- Opowiadanie: drakaina - Pokusa

Pokusa

Jest to kolejna fantazja na temat prawdziwych zdarzeń. Bohaterka w rzeczywistości opuściła Warszawę dopiero w 1816 roku, a pałac sprzedano carowi następne cztery lata później, ale ponieważ historia jest alternatywna, uznałam za stosowne skondensować wszystkie te zdarzenia w czasie zaraz po Kongresie Wiedeńskim i Waterloo.

Wszystkim betującym składam gorące podziękowania za błyskawiczną i bardzo wnikliwą betę.

Osobom, które czytały (albo planują przeczytać) inne opowiadania z tego uniwersum, podpowiadam, że główny bohater pojawia się wspominany jako małe dziecko w “Gdy rozum śpi”.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pokusa

Li­piec 1815

Stara ko­bie­ta sie­dzia­ła w po­wo­zie, wpa­trzo­na w od­da­la­ją­cy się nie­wiel­ki, po­kry­ty czer­wo­ną da­chów­ką bu­dy­nek, przy­cup­nię­ty obok zamku kró­lew­skie­go. Zer­k­nę­ła ku przy­po­mi­na­ją­cym oczy oknom na dachu, jakby spo­dzie­wa­ła się kogoś w nich zo­ba­czyć.

Po­pra­wi­ła rę­ka­wicz­ki, żeby nie wi­dzieć po­marsz­czo­nych rąk. Nie była przy­zwy­cza­jo­na do sta­ro­ści. Usi­ło­wa­ła od­ga­niać wspo­mnie­nia, ale jej myśli wę­dro­wa­ły upar­cie ku brze­mien­nej w po­li­tycz­ne wy­pad­ki je­sie­ni, kiedy w pa­ła­cy­ku po­ja­wił się ten chło­pak…

 

Li­sto­pad 1806

Przez trzy dni po­by­tu w War­sza­wie Mau­ri­ce La­ve­dière zdą­żył za­po­znać się z kil­ko­ma lo­kal­ny­mi in­try­ga­mi, z któ­rych nie­wie­le zro­zu­miał. Tego ranka sie­dział przy biur­ku i usi­ło­wał skle­cić sen­sow­ny ra­port z do­tych­cza­so­wej misji, ale ko­lej­ne kart­ki lą­do­wa­ły w ko­min­ku, w któ­rym na szczę­ście roz­pa­lo­no po­rząd­ny ogień. Je­sień w tych stro­nach oka­za­ła się wy­jąt­ko­wo chłod­na.

Kiedy miał ska­zać na za­gła­dę ko­lej­ną wer­sję, drzwi otwar­ły się i sta­nął w nich kor­sy­kań­ski or­dy­nans i opie­kun Mau­ri­ce’a.

– Jakiś czło­wiek przy­niósł to dla pana – oznaj­mił, ma­cha­jąc zło­żo­ną kart­ką.

W li­ście było za­pro­sze­nie do miej­skiej sie­dzi­by księ­cia Po­nia­tow­skie­go. Mau­ri­ce zmarsz­czył brwi: ksią­żę miał zja­wić się w War­sza­wie do­pie­ro za kilka dni w awan­gar­dzie fran­cu­sko-pol­skie­go woj­ska, po roz­bi­ciu sta­cjo­nu­ją­cych na północny wschód od mia­sta od­dzia­łów ro­syj­skich… Zer­k­nął na ko­per­tę. Była za­adre­so­wa­na do niego, a za­rów­no na­zwi­sko – choć na­pi­sa­ne w ary­sto­kra­tycz­nej for­mie – jak i kilka słów listu skre­ślo­no ko­bie­cą ręką i to kształ­co­ną jesz­cze w ubie­głym wieku. Jak pismo matki, któ­rej Mau­ri­ce prak­tycz­nie nie pa­mię­tał. Pod­pis był nie­czy­tel­ny.

W Ber­li­nie Mau­ri­ce sły­szał pol­skich ofi­ce­rów wspo­mi­na­ją­cych o głów­nej re­zy­dent­ce war­szaw­skiej sie­dzi­by księ­cia, damie o dzie­sięć lat od star­szej od swego ko­chan­ka, nie­zwy­kle wpły­wo­wej w to­wa­rzy­stwie. Jeśli to ona była au­tor­ką listu…

– Ten czło­wiek czeka na od­po­wiedź? – za­py­tał Pal­mie­rie­go.

Kor­sy­ka­nin po­krę­cił prze­czą­co głową.

– Za­py­tał po fran­cu­sku, czy tu jest pań­ska kwa­te­ra, po czym podał list i wy­szedł bez słowa. W li­be­rii był, ele­ganc­kiej – dodał, uprze­dza­jąc na­stęp­ne py­ta­nie.

Trze­ba bę­dzie pójść, po­my­ślał Mau­ri­ce, usi­łu­jąc przy­po­mnieć sobie, co wie o życiu pry­wat­nym księ­cia. Poza tym, co o więk­szo­ści uty­tu­ło­wa­nych osób: że nie stro­nią od uciech al­ko­wy.

 

Na bi­le­ci­ku było na­pi­sa­ne „co­dzien­nie koło po­łu­dnia”, toteż trzy go­dzi­ny póź­niej za­je­chał pod nie­du­ży pa­ła­cyk, sto­ją­cy tuż obok po­tęż­ne­go zamku kró­lew­skie­go. Zer­k­nął jesz­cze raz na za­pro­sze­nie: było w nim na­pi­sa­ne „Pa­la­is Éta­in-co­uvert”, a jed­nak na dachu za­miast wy­po­le­ro­wa­nych lub spa­ty­no­wa­nych płyt mie­dzia­nych do­strze­gał czer­wień da­chó­wek. Wzru­szył ra­mio­na­mi – nazwy by­wa­ją my­lą­ce.

W sa­lo­nie po­wi­ta­ła go ko­bie­ta, na widok któ­rej po­czuł za­wrót głowy. I nie, nie spra­wi­ła tego jej nie­zwy­kła uroda – ta, po praw­dzie, była dość prze­cięt­na. Mau­ri­ce nie mógł ode­rwać oczu od Hen­riet­ty de Vau­ban, po­nie­waż miał nie­od­par­te wra­że­nie, że widzi przed sobą dwie osoby. Jakby na jeden obraz na­kła­dał się drugi albo jakby za hra­bi­ną czaił się bliź­nia­czy duch. Nie, nie bliź­nia­czy, uświa­do­mił sobie: te ko­bie­ty dzie­li­ła róż­ni­ca przy­naj­mniej dwu­dzie­stu lat. Co wię­cej, kiedy uda­wa­ło mu się sku­pić wzrok na nie­speł­na trzy­dzie­sto­lat­ce, która uśmie­cha­ła się do niego z szez­lon­gu, w jej oczach do­strze­gał do­świad­cze­nie osoby znacz­nie star­szej.

– Mon­sieur de la Vedière… Nie wiem, jak pana ty­tu­ło­wać, bo pan mar­kiz, pań­ski oj­ciec, żyje, a brat…

Mau­ri­ce skrzy­wił się.

– Wy­star­czy po­rucz­nik La­ve­dière, ma­da­me – od­parł. – W prze­ci­wień­stwie do ojca zre­zy­gno­wa­li­śmy z bra­tem z ty­tu­łów.

Dama za­trze­po­ta­ła po­wie­ka­mi.

– Niech więc panu bę­dzie, po­rucz­ni­ku. – Za­śmia­ła się.

– Pani chcia­ła mnie wi­dzieć w ja­kiejś kon­kret­nej spra­wie? – za­py­tał, sta­ra­jąc się igno­ro­wać jej za­lot­ne za­cho­wa­nie. – Moja misja w War­sza­wie nie po­le­ga na oce­nia­niu urody tu­tej­szych dam, toteż…

– Ze­chce pan usiąść, po­rucz­ni­ku. – Wy­mó­wi­ła ostat­nie słowo z prze­sad­ną em­fa­zą, jakby chcia­ła mu dać do zro­zu­mie­nia, że re­pu­bli­kań­skie prze­są­dy kłócą się ze służ­bą w ce­sar­skiej armii. – Za­pro­si­łam pana, po­nie­waż jest pan jed­nym z pierw­szych Fran­cu­zów, jacy zja­wi­li się w War­sza­wie… Oczy­wi­ście nie­ofi­cjal­nie, ale prze­cież Pepi pisał do mnie, no i mam swo­ich ludzi w mie­ście…

Mau­ri­ce zmru­żył oczy. Wy­rzu­cał sobie teraz, że nie za­in­te­re­so­wał się wcze­śniej tą ko­bie­tą, która naj­wy­raź­niej była czymś wię­cej niż przy­ja­ciół­ką sio­stry czy nawet me­tre­są księ­cia.

– Ma­da­me, jak ro­zu­miem, jest naj­lep­szym źró­dłem war­szaw­skich plo­tek – za­ry­zy­ko­wał.

Od­po­wie­dział mu wiel­ce zna­czą­cy pół­u­śmiech.

 

Dwie go­dzi­ny póź­niej opusz­czał pałac, ura­czo­ny za­rów­no ob­fi­tym śnia­da­niem, jak i gar­ścią in­for­ma­cji o róż­nych war­szaw­skich per­so­nach. Na kwa­te­rze szyb­ko na­pi­sał ogól­ny ra­port dla księ­cia Bergu o na­stro­jach pa­nu­ją­cych wśród lud­no­ści mia­sta, o ocze­ki­wa­niach wobec Fran­cu­zów. Za­gad­ka, jaką sta­no­wi­ła przy­ja­ciół­ka księ­cia Po­nia­tow­skie­go, spra­wi­ła, że co­dzien­ne za­da­nia wy­da­ły się znacz­nie ła­twiej­sze.

Prze­pi­sał ra­port szy­frem, po czym dał list Ja­ku­bo­wi Rie­ge­lo­wi, który wcze­śniej prze­pro­wa­dził go do War­sza­wy przez linie nie­przy­ja­ciel­skich wojsk. Ten syn po­znań­skie­go dru­ka­rza, zna­ją­cy chyba wszyst­kie uży­wa­ne na zie­miach pol­skich ję­zy­ki, oka­zał się do­sko­na­łym agen­tem, toteż Mau­ri­ce bez wa­ha­nia po­wie­rzył mu prze­sył­kę.

– Od­dasz to w szta­bie do­wód­cy do­wol­ne­go kor­pu­su fran­cu­skie­go, na jaki się na­tkniesz, dalej sobie po­ra­dzą. A potem wra­caj mi­giem.

Rie­gel uśmiech­nął się i ski­nął głową.

Do jego po­wro­tu wie­czo­rem na­stęp­ne­go dnia Mau­ri­ce zdo­łał do­wie­dzieć się od war­szaw­skich zna­jo­mych, że hra­bi­na jest praw­dzi­wą go­spo­dy­nią Pa­ła­cu, za­miesz­ka­ła tam jesz­cze pod ko­niec ubie­głe­go stu­le­cia, kiedy ksią­żę spro­wa­dził się do War­sza­wy, bar­dzo rzad­ko opusz­cza swoją sie­dzi­bę, za to chęt­nie po­dej­mu­je gości. Jeden czy drugi z nie­chęt­nych Po­nia­tow­skie­mu mło­dzień­ców, któ­rzy li­czy­li na uzy­ska­nie wy­so­kich po­zy­cji pod no­wy­mi rzą­da­mi, usi­ło­wał dać do zro­zu­mie­nia, że pro­wa­dze­nie się hra­bi­ny po­zo­sta­wia wiele do ży­cze­nia. Po praw­dzie nie było w tych in­for­ma­cjach nic sen­sa­cyj­ne­go.

Kiedy tylko Rie­gel za­mel­do­wał się z po­wro­tem, Mau­ri­ce po­le­cił mu zająć się rano zbie­ra­niem in­for­ma­cji i plo­tek o hra­bi­nie w krę­gach, w któ­rych on jako cu­dzo­zie­miec nie miał­by szans się do­ga­dać.

W po­ran­nej po­czcie zna­lazł ko­lej­ny li­ścik od pani de Vauban, tym razem za­pra­sza­ją­cy na przy­ję­cie na­stęp­ne­go dnia. Nie bal – z tym cze­ka­no do przy­by­cia wła­ści­cie­la pa­ła­cu – ale wie­czo­rek mu­zycz­no-po­etyc­ki. Mau­ri­ce wes­tchnął; nie prze­pa­dał za tego ro­dza­ju roz­ryw­ka­mi, ale madame in­try­go­wa­ła go, a w więk­szej gru­pie osób bę­dzie mógł le­piej się jej przyj­rzeć.

 

Po­czuł to, kiedy tylko zna­lazł się znów w sa­lo­nie. Jakby oprócz gospodyni i jej cie­nia zna­lazł się tu ktoś jesz­cze – ktoś mocno z nią zwią­za­ny, sta­no­wią­cy cząst­kę jej isto­ty, a jed­nak nie do końca obec­ny.

Dzię­ki Rie­ge­lo­wi Mau­ri­ce po­sia­dał dwie ważne in­for­ma­cje. To, że pod­czas przy­jęć or­ga­ni­zo­wa­nych przez hra­bi­nę zbie­ra­no datki na bli­żej nie­okre­ślo­ne cele cha­ry­ta­tyw­ne, samo w sobie nie wzbu­dza­ło po­dej­rzeń. Bar­dziej nie­po­ko­ją­ce były wie­ści o po­wią­za­niach jej męża z dwo­rem brata Lu­dwi­ka XVI, który nie­daw­no prze­by­wał w War­sza­wie, a obec­nie za­miesz­kał w Kur­lan­dii pod pro­tek­cją cara. In­for­ma­to­rzy za­pew­nia­li, że pań­stwo de Vau­ban po­zo­sta­wa­li od kilku lat w se­pa­ra­cji, nie­mniej w po­wią­za­niu z ta­jem­ni­czą do­bro­czyn­no­ścią te po­li­tycz­ne związ­ki sta­no­wi­ły powód do nie­po­ko­ju.

Po­rucz­nik La­ve­dière – roz­legł się tuż koło niego głos, nie­wąt­pli­wie na­le­żą­cy do hra­bi­ny. – Cie­szę się, że pan przy­był. Oczy­wi­ście ze­chce pan oce­nić utwo­ry, które moje dro­gie przy­ja­ciół­ki przy­go­to­wa­ły na po­wi­ta­nie Jego Ce­sar­skiej Mości…

Mau­ri­ce zro­bił wszyst­ko, żeby się nie skrzy­wić. Ama­tor­ska po­ezja była za­zwy­czaj jesz­cze gor­sza od ama­tor­skiej mu­zy­ki. Skło­nił się jed­nak uprzej­mie.

– Będę za­szczy­co­ny – od­po­wie­dział z cza­ru­ją­cym uśmie­chem.

Po­ezja oka­za­ła się na­tchnio­na i na­pi­sa­na za­le­d­wie po­praw­ną fran­cusz­czy­zną, a po­nie­waż za­wie­ra­ła głów­nie wy­świech­ta­ne fra­ze­sy, Mau­ri­ce mógł spo­koj­nie uda­wać, że słu­cha, a jed­no­cze­śnie roz­glą­dać się po sa­lo­nie. Nie in­te­re­so­wa­li go jed­nak go­ście hra­bi­ny, ale ra­czej jej wła­sna zwie­lo­krot­nio­na osoba.

Kiedy re­cy­ta­cje się skoń­czy­ły, a Mau­ri­ce zgrab­nie wy­wi­nął się od wy­bo­ru zwy­cięż­czy­ni, po­sta­no­wił wy­ko­rzy­stać fakt, że sta­no­wił atrak­cję wie­czo­ru. Po go­dzi­nie za­spo­ka­ja­nia cie­ka­wo­ści w kwe­stii Na­po­le­ona, ce­sar­skie­go dworu i zwy­cię­skiej kam­pa­nii w Pru­sach, oraz dy­plo­ma­tycz­nych uni­ków w od­po­wie­dzi na wes­tchnie­nia „A Pol­ska?”, zdo­łał w końcu sam zadać kilka pytań. Po­zor­nie nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych, o księ­cia, jego ro­dzi­nę i zwy­cza­je – waż­niej­sze były nie­świa­do­me re­ak­cje roz­mów­ców niż udzie­la­ne od­po­wie­dzi. Gry­mas nie­pew­no­ści, a może i nie­chę­ci, za­uwa­żył na twa­rzy hra­bi­ny do­pie­ro kiedy cał­ko­wi­cie nie­win­nie, z au­ten­tycz­nej cie­ka­wo­ści zadał py­ta­nie o nazwę pa­ła­cu, od­wo­łu­ją­cą się do nie­ist­nie­ją­ce­go me­ta­lo­we­go dachu.

– Och – od­parł jeden z nie­licz­nych męż­czyzn obec­nych na przy­ję­ciu – pół wieku temu dach zajął się ogniem od ude­rze­nia pio­ru­na i sto­pił się. Dla oszczęd­no­ści po­kry­to go na­stęp­nie da­chów­ką – dodał.

Ma­ja­czą­cy za hra­bi­ną cień po­głę­bił się, na jej twa­rzy ry­so­wa­ło się na­pię­cie. Mau­ri­ce czuł, że chcia­ła­by zmie­nić temat, już nawet za­czę­ła się pod­no­sić z sofy…

– O mój Boże! – W nie­spo­dzie­wa­ny su­kurs przy­szła mu młoda żona war­szaw­skie­go no­ta­bla. – Nigdy o tym nie sły­sza­łam! – Po­wa­chlo­wa­ła się dło­nią, mimo że w sa­lo­nie nie było szcze­gól­nie go­rą­co. – Mam na­dzie­ję, że ni­ko­mu się nic nie stało!

– Nie, ma­da­me – od­par­ła chłod­no hra­bi­na, po czym wbiła wzrok w Mau­ri­ce’a. – Ni­ko­mu nic się nie stało – wy­ce­dzi­ła. – Myślę, że czas, by pa­no­wie prze­szli do bi­blio­te­ki, a my na­ra­dzi­my się nad de­ko­ra­cją ka­mie­nic… W końcu lada mo­ment przy­bę­dą tu ważni go­ście. – A kiedy Mau­ri­ce już my­ślał, że po­peł­ni­ła błąd, od­sy­ła­jąc go wraz z in­for­ma­to­rem, do­da­ła gło­sem ocie­ka­ją­cym sło­dy­czą: – Pan po­rucz­nik oczy­wi­ście zo­sta­nie z nami, mu­si­my prze­cież po­znać gusta zna­ko­mi­tych per­son.

 

Na­stęp­ne­go dnia Maurice po­słał Rie­ge­la na dal­sze prze­szpie­gi, sam zaś zło­żył wi­zy­tę ary­sto­kra­tycz­ne­mu mło­dzień­co­wi, który zo­stał w War­sza­wie jed­nym z jego pierw­szych zna­jo­mych.

– Mon cher Vin­cent, co pan wie o pani de Vau­ban? – za­ga­ił bez ogró­dek.

Mło­dzian rzu­cił mu chmur­ne spoj­rze­nie.

– Po­wiem panu tak – od­parł po chwi­li wa­ha­nia – każdy chce być przez nią za­pra­sza­ny, a za­ra­zem oba­wia się tego za­pro­sze­nia jak ognia.

Mau­ri­ce uniósł brwi. Na za­koń­cze­nie wie­czo­ru hra­bi­na z cza­ru­ją­cym uśmie­chem (choć jej cień, wy­da­ło mu się, był pełen nie­po­ko­ju) po­pro­si­ła gości o wspar­cie „pew­nej szla­chet­nej spra­wy gro­szo­wym dat­kiem”. Damy nie­zbyt chęt­nie się­ga­ły do port­mo­ne­tek, a pa­no­wie z le­d­wie ukry­wa­nym znie­cier­pli­wie­niem wy­su­pły­wa­li mo­ne­ty. Wszy­scy kła­dli na tacy mie­dzia­ne drob­nia­ki, Mau­ri­ce wyjął więc fran­cu­ską srebr­ną mo­ne­tę, spo­glą­da­jąc na go­spo­dy­nię z uwagą. „Mon­sieur” – po­wie­dzia­ła, mru­żąc za­lot­nie oczy – „to na­praw­dę drob­na spra­wa, toteż dziś zbie­ra­my tylko gro­si­ki.” Po­nie­waż cień spo­glą­dał na mo­ne­tę z wy­raź­ną nie­chę­cią, Mau­ri­ce od­wza­jem­nił uśmiech hra­bi­ny. „Ma­da­me” – od­rzekł – „w takim razie mój datek po­zo­sta­nie za­licz­ką na więk­szą i waż­niej­szą spra­wę.”

„Nie ma waż­niej­szej spra­wy” – zda­wa­ły się mówić oczy obu wer­sji pani de Vau­ban.

– Oba­wia­ją się? – za­py­tał Mau­ri­ce. – Samej hra­bi­ny czy tylko jej ręki nie­ustan­nie wy­cią­gnię­tej po datki?

Win­cen­ty Kra­siń­ski zamyślił się.

– Myślę, że jed­ne­go i dru­gie­go – po­wie­dział w końcu. – O hra­bi­nie krążą plot­ki, że jed­nym spoj­rze­niem jest w sta­nie usi­dlić każ­de­go… Co naj­wy­raź­niej udało jej się z tym nie­zno­śnym ba­wi­dam­kiem, Po­nia­tow­skim. – Roz­mów­ca Mau­ri­ce’a skrzy­wił się nie­znacz­nie. – Na­to­miast do­bro­czyn­ność… – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – War­sza­wa zbied­nia­ła, od kiedy prze­sta­ła być sto­li­cą, więc nikt nie chce pła­cić na ja­kieś nie­ja­sne cele.

– Ma pan po­ję­cie, co może być przed­mio­tem tej do­bro­czyn­no­ści, zwłasz­cza po­zy­ski­wa­nej w mie­dzia­nych mo­ne­tach?

– Gdy­bym chciał być zło­śli­wy – od­parł Kra­siń­ski z prze­ką­sem – po­wie­dział­bym, że hra­bi­na po­sta­no­wi­ła prze­to­pić je na nowy dach dla swo­je­go pa­ła­cu.

– A gdyby chciał pan być re­ali­stą? – za­py­tał Mau­ri­ce. – Jej mąż był zwią­za­ny z dwo­rem hra­bie­go Pro­wan­sji…

Zdą­żył już wy­wie­dzieć się, że kró­lew­ski brat miesz­kał kilka lat temu nie­da­le­ko pa­ła­cu.

Go­spo­darz za­śmiał się krót­ko.

– Jej mąż to sprze­daj­ny agent. Jeśli pan mu od­po­wied­nio za­pła­ci, bę­dzie zbie­rał in­for­ma­cje nawet dla Na­po­le­ona. Ale od dawna nie ma go w War­sza­wie.

Rie­gel przy­niósł z mia­sta bar­dziej in­try­gu­ją­cą po­gło­skę.

– Od­wie­dzi­łem moich po­bra­tym­ców – po­wie­dział. – Tu­tej­si Żydzi lubią ta­jem­ni­cze opo­wie­ści, więc uzna­łem ich za dobre źró­dło plo­tek o spra­wach nie­zwy­kłych. I wie pan co, tra­fi­łem. Jeden ku­piec, który wtedy, kiedy wydarzył się pożar, był tro­chę star­szy od pana, twier­dzi, że opo­wia­da­no nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie o go­le­mie wi­dzia­nym na dachu pa­ła­cu. Po­dob­no jeden rabin pro­po­no­wał nawet pomoc w po­zby­ciu się mon­strum, ale nikt nie chciał go słu­chać.

Kilka go­dzin póź­niej, uzbro­jo­ny w pod­sta­wo­wą wie­dzę o go­le­mach, Mau­ri­ce udał się w to­wa­rzy­stwie Rie­ge­la w oko­li­ce zamku kró­lew­skie­go. Kazał fia­kro­wi za­trzy­mać się w miej­scu, z któ­re­go roz­ta­czał się do­sko­na­ły widok na czer­wo­ne po­kry­cie dachu.

– To nie ma sensu – po­wie­dział do Ja­ku­ba. – Mó­wi­łeś, że go­le­my two­rzy się z gliny, a nie z me­ta­lu.

– Nie twier­dzę, że ta po­gło­ska jest w stu pro­cen­tach praw­dzi­wa – od­parł chło­pak.

– Touché. – Mau­ri­ce za­my­ślił się. – Sły­sza­łeś o eks­pe­ry­men­tach Volty? – za­py­tał nagle.

Oczy Rie­ge­la roz­bły­sły.

– Oj­ciec dru­ko­wał o nich bro­szur­kę – od­parł – więc prze­czy­ta­łem. Ponoć Jego Ce­sar­ska Mość wi­dział je na wła­sne oczy – dodał z roz­ma­rze­niem.

– Wi­dział – przy­znał Mau­ri­ce. – A są i tacy ucze­ni, któ­rzy wie­rzą, że wy­ła­do­wa­nia elek­trycz­ne, a więc i pio­ru­ny, mogą być źró­dłem życia. Może więc ten pio­run, który ude­rzył w dach…

– … po­wo­łał do życia isto­tę po­dob­ną do go­le­ma? – do­koń­czył z nie­do­wie­rza­niem, ale i za­chwy­tem Rie­gel.

Mau­ri­ce po­tak­nął. Nadal jed­nak nie wie­dział, jaki mo­gło­by to mieć zwią­zek z hra­bi­ną i jej cie­niem. Oraz czy za­gra­ża­ło w ja­ki­kol­wiek spo­sób ce­sa­rzo­wi… Gdyby hra­bi­na jed­nak oka­za­ła się ro­ja­li­stycz­ną agent­ką… We­dług opo­wie­ści Rie­ge­la go­le­my mogą być kon­tro­lo­wa­ne przez swo­ich stwór­ców, ale czy da się okieł­znać coś, co po­wsta­ło w wy­ni­ku ude­rze­nia pio­ru­na?

 

Jedna z za­sły­sza­nych plo­tek pod­po­wie­dzia­ła mu dal­szy plan dzia­ła­nia. Po­słu­żył się tym samym pod­stę­pem, co nie­gdyś trzy do­brze uro­dzo­ne panny, pra­gną­ce do­stać się do sy­pial­ni księ­cia: prze­ku­pił pa­ła­co­we­go ka­mer­dy­ne­ra. Na­stęp­ne­go dnia sta­wił się na miej­scu o go­dzi­nie, kiedy hra­bi­na uda­wa­ła się na drzem­kę i trzy­ma­jąc się z dala od jej pokoi, udał się na górne pię­tra.

Nie mu­siał długo szu­kać. To, co wy­czuł w wie­czór przy­ję­cia, zda­wa­ło się go pro­wa­dzić jak psa, który zła­pał trop zwie­rzy­ny. Chwi­lę póź­niej stał przed za­ma­sko­wa­ny­mi drzwia­mi na samym pod­da­szu, za­pew­ne na wy­so­ko­ści ga­le­ryj­ki wień­czą­cej fa­sa­dę. Po­pchnął drzwi, które otwar­ły się bez­sze­lest­nie, jakby były czę­sto uży­wa­ne, a za­wia­sy oli­wio­ne.

W środ­ku zo­ba­czył zwy­czaj­ne dla ta­kich miejsc pa­nop­ti­kum: stare meble, ubra­nia, przed­mio­ty; nie­któ­re w pół­otwar­tych skrzy­niach, inne po pro­stu rzu­co­ne na pod­ło­gę lub za­wie­szo­ne na ścia­nach.

Nagle usły­szał za sobą ciche me­ta­licz­ne brzę­cze­nie. Od­wró­cił się. To, co przed chwi­lą wy­da­ło mu się starą zbro­ją wci­śnię­tą w kąt, stało przed nim z wy­cią­gnię­tą ręką, na któ­rej le­ża­ła garść mie­dzia­nych monet.

Mau­ri­ce nie miał wąt­pli­wo­ści, że to coś żyje. Me­ta­lo­wy golem, oży­wio­ny przez ude­rze­nie pio­ru­na, ukształ­to­wa­ny ze sto­pio­ne­go dachu.

Nagle po­czuł coś jesz­cze. Isto­ta mó­wi­ła do niego w my­ślach. To nie były słowa, ale czuł bar­dzo wy­raź­nie, że ten stwór – przy­po­mi­na­ją­cy na­krę­ca­ne lalki, choć do­rów­nu­ją­cy wzro­stem czło­wie­ko­wi – kusi go obiet­ni­cą speł­nie­nia naj­głęb­szych pra­gnień… Przez myśl Mau­ri­ce’a prze­mknę­ło wspo­mnie­nie dziew­czę­cej twa­rzy to­wa­rzysz­ki jego wcze­snej mło­do­ści. Zdu­mia­ło go to: nie są­dził, że czuł do niej co­kol­wiek wię­cej niż przy­jaźń i uczu­cia wy­ni­ka­ją­ce z tego, że dwoje osie­ro­co­nych dzie­ci wy­cho­wy­wa­ło się w do­mach dwóch braci jak przy­bra­ne ku­zy­no­stwo…

W kie­sze­ni wy­czuł drob­ny okrą­gły kształt. Po­wol­nym ru­chem wyjął mo­ne­tę – była mie­dzia­na. W ma­rze­nia wdar­ła się zimna fala: sto­ją­ca przed nim isto­ta ema­no­wa­ła uczu­ciem żar­łocz­ne­go głodu. Mau­ri­ce cof­nął się o krok.

– Niech pan tego nie robi. – Po­grą­żo­ny w tran­sie nie do­sły­szał kro­ków, ale wie­dział, do kogo na­le­ży ten głos.

Hra­bi­na po­ło­ży­ła mu dłoń na ra­mie­niu. Od­wró­cił głowę, nie­pew­ny, co zo­ba­czy.

Miał przed sobą damę w wieku, w jakim by­ła­by teraz jego matka. Wzrok na­po­tkał zmę­czo­ne oczy, po czym po­wę­dro­wał dalej. Tak jak się spo­dzie­wał, za ple­ca­mi praw­dzi­wej pani de Vau­ban uno­sił się teraz duch jej młod­szej wer­sji.

– Odkąd pana po­zna­łam, wie­dzia­łam, że pan to od­kry­je. Pan wi­dział, praw­da?

Mau­ri­ce po­tak­nął.

– A potem, kiedy za­py­tał pan o dach…

– Nie wie­dzia­łem, że te spra­wy mają zwią­zek – za­pew­nił ją Mau­ri­ce, ale ona nie słu­cha­ła.

– Od­kry­łam to nie­dłu­go po przy­jeź­dzie – po­wie­dzia­ła, nie zdej­mu­jąc mu ręki z ra­mie­nia, jakby po­wstrzy­my­wa­ła go od po­dej­ścia do mie­dzia­nej fi­gu­ry. – Nie byłam już wtedy młód­ką, co za­czy­na­ło być wi­docz­ne. A tak bar­dzo, bar­dzo chcia­łam za­cho­wać mło­dość i urodę…

Mau­ri­ce po­czuł, że się ru­mie­ni. Na szczę­ście na stry­chu było ciem­no, świa­tło wpa­da­ją­ce przez nie­wiel­kie okna prze­sła­nia­ły ster­ty gra­tów.

– On… – Wska­zał na go­le­ma czy może ra­czej au­to­ma­to­na. – On speł­nia ży­cze­nia?

Hra­bi­na po­tak­nę­ła.

– Ule­głam po­ku­sie. Mój mąż, z któ­rym wkrót­ce ze­rwa­łam sto­sun­ki, za­ra­bia na życie sprze­da­jąc in­for­ma­cje. Ja pra­gnę­łam ła­twiej­szej, bez­tro­skiej eg­zy­sten­cji, a tę mogła mi za­pew­nić je­dy­nie od­po­wied­nia po­zy­cja to­wa­rzy­ska… Mu­sia­łam przy­wią­zać do sie­bie Pe­pie­go, a zmarszcz­ki i si­wie­ją­ce włosy nie służą do­brze trwa­ło­ści uczuć, zwłasz­cza jeśli te nigdy nie były głę­bo­kie.

Jej wzrok spoczął na po­sta­ci z me­ta­lu. Przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w po­zor­nie mar­twe oczy po­są­gu, po czym wes­tchnę­ła.

– Do­my­ślam się, czym zwo­dził pana – po­wie­dzia­ła z wes­tchnie­niem. – Ale zbyt wiele by to pana kosz­to­wa­ło.

Mau­ri­ce uniósł brwi.

– Tak, on speł­nia ży­cze­nia. – Hra­bi­na do­pie­ro teraz udzie­li­ła od­po­wie­dzi na jego py­ta­nie. – Ale ceną jest przy­wią­za­nie do tego miej­sca. Mu­siał pan sły­szeć, że rzad­ko opusz­czam pałac – jeśli to zrobię na dłużej, wiek natychmiast przypomni o sobie. – Przeniosła znów wzrok na figurę. – Karmię go mo­ne­ta­mi, dzię­ki którym coraz bar­dziej przy­po­mi­na czło­wie­ka. Sądzę, że w swej próż­no­ści pra­gnie upodobnić się do nas, choć na razie jest tylko zdolną do kilku kroków kukłą.

Mau­ri­ce w prze­ra­że­niu cof­nął rękę z mo­ne­tą.

– Pan marzy o mi­ło­ści ko­bie­ty, praw­da? Kon­kret­nej mło­dej damy? – za­py­ta­ła cicho hra­bi­na. – Ale czy chciał­by pan, żeby to uczu­cie nie było praw­dzi­we? Albo żeby ona ko­cha­ła pana tylko tu, w tym pa­ła­cy­ku, któ­re­go ja je­stem więź­niem?

Mau­ri­ce po­czuł, że szumi mu w uszach. Metalowa postać nadal szep­ta­ła do niego, roz­ta­cza­jąc ku­szą­ce wizje. Hra­bi­na ujęła go za rękę i po­cią­gnę­ła za drzwi, za­my­ka­jąc je za sobą.

– Niech pan tu nie wraca – po­wie­dzia­ła. – Nie wszy­scy go sły­szą, więc mogą mu bez­piecz­nie skła­dać nie­świa­do­me ofia­ry. Ale pan widzi, czym ja się sta­łam. Pan jest w nie­bez­pie­czeń­stwie, bo nie tylko wy­czu­wa to pan, ale jest do­cie­kli­wy.

Mau­ri­ce wpa­try­wał się w nią, oszo­ło­mio­ny.

– Niech mi pani tylko powie… ten dach?

Hra­bi­na po­krę­ci­ła głową.

– Nie wiem zbyt wiele. Po­dob­no czę­ści po­szy­cia nigdy nie od­na­le­zio­no po tym, jak znisz­czył je pio­run. Niech pan już idzie.

 

Kilka dni póź­niej Mau­ri­ce La­ve­dière ofi­cjal­nie wje­chał do War­sza­wy w or­sza­ku księ­cia Bergu. Po trium­fal­nym prze­jeź­dzie uli­ca­mi mia­sta mu­siał udać się na przy­ję­cie w pa­ła­cu Po­nia­tow­skie­go. Przez cały wie­czór czuł na sobie wzrok pani de Vau­ban, pil­nu­ją­cej, by nie wy­mknął się na pod­da­sze, z któ­re­go do­bie­gał stłu­mio­ny szept.

 

Li­piec 1815

Hra­bi­na nie spusz­cza­ła oczu z czer­wo­nych da­chó­wek, od­ci­na­ją­cych się od błę­ki­tu nieba. Teraz, kiedy ksią­żę nie żył, a ce­sar­ska spra­wa po­nio­sła pod Wa­ter­loo klę­skę, nie chcia­ła tu po­zo­sta­wać. Mo­gła­by roz­po­cząć nową grę z no­wy­mi miesz­kań­ca­mi, któ­rych wpro­wa­dzi tam car Alek­san­der. Nie­mniej wła­ści­we py­ta­nie brzmia­ło, czy tego chcia­ła, a pani de Vau­ban udzie­li­ła już sobie na nie od­po­wie­dzi.

Ostroż­nie, pil­nu­jąc, żeby rę­ka­wicz­ka nie zsu­nę­ła się, uka­zu­jąc po­marsz­czo­ną skórę ręki, unio­sła do oczu nie­wiel­ką lor­net­kę. W okien­ku nad głów­nym gzym­sem do­strze­gła nie­ru­cho­my kształt. Wie­dzia­ła, że głod­ny wzrok me­ta­lo­we­go czło­wie­ka bę­dzie ją prze­śla­do­wał do końca życia. Wie­dzia­ła też, że jak­kol­wiek po­rucz­nik La­ve­dière nigdy wię­cej nie za­wę­dro­wał na strych, on rów­nież nie zdoła od­go­nić od sie­bie tego wspo­mnie­nia.

 

Koniec

Komentarze

Noooo, coraz lepiej.Czapki z głów. Jeno brak mi tu czegoś, bo ja wiem, o, już mam: mocniej zaznaczonej kulminacji!:).

 

Czyli używano kiedyś golemów zamiast chirurgów plastycznych? Kto by się spodziewał ;).

Jak zwykle – ładne. I pouczające. Choć może trochę zabrakło jakiegoś horrorowatego dreszczyka…

Mogłaś tylko zasugerować gdzieś, że brat Ludwika XVI i hrabia Prowansji to ta sama osoba, oraz wymienić nazwisko księcia Bergu. Dla tych nieguglujących :).

Się przyczepię tylko do “w którym na szczęście w którym na szczęście” – wiadomo, oraz “w tych rejonach” – tu wg mnie lepsze byłoby “w tych stronach”.

W każdym razie – czyta się! I klimacik ma!

 

PS. A dach w Pałacu Pod Blachą rzeczywiście się stopił? Bo tego to nie pamiętam.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

damie o dziesięć lat od starszej od swego kochanka,

 

Jeden kupiec, który w roku 1760, a więc wtedy, – auć! w wypowiedzi?

 

Muszę przerwać, dokończę później. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opinia z bety:

O ile fabuła mnie nie za bardzo porwała, to podobnie jak w “Krokach” i “Gdy rozum śpi” budujesz bardzo wciągającą atmosferę czasów napoleońskich, a tajemnicza magia wprowadza dodatkowo nutkę gotyku. […] Reasumując, trzymające poziom opowiadanie, choć wolałem jednak dwa poprzednie z tego uniwersum. Ale w tym plus za wprowadzenie polskiego motywu.

Obiecuję, że zabieram się wkrótce za “Gdy rozum śpi”. Nie mam żadnego racjonalnego wytłumaczenia, dlaczego jeszcze nie przeczytałam. Piszę tak, bo Twój styl idealnie pasuje w moje gusta. Nie przepadam za okresem napoleońskim, ale w Twoim wydaniu, cały czas się przekonuję (a na początku tego roku przeczytałam malutką książeczkę “Pożądanie” Winterson, więc taki czytelniczy foreshadowing). 

To maleństwo nie jest ma jakiejś porywającej akcji, ba, zgadzam się ze Staruchem, że kulminacja nie jest jakaś intensywna. Ale ten klimat wciągnął mnie od razu, zafascynował. Lubię takie spokojne rozwijanie akcji, wyważenie przebijające się w każdym zdaniu. 

No i cholercia, rzadko to wspominam, bo rzadko mi się to zdarza – naprawdę pięknie piszesz, drakaino. W sam raz dla prozy, którą uprawiasz. 

To o kulminacji było moje!;D

Hmm, w kwestii kulminacji – ja tu sobie wymyśliłam właśnie taką spokojną historię. Osoba, która popełniła w życiu błąd i póki co nie chce sie z niego jeszcze wycofać, postanawia uchronić kogoś innego przed popełnieniem tego samego błędu – i tyle. Nie bardzo wiem, co by miało być kulminacją, bo to w sumie jest o hrabinie bardziej niż Maurycym…

 

Śniąco – jak zapiszę datę słownie, to przekroczę limit ;) Ale po namyśle postanowiłam ją w ogóle wyrzucić, bo w tekście są daty akcji, więc można sobie policzyć, kiedy mniej więcej był pożar, na dodatek nie ma to wielkiego znaczenia.

 

Drobiazgi stylistyczne poprawię, dziękuję :)

 

edytka (@Staruch):

 

Mogłaś tylko zasugerować gdzieś, że brat Ludwika XVI i hrabia Prowansji to ta sama osoba, oraz wymienić nazwisko księcia Bergu. Dla tych nieguglujących :)

Po zdaniu z hrabią Prowansji jest zdanie z królewskim bratem, więc może wystarczy? On skądinąd używał tytułu hrabia Lille, bo król Prus zażyczył sobie incognita.

A jeśli nawet podam nazwisko Murat, to nie jestem pewna, czy nieguglającym wielką różnicę to zrobi… Wprawdzie akurat ten facet odgrywa w moim uniwersum niebagatelną rolę, ale tu jest głównie dlatego, że to rzeczywiście on jako pierwszy z Poniatowskim wjechał do Warszawy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Doczytałam. Niezwykle spokojne to opowiadanie. I nie jest to zarzut z mojej strony, bo klimatem tekst stoi – tu się zgadzam z poprzednikami. Bardzo ładnie nakreślona opowieść, z nutką niepokoju. Lubię takie prawdziwe historie, które płynnie przeplatają się z fantazją.

Jeśli miałabym na coś narzekać, to na zbytnią tajemniczość miedzianego golema, ale rozumiem, że limit nie pozwolił na rozwinięcie tego elementu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Do mnie nie przemówiło.

Czuję się niedopieszczona fabularnie. Jak wspomniałaś – to historyjka o starszawej damie próbującej uchronić młodego człowieka przed błędem. Ale to jest zawarte w jednej scence. Reszta to wprowadzenie. I rozwija się tak wolno, że wczoraj mnie uśpiło.

Tak, występują postaci historyczne i to może dodawać smaczku. Jeśli ktoś się dobrze orientuje w szczegółach. Do mnie nie trafiło.

I nie jestem pewna, jakie słowo Ci się trafiło.

Babska logika rządzi!

Byłem pewien, że jest golem, a jednak nie…

Myślałem, że słowo 12, ale to chyba Śniąca wylosowała? Więc może 42? Też nie wiem.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu, ja hasło 12??? A skąd Ci to do głowy przyszło? Moje hasło jest proste i wcale go w tekście nie ukrywam (raczej się nie da z niego zrobić tajemnicy czy zagadki ;)), chociaż ani raz nie pada. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mnie najbardziej pasuje 14. Ale 6 też może wchodzić w grę, coś w tym stylu jest mocno akcentowane. No i nie zdziwiłabym się, gdyby to było 5, nie znam tych gości…

Babska logika rządzi!

A dobra, już wiem. Śniąca, tak się zafiksowałem na tym spawaniu, że wydawało mi się, iż o materiał tych “dzwonów rurowych” chodzi blush.

 

EDIT: Wydaje mi się, że ani 5, ani 6. Więc zostaje co zostaje.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Przeczytajcie raz jeszcze pierwszy komentarz Starucha ;D

I would prefer not to.

No niestety hasło nr 5 nie trafiło mi się. Taka karma.

 

A 6 jest austriackie, a tu Austriaków ani dudu, choć teoretycznie na razie granicę mają tuż za Warszawą. Ale przekroczą ją dopiero za trzy lata, w ramach jednej z najbardziej bezsensownych i absurdalnych kampanii w dziejach Europy ;) Kiedyś pewnie coś o tym napiszę, bo się prosi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czyli zostaje 14. OK, odhaczam. ;-)

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Wydaje mi się, że siły rosyjskie stacjonowały głównie na płn. od Warszawy. Była, gdzieś uwaga o płd-wsch. Nadto, jeśli Murat wszedł po 3 dniach do Warszawy. To wojska rosyjskie były zdecydowanie na płn. chyba, że Kamieński był na płd.

Przedstaw bohatera szybciej. Podczas rozmowy Mauricea z Krasińskim, zdecydowanie zbyt późno “mówisz” kim jest “Vincent”, przeto Krasiński wyskakuje jak królik z kapelusza.

 

Jestem oczarowany, Drakaino. Pięknie to odmalowałaś. Jak widać, możesz “rozpisać” prawdziwą wiedzę historyczną tak, by urzekała. Świetny i lekki język, dialogi tak naturalne, jak młode marchewki prosto z ziemi, trzydzieści lat temu na działce u mojej babci. Dobrze zarysowani bohaterowie, Maurice Lavedière i pani de Vauvannie, bajka, tak wyglądają postacie “z krwi i kości”. Nie przytłaczasz wiedzą i faktami na ich temat, wplatasz w to bale, romanse i klimat tamtych czasów. W ogóle zachowania wszystkich bohaterów są bez uwag, nawet tych drugoplanowych, wypowiadających po dwa zdania.

Podobał mi się też pomysł z golemem w zbroi, nienachalny, ale wystarczająco mocno osadzony, by poczuć respekt.

Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, ale się nie przyczepię, to zbyt duża sensualność, jaką obdarzyłaś mężczyznę (Maurice’a). Tak z marszu wchodzi i do razu wszystko widzi, ale ok. To Francuz. ;)

Bardzo dobre opowiadanie. Pozdrawiam.

 

Edit: Dopiero teraz zauważyłem, że to betowany tekst… Ale co tam, słowo się rzekło, a że urzekło, więc niech tak zostanie.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Doceniam dobry język, styl, klimat i historyczną otoczkę. Fabularnie jednak nie porwało mnie, działo się zbyt mało i zbyt wolno jak na mój gust. :) I rzeczywiście kulminacja mogłaby być trochę mocniejsza.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dalekopatrzący – dziękuję za wyłapanie geograficznego babola. Chyba mi się na mózg rzuciło półtora miesiąca spędzone w miastach, w których rzeki dzielą miasta na część północną i południową, i za każdym razem ta “druga” była na południu, więc Praga (”na drugim brzegu”) mi się też na południe od Warszawy przeniosła ;)

 

Darconie – dziękuję i aż się rumienię. I za zauważenie sensualizmu Maurice’a – on właśnie taki ma być.

 

Natomiast wszystkim, którzy chcieliby kulminacji (naparzanki z blaszanym golemem?) mogę powiedzieć, że jakkolwiek jestem wielką miłośniczką historii wojskowości, opisy bitew i bójek nie sa tym, co najbardziej lubię w literaturze, ponieważ nawet największym pisarzom zazwyczaj wychodzą dość nudno. A tu konkretnie nie chodziło o konfrontację z “golemem”, bo on nie jest typem konfrontacyjnym. On po prostu jest – powstał przypadkowo. Jeśli się kiedyś całkiem uczłowieczy, to nie wiem, może zacznie działać. Jak będę miała na to pomysł, to go spiszę.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pięknie Ci to wyszło, Drakaino.

O ile podążanie za młodością to chyba dość częsty motyw, o tyle po raz pierwszy widzę, by w sprawę angażować golema. ;)

Ładna historia i zrozumiała nawet bez wujka Google. Od strony języka i fabuły nie ma się do czego przyczepić. Ta niespieszność przypadła mi do gustu. :)

A mnie właśnie ten brak kulminacji się podoba, zostawia otwarte zakończenie. Może Lavediere jednak wróci do golema, a może znajdzie go ktoś inny. Rola Madame już skończona, więc opuszcza scenę, zwalniając miejsce dla następnego bohatera.

“z dworem brata Ludwika XVI, który niedawno przebywał w Warszawie” trochę niejasne czy przebywał brat czy Ludwik, dopiero potem w tekście się połapałem.

Bardzo fajne i klimatyczne.

 

Drakaino: Kulminacja to niekoniecznie naparzanka. Bardziej chodziło mi o napięcie, panahiczkokowe takie bardziej;). Pozdr.

I mnie się podobało. Tym razem nie poczułem się przytłoczony historyczną otoczką, która wypadła przystępnie i dodawała smaczku. Fabuła jest prościutka, ale przynajmniej jasno wyłuszczona i zrozumiała. Do tego czułem taki eteryczny nastrój unoszący się w tych pałacowych wnętrzach, pomiędzy pokojami i korytarzami. Bardziej rozbudowana i pokomplikowana fabuła dodałaby tylko temu opowiadaniu blasku, a tak – rewelacji nie ma, ale i tak czytało mi się przyjemnie.

Bardziej rozbudowana i pokomplikowana fabuła dodałaby tylko temu opowiadaniu blasku

Na to akurat nie pozwolił limit, ale jako zwolenniczka konkursowych limitów nie powinnam narzekać. Może pokonkursowo, w ramach uniwersum, kiedyś rozwinę to opowiadanie, dodając mu nieco fabularnego wypychacza.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo zacnie napisana historia, choć w nieco, jak dla mnie, rozwlekły sposób dochodzi do sedna rzeczy. Jednakowoż czytało się tak dobrze, że i znużyć za bardzo nie zdążyło. ;)

 

„Mon­sieur” – po­wie­dzia­ła, mru­żąc za­lot­nie oczy – toteż dziś zbie­ra­my tylko gro­si­ki.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

„Ma­da­me” – od­rzekł – „w takim razie mój datek po­zo­sta­nie za­licz­ką na więk­szą i waż­niej­szą spra­wę.” –> Jak wyżej.

 

– … po­wo­łał do życia isto­tę po­dob­ną do go­le­ma? –> Zbędna spacja po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję :)

 

Z tymi kropkami po cudzysłowie to nigdy się chyba nie pogodzę, bo są dla mnie skrajnie nieintuicyjne, więc trudno mi będzie zmusić je, żeby weszły w krew… Ale poprawię po zakończeniu konkursu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dlaczego? W tym jest jakaś logika: kończysz cytat, zamykasz cudzysłów i dopiero potem kropką kończysz własną wypowiedź. Albo kontynuujesz po przecinku…

Babska logika rządzi!

Przykro mi, Drakaino, bo wiem, jaki jest Twój pogląd na rzeczone kropki, ale nic nie poradzę na to, że nie mogę się powstrzymać przed wytknięciem kropki postawionej przed zamknięciem cudzysłowu, a i przed zamknięciem nawiasu takoż.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg: Ależ bardzo słusznie i jestem Ci za to wdzięczna…

 

A co do mojego poglądu, Finklo: na moje wyczucie kropka należy do wypowiedzi, bo to w obrębie wypowiedzi zamyka się zdanie. Cudzysłów jedynie podkreśla, że ja je cytuję. Nic na to nie poradzę, że dla mnie to jest logiczne, a nie norma :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam. Komentarz po zakończeniu konkursu :)

Chciałabym zgłosić ten tekst do najlepszych opowiadań lipca 2018. Robię to, ponieważ:

– przekonał mnie nastój tekstu i sposób oddania w nim historycznych realiów,

– podoba mi się poprowadzenie postaci głównej bohaterki i subtelne pokazanie ceny, jaką płaci za pakt z golemem,

– duże wrażenie zrobił na mnie sposób ogrania aluzji do “Frankensteina” (piorun, monstrum nie do końca będące potworem).

Przybyłam tu zwabiona wątkiem z najlepszymi opowiadaniami lipca.

Choć jednak czytało mi się dobrze – tekst jest ładnie napisany, oddaje klimat epoki, postacie są ciekawie zbudowane – to fabuła kompletnie do mnie nie trafiła. Rozwiązanie zagadki ani mnie grzeje, ani ziębi, co najwyżej mnie lekko zdziwiło. Także przeczytałam gładko i poświęconego na to czasu nie żałuję, jednak zabrakło mi tu czegoś, co by zrobiło na mnie wrażenie i pozwoliło tekst zapamiętać na dłużej.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Podoba mi się Twój styl. Takimi historiami można się delektować. Trochę ciągnął mi się początek opowiadania, polityka, obyczaje i poezja pań z wyższych sfer, ale szybko zrobiło się ciekawiej. Co do hasła, musiałam sięgnąć do ściągawki dla jurków, i najpierw pomyślałam, że trochę na siłę je wykorzystałaś… a potem zaczęłam sobie wyszukiwać informacje o realiach opowiadania i zrobiło mi się głupio :-)

Ojej, dziękuję za opinię :)

Prawdę mówiąc, zastanawiałam się, czy umieścić nazwę pałacu wprost w opowiadaniu, ale w końcu postanowiłam tego nie robić (nie po polsku w każdym razie), tylko pozostawić do ewentualnego guglania, choć Pałac pod Blachą wydawał mi się oczywistością, bo i dziś tak się na niego mówi. Teraz nie wiem, czy to był dobry pomysł. Ponieważ być może opublikuję to opowiadanie gdzie indziej i i tak będę musiała je trochę w tym celu zmodyfikować, to w wersji nr 2 zapewne już nie pominę nazwy.

A mogę się w sumie przyznać, że historii dachu wcześniej nie znałam, bo potem znów położono blachę, więc o epizodzie z dachówką dowiedziałam się przy okazji szukania, jak by tu ten pałac ograć w związku z tym, że takie mi się hasło trafiło – z jednej strony niby wymarzone, z drugiej – bardzo banalne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To popisałam się nieznajomością Warszawy – mam nadzieję, że inni czytelnicy okażą się bardziej domyślni :-)

Nowa Fantastyka