- Opowiadanie: drakaina - Fundament Imperium

Fundament Imperium

Wybrany obrazek (1920 - Foundations of the Empires) był inspiracją wizualną, zanim doczytałam program autora. Ale w sumie okazało się, że jakkolwiek moja historia alternatywna jest nieco inna, a rzecz nie dzieje się w 1920 r., spasował mi oryginalny tytuł obrazka...

Jeden z gazetowych fragmentów jest prawdziwy, courtesy of Biblioteka Narodowa Austrii.

Będę wdzięczna za wszelkie  uwagi, mam nadzieję, że nie zaplątałam zanadto fabularnie :/

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Fundament Imperium

 

Wiedeń, 5 sierpnia 1906, południe

Jego Cesarska Mość Franciszek Józef I nie ma ochoty przyjmować żadnych gości ani poselstw. Najlepiej czuje się w towarzystwie stert papierów, które wierni sekretarze pieczołowicie układają rano po lewej stronie biurka po to, żeby cesarz mógł następnie systematycznie przekładać je na stronę prawą. Oczywiście uprzednio rzuciwszy na nie okiem i złożywszy na nich podpis. Tylko to daje mu ukojenie. Tak jest od… Sam już nawet nie bardzo pamięta, od kiedy. Nie chce pamiętać. Jego Cesarska Mość lubi żyć w miłym przekonaniu, że dla wszystkich mieszkańców monarchii jest ukochanym władcą, dobrotliwym staruszkiem, łaskawie nam panującym etcetera, etcetera. Przekonaniu nieustannie podsycanym przez niezliczone listy, wiersze, mowy, petycje i kartki pocztowe od wiernych poddanych.

Teraz siedzi w jadalni wraz z cesarzową, a Elżbieta, jak to ostatnio ma w zwyczaju, wygłasza dziwacznym monotonnym głosem polityczną mowę, której cesarz tak bardzo nie chce słuchać. Przez bardzo krótki moment Franciszek Józef przypomina sobie, że kiedyś jego żona o wszystkim mówiła z uczuciem i wręcz nieprzystojną na dworze egzaltacją, ale tę myśl szybko wypiera inna. Kto to widział? Polityczne przemowy podczas prywatnej kolacji? Na chwilę jeszcze wraca zdumienie: czemu ona tak dziwnie mówi? Od kiedy ona tak mówi, czyżby od… Nie – cesarz odsuwa od siebie tę myśl. Nie chce myśleć o tym, co wydarzyło się w Mayerlingu. To było tak dawno. Elżbieta, jego Sissi, nigdy potem nie była sobą.

Jego uwagę przyciąga coś zupełnie innego. Brzęczenie muchy. Zirytowany kiwa na jednego ze stojących pod ścianą lokajów i wskazuje na wiszący nad kominkiem portret. Służący podnosi leżącą na mahoniowym stoliczku packę ze srebrną rączką i zaczyna gonić za uprzykrzonym owadem.

Elżbieta mówi o sojuszu z Niemcami, o dzisiejszej wizycie niemieckiej delegacji, ale Franciszek Józef nie słucha, skupiony na natrętnym bzyczeniu. W cesarskiej głowie kołatają się jakieś daty: wizyta cesarza Niemiec w Wiedniu miała miejsce osiemnaście lat temu, a rok później… Bzyczenie milknie, Elżbieta też, pozostaje tylko metaliczny pogłos dobiegający gdzieś z daleka, więc Franciszek Józef wreszcie może delektować się sztuką mięsa z chrzanem.

 

Wiedeń, 11 września 1898

Franciszek Józef skończył właśnie podpisywać dokumenty, kiedy do jego uszu dotarły szepty spoza gabinetu, na chwilę przykuwając uwagę.

– Tak, to już potwierdzone. – To któryś z ministrów, ale który? Cesarz miewa problemy z koncentracją, problem pojawił się, kiedy… Nie, jak zwykle odsuwa od siebie tę myśl.

Drugi człowiek mówił zbyt cicho, żeby usłyszeć jego pytanie, ale dało się wyczuć niepokój w jego głosie.

– Nie – odpowiedział ten pierwszy. – Na szczęście zwykły szaleniec. Mała szansa, że ktoś się zorientuje. Nareszcie będzie spokój. Doprawdy, to było bardzo nierozsądne, pozwolić, żeby ona…

Przerwało mu kolejne niezrozumiałe pytanie.

– Oczywiście, że nie. – W głosie ministra dało się słyszeć oburzenie. – Zostanie pochowana na miejscu… – W pomruku drugiego głosu cesarz wychwycił dwa słowa „nie wypada”. – Incognito, a jakże inaczej?

W drzwiach gabinetu stanęła cesarzowa. Dziwne, pomyślał Franciszek Józef, ona nigdy tu nie przychodziła. I dlaczego ta podsłuchana rozmowa nie daje mu spokoju?

 

Wiener Zeitung, 12 września 1898

Genewa. Wczoraj na miejscowym cmentarzu pochowana została hrabina von Hohenembs, która zmarła nieszczęśliwie podczas wycieczki statkiem po jeziorze. Pogłoski, jakoby hrabina była w rzeczywistości ważną personą związaną z łaskawie nam panującą rodziną cesarską i padła ofiarą zamachu, są podłym wymysłem anarchistów i nie należy dawać im posłuchu.

 

Wiedeń, 4 października 1888

Mucha zabzyczała. Jego Cesarska Mość nie zdążył nawet się skrzywić, a lokaj już podążył za nią z packą.

Brzęczenie jednak nie ustało. Franciszek Józef rozejrzał się gniewnie po pokoju, ale służący stał znów wyprostowany na baczność, jakby nie słyszał irytującego dźwięku. Cesarz przymknął oczy, usiłując zlokalizować natrętnego owada, i zamarł. Bzyczenie dochodziło gdzieś z bardzo daleka, z głębi pałacu. Jakby zagnieździło się tam całe stad much.

Cesarz z niechęcią pomyślał o czekającym go wieczorem przyjęciu na cześć „zaprzyjaźnionego cesarza Wilhelma II”, jak głosiły zaproszenia wystosowane w jego własnym imieniu. Elżbieta na pewno jak zwykle oczaruje wszystkich, ale Rudolf… Trzeba znów będzie uważać, żeby nie powiedział czegoś niestosownego. Kanclerz Bismarck już kilkakrotnie dawał do zrozumienia, że poglądy następcy tronu są co najmniej niestosowne, a i jego zachowanie pozostawia sporo do życzenia. Czemu Rudolf jest tak bardzo podobny do matki?

Lokaj poradził sobie z muchą, ale jej brzęczenie jakby poniosło się echem po najdalszych zakamarkach pałacu. Nigdy wcześniej tak nie było, pomyślał z irytacją Franciszek Józef, coś trzeba będzie z tym zrobić.

 

Wiedeń, 5 sierpnia 1906, wczesny wieczór

– Kim jest ten młody człowiek w jasnym garniturze? – pyta cesarz stojącego obok adiutanta.

– To syn Waszej Cesarskiej Mości, arcyksiążę Rudolf – odpowiada oficer, który ma dziwnie błyszczące oczy i dziwacznie wykrzywioną twarz, przypominającą zwierzęcy pysk.

Rudolf… Cesarz kręci głową. Rudolf został zamordowany. Rudolf… Nie, nie wolno o tym myśleć. Elżbieta dobrze zrobiła, nie przyjmując do wiadomości śmierci syna, bo on wcale nie umarł? Najpierw powiedzieli, że nie żyje, a potem – potem stał się cud. Franciszek Józef uzmysławia sobie, że nie pamięta, co się dokładnie wydarzyło. To przez to brzęczenie, to nieznośne brzęczenie. Czy ci wszyscy uczeni, których ostatnio tyle tu się kręci, nie mogliby wymyślić prostego sposobu na pozbycie się much?

Uczeni i muchy – coś usiłuje się przebić na powierzchnię myśli, coś, co ma związek z dzisiejszą wizytą, a może tą sprzed osiemnastu lat, ale w tej samej chwili cesarz słyszy ciche kroki i czuje, że u jego boku stanęła Elżbieta. Ma na sobie białą suknię, dlaczego ma białą suknię, ona nigdy nie zdjęła żałoby… Ach, przecież Rudolf żyje, stoi tam w jasnym garniturze, taki podobny do matki, dlaczego w garniturze, powinien mieć na sobie mundur. Dobrze przynajmniej, że ten garnitur jest biały, jak austriackie uniformy. Cesarz krzywi się nieznacznie i kiwa głową na adiutanta, ale w tej chwili mistrz ceremonii oznajmia pojawienie się gości. Franciszek Józef zerka raz jeszcze ku synowi, i w tej samej chwili zauważa, że jego własny mundur nie jest biały, ale ciemny, jak Kaisera Wilhelma. Jak tego mężczyzny, który pojawił się właśnie na schodach. Jego Cesarska Mość czuje ogarniającą go panikę – takie złamanie protokołu, kto do tego dopuścił…

Elżbieta ujmuje go za rękę.

– Wszystko będzie dobrze – mówi. – To musi się stać. To było nieuniknione.

Cesarz patrzy w lewo, ku swojemu synowi i coś na chwilę przykuwa jego wzrok, a potem rozlega się to nieznośne bzyczenie. Franciszek Józef szuka wzrokiem służącego albo gwardzisty, który odgoniłby muchę, ale nikogo takiego w pobliżu nie ma. Strażnicy szczerzą do niego zwierzęce pyski, brzęczenie staje się coraz głośniejsze, a mężczyzna na schodach… Franciszek Józef rozpoznaje kanclerza Niemiec, księcia von Bismarck, którego poznał w 1888 roku, a rok później…

 

Wiener Zeitung, 31 stycznia 1889 (notatka zdjęta przez cenzurę)

Jego Cesarska i Królewska Najjaśniejsza Wysokość, Następca Tronu, Arcyksiążę Rudolf, zmarł wczoraj nagle na atak serca w swoim pałacyku myśliwskim Mayerling koło Baden.

Uwaga cenzora: wycofać nekrolog całkowicie, zastąpić notatką o wypadku podczas polowania, Jego C. K. Wysokość szczęśliwie przeżył.

 

Wiedeń, noc 30/31 stycznia 1889

Jego Cesarska Mość Franciszek Józef I był wzburzony. Samobójstwo w rodzinie cesarskiej? Wykluczone. Kiedy do gabinetu wszedł hrabia Karl de Bombelles, wychowawca Rudolfa, spojrzał na niego z wyrzutem: jak człowiek tak, wydawałoby się, godny zaufania, mógł dopuścić do takiego skandalicznego zachowania?

– Wasza Cesarska Mość. – Hrabia zgiął się w ukłonie. – Mamy wieści z Mayerlingu… Dobre wieści…

Wieści istotnie doskonałe, co za szczęście, że na miejscu był zaproszony przez Rudolfa na polowanie pruski lekarz. Cesarz zamyślił się, Rudolf nie lubi Prusaków, dlaczego miałby ich zapraszać – ale poczuł, że ogarnia go senność, to pewnie przez te nerwy, no i te okropne muchy.

– Jej Cesarska Mość już wie? – zdołał jeszcze zapytać.

– Wyjechała, zanim jeszcze nadeszła ta radosna wiadomość.

– Wyjechała – powtórzył. – Znowu wyjechała.

– Kurier został już wysłany, Jej Cesarska Mość będzie tu lada chwila. – Od drzwi odezwał się inny głos, który cesarz powinien rozpoznać, ale w tym wszechogarniającym brzęczeniu wszystkie dźwięki brzmią podobnie.

– Powiedziała – wyszeptał Franciszek Józef – że nigdy nie zdejmie żałoby.

Z pomieszczenia obok dochodziły głosy.

– Tak, tylko jedna gazeta – usłyszał cesarz. – Już załatwione.

– A… baronówna? – zapytał ktoś inny.

– Nigdy nie była w Mayerlingu.

Elżbieta wróciła tej samej nocy. I nigdy nie była już sobą, ale cesarz coraz rzadziej to zauważał.

 

Wiedeń, 6 sierpnia 1906, wczesny wieczór

– W imieniu Jego Cesarskiej Mości Wilhelma II ogłaszam odrodzenie Świętego Cesarstwa Rzymskiego, które nastąpi jutro, w stulecie jego rozwiązania – mówi mężczyzna w pikielhaubie. Franciszek Józef zauważa z lekkim zdziwieniem, że głos kanclerza brzmi tak samo monotonnie jak Elżbiety. I jak Rudolfa, od kiedy… Jak brzęczenie much, uświadamia sobie nagle. – Austria, jako najznakomitsza córa Świętego Cesarstwa, otrzyma szczególny status i pozostanie pod władzą arcyksięcia Rudolfa jako namiestnika cesarza, który jako Wilhelm I…

Franciszek Józef patrzy na Elżbietę.

– A co ze mną? – pyta.

Cesarzowa uśmiecha się.

– Wasza Cesarska Mość wyjedzie w jakieś spokojne miejsce, najlepiej do Czech, jak poprzednik Waszej Cesarskiej Mości, niezdolny do rządzenia, jak cesarz Rudolf II, kiedy zwariował.

W jakieś spokojne miejsce, myśli Franciszek Józef.

– Czy tam nie będzie much? – pyta.

– Och – odpowiada cesarzowa, podczas gdy kanclerz Niemiec ciągnie mowę, zwracając się jedynie do arcyksięcia – muchy przecież są wszędzie, Wasza Cesarska Mość.

Franciszek Józef patrzy na Rudolfa, który stoi w obojętnej pozie, a obok niego…

Obok niego stoi ogromna mucha ze świecącym okiem, której bzyczenie zagłusza wszystkie inne dźwięki.

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ej! Ukradłaś mi obrazek. I cesarza. I czas narracji… ;)

EDIT: Ale za nawiązanie do Starego Prochazki wybaczam :)

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Skoro już zacząłem chwalić (Finklę), to i Drakainę muszę! Kolejne opowiadanie, które imć Różalski powinien przeczytać. Piękny klimacik. Jakby się uprzeć, to to właściwie steamcyberpunk jest :P.

Klimatyczne i wciągające! Brakuje tylko piwa, knedli i porucznika Duba. Wtedy byłby komplet :P!

Super mi się podobało!

A tak przy okazji – komu ta c.i.k. monarchia przeszkadzała? Ech… 

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

A tak przy okazji – komu ta c.i.k. monarchia przeszkadzała?

Chyba właśnie tym muchom, co to wizerunek Najjaśniejszego Pana obsrywały… ;)

Już wiem, czemu nie cierpię much ;). A pilibyśmy sobie teraz budweisera, jedli smażeny syr, zagryzali hranulkami…

Ech, ci Serbowie. Tak to koncertowo spieprzyć!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Muchy są przecież wszędzie…

 

Mi też się twój tekst podoba Drakaino :) Porządnie napisany, nastrojowy, wciągający. naprawdę urzekająca historia. A te muchy… Cudne.

Od mnie klik i trzymam kciuki za konkurs.

Podobało mi się.

Tekst w całości stoi na referencjach historycznych, więc znajomość kontekstu może ograniczać potencjalne grono odbiorców.

Podobał mi się ten ustęp:

Najlepiej czuje się w towarzystwie stert papierów, które wierni sekretarze pieczołowicie układają rano po lewej stronie jego biurka po to, żeby cesarz mógł następnie systematycznie przekładać je na stronę prawą.

A także zakończenie. Było więcej, niż obrazowe, bo uruchomiło wyobraźnię także na poziomie słuchu :] Bardzo wymowny opis i ładne zamknięcie tekstu.

Poniższe zdanie wygląda dziwnie:

pogłoski, jakoby hrabina była w rzeczywistością ważną personą związaną z łaskawie nam panującą rodziną cesarską

Hrabina jest chyba z założenia ważną personą? Wyrzuciłbym ten przymiotnik. Nawet jeśli to autentyczny cytat z gazety. Może po niemiecku brzmiało to zręczniej.

Sprawnie napisany tekst, z interesującym klimatem, dopracowany w szczegółach, ale czegoś w nim wyraźnie zabrakło. Chyba wyjaśnienia albo tropu, kto jest spirytus movens takich zmian w historii. No i przydałoby się więcej dramatyzmu. Same muchy i zwierzęce pyski to jednak chyba za mało. 

Zmniejszenie ilustracji byłoby chyba korzystne. Warto sprawdzić.

Ale opowiadanie niewątpliwie biblioteczne.

Pozdrówka.

PS. Literówka wkradła się, oczywiście spiritus movens.

Bardzo klimatyczne i bardzo historyczne opowiadanie napisane sprawnie i obrazowo. Te muchy były tak irytujące, że czułam, jakby latały mi nad głową w trakcie czytania. :)

Czytało się nieźle, choć nie do końca mój klimat.

Z pomieszczenia obok dochodziły głosy. Ludzi, których też powinien rozpoznawać.

Tu się potknęłam. Czy to nie powinno być jedno zdanie?

Coboldzie i Staruchu – liczyłam na złapanie szwejkowskich nawiązań i się nie rozczarowałam ;)

Natomiast planowałam z początku inny obrazek, inny temat, inną epokę – ale tak wyszło…

 

Hrabina jest chyba z założenia ważną personą?

Nie w monarchii austro-węgierskiej, bo ta mnożyła tytuły za pieniądze (stąd m.in w Galicji nagle zrobiła się taka obfitość arystokratycznych tytułów) i bardzo się one zdewaluowały. Myślę, że Sisi w swoich podróżach incognito specjalnie wybrała taki tytuł (bo to jest jej prawdziwy podróżny pseudonim), żeby nie być nikim, ale też nie rzucać się w oczy. A prawdziwy jest oczywiście nekrolog Rudolfa, choć nie był zdjęty przez cenzurę; o śmierci Sisi gazety pisały jako o śmierci Sisi…

 

Chyba wyjaśnienia albo tropu, kto jest spirytus movens takich zmian w historii.

Myślałam, że to oczywiste, że Bismarck, ale mogę przemyśleć wzmocnienie tego wątku.

Nawiasem mówiąc, jak już wymyśliłam fabułę, to znalazłam artykuł, z którego wynika, że cesarzowa Zyta (żona Karola I, ostatnia cesarzowa, która zmarła stosunkowo niedawno) pod koniec życia szerzyła teorię, rzekomo na podstawie wspomnień o tym, co uważały panie na dworze, że Bismarck zlecił zabójstwo Rudolfa…

 

Edytka: dodałam więcej Bismarcka, a wyrzuciłam wzmiankę o Węgrach, która mogła być myląca, a pozostała z nieco innej koncepcji opowiadania, niemieszczącej się w limicie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Pozostawiłaś mnie z niedosytem. Prawdopodobnie wynika to z tego, że za słabo znam historię i za mało zrozumiałam z tekstu. Z otwartymi ramionami powitałabym dodatkowe wyjaśnienia.

No i więcej elementów fantastycznych. Brzęczenie i zwierzęce pyski to maławo. Tym bardziej, że Franciszek Józef zdaje się tracić zmysły. BTW – popadanie w obłęd fajnie opisane.

Warsztatowo bardzo dobrze.

Babska logika rządzi!

Gdyby uwypuklić motyw sprawcy i dodać opowiadaniu więcej dramatyzmu i aury tajemniczości, a także grozy, myślę, że byłby to dobry tekst do wydrukowani w “Okolicy strachu”.

Pozdrówka.

RogerRedeye – dzięki za podpowiedź, w sumie piszę sporo tekstów z grozą w tle, więc może w ogóle się do nich odezwę :) Niestety w limicie już nic nie wcisnę poza tym, co wcisnęłam. Może co najwyżej przemyślę Finklową uwagę i jakoś postaram się podkreślić, że obłęd FJ jest indukowany brzęczeniem po to, żeby go usunąć nie wzbudzając podejrzeń.

Skądinąd miałam wrażenie, że tym razem historyczne tło podałam tak łopatologicznie, że bardziej się nie da, nie łamiąc zasad przyzwoitości ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Aaa, obłęd jest indukowany… Samo brzęczenie wystarczy?

Tak Ci się wydaje. :-) Ja musiałam doczytać o okolicznościach śmierci Rudolfa. A w ogóle to myślałam, że Ferdynand był synem FJ…

Babska logika rządzi!

Nie, sukcesja po FJ to ogólny koszmar (na szczęście już tylko jeden nieważny cesarz, za to święty katolicki, ale sama zawsze muszę sprawdzać, jak oni są spokrewnieni), zresztą przed nim też nie jest najłatwiej, ale od Marii Teresy do niego, czyli to, co dla mnie ważne, opanowałam ;)

 

Co do obłędu i brzęczenia – zważywszy, że jednym z powikłań tinitusa jest depresja i skłonności samobójcze, to myślę, że brzęczenie jakiejś tajemniczej maszynerii może wywołać dość dowolne skutki. To “z głębi pałacu” ma sugerować, że FJ myśli, że to muchy, a to maszyna. Może to też podkreślę ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, jeśli brzęczenie ma źródło wewnętrzne, to insza inszość. Ale jeśli to pracująca maszyna? Wystarczy zatkać uszy i problem z głowy. Na mrozie muchy nie latają. Latem szybka jazda na koniu, morska bryza… Zneutralizować brzęczenie szumem lasu i śpiewem ptaków… Wydaje mi się, że można przeciwdziałać.

Babska logika rządzi!

Dla mnie brzęczenie zewnętrzne byłoby koszmarem, gdyby brzęczało non stop w miejscu, w którym mieszkam… Żadne chwilowe neutralizacje by nie pomogły, zatykanie uszu też nie. A FJ był na dodatek człowiekiem pozbawionym wyobraźni, więc np. nie odszedłby z tak prozaicznego powodu od codziennej rutyny cesarskiej pracy ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Teraz na pewno nie, ale przerobiony i przepracowany tekst pod innym tytułem – czemu nie? Ja tak zrobiłem z “Aniołem śmierci”, tyle, że wcześniej pierwotnej wersji nigdzie nie publikowałem.

Pozdrówka.

Brzęczenie to mogą być jakieś ultra-pruskie fale, które sprowadzają szaleństwo. Do mnie przemówiło, zwłaszcza w ostatnim zdaniu. Słyszałem to dzwonienie w uszach i wyobraziłem sobie zmącony spokój nieszczęsnego cesarza.

na szczęście już tylko jeden nieważny cesarz, za to święty katolicki

– ściśle rzecz biorąc – błogosławiony.

Tak, zasadniczo o to chodziło :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podobało mi się :)

Wplatasz sporo historii w swoje opowieści, a ja zasadniczo nie tego szukam w beletrystyce. Zapewne są to ciekawe smaczki, rzuciły mi się w oczy niektóre komentarze pod Twoimi opowiadaniami, ale ja, cóż, czytałem wczoraj i dzisiaj ni groma nic nie pamiętam. Oprócz tego, że było o Austriakach za ich dobrych czasów. Myślę, że nie jestem targetem takich utworów.

Pozdrawiam.

Dlatego właśnie, jeśli istotnie wplatam, to taguję “historia alternatywna” dla odstraszenia potencjalnego nie-targetu :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zdałem sobie właśnie sprawę, że w ogóle nie patrzę na tagi. :) Nawet na gatunek. :)

Patrzę na nick, tytuł i ilość znaków.

I tak sobie myślę, że patrzenie na tagi nic by nie zmieniło (pewnie dlatego nie patrzę). ;)

Koniec off-topu.

Pozdrawiam. :)

Podobnie jak w przypadku “Kroków komandora”, tak i tu widać, że świetnie orientujesz się w realiach historycznych. Problem jest taki, że ja nie i chyba mam jak Darcon czy Finkla, że nie potrafię czerpać pełnej przyjemności z lektury, bo nie wszystko rozumiem, bo jest zbyt hermetycznie.

Impresja z muchami bardzo udana, ale nie potrafiłbym powiedzieć, co w tym szorciaku właściwie się stało. Napisane bardzo porządnie.

Ależ to jest właśnie siła tego opowiadania – zanurzenie w historii! I pyszne tejże historii przekształcenie, przez wtrącenie elementu fantastycznego. A hermetyczność? No sorry, za moich czasów uczyli w szkole, kto to Franciszek Józef, Sissi i Bismarck. O “samobójstwie” Rudolfa też się sporo mówiło. Nie mówiąc już o tym, że lektura Haszka jest niemal tak obowiązkowa, jak Bułhakowa czy Dostojewskiego.

I muchy automatycznie się kojarzą:

Tutaj wisiał niegdyś obraz Najjaśniejszego Pana – ozwał się Bretschneider znów po chwili – akurat tam, gdzie teraz wisi lustro.

A tak, ma pan rację – odpowiedział Palivec – wisiał tam, ale obsrywały go muchy, więc zaniosłem go na strych. Wiadomo, jak to bywa. Jeszcze by kto zrobił głupią uwagę i miałby człowiek kram. Potrzebne mi to?

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Cóż, widać nie jestem wystarczająco światłym człowiekiem na takie nawiązania.

A w szkole uczyli też reakcji zachodzących w pasożytniczym ogniwie galwanicznym w korodującym metalu czy sprzężeń zwrotnych hormonów linii podwzgórze-przysadka-gruczoł. Jakbym machnął o tym opowiadanie, tez nie potrzebowałbyś słowa wprowadzenia, Staruchu?

Hmm. To jest odwieczny spór nauki przyrodnicze vs. humanistyka, ale w tym przypadku wydaje mi się, że o ile te przykłady, które dał MrB, są dla niewtajemniczonego po prostu trudne do zrozumienia, o tyle fakty historyczne łatwo wyguglać. Nawiasem mówiąc, o ile Restauracja burbońska we Francji (Kroki Komandora) to rzeczywiście historia dość egzotyczna, o której się w szkole nie uczy, choć już wojna w Hiszpanii to Żeromski, Somosierra i szwoleżerowie, więc się na odmianę uczy, jak wszystkiego, co o Polskę zahacza, tak miałam wrażenie, że zwłaszcza w Galicji Franz Josef jest memem i oczywistością ;) Plus Sisi to ikona popkultury. Tak nawiasem mówiąc, po raz pierwszy napisałam opowiadanie z ważnymi i znanymi postaciami historycznymi w rolach głównych, zasadniczo wolę je mieć w tle wydarzeń.

Ale jestem wdzięczna za uwagi krytyczne, bo będę się starała na przyszłość czynić ten kontekst historyczny (jeszcze) bardziej przystępnym. Niestety irytują mnie powieści, w których postacie historyczne są tylko nazwiskami i ozdobnikami, więc usiłuję pisać historię alternatywną nieco inaczej, z większą dbałością o szczegóły i realia. Będę musiała znaleźć złoty środek ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Piszę z perspektywy osoby, która historią zbytnio się nie interesuje, stąd na przykład, choć postać Sissi znam, to nie wiedziałem, że Elżbieta i ona to ta sama osoba. :p Jedno zdanie więcej na ten temat uczyniłoby tekst dużo przystępniejszym.

I odbijając piłeczkę – przykłady, które podałem odnoszą się do rdzewienia i tego, dlaczego kobiety miesiączkują. Nie są to chyba jakieś cuda na kiju, prawda? Można to bez problemu wyguglać, jasne, ale umówmy się, że opowiadań nie czyta się dla dalszego guglania.

Z guglaniem chodziło mi nie o to, że spraw związanych z naukami przyrodniczymi nie da się wyguglać – ale o to, że aby zrozumieć te procesy, trzeba już się troszkę zagłębić i wyrozumieć, podczas gdy sprawdzenie postaci czy faktu historycznego to tylko właśnie sprawdzenie. Oczywiście żeby zrozumieć proces historyczny też trzeba pomyśleć i mieć specyficzną wyobraźnię, ale do załapania realiów nie jest to potrzebne.

A co do Sisi, to zastanawiałam się, czy wrzucić do tekstu to zdrobnienie. Średnio mi pasowało, ale skoro ma pomóc w rozumieniu, to jednak to zrobię, dzięki za podpowiedź.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie wziąłeś mojego postu za bardzo osobiście, JasnaStrono ;)? Ten tekst o “niewystarczająco światłym człowieku” był poniżej pasa.

A w szkole uczyli też reakcji zachodzących w pasożytniczym ogniwie galwanicznym w korodującym metalu czy sprzężeń zwrotnych hormonów linii podwzgórze-przysadka-gruczoł.

Nie wiem, w której szkole uczą o pasożytniczych ogniwach galwanicznych czy o detalach miesiączkowania, ale dzieci tam nie posłałbym. Serio – uczą takich szczególików? Czy sięgnąłeś do podręcznika akademickiego? 

A Franz Josef – o nim nawet we współczesnej, bardziej obrazkowej niż faktograficznej, podstawówce uczą. No dobra – Sissi a Elżbieta może są jednoznacznym określeniem osoby, ale reszta?

Hm, czytałeś ostatnio Wattsa w “NF”? To dopiero wymaga bądź oczytania i pewnej wiedzy, bądź szaleńczego guglania. Czy to znaczy, że w tym przypadku też “nie potrafisz czerpać pełnej przyjemności z lektury, bo nie wszystko rozumiesz, bo jest zbyt hermetycznie”?

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Stanę po stronie Jaśniepana.

Muchy – tak, też mi się skojarzyły ze Szwejkiem. FJ i Sisi – OK, kojarzę ludzi. Ale ich syna, a tym bardziej okoliczności jego śmierci ani w ząb. Toć każdy wie, że następcą był Ferdek, zamordowany w Sarajewie, nie? Też w Szwejku było. ;-)

Każdemu wydaje się, że jego działka jest najważniejsza i te rzeczy, które on zapamiętał ze szkoły, to przecież każdy kojarzy, bo to absolutne podstawy są. A to niestety nie tak działa.

Inna kwestia, że autorzy podręczników biologii wykazywali niezwykły talent do nazywania prostych zjawisk udziwnionymi terminami.

Babska logika rządzi!

Nee, nie biorę rzeczy osobiście. Po prostu ograniczam emotki. ;D

Przykłady, które podałem, są z liceum. Też bym tam dzieci nie posyłał, strata czasu. Pierwszy milion trzeba ukraść!

Wattsa nie czytałem (jeszcze), bo gdzieś mi się NF zapodziało, natomiast jeśli jakiś tekst mnie męczy lub z jakiegoś powodu go nie rozumiem, to często odpuszczam. Pojmuję, że istnieją teksty, do których grupy docelowej się zwyczajnie nie zaliczam, więc zamiast się katować, wolę spędzić czas przyjemniej.

O właśnie. Co do korozji – nawet na zajęciach z konserwacji metalu na archeologii były tylko ogólniki, bo chodziło raczej o to, żeby nas nauczyć, jak obchodzić się z różnymi metalami, i tego, że z żelazem sprawa stracona, a brąz koroduje odwracalnie. Ale o żadnych ogniwach pasożytniczych nie było, bo coś, co tak ładnie się nazywa, na pewno bym zapamiętała ;) Ergo, gdybym chciała pójść w podobną szczegółowość, to musiałabym roztrząsać, a przynajmniej wspominać jako ważny element fabularny, nie wiem, traktaty z Reichstadt i Berlina w kwestii bałkańskiej?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A zasady działania baterii też nie było? Przecież to także ogniwo, chociaż nie pasożytnicze. A mówią, że szkoła na psy schodzi. :p

Nasza chemiczka w podstawówce coś o korozji wspominała, ale kto by tam jej słuchał… ;-)

Za to fizyczka w liceum zakładała, że doskonale znamy pochodne. A jak kiedyś przyszedł na zastępstwo jeden doktor (on jeszcze na polibudzie pracował), to dopiero zrobił nam jesień średniowiecza…

Babska logika rządzi!

W liceum byłam w klasie klasycznej, a fizyczka miała ciężkiego fioła wyłącznie na punkcie kalorymetrii, więc przez dwa lata robiliśmy zadania pt. ile energii trzeba i ile czasu zajmie, żeby coś tam osiągnęło taką a taką temperaturę przy wyjściowej takiej i takiej (robił te zadania głównie mój tato, który jest fizykiem), a na trzeci rok przyszedł nauczyciel, którego z kolei interesowały jedynie diody i triody, a poza tym uważał, że w klasach humanistycznych nie ma sensu uczyć czegokolwiek :/

Ale ogólna zasada działania baterii to powiedzmy, najbliższa rodzina Franza Josefa, a ogniwa pasożytnicze to już umowa z Berlina ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Każdemu wydaje się, że jego działka jest najważniejsza i te rzeczy, które on zapamiętał ze szkoły, to przecież każdy kojarzy, bo to absolutne podstawy są. A to niestety nie tak działa.

No dobra. Czasem tak to działa. Ale to nie znaczy, że należy podchodzić do pewnych rzeczy – “o tym to ja nie wiem, nie słyszałem, to co się będę męczył?”. Wysiłku trochę można włożyć w lekturę, nie :)?

Poza tym – to opowiadanie broni się chyba także bez wiedzy o tym, co Rudolf i Sissi jadali na obiad, Z kim przestawali i jak umarli?

A szkoła na psy schodzi, MrB! Bez wątpienia! Wiem, bo mam do czynienia z uczniami ;)!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Nie mam nic przeciwko wysiłkowi, intelektualnemu zwłaszcza. Ale guglanie trochę odrywa od opowiadanej historii. Uważam, że fajnie, gdyby piszący pamiętał, że nie każdy zdawał maturę z jego ulubionego przedmiotu.

No, jeśli się nie wie, jak zmarł Rudolf (gdzie, kto przy tym był), to przy czytaniu ma się wrażenie, że mnóstwo człowiekowi umyka i że wtajemniczeni widzą tu znacznie więcej.

Babska logika rządzi!

Jakby co, to ja też nie zdawałam matury z historii :D W liceum jej po prawdzie nienawidziłam mniej więcej tak samo jak fizyki, bo nauczyciela też miałam koszmarnego: daty, mapa, nic poza tym. W podstawówce kochałam historię, a potem musiałam się z powrotem do niej przekonywać… Do fizyki mam sentyment zakodowany genetycznie, ale to się niestety nie przekłada na zbyt dużą wiedzę :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo fajna interpretacja obrazu. Klimatyczna, a do tego mocno osadzona w realiach historycznych z elementem fantastycznym implementowanym w obłęd starego kajzera. Do tego te muchy. Lekko zagmatwana fabuła, ale taki był cel autorki. Bardzo mi się podobało. Brawo.

Staruchu, jak byłeś młody, to byli jeszcze rycerze, czy już żołnierze? :)

Rycerze? Ten nowomodny wynalazek? Woje, a i legioniści się jeszcze gdzieś pętali :P!

A poza tym – ja już się urodziłem stary!

 

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

101 lat temu? Piękna regularna armia na wzór pruski wg reformy Schanhorsta 1808-13 w prawie całej Europie :P

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“Piękny” i “pruski” w jednym zdaniu to błąd rzeczowy, chyba, że podmiotem rzeczonego zdania jest “trup” ;]

Ja tam na przykład jestem wielbicielką Fryderyka Wielkiego…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciekawy człowiek zdaje się. Polecisz jakąś książkę o nim? Ale w języku jedynym dla mnie zrozumiałym, bo ja niegramotny jestem :(

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Po polsku jest biografia autorstwa gościa o nazwisku Giles MacDonogh, całkiem przyzwoita, choć średnio przetłumaczona. Już podtytuł “Brutalny wódz i subtelny filozof” może trochę przerażać, ale po angielsku jest “a life in deed and letters”, czyli “życie w czynach i listach”, co nieco zmienia perspektywę, brawo polski wydawca ;) Ostatnio wyszła też książka “FW. Biografia wojskowa” (Ch. Duffy), w którą na tyle wciągnęłam się w księgarni, że ją następnie kupiłam, ale jeszcze nie zdążyłam przeczytać całej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy dobrze mi się zdaje, że biedny Stary Pierdoła został wpuszczony przez Prusaków w pętlę czasową? Bo jeśli niedobrze mi się zdaje, to melduję, że nie zrozumiałem :D Mogę za to przytoczyć anegdotę:

Gdy Franciszek Józef leżał na łożu śmierci, zapytano go o jego ostatnią wolę. Po krótkim namyśle odpowiedział:

– Nie wiem, muszę to skonsultować z Berlinem.

Światowider – to nie był oryginalny zamysł, Prusacy mu raczej podstawili cyborgowych nową żonę i nowego syna, a on od szumu maszyn oszalał, bo przypominał mu znienawidzone muchy, ale właściwie dlaczego nie jedno i drugie? Jeśli kiedyś bym rozwijała to opowiadanie poza morderczy limit, to wezmę tę opcję pod uwagę, że to w sumie wygenerowało pętlę czasową.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przepraszam, że tylko tak impresyjnie, a nie z komentarzem do treści/formy, ale mi się te twoje muchy i nastrój, jaki wprowadzają, skojarzył z początkiem “Studium w szmaragdzie” Gaimana i z wrażeniem, jakie miał tam narrator przy spotkaniu z pewną przerażającą istotą: “it rose, wreathing their way about it like the buzzing of flies bigger than worlds“.

Wiem, że u Ciebie to nie całkiem Wielcy Przedwieczni, ale klimat mi się wydał jakoś podobny :)

I take it as a compliment :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Moja nieznajomość historii w tym zakresie chyba mocno rzutuje na tekst, bo też nie zrozumiałam kontekstu i muszę się zgodzić, że fantastyki trochę mało.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

No kurcze, co wy, ludzie?

To tak, jakby stwierdzić, że w “Człowieku z Wysokiego Zamku” fantastyki mało, bo to właściwie obyczajówka z lat 40-tych, z lekkim dodatkiem mistyki.

A przecież – cała fantastyka tkwi w alternatywnej historii.

I tu – również.

Heloołł!

Pobudka!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Mało fantastyki? Przecie tu są pruskie cyborgi i magiczne fale które sprowadzają obłęd :D

Kiedy najpierw trzeba dobrze znać tę wyjściową wersję historii, żeby docenić alternatywną…

Babska logika rządzi!

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kiedy najpierw trzeba dobrze znać tę wyjściową wersję historii, żeby docenić alternatywną…

Hmm. Pytanie jest takie: czy opowieść jest niezrozumiała, czy tylko kontekst nie dla każdego w pełni czytelny? Zróbmy więc mały eksperyment:

 

Ardh Ceith’dru, 5 dzień miesiąca zbiorów roku 1906 Nowej Ery, południe

Jego Cesarska Mość Crhydd Du’Eithne I nie ma ochoty przyjmować żadnych gości ani poselstw. Najlepiej czuje się w towarzystwie stert papierów, które wierni sekretarze pieczołowicie układają rano po lewej stronie biurka po to, żeby cesarz mógł następnie systematycznie przekładać je na stronę prawą. (…)

Teraz siedzi w jadalni wraz z cesarzową, a Therienne, jak to ostatnio ma w zwyczaju, wygłasza dziwacznym monotonnym głosem polityczną mowę, której cesarz tak bardzo nie chce słuchać. Przez bardzo krótki moment Crhydd Du’Eithne przypomina sobie, że kiedyś jego żona o wszystkim mówiła z uczuciem i wręcz nieprzystojną na dworze egzaltacją, ale tę myśl szybko wypiera inna. (…) Na chwilę jeszcze wraca zdumienie: czemu ona tak dziwnie mówi? Od kiedy ona tak mówi, czyżby od… Nie – cesarz odsuwa od siebie tę myśl. Nie chce myśleć o tym, co wydarzyło się w Salannie. To było tak dawno. Therienne, jego Eni, nigdy potem nie była sobą.

(…)

Cesarz z niechęcią pomyślał o czekającym go wieczorem przyjęciu na cześć „zaprzyjaźnionego cesarza Lareniusa II”, jak głosiły zaproszenia wystosowane w jego własnym imieniu. Therienne na pewno jak zwykle oczaruje wszystkich, ale Naith Du’Crhydd… Trzeba znów będzie uważać, żeby nie powiedział czegoś niestosownego. Kanclerz Darvincius już kilkakrotnie dawał do zrozumienia, że poglądy następcy tronu są co najmniej niestosowne, a i jego zachowanie pozostawia sporo do życzenia. Czemu Naith jest tak bardzo podobny do matki?

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No i na czym polega eksperyment?

Babska logika rządzi!

Na tym, że gdybym wrzuciła coś takiego z tagiem “fantasy”, to może parę osób dopatrzyłoby się analogii z historią realną, ale większości czytelników by to w ogóle nie przyszło do głowy i ocenialiby fabułę niezależnie od tych analogii… Skądinąd samo umieszczenie opowieści w generic fantasylandzie dla wielu byłoby zapewne elementem fantastyki ;) No a ogólnie chodzi o to, czy naprawdę potrzebna jest wiedza o kontekście?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Przyznam się, że w drugiej wersji czytało mi się lepiej. Nie zastanawiałam się, skąd ja ich znam, co o nich wiem, a czego nie wiem, co jest prawdziwe, a co zmyśliłaś. Mogłam się skoncentrować na historii, spokojnie wyłapywać informacje z tekstu…

Może to jest tak: wiedza o kontekście nie jest potrzebna. Ale jak już się pojawi, to mała wiedza przeszkadza, rozprasza.

Babska logika rządzi!

Przyznam się, że w drugiej wersji czytało mi się lepiej.

I to mimo że starałam się wymyślić najbardziej kretyńskie imiona i nazwy, typowe dla fantasy ;) Idę posypać głowę popiołem ;) Ale może to kwestia tego, że mnie z kolei irytują niekonsekwentne, także językowo, i przewidywalne światy fantasy i uciekam od nich jak najdalej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Oj, nie posypuj się niczym, bo potem tylko niepotrzebne sprzątanie…

Próbowałam Ci wytłumaczyć, jak ja widzę tekst, co stanowiło dla mnie problem. Ale świat nie kończy się na mnie. Co człowiek, to podejście.

Babska logika rządzi!

Popiół odnosił się do tego, że poległam na wymyśleniu czegoś, co będzie kretyńsko brzmiało. Ale i tak mam tu tylko nieczynny kominek ze sztucznym węglem, no chyba że wyciągnęłabym z kompostownika to wszystko, co udało mi się spalić w ramach moich zerowych umiejętności kuchennych, więc z posypywania nici.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina, nie przejmuj się za bardzo pojedynczymi głosami. Wszystkim nie dogodzisz. Też nie ogarniam epoki, a czytało mi się dobrze, nawet bardzo dobrze. Tak, mogłabyś pewnie to i owo naświetlić, żeby zmniejszyć czyjś poznawczy niepokój. Ale ja tu przyszedłem czytać beletrystykę, a nie przebrane eseje historyczne ;)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Uważam, że tekst jest (dość) zrozumiały nawet, jeśli czytelnik nie zapoznał sie uprzednio z kontekstem historycznym.

Natomiast znajomość tegoż kontekstu zwiększa siłę rażenia historii, bo obrazuje wagę opowiedzianych tu wydarzeń i wywołuje efekt porozumiewawczego uśmiechu w miejscach, gdzie autorka poczyniła żartobliwe nawiązania.

Jeroh – świetny podpis

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Mnie też się podoba :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Mnie też :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

I mnie :P

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

No dobra, mnie też. ;-)

Babska logika rządzi!

Babska logika to uzgodniony zestaw miejsc na Twoją reklamę.

 

Muszę się do czegoś przyznać. Podoba mi się ta przeróbka fantasy ;)

Witaj w klubie. ;-)

Wisielcze, ale o co właściwie Ci chodzi?

Babska logika rządzi!

@Drakaina: Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@Finkla Babska logika rządzi!

@Staruch: Miej­sce na Twoją re­kla­mę!

Zrobiłem fuzję Waszych podpisów. Ale chyba nie chwyci ten aforyzm. Czegoś mu brakuje.

Aha. Jest tu parę sygnaturek. Może uda się stworzyć ciekawszy zlepek. Kombinuj. ;-)

Babska logika rządzi!

"Tak jest od… sam już nawet nie bardzo pamięta, od kiedy."

"Sam" zapisałbym dużą literą, gdyż raczej wprowadza ono nowe zdanie, niż jest kontynuacją tego przed wielokropkiem.

 

"Nie – cesarz odsuwa od siebie tę myśl."

Niemal identyczna konstrukcja pojawia się w następnym fragmencie tekstu. Niby dzieli je dość spory "dystans", ale mi to zestawienie słów zapadło w pamięć i zauważyłem, że się powtarza.

 

"która zmarła nieszczęśliwie podczas przejażdżki po jeziorze"

Jeżdziła po tafli jeziora? ;)

 

"Cesarz patrzy w lewo, ku swojemu synowi i coś na chwilę przykuwa jego wzrok, a potem rozlega się to nieznośne bzyczenie."

Wg mnie po "ku swojemu synowi" powinien być przecinek, to wtrącenie (zdanie bez niego zachowuje sens).

 

Z perspektywy osoby praktycznie nieznającej historii Austrii/Niemiec z okresu tuż przed I Wojną Światową odebrałem tekst jako historię o władcy powoli popadającym w obłęd. Nie spodziewałem się, że to wywoływana mechanicznie tortura dźwiękowa, raczej upatrywałem w tym udziału jakichś ciemnych sił. Zaintrygowała mnie historia arcyksięcia Rudolfa – zastanawiam się, czy jego nagłe "przywrócenie do żywych" i usunięcie nekrologu z gazet polegało na zwykłym podstawieniu sobowtóra, czy może też "wskrzeszeniu", wydarciu ciała księcia ze szpon śmierci za pomocą technologii i medycyny. Spodobał mi się deliryczno-paranoidalny klimat.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Muszę się do czegoś przyznać. Podoba mi się ta przeróbka fantasy ;)

A mnie nie :D

 

WickedG – poprawki wprowadzone. Tylko z tą przejażdżką po jeziorze mam problem – jak to inaczej ująć? Ona była na stateczku wycieczkowym, to nawet nie rejs… Natomiast powtórzenie było celowe, podkreśliłam tę celowość.

 

Co do Rudolfa – raczej to drugie. Chciałabym tę historyjkę połączyć z moim szerszym uniwersum i tak mi bardziej pasuje. Sisi podsunięto sobowtóra. Cyborga, a konkretnie, jeśli to wejdzie do uniwersum (a bardzo mi pasuje), to coś minimalnie innego, ale to dla samego opowiadania nie jest istotne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To może napisz, że “zmarła na statku wycieczkowym, na jeziorze”? Sama wycieczka też chyba lepiej brzmi niż przejażdżka.

Babska logika rządzi!

Staruchu, nie chcę Cię dołować… We wszystkich publicznych szkołach, do których uczęszczałem, zdarzało mi się poprawiać nauczycieli historii (niestety w moich czasach nie było już bicia linijką ;P). A mimo to Habsburg o imieniu Rudolf kojarzy mi się tylko z Pragą i alchemią. Może, gdyby ktoś postawił dobre piwko to przypomniałbym sobie pierwszego Rudolfa i korzenie tej przebiegłej rodziny, która nie budzi we mnie zbytniej nostalgii.

Mimo to nie uważam, że autorzy powinni ograniczać się w doborze tematów z powodu “hermetyczności”. Dobry research na temat XIV wiecznej Bośni albo współczesnych zwyczajów plemienia Dinka obroni się sam. Problemy zaczynają się, gdy braki w wiedzy ograniczają możliwość zrozumienia tekstu – nie sądzę, by tutaj zachodził taki przypadek. 

Fani Szwejka na pewno docenili muchę… Mnie spodobały się wzmianki gazetowo-cenzorskie i oddanie biurokratycznego charakteru monarchy. Źródło brzęczenia w głowie cesarza nie było dla mnie jednoznaczne i jako główny antybohater opowiadania nie rzuciło na kolana… Ale ponieważ lubię historię, nie wykluczam, że jeszcze sięgnę po tekst autorki :P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Mały disclaimer: ja też nie przepadam za Habsburgami, mimo że jestem prawie stuprocentowa Galicjanka (od 1810 to już stuprocentowa).

O jednym pół-Habsburgu piszę wprawdzie książkę, a do Rudolfa II, tego od Pragi i alchemików, a także paru mniej lub bardziej dziwacznych arcyksiążąt mam trochę sympatii, ale nie należę do typowo galicyjskiego kółka adoracji Najjaśniejszego Pana ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nevazie – bicie linijką, stawianie do kąta, klęczenie na grochu… Myślę, że aplikowane w homeopatycznych ilościach to mogłoby pomóc polskiej szkole ;).

Drakaino – Galicja była niezła, Franz Josef – ujdzie, ale za to z Czechami byliśmy razem. Gdyby tak zostało, może byliby w stanie powstrzymać nasze potrząsanie szabelką?

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

No ale na to to by musiało było Królestwo Czech przetrwać jako odrębny polityczny byt, a to daaawne czasy…

A Galicja była niezła i bardzo szkoda, że ten wyśmiewany galicyjski konformizm, podobnie jak wielkopolska gospodarność i pragmatyzm, przegrały w masowej wyobraźni z kongresówkowym mitem klęski, cierpienia i męczeństwa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O pracowitym Śląsku zapomniałaś :).

I też mi się wydaje, że byłoby dla Polski znacznie lepiej, gdyby prym w niej wiódł inny region niż Mazowsze.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Na Górnym Śląsku mam rodzinę z powojennej emigracji z Krakowa, więc zawsze jakoś go ahistorycznie łączę ze swoją małą ojczyzną. No i Żywiec, gdzie też mam rodzinę, to takie pogranicze Śląska, choć austriackie. Mój tamtejszy pradziadek był oficerem w c.k. armii… został mi po nim dziennik z 1914-15.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ze zdjęć mgliście pamiętam, że u moich przodków to była zdecydowanie armia kajzera.

Ale za to potem – pełen zestaw: i powstaniec, i Wehrmacht, i Luftwaffe, i Anders (a może to był Maczek?).

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

No proszę, u mnie potem już tylko dwóch prawujków w stalagu oraz jeden, rodowity Niemiec, oficer polskiego lotnictwa, nie zdążył do Anglii, aresztowany już z partyzantki, zginął w Auschwitz. Taka echt polska historia ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Obozów ci u mnie brak, jak i partyzantki. Pewnie to i dobrze ;)

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Tam z tym wujkiem lotnikiem jest skądinąd niesamowita cała historia, dlaczego nie zdążył, i o jego niemieckiej rodzinie zresztą też, chciałabym kiedyś według tego napisać powieść, ale nie wiem, czy dam radę z realistyczną obyczajówką… To by na pióro w rodzaju Hanny Krall było, pół-powieść, pół-reportaż, a jakkolwiek we wczesnostudenckich czasach dziennikarzyłam całkiem sporo, ciągle nie czuję się na siłach. Choć zawsze jeszcze jest możliwość, że przerobię to na historię alternatywną, tyle że druga wojna i w ogóle XX w. to nie moja bajka.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Lodzio Miodzio!

A te nawiązania do Drdy i Palivca! Palce lizać!

Dzięki za utwór.

Dusza zakamieniałego monarchisty zakwiliła z ukontentowania:)

 

p.s. co do drugiej wojny św… jakby co, służę konsultacją. Historia najnowsza (lata 30-40 XX w) to mój megakonik:)

Jak już o nawiązaniach mowa, to w tym opowiadaniu jest też aluzja do pewnej sławnej sprawy sądowej…

 

A za ofertę konsultacji, rybaku, dziękuję :) Jeśli dojrzeję do spisania tej historii tak czy inaczej, zapewne się zgłoszę.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Świetne opowiadanie, chociaż jego sens dopiero całkowicie zrozumiałam po przeczytaniu komentarzy. Ale wciąż, bardzo klimatyczne i ciekawie opisujące szaleństwo. 

Dla mnie ta historia okazała się dość zagmatwana, skutkiem czego chyba nie udało mi się pojąć, o co tu chodzi. A choć przeczytanie komentarzy nieco sprawę wyjaśniło i do wykonania nie mam zastrzeżeń, nie mogę powiedzieć, że to była satysfakcjonująca lektura.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wprowadziłam jeszcze trochę drobnych modyfikacji, które może nieco rozjaśnią fabułę dla tych, dla których nie jest ona oczywista z powodów kontekstowych.

 

Edit: no offence meant to anyone ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Uj, gruubo!;)

Hmmm? Mogę prosić o wyjaśnienie? ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, sugerowanie konieczności rozjaśniania niedowładu kontekstowego twórcom bądź co bądź Kultury…. Licznie tu obecnym :D

OK, moje intencje były całkowicie niewinne: sporo osób narzeka na to, że nie znając kontekstu, nie rozumie, no to go troszkę bardziej klarownie w tekście umieściłam…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Potwierdzam , moje też niewinne ;DDD

Świetnie napisany tekst. Są fragmenty tak cudownie skonstruowane, że mnie zachwyciły. Jedyny problem jest bardzo subiektywny – nie przepadam czytać o tym okresie i rejonie, jak widać, nawet jeżeli alternatywny. Jednak nie mam problemu z przełamywaniem się, bo Twój warsztat jest wyśmienity i kto wie, czy z czasem się nie przekonam.

Ciekawe. Styl pisania charakterystyczny dla dłuższej formy, a mimo to udało Ci się to tak skomponować, że idealnie wpasowało się w krótki tekst. Pewnie trochę zaskoczę Cię, ale były momenty, w których wzmianka o bzyczeniu przywoływała mi w pamięci filmy “Pi” i “Paranoja 1.0”. Tak, wiem, to zupełnie o czym innym i w innym klimacie, ale ciągłe bzyczenie w którymś momencie zaczęło budować coś między poczuciem szaleństwa a poczuciem tajemnicy dziejącej się tuż obok. I właśnie ta atmosfera robi tu naprawdę sporo.

 

Osobna sprawa, że mam wrażenie, że przegapiam jakieś istotne wątki opierające się na wydarzeniach historycznych, które od czasów szkolnych mogły umknąć. W czytaniu to nie przeszkadzało, ale pewnie mogłoby sprawić, że całość odebrałbym jeszcze lepiej. Czy faktycznie coś umknęło? To już pytanie do Ciebie Drakaino :) 

 

"hrabina była w rzeczywistością ważną personą"

-> literówka w rzeczywistości.

 

Edit: Pobieżny przegląd komentarzy wskazuje na to, że faktycznie jakiś kontekst mi umyka. Czy został wyjaśniony w którymś komentarzu (jest ich sporo)?

Pobieżny przegląd komentarzy wskazuje na to, że faktycznie jakiś kontekst mi umyka

Komentarze sporo wyjaśniają, ale ponieważ nie wiem, co umyka, to nie wiem, czy to, co trzeba. Dzięki za opinię, że mimo wszystko da się zrozumieć :)

 

Wszystko jest natomiast do łatwego wywikipediowania, nawet polska wiki podstawowe fakty ma ok i w sumie nawet całość nie odpisaną z jakiejś durnej książki. Hasła główne (oprócz Franza Josefa): Rudolf Habsburg-Lotaryński, Elżbieta Bawarska – zwłaszcza rozdziały o śmierci obojga, poza tym ewentualnie Mayerling oraz Święte Cesarstwo Rzymskie i wszystko powinno być jasne. Hasła poboczne, wyjaśniające kwestię wyjazdu do Czech: Rudolf II Habsburg (tak, dużo wcześniej) i Ferdynand I (Dobrotliwy, tuż przed FJ, drugi na liście Ferdynandów I austriackich wg mojego gugla – numeracja cesarzy Św. Cesarstwa i cesarzy Austrii to hardkor, choć nie aż taki jak królów Neapolu z przyległościami).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Można też posłuchać Accantusa i już jesteśmy w klimacie!

https://www.youtube.com/watch?v=u2oVFQjlD-A

Bonusowa zagadka: co mają wspólnego Fryderyk Wielki i Epaminondas?

Coś poza szykiem skośnym (F. był oczywiście świadomy naśladownictwa) i prawdopodobnie (w przypadku E, bo F na pewno) orientacją seksualną uważaną przez część ludzkości za nienormatywną? ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jesteś mądrą osobą. ;)

Tekst przeczytałem już dawno, jednak nie wiedziałem jak go skomentować. Wtem zobaczyłem komentarz wilka, pod którym podpisuję się ręcami i nogami:

ciągłe bzyczenie w którymś momencie zaczęło budować coś między poczuciem szaleństwa a poczuciem tajemnicy dziejącej się tuż obok. I właśnie ta atmosfera robi tu naprawdę sporo.

 

Osobna sprawa, że mam wrażenie, że przegapiam jakieś istotne wątki opierające się na wydarzeniach historycznych, które od czasów szkolnych mogły umknąć.

Co za ulga, że czasem jak nie wiadomo jak się wysłowić, przyjdzie ktoś i uratuje, ubierając w słowa to o co nam chodzi. ;)

Bardzo podobała mi się spokojnie tocząca historia w zestawieniu z tym napięciem, że w tuż obok, w cieniu dzieją się rzeczy ważne i straszne. To na olbrzymi plus. Podobało mi się. :)

Polecam się na przyszłość, Wolf i S-ka, usługi formowania myśli ;-)

Można na fakturkę? ;)

Umowa o dzieło wiekopomne :P

Dzień, w którym ZUS zniszczył polską fantastykę.

Byle nie śmieciowa umowa na śmieciowe myśli ;)

 

A tak poza tym, ac, dziękuję za miłe słowo.

 

Wisielcze natomiast, trafiłeś z pytaniem na jednego mojego ulubieńca, więc co się dziwić…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

WIem, przyznałaś się do tego kilka postów wyżej, stąd moja zagadka.

Ano, fakt. Jakoś myślałam, że to było pod Krokami.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Biedny Franciszek… Aż mi żal staruszka.

Bardzo wciągająco napisane i sugestywnie. Cały czas miałam wrażenie, że mi gdzieś koło ucha coś brzęczy. Wprawdzie brakło mi odrobinki wyjaśnienia, kto dokładnie zastępował i jak członków rodziny i pewnie cały rząd i dwór, ale skoro poznajmy rzeczywistość z punktu widzenia kajzera, to trudno – pogodziłam się z tą niewiedzą.

Bardzo elegancko oddany klimat i temat grafiki. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Interesujące opowiadanie polityczne. Trudne w odbiorze – rzucasz osobami i faktami historycznymi jak z karabinu maszynowego. Biada temu, kto nie zna historii z początku XX wieku. Ma też ten problem, że nieznający historii nie odgadną, gdzie wykonujesz krok w alternatywne dzieje :)

Na szczęście przerabiając IWŚ trudno nie zahaczyć o ten okres, toteż w miarę się pokumałem o co kaman i jak to działa.

Sama historia przedstawiona fajnie, nie przeszkadzało mi niechronologiczne jej prowadzenie. Fajnie wyszedł Ci klimat monarchii oraz ciekawie przedstawiłaś Franciszka Józefa.

Podsumowując: spory próg wejścia ma ten koncert fajerwerków, ale jak już się go przeskoczy, to nie ma problemu z czytaniem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Szczerze mówiąc – do czego, jako osobistej klęski, przyznaję się z zawstydzeniem – musiałem wgłębić się w lekturę komentarzy, by załapać, o co zasadniczo w tym opowiadaniu mogło chodzić: gdzie jest – o ile w ogóle jest – fantastyka, o co chodzi z Rudolfem, po co wzmianka o jakiejś baronowej, etc.

Z samego kontekstu, podpartego moją zupełnie średnią wiedzą historyczną na temat rodziny cesarskiej miłościwie nas okupujących Austro-Węgier, nie wywnioskowałbym nic, prócz – oczywiście błędnie – szaleństwa, w które popadał Franciszek Józef. A już na pewno nie domyśliłbym się, że mówimy tu o jakiejś maszynie bzyczącej, która miała doprowadzić cesarza do obłędu. I to nie tylko dlatego, że poszlaki w tym kierunku są tak znikome, że praktycznie żadne, a przeświadczenie o zluzowaniu klepek u Franciszka w momencie wspomnienia o “dźwięku dochodzącym z głębi pałacu” już na tyle mocne, że nie sposób zachwiać jego fundamentem w tak lakoniczny sposób. Chodzi tu przede wszystkim o to, że sam pomysł na takową machinę jest po prostu pozbawiony najmniejszych choćby znamion prawdopodobieństwa. Skoro dźwięk był bowiem zewnętrzny, to musiałby słyszeć go cały dwór cesarza i wszyscy, prędzej czy później, dostaliby zajoba. I to jest najmniej prawdopodobna wersja. Bardziej prawdopodobna – ale też nieskończenie dalece nierealna – zakłada, że nikt prócz cesarza by nie zwariował, ale tylko w przypadku, gdyby wszyscy, od kuchcików, pokojówek i woźniców poprzez straż pałacową, aż po obarczonych herbami i tytułami ministrów, byli w zmowie z Bismrckiem i świadomie godzili się na to, by doprowadzić cesarza do obłędu. Pomijając już absurd takiego założenia, sądzę, że, prędzej czy później, mimo świadomości, skąd i po co bierze się to brzęczenie, cały dwór w końcu i tak by oczadział.

Najbardziej prawdopodobna wersja zakłada natomiast, że najdalej po kwadransie od odpalenia tego ustrojstwa, maszyna byłaby rozniesiona w drobny mak, podobnie zresztą jak gość, który ją przytaskał i uruchomił.

Uproszczając – Twój pomysł jest zbyt grubymi nićmi szyty, by dało się go zrozumieć, a co dopiero kupić.

Jeśli chodzi o wzmiankę tyczącą śmierci Sissi, też jest nazbyt mocno oderwana od jakiegokolwiek kontekstu, by można było rozkminić w tej Twój zamysł materii bez gruntownego wykształcenia historycznego albo grzebania po wikipediach i innych takich. A i do tego grzebania trzeba by mieć lepszą motywację niż jakaś, prawdziwa bądź nie, wzmianka w gazecie o śmierci jakiejś tam hrabiny. Poszlaki, które zostawiłaś – Elżbieta wbrew swoim zwyczajom pojawiająca się w gabinecie męża – też są stanowczo zbyt słabe, by powiązać jedno z drugim. O przybranym imieniu Sissi nawet nie wspominam.

Generalnie, jeśli chodzi o kontakt z czytelnikiem, niestety, poległaś. Przynajmniej moim zdaniem. Faktycznie będziesz musiała popracować nad tym, by swoje zamysły przedstawiać zdecydowanie bardziej klarownie. Teraz, jak tak sobie o tym myślę, to jedynym naprawdę sensownym tropem była cenzura we wzmiance o śmierci Rudolfa. Tyle, że – i znowu – bez znajomości prawdziwego tła historycznego, ona również zupełnie nie rzuca się w oczy.

Mam nadzieję, że i Ty, i wszyscy, których wrzucę teraz do jednego wora, wybaczycie mi pewną radę, którą zamierzam udzielić, ale robię to w dobrej wierze. I pamiętajcie, że sam też w tym worze siedzę: otóż zawsze lepiej i bezpieczniej jest zakładać, że czytelnik nie ma wiedzy autora i w wielu (może nawet wszystkich) kwestiach, które dla tego drugiego są oczywiste, ten pierwszy jest kompletnym ignorantem, toteż należy wszystko tłumaczyć mu od podstaw. Problem, jak sprawić, by to tłumaczenie nie wyglądało na łopatologię, jest – o ile w ogóle – moim zdaniem, drugorzędny.

 

Do podsumowania, w myśl którego opowiadanie się nie broni, bo zdecydowanie zbyt naiwna intryga jest zdecydowanie zbyt słabo widoczna, dorzucę jeszcze uwagę, iż obrany przez Ciebie czas teraźniejszy narracji zwyczajnie mnie męczył. Co prawda głównie z początku, nimem przywykł, a przy tym ani myślę odmawiać mu specyficznego uroku, ale jednak. Do tego dochodzi praktycznie zerowa dynamika, brak jakiejkolwiek akcji i wybijające z rytmu retrospekcje, w których dosyć łatwo się pogubić, i uzasadnienie o wiele niższej, niż mogła by być, oceny, mamy zasadniczo gotowe.

A szkoda, naprawdę szkoda, bo sama historia, mimo wszystkich tych (subiektywnie) wad, napisana jest świetnie i jakimś cudem naprawdę wciąga. Choć to pewnie też zasługa typowego Cieniom uporu, by jednak samodzielnie rozkminić, o co w opowiadaniu chodzi. Uporu, który wzmaga koncentrację i nakazuje pełne skupienie na tekście. A który nie zawsze przynosi pożadne rezultaty.

Pogłoski, jakoby hrabina była w rzeczywistością ważną personą związaną z łaskawie nam panującą rodziną cesarską…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A z tym komentarzem to się nie zgodzę. Ani tu wiedzy nie trzeba ponadludzkiej, ani intryga tak naiwna.

Być może, że ci, którzy to tło historyczne ciut lepiej znają, bawią się zdecydowanie lepiej. Ale i ci, którzy nie znają, mogą przeczytać bez bólu (tak mi się zdaje).

I jeszcze:

Skoro dźwięk był bowiem zewnętrzny, to musiałby słyszeć go cały dwór cesarza i wszyscy, prędzej czy później, dostaliby zajoba.

A słyszał waćpan o broni indywidualnie dostrojonej? Brzęczenie może i słyszą wszyscy (jak brzęczenie linii energetycznych czy szum przejeżdżających tramwajów, które wszak nikomu nie przeszkadzają), ale klepki przestawia tylko Franciszkowi.

Reasumując – zdecydowanie zbyt surowa ocena!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Staruchu, dziękuję za obronę brzęczenia, bo właśnie tak tę broń wymyśliłam, więc trafiłeś w sedno. Skądinąd, przyznaję, mogłam pójść w to, że Rudolf usiłował się zabić z powodu brzęczenia, a Marię Vetserę pominąć, bo sugestia samobójstwa w afekcie rzeczywiście jest słaba.

Skądinąd kwestia wagi brzęczenia to się może brać z moich osobistych doświadczeń: mam ostro patologicznie nadwrażliwy słuch oraz większą od przeciętnej skalę słyszenia, w związku z czym póki jeszcze latałam często samolotami (przestałam, ale to osobna sprawa), to doprowadzałam stewardessy do histerii pytaniami “co tu tak piszczy”. Dopiero jak wreszcie leciałam z kimś znajomym, to on mi uświadomił, że upiorne piszczenie słyszę tylko ja. I mogę jedno powiedzieć: taka przypadłość *** odbija się na nerwach, a brzęczące lub piszczące, maszynowe dźwięki są absolutnie najgorsze. I zazwyczaj jest tak, że mnie doprowadzają do szaleństwa, a towarzyszące mi osoby co najwyżej je zauważają. Niewykluczone więc, że nieświadomie przeniosłam coś, co dla mnie jest najbardziej irytujące w otoczeniu, na zrozumienie przez czytelników. Dla większości zresztą to akurat nie było problemem, więc nie podejrzewałam, że dla kogoś może być ;)

 

Cieniu, abstrahując od tego, że sam napisałeś opowiadanie opierające się na wzmocnieniu zmysłów, więc akurat ten koncept nie powinien być Ci obcy, w komentarzach zrobiłam eksperyment fantasy, który okazał się zrozumiały, choć dla mnie nieakceptowalny, bo fantasy mi się przejadła. Kompletnie nie pojmuję (przynaję: mój mózg się zawiesza), dlaczego historyjka, która byłaby zrozumiała, gdyby bohaterowie nazywali się Drzymisław, Derg Cy’Thrambu, Temerancjusz czy dowolnie fikcyjnie inaczej, przestaje być zrozumiała, kiedy dotyczy postaci, nazwijmy je: istniejących w wikipedii. Chyba już to pisałam, ale gdyby to było o cesarzu, cesarzowej i jej sobowtórze, księciu, który popełnia samobójstwo, ale zostaje odratowany i przemieniony, oraz knującym władcy drugiego imperium, to mam wrażenie, że Staruch, Cobold i ktoś tam jeszcze dostrzegliby podobieństwo, a pozostali zapewne przełknęliby historyjkę. Zupełnie szczerze pytam: jaka różnica? Franz Josef wylądował w tej historii z jednego prostego powodu: cesarz na grafice przypomina FJ, zanim doczytałam komentarz Różalskiego, byłam przekonana, że to on, mimo że częściej przedstawiano go w klasycznym białym mundurze (choć w innych też się portrety zdarzają). Niestety pomysł JR, Cesarstwa Saksonii, tak bardzo nie ma historycznie sensu, że nie byłabym w stanie napisać czegoś w cudzym uniwersum, którego nie czuję…

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kompletnie nie pojmuję (przynaję: mój mózg się zawiesza), dlaczego historyjka, która byłaby zrozumiała, gdyby bohaterowie nazywali się Drzymisław, Derg Cy’Thrambu, Temerancjusz czy dowolnie fikcyjnie inaczej, przestaje być zrozumiała, kiedy dotyczy postaci, nazwijmy je: istniejących w wikipedii.

Nie powiedziałbym, że tekst jest niezrozumiały, ale Cień ma trochę racji. Posługujesz się skrótami myślowymi, licząc na to, że czytelnik rozpozna postacie i trochę zna tło. Gdybyś pisała o Drzymisławie, to czułabyś się instynktownie zobligowana do bardziej wyczerpującego wprowadzenia i obszerniejszej ekspozycji.

Trudno spierać się z komentarzem o treści “nie rozumiem, o co tu chodziło”. Jeśli czytelnik rzeczywiście nie rozumie, to można mu najwyżej przypisać brak koncentracji lub dobrej woli, bo nie ma innego sposobu, by odeprzeć tak sformułowany zarzut o niejasności tekstu.

Skądinąd kwestia wagi brzęczenia to się może brać z moich osobistych doświadczeń: mam ostro patologicznie nadwrażliwy słuch oraz większą od przeciętnej skalę słyszenia, w związku z czym póki jeszcze latałam często samolotami (przestałam, ale to osobna sprawa), to doprowadzałam stewardessy do histerii pytaniami “co tu tak piszczy”. Dopiero jak wreszcie leciałam z kimś znajomym, to on mi uświadomił, że upiorne piszczenie słyszę tylko ja. I mogę jedno powiedzieć: taka przypadłość *** odbija się na nerwach, a brzęczące lub piszczące, maszynowe dźwięki są absolutnie najgorsze.

Fajnie, że o tym powiedziałaś. Dało się wyczuć, że w tekście jest coś “prawdziwego”, co było zakotwiczone w osobistym doświadczeniu. Teraz już wiem, skąd to wrażenie.

Trudno spierać się z komentarzem o treści “nie rozumiem, o co tu chodziło”.

Disclaimer: uznaję prawo czytelnika do niezrozumienia i negatywnej oceny z tego powodu, ale usiłuję dociec, dlaczego historyjki o Drzymisławach są łatwiejsze w odbiorze od historyjek o Franzach Josefach ;) Zastanawiam się natomiast, czy rzeczywiście czułabym się zobligowana do wyjaśnień (to bardzo ciekawa uwaga… niestety nigdy już w tej kwestii nie przeprowadzę na sobie ślepej próby ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hm, niezależnie od tego, czy w zamierzeniu autorskim brzęczenie było bronią, z poziomu czytelnika można go interpretować jako broń, jako szaleństwo lub jako jakiś dźwięk, który dla wielu osób jest "tłem", a dla jednej osoby czymś drażniącym (to nawet ma nazwę: mizofonia lub Selective Sound Sensitivity Syndrom: https://pl.wikipedia.org/wiki/Mizofonia ).

W dwóch ostatnich wariantach zwracanie uwagi przez jedną osobę jest wytłumaczalne (i fajnie wpada w klimat podobny do filmu "Paranoia 1.0", o którym wspomniałem wcześniej). Nawet nie trzeba sięgać po tłumaczenie związane z nadwrażliwością percepcji (mogę mieć wykrzywioną opinię, bo sam znam problem), czy po szerszy zakres słyszalnych częstotliwości (rzadko, ale zdarza się, ze dorosły słyszy zakres częstotliwości podobny do tego, jaki słyszą dzieci).

Przykro mi, że muszę Was rozczarować uporem i głupotą, ale prawda wygląda tak, że po Waszych wykładach nie jestem ani trochę lepiej ustosunkowany do pomysłu z maszyną bzyczącą, bynajmniej.

Raz, że nie znam osoby, dla której bzyczenie muchy nie byłoby dźwiękiem natrętnym i irytującym (żeby nie powiedzieć – Pani wybaczy – wkurwiającym); dwa, że jest to dźwięk, którego ni jak nie da się porównać do brzęczenia prądu w liniach wysokiego napięcia (którego – w przeciwieństwie do dźwięków wydawanych przez muchy, komary i inne uskrzydlone zło – jestem entuzjastą; uspokaja mnie); trzy, że nie kojarzę (choć może powinienem ująć to tak: nie kojarzę już teraz), by gdziekolwiek w tekście stało o wyjątkowej nadwrażliwości Franciszka Józefa na cokolwiek; cztery, że mimo wszystko na pewno Cesarz nie był jedyną osobą w zamku czy tam pałacu, która ten dźwięk słyszała, zwłaszcza, jeśli niósł się wszędzie; to po prostu nie te częstotliwości, by drażnić tylko nadwrażliwe uszy (choć może był jedyną osobą na tyle nieogarniętą i nieporadną, by szukać rozwiązania poza swoją głową, co z kolei prowadzi nas do punktu kolejnego, czyli); pięć, że całe to bzyczenie – powtarzam – jest tak sugestywnie przedstawione w opowiadaniu jako element pogłębiającego się szaleństwa, czy może starczej demencji, że nawet przez myśl nie przeszło mi szukanie innych rozwiązań (zwłaszcza jeśli mieć na uwadze punkt czwarty), i wreszcie po szóste, słyszałem, Staruszku, o broni indywidualnie dostrojonej, ale wyłącznie w kontekście zabawy genami, DNA i tak dalej (przerąbana sprawa), czyli impreza na miarę naszych czasów, a nie dziewiętnastowiecznych Austro-Węgier.

Pozostałe punkty (raczej nieświadomie niż świadomie) pomijam, bo i tego mi dość, by upewnić się w swoim sceptycyzmie.

Ale jedźmy dalej:

Drakaino, miło mi, że czytałaś moje opowiadanie (mniej, że nie raczyłaś mnie za nie słusznie zgnoić), ale ja – w przeciwieństwie do Ciebie – w swoim tekście dosyć wyraźnie zaznaczyłem, że bohater ma pewną wyjątkową specyfikację. W wypadku Twojego opowiadania tego nie ma (albo: patrz punkt trzeci, ustęp w nawiasie), a za to jest dosyć mocny nacisk na umysłową niedyspozycję cesarza (robię się nudny, wiem), więc porównywanie nie jest do końca… fair.

Co do przeprowadzonego eksperymentu natomiast, to jakoś nie odnajduję w nim analogii do mojego komentarza/opinii. Jak pisałem, dla mnie tekst jest o tyle nieczytelny, że zwyczajnie przekombinowany, bo sama intryga wydaje się po prostu nie do przyjęcia jako szyta zbyt grubymi nićmi. Zwyczajnie nie wpadłbym na tę jedynie słuszną interpretację bzyczenia (i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia), a przy tym bardzo wątpię, by zmiana imion, innych nazw własnych i, generalnie, środowiska, była zmianą cokolwiek tu naprawdę zmieniającą.

Niemniej kwestia nazwisk też zasługuje na dodatkowy akapit, bo w tekście pojawiły się takie, które mówiły mi dokładnie tyle samo, co te z eksperymentu, więc – bez żadnego ich rozwinięcia w fabule – wniosły one do opowieści tylko i wyłącznie zamęt i pytania. Wisielec ma absolutną rację twierdząc, że gdybyś umieściła swoją opowieść w fikcyjnym świecie, to czułabyś się zobligowana, by jakoś przemycić w tekście informację chociaż o tym, że Sissi (która wtedy nie miałaby na imię Sissi) podróżowała pod przybranymi nazwiskami, bo wygoda i bezpieczeństwo. Tutaj tego nie ma, ponieważ – a przynajmniej tak mi się zdaje – za bardzo zawierzyłaś wiedzy czytelnika, tudzież jego chęci i potrzebie, by na bieżąco weryfikować wszystkie dane, nazwiska i wydarzenia, skoro ma taką możliwość.

Tak czy inaczej dla mnie osobiście Twój eksperyment nie wnosi do dyskusji nic istotnego, co traktuj, proszę, jako informację zwrotną, a nie żaden przytyk.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka