- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Klątwa imienia

Klątwa imienia

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Klątwa imienia

W karcz­mie było pra­wie pusto. Kra­sno­lud ro­zej­rzał się nie­pew­nie. Pusto? Coś tu nie grało. Na wszel­ki wy­pa­dek po­lu­zo­wał rze­mie­nie przy­trzy­mu­ją­ce topór przy boku. Spraw­dził, czy broń do­brze leży. Wy­gła­dził na­bi­ja­ny ćwie­ka­mi ku­brak. Od­chrząk­nął.

Po czym zde­cy­do­wa­nym kro­kiem pod­szedł do karcz­ma­rza, opar­te­go o kon­tu­ar i le­ni­wie śle­dzą­ce­go po­czy­na­nia go­ścia. (Zmie­sza­ło to tro­chę kra­sno­lu­da, więc po­pra­wił jesz­cze raz uło­że­nie to­po­ra i strzep­nął nie­wi­dzial­ny pyłek z ku­bra­ka. Za­uwa­żył przy tym, że czwar­ty ćwiek od lewej w dru­gim rzę­dzie od góry nie zo­stał do­sta­tecz­nie wy­po­le­ro­wa­ny. Co za wstyd. Jego matka rwa­ła­by sobie włosy i brodę, gdyby się do­wie­dzia­ła, że syn do­pu­ścił się ta­kie­go za­nie­dba­nia na pierw­szej wy­pra­wie).

– Mo­żesz usiąść – po­wie­dział znu­dzo­nym gło­sem karcz­marz, wska­zu­jąc na ławę. – Dziew­ka zaraz po­dej­dzie z piwem. Tylko nie szarp jej za bar­dzo za tyłek, młoda jesz­cze i nie chcę, żeby mi ko­lej­na z pracy ode­szła. – Wes­tchnął po­nu­ro. – Wszyst­ko przez smoka… – Mach­nął ręką. – A, co ja będę gadał.

Kra­sno­lud, ku jego zdu­mie­niu, stał jed­nak, ma­ca­jąc co chwi­lę za­tknię­ty krzy­wo za pas topór i ro­biąc miny, jakby chciał od­wró­cić od cze­goś uwagę. Karcz­marz zmie­rzył go jesz­cze raz wzro­kiem, tym razem z nieco więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem. Aha, no­wi­cjusz w wiel­kim świe­cie: skóra ku­bra­ka bez jed­ne­go za­dra­pa­nia, ćwie­ki błysz­czą, aż miło. (Gdyby to jego żona ra­czy­ła choć raz tak wy­po­le­ro­wać sztuć­ce, a choć­by tylko kufle! Od razu obroty by się zwięk­szyły, bo wszy­scy po­rzu­ci­li­by obe­rżę Pod Jur­nym Ry­ce­rzem, gdzie da­wa­li fał­szo­wa­ne piwo, na rzecz karcz­my Pod Cia­snym Sło­niem, do któ­rej nikt nie przy­cho­dził z racji idio­tycz­nej nazwy. Karcz­marz jed­nak nie dawał się prze­ko­nać do zmia­ny. Karcz­ma na­zy­wa­ła się Pod Cia­snym Sło­niem, kiedy rzą­dził tu jego pra­pra­dziad, pra­dziad, dziad, oj­ciec i star­szy brat. Star­szy brat uwa­żał, że nazwa jest idio­tycz­na i chciał ją zmie­nić, a wtedy karcz­marz – zna­czy wów­czas młod­szy brat i przy­du­pas – wal­nął go parę razy po gło­wie ku­flem w obro­nie tra­dy­cji, więc star­szy brat ze­brał ma­nat­ki i nawet bez więk­sze­go zło­rze­cze­nia wy­niósł się z mia­sta. Po­dob­no teraz w są­sied­nim pro­wa­dził przy­by­tek pod nazwą Złote Wrota, gdzie za­trud­niał chęt­ne do uciech dziew­czę­ta).

– Złote Wrota! – prych­nął pod nosem karcz­marz. I wtedy do niego do­tar­ło, że kra­sno­lud chrząk­nął po raz piąty.

„Kod jaki?” – po­my­ślał z lek­kim prze­ra­że­niem. Ale zanim zdą­żył dodać „może to wy­słan­nik króla”, sie­dzą­cy na za­piec­ku kot otwarł zie­lo­ne śle­pia i od­po­wie­dział w my­ślach „dam ja ci kota”. (Prze­klę­ty zwie­rzak jak zwy­kle pod­słu­chi­wał. Karcz­marz do­stał go w ra­mach za­pła­ty od wę­drow­ne­go maga bez gro­sza przy duszy. Mag wy­tłu­ma­czył, że gdyby wy­cza­ro­wał pie­nią­dze, to przed świ­tem za­mie­ni­ły­by się w siano i tyle karcz­marz by z nich miał. Nawet osła by nie na­kar­mił, bo za mało. A kot Te­le­pa­ta za­wsze się przy­da. I tak kot, na­zy­wa­ny w skró­cie Patą, zo­stał w karcz­mie. Kilka mie­się­cy póź­niej karcz­marz prze­ko­nał się, że by­dlak pod­słu­chu­je jego myśli i, co gor­sza, lubi je ko­men­to­wać. Głu­pio jed­nak by­ło­by go wy­rzu­cić, w końcu nie za­mie­nił się w siano).

Kra­sno­lud od­chrząk­nął po raz szó­sty. Matka wpraw­dzie ostrze­ga­ła go, że karcz­ma­rze to nie­uprzej­me ple­mię, ale ten tu prze­cho­dził wszel­ką miarę. Gapił się i gapił. Na do­da­tek z mroku za karcz­ma­rzem spo­glą­da­ła para zie­lo­nych oczu, po­zba­wio­na ciała. (A może nie­po­zba­wio­na, tylko wła­ści­cie­la nie było widać w ciem­no­ści? Kto to mógł być, za­sta­no­wił się kra­sno­lud. Licho jakie? Bebok? Strzy­ga? Vry­ko­lak? Man­ti­ko­ra? Nie, chyba by się tam nie zmie­ści­ła, w książ­ce stało, że to duże bydlę. Chi­me­ra? Sy­re­na? Ogar pie­kiel­ny?)

W tym mo­men­cie w my­ślach kra­sno­lu­da ode­zwał się głos – tak nie­spo­dzie­wa­nie, że kra­sno­lud omal nie pod­sko­czył. „Dam ja ci ogara” – po­wie­dział. Zie­lo­ne oczy za­mru­ga­ły gniew­nie.

 Kra­sno­lud po­kle­pał zna­czą­co topór. Jeśli w karcz­mie za­lę­gło się… coś… co­kol­wiek to było, oto on, obroń­ca uci­śnio­nych i po­grom­ca po­two­rów, stawi temu czoła. (Z jed­nym nie­wy­po­le­ro­wa­nym ćwie­kiem, przy­po­mniał sobie hań­bią­cy szcze­gół, który na pewno wy­pa­trzy­ły prze­klę­te zie­lo­ne oczy).

– Słu­chaj, Fim­bu­rze, Tha­dri­nie, Grom­phu, czy jak­kol­wiek ci na imię – ode­zwał się znów karcz­marz. (Miał na­dzie­ję, że kra­sno­lud nie na­le­ży do tego ple­mie­nia, które nie­daw­no wy­szło spod gór i pre­fe­ro­wa­ło imio­na w ro­dza­ju Ymir, Alrik albo Ivan. Pur­pu­ra za­le­wa­ją­ca twarz przy­by­sza pod­po­wie­dzia­ła mu, że na­dzie­je były płon­ne).

Kra­sno­lud za­pło­nął słusz­nym gnie­wem. Nie na darmo matka uczy­ła go na pa­mięć ca­łe­go ro­do­we­go imie­nia, za­kli­na­jąc, że kiedy bę­dzie po­zna­wał kogoś no­we­go, musi przed­sta­wić się jego ca­ło­ścią, żeby byle chły­stek na­zy­wał go Fim­bu­rem, Tha­dri­nem albo co gor­sza Grom­phem (tak miał na imię wy­jąt­ko­wo zdra­dziec­ki kuzyn, ale czego się spo­dzie­wać po kra­sno­lu­dzie z tak krót­kim imie­niem). Karcz­marz miał szczę­ście, że nie zwró­cił się do niego per Ymir, Alrik albo Ivan – taka znie­wa­ga wy­ma­ga­ła­by do­by­cia to­po­ra by­naj­mniej nie przeciwko zie­lo­nym oczom cza­ją­cym się w mroku.

Kra­sno­lud wy­pro­sto­wał się na całą swoją wy­so­kość, sta­nął w roz­kro­ku, po­gła­dził brodę, do­tknął to­po­ra i od­chrząk­nął.

„Po raz siód­my” – za­uwa­żył spa­ni­ko­wa­ny karcz­marz.

– Mości karcz­ma­rzu – ode­zwał się kra­sno­lud. – Wiedz, że masz do czy­nie­nia z nie­ by­le­ ja­kim kra­sno­lu­dem. – Wy­piął do­dat­ko­wo pierś. – Jam jest Faer’Au­the­in’Vrae Eils’Mtorh, syn Jha­ela’Is­stral’Axle Eils’Mtor­ha i Yli­var­ry’Felyn Eils’Mtorh z domu Hla’Tha­nedd, pierw­szej ku­zyn­ki Jha­ela’Is­stral’Axle Eils’Mtor­ha.

Karcz­marz wpa­try­wał się w niego z nie­do­wie­rza­niem.

– To są elfie imio­na – oznaj­mił tonem nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu.

Kra­sno­lud zba­ra­niał. Wie­dział, że jego ro­dzi­na od niepamiętnych czasów żyła na ru­bie­żach Wiel­kich Ko­pal­ni Gron­tha­gu, że­ni­ła się z naj­bliż­szy­mi ku­zy­na­mi, a wszy­scy męż­czyź­ni zo­sta­wa­li prę­dzej czy póź­niej ska­zy­wa­ni przez Wy­so­ką Radę na do­ży­wot­nią, a nawet po­śmiert­ną pracę w naj­głęb­szej sztol­ni, gdzie każde nie­opatrz­ne ude­rze­nie ki­lo­fa mogło prze­bu­dzić pra­daw­ne, strasz­li­we, bluź­nier­cze i nie­na­zwa­ne zło (w sumie na­zy­wa­ne Złem, co tro­chę, zda­niem Faera’Au­the­ina’Vrae Eils’Mtor­ha, za­prze­cza­ło idei nie­na­zwa­no­ści). Teraz za­świ­ta­ło mu, że być może ich krew była ska­żo­na, a ród prze­klę­ty. W duchu po­dzię­ko­wał matce, iż wy­sła­ła go w świat z misją za­bi­ja­nia po­two­rów, chro­niąc tym samym od nie­rób­stwa, al­bo­wiem w naj­głęb­szej sztol­ni za­gro­że­nie prze­bu­dze­niem pra­daw­ne­go nie­na­zwa­ne­go zła (Zła) było już tak wiel­kie, że ska­zań­com nie wolno było w nic ude­rzać ki­lo­fa­mi. Mogli je­dy­nie sie­dzieć wspar­ci o na­rzę­dzia pracy, kon­tem­plu­jąc swe zbrod­nie.

„Oj tam” – ode­zwał się głos w gło­wie. – „Pra­pa­pa pra­pa­py papy sza­now­ne­go był po pro­stu dzi­wa­kiem i kre­ty­nem”. – W zie­lo­nych oczach roz­bły­sły ra­do­sne iskier­ki.

– Nie, to nie­moż­li­we – po­wie­dział kra­sno­lud o elfim imie­niu jed­no­cze­śnie do karcz­ma­rza i zie­lo­nych oczu. Po czym uznał, że naj­le­piej bę­dzie zmie­nić temat. – Za to u pana na za­piec­ku, jak mnie­mam, choć wzrok w mroku tonie, za­lę­gło się dziwo ja­kieś, licho może albo vry­ko­lak, bo man­ti­ko­ra chyba się nie zmie­ści…

Zza ple­ców karcz­ma­rza do­biegł gniew­ny syk, a na­stęp­nie nie­da­ją­cy się z ni­czym po­my­lić od­głos pa­zu­rów dra­pią­cych w twar­dą po­wierzch­nię. (Faer’Au­the­in’Vrae po­czuł, jak za­le­wa­ go duma, że tak po­rząd­nie prze­stu­dio­wał Zwię­zły prze­wod­nik po po­two­rach i okro­pień­stwach wsze­la­kich za­lud­nia­ją­cych wszyst­kie trzy­sta sie­dem­dzie­siąt trzy świa…)

Na­pa­wa­nie prysło, kiedy na kon­tu­arze wylądowała wście­kła kula futra . (Pa­mięć Faera’Au­the­ina’Vrae roz­pacz­li­wie kart­ko­wa­ła „Zwię­zły prze­wod­nik po…” w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­nie­go ob­raz­ka, ale go nie znaj­do­wa­ła).

„Ty – durny – kra­sno­lu­dzie – o – jesz­cze – bar­dziej – dur­nym – elfim – imie­niu” – syk­nę­ła w my­ślach Kula Futra, dy­sząc cięż­ko przy każ­dym sło­wie. – „Ni­niej­szym – ska­zu­ję – cię – na – za­da­nie – któ­re­go – nie – da – się – wy­ko­nać. – Nie – spo­czniesz – do­pó­ki – nie – znaj­dziesz – dur­ne­go – elfa – o – jesz­cze – bar­dziej – dur­nym – kra­sno­ludz­kim – imie­niu” – wy­dy­sza­ła trium­fal­nie. Po czym do­da­ła nor­mal­nym tonem (bo po praw­dzie kotu imie­niem Ra­gna­rok, który za­wsze chciał być po pro­stu Mrucz­kiem, Ki­ciusiem albo choć­by Sier­ściu­chem, a zo­stał Patą i Kulą Futra, znu­dzi­ło się wznio­słe ga­da­nie): – „Wiedz, że będę cię śle­dził, do­kąd­kol­wiek się udasz”. (Nie było to do końca praw­dą, bo moce Ra­gna­ro­ka były mocno ogra­ni­czo­ne, od kiedy cza­ro­dziej go po­rzu­cił, za­po­mi­na­jąc dodać, że dla wzmoc­nie­nia mocy na­le­ży te­le­pa­tycz­ne­go kota kar­mić sia­nem po­zo­sta­łym z ma­gicz­nych monet, ale za­wsze ro­bi­ło wra­że­nie na prze­kli­na­nych).

Karcz­marz gapił się na kota, który dra­pał kon­tu­ar pa­zu­ra­mi, świ­dru­jąc kra­sno­lu­da peł­nym zło­ści wzro­kiem.

– Uspo­kój się, Pata – mruk­nął. (Chciał nawet po­gła­skać zwie­rza­ka, ale nie od­wa­żył się do­tknąć futra, z któ­re­go sy­pa­ły się skry). – No to jak, panie kra­sno­lud, na­pi­jesz się piwa?

Kra­sno­lud prze­niósł na niego wzrok, w któ­rym teraz kryła się źle skry­wa­na pa­ni­ka.

– Em – po­wie­dział. – Ten smok… Może bym tak na smoka? Uwol­nić kraj od po­two­ra, ro­zu­mie­cie, karcz­ma­rzu?

„To wszyst­ko przez niewy­po­le­ro­wa­ny ćwie­k” – po­my­ślał nagle. – „A prze­cież na ostat­nim po­sto­ju, kiedy już opu­ści­łem po­gó­rze Gron­tha­gu i uj­rza­łem przed sobą strze­li­ste wieże mia­sta, spraw­dzi­łem wszyst­ko!”

„Oszu­kuj się dalej” – fuk­nę­ła Kula Futra. – „I dam ja ci smoki!”

– Ani się waż! – krzyk­nął jed­no­cze­śnie karcz­marz. – Apage! Bluź­nier­stwo!

Kra­sno­lud zro­bił wiel­kie oczy.

– Sa­mi­ście rze­kli, że „wszyst­ko przez smoka”, kie­dy­ście o dziew­ce mło­dej na­po­mknę­li, żebym jej cze­goś tam nie robił. A wiedz­cie, że roz­dział dwu­dzie­sty szó­sty czwar­te­go tomu Zwię­złe­go prze­wod­ni­ka po po­two­rach i okro­pień­stwach wsze­la­kich za­lud­nia­ją­cych wszyst­kie trzy­sta sie­dem­dzie­siąt trzy świa­ty sta­no­wi, iż „smoki dzie­wi­ce po­ry­wa­ją, aby po­żreć je ku swej ucie­sze, a nie­szczę­ściu ludu”. Kości dzie­wic ozda­bia­ją ja­ski­nie smo­ków, a nie­któ­re be­stie ponoć nawet robią z nich meble… – dodał, choć nie pa­mię­tał, w któ­rym do­kład­nie roz­dzia­le któ­re­go tomu zna­lazł tę kon­kret­ną in­for­ma­cję.

Karcz­marz zro­bił wiel­kie oczy.

– Dziw­ny z cie­bie kra­sno­lud – mruk­nął – i czymś za­la­złeś za skórę Pacie – (Kula Futra syk­nę­ła gniew­nie) – ale nie życzę ci źle, więc słuchaj. Smok pa­nu­je u nas mi­ło­ści­wie od setek lat i co roku wy­bie­ra sobie spo­śród dzie­wic… – za­wie­sił głos, a Faer’Au­the­in’Vrae już pra­wie trium­fo­wał – …żonę. A cza­sem i kilka. No i dziew­czę­ta tło­czą się pod pa­ła­cem, bo po roku albo dwóch król od­da­je żony dwo­rza­nom. Każda dziew­ka marzy o tym losie, bo żyje potem jak ta pani. – Karcz­marz wes­tchnął. – Trzy już tak stra­ci­łem.

Kra­sno­lud pa­trzył na niego nie­uf­nie.

– I pewni je­ste­ście – ode­zwał się po chwi­li dra­pa­nia w brodę – że smok nie po­że­ra tych pa­nien? Wi­dział je kto po tym, jak zo­sta­ną kró­lew­ski­mi mał­żon­ka­mi?

Karcz­marz prych­nął.

– No pew­nie. Smok za punkt ho­no­ru po­czy­tu­je sobie ich co­mie­sięcz­ne prze­jażdż­ki po mie­ście, żeby plot­ki podłe się nie lęgły.

Kra­sno­lud spo­sęp­niał. Ciche syk­nię­cie przy­po­mnia­ło mu o Kuli Futra. I o klą­twie. Naj­wy­raź­niej nie po­zo­sta­wa­ło mu nic in­ne­go, jak ru­szyć na po­szu­ki­wa­nie elfa o kra­sno­ludz­kim imie­niu.

„W trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu trzech świa­tach dużo karczm” – po­my­ślał. – „A także oberż, za­jaz­dów i za­mtu­zów, więc gdzieś w końcu go znaj­dę, a wtedy będę mógł ru­szyć na wiel­ką misję za­bi­ja­nia po­two­rów”.

(Nie przy­szło mu do głowy, że rów­nie do­brze mógł­by zo­stać Pod Cia­snym Sło­niem, po­nie­waż praw­do­po­do­bień­stwo, że trafi tu elf o kra­sno­ludz­kim imie­niu było co naj­mniej po­rów­ny­wal­ne do prawdopodobieństwa zna­le­zie­nia go w jed­nej z setek ty­się­cy karczm, oberż, za­jaz­dów i za­mtu­zów wszyst­kich trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu trzech świa­tów. Nie przy­szło mu też do głowy, że klą­twa nie za­bra­nia­ mu za­bi­jać po­two­rów pod­czas po­szu­ki­wań. A Ra­gna­rok zwany Patą nie ra­czył mu tego wszyst­kie­go pod­po­wie­dzieć, bo taka już jego na­tu­ra).

I tak ru­szył Faer’Au­the­in’Vrae Eils’Mtorh, syn Jha­ela’Is­stral’Axle Eils’Mtor­ha i Yli­var­ry’Felyn Eils’Mtorh z domu Hla’Tha­nedd, pierw­szej ku­zyn­ki Jha­ela’Is­stral’Axle Eils’Mtor­ha w po­szu­ki­wa­niu elfów, któ­rym mógł­by zadać py­ta­nie o imię.

Cze­ka­ła go długa droga.

Koniec

Komentarze

Anonimie! Tym razem pozostaję pod ogromnym wrażeniem pokrętności twoich inspiracji – ekspresowych (sic!) inspiracji. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to twoje trzecie opowiadanie i na dodatek, pomimo braku pokrewieństwa pomiędzy fabułami, wpisujące się w, nieco górnolotnie nazwijmy to, „cykl”.  „Letnia bajęda o lekkim zabarwieniu erotycznym” (wprowadziłeś do niej nazwiska autorów powieści sensacyjnych) zasiała w tobie myśl o napisaniu kryminału i cyknąłeś „Ekspresowe zabójstwa”. Nasza wymiana zdań pod „Ekspresowymi zabójstwami”, dała z kolei asumpt do powstania „Klątwy imienia”. I tu mnie zaskoczyłeś. „Riposty” trochę się spodziewałam, więc starannie przekopałam „Klątwę”, próbując znaleźć punkt startowy dla kolejnego opowiadania, ale jedyne, co jako tako mi pasowało, to wykorzystanie skojarzenia – choćby i odległego – ze złotym ryjem. A tu takie zaskoczenie!

 

Podziwiam – i to bardzo – łatwość, z jaką przypadkowy impuls przetwarzasz w zaskakujący jakością językową, humorem i pomysłowością obraz. Kiedy ty to robisz, na Boga? A jakich uroczych kretynów tworzysz! Tak, masz we mnie fankę!

Nie, to jest pierwsze opowiadanie tego Anonima :P

 

Ale oczywiście dziękuję za pochlebną opinię!

Aaaa! No, to pojechałam po bandzie! To dwóch Anonimów ma w takim razie we mnie fankę.

Miło mi :)

Bardzo porządnie napisane opowiadanie. Nie tarzałem się ze śmiechu, ale w paru miejscach tekst wywołał u mnie uśmiech, a ponieważ co do zabawnych tekstów mam swoje wymagania, to już coś.

Myślę, że krasnolud po odwiedzeniu tych wszystkich karczm we wszystkich światach, będzie już na tyle pijany albo zmęczony, że będzie mu wszystko jedno, a i chodzić zabijać potwory mu się odechce. :)

Pomysł ciekawy, powodzenia w konkursie.

Wiadomo, że imiona krasnoludów są osobliwe, a i niełatwe do wymówienia, dlatego rozbawił mnie pomysł na opowiadanie, zwłaszcza że zostało ono napisane naprawdę nieźle. Podoba mi się też kot Telepata i incydent z niedoczyszczonym ćwiekiem. ;)

 

że syn do­pu­ścił się ta­kie­go za­nie­dba­nia na pierw­szej wy­pra­wie.) –> Kropkę stawiamy po zamknięciu nawiasu. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu jeszcze siedmiokrotnie.

 

– Wiedz, że masz do czy­nie­nia z nie­by­le­ja­kim kra­sno­lu­dem. –> – Wiedz, że masz do czy­nie­nia z nie ­by­le ­ja­kim kra­sno­lu­dem.

 

Ojtam” – ode­zwał się głos w gło­wie. –> Oj tam” – ode­zwał się głos w gło­wie.

 

„Ni­niej­szym – ska­zu­ję – cię – na – za­da­nie – któ­re­go – nie – da się – wy­ko­nać. – Nie – spo­czniesz – do­pó­ki – nie – znaj­dziesz – dur­ne­go – elfa – o – jesz­cze – bar­dziej – dur­nym – kra­sno­ludz­kim – imie­niu” –> W jednym miejscu zabrakło półpauzy.

Dzięki za łapaneczkę, bardzom dumne, że taka mała :) I za opinię.

 

Ech, posprawdzałum kropki po cudzysłowach, a o nawiasach zapomniałum :(

 

Nad tym, czy półpauza powinna być między czasownikiem a zaimkiem zwrotnym, się zastanawiałum, ale wygląda na to, że tak.

 

Poprawki wprowadziłum.

Przyjemnie się czytało. Dobrze czułam się w klimatach fantasy, które nam tu zaprezentowałeś. Fajny pomysł, wykonanie, poszczególne elementy opowiadania oraz sposób Twojej narracji. Kot dla mnie najlepszy, przypomina mi trochę tego z Alicji w Krainie Czarów. Chwilami jednak dla mnie trochę przegadane o zdanie lub dwa np. w momentach zamyślenia karczmarza (choć sam pomysł dobry).

 

Powodzenia w konkursiesmiley.

Poprawki wprowadziłum.

To bardzo ładnie z Twojej strony. Ode mnie klik. ;)

Przyjemne i sympatyczne i dobrze napisane. Niedługi czasoumilacz. Kot telepata fajny, i żart z obrazą krasnoluda i Kula Futra fajna. Natomiast ćwiek i elfie imię krasnoluda mnie irytowało :P

 

*klik*

Dzięki, Mytrixie. Mnie akurat ćwiek bawił jako element kreacji trochę neurotycznego krasnoludzkiego odpowiednika nastolatka ;)

Przeczytawszy.

Finkla

Opowiadanie warsztatowo poprawne, napisane klasycznie, humor dość zawoalowany, ale jest. Odniosłem wrażenie, że autor (choć raczej stawiam na autorkę, bo krasnolud zdaje się mieć męskie jedynie opakowanie) specjalizuje się raczej w gatunkach niekomediowych.

W kilku miejscach udało się mu/jej mnie rozśmieszyć. Fabuła, choć lekka i dowcipna, to jednak nie powaliła.

Wpadła mi w oko duża dbałość o imiona, w których również może kryć się porcja humoru, ale do tego niezbędna jest już obszerna wiedza lingwistyczna i nieco więcej oczytania.

Autor zapędza się niekiedy w rejony humoru znanego z Grafomanii.

 

Tekst mocny językowo, ale słabszy fabularnie. Fantastyka jest, humor też jest, ale chyba jednak za mało, by ugrać coś w konkursie.

 

Tożsamość Anonima chyba rozpoznałem, co napisałem w stosownym wątku. Oskarżona zasiała we mnie trochę zwątpienia, a też i komentarze nie do końca są dla niej charakterystyczne, ale po dokładniejszej ich analizie, podtrzymuję swe pierwotne zdanie. 

 

Ech, Chrościsko, za dużo pokładasz wiary w lingwistyczne wygibasy Anonima. Muszę Cię rozczarować: imiona zarówno krasnoludzkie jak i elfie są wzięte z generatorów imion do erpegów w klimatach fantasy i wysiłku lingwistycznego nie było tu ani krztyny. Dobrane tak, żeby jako tako razem brzmiały, nie zważając nawet na znaczenia podawane przez autorów tych generatorów. I bez rzucania kostką :D

Ech… człowiek się głębi doszukuje, a tu takie rozczarowanie. Za to styl i treść ostatniego komentarza to już interesujący materiał do analizy. 

Szczerze mówiąc, użycie tych generatorów było pewnym elementem funu – chodziło o to, żeby te imiona brzmiały możliwie idiotycznie :/

Fajne. Dobre opowiadanie na początek dnia. Podobał mi się kot, marudzenie krasnoluda na niewypolerowany ćwiek, a karczma Pod Ciasnym Słoniem mnie rozbawiła. Jak wpadłoś na taką nazwę? :D 

Fabuła nie jest rozbudowana, ale te wszystkie niuanse wypełniają treść i nadają opowiadaniu charakteru, dlatego w ogóle nie przeszkadza mi brak akcji.

Powodzenia w konkursie! :)

Jak wpadłoś na taką nazwę?

Nie wiem… Sama się pojawiła :D

 

Dziękuję za miłą opinię!

 

I bardzo dziękuję Anonimowemu Klikaczowi za wysłanie krasnoluda do Biblioteki :)

Fajne, niczego sobie, bardzo sympatyczne i miłe. Czy śmieszne? Troszkę tak, ale jelit mi nie potargało.

To z założenia miało być oldskulowo zabawne, bo – patrz przedmowa, a wszyscy ci anonimowi pisarze nie żyją :( No i nie jestem zwolennikiem rechotu.

Ale miło mi, że uśmiechnęło choć trochę.

Sprawdził, czy broń dobrze leży

So cute heart Skojarzyło mi się z płaszczem, który dobrze leży :)

 zatknięty krzywo za pas topór

To "krzywo" trochę wetknięte.

 błyszczą się aż miło

Eej! Ćwieki błyszczą, aż miło.

 obrót byłby większy

Nie "obroty" aby?

 pomyślał z lekkim przerażeniem. Ale zanim zdążył pomyśleć

Powtórzenie.

„dam ja ci kota”.

para zielonych oczu pozbawiona ciała

Czy tu gdzieś nie było przecinka?

zaklinając, że kiedy będzie poznawał kogoś nowego, musi przedstawić się jego całością

Zaklinając, żeby się przedstawił, ale tak czy siak – ?

 dobycia topora bynajmniej nie na zielone oczy

Od kiedy topora dobywa się na coś?

 Wiedział, że jego rodzina żyła

…? I co, już przestała? W całym zdaniu – c.t.!

chroniąc go tym samym

"Go" zbędne, jedno już było.

 Oj tam

Oj, tam.

 poczuł zalewającą go dumę, że tak porządnie przestudiował

Ciutkę niezgrabne. Może: poczuł, jak zalewa go duma, że tak porządnie przestudiował…

 Napawanie się przerwało mu lądowanie

Oj, poplątało się, i to jeszcze z rymem.

 wzmocnienia mocy

Mhm.

drapał kontuar pazurami

Wąsikami przecież nie drapał.

 nie życzę ci źle, więc ci powiem

Znowu – drugi zaimek możesz wyciąć.

 prawdopodobieństwo, że (…) było co najmniej porównywalne do znalezienia

Nie porównuj prawdopodobieństwa ze znalezieniem, bo to różne rzeczy są.

 klątwa nie zabraniała

Nie zabrania (c.t.!)

 

I co, koniec? Czyżby jajcarskiego konceptu Ci zbrakło?

Jest całkiem wesoło, a kretyni rzeczywiście uroczy – ale i szału nie znajduję. Dzieło wygląda na płód jednego pełnego radości popołudnia (ale sprowadzony na świat przez kogoś, kto nie watolinę ma między uszami).

No, koniec :P Nie lubię rozwlekanych skeczy, a dalsza historia zajęłaby dużo ponad limit… A tu przecież nie o historyjkę chodzi, choć może kiedyś napiszę o spotkaniu elfa, może, jeśli będę miału drugie wolne popołudnie (tak, ta diagnoza to akurat strzał w dziesiątkę). Humor miał być oldskulowy, nie szalony, więc wyszło jak zamierzone.

 

Co do łapanki, z większością się zgadzam, ale na pewno nie z “oj, tam”. Powprowadzam zmiany, z którymi się zgadzam, w najbliższej wolnej chwili, może i dziś.

 

Wzmocnienie mocy – celowe. C.t. rozwiązałum dopisując “od niepamiętnych czasów”, bo chodzi o wiele pokoleń, a nie tylko obecne.

 

https://pl.wiktionary.org/wiki/oj_tam,_oj_tam

https://sjp.pwn.pl/szukaj/oj%20tam.html

… wuh. Przecinki…

Pojawiam się mocno spóźniony, z krótkim (niestety) komentarzem.

Opowiadanie lekkie, wcale niezłe, które ma swoje momenty (jak choćby wspominany tu już czwarty ćwiek), ale jako całość za bardzo w pamięć nie zapada. Czasem rozbawiło, czasem tylko miało. W sumie nie ma się o co przyczepić, ale też opowiadanie nie robi szczególnie wiele, żeby jakoś mocniej na tle innych się wyróżnić. Inna rzecz, że akurat w przypadku opowiadań humorystycznych rozrzut opinii może być (i pewnie będzie) spory, więc nie wyciągałbym z tych moich odczuć jakoś daleko idących wniosków.

Pozdrawiam.

Dzięki, CM. Nie liczyłum na wielkie zapamiętywanie tego tekściku, on miał być lekki, wakacyjny i raczej zabawny niż wściekle śmieszny, więc jak czasem rozbawiło, to już nieźle.

Podobało mi się. Przykułeś Anonimie moją uwagę, chyba przez rozbudowanie postaci, niewypolerowany ćwiek i wspaniałego kota:)

Nowa Fantastyka