknę­ło, że to rze­czy­wi­ście nie wy­glą­da jak na­tu­ral­ne zja­wi­sko, lecz jakaś dia­bel­ska sztucz­ka.

W tej samej chwi­li roz­le­gły się pełne bólu krzy­ki, a biel mgły prze­cię­ły… Za­iste, wy­glą­da­ło to jak ba­gne­ty.

Koń za­rżał i sta­nął dęba, omal nie zrzu­ca­jąc jeźdź­ca. Ofi­cer zdo­łał uspo­ko­ić zwie­rzę, za­klął szpet­nie i wy­cią­gnął broń. Wbrew wszel­kiej wie­dzy pod­ręcz­ni­ko­wej, która wrzesz­cza­ła do niego z głębi pa­mię­ci i umy­słu, z sza­blą unie­sio­ną nad głową runął w kie­run­ku tego, co wedle tejże wie­dzy pod­ręcz­ni­ko­wej było czwo­ro­bo­kiem pie­cho­ty.

I zarył wraz z ko­niem w błot­ni­ste dno płyt­kiej rzecz­ki. Po­czuł, że sio­dło zsuwa się po koń­skim grzbie­cie – naj­wy­raź­niej pu­ścił po­pręg – on sam zaś wpada w zimny nurt. Zdą­żył wy­mam­ro­tać coś pod nosem o ho­no­rze Prus, zanim woda unie­moż­li­wi­ła mu wy­da­wa­nie ar­ty­ku­ło­wa­nych dźwię­ków.

Wy­do­stał się na brzeg, mokry i zzięb­nię­ty. Koń stał na środ­ku rzeki i przy­glą­dał mu się z czymś na kształt za­cie­ka­wie­nia po­łą­czo­ne­go z dez­apro­ba­tą.

Wolff nie miał jed­nak czasu na roz­wa­ża­nie hu­mo­rów ru­ma­ka, nad sobą uj­rzał bo­wiem od­dział ko­za­ków, przy­pa­tru­ją­cych mu się z nie­wąt­pli­wym za­cie­ka­wie­niem i nie­wąt­pli­wą dez­apro­ba­tą. Umun­du­ro­wa­ny, nie­au­to­ry­zo­wa­ny ofi­cer na te­re­nie ob­ce­go pań­stwa mógł w pa­nu­ją­cych obec­nie w całej Eu­ro­pie na­pię­tych sto­sun­kach zo­stać uzna­ny za casus belli, toteż ka­pi­tan szyb­ko wsko­czył z po­wro­tem do rzeki, po­cią­gnął konia za uzdę i wspiął się na au­striac­ki brzeg.

A ra­czej usi­ło­wał się wspiąć. Albo trawa była tak śli­ska, albo też ja­kieś inne siły były tu czyn­ne, w każ­dym razie nie po­wio­dło się. Wolff ska­pi­tu­lo­wał i po­pro­wa­dził konia w dół biegu rzecz­ki, w na­dziei, że w końcu zdoła się wy­do­stać na so­jusz­ni­czy brzeg.

Udało mu się sporo dalej. Zły i brud­ny po­pra­wił po­pręg, wsiadł i ru­szył z po­wro­tem. Po może kwa­dran­sie na­tknął się znów na mgłę. Tym razem nie za­mie­rzał ata­ko­wać – pi­sto­let za­mókł pod­czas przy­mu­so­wej ką­pie­li w wo­dzie, zresz­tą dia­bli wie­dzą, gdzie ka­pi­tan by wy­lą­do­wał, gdyby pró­bo­wał strze­lać.

Zsiadł z konia i bar­dzo po­wo­li wpro­wa­dził go w mgłę.

 

***

 

Bła­żek od Czep­ców gadał jak na­ję­ty, ma­cha­jąc rę­ka­mi i wy­krzy­ku­jąc co rusz akty strze­li­ste, aż stary Mi­ko­łaj­czyk mu­siał go zdzie­lić po łbie, żeby wy­do­być z chło­pa­ka co­kol­wiek zro­zu­mia­łe­go.

– Widmo? Koń biały we mgle? – do­py­tał w końcu na wszel­ki wy­pa­dek. – I ry­cerz jakiś? Trza Cho­cho­ła uwia­do­mić.

Po­de­rwał się i po­gnał ni­czym mło­dzik do sadu za domem, gdzie Woj­ciech lubił prze­sia­dy­wać, kiedy nie prze­ma­wiał do chło­pów.

Kwa­drans póź­niej cała wieś wy­le­gła pa­trzeć, jak na gra­ni­cy za­bu­do­wań błąka się cień, a za nim po­stę­pu­je jako żywo koń biały.

Padli chło­pi na ko­la­na, a Woj­ciech Cho­choł wy­stą­pił i prze­mó­wił.

– Wi­dzi­cie teraz, że ino­śmy wroga prze­gna­li, to nam znak nie­bio­sa ze­sła­ły! Długo jesz­cze wpraw­dzie przyj­dzie nam błą­kać się we mgle, lecz wkrót­ce na­dej­dzie ten dzień, kiedy nasze im­pe­rium wy­ro­śnie na po­tę­gę, przy któ­rej zbled­ną wszyst­kie inne, i wszy­scy mo­ca­rze świa­ta uklęk­ną przed mocą Le­chi­tów…

Ze wszyst­kich gar­deł wy­do­sta­ło się na­boż­ne wes­tchnie­nie. Nie, nie ze wszyst­kich.

– Nie bę­dzie Le­chi­ta pluł nam w twarz! – roz­legł się z tyłu głos sta­re­go Klimy, tym razem bar­dzo wy­raź­nie pod­chmie­lo­ne­go.

Za­cu­kał się Woj­ciech Cho­choł, lecz tylko na chwi­lę.

– Głu­pi­ście, Klimo! – ryk­nął.

Paru chło­pów dla pod­kre­śle­nia racji przy­wód­cy za­czę­ło okła­dać Klimę czym mieli pod ręką.

I nawet nie za­uwa­ży­li, że wid­mo­wy ry­cerz po­błą­kał się jesz­cze chwi­lę, pu­ścił wodze konia, schy­lił się po coś, a potem wspiął się na sio­dło i od­je­chał w siną dal, po­zo­sta­wia­jąc za sobą wieś.

 

Li­sto­pad 1869

 

Mie­siąc póź­niej Anton Wolff wy­sia­dał na kra­kow­skich Bło­niach z gon­do­li nie­du­że­go ste­row­ca, która wdzięcz­nie spły­nę­ła ku ziemi. Na ogrom­nej łące zgro­ma­dził się tłum żąd­nych sen­sa­cji miesz­czan, paru gry­zi­piór­ków z lo­kal­nych gazet kie­ro­wa­ło to­wa­rzy­szą­cy­mi im fo­to­gra­fa­mi, usi­łu­jąc zna­leźć naj­lep­szą per­spek­ty­wę.

Ka­pi­tan szep­nął słowo drep­czą­ce­mu za nim żoł­nie­rzo­wi, ten zaś pod­szedł do po­lic­maj­stra pil­nu­ją­ce­go, by tłum nie pod­szedł zbyt bli­sko do ma­szy­ny, po­lic­maj­ster ski­nął na kilku swo­ich ludzi roz­sta­wio­nych stra­te­gicz­nie po całym lą­do­wi­sku, i wkrót­ce fo­to­gra­fo­wie wraz z dzien­ni­ka­rza­mi zo­sta­li wy­pro­sze­ni. Sen­sa­cja sen­sa­cją, ale niech w ga­ze­tach nie znaj­dą się zbyt do­kład­ne zdję­cia i opisy naj­now­szych na­byt­ków armii.

Ste­ro­wiec w ogóle się tu zna­lazł, po­nie­waż pre­mier uparł się, że opo­wieść Wolf­fa jest wy­ssa­na z palca i za­gro­ził mło­de­mu ofi­ce­ro­wi sądem wo­jen­nym. Von Molt­ke zdo­łał jed­nak prze­ko­nać Bi­smarc­ka, by dać ka­pi­ta­no­wi jesz­cze jedną szan­sę. Co wię­cej, sam przy­był do Ga­li­cji, by na wła­sne oczy zo­ba­czyć sa­mo­zwań­cze im­pe­rium o po­wierzch­ni mniej­szej od Pocz­da­mu. Teraz ge­ne­rał zszedł za ad­iu­tan­tem na zie­mię i przy­pa­try­wał się ze­bra­nym tłu­mom.

Do ste­row­ca zbli­żył się au­striac­ki ge­ne­rał w to­wa­rzy­stwie Mar­ku­sa Trämmera. Za nim kro­czy­ła grupa skła­da­ją­ca się z ofi­cje­li w czar­nych tu­żur­kach, wy­so­kich do­wód­ców woj­sko­wych w mun­du­rach, bi­sku­pów w bi­sku­pich sza­tach, męż­czyzn po­prze­bie­ra­nych w ope­ro­wo wy­glą­da­ją­ce stro­je oraz dam w suk­niach pa­mię­ta­ją­cych chyba jesz­cze nie­boszcz­kę Marię Te­re­sę.

Von Molt­ke skrzy­wił się nie­znacz­nie.

– Po co ta pompa? Nie mo­gli­śmy po pro­stu spró­bo­wać prze­le­cieć nad tą wio­ską i wró­cić do Ber­li­na? – za­py­tał le­d­wie sły­szal­nym szep­tem.

Jego ad­iu­tant prze­stą­pił nie­pew­nie z nogi na nogę.

– Oni tu ko­cha­ją ce­le­bra­cje – od­mruk­nął.

Nie zdą­żył po­wie­dzieć wiele wię­cej, bo naj­do­stoj­niej wy­glą­da­ją­cy z ofi­cje­li wy­stą­pił do przo­du, od­su­nął na bok Trämmera i roz­po­czął prze­mo­wę.

– Eks­ce­len­cjo, panie hra­bio, ge­ne­ra­le – urwał, za­gu­biw­szy się naj­wy­raź­niej w ty­tu­la­tu­rze. – Przed­sta­wi­cie­le lo­kal­nych władz wi­ta­ją waszą wiel­moż­ność w skrom­nych pro­gach ce­sar­sko-kró­lew­skie­go mia­sta, które…

Wolff za­czął li­czyć chmu­ry na nie­bie.

– Przed­sta­wi­cie­le po­sta­no­wi­li się z nami prze­le­cieć – mruk­nął mu do ucha Trämmer, zdo­ław­szy prze­ci­snąć się do gości. – Rze­ko­mo dla więk­szej wia­ry­god­no­ści przed­się­wzię­cia. – Wes­tchnął.

– Cały ten tłum? – Ka­pi­tan jęk­nął. – Gon­do­la ich i tak nie po­mie­ści.

Trämmer miał minę, jakby chciał kla­snąć w dło­nie, ale się po­wstrzy­mał.

– Do­sko­na­le – szep­nął. – Ka­że­my im wy­brać przed­sta­wi­cie­li, a sami po cichu od­le­ci­my, zgod­nie z pier­wot­nym pla­nem. Nie zo­rien­tu­ją się, za bar­dzo będą się kłó­cić – uprze­dził py­ta­nie.

 

***

 

Woj­ciech Cho­choł do­strzegł z da­le­ka cień la­ta­ją­ce­go smoka.

– Ja­siek! – ryk­nął, spo­glą­da­jąc ku wi­szą­cym nad kle­pi­skiem kosom. – Zwo­łuj chło­py! Kosy na sztorc!

Od­po­wie­dzia­ło mu głu­che mil­cze­nie.

– Ja­siek! Gdzie cię znowu wy­wia­ło!

Wiatr po­niósł jego słowa wśród sze­le­stu liści.

Cho­choł wstał z ławki – przy­szło mu to z tru­dem, a i słomy jakoś wię­cej się przy­cze­pi­ło do ubra­nia – i ru­szył na po­szu­ki­wa­nie chło­pa­ka. „Utra­pie­nie z nim” – po­my­ślał. „Myśli tylko, jak się wy­stro­ić, żeby się dziew­kom przy­po­do­bać”.

Jaśka za­stał w cha­cie. Przed lu­ster­kiem, z za­mia­ta­ją­cą pa­wi­mi pió­ra­mi o pod­ło­gę kra­ku­ską w za­sty­głej bez ruchu ręce.

W dal­szych izbach – to samo. Wszy­scy jak za­klę­ci, za­trzy­ma­ni w pół ruchu. Tylko stary Klima lekko chwiał się, jak krzew na wie­trze, a z jego nie­ru­cho­mych ust do­by­wał się cichy śmiech.

Za­cu­kał się Woj­ciech Cho­choł, tym razem na dłu­żej. „Głu­pi­ście wszy­scy” – ci­snę­ło mu się na usta, ale nikt by nie usły­szał. Przy­wód­ca wy­sko­czył przed chatę, prze­biegł po wszyst­kich po­zo­sta­łych, czu­jąc jak nogi robią się sztyw­nie­jsze z każ­dym kro­kiem. Wy­szedł na obrze­że wsi, gdzie mie­siąc wcze­śniej wi­dzie­li ry­ce­rza. Uświa­do­mił sobie, że od tam­te­go dnia z nikim nie roz­ma­wiał, nawet ni­ko­go nie wi­dział, tylko sie­dział na ławce w sa­dzie… Przy­sta­nął pod tra­cą­cą na zimę li­ście brzo­zą i zdjął coś z ga­łę­zi.

Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, co w jego ręce robi długi ko­nop­ny sznu­rek, ale potem zo­bo­jęt­niał na tę za­gad­kę, po­nie­waż jego nogi, a na­stęp­nie całe ciało, oplo­tła słoma. Cho­cho­ło­wi zro­bi­ło się cie­pło i przy­tul­nie, sen zwia­sto­wał długi od­po­czy­nek. Od­gło­sy sadu gasły, gdzieś w od­da­li kosa padła z brzę­kiem na kle­pi­sko, wiatr zda­wał się nieść chi­chot sta­re­go Klimy. Z góry do­cho­dził ter­kot la­ta­ją­ce­go smoka, ale i on w końcu umilkł.

 

***

 

Ste­ro­wiec za­wisł nad spo­wi­tą nie­prze­nik­nio­ną mgłą wio­ską. Wśród mar­twej bieli tym razem nie po­ru­sza­ły się żadne kształ­ty, z dołu nie do­cho­dził żaden dźwięk. Ka­pral Pra­szek za­mel­do­wał wcze­śniej, że przez mi­nio­ny mie­siąc nic w prze­klę­tej wio­sce się nie wy­da­rzy­ło.

Na znak von Molt­ke­go cały po­jazd ob­ni­żył się do po­zio­mu mgły, a potem gon­do­la za­nu­rzy­ła się w morze chmur.

Anton Wolff oba­wiał się tro­chę, że dzi­wacz­na siła ode­pchnie ich tak, jak uczy­ni­ła to mie­siąc temu, kiedy pró­bo­wał na­cie­rać na le­chic­kie ba­gne­ty. Że jak źle pój­dzie, to ci­śnie ich da­le­ko na te­ry­to­rium Rosji i to do­pie­ro bę­dzie casus belli. Nic ta­kie­go jed­nak się nie wy­da­rzy­ło. Wkrót­ce ste­ro­wiec za­wisł tuż nad kle­pi­skiem mię­dzy cha­łu­pa­mi.

We wsi nie było żywej duszy. Tylko po ką­tach wszyst­kich domów, a także pod drze­wa­mi, stały dzi­wacz­ne, mar­twe sło­mia­ne fi­gu­ry. Spod słomy prze­świ­ty­wa­ło coś jak ka­mien­ne twa­rze, ale może była to tylko gra świa­teł.

Trämmer trą­cił jedną z nich nogą – za­chwia­ła się, lecz stała dalej.

– Upior­ne – ode­zwał się von Molt­ke. – Ale coś mi się widzi, że jed­nak coś się panu na głowę rzu­ci­ło, ka­pi­ta­nie. – Rzu­cił ad­iu­tan­to­wi po­sęp­ne spoj­rze­nie. – I wam wszyst­kim też – zwró­cił się dla rów­no­wa­gi do Trämmera i au­striac­kie­go ge­ne­ra­ła, który to­wa­rzy­szył im pod­czas lotu jako je­dy­ny przed­sta­wi­ciel lo­kal­nych władz. – Przy­śle­my tu in­ży­nie­rów z Ber­li­na, bę­dzie kolej jak się pa­trzy, no i fort. Trze­ba wzmoc­nić twier­dzę Kra­ków.

 

Li­piec 1870

 

Osiem mie­się­cy póź­niej Anton Wolff, od­zy­skaw­szy ku swo­jej nie­po­mier­nej uldze, choć w spo­sób nie­wy­ja­śnio­ny i cał­ko­wi­cie nie­spo­dzie­wa­nie szli­fy ka­pi­ta­na, za­mel­do­wał się u do­wód­cy. Ge­ne­rał von Molt­ke wy­glą­dał jakby po­łknął kij.

– Sia­daj pan, ka­pi­ta­nie Wolff – po­wie­dział. – A wła­ści­wie ma­jo­rze. Mu­si­my po­roz­ma­wiać.

Anton, który z by­łe­go ka­pi­ta­na stał się na po­wrót ka­pi­ta­nem w oko­licz­no­ściach dla sie­bie nie­ja­snych, a teraz na do­da­tek jesz­cze awan­so­wał, za­sa­lu­to­wał i usiadł zgod­nie z roz­ka­zem.

– Przez ten Bru­no­witz… czy jak się ta pie­kiel­na wieś na­zy­wa! – generał par­sk­nął, poirytowany – nie da się po­pro­wa­dzić kolei. Że­la­zo trza­ska jak na siar­czy­stym mro­zie, choć tam cią­gle tylko taka ni­ja­ka li­sto­pa­do­wa po­go­da i mgła. Nawet jak­że­śmy tam skład pro­chu zro­bi­li, to za­mókł. Fun­da­men­ty fortu się roz­le­cia­ły. I wszę­dzie te sło­mia­ne kukły, któ­rych naj­sil­niej­si lu­dzie nie byli w sta­nie ru­szyć z miej­sca. – Ge­ne­rał po­krę­cił głową. – No to pre­mier nie miał wyj­ścia, mu­siał pana wy­pu­ścić, a i de­gra­da­cja nie­za­słu­żo­na była, nie­za­słu­żo­na.

Wolff cze­kał w mil­cze­niu na roz­ka­zy, ale się nie do­cze­kał.

– Pan ge­ne­rał ma dla mnie ja­kieś po­le­ce­nia?

Od­po­wie­dział mu stu­kot pal­ców w blat stołu.

– Pre­mier do­stał wczo­raj nie­po­ko­ją­cą de­pe­szę od Jego Kró­lew­skiej Mości – po­wie­dział po chwi­li. – Uka­za­ła się w ga­ze­cie… po pew­nych po­praw­kach. Teraz cze­ka­my na re­ak­cję.

Wolff uniósł py­ta­ją­co brwi.

– Nie do­my­ślasz się pan, panie ka­pi­ta­nie? Prze­pra­szam: ma­jo­rze. Na­sze­mu że­la­zne­mu pre­mie­ro­wi bar­dzo nie po­do­ba się ta wi­ze­run­ko­wa po­raż­ka na fron­cie wschod­nim. – Ge­ne­rał skrzy­wił się po­ro­zu­mie­waw­czo.

Ka­pi­tan, a wła­ści­wie nowo mia­no­wa­ny major Wolff, wy­ma­cał w kie­sze­ni nie­wiel­ki me­ta­lo­wy przed­miot, który przez pół roku uwię­zie­nia do­da­wał mu wiary w to, że wy­pad­ki pod Kra­ko­wem na­praw­dę miały miej­sce. Mo­sięż­ny my­śliw­ski rożek stra­cił blask, warto by go wy­po­le­ro­wać. In­stru­ment był naj­wy­raź­niej uszko­dzo­ny, po­nie­waż nie dało się z niego wy­do­być czy­ste­go dźwię­ku, a poza tym do me­ta­lu przy­kle­ił się, nie do ode­rwa­nia, ka­wa­łek pa­wie­go pióra. Po krót­kim na­my­śle Wolff uznał jed­nak, że nie bę­dzie czy­ścił ani na­pra­wiał tej pa­miąt­ki. Niech zo­sta­nie taka, jaka była, pa­su­ją­ca do tej mgły i po­ru­sza­ją­cych się w niej cieni.

– Ude­rzy­my na Au­strię czy Rosję? – za­py­tał nie­pew­nie. Nie wy­klu­czał, że w za­ist­nia­łej sy­tu­acji graf Bi­smarck ze­chce cał­ko­wi­cie pod­bić habs­bur­ską mo­nar­chię, zwłasz­cza że Rosja to nie prze­lew­ki.

Von Molt­ke zaśmiał się głucho w od­po­wie­dzi.

– Ani na jedną, ani na drugą. Kie­ru­nek Fran­cja. I mó­dl­my się, żeby tam nie było ta­kich oso­bli­wych wio­sek.

Koniec

Komentarze

No jak rany, Asterix na “Weselu”. Bardzo mi się podobało. Lubię to twoje “sekundarne” uniwersum, uważam, że jako fantastyka jest może najbardziej pomysłowe z tego, co piszesz, i z dużą przyjemnością przeczytałam i ten tekst. Jest efektowny w balansowaniu między powagą a wiejską groteską i bardzo fajnie pogrywa nie tylko motywami, ale i konwencjami.

A miałem już nadzieję, że tylko ja zdołam wykorzystać maksymalny limit :(

– Jakie, u diabła, imperium! – ryknął spiżowym głosem premier

A nie kanclerz?

I trwało jakoby przez pół godziny, uznał Wolff, nie ośmielający się nawet przestępować z nogi na nogę.

Raczej “jakby”.

W końcu von Moltke odchrząknął, strzepnął niewidoczny pyłek z munduru, wyprostował się na baczność, zupełnie niczym niepewny odpowiedzi kadet.

To już drugie w krótkim czasie porównanie do kadeta.

Nie potrafił oprzeć się poczuciu, że sojusznicy po prostu nie chcą się wywiązywać z postanowień zawartego niedawno traktatu, którego odległym celem miała być odbudowa Świętego Cesarstwa…

Czyli w tym uniwersum Bismarck jednak przekonał się do pangermanizmu? ;)

Wbrew wszelkiej wiedzy podręcznikowej, która wrzeszczała do niego z głębi pamięci i umysłu, z szablą uniesioną nad głową runął w kierunku tego, co na wszelką wiedzę podręcznikową było czworobokiem piechoty.

Nie wiem czy to poprawne sformułowanie. Nie powinno być raczej: “zgodnie z wszelką wiedzą”?

Poczuł, że siodło zsuwa się po końskim grzbiecie – najwyraźniej puścił popręg – on sam zaś zsuwa się w zimny nurt.

Wolff skapitulował i poprowadził konia w dół biegu rzeczki, w nadziei, że gdzieś dalej zdoła się wydostać na sojuszniczy brzeg.

Udało mu się sporo dalej. Zły i brudny wsiadł z powrotem na siodło i ruszył z powrotem.

biskupów biskupich szatach, mężczyzn poprzebieranych w operowo wyglądające stroje oraz dam w sukniach wyglądających jak pamiętające nieboszczkę Marię Teresę

– Ani na jedną, ani na drugą. Kierunek Francja. I módlmy się, żeby tam nie było takich osobliwych wiosek.

Cała Galia znajduje się pod okupacją pruską. Cała? Nie! ;D

 

Koncepcja całkiem ciekawa, choć niezbyt rozumiem, dlaczego ten rożek, dający wiosce ochronę, wpadł tak sobie przypadkiem Wolffowi pod nogi. O ile czegoś nie przegapiłem, to trochę deusexmachinowe rozwiązanie (edit: aaa, chyba że to odniesienie do “Wesela”. Muszę ze wstydem przyznać, że nie czytałem ;(). No i dyskusyjne wydaje mi się, czy tacy chłopi używali by akurat sformułowania “Lechici”. Technicznie, jak widać wyżej, jest trochę mankamentów.

Na szybko z komórki: do 1871 Bismarck był głównie premierem, kanclerzem na dobre został później. Babolki postaram się wyedytować jeszcze przed dedlajnem, dziękuję!

http://altronapoleone.home.blog

Sława!

Naczelna Lechitka zgłasza się!

Tekst napisany bardzo ładnie. Fabuła interesująca, naprawdę. Tylko ci Lechici tam… tak nijak pasowali. Jakbyś dała to jako zwykłą wioskę, bez nawiązań do Lechii, to super! Ale w nawiązaniu do motywu Imperium Lechickiego, no… Spodziewałam się czegoś lepszego, bo początek to zwiastował. Zaczynając lekturę byłam podekscytowana, ale potem entuzjazm malał… Nie rozbawiło mnie to, a miało być troszkę mniej poważnie. Gdybyś wyrzuciła wątek lechicki i zamieniła na jakiś zwykły, to jestem jak najbardziej za! (dałabym Ci klika, ale jeszcze nie mogę xD) Ale że motywem przewodnim miały być hasła: Para w tłoki i Imperium Lechickie, to niestety nie. :( No para w tłoki fajna! Tylko ta Lechia niezbyt. :( Wiem, że to opowiadanie na konkurs i domyślam się, że chodziło o jakieś absurdalne połączenie tych dwóch rzeczy. ;) Mimo to spodziewałam się czegoś więcej. :P

Nie bierz sobie moich słów do serca, ponieważ Lechię miłuję ponad życie! I dlatego narzekam. :P ;)

Odmeldowuję się!

Chwała Rodu! Chwała Wielkiej Lechii!

Światowiderze, wracam z rozbudowanym komentarzem z kompa (wczoraj zdążyłam w terminie poprawić zauważone babolki oraz jeden niezauważony; dziękuję za zwrócenie uwagi – tekst, jak wszystkie ostatnio, powstał w zasadzie w jeden dzień, więc wykonanie na tym cierpi).

 

Bismarcka rozwinę: w latach 1867-71 był on kanclerzem Związku Północnoniemieckiego, powstałego zresztą w wyniku wojny roku 1866, ale z punktu widzenia politycznego oraz mojego opowiadania ważniejsze jest, że nadal pozostawał premierem Prus.

Co do pangermanizmu – jak wspomniano w opowiadaniu, a jest o tym więcej w Fundamencie Imperium – chodzi o odtworzenie Świętego Cesarstwa, a więc w sumie pangermanizm. Austria ma w tym świecie znacznie mniej do powiedzenia w kwestii własnych poglądów na kwestię wielkoniemiecką ;)

 

Co do rogu – tak to jest jedna wielka aluzja do “Wesela” (dla każdego, kto czytał lektury szkolne, to powinno być oczywiste w momencie, kiedy facet schyla się po coś). Nie wiem, jak się uchowałeś w szkole bez tej lektury, ale poza wszystkim warto. Można też stary film Wajdy – tnie i sieka tekst, ale jego ducha oddaje znakomicie i po prawdzie jako że ja jestem wzrokowcem, część obrazów w moim tekście jest wprost stamtąd.

 

Czy chłopi by mówili Lechici? To jest taki tekst “Asterix spotyka Wesele spotyka Mrożka” (i to raczej “Indyka”, a nie “Wesele w Atomicach”), więc czemu nie? Zresztą Lechici są u Słowackiego i w innych tekstach, więc mój Wojciech Chochoł spokojnie mógł to znać.

 

Utrapienico, przykro mi, ale jako archeologo-historyk nie mogę być fanką Wielkiej Lechii inaczej niż prześmiewczo (i to nie po raz pierwszy, jest o tym w powieściowej “Mysiej Wieży”), więc od samego początku idea tego opowiadania była taka, że “wielka” Lechia to wioska Asterixa, gdzie może i haplogrupa by się sprawdziła… No i “jakbym dała to jako zwykłą wioskę, bez nawiązań do Lechii”, to ten żart obliczony na niewielkolechitów by prysł… Może czasem warto nabrać odrobinę dystansu do swoich życiowych miłości? ;)

 

Ninedin – miło mi, że to uniwersum się podoba. To jest rzeczywiście Asterix + Wyspiański, ale też trochę, jak napisałam wyżej, w zamyśle Mrożek.

http://altronapoleone.home.blog

Co do pangermanizmu – jak wspomniano w opowiadaniu, a jest o tym więcej w Fundamencie Imperium – chodzi o odtworzenie Świętego Cesarstwa, a więc w sumie pangermanizm. Austria ma w tym świecie znacznie mniej do powiedzenia w kwestii własnych poglądów na kwestię wielkoniemiecką ;)

Jasne, ale sam Bismarck był przecież zwolennikiem opcji małoniemieckiej (za co zresztą dostawał potem od pangermanistów po głowie), stąd ciekaw jestem, co w Twoim świecie skłoniło go do zmiany zdania (”Fundament Imperium” chyba tego nie tłumaczy, o ile dobrze pamiętam).

Nie wiem, jak się uchowałeś w szkole bez tej lektury

Po to się wygrywa olimpiady polonistyczne, żeby nie musieć później czytać takich długaśnych dramatów ;P

Choć na swoje usprawiedliwienie mogę zaznaczyć, że podchodziłem do “Wesela” kilka razy i zawsze zatrzymywałem się gdzieś na etapie “pan poeta, pan poeta”.

Cześć, drakaino.

Zaznaczę, że Wesele czytałem i dla mnie wszystkie postacie i nawiązania były jasne i oczywiste, mocno na tacy wyłożone. I bardzo mi się te nawiązania podobały :)

W ogóle, zrobiłaś tutaj naprawdę ciekawy mix. Do swojego uniwersum wplotłaś tajemnicze imperium lechickie, a to z kolei oprószyłaś fajnymi smaczkami wyjętymi ze znanej lektury. Był Chochoł, kosy i swojski klimat polskiej wsi, ale były również parowce i oficerowie w mundurach. Podobała mi się ta mieszkanka.

Napisane zacnie. Generalnie w tym tekście (a w którymś z Twoich opowiadań właśnie to mi przeszkadzało, ale nie pamiętam w którym) nie było dla mnie nadmiaru, że się tak wyrażę, XIXw. Francji oraz całej z nią związanej otoczki, czyli nazwisk, tytulatur, szczegółowych opisów i tak dalej. To nie jest tak, że tego nie lubię. Lubię fantastykę wmieszaną w historyczne realia, ale do pewnej granicy. Gdy w tekście zaczyna pojawiać się zbyt dużo informacji rodem z książki naukowej/historycznej, to zaczyna mnie to zwyczajnie męczyć. Tutaj tej granicy w moim subiektywnym odczuciu nie przekroczyłaś.

Pozostaje mi życzyć powodzenia w konkursie i udać się do klikarni :)

 

 

Drakaino, rozumiem Twój zamysł. :D Nie musisz się obawiać o mój dystans. ;) Wiem, że zastosowałaś podejście “prześmiewcze”, no i właśnie oczekiwałam czegoś jeszcze mocniejszego pod tym względem. :D Jakiegoś takiego bum! Nie mówię, że wyszło źle, ale raczej tak typowo. :P Co nie znaczy, że opowiadanie mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Wspomniałam, że mogłabym dać Ci klika (ale jeszcze nie mogę xD).

Pozdrawiam!

 

Realucu – bardzo dziękuję! Trochę bałam się nagromadzenia tych pruskich generałów i urzędników w pierwszym rozdzialiku, ale najwyraźniej nie przytłoczyło ;)

 

Światowidrze

co w Twoim świecie skłoniło go do zmiany zdania

A, w tym sensie, co go skłoniło? Po części autorka ;) Ale tak naprawdę chcę wykorzystać ten motyw z zamachem z 1866, który w moim świecie się powiódł, i w związku ze steampunkowym “zmartwychwstaniem” Bismarcka dać mu tę idée fixe odrodzonego Świętego Cesarstwa, a nie typowego dziewiętnastowiecznego pangermanizmu. I w tym sensie Austria będzie miała mało do powiedzenia, bo tu nie wchodzi w grę argument “z monarchii habsburskiej” czyli nieniemieckość części krajów koronnych oraz innych terytoriów habsburskich.

 

Po to się wygrywa olimpiady polonistyczne, żeby nie musieć później czytać takich długaśnych dramatów ;P

Wygrałam, ale znałam znacznie wcześniej :P Zresztą Wyspiański, konkretnie jego antyk, był moim tematem na etap centralny. W sumie jednakowoż żałuję, że wygrałam, bo przez to poszłam na teatrologię, co było błędem, a z wywalona z teatrologii wylądowałam po linii najmniejszego oporu na polonistyce, którą niestety skończyłam i długo mi zeszło, zanim naprawiłam ten błąd. A gdybym nie wygrała, to bym poszła na historię sztuki (też miałam wygraną) i była od razu bliżej realnych zainteresowań…

 

Utrapienico – w takim razie kamień z serca :)

http://altronapoleone.home.blog

Hej, Drakaino

Podobało mi się, ale muszę zaznaczyć, że najbardziej fragmenty opisujące wioskę Lechitów. Jest tak stereotypowo polska, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Komiksy Asteriksa trzymam w domu od wielu lat, więc tym bardziej miło zobaczyć “małą wioskę opierającą się najeźdźcom”. Choć mam wrażenie, że nawet Galowie byli nieco bardziej rozgarnięci ;)

Zamiany wioski w słomiane kukły mnie zaskoczyła, spodziewałem się, że sytuacja pójdzie w innym kierunku, co nie zmienia faktu, że wyszło sensownie.

Oczywiście, napisane świetnie, i zgodzę się z Realuciem, że, o ile czasem trudno się czyta Twoje teksty z powodu nagromadzenia realiów, to tutaj wyszło bardzo przyjaźnie dla niezaznajomionego z tym historycznym okresem czytelnika.

Klikam i pozdrawiam

Kiedyś napiszę coś z fantasy...

Cześć Drakaino,

Tekst w bardzo zgrabny sposób splótł konkursowe hasła i Twoją erudycję historyka. Nawiązania do “Wesela” też świetnie wpasowały się w konwencję, co może zmniejszyło trochę efekt zaskoczenia przy końcówce, ale dodało tekstowi punktów za dobrze zrobiony retelling. Jedynym drobnym problemem był dla mnie próg wejścia na początku, bo wszystkie tytuły i postaci troszeczkę mnie przytłoczyły. Potem jednak wszystko wskoczyło na miejsce, więc nie ma co przesadnie kręcić nosem. 

Zastanawiam się, tak już zupełnie bez związku z tematem, czy jest na portalu jakiś Twój tekst z trochę innej bajki? Tak po prostu, żeby zobaczyć Drakainę w innym wydaniu.

Pozdrawiam

Dzięki za odwiedziny, Zanaisie :)

Choć mam wrażenie, że nawet Galowie byli nieco bardziej rozgarnięci ;)

Trochę o to chodziło ;)

 

Zamiany wioski w słomiane kukły mnie zaskoczyła, spodziewałem się, że sytuacja pójdzie w innym kierunku

Ja też. Pierwotny plan był inny. Ale potem pomyślałam o finale Wesela i o tym, że po co mi tam taka “żywa” wioska, skoro polski marazm, w którym nic nie wychodzi, będzie bardziej pasował?

co nie zmienia faktu, że wyszło sensownie.

Uff.

 

 

Dzięki i Tobie, Oidrin, za wizytę :)

Jedynym drobnym problemem był dla mnie próg wejścia na początku, bo wszystkie tytuły i postaci troszeczkę mnie przytłoczyły.

Też się tego troszkę bałam, ale po prawdzie limit zjadł części postaci możliwość zaprezentowania się również w finale, dlatego jest bardziej kameralny…

 

Zastanawiam się, tak już zupełnie bez związku z tematem, czy jest na portalu jakiś Twój tekst z trochę innej bajki? Tak po prostu, żeby zobaczyć Drakainę w innym wydaniu.

A to jest bardzo trudne pytanie, bo zależy, o co chodzi. Mnie po prostu najbardziej kręci pisanie okołohistoryczne, więc w większość tekstów historia się wplata. Gienki są inne, bo zupełnie inna epoka i nastrój, Na południu bez zmian niby też jest inne, bo raczej Liga Niezwykłych Dżentelmenów, a nie historia sensu stricto, ale jednak też historyczne… Portret Najjaśniejszego Pana jest niby okołohistoryczny, ale też inny nastrojem, narracją i wyobraźnią. SkarbTene l'ochji aperti są najbardziej w kierunku baśni, ale ten pierwszy właśnie się redaguje w NanoFantazjach, więc chyba nie warto czytać wersji portalowej. W drugim, kurczę, też jest odrobinka historii, ale taki był wymóg konkursu XD

Narracyjnie i fabularnie inne jest Mysterium cosmographicum, ale ono z kolei się redaguje do Retrowizji.

Całkiem z innej bajki jest parę drobiazgów, ale ja nie jestem do nich jakoś szczególnie przywiązana, to raczej eksperymenty konkursowe albo starocie: DUAT, Pamięć w czasach zarazy, Klątwa imienia

http://altronapoleone.home.blog

Zajrzałem i przeczytałem z dużą przyjemnością. Nie jestem tylko do końca pewien, co o tym napisać – jak adekwatnie wyrazić swoje wrażenia z lektury.

Zacznę może od tego, co mi się spodobało. Oczywiście dosłownie żelazny kanclerz i ogólniej: zgrabnie przedstawiony klimat pruskiego imperializmu w lekko fantastycznym wydaniu. Warsztat althistoryczny, o ile potrafię ocenić, jak zwykle perfekcyjny. Nie przyglądałem się bardzo uważnie, ale nie rzuciły mi się w oczy żadne błędy językowe (mam tylko trochę wątpliwości co do “spływającej ku ziemi gondoli sterowca” – sama gondola?). I niewątpliwy, duży plus za to (chyba nikt jeszcze nie zauważył):

Zdążył wymamrotać coś pod nosem o honorze Prus, zanim woda uniemożliwiła mu wydawanie artykułowanych dźwięków.

Mam bardziej mieszane uczucia co do intertekstualności z Weselem. Sam pomysł fantastyczny, natomiast przy wykonaniu odczułem pewien ledwie uświadomiony niedosyt. Nie jestem pewien, jak to spójnie objaśnić – może chłopskie postaci są zbyt jednowymiarowe, pozbawione życia wewnętrznego, może brakuje w tych fragmentach logicznego motoru napędowego zdarzeń? Nawet się domyślam, że to świadomy zamysł autorski, że te sceny przejęte z Wesela miały symbolicznie odzwierciedlać słabostki wielkolechickie, podobnie jak oryginał podrwiwał z chłopomanii i krytykował dążenia do powstania narodowego, ale niezupełnie to do mnie przemówiło. Uczciwie dzielę się opinią, ale zdaję sobie sprawę, że jest ona mało użyteczna, skoro nie potrafię konkretnie wskazać, co dałoby się doszlifować i poprawić.

Podsumowując zatem: tekst bez większych wad. A to już dużo, o wielu lekturach szkolnych bym tego nie powiedział, że już nie wspomnę o mniej znanych książkach. Mimo wszystko opowiedziana historia nie zaskoczyła mnie zwrotem fabuły, nie poruszyła we mnie głębszych idei i przemyśleń. W porównaniu do Twoich poprzednich tekstów, zabrakło zarówno epickiego rozmachu, pochłaniającej akcji oraz inspirująco rozbudowanych postaci rodem z Tene l’ochji aperti czy Schwanengesang, jak i lekkiego pióra oraz humoru z Ciężkiej wody. Zaznaczam jednak, że wszystko to rozgrywa się w przestrzeni “lektura bardzo dobra – lektura znakomita”, a moje uwagi mogą świadczyć o dużej wybredności czytelniczej.

I jeszcze kilka słów o Weselu: swego czasu też zrobiłem, co trzeba, na Olimpiadzie – i nie wyobrażam sobie, jak można nie przeczytać tego utworu w ramach przygotowań do finału!

Na koniec po prostu: dziękuję.

Interesujący mariaż nieprzystających na pozór motywów.

Wielka Lechia budzi we mnie inne skojarzenia, ale przeniesienie jej do wioski Asteriksa też jest ciekawe i zabawne. O, jakże się Prusacy musieli wściekać na niewyjaśnione niedziałanie kolei. Niby róg ktoś podprowadził, ale jednak wioska oparła się pociągom.

Babska logika rządzi!

I jeszcze kilka słów o Weselu: swego czasu też zrobiłem, co trzeba, na Olimpiadzie – i nie wyobrażam sobie, jak można nie przeczytać tego utworu w ramach przygotowań do finału!

Jeśli się odpowiada z symboliki hermetyczno-masońskiej w “Dziadach”, to owszem, Wyspiańskiego można sobie odpuścić ;)

Mogłem nie wziąć pod uwagę, że zasady zapewne zmieniały się na przestrzeni lat. W moim przypadku – w finale trzeba było napisać rozprawę na wybrany z kilku tematów (ujawnianych dopiero w sali zawodów). W tej sytuacji znajomość wszystkich większych lektur była nieodzowna, gdyż mogły być przydatne lub wręcz potrzebne jako kontekst literacki do czegoś.

Swoją drogą – do dziś nie bardzo rozumiem, jakim sposobem przepuścili mnie do finału po tym, jak w II etapie napisałem jakieś okropne głupoty o Norwidowskim “późnym wnuku”, coś w rodzaju, że osoby czerpiące nauki od swoich (biologicznych lub duchowych) dziadków i pradziadków są kluczowe dla ciągłości kontekstu kulturowego i wyciągania wniosków z historii.

Ślimaku – dziękuję za docenienie Pepiego ;)

 

Co do “Wesela” – w zamierzeniu miał to być mariaż Wyspiańskiego z Mrożkiem.

 

@Ślimak & Światowider

 

Co do olimpiady – za moich czasów też się pisało rozprawę (ja pisałam porównanie Tetmajera z Szymborską na okazję końców wieków), ale poza tym opracowywało się własny temat i u mnie był to antyk Wyspiańskiego.

 

@Finklo – zakładam, że Polska jest jedną wielką entropią, więc rozłoży wszystko nawet pozbawiona rogu ;)

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, Ślimaku, nic się nie zmieniło. Tyle, że można pisać "rozprawę", a można interpretację i ja, co raczej nie będzie zaskoczeniem, wybierałem na każdym etapie literaturę staropolską, do której Wyspiański jako żywo się nie zaliczał.

Też zresztą miałem problemy z przejściem II etapu, bo zanegowałem w swojej pracy dogmat o dominacji tematu ulotności pamięci o człowieku w polskiej literaturze barokowej, podając przykład dum opiewających "nieśmiertelną pamięć" poszczególnych wodzów. W rezultacie jakaś pani "doktór" napisała w recenzji, że hurr durr, jak można zestawiać wspaniałe sonety Zimorowica z jakimiś tam żołnierskimi przyśpiewkami xD Na szczęście przewodniczący komisji był innego zdania.

A ja wygrałam drugi etap, choć na ustnym plotłam jakieś niemożebne bzdury o Norwidzie XD Może inni pletli jeszcze bardziej niemożebnie.

Za to magisterkę pisałam ze staropolskiej. No dobra, staro tak, ale polskiej jak polskiej, zważywszy że było to o piętnastowiecznym włoskim traktacie po łacinie.

 

W rezultacie jakaś pani "doktór" napisała w recenzji, że hurr durr, jak można zestawiać wspaniałe sonety Zimorowica z jakimiś tam żołnierskimi przyśpiewkami xD

Gdyby to było w Krakowie, to obstawiałabym, że była to ta sama pani dochtór, która podczas tego smutnego epizodu, kiedy pracowałam na krakowskiej polonistyce, oznajmiła po moim referacie, że zestawianie Króla Edypa z Jamesem Bondem jest “odrażające”. Dodajmy, że referat był o tym, że Poetyka Arystotelesa nadaje się do opisu gatunków popularnych. I dodajmy, że przecież taką drogę wskazał Roland Barthes.

http://altronapoleone.home.blog

zakładam, że Polska jest jedną wielką entropią, więc rozłoży wszystko nawet pozbawiona rogu ;)

Coś w tym jest. Niestety.

Babska logika rządzi!

– Może to i jedna wioska – oznajmił, wyraźnie siląc się na flegmatyczność – ale ponoć stawia opór zarówno Rosjanom jak i Austriakom. Nikt się nie przeciśnie.

Cała Galia podbita. 

Cała? 

Nie… :P

 

Śniło mu się, że siedzi w parowozie zmieniającym się w ogromnego smoka, dosiadanego przez samego grafa Bismarcka, że zionąc ogniem pędzi… 

Podmiot sugeruje, że to Anton zionął ogniem, a nie smok.

 

Żołnierze wraz z kapralem, którzy stanęli chwilę później przed pruskim wysłannikiem też mieli nietęgie miny, mimo że, co nietrudno było zauważyć, nie byli to młodziankowie z ostatniego poboru, ale wiarusy, które w sześćdziesiątym szóstym zapewne stawiały czoła von Moltkemu pod Königgrätz.

Powtórzonko. I wykreśliłbym tu kaprala, w końcu to też żołnierz, a w kolejnym akapicie i tak dowiadujemy się, że był tam kapral. 

 

 

Miałeś chamie złoty róg, został ci się jeno sznur. 

Pomysłowy i zagadkowy tekst, utrzymany w klimacie dobrze znanym z innych twoich opowiadań, który nawiasem mówiąc bardzo mi odpowiada. Spodobały mi się nawiązania do Wesela, spodobał mi się humor, a narracja utrzymywała zainteresowanie. Styl dobry jak zawsze, choć zdarzyło się parę powtórzeń (nie wylistowalem ich, bo nie chciałem odrywać się od lektury).

Nie za bardzo wiedziałem, co się wydarzyło, to znaczy nie wiedziałbym, gdybym nie znał Wesela – a tak, to domyślam się, że jak Chochol stracił (zgubił?) róg, to ludzie we wsi się pospali i zmienili i chocholy. 

Chciałbym chwilkę poświęcić też twoim tekstom w ogóle, bo o ile ten sam w sobie jest bardzo dobry, to dostrzegam wielkie podobieństwa w konstrukcji fabuły do wielu innych twoich opowiadań (np. do Zimy albo tym ostatnim o łabędziu). Czasem może warto coś namieszać. 

Cześć, Organizatorze Geki :)

 

Nie za bardzo wiedziałem, co się wydarzyło, to znaczy nie wiedziałbym, gdybym nie znał Wesela – a tak, to domyślam się, że jak Chochol stracił (zgubił?) róg, to ludzie we wsi się pospali i zmienili i chocholy. 

No, trochę jak w finale Wesela, tylko bardziej radykalnie ;)

 

dostrzegam wielkie podobieństwa w konstrukcji fabuły do wielu innych twoich opowiadań (np. do Zimy albo tym ostatnim o łabędziu

A możesz trochę konkretniej? Bo chętnie coś namieszam, ale mam taki mózg, że potrzebuje bardziej sprecyzowanych “poleceń” ;)

http://altronapoleone.home.blog

Witaj.

Pięknie, lekko i z klasą napisane opowiadanie, w którym prześmiewczy stosunek wyraźnie widać w każdym akapicie. :)

Od początku czytania, kiedy tylko zobaczyłam daty, przypomniała mi się depesza emska i jej konsekwencje. :) To arcyciekawy wycinek historii. 

Sam pomysł na Imperium Lechickie w takim wydaniu przywiódł mi na myśl chłopską Republikę Tarnobrzeską (oczywiście, to całkiem inne okoliczności oraz czas, miejsce i cele) . :)

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Od początku czytania, kiedy tylko zobaczyłam daty, przypomniała mi się depesza emska i jej konsekwencje. :)

Jest ona wręcz wspomniana w tekście – ostatnia data miała być wręcz 14 lipca 1870, ale wtedy za bardzo by się ten quatorze juillet wybijał :) Wojna francusko-pruska i jej konsekwencje to jedna z moich literackich, althistorycznych obsesji, bo też uważam ten kawałek historii za arcyciekawy, no i przede wszystkim dramatycznie niedoceniany… Pozwalam sobie w związku z tym zaprosić tu, do innego wariantu tej historii: Kometa. A i tu: Noir wojna f-p się czai, choć wydarzenie dla niej ważne jest tu mniej znane od depeszy ;) A Na południu bez zmian jest z kolei o próbie odwracania konsekwencji tej wojny… Jak więc widzisz, a i sama się teraz przekonałam, mam niezłą obsesję.

Republika Tarnobrzeska być może gdzieś mi dźwięczała w głębi głowy, kiedy tych chłopów tworzyłam, choć Wyspiański z Mrożkiem mieli w tym większy udział.

http://altronapoleone.home.blog

heart Wspaniała sprawa. :)

Pecunia non olet

A możesz trochę konkretniej? Bo chętnie coś namieszam, ale mam taki mózg, że potrzebuje bardziej sprecyzowanych “poleceń” ;)

He, a mój z kolei operuje często wrażeniami, więc napisać mogę tylko, gdzje widzę podobieństwa:

– teksty pisane z perspektywy dwóch narratorów, obserwujących wydarzenia z różnych perspektyw 

– obserwujemy realny świat mieszczący się w dość zbliżonych ramach czasowych, w którym w zwykłe życie wkrada się element niesamowitości

– magia zakrada się do świata, nie przepełnia go, działa w bardzo ograniczonym zakresie, ocierając się o realizm magiczny

– stopniowo dochodzimy bliżej prawdy o obserwowanych wydarzeniach, ale nie poznajemy jek w pełni (tajemnica gra dużą rolę), 

– wydarzenia nie obfitują w momenty sensacyjne, tempo nie orzysoiesza, narracja jest raczej jednostajna, 

– bohaterowie służą przede wszystkim temu, by poprzez nich czytelnik zaobserwował tę niesamowitośc (na tym opiera się fabuła), 

 

… nie wiem, czy to jasno wyraziłem, ani czu dotknąłem sedna, ale starałem się, jak mogłem. 

Dzięki, to już coś ;)

 

Część z tych cech to pewnie pochodna tego, że pisząc głównie o XIX w. bardziej i mniej świadomie nawiązuję również narracyjnie do ówczesnej literatury.

Natomiast zabawne, że widzisz “dwa punkty widzenia”, bo zaczynałam od radykalnego jednego punktu widzenia (mam nawet napisaną w 90% bardzo długą powieść z jednego punktu widzenia) i dopiero w pewnym momencie doceniłam ich różnorodność. W łabędziach były chyba trzy, ale radykalnie mam w innej prawie skończonej powieści – tam jest pod dwadzieścia XD

 

Natomiast to jest punkt, na którym się zawieszam nieustająco:

bohaterowie służą przede wszystkim temu, by poprzez nich czytelnik zaobserwował tę niesamowitośc (na tym opiera się fabuła)

Jakem krótko w swoim życiu uczyła m.in. poetyki opisowej, tak chyba coś nieneurotypowego w moim mózgu nie do końca chwyta, o co chodzi ;)

http://altronapoleone.home.blog

@bohaterowie służą przede wszystkim temu, by poprzez nich czytelnik zaobserwował tę niesamowitośc (na tym opiera się fabuła)

Nie wiem, jakie są intencje Gekikary, ale ja bym to rozumiała jakoś w kierunku: “autorki nie interesuje psychologia postaci jako taka, bohaterowie dostają tyle życia wewnętrznego, ile potrzeba, żeby zrobić ich wiarygodnymi wehikułami fabuły / nastroju” (niezależnie od tego, czy się z takim stwierdzeniem zgadzam, czy nie, tak bym je odczytywała).

Dobra, to poratuj mój musk dalej – co by bohaterowie musieli mieć, żeby tak nie było?

http://altronapoleone.home.blog

Jeśli mogę się wtrącić, wydaje mi się, że fabuła powinna zasadniczo wiązać się mocno z głównym bohaterem, a naczelny konflikt opowiadania powinien mieć również odbicie w protagoniście i ostatecznie prowadzić do jego przemiany (oczywiście w krótkiej formie wszystko to musi być jakoś skondensowane). U Ciebie, Drakaino, rzadko mamy do czynienia z taką sytuacją, bo bohaterowie to zwykle detektywi (względnie, bardziej ogólnie, badacze), którzy próbują rozwiązać zagadkę, która jednak nie dotyka ich bezpośrednio. Jeśli Vidocq czy Cardelli dostają zlecenie od rządu, to jest to tylko jedna z wielu kolejnych spraw, a nie coś, co odciśnie na nich piętno. Perspektywa bohaterów siłą rzeczy przerzuca się tu na czytelnika, który też nie odczuwa, by śledził coś absolutnie niesamowitego i wyjątkowego.

Oczywiście, są też tacy bohaterowie, których atrakcyjność tkwi właśnie w ich niezmienności. Jednak wydaje mi się, że póki co żadna z Twoich postaci nie ma tego czegoś, co czyni wyjątkowym Poirot’a czy Conana.

Tak ja tę kwestię widzę ;)

Okej, teraz lepiej rozumiem. Aczkolwiek nie zgadzam się z tą tezą, że “naczelny konflikt opowiadania powinien mieć również odbicie w protagoniście i ostatecznie prowadzić do jego przemiany”, strasznie to szkolne ;) Skądinąd te “drugie głosy” często są tymi, którzy coś tam przechodzą. Ale jak mocno kogoś takiego wprowadziłam, w “Komecie”, to były głosy, że psuje zagadkę, bo to kryminał (a to wcale nie był kryminał!), więc wszystkich nie zadowolisz, co zasadniczo głoszę.

http://altronapoleone.home.blog

naczelny konflikt opowiadania powinien mieć również odbicie w protagoniście i ostatecznie prowadzić do jego przemiany

Właśnie nie wiedziałem jak to napisać, żeby nie wyszło szkolnie… Słowo “powinien” w każdym razie nie miało oznaczać uniwersalnej zasady dla wszystkich dzieł literackich, tylko diagnozę tego określonego braku, o którym tu rozmawiamy. Nie oznacza to, że nie ma innych rozwiązań tego problemu, na co wskazałem w drugim akapicie mojej poprzedniej wypowiedzi.

Ale jak mocno kogoś takiego wprowadziłam, w “Komecie”, to były głosy, że psuje zagadkę, bo to kryminał (a to wcale nie był kryminał!), więc wszystkich nie zadowolisz, co zasadniczo głoszę.

No tak, tylko mam wrażenie, że w kryminałach (przy czym zastrzegam, że niewiele ich czytałem), w których mamy serię spraw, które łączy tylko postać detektywa, to ten detektyw jest bardzo charakterystyczną, niepowtarzalną postacią (Holmes, Poirot, Marlow). Oczywiście, pewnie sporo kryminałów nie zdobywa się na taki wysiłek i powiela wcześniej wypracowane archetypy bohatera, ale wtedy jednak stają się kryminałami drugiego szeregu (chyba że nadrabiają fabułą, ale przy większej liczbie opowiadań/powieści to już raczej nie wystarczy). I nie twierdzę, że Twoi detektywi są wtórni, tylko (przynajmniej dla mnie) nie mają właśnie “tego czegoś”. Może zobaczenie ich w dłuższej formie by to zmieniło.

Przy czym zaznaczam, że kryminałów ani za bardzo nie czytam, ani nie umiem pisać, więc żaden ze mnie ekspert.

Mam nadzieję, że w opowiadaniach, które właśnie się redagują do autorskiego zbioru w Fantazmatach, uda mi się pokazać Adama jako trochę bardziej “bohatera”, wciągniętego w poboczne wątki spraw.

Chyba bardziej taki bohater, o jakim piszesz, jest w cyklu “rewolucyjnym”, z którego tu na portalu jest tylko bardzo stare (i do remontu) Gdy rozum śpi, a drugi kawałek był w “Creatio Fantastica”. Ten cykl, po skończeniu brakujących części, chcę wydać, mam nawet pomysł, gdzie.

No i chyba mój główny problem jest taki, że bawię się rozbudowywaniem uniwersum, więc np. motywacje bohaterów są rozpisane na “długie trwanie”. W NF kiedyś w końcu będzie tekst o ojcu Adama, kończę pisać powieść, w której dość ważną rolę odgrywa jego, hmm, dziadeczny wuj (chyba tak), który jest też głównym bohaterem opowiadania, które lada moment będzie w antologii “Jeszcze raz w wyłom” (i był głównym Pokusy, też do remontu). I tak dalej. U mnie się to układa w całość w głowie, ale czytelnik na razie dostaje okruchy dużej historii.

Aha, ponieważ “Gdy rozum śpi” czytałeś, to Julien, bohater całego cyklu rewolucyjnego, jest bezpośrednim dziadkiem Adama, a młodszy braciszek, występujący w tym cyklu epizodycznie – tym dziadecznym stryjem.

http://altronapoleone.home.blog

Podobało mi się, masz dobry pomysł na rozwinięcie hasła i ciekawe połączenie dwóch całkowicie różnych światów. Jeden z nich jest praktyczny, industrialny i steampunkowy, drugi swojski i nieco zabawny, ale również romantyczny i mesjański. Czytając przypomniał mi się obraz, który kiedyś widziałem w sieci, pasterze i owce na łące, a na horyzoncie wielkie, stalowe machiny kroczące. To chyba była grafika koncepcyjna z jakiejś gry, chociaż głowy nie dam sobie uciąć.

 

Najbardziej interesująco wypada starcie tych światów i w moim odczuciu gdyby położyć na to trochę większy nacisk, to tekst zyskałby jeszcze bardziej. W lechickiej rzeczywistości nie mamy sterowców i pociągów tylko stalowe smoki, które brzmią fantastycznie i pasują do radosnej, chłopskiej rzeczywistości. Z drugiej strony mamy chochoły, pękające tory i szarą polską jesień, która dla bohatera jest czymś nadnaturalnym i budzącym niepokój. Bardzo fajnie wybrzmiało to w końcowej części opowiadania. Mała, galicyjska wioska w starciu z potężnymi legionami co prawda padła, ale zwycięstwo jest tylko pozorne, bo miejsce i tak wymyka się zimnej i praktycznej woli Kanclerza.

 

I faktycznie, na zachodzie nie ma takich osobliwych wiosek :)

 

W sumie Światowider lepiej wyjaśnił co miałem na myśli, niż sam bym wyjaśnił. :P

Trudno mi powiedzieć, co zmienić – ale myślę, że większe uwikłanie bohatera w fabułę i widmo realnych konsekwencji dla tegoż bohatera to dobry kierunek i tu za przykłąd podam portret Najjasniejszego Pana, tak inny od twoich tekstów, które znam. Nadal ma ten element drakainowego stylu i klimatu, ale tam czujemy, że bohater przeżywa fabułę, a nie obserwuje fabułę.

 

Dzięki, Fladrifie, za miłe słowa :)

Jednakowoż

I faktycznie, na zachodzie nie ma takich osobliwych wiosek :)

 

Gekikaro, mój problem chyba polega na tym, że nie czuję czytelniczego imperatywu, żeby bohater przeżywał fabułę. Ja lubię obserwować razem z bohaterem…

Chętnie jednakowoż poznałabym opinię osób myślących i odbierających teksty tak jak Ty, na temat tych dwóch tekstów, oba za darmo, CF niestety położyła skład opowiadania, ale nic na to nie poradzę, bo wydaje mi się, że tam jest inaczej, ale mogę się mylić. Takoż w “Słońcu Austerlitz”, które będzie w mającej się lada moment ukazać antologii “Jeszcze raz w wyłom” jest imho inaczej, ale nie wiem, czy nie tylko imho…

“Ostatnia bitwa Franza Maira” w antologii Umieranie to parszywa robota (2019): https://fantazmaty.pl/czytaj/antologie/#umieranie-to-parszywa-robota

“Antonia chce spać” w Creatio Fantastica nr 60 (2019): https://creatiofantastica.com/2020/01/05/cf-nr-1-60-2019-allohistorie-i-fikcje-kontrfaktyczne/

http://altronapoleone.home.blog

Okej, nie ma już* (chyba że dzielni Galowie nadal się opierają) 

(chyba że dzielni Galowie nadal się opierają) 

A wiesz, że chyba właśnie mi podpowiedziałeś pomysł na kontynuację Ligi Niezwykłych Dżentelmenów, jaką jest Na południu bez zmian, należące do tego samego uniwersum :) Bo wprawdzie póki co Prusy wygrają wojnę, ale potem…

http://altronapoleone.home.blog

Bardzo dobre opowiadanie, drakaino. Przedpiścy powiedzieli na jego temat chyba już wszystko i poczepiali się kilku rzeczy, których ja się nie czepiam ;)

Nie wpadłbym na to, żeby pożenić Asterixa z Wyspiańskim, doprawić całość nutką niesamowitości i jeszcze zrobić to w ramach wybranych haseł. Ten świat, który przedstawiasz jawi mi się jako coraz bardziej intrygujący. “Fundament imperium” czytałem, teraz muszę nadrobić pozostałe dwa teksty.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Napewno przeczytam, Drakaino, ale mam trochę opowiadań do nadrobienia i inne forumowe zaległości, że wspomnę legendarną betę Jima. 

Przyjemne opowiadanie. Przyjemnie się przechodzi z jednej narracji do drugiej i przyjemnie się zagłębia w klimat wioski spowitej mgłą. Może właśnie ten klimat jest najważniejszy, ważniejszy od fabuły i bohaterów. I dlatego czuję lekki niedosyt, bo chciałabym, aby historia we mnie bardziej uderzyła, opowiedziała coś, z czym mogłabym się utożsamić, myślowo albo uczuciowo.

W każdym razie, gratuluję dobrego tekstu i pozdrawiam!

Dzień dobry.

 

Na Podkarpaciu często mamy takie mgły :) Od razu biorę się za zaległości w uniwersum, bo Galicja Zachodnia to moje rejony :) Rodzinnie strony to zarzewie rabacji galicyjskiej :/ która pogromiła szlachtę i osłabiła ruchy niepodległościowe. W sumie szlachta też święta nie była…

 

Dzięki Outta, dzięki Chalbarczyk :)

 

Pendrive – od razu spieszę uprzedzić, że Galicja jest w zasadzie tylko tu, bo uniwersum jest europejskie. Bywa monarchia habsburska, ale Galicja po raz pierwszy wystąpiła.

http://altronapoleone.home.blog

Jest to Twoje pierwsze opowiadanie, które przeczytałam i nie jestem zawiedziona. :-)

Podobało mi się nawet mimo braku znajomości nawiązać.

Nawiązania do Wesela dostrzegłam mimo zaćmy, natomiast z komentarzy dowiedziałam się, że chyba istotna była tu także znajomość poczynań niejakiego Asterixa, który, niestety, jest mi postacią całkiem obcą. Nie przeszkodziło to jednak docenić jakości opowiadania, zwłaszcza że bardzo rzetelnie, a nienachalnie, wsparłaś się zarówno wiedzą historyczną, jak i świetnym humorem.

Bardzo satysfakcjonująca lektura. ;D

 

– Ale coś mi się widzi, że jed­nak coś się panu na głowę rzu­ci­ło, ka­pi­ta­nie. – Rzu­cił ad­iu­tan­to­wi po­sęp­ne spoj­rze­nie. –> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ajzan, miło mi, że przeczytałaś jakieś moje opowiadanie ;)

 

Reg, powtórzenie nie jest celowe, podobnie jak kilka innych, które zauważyłam, niemniej skoro Ty wyłapałaś tylko to jedno, to dobrze świadczy o tekście – znaczy, wciąga ;) Wszystkie powtórzenia zostaną wyedytowane po zakończeniu konkursu.

http://altronapoleone.home.blog

Owszem, Drakaino, wciąga i to wciąga całkiem nieźle. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W pierwszej scenie wychwyciłem nawiązanie do komiksów Goscinnego. Nie znam uniwersum, w którym rozgrywa się opowiadanie, więc zakładałem, że imperium mecha-Bismarcka okaże się jego skrajnie niewydarzoną wariacją – spodziewałem się, że motywem przewodnim będzie tu hasło ,,ale głupi ci Germanie”. Tymczasem głupi okazali się sami Słowianie :) Ale mam wrażenie, że nie jest to tylko powierzchowna satyra. Ujęła mnie ta wioska impotentnych chochołów, które samą biernością krzyżują plany potężnemu imperium. Ładny, metaforyczny obrazek.

Pozdrawiam!

Cześć!

 

Pojechałaś! Miesięcznica, sterowiec zniżający lot we mgle, gdy chochoł przy brzozie stoi. Byłem ciekaw, jak się to skończy. A skończyło się weselem, choć wcale nie do końca wesoło.

Świetny pomysł na opowiadanie, bardzo dobre wykonanie. Trochę z początku gubiłem się w postaciach zza zachodniej granicy, bo było ich trochę, ale z czasem ogarnąłem, kto jest tu kim. Trochę straszno, trochę śmieszno, fantastyki sporo i przywar narodowych niemało. Przyjemny klimat dziewiętnastego wieku, zwłaszcza sterowiec mi się spodobał, choć pary tu za wiele nie było.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć! 

Ciężko napisać coś, czego już nie napisali Szanowni przede mną :D. Opowiadanie jest świetnie przemyślane i napisane. Narracja, język i fabuła – wszystko gra. To, co mnie się najbardziej podobało, to kreacja postaci – ich sposób mówienia, gesty, ogólna charakterność. Gratuluję [ i trochę zazdroszczę:) ].

 

pozdrawiam

M. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Adamie, Krarze i Morderco – w zasadzie mogę tylko podziękować za miłe słowa!

 

Aczkolwiek przyznam @krar85, że sterowiec zniżający lot we mgle wyszedł przypadkiem, choć cała reszta oczywiście była zaplanowana ;)

 

Ale mam wrażenie, że nie jest to tylko powierzchowna satyra.

Dziękuję. To wielki komplement :)

http://altronapoleone.home.blog

Cześć!

 

Ostatnio czytałem pierwszy tom “Wojny i pokoju” i mi się te narady generałów i adiutantów bardzo miło skojarzyły. Poza tym ciekawe opowiadanie, dużo nawiązań, w zasadzie to cała historia się z nich składa. Ale wszystko tu do siebie jak najbardziej pasuje. Postmoderna pełną gębą :D

 

Pozdrawiam

mc

sterowiec zniżający lot we mgle wyszedł przypadkiem

Nie wiem, nie wnikam, ale mi się takie subtelne nawiązanie bardzo spodobało.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Ależ mnie ucieszyło, że tak przypadkiem wyszło :)

http://altronapoleone.home.blog

UZASADNIAM swój wybór tego tekstu na pierwsze miejsce w moim głosowaniu:

 

Wygrałaś ze względu na to, że – jako czytelniczka – szczególnie szukałam w tym konkursie szalonych, nieprzewidywalnych połączeń, odlotowych intertekstualnych skojarzeń i połączeń rzeczy pozornie nie pasujących do siebie. Steampunk, Bismarck, Wyspiański, Asterix i współczesna polska polityka to mieszanka wybuchowa, która u ciebie złożyła się w spójny tekst z tymi nieoczekiwanymi elementami dającymi, zamiast zgrzytów, smaczną i satysfakcjonującą całość. Bardzo dobre opko niezależnie od konkursu, a jednocześnie tekst, który bardzo ciekawie te założenia konkursowe realizuje.

Hej :)

Przyjemnie się czytało. Najbardziej podobały mi się fragmenty w wiosce. Humor może nie trafił do mnie za każdym razem, ale kilka razy się uśmiechnęłam. Fabuła jest przemyślana, postaci charakterystyczne (chociaż też na początku trochę się zagubiłam, kto jest kim). 

Pozdrawiam :)

Świetne. Uśmiechnęło kilkakrotnie (rzadkość). Gdy przeczytałem : “Koń stał na środku rzeki i przyglądał mu się z czymś na kształt zaciekawienia połączonego z dezaprobatą.”, zobaczyłem tego konia i kąciki ust podniosły się. Więcej takich opowiadań, a nie mrocznych i dołujących, których obecnie pełno. :)

opromieniony niedawną sławą zwycięzca

Hmmmm. Niedawną sławą zwycięzcy? Sławą niedawnego… nieee…

 głosem, jakiego chyba nikt w całych Prusach by się po nim nie spodziewał

Czyli jakim?

 premier powolnym krokiem kierował się ku doradcom

Hmm.

 popatrzyli po sobie z przerażeniem, ponieważ

Hmmmm.

 Pięść uderzyła w stół, który zatrząsł się, jak zdzielony żelazną maczugą, choć wiadomym było, że po zamachu sprzed trzech lat, w którym cudem uratował życie, premier ma metalowe nogi, a nie ręce.

A gdyby nie było wiadomym?

 – Może to i jedna wioska – oznajmił, wyraźnie siląc się na flegmatyczność – ale ponoć stawia opór zarówno Rosjanom jak i Austriakom

XD

 Oni nie byliby w stanie nawet jej porządnie obsadzić

Szyk trochę nie teges.

 najwyraźniej nieco uspokojony graf von Bismarck

Jesteś pewna, że tu nie trzeba przecinka?

pokonaliśmy bez trudu Austriaków

Niewygodny szyk.

 niczym niepewny

Hmmm.

 pracują zarówno u nas jak i w Austrii nad poprawą stanu rzeczy

Przecinki: pracują, zarówno u nas, jak i w Austrii, nad poprawą.

 co sądzi o austriackim gadaniu

Ba-dum czing.

 wsłuchując się w radujący serce rosnący entuzjazm

Entuzjazm to nie dźwięk.

 w okrywającej pobliską rzeczkę mgiełce, snuły się sylwetki konnych patroli

Hmm.

 No to

No, to.

 błysła mu bowiem błyskotliwa myśl w głowie, co ją miał nie od parady

Żarcik rozkoszny, ale nie jestem pewna, czy akurat tu pasuje.

 w okolicę wkroczyli

Hmmmmm. "Hmm" frazeologiczne.

 O czym niekoniecznie na razie wiedzieli Austriacy.

Hmm.

 – Po pierwsze nie jestem żadną ekscelencją – żachnął się Wolff – po drugie wykonać rozkaz

– Po pierwsze, nie jestem żadną ekscelencją – żachnął się Wolff – po drugie, wykonać rozkaz.

 w tym samym kolorze co szary polowy mundur

W tym samym kolorze, co szary polowy mundur.

 przyprowadzonego mu konia

"Mu" zbędne i utrudnia czytanie.

 nie wygląda jak naturalne zjawisko, lecz jakaś diabelska sztuczka

Hmmmmm.

 Oficer zdołał uspokoić zwierzę, zaklął szpetnie i wyciągnął broń.

W jednym zdaniu? ;)

 wymamrotać coś pod nosem o honorze Prus

Wymamrotać pod nosem coś o honorze Prus.

 Koń stał na środku rzeki i przyglądał mu się z czymś na kształt zaciekawienia połączonego z dezaprobatą.

heart

 rozważanie humorów rumaka

Hmm. Choć fonetycznie całkiem fajne.

mógł w panujących obecnie w całej Europie napiętych stosunkach

Raczej przy stosunkach.

 siły były tu czynne

Hmmmmmm.

zbyt blisko do maszyny

"Do" zbędne.

 Sterowiec w ogóle się tu znalazł, ponieważ premier uparł się

Hmmmmmmmmmm. Fonetyczne hmm. Polityczne dostrzegłam dopiero przy wklejaniu i odmawiam zwrócenia na nie uwagi. Nie widzę go. M-m.

 przekonać Bismarcka, by dać

Hmm.

 Przed lusterkiem, z zamiatającą pawimi piórami o podłogę krakuską w zastygłej bez ruchu ręce.

A złotego rogu tam nie było? XD

 lekko chwiał się

Chwiał się lekko.

 czując jak nogi

Czując, jak nogi.

 pod tracącą na zimę liście brzozą

Trochę to niewygodne w wymowie.

 spowitą nieprzeniknioną mgłą wioską

Spowitą we mgłę, no, doprawdy.

 nic w przeklętej wiosce się nie wydarzyło

Nic się w przeklętej wiosce nie wydarzyło.

 Nic takiego jednak się nie wydarzyło

To jest praktycznie powtórzenie.

 będzie kolej jak się patrzy, no i fort

Będzie kolej, jak się patrzy, no, i fort.

 wyglądał jakby połknął

Wyglądał, jakby połknął.

 Przez ten Brunowitz…

… no, mówiłam XD

 No to premier

No, to premier.

 Mosiężny myśliwski rożek

Aha!

 Niech zostanie taka, jaka była

Taka, jaka jest.

Kierunek Francja. I módlmy się, żeby tam nie było takich osobliwych wiosek.

XD

A dyć, że fajne! Co ninedin powiedzieli, to i ja bym rzekła, boć pochwalić zawżdy trudniej, niźli objechać. A tu i wesoło jest, i nie dla durni, hej! A że gorzko trochę, co to szkodzi. Ode słodkiego zęby gniją ;D

P.S. Ale świętości nie szargać. To boli. ;)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nowa Fantastyka