- Opowiadanie: drakaina - Kometa

Kometa

Pierwszy w moim dorobku tekst, który napisałam na bardzo długo przed terminem...

Bardzo dziękuję wszystkim betaczytelnikom (Staruch, NWM, Światowider, Deirdriu, Arnubis, SzyszkowyDziadek) za pomoc w uniknięciu guglania (aczkolwiek polecam wyguglanie daty dziennej wybuchu wojny francusko-pruskiej), wszelkie inne uwagi oraz ciekawe dyskusje na marginesie opowiadania :)

Disclaimer: to nie jest opowiadanie kryminalne.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kometa

13/14 listopada 1869

Kowal Lucien Durand nie był ani pobożny, ani zabobonny, ale widok ognistej kuli sprawił, że na wszelki wypadek się przeżegnał. A następnie splunął przez lewe ramię.

Kiedy w roku 1811 jako mały chłopiec oglądał przelot komety, ojciec nie czynił takich znaków. Po pierwsze dlatego, że Martin Durand nie wierzył w żadne przesądy, a po drugie kometa zwiastował pomyślne wieści, narodziny następcy cesarskiego tronu. Po wielu zawieruchach następca tron odzyskał, więc wróżba okazała się prawdziwa.

Tylko że kometa leciał wysoko i daleko, a nie jak to, co przed chwilą rozbłysło na nocnym niebie tuż nad czubkami drzew. Takie coś mogło zapowiadać jedynie klęski i nieszczęścia.

Durand wzruszył ramionami, poprawił portki i zawrócił do drzwi. Nie miał żadnego wpływu na to, co wydarzy się na świecie, więc nie zamierzał się tym przejmować.

Gdyby trochę dłużej spoglądał ku lasom na zachód od kuźni, zapewne dostrzegłby utrzymującą się jeszcze przez kwadrans na niebie łunę. Ale bardzo chciało mu się spać, więc nie spojrzał za siebie, tylko nieco chwiejnym krokiem skierował się do izby. Kilka minut później chrapał w najlepsze.

W niedzielny poranek ze snu miała go wyrwać niespodziewana wizyta.

 

14 listopada 1869

Inspektor Vidocq, szef policyjnego biura do spraw specjalnych, przybył do Verdun jeszcze przed świtem wraz z ministrami wojny i spraw wewnętrznych. Przyjechali specjalnie podstawionym pociągiem, najszybszym, jaki miała na wyposażeniu armia, a prosto ze stacji udali się w towarzystwie komendanta twierdzy do pobliskiego lasu. W powozie panowało milczenie, zakłócane jedynie mechanicznym stukotem żelaznych kopyt o ziemię i zgrzytaniem blachy.

Opresyjną ciszę przerwał w końcu pułkownik. Odchrząknął i powiódł po towarzyszach podróży niepewnym wzrokiem.

– W depeszy, którą wysłałem – powiedział bardzo cicho – była mowa o meteorycie, ale, jak zapewne panowie się domyślili…

Potaknęli, popatrując po sobie. Zdążyli to omówić w pociągu: nikt nie wyciąga ministra wojny z łóżka w środku nocy, opatrując depeszę klauzulą najwyższej poufności, z powodu kawałka kamienia, choćby i spadł z nieba.

Chwilę później powóz zatrzymał się i ktoś z zewnątrz otworzył drzwiczki.

Polana była słabo oświetlona, ale kilka lamp naftowych oraz pochodni wystarczyło, żeby Vidocq gwizdnął.

Wśród wypalonej trawy i połamanych gałęzi leżała sterta żelastwa, otoczona kordonem żołnierzy.

 

– Łunę zauważył sierżant Petit – powiedział pułkownik, wskazując na jednego z podwładnych. – W zasadzie wtedy jeszcze kapral, ale oczywiście natychmiast go awansowałem… – Marszałek, minister wojny, skinął głową na znak aprobaty. – Sierżancie, proszę zdać raport.

Stojący na baczność wysoki chudzielec wyprostował się jeszcze bardziej, po czym zgromiony przez przełożonego wzrokiem rozluźnił postawę i rozejrzał się niepewnie po ważnych osobistościach.

– Jako podoficer odpowiedzialny za zaopatrzenie – zaczął relację – sprawdzałem zapasy w magazynie. Tego dnia mieliśmy manewry, więc większość żołnierzy już spała, choć zazwyczaj w soboty…

– Do sedna, sierżancie! – zwrócił mu uwagę pułkownik.

– Tak jest! Była może jedenasta… – Petit mówił szybciej i bardziej nerwowo. – Pobiegłem natychmiast do wartowników i do kapitana, a on zorganizował grupę rekonesansową… – Żołnierz spojrzał na dowódcę.

Komendant twierdzy westchnął ciężko.

– Dziesięciu ludzi – powiedział. – Czterej nie żyją, dwaj są w lazarecie w stanie krytycznym, trzech może się wykaraska, a jeden zniknął albo uciekł.

Vidocq uniósł pytająco brwi.

– Nie znaleźliśmy ciała.

Inspektor spojrzał na niebo, które na wschodzie już powinno szarzeć, ale horyzont zasłaniały drzewa. Był zły, że nie powiedziano mu od razu o świadkach. Z tej kupy żelastwa wiele nie wyciągnie, podczas gdy ludzie to była jego specjalność.

Przeszedł parę kroków ku grupie żołnierzy wznoszących namiot dla dowództwa i skinął na Petita.

– Ci, którzy tu zginęli lub zostali ranni – zagadnął – co pan o nich wie?

Żołnierz obrzucił podejrzliwym spojrzeniem jego wyszarzany płaszcz i zabłocone buty.

– Na litość – burknął Vidocq – skoro tu jestem, to mam prawo tu być, a pan, sierżancie, ma prawo, ba: obowiązek, ze mną rozmawiać.

– Kapitan zabrał do pożaru najbardziej doświadczonych ludzi, proszę pana – odparł Petit. – Samych saperów, co już niejeden ogień gasili.

– Widział pan, jak zostali przywiezieni z powrotem?

Żołnierz wzdrygnął się.

– Niedługo po ich wyjeździe ta łuna przygasła, więc pułkownik wysłał drugą grupę, bo chciał zorientować się w sytuacji. Uprosiłem go, żebym mógł dołączyć. – Zagryzł wargę. – Do końca życia będę tego żałował.

Vidocq nie zamierzał torturować młodzika, który wojnę znał z podręczników i manewrów, żądaniem szczegółowego opisu. Podziękował sierżantowi i wrócił do komendanta i ministrów.

– Proszę otoczyć większy teren drugim kordonem, ale nic na razie nie ruszać. – Zerknął wymownie w stronę lawety artyleryjskiej, która najwyraźniej czekała na możliwość uprzątnięcia wraku. – Trzeba będzie wezwać inżynierów i uczonych, więc dobrze by było, gdyby to pozostało w stanie, w jakim się tu znalazło. Pan wybaczy – zwrócił się lekkim tonem do ministra spraw wewnętrznych, który otwierał usta, żeby zaprotestować – ale na zabezpieczaniu dowodów znam się najlepiej z nas wszystkich.

– Sugerowałbym sprowadzenie młodszego pana Carnota – powiedział minister wojny. – Jest on…

– Carnota?! – wykrzyknął minister spraw wewnętrznych, po czym zniżył głos. – Jego ojciec i brat to republikanie – syknął.

– Jego rodzina miała wielkie zasługi dla Francji i pierwszego cesarstwa, a on jest przede wszystkim chemikiem i inżynierem. Potrzebujemy jego wiedzy – odparował marszałek.

 

Ministrowie zredagowali depesze, a Vidocq skorzystał z okazji i pojechał z telegrafistą do twierdzy, gdzie kazał się zaprowadzić do lazaretu.

Kiedy rozmawiał z sierżantem Petitem, wydawało mu się, że jest sobie w stanie wyobrazić rannych. Widywał ciała rozerwane przez kule armatnie, zmasakrowane przez wynaturzonych morderców, wyławiane z rzek po długim czasie spędzonym w wodzie, zwęglone w pożarze. To, co zobaczył, nie mieściło się w tych wyobrażeniach.

Nie miał przed sobą po prostu oparzeń: ani od rozgrzanego metalu, ani od gorącej pary. Ciała dwóch żołnierzy pokrywała lekko opalizująca skorupa – trochę przypominająca zakrzepłą krew, ale raczej jakby z wraku coś wyciekło i przykleiło się do skóry, przepaliwszy mundur i bieliznę. Vidocq przeniósł wzrok na łóżka „rokujących nadzieję”. Jeden zwinął się wokół poduszki i mamrotał coś pod nosem. Drugi spał głęboko, tylko czasem wstrząsały nim drgawki. Trzeci leżał nieruchomo z pustym wzrokiem utkwionym w nieokreślonym punkcie przestrzeni. Ci mieli na sobie ubrania, a dziwaczna substancja oblepiała tylko fragmenty ciał: dłoń, ramię, szyję, policzek.

Inspektor podniósł wzrok na lekarza.

– Zakładam, że nie podeszli dość blisko – wyjaśnił doktor. – Kiedy druga grupa ich znalazła, leżeli wokół… – Wzdrygnął się. – Sam pan lepiej wie czego, ja tam nie byłem. Ci trzej pewnie usiłowali się czołgać, a tamci… – Wskazał na najciężej poparzonych. – Prawdę mówiąc, nie wiem, jakim cudem jeszcze żyją. – Pokręcił głową. – Z początku próbowałem to zmyć albo usunąć, ale wygląda tak, jakby skóra zrogowaciała lub pokryła się naroślą.

Vidocq przez chwilę przyglądał się rannym. Piersi żołnierzy, których skorupa pokrywała w całości, unosiły się równomiernie; gdyby nie łuska w nienaturalnym kolorze, można by uznać, że nic im nie dolega. Pochylił się nad tym zwiniętym, bełkoczącym. Nie potrafił rozróżnić słów, a może wcale ich nie było w niemal dziecięcym zawodzeniu.

Inspektor wzdrygnął się. Zaczynał mieć podejrzenie, co mogło spowodować taki stan żołnierzy.

– Jeśli któryś się obudzi – zwrócił się do lekarza – proszę natychmiast puścić posłańca do pułkownika. I niech pan notuje wszystko, choćby i nie miało cienia sensu.

Wyszedł na dziedziniec twierdzy, na którym promienie słońca usiłowały przebić się przez jesienną mgłę. Gdzieś tam błąkał się ten jeden, który zniknął. Jeśli rzeczywiście zniknął.

 

***

 

– Nazywam się Michel Lefort, nazywam się Michel Lefort, nazywam się Michel…

Uporczywy dźwięk zrobił swoje. Lucien Durand przetarł oczy i omal nie wyskoczył z łóżka z krzykiem. Nad nim pochylał się człowiek… Nie, nie człowiek.

– Nazywam się Michel Lefort – powtórzył potwór.

Młynarz wydawał wczoraj córkę za mąż, a kowal wypił sporo wina z tej okazji, ale był w domu grubo przed północą i pamiętał, że kładł się spać w zasadzie trzeźwy.

Czy trzeźwi ludzie widzą komety spadające do lasu?

Podrapał się po brodzie, usiłując dociec, skąd właściwie wzięło mu się to pytanie, po czym przypomniał sobie dziwaczny rozbłysk na niebie. Potwór tymczasem powtarzał swoje imię i nazwisko, brzęcząc jak nieznośna mucha.

– No, już wiem, jak się nazywasz, bracie – burknął Durand – to może teraz powiesz mi, dlaczego wyglądasz jak sam diabeł?

– Nazywam się Michel Lefort – powtórzył tamten, pochylając się jeszcze niżej.

Lucien usiłował wcisnąć się głęboko w łóżko, żeby uciec przed smrodem spalenizny, który uderzył go teraz z pełną mocą w nozdrza. Zamrugał powiekami i kilka szczegółów wskoczyło na miejsce: czarno–czerwona maska potwora była ludzką twarzą, pokrytą sadzą i czymś, co wyglądało jak płatki rdzewiejącego metalu.

 

***

 

W Metzu zwołano nadzwyczajne posiedzenie rządu, więc ministrowie wyjechali późnym popołudniem. Pozostawiony sam sobie, inspektor podszedł do wraku, spowitego wciąż mgłą, jakby dymił. Wśród opadłych z drzew liści i jesiennego błota nie sposób było odnaleźć pojedynczych ludzkich śladów.

Kopnął ze złością ziemię i poczuł, że stopa w coś się zaplątała. Cofnął ją – do buta była przyklejona mocno nadpalona lina. Pochylił się i ostrożnie rozgarnął liście wraz z uschniętą trawą, uważając, żeby rękawiczka nie zsunęła się z dłoni. Nie miał ochoty na kontakt z tym, co oblepiło ciała żołnierzy, a co mogło wciąż znajdować się w pobliżu stygnącego żelastwa.

Nie miał wątpliwości, że zwęglone strzępy leżące na ziemi były kiedyś płótnem. Podniósł patyk i zaczął grzebać głębiej i dalej, usiłując znaleźć nieuszkodzony kawałek.

– Panie inspektorze.

Za nim stał starszawy żołnierz w mundurze podporucznika piechoty. Vidocq uniósł pytająco brwi. Wojak przestępował nerwowo z nogi na nogę.

– Nie wiem, czy pan myśli to, co i ja sobie pomyślałem – wyrzucił z siebie w końcu. – Ale widzi mi się, że to jaki statek powietrzny.

Vidocq przewiercił go spojrzeniem.

– Jak dawno temu uczyłem się przez rok w szkole artylerii w Metzu – wyjaśnił podporucznik – to był taki człowiek, Didion się nazywał, który dowodził, że da się latać w powietrzu. A potem to aż do Paryża pojechałem, oglądać pokazy ballon dirigeable, które pan Giffard…

Nie skończył, ponieważ Vidocq chwycił go za ramiona.

– Weź mi pan sprowadź tego Didiona, jeśli jeszcze żyje… – warknął. – Albo lepiej niech go komendant sprowadzi – zreflektował się. – A pana, podporuczniku, mianuję moim osobistym asystentem.

Jak się okazało, Jean Laurain też był w grupie, która natknęła się na zagładę pierwszego oddziału ratunkowego, ale w przeciwieństwie do Petita walczył w wojnie krymskiej i swoje w życiu widział.

– Dotarliśmy tu godzinę po tamtych – mówił do Vidocqa, kiedy obchodzili kordon, przyglądając się metalowym szczątkom i szukając kawałków płótna i lin – więc nikt naprawdę nie wie, jak to wyglądało wcześniej. Nie pokazali panu trupów, prawda? Znaczy tych, którzy zginęli.

Vidocq zaklął w duchu.

– Ale widział pan tych, którzy przeżyli – kontynuował Laurain. – Tę maź, która pokrywa ich ciała?

– Maź? – Inspektor zatrzymał się w pół kroku. – Zaraz po wypadku to była maź?

Podporucznik przytaknął i odwinął rękaw munduru. Na nadgarstku miał niewielką plamę, wyglądającą jakby otarł się o rdzewiejące żelazo. Potarł skórę dłonią w rękawicy.

– Przykleiło się, jak podnosiłem jednego z nich, część odpadła, ale resztę będę musiał chyba zgrzebłem potraktować. – Zaśmiał się ponuro.

Vidocq przypomniał sobie równomierny oddech żołnierzy pokrytych skorupą.

– Ci, którzy zginęli – powiedział głucho. – Jak…?

– Spalone na węgiel ciała – odparł Laurain.

Maź nie zabijała, a jednak trudno było się dziwić, że wszyscy patrzyli na nią, płynną czy zeskorupiałą, z odrazą. Była obca i zawłaszczała wszystko, do czego przylgnęła, jak pasożyt.

– Zabici i ranni… Pamięta pan, jak dokładnie leżeli?

Laurain skrzywił się.

– Było ciemno, działaliśmy szybko, a to – wskazał z odrazą na żelastwo – jeszcze trochę dymiło i żar od niego szedł. Śmierdziało tu jak w chlewie, za przeproszeniem pańskim. Kazałem ludziom tej mazi nie tykać ani metalu, ale sam się przed nią nie uchroniłem. – Podrapał się w rękę.

– Swędzi? – zapytał Vidocq.

Podporucznik przytaknął, ale bez przekonania.

– Tylko jak o tym pomyślę, inaczej to nie. A co do tego, jak leżeli… Wie pan, na zdrowy rozum to ci najbardziej usmoleni powinni być blisko ognia. Ale ten, co go podnosiłem, taki cały pokryty tym paskudztwem, to leżał o, tam, gdzie teraz stoi młody Mercier. – Wskazał na jednego z żołnierzy kordonu.

Co najmniej piętnaście kroków od wraku. A zatem rodzaj obrażeń nie zależał od odległości od ognia.

– Ten, który zniknął – mruknął inspektor. – Tylko on może nam powiedzieć, co tu się stało.

Przed czym mógł uciekać z pożaru doświadczony saper? Czy idąc z przodu zobaczył coś, czego inni nie dostrzegli, czy też przeraził go dopiero widok tego, co stało się z kompanami?

 

***

 

Lucien Durand z pewnym obrzydzeniem patrzył jak człowiek – jednak człowiek – nazwiskiem Michel Lefort usiłuje zdrapać z siebie sadzę i rdzawe płatki, kalecząc skórę do krwi. Kowal z niejaką nostalgią wspomniał swoją starą, której zmarło się zeszłej zimy, a która wiedziałaby, jakim zielskiem złagodzić pieczenie czy świąd. Zerknął za okno: jesienna plucha i chłód i tak zwarzyły już wszystkie rośliny na łące.

Michel Lefort przestał powtarzać w kółko swoje imię, ale nadal nie mówił, gdzie nabawił się tego paskudztwa na twarzy. Lucien sprawdził na wszelki wypadek kuźnię: piec był zimny, a więc łachudra nie próbował ogrzewać się tam w nocy. Zresztą skąd by u porządnego kowala tyle rdzy?

Przyjrzał się dziwacznemu gościowi. Mimo chłodu Lefort miał na sobie tylko koszulę, dość czystą w porównaniu z twarzą i rękami. Tylko smugi sadzy pozostawione przez palce. Tak jakby miał wcześniej inne ubranie, które zrzucił…

Wzrok Duranda powędrował w dół. Mundurowe spodnie. Jak ci z twierdzy w Verdun. W młodości kowal był rezerwistą gwardii narodowej, więc odbywał tam ćwiczenia. Ale twarz i dłonie Leforta nie wyglądały, jakby żołnierz przeżył wybuch prochu.

– Co się stało? – zapytał bardzo powoli. – Co ci się, bracie, stało?

Tamten podniósł głowę, poruszył ręką w powietrzu i wbił wzrok w kowala.

– Potwór – powiedział. – Z nieba.

Kometa, pomyślał Durand. Ten człowiek też widział kometę.

 

***

 

Pułkownik zgodził się wysłać kilku żołnierzy na poszukiwanie zaginionego, a Vidocq wraz ze świeżo mianowanym asystentem zataczali coraz szersze kręgi wokół wraku. Na jednym ze złamanych konarów znaleźli większy i mniej zniszczony przez ogień kawałek grubego, szarego płótna, pokryty czerwonawym nalotem. Podobnym do zabrudzenia na ręce podporucznika.

Inspektor skinął na Lauraina.

– Żelazo, które widzieliśmy, jest tylko stopione, prawda?

Żołnierz potaknął.

– Może to nie rdza? Może krew? – zasugerował.

Vidocq przyglądał się płótnu. Plamy wyglądały dokładnie tak, jakby tkanina zetknęła się z przeżartym metalem.

– Może – odpowiedział, nieprzekonany.

Czuł rosnącą irytację. Nie chciał ruszać wraku przed przybyciem inżynierów, nie było świadków, których można by przesłuchać, zaczynał więc mieć poczucie, że przyjechał tu na darmo. Na dodatek podejrzenie, które powziął w lazarecie, nabierało właśnie politycznych konsekwencji, a to oznaczało niekończące się gabinetowe debaty zamiast solidnego śledztwa.

Jeden z szeregowców przyniósł im kawę.

– Nie mają ciastek? – zapytał Vidocq bez większej nadziei.

Żołnierz pobiegł do namiotu i wrócił z kilkoma pajdami chleba i pasztetem.

– Tylko to – odpowiedział. – A w południe będzie zupa.

Vidocq westchnął, ale zabrał się za jedzenie. Miał wrażenie, że wszystko wokół niego pokrywa dziwaczny rdzawy nalot. Zamrugał powiekami, usiłując pozbyć się czerwonawych powidoków. Potrząsnął głową, by odgonić smród, którego wprawdzie nie czuł, ale od kiedy o nim usłyszał, miał wrażenie, że zatyka mu nos. I by odgonić złe przeczucia…

Ktoś wołał od strony dowództwa.

– Dobrze się pan czuje? – zapytał Laurain z troską.

“Przeklęta sprawa”, pomyślał Vidocq, wracając do rzeczywistości. “Albo się starzeję”.

Wzdrygnął się, dopił kawę i pociągnął podporucznika do namiotu.

Na stole przed komendantem leżała mundurowa kurtka. Pokryta wyschniętymi grudkami czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało węgiel, oraz płatkami rdzy.

– To on? – zapytał.

Pułkownik wskazał na stojącego obok żołnierza.

– Szeregowiec… znaczy już kapral Jordy znalazł to na polu na wschód od lasu.

– Co jest w tamtą stronę? – Vidocq zerknął na rozłożoną na blacie mapę.

– Mała wioska, trochę rozrzuconych domów, jakieś rzeczki, młyn, kuźnia, no wie pan, zwykła okolica.

Vidocq machnął ręką.

– Jordy – zakomenderował – pokaże pan dokładnie miejsce znalezienia. Laurain, ze mną.

Obaj żołnierze rzucili pytające spojrzenia w stronę dowódcy. Pułkownik westchnął ciężko i skinął głową.

– Wykonywać rozkazy inspektora – powiedział zrezygnowanym głosem.

 

***

 

Lefort pierwszy zauważył zbliżających się od strony lasu ludzi i poderwał się ze stojącej przed kuźnią ławy, na której kowal go posadził i usiłował karmić bulionem.

W oczach żołnierza malowało się przerażenie. Wytrącił Durandowi miskę z ręki i chwycił się z jękiem za głowę, jakby ogłuszony przerażającym dźwiękiem, słyszalnym tylko dla niego.

Tamci przyspieszyli kroku. Na przodzie biegł postawny mężczyzna w rozwianym płaszczu, za nim dwaj żołnierze w takich samych mundurach jak Lefort.

Na to, co się wydarzyło w następnej chwili, Lucien Durand zareagował odruchowo, a pół roku później zaprowadziło go to aż do Paryża. Tam w oszałamiająco pięknym wnętrzu wręczono mu krzyż kawalera Legii Honorowej, następnie zaś w mniejszym gabinecie złożono propozycję, której oczywiście nie odrzucił.

Na razie jednak Durand po prostu złapał Leforta za ręce i wykręcił je, kiedy ten nagle puścił głowę i sięgnął po rewolwer, kierując lufę we własny podbródek. Broń wystrzeliła, kula świsnęła kowalowi tuż koło ucha, po czym roztrzaskała szybę w oknie kuźni i głośnym rykoszetem odbiła się od metalowych sprzętów w jej wnętrzu.

Potem zapanowała cisza.

Wysoki mężczyzna w płaszczu podszedł i wyjął broń z ręki oszołomionego Leforta, przyjrzał się jej i włożył sobie do kieszeni.

Pięciu ludzi spoglądało po sobie w napięciu.

– To kapral Michel Lefort? – Cywil odezwał się w końcu do towarzyszących mu żołnierzy, którzy potaknęli.

– Nazywam się Michel Lefort – oznajmił Lefort i powtórzył to jeszcze kilka razy.

Żołnierze wzięli go pod ramiona i posadzili z powrotem na ławie. Durand uznał z niejaką ulgą, że najwyraźniej nie zamierzali go rozstrzeliwać. W każdym razie nie tu i nie teraz. Miał nadzieję, że jemu też to nie grozi. A jakkolwiek najchętniej nigdy nikomu by się nie przyznał do tego, co widział po powrocie z wesela młynarzówny, podejrzewał, że tłum niespodziewanych gości w jego domu musi mieć z tym coś wspólnego.

Mężczyzna w płaszczu pociągnął go na drogę prowadzącą ze wsi do położonej tuż pod lasem kuźni.

– Ten Lefort – powiedział – skąd przyszedł?

– Nie mam pojęcia – odrzekł prawie zgodnie z prawdą Durand. – Obudził mnie rano, powtarzając, że tak się nazywa.

Cywil zmierzył go wzrokiem, który zdawał się mówić: czuję, że wiesz coś więcej, bratku. Durand nie był tchórzem, ale spojrzenie, które przewiercało go na wylot, wywoływało w nim dreszcz przerażenia.

– Coś mówił poza tym?

Lucien Durand przeprowadził w umyśle szybką kalkulację, z której wyszło, że kłamstwo ma zazwyczaj krótkie nogi, a jeśli ten tu będzie chciał z niego wydobyć prawdę, zrobi to prędzej czy później.

– Bełkotał coś o potworze z nieba – mruknął.

Szare oczy lustrowały go jeszcze przez chwilę.

– Ty też coś widziałeś, zgadza się?

Wstąpiwszy raz na drogę prawdy, kowal postanowił się jej trzymać.

– Ano. Jakby kometa wczoraj był na niebie.

– Kometa, hę? Skąd nadleciał?

Kowal rozejrzał się, po czym pociągnął tamtego za dom.

– Tu żem wyszedł za potrzebą – powiedział, pokazując na krzaki pod płotem. – Gapiłem się o tam – wskazał trochę na północ, a trochę na zachód – i zobaczyłem. Ale wróciłem zaraz do łóżka, bo młody już nie jestem, a młynarz dał przednie wino…

– Starczy. – Mężczyzna w płaszczu klepnął go w plecy. – Dobrze się spisałeś, chłopie. Ale lepiej nie opowiadaj o tym wszystkim dookoła.

Durand nie miał takiego zamiaru, o nie, więc przytaknął gorliwie.

 

***

 

Lekarz w twierdzy pokręcił głową na widok pokaleczonej twarzy Leforta.

– Co ty z sobą zrobiłeś, chłopcze? – zapytał, obmywając mu skórę wilgotnym ręcznikiem. Podniósł wzrok na przyglądającego mu się spod ściany inspektora i zapytał cicho, nie spodziewając się zapewne odpowiedzi: – Co tam się stało?

Żołnierz przez całą drogę powtarzał jedynie, jak się nazywa, ale teraz siedział potulnie, rozglądając się wokół przerażonym wzrokiem. Zadrapania, które inspektor wcześniej brał za efekt przedzierania się nocą przez krzaki, na czystej skórze wyglądały jak ślady po paznokciach. Przez chwilę Vidocq rozważał walkę z Durandem, ale odrzucił tę możliwość. Znając aż za dobrze zwykłych ludzi i ich słabości, wyczuł, że kowal powiedział prawdę. Albo prawie całą prawdę. W każdym razie nie łgał jak pies.

Jordy wyprawił się do wsi i zapewnił inspektora, że ludzie nie rozmawiali o komecie ani żadnym innym dziwnym zjawisku. Na szczęście wypadek zdarzył się późnym wieczorem i daleko od dużych miast, gdzie wracający z teatru czy rautu zapewne już powiadomiliby prasę. A to było ostatnie, czego tu potrzebowali, zanim uczeni napiszą raport, a rząd podejmie decyzje.

Wszystko wskazywało zresztą na to, że ognista kula nie przemierzyła dużej połaci nieba, ale wybuchła dopiero nad lasem. Jeśli to była eksplozja. Twierdza znajdowała się dość daleko, by dźwięku nie było w niej słychać. Ale kuźnia? Dwadzieścia minut szybkim marszem od miejsca wypadku? O ile zaspany i niezbyt trzeźwy człowiek mógł zignorować odległy trzask łamanych gałęzi, to czy nie usłyszałby czegoś, co wybuchło mu niemal nad głową?

Nagle coś przykuło uwagę Vidocqa. Jeśli nie liczyć zaognionych lekko skaleczeń, twarz żołnierza była czysta. Rdzawe płatki opadły na posadzkę, brud pozostał na ręczniku. Vidocq niemalże wyrwał go z rąk doktorowi. Do płótna przyczepiły się ciemne grudki, podobne do tych, które widział przyklejone do porzuconej kurtki.

Wyglądające jak pokruszona skorupa, pokrywająca ciała rannych żołnierzy.

– Stan pozostałych nie zmienił się?

Doktor wzruszył ramionami.

– Wszyscy żyją …

Urwał, ponieważ w sali obok rozległ się dziwaczny dźwięk. Jakby ktoś rozsypał po podłodze kaszę. Obaj skoczyli w kierunku drzwi.

Jeden z najciężej rannych siedział na łóżku, wodząc po pomieszczeniu niewidzącym wzrokiem. Od jego ciała odrywały się matowiejące grudki i opadały z grzechotem na posadzkę. Nagle mężczyzna zachwiał się i runął przed siebie.

Lekarz doskoczył do pacjenta, ale nie zdążył go podtrzymać. Moment później cofnął się z przerażeniem. Vidocq nie odwrócił wzroku, kiedy ciało chorego na ich oczach zamieniało się w wyschniętą mumię. Podejrzenia inspektora właśnie zmieniły się w pewność.

 

15 listopada 1869

Nikt już nie miał wątpliwości, że na polanie leży wrak: generałowi Didionowi, który przybył jeszcze poprzedniego dnia wieczorem, wystarczyło jedno spojrzenie.

– Rozbita gondola, raczej małego parowego dirigeable niż zwykłego balonu – oznajmił. – Prawdopodobnie pruska, sądząc po konstrukcji.

Z Metzu i Paryża przyjechali uczeni, którzy teraz z pomocą wojskowych przekopywali się przez stertę żelastwa.

Wartownik uchylił klapę namiotu, inny żołnierz odebrał od wchodzących wierzchnie okrycia. Wprawdzie było już pewne, że kiedy maź zastygła w czarne, matowe grudki, nie przyczepiała się do ubrań ani skóry, nikt jednak nie chciał mieć z nią kontaktu. Pułkownik wydał więc wszystkim, którzy zbliżali się do wraku, peleryny i grube kawaleryjskie rękawice.

Generał nie bawił się w grzecznościowe wstępy.

– Nie mamy pojęcia, co tam się stało – oznajmił. – Carnot, niech pan opowie.

Uczony ukłonił się sztywno zebranym.

– Prawdopodobnie doszło do pożaru, który zniszczył balon. I który sam zgasł, nie rozprzestrzeniając się na pobliskie drzewa. Sęk w tym, że żadne znane nam paliwo nie ma takich właściwości… – Chemik zawiesił na moment głos, spoglądając kolejno na zebranych. – I nie chodzi nawet o możliwości termodynamiczne, bo wygląda ono na coś podobnego do nafty używanej w lampach i dodawanej do węgla w części parowozów.

Zamilkł. Vidocq znał uczonych na tyle, żeby wiedzieć o problemach, jakie miewają z formułowaniem wniosków wykraczających poza racjonalizm. Nawet jeśli fakty i dowody przeczą rozumowi.

– Chodzi o to, co się stało z ludźmi, którzy się z tym zetknęli – podpowiedział.

W nocy z ręki jednego z lżej rannych oderwała się martwa skorupa, pozostawiając brzydką, zaognioną ranę, aż chirurg rozważał amputację. Żołnierz odzyskał częściowo świadomość, ale Vidocq dowiedział się jedynie, że było bardzo gorąco i coś strzeliło w nich tą mazią. Lefort przespał kilka godzin dzięki potężnej dawce laudanum, a kiedy się obudził, przedstawił nieskładną opowieść o potworze wynurzającym się z płonącego balonu. Nie potrafił go jednak opisać, więc zarówno lekarz jak i inspektor podejrzewali, że widział go jedynie w wyobraźni. Rękę Lauraina udało się oczyścić z rdzy, ale pod spodem pozostała paskudna wysypka.

– Nie tylko – odparł Carnot. – Nie rozumiemy także mechanizmu korozji metalu. Balon nie zetknął się z niczym, co mogłoby doprowadzić do tak szybkiego zniszczenia gondoli, a zwłaszcza komory z paliwem.

Przez chwilę rozwodził się nad właściwościami metali i kwasów oraz nieprawdopodobieństwem zajścia odpowiednich reakcji w tych warunkach i czasie. Vidocq bębnił palcami w blat.

– Musimy wykluczyć możliwe – mruknął w końcu.

Uczeni spojrzeli na niego ze zdumieniem.

– Pan coś wie – powiedział Carnot.

Vidocq skrzywił się.

– Raczej podejrzewam. Myślę, że trzeba będzie powołać sztab kryzysowy, ale na ujawnienie pewnych informacji potrzebuję zgody z samej góry.

Didion zrobił wielkie oczy.

– Od cesarza?

Carnot miał minę, jakby chciał zapytać, co rząd ukrywa przed społeczeństwem.

– Od jego brata – odparł Vidocq, obserwując z rozbawieniem miny zebranych.

Cesarz miał dwóch przyrodnich braci. Jeden był konstruktorem, do którego pomysłów i wydatków cierpliwość miała wyłącznie najbliższa rodzina. Drugi po wielu latach pełnienia wysokich funkcji państwowych został kilka lat temu mianowany nadzwyczajnym ministrem bez teki. Do spraw specjalnych. Takich, jakimi zajmowało się policyjne biuro Vidocqa.

– Zgaduję, że nie chodzi o pana de Léon – mruknął komendant twierdzy.

 

22 listopada 1869

– Podsumujmy to, co wiemy na pewno – powiedział energicznie Aleksander Walewski, obrzucając zebranych wzrokiem. Vidocq, który pamiętał dobrze jego ojca, nie mógł się nadziwić, jak bardzo przypominał nie tylko wyglądem, ale i w manieryzmach starego cesarza. – Twierdzą panowie, że w lesie koło Verdun – zerknął na rozłożoną na stole mapę – miał miejsce wypadek nieposiadającego załogi pruskiego balonu…

Vidocq poruszył się nerwowo w fotelu.

– Uważają też panowie, że pożar strawił poszycie, a z komory paliwowej wyciekło coś, co spowodowało częściowe zniszczenie metalowej gondoli. I że to ostatnie przeczy wiedzy na temat chemii i fizyki.

Uczeni popatrywali po sobie, niechętnie kiwając głowami.

– Pan minister zaś, jak rozumiem – te słowa skierowane były do szefa spraw zagranicznych – przeanalizował depesze od naszych ludzi w Berlinie i sprzyjających Prusom państwach niemieckich.

– Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z wypadkiem, a takich szpiegowskich lotów mogło być więcej – odparł zapytany.

– Szpiegowskich? – zapytał zdumiony minister spraw wewnętrznych. – Pozbawionym załogi balonem?

Vidocq znów zaczął się wiercić, jakby fotele w gabinecie miały popękane sprężyny.

– Dojdziemy do tego – powiedział Walewski, dając znak ministrowi spraw zagranicznych, by kontynuował.

– W rządzie pruskim jest silna frakcja, która chciałaby wykorzystać ten incydent, by sprowokować nas do postawienia ultimatum.

– Czego nie możemy zrobić – dopowiedział minister wojny. – Nie w obecnym stanie naszej armii. Potrzebujemy co najmniej roku na mobilizację rezerw oraz wzmocnienie arsenału i umocnień. Wojna wydaje się nieunikniona, ale w naszym interesie leży odwlekać ją, ile się da.

– Czy to nie da Prusom możliwości dozbrojenia się? – Minister spraw wewnętrznych nie sprawiał wrażenia przekonanego.

Vidocq przestał się wiercić i odchrząknął. Wolał zacisze swojego gabinetu, wolał podejrzane zaułki i tawerny, wolał nawet namioty w lesie od ociekających złotem wnętrz, gdzie nadmiar światła i kolorów rozpraszał go.

– Sądząc po tym, co widzieliśmy pod Verdun, a także po raportach pańskich agentów – spojrzał wymownie na ministra wojny – to już wiele nie zmieni.

Marszałek przytaknął.

– A dla naszych potencjalnych sojuszników w tej wojnie – dodał minister spraw zagranicznych – lepiej będzie, jeśli to my zostaniemy zaatakowani.

– Szpiegowski balon nad terytorium Francji to przecież casus belli! – zaprotestował minister spraw wewnętrznych. – Choć nadal nie rozumiem…

Walewski wpatrywał się w Vidocqa.

– Panie inspektorze – powiedział. – Ma pan moją zgodę. Panowie muszą jednak dać mi słowo, że to, co usłyszycie, zostanie zachowane w tajemnicy. Jeśli ktoś się nie zgadza, może wyjść. – Zerknął na chemika. – Żadne konsekwencje nie zostaną wyciągnięte.

Nikt nie wstał. Carnot spojrzał Walewskiemu prosto w oczy.

– Mój ojciec jest lojalną opozycją Jego Cesarskiej Mości.

Nadzwyczajny minister dał znak Vidocqowi, który miał wrażenie, jakby fotel pod nim zajął się ogniem. Albo, co gorsza, zmienił się w lepką maź.

– Od kilkunastu lat moje biuro tropi przejawy obecności w świecie czegoś, co nazywamy jakże obrazowo czernią – oznajmił, starając się nadać głosowi konwersacyjny ton. Jakby zapraszał wszystkich na kolację. Chyba w piekle, pomyślał z przekąsem.

Nie zamierzał wdawać się w szczegóły: z jednej strony ofiar, z drugiej zaś ludzi świadomie podejmujących z czernią współpracę. Ani opowiadać o tych, którzy wyczuwali tę siłę czy substancję i byli w stanie oprzeć się pokusie, podczas gdy na umysły wielu działała całkowicie bez ich wiedzy. Albo o tym, jak różne mogły być reakcje na bezpośrednie zetknięcie się z czernią lub osobami będącymi jej nosicielami: od obrzydzenia po niemal erotyczną fascynację. O eksperymentach, o których donosili szpiedzy i które sam potajemnie prowadził.

– Od kilkunastu lat… – szepnął minister spraw wewnętrznych.

Carnot miał minę sfinksa.

Ze wszystkich obecnych, jeśli nie liczyć Walewskiego, jedynie minister wojny zdawał się nie być zaskoczony.

– Słyszałem pogłoski o specjalnych regimentach austriackich, ale nie sądziłem, że to prawda – mruknął.

– Nie wiem, czy takie oddziały naprawdę istnieją – odparł Vidocq – ale w pogłoskach zazwyczaj jest ziarno prawdy. Ta substancja, czymkolwiek jest, potrafi dawać nadzwyczajną siłę, ale tylko wybranym. Znacznie częściej powoduje obłęd albo zabija. – Zawiesił głos, obserwując zebranych. Siedzieli oniemiali, jakby informacje dopiero powoli do nich docierały. – Mało kto świadomie wyczuwa czy też widzi czerń, ale wśród ofiar tego wypadku najwyraźniej Lefort posiada taki dar, dlatego uciekł na sam widok wraku.

Teraz wszyscy zaczęli mówić jeden przez drugiego. Inspektor postanowił pozwolić im się wygadać.

 

Zanim wyjechał z Verdun, odbyła się jeszcze krótka narada, w której wziął udział przybyły incognito Walewski jako wysłannik cesarza, komendant twierdzy i lekarz wojskowy. Dwóm ostatnim oraz części garnizonu nie dano wielkiego wyboru: na najbliższe lata otrzymali doskonale płatną synekurę w postaci placówki położonej wysoko w Alpach, dokąd przewieziono wrak oraz pozostałych przy życiu, nieprzytomnych żołnierzy z grupy ratunkowej.

Vidocq spędził wiele godzin przyglądając się ofiarom. Ciała tych, którzy zginęli, nie nosiły żadnych śladów kontaktu z mazią. Z bełkotu jednego z lżej rannych wywnioskował, że Lefort, zanim uciekł, oddał kilka strzałów w kierunku rozbitego balonu. Kapral na samą wzmiankę o tym dostawał drgawek. Ale Vidocq wiedział, że w bębenku jego rewolweru brakowało trzech nabojów. Saper musiał oszaleć na sam widok tego, co znajdowało się w gondoli.

 

– Pan, inspektorze, uważa, że ten balon nie był pozbawiony załogi? – Z zamyślenia wyrwał go głos ministra spraw wewnętrznych.

Vidocq skrzywił się.

– Nic nie uważam, jedynie dopuszczam taką możliwość.

– Dlaczego w takim razie nie znaleziono ciała?

Bo to coś nie musi mieć ciała, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno. Podobnie jak następnej myśli: bo może rozpadło się na te opalizujące, niszczące metal kawałki, przepełzło do ludzi i usiłuje teraz w nich odżyć. Niektórzy pokonali pasożyta, uśmiercili go, przypłacając to życiem lub obłędem, inni zaś – trudno powiedzieć, jako co lub kto się przebudzą.

Nie powiedział im tego, ponieważ ministrowie spraw takich i owakich zmieniają się, mają rodziny, a lepiej, żeby o pewnych sprawach wiedziało jak najmniej osób.

– Jeśli szpieg znajdował się we wnętrzu gondoli – pan Carnot przybył mu z niespodziewaną odsieczą – to ciało spłonęło całkowicie, zważywszy, jaka tam musiała panować temperatura.

Uczony spojrzał na inspektora porozumiewawczo. Vidocq potaknął.

– Jak rozumiem – powiedział powoli marszałek – kolejność zdarzeń jest następująca. Szpiegowski balon zajmuje się ogniem i rozbija w lesie koło Verdun. Ekipa ratunkowa, przekonana, że zmierza ku pożarowi, znajduje gorący jeszcze wrak, z którego coś się wydobywa…

Vidocq był przekonany, że oryginalnie marszałek chciał powiedzieć: wypełza. Minister spraw wewnętrznych zakrył usta chusteczką.

– To coś atakuje żołnierzy – ciągnął niezrażony minister wojny – z których tylko jeden, jeśli dobrze zrozumiałem, widzi to, rozpoznaje zagrożenie i ucieka, ponieważ sam kontakt przyprawił go o utratę zmysłów. Pozostali giną od ognia lub zostają ranni w zetknięciu z tym czymś. Doznanych przez nich obrażeń też nie potrafimy wyjaśnić.

“Wystarczy tej przenikliwości”, pomyślał Vidocq.

– Tak właśnie, panie marszałku – odpowiedział gładko.

– Gdzie oni są? – zapytał minister spraw wewnętrznych.

– W bezpiecznym miejscu – odparł Walewski. – Dla nich i dla nas.

Przez dłuższą chwilę panowało pełne napięcia milczenie.

– Co pańskim zdaniem mamy teraz zrobić? – zapytał w końcu minister spraw zagranicznych. – Prusy czekają na nasz protest w związku z prowokacją graniczną.

– Do czego, przypomnę, nie możemy dopuścić – zauważył Walewski.

– Prasa prędzej czy później wywęszy tajne pociągi, górskie forty i ogniste kule na niebie – oznajmił minister spraw wewnętrznych. – Niemożliwe, żeby coś takiego, nie mówiąc już o kawałku spalonego lasu, zauważyło tylko dwóch ludzi w okolicy.

– Teren został już przekazany armii – odparł marszałek. – Powstanie tam fort, jeden z wielu, które wzmocnią naszą linię obrony w Ardenach. Zażądamy też rozbrojenia twierdzy w Luksemburgu, gdzie, jak od dawna podejrzewamy, mieści się baza szpiegowska. Między innymi dlatego potrzebujemy czasu, zanim pozwolimy Prusom wypowiedzieć nam wojnę.

Prasa istotnie stanowiła problem. Inspektor wiedział od swoich ludzi, że dziennikarze wypytują już o posiedzenie rządu w Metzu.

– To bardzo proste, co zrobimy – powiedział. – Podsuniemy gryzipiórkom odpowiednią informację.

Wszystkie oczy zwróciły się na niego pytająco.

– W nocy z trzynastego na czternasty listopada w lesie pod Verdun spadł meteoryt. Część ludzi wzięła go za kometę.

– Prusacy się zorientują! – zaprotestował minister spraw zagranicznych.

– I doskonale – odrzekł Walewski, wstając. – Niech się głowią, co się stało z ich balonem, czy i co z niego odzyskaliśmy, co z tego zrozumieliśmy i czy planujemy to przeciwko nim wykorzystać. Idę zdać raport Jego Cesarskiej Mości.

Zanim wyszedł, zwrócił się jeszcze do inspektora.

– Co zamierza pan zrobić z tym kowalem, Vidocq?

 

19 lipca 1870

Lucien Durand oglądał narzędzia, które przysłano do wielkiej kuźni na terenie nowego fortu, zbudowanego wokół miejsca, gdzie pół roku wcześniej spadł meteor. Gazeta z początku grudnia, informująca o tym zdarzeniu, wisiała oprawiona w ramkę nad warsztatem.

– Ja głupi, myślałem, że taki niezupełnie kometa to same nieszczęścia przyniesie – powiedział do sierżanta Petita, który wraz z nim i dwoma szeregowcami rozpakowywał ekwipunek. – A tu, proszę, odznaczenie mam jak się patrzy – wskazał na przywiezione dwa dni temu z Paryża dyplom i order, wiszące obok gazety – i pracę, w której dostaję pieniądze, nawet jak roboty nie ma.

Zerknął ku najnowszym gazetom leżącym obok pak z narzędziami. Ciągle mówiło się o możliwej wojnie z Prusami, ale póki co panował napięty pokój.

– A ten Lefort odzyskał w końcu rozum? – zapytał jeszcze.

Petit wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Część naszego garnizonu przeniesiono wraz z lazaretem gdzieś, gdzie podobno jest lepsze powietrze.

Durand pokiwał głową i zabrał się za przegląd podków dla koni kawaleryjskich.

 

***

 

W dalekim forcie pod Mont Cenis kapral Michel Lefort każdą noc spędzał w infirmerii. Musiał pilnować, czy to, co ciągle siedziało na jego towarzyszach, nie przybierze postaci potwora z nieba.

Czasem myślał też o dobrym kowalu, który nie pozwolił, żeby potwór go zabił.

Koniec

Komentarze

Była obca i zawłaszczała wszystko, do czego przylgnęła, jak pasożyt. Pytaniem było, co zabierała w zamian.

To mi nie zagrało. Skoro zawłaszczała wszystko, to jakie w zamian? Przecież nic nie daje, więc te w zamian jest zupełnie nie na miejscu.

“Albo się starzeję. Co w moim wieku byłoby normalne”.

Starzenie się jest normalne w pewnym wieku? Robię się przewrażliwiony, dziadzieję, stetryczałem do reszty. Starzenie się w moim wieku – te zdanie to jakiś potworek.

– Kometa, hę? Skąd nadleciał?

A nie nadleciała?

Ja głupi, myślałem, że taki niezupełnie kometa

Ponownie kometa w rodzaju męskim. Pomyliłaś z satelitą, czy to ja coś pomieszałem?

 

Bardzo, bardzo dobre opowiadanie. Czytało się płynnie, historia mnie wciągnęła, głównego bohatera już znam i lubię, intryga wielowątkowa, więc jeszcze lepiej. Mogę mieć jedynie zarzut, że pozostałem z uczuciem, że wciąż to tylko fragment większej całości, a najważniejsze dopiero przed nami. Świetne nawiązania, współpraca z rządem, wspomnienie o prasie, wielki międzynarodowy konflikt w tle.

Rewelacyjnie się bawiłem. Dobre tempo i wszystko na miejscu.

A nie nadleciała? (…) Ponownie kometa w rodzaju męskim. Pomyliłaś z satelitą, czy to ja coś pomieszałem?

“Był to kometa pierwszej wielkości i mocy.”

Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, VIII 109, właśnie o komecie roku 1811 :)

https://obcyjezykpolski.pl/ta-kometa-dawniej-ten-kometa/

 

Resztę uwag uwzględnię, korekty nigdy nie mają końca :) Ale co do starzenia… To jest celowe, wiek Vidocqa (oraz datę śmierci w realnym świecie) można wyguglać, jak kto ciekawy… Niemniej słuszna uwaga: to jest nawiązanie do uniwersum i powinnam coś z tym zrobić.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie znałam polskiej wiki na jego temat, ale to prawda, choć niecała, bo był jeszcze mnóstwem innych rzeczy. Tyle że powinno być na odwrót, chronologicznie ;) Może kiedyś wyedytuję i uzupełnię.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W opresyjnej ciszy? Interesujące stwierdzenie.

Pozdrówka.

Roger, nigdy nie siedziałeś na naradzie produkcyjnej?

Tam jest dopiero opresyjna cisza ;).

 

A już na temat – bardzo fajne opowiadanie. Ale pełnią blasku zalśni dopiero w jakimś zbiorze opowiadań dotyczącym “Czerni”.

Pisz, Drakaino, pisz. A potem wydawaj!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Spotykałam się z podobnymi frazeologizmami i ogólnie metaforycznym użyciem słowa opresyjny, ale jak ktoś ma dobry synonim, to zapraszam ;)

 

Staruchu, dziękuję za motywację :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przedłużającą się ciszę, wystarczy. Cisza ich oprymowała? A to niby dlaczego? Wyszło nieco śmiesznie.

Pozdrówka.

Dla mnie to jest określenie oznaczające, że nie tylko się przedłużała (to dość neutralne), ale też była taka namacalna, nieprzyjemna, coś wybuchowego w niej drzemało. Ale przemyślę, może ktoś inny do tej dyskusji się włączy. Nikt wcześniej nie zwrócił na to uwagi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opresyjna cisza jak dla mnie gra i buczy. Jeżeli z konieczności już zmieniać, to może męcząca lub pełna napięcia?

Opresyjna cisza – od 2:15 w tym filmiku (aż trzeba ją było przykryć muzyką)

https://www.youtube.com/watch?v=Xy3MtznDeqg 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Świetne opowiadania wprowadzające do uniwersum, a przy tym daje radę być samodzielne. Ale to dobrze Drakaino, że wzmagasz apetyt czytelników na więcej. Sama nie mogę się doczekać ciągu dalszego, bo wybór epoki nie należy do najbardziej eksplorowanych w fantastyce. Dodatkowo, bardzo podoba mi się podejście do steampunku. Już miałyśmy na ten temat komentarzową pogaduchę, a nie ukrywam, że to mój ulubiony sposób pokazania elementu fantastycznego – niby świat znajomy, a tu bach, niespodzianka. 

 

ac, kiedy przeczytałam tekst też miałam wątpliwości, ale nie wierzyłam, żeby Drakaina strzeliła takiego babola. A tak ma się kolejną ciekawostkę w głowie ;)

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Order Legii Honorowej, a nie medal. Może być deprymująca cisza.

Powoli zbliżam się do końca, wtedy napiszę szerszy komentarz.

Pozdrówka.

W kwestii orderu muszę poszperać, bo imho order to “nazwa gatunkowa” czy instytucjonalna odznaczenia, a wręcza się medal czy krzyż orderu (jednostkowe, fizyczne odznaczenie). Ale nie jestem pewna, to może być z mojej strony galicyzm, bo jest médaille de la Légion d’Honneur, a Ordre de la LdH to nazwa instytucji zrzeszającej odznaczonych.

 

Edyta. Zdążyłam poszperać w SJP PWN:

order «wysokiej rangi odznaczenie»

medal «krążek z metalu ozdobiony reliefem, wydawany dla uczczenia jakiejś osoby lub wydarzenia bądź przyznawany jako odznaczenie państwowe lub nagroda za wybitne osiągnięcia»

 

Przemyślę ze względu na kształt, który krążek (medalion) ma tylko w środku ;)

 

Edyta 2 (bo strasznie prokrastynuję, musząc wyjść z domu najdalej za osiem minut…)

Pierwsze medal zastąpiłam “krzyżem kawalera LH”, bo to ranga orderu i najbliższe opisowi technicznemu francuskiemu. Drugie orderem, bo tam nie ma wielkiego znaczenia, a wprawdzie z doświadczenia z medalierstwem wiem, że to, co historycy sztuki i numizmatycy tak określają, miewa też inne kształty, to w końcówce XIX w. ta tendencja dopiero się zaczyna.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na LH znam się całkiem przyzwoicie, ale z tekstów francuskich :P Polskiej wiki natomiast nie zawsze ufam (i sporo tych francusko-historycznych artykułów już edytowałam). Określenie Order Narodowy Legii Honorowej jest po polsku mylące, bo właśnie to jest instytucja. Ordre tak jak “zakon”, a i ta legia po polsku teraz nieczytelna – powinien być legion, jak rzymska jednostka wojskowa. Dlatego w zasadzie powinno się mówić, że ktoś jest członkiem Legii Honorowej (a dokładniej Legionu Honorowego)… Oba te niezbyt dobre tłumaczenia niestety powstały dawno i się nie odkręci, zresztą Zakon LH brzmiałby dziś jeszcze gorzej, a to jedyne inne możliwe tłumaczenie, niestety. Legia wzięła się pewnie z rodzaju żeńskiego po francusku, a tam z łaciny (to w sumie my mamy błędnie legion w rodzaju męskim od form zależnych: legio, legionis).

 

Oto odpowiedni cytat francuski (wiki takoż):

 

L'ordre national de la Légion d'honneur est l'institution qui, sous l'égide du grand chancelier et du grand maître, est chargée de décerner la plus haute décoration honorifique française. Instituée le 19 mai 1802 par Napoléon Bonaparte, elle récompense depuis ses origines les militaires comme les civils ayant rendu des « services éminents » à la Nation.

En 2016, il existe 93 000 récipiendaires vivants, et environ un million de personnes ont reçu cette médaille depuis sa création.

 

[… jest to instytucja, która pod przewodnictwem wielkiego kanclerza i wielkiego mistrza ma na celu przyznawanie najwyższego odznaczenia francuskiego. Ustanowiona 18 maja 1802 przez NB nagradza od swoich początków zarówno wojskowych jak i cywilów, którzy odnieśli “wybitne zasługi” dla Narodu [państwa].

W roku 2016 jest 93 tys. żyjących odznaczonych, a ok. miliona osób dostało ten medal od czasu jego utworzenia.]

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo dobrze, że zniknął ten nieszczęsny medal.

Niezły, a nawet dobry pomysł, niezłe wykonanie. Trochę dłużyzn, przydałyby się skróty. Dobrze został wytłumaczone, czemu niektórzy żołnierze zginęli, innych pokryła skorupa, a inni ocaleli.

Wady – pierwsza: niespodziewany przeskok do UFO, o czym informuje w końcówce inspektor. Chyba jednak należało zasygnalizować, że inspektor ma swoje spojrzenie na sprawę i wie dużo więcej. A tak, wyszło to na siłę.

Druga – rewolwer. Szeregowy żołnierz ma rewolwer? I to nie jest żołnierz kawalerii. I gdzie on go trzymał, bo kurtki nie miał. Za paskiem, w kaburze? Powinien być dla kowala widoczny. Trudno przypuszczać, że był to rewolwer kieszonkowy.

Posiadał bezpiecznik? Nie wydaje mi się. 

Chyba źle rozegrane, a to ważny element fabuły. 

Pozdrówka.

Drakaino,

 

Z przyjemnością mogę stwierdzić, że Twój styl z opowiadania na opowiadanie jest coraz lżejszy. Paskudne cycerońskie tasiemce nie wyskakują już zza węgła i od razu tak prostemu człekowi jak ja czyta się przyjemniej.

Co do opowiadania, to początek przykuł moją uwagę. Mam pewną słabość do słowa kometa, pisanego archaicznie w rodzaju męskim, więc był to miły akcent, który nastroił mnie pozytywnie. Środkowa część nieco mnie znudziła. To śledztwo jakoś tak przeciągało się ospale, za to końcówka znowu na plus.

Nie ma tu może fabuły zmuszającej do zdrapywania lakieru z krzesła, na którym się siedzi, ale jest za to dobrze napisana historia, przesiąknięta XIX wieczną Francją, wiarygodna, gdzie czuć, że każdy szczegół wygrzebałaś z jakiś zapomnianych pamiętników, lub ślęcząc nad mapą.

Z czystym sumieniem mogę wystawić ocenę 5/6.

Roger, z komórki tyle: rewolwery jako broń regulaminowa piechoty francuskiej zostały zakupione w 1870, więc uznałam , że przy alternatywnej historii obejmującej m.in. szybszą reformę armii może być nieco wcześniej .

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciekawe opowiadanie. Widać, że stanowi część czegoś większego (wróciłaś do poruszanego kiedyś tematu czerni), ale broni się jako samodzielny tekst.

Fajnie było poznać garstkę wyjaśnień na temat czerni.

I kometa stanowił miły akcent, też mi się Mickiewicz przypomniał. Od razu +10 do dziewiętnastowiecznej stylizacji. ;-)

Babska logika rządzi!

Mnie tez urzekl kometa :) Poza tym bardzo mi sie spodobalo, ze umiescilas akcje opowiadania o UFO w dziewietnastym wieku, dodalo to calosci dodatkowego smaczku… Ladnie napisane, przedstawiajace ciekawa historie ujeta w zgrabna, dopracowana forme.

Przepraszam za brak polskich liter, klikam biblioteke i zycze powodzenia w konkursie.

katia72 – bardzo dziękuję, Twoja opinia jest dla mnie ważna :) Finklo – dzięki za punkty za Mickiewicza ;)

 

@RogerRedeye

 

Z zepsutej komórki średnio się pisze, więc teraz nieco dłużej. O regulaminowości rewolwerów już wspomniałam – rzecz dzieje się w latach 1869-70, kiedy rewolwery nie są już żadną nowością (patent Colta to 1835). O ich zakupie (kilku różnych modeli!) dla armii francuskiej zdecydował wprawdzie dopiero Rząd Obrony Narodowej we wrześniu 1870 (z całego guglania okołoopowiadaniowego mogę polecić tylko datę dzienną wybuchu wojny francusko-pruskiej), ale, jak już pisałam, alternatywna historia + elementy steampunku umożliwiają wcześniejszy zakup dla reformowanej armii, bo sama broń istnieje od lat. (Reforma na wzór pruskiej Scharnhorsta, którą Francja przyjęła w realu nieco za późno, żeby wygrać wojnę francusko-pruską – u mnie będzie to robić konsekwentniej i wcześniej.

 

Proste bezpieczniki miały już rewolwery produkowane w latach ‘70 XIX w., ale przyznam, że “zabezpieczenie broni” rozumiałam potocznie, a nie jako czynność techniczną.

 

Czy broń była dla kowala widoczna? W sumie dobre pytanie, ale da się z niego wybronić. To czasy, kiedy broń noszono dość powszechnie, więc jej obecność nie jest niczym szczególnie się wyróżniającym. Skoro dodatkowo Lefort oszalał, to zapewne uciekając spod wraku wsunął rewolwer do kieszeni spodni albo za pasek, koszulę częściowo miał zapewne na wierzchu, a jeśli nawet wystawała rękojeść, to spora szansa, że kowal nie zwrócił na to uwagi, będąc nieco zamroczony i przyzwyczajony do tego, że ludzie miewają broń. Regulaminowe rewolwery z 1870 miały długość między 24 a 35 cm, przy historii alternatywnej i steampunku możemy założyć, że w twierdzy na gorącym pograniczu dostali najnowszy model, a ten akurat był najkrótszy ;) A może w ogóle rozwijając ten świat w latach ‘60 wymyślę jakieś inne rozwiązania techniczne…

 

PS. W kwestii medalu vs. orderu oraz przede wszystkim znaczenia francuskich terminów związanych z Legią Honorową nadal mam inne zdanie, ale było mi dość obojętne, jakiego użyję słowa w tekście, więc uległam przemocy :P

 

PS 2. Nie bardzo rozumiem tę uwagę o przeskoku. Vidocq też musi dojrzeć do tego, że to, co wie o czerni, pasuje do tego przypadku. On tego nie wie od początku. No i UFO nie ma – jest szpiegowski balon. Na odwrót niż w Roswell :P (Meteorologicznego nie dałam, bo to dopiero koniec XIX w., a tu możliwości techniczne niekoniecznie pozwoliłyby na duże przyspieszenie bez dużego mieszania.)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

 

Wszystko w klasie, tyle tylko, że ówczesny rewolwer był sporej wielkości palną bronią krótką. Kowal powinien był go zauważyć, a autorka zasygnalizować, że istnieje. No bo jak kowal lustrował dziwnego przybysza, to chyba jednak rewolwer zauważył.

To prawda, że rewolwery były wtedy powszechnie już używane, chyba najwcześniej w armii amerykańskiej, ale także przez powstańców styczniowych, łącznie z sztucerami belgijskimi, nie mówiąc o wojnie secesyjnej. Francja była mocno zapóźniona, nie tylko, jeżeli idzie o rewolwery, ale i o karabiny. No i dostała łomot. 

Powyżej replika rewolweru Colta z tego okresu.

Pozdrówka.

Francja nie była zapóźniona, akurat technicznie była do przodu w stosunku do Prus. Łomot dostała głównie dlatego, że nie miała przygotowanych rezerw (niedokończona reforma), a Prusy rzucały na front kolejne wyćwiczone oddziały. Oraz z powodu złego wywiadu, a także zaniedbania możliwości pościgu, kiedy miewali przewagę.

 

O długości broni pisałam w poprzednim komentarzu. A gdybym zasugerowała, że istnieje, to nie miałabym zaskoczenia. Sorry, to nie tekst historyczny, a na dodatek historia alternatywna :P A postać jest żołnierzem, więc czytelnik może się spodziewać broni. Ergo: jednak trochę czepialstwo.

A to jest jeden z konkretnych modeli zakupionych w 1870, dość akurat mały (Smith&Wesson No2):

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Powodzenia w pisaniu książki.

Pozdrówka.

PS. ciekawe, dowiedziałem się że w powstaniu styczniowym używano też karabinów Dreyse. 

Do biblioteki wysłałam ja :) Klimatyczne, dobrze napisane, z ciekawą zagadką. Co prawda realia historyczne to nie moja bajka, ale doceniam odwzorowanie epoki. Troszkę zabrakło mi ‘i co dalej?’, ale tekst na pewno biblioteki wart. Kilka świetnych zdań, szczególnie spodobało mi się: ”Bo to coś nie musi mieć ciała” w kontekście rozmowy.

Przeczytane.

Bardzo fajne opowiadanie, dobrze napisane i intrygujące, mimo że nie jest to mój szczególnie ulubiony gatunek. Czytało się lekko i przyjemnie.

Z zarzutów, to tajemnica została trochę zbyt mało wyjaśniona, jakby opowieść nie była dokończona. Ot, wolałbym dowiedzieć więcej, co i po co ci Prusacy kombinowali. ;) Edit1: jeśli to byli Prusacy <ominous music>

Na duży plus również research, domyślam się, że kosztował mnóstwo wysiłku.

Trochę nie pasowała mi reakcja Duranda na pojawienie się “potwora”, w ogóle się nie przestraszył.

Edit2. Pytanie do końcówki: czyli że ten stwór jakby – za przeproszeniem – wszedł w żołnierza i pokierował jego ręką do próby samobójstwa, tak?

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Ot, wolałbym dowiedzieć więcej, co i po co ci Prusacy kombinowali. ;)

To jest kawałek większej historii, więc kiedyś tam się wyjaśni ;) Póki co, kombinowali przede wszystkim to, co w realu, czyli wywołanie wojny z Francją – w realu wybuchła 19 lipca 1870, stąd mam taką a nie inną ostatnią datę w opowiadaniu. To jest taka niedoceniana wojna, a bez niej (lub z wygraną Francji) być może nie byłoby I wojny światowej, w każdym razie nie w tym wymiarze. Austriacy pewnie i tak wywołaliby wojnę na Bałkanach, bo bardzo im na niej zależało, ale słabsze Niemcy/Prusy (pytanie, co ze zjednoczeniem) to zupełnie inny rozwój…

 

Dzięki za uwagę o researchu, zawsze miło, ale na szczęście to “moja” epoka, więc sporą część miałam w głowie :)

 

Trochę nie pasowała mi reakcja Duranda na pojawienie się “potwora”, w ogóle się nie przestraszył.

Bo on jest taki zwykły porządny chłop, który niczemu się tak naprawdę nie dziwi ;) Poza tym miał lekkiego kaca.

 

Dziękuję za opinię!

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fakt, jak się ma kaca, to jakiś tam potwór jest najmniejszym zmartwieniem. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Powtarzając opinię z bety: jak zawsze plus za klimat, kreację Vidocqa i Duranda, a także brak nazbyt rozbudowanych zdań. Słabością opowiadania jest to, że faktu, iż za UFO stoją niecne knowania Prusaków, można się domyśleć wcześniej, choć z drugiej strony venomowa maź nakierowuje jednocześnie na opcję kosmicką, więc nie jest to tak oczywiste.

 

Łomot dostała głównie dlatego, że nie miała przygotowanych rezerw (niedokończona reforma), a Prusy rzucały na front kolejne wyćwiczone oddziały. Oraz z powodu złego wywiadu, a także zaniedbania możliwości pościgu, kiedy miewali przewagę.

A także dlatego, że cesarz miał po imieniu o dwie kreski za dużo ;P

Hehe, Le Fort ;)

 

No to – czas na mój inauguracyjny komentarz pod drakainowym opowiadaniem – wstyd i sromota!

Generalnie, uważam że to całkiem fajny tekst, choć przez moje osobiste podejście do literatury trochę traci.

Udanie wyszła stylizacja i klimacik tajemnicy. Wspomnienia samego Le Forta, scena w lazarecie i ta, gdy przerażony żołnierz nawiedził kowala wyszły naprawdę solidnie, budowały nastrój.

Podobały mi się wtrącenia związane ze zmianą stopni wojskowych (szeregowiec → kapral) – nie wiem czy to był zamierzony element humorystyczny, ale tak właśnie wyszło. Tak czy inaczej, fajnie.

Z tempem bywało różnie – generalnie poprawnie, bo powściągnęłaś infodumpy, ale chociażby scena z odnalezieniem Le Forta przez żołnierzy (i walka, która się wtedy wywiązała) moim zdaniem nazbyt statyczna.

Podobnie pod koniec (o czym już wspominałem), niepotrzebnie nakreślasz cały front i skupiasz się na całokształcie wojny. Tym bardziej korelując treść z tytułem opowiadania – Kometa. Jedno słowo. Kwintesencja tego tekstu, element, którego on dotyczy.

Moim zdaniem wystarczyłoby tylko wspomnieć o tych Prusach.

Co za tym idzie nie jestem również ukontentowany rozwiązaniem tajemnicy, bo wcale jej nie rozwiązujesz – jak Francuzi nie wiedzieli, co było w tym cholernym balonie, tak nie wiedzą.

Motyw super-żołnierzy jest mi głównie znany z gry Return to Castle Wolfenstein (świetne połączenie prawdziwej historii III Rzeszy z wykraczającymi poza rzeczywistość eksperymentami szalonych, nazistowskich naukowców) – to nośna i ciekawa tematyka. Szkoda, że uciekłaś od odpowiedzialności twórczej i nie opowiedziałaś o tym więcej ( → złośliwość z przymrużeniem oka ;) ).

Zakończenie na plus, warsztat w porządku. Czytało się raczej sprawnie.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo fajne, klimatyczne opowiadanie. 

Przeczytałem z przyjemnością. :) 

Chyba jedno z dwóch Twoich najlepszych.

Rewolwerami się nie przejmuj, w 1870 nie było kraju (cywilizowanego), który by ich nie produkował w ilościach masowych. Nawet w Rosji tłuczono już od dekady i to grubymi tysiącami “licencyjne” (czytaj – pirackie;) colty navy i remingtony (tzw. tulskie. co ciekawe – jakościowo lepsze od amerykańskich pierwowzorów). Francuzi już od 1854 robili niezłe rewolwery magneot & c. Zagłębiem rewolwerowym w opisywanym przez Ciebie czasie była Belgia – tam trzaskali co się da i ile się da, z licencją i bez.

Legia honorowa – order, order, nie żaden medal. Pierwsza wersja Virtuti Militari też miała kształt medalu, a był to jednak zdecydowanie order ;).

Francuzi przegrali z kilku co najmniej powodów. Także zdecydowanie słabszej artylerii i przestarzałej taktyki. W końcu nie bez powodu Krupp te swoje armaty trzaskał. A jaką były zmorą dla Francuzów, świadczy choćby “500 milionów hinduskiej władczyni” Verna :).

 

Dzięki, rybaku, za to zaliczenie do “najlepszych” – znaczy, że się rozwijam ;) Które, Twoim zdaniem, jest to drugie najlepsze, btw?

 

Legia honorowa – order, order, nie żaden medal

Tak, ogólnie zgoda, ale dyskusja była o tym, że moim skromnym zdaniem “order” to jakby abstractum, a medal czy inna fizyczna manifestacja to jest to, co dostajesz do łapy i np. wieszasz na ścianie albo wrzucasz do szuflady ;) Został kawalerem orderu, wręczyli mu krzyż czy medal. Jak pisałam, może to być w moim przypadku galicyzm, w słownikach niestety nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi. Analogia: głoska jest dźwiękiem, litera (lub kilka liter) jej fizycznym zapisem czy inne takie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Order! :D

A jeśli już medal, to jedynie w znaczeniu: “na piersi jego wisiał medal orderu Legii Honorowej”… coś jak: “pierś jego zdobił krzyż orderu Virtuti Militari”

O właśnie, o to mi chodziło :)

 

Skądinąd miałam kiedyś zagwozdkę, bo znalazłam, że pewien człowiek miał wykład (na który niestety nie mogłam pojechać do Warszawy) pt. “Medale księcia Józefa Poniatowskiego”. Problem w tym, że książę Pepi nie bił własnych medali, a takich, na których występuje, też nie są szczególnie liczne… Czyli nie jestem pewna, co facet właściwie miał na myśli, czy nie odznaczenia jednak :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podobało mi się :)

Niezłe, niezłe, szczególnie biorąc pod uwagę, że XIX wiek nie jest moją ulubioną epoką. Brr, nie rozumiem tego zachwytu maszynami parowymi ;) No ale Vidocq rekompensuje to trochę, chociaż zawsze mi się wydawało, jak widzę błędnie, że rozwiązywał on sprawy z jedną, dwie epoki wcześniej. Ale to też jest na plus, że zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć ;) Pozdrawiam.

zawsze mi się wydawało, jak widzę błędnie, że rozwiązywał on sprawy z jedną, dwie epoki wcześnie

Poniekąd słusznie Ci się wydawało. Vidocq rozpoczął współpracę z policją w 1809, a w 1833 założył pierwsze w historii biuro detektywistyczne (to daje trzy i jedną epokę wstecz w realu). A urodził się w 1775. To, że u mnie żyje nadal i ma się dobrze, ma swoje znaczenie oraz uzasadnienie, ale z tego tekstu w wersji konkursowej usunęłam prawie wszystkie elementy mocno zakotwiczone w uniwersum. Ta idea zresztą zawdzięcza co nieco filmowi z 2001 :)

 

Dziękuję za opinię :)

 

Z opóźnieniem dziękuję też Sz. Panu Countowi za miłe słowa i Anet za uśmieszek.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To już któreś z kolei Twoje opowiadanie, a ja dopiero zaczynam powoli kojarzyć o co chodzi w Twoim świecie. Dotychczas byłem przekonany, że wspominany kilkakrotnie cesarz to Napoleon III, dopiero dzięki rodzeństwu rozpoznałem wyrośnięte Orlątko. Przyjemny pomysł z wprowadzeniem i przebranżowieniem księcia Walewskiego (też ma chyba trochę nadżyte), choć hrabia de Leon wydaje się być jeszcze wdzięczniejszym tematem do steampunkowej opowieści.

O ojcu i bracie Carnota za to nic nie wiedziałem i z przyjemnością sięgnąłem do Wikipedii.

Mój ojciec jest lojalną opozycją Jego Cesarskiej Mości.

– to świetne zdanie.

 

Muszę natomiast zwrócić uwagę na to, o czym pisał poprzednio Fun – fabuła opowieści jest nużąco liniowa. I nie mam tu na myśli sposobu narracji – on jest fajnie rozpisany na kilka głosów (Lefort w końcówce to już zresztą chyba o jeden za dużo), tylko o brak zmyłek (chyba, że za taką uznamy trop pruski), ślepych uliczek i “zwyczajność” prowadzonego śledztwa. Vidocq nie przejawia przy tym żadnych nadzwyczajnych umiejętności dedukcyjnych – on po prostu wyjściowo wie więcej i zna odpowiednich ludzi. Czytasz Sherlocka, to wiesz, jak to powinno wyglądać – rozrzucone podpowiedzi i odwrócona uwaga Czytelnika, który na końcu musi przyznać: to oczywiste, że też sam na to nie wpadłem!

Coboldzie, dzięki za miłe uwagi i dostrzeżenie alternatywnych życiorysów :) Hrabiego de Leon zamierzam wykorzystać, żeby spróbować wymyślić mu historię, co by było, gdyby jego przyrodni brat wcześnie doszedł do władzy.

 

Co do fabuły – cóż, dziwi mnie, że nikt jeszcze nie wpadł na to, czym jest ta fabuła, bo nawet przecież o tym wspomniałam w komentarzu… Tu mniej chodzi o śledztwo, bardziej o historię – w końcu konkurs jest o ufo, nie o detektywach.

A poza tym jestem długodystansowiec i 40k to dla mnie tragedia ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam kolejną opowieść Twojego cyklu i muszę wyznać, że nadzwyczaj przypadła mi ona do gustu. Początkowo byłam zaskoczona, że pisząc na konkurs o UFO, nie porzuciłaś dziewiętnastego wieku, ale im bardziej wgłębiałam się w opowiadanie, tym bardziej podobał mi się Twój pomysł, zwłaszcza że zagadkowy statek powietrzny, stał się pretekstem do pokazania działań podejmowanych przez ówczesnych rządzących, wojskowych, uczonych, no i oczywiście Vidocqa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ogromnie mi miło, Reg, ponieważ wiem, że jesteś wymagającą czytelniczką :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No cóż, Drakaino, sama ustawiłaś poprzeczkę własnym tekstom, ale co tu dużo mówić – utrzymujesz wysoki poziom, więc i zadośćczynisz wymaganiom. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wciągający tekst. Podoba mi się, że wplotłaś pomysł na konkurs w swoje Uniwersum, rozbudowując i rozwijając je o kolejne elementy. Ma się wrażenie, że już wcześniej napisałaś to opowiadanie, ponieważ zgrabnie wplotłaś elementy z Czarnym, mogąc pokazać kolejne jego sposoby działania (przynajmniej tak to odebrałam) a i Prusy pasują tu doskonale, jeśli i tak występują w twoim cyklu.

Wyjątki z betowania:

 

Na wstępie – bardzo przystępny tekst dla laika, który nie zna się na XIX wieku i tamtejszej sytuacji. Ładnie malujesz obraz epoki, tworzysz klimat słownictwem oraz elementami francuskimi, które zwykły czytelnik łatwo skojarzy. Tłumaczysz, kim jest Walewski, dopracowałaś kwestię broni (mały detal, a cieszy).

Miałem lekkie wątpliwości co do tempa akcji, ale to opowiadanie detektywistyczne. Mniejsze tempo i większe nastawienie na dialogi jest tu jak najbardziej na miejscu. W tym momencie czy to podpasuje czytającemu, czy nie, zależy już tylko od gustu. Sama zagadka rozwiązywana jest w dobrym tempie, powoli zapodajesz wszystkie elementy układanki, doprowadzasz je do satysfakcjonującego końca, a nawet zostawiasz pewną zdrową dozę tajemnicy na koniec. Wyszło więc od tej strony fajnie.

Bohaterowie. Poza Vidocq i Durandem nie potrafię tak z marszu kogokolwiek scharakteryzować. Wojskowi więc to raczej tylko tło, minister Walewski to taka ciekawostka historyczna “na ekranie”. Nie wiem, czy jest ich sens rozbudowywać w tak krótkim tekście, gdyż dwie główne postacie wychodzą nad wyraz dobrze. Inspektor jest inteligentny, ma swoje nawyki, “nałóg” do ciastek i do tego gadane. Kowal to spokojny człek żyjący na wsi, a motywy z rannym kapralem i odwołanie do jego przesądności w nowym forcie wypadły ciekawie.

Nadal czuć, że to część większego uniwersum, ale zmiany poczynione w trakcie bety zmniejszyły to definitywnie do minimum.

Podsumowując: bardzo fajny detektywistyczny koncert fajerwerków o obiekcie z nieba :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Udane opowiadanie. Teraz będę musiał uzasadnić, dlaczego nie zgłoszę nominacji do piórka.

Powodem pierwszym jest bardzo prosta fabuła. Proste fabuły są dobre, ale pod warunkiem, że ich prostota w jakiś sposób zachwyca swoją wymową lub puentą. Tutaj mamy historię, która biegnie przewidywalnym torem i największym zaskoczeniem jest fakt, że Autorka niczym nas nie zaskoczyła w finale. Ot, za wszystkim stoi tajemnicza materia/się/siła/energia znana z innych opowiadań Autorki i tyle. Nie otrzymujemy żadnego wyjaśnienia poza tym, że w rozbitym, pruskim obiekcie było to Coś. Przyznasz sama, że żaden to twist i żadna kulminacja, żadne katharsis i żaden wielki finał na zakończenie opowieści. Myślę, że jest to poniekąd ułomność tekstu, wynikająca w dużym stopniu z jego osadzenia w uniwersum tworzonym na przestrzeni wielu opowiadań.

Kolejny minus to "śledztwo". Mamy w Twoich historiach bohaterów, których przedstawiasz jako wybitne i przenikliwe umysły. Problem w tym, że sprawy, które rozwiązują, rozwiązują się niemal same przy znikomym udziale owych mistrzów dedukcji od spraw nadzwyczajnych. O ile w (nominowanym przeze mnie) „Jeśli wykluczysz…" zainteresowanie wzbudzał świetny pomysł na postać, której nie można uchwycić na płótnie, i prostota intrygi nie przeszkadzała wobec innych zalet, to w "Komecie" inspektor V w zasadzie "wykazuje się" jedynie skojarzeniem substancji pokrywającej żołnierzy z czymś, co spotkał w przeszłości. Tajemnica okazuje się żadną tajemnicą, wystarczy, że pamiętamy o tym, że czytamy opowiadanie Drakainy osadzone w jej uniwersum. Kryminalnej zagwozdki, suspensu, mylenia tropów, zaskoczeń itd. nie uświadczy czytelnik. Przykład? Rozbijasz narrację na dwie linie, ale nic z tego nie wynika. Gdy V z obstawą odnajduje zaginionego żołnierza, kowal właśnie ma go odstawić do pobliskiej jednostki. Poszukiwania uciekiniera w zasadzie pozbawione są napięcia i odbywają się bezproblemowo i poza historią. Sam ich finał z próbą samobójczą, też nie wzbudza wielkich emocji.

Jak jednak napisałem, jest to udane opowiadanie. Dobrze napisane, jeszcze przystępniejszym i lepszym stylem niż wcześniejsze Twoje teksty. Naprawdę sprawnie i zręcznie ubierasz historię w słowa i zdania. Warsztat bez zastrzeżeń. Świat polubiłem. Protagonista ma u mnie kredyt zaufania i czekam, aż wykorzystasz jego potencjał (na szczęście nie pokazuje mi się zaraz fizjonomia Gerarda D. z filmowego Vidocqa).

Tym razem jednak zabrakło jakiegokolwiek WOW! w samej fabule. Ale życzę powodzenia w konkursie, na pewno tekst trafi do antologii pokonkursowej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr. Marasie, aaargh. Tu w zasadzie nie ma śledztwa :( Może powinnam to podkreślić: Vidocq nie jest na miejscu z powodu typowej “zagadki”, ale z powodu tajności – zakładam, że wszyscy od początku podejrzewają Prusy, tylko nikt tego głośno nie powie, póki to nie będzie oczywiste i póki nie będą znane szczegóły. Czyli nie kryminał, ale raczej sensacja – nie zgadywanie, ale wymyślanie rozwiązania problemu politycznego. Dlatego Lefort nie jest dla czytelnika tajemnicą, ale jego historia i jej rozwój jest po prostu drugim punktem widzenia na to, co wiemy od początku, że się wydarzyło. Najwyraźniej to akurat nie dla wszystkich wyszło, spróbuję wrzucić takie informacje w tekst, żeby było bardziej oczywiste.

Tak w ogóle to jest przepisana na dziewiętnastowieczne realia pewna historia, która wydawała mi się popkulturowo aż do bólu oczywista, a tu za przeproszeniem, rzyć, nikt nie kojarzy…

 

PS. Jeśli jeszcze zajrzysz. Dopisałam w kilku miejscach takie uwagi:

“Inspektor wzdrygnął się. Zaczynał mieć podejrzenie, co mogło spowodować taki stan żołnierzy.“ (pierwsza wizyta w lazarecie)

“Na dodatek podejrzenie, które powziął w lazarecie, nabierało właśnie politycznych konsekwencji, a to oznaczało niekończące się gabinetowe debaty zamiast solidnego śledztwa.“ (po przekonaniu się, że to maszyna latająca)

I wreszcie (drugie zdanie): “Vidocq nie odwrócił wzroku, kiedy ciało chorego na ich oczach zamieniało się w wyschniętą mumię. Podejrzenia inspektora właśnie zmieniły się w pewność.“

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, ale że Rosswell to widać od razu. Ale zmiana dekoracji to jak na samodzielne opowiadanie trochę mało.

Retelling jest uprawnionym gatunkiem :) No i nie tylko zmiana dekoracji – tu chodzi przecież nie o kosmitów czy nie kosmitów i nawet w niewielkim stopniu o to, że rząd ukrywa coś przed społeczeństwem, ale o zmianę biegu historii za pomocą “stworzenia” Roswell, o plan polityczny i zapobieżenie wojnie, a przynajmniej jej odwleczenie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

OK, Drakanino, tylko chodzi o utrzymanie satysfakcji czytelnika. To, że zamieniłaś sprzedawcę żelastwa na pijanego kowala i bazę wojskową na twierdzę, to uśmiechnęło na samym początku. Ale dalszy sposób prezentacji historii (przybycie słynnego detektywa, odwiedzanie miejsca zdarzenia i przesłuchiwanie świadków, zwracanie uwagi na szczegóły, które umknęły uwadze innych, dobieranie ekipy) sugeruje, że poza zręcznymi nawiązaniami dostaniemy też kryminał sherlockowski. Twoje opowiadanie to jest retelling miejskiej legendy, ale podany w formie XIX-w opowieści detektywistycznej. Nie przekonasz mnie, że nie – tak Ci się napisało i dlatego oczekuję wspólnego rozwiązywania zagadki, a nie odhaczania nawiązań. Jakkolwiek by ten retelling szlachetny nie był.

Hmm, mam wrażenie, że działa tu nieco inny mechanizm – stereotypizacji. Skoro jest detektyw, to musi być zagadka i śledztwo o charakterze sherlockowskim. A mój Vidocq jest jednak przede wszystkim szefem państwowej jednostki policyjnej (i to raczej NSA niż FBI, żeby ciągnąć analogie roswellowskie), nie tylko detektywem. Historia potoczyła się inaczej, więc też nieco inaczej potoczyło się jego życie i agencja detektywistyczna jest tylko dodatkiem do pracy policyjnej. Oczywiście od razu zaznaczam: zdaję sobie sprawę, że to się nie tłumaczy w obrębie opowiadania, ale w uniwersum. Niemniej z drugiej strony czytelnik całkiem z zewnątrz niekoniecznie wie, że Vidocq jest detektywem, a to określenie tu nie pada – czyli znów: oczekiwania oparte na tym, co było wcześniej. No, niezłe konundrum się robi, ale tak to jest, jak się tworzy uniwersum…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drukować.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Rozumiem, że mogę to traktować jako komplement ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak :)

 

Prawie 40k tekstu przeleciało lekko jak 20.

Masz tego swojego bohatera i universum z wieloma innymi historiami, ale to tylko smaczek.

Przede wszystkim można to opowiadanie trakotować jako byt samodzielny.

I jako taki, napisane jest naprawdę płynnie i ciekawie. Jest styl autorki, jest odwzorowanie epoki, i co równie ważne i chyba typowe w tym universum jest steampunk pływający gdzieś na obrzeżach, prawie nieuchwytny, ale jednak obecny. Roztacza aurę tajemniczości podobnie jak czerń.

 

Jedyne co mi się wydało, to że wałkowałaś słowo "rdza".

 

Mi prosta fabuła nie przeszkadzała. I właściwie, to nie mam nic do zarzucenia :D

 

Jak się poprawnie wymawia nazwisko bohatera?

 

Na marginesie,

przednie są pod różnymi opkami komentarze Rogera, szczególnie te reprezentujące taktykę "przyczepić się do jakiejś jednej rzeczy", bo tak :D i nieposiadające nic więcej.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dziękuję za rozwinięcie :)

 

Jedyne co mi się wydało, to że wałkowałaś słowo "rdza".

Bo ono, draństwo, nie ma synonimu. Zrobiłam wielki risercz w kwestii używania w języku potocznym słowa korozja i pochodnych, ale nie bardzo było w użyciu.

 

Jak się poprawnie wymawia nazwisko bohatera?

Widok – z akcentem na “o”, oczywiście.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak przypuszczałem, że Widok :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Powtórzę pokrótce z bety, że tekst mi się bardzo podobał, miał ciekawy steampunkowy klimat, wzbudzającą sympatię postać kowala i w sumie jedyne na co trochę kręciłem nosem, to za mało wyjaśnień co do zasady działania “czerni”.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bardzo dobre opowiadanie, widać gołym okiem włożony wysiłek. Odczuwam trochę niedosyt – skoro ta czerń potrafi dawać nadzwyczajną siłę i inne nadprzyrodzone zdolności oraz wpływa na wielu ludzi bez ich wiedzy, to z pewnością jakoś bardziej wpływa na świat. Z tego powodu najsilniejszy w opowiadaniu jest początek: wciągnęła mnie tajemnica i budowanie napięcia. Nie chodzi mi o to, że rozwinięcie i zakończenie są słabe, tylko że po nich chciałbym dalej czytać o przygodach inspektora.

 

Ale potem wróciłem zaraz do łóżka

“Potem” i “zaraz” mają w tym zdaniu to samo znaczenie.

ironiczny podpis

dczuwam trochę niedosyt – skoro ta czerń potrafi dawać nadzwyczajną siłę i inne nadprzyrodzone zdolności oraz wpływa na wielu ludzi bez ich wiedzy, to z pewnością jakoś bardziej wpływa na świat.

To jest ból osadzenia opowiadania w uniwersum – i tak starałam się unikać bardzo wyraźnych odniesień do tegoż, ale całkiem się nie da… Na portalu są jeszcze trzy opowiadania, w których występuje czerń, i jedno z tego samego cyklu, ale w odmianie bardziej urban fantasy.

 

Dzięki za miłe słowa, poprawkę zaraz wprowadzę, masz świętą rację :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie mam żadnych zastrzeżeń co do stylu, pomysłu, kompozycji. Dałem się wciągnąć i zainteresować, więc najważniejsze pewnie osiągnęłaś. Ale. Jak mogłaś tak uciąć tekst na samym końcu? Rozumiem tłumaczenia, że tworzysz swoje uniwersum, które systematycznie uzupełniasz, ale jaką – jako niezaznajomiony z tym światem czytelnik – mam pewność, że wątki z powyższego opowiadania w jakikolwiek sposób i kiedykolwiek zostaną wyjaśnione? Uważam, że opowiadanie musi wyjaśnic pomysł, jego rdzeń – mogę uznać, że niewyjaśnionym obiektem jest balon szpiegiwski. Dlaczego jednak wprowadzasz pomysł drugi, który eksponujesz o wiele mocniej od innych wątków, zostawiając mi ochłapy w postaci plotki o super żołnierzach? No tak się nie robi, no. Całość była bardzo smakowita, ale nie nasyciła. A ja głodny, to zły jestem, o.

Stn-ie, dziękuję za ogólne dobre wrażenie :) Ale czy tym elementem, o którym piszesz, jako o ucięciu w połowie, jest wzmianka o specjalnych oddziałach austriackich? Czy też ogólnie kwestia czerni? Starałam się oduniwersumować opowiadanie jak się dało, ale całkiem od tego nie ucieknę :( A właśnie rodzi mi się cykl o wojnie francusko-pruskiej i jej unikaniu (Noir – Kometa i jest już kilka następnych pomysłów)…

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zdecydowanie czerń. Polityka zrobiła dobre tło,świetnie uzupełniła tutejszy świat.

Bo czerń to trochę jak początkującą kurtyzanę przedstawiłaś – dała się poznać i nawet coś tam rąbka uchyliła, ale miłości z tego nie było. ;)

PS. Myślę, że to wynika głównie z moich upodobań – ponad poznawanie świata przedstawionego umiłowałem sobie odkrywanie wszelkich tajemnic, które mi on oferuje. Miło jest poznać kucharza, ale jeśli tenże ma u siebie ducha – wiadomo, że wybiorę seans spirytystyczny. ;)

A, to już rozumiem – no tu zadecydował głównie limit znaków. Świadomie tylko zasugerowałam, bo żeby coś więcej napisać, musiałabym mieć z 10k wolnego ;) Starałam się dość dokładnie, choć skrótowo wyłożyć podstawowe informacje posiadane przez Francuzów na tym etapie… I pokazać to, że rząd ukrywa coś przed samym sobą nawet ;)

Mam nadzieję w niezbyt dalekiej przyszłości wydać zbiór opowiadań z tego świata, może wtedy się więcej wyjaśni :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jestem pod wrażeniem tekstu. Bardzo plastyczny świat przedstawiony. Nie miałam problemu, żeby wyobrazić sobie miejsce akcji. Wysoko ustawiłaś poprzeczkę w konkursie.

No, w końcu dotarłem. 

I jestem zadowolony, bo to obok "Jeśli wykkuczysz…" chyba najlepszy Twój tekst do tej pory. W każdym razie najlepiej napisany. Żadnego przegadania, żadnego rozwodnienia, jest za to tajemnica, ciekawa intryga, przyjemne, steampunkowe elementy, niezłe postaci – nawet trzecioplanowe są wyraziste (okej, Vidocq nie miał tu okazji naprawdę się wykazać, ale zapewne nadrobi) – wszystko to sprawia wrażenie lekkości (nie chodzi o klimat – ten jest należycie noir), raczej o lekkość narracyjną i sprawność w opowiadaniu historii. 

No właśnie – historia. To, że prosto i po sznurku to nie wada, bo nie wszystkie fajnie opowieści muszą być zakręcone. Rzecz w tym, że to opowiadanie byłoby znakomitym pierwszym rozdziałem powieści. Nakreślasz tajemnicę, ujawniasz ledwie jej zręby, zaznaczasz wielgachną intrygę sięgającą władz, Europa na skraju wojny… I koniec. Nawiązania do Czerni i tak dalej są dla mnie czytelne, bo znam inne Twoje teksty, ale nawet wtedy, opowiadanie pozostawia mnie z wrażeniem – okej, gdzie dalszy ciąg? Tym bardziej, gdybym czytał to bez żadnego odniesienia do reszty Twojego Uniwersum. 

Dlatego, fabularnie czuję niedosyt. Ale opowiadanie i tak dobre! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

“Sam pan lepiej wie[-,] czego, ja tam nie byłem.”

 

“Jak się okazało, Jean Laurain też był w grupie, która natknęła się na zagładę pierwszego oddziału ratunkowego…” – Wait, what? A kto to jest Jean Laurain? Pogubiłam się tu, aż sprawdziłam wcześniej, ale nie, wcześniej nie był wspominany żaden Laurain. Bardzo dziwny sposób na wprowadzenie nowej postaci do fabuły, niezręczny, nieintuicyjny. Przynajmniej moim zdaniem.

 

“– Ci, którzy zginęli – zapytał głucho.” – To raczej nie jest pytanie. A jeśli jest, to konieczny jest znak zapytania.

 

“– Było ciemno, działaliśmy szybko, a to – wskazał z odrazą na żelastwo – jeszcze trochę dymiło i żar od niego szedł.” – Raczej żar od tego szedł

 

Miejscami mam wrażenie, że nadużywasz miejscami przymiotników.

 

“Albo[+,] co gorsza, zmienił się w lepką maź.”

 

“Nie zamierzał wdawać się w szczegóły: z jednej strony ofiar, z drugiej zaś ludzi świadomie podejmujących z czernią współpracę. Ani opowiadać szczegółowo o tych…” – Coś tu nie zagrało. W szczegóły ofiar? W szczegóły ludzi? Niegramatycznie.

 

 

Obawiam się, że jestem osobą, na które nie działa klimat Twoich opowieści osadzonych w tym uniwersum. To znaczy w sumie właśnie ja nie czuję tu szczególnego klimatu. Zdecydowanie jestem pod wrażeniem sposobu, w jaki odmalowujesz realia oraz pracy, jaką włożyłaś w przygotowanie tego świata, badania nad historią, obyczajnością itp., ale samej historii z czernią związaną z technologią jako bezimiennym, niezrozumiałym zagrożeniem po prostu nie kupuję. Myślę, że gdybym czytała to w formie powieści, zamkniętej (albo i nie) całości, w której najpierw prezentujesz pomysł, a potem go rozwijasz i wyjaśniasz, to chętnie bym się z nią zapoznała i – o ile wyjaśnienie by mnie usatysfakcjonowało – czytałabym ją z ciekawością. Ale seria opowiadań, które na dobrą sprawę zamkniętych całości nie stanowią, niezbyt do mnie trafia. Powoduje, że czytelnik powinien przeczytać wszystko (a przynajmniej część tego), co tu opublikowałaś, by w pełni ocenić (i docenić) każdy nowy tekst. To nie zarzut jako taki, po prostu tak to już jest, jak się tworzy w jednym uniwersum, które Ty znasz bardzo dobrze i w każde opowiadanie wlewasz tę wiedzę… której czytelnik nie posiada, albo posiada tylko jej część.

Tak że – podsumowując ten konkretny tekst – jak dla mnie czegoś tu brakuje, a mianowicie domknięcia. Historia jest prosta, ale to dla mnie nie kłopot, lubię proste historie, jest zagadka, ale… ona nie ma wyjaśnienia. Wyjaśnieniem jest tylko, że “istnieje niewyjaśniona siła, którą od dawna badamy”, co dla mnie jako czytelnika nie jest niestety żadną odpowiedzią. Tak że przeczytałam gładko i szybko, ale fabularnie usatysfakcjonowana nie jestem ;(

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, dziękuję za opinię i dziękuję za jeszcze przecinki i powtórzenie, zaraz poprawię. Głowię się nad tym, dlaczego do części czytelników tak bardzo nie trafia, że w tym konkretnym tekście nie chodzi o “zagadkę”, ale o polityczne knowania i ich załatwienie… Pozostaje mi jedynie cieszyć się, że sporej części to wystarcza :)

Z Laurainem wydaje mi się oczywiste, że tak nazywa się żołnierz, który podszedł do Vidocqa, a ponieważ jesteś pierwszą osobą, której to nie zagrało, na razie jednak zostawię.

 

Skądinąd pierwszym tomem planowanym do wydania w tym uniwersum jest taki, w którym nie ma w ogóle Czerni ;) Z tego, co jest na forum, wejdzie tam tylko “Jeżeli wykluczysz możliwe”, a reszta jest oparta bardziej na legendach itp.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tylko że kometa leciał wysoko i daleko

Niedopasowanie rodzaju powtarza się później też w dialogach. To celowe?

 

Inspektor Vidocq, szef policyjnego biura do spraw specjalnych, przybył do Verdun jeszcze przed świtem wraz z ministrami wojny i spraw wewnętrznych. Przyjechali specjalnie podstawionym pociągiem, najszybszym, jaki miała na wyposażeniu armia, a prosto ze stacji udali się w towarzystwie komendanta twierdzy do pobliskiego lasu. W powozie panowało milczenie, zakłócane jedynie mechanicznym stukotem żelaznych kopyt o ziemię i zgrzytaniem blachy.

Opresyjną ciszę przerwał w końcu pułkownik. Odchrząknął i powiódł po towarzyszach podróży niepewnym wzrokiem.

W scenie biorą udział inspektor, dwaj ministrowie i komendant. Nagle odzywa się jakiś pułkownik – to kolejna postać, o której zapomniano wspomnieć, czy któraś z już utytułowanych postaci ma jeszcze jeden tytuł (o którym też zapomniano wspomnieć)?

 

– Nazywam się Michel Lefort, nazywam się Michel Lefort, nazywam się Michel…

A może jednak Rene? ;)

 

Carnot miał minę sfinksa.

Urwało mu nos?

 

 

To opowiadanie paradoksalnie lepiej wyjaśniło mi koncepcję Czerni niż opowiadanie pt. “Czerń”. Nie ma historycznego infodumpu (prawie, np. sens obecności postaci ministrów na miejscu wypadku poważnie bym rozważył. O ile ten od wojny robi za generała i ekspozycja przez sprawozdanie jest tutaj uzasadniona – choć uważam, że tę rolę mógłby z powodzeniem przejąć Vidoq – tak ten od spraw wewnętrznych odzywa się tylko na sam koniec sceny, informując że ktoś tam jest republikaninem, co jest informacją zbędną). Styl jest trochę staroświecki i nie wiem, czy to tak mocna stylizacja, czy po prostu nie chcesz bądź nie potrafisz pisać inaczej – zwracał na to uwagę Fun przy którejś z poprzednich nominacji; są ludzie, którym to się podoba, ale mnie osobiście, przy dłuższej formie, zaczyna to męczyć.

Do intrygi mam zastrzeżenia. Uważam, że dochodzenie jest mało satysfakcjonujące, gdyż nie silisz się na fałszywe tropy, na mylenie czytelnika, na wodzenie za nos, na zaangażowanie go w odgadywanie intrygi. Wszystko jest podporządkowane wpasowywaniu fabuły w historię Francji, a uważam, że to fabuła powinna mieć wartość nadrzędną. Co tu mamy? Coś spada z nieba, nie wiadomo co to jest, całe opowiadanie czekamy na odpowiedź co to i w końcu dowiadujemy się, że to Czerń. Tym gorzej dla tych, którzy pamiętają poprzednie opowiadania z tej serii, bo zaskoczenie robi się żadne.

Czytałem bez przykrości, ale i bez zachwytu. Szkoda, że ciągle wpadasz w te same pułapki i nie pozwalasz zabłysnąć pełnemu potencjałowi Twoich możliwości.

Dzięki za opinię, ale…

Ech, nie wystarcza disclaimer w przedmowie, nie wystarcza dopisane zdanie o tym, że nie będzie śledztwa qua śledztwa…

 

nie silisz się na fałszywe tropy, na mylenie czytelnika, na wodzenie za nos, na zaangażowanie go w odgadywanie intrygi

No nie, bo tu nie ma miejsca na fałszywe tropy i tym podobne (zwłaszcza przy limicie znaków), ponieważ to nie jest opowiadanie o śledztwie… To jest alternatywna historia sensu stricto (ostatnia data jest datą dzienną wybuchu wojny francusko-pruskiej w realu), o intrydze politycznej, mającej na celu pokrzyżowanie planów wroga, zapobieżenie wojnie lub jej odwleczenie. Czy ktoś ma problem z tym, że “Dzień Szakala” nie jest o śledztwie, ale od początku wiadomo, kto planuje zamach i dlaczego? To, że w opowiadaniu występuje policjant, nie oznacza, że będzie ono o dochodzeniu angry To dopiero byłoby przewidywalne…

Btw: nie ma (prawie) Paryżu, nie ma (prawie) arystokratów, to tak w kwestii komentarza chyba pod “Noir” ;)

 

a uważam, że to fabuła powinna mieć wartość nadrzędną

Ale ja nie… Nie wiem, czy jest to funkcją wieku, czy też wrodzonych preferencji czytelniczych, ale z uporem godnym lepszej sprawy będę walczyć z tym fetyszem fabuły. Więc powtórzę raz jeszcze: dla mnie literatura =/= fabuła. Fabuła jest tylko jednym ze składników. W jednych tekstach dominującym, w innych nie.

 

Pułkownik = komendant. Wydawało mi się to oczywiste :(

 

Szkoda, że ciągle wpadasz w te same pułapki i nie pozwalasz zabłysnąć pełnemu potencjałowi Twoich możliwości.

Dziękuję za komplement w ostatnich słowach, ale może po prostu nie trafiam w gusta części czytelników? Mam wrażenie, że czwarta nominacja i jedno piórko świadczą głównie o tym, że nie trafiam w gusta większej części obecnej Loży, a nie ogółu, nieprawdaż? Ja zapewne nie głosowałabym na TAK w sporej części piórkowych opowiadań z ostatnich miesięcy i to naprawdę nie znaczy, że są one niedobre, a jedynie o tym, że mnie nie zachwyciły. W dodatku to, że nie da się trafić do wszystkich, dotyczy absolutnie wszystkich autorów. Nie ma książek, które podobają się każdemu :) I dobrze, bo różnorodność jest dobra. Co więcej, jeśli zacznę pisać pod niezadowolonych, to mogę stracić zadowolonych – nie jestem pewna, czy to opłacalne ryzyko… ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Melduję przeczytanie.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Świetny tekst. Czuje się w nim realia epoki. Samego detektywa Vidocq’ka kojarzę z filmu z Depardieu.  

Samego detektywa Vidocq’ka kojarzę z filmu z Depardieu.

Nareszcie ktoś :) Skądinąd w tym roku wchodzi na ekrany (ale nie wiem, czy nasze) nowy film o tymże. A seriali jest kilka, ale znanych głównie we Francji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Było i zniknęło???

No to jeszcze raz – mam w pamięci serial TV z 1967 roku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No to ja jeszcze raz: super, czuję się mniej osamotniona :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja pamiętam film bodajże z roku 2000 albo coś koło tego :)

 

Moje pierwsze spotkanie z Vidocqem to chyba “Empirowy pasjans” Łysiaka.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Doceniam Twoją znajomość historii i realiów, język opowieści. I gdyby opowiadanie było bardziej niezależne, skończone, to pewnie odebrałabym je lepiej, mimo mojego braku pełnego zrozumienia otoczki historycznej (XIX wiek plus Francja plus sytuacja polityczna w ogóle i do tego alternatywa – to nie moja bajka, w której czuję się zagubiona). Jednak ten tekst wyraźnie stanowi fragment czegoś większego, co ja czuję i co mnie uwiera. Gdybym nie czytała Noir, nie miałabym pojęcia, o jakiej czerni mowa*, powodując tylko jeszcze większe zagubienie. Niczego w tym opowiadaniu nie wyjaśniasz, napomykasz jedynie o czymś, co zdaje się być ważnym elementem, ale w rzeczywistości go kompletnie pomijasz. 

Za jakość biblioteka należy się bez dwóch zdań i klepnęłabym, gdybym jeszcze mogła, ale jeśli chodzi o piórko, jestem na nie. Właśnie ze względu na tę fragmentaryczność i niepełność. 

 

* co wcale nie znaczy, że po lekturze Noir wiem dużo więcej. Nie wiem, ale coś kojarzę, a to wciąż za mało jak dla mnie, by czuć klimat, czuć opowieść i się nią w pełni cieszyć. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Niczego w tym opowiadaniu nie wyjaśniasz, napomykasz jedynie o czymś, co zdaje się być ważnym elementem, ale w rzeczywistości go kompletnie pomijasz. 

Wyjaśniam to, co ma być wyjaśnione, czyli skąd wzięło się “ufo” i jak wygląda polityczna intryga. Zgadzam się, że moje opowiadania lepiej by się sprawdziły w zbiorze, ale z drugiej strony – czy na pewno każdy tekst z uniwersum (albo i nie uniwersum) musi wszystko wyjaśniać? W tym konkretnym chodzi o intrygę polityczną – czy naprawdę ważne, czym/kim jest “kosmita” poza tym, że rodzajem tajnej broni? Mam ponure podejrzenie, że gdyby tam znaleźli szczątki małego szarego człowieczka o wielkich oczach nikt nie miałby problemów, że nie piszę o nim nic więcej… Moi bohaterowie też nie wiedzą na tym etapie wiele więcej od tego, co ujawniam w opowiadaniu. Jest jakaś siła, jakieś coś, plus minus wiadomo, jak działa (jest to w skrócie opisane w tekście). Takie trochę lovecraftowskie coś, bo nie ukrywam dalekiej inspiracji. Naprawdę ma mieć macki, wyleźć ze statku, przedstawić się i powiedzieć, że wysłali go Prusacy? Albo Sithowie? Albo Klingoni? ;) Albo wygłosić mowę złola o swojej naturze? Naprawdę, nie bardzo wiem, jakich wyjaśnień oczekują ci czytelnicy, którym ich brakuje (a którzy jednak są w ogólnej mniejszości, choć lożowej większości na moje nieszczęście ;)).

 

Tak po prawdzie przyznaję, że jestem dość bezradna wobec tych uwag o niewyjaśnianiu. Fantastyka jest też o tajemnicy czasami, nieprawdaż? Może jeśli uda mi się zebrać dość opowiadań o czerni (na forum są cztery, nie dwa, tak skądinąd) i dodać takie, które wejdą w ten problem jeszcze głębiej, i je jakoś wydać, sprawa się bardziej wyjaśni. Ale mam na razie więcej z drugiego nurtu tego samego uniwersum (tego, co “Jeśli wykluczysz…”).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgadzam się, że moje opowiadania lepiej by się sprawdziły w zbiorze, ale z drugiej strony – czy na pewno każdy tekst z uniwersum (albo i nie uniwersum) musi wszystko wyjaśniać? 

Tak po prawdzie przyznaję, że jestem dość bezradna wobec tych uwag o niewyjaśnianiu. Fantastyka jest też o tajemnicy czasami, nieprawdaż?

 

Doprecyzuję, bo może zbyt mało klarownie napisałam. I – podkreślam, jakby co – piszę o sobie i swoich odczuciach, bo inni czytelnicy mogą i odbierają to inaczej (co widać w komentarzach). 

 

Nie, tekst nie musi wyjaśniać wszystkiego i dobrze jest, jeśli pozostaje w nim pewna tajemnica. Clou imprezy moim zdaniem tkwi w stosunku tajemnicy do wyjaśnień. Sama wolę teksty z odrobiną zagadki, czegoś co pozwoli uruchomić wyobraźnię. Kiepsko mi się czyta teksty, przy których wyobraźnia mi nie pracuje. Jednak po przekroczeniu pewnej granicy, gdy tekst pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi, mam poczucie zbyt dużego niedopowiedzenia i wrażenie, że autor wrzucił mnie w środek czegoś, co on sam doskonale zna, ale ja wcale.

I zdaję sobie sprawę, że granica ta nie jest stała – dla każdego czytelnika leży w innym miejscu. 

 

W tym konkretnym chodzi o intrygę polityczną – czy naprawdę ważne, czym/kim jest “kosmita” poza tym, że rodzajem tajnej broni?

I w moim przypadku to jest dodatkowy gwóźdź do trumny, który nie ma nic wspólnego personalnie z Twoją (czy czyjąkolwiek) twórczością. Jestem z zasady na nie w odniesieniu do tekstów opierających się w głównej mierze na intrygach politycznych czy polityce generalnie, zwłaszcza osadzonych w naszych bliższych lub dalszych (choćby czasowo czy poprzez jakąś alternatywę) realiach. Plus, jak wspominałam, historia nowożytna (zwłaszcza w powiązaniu z polityką) jest mi raczej obca, co powoduje, że nie łapię nawiązań, mrugnięć oczkiem i tym podobnych zabiegów. 

To wszystko sprawia, że tego typu teksty do mnie nie przemawiają. Taki Twój pech… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka