- Opowiadanie: drakaina - Noir

Noir

Ten tekst przeszedł chyba najwięcej metamorfoz ze wszystkich, jakie napisałam, ale jeśli zacznę go znów zmieniać, to zwariuję. Historia jest alternatywna, więc proszę za bardzo nie guglać :P

Betującym dziękuję za uwagi, choć w końcu ostatnie zmiany poszły w nieco innym kierunku niż sugerowano.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Noir

Doroczny majowy bal u hrabiny Elizy był wspaniały. Jak zawsze. Sala rozbłyskiwała feerią barw, odbijanych przez lustra, posadzkę i biżuterię dam; tańczący zdawali się płynąć w blasku. Cesarska kuzynka uwielbiała nowinki techniczne, toteż miała niezliczone lampy naftowe, a na specjalnym postumencie stał również prototyp elektrycznej latarni. Jej zimne, mocne światło jednocześnie fascynowało i odrzucało Adama. Na szczęście paryżanom ten wynalazek nie przypadł do gustu i nic nie wskazywało na to, żeby miał się szerzej przyjąć. Hrabina posiadała też inne modne nowinki – jak choćby stojącego pod galeryjką mechanicznego lokaja, którego główną rolą wydawało się być zwiększanie efektu świateł, malujących srebrzyste nitki haftów na czarnym atłasie liberii w kolorowe wzory, a nie podawanie przekąsek i napojów. Madame hojną ręką finansowała pomysły wynalazców, choć jedno pozostawało w jej otoczeniu tradycyjne: konie. Zwłaszcza te pod wierzch, bo na dłuższe podróże zdarzało jej się zaprzęgać do ciężkich powozów automatony.

– Nic nigdy nie będzie się poruszało z taką gracją, jak prawdziwe araby – powtarzała wielokrotnie Adamowi – ale mechaniczne konie też mają w sobie niezwykłe piękno, piękno ludzkiego umysłu.

Potakiwał. Wiedział, że hrabina uważa jego niechęć do mechanizmów za zabawne dziwactwo, ale nie tłumaczył się.

Adam nie był przeciwnikiem postępu, skądże. Tylko że szum maszyn i klekot automatonów napełniał go pierwotnym lękiem, przypominając o Czarnym.

 

***

 

Czarny czaił się na obrzeżach jego świadomości od pewnej nocy prawie dwadzieścia lat temu, kiedy Adam podróżował z ojcem przez Ardeny. Gdzieś niedaleko gospody rodziła kobieta, a jej nieludzkie wrzaski nie pozwoliły mu spać przez całą noc. Kiedy jednak rano napomknął o tym ojcu, ten popatrzył na niego ze zdumieniem.

Właśnie tamtej nocy zobaczył Czarnego po raz pierwszy, jak stał w drzwiach izby z wycelowanym prosto w niego pistoletem. Zamiast wystrzelić, wybuchnął nagle obłąkańczym śmiechem, który przeszedł w upiorny stukot kolei parowej.

Adam był pewny, że przez całą tę noc nie zmrużył oka. Kobieta z sąsiedztwa darła się jak zarzynana, nad ranem zaś usłyszał wyraźnie krzyk dziecka. Dziwaczny, zniekształcony, jakby i w niego wdarł się ten śmiech i ten stukot. Ojciec twierdził, że mu się to wszystko przyśniło. Ale w jego oczach oprócz zdziwienia Adam dostrzegł jeszcze cień niepokoju. Po latach Adam zrozumiał: ojciec stracił nadzieję, że rodzinne dziedzictwo, rodzinne brzemię wrażliwości na “czerń” i jej działanie, nie objawi się w najmłodszym z jego dzieci.

 

***

 

– Cesarz nie może się dowiedzieć. – Z zamyślenia wyrwał go głos Feliksa. Do Adama dotarły na powrót dźwięki muzyki i szelest balowych sukien. Podniósł wzrok na przyjaciela, dostrzegając jego zatroskaną minę. – Jeśli jesteś pewny, zrób to, ale niech on o niczym nie wie. Tak, zdaję sobie sprawę, że ci się to nie podoba, nie lubisz nic przed nim ukrywać.

Adamowi przypomniały się opowieści ojca o przeprawie przez Alpy z młodziutkim księciem, początkach przyjaźni z obecnym władcą. Rzeczywiście, przed tym człowiekiem nie lubił mieć sekretów. Niemniej tym razem… Wiedział, jak bardzo cesarz chce odsuwać od siebie wszystko, co wykracza poza racjonalne poznanie. A misja Adama nie miała nic wspólnego z rozumem.

– Możesz być tego pewny. – Uśmiechnął się. – Myślę natomiast, że powinienem porozmawiać z twoją matką. Ona ma doświadczenie z podobnymi… – Urwał, widząc wyraz twarzy Feliksa.

W tym domu, tak pełnym światła i życia, zawsze o tym zapominał. Spojrzał na hrabinę, pogrążoną w rozmowie z człowiekiem, którego gdzieś już wcześniej widział, choć nie był pewny, w jakiej sytuacji.

– Ja też mam doświadczenie – dobiegł go z oddali głos przyjaciela. – Kto jak kto, ale ty o tym wiesz…

Przez salę przemknął cień. Ojciec Feliksa niedługo po narodzinach syna porzucił rodzinę i dołączył do zwolenników dawnej monarchii, podobno nawet do ludzi, którzy układali się z Czarnym, ulegali jego pokusom. Może nie powinienem tak mówić: Czarny, jakby to był ktoś konkretny, pomyślał Adam. W opowieściach rodzinnych stykał się głównie z nieokreśloną substancją, czymś, co żyło własnym dziwacznym życiem, ale pasożytowało na ludziach, którzy wierzyli, że daje im moc… Bo daje, uświadomił sobie z goryczą.

A jednak w jego wizjach Czerń przybierała konkretną postać, która prześladowała go na jawie i we śnie, od prawie dwudziestu lat, atakując ludzi, których kochał, i świat, który znał. Choćby Feliks – trzy lata temu omal nie przypłacił życiem zadurzenia w kobiecie, która była narzędziem Czarnego. Jego matka zaś… W przeciwieństwie do syna hrabina Eliza stawiała temu odważnie czoła: mężowi, którego odejście powitała z nieskrywaną ulgą, kochance syna, której teatralna kariera zakończyła się równie szybko, jak się zaczęła.

Hrabina miała powody do szczególnej sympatii dla Adama i wyrozumiałości dla jego konserwatywnych dziwactw, jak je określała. Gdyby nie on, trzy lata temu…

 

***

 

Pewnej mroźnej nocy trzy lata temu Adam wrócił z opery, gdzie miał się spotkać ze swoim przyjacielem, ale ten wymówił się chorobą. Wszyscy wiedzieli, że choroba nazywała się Mademoiselle Martine, występowała w pomniejszych teatrzykach i pomimo miernego talentu aktorskiego samą urodą zdołała zawrócić w głowie sporej grupie młodych paryżan.

Adam leżał w wannie, rozkoszując się gorącą kąpielą, kiedy w oknie ujrzał Czarnego. Tak wyraźnie, jak nigdy dotąd. Jego wykrzywiona dziwacznym uśmiechem twarz była jak zamarznięta, pokryta szronem i przyklejona do szyby. Nie zdążysz, zdawała się mówić, nie zdążysz, choćbyś miał najszybsze mechaniczne konie.

Zamknął oczy, usiłując odegnać tę marę i wtedy zobaczył. Feliksa leżącego w śniegu, w miejscu, które było znajome. Bardzo znajome.

Wyskoczył z wanny i prawie się nie wycierając, założył szybko rzucone wcześniej na fotel ubranie, porwał jeszcze tylko płaszcz i laskę, po czym bez kapelusza wybiegł na mróz. Pędził przed siebie, na próżno rozglądając się za dorożką. Kiedy już myślał, że całą drogę z podparyskiego Villiers do Tuileries przyjdzie mu pokonać biegiem (nie zdąży, Czarny miał rację, że nie zdąży), usłyszał stukot kopyt i turkot kół. Wskoczył do powozu, każąc ruszać pędem i zatrzymać się przy bramie ogrodu.

Feliks leżał tak, jak ukazała go wizja: twarzą w dół, w śniegu, pod posągiem Tezeusza walczącego z Minotaurem, zaledwie kilkadziesiąt kroków od pałacowej bramy. Adam odwrócił ciało: jego przyjaciel nie oddychał, a twarz miał nienaturalnie białą.

Postać Czarnego zamajaczyła na skraju pola widzenia. Adam wbił wzrok w ciemniejsze miejsce na samej granicy poświaty rzucanej przez lampę gazową – i on tam był. Stał spokojnie, przyglądając się tej scenie, rękę z pistoletem miał opuszczoną. Adam sięgnął do kieszeni – on sam zostawił broń w domu.

Jego rozpaczliwe krzyki przywołały straże, a nad ranem, gdy tylko przebudził się z drzemki przy kominku w pałacowym antyszambrze, podszedł do niego sekretarz Feliksa.

– Pan hrabia chce z panem rozmawiać.

Adam już wiedział, że przyjaciel żyje. Wiedział, od kiedy Feliksa zaniesiono do pałacu, a jego samego napojono gorącą czekoladą i usadzono pod ciepłym pledem przy ogniu. W przerażeniu nie wyczuł słabego ruchu klatki piersiowej pod płaszczem, a śnieg przyklejony do twarzy pogłębił wrażenie śmiertelnej bladości.

– Mademoiselle – wyszeptał Feliks, kiedy Adam pochylił się nad nim. – Proszę… co z nią. Ona… Tam było coś… Za nią… wokół niej…

Adam domyślił się, co to było, dowiedział się też szczegółów, ale nigdy nie wyjawił ich przyjacielowi. Oficjalnie panna Martine wyjechała z Paryża, rozczarowana brakiem perspektyw, ale plotki głosiły, że opuściła miasto na rozkaz hrabiny Elizy, która nie prostowała tych doniesień. Adamowi opowiedziała jednak, że ciało aktoreczki znaleziono w jej domu, wyschnięte i pomarszczone, jakby przeleżało w suchej piwnicy kilkadziesiąt lat. Sprawą zajął się wydział specjalny policji monsieur Vidocqa, inspektor zaś postarał się, by żadna inna wersja, a zwłaszcza ta o zakochaniu połowy paryskich złotych młodzieńców w ofierze i narzędziu jakichś ponurych sił, nie ujrzała światła dziennego.

 

***

 

– Chyba będziesz miał okazję – powiedział Feliks, wskazując ruchem głowy w kierunku matki.

Hrabina wpatrywała się w Adama zapraszająco. Nie miał wyjścia – podszedł do pani domu, ukłonił się z szacunkiem i pocałował ją w dłoń.

– Mój drogi – powiedziała niskim głosem, którego brzmienie w połączeniu z atletyczną sylwetką i obcesowym sposobem bycia zawsze wprawiało Adama w zakłopotanie – pozwól, że przedstawię ci pana Vuitton, o którego sukcesach na dworze musiałeś słyszeć. Mam nadzieję, monsieur – zwróciła się do swojego gościa – że przekona pan tego opornego młodzieńca, by wprowadził choćby odrobinę nowoczesności do swego ascetycznego domu.

Ubrany w obcisły granatowy żakiet, nawiązujący fasonem do czasów Wielkiej Rewolucji, kamizelkę w wielobarwne wzory nałożoną na drugą, ciemnoczerwoną, z fantazyjnym krawatem z początku wieku, w binoklach z błękitnego szkła i z hebanową laską o srebrnym okuciu w ręce, monsieur idealnie wpisywał się w ostatnią modę wśród wynalazców. Modę, którą w dużej mierze sam wykreował. Vuitton nie był inżynierem – był artystą ubierającym automatony w wymyślne okrycia, dzięki którym ich mechaniczna natura przestawała rzucać się w oczy, a poszycie można było ozdabiać w zależności od potrzeb i możliwości finansowych posiadaczy tych urządzeń.

Adam ukłonił się gościowi, ale spojrzał w oczy hrabinie.

– Madame – powiedział – jeśli pani pozwoli, potrzebuję zamienić parę słów na osobności.

Przyglądała mu się spod przymrużonych powiek, jakby oceniała stopień jego desperacji.

– Przyjdź do mnie jutro na śniadanie – powiedziała w końcu tonem nieznoszącym sprzeciwu. – A na razie daj się przekonać do zakupu czegokolwiek, co zamieni twój dom z zatęchłej nory w mieszkanie cywilizowanego człowieka. Monsieur doradzi, jak to ozdobić, by sprostać konserwatywnym gustom. – Czy tylko mu się wydawało, czy hrabina puściła do niego oko?

Oczywiście, nie mogła wiedzieć, skąd wzięły się te konserwatywne gusta, bo Adam z nikim, nawet z Feliksem, nie podzielił się nigdy tą częścią wizji, w której Czarny unosił się nad upiorną lokomotywą…

 

***

 

Zdarzyło mu się to po raz pierwszy kilka tygodni po znalezieniu w ogrodach Tuileries walczącego o życie Feliksa. Obudził go huk pociągu kolei żelaznej. Lokomotywa pędziła wprost na niego, a za jej kominem w obłokach pary stał zakuty w żelazną zbroję człowiek-maszyna w pruskiej pikielhaubie. Pociąg minął Adama z grzmotem, tocząc się dalej, a nad nim unosił się upiorny śmiech Czarnego.

Widywał to jeszcze wiele, zbyt wiele razy. A potem, cztery lata temu, zobaczył tego samego człowieka na gazetowej rycinie, ilustrującej artykuł o przyjęciu przez cesarza poselstwa z Prus. Niższej rangi dyplomata był oczywiście zwyczajnym człowiekiem, ale Adam miał całkowitą pewność, że to jego twarz widział w swojej wizji – starszą, z wyrazem upiornej determinacji, zakutą w maszynowy hełm i wyrastającą z żelaznego tułowia, który stanowił jedno z pociągiem. A u jego boku, czy raczej unoszący się nad maszyną jak czarny ptak, on. Czarny.

Wizje stały się tak natarczywe, że Adam pojechał do Attigny w Ardenach, gdzie po raz pierwszy Czarny wdarł się w jego myśli. Chciał odszukać tamto dziecko – teraz już zapewne młodzieńca lub dorastającą pannę – ale wedle miejskich rejestrów nikt się owej nocy nie urodził. Niecały miesiąc wcześniej, owszem, na świat przyszła córka aptekarza, a tydzień później syn okolicznego dzierżawcy. Nikogo tamtej nocy, a Adam pamiętał dokładnie datę.

Był już w drzwiach, kiedy usłyszał głos urzędnika, który wyszukał dla niego dokumenty.

– Interesujące…

Odwrócił się i spojrzał na mężczyznę pytająco.

– Tej nocy, o którą pan pyta, zmarł Martin Troutte… – Archiwista zawiesił głos. – Wioskowy głupek, jak o nim mówiono. Tak naprawdę nieszczęśliwy człowiek – dodał, kiedy Adam podszedł z powrotem do jego biurka.

W papierach znalazł niewiele. Troutte pochodził z Attigny, był synem kupca bławatnego. W roku 1805 wcielony do armii, dosłużył się stopnia kapitana, ale z powodu ran odniesionych pod Wagram powrócił w 1810 do rodzinnego miasta, po to tylko, by następne pięć lat później na ochotnika dołączyć do weteranów walczących w ostatniej, belgijskiej kampanii starego cesarza… Ciężko ranny pod Ligny, przebywał krótki czas w pruskiej niewoli, ale na zimę był już w domu.

Tylko że nie był już sobą, wyjaśnił urzędnik.

– Młody wtedy byłem – powiedział – i chętnie słuchałem jego dziwacznych historii. Zwłaszcza tej, że to on w swojej ostatniej bitwie ustrzelił konia pruskiego feldmarszałka, a byłby i samego Blüchera dobił, gdyby nim jakiś mocarz na drugi koniec pola nie rzucił. Kiedy dopytywano, co to by musiał być za siłacz, żeby prawie dwumetrowym chłopem po okolicy ciskać, dostawał drgawek i zaczynał bełkotać jak opętany. Ale póki go kto o tego diabła nie pytał, spokojny był, choć same jego opowieści mogły w czasach burbońskiej Restauracji ściągnąć na niego nieszczęście.

– Diabła…? – zapytał Adam.

– Tak go nazywaliśmy, bo kto inny posiada taką siłę? A i Troutte tak go chyba widział, bo wciąż rozglądał się po kątach, jakby szukał tam siły nieczystej.

Adam potaknął – sam, mimo że bardzo starał się być racjonalistą, nie potrafił powstrzymać się przed podobnym myśleniem o Czarnym.

– Ale największego ataku dostał – ciągnął archiwista – kiedy do miasteczka przyjechał pokaz automatonów. Nie wiem, czy to klekot tych maszyn, czy ich nieludzkie twarze tak go przestraszyły, ale po tym już nigdy nie wrócił do zmysłów i niespełna rok później zmarł. No, właśnie w ten wieczór, o który pan pyta, jak tu stoi napisane.

W Attigny do dziś nie było kolei żelaznej, najbliższa linia przebiegała przez Reims.

– Czy Martin Troutte widział kiedykolwiek pociąg?

Urzędnik pokręcił głową.

– Wątpię. Po roku piętnastym nie ruszał się z miasta dalej niż do sąsiednich wiosek, gdzie snuł po gospodach te swoje wywrotowe opowieści. A potem stary już był i ledwie chodził, nawet zanim całkiem opuścił go rozum.

Siedząc godzinę później w powozie wiozącym go z powrotem do Paryża, wsłuchując się w kojące rżenie koni, Adam nie potrafił otrząsnąć się z myśli, że to śmierć Martina Troutte wyzwoliła Czarnego, który być może opętał go pod Ligny, zamieszał mu w umyśle, nabawił lęku przed maszynami, choć nie pokonał…

Ale wtedy nie było jeszcze automatonów.

Coś innego jednak znacznie bardziej nie dawało mu spokoju. Przekonanie, że to Czarny uratował pod Ligny feldmarszałka Blüchera.

 

***

 

Omal nie uległ namowom pana Vuitton, ponieważ w pobliżu wyczuł niedający się pomylić z niczym zapach perfum. Wszyscy kochali się w hrabiance Eugenii, ale jej rękę zdobył ten jeden, który ze względu na swój niespokojny charakter i zamiłowanie do nauki z jednej, a romansów z drugiej strony, nie powinien był się z nią żenić.

Skinął rozmówcy głową, wymamrotał coś o tym, że tak, oczywiście, muszą się spotkać i omówić szczegóły zamówienia, podał nawet bilet wizytowy, po czym odwrócił się ku wejściu, gdzie stali książę Ludwik i jego olśniewająca małżonka. Zauroczony jej jasnozieloną suknią i dekoltem, na którym skrzył się naszyjnik z ametystów rzeźbionych w kwiaty fiołków, nie zauważył, kiedy podpłynęła prosto do niego. W wieku trzydziestu lat poruszała się nadal z gracją młodziutkiej panny, co u Adama, a zapewne i wielu innych mężczyzn, powodowało nieustająco zawroty głowy.

– Ja panu wierzę – wyszeptała. I szybko dodała, prawie się płoniąc: – Proszę ze mną za chwilę zatańczyć.

Zaskoczony Adam odczekał dwa walce, po czym podszedł do zgromadzonej wokół nowoprzybyłych grupki i skłonił się księżnej.

– Madame – powiedział, całując ją w dłoń – skoro małżonek panią zaniedbuje, może zechce mi pani podarować następny taniec?

– Odważnie sobie poczynasz, mój drogi – odpowiedział mu książę, ale w jego wzroku nie było nagany, raczej rozbawienie. – Zwłaszcza jak na człowieka, który tak uparcie odmawia poparcia dla moich planów reformy Politechniki…

Eugenia podała mu rękę. Poprowadził ją na środek sali. Orkiestra właśnie zaczynała kolejnego walca.

– Poprosiła mnie pani o taniec w dość niekonwencjonalny sposób – odezwał się, kiedy zatoczyli już pierwszy krąg na parkiecie.

– Owszem – odparła. – Pan wybaczy, ale kilka dni temu w Saint-Cloud podsłuchałam przypadkiem pewną rozmowę… pana z kuzynem mojego męża.

Adam zbladł.

– Rozumiem, że chodzi o syna naszej gospodyni? – Bardzo się starał, żeby głos mu nie zadrżał. Eugenia była osobą z gruntu dobrą, więc jeśli słyszała, jak przekonywał Feliksa o konieczności dokonania zabójstwa, to teraz na pewno będzie próbowała go od tego planu odwieść. Jeśli zaś mu wierzy, to mogła uznać, że jest opętany przez demony i naprawdę chcieć mu pomóc.

Potaknęła.

– Może wyda się to panu dziwne – powiedziała – ale wierzę w każde pańskie słowo… – Zawiesiła głos i przez chwilę dawała się unosić bez słowa w rytm muzyki. – To, co pan widzi, jest jak tamto czarne, tylko jeszcze gorsze, bo zawarło przymierze z postępem, z nauką.

Przez chwilę znów milczeli, a walc z najnowszej operetki monsieur Offenbacha powoli zbliżał się do końca. Adam myślał już, że tylko tyle miała mu do powiedzenia, kiedy spojrzała mu prosto w oczy.

– Zastanawia się pan zapewne, podobnie jak wielu innych, dlaczego wyszłam za mąż akurat za Ludwika.

Omal nie zgubił kroku. Omal nie nadepnął na jej atłasowy pantofelek albo rąbek delikatnej sukni. Musiała to zauważyć, ponieważ uśmiechnęła się.

– To bardzo proste. My się uzupełniamy: ja pochodzę z rodziny, która, podobnie jak pańska, od pokoleń walczy z tym czymś, a on jest uczonym, inżynierem. Potrzebujemy siebie, jeśli mamy prowadzić wojnę z tym, co może nas zniszczyć.

W gładkie dźwięki smyczków wdarła się kakofonia zgrzytów i stukotów, ale najwyraźniej nikt poza Adamem jej nie słyszał, a jego nogi na szczęście poruszały się nadal same w rytm muzyki.

– Monsieur le baron… – Głos Eugenii wyrwał go z tego przerażającego świata dźwięków, w którym już miał się pojawić Czarny wraz z upiorną lokomotywą. – Taniec się kończy, a ja jeszcze muszę panu coś opowiedzieć.

Wyszli do ogrodu, gdzie pokierowała go ku altance tuż koło tarasu. Usiadła na ławce, a on stał obok, jak nakazywała uprzejmość i przyzwoitość. Choć teraz był już pewny, że tak jak ona zgodziła się tolerować miłostki męża, tak i książę nie miałby nic przeciwko jej romansom. Gdyby tylko ona miała na nie ochotę, pomyślał z nutą żalu.

– Ja też widzę różne rzeczy – powiedziała bez wstępów. – Tylko że w mojej wizji wszystko płonie. Widziałam wielkie pole bitwy i mojego męża stojącego naprzeciwko potwora ze stali, ale z głową człowieka. Louis… był przy nim taki maleńki. – Bezwiednie skierowała wzrok ku tarasowi, na którym książę rozmawiał z grupką mężczyzn, po czym spojrzała Adamowi prosto w oczy. – A potem widziałam, że to już nie mój mąż, ale nasz Prince Impérial, książę Victor, a potem… Eugène, mój syn, jeszcze nie dorosły… Widziałam, jak wszyscy toną we krwi, w czarnej krwi, która zalewa Francję, pochłania Paryż. Widziałam, jak gasną światła w Tuileries, jak zapada czarna noc.

Patrzyła na niego w napięciu.

– Niech pan zabije Czarnego – powiedziała w końcu. – Błagam, niech pan go znajdzie i zabije.

Chciał coś odpowiedzieć, ale świat nagle zawirował mu przed oczami. Stał w tym samym ogrodzie, wsłuchany w dobiegającą z pałacyku muzykę, kiedy zza szpaleru drzew otaczających ogród dobiegł go najpierw odgłos szybkich kroków, a potem cienki głos małego gazeciarza.

– Wiadomość z ostatniej chwili! – wykrzykiwał chłopak. – Telegram z Berlina! Zamach na pruskiego premiera!

W sali balowej nastąpiło poruszenie, widać i tam dotarło przenikliwe wołanie. Ucichła muzyka, ktoś coś wołał, ale Adam słyszał jedynie stukot kół na torach. Lokomotywa wyłoniła się zza zakrętu… W tej samej chwili poczuł na swojej dłoni dotyk atłasowej rękawiczki, owionął go znów zapach fiołków i jaśminu.

Wizja znikła. Z jasno oświetlonego salonu dobiegały dźwięki walca, śmiech i gwar rozmów. Spomiędzy otaczających pałacyk drzew słychać było jedynie odgłosy ptaków i daleki turkot kół dorożki. Podniósł wzrok i napotkał wpatrzone w niego w napięciu fiołkowe oczy Eugenii. Potaknął, a ona odetchnęła z ulgą.

 

***

 

Kładł się spać przekonany, że ktoś wykona jego zadanie, że zamach na pruskiego premiera, kiedykolwiek nastąpi, załatwi sprawę. Ale obudził go obłąkańczy śmiech.

Tym razem wizja była niemal namacalna. Stał w paryskim salonie za plecami Czarnego, unoszącego się triumfalnie nad leżącym na podłodze ciałem mężczyzny. Przystojnego mężczyzny o twarzy wykrzywionej grymasem. Obok, z dymiącym jeszcze pistoletem w ręce, stał człowiek, którego niedawno poznał na dworze, cesarski kuzyn przybyły dopiero co do Paryża. Adam chciał do niego podejść, odebrać mu broń, ale w tym momencie Czarny rozwinął skrzydła, jeszcze ciemniejsze na tle wszechogarniającego mroku, wdzierającego się teraz również z ulicy. Rosnące w siłę krzyki za oknem szybko przemieniły się w zgiełk bitwy. Adama otoczył huk wybuchów i jęki rannych. Brodził w mroku, aż nagle oślepił go rozbłysk reflektorów. Pociąg z człowiekiem-maszyną i unoszącym się nad nim triumfalnie Czarnym pędził naprzeciwko stojącej samotnie na polu bitwy postaci na koniu. Żywym koniu. To był ostatni z obrońców, którego poprzedników ukazała mu kilka godzin wcześniej Eugenia. Cesarz. Wiatr rozwiewał jego jasne włosy, a szczupła, wysoka postać na białym wierzchowcu wydawała się maleńka w porównaniu z ogromem pędzącej ku niemu machiny. Adam zrobił krok do przodu, by osłonić go własnym ciałem – i zanim lokomotywa uderzyła w niego, zobaczył zdumiony wzrok Czarnego.

W paryskim salonie książę Pierre czytał gazetę. Na schodach rozległy się kroki. Ale Adam już wiedział. Jeśli ma powstrzymać Czarnego, jeśli ma zatrzymać tę maszynę, która zetrze na proch cesarstwo, to książę nie może wystrzelić.

 

***

 

 Następnego dnia w południe zjawił się na grand déjeneur u hrabiny Elizy. Przy śniadaniu dyskutowano niemrawo o polityce, o perspektywach zakończenia wojny na wschodzie Europy i planach zorganizowania w Paryżu kongresu pokojowego, a także szansach na wywołanie przez cesarskich kuzynów rewolty przeciwko niepopularnemu następcy tronu Wirtembergii, który na dodatek, jak szeptano, nigdy nie będzie miał potomka.

Kiedy posiłek się skończył, hrabina skinęła na Adama i poprowadziła go do biblioteki, gdzie na stoliku leżały najnowsze gazety. Adam przez chwilę wpatrywał się w nie w napięciu, jakby obawiał się, że zobaczy wiadomość o zamachu w Berlinie. I nagłówek, który zdążył mu mignąć we wczorajszej wizji: pruski premier przeżył, choć będzie musiał poddać się operacji, w której nienadające się do uratowania po wybuchu bomby kończyny zostaną zastąpione przez mechaniczne protezy.

– Chciałeś o czymś pilnie porozmawiać – odezwała się z lekkim przekąsem hrabina, kiedy milczenie przedłużało się. – A ja nie mam całego dnia, jeszcze dziś wyjeżdżam do Bretanii.

Pokręcił głową.

– Przepraszam, madame. – Uniosła brew ze zdumieniem, więc dodał: – Te gazety… Miałem koszmarny sen. Ale… – Zawahał się. – Myliłem się. To nie on musi zginąć. Czarny działa przez kogoś innego. – Uświadomił sobie, że miesza to, co zobaczył w wizji, z realnym światem. Pan von Bismarck jest tylko pomniejszym członkiem pruskiego poselstwa, upomniał sam siebie, to wszystko obłąkane wizje zsyłane mu przez Czarnego.

Niemniej opowiedział Elizie o wszystkim. O tamtej nocy w Attigny, o wszystkich swoich wizjach, o ich związku z wypadkiem Feliksa, o tym, co widziała Eugenia, o paryskim salonie i tym, co się w nim może wydarzyć… Hrabina nie wyglądała na szczególnie zaskoczoną.

– Jak rozumiem – odezwała się po chwili milczenia – uważasz, że musisz kogoś zabić, żeby ocalić mojego niesfornego kuzyna przed oskarżeniem o zabójstwo. To bardzo szlachetne, choć nie jestem pewna, czy Pierre na to zasłużył…

Pokręcił głową. Jeśli książę wystrzeli, to Czarny podburzy lud przeciwko jego rodzinie. A wtedy nadjedzie lokomotywa i zmiażdży wszystko, co kochali.

– Muszę kogoś zabić, żeby ocalić Francję. Cesarza. Nasz świat. Tylko nie wiem, kim jest ten człowiek, narzędzie Czarnego. Jestem pewny, że urodził się w Attigny tej samej nocy, kiedy zmarł Martin Troutte. Ale tam nikt się wtedy nie urodził. – Czuł, że przytłacza go uczucie bezradności.

Eliza wpatrywała się w okno, jakby sama dostrzegła za szybą cień Czarnego.

– Mówisz, że podróżowałeś przez Ardeny w roku trzydziestym ósmym?

Adam potaknął.

– Wiesz, że Pierre wtedy mieszkał w tamtej okolicy, pokłócony z rodziną? Zawsze były z nim same kłopoty. – Zaśmiała się szorstko. – Taki zbieg okoliczności.

Następnie wstała i powolnym krokiem podeszła do półki. Zdjęła z niej ciężki atlas i zaczęła go kartkować, aż najwyraźniej znalazła odpowiednią stronę. Położyła księgę przed Adamem i wskazała na coś palcem. Pochylił się i przeczytał nazwę miejscowości. Attigny. W Wogezach.

– Przejeżdżałam tamtędy kiedyś, wracając ze Szwajcarii – wyjaśniła. – Mam dobrą pamięć do nazw.

 

***

 

– Owszem – powiedział zdziwiony nieco urzędnik merostwa, wertując księgę urodzin. – Tego dnia przyszedł tu na świat syn naszego świętej już pamięci szewca…

Miasteczko było tak maleńkie, że istnienie w nim państwowego urzędu zaskoczyło Adama. I dziwacznie przygnębiające: z żywej zieleni oświetlonych słońcem wzgórz Adam wjechał nagle w cienistą, wilgotną kotlinę, do której zdawało się nie docierać światło z otaczającego ją świata. Zjeżdżając zabłoconą mimo ładnej pogody drogą, miał wrażenie, że gdzieś na granicy wzroku majaczą szeregi żołnierzy upadające pod naporem oddziałów w pikielhaubach, w oddali widział pola Alzacji zalane krwią… Jak w wizji Eugenii.

– Yves mu było na imię. Matka, biedaczka, zmarła zaraz po porodzie. Sierotą była, podrzutkiem, znalezionym pod kościołem, a że miała włosy ciemne jak noc, to ówczesny mer dał jej na nazwisko Noir. Choć ja myślę, że to któraś z panien dziedziczek z okolicy pewnie nieślubne dziecko miała… Szewc się w niej potem zadurzył, ale długo nie pożyła, nieszczęsna. – Urzędnik podrapał się po głowie. – Będzie już ponad rok, jak ten ich syn wyjechał do Paryża, szukać szczęścia. Imię zmienił, bo przez rodziców nadane wydawało mu się zbyt zwyczajne, a on chciał być kimś, zwycięzcą. Zawsze był trochę dziwny, dziki taki, agresywny, ojca nie szanował, panny bały się go nieco, choć chłopak ładny, nie powiem, więc i oglądały się za nim. Wiele matek odetchnęło pewnie z ulgą, kiedy wyjechał…

Mówił chyba coś jeszcze, ale Adam wypadł już z jego biura i wskoczył do powozu, każąc wieźć się na stację kolei w Épinal. Przed oczami miał przeglądaną parę dni temu u hrabiny gazetę. I nazwisko pod jedną z pomniejszych notatek.

 

***

 

Tej nocy Czarny przyglądał mu się przez szybę. Po raz pierwszy stali tylko w milczeniu, wpatrzeni w siebie. Adam zrozumiał, że Czarnego nie zdoła zabić, bo on nie jest jednym z narzędzi, ale tym, z czym oni zawierają pakt. Wiedział też jednak, że wróg będzie musiał teraz znów szukać, a książę nie wystrzeli i śmierć dziennikarza nie znajdzie się na pierwszych stronach gazet, by wywołać zamieszki. Cesarz nigdy się nie dowie, że maszyna czekała tylko, by go zgnieść, kiedy Czerń wypłynie na ulice Paryża, unosząc ze sobą tłumy, które też zdepcze, kiedy już przestaną być jej potrzebne.

Zamknął oczy i wszedł pewnym krokiem do salonu księcia, zanim pojawili się tam dwaj mężczyźni, których minął przed chwilą na ulicy, wziął do ręki leżący na kominku pistolet i czekał. Skrzydła Czarnego bezsilnie uderzały o szybę.

 

***

 

Inspektor Vidocq bez trudu ustalił w ciągu zaledwie kilku dni, że Victor Noir w zasadzie jest strażnikiem nocnym, którego ambicją jest zostać dziennikarzem i czasem dostaje nieduże prace redakcyjne, a także pozwala podpisywać swoim nazwiskiem teksty radykalnych republikanów. Stary policjant zaoferował nawet wyręczenie Adama, ale on wiedział, że to nie jest zwykła rozprawa z potencjalnym zagrożeniem porządku. To była jego osobista sprawa z Czarnym.

Był wybornym strzelcem, więc trafił prosto w serce. A potem patrzył, jak ciało człowieka, którego Czarny wybrał sobie na narzędzie, kurczy się i zsycha, jakby leżało w tej nędznej norze od wielu lat. Jak Mademoiselle Martine, o której losie nigdy nie opowiedział Feliksowi i pewnie nigdy nie opowie. Pozostanie tajemnicą, jak los tego chłopaka z Wogezów, który miał pecha urodzić się w godzinie śmierci innego nieszczęśnika, innej ofiary Czarnego. Choć Adam był przekonany, że akurat Martinowi Troutte udało się na krótki czas poskromić wroga.

 

***

 

Obudził go szczebiot ptaka. Adam zamrugał powiekami, nie bardzo wiedząc, gdzie się znajduje, do tego stopnia nie przywykł do braku koszmarów sennych. Na stoliku obok jego łóżka siedział mechaniczny kanarek, ulubiona ostatnio maskotka zamożnych pań, i wyśpiewywał radosne tryle. Adam uniósł się i zobaczył obok ptaszka niewielką kopertę. Otworzył ją i wyjął bilecik zapisany eleganckim pismem.

Nic nigdy nie będzie śpiewało równie pięknie jak prawdziwe ptaki, ale jego pieśń ma w sobie niezwykłe piękno, piękno ludzkiego umysłu – przeczytał.

Wśród porannej poczty znalazł inny bilecik, w jasnozielonej kopercie pachnącej fiołkami, z jednym krótkim zdaniem: Dziękuję za dobry sen.

Zbiegiem okoliczności oba liściki były podpisane monogramem E.

Koniec

Komentarze

nie tylko niezliczone lampy naftowe

nie brzmi dobrze

 

jak choćby tego stojącego pod galeryjką mechanicznego lokaja

potrzebne to słowo? i też jakby przecinków brakuje

 

którego główną rolą wydawało się zwiększanie efektu świateł

brakuje być

 

Nic nigdy nie będzie się poruszało z gracją taką, jak prawdziwe araby

dziwnie to brzmi, odwróciłbym szyk.

 

Wiedział, że hrabina uważa jego niechęć do mechanizmów za zabawne dziwactwo, ale pozwalał jej na to, nie tłumacząc się.

Zdanie skomplikowane. Zamiast czytać dalej, to zastanawiam się pięć minut z czego Adam miał się jej tłumaczyć? ze swojej niechęci? że nie jest dziwakiem? …niby logika jest, ale płynność lektury brutalnie została przerwana. Nie za dobrze to dla opowiadania. Chyba, że celujesz w bardziej ogarniętych czytelników ;)

…kolejne zdanie nieco sprawę wyjaśnia, ale szkoda już zaistniała.

 

Czarny czaił się na obrzeżach jego świadomości od pewnej nocy prawie dwadzieścia lat temu, kiedy podróżował z ojcem przez Ardeny.

Kto podróżował Czarny, czy Adam? Niejasne. Znowu muszę się zastanawiać zamiast czytać dalej.

 

W domu sąsiadującym z gospodą rodziła kobieta i jej nieludzkie wrzaski nie pozwoliły mu spać przez całą noc.

zamiast “i”, dałbym “, a”… bo trochę do brzmi jakby kobiety wrzaski też rodziły. “w domu sąsiadującym z gospodą” … nie prościej “w sąsiednim domu”? Czy fragment “sąsiadującym z gospodą” nie jest zdaniem wtrąconym? Przecinki?

 

…resztę przeczytam jutro. Do tego tekstu trzeba mieć świeży umysł, bo zmęczony gubi się w meandrach złożonych zdań.

 

Dzięki, już poprawiam :) Pomysł i oryginalna wersja tego opowiadania jest sprzed kilku lat, wtedy pisałam upiornymi cycerońskimi okresami i najwyraźniej nie udało mi się ich wszystkich tu wykosić, mimo że się starałam, a większość poprawek miała na celu uproszczenie tekstu…

 

Nie zgadzam się tylko z gospodą: jej pominięcie oznaczałoby, że Adam tam mieszkał w jakimś innym domu (mogę przemyśleć inną konstrukcję, ofkors), a co do wtrącenia – nie, to jest epitet i bez przecinków :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie zgadzam się tylko z gospodą

Gospoda to nie problem, chodziło mi o uproszczenie zdania.

 

co do wtrącenia – nie, to jest epitet i bez przecinków :)

A widzisz. Ja takich niuansów jeszcze nie wyczuwam i siekam tego typu zdania przecinkami.

 

Wracam do tekstu:

Jeśli jesteś pewny, zrób to, ale niech on o niczym nie wie. Tak, wiem, że ci się to nie podoba, nie lubisz nic przed nim ukrywać…

Siedem “ni” w dwóch zdaniach ;) + powtórzenie “wie”

 

Dużo wielokropków stosujesz… domyślam się inspiracji, ale… to nie poezja.

 

Może jednak nie powinienem tak mówić, zdał sobie sprawę

Niejasne czyja to jest myśl, Adama czy Feliksa. Niby narracja skupiona jest na Adamie, ale w kilku miejscach się pogubiłem.

 

W opowieściach rodzinnych stykał się głównie z nieokreśloną substancją, czymś, co żyło własnym dziwacznym życiem, ale pasożytowało na ludziach, którym wydawało się, że to coś daje im moc

Kolejny tasiemiec, który odbiera mi przyjemność lektury, bo muszę wracać do początku i czytać kolejny raz by ogarnąć pełne znaczenie.

Sugestia: napisz kilka drabbli. Serio. Ćwiczenie – maximum treści w minimum objętości. – Będziesz od tego lepsza.

 

Była mroźna zimowa noc

Przecinek między przymiotnikami? 

 

Wszyscy wiedzieli, że choroba nazywała się Mademoiselle Martine, występowała w pomniejszych teatrzykach i pomimo miernego talentu aktorskiego samą urodą zdołała zawrócić w głowie sporej grupie młodych paryżan.

 

Nazywała – czy tu jest konieczny czas przeszły?

sprawdz też czy gdzieś tu nie brakuje przecinków –> pomimo miernego talentu aktorskiego

 

Tak wyraźnie, jak nigdy dotychczas

Niezobowiązująca sugestia → “dotąd” brzmiałoby lepiej.

 

Zamknął oczy, usiłując odegnać tę marę i wtedy zobaczył. Feliksa leżącego w śniegu, w miejscu, które było znajome… bardzo znajome.

Przecinek przed “i”?

IMHO kropka zbędna “zobaczył Feliksa leżącego w śniegu”

 

Wyskoczył z wanny i prawie się nie wycierając, założył szybko rzucone wcześniej na fotel ubranie, porwał płaszcz i laskę, zapominając o kapeluszu, i wybiegł na mróz.

3x “i” + 2x imiesłów w jednym zdnianiu. Dla ludzi o prostym rozumku to za dużo jest.

 

Adam sięgnął do kieszeni – on sam zostawił broń w domu.

Wersja light: “broń została w domu”

 

Jego rozpaczliwe krzyki przywołały straże, a nad ranem, gdy tylko przebudził się z drzemki przy kominku w jednym z [w] pałacowy[m]ch anteszambr[ze]ów, podszedł do niego osobisty sekretarz Feliksa.

W jednym zdaniu masz cztery zdarzenia, każde o innej porze: (1) krzyki, (2) drzemka, (3) przebudzenie, (4) podejście sekretarza.

Do tego, żeby nie było zbyt łatwo, jest jeszcze “kominek” (potrzebny tutaj?) i “jeden z pałacowych anteszambrów”.

Moja propozycja uproszczenia powyżej.

 

aktoreczki

Zdrobnienie nadaje tu cech pejoratywnych. Narrator winien się powstrzymać od osądów Bogu ducha winnej niewiasty, jakkolwiek mierne by jej aktorstwo nie było.

 

a zwłaszcza ta o zakochaniu połowy paryskich złotych młodzieńców w ofierze tamtych, nie ujrzała światła dziennego.

Zamiast czytać, znowu pięć minut myślę: Kim są “tamci”? Młodzieńcy? Kto był czyją ofiarą? Aaaa… pewnie chodzi o “tamtych Czarnych” … ciągłość lektury znów trafił szlag :(

 

…przerwa… reszta wkrótce.

Tak wyraźnie, jak nigdy dotychczas Niezobowiązująca sugestia → “dotąd” brzmiałoby lepiej.

To moja niepotrzebna idiosynkrazja: dotąd – przestrzennie, dotychczas – czasowo. Ale słownik mówi, że przesadzam, więc powalczę z tym ;)

 

Była mroźna zimowa noc Przecinek między przymiotnikami? 

Nie, bo mroźna określa “zimową noc”, a nie wymieniam kolejne cechy nocy. Zastanawiam się natomiast, czy oba przymiotniki są potrzebne. Szkoda, że Cię nie było na becie z tym wszystkim ;)

 

Nazywała – czy tu jest konieczny czas przeszły?

na moje oko tak, bo ona nie żyje, a na dodatek to retrospekcja, więc nie opowiadamy o teraźniejszości w czasie przeszłym

sprawdz też czy gdzieś tu nie brakuje przecinków –> pomimo miernego talentu aktorskiego

 nie, nie ma co rozdzielić przecinkami :)

 

W jednym zdaniu masz cztery zdarzenia

Zdecydowanie za dużo Cycerona w szkole ;)

 

IMHO kropka zbędna “zobaczył Feliksa leżącego w śniegu”

Jak dla mnie takie stylistyczne zabiegi są ważne. Bez kropki masz zwykłe przezroczyste zdanie. Z kropką masz śledzenie myśli bohatera, który zanim dopuści do siebie, co widzi, zatrzymuje się, nie chcąc się z tym pogodzić.

 

Narrator winien się powstrzymać od osądów Bogu ducha winnej niewiasty, jakkolwiek mierne by jej aktorstwo nie było.

Tu też się nie zgadzam. Świadomie w zasadzie zawsze (za wyjątkiem Na południu bez zmian, z tekstów na forum) piszę narrację trzecioosobową, ale bardzo mocno spersonalizowaną (takie przepisanie pierwszoosobowej na trzecią osobę), w związku z czym narrator może wszystko, co może bohater, z którego punktu widzenia pisana jest narracja. Nie może natomiast być przezroczysty i obiektywny :) W założeniu Adam współczuje kobiecie, którą wykorzystali i zeżarli jacyś wielcy przedwieczni, ale jednak poza tym widzi w niej ładne beztalencie, jakich mnóstwo było w wodewilowych teatrzykach. Zresztą, masz film z Marylin Monroe: “Książę i aktoreczka”, w oryginale showgirl ;)

 

Re: ostatnia uwaga – ewidentnie mi się ostatnie poprawki nie zapisały, bo “tamtych” skrupulatnie wyrzucałam z tekstu (zastanawiam się, czy w ogóle cokolwiek z nich się zapisało), lecę sprawdzać i poprawiać :/

 

PS. Na drabbla musiałabym mieć mega pomysł, a nie mam… A bez tego ćwiczenie stylistyczne nic nie da.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Znów pokazałaś kawałek dawnego wielkiego świata, tym razem wzbogacając go o automatony, na tle których nieźle wypadły wizje i omamy z Czarnym w roli głównej.

Obecność nazwisk postaci historycznych i autentycznych miejsc sprawiła, że opowiadanie wcale nie zdało mi się całkiem wymyślone i czytałam je z prawdziwą przyjemnością. ;)

 

Adam nie był prze­ciw­ni­kiem po­stę­pu, wręcz prze­ciw­nie. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Tylko że szum ma­szyn i kle­kot au­to­ma­to­nów na­peł­niał go pier­wot­nym lę­kiem, przy­po­mi­na­jąc mu o Czar­nym. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

A ja nie mam ca­łe­go dnia czasu… –> Masło maślane. Dzień to czas.

Wystarczy: A ja nie mam ca­łe­go dnia…

 

Zjeż­dża­jąc za­bło­co­ną mimo ład­nej po­go­dy drogą w dół… –> Czy mógł zjeżdżać w górę?

 

to jej ów­cze­sny mer dał na na­zwi­sko Noir. –> Raczej: …to ów­cze­sny mer dał jej na na­zwi­sko Noir.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, już poprawiam, bo wszystkie uwagi celne :) I szczególnie mnie cieszy, że się spodobało!

 

PS. Czy “Adam nie był przeciwnikiem postępu, bynajmniej.” jest ok, bo wiem, że z tym bynajmniej są jakieś dziwne sprawy…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, jestem przekonana, że zadowolonych czytelników będzie więcej, no bo jak może się nie spodobać opowiadanie traktujące o zajmujących sprawach, w dodatku porządnie napisane. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hrabina wpatrywała się w Adama zapraszająco. Nie miał wyjścia – podszedł do gospodyni, ukłonił się z szacunkiem i pocałował ją w dłoń.

“Gospodyni” tu nie bardzo pasuje, kojarzy się bardziej z babcią w wiejskiej chacie, niż z arystokratką.

 

powiedziała niskim głosem, którego brzmienie w połączeniu z atletyczną sylwetką i obcesowym sposobem bycia zawsze wprawiało Adama w zakłopotanie

Znowu przecinków mi brakuje. “brzmienie wprawiało Adama w zakłopotanie” – reszta jest wtrącona.

Chętnie zaczekam na opinię innych osób, bo albo to jest źle, albo mam problem z interpunkcją.

 

a poszycie można było ozdabiać w zależności od potrzeb i możliwości finansowych posiadaczy tych urządzeń

Wersja light: “ich posiadaczy”

 

– Madame – powiedział – jeśli pani pozwoli, potrzebuję zamienić parę słów na osobności.

Potrzebuję? a nie lepiej “chciałbym”, “zamieniłbym” lub “muszę”, “nalegam”

 

nie podzielił się nigdy częścią wizji, w której Czarny unosił się nad upiorną lokomotywą…

Zbędny zaimek?

“tą częścią” – czy to znaczy, że pozostałą częścią wizji się podzielił?

 

Obudził go huk toczącego się po torach pociągu kolei żelaznej. Pociąg jechał wprost na niego, a za kominem lokomotywy w obłokach pary stał zakuty w żelazną zbroję człowiek-maszyna w pruskiej pikielhaubie. Pociąg minął Adama z grzmotem, tocząc się dalej, a nad nim unosił się upiorny śmiech Czarnego.

Za dużo pociągów.

 

Niższej rangi dyplomata był oczywiście zwyczajnym człowiekiem, ale Adam miał całkowitą pewność, że to jego twarz widział w swojej wizji

Proponowana wersja lżejsza.

 

Chciał odszukać tamto dziecko – teraz już zapewne młodzieńca lub dorastającą pannę – ale wedle miejskich rejestrów nikt się owej nocy nie urodził

Czepialstwo: Do XIX w. bardziej pasowałoby słowo “narodził”.

 

Nikogo tamtej nocy, a Adam pamiętał dokładnie datę.

Odwróciłbym szyk: “pamiętał datę dokładnie”, bo istotne jest nie to, że pamiętał datę, ale że pamiętął ją precyzyjnie.

 

W 1805 wcielony do armii, dosłużył się stopnia kapitana, ale z powodu ran odniesionych pod Wagram powrócił w 1810 do rodzinnego miasta, po to tylko, by następne pięć lat później na ochotnika dołączyć do weteranów [+,] walczących w ostatniej belgijskiej kampanii starego cesarza

Proponowana wersja lżejsza.

“belgijskiej” niepotrzebne. Daty i Wagram wystarczają by wiedzieć o którego cesarza chodzi i gdzie ostatnia kampania była.

 

Zwłaszcza tej, że to on w swojej  [jak w] ostatniej bitwie ustrzelił konia pruskiego feldmarszałka

odchudzanie

Kiedy dopytywano, co to by musiał być [był] za siłacz,

Oryginał nienaturalny, choć zapewne poprawny.

 

Adam potaknął

A nie “przytaknął”?

 

– Wątpię. Po roku piętnastym nie ruszał się z miasta dalej niż do sąsiednich wiosek, gdzie snuł po gospodach te swoje wywrotowe opowieści.

Zbędne “te” lub “wywrotowe” lub “swoje”.

 

Siedząc godzinę później w powozie wiozącym go z powrotem [jadącym] do Paryża, 

odchudzanie

 

biżuteria z ametystów rzeźbionych w kwiaty fiołków

Widziałaś gdzieś taką biżuterię? Amestysty mają postać krystaliczną i generalnie trudno się w nich rzeźbi. Zwykle szlifuje się je w fasetki. W kwaty fiołków możnaby rzeźbić w minerałach/skałach skrytokrystalicznych: nefryt, chryzopraz, alabaster, marmur… jak mają być fioletowe to chyba dałbym “fluoryt” lub “różowy agat”, choć nie wiem czy są wystarczająco godne dla arystokratki.

 

co u Adama, a zapewne i wielu innych mężczyzn, powodowało nieustająco zawroty głowy

Reakcja raczej kobieca niż męska. Panowie zwykle inaczej reagują na atrakcyjne kobiety. 

 

…reszta wieczorem. 

 

PS.

Na drabbla musiałabym mieć mega pomysł, a nie mam… A bez tego ćwiczenie stylistyczne nic nie da.

Nie chodzi mi o genialne dzieło z potrójnym twistem. Chodzi o praktykowanie wyrzucania niepotrzebnych słów. Wystarczy, że kilka scen z powyższego opowiadania postarasz się zapisać za pomocą 100 słów, i sama się przekonasz, że to dużo da.

 

W mojej opinii ten Cyceron Cię skrzywdził okrutnie. Co ciekawe, w komentarzach piszesz bardzo zwięźle i konkretnie… więc potrafisz.

Drakaino, jestem przekonana, że zadowolonych czytelników będzie więcej, no bo jak może się nie spodobać opowiadanie traktujące o zajmujących sprawach, w dodatku porządnie napisane. ;D

Nie widziałem tego komentarza ;)

“belgijskiej” niepotrzebne. Daty i Wagram wystarczają by wiedzieć o którego cesarza chodzi i gdzie ostatnia kampania była.

Poczytaj komentarze pod moimi innymi tekstami, to zrozumiesz, dlaczego miałabym wątpliwości… Zwłaszcza że następnie pada miejsce bitwy, ale nie tej, której każdy by się spodziewał (i sorry, tak musi zostać, bo tam Blucher omal nie zginął albo nie dostał się do niewoli), więc nauczona doświadczeniem wolę na zimne dmuchać ;)

 

co u Adama, a zapewne i wielu innych mężczyzn, powodowało nieustająco zawroty głowy

Reakcja raczej kobieca niż męska. Panowie zwykle inaczej reagują na atrakcyjne kobiety. 

To akurat celowo. To jest główny bohater mojego cyklu i on tak ma. Mogę wyrzucić innych mężczyzn, jeśli czyjakolwiek męska duma miałaby na tym ucierpieć :P A poza wszystkim to dzieje się w czasach, kiedy akurat we Francji (ta jest na dodatek alternatywna) obyczaje były stosunkowo luźne, ale w towarzystwie (i literaturze) jednak używało się eleganckiego języka. U takiego Stendhala na przykład możesz mieć dowolne porywy serca i bardzo konkretne reakcje na piękne kobiety, ale nikt nie będzie używał fizjologicznych określeń.

 

Widziałaś gdzieś taką biżuterię? Amestysty mają postać krystaliczną i generalnie trudno się w nich rzeźbi.

Owszem, w katalogu doktoratu miałam trochę gemm rzeźbionych w ametyście, są absolutnie cudowne. Jak są pieniądze i umiejętności, to wszystko, co jest możliwe, jest też wykonalne ;)

 

Czepialstwo: Do XIX w. bardziej pasowałoby słowo “narodził”.

Nie chcę nadmiernie archaizować…

 

Nad resztą uwag się zastanowię, nadmiar pociągów opanuję, ale radykalnego odchudzania nie zastosuję, bo mi nic z idiosynkratycznego stylu nie zostanie :P

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. Czy “Adam nie był przeciwnikiem postępu, bynajmniej.” jest ok, bo wiem, że z tym bynajmniej są jakieś dziwne sprawy…

Moim zdaniem jest OK. Jednakowoż, gdybyś nadal miała wątpliwości, podpowiadam:

Nie, Adam nie był przeciwnikiem postępu.

Adam nie był przeciwnikiem postępu, skądże.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, ładnie. Bynajmniej zrobił mi niestety Młynarski…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mam podobnie. Słysząc/ widząc słowo bynajmniej, natychmiast mam przed oczami przedział pociągu dalekobieżnego… ;)

 

Widziałaś gdzieś taką biżuterię? Amestysty mają postać krystaliczną i generalnie trudno się w nich rzeźbi.

Owszem, w katalogu doktoratu miałam trochę gemm rzeźbionych w ametyście, są absolutnie cudowne. Jak są pieniądze i umiejętności, to wszystko, co jest możliwe, jest też wykonalne ;)

Miałam po ciotce złoty pierścionek z ametystem, w którym wyryty był herb. Pierścionek, niestety, ukradziono mi, ale mam odciski tej “pieczęci”.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Owszem, w katalogu doktoratu miałam trochę gemm rzeźbionych w ametyście, są absolutnie cudowne. Jak są pieniądze i umiejętności, to wszystko, co jest możliwe, jest też wykonalne ;)

A jest szansa bym dostał kopię tego katalogu? Zainteresowałem się bardzo :)

 

Poczytaj komentarze pod moimi innymi tekstami, to zrozumiesz, dlaczego miałabym wątpliwości… Zwłaszcza że następnie pada miejsce bitwy, ale nie tej, której każdy by się spodziewał (i sorry, tak musi zostać, bo tam Blucher omal nie zginął albo nie dostał się do niewoli), więc nauczona doświadczeniem wolę na zimne dmuchać ;)

Myślę, że jak ktoś dat (1810+5) i Wagram nie skojarzy, to i słowo “belgijska” na niewiele mu się zda.

Ogólnie tak, ale nie do wszystkiego mam obrazki, niestety :( A i tak właściwie z obrazkami nie powinnam udostępniać, bo copyrighty :/ Jeśli wyjdzie z tego książka (jest gotowa, tylko nie mogę się z wydawcą dogadać, bo to jest jakieś 35 arkuszy z tym katalogiem i rzecz w tym, jak to skrócić), to sporo obrazków będzie, ametystowych może też, bo na wydanie mam copyrighty od muzeów.

 

Myślę, że jak ktoś dat (1810+5) i Wagram nie skojarzy, to i słowo “belgijska” na niewiele mu się zda.

Hmm.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czytałam to wczoraj i trochę żałuję, bo przejrzałam to teraz i wygląda na to, że się przejaśniło w tekście i jest jeszcze lepiej. Podobają mi się takie automatony, wizje z techniczną zagładą i konsekwencja kolorystyczna E ;)

 

I would prefer not to.

Zauroczony jej jasnozieloną suknią i dekoltem, na którym skrzyła się biżuteria z ametystów rzeźbionych w kwiaty fiołków,

Męczy mnie to zdanie. Żeby biżuteria skrzyła, to muszą być fasetki (płaskie powierzchnie mocno wypolerowane lub naturalne kryształy). Więc nawet jak mieli masę/skałę ametystową, która się do rzeźby nadawała, to wtedy końcowy produkt będzie bardziej z “tłustym” połyskiem, ale nie skrzący się. Możnaby zrobić kwiat z wyszlifowanych kryształów ametystu, tak by każdy płatek był osobnym kryształem, i wtedy by skrzył, ale wówczas nie pasuje tu słowo “rzeźba”. Gemmy raczej nie będą skrzyły, a dawały subtelną, jedwabistą poświatę (w zależności od stopnia wypolerowania). 

Czepiam się za bardzo. Wiem. Spróbuję się pohamować w dalszej części.

 

– Zwłaszcza jak na człowieka, który tak uparcie odmawia poparcia dla moich planów reformy Politechniki

Jest to nazwa własna?

 

 od pokoleń walczy z tym czymś, a on jest uczonym, inżynierem. Potrzebujemy siebie, jeśli mamy prowadzić wojnę z tym, co może nas zniszczyć.

 

– koniec ---

 

Podsumowanie. 

Przyłożyłem się do czytania tego tekstu, stąd też dużo tych uwag było, jednak większość to drobnostki lub wątpliwości, a nie błędy.

Właściwie głównym zarzutem z mojej strony jest zbyt złożony język, co mi osobiście przeszkadza czerpać przyjemność z lektury. Jest to moja subiektywna opinia, związana z pewnym zamiłowaniem do prostoty. Całkiem możliwe, że osobom lubiącym bardziej ambitne podejście, taki styl się spodoba.

 

Na koniec kilka pochwał, bo krytyki póki co było nieproporcjonalnie zbyt dużo z mojej strony.

– Ostatnia część tesktu (1/3), albo jest lepiej napisana, albo już się przywyczaiłem do Twojego stylu, bo czytało się przyjemnie.

– Wielki plus za klimat XIX-wiecznej Francji. Bardzo wiarygodnie stworzony i można się w nim zatopić.

– Fabuła nie zaskakuje jakoś szczególnie, ale też chyba nie taki był Twój cel. Zakończenie dość lekkie i optymistyczne. Być może gdybym znał Twoje wczęsniejsze teksty, nieco inaczej bym to opowiadanie odebrał.

Bardzo ładna wizja. Lubię steampunk i wszystkie pochodne historie. Dodatkowo umiesz stworzyć odpowiedni klimat, więc tym bardziej jestem zadowolony.

Fajna fabuła, choć mam dwie, małe uwagi. Pierwsza to określenie “Czarny”, zupełnie mi nie leży, powiem szczerze, że wręcz drażniło mnie. Brzmi dla mnie jak ksywa kibica Górnika Zabrze lub coś w ten deseń, ale to subiektywne wrażenie. Drugie, to zbyt długo wiemy tyle samo o Czarnym, to znaczy niby Adam próbuje coś robić, gdzieś chodzić, ale Czarny to ciągle Czarny gdzieś za oknem. Umknęło mi zestarzenie się dziewczyny, to znaczy nie umknęło, ale jakoś wyskoczyło tak z kapelusza. Dopiero na koniec powiązałem fakty razem.

Gdyż finał jest już dokładnie w moim guście. :) I zabarwiony perfumami liścik… Miodzio. :)

 

Żeby biżuteria skrzyła, to muszą być fasetki

Mówisz, masz… Na oko pierwsza połowa XIX w., raczej bliżej 1810 niż 1850

 

 

A fiołki są dlatego, że to były kwiaty znaczące, zwłaszcza za Restauracji sygnalizowały napoleońskie sympatie.

 

A tu intaglio rzymskie, czyli gemma podobna do tych, które miałam w doktoracie (tam był hellenizm, co stylistycznie niewiele zmienia, zwłaszcza że ta tu jest z okresu w Rzymie mocno hellenizującego)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Darconie, Czarny musi być Czarnym z powodu tytułu :) A z Górnikiem Zabrze to chyba jednak dość niszowe skojarzenie… Skądinąd brat mojej babci grał amatorsko w tej drużynie, jeszcze chyba przed wojną :D

 

A z dotychczasowych komentarzy sądząc, chyba powinnam więcej tego steampunku do opowiadań wpuścić – on jest ważnym elementem mojego świata, ale ciągle boję się wziąć porządnie byka za rogi :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mówisz, masz… Na oko pierwsza połowa XIX w., raczej bliżej 1810 niż 1850

Super. To już wiemy o czym mowa.

 

Przykład pierwszy:

 

Ametysty oszlifowane, wysokiej czystości, przezroczyste. Będą się pięknie skrzyły, bo mają szlif fasetkowy. Niestety z takich fiołka nie zrobisz… a jak zrobisz, to utracą mocny połysk.

 

Przykład drugi:

 

Gemma ametystowa. Rzeźbiona. Tutaj połysk będzie tłusto-jedwabisty, bo krawędzie są zaokrąglone. Piękne fiołki są do zrobienia. Zauważ jednak, że na fotografii skrzy się głównie srebrna oprawa. Sama gemma się praktycznie nie skrzy, za wyjątkiem kilku punkcików na policzku i czole, które są efektem odbicia bardzo mocnego flesza od aparatu, który efekt połysku wyolbrzymił. U Ciebie mamy natomiast XIX w. i światła lamp błyskowych nie ma. 

W rzeczywistości w naturalnym świetle lub sztucznym umiarkowanej intensywności, ta gemma będzie przypominać bardziej przytłumiony połysk rzeźb alabastrowych, niż ogień brylanów.

Hmmm. Na pewno tekst ładnie napisany, na pewno czuć francuski XIX wiek, mniejsza o to, czy zmodyfikowany…

Za to fabuła mnie mniej uwiodła. No, ma chłopak jakieś wizje, walczy ze złem, jak potrafi. Nie bardzo rozumiem, skąd mu się te sny biorą. Z tekstu wynika, że zsyła je Czarny, ale po co? Dla utrudnienia sobie roboty? Gdyby zsyłał jakiś biały, to co innego. Ale białemu chyba nie wypada skłaniać do zabójstwa.

Ale ogólnie na plus.

Babska logika rządzi!

@chrościsko

U mnie skrzy się biżuteria, a nie ametysty, więc można założyć, że czasownik odnosi się do oprawy, która jest zapewne srebrna… Mogę zmienić na połyskiwała, jeśli zwiększy to ilość szczęścia we wszechświecie, aczkolwiek skrzyła się ładniej brzmi :P

 

Finklo, dziękuję, także za zwrócenie mi uwagi na coś, co jeszcze postaram się wyedytować. Opowiadanie jest z uniwersum, a sama wiesz, jaki to ból – autor zna pewne zakulisowe wyjaśnienia i czasem zapomina je umieścić w tekście. Założenie jest takie, że Adam w dość szczególny sposób reaguje na “czerń” (to samo, co było w Krokach Komandora, tylko z drugiej strony i pół wieku później ;)), stąd niekiedy te wizje, które po prostu może mieć każdy, kto w ogóle jakoś na tych wielkich przedwiecznych (;)) reaguje. Ale zgoda, że tu może nie jest to do końca oczywiste, więc postaram się jutro jakoś to doprecyzować.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja mam spaczenie na tym punkcie z racji wykształcenia. Szansa, że komuś innemu będzie to przeskadzać jest niewielka. Tym bardziej, że słowo "skrzyć" też można różnie interpretować.

 spaczenie na tym punkcie z racji wykształcenia.

Geologia czy jubilerstwo? Btw jak prowadziłam zajęcia na archeo, to miałam tam m.in. kawałek o gliptyce…

 

Skądinąd stylizowane fiołki dałoby się chyba wyciąć z kamienia tak, żeby zachować ostre krawędzie a la fasetowanie.

 

Finklo, dopisałam jedno zdanie na końcu drugiego “rozdzialiku” – czy teraz jest odrobinę jaśniej? Nie chcę robić nadmiernego infodumpu, żeby nie zabić nastroju.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Już biblioteczne kliki. Cóż, wtorek, było do przewidzenia, że nie zdążę ze swoim głosem (chciałam przeczytać tekst po poprawkach), więc jest taki “niewidzialny” ode mnie :)

 

Po dodaniu informacji do tekstu, czytało się bardzo dobrze. Co do stylu, nie można cokolwiek zarzucić. Umiesz tworzyć atmosferę wybranych czasów, a długie zdania płyną po prostu. Trzymasz cały czas wysoki poziom, a i książki nie mogę się doczekać. Ale zdecydowanie powinnaś odważniej opisywać elementy steampunkowe. Są naprawdę ciekawe, ale z drugiej strony, jest coś frapującego w traktowaniu tego elementu świata przedstawionego tak subtelnie. Historią z Czarnym w tle, zaostrzyłaś mój apetyt na więcej.

Geologia czy jubilerstwo?

Geologia z solidnym kursem gemmologii na czwartym roku. Co prawda wieki temu, a do tego nie moja specjalizacja, ale to chyba zostaje we krwi na całe życie, jak Cyceron ;)

 

stylizowane fiołki dałoby się chyba wyciąć z kamienia tak, żeby zachować ostre krawędzie a la fasetowanie.

Przy obecnej technice może by się dało, choć nie widziałem niczego takiego. Ostre krawędzie nadałyby bardzo nowoczesnego/kanciastego stylu tym fiołkom. Myślę, że w XIX w. byłoby to raczej coś na wzór tej rzymskiej gemmy, którą pokazałaś (tak swoją drogą to bardzo ładna). Jesteś pewna, że to jest inteligo? Bo wygląda jakby relief był wypukły.

Co do Twojego tekstu, wspomniał bym minochodem o srebrnej oprawie fiołków, a wtedy i skrzenie będzie pasować, i rzeźba, i ametysty, a jak ładnie to wpleciesz, to i opis zyska.

One bardzo często na zdjęciach wyglądają jak relief wypukły, do tego stopnia, że w przypadku dwóch złotych pierścieni Ptolemeusza VI z Luwru dopiero jak wzięłam je do ręki, to uwierzyłam, że są wklęsłe. Kamee jednobarwne są stosunkowo rzadkie, wybierano na nie raczej kamienie warstwowe, żeby uzyskiwać efekty kolorystyczne. Tak na oko 70-80% to intaglia (zależy, czy liczyć także to wszystko, co było w metalu, paście szklanej, kości itd., czy nie).

 

A oto naprawdę wklęsłe pierścienie:

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ładne :)

Nie powiem ci zbyt wiele, czego nie napisano już wcześniej, ale zostawię komentarz na znak przeczytanego opowiadania. Tak jak większość – mocno doceniam cały klimat i odwzorowane realia. Widać, że siedzisz w temacie. Opowiadanie napisane też bardzo przystępnym językiem, więc czytało się przyjemnie.

Muszę się też zgodzić, że jak na steampunk, to mało mi tu steampunku. Rozumiem, że opowiadanie jest osadzone w większym uniwersum i dziejącym się w nim cyklu, ale jeśli brać pod uwagę jedynie ten tekst, to szczerze mówiąc pewnie można wyciąć z niego wszystkie wzmianki o stempunkowych wynalazkach bez większej straty dla samej treści. Przydałoby się tego troszkę więcej.

Początkowo też aż za bardzo tajemniczy był ten cały Czarny i chociaż dalej nie jestem pewien czym do końca jest, to jednak chyba nie czuję niedosytu. Więc chyba jest ok.

Chciałbym też trochę więcej Feliksa, chociaż spodziewam się, że w innych opowiadaniach z uniwersum może być go więcej?

I na sam koniec – jak to jest z tym prawdziwym imieniem Noira? Bo jak trochę poszukałem na jego temat (wielki plus opowiadania, jeśli lektura zachęca do szukania większej ilości informacji), to w większości źródeł jego imię podawali jako Yvan. Yves znalazłem chyba tylko w fińskiej wersji wikipedii :D

Bardzo przyjemny tekst!

No proszę, ktoś jednak poguglał ;)

No więc nie wypada mi nie odpowiedzieć: Yves dlatego, że jest to imię znacznie popularniejsze i niezwracające uwagi, a skoro historia jest alternatywna, to niech będzie alternatywnie (z datami też troszkę namieszałam) – II Cesarstwo jest tu przecież też bardzo alternatywne… A po prawdzie zawsze mam problem z robieniem złoli, zwłaszcza pomniejszych, z prawdziwych ludzi, nawet jeśli ich prywatnie uważam za sk*synów ;) No więc mogę udawać, że to ktoś inny. Za to dla własnej przyjemności zabawiłam się nazwiskami: nie pada prawdziwe, Salmon, ale za to pozytywnego odpowiednika nazwałam Troutte czyli pstrąg. Niemniej miałam nadzieję, chyba ziszczoną, że historyjka tłumaczy się bez guglania, bo jesteś pierwszy…

Mogę się też przyznać, że w historiach alternatywnych fascynuje mnie najbardziej, że drobne wydarzenia bywają równie ważne jak wielkie i nie przepadam za rozwiązaniami typu ktoś inny wygrał jedną bitwę.

 

Dziękuję za pozytywną opinię!

 

 

@chrościsko

 

– Zwłaszcza jak na człowieka, który tak uparcie odmawia poparcia dla moich planów reformy Politechniki… Jest to nazwa własna?

tak, w tym przypadku tak, we Francji do dzis Polytechnique to tylko i wyłącznie Ecole Polytechnique, ta paryska (dziś podparyska) z 1794/1804. Od niej oczywiście wziął nazwę typ szkoły, ale trochę tak jak mawia(ło?) się adidasy na dowolne sportowe buty

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tłumaczy się jak najbardziej, guglałem tylko po to, żeby sprawdzić jakie są różnice z prawdziwą wersją wydarzeń (pomijając oczywiście elementy fantastyczne :D)

Wpadam mocno spóźniony na imprezę, ale mam nadzieję, że lampki jeszcze się palą ;)

Bardzo ładnie pożeniłaś świat z tamtej epoki z elementami fantastycznymi. O ile steampunk obecny jest raczej symbolicznie, o tyle Czarny bardzo mi się spodobał. Jego nadnaturalny charakter, sposób prezentacji i pokazywany wątek zrobił wrażenie oraz trzymał w napięciu do samego końca.

Bohater fajnie oddany jako dżentelmen z epoki, mocno dokłada się do ogólnego poczucia klimatu. Przy czym prezentujesz ją znacznie umiejętniej niż choćby w “Krokach komandora”. Nie czuć tutaj zagubienia ani nigdy nie czułem się zmuszony, by sięgnąć nagle po Wikipedię, bo czegoś nie rozumiem.

Fabuła dla mnie zaprezentowana została na lepszym poziomie niż w poprzednich tekstach. Szybciej przechodzisz do wątku głównego, retrospektywy są tak rozplanowane, że nie męczą ani nie wydają się zbyteczne. Koniec także jest dla mnie satysfakcjonujący.

I tylko jeden mały element budzi mój niepokój – fakt, że tak ładnie opisany świat może być jedynie “XVIII wiekiem z automatami”. Często widziałem przeróbki historyczne, gdzie prezentowano wynalazki, które odmieniłyby oblicze wojny o wiele mocniej niż USS Monitor czy kula Minie i w efekcie dany konflikt historyczny powinien zakończyć się inaczej, bo główna przyczyna takiego a nie innego wyniku zostałaby wyeliminowana. Jednak wiem z komentarzy, że mocno pasjonujesz się “riserczem” i dokładnym sprawdzaniem tamtej epoki. Tak więc powinienem być spokojny o wynik i jego dokładność, choć lekki niepokój pozostaje. Ech, paranoik ze mnie ;)

W każdym razie – bardzo ładny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, lejesz miód na moje skołatane serce ;)

 

Co do epoki i “XVIII wieku z automatami” – mam wielką nadzieję, że nie zawiodę pomysłem na steampunk, który zresztą będzie mało rozbuchany, bo gadżety bawią mnie w stopniu miernym. Pomysł mam głównie na to, jak to działa, i to – uchylę rąbka tajemnicy – łączy się po trochu z tym, co było w Krokach. Historię alternatywną zaś opieram nie na wynikach bitew (są one bardzo przereklamowane, a jeśli już miałabym tak robić, czego nie wykluczam w przypadku wojny francusko-pruskiej, to mam paru kandydatów całkiem nieogranych literacko, a naprawdę mogących sporo zmienić) i nawet nie na wynalazkach (zbyt banalne), ale na tym, że kilka osób, które w realu zmarły młodo, ale bez trudu i wielkiego naginania mogły w odpowiednich warunkach przeżyć, przeżyło, dzięki odmiennym okolicznościom. Z tego wynikają nieco inne układy sił, inne układy polityczne itd., no i oczywiście na paru europejskich tronach siedzą inne osoby ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Betującym dziękuję za uwagi, choć w końcu ostatnie zmiany poszły w nieco innym kierunku niż sugerowano.

D: Cóż za bunt jednostki!

 

Ja się oczywiście nie skroiłam, że już tutaj byłam, więc zaczęłam czytać i już chciałam pozwać kogoś o plagiat, a tu proszę. Dodam, że po mojej niedawnej wizycie we Francji dodatkową przyjemność sprawił mi klimat. No i mój ulubiony mechaniczny kanarek jest na swoim miejscu ;)

Witaj!

 

Napisałaś to bardzo ładnym językiem. Językowo właśnie i stylistycznie miodzio.

Steampunk – czy więcej? Pewnie, że możesz dać więcej i będzie fajnie, albo i fajniej, ale to co dałaś wystarczyło.

 

Pomarudzę za to na fabułę. Bo jest liniowa. Prosta. Tzn. może i zawikłana dla głównego bohatera, ale czytelnika prowadzisz jak po sznurku z punktu A do B do C i itd. Nie znalazłem zbytnio miejsca na snucie domysłów, szukanie wskazówek.Czyli fabularnie jest OK ale mogło by być lepiej! Nic nie mam co do samej historii, tylko więcej mięsa daj czytelnikowi, żeby mu frajdę podwoić.

 

Fajne przejścia do retrospekcji, płynne, naturalne.

 

Tyle ode mnie,

Pozdrawiam znad plastikowego, ciemnogranatowego kubeczka z parującą, tanią czarną kawą (25 centów) z cukrem!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dziękuję, Mytrixie, że wpadłeś i za ogólnie pozytywną opinię.

 

Zabawne jest tylko to, że po przygodach z “Krokami Komandora”, gdzie moim skromnym zdaniem akcja jest znacznie bardziej linearna (tylko retrospekcje), tu spodziewałam się podobnych kłopotów czytelniczych – jest w końcu kilka planów czasowych w przeszłości plus wizje potencjalnej przyszłości i bohater poruszający się w nich wszystkich – a tu takie zaskoczenie ;)

 

Pozdrawiam ciemnogranatowy kubeczek, choć pewnie zakończył już żywot…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Skończył w zbiorowej mogile kubeczków :-)

 

Pozytywna opinia bo to dobre jest, ale idź na całość, bo warsztatowo na piórko jest, tylko musi się akcja i fabuła rozkręcić.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Zgadzam się, gdyby tylko Drakaina była mniej samolubna ;) i wycięła trochę francuskich smakołyków (których z natury nie jadam, nie mogę jeść jedzenia mojego jedzenia), a dodała czarnej, dramatycznej, kaszany, też widzę piórko.

A mnie się podobało mniej od “Kroków komandora”.

Bo już wiem, że umiesz budować klimat, że świetnie oddajesz realia epoki, że umiesz budować smakowite zdania. Tym razem jednak męczyłem się z opowieścią, do której w każdym kolejnym epizodzie wprowadzałaś znikąd nowe postaci (Feliks, Vuitton, Eugenia, Ludwik, Pierre), postaci których znaczenie dla dalszej akcji było niepewne i które znikały w niebycie po wygłoszeniu swoich kwestii. Zabrakło mi tutaj wyraźnej osi dramaturgicznej, całość była rozedrgana nie tylko chronologicznie, czy fabularnie ale i przez ten korowód postaci, zmieniających się wokół bohatera jak we śnie.

No i nie kupuję rozwiązania ze zbieżnością nazw miejscowości – na coś takiego mógł się nabrać Franek Dolas (Strasburg/Strasberg) dla prawdziwego Czarnego to słaby chwyt.

 

nie kupuję rozwiązania ze zbieżnością nazw miejscowości

To trochę żart autobiograficzny – mnie się na jakimś etapie mojego życia pomyliły te miejscowości, więc postanowiłam wykorzystać. A w obrębie świata opowiadania zakładam, że to nie Czarny się pomylił, ale Adam usłyszał coś z bardzo daleka, bo akurat nocował w miejscowości o zbieżnej nazwie. Może mało przekonujące, ale tak się ta idea narodziła.

 

A mnie się podobało mniej od “Kroków komandora”.

A ja właśnie toczę boje z redaktorem “KK” dla “Ja, legenda”, bo redaktor chciałby w nim prawie wszystko zmienić :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Powodzenia w bojach!

 

zakładam, że to nie Czarny się pomylił, ale Adam usłyszał coś z bardzo daleka, bo akurat nocował w miejscowości o zbieżnej nazwie.

a widzisz, ja wcale nie myślałem o pomyłce Czarnego, tylko potraktowałem tę sytuację jako dosłowny opis jego reinkarnacji i dziwiłem się, że jej możliwości są ograniczone nazwami miejscowości. Wolałbym coś bardziej steampunkowego, choćby bezpośrednie połączenie kolejowe ;)

“…był artystą, który ubierał automatony w wymyślne okrycia, dzięki którym ich mechaniczna natura przestawała rzucać się w oczy…”

 

“A ja nie mam całego dnia , jeszcze dziś wyjeżdżam do Bretanii.” – zbędna spacja

 

“…i zmiażdży ten świat, który kochali.

– Muszę kogoś zabić, żeby ocalić Francję. Cesarza. Nasz świat.”

 

Na początek powiem, że szczerze doceniam wysiłek włożony w próbę odwzorowania realiów – to nie mój konik i się nie znam, ale czytając odniosłam wrażenie, że Ty się znasz, a to chyba o to chodzi. Jest oddanych duch czasów, klimat itp. właściwie we wszystkim – w opisach, strojach, dialogach. Także pod tym względem naprawdę wyszło super.

Tekst czytałam jakiś czas temu i może coś mi się pokiełbasiło, ale w sumie odniosłam wrażenie, że wynalazki techniczne są wprowadzone tylko po to, by bohater miał się czego obawiać, a nie dlatego, że odgrywają jakąś szczególną rolę w historii. To taka uwaga na marginesie.

Czarny do mnie nie przemówił. Jakaś taka bliżej nieokreślona siła, która robi źle bo tak, ani nie ma charakteru, ani twarzy, ani w zasadzie nie wiadomo skąd i po co się wzięła… Nie przekonuje mnie taki antagonista.

Subiektywnie dodam, że nigdy nie przepadałam za wątkiem wizji. Bohaterowi coś się udaje, bo miał zesłaną przez kogo właściwie? wizję. Albo zaczyna coś robić, bo ma wizję. I gdyby nie te wizje, to pewnie błądziłby we mgle jak dziecko, bo własnymi działaniami bądź metodami konwencjonalnymi niczego by nie osiągnął, nie, musi być wizja. Ale to oczywiście takie moje marudzenie.

A, no i nie kupuję wątku ze zbieżnością nazwy miejscowości. Nie i już.

Podsumowując – jest klimat i chwała Ci za odwzorowanie realiów, ale ta konkretna osadzona w nich historia do mnie nie przemówiła.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję, Jose, za opinię. Cieszę się, że przynajmniej realia epoki wychodzą, no, realistycznie ;)

 

W szczegóły czasem całkiem nieźle trafiasz:

 

Jakaś taka bliżej nieokreślona siła

Tak, bo w uniwersum jest to daleki literacki potomek lovecraftowskich przedwiecznych, a nie chcę macek ;) Ludzie nie rozumieją, co to jest, więc jawi się w różny sposób, ale zasadniczo nieokreślony (na razie). To nie jest antagonista sensu stricto, ale raczej wyobrażenie konkretnego bohatera o tej sile.

 

wynalazki techniczne są wprowadzone tylko po to, by bohater miał się czego obawiać, a nie dlatego, że odgrywają jakąś szczególną rolę w historii.

I tak, i nie. Ponieważ rozwiązania w rodzaju “maszyny wygrywają jedną bitwę i historia zmienia swój bieg” uważam za tanie i nieperspektywiczne*, to zasadniczo ich nie kupuję. Postawiłam na powolny rozwój “nowych technologii” po części w związku z tą nieokreśloną siłą i tu bohater po prostu widzi potencjalną przyszłość, jeśli ten mariaż techniki i “czerni” miałby się ziścić.

*Lubię zabawę tworzeniem historii alternatywnej, układaniem jej cegiełek, a nie robieniem bum i po sprawie – zresztą większość autorów w ogóle nie zastanawia się nad realnymi konsekwencjami takiego bum, tylko wprowadza sobie jakiś element i zadowoleni, co najwyżej jakieś kosmetyczne zmiany.

 

Subiektywnie dodam, że nigdy nie przepadałam za wątkiem wizji.

Ja mam do nich ambiwalentne uczucia. Ale z kolei bohater ma wśród dalekich przodków Franka Blacka z Millenium (Cartera, nie Larssona, oczywiście ;)), więc one trochę muszą być, ale też nie zakładam, że zawsze mają ułatwiać, bo czasem raczej zaciemniają obraz, prowadzą na manowce itp. To jest zawsze problem z tekstami z uniwersum, że pokazują jakiś wycinek rzeczywistości, która w głowie autora ma więcej rozgałęzień i uzasadnień. A żeby było zabawniej, pozostałe napisane już teksty z tym samym bohaterem są zupełnie inne…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“To jest zawsze problem z tekstami z uniwersum, że pokazują jakiś wycinek rzeczywistości, która w głowie autora ma więcej rozgałęzień i uzasadnień. A żeby było zabawniej, pozostałe napisane już teksty z tym samym bohaterem są zupełnie inne…”

Wiem jak to jest ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

W swojej twórczości, którą się z nami tutaj dzielisz i którą dane mi było czytać, jesteś bardzo monotematyczna, Drakaino. Można to odbierać jako zaletę bądź wadę, każdy powinien sam ocenić. Znowu zabrałaś mnie do XIX-wiecznej Francji, ale muszę przyznać, że tym razem to nie była jazda bez trzymaki i czeski film. Wręcz przeciwnie, świat przedstawiony mnie nie przytłoczył i stanowił szalenie interesującą wartość dodaną. Opowiadanie w bardzo przystępny sposób przybliża tak egzotyczne dla mnie realia, za co jestem wdzięczny. Rozrywka i edukacja w jednym. :D

Scenografię zbudowałaś z wyczuciem i mądrze do tego stopnia, że pozwoliła przystawać i poprzyglądać się obrazkom, gdy fabuła nie nadążała. Tutaj niestety jest według mnie kiepściutko. Dość standardowo poprowadzona, szczędzisz twistów, do tego oklepane i górnolotne rozwiązania – niejasnej etiologii wizje, czy nieokreślone “zło”, spersonifikowane jako pan w czerni. Może gdyby szło za tym jakieś nieoczywiste rozwiązanie czy nawiązanie, broniłoby się to całkiem dobrze w zestawieniu z dekoracjami, ale z tego, co dane mi było przeczytać, odniosłem wrażenie, jakbyś chciała pokazać tę Francję i tych arystokratów, a nie historię jako taką.

Niemniej nie mogę powiedzieć, że czytałem bez przyjemności. :)

Dzięki za opinię, mimo ambiwalencji ;) Zaczynam mieć wrażenie, że fabuła padła trochę ofiarą mojej niechęci do łopatologii i podawania informacji historycznych, bo w tej opowieści chodzi w sumie o powstrzymanie wojny, która była jednym z niedocenianych punktów zwrotnych w historii Europy (a poniekąd świata, zważywszy znaczenie dla nie tyle wybuchu, ile układu sił w I wś), czyli wojny francusko-pruskiej… Czyli jak najbardziej o historię jako taką ;)

 

@monotematyczność – cóż, to wina tego, że sobie wykreowałam pewne uniwersum, rozciągnięte głównie na dwa stulecia (XVIII/XIX), bo w każdej pisaninie lubię pisać o rzeczach, na których się znam. W związku z tym hard sf właściwie dla mnie odpada (chyba że taka w wersji bardzo light, nie wykluczam), fantasy nie chcę pisać, a na futurystykę nie mam pomysłów ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zaczynam mieć wrażenie, że fabuła padła trochę ofiarą mojej niechęci do łopatologii i podawania informacji historycznych

Czy to pierwszy raz, kiedy odnosisz takie wrażenie?

Znam ten ból.

Czy to pierwszy raz, kiedy odnosisz takie wrażenie?

Nie pierwszy, ale najbardziej bolesny, bo wydawało mi się, że akurat tu idea pewnego specyficznego efektu motyla i zagrożenia potężnym konfliktem, któremu ktoś usiłuje zapobiec usuwając motyla, bo zobaczył, że motyl może go wywołać, jest oczywista bez konieczności bardziej łopatologicznego wskazywania na konkretne wydarzenie ;) I tak nazwisko Bismarcka było już dużym ustępstwem…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ech… Przeczytałem Twoje opowiadanie, dałem sobie dzień na przemyślenie wszystkiego, napisałem komentarz, a potem przeczytałem opowiadanie jeszcze raz. Nie chciało mi się bowiem wierzyć, że mógł powstać aż taki dysonans między nominacją, zwłaszcza Lożańską, a tym, jak jak ja odebrałem ten tekst (choć z drugiej strony przestaje mnie to też już powoli dziwić). Niestety jednak, choć powtórna lektura skłoniła mnie do przeredagowania części komentarza, ogólny wydźwięk pozostaje ten sam. Tyle, że teraz silniejszy nawet, bo wolny od wszelkich wątpliwości wynikających z przypuszczenia, że być może czytałem o zbyt późnej porze, bardziej zmęczony niż mi się zdawało, bez należytego skupienia i w niesprzyjających warunkach, co mogło rzutować na mojej opinii.

 

No cóż, jestem na nie. I – jakkolwiek bardzo przykro mi pisać takie rzeczy – tekst nie tyle odbił się od mojego gustu, co po prostu jest zwyczajnie nijaki, żeby nie powiedzieć: słaby.

O tym, że męczy mnie obrany przez Ciebie sposób narracji i styl pisania – beznamiętna, suche relacja nie dająca jakichkolwiek szans na zaangażowanie się w opowieść i komunikację z jej bohaterami – mówiłem Ci już przy innej okazji. Jest taka mądra literacka prawda, że lepiej czytelnikowi pewne rzeczy pokazywać, niż go o nich informować (Show, not tell – w języku Szekspira i Dickensa). Ty natomiast, głównie poprzez taki a nie inny styl, o wiele, wiele więcej stwierdzasz, niż pokazujesz. I tutaj, jeśli cokolwiek się zmieniło, to tylko na gorsze, bo do powyższych zarzutów dochodzą kolejne.

 

Adam, główny przecież bohater, pozostał dla mnie postacią tak samo nieznaną i – prawdę mówiąc – nieciekawą po zakończeniu lektury, jak na jej początku. Poza tym, że jest dziedzicem rodowej klątwy/daru/specyfiki (ale co to za ród – nie wiem) i doskonałym strzelcem, wiem o nim, jako o człowieku, o ile cokolwiek, to bardzo niewiele. Poza kilkoma podstawowymi przymiotami Adama jako postaci – widzenie Czarnego, wizje, przynależność i jakieś tam koneksje z elitami – praktycznie nie kreujesz jego zwykłego, ludzkiego oblicza; chęć przelecenia cudzej żony i powstrzymania Czarnego oraz uratowanie przyjaciela mimo stygnącej w wannie wody to jednak zdecydowanie za mało, by czytelnik mógł się do gościa jakoś tak… naprawdę ustosunkować.

O budowaniu postaci pobocznych nawet nie ma co wspominać. Muszę natomiast nadmienić, że jest ich tutaj zdecydowanie zbyt wiele i w większości są one zbędne, bo nie wnoszą do opowiadania nic ważnego czy ciekawego, a tylko pomnażają i tak już ciężki do ogarnięcia chaos narracyjny. Ma się wrażenie, że większość z nich znalazła się w tekście i dostała swoją w nim rolę – tudzież rólkę – bo faktycznie przewijali się przez karty historii, więc wspomnieć o nich wypada. Albo wręcz, że odczuwasz potrzebę pochwalenia się głęboką z nimi znajomością – w końcu XIX-wieczna Francja to Twój konik.

Weźmy dla przykładu taką Eugenię, której wątek jest w tekście dosyć mocno rozbudowany, a której rzeczywista rola sprowadza się do tego, że wyraziła swój strach i poprosiła Adama o coś, co ten i tak zamierzał przecież zrobić – czyli, de facto, nie wniosła do samej historii zupełnie nic. Bawienie się tą postacią – czy innymi, jak choćby tym projektantem ciuchów dla maszyn, czy znów zajmującym zbyt wiele miejsca, a za to pozbawionym głębszego znaczenia Feliksem i jego przygodą – przypomina mi więc taką trochę literacką kokieterię; bawienie się z czytelnikiem i pokazywanie mu już nawet nie tyle ludzi i klimatu epoki, co po prostu faktu, że Ty się na tej epoce, ludziach, klimacie i obyczajach znasz. Jakkolwiek może to być opinia krzywdząca, właśnie tak to wygląda z mojej perspektywy i nic na to nie poradzę; ot, nadmierne tworzenie bytów, które chwilami i owszem, wizualnie uatrakcyjniają tekst, ale mają niewielką wartość dodaną, szczególnie jeśli chodzi o fabułę; i bez tego kolejną słabą (a nawet najsłabszą) stronę opowiadania.

Sam nie wiem, czy opowieść bardziej nie sidła mi dlatego, że zasadniczo nie dzieje się tutaj nic, dlatego, że jest to “nic” niezwykle poplątane i niejasne (choć ku tej opcji bym się skłaniał, prawdę mówiąc), czy w końcu dlatego, że jest to “nic” oparte na pomyśle, który – w moim odczuciu – okazał się kompletnie nietrafiony. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku, a dociekanie jej mija się z celem, bo efekt i tak pozostaje niezmienny: nie podobała mi się ta historia zupełnie.

Ale może po kolei:

Opowiadanie liczy sobie jakieś trzydzieści tysięcy znaków, a jakiejkolwiek prawdziwej akcji jest jak Sapkowskiego procentów ze sprzedaży wiadomej gry. Przez cały czas praktycznie nic, tylko gadają albo lecą opisy. Za tym wszystkim kryje się jakaś intryga historyczna, której nie zdołałaś mi jednak składnie wyjaśnić, i która niewiele mnie przez to interesuje.

I tu właśnie przechodzimy do tego mieszania w opowiadaniu. O tym, że przewija się tu szereg zbędnych, coraz bardziej rozmywających klarowność opowieści poprzez tworzenie sztucznego tłoku postaci, już mówiłem. Ale to tylko wierzchołek problemu. Gubiłem się bowiem nie tylko w postaciach, ich niejasnych rolach i jeszcze mniej zrozumiałych motywacjach (wkurzało mnie, że wszyscy naokoło wierzą w Czarnego albo wręcz są świadomi jego istnienia i są skłonni na poczet tej wiary zabić człowieka), ale też – w ramach ciągu przyczynowo-skutkowego – w samej intrydze.

I tak do tej pory nie wiem, kto kogo miał pierwotnie zastrzelić i dlaczego. Było coś o Bismarcku, o jakichś pruskich posłańcach, o feldmarszałkach, księciach, premierach, dziennikarzach i sam już nie wiem, o kim jeszcze, natomiast brakło mi wyjaśnienia jakichkolwiek zależności między wszystkimi tymi postaciami, ich motywacjami i postępowaniem. Adam na początku chyba chciał odstrzelić jakiegoś Szkopskiego premiera – nie wiem, po co – a potem, pod wpływem wizji, odkrył, że to jakiś cesarski kuzyn ma zabić tego szkopa, ale do tego nie można dopuścić, bo opinia publiczna, na co z kolei wmieszał się ten cały Noir, który wziął się nie wiadomo skąd (poza tym, że się urodził w pamiętną noc) i który miał do odegrania przeznaczoną przez Czarnego rolę jakąś, ale jaką – tego również nie wiem. Chyba miał stać się ofiarą tego księcia Pierra, który jednak wcześniej chyba planował, podobnie jak Adam, zabić pruskiego premiera (też nie wiem, dlaczego), a nie Noira (więc dlaczego nagle ten Noir?), ale w końcu nie zabił nikogo, bo Szkopa sobie odpuścili (chyba), a Noira po cichu i za pozwoleniem władz zabił Adam, właśnie po to, by Pierre nie musiał… No, coś takiego.

Jest to wszystko napisane tak chaotycznie, że zastrzel mnie, ale zupełnie nie ogarniam. Do tego wychwyciłem paskudne, a jednak nic nie wnoszące uproszczenia, jak choćby to, że nazajutrz po balu Adam poszedł na to podawane w południe śniadanie, na które został zaproszony, a podczas którego (no dobra – tuż po) przy pomocy hrabiny – oczywiście cuflem tak chamskim, że aż proszącym się o skwitowanie pratchettowskim tekstem z zachowaniem pratchettowskiego tonu: “Szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć” – wpadł na trop tego dzieciaka, który rodził się dwadzieścia lat wcześniej w… i tu też się już poplątałem… chyba jakiejś innej wiosce o takiej samej nazwie jak ta, w której tamtej nocy przebywał Adam; wiosce znajdującej się nawet w pobliżu tej pierwszej (w tym samym rejonie). Nie wiem natomiast dlaczego Adam słyszał płacz dziecka znajdującego się w zupełnie innym miejscu, tyle, że noszącego taką samą nazwę. Nie wiem też, czy Adam rozmawiał z dwoma wyjątkowo kompetentnymi i obdarzonymi doskonałą pamięcią pracownikami lokalnych urzędów stanu cywilnego, czy z jednym, który najpierw zapomniał o synu szewca, a potem go sobie jednak przypomniał. Założenie, że mówimy o dwóch różnych wioskach i dwóch różnych urzędnikach wydaje się mieć więcej sensu, ale i tak jest to dla mnie niejasne, mętne, poplątane, pomieszane, niezrozumiałe, zagmatwane, zaciemnione, i tak dalej, i tak dalej (a przy tym jest to kolejne wredne uproszczenie, wręcz imperatyw narracyjny; podobnie zresztą jak przypadkowe wyciąganie przed szereg tego starego żołnierza, co ponoć zbzikował i umarł tej pamiętnej nocy).

Odnośnie pomysłu na kreację świata przedstawionego, to jest on dla mnie zwyczajnie przekombinowany, a przez to zupełnie nieapetyczny. Steampunkowa Francja sama w sobie – choć niczym oryginalnym oka nie cieszy – jeszcze spoko, ale po wymieszaniu z demonologią dała efekt, który aż mnie raził. I nie chodzi tutaj tylko o zupełnie nieprzekonującą, bo w gruncie rzeczy nieuzasadnioną w tekście (i nie dającą się wyjaśnić na chłopski rozum) symbiozę między tymi dwoma elementami – machinerią i Czarnym (cały motyw wygląda jak próba usprawiedliwienia obecności w tekście obu tych fantazmatów i nic ponadto) – ale też o oniryczne wizje Adama z pociągiem zmutowanym w człowieka – względnie odwrotnie – nad którym latał sobie Czarny. To już bardzo subiektywne spostrzeżenie, niemniej dla mnie ta scena była zwyczajnie groteskowa, o wydźwięku bardziej komicznym niż jakimkolwiek innym. Poza tym rodzi się pytanie, po co Czarny w ogóle zsyłał Adamowi wizje, skoro to dzięki nim został pokonany? A jeśli nie Czarny, to kto?

 

No i jest też wyraźna nieścisłość między pewnymi informacjami i datami.

Otóż, jak stoi w tekście, historia z ocaleniem Feliksa wydarzyła się trzy lata przed majowym balem i właściwym czasem akcji.

Pewnej mroźnej nocy(,) trzy lata temu(,) Adam wrócił z opery, gdzie miał się spotkać ze swoim przyjacielem, ale ten wymówił się chorobą.

Tymczasem, kiedy na scenę wkracza pociąg-widmo, czytamy:

Zdarzyło mu się to po raz pierwszy kilka tygodni po znalezieniu w ogrodach Tuileries walczącego o życie Feliksa. Obudził go huk pociągu kolei żelaznej. Lokomotywa pędziła wprost na niego, a za jej kominem w obłokach pary stał zakuty w żelazną zbroję człowiek-maszyna w pruskiej pikielhaubie. Pociąg minął Adama z grzmotem, tocząc się dalej, a nad nim unosił się upiorny śmiech Czarnego.

Widywał to jeszcze wiele, zbyt wiele razy. A potem, cztery lata temu, zobaczył tego samego człowieka na gazetowej rycinie, ilustrującej artykuł o przyjęciu przez cesarza poselstwa z Prus.

 

Wychodzi więc na to, że Adam ocalił Feliksa trzy lata temu, ale mimo, że pociąg widmo objawił mu się po raz pierwszy już po tym wydarzeniu, a później jeszcze wiele, wiele razy, już cztery lata temu – czyli na rok przed tym, jak po raz pierwszy zobaczył we śnie pociąg – Adam rozpoznał w gazecie twarz człowieka, którego wcześniej już od dawna widywał w swoich o tym pociągu snach; snach, które jeszcze nie zaczęły się pojawiać.

Wniosek z tego płynie taki, że nie tylko ja się w tym tekście zaplątałem.

 

Kolejna sprawa, to to zdanie:

Zauroczony jej jasnozieloną suknią i dekoltem, na którym skrzył się naszyjnik z ametystów rzeźbionych w kwiaty fiołków, nie zauważył, kiedy podpłynęła prosto do niego.

Wybacz dosadność, ale strasznie to tanie i naiwne, a przy tym niedorzeczne. Jak z jakiegoś Harlequuina (jakkolwiek się to pisze) albo podrzędnej fantasy dla nastolatek. A przy tym mogę Cię zapewnić, że jest to też totalne przekłamanie, jako że żaden zaabsorbowany kobiecym pięknem facet nie zdołałby nie zauważyć, że piękno to w całym swoim majestacie się do niego zbliża.

 

Podsumowując, “Noir” zawodzi na całej linii. Tekst napisany jest totalnie bezładnie i w sposób dla mnie bardzo męczący, wręcz nudny, bo nie dość, że relacyjny, to jeszcze niemiłosiernie przegadany – choć warsztatowo niemal doskonały – i pozbawiony jakiejkolwiek akcji i dynamiki; bez żadnej wyraziście wykreowanej postaci, a za to z postaciami, które zostały wykreowane bez żadnego wyraźnego powodu, i które nie mają żadnego znaczenia – jeśli nie dla tekstu, to dla historii z pewnością.

Dobra, wiem, że o dobrej kreacji świata świadczą takie właśnie drobiazgi; elementy, które pozwalają czytelnikowi się odnaleźć, poczuć swojsko i sprawiają, że uniwersum, mimo iż wyraźnie obce, daje się jednak oswoić i polubić. Tyle tylko, że tutaj – mam wrażenie – to właśnie Twoje uniwersum, a nie dziejąca się w nim historia, wysuwa się na pierwszy plan, resztę byle jak upychając po kątach. Co równie istotne – i zgubne (a o czym już Ci kiedyś pisałem) – jesteś na tyle leniwa jako Autorka, że beztrosko zrzucasz pewne obowiązki na czytelnika. Tyle, że czytelnik zazwyczaj nie ma kompetencji i możliwości, by tym obowiązkom sprostać, co finalnie kończy się totalnym zagubieniem. Tak, dla przykładu, rzecz ma się z tymi wioskami sprzed dwudziestu lat – czytelnik nieobeznany z mapą Francji jest praktycznie bez szans, by w pierwszej chwili zorientować się, że w tekście mowa o dwóch różnych miejscach (o ile jest mowa o dwóch różnych miejscach). Teoretycznie nawet wynika to z kontekstu, ale że cała intryga (nie tylko w tym punkcie) jest zwyczajnie naciągana i zupełnie niejasna, bez wyraźnego postawienia sprawy ( – Mój Boże, więc jest jeszcze jedno Pacanowo!?) skazujesz czytelnika na jeszcze większą konsternację. Podobnie z postaciami i wydarzeniami, które zapewne są tutaj odbiciem jakichś cieni z zamierzchłej rzeczywistości, a których historia dla większości ludzi jest zwyczajnie nieznana i raczej niezbyt zajmująca.

Jesteś jedyną znaną mi specjalistką od tej Francji nieszczęsnej, o czym warto by pamiętać, kiedy wrzucasz innych na meandry swojej bezsprzecznie ogromnej i dosyć ciekawej wiedzy – po prostu podawaj czytelnikowi rękę i poprowadź go przez swoje poletko tak, żeby mógł Cię zrozumieć i jeszcze się czegoś dzięki Tobie nauczył, a nie tylko stał w miejscu, skołowany i sfrustrowany, z poczuciem, że jest idiotą.

 

Przepraszam za szczerość powyższą i jeszcze bardziej za tę, której dopiero zamierzam się dopuścić, bo wiem, że za jej przyczyną sprawię jeszcze większą przykrość Tobie, a przy tym dotknięte poczują się również inne osoby. Niemniej mam tego pecha, że powiedzieć to po prostu muszę:

Coraz częściej zdarza mi się w ramach obowiązków, których się z Waszej woli podjąłem, czytać opowiadania w mojej prywatnej opinii zupełnie nie zasługujące nie tylko na piórko, ale nawet na nominacje do tego wyróżnienia.

Osobną, acz też niezbyt pozytywnie nastrajająca mnie do całej sytuacji kwestią jest to, czy takie teksty piórka faktycznie otrzymują, niemniej zjawisko jest dla mnie ze wszech miar niepokojące. Wyjaśnienia widzę właściwie tylko trzy, z czego wszystkie na swój sposób stanowią poważny problem. Tak więc albo poziom oczekiwań wobec naprawdę dobrego tekstu na portalu dramatycznie spadł (co być może ma jakiś związek z napływem nowych użytkowników i nowych standardów, do których ja – człowiek sprzed co najmniej trzech, czterech “portalowych pokoleń” – przekonać się nie potrafię, nie chcę i nie zamierzam), albo piórko faktycznie stało się raczej konkursem popularności niż miarą talentu i umiejętności, albo wreszcie to ja stanowię w całym tym równaniu błąd, który należałoby jak najszybciej wyeliminować. I który pewnie w końcu wyeliminuję, bo jestem na skraju gotowości, by przyznać, iż dla mnie wszystko to zupełnie traci sens.

Jeszcze raz przepraszam, jeśli ktoś poczuł się dotknięty i przepraszam za to szczerze. Niemniej, jeśli zechcecie mnie rozszarpać – nie zamierzam stawiać oporu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie jestem oczywiście osobą głosującą w sprawie piórek, więc mój komentarz tutaj jest trochę takim wpychaniem się w nienależne mi miejsce, ale nie mogę się oprzeć pokusie stwierdzenia tu i teraz jednej konkretnej rzeczy: jak bardzo różnie i indywidualnie czytamy. Gdybym ja miała się zastanowić, w którą stronę Drakaina grzeszy przeciwko przykazaniu “Show, don’t tell” (jeżeli/kiedy przeciw niemu grzeszy), to z własnego doświadczenia obstawiałabym właśnie w drugą stronę: że czasami za mało mówi, za mało komentuje, a za dużo pokazuje bohaterów w działaniach, wpisanych często w historyczne konteksty, a przez to nie zawsze dla czytelnika stuprocentowo jasnych. Ja akurat takie zawikłanie lubię, ale nie każdy musi.

Cieniu Burzy, miałabym pewnie więcej punktów niezgodności z Twoim powyższym komentarzem, ale nie mam za bardzo szans ogarnąć teraz (wieczór, jutro praca i nowi studenci) swoje myśli na tyle, żeby je w formie pisemnej sprecyzować.

Cieniu, dziękuję za to, że aż tyle czasu i miejsca poświęciłeś tekstowi, który Ci się nie podobał. Wybacz, że nie odniosę się do wszystkich argumentów, bo długo zastanawiałam się, czy w ogóle należy odpowiadać na opinie, które zawierają takie określenia jak “wredne uproszczenia” i “cuflem tak chamskim“. (Pominę kwestię albo knajackości, albo niszowości tego ostatniego wyrażenia, zważywszy że na guglanie cufla wychodzi jedynie kufel – jak widzisz, każdy może podać czytelnikowi coś niezrozumiałego.) Ale po namyśle doszłam do wniosku, że obrażanie się jest cechą godną przedszkolaka, więc jednak do ogólnych uwag się odniosę dość zbiorczo, nie odkomentowując szczegółowych uwag o fabule – z większością się nie zgadzam, ale ocena tego jest subiektywna i pozostawiam ją czytelnikom.

 

Rozumiem, że nie lubisz tego, co piszę – masz do tego święte prawo. Założyłam już jakiś czas temu, że zapewne nigdy nie napiszę opowiadania, które Ci się spodoba, bo nie piszę pod niczyj gust – ale przede wszystkim mogę spokojnie żyć bez aprobaty dość dowolnej jednostki ludzkiej dla mojej twórczości. Każdy autor cieszy się przede wszystkim czytelnikami, którym się podoba i ja również przy tym pozostanę. Inna sprawa, że uważam, iż nawet najgorsze opinie można przekazywać kulturalnie, a nie z czymś, co sprawia wrażenie wycieczek ad personam. Jestem nawet w stanie zrozumieć, że nie lubisz historii, nie znasz jej i masz do mnie pretensje, że nie wyłożę kawę na ławę na przykład tego, kim były różne osoby w realu albo co to za wojna, albo sama nie wiem, co Cię aż tak bardzo rozjuszyło. Niestety, nie mam tego jak zrobić bez przypisów, których w literaturze nie uznaję, a zresztą większość szczegółowych informacji historycznych ma znikome znaczenie dla fabuły.

Przyznam ponadto, że części zarzutów najzwyczajniej nie rozumiem. W narracji spersonalizowanej, z konkretnego, bardzo wyraźnego punktu widzenia, nie ma miejsca na rozwijanie postaci bohaterów drugoplanowych (fetysz tego, że każda postać ma coś wnosić – co konkretnie?? – jest dla mnie ogólnie niezrozumiały, jakby wzięty z jakiegoś podręcznika creative writing), ponieważ to, co narracja przekazuje czytelnikowi, jest ograniczone wiedzą i odczuciami narratora, który jest minimalnie tylko zobiektywizowanym bohaterem. Koniec kropka. Trzecioosobowa narracja z punktu widzenia jest odpowiednikiem pierwszoosobowej, tylko przetransponowanej na trzecią osobę. W narracji pierwszoosobowej zapewne nie miałbyś problemu z tym, że bohater spotyka kolejne postacie, dowiaduje się od nich czegoś i idzie dalej, a tekst nie rozwija wątków tych postaci. No więc w przyjętym przeze mnie świadomie sposobie narracji jest tylko ta de facto gramatyczna transpozycja na trzecią osobę, która pozwala na minimum dystansu narratorskiego do postaci, ale zarazem bardzo mocno ogranicza to, czego czytelnik z samego tekstu może się dowiedzieć . Można woleć narratora wszewiedzącego, można woleć zmienne punkty widzenia – ale to wszystko są decyzje artystyczne, w moim przypadku bardzo świadome. Po prostu tak napisane teksty najbardziej lubię czytać.

Co do opowiadań piórkowych – cóż, ja również czytałam kilka takich, które mi się bardzo, ale to bardzo nie podobały i nie rozumiałam, za co zostały nagrodzone. Zapewne na niektóre głosowałeś na “tak”, nie będę teraz sprawdzać. Podobnie zresztą jest ze sporą częścią nominacji opowiadaniowych i powieściowych do Zajdla (oraz Nobla, oraz Nike). Piórko jest nagrodą jak każda inna, decyduje jury, w którym zasiadają osoby o różnych gustach. Idealnie jest, kiedy potrafią oceniać obiektywnie utwory z gatunków, których nie lubią lub nie rozumieją, ale pewnie sam sobie zdajesz sprawę, że nie zawsze jest to możliwe. W kwestii kreowania się na jedynego sprawiedliwego, który ma obiektywne narzędzia do oceniania nominowanych opowiadań (i ich nominowania?), zmilczę.

 

Na zasadzie łyżki miodu w beczce dziegciu, odniosę się do jedynego konkretnego akapitu, bo w nim przy odrobinie dobrej woli mogę się dopatrzeć cienia życzliwości (pun not intended):

Jesteś jedyną znaną mi specjalistką od tej Francji nieszczęsnej, o czym warto by pamiętać, kiedy wrzucasz innych na meandry swojej bezsprzecznie ogromnej i dosyć ciekawej wiedzy – po prostu podawaj czytelnikowi rękę i poprowadź go przez swoje poletko tak, żeby mógł Cię zrozumieć i jeszcze się czegoś dzięki Tobie nauczył, a nie tylko stał w miejscu, skołowany i sfrustrowany, z poczuciem, że jest idiotą.

Pomijając fakt, że pod kilkoma moimi opowiadaniami toczyły się całkiem ciekawe dyskusje o epoce napoleońskiej, czyli jednak ten i ów coś kuma, po prostu nie lubię łopatologii. Nie uważam zresztą, żeby znajomość realiów była tu konieczna. Naprawdę tak dużo w odbiorze fabuły zmieniłaby wiedza, że książę Ludwik to w realu Napoleon III (Ludwik Napoleon Bonaparte jako prezydent II republiki), a Eugenia była cesarzową? Że Eliza Camerata hodowała konie w Bretanii? Że Victor Noir naprawdę miał na imię Yvan, a nie Yves? Beta pokazała, że kto chciał, wyguglał, a większość czytelników nie odczuła takiej potrzeby.

Wiedza o II Cesarstwie w polskim społeczeństwie jest tak znikoma, że w tekście, który nie jest o rozejściu się w moim uniwersum historii realnej i alternatywnej, nie ma sensu rozpisywać się, kto jest cesarzem, bo o księciu Reichstadtu też mało kto słyszał… Dla tych, którzy słyszeli, jest dość informacji: wysoki, jasnowłosy, a Ludwik i Eugenia to zaledwie książęta, ale dla tego konkretnego tekstu nie ma to wielkiego znaczenia. Bismarck będzie zbroił Prusy, marzył o zjednoczeniu Niemiec i dążył do wojny niezależnie od tego, kto konkretnie rządzi we Francji.

Jakbym to wszystko wpakowała w tekst, to na pewno zjawiłby się ktoś, kto zarzuciłby mi infodump. Wolę więc tę wiedzę o świecie, o którym piszę, dawkować po trochu w różnych tekstach, pozwolić czytelnikowi poguglać z własnego zainteresowania (to jest dydaktycznie lepsze), może napisać kiedyś książkę popularnonaukową, ale nie wciskać informacji łopatologicznie do opowiadania, w którym nie są koniecznie potrzebne. Niemniej pewno nic chcę, żeby ktokolwiek przeze mnie czuł się idiotą, ale obawiam się, że na to akurat nic nie poradzę ;) Sama często czuję się idiotką przy technobełkocie w sf – i jakoś z tym żyję. I nawet część takich książek mi się podoba.

Sama w powieściach bawiących się historią czy historią alternatywną najbardziej lubię takie sytuacje, kiedy “blink and you miss it”, ale to nic nie zmienia – wyłapiesz aluzje i smaczki, punkt dla ciebie, czytelniku, ale nie wyłapiesz, mała strata. Męczą mnie takie powieści dziejące się w XIX w., w których musi się pojawić pewien ustalony zestaw postaci. Najczęściej są to Richard Burton, królowa Wiktoria, Kuba Rozpruwacz i Isambard Kingdom Brunel, ewentualnie do wyboru któryś poeta, Byron albo Swinburne, o kimś równie sztampowym pewnie zapominam, ale pora późna. Zasadniczo zazwyczaj wszyscy są dość odlegli od swoich pierwowzorów, bo autorzy mało o nich wiedzą. Jeśli coś obraża inteligencję czytelnika, to moim zdaniem właśnie to – serwowanie przetrawionej wiele razy papki ze znanymi elementami, operowanie wyłącznie oczywistymi nazwiskami, bez zagłębienia się w biografie i charaktery postaci, które się wykorzystuje. Skądinąd dla czystej zabawy tą nielubianą konwencją napisałam Na południu bez zmian.

 

I jeszcze na koniec coś, co mnie w sumie dość bawi. W becie pojawił się już Twój argument o facetach i ich reakcjach. Zapewne macie obaj sporo racji, jesteście przecież facetami (choć mężczyzn wśród czytelników było więcej, a tylko dwaj na to uwagę zwrócili…). Jako kobieta miewałam do czynienia z facetami w różnym stopniu zauroczenia wzajemnego i bez wzajemności i w różnych jego fazach. Adam jest w fazie, kiedy szaleńcze zakochanie w Eugenii jest zasadniczo przeszłością, to jedno, więc reakcję opieram po części na własnym doświadczeniu z różnymi eksami. Ale ważniejsze jest co innego. To mianowicie, że pisząc o XIX wieku chcę również pisać w stylu tego wieku i mieć ludzi, którzy nie są ubranymi w kostium postaciami z naszych czasów, bo jeśli jest coś, czego najbardziej nie znoszę w sztafażu historycznym, to właśnie tego. Czyli kiedy mój bohater “mówi/myśli” (typ narracji!) o ukochanej kobiecie, robi to tak, jak w pamiętnikach z epoki, a nie jak współczesny wyzwolony z konwenansów i chcący być “edgy” facet.

Czytam, z przyczyn zawodowych i literackich, bardzo dużo pamiętników i powieści z tego okresu – nawet prości ludzie (bo w armii napoleońskiej uczono obowiązkowo czytać i pisać, a także tańczyć, co zaowocowało ogromną liczbą takich memuarów) nie napiszą o sobie – a narracja jest z punktu widzenia młodego mężczyzny z towarzystwa – że “na jej widok mi stanął”. Po prostu tak nie napiszą, bo to są czasy, kiedy aspiruje się do ogłady i elegancji. Mam piękny przykład, choć z odrobinę innej beczki: kiedy pamiętnikarz cytuje pewnego pułkownika huzarów, który po pijaku używa przekleństwa, ten pamiętnikarz je wykropkowuje w swoim tekście i pisze wprost, że nie będzie tego powtarzał. I mój bohater, jeśli ma być wiarygodny w swoich czasach i środowisku, musi być dla nas anachroniczny. Gdybym chciała pisać o współczesnych ludziach, to pisałabym o współczesnych ludziach…

 

PS. Nieścisłość chronologiczną poprawię, bo jest ona wynikiem wielokrotnej redakcji i naprawdę wystarczyłoby mi na to życzliwie zwrócić uwagę, bo takie akurat wpadki zdarzają się każdemu i czasem w wydawnictwie dopiero korekta je wyłapuje – albo nie. Podobnie jak literówki na okładkach.

A grand dejeneur to we Francji odpowiednik lunchu, ale ta nazwa stylistycznie nie pasuje z różnych powodów, a nie śniadania, ergo klasowe złośliwości trochę nie na miejscu… Dziś używa się również często słowa lunch, ale rozróżnienie zachowało się w nazwie śniadania, które zawsze jest petit dejeneur.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ok, więc niszowe ;) Dziękuję za informację, bo dla mnie było całkowicie nieczytelne (mimo dalekich rodzinnych związków ze Śląskiem), a google mi tego nie podsunęły… bo wpisałam cufel, nie znając formy podstawowej (cufal wg norm językowych powinien odmieniać się: cufala, cufalowi, cufalem, a nie cuflem). Główny argument jednak pozostaje – każdy może napisać coś niezrozumiałego dla innych, nawet całkiem nieintencjonalnie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Postaram się krótko – więc i trochę po łebkach – bo faktycznie późno.

Miło, że się nie zamierzasz obrażać, bo ostatnim, czego bym chciał, jest obrażenie Ciebie, czy kogokolwiek tutaj. Jeśli tak odebrałaś ton mojego komentarza, to przykro mi i przepraszam. Nie było w nim jednak żadnych wycieczek personalnych, a dosadne zwroty, jak ten chamski cufal (Dzięki, Wybranietzko), miały jedynie podkreślać siłę moich reakcji na podobne rozwiązania fabularne, bo to taka naprawdę niższa półka w ciemnym kącie magazynu podrzędnej księgarni. Daleko poniżej poziomu tego, czego oczekiwałbym od tekstów piórkowych.

Jeśli natomiast chodzi o wyjaśnienie nieścisłości czasowych, to tak już mam, że staram się dokładnie wyłożyć co i dlaczego mi nie gra (szczególnie, że czasem sam siebie muszę upewnić, że dobrze kminię). Nie traktuj tego jak pastwienie się.

Pytasz, czy ma jakieś znaczenie wiedza o tym, kim ten czy tamten bohater był w realu. I tak, i nie, wszystko zależy od tego, o czym naprawdę jest Twoja opowieść. Bo widzisz, wszystko rozbija się o to, że opowiadanie jest dla mnie zupełnie nieczytelne. Jak już Ci pisałem, tak wszystko pogmatwałaś, że po prostu nie wiem, co i dlaczego się tam wydarzyło bądź miało wydarzyć. Możliwe, że wyraźniejszy kontekst historyczny cokolwiek by tutaj zmienił, ale raczej wątpię. Prawda jest bowiem taka, że nawet gdyby to była zupełnie zmyślona historia, wciąż nic bym z niej nie rozumiał. Nie chodzi więc o bohaterów, realia i fakty historyczne (historię akurat bardzo lubię, proszę Pani), tylko o to, że przedstawiłaś je w sposób praktycznie uniemożliwiający mi zrozumienie tego czy owego. I jeśli coś mnie rozjuszyło – co nie jest stwierdzeniem w żaden sposób adekwatnym – to właśnie ta nieczytelność i wynikająca z niej lekka frustracja. Nie jest też wcale tak, że nie ma niczego pomiędzy niedomówieniami a infodumpami.

Odnośnie samych bohaterów natomiast, to mój zarzut – choć to może za duże słowo – tyczył nie ich samych, tylko roli, jaką mieli do odegrania w opowiadaniu i miejsca, które im na scenie zostawiasz; miejsca, którego jest niewspółmiernie dużo do tych – znikomych, moim zdaniem – ról.

Tylko dlaczego od razu stwierdzenie, że skoro bohaterowie nie wnoszą nic do opowiadania, to są z punktu widzenia fabuły zbędni i służą jako być może ładny, ale generalnie nieistotny dodatek, co niekoniecznie mi się podoba, rozbija się od razu o jakąś fetyszyzację? Tutaj mógłbym stwierdzić, że to wcale nie gorsza wycieczka personalna niż te rzekome moje. Tylko po co?^^

Generalnie Tekst-relacja, niechby i napisany ładnie, męczył już sam w sobie, a poszczególne sceny oraz brak dynamiki i jakiejś prawdziwej akcji wychodzącej poza gadające głowy, zwyczajnie nużyły. Źle (czy po prostu praktycznie bez żadnej przyjemności) mi się to czytało. A gdy się jeszcze okazało, że i tak niewiele z tego wszystkiego wynika… I z tym przede wszystkim miałem problem. Narracja pierwszo, czy trzecioosobowa (względnie jakaś wariacja obu) nie ma tutaj zupełnie nic do rzeczy.

 

Co dalej?

Za wykład o “stawaniu” dziękuję, ale szczerze mówiąc wydaje mi się, że zupełnie rozminął się on z celem. Uwaga o tych facetach była powiedzmy-że-żartobliwą formą zwrócenia Ci uwagi na to, że wkradł Ci się infantylny fragment rodem z jakichś Zmierzchów czy innych Greyów (nie, żebym wiedział, o czym mówię ;), co nie dość, że wygląda naprawdę paskudnie (tego określenia nie zamierzam się wypierać ani zmieniać) – zwłaszcza w zestawieniu z cała resztą bądź co bądź literacko ładnego, poważnego opowiadania – to jeszcze trąci straszliwym kiczem na poziomie samej logiki. A przy tym, uważam, wyraźnie odstaje od całej reszty opowiadania, którego klimat idzie z duchem, że pozwolę sobie na uproszczenie “pamiętnikowej idei”, więc raczej nie ma z nią wiele wspólnego.

 

W kwestii kreowania się na jedynego sprawiedliwego, który ma obiektywne narzędzia do oceniania nominowanych opowiadań (i ich nominowania?), zmilczę.

Co mam Ci na to powiedzieć, żebyś znów nie poczuła się dotknięta? Bo, prawdę mówiąc, nic ponad “Skąd Ci w ogóle przyszły do głowy coś takiego?” jakoś nie chce przyjść mi do głowy. Być może jestem tutaj tym właśnie ktosiem, który zawsze najgłośniej sprzeciwia się ludziom próbującym mówić innym, co i jak mają pisać, Co jest dobre, a co nie. I sam jestem bardzo daleki od wyciągania podobnych wniosków, tego możesz być pewna. Ale tak, pewne obiektywne narzędzia do oceniania poziomu tekstu mam, i owszem. Z tym, że każdy choć trochę ogarnięty czytelnik je ma, a ja nigdzie nie twierdziłem i twierdzić nie zamierzam, że jest inaczej, bynajmniej.

Jak pisałem, problem z tym, że – moim zdaniem – poziom na portalu spada, może równie dobrze mieć źródło we mnie i tylko we mnie. Nie przekształcaj więc, proszę, moich subiektywnych opinii w twierdzenia ex cathedra.

 

Na koniec powiem Ci, że to jednak smutne, iż zakładasz, że nie napiszesz nigdy nic, co mogłoby mi się spodobać. Taki trochę bezzasadny fatalizm. Zresztą nie jesteś pierwszą osobą, która go wyznaje. I – czego szczerze życzę nam obojgu – w razie czego, nie będziesz też pierwszą, dla której okazał się on nieprawdziwy.

 

Jeśli pominąłem coś ważnego albo coś poplątałem, to być może jeszcze nadrobię i poprawię.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Prawda jest bowiem taka, że nawet gdyby to była zupełnie zmyślona historia, wciąż nic bym z niej nie rozumiał.

Skoro jesteś pierwszą osobą, która aż tak radykalnym niezrozumieniem reaguje na tę fabułę, to może jednak wina nie leży w całości po stronie fabuły? Opowiadanie było w becie (podkręciłam pewne niedopowiedziane elementy świata i akcji), a następnie ku mojemu zaskoczeniu w ciągu 24 godzin trafiło do biblioteki. Czyli ktoś jednak rozumie. Żeby było zabawniej, w dalszych opiniach pojawił się nawet zarzut o “standardowo poprowadzoną” fabułę… Tak, zgoda (Mr. B.), rozwiązania są proste (aczkolwiek, Cieniu, urzędnicy wertują dokumenty, co jest zaznaczone w tekście, a miejscowości są tak małe, że ludzie się znają i dziwaczne lokalne indywidua raczej pamiętają lub łatwo sobie przypominają; zresztą w dużych miastach o ciekawych osobnikach z miejskiego krajobrazu też się długo pamięta), ale w opowiadaniu z kilkoma planami czasowymi i interpretowaniem przez bohatera snów i przeczuć zsyłanych przez mroczną siłę, nie chciałam dodatkowo mącić tym, że bohater będzie kręcił się w kółko i dopiero za którymś razem czegoś się dowie (w zbiurokratyzowanym od dawna kraju znalezienie informacji nie jest bardzo trudne, dopóki ktoś ich celowo nie ukrył lub nie zniszczył). Pewien skrót fabularny był zamierzony, nie do wszystkich trafił – trudno.

 

roli, jaką mieli do odegrania w opowiadaniu i miejsca, które im na scenie zostawiasz; miejsca, którego jest niewspółmiernie dużo do tych – znikomych, moim zdaniem – ról.

Sorry, ale nadal nie rozumiem, jak Twoim zdaniem należałoby tych bohaterów potraktować. Nie twierdzę, że jak mi to wyłożysz, to się z Tobą zgodzę, ale przynajmniej będę widziała, o co konkretnie Ci chodzi. Od razu zaznaczam, że nie jestem zwolenniczką tego, że każdy element tekstu musi mieć znaczenie, czasem coś się wprowadza dla tła, dla nastroju. Nie jestem też zwolenniczką tego, że bohater ma mieć maksymalnie trzech “pomocników” (w sensie analizy formularnych fabuł wg Proppa), którzy wyjaśnią mu wszystko, a nawet niewyrobiony czytelnik łatwo to ogarnie, bo w życiu tak nie jest, no i może czas wyzwolić fantastykę z okowów formularności. Ciąg dalszy w następnym akapicie.

 

dlaczego od razu stwierdzenie, że skoro bohaterowie nie wnoszą nic do opowiadania, to są z punktu widzenia fabuły zbędni i służą jako być może ładny, ale generalnie nieistotny dodatek, co niekoniecznie mi się podoba, rozbija się od razu o jakąś fetyszyzację

Z dwóch powodów: 1) spotykam się z tym na forum nie po raz pierwszy i nie po raz drugi, ale kolejny, i zastanawiam się, z czego to się wzięło, jako że idzie wbrew wszystkiemu, czego w życiu uczono mnie o literaturze artystycznej; 2) jestem przeciwniczką poglądu, że w literaturze liczy się wyłącznie fabuła i to, co dla niej niezbędne. Moim zdaniem liczą się również “ładne i nieistotne dodatki”.

Uważam wręcz, że polska fantastyka en masse (bo są chwalebne i znakomite wyjątki) cierpi dokładnie na nadmiar utworów, w których dla autora liczy się wyłącznie fabuła (na dodatek wcale nie zawsze ciekawa i dobrze poprowadzona), a brakuje “ładnych i nieistotnych dodatków”, które tworzą świat, język, nastrój i nierzadko dopiero one sprawiają, że mam ochotę o takim świecie czytać więcej. Oczywiście to musi być wyważone, bo ostatnio poległam na książce, która cierpi na brak fabuły w stopniu tak przeogromnym, że nawet ja wysiadłam, choć czasem lubię teksty nastrojowe ze szczątkową fabułą. I jest to książka rozrywkowa (może w tym problem, bo przerost jest śmieszności, a nie nastroju), a nie głęboka dukajoza. Dodatki mają być dodatkami, a nie zastępować fabułę w całości.

 

Co do uwag o tym, jak rozminęłam się z Twoimi intencjami – cóż, może nie były wyłożone dość jasno. W tekście, którego ton jest napastliwy, z jakichkolwiek szlachetnych pobudek ta stylistyka by nie wynikała, trudno aż tak wysilać dobrą wolę, żeby nie widzieć czepialstwa. Zwłaszcza że powody, dla których coś napisałeś, tłumaczysz dopiero teraz. Chodzi np. konkretnie o wyjaśnienie o Zmierzchu, którego nie czytałeś, ale wiesz, jak tam bohaterowie opisują swoje uczucia ;) Nie żebyś się bardzo mylił, niemniej – choć znam tylko klony Zmierzchu, które tłumaczyłam (jest to epizod, o którym wolałabym zapomnieć) – mam wrażenie, że niewinne i metaforyczne “zawroty głowy” (odpowiednik tego, co wcześniej jest opisane – o innej kobiecie – “zawróciła im w głowie”), to jednak nie jest język takich romansów. I znów: to Twoje odczucie i jeszcze jednej osoby z bety. Tak, mogę zmienić sformułowanie, proszę bardzo, nie jestem do niego jakoś szczególnie przywiązana. Niemniej opinia nadal pozostaje mniejszościowa.

 

Bo, prawdę mówiąc, nic ponad “Skąd Ci w ogóle przyszły do głowy coś takiego?” jakoś nie chce przyjść mi do głowy.

Przejechałeś się ostro po opiniach innych w ogólnej kwestii nominacji do piórek. Dałeś do zrozumienia, że ludzie, w tym z Loży, nominują opowiadania, które uważasz za niedobre, a to oznacza ogólny upadek (cały ten górnolotny akapit o tym, co traci sens i że się wyeliminujesz). Zmilczałam, ponieważ to akurat nie było do mnie – jeszcze nigdy nie nominowałam do piórka żadnego tekstu, ale wydaje mi się, że trochę pojechałeś po bandzie, dając wszystkim nominującym do zrozumienia, że albo są bezguściami, albo obniżyli standardy. Ergo wykreowałeś się na jedynego, który standardy ma wysokie.

Piórko to poza wszystkim “nagroda miesiąca”, czyli dla najlepszych tekstów miesiąca. Jeśli miałaby być dla tekstów szczególnie wyróżniających się tym czy owym, nie powinna być dzielona na miesiące, ale nominacje powinny być ciągłe, ba, rozciągnięte w przeszłość, bo czasem w tej przeszłości odkopuje się niesłusznie pominięte perełki. Ale jest, jak jest, jest to nagroda miesiąca. Jeśli na uczelni stypendium dostaje “20% studentów wg rankingu wyników”, to może zdarzyć się i tak, że załapie się ktoś ze średnią 3,5. Tu akurat tego nie ma, bo można piórka za dany miesiąc nie przyznać, ale póki co jednak jest to nagroda miesiąca czyli dla najlepszych opowiadań miesiąca. Przyznałeś się gdzieś, że ostatnio mało czytasz portalowych opowiadań, a może porównanie by się jednak przydało? Pewnie, dochodzimy tu do dyskusji, która może dotyczyć wszelkich nagród: czy jeżeli ogólny poziom jest słaby, to należy nagradzać wszystko, co się ponad ten poziom wybija. Abstrahując od konkretnych przypadków – uważam, że tak, ponieważ to mobilizuje. W uzasadnieniu zawsze można dodać odpowiedni komentarz.

 

Na koniec powiem Ci, że to jednak smutne, iż zakładasz, że nie napiszesz nigdy nic, co mogłoby mi się spodobać.

Sorry, ale sam sobie to zrobiłeś, krytykując z pozycji subiektywnej kolejne moje opowiadanie jako obiektywnie beznadziejne… Nie zamierzając zakładać, że osobiście podpadłam Ci czymś, o czym nie mam pojęcia, bo świadczyłoby to fatalnie o nas obojgu, zakładam po prostu, że są autorzy, którzy do nas trafiają i tacy, którzy nie trafiają, c’est la vie, a ja nie mam ambicji zostania autorką dla szerokich mas. W każdym razie nie w opowiadaniach, które piszę dla przyjemności kreowania alternatywnego świata epoki, którą szczególnie lubię, bo lada moment wydaję współautorską powieść niewątpliwie poniekąd komercyjną, co nie znaczy, że napisaną bez serc i bez ducha. No i lepiej pesymistycznie założyć, że się nie uda i w razie czego przeżyć pozytywne zaskoczenie, niż na odwrót, bo to drugie oznaczałoby, że usiłowałabym napisać coś, co Ci się spodoba (i miała szanse polec na tych próbach), np. analizując Twoje własne teksty oraz to, czemu wystawiłeś pozytywne recenzje, a to przecież nie ma sensu.

 

A co do ad personam: stwierdzenia (w drugiej osobie) o lenistwie autora i sugerowanie, że celowo wykorzystuje on(a) swoją znajomość dość niszowego zagadnienia, żeby gnębić innych i doprowadzać ich do frustracji, są dość osobiste. W rozmowie takie argumenty robią inne wrażenie niż w piśmie, więc może w pisemnych komentarzach warto powściągnąć retoryczne zapędy i powstrzymać się od dosadnego ujmowania uczuć, bo może to być opacznie odebrane? Jako choleryczka znam ten problem z autopsji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Będzie wedle kolejności niekoniecznie chronologicznej. Trudno.

 

Piórko to poza wszystkim “nagroda miesiąca”, czyli dla najlepszych tekstów miesiąca.

Nie. Zupełnie nie – Piórko to nagroda dla najlepszych opowiadań zamieszczanych na portalu, przyznawana co miesiąc. A to ogromna różnica. A ja jestem tutaj już naprawdę dosyć długo – nie tylko w Loży, na portalu w ogóle – by jednak przypisywać sobie prawo do własnego zdanie na temat jakości nominowanych tekstów kiedyś, w innych kiedyś i teraz. Nie twierdzę, że to działa na zasadzie: drzewiej było tylko dobrze, teraz jest tylko źle; nic podobnego. Niemniej był taki okres, że kiedy siadałem do czytania tekstu nominowanego (czy wręcz piórkowego), to miałem praktycznie pewność, że będzie to opowiadanie co najmniej dobre na poziomie językowym, warsztatowym i fabularnym; coś, czego lektura – nawet jeśli nie zachwyci – będzie przyjemna. Ostatnio natomiast tego przeświadczenia już nie mam – biorę się do każdej jednej lektury niemal z niepokojem, co też mnie znowu czeka. I coraz częściej spotykają mnie prawdziwe rozczarowania. Coś więc się zmieniło. Nie twierdzę jednak, że to wyłączna (o ile w ogóle) wina jakichkolwiek czynników zewnętrznych – bo nie wiem tego; po prostu się zastanawiam, teraz już na głos – więc bądź tak dobra i przestań mi podobne rzeczy wmawiać. (”Dałeś do zrozumienia, że ludzie, w tym z Loży, nominują opowiadania, które uważasz za niedobre, a to oznacza ogólny upadek”.)

 

stwierdzenia (w drugiej osobie) o lenistwie autora i sugerowanie, że celowo wykorzystuje on(a) swoją znajomość dość niszowego zagadnienia, żeby gnębić innych i doprowadzać ich do frustracji, są dość osobiste.

Tyle, że wzmianka o lenistwie była wyłącznie metaforą, w dodatku tyczącą osoby autora nie jako persony, a autora jako autora właśnie (“jesteś na tyle leniwa jako Autorka, że beztrosko zrzucasz pewne obowiązki na czytelnika). Spróbuję to rozjaśnić jeszcze bardziej, skoro sytuacja tego wymaga: chodziło mi o to – co Ci zresztą już kiedyś pisałem (o czym też już pisałem – cholerna incepcja ;) – że rzucasz czytelnika w świat (realia geograficzne i historyczne), który dla Ciebie jest doskonale znany, ale który czytelnikowi niekoniecznie mówi cokolwiek, a potem zostawiasz go w tym świecie bez należytych drogowskazów, wskazówek i informacji, żeby sobie radził – tak, jakbyś zakładała, że czytelnik ma Twoją wiedzę i sam się ze wszystkim ogarnie – albo zginął, jak ja. I w tym tkwi właśnie to Twoje “lenistwo”: nie budujesz świata przedstawionego, nie objaśniasz jego niuansów i rzeczy istotnych dla fabuły, przez co traci zarówno tekst jak i czytelnik, który nie może się w tym tekście należycie rozeznać – to oczywiście tylko moje odczucie, ale niemal z każdym kolejnym Twoim opowiadaniem wraca ono do mnie z tą samą siłą.

Natomiast jeśli chodzi o moje rzekome sugestie, jakobyś postępowała w ten sposób świadomie, specjalnie i złośliwie, to wskaż mi, proszę, gdzie napisałem coś takiego, bo ja nic podobnego sobie nie przypominam. Chciałem Ci jedynie zasygnalizować istnienie problemu i zasugerować, byś zaczęła podchodzić (albo chociaż to rozważyła) do kreowanego przez siebie uniwersum tak, jak robi to każdy pisarz fantastyki (zresztą nie tylko fantastyki, bo każdy plan, nawet istniejący w realu, wymaga pewnego opisu. Chyba że ktoś zakłada, iż akcja jego powieści, dziejąca się w Warszawie, czytana będzie wyłącznie przez Warszawiaków) i budowała je kompleksowo, by czytelnik nieobeznany z historią i geografią Francji nie miał mindfucka na każdym kroku. Jak w przypadku tej wioski, co do której nadal nie wiem, czy była jedna, czy dwie. Ot, zostawianie choćby prostych wskazówek (“– Mój Boże, więc jest jeszcze jedno Pacanowo!?”), które naprawdę ułatwiłyby odbiorcy życie, a bynajmniej nie są infodumpem. Oczywiście, że zrobisz z tą sugestią co Ci się podoba i jak Ci się podoba, ale przyjmij do wiadomości, że w omawianym fragmencie mojego komentarza odnosiłem się wyłącznie do tego, jak piszesz, a nie do Ciebie jako osoby.

Sorry, ale sam sobie to zrobiłeś, krytykując z pozycji subiektywnej kolejne moje opowiadanie jako obiektywnie beznadziejne…

Kolejne wyolbrzymienie. Chyba że pokaż mi, gdzie napisałem, że uważam to opowiadanie za beznadziejne. Inna kwestia, że pewne walory tekstu (fabuła, wykonanie) jednak można ocenić obiektywnie i – cokolwiek byś o tym nie myślała – tak to właśnie oceniam, niezależnie od tego, czy opowiadanie jest “w moich klimatach”. No więc, dla przypomnienia: wykonanie – w sensie warsztatu – super. Fabuła – co twierdzę nadal – albo jest przedstawiona nienależycie, albo po prostu ma spore dziury.

Tu jednak możemy zrobić eksperyment podobny do tego, który proponowałaś przy innym ze swoich tekstów.

Zrób mi streszczenie fabuły, punkt po punkcie, z dokładnymi objaśnieniami wszystkiego, co się w danej chwili dzieje i dlaczego, zmieniając przy tym imiona i przerzucając historię do jakiegoś wymyślonego uniwersum, niemającego nic wspólnego z Francją, Europą i XIX-XX wiekiem. Jestem ciekaw nie tylko tego, czy w takim wydaniu cała historia będzie dla mnie zrozumiała, ale – prawdę mówiąc – również samej historii. I to nie tylko dlatego, że tak już jakoś mam, iż rzeczy, których nie rozumiem, zazwyczaj mnie irytują i frustrują. A tej historii nie rozumiem zupełnie, o czym być może już gdzieś wspomniałem. Żeby nie robić niepotrzebnych spoilerów, spokojnie możesz wysłać mi taki konspekcik prywatnie. Oczywiście o ile będzie Ci się chciało w to bawić. Ewentualną nagrodą będzie publiczne z mojej strony przyznanie, że faktycznie jestem pojazd chrystusowy. Albo chociaż kolejna dogłębna analiza, która być może powie Ci coś nowego o tym opowiadaniu.

 

Co do uwag o tym, jak rozminęłam się z Twoimi intencjami – cóż, może nie były wyłożone dość jasno.

Może. A może ktoś przeczytał, co chciał przeczytać.

Owszem, czepiam się. Z tym, że ja zawsze się czepiam, kiedy mam czego, a już szczególnie, kiedy podchodzę do opiniowania tekstu jako członek Loży (w tym wypadku wszelkie skojarzenia pewnie jak najbardziej na miejscu) czy juror. Z natury jestem malkontentem i perfekcjonistą, niemniej od tekstów nominowanych czy konkursowych wymagam jeszcze więcej niż normalnie – z przyczyn wiadomych – i jeśli coś mi nie pasuje, to staram się to wyjaśnić tak klarownie, jak to tylko możliwe. Ale do tego, jakoby mój ton był w takich wypadkach napastliwy, nie przyznaję się, bo jestem niewinny. Może to Ty bierzesz wszystko zbytnio do siebie, tak jak z tymi niby wycieczkami ad personam?

Co do fragmentu a’la Zmierzch (nie czytałem w całości – podobnie Greya – ale jak chyba każdy chcący się rozwijać literat przysposobiłem sobie urywki, żeby wiedzieć o co tyle krzyku, by wyrobić sobie jakąś opinię o poziomie literackim wzmiankowanych dzieł oraz o gustach współczesnego homo (ledwo) sapiensa na podstawie tych dzieł fenomenu, i wreszcie, by móc brać udział w dyskusjach podobnych do tej, a przy okazji wyrazić szczere współczucie odnośnie pewnych epizodów z Twojego życia), to nie chodziło mi o “zawracanie w głowie”, tylko o informację, że Adam tak zagapił się na Eugenię, że nie zauważył, iż rzeczona do niego podeszła. Chyba jedynym usprawiedliwieniem równie nonsensownej informacji byłoby to, że Autorka założyła, iż faceci rzeczywiście są zdolni reagować w podobny sposób. Z tym, że – co napisałem w pierwszym komentarzu – to zwyczajnie nieprawda. I dlatego właśnie to zdanie wygląda jakby zerwało się z literatury dla podlotków. Tyle, aż tyle i tylko tyle.

 

Skróty fabularne i role przypisane bohaterom – skoro nadal muszę to tłumaczyć – postaram się spiąć jedną klamrą. Gorzej, że nie bardzo wiem jak to zrobić, nie powtarzając po prostu wszystkiego, co pisałem już wcześniej.

Od razu zaznaczam, że nie jestem zwolenniczką tego, że każdy element tekstu musi mieć znaczenie, czasem coś się wprowadza dla tła, dla nastroju. Nie jestem też zwolenniczką tego, że bohater ma mieć maksymalnie trzech “pomocników” (w sensie analizy formularnych fabuł wg Proppa), którzy wyjaśnią mu wszystko, a nawet niewyrobiony czytelnik łatwo to ogarnie, bo w życiu tak nie jest, no i może czas wyzwolić fantastykę z okowów formularności.

Już w poprzednim akapicie pisałem, że jestem zdeklarowanym przeciwnikiem narzucania komukolwiek jakichkolwiek form i treści, poza pisaniem wedle wytycznych szeroko rozumianej poprawnej polszczyzny. Teraz dorzucę kolejnego w moim wydaniu klasyka: od dobrej historii wolę dobrze opowiedzianą historię. Tu się więc, mniej więcej, zgadzamy. Nie zgadzamy się chyba natomiast co do tego, czym jest dobra historia, ani jak wygląda ta dobrze opowiedziana. Co jest jednak nieistotne, bo gust i gust to dwa różne gusta, wiadomo. Pytasz jednak o ten mój – a nie o żadną “prawdę objawioną”, jedyną i słuszną, co do czego, mam nadzieję, nikt nie będzie żywił wątpliwości – więc o nim (z jego/mojej perspektywy) będę Ci pisał, opierając się oczywiście na “Noirze”.

Otóż w tym opowiadaniu nie podoba mi się między innymi to, że poświęcasz może i więcej niż połowę tekstu na rzeczy, które finalnie okazują się zupełnie nieistotne albo niemal zupełnie nieistotne z punktu widzenia samej historii, a gdy przychodzi co do czego, to rzeczywistą akcję – to co dla rozwoju fabuły naprawdę istotne – spłycasz do banalnego imperatywu, może wręcz deus exa; ot, przez cały czas praktycznie nic się nie dzieje, tylko dużo gadają – z czego w sumie niewiele wynika – albo lecą retrospekcje – z których też tylko część pcha opowieść w jakimkolwiek kierunku – akcja zasadniczo cały czas stoi w miejscu, a potem nagle siup! i zwykły przypadek rozwiązuje właściwie wszystkie problemy Adama. Później już tylko strzał i koniec. Jak dla mnie są to bardzo nieodpowiednio rozłożone akcenty, co w zestawieniu z ogólnym pogmatwaniem fabuły, czyni całą historię nie tylko niezrozumiałą, ale i zupełnie nieatrakcyjną, nijaką. Osobiście zdecydowanie wolałbym, żebyś skróciła wątki nieistotne – które odbieram (i znów powtórka) jako Twoje prywatne zabawki w tej piaskownicy; elementy służące po prostu bardziej Tobie niż opowiadaniu (co samo w sobie nie musi być złe, bynajmniej) – a ich kosztem sensowniej i czytelniej pociągnęła fabułę. Albo po prostu, żebyś pociągnęła fabułę – wszak nie ograniczał Cię żaden poważny limit przy tym tekście, więc mogłaś to zrobić; mogłaś poszukać jakiegoś balansu między akcją (z naciskiem na większą klarowność wydarzeń i zależności między postaciami), a… no właściwie całą resztą. Już by to wszystko wyglądało inaczej, gdyby poszczególne scenki-ozdobniki faktycznie miały co ozdabiać.

 

Okey, z mojej strony na ten moment chyba byłoby wszystko.

A nie, jeszcze nie – nie chcę, żebyś próbowała pisać coś pode mnie, broń Cię Bóg! Życzyłbym sobie natomiast, żebyś pisała to, co pisać lubisz w taki sposób, by usatysfakcjonować w końcu i pewnego gburka.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie twierdzę, że to działa na zasadzie: drzewiej było tylko dobrze, teraz jest tylko źle; nic podobnego. Niemniej był taki okres, że kiedy siadałem do czytania tekstu nominowanego (czy wręcz piórkowego), to miałem praktycznie pewność, że będzie to opowiadanie co najmniej dobre na poziomie językowym, warsztatowym i fabularnym

A nie dopuszczasz myśli, że po prostu kiedyś miałeś wyższy poziom tolerancji na twórczość innych? Piszę dlatego, że sama, lurkując od dwóch lat i aktywizując się stosunkowo niedawno, przeczytałam w sporej dawce w dość krótkim czasie większość piórkowych opowiadań z drzewiej i żeby wszystkie mnie zachwyciły, nie powiem. Były takie, przy których naprawdę przecierałam oczy ze zdziwienia, za co. Poziom wydaje mi się na przestrzeni czasu dość wyrównany, choć oczywiście nie mam danych co do nominacji. Fakt, że w archiwach (poczekalni) trudniej trafić na teksty koszmarnie słabe, ale to odrębna sprawa. Inna sprawa również, bo trochę Twoich niedawnych recenzji jednak z wrodzonej ciekawości przejrzałam, że nasze gusta się trochę (choć zaskakująco wcale nie aż tak bardzo) rozjeżdżają i na nieco inne aspekty zwracamy uwagę. Z paroma Twoimi entuzjastycznymi opiniami bym się nie zgodziła, ale nie zamierzam w tym wątku dyskutować o opowiadaniach osób trzecich.

 

Ale do tego, jakoby mój ton był w takich wypadkach napastliwy, nie przyznaję się, bo jestem niewinny.

 

Może istotnie kwestia wrażliwości, dla mnie pewne określenia i sformułowania należą po prostu do repertuaru niekoniecznie dżentelmeńskiego ;)

 

W kwestii męskiej ok, poddaję się, bo chyba istotnie za bardzo zasugerowałam się podobieństwem z pozornie analogiczną, ale jednak inną uwagą z bety. Było późno, elaborat długi, a ogólny ton (nie konkretne zarzuty, ton) nie nastroił mnie do rozkminiania głębiej ukrytych intencji i tu, biję się w piersi, dopiero teraz załapałam, o co bardzo konkretnie Ci chodziło. Nie o fizykalną reakcję, ale niedostrzeżenie osoby. W tym jednym szczególe składam broń.

 

Co do fabuły. Pewnie, w wolnej chwili mogę ją ułożyć chronologicznie i streścić z użyciem generic fantasylandowych nazw, jest to jakieś ćwiczenie. Ale chyba rozmijamy się na znacznie bardziej podstawowym poziomie. Postaram się zatem wyłuszczyć moje założenia względem tego opowiadania. Nie lubię odautorskich rozkminów, ale czasem się nie da bez.

Ono jest o możliwej przyszłości. Bohater postanawia dzięki zmuszeniu przeciwnika do ujawnienia mu być może więcej, niż by chciał, zapobiec jakiejś wersji przyszłości, jednej z potencji tkwiących w świecie. Stąd paralelizm akcji realnej z tą w wyobrażeniach czy wizjach, które bohater uczy się kontrolować i przekładać na realne działanie. Dlatego akcji w teraźniejszości jest niewiele – bohatera w działaniu determinuje to, co wyczytuje na temat przyszłości. Czy ma rację – nie da się ocenić w obrębie tego tekstu. Może tylko odwleka nieuchronne, może sprawia, że będzie mniej groźne? (W pewnym sensie efekt motyla i to mogłabym mocniej zaakcentować, ale wydawało mi się oczywiste w obrębie tego rodzaju historii. ) Idzie po nitce do kłębka? No tak, bo jak chwycić tę nitkę, a on ma punkt zaczepienia, to nietrudno ją śledzić… Forma miała być odpowiednikiem tej poszatkowanej rzeczywistości, stąd retrospekcje i futurospekcje.

A tak po prawdzie cały ten rozkmin jest chyba niepotrzebny, choć prawdziwy, bo właśnie doszłam do wniosku, że w sumie masz między wierszami rację: ten tekst jest w większym stopniu o świecie niż o zdarzeniach. Pokazuje świat teraźniejszości, ale dotyczy potencjalnej przyszłości tego świata. I chyba taki w zamierzeniu miał być ;)

 

zwykły przypadek rozwiązuje właściwie wszystkie problemy

To akurat wydaje mi się dość realistyczne ;) O ile wiem, nawet kilka ważnych odkryć naukowych tak nastąpiło. Ale poważnie: co by dało rozpisanie tego na jeszcze więcej pobocznych postaci albo godziny ślęczenia bohatera nad atlasami, albo w ogóle jakieś szeroko zakrojone poszukiwania nie wiadomo czego? Mogłabym nim przez następne Xk znaków rzucać po całej Francji albo i Europie, ale po co?

 

Może wrzucę na próbę w najbliższym czasie, rozważam to, opowiadanie z tym samym bohaterem, ale z całkowicie inaczej napisanej serii (Noir jest inny od pozostałych, miał być wstępem, ale nie wiem, czy nim pozostanie, bo trochę mi się po drodze wizja całości zmieniła, choć styl narracji pozostaje podobny w sensie introwertycznego punktu widzenia). A, w Fantazmatowej Dragonezie będzie jedno.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A nie dopuszczasz myśli, że po prostu kiedyś miałeś wyższy poziom tolerancji na twórczość innych?

Oczywiście że dopuszczam. Wszak po coś z uporem zaznaczam, że wina – miedzy innymi w takiej wersji – może leżeć po mojej wyłącznie stronie.

 

Co do efektu motyla, to w poszczególnych scenach widać go zupełnie ładnie, nieniemej niektóre wątki i tak nie chcą mi się ze sobą jakoś posklejać, więc jeśli znajdziesz czas na zrobienie tego “ćwiczenia”, zupełnie szczerze się nie obrażę.

 

Skoro doszliśmy już do tego, że w końcu w miarę się rozumiemy, a przy tym znów lubimy (bo się lubimy, prawda?), rad jestem niezmiernie i chyba pozwolę sobie na tym zakończyć dyskusję – aczkolwiek w razie dalszych pytań i uwag służę uwagą – jako że mam na celowniku kolejnego biedaka, nad którym muszę się trochę popastwić. Życz mu cufla.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Niemniej był taki okres, że kiedy siadałem do czytania tekstu nominowanego (czy wręcz piórkowego), to miałem praktycznie pewność, że będzie to opowiadanie co najmniej dobre na poziomie językowym, warsztatowym i fabularnym; coś, czego lektura – nawet jeśli nie zachwyci – będzie przyjemna. Ostatnio natomiast tego przeświadczenia już nie mam – biorę się do każdej jednej lektury niemal z niepokojem, co też mnie znowu czeka.

Jest prawdopodobne, Cieniu, że z czasem wzrastają Twoje wymagania. To prawie nieuniknione, gdy dużo się czyta. Masz mój szacunek za tak obszerne i konstruktywne komentarze, które niejednokrotnie muszą zajmować godziny. Niejeden członek Loży mógłby się od Ciebie uczyć, jak je pisać. Nie chcę tu rzucać żadnych oskarżeń, rozumiem bowiem, że czytając bardzo dużo, trudno jest komentować każdy tekst, jakby był wyjątkowy.

Wracając do Ciebie, możliwe jest, że po przeczytaniu tutaj ponad tysiąca opowiadań, wymagasz więcej na starcie, w tym przypadku, nominacji piórkowej.

Chętnie się o tym przekonam, subiektywnie. Możesz mi polecić dwa, trzy opowiadania, w których byłeś na TAK w pierwszym roku Twojego urzędowania?

 

Dzięki, Darconie, ale ostrożnie, proszę, z takimi opiniami, bo jeszczem gotów sobie wmówić, że jestem jakiegoś rodzaju autorytetem^^, gdy tymczasem prawda jest taka, że to ja cały czas uczę się bardzo wiele tak od Loży jak i od Was wszystkich – że tak sobie wejdę w popularny ostatnio (ale tym razem przynajmniej w miarę uczciwy) ton twarzy z plakatów; twarzy, których naoglądałem się i naoglądam jeszcze zdecydowanie zbyt wiele, jak Polska długa, szeroka i przedwyborcza (co śmiało można uznać za denne, ale jednak usprawiedliwienie opóźnionej reakcji na Twój komentarz – za co oczywiście przepraszam).

Wracając jednak do sedna, i to tak zupełnie serio, to bardzo możliwe, że masz rację i im więcej czytam, tym bardziej mam wysmakowany gust, więc i siłą rzeczy bardziej wyśrubowane wymagania. Ale też może robię się coraz bardziej wymagający – o ile faktycznie robię się coraz bardziej wymagający – bo po prostu patrzę na wszystko i wszystkich przez pryzmat mojego, jak mi się zdaje, potęgującego się wciąż perfekcjonizmu. Jednak z mojej perspektywy wygląda to wszystko tak, że jakkolwiek faktycznie raczej ciężko mnie do siebie przekonać, to jednak “w starych dobrych czasach” odsetek opowiadań, których nominację potrafiłem zrozumieć i nawet popierać, nawet jeśli ostatecznie byłem na NIE, był znacznie wyższy niż obecnie. A nie chce mi się przy tym wierzyć – szczególnie, że nie jest to podparte żadnymi wyraźnymi przesłankami – by nagle gust już nawet nie tyle “zaostrzył mi się”, co po prostu radykalnie zmienił. Generalnie jednak nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

Zresztą mniejsza już z tym, bo pewnie wszystko i tak rozbije się o prosty fakt, że tak długo jak będziecie powoływać mnie do służby, ja pewnie będę na tej służbie trwał. Co brzmi jednocześnie strasznie, trywialnie, głupio i – co najgorsze – przerażająco prawdziwie.

Twoją prośbę o polecanki tekstowe spełnię z przyjemnością i rozmachem wykraczającym poza tej prośby ramy, jako że jest na skomponowanej przeze mnie liście cokolwiek więcej niż dwa czy trzy teksty, które warto polecić. Nie wiem tylko, czy – nawet jeśli z pożytkiem publicznym – nie byłoby nadużyciem gościnności Drakainy, pod której tekstem ta i tak już niemerytoryczna przecież dyskusja się toczy, gdybym zaczął tutaj rzucać cudzymi pracami. Na dzień dzisiejszy ograniczę się więc do kilku nicków, a później (kiedyś), zależnie od rozwoju sytuacji, sprezentuję Ci sensowniejszą listę w ten czy inny sposób. Tak więc gravel, Werbenka Reinee czy Krzyś Adamski – ot, wyjątkowo radosne wspomnienia roku szesnastego i wyjątkowo bolesne uświadomienie upływającego czasu.

 

Peace!

 

P.S.

Drakaino, sorry za spam.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Drakaino, sorry za spam.

You’re welcome :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za info, zajrzę do 2016.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Tekst zgłosiłem za balans, które lubię. Wciągnąłem się w rozwiązywanie intrygi Czarnego, polubiłem bohatera, spodobało mi się świadome korzystanie z epoki i nie banie się odwoływania się do wiedzy z tym związanej. Tym bardziej, że teraz ten element został przedstawiony bez nadmiernego epatowania, jak u mnie się nie raz i nie dwa zdarza ze znajomością fizyki relatywistycznej.

No i jestem pies na dobre światotwórstwo. A tutaj widzę fajny kawałek materiału, ładnie wpleciony w fabułę. Bo lubię, gdy tekst nie tylko opowiada o jakimś bohaterze, ale również przedstawia mi uniwersum. Pewnie to efekt grania w RPG, bo co książka/anime/film, to lubiłem naświetlone tło, by potem masowo wykorzystywać na sesjach :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Wiem, że tekst ma swoje zalety, jak zawsze widać Twoją wiedzę o dziewiętnastowiecznej Francji, jest dopieszczony, oddałaś nastrój itd.

Ale wady też ma. Raziła mnie niejasność fabuły. Ma bohater jakieś zwidy i się w związku z nimi miota. Jasne, jak się widzi umierającego przyjaciela, to trzeba go ratować, jednak zabrakło mi porządnej osi fabularnej. Bardzo możliwe, że ona tu jest, tylko ta główna nitka zgubiła się w kłębku. Podejrzewam, że tło historyczne ma znaczenie większe, niż ogarnia nikłe światełko mojej wiedzy.

No i przeszkadzało mi, że – jak ja to zrozumiałam – Czarny zsyła bohaterowi wizje, tym samym utrudniając sobie życie.

Babska logika rządzi!

Drakaino, już w drugim Twoim opowiadaniu widzę potencjał, ale znowu historia pozostawia mnie obojętnym, a nawet lekko znudzonym. Wydaje mi się, że słowami operujesz raczej sprawnie; z technicznego punktu widzenia nie mam się do czego przyczepić, tyle że coś zawodzi na takim bardziej intuicyjnym poziomie. Może chodzi nie o same słowa, tylko ich znaczenie? Może nie operujesz odpowiednimi skojarzeniami? Może nie prowokujesz mojej wyobraźni do rysowania ciekawszych obrazów? Ja mogę tylko gdybać, a Ty możesz – i może nawet powinnaś – szukać najlepszej drogi do głów i serc czytelników. 

Podobne problemy mam z historią. Nie zgodzę się z Mytrixem, który zarzucał Ci liniowość. Widać, że kombinujesz z fabułą, by nie było banalnie. Masz też ciekawe, nienachalne pomysły – chyba rzadkość w obecnej fantastyce, w której najlepiej od razu walnąć widowiskowe i efektowne uniwersum. Ten Czarny mnie zaintrygował.

Masz w zanadrzu sporą wiedzę, o czym dobrze wiesz. 

No tylko że jako czytelnik nie czuję emocji. Oglądam Twój świat przez szybę, zamiast w nim uczestniczyć. Wszystko wydaje mi się zbyt płaskie, beznamiętne. Może lepiej byłoby Ci w powieściowej formie? A może powinnaś okroić następne historie? Bohaterów faktycznie było dużo i pojawiali się, by wygłosić swoje kwestie. 

Jeśli miałbym coś radzić, to radziłbym: następnym razem uprość. Pozbądź się zbędnych ozdobników, a zadbaj o więcej duszy w tekście. 

(fetysz tego, że każda postać ma coś wnosić – co konkretnie?? – jest dla mnie ogólnie niezrozumiały, jakby wzięty z jakiegoś podręcznika creative writing)

Niedobrze, że bronisz się przed tym wnioskiem. Postacie błąkające się po opowiadaniu bez celu zamulają fabułę i szkodzą jakości gotowego tekstu.

Podobnie wydarzenia. Sceny niezwiązane z prowadzonym wątkiem należy wyciąć, inaczej tekst staje się chaotyczny.

Może to dlatego, że jak dla mnie literatura nie składa się wyłącznie z postaci i fabuły (wydarzeń) i, jak już pisałam, lubię ozdobniki, byle nie w nadmiarze. Nie uważam, że wszystko, co nie jest ważne dla fabuły, jest zbędne. No nie uważam i już.

 

Ba, uważam wręcz, że są książki, w których liczy się świat, a nie fabuła. Np. moje ukochane “Inne pieśni”. Zapewne sporo postaci można by wyrzucić, zapewne fabuła mogłaby być bardziej porywająca (ba, w ogóle bardziej konwencjonalnie być). I co? Jak dla mnie arcydzieło i nie potrzebuje lepszej fabuły ani mniejszej liczby postaci.

 

Dlatego obstaję przy swoim: fetysz wyprodukowany przez kursy creative writing. Wszystko ma być na swoim miejscu, wszystko ma czemuś służyć. Tylko że 80% tak napisanych powieści można rozszyfrować w połowie albo i jednej trzeciej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Eee… W “Innych pieśniach” raczej wszyscy są potrzebni. Jeśli nie wpychają bohatera w kolejne formy (czy mógłby być ojcem bez dzieci?), to coś pokazują (rozmowa z kratistosem) albo czemuś służą (pasterka z Twojego cytatu).

IMO, wszystko ma czemuś służyć. Niekoniecznie fabule, może być pokazanie świata albo podkreślenie jakiejś cechy bohatera. Albo podrzucenie fałszywego tropu. Ale po coś.

Babska logika rządzi!

Finklo, z Twoją wersją “rozszerzoną” (”czemuś”, a nie wyłącznie fabule) mogę się zgodzić, bo ozdobniki mogą np. budować atmosferę, dodawać szczegółów światu, charakteryzować pośrednio postacie, a choćby i tworzyć retardacje itd. Oczywiście nie jestem zwolenniczką poetyki nouveau roman ;)

Ale uwagi o zamulaniu fabuły i scenach niezwiązanych z prowadzonym wątkiem – non possum. Nie samą fabułą literatura żyje.

 

Co do “Innych pieśni” – nie twierdzę, że postacie są niepotrzbne sensu stricto. Raczej, że gdyby część tych scen czy postaci pobocznych, pojawiających się raz wyrzucić, to “sama fabuła” by nie ucierpiała. Scena z pasterką dla fabuły jest raczej obojętna, tworzy natomiast klimat i mówi coś o bohaterze. Bez tego fabuła będzie taka, jak była, bo ta scena nic nie zmienia.

A żeby nie było tylko o arcydziełach. Podobnie jak Sapkowski należę do osób lubiących fantasy Eddingsa (piszę to, bo w Polsce jest to raczej rzadkie, za co po części winię nieudane tłumaczenia, w przypadku niektórych tomów wręcz koszmarne). Między innymi za kilka scen, które są ozdobnikami, a dla mnie tworzą świat bardziej niż fabuła. Jedna to scena dość na początku Belgariady, kiedy jeden z bohaterów słyszy grającego na flecie wiejskiego chłopca – ten chłopiec potem pojawia się w scenie bitwy i ginie. Druga to epizod, w którym Belgarath ulega wiedźmie z bagien i daje dar mowy stworzeniom będącym jej towarzyszami. Nic z tego, zwłaszcza ten epizod na bagnach, dla fabuły nie ma żadnego znaczenia. Ale dla mnie to właśnie takie drobiazgi sprawiają, że ta w dużej mierze pastiszowa fantasy literacko wznosi się o stopień wyżej od mnóstwa bardziej “fabularnie oryginalnych” powieści tego gatunku.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Czytałam coś Eddingsa i sztampa z patosem omal mnie nie zabiły.

Babska logika rządzi!

Ojtam, sztampa z patosem – to jest przecież bardzo wyraźnie pastisz gatunku, dlatego oczywiście, pewne elementy są przerysowane. Na dodatek w oryginale napisany wyjątkowo dobrym językiem – przez to pomstuję na tłumaczenia, które styl zarżnęły modelowo; Eddings był literaturoznawcą i wiedział, co robi. Mimo rekomendacji ASa, u nas prawie wszyscy w tym widzą poważną – i w związku z tym sztampową – fantasy, a to jest wszystkim, ale nie tym… Ech. Te dwie sceny, które opisałam, są zresztą akurat wyjątkowo subtelne i fabularnie i nastrojem. Zwłaszcza ta na bagnach, to w ogóle jest taka miniatura – rozdział, który jako krótkie niezależne opowiadanie by się sprawdził, gdyby wyciąć niewielkie kawałki nawiązujące do całej fabuły, i to takie opowiadanie na wszelkie możliwe nagrody – za nastrój, język i problem (magiczna interwencja w naturę, przyspieszanie ewolucji czy też zmienianie jej biegu). Jak już napisałam, dla mnie kwintesencja dobrze napisanej literatury.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, zwracaj uwagę na powtórzenia w tekstach. ;)

Może to dlatego, że jak dla mnie literatura nie składa się wyłącznie z postaci i fabuły (wydarzeń) i, jak już pisałam, lubię ozdobniki, byle nie w nadmiarze. Nie uważam, że wszystko, co nie jest ważne dla fabuły, jest zbędne. No nie uważam i już.

 

Ba, uważam wręcz, że są książki, w których liczy się świat, a nie fabuła. Np. moje ukochane “Inne pieśni”.

 

Jak na dodatek do wszystkiego zacznę edytować literacko swoje komentarze, to nie napiszę już żadnego opowiadania, bo jeszcze artykuły naukowe nade mną wiszą ;P

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale wiesz, dlaczego akurat to zaznaczyłem? ;)

Nie uważam, nie uważam, uważam zaczyna lekko brzmieć, hm… niereformowalnie. :)

Okej, rozumiem – w tym konkretnym przypadku to było taki rzeczywiście mocne stwierdzenie po wielu wcześniejszych powtórzeniach (hier stehe ich und kann nicht anders). Ale zazwyczaj (np. we wcześniejszych wypowiedziach w tym wątku) wynika to z czegoś innego – mam alergię na formułowanie subiektywnych wrażeń w formie obiektywnych stwierdzeń i wyroków, dlatego obsesyjnie podkreślam (jak się na tym złapię, to trochę tnę), że to jest moja opinia, a nie wyrocznia. Niemniej na absolutny prymat fabuły nie dam się nawrócić – to niereformowalne ;)

No i trochę choroba polskiej humanistyki – na studiach uczą nas, żeby pisać zachowawczo (prawdopodobnie, zapewne, być może, wygląda na to), a nie formułować mocne sądy. W dyskusji przekłada się to na taki subiektywizm: według mnie, uważam, wydaje mi się. Udało mi się to zwalczyć w tekstach naukowych, ale old habits die hard.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ba, uważam wręcz, że są książki, w których liczy się świat, a nie fabuła. Np. moje ukochane “Inne pieśni”. Zapewne sporo postaci można by wyrzucić, zapewne fabuła mogłaby być bardziej porywająca (ba, w ogóle bardziej konwencjonalnie być). I co? Jak dla mnie arcydzieło i nie potrzebuje lepszej fabuły ani mniejszej liczby postaci.

Ja się zgadzam z Finklą, Inne Pieśni mają bardzo przemyślaną strukturę i kompozycję. Powieść jest sceną ścierania się form i koncepcji filozoficznych, a niektórzy bohaterowie epizodyczni służą temu, żeby te koncepcje reprezentować lub wręcz uosabiać.

Jestem bardzo daleki od wniosku, że Inne Pieśni pozbawione są klasycznej fabuły. Hieronim Berbelek przechodzi modelową podróż bohatera. Kreacja świata gra tu niebagatelną rolę, ale Dukajowi udaje się budować narrację tak, by przedstawione sceny jednocześnie malowały tło i posuwały fabułę naprzód.

Czym innym jest niespieszność i rozłożystość narracji, a czym innym zaśmiecenie kompozycji.

Rozdziały Innych Pieśni zatytułowane są literami greckiego alfabetu. Zauważ, że kilku liter brakuje. Zapytany o to w wywiadzie Dukaj odpowiedział, że usunął sceny, które zamulały kompozycję całej historii. Czyli autor, na którego powołujesz się jako twórcę nieklasyczny fabuł, sam siebie ocenzurował w miejscach, gdzie uznał, że zanadto odbiega od tematu.

Proza nie różni się w tym względzie od malarstwa. Gdybyś chciała namalować intymną scenę balkonową z Romea i Julii, to nie umieścisz na obrazie wszystkich przedstawicieli rodów Montekich i Kapuletów, ani straganiarza z targu, aptekarza, cherubinków z trąbkami, biskupa Werony, patrycjatu miejskiego i tysiąca innych rzeczy, które są w istocie barwne i ciekawe, ale nie ma dla nich miejsca w kompozycji.

Hmmm, really?

 

To przyjrzyjmy się dwu arcydziełom. Zwłaszcza kompozycji. Przykłady można mnożyć, te dwa przyszły mi do głowy natychmiast.

 

Ten obraz ma tytuł “Liktorzy przynoszą Brutusowi ciała jego synów” (Les licteurs rapportent à Brutus les corps de ses fils)

 

 

A to się nazywa oryginalnie “Upadek Ikara” (De val van Icarus):

 

 

W myśl podanej przez Ciebie zasady na obrazie nr 1 nie powinno być zwłaszcza grupy kobiecej (w dodatku, o zgrozo, na pierwszym planie! zajmującej ponad połowę płótna, które nie nazywa się “żona Brutusa opłakuje synów”!), a liktorów i ciał oglądający nie powinien szukać na obrazie. O nr 2 jest świetny esej Iwaszkiewicza, więc nie będę się rozpisywać.

W każdym razie jestem sobie w stanie wyobrazić znakomity obraz na zadany temat z Romea i Julii z mnóstwem elementów niebędących balkonem i dwiema postaciami ;) Co więcej, scenę intymną, mimo mnóstwa elementów dodatkowych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sądzę, że odczuwasz fizyczny ból, kiedy trzeba przyznać komuś rację, nawet w kwestiach zupełnie oczywistych :] 

Nie ma znaczenia, jaka jest nazwa obrazu, nawet ja, laik w kwestii malarstwa, widzę, że zachowanie kobiet stanowi kontrast do postawy Brutusa i ta sekcja płótna wzbogaca wymowę dzieła. Grupa kobieca jest zatem związana z przekazem i treścią obrazu. Gdyby natomiast w tle były wyścigi rydwanów, byłby to element niepotrzebny i psujący kompozycję.

Otrzymałaś od wielu czytelników informację, że Twoje opowiadania zawierają epizody sprawiające wrażenie przypadkowych i stąd kompozycja historii wydaje się być chaotyczna. Przychylam się do tej opinii. Uważam, że to dla Ciebie pożyteczna uwaga i zastosowanie się do niej pozwoli Ci rozwinąć swój warsztat. 

Jeśli niezależne głosy krytyczne powtarzają tę samą opinię, to warto ją rozważyć. Trzymam kciuki, bo cenię fikcję historyczną i uważam, że piszesz dobre rzeczy, mocne warsztawowo i barwne pod względem sztafażu. Jednocześnie jednak dostrzegam powtarzające się mankamenty: epatowanie nadmiarem nawiązań, wprowadzanie postaci historycznych bez wyjaśnienia, kim są i przeładowanie elementami w myśl filozofii “im więcej tym lepiej”.

Zasłanianie się argumentem “ja nie piszę dla mas” trąci niepotrzebną arogancją. Proza nie jest strumieniem świadomości, musi panować w niej porządek.

Nowa Fantastyka