- Opowiadanie: drakaina - Pamięć w czasach zarazy

Pamięć w czasach zarazy

Dość przypadkowo napisany tekst spoza uniwersum, a w sumie to i spoza mojej sfery zainteresowań, bo filmów o zombie nawet nie lubię... (No, za wyjątkiem Shaun of the Dead). Ale się napisało.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Pamięć w czasach zarazy

Po raz pierwszy pojawiła się wraz z wiosennymi roztopami. Zawsze na wiosnę wychodziło ich więcej, bo w zimie mieli trudności z poruszaniem się po śliskiej nawierzchni. W pierwszej chwili jej nie poznał: w niewielkim stopniu przypominała tę rudowłosą dziewczynkę z warkoczykami, z którą w dzieciństwie czasami bawił się w parku, a jeszcze mniej tę okularnicę, którą później zdarzało mu się spotkać na ulicy, kiedy odwiedzał rodzinę.

Wrócił tu, kiedy jego dzielnica spłonęła podczas jednego z pierwszych ataków – stojący na przedmieściach domek z ogrodem wydawał się wtedy oazą spokoju. Nie mieli tu równie dobrych kryjówek jak wśród wieżowców w centrum, no i więcej ludzi posiadało broń.

 

Wtedy, na wiosnę, zaskoczyła go.

Po pierwsze była sama, a oni zazwyczaj włóczyli się gromadami, wyjąc opętańczo i niszcząc wszystko, co znaleźli na drodze. Plaga ostatnio rozprzestrzeniała się nieco wolniej, ponieważ ludzie nauczyli się ukrywać i celnie strzelać. W głowę. Pierwsza zasada, jaką każdy, kto chciał przetrwać, musiał przyswoić brzmiała: przed zombie ratuje tylko celny strzał w głowę. Dla wielu ludzi ta próba okazywała się zbyt trudna, zwłaszcza gdy widzieli przed sobą bliskich, znajomych, sąsiadów – zasilali wtedy szeregi żywych trupów lub, jeśli mieli spore szczęście, lądowali całkowicie martwi w ziemi. Pod warunkiem, że znalazł się ktoś, kto ich pogrzebał. Istniały takie dzielnice, do których żywi nie byli w stanie wejść z powodu odoru rozkładających się ciał. Zombie też cuchnęli, ale trochę mniej.

Po drugie stała w miejscu i nie rzuciła się do ataku, kiedy tylko w domu zapaliło się światło. Miał pod ręką strzelbę, wymierzył – przez ostatnie lata wyrobił w sobie odruch pozwalający przeżyć – ale ona znikła wśród cieni i tyle ją widział.

Po trzecie, w przeciwieństwie do innych, nie wyła.

W każdym razie nie wtedy, gdy samotnie pojawiła się pod jego oknem. Widział ją potem w hordzie innych, jak rozbijali szyby w zdemolowanych już dawno samochodach, których wraki wciąż stały pod domami. Sąsiedzi ostrzelali grupę, kilku padło, a reszta rozpierzchła się. Złapał się na tym, że szukał wśród uciekających chudej sylwetki z przebijającą jeszcze przez łuszczące się płaty skóry na głowie resztką włosów w marchewkowym kolorze.

W przeszłości, kiedy oboje wyrośli już z piaskownicy i zabaw w parku, rozmawiali rzadko. Mijali się na ulicy, ale że nie była w jego typie, nie zwracał wówczas na nią uwagi. Teraz zaś, leżąc w jasno oświetlonej sypialni – wciąż nie był w stanie nauczyć się szybko zasypiać przy świetle – i nasłuchując kroków pełniącego wartę w kwartale sąsiada, przypomniał sobie, a może wyobraził, że miała ładne szarozielone oczy. Wtedy nie potrafił ich dostrzec przez szkła okularów, ale teraz widział jak wpatrują się w niego, kiedy mijali się na ulicy.

Nie wiedział, gdzie ją to spotkało. Czy dorwali ją i przemienili tutaj, gdzie nawet po latach stosunkowo rzadko się zapędzali? A może wybrała się na zakupy do centrum, kiedy to się zaczęło? Wyglądała na weterankę, nie na świeżą. Czy stała się jedną z pierwszych ofiar, kiedy jeszcze nikt naprawdę nie wiedział, co się dzieje? Po szkole chyba wybierała się na medycynę, a wiele osób zaraziło się w szpitalu, kiedy przywieziono tam pierwsze ofiary nieznanej epidemii. Równie dobrze mogła po prostu mieć pecha, uznał w końcu.

 

W następnych tygodniach powracała do jego ogrodu, czasem sama, czasem z jakąś niewielką grupką. Strzelał do nich, ale jakoś bez przekonania. Pod koniec kwietnia, kiedy była znów sama, odważył się wyjść na werandę. Stała pod drzewem, nieruchoma, jak to się im czasem zdarzało. W zamglonych oczach nie było tego koloru, który przypomniał sobie w nocy. Przechyliła głowę i jeden z ostatnich kosmyków odkleił się na chwilę od czaszki. Wyglądała groteskowo i upiornie w poświacie wydobywającej się z wnętrza domu.

Uświadomił sobie, że nawet nie pamięta, jak miała na imię. Jakby to w tej chwili miało jakiekolwiek znaczenie. Pamięć zwykłego życia, świata przed epidemią, zacierała się wśród rutyny codziennych patroli, wypraw do magazynów i wymarłych miast po żywność i broń, dyżurów przy generatorach prądu dla namiastek szpitali, jakie jeszcze zostały w okolicy – czyli egzystencji w świecie, który miał już niewiele do zaoferowania żywym. Przez pierwsze tygodnie, może miesiące, usiłował zapamiętywać wszystko – w nadziei, że będzie to przydatne, kiedy ten koszmar się skończy. Przez pierwszy rok co wieczór przeglądał stare albumy ze zdjęciami, czytał książki, które zdążył wynieść z biblioteki, zanim posłużyły za opał, ale po roku zobojętniał. Pamięć była bez znaczenia w świecie skazanym na zagładę.

Zawołał coś, jakieś „cześć”, i poczuł się niewyobrażalnie głupio. Ale jej już tam nie było; jak wiele razy wcześniej wtopiła się w mrok i znikła.

 

Jeszcze trzy lata temu, kilka miesięcy po ujawnieniu w mediach, czym jest szerząca się w zastraszającym tempie epidemia – w czasach, kiedy jeszcze istniały regularne media i ktokolwiek traktował je poważnie – wielu naukowców, przywódców religijnych i polityków wypowiadało się, że być może u niektórych zombie w mózgu przetrwały ślady świadomości, że niektórych dałoby się jeszcze ratować, reanimować. Półtora roku później, kiedy część globu wyludniła się całkowicie w zastraszającym tempie, a gdzie indziej proporcje populacji zaczęły się przechylać na niekorzyść żywych, nikt już w takie brednie nie wierzył. Nie było ani jednego miejsca na świecie, gdzie udałoby się nawiązać choćby śladowy kontakt z chodzącym trupem. Ci, którzy mimo wszystko kontynuowali wysiłki, najczęściej kończyli z przegniłym ciałem i rozwaloną czaszką.

 

Pewnego pogodnego majowego dnia, kiedy wrócił do domu z uzupełniania zapasów w miejscowym magazynie, omal nie rozsypał wszystkich cennych produktów na progu. Przy schodkach prowadzących na werandę zobaczył postać, która nie przypominała jego sąsiada i zmiennika w patrolowaniu okolicy. To była ona. Jak zazwyczaj w południe stała bez ruchu w promieniach słońca – jasne światło wprawiało ich w otępienie. Wtedy stanowili najłatwiejszy cel. Odruchowo sięgnął po pistolet, ale zawahał się. Nie potrafiłby podejść teraz i po prostu przyłożyć jej lufy do czaszki, mimo że miał już sporą wprawę. Zakończył nawet w ten sposób egzystencję aptekarza, u którego dawno temu mama kupowała mu aspirynę i witaminy na przeziębienie.

Teraz w szklistych, martwych oczach tej… dziewczyny… dostrzegał ślad dawnego świdrującego spojrzenia. Czy gdyby kilka lat temu nie był zapatrzonym w siebie studentem, jej życie potoczyłoby się inaczej? Kiedy ojca zabili zombie, a matka przestała jeść i zmarła kilka tygodni później, czuł ból. I lęk, czy poradzi sobie sam. O losie siostry mieszkającej w mieście odległym o setki kilometrów nic nie wiedział, a teraz nawet nie miałby się jak dowiedzieć. Niemniej, uświadomił sobie, to wspomnienie: osoby tak żywej, tak dobrze znanej, a zarazem nigdy naprawdę nie poznanej, budziło w nim poczucie straty większej niż wszystkie, których bezpośrednio doświadczył.

Wyciągnął rękę i delikatnie popchnął… dziewczynę… w kierunku trawnika. Dotyk był równie nieprzyjemny jak zawsze – czy to w kontakcie z ruszającymi się jeszcze, czy też ustrzelonymi już zombie, kiedy palono ciała, żeby przynajmniej powstrzymać szerzenie się zwykłych chorób. Nawet ubrania żywych trupów były jakby pokryte paskudnym śluzem czy mułem. Tych starszych, znaczy się, bo ci nowsi wyglądali jak ciężko chorzy i wycieńczeni, ale jeszcze żywi. Oni zresztą byli najgroźniejsi, oni odpowiadali za szybkie szerzenie się epidemii na samym początku.

Sztywnym krokiem odeszła w cień drzew. Odwrócił się, nie chcąc widzieć jak wychodzi na ulicę, ale ona wiedziona jakimś instynktem nieumarłych, skręciła między drzewa jeszcze przed płotem i chwilę później usłyszał jak przedziera się przez krzaki na tyle domu.

Uświadomił sobie, że nie chciałby, żeby ktokolwiek ją zastrzelił. Nie potrafiłby wziąć udziału, co było obowiązkiem każdego żywego, w cotygodniowym paleniu ciał, kiedy jedno z nich będzie ubrane w strzępy dżinsów i fantazyjnej bluzki w kwiaty, której kolory i wzór wciąż jeszcze były widoczne spod brudu i szlamu.

 

Tej nocy znów nie mógł zasnąć. Usiłował przypomnieć sobie, jak mijali się na ulicy, jak wodziła za nim wzrokiem… Nieatrakcyjna licealistka za przystojnym świeżo upieczonym studentem. Na pewno wtedy jeszcze nie miała tej bluzki, pod którą całkiem apetycznie mogły się rysować jej nieco zbyt obfite jak na jego ówczesny gust kształty. Ale on ją widział ubraną właśnie tak: w bardzo zwyczajne dżinsy i kolorową koszulę z cienkiej bawełny, rozwiewającą się lekko na wietrze. Kiedy widział ją ostatni raz, kilka miesięcy przed wybuchem epidemii, miała przykryte czerwoną czapeczką włosy do ramion, dużą torbę przewieszoną przez ramię i ciepłą kurtkę – zaczynała się właśnie zimowa przerwa semestralna. Musiała już być na studiach, może właśnie szła do tego szpitala, w którym się później zaraziła.

A może sobie to wszystko wymyślił.

 

Następnego dnia wieczorem wyszedł przed dom. Nie miał dyżuru patrolowego, ale wciąż, po tylu latach lubił czasem posiedzieć na werandzie i udawać, że wszystko jest po dawnemu, że matka za chwilę zawoła go na kolację, a kiedy skończy się weekend, on wróci do miasta i do swojej pracy.

Szelest liści zwrócił jego uwagę. Znowu tam była. Wiedział doskonale, że ta sytuacja nie może trwać w nieskończoność. Sąsiad lada chwila będzie tędy przechodził z karabinem gotowym do strzału. Jeśli nawet nie zauważy jej dziś, jutro, pojutrze, za tydzień zrobi to ktoś inny.

Wstał i ruszył w kierunku krzaków. Podszedł do niej i powstrzymując odruch obrzydzenia, objął ją ramieniem. Mimo że było tu ciemno, nie poruszyła się, stała tak jak w pełnym słońcu. Na chodniku odezwały się kroki. Dziewczyna przechyliła głowę, jakby przestraszona. Poczuł, że wbija mu zęby w ramię, i szybkim ruchem przyłożył jej lufę do skroni. Znał doskonale objawy, więc nie wypuszczając jej martwego już teraz naprawdę ciała z ramion, podniósł pistolet jeszcze raz i wycelował sobie w podbródek, żeby zdążyć, zanim pojawi się pierwsze otępienie.

W tej ostatniej chwili przypomniał sobie jej imię.

Koniec

Komentarze

Plaga ostatnio rozpowszechniała się nieco wolniej,

Wolałbym – rozprzestrzeniała się. Rozpowszechniać można plotkę, plagę zapewne też, ale ujmuje to pladze złowrogości. 

Niemniej, uświadomił sobie, to wspomnienie: osoby tak żywej, tak dobrze znanej, a zarazem nigdy naprawdę nie poznanej, budziło w nim poczucie straty większej niż wszystkie, których bezpośrednio doświadczył.

Kurde, nie wiem, co dokładnie nie tak jest z tym zdaniem, nie umiem w zasadzie napisać go poprawnie. Albo też nie umiem przeczytać go z właściwą intonacją, zaznaczoną przez interpunkcję. Niby wiem o co chodzi, ale konstrukcyjnie strasznie mi się to rozłazi. 

 

Mocno skomplikowanych, piętrowo złożonych zdań jest tam całe mnóstwo. I to dobrze, bo tworzą one klimat tekstu – spokojny, delikatny, nieledwie poetycki, w kontraście do treści. Mam wrażenie, że często zdania owe poruszają sie wręcz na granicy zręczności i skladności, ale, gdyby pomyśleć, to trudno byłoby wprowadzić jakieś konkretne poprawki, poza przesunięciem przecinka w tę lub wewtę. Dlatego się nie wtryniam, bo kiepsko się na tym znam. 

Ogólnie, bardzo przyjemne wrażenia. Traf chciał, że przed lekturą Twojego tekstu przeczytałem szorta Jganko, o zombie i miłości. I fajny tamten był, oceniłem pozytywnie, ale Twój jednak bardziej do gustu mi przypada. Może ze względu na klimat, może przez to że bardziej czuję tą, jakże nieoczywistą (a może wcale nie istniejącą, może to zwykłe szaleństwo) miłość? 

Bardzo dobry szort. Choć nieco zawiodła mnie końcówka – Mam wrażenie, że nic nie zapowiada takiej decyzji bohatera. Mimo wszystko, sprawiał wrażenie konkretnego i stabilnego. Zabrakło mi czegoś, co naprawdę mogło pchnąć go do tego, co zrobił. 

Aha – skąd oni brali amunicję na to całe strzelanie? Mam wrażenie, że rzecz dzieje się lata po outbreaku wirusa, zombie wszedzie pełno, centralnych organizacji ani widu, ani słychu, nikt porządku nie pilnuje, poza strażą sąsiedzką, a oni palą sobie ot tak, do grupek szwendających sie nieumarłych, marnując bezcenną amunicję? 

Ale pal sześć realia. Tekst klimatem stoi, a ten jest znakomity.

P. S. 

Bardzo lubię Shaun of The Dead! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nie spodobała mi się przedstawiona tu historia. Nudna historia miłością, napisana trochę od czapy, a bohater zachowuje się irracjonalnie, jego decyzje płyną nie wiadomo skąd. W miarę czytania fabuła była coraz gorsza, aż do sztampowego zakończenia, które nie zrobiło na mnie wrażenia.

A teraz druga strona medalu. Short nie jest tragiczny, dzięk Autorowi. Napisany jest znakomicie, czyta się świetnie. Bardzo podobał mi się fragment o zanikaniu pamięci. Dobrze o Tobie świadczy, że nawet jak weźmiesz słabą historię na warsztat, to odpowiednio ją przedstawisz. To cechuje dobrego artystę.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Podobało mi się.

Nie lubię historii o zombie, a jednak Ty użyłaś tutaj znanego sztafażu, by przedstawić tęsknotę za światem, który przepadł i przyszłością, która została bezpowrotnie utracona.

Podobał mi się wewnętrzny proces bohatera. Gość był w stanie przetrwać utratę bliskich, ale tym, co popchnęło go do smutnego końca, było pogrzebanie potencjalności i nadziei na ich ziszczenie.

Ładnie napisane. Czytało się przyjemnie. Mam wrażenie, że autorka ulokowała w dziewczynie zombie jakiś osobisty ułamek.

Szort był znacznie bardziej komunikatywny niż większość Twoich tekstów :D Rozumiem, że formuła jest w założeniu mniej skomplikowana, ale różnica jest radykalna i dowodzi, że w niektórych tekstach podkładasz sobie nogę, nadmiernie podkręcając poziom… Intertekstualności? Metakontekstowości? Nie wiem, jak to najlepiej nazwać. A to opowiadanko broni się samodzielnie, na własnych prawach.

Dobry tytuł, wybrzmiewa podwójnie ze względu na nawiązanie.

złomu na coraz gorzej jakości amunicję,

Literówka.

strzępy dżinsów za dużych na wychudłe nogi

jej nieco zbyt obfite jak na jego ówczesny gust kształty.

To w końcu była za gruba czy za chuda? Czy schudła jako zombie?… :D

A czemu dziewczyny aspirują do tego, żeby być kościste, wymyka się mojemu zrozumieniu :(

 

Zaprzęgnięto do wielkiej i romantycznej miłości wampiry, to i prędzej czy później zombiaki też musiały się doczekać.

No, nie przekonało mnie. Bohater zachowuje się zbyt irracjonalnie.

Nie znam się, ale mam wątpliwości co do broni. Bohater na końcu strzela dwukrotnie. Czy ze złomu można odlać naboje do karabinu? Tu chyba nie wystarczy zwykła kulka, trzeba zachować kształt, zadbać o spłonkę, ładunek i takie tam…

Babska logika rządzi!

Bogowie nieśmiertelni, to nie jest opowiadanie o miłości… Może powinnam to była wpisać do przedmowy, a tak serio to zastanawiam się, czy sprawia to tytuł i wiedza o jego źródle? Prawdę mówiąc, po posądzeniu o zastąpienie wampirów zombiakami w paranormal romansie mam ochotę strzelić sobie złomem w… No, nie wiem, może klawiatura wystarczy?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie? Rozkminy bohatera na temat bohaterki mogą być czymś innym? A jak wyglądała wcześniej, a ciekawe, w jaki sposób zachorowała…

Babska logika rządzi!

Zwabił mnie tytuł i liczba znaków, bo ostatnio nie jestem w stanie skupić się na dłuższych tekstach. Uwielbiam Marqueza i była ciekawa jak zastąpiłaś miłość pamięcią. Dostrzegłam nawiązanie do “Stu lat samotności” i zastanawiam się na ile celowy był to zabieg?

Podobał mi się klimat. Ładnie odmalowana tęsknota bohatera za tym, co już nigdy nie wróci, która w efekcie doprowadza go do podjęcia dramatycznej decyzji.

No, ja tu dostrzegam wątek romansowy. Tyci, tyci, ale jednak. :D

No, no, Finklo, nie podejrzewałam Cię o ten poziom romantyzmu ;) Bohater rozpatruje szczegóły wyglądu i zachowań, bo rozpatruje swoje wspomnienia, które zostały niespodziewanie uruchomione przez pojawienie się rozpoznawalnej osoby. Nie wydaje mi się, żeby rozkminianie tego, czy się coś pamięta, nawet jeśli jest to wygląd osoby płci przeciwnej, było dowodem zakochania :/

 

AQQcień takiego wątku oczywiście jest, bo bohater po części tak sobie projektuje wspomnienie, to jest chyba warunkowane kulturowo… A intencje autorki odczytałaś właściwie bezbłędnie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jedno i drugie zachowuje się irracjonalnie (o ile w przypadku zombie może być "irracjonalnie"). W każdym razie – inaczej niż środowisko. Mają na swoim punkcie obsesję, a potem dochodzi do zbliżenia. No miłość. Napisałaś paranormal romance o zombi. Coś jak "Ciepłe Ciała", tylko mrocznej i bez happy endu :-) 

Ale niczym sobie w nic nie pal. Nie wiadomo, w co się zmienisz po śmierci. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No, no, Finklo, nie podejrzewałam Cię o ten poziom romantyzmu ;)

A w ogóle podejrzewałaś o romantyzm? Błąd. ;-) “Romantyczna także jestem jak hutniczy piec”.

Babska logika rządzi!

Nie wydaje mi się, żeby rozkminianie tego, czy się coś pamięta, nawet jeśli jest to wygląd osoby płci przeciwnej, było dowodem zakochania :/

A przytulasy, to co? ;)

To w zamierzeniu miał być całkiem nieromantyczny przytulas… :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Znaczy, zamierzał wziąć zakładniczkę i osłaniać się nią przed atakiem? ;-)

Babska logika rządzi!

No cóż, nie lubię opowieści o zombie i pewnie dlatego szort, choć ładnie napisany, nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia.

 

Jeśli nawet nie za­uwa­ży jej dziś, jutro, po­ju­trze, za ty­dzień zrobi to ktoś inny.. –> Jedna kropka wystarczy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytając ten tekst, miałam – mimo skojarzenia tytułu z “Miłością w czasach zarazy” – wrażenie, że jest o raczej o nostalgii, o pamięci oraz, poniekąd, o PTSD, z którego bohater nie bardzo sobie zdaje sprawę.

Dziewczyna z opowiadania jak dla mnie – no, w zasadzie nie istnieje samodzielnie. To nie jest zarzut do kreacji bohaterki, raczej uwaga, że wszystko, co o niej wiemy, pochodzi ze wspomnień, refleksji i rozważań bohatera. Może rzeczywiście jest w tym jakiś cień “zakochania”, fascynacji, obsesyjnego myślenia o tym, co by mogło być, a się nie zdarzyło, ale jak dla mnie kluczowym elementem tego “zakochania” jest to, że dziewczyna się bohaterowi kojarzy z dawnym światem, z tym, co było przed plagą i katastrofą cywilizacyjną. Jest wspomnieniem lepszego życia, kiedy jeszcze była nadzieja na szczęście, jest śladem przeszłości, kiedy było dobrze (jak te cholerne sanki w “Obywatelu Kane” :D). Podoba mi się to, że my tak naprawdę _nie wiemy_ , czy ona jest inna od innych zombie, czy też bohater to sobie wmawia, bo ją kojarzy i CHCIAŁBY, żeby była inna. Przecież wszystko to, co widzimy, widzimy oczyma człowieka, który żyje w koszmarnym świecie i w dość paskudnym stresie, który nie ma nadziei, stracił wszystkich, był świadkiem przemiany dawnych znajomych w potwory i tychże dawnych znajomych musiał zabijać – i musi jakoś z tym żyć.

Autorka tego w tekście nie mówi – to już jest moje dośpiewywanie po lekturze, na zasadzie czystej spekulacji, i całkowicie zaakceptuję, jeżeli mi powie, że to nadinterpretacja – ale dla mnie bohater ma coś w rodzaju PTSD i zaburzoną w związku z tym ocenę sytuacji. To dlatego popełnia ten błąd, to dlatego – łącząc tęsknotę za dawnymi czasami z brakiem możliwości realnej oceny sytuacji – przecenia dziewczynę i ostatecznie płaci za to życiem.

Uff, chciałam napisać jedno-dwa zdania :D

A co jedzą zombi? Jeżeli ludzi to skąd kolejne zombi, a jeżeli nie, to proste zasady biologii mówią że muszą coś jeść.

To musiała być wielka miłość żeby przytulić wielomiesięczną zombi. Jak dla mnie jest to mało wiarygodne nawet na portalu fantastyki. 

Ale sam w sobie szorcik OK

No cóż, nie lubię opowieści o zombie

Ja też nie, jak zaznaczyłam w przedmowie ;)

 

A co jedzą zombi? Jeżeli ludzi to skąd kolejne zombi, a jeżeli nie, to proste zasady biologii mówią że muszą coś jeść.

To jest szort, a nie powieść z oryginalnym światotwórstwem, więc założenie jest klasyczne: zombie nie jedzą. To żywe trupy, a nie wampiry czy wilkołaki.

 

To musiała być wielka miłość żeby przytulić wielomiesięczną zombi.

Nie sądzę. Raczej desperacja, może jakieś irracjonalne działanie (ninedin nieźle zanalizowała motywacje, więc odsyłam do jej komentarza). Tu nie ma wielkiego romansu. Może to jeszcze doprecyzuję w tekście. Poza tym lekarze czy antropologowie sądowi miewają do czynienia z rzeczami gorszymi od kilkuletnich zombie, a jakoś chętnych do zawodu nie brakuje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jest klimatycznie, to fakt. Opowieść płynie snuta ładnymi zdaniami. Nostalgiczna niemal, taka jesienna, mimo że maj w tekście. Ale sama historia ma kilka dziur i raczej niewiarygodny finał. 

Klika do biblioteki dam za dobre wykonanie i nastrój szorta. To się Autorce udało. Ale nie do końca kupuję to spokojne życie bohatera na prowincji w czasach apokalipsy zombie. Tych zapalonych świateł i jednego sąsiada na patrolu, sielskiego życia w obliczu końca wszystkiego.

Zombie w tym tekście nie sprawiają wrażenia jakiegoś poważnego zagrożenia. Strzela się do nich jak do kaczek, snują się w świetle dnia jak ślimaki, pojawiają w grupkach, które społeczność likwiduje bez żadnych problemów i emocji. A przecież z drugiej strony Autorka przekonuje nas, że ludzkość zmierza ku zagładzie, nic już nie ma sensu, a zombie opanowują świat.

No i bohater, który jeszcze niedawno uzupełniał zapasy i cieszył się wieczorami na werandzie, nagle pchany nostalgią za minionymi czasami, za tym, co odeszło i za tym, co nigdy się nie spełniło, przytula znajome z widzenia zombie. Hmmm.

Absolutnie niewiarygodne dla mnie. Rozumiem, że to ugryzienie w ramię spowodowane było właściwie jakimś ruchem czy hałasem na ulicy, który “wystraszył” zombie. Zatem bohater nie planował skończyć ze sobą tak naprawdę w tamtej chwili, tylko powodowany głupotą postanowił poprzytulać nieznajomą-znajomą nieumarłą i miał pecha. A jeśli jednak zamierzał, to czemu w takim razie tulił z pistoletem/karabinem pod ręką? Logika takiego postępowania jest żadna. I chyba nie tylko mi zazgrzytała.

Ja to widzę tak, że przytulił pchany impulsem, dał się ugryźć (jednak nie planując tego, bo po co mu broń skoro idzie się świadomie zabić?) jak podejrzewam niesiony dziwnymi emocjami i odmiennym zachowaniem tego akurat zombie, ale tak serio przez głupotę. A potem, trzymając zombie w objęciach, z zębami dziewczyny w ramieniu strzela jej w głowę, a następnie sobie w podbródek…?

Autorka poszła w klimat, w ból niepamięci, zapominania, straty, zmarnowanego potencjału rzeczy, które mogły się stać, a zostały bezpowrotnie utracone, i w tym wszystkim zapędziła swojego bohatera w irracjonalne zachowanie.

 

Dwa zdania mnie zastanowiły z zupełnie różnych powodów. Pierwsze jest szowinistyczne i mogła je napisać tylko kobieta ;):

 

Mijali się na ulicy; nie była w jego typie, a on akurat znajdował się w tej fazie, kiedy liczy się wyłącznie rozmiar konkretnych części ciała.

Faceci tak naprawdę nie przechodzą takiego etapu. To jakieś stereotypy i wymysły żeńskiej połowy ludzkości. Poza tym to zdanie jest bez sensu wobec późniejszego: 

Na pewno wtedy jeszcze nie miała tej bluzki, pod którą całkiem apetycznie mogły się rysować jej nieco zbyt obfite jak na jego ówczesny gust kształty.

 

Inne z kolei zabrzmiało mi niezręcznie, coś nie tak z szykiem, podmiotami itd.:

 

Zakończył nawet w ten sposób egzystencję aptekarza, u którego dawno temu mama kupowała mu aspirynę i witaminy na przeziębienie.

 

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Poza tym lekarze czy antropologowie sądowi miewają do czynienia z rzeczami gorszymi od kilkuletnich zombie, a jakoś chętnych do zawodu nie brakuje.

Ale ciało na stole do sekcji zazwyczaj nie gryzie. ;-)

Babska logika rządzi!

Mr. Marasie – dziękuję i za klika, i za (moze mimowolne) doskonałe oddanie intencji autorki ;) Tak, chodziło mi o klimat, dopiero w ostatniej fazie wykańczania tekstu dodałam nieco szczegółów, w obawie o zarzuty o brak światotwórstwa.

Będąc na wakacjach miałam przez ostatnie dni trochę problemów z internetem, więc nie poprawiłam części baboli, w tym tego problemu dwóch sprzecznych wyglądów bohaterki – nadrobię to za chwilę. Tam oryginalnie był pewien zamysł, ale przyznam, że chwilowo trochę nieczytelny, a poza tym może jednak nieistotny.

 

Faceci tak naprawdę nie przechodzą takiego etapu. To jakieś stereotypy i wymysły żeńskiej połowy ludzkości.

Hmm. Z czegoś on się bierze. Choć w sumie również te upalne wakacje przekonały mnie o mylności mojego stwierdzenia – część facetów nigdy z tego nie wyrasta, więc może nie powinnam pisać o etapie ;) Ale w tekście postaram się to jakoś złagodzić.

 

Ale ciało na stole do sekcji zazwyczaj nie gryzie. ;-)

“Zazwyczaj” being the keyword? ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Autorka poszła w klimat, w ból niepamięci, zapominania, straty, zmarnowanego potencjału rzeczy, które mogły się stać, a zostały bezpowrotnie utracone, i w tym wszystkim zapędziła swojego bohatera w irracjonalne zachowanie.

Freud by powiedział, że autorka ukarała bohatera za to, że nie chciał kochać jej alter ego, wyprojektowanego w literaturze ;)

Niech żałuje, co stracił, ten nieznośny, arogancki dryblas z trzeciej ce!

Choć w sumie również te upalne wakacje przekonały mnie o mylności mojego stwierdzenia – część facetów nigdy z tego nie wyrasta, więc może nie powinnam pisać o etapie ;)

To jak z trollami. Zdecydowana mniejszość, ale zdecydowanie najgłośniejsi :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wisielcze, dziewczyna z opowiadania ma zero punktów stycznych z autorka, jeśli nie liczyć płci biologicznej, więc interpretacja nietrafiona…

 

Thargone – w sedno!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zawsze na wiosnę wychodziło ich więcej, bo w zimie mieli trudności z poruszaniu się po śliskiej nawierzchni.

W poruszaniu – ale w ogóle coś mi tu nie tegesuje.

w nikłym stopniu przypominała

Czy stopień może być nikły? Może prawie wcale nie przypominała?

Przeprowadził się z powrotem po tym

Aliteracja nie brzmi za dobrze poza językami germańskimi.

więcej ludzi posiadało broń

Miało. "Posiadało" jest za wysokie.

Plaga ostatnio rozprzestrzeniała się nieco wolniej, ponieważ ci, których nie dopadli i nie zmienili w takich jak oni, nauczyli się ukrywać i celnie strzelać.

Trochę to zdanie nierówno posklejane – są trzy różne podmioty (plaga, oni i drudzy oni), i jeszcze to "ponieważ". Może lepiej by było to podzielić?

dzielnice, gdzie żywi nie byli w stanie wejść

Dzielnice, do których. Dalej masz dwa imiesłowy – można by z jednego zrezygnować.

Sąsiedzi ostrzelali grupę, kilku padło

Sąsiadów? Nie widzę (jeszcze?) dlaczego unikasz tego słowa na "z" – to ma znaczenie?

chudego kształtu z przebijającą jeszcze przez łuszczące się płaty skóry na głowie resztką włosów

Ooj, bałagan. Czy kształty są chude?

w jasno oświetlonej sypialni

Przecież zombie reagują na światło? Agresją?

widział jak obracają się za nim

Widział, jak. To ona już wtedy miała oczy na szypułkach? :P

tutaj, gdzie takich przypadków było niewiele, nawet teraz dość rzadko się tu zapędzali?

Podzieliłabym, bo bałagan.

poświacie dobywającej się

Wydobywającej się – dobywa się miecza.

dyżurów przy wytwarzaniu ze złomu i kurczących się zapasów prochu coraz gorszej jakości amunicji

Przeorganizowałabym: dyżurów przy wytwarzaniu coraz gorszej jakości amunicji ze złomu i kurczących się zapasów prochu

niewysłowienie

Jakieś to niezgrabne słowo.

regularne media i ktokolwiek traktował je poważnie

Khe *fake news* khe. :P

Ci, którzy kontynuowali mimo wszystko wysiłki

Przeorganizowałabym: Ci, którzy mimo wszystko kontynuowali wysiłki.

wrócił do domu z uzupełniania zapasów

No, nie wiem.

zobaczył postać, która nie przypominała jego sąsiada i zmiennika w patrolowaniu okolicy. To była ona.

Może lepiej od razu ją opisz?

przyłożyć jej lufę

Lufy, bo przeczenie.

lęk, jak sobie poradzi sam

Trochę to niegramatyczne. Można podzielić: … lęk. Nie wiedział, jak sobie da radę sam.

fantazyjnej kwiecistej bluzki

Czyli jakiej? Może lepsza by była bluzka w kwiaty?

po tych wszystkich latach

Raczej: po tylu latach.

 

I to też jest jakiś sposób na samobójstwo. Miłość w czasach zarazy (zombie). Eh. Nastrojowe. Ale czy zakochanie (?) nie jest dla faceta tylko pretekstem? Żeby z tym wszystkim wreszcie skończyć? A w takim razie – wychodzi na defetystę, mruka i odludka. Ładna pozłotka, choć przydałoby się coś więcej w środku.

Mocno skomplikowanych, piętrowo złożonych zdań jest tam całe mnóstwo. (…) Mam wrażenie, że często zdania owe poruszają sie wręcz na granicy zręczności i skladności, ale, gdyby pomyśleć, to trudno byłoby wprowadzić jakieś konkretne poprawki, poza przesunięciem przecinka w tę lub wewtę.

Oj, tak.

Bogowie nieśmiertelni, to nie jest opowiadanie o miłości…

No. Ale na takie wygląda, bo:

Nie wydaje mi się, żeby rozkminianie tego, czy się coś pamięta, nawet jeśli jest to wygląd osoby płci przeciwnej, było dowodem zakochania :/

Bywa nim. Tam skarb twój, gdzie serce twoje.

to proste zasady biologii mówią że muszą coś jeść.

Nawet fizyki :) ale może wystarczy im destrukcja?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki, Tarnino, za łapankę :)

w jasno oświetlonej sypialni

Przecież zombie reagują na światło? Agresją?

Hmm, ja się właściwie nie znam na zombich, bo nawet ich nie lubię, opowiadanie wyszło trochę przez przypadek – do konceptu z ostatniej sceną pasowali niestety jedynie zombie… Zakładam więc prawem autora (licentia poetica), że ci tu mają pod tym względem inaczej ;)

 

Mocno skomplikowanych, piętrowo złożonych zdań jest tam całe mnóstwo. / Oj, tak.

Ojtam, ojtam, nie widzieliście moich tekstów naukowych ze zdaniami na pół akapitu :D (I uwagami promotorki: pociąć, pociąć, pociąć).

 

to proste zasady biologii mówią że muszą coś jeść.

Nawet fizyki :) ale może wystarczy im destrukcja?

 

Osobiście zakładam, że z zombie jest jak ze smokami, które wedle praw fizyki i biologii nie powinny latać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Osobiście zakładam, że z zombie jest jak ze smokami, które wedle praw fizyki i biologii nie powinny latać.

Na gruncie tego opowiadania rzeczywiście można tak przyjać, bo to nie ma znaczenia dla historii.

Ale postapokalipsa, co do zasady, jest bardziej restrykcyjna jeśli chodzi o naukowe uzasadnienia, niż fantazy. Światy które stanowią tło dla dużych serii/sag/powieści oferują zwykle jakieś uzasadnienia na gruncie pseudobiologii.

Freud by powiedział, że autorka ukarała bohatera za to, że nie chciał kochać jej alter ego, wyprojektowanego w literaturze ;)

Niech żałuje, co stracił, ten nieznośny, arogancki dryblas z trzeciej ce!

Wisielcze, dziewczyna z opowiadania ma zero punktów stycznych z autorka, jeśli nie liczyć płci biologicznej, więc interpretacja nietrafiona…

Przecież i tak byś się nie przyznała, gdybym miał rację ;]

Przecież i tak byś się nie przyznała, gdybym miał rację ;]

Ale nie masz… I od razu mogę cię uprzedzić: nie napisałam nigdy (jeszcze?) postaci kobiecej, która miałaby ze mną cokolwiek wspólnego (w sensie istotną cechę, włącznie z wyglądem). Paradoksalnie trochę wspólnego ze mną ma postać żeńska z powieści młodzieżowej, ale tam akurat pisała ją współautorka, a i tak są to tylko wybrane cechy…

 

PS. Pytanie kontrolne: czy facetowi piszącemu o problemach z erekcją albo kryzysie wieku średniego też imputowałbyś po freudowsku, że to projekcja jego doświadczeń?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zakładam więc prawem autora (licentia poetica), że ci tu mają pod tym względem inaczej ;)

Hmm. To bardzo dziwne, ale wydawało mi się, że coś takiego przeczytałam wcześniej w tekście – teraz tego nie widzę, co oznacza, że albo ja mam halucynacje z gorąca, albo Ty robisz machlojki :P

 Osobiście zakładam, że z zombie jest jak ze smokami, które wedle praw fizyki i biologii nie powinny latać.

To co mi właśnie za oknem śmignęło?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hmm. To bardzo dziwne, ale wydawało mi się, że coś takiego przeczytałam wcześniej w tekście – teraz tego nie widzę, co oznacza, że albo ja mam halucynacje z gorąca, albo Ty robisz machlojki :P

Albo to mój mózg (móóóóóózg…) się zlasował od upałów i sama nie pamiętam, co napisałam :D Jak wrócę do domu z targu staroci, to sprawdzę i ujednolicę w dowolną stronę…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. Pytanie kontrolne: czy facetowi piszącemu o problemach z erekcją albo kryzysie wieku średniego też imputowałbyś po freudowsku, że to projekcja jego doświadczeń?

Tak. Niekoniecznie jako relację własnych doświadczeń, ale może przez projekcję obawy lub po prostu refleksję umocowaną w empatii.

Wyznaję pogląd, że wszystko, co wychodzi spod pióra, jest w pewien sposób emanacją autora: jako odzwierciedlenie, kontrast, aspiracja lub lęk. Nie wydaje mi się to specjalnie odkrywcze: żeby pisać o czymś wiarygodnie, trzeba to przynajmniej rzetelnie “przesymulować” na swoim mózgu.

Spotkałem się z fantastycznym ujęciem problemu przetwarzania fabuły które wpłynęło na mój sposób postrzegania każdej narracji. . Wedle tej koncepcji, czytelnik “wciela” się w bohatera i używa swojego ciała do przeprowadzenia “symulacji” doświadczanej historii. Czyli po prostu korzysta ze swojeog aparatu poznawczo-emocjonalnego jak z komputera do budowania modeli.

Jak na to spojrzeć wprost, refleksja nie jest być może rewolucyjnie odkrywcza, ale jak wiele prostych myśli, trafia w sedno. Takie postawienie sprawy odkryło przede mną fundamentalną zasadę, która wydaje się tkwić u podstawy każdego medium do opowiadania historii.

PS. Pytanie kontrolne: czy facetowi piszącemu o problemach z erekcją albo kryzysie wieku średniego też imputowałbyś po freudowsku, że to projekcja jego doświadczeń?

Tak. Niekoniecznie jako relację własnych doświadczeń, ale może przez projekcję obawy lub po prostu refleksję umocowaną w empatii.

No, proszę, proszę. A przecież ostatnio na portalu było kilka takich opowiadań, część z nich komentowałeś i jakoś żaden z autorów nie doczekał się osobistej freudowskiej wycieczki…

 

Wyznaję pogląd, że wszystko, co wychodzi spod pióra, jest w pewien sposób emanacją autora: jako odzwierciedlenie, kontrast, aspiracja lub lęk.

A z tym się nie zgadzam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, proszę, proszę. A przecież ostatnio na portalu było kilka takich opowiadań, część z nich komentowałeś i jakoś żaden z autorów nie doczekał się osobistej freudowskiej wycieczki…

Zażartowałem sobie, ale może jednak trafnie! :D U Freuda taka defensywna reakcja nosi nazwe oporu terapeutycznego :D

A z tym się nie zgadzam.

To skąd biorą się treści przelewane na papier? Nie wierzę w niepokalane poczęcie pomysłów.

Zażartowałem sobie, ale może jednak trafnie! :D U Freuda taka defensywna reakcja nosi nazwe oporu terapeutycznego :D

A teraz obracasz kota ogonem, wielce defensywnie, a odpowiedzi na moje pytanie, czemu nie skomentowałeś w ten sposób męskich tekstów, nadal brak… Zasadniczo chodzi mi o to, że 1) o facetach mówisz, że projektują lęki, o kobiecie, że wywiera zemstę na niespełnionej miłości – jeśli nie widzisz zasadniczej różnicy, to szkoda; 2) ogólnie panuje niepisana umowa, co najmniej od czasów Hemingwaya, że męskie smutasy na temat erekcji to wielka egzystencjalna literatura, a nie daj boże, żeby kobieta zaczęła pisać o kobiecych problemach (w rodzaju menopauzy albo lęku przed starzeniem) – albo harlequin, albo niesmaczne. Stąd pytanie kontrolne, ale stąd też brak takich refleksji pod wspomnianymi tekstami, które napisali faceci o facetach…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

ogólnie panuje niepisana umowa, co najmniej od czasów Hemingwaya, że męskie smutasy na temat erekcji to wielka egzystencjalna literatura

Może to dlatego, że erekcja to istota męskiej egzystencji, więc pisanie o niej, to zmaganie się z egzystencjalnymi problemami ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A teraz obracasz kota ogonem, wielce defensywnie, a odpowiedzi na moje pytanie, czemu nie skomentowałeś w ten sposób męskich tekstów

Skomentowałem. :D Sugerowałem kontrowersyjnemu Brunonowi, że uzewnętrznia swoje troski w opowiadaniach. Zaprzeczył, a gdy wyciągnął wątki powtarzające się w wielu opowiadaniach, to się jednak zgodził.

Zasadniczo chodzi mi o to, że 1) o facetach mówisz, że projektują lęki, o kobiecie, że wywiera zemstę na niespełnionej miłości – jeśli nie widzisz zasadniczej różnicy, to szkoda

Bo to inne opowiadania, inne historie, i wnioski też inne. O ile jednak opowiadania Caerna i Brunona komentowałem na poważnie, to w Twoim wątku tylko sobie zażartowałem. Pozwolę sobie zacytować Wikipedię:

Trolling (wędkarstwo) – metoda połowu ryb drapieżnych polegająca na ciągnięciu wędką przynęty na żyłce lub lince za łodzią. Ruch przynęty imituje ruch ryby i prowokuje do ataku.

Jeśli chodzi o punkt drugi

2) ogólnie panuje niepisana umowa, co najmniej od czasów Hemingwaya, że męskie smutasy na temat erekcji to wielka egzystencjalna literatura, a nie daj boże, żeby kobieta zaczęła pisać o kobiecych problemach (w rodzaju menopauzy albo lęku przed starzeniem)

to nie wiem jak reszta ludzkości, ale ja takiej umowy nie podpisywałem i uważam, że przedstawione przez Ciebie motywy są jak najbardziej godne literackiej refleksji. Niedawno poruszyłaś je nawet w swoim konkursowym opowiadaniu, “Pokusa”. Mężczyzna i kobieta to dwa równoprawne oblicza człowieczeństwa i oba stawiają czoła egzystencji w nieco inny sposób. Warto poznać się nawzajem, między innymi dzięki dziełom przenikliwej fikcji.

Stąd pytanie kontrolne, ale stąd też brak takich refleksji pod wspomnianymi tekstami, które napisali faceci o facetach…

Kiedyż właśnie zagadywałem chłopaków o relację względem własnego tekstu i oferowałem własne interpretacje przedstawionej przez nich fabuły.

Hej tam. Chłopcy są chłopcami, dziewczynki są dziewczynkami.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tak nieśmiało dorzucę się do tekstu – nie odczytywałam tego jako historii miłosnej, tylko jako rzecz o pamięci – zarówno indywidualnej jak i zbiorowej (ładna wzmianka o książkach) i tęsknocie za światem, gdzie ta pamięć miała znaczenie, bo teraz widać, jak gniją wspomnienia.

Całość była w jakiś sposób nostalgiczno-sielankowa, dlatego nie do końca pasowały mi wzmianki o odlewaniu kul i wycieczkach po konserwy – burzą klimat, wprowadzając realizm survivalowy, który mi się kłócił z resztą tekstu.

I would prefer not to.

Ciekawe i dobrze zapisane, ale…

“Pamięć zwykłego życia, świata przed epidemią, zacierała się wśród rutyny codziennych patroli, wypraw do magazynów i wymarłych miast po żywność i broń, dyżurów przy wytwarzaniu coraz gorszej jakości amunicji ze złomu i kurczących się zapasów prochu, dyżurów przy generatorach prądu dla namiastek szpitali, jakie jeszcze zostały w okolicy – czyli egzystencji w świecie, który miał już niewiele do zaoferowania żywym.”

Wytwarzanie amunicji i prochu nie jest takie proste, a na pewno trudno jest wytwarzać amunicję ze złomu, chyba że mówimy o czarnym prochu i pociskach do broni skałkowej. I ta część zdania zabrzmiała dziwnie, żeby nie powiedzieć, że, niestety, infantylnie.

Pozdrówka.

W sumie znam się głównie na broni z pierwszej połowy XIX w., więc może najlepiej wywalę to zdanie… Chciałam uniknąć zarzutu o to, skąd brali przez kilka lat amunicję (po prawdzie przy takim przetrzebieniu ludzkości zapewne z magazynów wojskowych…), ale na to, żeby np. wyjaśnić, że wyciągnęli z muzeów historyczną broń, do której można stosunkowo łatwo dorobić kule, to nie mógłby być szort, tylko opowiadanie ze światotwórstwem. Mogli oczywiście też opanować sztukę produkcji pocisków – fabryki itp. się zachowały, przez kilka lat całkiem się nie rozpadną, zwłaszcza jeśli są kluczowe – ale tu znów, za dużo światotwórstwa na szorta, w którym nie o to chodzi.

Dzięki zatem za koment, który dopchnął mnie do decyzji ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale uważaj, bo w finale bohater strzela kilka razy. Z muzealnym pistoletem chyba tak nie poszaleje.

Babska logika rządzi!

Dlatego wywaliłam zdanie o amunicji zamiast dowalać światotwórstwo. A z odpowiedniego muzealnego, nawet dość starego, na kule, które można w miarę prosto wykonać, strzeli dwa razy spokojnie (tyle razy strzela na końcu), a były nawet wielostrzałowe, choć oczywiście musieliby mieć coś takiego w lokalnym muzeum ;)

 

O, tu cudeńko z XVIII w.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Teraz jest bardzo dobrze. Pozdrówka.

Dobrze mi się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Mnie się w sumie podobało. Bohater postępuje irracjonalnie, ale myślę, że jego tęsknota za utraconą rzeczywistością, choć skoncentrowana na tej pół-nieznajomej, dobrze uzasadnia jego dalsze działanie. Ja to interpretuję jako chęć popełnienia samobójstwa, może nieuświadomioną, niezdolność dalszego trwania w świecie, w którym nie ma już nikogo i niczego, za co warto żyć. Dziewczyna jest dla mnie jego matką, siostrą, ojcem, aptekarzem… Żyłka pękła po prostu. Całkiem przyjemny, choć smutny tekst. Podoba mi się nieco inne ujęcie problemu zombieapokalipsy, skoncentrowanie się na uczuciach, a nie na sieczce. 

@Rosebelle: o, ja miałam podobne odczucia, tylko Ty je precyzyjniej ujęłaś, dziękuję :)

Dziękuję, Rosebelle, za idealne odczytanie intencji autorki :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wymiana kilku zdań w sprawie broni w okresie opisywanej zarazy spowodowała u mnie narodzenie się pomysłu na opowiadanie w takim universum… Ciekawe może być, i może coś z tego będzie.

Pozdrówka. 

Miło mi i czekam z zainteresowaniem :) Sama przez chwilę myślałam o wykorzystaniu tej scenki do dłuższego opowiadania albo krótkiej powieści postapo, ale na razie mam za dużo innych spraw na głowie, a do tego postapo mam tylko pomysł światotwórczy, a nie fabułę.

 

I czuję się też zachęcona do publikacji opowiadanka, które zainspirował zupełnie inny tekst znaleziony na forum :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Powoli zaczynam pisać, ale…

Jedynym motywem, który wykorzystałem z Twojego tekstu, jest strzał w głowę, unicestwiający osoby zarażone. Cała reszta będzie zupełnie inna. Na przykład to, że mamy kogoś, kto buduję broń skałkową, no bo zapasy fabrycznie produkowanej amunicji dramatycznie się kurczą, jego czeladnicy wytwarzają, czyli leją kule, a nawet ten ktoś odtwarza pierwszy wzór rewolweru Colta i podejmuje jego produkcję.

Zapytam więc, czy mogę ten element Fabuły wykorzystać?

Pozdrawiam.

W sumie przeczytałem i tyle. Napisane sprawnie, więc kłopotu nie było, uwaga Rogera o amunicji bardzo słuszna, więc Twoja poprawka wyszła na plus.

Ale powiem szczerze, że mnie trochę wynudziło brak czegoś oryginalnego u zombie. Wbrew pozorom, moim zdaniem, da się z takich plag jeszcze coś wyłuskać, tylko trzeba by się pobawić motywami… No, ale to nie był cel tego tekstu.

W każdym razie – ni ziębi, ni grzeje ten koncert fajerwerków. Trochę wynurzeń wewnętrznych i tyle, co akurat powoduje, że nie jestem grupą docelową. Jednak napisane sprawnie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Na przykład to, że mamy kogoś, kto buduję broń skałkową, no bo zapasy fabrycznie produkowanej amunicji dramatycznie się kurczą, jego czeladnicy wytwarzają, czyli leją kule, a nawet ten ktoś odtwarza pierwszy wzór rewolweru Colta i podejmuje jego produkcję.

Jak rozważałam dodanie światotwórstwa, to chciałam właśnie kazać im strzelać z broni skałkowej, ale nawet gdybym pisała tę powieść, to ona działaby się ze sto lat później, z całkowicie zmienionym światem (po jakimś tam opanowaniu plagi), więc to by i tak odeszło w przeszłość i raczej nie było wspominane. Ergo Twój pomysł jest dla mnie ciekawy i chętnie przeczytam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A może łuki i kusze? Pociski dałoby się odzyskiwać…

Babska logika rządzi!

Kule też można odzyskiwać. Za armatnie odzyskane z pola bitwy nawet płacono żołnierzom. Tylko oczywiście pozostaje kwestia prochu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zapasy amunicji do broni strzeleckiej dlugiej i krótkiej (kałach, tt, czak, itd) są tak wielkie, nawet w Polsce (a w każdym razie były jeszcze kilka lat temu), że niemal do dziś można w magazynach zapasów nienaruszalnych znaleźć TONY owej amunicji. Leży i się kurzy. Podobnie jak owe tetetki z lat 30. Kiedym strzelał ostatnio na strzelnicy z tetetki, amunicja miała datę 1954;). Kiedyś po prostu robiono ją na masową skalę do masowych konfliktów. A co dopiero do kałachów 7,62…

Obecną amunicję robi się zaś głównie dla specjalsów, pod ich broń i operacje, czyli z zasady na zdecydowanie mniejszą skalę. To są kilogramy raczej, a na pewno nie dziesiątki tysięcy ton, jak niegdyś…

 

 

Teraz broń czarnoprochowa – żeby zrobić czarny proch, trzeba jedynie porządnego węgla drzewnego, siarki i saletry potasowej w określonych proporcjach. Żeby zrobić spłonki – zwykłe kapiszony do dziecięcych pistoletów wystarczą. Plus kawałek cienkiej blaszki miedzianej i punktak o konkretnej fi.. Żeby odlać ołowiane kule – kulolejka i forma. I to dotyczy także rewolwerów czarnoprochowych. W sumie najtrudniej byłoby zrobić kapiszony, ale tego w sklepach z bronią też jest o, potąd! Opakowanie wielkości grubszego krazka do hokeja zawiera tego do 500 sztuk.

 

Teraz akcja – motywy bohatera kompletnie irracjonalne. No chyba że miał galopującą deprechę i potrzebował zwyczajnie pretekstu do samobója. Żadna miłość zatem, żadne interakcje z zombiakami, co najwyżej, hmmm mentalny onanizm, mówiąc maksymalnie obrazowo.

Z przykrością stwierdzam, Drakaino, że wśród Twoich z reguły przecudownych opowiadań, to wydaje mi się (choć jak zwykle napisane jest niemal nienagannie) zdecydowanie słabsze koncepcyjnie…

Zapasy amunicji do broni strzeleckiej dlugiej i krótkiej (kałach, tt, czak, itd) są tak wielkie, nawet w Polsce (a w każdym razie były jeszcze kilka lat temu), że niemal do dziś można w magazynach zapasów nienaruszalnych znaleźć TONY owej amunicji.

Rozważałam to, ale przyznam zupełnie szczerze, że nie chciało mi się robić researchu do opowiadania, które napisało mi się całkowicie na marginesie własnych zainteresowań i miało w zasadzie być jedynie rozwinięciem ostatniej sceny, a do tego, jak już wcześniej napisałam, nadawała się jedynie zombie apokalipsa. Może powinnam była całkowicie olać światotwórstwo i pozostać w sferze refleksji i marudzenia bohatera, wtedy intencje byłyby jaśniejsze ;)

 

Teraz akcja – motywy bohatera kompletnie irracjonalne. No chyba że miał galopującą deprechę i potrzebował zwyczajnie pretekstu do samobója. Żadna miłość zatem, żadne interakcje z zombiakami,

Tak, tak właśnie. Fantazje, depresja, brak woli życia, brak poczucia sensu. TAK.

 

wśród Twoich z reguły przecudownych opowiadań

Łał. A swoją drogą, może kiedyś przemęczysz się przez Gdy rozum śpi? Byłabym ciekawa Twojej opinii (edytka: co do Na południu bez zmian chyba jeszcze bardziej…)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciekawie napisana miłosna opowieść z zombiakami w tle. Choć nie do końca przekonały mnie przemyślenia i motywację głównego bohatera to czytało mi się całkiem nieźle. Pomysł nie nowy, jednak w temacie zombie-apokalipsy ciężko wymyślić coś na wskroś oryginalnego.

Tak się zastanawiam co tu dopisać jeszcze. Jestem bliska opinii rosabelle i wybranietz – jest taka niesamowita, ciężka atmosfera. Irracjonalne postępowanie głównego bohatera było jasne i w ogóle nie zgrzytało. Tylko Ty chyba jesteś w stanie wyciągnąć z nielubianego tematu coś tak pięknego. Bo wiadomo, styl bez zarzutu.

Przyznam się, że po pierwszym fragmencie srogo ziewnąłem. Zombiaki. Meh. Odpaliłem więc fragment ścieżki dźwiękowej z filmu 28 dni/tygodni później – jedynego w tych klimatach, który mi się podobał. Wiadomo, że John Murphy umie świetnie komponować. Ma przecież choćby i Sunshine na koncie. No i wtedy w miarę wsiąknąłem.

(Shaun of The Dead nie oglądałem. Nie moje klimaty raczej).  

Dzwina narracja, niby akcja, ale trochę jak opis wspomnień. Kiedyś zastanawiałem się dlaczego zombiaki nie zachowały choć odrobinki rozumu(?), żeby wabić ofiary swoim znajomym głosem? To byłoby coś, podchodzi taki nieumarły ojciec i zaczyna wspominki(zupełnie losowo, zwykły słowotok).

Czemu “nie siadło”? Być może za dużo tu rozkmin i to przesiąkniętych poetyckością. Brakowało mi czegoś surowego, dzikiego, zwierzęcego w tym wszystkim.

Kiedyś zastanawiałem się dlaczego zombiaki nie zachowały choć odrobinki rozumu(?), żeby wabić ofiary swoim znajomym głosem?

Cudowny pomysł, aż bym ukradła, choć moja przygoda z zombiakami była raczej jednorazowa, mnie oni też nudzą. Axzkolwiek już widzę, że do innego typu “przemiany” ta idea z głosem by mi nawet spasowała. Jeśli nie planujesz wykorzystać, to chętnie przygarnę :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A bierz sobie, mam cały koszyk problemów transhumanistów do ogarnięcia i wykorzystania. ;)

Dzwina narracja, niby akcja, ale trochę jak opis wspomnień. Kiedyś zastanawiałem się dlaczego zombiaki nie zachowały choć odrobinki rozumu(?), żeby wabić ofiary swoim znajomym głosem? To byłoby coś, podchodzi taki nieumarły ojciec i zaczyna wspominki(zupełnie losowo, zwykły słowotok).

Cudowny pomysł, aż bym ukradła, choć moja przygoda z zombiakami była raczej jednorazowa, mnie oni też nudzą. Axzkolwiek już widzę, że do innego typu “przemiany” ta idea z głosem by mi nawet spasowała. Jeśli nie planujesz wykorzystać, to chętnie przygarnę :)

 

Ta idea z głosem została wykorzystana w książce VanderMeera – “Anihilacja”. Nie czytałam jeszcze, więc nie jestem pewna, ale zostało to fantastycznie oddane wizualnie w filmie Alexa Garlanda o tym samym tytule (w ogóle uwielbiam ten film, bardzo w moim stylu).

Nowa Fantastyka