- Opowiadanie: drakaina - Noir

Noir

Ten tekst przeszedł chyba najwięcej metamorfoz ze wszystkich, jakie napisałam, ale jeśli zacznę go znów zmieniać, to zwariuję. Historia jest alternatywna, więc proszę za bardzo nie guglać :P

Betującym dziękuję za uwagi, choć w końcu ostatnie zmiany poszły w nieco innym kierunku niż sugerowano.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Noir

Doroczny majowy bal u hrabiny Elizy był wspaniały. Jak zawsze. Sala rozbłyskiwała feerią barw, odbijanych przez lustra, posadzkę i biżuterię dam; tańczący zdawali się płynąć w blasku. Cesarska kuzynka uwielbiała nowinki techniczne, toteż miała niezliczone lampy naftowe, a na specjalnym postumencie stał również prototyp elektrycznej latarni. Jej zimne, mocne światło jednocześnie fascynowało i odrzucało Adama. Na szczęście paryżanom ten wynalazek nie przypadł do gustu i nic nie wskazywało na to, żeby miał się szerzej przyjąć. Hrabina posiadała też inne modne nowinki – jak choćby stojącego pod galeryjką mechanicznego lokaja, którego główną rolą wydawało się być zwiększanie efektu świateł, malujących srebrzyste nitki haftów na czarnym atłasie liberii w kolorowe wzory, a nie podawanie przekąsek i napojów. Madame hojną ręką finansowała pomysły wynalazców, choć jedno pozostawało w jej otoczeniu tradycyjne: konie. Zwłaszcza te pod wierzch, bo na dłuższe podróże zdarzało jej się zaprzęgać do ciężkich powozów automatony.

– Nic nigdy nie będzie się poruszało z taką gracją, jak prawdziwe araby – powtarzała wielokrotnie Adamowi – ale mechaniczne konie też mają w sobie niezwykłe piękno, piękno ludzkiego umysłu.

Potakiwał. Wiedział, że hrabina uważa jego niechęć do mechanizmów za zabawne dziwactwo, ale nie tłumaczył się.

Adam nie był przeciwnikiem postępu, skądże. Tylko że szum maszyn i klekot automatonów napełniał go pierwotnym lękiem, przypominając o Czarnym.

 

***

 

Czarny czaił się na obrzeżach jego świadomości od pewnej nocy prawie dwadzieścia lat temu, kiedy Adam podróżował z ojcem przez Ardeny. Gdzieś niedaleko gospody rodziła kobieta, a jej nieludzkie wrzaski nie pozwoliły mu spać przez całą noc. Kiedy jednak rano napomknął o tym ojcu, ten popatrzył na niego ze zdumieniem.

Właśnie tamtej nocy zobaczył Czarnego po raz pierwszy, jak stał w drzwiach izby z wycelowanym prosto w niego pistoletem. Zamiast wystrzelić, wybuchnął nagle obłąkańczym śmiechem, który przeszedł w upiorny stukot kolei parowej.

Adam był pewny, że przez całą tę noc nie zmrużył oka. Kobieta z sąsiedztwa darła się jak zarzynana, nad ranem zaś usłyszał wyraźnie krzyk dziecka. Dziwaczny, zniekształcony, jakby i w niego wdarł się ten śmiech i ten stukot. Ojciec twierdził, że mu się to wszystko przyśniło. Ale w jego oczach oprócz zdziwienia Adam dostrzegł jeszcze cień niepokoju. Po latach Adam zrozumiał: ojciec stracił nadzieję, że rodzinne dziedzictwo, rodzinne brzemię wrażliwości na “czerń” i jej działanie, nie objawi się w najmłodszym z jego dzieci.

 

***

 

– Cesarz nie może się dowiedzieć. – Z zamyślenia wyrwał go głos Feliksa. Do Adama dotarły na powrót dźwięki muzyki i szelest balowych sukien. Podniósł wzrok na przyjaciela, dostrzegając jego zatroskaną minę. – Jeśli jesteś pewny, zrób to, ale niech on o niczym nie wie. Tak, zdaję sobie sprawę, że ci się to nie podoba, nie lubisz nic przed nim ukrywać.

Adamowi przypomniały się opowieści ojca o przeprawie przez Alpy z młodziutkim księciem, początkach przyjaźni z obecnym władcą. Rzeczywiście, przed tym człowiekiem nie lubił mieć sekretów. Niemniej tym razem… Wiedział, jak bardzo cesarz chce odsuwać od siebie wszystko, co wykracza poza racjonalne poznanie. A misja Adama nie miała nic wspólnego z rozumem.

– Możesz być tego pewny. – Uśmiechnął się. – Myślę natomiast, że powinienem porozmawiać z twoją matką. Ona ma doświadczenie z podobnymi… – Urwał, widząc wyraz twarzy Feliksa.

W tym domu, tak pełnym światła i życia, zawsze o tym zapominał. Spojrzał na hrabinę, pogrążoną w rozmowie z człowiekiem, którego gdzieś już wcześniej widział, choć nie był pewny, w jakiej sytuacji.

– Ja też mam doświadczenie – dobiegł go z oddali głos przyjaciela. – Kto jak kto, ale ty o tym wiesz…

Przez salę przemknął cień. Ojciec Feliksa niedługo po narodzinach syna porzucił rodzinę i dołączył do zwolenników dawnej monarchii, podobno nawet do ludzi, którzy układali się z Czarnym, ulegali jego pokusom. Może nie powinienem tak mówić: Czarny, jakby to był ktoś konkretny, pomyślał Adam. W opowieściach rodzinnych stykał się głównie z nieokreśloną substancją, czymś, co żyło własnym dziwacznym życiem, ale pasożytowało na ludziach, którzy wierzyli, że daje im moc… Bo daje, uświadomił sobie z goryczą.

A jednak w jego wizjach Czerń przybierała konkretną postać, która prześladowała go na jawie i we śnie, od prawie dwudziestu lat, atakując ludzi, których kochał, i świat, który znał. Choćby Feliks – trzy lata temu omal nie przypłacił życiem zadurzenia w kobiecie, która była narzędziem Czarnego. Jego matka zaś… W przeciwieństwie do syna hrabina Eliza stawiała temu odważnie czoła: mężowi, którego odejście powitała z nieskrywaną ulgą, kochance syna, której teatralna kariera zakończyła się równie szybko, jak się zaczęła.

Hrabina miała powody do szczególnej sympatii dla Adama i wyrozumiałości dla jego konserwatywnych dziwactw, jak je określała. Gdyby nie on, trzy lata temu…

 

***

 

Pewnej mroźnej nocy trzy lata temu Adam wrócił z opery, gdzie miał się spotkać ze swoim przyjacielem, ale ten wymówił się chorobą. Wszyscy wiedzieli, że choroba nazywała się Mademoiselle Martine, występowała w pomniejszych teatrzykach i pomimo miernego talentu aktorskiego samą urodą zdołała zawrócić w głowie sporej grupie młodych paryżan.

Adam leżał w wannie, rozkoszując się gorącą kąpielą, kiedy w oknie ujrzał Czarnego. Tak wyraźnie, jak nigdy dotąd. Jego wykrzywiona dziwacznym uśmiechem twarz była jak zamarznięta, pokryta szronem i przyklejona do szyby. Nie zdążysz, zdawała się mówić, nie zdążysz, choćbyś miał najszybsze mechaniczne konie.

Zamknął oczy, usiłując odegnać tę marę i wtedy zobaczył. Feliksa leżącego w śniegu, w miejscu, które było znajome. Bardzo znajome.

Wyskoczył z wanny i prawie się nie wycierając, założył szybko rzucone wcześniej na fotel ubranie, porwał jeszcze tylko płaszcz i laskę, po czym bez kapelusza wybiegł na mróz. Pędził przed siebie, na próżno rozglądając się za dorożką. Kiedy już myślał, że całą drogę z podparyskiego Villiers do Tuileries przyjdzie mu pokonać biegiem (nie zdąży, Czarny miał rację, że nie zdąży), usłyszał stukot kopyt i turkot kół. Wskoczył do powozu, każąc ruszać pędem i zatrzymać się przy bramie ogrodu.

Feliks leżał tak, jak ukazała go wizja: twarzą w dół, w śniegu, pod posągiem Tezeusza walczącego z Minotaurem, zaledwie kilkadziesiąt kroków od pałacowej bramy. Adam odwrócił ciało: jego przyjaciel nie oddychał, a twarz miał nienaturalnie białą.

Postać Czarnego zamajaczyła na skraju pola widzenia. Adam wbił wzrok w ciemniejsze miejsce na samej granicy poświaty rzucanej przez lampę gazową – i on tam był. Stał spokojnie, przyglądając się tej scenie, rękę z pistoletem miał opuszczoną. Adam sięgnął do kieszeni – on sam zostawił broń w domu.

Jego rozpaczliwe krzyki przywołały straże, a nad ranem, gdy tylko przebudził się z drzemki przy kominku w pałacowym antyszambrze, podszedł do niego sekretarz Feliksa.

– Pan hrabia chce z panem rozmawiać.

Adam już wiedział, że przyjaciel żyje. Wiedział, od kiedy Feliksa zaniesiono do pałacu, a jego samego napojono gorącą czekoladą i usadzono pod ciepłym pledem przy ogniu. W przerażeniu nie wyczuł słabego ruchu klatki piersiowej pod płaszczem, a śnieg przyklejony do twarzy pogłębił wrażenie śmiertelnej bladości.

– Mademoiselle – wyszeptał Feliks, kiedy Adam pochylił się nad nim. – Proszę… co z nią. Ona… Tam było coś… Za nią… wokół niej…

Adam domyślił się, co to było, dowiedział się też szczegółów, ale nigdy nie wyjawił ich przyjacielowi. Oficjalnie panna Martine wyjechała z Paryża, rozczarowana brakiem perspektyw, ale plotki głosiły, że opuściła miasto na rozkaz hrabiny Elizy, która nie prostowała tych doniesień. Adamowi opowiedziała jednak, że ciało aktoreczki znaleziono w jej domu, wyschnięte i pomarszczone, jakby przeleżało w suchej piwnicy kilkadziesiąt lat. Sprawą zajął się wydział specjalny policji monsieur Vidocqa, inspektor zaś postarał się, by żadna inna wersja, a zwłaszcza ta o zakochaniu połowy paryskich złotych młodzieńców w ofierze i narzędziu jakichś ponurych sił, nie ujrzała światła dziennego.

 

***

 

– Chyba będziesz miał okazję – powiedział Feliks, wskazując ruchem głowy w kierunku matki.

Hrabina wpatrywała się w Adama zapraszająco. Nie miał wyjścia – podszedł do pani domu, ukłonił się z szacunkiem i pocałował ją w dłoń.

– Mój drogi – powiedziała niskim głosem, którego brzmienie w połączeniu z atletyczną sylwetką i obcesowym sposobem bycia zawsze wprawiało Adama w zakłopotanie – pozwól, że przedstawię ci pana Vuitton, o którego sukcesach na dworze musiałeś słyszeć. Mam nadzieję, monsieur – zwróciła się do swojego gościa – że przekona pan tego opornego młodzieńca, by wprowadził choćby odrobinę nowoczesności do swego ascetycznego domu.

Ubrany w obcisły granatowy żakiet, nawiązujący fasonem do czasów Wielkiej Rewolucji, kamizelkę w wielobarwne wzory nałożoną na drugą, ciemnoczerwoną, z fantazyjnym krawatem z początku wieku, w binoklach z błękitnego szkła i z hebanową laską o srebrnym okuciu w ręce, monsieur idealnie wpisywał się w ostatnią modę wśród wynalazców. Modę, którą w dużej mierze sam wykreował. Vuitton nie był inżynierem – był artystą, który ubierał automatony w wymyślne okrycia, dzięki którym ich mechaniczna natura przestawała rzucać się w oczy, a poszycie można było ozdabiać w zależności od potrzeb i możliwości finansowych posiadaczy tych urządzeń.

Adam ukłonił się gościowi, ale spojrzał w oczy hrabinie.

– Madame – powiedział – jeśli pani pozwoli, potrzebuję zamienić parę słów na osobności.

Przyglądała mu się spod przymrużonych powiek, jakby oceniała stopień jego desperacji.

– Przyjdź do mnie jutro na śniadanie – powiedziała w końcu tonem nieznoszącym sprzeciwu. – A na razie daj się przekonać do zakupu czegokolwiek, co zamieni twój dom z zatęchłej nory w mieszkanie cywilizowanego człowieka. Monsieur doradzi, jak to ozdobić, by sprostać konserwatywnym gustom. – Czy tylko mu się wydawało, czy hrabina puściła do niego oko?

Oczywiście, nie mogła wiedzieć, skąd wzięły się te konserwatywne gusta, bo Adam z nikim, nawet z Feliksem, nie podzielił się nigdy tą częścią wizji, w której Czarny unosił się nad upiorną lokomotywą…

 

***

 

Zdarzyło mu się to po raz pierwszy kilka tygodni po znalezieniu w ogrodach Tuileries walczącego o życie Feliksa. Obudził go huk pociągu kolei żelaznej. Lokomotywa pędziła wprost na niego, a za jej kominem w obłokach pary stał zakuty w żelazną zbroję człowiek-maszyna w pruskiej pikielhaubie. Pociąg minął Adama z grzmotem, tocząc się dalej, a nad nim unosił się upiorny śmiech Czarnego.

Widywał to jeszcze wiele, zbyt wiele razy. A potem, cztery lata temu, zobaczył tego samego człowieka na gazetowej rycinie, ilustrującej artykuł o przyjęciu przez cesarza poselstwa z Prus. Niższej rangi dyplomata był oczywiście zwyczajnym człowiekiem, ale Adam miał całkowitą pewność, że to jego twarz widział w swojej wizji – starszą, z wyrazem upiornej determinacji, zakutą w maszynowy hełm i wyrastającą z żelaznego tułowia, który stanowił jedno z pociągiem. A u jego boku, czy raczej unoszący się nad maszyną jak czarny ptak, on. Czarny.

Wizje stały się tak natarczywe, że Adam pojechał do Attigny w Ardenach, gdzie po raz pierwszy Czarny wdarł się w jego myśli. Chciał odszukać tamto dziecko – teraz już zapewne młodzieńca lub dorastającą pannę – ale wedle miejskich rejestrów nikt się owej nocy nie urodził. Niecały miesiąc wcześniej, owszem, na świat przyszła córka aptekarza, a tydzień później syn okolicznego dzierżawcy. Nikogo tamtej nocy, a Adam pamiętał dokładnie datę.

Był już w drzwiach, kiedy usłyszał głos urzędnika, który wyszukał dla niego dokumenty.

– Interesujące…

Odwrócił się i spojrzał na mężczyznę pytająco.

– Tej nocy, o którą pan pyta, zmarł Martin Troutte… – Archiwista zawiesił głos. – Wioskowy głupek, jak o nim mówiono. Tak naprawdę nieszczęśliwy człowiek – dodał, kiedy Adam podszedł z powrotem do jego biurka.

W papierach znalazł niewiele. Troutte pochodził z Attigny, był synem kupca bławatnego. W roku 1805 wcielony do armii, dosłużył się stopnia kapitana, ale z powodu ran odniesionych pod Wagram powrócił w 1810 do rodzinnego miasta, po to tylko, by następne pięć lat później na ochotnika dołączyć do weteranów walczących w ostatniej, belgijskiej kampanii starego cesarza… Ciężko ranny pod Ligny, przebywał krótki czas w pruskiej niewoli, ale na zimę był już w domu.

Tylko że nie był już sobą, wyjaśnił urzędnik.

– Młody wtedy byłem – powiedział – i chętnie słuchałem jego dziwacznych historii. Zwłaszcza tej, że to on w swojej ostatniej bitwie ustrzelił konia pruskiego feldmarszałka, a byłby i samego Blüchera dobił, gdyby nim jakiś mocarz na drugi koniec pola nie rzucił. Kiedy dopytywano, co to by musiał być za siłacz, żeby prawie dwumetrowym chłopem po okolicy ciskać, dostawał drgawek i zaczynał bełkotać jak opętany. Ale póki go kto o tego diabła nie pytał, spokojny był, choć same jego opowieści mogły w czasach burbońskiej Restauracji ściągnąć na niego nieszczęście.

– Diabła…? – zapytał Adam.

– Tak go nazywaliśmy, bo kto inny posiada taką siłę? A i Troutte tak go chyba widział, bo wciąż rozglądał się po kątach, jakby szukał tam siły nieczystej.

Adam potaknął – sam, mimo że bardzo starał się być racjonalistą, nie potrafił powstrzymać się przed podobnym myśleniem o Czarnym.

– Ale największego ataku dostał – ciągnął archiwista – kiedy do miasteczka przyjechał pokaz automatonów. Nie wiem, czy to klekot tych maszyn, czy ich nieludzkie twarze tak go przestraszyły, ale po tym już nigdy nie wrócił do zmysłów i niespełna rok później zmarł. No, właśnie w ten wieczór, o który pan pyta, jak tu stoi napisane.

W Attigny do dziś nie było kolei żelaznej, najbliższa linia przebiegała przez Reims.

– Czy Martin Troutte widział kiedykolwiek pociąg?

Urzędnik pokręcił głową.

– Wątpię. Po roku piętnastym nie ruszał się z miasta dalej niż do sąsiednich wiosek, gdzie snuł po gospodach te swoje wywrotowe opowieści. A potem stary już był i ledwie chodził, nawet zanim całkiem opuścił go rozum.

Siedząc godzinę później w powozie wiozącym go z powrotem do Paryża, wsłuchując się w kojące rżenie koni, Adam nie potrafił otrząsnąć się z myśli, że to śmierć Martina Troutte wyzwoliła Czarnego, który być może opętał go pod Ligny, zamieszał mu w umyśle, nabawił lęku przed maszynami, choć nie pokonał…

Ale wtedy nie było jeszcze automatonów.

Coś innego jednak znacznie bardziej nie dawało mu spokoju. Przekonanie, że to Czarny uratował pod Ligny feldmarszałka Blüchera.

 

***

 

Omal nie uległ namowom pana Vuitton, ponieważ w pobliżu wyczuł niedający się pomylić z niczym zapach perfum. Wszyscy kochali się w hrabiance Eugenii, ale jej rękę zdobył ten jeden, który ze względu na swój niespokojny charakter i zamiłowanie do nauki z jednej, a romansów z drugiej strony, nie powinien był się z nią żenić.

Skinął rozmówcy głową, wymamrotał coś o tym, że tak, oczywiście, muszą się spotkać i omówić szczegóły zamówienia, podał nawet bilet wizytowy, po czym odwrócił się ku wejściu, gdzie stali książę Ludwik i jego olśniewająca małżonka. Zauroczony jej jasnozieloną suknią i dekoltem, na którym skrzył się naszyjnik z ametystów rzeźbionych w kwiaty fiołków, nie zauważył, kiedy podpłynęła prosto do niego. W wieku trzydziestu lat poruszała się nadal z gracją młodziutkiej panny, co u Adama, a zapewne i wielu innych mężczyzn, powodowało nieustająco zawroty głowy.

– Ja panu wierzę – wyszeptała. I szybko dodała, prawie się płoniąc: – Proszę ze mną za chwilę zatańczyć.

Zaskoczony Adam odczekał dwa walce, po czym podszedł do zgromadzonej wokół nowoprzybyłych grupki i skłonił się księżnej.

– Madame – powiedział, całując ją w dłoń – skoro małżonek panią zaniedbuje, może zechce mi pani podarować następny taniec?

– Odważnie sobie poczynasz, mój drogi – odpowiedział mu książę, ale w jego wzroku nie było nagany, raczej rozbawienie. – Zwłaszcza jak na człowieka, który tak uparcie odmawia poparcia dla moich planów reformy Politechniki…

Eugenia podała mu rękę. Poprowadził ją na środek sali. Orkiestra właśnie zaczynała kolejnego walca.

– Poprosiła mnie pani o taniec w dość niekonwencjonalny sposób – odezwał się, kiedy zatoczyli już pierwszy krąg na parkiecie.

– Owszem – odparła. – Pan wybaczy, ale kilka dni temu w Saint-Cloud podsłuchałam przypadkiem pewną rozmowę… pana z kuzynem mojego męża.

Adam zbladł.

– Rozumiem, że chodzi o syna naszej gospodyni? – Bardzo się starał, żeby głos mu nie zadrżał. Eugenia była osobą z gruntu dobrą, więc jeśli słyszała, jak przekonywał Feliksa o konieczności dokonania zabójstwa, to teraz na pewno będzie próbowała go od tego planu odwieść. Jeśli zaś mu wierzy, to mogła uznać, że jest opętany przez demony i naprawdę chcieć mu pomóc.

Potaknęła.

– Może wyda się to panu dziwne – powiedziała – ale wierzę w każde pańskie słowo… – Zawiesiła głos i przez chwilę dawała się unosić bez słowa w rytm muzyki. – To, co pan widzi, jest jak tamto czarne, tylko jeszcze gorsze, bo zawarło przymierze z postępem, z nauką.

Przez chwilę znów milczeli, a walc z najnowszej operetki monsieur Offenbacha powoli zbliżał się do końca. Adam myślał już, że tylko tyle miała mu do powiedzenia, kiedy spojrzała mu prosto w oczy.

– Zastanawia się pan zapewne, podobnie jak wielu innych, dlaczego wyszłam za mąż akurat za Ludwika.

Omal nie zgubił kroku. Omal nie nadepnął na jej atłasowy pantofelek albo rąbek delikatnej sukni. Musiała to zauważyć, ponieważ uśmiechnęła się.

– To bardzo proste. My się uzupełniamy: ja pochodzę z rodziny, która, podobnie jak pańska, od pokoleń walczy z tym czymś, a on jest uczonym, inżynierem. Potrzebujemy siebie, jeśli mamy prowadzić wojnę z tym, co może nas zniszczyć.

W gładkie dźwięki smyczków wdarła się kakofonia zgrzytów i stukotów, ale najwyraźniej nikt poza Adamem jej nie słyszał, a jego nogi na szczęście poruszały się nadal same w rytm muzyki.

– Monsieur le baron… – Głos Eugenii wyrwał go z tego przerażającego świata dźwięków, w którym już miał się pojawić Czarny wraz z upiorną lokomotywą. – Taniec się kończy, a ja jeszcze muszę panu coś opowiedzieć.

Wyszli do ogrodu, gdzie pokierowała go ku altance tuż koło tarasu. Usiadła na ławce, a on stał obok, jak nakazywała uprzejmość i przyzwoitość. Choć teraz był już pewny, że tak jak ona zgodziła się tolerować miłostki męża, tak i książę nie miałby nic przeciwko jej romansom. Gdyby tylko ona miała na nie ochotę, pomyślał z nutą żalu.

– Ja też widzę różne rzeczy – powiedziała bez wstępów. – Tylko że w mojej wizji wszystko płonie. Widziałam wielkie pole bitwy i mojego męża stojącego naprzeciwko potwora ze stali, ale z głową człowieka. Louis… był przy nim taki maleńki. – Bezwiednie skierowała wzrok ku tarasowi, na którym książę rozmawiał z grupką mężczyzn, po czym spojrzała Adamowi prosto w oczy. – A potem widziałam, że to już nie mój mąż, ale nasz Prince Impérial, książę Victor, a potem… Eugène, mój syn, jeszcze nie dorosły… Widziałam, jak wszyscy toną we krwi, w czarnej krwi, która zalewa Francję, pochłania Paryż. Widziałam, jak gasną światła w Tuileries, jak zapada czarna noc.

Patrzyła na niego w napięciu.

– Niech pan zabije Czarnego – powiedziała w końcu. – Błagam, niech pan go znajdzie i zabije.

Chciał coś odpowiedzieć, ale świat nagle zawirował mu przed oczami. Stał w tym samym ogrodzie, wsłuchany w dobiegającą z pałacyku muzykę, kiedy zza szpaleru drzew otaczających ogród dobiegł go najpierw odgłos szybkich kroków, a potem cienki głos małego gazeciarza.

– Wiadomość z ostatniej chwili! – wykrzykiwał chłopak. – Telegram z Berlina! Zamach na pruskiego premiera!

W sali balowej nastąpiło poruszenie, widać i tam dotarło przenikliwe wołanie. Ucichła muzyka, ktoś coś wołał, ale Adam słyszał jedynie stukot kół na torach. Lokomotywa wyłoniła się zza zakrętu… W tej samej chwili poczuł na swojej dłoni dotyk atłasowej rękawiczki, owionął go znów zapach fiołków i jaśminu.

Wizja znikła. Z jasno oświetlonego salonu dobiegały dźwięki walca, śmiech i gwar rozmów. Spomiędzy otaczających pałacyk drzew słychać było jedynie odgłosy ptaków i daleki turkot kół dorożki. Podniósł wzrok i napotkał wpatrzone w niego w napięciu fiołkowe oczy Eugenii. Potaknął, a ona odetchnęła z ulgą.

 

***

 

Kładł się spać przekonany, że ktoś wykona jego zadanie, że zamach na pruskiego premiera, kiedykolwiek nastąpi, załatwi sprawę. Ale obudził go obłąkańczy śmiech.

Tym razem wizja była niemal namacalna. Stał w paryskim salonie za plecami Czarnego, unoszącego się triumfalnie nad leżącym na podłodze ciałem mężczyzny. Przystojnego mężczyzny o twarzy wykrzywionej grymasem. Obok, z dymiącym jeszcze pistoletem w ręce, stał człowiek, którego niedawno poznał na dworze, cesarski kuzyn przybyły dopiero co do Paryża. Adam chciał do niego podejść, odebrać mu broń, ale w tym momencie Czarny rozwinął skrzydła, jeszcze ciemniejsze na tle wszechogarniającego mroku, wdzierającego się teraz również z ulicy. Rosnące w siłę krzyki za oknem szybko przemieniły się w zgiełk bitwy. Adama otoczył huk wybuchów i jęki rannych. Brodził w mroku, aż nagle oślepił go rozbłysk reflektorów. Pociąg z człowiekiem-maszyną i unoszącym się nad nim triumfalnie Czarnym pędził naprzeciwko stojącej samotnie na polu bitwy postaci na koniu. Żywym koniu. To był ostatni z obrońców, którego poprzedników ukazała mu kilka godzin wcześniej Eugenia. Cesarz. Wiatr rozwiewał jego jasne włosy, a szczupła, wysoka postać na białym wierzchowcu wydawała się maleńka w porównaniu z ogromem pędzącej ku niemu machiny. Adam zrobił krok do przodu, by osłonić go własnym ciałem – i zanim lokomotywa uderzyła w niego, zobaczył zdumiony wzrok Czarnego.

W paryskim salonie książę Pierre czytał gazetę. Na schodach rozległy się kroki. Ale Adam już wiedział. Jeśli ma powstrzymać Czarnego, jeśli ma zatrzymać tę maszynę, która zetrze na proch cesarstwo, to książę nie może wystrzelić.

 

***

 

 Następnego dnia w południe zjawił się na grand déjeneur u hrabiny Elizy. Przy śniadaniu dyskutowano niemrawo o polityce, o perspektywach zakończenia wojny na wschodzie Europy i planach zorganizowania w Paryżu kongresu pokojowego, a także szansach na wywołanie przez cesarskich kuzynów rewolty przeciwko niepopularnemu następcy tronu Wirtembergii, który na dodatek, jak szeptano, nigdy nie będzie miał potomka.

Kiedy posiłek się skończył, hrabina skinęła na Adama i poprowadziła go do biblioteki, gdzie na stoliku leżały najnowsze gazety. Adam przez chwilę wpatrywał się w nie w napięciu, jakby obawiał się, że zobaczy wiadomość o zamachu w Berlinie. I nagłówek, który zdążył mu mignąć we wczorajszej wizji: pruski premier przeżył, choć będzie musiał poddać się operacji, w której nienadające się do uratowania po wybuchu bomby kończyny zostaną zastąpione przez mechaniczne protezy.

– Chciałeś o czymś pilnie porozmawiać – odezwała się z lekkim przekąsem hrabina, kiedy milczenie przedłużało się. – A ja nie mam całego dnia , jeszcze dziś wyjeżdżam do Bretanii.

Pokręcił głową.

– Przepraszam, madame. – Uniosła brew ze zdumieniem, więc dodał: – Te gazety… Miałem koszmarny sen. Ale… – Zawahał się. – Myliłem się. To nie on musi zginąć. Czarny działa przez kogoś innego. – Uświadomił sobie, że miesza to, co zobaczył w wizji, z realnym światem. Pan von Bismarck jest tylko pomniejszym członkiem pruskiego poselstwa, upomniał sam siebie, to wszystko obłąkane wizje zsyłane mu przez Czarnego.

Niemniej opowiedział Elizie o wszystkim. O tamtej nocy w Attigny, o wszystkich swoich wizjach, o ich związku z wypadkiem Feliksa, o tym, co widziała Eugenia, o paryskim salonie i tym, co się w nim może wydarzyć… Hrabina nie wyglądała na szczególnie zaskoczoną.

– Jak rozumiem – odezwała się po chwili milczenia – uważasz, że musisz kogoś zabić, żeby ocalić mojego niesfornego kuzyna przed oskarżeniem o zabójstwo. To bardzo szlachetne, choć nie jestem pewna, czy Pierre na to zasłużył…

Pokręcił głową. Jeśli książę wystrzeli, to Czarny podburzy lud przeciwko jego rodzinie. A wtedy nadjedzie lokomotywa i zmiażdży ten świat, który kochali.

– Muszę kogoś zabić, żeby ocalić Francję. Cesarza. Nasz świat. Tylko nie wiem, kim jest ten człowiek, narzędzie Czarnego. Jestem pewny, że urodził się w Attigny tej samej nocy, kiedy zmarł Martin Troutte. Ale tam nikt się wtedy nie urodził. – Czuł, że przytłacza go uczucie bezradności.

Eliza wpatrywała się w okno, jakby sama dostrzegła za szybą cień Czarnego.

– Mówisz, że podróżowałeś przez Ardeny w roku trzydziestym ósmym?

Adam potaknął.

– Wiesz, że Pierre wtedy mieszkał w tamtej okolicy, pokłócony z rodziną? Zawsze były z nim same kłopoty. – Zaśmiała się szorstko. – Taki zbieg okoliczności.

Następnie wstała i powolnym krokiem podeszła do półki. Zdjęła z niej ciężki atlas i zaczęła go kartkować, aż najwyraźniej znalazła odpowiednią stronę. Położyła księgę przed Adamem i wskazała na coś palcem. Pochylił się i przeczytał nazwę miejscowości. Attigny. W Wogezach.

– Przejeżdżałam tamtędy kiedyś, wracając ze Szwajcarii – wyjaśniła. – Mam dobrą pamięć do nazw.

 

***

 

– Owszem – powiedział zdziwiony nieco urzędnik merostwa, wertując księgę urodzin. – Tego dnia przyszedł tu na świat syn naszego świętej już pamięci szewca…

Miasteczko było tak maleńkie, że istnienie w nim państwowego urzędu zaskoczyło Adama. I dziwacznie przygnębiające: z żywej zieleni oświetlonych słońcem wzgórz Adam wjechał nagle w cienistą, wilgotną kotlinę, do której zdawało się nie docierać światło z otaczającego ją świata. Zjeżdżając zabłoconą mimo ładnej pogody drogą, miał wrażenie, że gdzieś na granicy wzroku majaczą szeregi żołnierzy upadające pod naporem oddziałów w pikielhaubach, w oddali widział pola Alzacji zalane krwią… Jak w wizji Eugenii.

– Yves mu było na imię. Matka, biedaczka, zmarła zaraz po porodzie. Sierotą była, podrzutkiem, znalezionym pod kościołem, a że miała włosy ciemne jak noc, to ówczesny mer dał jej na nazwisko Noir. Choć ja myślę, że to któraś z panien dziedziczek z okolicy pewnie nieślubne dziecko miała… Szewc się w niej potem zadurzył, ale długo nie pożyła, nieszczęsna. – Urzędnik podrapał się po głowie. – Będzie już ponad rok, jak ten ich syn wyjechał do Paryża, szukać szczęścia. Imię zmienił, bo przez rodziców nadane wydawało mu się zbyt zwyczajne, a on chciał być kimś, zwycięzcą. Zawsze był trochę dziwny, dziki taki, agresywny, ojca nie szanował, panny bały się go nieco, choć chłopak ładny, nie powiem, więc i oglądały się za nim. Wiele matek odetchnęło pewnie z ulgą, kiedy wyjechał…

Mówił chyba coś jeszcze, ale Adam wypadł już z jego biura i wskoczył do powozu, każąc wieźć się na stację kolei w Épinal. Przed oczami miał przeglądaną parę dni temu u hrabiny gazetę. I nazwisko pod jedną z pomniejszych notatek.

 

***

 

Tej nocy Czarny przyglądał mu się przez szybę. Po raz pierwszy stali tylko w milczeniu, wpatrzeni w siebie. Adam zrozumiał, że Czarnego nie zdoła zabić, bo on nie jest jednym z narzędzi, ale tym, z czym oni zawierają pakt. Wiedział też jednak, że wróg będzie musiał teraz znów szukać, a książę nie wystrzeli i śmierć dziennikarza nie znajdzie się na pierwszych stronach gazet, by wywołać zamieszki. Cesarz nigdy się nie dowie, że maszyna czekała tylko, by go zgnieść, kiedy Czerń wypłynie na ulice Paryża, unosząc ze sobą tłumy, które też zdepcze, kiedy już przestaną być jej potrzebne.

Zamknął oczy i wszedł pewnym krokiem do salonu księcia, zanim pojawili się tam dwaj mężczyźni, których minął przed chwilą na ulicy, wziął do ręki leżący na kominku pistolet i czekał. Skrzydła Czarnego bezsilnie uderzały o szybę.

 

***

 

Inspektor Vidocq bez trudu ustalił w ciągu zaledwie kilku dni, że Victor Noir w zasadzie jest strażnikiem nocnym, którego ambicją jest zostać dziennikarzem i czasem dostaje nieduże prace redakcyjne, a także pozwala podpisywać swoim nazwiskiem teksty radykalnych republikanów. Stary policjant zaoferował nawet wyręczenie Adama, ale on wiedział, że to nie jest zwykła rozprawa z potencjalnym zagrożeniem porządku. To była jego osobista sprawa z Czarnym.

Był wybornym strzelcem, więc trafił prosto w serce. A potem patrzył, jak ciało człowieka, którego Czarny wybrał sobie na narzędzie, kurczy się i zsycha, jakby leżało w tej nędznej norze od wielu lat. Jak Mademoiselle Martine, o której losie nigdy nie opowiedział Feliksowi i pewnie nigdy nie opowie. Pozostanie tajemnicą, jak los tego chłopaka z Wogezów, który miał pecha urodzić się w godzinie śmierci innego nieszczęśnika, innej ofiary Czarnego. Choć Adam był przekonany, że akurat Martinowi Troutte udało się na krótki czas poskromić wroga.

 

***

 

Obudził go szczebiot ptaka. Adam zamrugał powiekami, nie bardzo wiedząc, gdzie się znajduje, do tego stopnia nie przywykł do braku koszmarów sennych. Na stoliku obok jego łóżka siedział mechaniczny kanarek, ulubiona ostatnio maskotka zamożnych pań, i wyśpiewywał radosne tryle. Adam uniósł się i zobaczył obok ptaszka niewielką kopertę. Otworzył ją i wyjął bilecik zapisany eleganckim pismem.

Nic nigdy nie będzie śpiewało równie pięknie jak prawdziwe ptaki, ale jego pieśń ma w sobie niezwykłe piękno, piękno ludzkiego umysłu – przeczytał.

Wśród porannej poczty znalazł inny bilecik, w jasnozielonej kopercie pachnącej fiołkami, z jednym krótkim zdaniem: Dziękuję za dobry sen.

Zbiegiem okoliczności oba liściki były podpisane monogramem E.

Koniec

Komentarze

nie tylko niezliczone lampy naftowe

nie brzmi dobrze

 

jak choćby tego stojącego pod galeryjką mechanicznego lokaja

potrzebne to słowo? i też jakby przecinków brakuje

 

którego główną rolą wydawało się zwiększanie efektu świateł

brakuje być

 

Nic nigdy nie będzie się poruszało z gracją taką, jak prawdziwe araby

dziwnie to brzmi, odwróciłbym szyk.

 

Wiedział, że hrabina uważa jego niechęć do mechanizmów za zabawne dziwactwo, ale pozwalał jej na to, nie tłumacząc się.

Zdanie skomplikowane. Zamiast czytać dalej, to zastanawiam się pięć minut z czego Adam miał się jej tłumaczyć? ze swojej niechęci? że nie jest dziwakiem? …niby logika jest, ale płynność lektury brutalnie została przerwana. Nie za dobrze to dla opowiadania. Chyba, że celujesz w bardziej ogarniętych czytelników ;)

…kolejne zdanie nieco sprawę wyjaśnia, ale szkoda już zaistniała.

 

Czarny czaił się na obrzeżach jego świadomości od pewnej nocy prawie dwadzieścia lat temu, kiedy podróżował z ojcem przez Ardeny.

Kto podróżował Czarny, czy Adam? Niejasne. Znowu muszę się zastanawiać zamiast czytać dalej.

 

W domu sąsiadującym z gospodą rodziła kobieta i jej nieludzkie wrzaski nie pozwoliły mu spać przez całą noc.

zamiast “i”, dałbym “, a”… bo trochę do brzmi jakby kobiety wrzaski też rodziły. “w domu sąsiadującym z gospodą” … nie prościej “w sąsiednim domu”? Czy fragment “sąsiadującym z gospodą” nie jest zdaniem wtrąconym? Przecinki?

 

…resztę przeczytam jutro. Do tego tekstu trzeba mieć świeży umysł, bo zmęczony gubi się w meandrach złożonych zdań.

 

Dzięki, już poprawiam :) Pomysł i oryginalna wersja tego opowiadania jest sprzed kilku lat, wtedy pisałam upiornymi cycerońskimi okresami i najwyraźniej nie udało mi się ich wszystkich tu wykosić, mimo że się starałam, a większość poprawek miała na celu uproszczenie tekstu…

 

Nie zgadzam się tylko z gospodą: jej pominięcie oznaczałoby, że Adam tam mieszkał w jakimś innym domu (mogę przemyśleć inną konstrukcję, ofkors), a co do wtrącenia – nie, to jest epitet i bez przecinków :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie zgadzam się tylko z gospodą

Gospoda to nie problem, chodziło mi o uproszczenie zdania.

 

co do wtrącenia – nie, to jest epitet i bez przecinków :)

A widzisz. Ja takich niuansów jeszcze nie wyczuwam i siekam tego typu zdania przecinkami.

 

Wracam do tekstu:

Jeśli jesteś pewny, zrób to, ale niech on o niczym nie wie. Tak, wiem, że ci się to nie podoba, nie lubisz nic przed nim ukrywać…

Siedem “ni” w dwóch zdaniach ;) + powtórzenie “wie”

 

Dużo wielokropków stosujesz… domyślam się inspiracji, ale… to nie poezja.

 

Może jednak nie powinienem tak mówić, zdał sobie sprawę

Niejasne czyja to jest myśl, Adama czy Feliksa. Niby narracja skupiona jest na Adamie, ale w kilku miejscach się pogubiłem.

 

W opowieściach rodzinnych stykał się głównie z nieokreśloną substancją, czymś, co żyło własnym dziwacznym życiem, ale pasożytowało na ludziach, którym wydawało się, że to coś daje im moc

Kolejny tasiemiec, który odbiera mi przyjemność lektury, bo muszę wracać do początku i czytać kolejny raz by ogarnąć pełne znaczenie.

Sugestia: napisz kilka drabbli. Serio. Ćwiczenie – maximum treści w minimum objętości. – Będziesz od tego lepsza.

 

Była mroźna zimowa noc

Przecinek między przymiotnikami? 

 

Wszyscy wiedzieli, że choroba nazywała się Mademoiselle Martine, występowała w pomniejszych teatrzykach i pomimo miernego talentu aktorskiego samą urodą zdołała zawrócić w głowie sporej grupie młodych paryżan.

 

Nazywała – czy tu jest konieczny czas przeszły?

sprawdz też czy gdzieś tu nie brakuje przecinków –> pomimo miernego talentu aktorskiego

 

Tak wyraźnie, jak nigdy dotychczas

Niezobowiązująca sugestia → “dotąd” brzmiałoby lepiej.

 

Zamknął oczy, usiłując odegnać tę marę i wtedy zobaczył. Feliksa leżącego w śniegu, w miejscu, które było znajome… bardzo znajome.

Przecinek przed “i”?

IMHO kropka zbędna “zobaczył Feliksa leżącego w śniegu”

 

Wyskoczył z wanny i prawie się nie wycierając, założył szybko rzucone wcześniej na fotel ubranie, porwał płaszcz i laskę, zapominając o kapeluszu, i wybiegł na mróz.

3x “i” + 2x imiesłów w jednym zdnianiu. Dla ludzi o prostym rozumku to za dużo jest.

 

Adam sięgnął do kieszeni – on sam zostawił broń w domu.

Wersja light: “broń została w domu”

 

Jego rozpaczliwe krzyki przywołały straże, a nad ranem, gdy tylko przebudził się z drzemki przy kominku w jednym z [w] pałacowy[m]ch anteszambr[ze]ów, podszedł do niego osobisty sekretarz Feliksa.

W jednym zdaniu masz cztery zdarzenia, każde o innej porze: (1) krzyki, (2) drzemka, (3) przebudzenie, (4) podejście sekretarza.

Do tego, żeby nie było zbyt łatwo, jest jeszcze “kominek” (potrzebny tutaj?) i “jeden z pałacowych anteszambrów”.

Moja propozycja uproszczenia powyżej.

 

aktoreczki

Zdrobnienie nadaje tu cech pejoratywnych. Narrator winien się powstrzymać od osądów Bogu ducha winnej niewiasty, jakkolwiek mierne by jej aktorstwo nie było.

 

a zwłaszcza ta o zakochaniu połowy paryskich złotych młodzieńców w ofierze tamtych, nie ujrzała światła dziennego.

Zamiast czytać, znowu pięć minut myślę: Kim są “tamci”? Młodzieńcy? Kto był czyją ofiarą? Aaaa… pewnie chodzi o “tamtych Czarnych” … ciągłość lektury znów trafił szlag :(

 

…przerwa… reszta wkrótce.

Tak wyraźnie, jak nigdy dotychczas Niezobowiązująca sugestia → “dotąd” brzmiałoby lepiej.

To moja niepotrzebna idiosynkrazja: dotąd – przestrzennie, dotychczas – czasowo. Ale słownik mówi, że przesadzam, więc powalczę z tym ;)

 

Była mroźna zimowa noc Przecinek między przymiotnikami? 

Nie, bo mroźna określa “zimową noc”, a nie wymieniam kolejne cechy nocy. Zastanawiam się natomiast, czy oba przymiotniki są potrzebne. Szkoda, że Cię nie było na becie z tym wszystkim ;)

 

Nazywała – czy tu jest konieczny czas przeszły?

na moje oko tak, bo ona nie żyje, a na dodatek to retrospekcja, więc nie opowiadamy o teraźniejszości w czasie przeszłym

sprawdz też czy gdzieś tu nie brakuje przecinków –> pomimo miernego talentu aktorskiego

 nie, nie ma co rozdzielić przecinkami :)

 

W jednym zdaniu masz cztery zdarzenia

Zdecydowanie za dużo Cycerona w szkole ;)

 

IMHO kropka zbędna “zobaczył Feliksa leżącego w śniegu”

Jak dla mnie takie stylistyczne zabiegi są ważne. Bez kropki masz zwykłe przezroczyste zdanie. Z kropką masz śledzenie myśli bohatera, który zanim dopuści do siebie, co widzi, zatrzymuje się, nie chcąc się z tym pogodzić.

 

Narrator winien się powstrzymać od osądów Bogu ducha winnej niewiasty, jakkolwiek mierne by jej aktorstwo nie było.

Tu też się nie zgadzam. Świadomie w zasadzie zawsze (za wyjątkiem Na południu bez zmian, z tekstów na forum) piszę narrację trzecioosobową, ale bardzo mocno spersonalizowaną (takie przepisanie pierwszoosobowej na trzecią osobę), w związku z czym narrator może wszystko, co może bohater, z którego punktu widzenia pisana jest narracja. Nie może natomiast być przezroczysty i obiektywny :) W założeniu Adam współczuje kobiecie, którą wykorzystali i zeżarli jacyś wielcy przedwieczni, ale jednak poza tym widzi w niej ładne beztalencie, jakich mnóstwo było w wodewilowych teatrzykach. Zresztą, masz film z Marylin Monroe: “Książę i aktoreczka”, w oryginale showgirl ;)

 

Re: ostatnia uwaga – ewidentnie mi się ostatnie poprawki nie zapisały, bo “tamtych” skrupulatnie wyrzucałam z tekstu (zastanawiam się, czy w ogóle cokolwiek z nich się zapisało), lecę sprawdzać i poprawiać :/

 

PS. Na drabbla musiałabym mieć mega pomysł, a nie mam… A bez tego ćwiczenie stylistyczne nic nie da.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Znów pokazałaś kawałek dawnego wielkiego świata, tym razem wzbogacając go o automatony, na tle których nieźle wypadły wizje i omamy z Czarnym w roli głównej.

Obecność nazwisk postaci historycznych i autentycznych miejsc sprawiła, że opowiadanie wcale nie zdało mi się całkiem wymyślone i czytałam je z prawdziwą przyjemnością. ;)

 

Adam nie był prze­ciw­ni­kiem po­stę­pu, wręcz prze­ciw­nie. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Tylko że szum ma­szyn i kle­kot au­to­ma­to­nów na­peł­niał go pier­wot­nym lę­kiem, przy­po­mi­na­jąc mu o Czar­nym. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

A ja nie mam ca­łe­go dnia czasu… –> Masło maślane. Dzień to czas.

Wystarczy: A ja nie mam ca­łe­go dnia…

 

Zjeż­dża­jąc za­bło­co­ną mimo ład­nej po­go­dy drogą w dół… –> Czy mógł zjeżdżać w górę?

 

to jej ów­cze­sny mer dał na na­zwi­sko Noir. –> Raczej: …to ów­cze­sny mer dał jej na na­zwi­sko Noir.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, już poprawiam, bo wszystkie uwagi celne :) I szczególnie mnie cieszy, że się spodobało!

 

PS. Czy “Adam nie był przeciwnikiem postępu, bynajmniej.” jest ok, bo wiem, że z tym bynajmniej są jakieś dziwne sprawy…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, jestem przekonana, że zadowolonych czytelników będzie więcej, no bo jak może się nie spodobać opowiadanie traktujące o zajmujących sprawach, w dodatku porządnie napisane. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hrabina wpatrywała się w Adama zapraszająco. Nie miał wyjścia – podszedł do gospodyni, ukłonił się z szacunkiem i pocałował ją w dłoń.

“Gospodyni” tu nie bardzo pasuje, kojarzy się bardziej z babcią w wiejskiej chacie, niż z arystokratką.

 

powiedziała niskim głosem, którego brzmienie w połączeniu z atletyczną sylwetką i obcesowym sposobem bycia zawsze wprawiało Adama w zakłopotanie

Znowu przecinków mi brakuje. “brzmienie wprawiało Adama w zakłopotanie” – reszta jest wtrącona.

Chętnie zaczekam na opinię innych osób, bo albo to jest źle, albo mam problem z interpunkcją.

 

a poszycie można było ozdabiać w zależności od potrzeb i możliwości finansowych posiadaczy tych urządzeń

Wersja light: “ich posiadaczy”

 

– Madame – powiedział – jeśli pani pozwoli, potrzebuję zamienić parę słów na osobności.

Potrzebuję? a nie lepiej “chciałbym”, “zamieniłbym” lub “muszę”, “nalegam”

 

nie podzielił się nigdy częścią wizji, w której Czarny unosił się nad upiorną lokomotywą…

Zbędny zaimek?

“tą częścią” – czy to znaczy, że pozostałą częścią wizji się podzielił?

 

Obudził go huk toczącego się po torach pociągu kolei żelaznej. Pociąg jechał wprost na niego, a za kominem lokomotywy w obłokach pary stał zakuty w żelazną zbroję człowiek-maszyna w pruskiej pikielhaubie. Pociąg minął Adama z grzmotem, tocząc się dalej, a nad nim unosił się upiorny śmiech Czarnego.

Za dużo pociągów.

 

Niższej rangi dyplomata był oczywiście zwyczajnym człowiekiem, ale Adam miał całkowitą pewność, że to jego twarz widział w swojej wizji

Proponowana wersja lżejsza.

 

Chciał odszukać tamto dziecko – teraz już zapewne młodzieńca lub dorastającą pannę – ale wedle miejskich rejestrów nikt się owej nocy nie urodził

Czepialstwo: Do XIX w. bardziej pasowałoby słowo “narodził”.

 

Nikogo tamtej nocy, a Adam pamiętał dokładnie datę.

Odwróciłbym szyk: “pamiętał datę dokładnie”, bo istotne jest nie to, że pamiętał datę, ale że pamiętął ją precyzyjnie.

 

W 1805 wcielony do armii, dosłużył się stopnia kapitana, ale z powodu ran odniesionych pod Wagram powrócił w 1810 do rodzinnego miasta, po to tylko, by następne pięć lat później na ochotnika dołączyć do weteranów [+,] walczących w ostatniej belgijskiej kampanii starego cesarza

Proponowana wersja lżejsza.

“belgijskiej” niepotrzebne. Daty i Wagram wystarczają by wiedzieć o którego cesarza chodzi i gdzie ostatnia kampania była.

 

Zwłaszcza tej, że to on w swojej  [jak w] ostatniej bitwie ustrzelił konia pruskiego feldmarszałka

odchudzanie

Kiedy dopytywano, co to by musiał być [był] za siłacz,

Oryginał nienaturalny, choć zapewne poprawny.

 

Adam potaknął

A nie “przytaknął”?

 

– Wątpię. Po roku piętnastym nie ruszał się z miasta dalej niż do sąsiednich wiosek, gdzie snuł po gospodach te swoje wywrotowe opowieści.

Zbędne “te” lub “wywrotowe” lub “swoje”.

 

Siedząc godzinę później w powozie wiozącym go z powrotem [jadącym] do Paryża, 

odchudzanie

 

biżuteria z ametystów rzeźbionych w kwiaty fiołków

Widziałaś gdzieś taką biżuterię? Amestysty mają postać krystaliczną i generalnie trudno się w nich rzeźbi. Zwykle szlifuje się je w fasetki. W kwaty fiołków możnaby rzeźbić w minerałach/skałach skrytokrystalicznych: nefryt, chryzopraz, alabaster, marmur… jak mają być fioletowe to chyba dałbym “fluoryt” lub “różowy agat”, choć nie wiem czy są wystarczająco godne dla arystokratki.

 

co u Adama, a zapewne i wielu innych mężczyzn, powodowało nieustająco zawroty głowy

Reakcja raczej kobieca niż męska. Panowie zwykle inaczej reagują na atrakcyjne kobiety. 

 

…reszta wieczorem. 

 

PS.

Na drabbla musiałabym mieć mega pomysł, a nie mam… A bez tego ćwiczenie stylistyczne nic nie da.

Nie chodzi mi o genialne dzieło z potrójnym twistem. Chodzi o praktykowanie wyrzucania niepotrzebnych słów. Wystarczy, że kilka scen z powyższego opowiadania postarasz się zapisać za pomocą 100 słów, i sama się przekonasz, że to dużo da.

 

W mojej opinii ten Cyceron Cię skrzywdził okrutnie. Co ciekawe, w komentarzach piszesz bardzo zwięźle i konkretnie… więc potrafisz.

Drakaino, jestem przekonana, że zadowolonych czytelników będzie więcej, no bo jak może się nie spodobać opowiadanie traktujące o zajmujących sprawach, w dodatku porządnie napisane. ;D

Nie widziałem tego komentarza ;)

“belgijskiej” niepotrzebne. Daty i Wagram wystarczają by wiedzieć o którego cesarza chodzi i gdzie ostatnia kampania była.

Poczytaj komentarze pod moimi innymi tekstami, to zrozumiesz, dlaczego miałabym wątpliwości… Zwłaszcza że następnie pada miejsce bitwy, ale nie tej, której każdy by się spodziewał (i sorry, tak musi zostać, bo tam Blucher omal nie zginął albo nie dostał się do niewoli), więc nauczona doświadczeniem wolę na zimne dmuchać ;)

 

co u Adama, a zapewne i wielu innych mężczyzn, powodowało nieustająco zawroty głowy

Reakcja raczej kobieca niż męska. Panowie zwykle inaczej reagują na atrakcyjne kobiety. 

To akurat celowo. To jest główny bohater mojego cyklu i on tak ma. Mogę wyrzucić innych mężczyzn, jeśli czyjakolwiek męska duma miałaby na tym ucierpieć :P A poza wszystkim to dzieje się w czasach, kiedy akurat we Francji (ta jest na dodatek alternatywna) obyczaje były stosunkowo luźne, ale w towarzystwie (i literaturze) jednak używało się eleganckiego języka. U takiego Stendhala na przykład możesz mieć dowolne porywy serca i bardzo konkretne reakcje na piękne kobiety, ale nikt nie będzie używał fizjologicznych określeń.

 

Widziałaś gdzieś taką biżuterię? Amestysty mają postać krystaliczną i generalnie trudno się w nich rzeźbi.

Owszem, w katalogu doktoratu miałam trochę gemm rzeźbionych w ametyście, są absolutnie cudowne. Jak są pieniądze i umiejętności, to wszystko, co jest możliwe, jest też wykonalne ;)

 

Czepialstwo: Do XIX w. bardziej pasowałoby słowo “narodził”.

Nie chcę nadmiernie archaizować…

 

Nad resztą uwag się zastanowię, nadmiar pociągów opanuję, ale radykalnego odchudzania nie zastosuję, bo mi nic z idiosynkratycznego stylu nie zostanie :P

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. Czy “Adam nie był przeciwnikiem postępu, bynajmniej.” jest ok, bo wiem, że z tym bynajmniej są jakieś dziwne sprawy…

Moim zdaniem jest OK. Jednakowoż, gdybyś nadal miała wątpliwości, podpowiadam:

Nie, Adam nie był przeciwnikiem postępu.

Adam nie był przeciwnikiem postępu, skądże.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, ładnie. Bynajmniej zrobił mi niestety Młynarski…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mam podobnie. Słysząc/ widząc słowo bynajmniej, natychmiast mam przed oczami przedział pociągu dalekobieżnego… ;)

 

Widziałaś gdzieś taką biżuterię? Amestysty mają postać krystaliczną i generalnie trudno się w nich rzeźbi.

Owszem, w katalogu doktoratu miałam trochę gemm rzeźbionych w ametyście, są absolutnie cudowne. Jak są pieniądze i umiejętności, to wszystko, co jest możliwe, jest też wykonalne ;)

Miałam po ciotce złoty pierścionek z ametystem, w którym wyryty był herb. Pierścionek, niestety, ukradziono mi, ale mam odciski tej “pieczęci”.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Owszem, w katalogu doktoratu miałam trochę gemm rzeźbionych w ametyście, są absolutnie cudowne. Jak są pieniądze i umiejętności, to wszystko, co jest możliwe, jest też wykonalne ;)

A jest szansa bym dostał kopię tego katalogu? Zainteresowałem się bardzo :)

 

Poczytaj komentarze pod moimi innymi tekstami, to zrozumiesz, dlaczego miałabym wątpliwości… Zwłaszcza że następnie pada miejsce bitwy, ale nie tej, której każdy by się spodziewał (i sorry, tak musi zostać, bo tam Blucher omal nie zginął albo nie dostał się do niewoli), więc nauczona doświadczeniem wolę na zimne dmuchać ;)

Myślę, że jak ktoś dat (1810+5) i Wagram nie skojarzy, to i słowo “belgijska” na niewiele mu się zda.

Ogólnie tak, ale nie do wszystkiego mam obrazki, niestety :( A i tak właściwie z obrazkami nie powinnam udostępniać, bo copyrighty :/ Jeśli wyjdzie z tego książka (jest gotowa, tylko nie mogę się z wydawcą dogadać, bo to jest jakieś 35 arkuszy z tym katalogiem i rzecz w tym, jak to skrócić), to sporo obrazków będzie, ametystowych może też, bo na wydanie mam copyrighty od muzeów.

 

Myślę, że jak ktoś dat (1810+5) i Wagram nie skojarzy, to i słowo “belgijska” na niewiele mu się zda.

Hmm.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czytałam to wczoraj i trochę żałuję, bo przejrzałam to teraz i wygląda na to, że się przejaśniło w tekście i jest jeszcze lepiej. Podobają mi się takie automatony, wizje z techniczną zagładą i konsekwencja kolorystyczna E ;)

 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Zauroczony jej jasnozieloną suknią i dekoltem, na którym skrzyła się biżuteria z ametystów rzeźbionych w kwiaty fiołków,

Męczy mnie to zdanie. Żeby biżuteria skrzyła, to muszą być fasetki (płaskie powierzchnie mocno wypolerowane lub naturalne kryształy). Więc nawet jak mieli masę/skałę ametystową, która się do rzeźby nadawała, to wtedy końcowy produkt będzie bardziej z “tłustym” połyskiem, ale nie skrzący się. Możnaby zrobić kwiat z wyszlifowanych kryształów ametystu, tak by każdy płatek był osobnym kryształem, i wtedy by skrzył, ale wówczas nie pasuje tu słowo “rzeźba”. Gemmy raczej nie będą skrzyły, a dawały subtelną, jedwabistą poświatę (w zależności od stopnia wypolerowania). 

Czepiam się za bardzo. Wiem. Spróbuję się pohamować w dalszej części.

 

– Zwłaszcza jak na człowieka, który tak uparcie odmawia poparcia dla moich planów reformy Politechniki

Jest to nazwa własna?

 

 od pokoleń walczy z tym czymś, a on jest uczonym, inżynierem. Potrzebujemy siebie, jeśli mamy prowadzić wojnę z tym, co może nas zniszczyć.

 

– koniec ---

 

Podsumowanie. 

Przyłożyłem się do czytania tego tekstu, stąd też dużo tych uwag było, jednak większość to drobnostki lub wątpliwości, a nie błędy.

Właściwie głównym zarzutem z mojej strony jest zbyt złożony język, co mi osobiście przeszkadza czerpać przyjemność z lektury. Jest to moja subiektywna opinia, związana z pewnym zamiłowaniem do prostoty. Całkiem możliwe, że osobom lubiącym bardziej ambitne podejście, taki styl się spodoba.

 

Na koniec kilka pochwał, bo krytyki póki co było nieproporcjonalnie zbyt dużo z mojej strony.

– Ostatnia część tesktu (1/3), albo jest lepiej napisana, albo już się przywyczaiłem do Twojego stylu, bo czytało się przyjemnie.

– Wielki plus za klimat XIX-wiecznej Francji. Bardzo wiarygodnie stworzony i można się w nim zatopić.

– Fabuła nie zaskakuje jakoś szczególnie, ale też chyba nie taki był Twój cel. Zakończenie dość lekkie i optymistyczne. Być może gdybym znał Twoje wczęsniejsze teksty, nieco inaczej bym to opowiadanie odebrał.

Bardzo ładna wizja. Lubię steampunk i wszystkie pochodne historie. Dodatkowo umiesz stworzyć odpowiedni klimat, więc tym bardziej jestem zadowolony.

Fajna fabuła, choć mam dwie, małe uwagi. Pierwsza to określenie “Czarny”, zupełnie mi nie leży, powiem szczerze, że wręcz drażniło mnie. Brzmi dla mnie jak ksywa kibica Górnika Zabrze lub coś w ten deseń, ale to subiektywne wrażenie. Drugie, to zbyt długo wiemy tyle samo o Czarnym, to znaczy niby Adam próbuje coś robić, gdzieś chodzić, ale Czarny to ciągle Czarny gdzieś za oknem. Umknęło mi zestarzenie się dziewczyny, to znaczy nie umknęło, ale jakoś wyskoczyło tak z kapelusza. Dopiero na koniec powiązałem fakty razem.

Gdyż finał jest już dokładnie w moim guście. :) I zabarwiony perfumami liścik… Miodzio. :)

 

Żeby biżuteria skrzyła, to muszą być fasetki

Mówisz, masz… Na oko pierwsza połowa XIX w., raczej bliżej 1810 niż 1850

 

 

A fiołki są dlatego, że to były kwiaty znaczące, zwłaszcza za Restauracji sygnalizowały napoleońskie sympatie.

 

A tu intaglio rzymskie, czyli gemma podobna do tych, które miałam w doktoracie (tam był hellenizm, co stylistycznie niewiele zmienia, zwłaszcza że ta tu jest z okresu w Rzymie mocno hellenizującego)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Darconie, Czarny musi być Czarnym z powodu tytułu :) A z Górnikiem Zabrze to chyba jednak dość niszowe skojarzenie… Skądinąd brat mojej babci grał amatorsko w tej drużynie, jeszcze chyba przed wojną :D

 

A z dotychczasowych komentarzy sądząc, chyba powinnam więcej tego steampunku do opowiadań wpuścić – on jest ważnym elementem mojego świata, ale ciągle boję się wziąć porządnie byka za rogi :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mówisz, masz… Na oko pierwsza połowa XIX w., raczej bliżej 1810 niż 1850

Super. To już wiemy o czym mowa.

 

Przykład pierwszy:

 

Ametysty oszlifowane, wysokiej czystości, przezroczyste. Będą się pięknie skrzyły, bo mają szlif fasetkowy. Niestety z takich fiołka nie zrobisz… a jak zrobisz, to utracą mocny połysk.

 

Przykład drugi:

 

Gemma ametystowa. Rzeźbiona. Tutaj połysk będzie tłusto-jedwabisty, bo krawędzie są zaokrąglone. Piękne fiołki są do zrobienia. Zauważ jednak, że na fotografii skrzy się głównie srebrna oprawa. Sama gemma się praktycznie nie skrzy, za wyjątkiem kilku punkcików na policzku i czole, które są efektem odbicia bardzo mocnego flesza od aparatu, który efekt połysku wyolbrzymił. U Ciebie mamy natomiast XIX w. i światła lamp błyskowych nie ma. 

W rzeczywistości w naturalnym świetle lub sztucznym umiarkowanej intensywności, ta gemma będzie przypominać bardziej przytłumiony połysk rzeźb alabastrowych, niż ogień brylanów.

Hmmm. Na pewno tekst ładnie napisany, na pewno czuć francuski XIX wiek, mniejsza o to, czy zmodyfikowany…

Za to fabuła mnie mniej uwiodła. No, ma chłopak jakieś wizje, walczy ze złem, jak potrafi. Nie bardzo rozumiem, skąd mu się te sny biorą. Z tekstu wynika, że zsyła je Czarny, ale po co? Dla utrudnienia sobie roboty? Gdyby zsyłał jakiś biały, to co innego. Ale białemu chyba nie wypada skłaniać do zabójstwa.

Ale ogólnie na plus.

Babska logika rządzi!

@chrościsko

U mnie skrzy się biżuteria, a nie ametysty, więc można założyć, że czasownik odnosi się do oprawy, która jest zapewne srebrna… Mogę zmienić na połyskiwała, jeśli zwiększy to ilość szczęścia we wszechświecie, aczkolwiek skrzyła się ładniej brzmi :P

 

Finklo, dziękuję, także za zwrócenie mi uwagi na coś, co jeszcze postaram się wyedytować. Opowiadanie jest z uniwersum, a sama wiesz, jaki to ból – autor zna pewne zakulisowe wyjaśnienia i czasem zapomina je umieścić w tekście. Założenie jest takie, że Adam w dość szczególny sposób reaguje na “czerń” (to samo, co było w Krokach Komandora, tylko z drugiej strony i pół wieku później ;)), stąd niekiedy te wizje, które po prostu może mieć każdy, kto w ogóle jakoś na tych wielkich przedwiecznych (;)) reaguje. Ale zgoda, że tu może nie jest to do końca oczywiste, więc postaram się jutro jakoś to doprecyzować.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja mam spaczenie na tym punkcie z racji wykształcenia. Szansa, że komuś innemu będzie to przeskadzać jest niewielka. Tym bardziej, że słowo "skrzyć" też można różnie interpretować.

 spaczenie na tym punkcie z racji wykształcenia.

Geologia czy jubilerstwo? Btw jak prowadziłam zajęcia na archeo, to miałam tam m.in. kawałek o gliptyce…

 

Skądinąd stylizowane fiołki dałoby się chyba wyciąć z kamienia tak, żeby zachować ostre krawędzie a la fasetowanie.

 

Finklo, dopisałam jedno zdanie na końcu drugiego “rozdzialiku” – czy teraz jest odrobinę jaśniej? Nie chcę robić nadmiernego infodumpu, żeby nie zabić nastroju.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Już biblioteczne kliki. Cóż, wtorek, było do przewidzenia, że nie zdążę ze swoim głosem (chciałam przeczytać tekst po poprawkach), więc jest taki “niewidzialny” ode mnie :)

 

Po dodaniu informacji do tekstu, czytało się bardzo dobrze. Co do stylu, nie można cokolwiek zarzucić. Umiesz tworzyć atmosferę wybranych czasów, a długie zdania płyną po prostu. Trzymasz cały czas wysoki poziom, a i książki nie mogę się doczekać. Ale zdecydowanie powinnaś odważniej opisywać elementy steampunkowe. Są naprawdę ciekawe, ale z drugiej strony, jest coś frapującego w traktowaniu tego elementu świata przedstawionego tak subtelnie. Historią z Czarnym w tle, zaostrzyłaś mój apetyt na więcej.

Geologia czy jubilerstwo?

Geologia z solidnym kursem gemmologii na czwartym roku. Co prawda wieki temu, a do tego nie moja specjalizacja, ale to chyba zostaje we krwi na całe życie, jak Cyceron ;)

 

stylizowane fiołki dałoby się chyba wyciąć z kamienia tak, żeby zachować ostre krawędzie a la fasetowanie.

Przy obecnej technice może by się dało, choć nie widziałem niczego takiego. Ostre krawędzie nadałyby bardzo nowoczesnego/kanciastego stylu tym fiołkom. Myślę, że w XIX w. byłoby to raczej coś na wzór tej rzymskiej gemmy, którą pokazałaś (tak swoją drogą to bardzo ładna). Jesteś pewna, że to jest inteligo? Bo wygląda jakby relief był wypukły.

Co do Twojego tekstu, wspomniał bym minochodem o srebrnej oprawie fiołków, a wtedy i skrzenie będzie pasować, i rzeźba, i ametysty, a jak ładnie to wpleciesz, to i opis zyska.

One bardzo często na zdjęciach wyglądają jak relief wypukły, do tego stopnia, że w przypadku dwóch złotych pierścieni Ptolemeusza VI z Luwru dopiero jak wzięłam je do ręki, to uwierzyłam, że są wklęsłe. Kamee jednobarwne są stosunkowo rzadkie, wybierano na nie raczej kamienie warstwowe, żeby uzyskiwać efekty kolorystyczne. Tak na oko 70-80% to intaglia (zależy, czy liczyć także to wszystko, co było w metalu, paście szklanej, kości itd., czy nie).

 

A oto naprawdę wklęsłe pierścienie:

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ładne :)

Nie powiem ci zbyt wiele, czego nie napisano już wcześniej, ale zostawię komentarz na znak przeczytanego opowiadania. Tak jak większość – mocno doceniam cały klimat i odwzorowane realia. Widać, że siedzisz w temacie. Opowiadanie napisane też bardzo przystępnym językiem, więc czytało się przyjemnie.

Muszę się też zgodzić, że jak na steampunk, to mało mi tu steampunku. Rozumiem, że opowiadanie jest osadzone w większym uniwersum i dziejącym się w nim cyklu, ale jeśli brać pod uwagę jedynie ten tekst, to szczerze mówiąc pewnie można wyciąć z niego wszystkie wzmianki o stempunkowych wynalazkach bez większej straty dla samej treści. Przydałoby się tego troszkę więcej.

Początkowo też aż za bardzo tajemniczy był ten cały Czarny i chociaż dalej nie jestem pewien czym do końca jest, to jednak chyba nie czuję niedosytu. Więc chyba jest ok.

Chciałbym też trochę więcej Feliksa, chociaż spodziewam się, że w innych opowiadaniach z uniwersum może być go więcej?

I na sam koniec – jak to jest z tym prawdziwym imieniem Noira? Bo jak trochę poszukałem na jego temat (wielki plus opowiadania, jeśli lektura zachęca do szukania większej ilości informacji), to w większości źródeł jego imię podawali jako Yvan. Yves znalazłem chyba tylko w fińskiej wersji wikipedii :D

Bardzo przyjemny tekst!

No proszę, ktoś jednak poguglał ;)

No więc nie wypada mi nie odpowiedzieć: Yves dlatego, że jest to imię znacznie popularniejsze i niezwracające uwagi, a skoro historia jest alternatywna, to niech będzie alternatywnie (z datami też troszkę namieszałam) – II Cesarstwo jest tu przecież też bardzo alternatywne… A po prawdzie zawsze mam problem z robieniem złoli, zwłaszcza pomniejszych, z prawdziwych ludzi, nawet jeśli ich prywatnie uważam za sk*synów ;) No więc mogę udawać, że to ktoś inny. Za to dla własnej przyjemności zabawiłam się nazwiskami: nie pada prawdziwe, Salmon, ale za to pozytywnego odpowiednika nazwałam Troutte czyli pstrąg. Niemniej miałam nadzieję, chyba ziszczoną, że historyjka tłumaczy się bez guglania, bo jesteś pierwszy…

Mogę się też przyznać, że w historiach alternatywnych fascynuje mnie najbardziej, że drobne wydarzenia bywają równie ważne jak wielkie i nie przepadam za rozwiązaniami typu ktoś inny wygrał jedną bitwę.

 

Dziękuję za pozytywną opinię!

 

 

@chrościsko

 

– Zwłaszcza jak na człowieka, który tak uparcie odmawia poparcia dla moich planów reformy Politechniki… Jest to nazwa własna?

tak, w tym przypadku tak, we Francji do dzis Polytechnique to tylko i wyłącznie Ecole Polytechnique, ta paryska (dziś podparyska) z 1794/1804. Od niej oczywiście wziął nazwę typ szkoły, ale trochę tak jak mawia(ło?) się adidasy na dowolne sportowe buty

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tłumaczy się jak najbardziej, guglałem tylko po to, żeby sprawdzić jakie są różnice z prawdziwą wersją wydarzeń (pomijając oczywiście elementy fantastyczne :D)

Wpadam mocno spóźniony na imprezę, ale mam nadzieję, że lampki jeszcze się palą ;)

Bardzo ładnie pożeniłaś świat z tamtej epoki z elementami fantastycznymi. O ile steampunk obecny jest raczej symbolicznie, o tyle Czarny bardzo mi się spodobał. Jego nadnaturalny charakter, sposób prezentacji i pokazywany wątek zrobił wrażenie oraz trzymał w napięciu do samego końca.

Bohater fajnie oddany jako dżentelmen z epoki, mocno dokłada się do ogólnego poczucia klimatu. Przy czym prezentujesz ją znacznie umiejętniej niż choćby w “Krokach komandora”. Nie czuć tutaj zagubienia ani nigdy nie czułem się zmuszony, by sięgnąć nagle po Wikipedię, bo czegoś nie rozumiem.

Fabuła dla mnie zaprezentowana została na lepszym poziomie niż w poprzednich tekstach. Szybciej przechodzisz do wątku głównego, retrospektywy są tak rozplanowane, że nie męczą ani nie wydają się zbyteczne. Koniec także jest dla mnie satysfakcjonujący.

I tylko jeden mały element budzi mój niepokój – fakt, że tak ładnie opisany świat może być jedynie “XVIII wiekiem z automatami”. Często widziałem przeróbki historyczne, gdzie prezentowano wynalazki, które odmieniłyby oblicze wojny o wiele mocniej niż USS Monitor czy kula Minie i w efekcie dany konflikt historyczny powinien zakończyć się inaczej, bo główna przyczyna takiego a nie innego wyniku zostałaby wyeliminowana. Jednak wiem z komentarzy, że mocno pasjonujesz się “riserczem” i dokładnym sprawdzaniem tamtej epoki. Tak więc powinienem być spokojny o wynik i jego dokładność, choć lekki niepokój pozostaje. Ech, paranoik ze mnie ;)

W każdym razie – bardzo ładny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, lejesz miód na moje skołatane serce ;)

 

Co do epoki i “XVIII wieku z automatami” – mam wielką nadzieję, że nie zawiodę pomysłem na steampunk, który zresztą będzie mało rozbuchany, bo gadżety bawią mnie w stopniu miernym. Pomysł mam głównie na to, jak to działa, i to – uchylę rąbka tajemnicy – łączy się po trochu z tym, co było w Krokach. Historię alternatywną zaś opieram nie na wynikach bitew (są one bardzo przereklamowane, a jeśli już miałabym tak robić, czego nie wykluczam w przypadku wojny francusko-pruskiej, to mam paru kandydatów całkiem nieogranych literacko, a naprawdę mogących sporo zmienić) i nawet nie na wynalazkach (zbyt banalne), ale na tym, że kilka osób, które w realu zmarły młodo, ale bez trudu i wielkiego naginania mogły w odpowiednich warunkach przeżyć, przeżyło, dzięki odmiennym okolicznościom. Z tego wynikają nieco inne układy sił, inne układy polityczne itd., no i oczywiście na paru europejskich tronach siedzą inne osoby ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Betującym dziękuję za uwagi, choć w końcu ostatnie zmiany poszły w nieco innym kierunku niż sugerowano.

D: Cóż za bunt jednostki!

 

Ja się oczywiście nie skroiłam, że już tutaj byłam, więc zaczęłam czytać i już chciałam pozwać kogoś o plagiat, a tu proszę. Dodam, że po mojej niedawnej wizycie we Francji dodatkową przyjemność sprawił mi klimat. No i mój ulubiony mechaniczny kanarek jest na swoim miejscu ;)

Witaj!

 

Napisałaś to bardzo ładnym językiem. Językowo właśnie i stylistycznie miodzio.

Steampunk – czy więcej? Pewnie, że możesz dać więcej i będzie fajnie, albo i fajniej, ale to co dałaś wystarczyło.

 

Pomarudzę za to na fabułę. Bo jest liniowa. Prosta. Tzn. może i zawikłana dla głównego bohatera, ale czytelnika prowadzisz jak po sznurku z punktu A do B do C i itd. Nie znalazłem zbytnio miejsca na snucie domysłów, szukanie wskazówek.Czyli fabularnie jest OK ale mogło by być lepiej! Nic nie mam co do samej historii, tylko więcej mięsa daj czytelnikowi, żeby mu frajdę podwoić.

 

Fajne przejścia do retrospekcji, płynne, naturalne.

 

Tyle ode mnie,

Pozdrawiam znad plastikowego, ciemnogranatowego kubeczka z parującą, tanią czarną kawą (25 centów) z cukrem!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dziękuję, Mytrixie, że wpadłeś i za ogólnie pozytywną opinię.

 

Zabawne jest tylko to, że po przygodach z “Krokami Komandora”, gdzie moim skromnym zdaniem akcja jest znacznie bardziej linearna (tylko retrospekcje), tu spodziewałam się podobnych kłopotów czytelniczych – jest w końcu kilka planów czasowych w przeszłości plus wizje potencjalnej przyszłości i bohater poruszający się w nich wszystkich – a tu takie zaskoczenie ;)

 

Pozdrawiam ciemnogranatowy kubeczek, choć pewnie zakończył już żywot…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Skończył w zbiorowej mogile kubeczków :-)

 

Pozytywna opinia bo to dobre jest, ale idź na całość, bo warsztatowo na piórko jest, tylko musi się akcja i fabuła rozkręcić.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Zgadzam się, gdyby tylko Drakaina była mniej samolubna ;) i wycięła trochę francuskich smakołyków (których z natury nie jadam, nie mogę jeść jedzenia mojego jedzenia), a dodała czarnej, dramatycznej, kaszany, też widzę piórko.

Nowa Fantastyka