- Opowiadanie: drakaina - Mysterium cosmographicum

Mysterium cosmographicum

Stn wyraził kilka miesięcy temu w lożowym wątku wyborczym podejrzenie, że jestem “wampirzycą, która przetrwała słonecznego Ludwika (i pewnie nawet z nim romansowała), przeżyła kolejne wieki, żeby w naszym spisać zebrane przez lata pomysły”. No to proszę bardzo, garść wspomnień z młodości ;)

 

Staruchowi i Światowiderowi składam wielkie podziękowania za ekspresową lekturę w ostatnim dniu konkursu i przekonanie mnie, żebym to opublikowała. Ogólnie dziękuję wszystkim, którzy mnie w tym pisaniu wsparli.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Mysterium cosmographicum

– Jak wyszło?

– Doskonale, Wasza Królewska Mość. – Kompozytor zgiął się w ukłonie, niemalże zamiatając peruką o podłogę. – Sugerowałbym jedynie…

Monarcha przerwał mu tupnięciem.

– Skoro coś sugerujesz, Lully, to znaczy, że nie było doskonale. Powtarzamy!

Zmęczeni tancerze posłusznie ustawili się z powrotem w szeregu. Jego Królewska Mość przybrał odpowiednią pozę i uniósł się na palcach.

Kompozytor dał znak batutą i orkiestra podjęła na nowo melodię. Ukryty za kulisami człowiek skinął ku chłopakowi stojącemu na specjalnej, umieszczonej wysoko pod sufitem platformie. Scenę zalało odbijane przez kilka luster światło, rozbłysły niezliczone cekiny i klejnoty ozdabiające królewski kostium.

Tydzień później ten sam człowiek słuchał ostatnich taktów Apollina i Muz z niepokojem. Nie obawiał się braku entuzjazmu; wszyscy zgromadzeni wiedzieli, że Jego Królewska Mość uwielbia pochwały, więc z pewnością nie będą mu ich szczędzić. Jean de Hautefeuille miał zgoła odmienne powody do zmartwienia. Jeśli balet naprawdę się spodoba, król zażąda czegoś nowego, jeszcze bardziej olśniewającego. Jeśli nie – zrobi to samo, ale wynalazca będzie musiał się bardziej spieszyć.

Owacje wybuchły wraz z ostatnią nutą i nie było im końca. Jean-Baptiste Lully, wsparty na wysokiej batucie, kłaniał się dworzanom, a król w migoczącym gwiazdami przebraniu Apollina wysiadł z rydwanu zaprzężonego w białe rumaki, tocząc zadowolonym wzrokiem po pełnych uwielbienia twarzach. Jean de Hautefeuille odetchnął z ulgą.

 

 

Doprawdy! Król Ludwik wpatruje się w stojącego przed nim mężczyznę z nieskrywaną złością. Co ten Lully sobie myśli! Żeby uderzyć się w stopę batutą, paradne! Nie, król nawet tego nie zauważył.

Że co? Może wdać się martwica? Niech on sobie nawet nie wyobraża! Premiera nowego baletu za trzy miesiące, więc najdalej za miesiąc Lully ma chodzić!

Niemożliwe? Język francuski nie zna takiego słowa.

 

 

– Że co?

Pani de Bouillon zgromiła podopiecznego wzrokiem. De Hautefeuille nie potrzebował nagany, sam był zdumiony gwałtownością i niestosownością własnej reakcji. Z drugiej jednak strony nie dziwił się sobie.

– Wasza Łaskawość raczy żartować – powiedział ponuro.

Księżna trzepnęła go wachlarzem w dłoń.

– Ależ, mój drogi… – Uśmiechnęła się protekcjonalnie. – Jestem przekonana, że zdoła pan spełnić życzenie Jego Królewskiej Mości.

De Hautefeuille spojrzał na nią spode łba.

– Jeszcze kilka takich życzeń, wasza łaskawość, a ucieknę do kolonii…

 

 

– Co takiego, mistrzu? – Pierre Herbeil nie krył zdumienia.

– Noga. Mechaniczna noga. Taka, która będzie się ruszać jak żywa.

Chłopak podrapał się w czoło.

– To jest niemożliwe – zaczął niepewnie, po czym urwał, widząc minę de Hautefeuille’a.

– Jego Królewska Mość właśnie wykreślił ten wyraz ze słownika. – Wynalazca powtórzył dokładnie to, co zakomunikowała mu przed dwiema godzinami protektorka.

– Za przeproszeniem pańskim, mistrzu, ale po co komu mechaniczna noga?

De Hautefeuille spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

– Czy będziemy powtarzać słowo w słowo konwersację, którą dopiero co odbyłem z jej książęcą łaskawością? Ale skoro musisz wiedzieć: pan kompozytor uderzył się w stopę batutą podczas Te Deum z okazji ozdrowienia króla… Czyż to nie ironia losu, powiedz mi, Pierre?

Młody Herbeil posłusznie potaknął.

– Uderzył się tak nieszczęśliwie, że nogę trzeba amputować – dodał de Hautefeuille z westchnieniem. – Tyle tylko, że kompozytor się nie zgadza, bo z drewnianą nie będzie w stanie tańczyć. Reszty się zapewne domyślasz.

Czasu nie mieli wiele: Lully uzależnił zgodę na amputację od oceny prototypu. A król nie zamierzał opóźniać premiery baletu.

– Mistrzu? – Pierre uniósł głowę znad piętrzących się na stole papierów. Na jednej stercie leżały szkice mechanizmów zegarowych, na drugiej rysunki anatomiczne. Te ostatnie wynalazca kazał pomocnikowi przestudiować, żeby zrozumieć, jak działają mięśnie i stawy. I jak, w związku z tym, powinien być zbudowany mechanizm. – Gdyby połączyć sprężyny i kółka zębate w taki sposób…

Na czystej kartce pojawił się zarys pomysłu. De Hautefeuille wziął pióro i poprawił kilka szczegółów.

– To pozwoli na razie na jakieś tysiąc kroków – mruknął. – Trzeba będzie wydłużyć sprężynę.

– Jeśli tu zamontujemy korbkę – odparł Pierre, wskazując na miejsce odpowiadające na schemacie kostce – to wystarczy się schylić i nie trzeba będzie nawet odpinać stopy, żeby naciągnąć sprężynę.

De Hautefeuille przez chwilę studiował rysunek, po czym kiwnął głową.

– Spróbuj to zmajstrować – powiedział do chłopaka. – I módl się do wszystkich świętych, żeby działało.

 

 

Zza żywopłotu dochodzi perlisty śmiech. Jego Królewska Mość przystaje, ale zaraz rusza dalej: rozchichotane dziewczęta rozmawiają o sukniach i pięknych kawalerach.

Od czasów afery trucicielskiej monarcha nie czuje się bezpieczny. W skandal zamieszane były osoby z jego najbliższego otoczenia. Nieuchronnie powraca wspomnienie markizy de Montespan. Ludwik widzi jej białe, gładkie ramiona, słyszy czarowny głos. Chce tupnąć nogą ze złości, z bezsilnej złości na to, że musiał ją oddalić. Nie może sobie jednak na to pozwolić, nie przed gromadą dworaków, którzy postępują kilka kroków za władcą, notując każdy ruch i każdy grymas.

Myśl jednak powraca: może Montespan byłaby w stanie rozwiązać największy problem dręczący od kilku lat Ludwika.

W oddali migocze złoto kwadrygi Heliosa, wynurzającej się z wielkiego sztucznego jeziora. Trzeba znów urządzić „feux d’artifice”. Minister finansów będzie narzekał, ale kiedy ogrody rozbrzmiewają muzyką, a w niebo wzbijają się kolorowe girlandy, Ludwik zapomina o początkach podagry i słabnącym wzroku.

Król spogląda ku tarasom zaprojektowanym przez nieodżałowanego Le Nôtre. „Kiedy ja odejdę, Francja pozostanie” – ta kojąca myśl irytuje. Panorama Wersalu pokazuje, ile jest w stanie osiągnąć wola jednego człowieka.

Wola zaklęta w słabnące ciało.

Zbliżając się do pałacu, król zatrzymuje się przy kolejnych fontannach. Z klombów obsadzonych kunsztownie dobranymi kwiatami dolatuje feeria zapachów, mieszając się z pyłem wodnym. Przypomina najpiękniejsze chwile, kiedy Wersal dopiero powstawał, a Ludwik był jeszcze młody.

 

 

– Bierz się do roboty.

Głos pana de Hautefeuille obudził Pierre’a z rozmyślań nad perspektywami romansu z Jeanne Roques, pokojówką księżnej de Bouillon.

– Gdyby nie to, że jesteś najzręczniejszym z moich uczniów, dawno bym cię odesłał z powrotem do seminarium – gderał de Hautefeuille, ustawiając na stole blaszane walce i rury. Obok tego wszystkiego położył diagram ukazujący, jak należy połączyć i poskładać elementy, by osiągnąć zamierzony efekt.

– Co to takiego, mistrzu? – zapytał Pierre z zaciekawieniem. Maszyny pana de Hautefeuille stanowiły drugą po koniach miłość jego życia. Trzecią właśnie zostawała Jeanne.

– Pompa heska – mruknął de Hautefeuille. – Do nowego spektaklu, w którym Jego Królewska Mość zażyczył sobie na scenie fontanny. Z różaną wodą. Rozumiesz, Pierre? Teatr ma pachnieć, kiedy chór będzie śpiewał o kwiatach.

Młody Herbeil przyglądał się rysunkowi. Wbrew pozorom maszyna nie wyglądała na skomplikowaną, powinien się z tym uporać w kilka dni. System luster odbijających światło, który opracowali do Apollina i Muz, stanowił większe wyzwanie.

– Nie próbuj tego uruchamiać – ostrzegł de Hautefeuille – bo tylko tego mi brakuje, żebyś poparzył sobie ręce.

Pierre uśmiechnął się łobuzersko. Mistrz pogroził mu palcem.

 

 

Pompa heska kosztowała sporo wysiłku – i tu precyzja była kluczem do sukcesu. Kiedy którykolwiek z zaworów był niedokładnie dopasowany i dokręcony, gorąca para wydobywała się ze szczelin, a woda nie tryskała w powietrze tak, jak powinna. Problemy pojawiły się też, kiedy według pomniejszonego prototypu trzeba było zbudować dużą maszynę, umieścić ją pod sceną i zmusić do działania zgodnie z królewskim projektem. Pierre spędził dwa dni na upychaniu tłoków pakułami, żeby pasowały do cylindrów.

Dobrze, że chłopak jest bystry i pracowity, choć w gorącej wodzie kąpany – pomyślał de Hautefeuille.

Efekt okazał się znakomity. Wśród entuzjastycznych okrzyków dworzan po zakończeniu spektaklu słychać było pochwały dla projektanta machin scenicznych. Oczywiście natychmiast pojawił się niepokój, co tym razem wymyśli monarcha. Na dodatek do wszystkiego ten nieznośny Niderlandczyk, Huygens, co rusz przywłaszczał sobie pomysły de Hautefeuille’a. On zaś nie miał czasu procesować się z nim o to, że wcześniej dostawał od króla listy patentowe dla kolejnych wynalazków. Pozostawało mu wygłaszanie do Pierre’a wielogodzinnych tyrad o niewdzięcznej konkurencji.

Monsieur! – szept wyrwał wynalazcę z zadumy. – Jego Królewska Mość wzywa!

De Hautefeuille stłumił jęk. Dworzanin spoglądał ponaglająco.

Chwilę później obaj zgięli się w ukłonie przed monarchą, który wciąż miał na sobie kostium Adonisa, połyskujący kroplami krwi z rubinów. Ludwik stał obok fontanny, tryskającej różaną wodą i wydzielającej mdlący zapach.

– Doskonale, de Hautefeuille, doskonale – powiedział król, bawiąc się perłowym naszyjnikiem. – Moja droga Mancini nie na darmo tak pana chwaliła. Uratował pan życie Lully’emu, znakomicie.

De Hautefeuille po raz pierwszy w życiu miał okazję przyjrzeć się władcy Francji z bliska – dotychczas co najwyżej obserwował go zza kulis podczas przygotowywania baletów. Ludwik XIV nie był już młody, a warstwa białego pudru na twarzy, poprzecinana kanalikami potu, podkreślała dodatkowo ciemne ślady zmęczenia wokół oczu. Niemniej oglądany z kręgu dla publiczności, a nawet z tyłu sceny, sprawiał wciąż wrażenie tego subtelnego młodzieńca, który spoglądał na gości Wersalu z rozlicznych portretów.

– Bontemps przekaże wkrótce pierwsze zlecenia wielkiego projektu, monsieur – oznajmił tymczasem monarcha. – Największego w pańskiej karierze.

To rzekłszy, Jego Królewska Mość odwrócił się na pięcie i wszedł w tłum zachwyconych dworzan.

 

 

Sala lustrzana w pałacu wersalskim jest najpiękniejszym wnętrzem na świecie. Ludwik nie ma co do tego wątpliwości. I najwspanialszym. Ogromne lustra to widomy znak chwały Francji i jej króla.

 Zwierciadła i kryształowe żyrandole odbijają w nieskończoność odblaski świec, refleksy rzucane przez brylanty oraz srebrne hafty. To wszystko na tle głębokich kolorów sukien dam, skrzących się dodatkowo niezliczonymi rubinami, szmaragdami i szafirami biżuterii. Oczy nie znają chwili wytchnienia, świat zwielokrotnia się co krok. Tańczący powtarzają kroki w nieskończoność, a złote figury podtrzymujące kandelabry zdają się poruszać w takt subtelnej muzyki.

Ludwik idzie przez Galerie des Glaces, skłaniając lekko głowę ku gnącym się w ukłonach dworzanom. Nie patrzy na nich ani na lustrzany świat. Wzrok wbił w posadzkę daleko przed sobą. Gładkie drewno nie odbija barwnych plafonów, ale król zna je na pamięć. Przedstawiają jego samego w glorii antycznych bóstw: zdobywającego miasta jak Mars, obdarzającego Francję dobrobytem niczym Merkury. Władca powstrzymuje westchnienie. Wielki Le Brun nie żyje od dziesięciu lat, a nikt tak jak on nie potrafił wyrazić monarszej chwały.

Wszyscy wielcy odchodzą, konstatuje król, tylko ja pozostaję.

Drobna nierówność posadzki sprawia, że omal nie potyka się, ale na szczęście zachowuje płynny krok, choć czekająca na końcu sali madame de Maintenon zauważyła. Wieczorem nie omieszka mu tego wypomnieć.

 

 

– Patrz. – Pierre uruchomił miniaturową pompę, która poruszyła kołem, ono zaś wprawiło w ruch ustawiony znacznie wyżej, na dodatkowej platformie wiatrak.

Jeanne patrzyła z otwartymi szeroko oczami.

– Jak to jest możliwe? Przecież tu nie ma wiatru.

Pierre zaśmiał się jak szalony.

– Cud, prawda? Tak by każdy powiedział i tak działa nasz teatr. Chcesz, zabiorę cię za kulisy…

– A kto mnie wpuści do pałacu, głuptasie?

Pierre zmarszczył brwi.

– Należysz do domu pani de Bouillon, załatwimy to.

– Zwariowałeś.

– Albo zatrudnię cię jako pomocnicę.

– Już widzę, jak twój mistrz się na to zgadza…

Ujął ją za dłoń, po czym obrócił dziewczynę wokół siebie, aż pisnęła.

– Masz takie drobne paluszki – powiedział. – Przekonam go, że do tych najmniejszych trybików nadasz się lepiej ode mnie.

– Księżna…

– Księżna jest protektorką de Hautefeuille’a. Coś wymyślimy. Na razie popatrz tutaj.

Poprowadził ją do wielkiego stołu, na którym eksperymentowali z nową maszyną. Pompa, która tak zachwyciła w balecie Adonis, że przez prawie rok publiczność żądała kolejnych pachnących przedstawień, stanowiła rozwinięcie starożytnych wynalazków. Pierre od miesiąca studiował poświęcone im dzieła, męcząc się z marną łaciną, którą wyniósł z dwóch lat spędzonych w seminarium na południu Francji. Na szczęście mistrz wybawił go od tamtejszej nudy i kościelnej kariery, przywiózł do Paryża i nauczył konstruować maszyny. Podczas jednej z wizyt u Marie-Anne Mancini, księżnej de Bouillon, gdzie pomagał w prezentacji wynalazków, poznał Jeanne.

Teraz zamierzał pokazać wybrance serca najnowszy projekt. Nie znał jego przeznaczenia; pan de Hautefeuille był w tym względzie bardzo tajemniczy. Pewnie szykował się spektakl, który miał przyćmić wszystko, co dotychczas pokazano w Wersalu. Nawet sztuczne ognie, które przygotowali na noworoczny wieczór, rozpoczynający kolejne wielkie stulecie.

Niestety, plany zniweczył odgłos kroków dochodzący z sieni warsztatu, zbudowanego w odległym zakątku ogrodów. Jeanne spojrzała na Pierre’a z przestrachem. Chłopak wskazał jej ruchem głowy wnękę z tyłu dużej sali, gdzie znajdowały się małe drzwiczki wychodzące do ogródka.

Chwilę później do pracowni wszedł de Hautefeuille z miną zwiastującą kłopoty.

– Co ty tu wyprawiasz? – burknął, widząc model pompy, wyrzucający wciąż w górę strumienie wody, i drugi, nad którym obracały się powoli skrzydła wiatraka. – Bawisz się, zamiast myśleć, jak ulepszyć to. – Wynalazca wskazał z niechęcią na wielki stół.

– Przeczytałem Pneumatica – odparł Pierre, nie przejmując się zanadto gniewnymi uwagami. Chwycił papier i pióro, umoczył je w kałamarzu i zaczął szkicować. – Wydaje mi się, że jeśli umieścimy nad paleniskiem kocioł, a nad nim drugi, mniejszy, łącząc je wąską rurką, a tu damy zawór, to efekt…

– Nie – odparł de Hautefeuille – to nie będzie działało. Daj mi ten rysunek. Czego tu brakuje? Czego zabrakło Heronowi?

Pierre przyglądał się schematowi, niepewny, co mistrz miał na myśli.

– Zobacz. – Wynalazca położył kartkę na stole, zrzucił płaszcz i zabrał się za rysowanie. – Gdyby tu dodać jeszcze jedno naczynie, z zimną wodą, a tu zawór… I tu też…

Chłopak klasnął w dłonie.

– Zimna woda zamieni parę z powrotem w wodę, która opadnie na dół… To genialne, mistrzu!

De Hautefeuille odłożył pióro.

– Zabieraj się do roboty. Jego Królewska Mość dał nam na ten projekt dużo czasu, ale nie całą wieczność. A to dopiero początek.

Pierre spojrzał na wynalazcę z niepokojem. Od kiedy zaczęły pojawiać się plany i listy przynoszone osobiście przez zaufanego pokojowca króla, Jean de Hautefeuille stał się drażliwy i niespokojny. Pierre nie potrafił nic na to poradzić i to go martwiło, przywykł bowiem widzieć w opiekunie nie tylko mistrza, ale i ojca.

Zerknął na stół z nowym projektem.

Coraz mniejsze maszyny – pomyślał. – Dlaczego?

 

 

Wszyscy zasiadają już za stołem. Za chwilę mistrz ceremonii oznajmi rozpoczęcie grand couvert i dworzanie wleją się do komnaty wielką rzeką w oczekiwaniu na to, że podczas publicznego posiłku zauważy ich ktoś z królewskiej rodziny. Ludwik czuje znużenie. Za chwilę, jak zawsze, stanie przed nim srebrny półmisek z najznakomitszymi mięsami, przyrządzonymi wedle wymyślanych wciąż nowych przepisów, żeby królewskie podniebienie nie zaznało nudy.

W oddali rozlega się dźwięk myśliwskiej trąbki. Mistrz ceremonii unosi rękę i wypowiada magiczne słowa „Messieurs, la viande du roi!” Drzwi otwierają się, kolorowy tłum wypełnia salę, wiekowe damy, same księżne, zasiadają na taborecikach, wszyscy pozostali tłoczą się za nimi.

Ludwik wodzi oczami po wielobarwnych strojach, wymyślnych perukach, klejnotach zdobiących dłonie mężczyzn i kobiece dekolty.

Spogląda na plafon, gdzie wśród scen myśliwskich widnieje jego portret jako pięknego, młodego i silnego Meleagra. Spogląda na swoje dłonie, które zaczynają pokrywać starcze plamy. Patrzy na syna: monseigneur jest jeszcze młody, ale nie wygląda zdrowo. Dalej ledwie dorosły królewski wnuk, Ludwik, jak kolejni przodkowie. Młody i silny jak Meleager na malowidle, które nagle zaczyna napawać króla odrazą. „Dlaczego pozwoliłem oddalić markizę de Montespan?” – ta myśl ostatnio powraca wręcz obsesyjnie.

Na szczęście dźwięk trąbki, tym razem znacznie bliżej, ogłasza pojawienie się na stole dziczyzny, przyprawionej, jak szepcze do ucha lokaj, wedle przepisu la Varenne’a, z dodatkiem miejscowych ziół. Ludwik konstatuje, że lubi modną ostatnio prostotę dań, smakujących tym, czym są, przyprawionych zapachami łąk i pól Francji.

Prostota pośród przepychu – doskonałe połączenie, myśli król, kiedy staje przed nim pachnąca szałwią i tymiankiem pieczeń, ułożona na bogato zdobionym srebrnym talerzu.

 

 

Polecenia dotyczące nowych machin, które przekazywał de Hautefeuille’owi Alexandre de Bontemps, były enigmatyczne. Zazwyczaj pojawiały się w nich wyłącznie informacje, jak dana konstrukcja ma działać. Wynalazca nie był pewny ich ostatecznego przeznaczenia, co utrudniało prace. Na dodatek uwagi coraz częściej ograniczały się do polecenia: „jeszcze mniejsze”.

De Hautefeuille ucieszył się więc na widok zamówienia, brzmiącego „do Narcyza i Echo maszyna wzmacniająca i zwielokrotniająca dźwięk”. Oto okazja, żeby wypróbować ukochany projekt, nazwany megaphonos, którego działania był pewny. Ale jak osiągnąć efekt echa? Jak sprawić, by dźwięk odbijał się w sali zgodnie z zaleceniami kompozytora?

Zdarzały się chwile, kiedy de Hautefeuille przeklinał mechaniczną nogę pana Lully’ego i jego zdwojony zapał do pisania coraz bardziej wyszukanej muzyki.

 

 

Najnowsze zadanie pozwoliło młodemu Herbeilowi przyprowadzić do teatru Jeanne. Mistrz oczywiście kręcił nosem i dopytywał, czy nie łatwiej byłoby wykorzystać któregoś z chłopaków pomagających w pracowni.

– Oni nie mają czasu – oznajmił Pierre – biegają przecież wciąż to do kowala, to do rusznikarza, zamawiając części maszyn. A poza tym nimfa Echo będzie śpiewała kobiecym głosem.

Ostatni argument okazał się przekonujący i oto panna Roques, którą księżna zwolniła z codziennych obowiązków ze względu na dobro królewskich zamówień, stała na środku pałacowej sceny, rozglądając się z zachwytem.

– Zaczekaj, aż pokażę ci maszynerię – szepnął Pierre z dumą.

Stojący pod przeciwległą ścianą de Hautefeuille zaklaskał w dłonie.

– Niech panna śpiewa albo choćby krzyczy! – zawołał.

Jeanne miała przyjemny głos i wkrótce salę teatralną wypełniły dźwięki wesołej gaskońskiej piosenki. Pierre miał ochotę chwycić dziewczynę w pół i zatańczyć, ale musiał zająć się ustawianiem zaprojektowanych przez mistrza ekranów tak, by głos odbijał się i wracał, krążąc po sali.

Potem przyszła pora na próbę megaphonosa. Kiedy de Hautefeuille stanął za wielką tubą i ryknął, naśladując głos szarżującego niedźwiedzia, Pierre z trudem powstrzymał Jeanne od ucieczki.

Dwa tygodnie później obserwował ją, jak stała w kulisach, chłonąc wzrokiem wspaniałe kostiumy i płynne ruchy tancerzy. Tak się zapatrzył, że omal nie zapomniał o odpowiednim ustawieniu ekranów. W następnej scenie lament nieszczęsnej nimfy miał się ponieść po sali, odzywając się z niespodziewanych miejsc i przemykając między publicznością.

– Czy to król? – zapytała Jeanne, kiedy spod plafonu przedstawiającego złote słońce na tle błękitnych chmur spłynął wielki obłok, na którym zasiadał w majestacie Jowisz.

Pierre potaknął.

– Nie sądziłam, że go zobaczę z tak bliska – szepnęła Jeanne. – Wygląda jak prawdziwy bóg.

 

 

Ludwik od jakiegoś czasu nie lubi zegarów. Ruch wahadła i monotonny odgłos przesuwających się kółek mechanizmu przypomina o mijającym czasie. I wielkim projekcie theatrum funebre – ostatniego aktu panowania. Akt ten na zawsze zapisze Ludwika Burbona, czternastego króla Francji tego imienia, w pamięci poddanych, przyćmi wszystkie opery i balety.

Tylko że będzie to teatr, w którym król już nie zatańczy.

Ta myśl spędza władcy sen z powiek.

Podobnie jak wspomnienie mechanicznej nogi kompozytora, coraz lepiej radzącego sobie z chodzeniem. Lully na niedawnym balu dworskim nawet zatańczył sarabandę.

 

 

Pierre patrzył, jak Jeanne drżącymi palcami bierze do ręki maleńkie cylindry i trybiki.

– Dasz radę – szepnął jej do ucha, z zadowoleniem obserwując, że dziewczyna rumieni się od tej bliskości.

Potem podniósł wzrok na mistrza. Jean de Hautefeuille przyglądał się dwójce młodych z posępną miną.

– Mam nadzieję, że masz rację i ona sobie z tym poradzi. Dalibóg! – Wynalazca uderzył pięścią w ścianę. – Nie mam pojęcia, czego oni od nas tym razem chcą!

Na stole przed Jeanne leżał schemat czegoś, co Pierre nazwałby miniaturową pompą heską, ale układ tłoków, pojemników i rurek był bardziej złożony niż w maszynie, która rozpylała w teatrze perfumowaną wodę.

– A ty wracaj do swojej roboty! – burknął tymczasem de Hautefeuille.

Pierre posłusznie przeszedł w drugi kąt warsztatu, gdzie na stole leżały części mechanicznej nogi – takiej, jaką kilka lat temu otrzymał pan Lully. Chłopak poskładał elementy wedle nowego pomysłu mistrza, przymocował stopę do skórzanego rękawa, wsadził do niego rękę i spróbował „przejść się” po blacie. Z zachwytem patrzył, jak sprężyna rozwija się z każdym krokiem, po czym zaciska z powrotem pod naciskiem pięty. Oznaczało to, że de Hautefeuille miał rację: da się skonstruować kończynę, która nie będzie wymagała nakręcania co tyle kroków czy ruchów, na ile pozwala długość sprężyny.

Wynalazca przyjrzał się dziełu Pierre’a, dokręcił kilka kółek i trybów.

– Zapakuj to. Jedziemy do Hôtel des Invalides.

 

 

Zdumiony żołnierz przechadzał się po dziedzińcu. Jego krok był chwiejny, ale stabilny. Ktoś trącił ramię de Hautefeuille’a. Wynalazca odwrócił się i stanął oko w oko ze wspartym na kulach mężczyzną. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że brakowało mu obu stóp.

– Ej, powiedzcie, panie… – W głosie weterana słychać było niepokój. – Nie będą nam takich przyprawiać, coby nas z powrotem na wojnę posłać?

De Hautefeuille potrzebował chwili, by zrozumieć, co żołnierz miał na myśli.

– Nie, dobry człowieku – odparł – wątpię, żeby taki był zamiar Jego Królewskiej Mości.

Skarcił spojrzeniem Pierre’a, na którego twarzy błąkał się uśmieszek znamionujący podejrzenie, że tak szalony pomysł mógł jednak narodzić się w monarszej głowie. De Hautefeuille westchnął; sam nie miał pojęcia, jaki cel mają kolejne eksperymenty z mechanicznymi kończynami. Podejrzewał, że do któregoś ze spektakli będzie potrzebny mechaniczny człowiek – automaton, jak nazywali takie twory starożytni – zaczął więc projektować całe ciało poruszane zegarowymi mechanizmami. Pan de Bontemps przyjrzał się nawet szkicom, ale jedynie pokiwał głową. Niemniej kazał je skopiować i wysłać do siebie.

Mam nadzieję, że tą nadgorliwością nie podpowiedziałem czegoś Jego Królewskiej Mości – pomyślał ponuro. Nieznośny Niderlandczyk zdążył już dawno opublikować dzieło o wahadle, a de Hautefeuille nie miał czasu, żeby zaprotestować. Jasne, ten Huygens nie jest głupi, ulepszył mechanizm, ale żeby tak od razu rościć sobie prawo do pierwszeństwa?

– Mistrzu? – Głos Pierre’a wyrwał go z zamyślenia. Chłopak wzrokiem wskazywał na żołnierza z mechaniczną stopą, który stał przed nimi, rozglądając się niepewnie.

De Hautefeuille uświadomił sobie, że ten człowiek coś do niego mówił.

– Możecie powtórzyć? – zapytał, starając się, żeby głos nie zabrzmiał zbyt obcesowo.

– Pytałem, wielmożny panie, czy mogę już zdjąć tę zabawkę?

– Zdjąć…

– Za przeproszeniem pańskim, o kuli chodzę dobrze, dzieciaki w świat poszły, to co ja się będę stąd wynosił? A to – wskazał ręką na mechanizm – może i dobrze się rusza, ale niewygodne…

Wynalazca patrzył ze zdumieniem na otaczających go weteranów. Żaden z wojaków nie sprawiał wrażenia, jakby chciał otrzymać w podarunku mechaniczną nogę czy rękę.

Ręce – przypomniał sobie ze złością de Hautefeuille. Na stole w warsztacie leżały niewykończone projekty. Nic nie mogło się równać skomplikowaniem z nadgarstkiem, więc kolejne modele lądowały na złomowisku.

Skinął na Pierre’a, który pochylił się i ostrożnymi ruchami odpiął mechanizm od kikuta.

– Gdybyście zmienili zdanie – mruknął de Hautefeuille – to kilka pierwszych egzemplarzy możemy wykonać za darmo.

Weteran wziął od Pierre’a kulę i żwawym krokiem odkuśtykał w stronę jednego ze skrzydeł szpitala. Żołnierz bez obu stóp sprawnie nabijał fajkę, przyglądając się wynalazcy i jego pomocnikowi obojętnym wzrokiem.

– Pan nie rozumie, prawda? – powiedział w końcu. – Tu czujemy się bezpiecznie, nikt nas już do bitwy nie pośle, jest co jeść, jest pieniądz, który można posłać do domu.

 

 

Nad Grand Canal wystrzela pióropusz białych gwiazd, oświetlając niezwykłą, wzorowaną na chińskich pawilonach strukturę wznoszącą się nad wodą. Chwilę później noc zamienia się w dzień wśród kolejnych rozbłysków sztucznych ogni.

Część dam mdleje od huku, kawalerowie biją brawo, wiwatują na cześć władcy. Ludwik nie zwraca na nich uwagi, pochlebstwa są nudne. „Klaskaliby, gdybym się przewrócił na scenie, gdybym im kazał jeść zgniłe mięso, gdybym zamiast bawić ich barwnymi wzorami na niebie zaczął strzelać do nich z armat. Nawet by nie zauważyli, że giną”. Przez chwilę Ludwik myśli o wojnie, którą właśnie toczą jego żołnierze, o perspektywie pokoju…

Nagle coś przykuwa oko monarchy. Światło rzucone przez szybującego w niebo chińskiego smoka wydobywa kształt, który Ludwik doskonale zna. Oto konie Heliosa wynurzają się z wody wielkiego stawu, unoszone w górę przez ogień. „Tak” – myśli władca – „to jest doskonały temat na kolejne widowisko. Triumf Słońca”. Chce się zaśmiać, ale z gardła wydobywa się charkot. Markiza de Maintenon pochyla się ku niemu i delikatnie gładzi pomarszczoną dłoń.

Ludwik odsuwa się od niej. Nie chce litości. Chce sekretów, które zabrali do grobu Fouquet prawie trzydzieści lat temu, a pani de Montespan tak niedawno… Gdyby wiedział to, co oni, może zdołałby doprowadzić ich dzieła do spełnienia. Pozostaje mu jeszcze jeden człowiek, ale i on milczy jak zaklęty. A król ma coraz mniej czasu.

 

 

Królewski medyk, Fagon, trzymał w ręce niedużą pompę, będącą znacznie udoskonalonym modelem heskiej. Pierre nie przyznawał się do tego, ale tym razem niezupełnie rozumiał, jak ma działać złożony system tłoków, rurek i przegród.

– Czy pan, do diabła, wie, czemu to wszystko ma służyć? – zapytał de Hautefeuille, który od przybycia lekarza chodził nerwowo po warsztacie.

Pierre pochylił się nad stołem, udając, że bardzo pilnie poprawia rysunek. Kątem oka zerknął na Jeanne, jak gdyby nigdy nic skręcającą maleńkie kółka według wyjątkowo skomplikowanego schematu ustawionego przed nią na stojaku. Ten model nadgarstka wedle wszelkiego prawdopodobieństwa miał wreszcie szanse działać prawie jak prawdziwy.

Fagon wydał z siebie dziwaczne prychnięcie. Pierre podniósł wzrok.

– Nie wiem – odpowiedział lekarz. – Poza tym, że to – wskazał na pompę – musi być jeszcze o połowę mniejsze.

De Hautefeuille wyglądał, jakby lada moment miał eksplodować. Przez chwilę stał bez słowa, wymachując jedynie rękami, ale w końcu nie wytrzymał.

– Czy ktoś zwariował? – zapytał. – Przecież już teraz ta dziewczyna ledwie daje radę poskładać elementy tak, żeby wszystko idealnie pasowało, a złotnik powiedział, że mniejsze kółka nie będą…

Lekarz pociągnął wynalazcę do sieni, skąd uszu Pierre’a dobiegały jedynie pojedyncze słowa. Chłopak podszedł na palcach ku drzwiom i stanął przy dużej komodzie, udając, że szuka narzędzi.

– …działa jak serce. – Doktor najwyraźniej zakończył wypowiedź, a po jego słowach przez chwilę panowało milczenie.

De Hautefeuille odezwał się dopiero po chwili.

– Mechaniczny homunculus? – szepnął z niedowierzaniem. – Marzenie alchemików spełnione przez technikę?

– Nie wiem – odparł Fagon. – Wymiary, które mi podano, są mniejsze od ludzkich, ale niewiele. Może to jednak jakaś machina teatralna. Niech pan nie desperuje, de Hautefeuille.

Mistrz wymruczał w odpowiedzi coś niezrozumiałego.

Pierre szybko cofnął się i zaczął bardzo pilnie pogrubiać głównie linie na rysunku. Przed oczami miał jednak wyobrażenie mechanicznego człowieka i bezwiednie zaczął go szkicować. Nachylił się do Jeanne.

– Jak myślisz, czy mechaniczny człowiek mógłby śpiewać?

Dziewczyna spojrzała na niego nierozumiejąco.

Zanim drzwi ponownie się otwarły i de Hautefeuille wmaszerował do warsztatu, zdążył jej szeptem przekazać, co usłyszał.

Jeanne wpatrywała się w zmontowaną właśnie pompę. Pogładziła wychodzące z głównego zbiornika rurki.

Pierre uświadomił sobie, że ich układ istotnie przypomina to, co widział na anatomicznym szkicu przedstawiającym serce.

 

 

De Hautefeuille czuł niepokój, wracając ze spotkania z panem de Bontemps. Królewski zausznik długo przyglądał się przyniesionym mu urządzeniom, wyrażając powściągliwie zadowolenie. Pompy nie udało się zmniejszyć do wymaganych rozmiarów, ale Pierre z Jeanne dokonali cudu i mechanizm mieścił się teraz w dłoniach wynalazcy. Nadgarstek nie był może w stanie odtworzyć wszystkich ruchów ludzkiej dłoni, ale dzięki sprytnemu systemowi przekładni udało się uzyskać zadowalające przybliżenie.

De Hautefeuille nie miał się czym niepokoić. W torbie pobrzękiwały złote monety, którymi został sowicie wynagrodzony. Pierre, kiedy dostanie swoją część wypłaty, oświadczy się zapewne tej małej, wszyscy powinni być szczęśliwi.

A jednak wynalazca nie potrafił odegnać od siebie natrętnych myśli, które towarzyszyły mu, od kiedy doktor Fagon porównał pompę do serca. Że też jemu samemu nie przyszło to do głowy, wyrzucał sobie. Mechaniczne kończyny miały być przecież jak najbardziej podobne do prawdziwych; mistrz wraz z pomocnikiem prześlęczeli w tym celu długie godziny nad rysunkami anatomicznymi.

 

 

Król Ludwik wpatruje się w stojącego przed nim człowieka. Ostatniego, który zna tajemnicę. Człowieka pozbawionego twarzy. Czuje świdrujący wzrok ukrytych pod maską oczu. Słyszy oddech wydobywający się przez szczeliny w metalu. Tylko monarcha wie, czyje oblicze skrywa ta maska.

Niebezpieczny Dauger. Ludwik wspomina wieczór w Vaux le Vicomte, kiedy superindentent pysznił się najwspanialszym pałacem we Francji. Ognie sztuczne przyćmiły wszystkie dotychczasowe królewskie fêtes, po kątach szeptano, że oto minister jest prawdziwym królem Francji… Jeden ze szpiegów wskazał mu człowieka stojącego ponoć za oszałamiającymi sukcesami Fouqueta. Tajnego posłańca, który do Anglii i Niderlandów jeździł bynajmniej nie po to, by spiskować przeciwko władcy.

Pogłoski okazały się bardzo przydatne, pomogły zwrócić uwagę na intrygi ministra, pozwoliły ukryć prawdziwego więźnia.

Który stoi teraz przez Ludwikiem w niedbałej pozie, w eleganckim, wyszywanym srebrną nicią fraku i w gładko wypolerowanej masce na twarzy. „Tyle lat” – myśli król – „tyle lat i ani słowa”. Fouquet zmarł lata temu, więc stare lojalności nie mają znaczenia. Od niedawna nie żyją też królewski syn i wnuk, a prawnuk jest małym dzieckiem.

„Zostaliśmy tylko my dwaj” – konstatuje władca.

Ze szczeliny, za którą kryją się usta, dobywa się cichy szept. Król chłonie słowa, po czym kiwa głową.

– Zgoda – mówi – niech tak będzie.

Człowiek w żelaznej masce stworzy teatrum, które przyćmi wszystkie dotychczasowe dokonania.

 

 

Jeanne spoglądała na leżący przed nią schemat oraz dziesiątki drobnych części. Człowiek, który to wszystko przyniósł, krył twarz pod kapturem, a jego głos brzmiał metalicznie i zdawał się dobiegać zza niewidocznej przeszkody. Nie budził lęku, ale dziewczyna nie potrafiła pozbyć się niepokoju. Ten człowiek przywodził na myśl pogłoski krążące zarówno wśród dworzan, jaki pałacowej służby. Pogłoski o tajemniczym więźniu stanu.

– Pierre? – zawołała cicho.

Podszedł do niej, trzymając w ręce plik kart ze szkicami. Objął ją wolnym ramieniem. Przypomniała jej się ta chwila, kiedy w ogrodzie, przy wielkim jeziorze ze słoneczną kwadrygą wynurzającą się z wody, poprosił ją o rękę.

– Proszę – powiedziała. – Gdy to się skończy, wyjedziemy, dobrze?

Spojrzał na nią ze zdumieniem.

– Jeanne, tu przed nami otwiera się wielka kariera…

– Proszę.

Nie potrafiła mu wyjaśnić swoich przeczuć. Ale miała wrażenie, że to, co wychodzi spod ich rąk, jest dziwne, nienaturalne. Rurki podłączone do maleńkich trybów i kółek śniły jej się po nocach. Budziły widmowym klekotaniem.

– Skoro nalegasz – odparł z lekkim zniecierpliwieniem.

– Mamy dużo pieniędzy – powiedziała. – Otworzymy oberżę…

Roześmiał się.

– Albo zakład złotniczy – dodała pojednawczo.

Pocałował ją w czoło.

– Zabierz się do roboty. To musi być gotowe za dwa dni.

 

 

Jean de Hautefeuille patrzył na elementy maszynerii leżące na kilku stołach. Młodzi spisali się znakomicie, to nie ulegało wątpliwości. Wynalazca był też pewny, że ma przed sobą części mechanicznego człowieka, przewyższającego znacznie wszystko, co dotychczas stworzył dla teatru. A dokładniej dwóch sztucznych ludzi.

Zastanawiało go jedno: z pałacu dochodziły pogłoski, że król jest coraz słabszy, opuścił niedawną premierę. W dodatku po niedawnej śmierci delfina pozostał już tylko paruletni prawnuk… Kto zatem stał za tymi zamówieniami?

Wzruszył ramionami. Bontemps płacił hojnie, a tajemniczy pomocnik w ostatnich miesiącach podpowiedział kilka rozwiązań godnych co najmniej przeklętego Niderlandczyka, dzięki czemu udało się w końcu zrealizować zamówienie. Dobry nastrój psuła nieco świadomość, że Huygens zdążył zejść z tego świata, zanim zapracowany de Hautefeuille upomniał się o swoje prawa do kilku wynalazków.

Co tam – pomyślał. – Nawet jeśli Jego Królewska Mość umrze, zanim to cudo zadebiutuje na scenie, ja jestem zabezpieczony na resztę życia, podobnie jak ta dwójka dzieciaków.

Skąd więc niepokój?

 

 

Pomarszczona dłoń dotyka ostrożnie chłodnego marmuru. Dawno temu, prawie w innym życiu, Ludwik wezwał do Wersalu wielkiego Berniniego… Jego dzieła nigdy nie pokazał światu, ale teraz nadszedł dzień, kiedy doskonale się nada. Jedwabista gładkość kamienia przypomina młode lata.

– Ze złota? – upewnia się Bontemps.

Król kiwa głową. Oczywiście, że ze złota.

 

 

Zbierający się wokół wersalskich ogrodów ludzie oczekiwali ceremonialnych słów: „Le Roi est mort, vive le Roi!” Było oczywiste, że to kwestia dni, jeśli nie godzin.

Pierre Herbeil siedział na obramowaniu fontanny, spoglądając ku złotej kwadrydze Heliosa, gdzie budowniczowie skończyli właśnie wznosić ogromny pawilon, czy raczej katafalk.

Kilka tygodni temu człowiek w płaszczu z kapturem zabrał wszystkie elementy automatonów, które Pierre i Jeanne pracowicie składali przez wiele dni i nocy. A teraz przedstawienie nigdy się nie odbędzie. Cała praca pójdzie na marne.

– Światło wciąż się pali – szepnęła Jeanne, wskazując na okna pałacu.

Pierre wzruszył ramionami. Wiedział, że teraz z pewnością nie przekona narzeczonej do pozostania w Paryżu. Pięcioletni następca tronu nie będzie zamawiał maszyn teatralnych.

– Po pogrzebie pojedziemy do Quercy – odpowiedział. – Tak jak chciałaś.

 

 

Jean de Hautefeuille przepychał się przez gęstniejący tłum. Nie rozumiał, dlaczego otworzono bramy ogrodów i wpuszczono do środka tłumy oczekujące śmierci króla. Może Ludwik w ostatnim geście ekstrawagancji postanowił zrobić z pogrzebu wielki spektakl?

Noc była niezwykle jasna – ledwie księżyc zaszedł za drzewami, na wschodzie pojawiła się pierwsza zapowiedź świtu. De Hautefeuille uświadomił sobie, że jest to najkrótsza noc roku.

Nie zdążył nad tym pomyśleć, kiedy ogłuszył go grzmot. Potrzebował chwili, by rozpoznać w nim wystrzał armatni. I kolejnej, by się zdziwić – tak witano przecież narodziny następcy tronu, a nie odejście monarchy…

Te wszystkie myśli przemknęły mu jedynie przez głowę, ponieważ chwilę później zmysły zaatakowały kolejne wybuchy i feeria barw.

Nad fontanną Heliosa i zbudowanym tam pawilonem, który zrzucił właśnie czarny kir, ukazując oślepiającą złotem, srebrem i szlachetnymi kamieniami budowlę, unosiły się pióropusze sztucznych ogni, zamieniając się w rumaki, będące kopiami tych, które wyskakiwały z wody.

Na ich tle ukazała się wznoszona siłą ulepszonej heskiej pompy platforma – ta sama, którą de Hautefeuille wykonał do jednego z ostatnich baletów. A z otaczających jezioro zagajników popłynęły dźwięki muzyki, wzmacniane megafonami. Fontanna wystrzeliła w górę pióropuszem wody, w powietrzu uniósł się zapach róż i jaśminu.

Wynalazca miał wrażenie, że śni – oto wszystkie jego projekty spotkały się w tym miejscu, które miało być teatrum żałoby, jakby chciały dać odpór śmierci. Przeczuwał już, co zobaczy za chwilę.

 

 

– Patrz! – Jeanne chwyciła Pierre’a za rękę.

Jakby mało było niespodziewanych sztucznych ogni i muzyki, nielicujących z powagą chwili, ponad błyszczącą platformę zaczęła wznosić się postać. Miała na sobie mieniący się złotem i diamentami płaszcz, a zamiast twarzy lśniącą maskę, ale Jeanne wiedziała, co kryje się pod tym przebraniem.

– Poznajesz? Nasze dzieło – szepnęła. – Tylko gdzie jest drugi?

Nie doczekała się odpowiedzi. Muzyka umilkła równie nagle jak się rozpoczęła. Na wschodnim niebie pojawiły się pierwsze promienie słońca, odbijając się od ustawionych między drzewami luster i skupiając na złotej postaci, która uniosła w górę ręce. Z megafonów popłynął głos.

 

 

Ból powoli ustępuje. Ciało wkrótce będzie niepotrzebne, jego funkcje przejmą mechanizmy. Ludwik rozkoszuje się swobodą ruchów, choć nie przywykł jeszcze do szumu kółek i trybów. Maleńka pompa, w której żyje prawdziwe serce, tłoczy w sztuczne żyły życiodajne płyny. W zamierające członki wrasta sieć rurek połączonych z nowymi kończynami.

Oczy ukryte za młodą twarzą złotej maski kierują się na wschód i widzą skraj słonecznej tarczy. Muzyka cichnie, słychać jedynie ostatnie wybuchy ogni daleko nad Grand Canal i szum wody.

Monarcha rozpościera ramiona, w których trzyma królewskie insygnia, odrzuca złoty kaptur, ukazując swe nowe słoneczne oblicze.

Tłum zgromadzony w ogrodach wybucha gromkim „Vive le Roi!” Nikt już nie pamięta, że król miał umrzeć.

– Nie jestem już królem! – woła Ludwik. – Jestem żywym Słońcem, jestem bogiem! Jestem Francją!

Echo powtarza te słowa po całym parku.

Ludzie na chwilę cichną, aby następnie wybuchnąć jeszcze głośniejszymi wiwatami.

„Francja wkracza w nową erę” – myśli król.

Trzeba będzie tylko posłać szpiegów za Daugerem. Człowiek, który zna sekret boskości króla, który ją z nim dzieli – bo tego zażądał w zamian za tajemnicę wykradzioną dawno temu z niderlandzkiego warsztatu – nie może pozostawać na wolności. Żelazna maska wróci na swoje miejsce, na zawsze pozostanie cieniem złotej. Nie można go zabić, bo tylko on będzie w stanie naprawić mechanizm. Zamknie się go w kolejnej złotej klatce, najlepiej na jakiejś małej wyspie.

Ale o tym wszystkim Król-Słońce pomyśli jutro. Ten dzień należy wyłącznie do jego boskiej chwały.

 

 

Jean de Hautefeuille siedział na kamiennej ławce przed opactwem Saint-Germain des Près. Wpatrywał się w kartkę, którą zastał w warsztacie, kiedy pobiegł tam zaraz po objawieniu się nieśmiertelnego króla w ciele automatona. Pierre i Jeanne zmierzali w rodzinne strony. Tak będzie dla nich lepiej – ludzie znający zbyt wiele tajemnic rzadko są bezpieczni.

Autora listu poznał natychmiast, kiedy tylko ten człowiek się pojawił się. Charakterystycznego, lekko chwiejnego kroku mechanicznych nóg nie dało się z niczym pomylić.

Twarz pod kapturem była równie nieruchoma jak wcześniej, ale teraz wypolerowany metal miał ludzkie rysy, podobnie jak złota maska króla.

– Przemyślał pan moją propozycję?

De Hautefeuille skinął głową.

– Przyjmuje ją pan?

– Nie.

Maska nie była w stanie unieść brwi, ale wynalazca był pewny, że taka była reakcja jego rozmówcy. Wzruszył ramionami.

– Jestem twórcą machin teatralnych, nie demiurgiem.

– Stworzył pan boga.

– To pan go stworzył.

– Jedynie go ulepszyłem. Ale to tylko początek mojego dzieła. Nie myśli pan chyba, że zamierzam na zawsze pozostać więźniem tego. – Wskazał na martwy metal zastępujący mu twarz. – Król może nie umarł, ale Eustache Dauger owszem.

De Hautefeuille spojrzał na niego pytająco.

– Ludwik naśle na mnie szpiegów. – Milczał przez chwilę. – Nie zabójców, bo jestem mu potrzebny. Ale ja nie będę jego sługą, nie wrócę do wykładanego perskimi kobiercami lochu.

Skierował twarz ku de Hauteville’owi.

– Naprawdę nie chce pan poznać innych sekretów Huygensa? – zapytał.

Wynalazca poczuł dreszcz.

– Nie musi się pan decydować natychmiast.

De Hautefeuille usiłował powstrzymać drżenie rąk. Był pewny, że oczy za stalową maską to widzą.

– Jak mam pana szukać? – wyszeptał wbrew sobie.

Mógłby przysiąc, że na metalowych ustach zadrgał uśmieszek. Jego rozmówca spojrzał na sylwetkę kościoła.

– To równie dobre nazwisko jak każde inne – mruknął. – Jeśli pan zmieni zdanie, proszę pytać o hrabiego de Saint-Germain. Może być pan pewny, że wkrótce będzie o nim… o mnie głośno.

Skłonił się nieco sztywno i lekko chwiejnym, a zarazem pewnym siebie krokiem odszedł w cień drzew.

 

Koniec

Komentarze

Czytałem :)!

Świetne, klimatyczne, pomysłowe.

No co się będę rozpisywał – lubię czytać takie teksty i już :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Taka uwaga na szybko, jeszcze tu wrócę:

Jean-Baptiste Lully, wsparty na wysokiej batucie, kłaniał się dwo,

To tak oszczędzałaś na znakach? ;-p

Babska logika rządzi!

Dzięki, już poprawiam, na szczęście do limitu jest jeszcze kilka znaków ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fajne i dla mnie inne niż dotychczas przeczytane Twoje opowiadania, a że lubię Francję i żabojadów (żeby nie było to czasami mnie niepomiernie irytują) to poczwórnie.

Jest intryga, jest kryminał, powieść płaszcza i szpady, jest miłość. Uff, w takich dekoracjach.

Gratuluję wspomnień tak pięknie spisanych:D

 

Z drobiazgów:

znacznie wyżej, na dodatkowej platformie wiatrak

jeśli szukasz jeszcze znaków do usunięcia to „znacznie” – można

kolorowy tłum wypełnia salę, wiekowe damy, same księżne, zasiadają na taborecikach, wszyscy pozostali tłoczą się za nimi.

Ludwik wodzi oczami po kolorowych strojach

może – wielobarwny, pstrokaty…

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dzięki, mam jeszcze półtorej godziny na poprawki, więc poprawię :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“Barwnych” – ma mało znaków.

Babska logika rządzi!

Ale ja mam jeszcze całe sześć znaków do zużycia :P

Wprawdzie jak ostatnio zaglądałam, było ich piętnaście, a nic nie zmieniałam… Chyba zacznę screenshoty robić :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zajrzałam, przeczytałam.

Ale to jest dobre. Niby fabuła prosta, niby wiadomo od początku do czego to wszystko zmierza, ale napisane zostało tak dobrze, że mi to w ogóle nie przeszkadza. Świetnym rozwiązaniem było tu przedstawienie akcji z punktu widzenia konstruktora (chociaż trochę naciągane dla mnie było to, jak późno zauważył czym ma być jego dzieło). Same realia, jak zwykle, oddane bardzo dobrze. Podoba mi się też wątek asystenta i jego ukochanej – teoretycznie dużo nie wnoszą, bez nich sama historia pozostałaby w sumie niezmieniona, ale zgrabnie pasują i dodają opowiadaniu trochę bardziej ludzkiego wymiaru, w oderwaniu od tych boskich spraw. O świetnej końcówce opartej na połączeniu człowieka w żelaznej masce z hrabią de Saint-Germain nie muszę za dużo wspominać, bo sama musisz wiedzieć, jaki to dobry pomysł. Fantastycznie, że udało ci się skończyć na czas! 

Dziękuję, Arnubisie, aż się rumienię :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm, mnie nie uwiodło.

Nie mówię, tekst całkiem przyzwoity, ale jakiś taki… za spokojny. Za łatwo domyślić się, do czego to wszystko zmierza. Spodziewałam się po Tobie więcej.

Najbardziej mi się spodobało wplątanie w intrygę Saint-Germaina. To było zaskakujące i sprytne.

Plusik za Huygensa. Mam do niego sentyment, od kiedy pani od fizyki postanowiła napisać to trudne nazwisko na tablicy, a klasa za jej plecami dusiła się ze śmiechu. ;-)

Babska logika rządzi!

Za łatwo domyślić się, do czego to wszystko zmierza.

Tzn? Mówisz o sztucznym człowieku czy apoteozie króla? Bo tu nie chodzi po prostu o mechanizm…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, skoro pracują nad sztucznym sercem i wiadomo, kto je zamówił…

Nie interpretowałam tego jako apoteozy (bóg nie potrzebowałby takich protez), raczej jako cyborgizację lub przeniesienie jaźni do androida. Owszem, Ludwik mógł uważać się za boga (ale czy on był w pełni normalny według naszych definicji?), gawiedź również. Ale ja bym się do takiego nie modliła ani ofiar mu nie składała. No, przynajmniej nie z własnej woli.

Król nie umarł, ale czy żyje? ;-)

A kto naprawia tego drugiego w razie awarii?

Babska logika rządzi!

Z punktu widzenia świata przedstawionego to jest apoteoza ;) A co będzie dalej – mam już pomysł na kontynuację tego konkretnego alternatywnego świata….

 

A ten drugi ma inne plany – mechanizm jest stanem przejściowym (limit nie pozwolił rozwinąć wątku, ale on to sugeruje w ostatniej scenie). No i na coś potrzebuje głównego bohatera.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finklo, nie wiesz kto naprawia Boga Słońce w czasie awarii? xD

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

To wiem, nie wiem, kto naprawia naprawiacza. ;-)

Babska logika rządzi!

Ciąg dalszy nastąpi ;) Nie połączyłam Żelaznej Maski z St. Germainem po nic…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Co tu dużo mówić, Dra­ka­ino, opi­su­jąc zda­rze­nia dzie­ją­ce się wokół naj­ja­śniej­szej osoby Fran­cji, opo­wie­dzia­łaś hi­sto­rię na tyle ta­jem­ni­cza i zaj­mu­ją­cą, że lek­tu­ra oka­za­ła się praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią. Jak zwy­kle je­stem pełna po­dzi­wu dla Two­ich umie­jęt­no­ści two­rze­nia nie­po­wta­rzal­ne­go kli­ma­tu i prze­ka­zy­wa­nia kształ­cą­cych tre­ści. Opo­wia­da­nie po­wę­dro­wa­ło do Bi­blio­te­ki. ;)

 

Kom­po­zy­tor zgiął się w ukło­nie, nie­mal­że za­mia­ta­jąc pe­ru­ką o pod­ło­gę. –> …nie­mal­że za­mia­ta­jąc pe­ru­ką pod­ło­gę. Lub: …nie­mal­że za­wa­dza­jąc pe­ru­ką o pod­ło­gę.

Za­mia­ta się coś, nie o coś

 

małe drzwicz­ki wy­cho­dzą­ce do ogród­ka. Chwi­lę póź­niej do pra­cow­ni wszedł de Hau­te­feu­il­le… –> Nie brzmi to naj­le­piej.

Może w pierw­szym zda­niu: …małe drzwicz­ki pro­wa­dzą­ce do ogród­ka.

 

zrzu­cił płaszcz i za­brał się za ry­so­wa­nie. –> …zrzu­cił płaszcz i za­brał się do ry­so­wa­nia.

 

po czym za­ci­ska z po­wro­tem pod na­ci­skiem pięty. –> Nie brzmi to naj­le­piej.

Może: …po czym za­ci­ska z po­wro­tem pod na­po­rem pięty.

 

Jego krok był chwiej­ny, ale sta­bil­ny. –> Nie wy­da­je mi się, aby coś, mogło być jed­no­cze­śnie chwiej­nesta­bil­ne.

Może: Jego krok był ko­ły­szą­cy, ale sta­bil­ny.

 

więc ko­lej­ne mo­de­le lą­do­wa­ły na zło­mo­wi­sku. –> Czy zło­mo­wi­ska były znane w opi­sy­wa­nym cza­sie?

 

…uno­szo­ne w górę przez ogień. –> Masło ma­śla­ne. Czy coś może być uno­szo­ne w dół?

 

miał wresz­cie szan­se dzia­łać pra­wie jak praw­dzi­wy. –> Nie brzmi to naj­le­piej.

Może: …miał wresz­cie szan­se dzia­łać nie­mal jak praw­dzi­wy.

 

a po jego sło­wach przez chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie.

De Hau­te­feu­il­le ode­zwał się do­pie­ro po chwi­li. –> Po­wtó­rze­nie.

Może w pierw­szym zda­niu: …a po jego sło­wach przez mo­ment pa­no­wa­ło mil­cze­nie.

 

opu­ścił nie­daw­ną pre­mie­rę. W do­dat­ku po nie­daw­nej śmier­ci del­fi­na… –> Po­wtó­rze­nie.

Może: …opu­ścił ostat­nią pre­mie­rę. W do­dat­ku po nie­daw­nej śmier­ci del­fi­na

 

po­zo­stał już tylko pa­ru­let­ni pra­wnuk… –> Ra­czej: …po­zo­stał już tylko pa­ro­let­ni pra­wnuk

 

który zrzu­cił wła­śnie czar­ny kir… –> Masło ma­śla­ne. Kir jest czar­ny z de­fi­ni­cji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach, nagle przypomniałem sobie o jednej sprawie, o której zapomniałem wcześniej wspomnieć (to chyba znaczy, że opowiadanie siedzi mi w głowie po kilku dniach, to chyba dobrze :D). Serio kompozytor dał radę uderzyć się tak batutą w stopę, żeby trzeba było amputować mu nogę? Nie jest to trochę naciągane? Początkowo myślałem, że kompozytor jest po prostu jakimś zakonserwowanym zombie, ale dalej nic na to nie wskazywało :D 

Drakaina gdzieś pisała, że to tzw. “fakt autentyczny” ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Arnubisie, tak, to jest prawda. Lully zmarł w 1687, ponieważ uderzył się batutą w stopę, nie zgodził się na amputację i wywiązała się gangrena. Tylko że – to teoretycznie jest zasugerowane w tekście – to nie była taka batuta jak dziś (pomijając, że dziś część dyrygentów w ogóle jej nie używa, a niejaki Giergiew dyryguje wykałaczką), ale taka jak czasem jeszcze dziś się spotyka w orkiestrach wojskowych – wysoka i ciężka. Nie udało mi się znaleźć dobrego obrazka z taką z epoki, ale ta jest podobnych rozmiarów:

 

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No spodziewałem się po drakainie faktów autentycznych, ale wolałem się upewnić :D Kawał niezłej batuty. Dzięki za rozjaśnienie! :D 

Przeczytałam. Jak to u Ciebie, czytało się gładko, ale tym razem nie zostałam kupiona historią jako taką. Rozterki i plany Ludwika mnie zbytnio nie obeszły, podobnie jak praca wynalazcy i jego pomocników (chociaż pomocnicy sami w sobie są sympatyczni). Intrygi zahaczającej o Żelazną Maskę chyba nie pojęłam w pełni, podobnie jak paru innych rzeczy – np. sposobu, w jaki batutą można doprowadzić się do groźby amputacji nogi (i tak, widziałam obrazem – ale mam w głowie obraz batuty małej i zero wyobrażenia, że kiedyś mogła wyglądać inaczej, a z tekstu nijak to nie wynika), czy tego, jak niby przeniesiono świadomość króla do automatonu…

 

“…ta kojąca myśl irytuje.” – A cóż to za sprzeczność? Myśl mogła być albo irytująca, albo kojąca, nie te dwa odczucia na raz…

 

“Pierre spędził dwa dni na upychaniu tłoków pakułami, żeby pasowały do cylindrów.” – Ja mało techniczna jestem, ale wiem, jak wygląda tłok i przyznam, że nie rozumiem, jak pakuły mogą załatwić sprawę tak, by tłok w cylindrze chodził sprawnie ;O

 

“Dziewczyna spojrzała na niego nierozumiejąco.” – Okropne, okropne zdanie.

 

Końcówkę doczytywałam na telefonie, więc nawet jeśli coś mi wpadło w oko, to tego nie pamiętam (ale wątpię, bo technicznie raczej nie ma potrzeby się u Ciebie niczego czepiać ;)

 

Podsumowując – przeczytałam z pewnym zaciekawieniem, ale nie zostałam kupiona. Innymi słowy byłam ciekawa, do czego to wszystko zmierza, jednak rozwiązanie raczej nie spełniło moich oczekiwań. Co niewątpliwie wynika między innymi z mojej nieznajomości realiów/epoki – np. nie mam pojęcia, kim był hrabia Saint-Germain i nawet jak wrzuciłam go w google to sama rozumiesz, że ten brak znajomości wyraźnie wpłynął na to, że jego pojawienie się pod koniec mnie nie obeszło, nie zdziwiło itp. Także najwyraźniej nie jestem targetem. Z innej beczki nigdy nie wiesz, co czytelnik zna, a czego nie, więc zawsze trzeba liczyć się z tym, że ktoś nie będzie wiedział, o czym piszesz, i zakończy lekturę, tak jak ja, mniej lub nawet wcale nie usatysfakcjonowany, w przeciwieństwie do kogoś, kto nawiązania zrozumie. Takie niestety jest czasem ryzyko w przypadku tekstów bardziej hermetycznych.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

nie rozumiem, jak pakuły mogą załatwić sprawę tak, by tłok w cylindrze chodził sprawnie ;O

To wyczytałam w opisach tych wczesnych maszyn, że właśnie tak rozwiązywano problem dostosowania tłoku do cylindra…

 

Z batutą popełniłam błąd, że posłuchałam sugestii językowej, żeby zdanie – jako zdanie – było jaśniejsze. W oryginalnym tekście było to bardziej dokładnie opisane, ale niestety na razie nie wrócę do tego, dopiero po ogłoszeniu wyników ;)

 

A co do świadomości – może to też nie dla wszystkich jest jasne, ale tu nie ma przeszczepu. Jest coś w rodzaju egzoszkieletu plus układ wspomagający i ciało sobie powoli obumiera, a wszystkie funkcje życiowe odbywają się w tym sztucznym. A ponieważ zasada krążenia krwi jest już znana, to do mózgu dopływa. Wiem, lekko naciągane, ale to fantastyka ;) I tak jest mniej mumbo jumbo niż w wielu retrowizyjnych tekstach, które po prostu jawnie bazują na magii, nie nauce…

 

Dzięki za odwiedziny!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A widzisz, w ten sposób to z tą świadomością zostało rozwiązane… no to kupuję, ale jakoś nie ogarnęłam przy czytaniu ;( (no ale to w poczekalni w sytuacji nieco stresującej było, więc biję się w pierś, może nie skupiłam się należycie).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No dobra, to ja tego też nie ogarnąłem, myślałem że przenieśli tylko mózg, a resztę zastąpiły maszyny. 

Proszę, oto opis. Chciałam go rozbudować (także w ostatniej scenie o tym coś dodać), ale morderczy limit… Uznałam, że operacje, przenoszenie – to zbyt nowoczesne i zbyt ostentacyjne.

“Ból powoli ustępuje. Ciało wkrótce będzie niepotrzebne, jego funkcje przejmą mechanizmy. Ludwik rozkoszuje się swobodą ruchów, choć nie przywykł jeszcze do szumu kółek i trybów. Maleńka pompa, w której żyje prawdziwe serce, tłoczy w sztuczne żyły życiodajne płyny. W zamierające członki wrasta sieć rurek połączonych z nowymi kończynami.”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To wyczytałam w opisach tych wczesnych maszyn, że właśnie tak rozwiązywano problem dostosowania tłoku do cylindra…

Największą bolączką ówczesnych maszyn było to, że powstawały w prymitywnym procesie technologicznym. To, że nie były powtarzalne, było zmorą przy produkcji karabinów np.

A przy produkcji tłoków i cylindrów to niedopasowanie (dziś to się robi z dokładnością do setnych, tysięcznych części milimetra) powoduje nieszczelności pracującej maszyny i spadek wydajności oraz ogólną “niemoc”. Wobec czego uszczelniano pracujące części pakułami właśnie (do dziś uszczelnia się nimi np. zawory). Zapewne nasączano je jeszcze dodatkowo jakimś tłuszczem (może smalcem?).

Jaśniej z tymi pakułami?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziękuję za fachowe wyjaśnienie – znając problem od strony militarnej (lufa – pocisk), przeczuwałam coś podobnego :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja też dziękuję ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

To opowiadanie przyprawia o kompleksy, bo jeśli rzeczywiście było pisane niemal na ostatnią chwilę, to świadczy o bardzo wysokich umiejętnościach Autorki, niedostępnych zwykłym śmiertelnikom ;/

 

A tak na poważnie, to jak już Autorka doskonale wie, bardzo mi się podobało, mimo że wizja wiecznego życia niezbyt przeze mnie lubianego króla nie wzbudza mego zachwytu.

Również po pierwszym przeczytaniu miałem wątpliwości co do przeniesienia jaźni i nadal trochę mam, bo jednak żeby włożyć serce do pompy i wszczepić sztuczne żyły, trzeba było dokonać jakichś przeszczepów, a nie tylko “owinięcia”.

Dzięki, Światowiderze :) Cieszę się, że nawet w bardzo niesprzyjającej sytuacji życiowej, na ostatnią chwilę i z połową zebranego riserczu nieprzeczytaną jestem w stanie napisać coś satysfakcjonującego czytelniczo… To bardzo krzepiąca myśl.

 

A co do wszczepów – oczywiście, to fantastyka, ale ostatnie zdanie cytatu dwie moje wypowiedzi wyżej to wyjaśnia. Gdyby limit był trochę większy, pewnie bym się starała to jeszcze dopowiedzieć (a gdybym miała więcej czasu, to może bym też dokładniej to wymyśliła), ale zależało mi też na barokowym klimacie, więc jedno i drugie jest efektem kompromisu :/

 

wizja wiecznego życia niezbyt przeze mnie lubianego króla

Mam już wymyślony sequel, więc zobaczymy, jak to będzie… W końcu człowiek w żelaznej masce mu uciekł ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na początku zaznaczę, że mój komentarz może być nieco… specyficzny. :)

Za każdym razem, kiedy próbuję ocenić Twoje opowiadanie, przychodzi mi na myśl jedno i to samo określenie: dostojne. Zwykle przy naprawdę dobrze napisanych tekstach lubię zaznaczać, że płynąłem sobie przez dane opowiadanie. To jest takie fajne uczucie, kiedy autor zabiera czytelnika do danego świata, pozwalając mu nieco oderwać się od rzeczywistości. U Ciebie wygląda to nieco inaczej. Ten bardzo charakterystyczny klimat Twoich opowiadań sprawia, że towarzyszące im odczucia nazwałbym raczej formą niedzielnego spaceru (widzisz, pisałem, że będzie specyficznie:)). Nie ma wielkiego pośpiechu, wszystko rozwija się płynnie, acz dosyć spokojnie. Raczej trudno zgubić się w Twoim pomyśle lub zginąć w natłoku zdarzeń bądź informacji. I tak jak czasem brakuje mi do tego spaceru cierpliwości, tak nigdy nie mam ochoty z niego zrezygnować. Nawet będąc tu krótko, zdążyłem wyrobić sobie taką teorię, że poniżej pewnego poziomu to Ty raczej nie zejdziesz. Że mogę bez większych obaw podchodzić do Twoich tekstów, bo na pewno w połowie lektury nie najdzie mnie ochota, żeby rzucić je w diabły i poszukać czegoś innego. Jedno opowiadanie zainteresuje mnie bardziej, inne mniej, ale każde zdaje się gwarantować fajną historię napisaną na określonym poziomie. Nie napiszę za dużo o tym konkretnym opowiadaniu, bo też wiele więcej o przedpiśców nie wymyślę. Zaznaczę więc tylko, że czytało się (tradycyjnie) bardzo dobrze.

I na koniec uwaga, której nie mogę sobie tym razem odpuścić (chciałem to już pisać przy Twoim opowiadaniu na konkurs Beryla). Finkla stworzyła tu Dekalog Łowcy Komentarzy. Ty powinnaś pomyśleć o Dekalogu piszących na akord/ na ostatnią chwilę. :)

CM – bardzo dziękuję za opinię :) Jej specyfika jest w sumie miła memu sercu, aczkolwiek poczułam się właśnie wyzwana do napisania czegoś zdecydowanie dynamicznego. A ja lubię wyzwania, więc… No i oczywiście to bardzo zobowiązująca opinia, bo człowiek teraz będzie się bał zawieść oczekiwania ;)

 

A co do dekalogu – cóż, nie życzę nikomu, żeby powody były takie, jak w przypadku moich dwóch ostatnich opowiadań, a i niestety zapewne także tego na Geofantastykę, które na razie idzie jak po grudzie… Powiedzmy, że sprężanie się, żeby nie porzucić projektu miało swój wymiar terapeutyczny.

Ale może istotnie kiedyś pokuszę się o jakąś publicystykę dotyczącą pisania ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dałaś czadu. :D

Czytało się fantastycznie, pomysł przedni, podobnie wykonanie.

Trochę zbiła mnie z tropu gangrena po uderzeniu się batutą, ale przyjmuję do wiadomości twoje wyjaśnienia. A swoją drogą, skąd oni mieli siłę, żeby machać takim olbrzymem?

Wszczepy mi się bardzo podobały. Gdzieś czytałam, że lekarze Słoneczka do najlepszych nie należeli i praktycznie pomogli wyprawić na tamten świat część kólewskiej rodziny, z Marią Teresą na czele. Dobrze więc, że masz pana Maskę.

Ciekawa jestem jak wyglądałaby Europa AD 2019, gdyby król Słoneczko jeszcze żył.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Irko, wielkie dzięki!

 

Śpioszko – honk, honk ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hahaha! 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Matko bosko pieniężno, jeśli tak wygląda opowiadanie pisane na ostatnią chwilę to ja nie mam pytań XD. Napisane jest fantastycznie, drakaino :3. Pod względem językowym jest miodzio, czytało się bardzo dobrze. Historia ciekawa i wciągająca, chociaż bez zaskoczenia, wiadomo było do czego to wszystko zmierza. Duży plus za romans Pierre’a i Jeanne w tle, dodał smaczku.

Świetnie zarysowana Francja za czasów Ludwika XIV, no ale tu nie muszę mówić, bo jesteś specjalistką :3. Fajnie wpleciona technologia, nic się tu nie gryzło. Szkoda, że fabuła przewidywalna, ale to nic, bo to kawał dobrego opowiadania.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

chociaż bez zaskoczenia, wiadomo było do czego to wszystko zmierza

Hę? Jakaś jasnowidzka czy cuś? Hrabiego St. Germain przewidziała? No cie choroba…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Sy – wielkie, wielkie dzięki :) Jak wielkie – napisałam na privie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Staruchu, nie, chodziło mi raczej o wykorzystanie wynalazku :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jej specyfika jest w sumie miła memu sercu, aczkolwiek poczułam się właśnie wyzwana do napisania czegoś zdecydowanie dynamicznego.

Znaczy, że komentarz kompletnie mi się rozjechał z przemyśleniami. :)

Tak to już jest, kiedy się komentuje z doskoku.

Ten niedzielny spacer, do którego porównałem Twoje opowiadania, oddaje ich niepowtarzalny klimat. Bardzo charakterystyczny. I bardzo Twój. Nie gonisz czytelnika. Nie rzucasz mu pod nogi setki efektownych zdarzeń. W tej coraz częstszej manierze, by opierać teksty na schematach typu: byle więcej! byle efektowniej! Ty zmierzasz dokładnie w drugą stronę, pisząc, jak już wspomniałem wcześniej, opowiadania szalenie dostojne. A przez to inne. I w tej inności szalenie atrakcyjne. bo też coraz rzadziej spotykane. Cała rzecz w tym, żeby tego spacerowania się nauczyć. Dopiero wtedy odkrywa się pełną wartość opowiadania. To trochę jak z jedzeniem. Można się “napchać” w pośpiechu, albo spokojnie delektować smakiem. To pierwsze bardzo skutecznie zabija głód. Sęk w tym, że nie daje nic więcej…

Inna rzecz, że tego mimowolnego wyzwania nawet nie żałuję. :)

Każda taka próba daje szanse rozwoju.

A ja lubię wyzwania, więc… No i oczywiście to bardzo zobowiązująca opinia, bo człowiek teraz będzie się bał zawieść oczekiwania ;)

Tego typu wyzwanie nazwałbym karkołomnym. Dla mnie większa dynamika w Twoich tekstach może łatwo zabić ten niepowtarzalny klimat. Znalezienie balansu pomiędzy jednym, a drugim, może być szalenie ciężkie.

Powodzenia. :)

Na koniec wrócę jeszcze do tego pisania na akord. Wiesz, to jednak niesamowite, że wbrew czasowi czy okolicznościom potrafisz napisać tekst na takim poziomie. W takiej sytuacji pomysły muszą przecież pojawiać się “na już”, margines błędu jest żaden, bo i na znaczące poprawki nie znajdzie się raczej czasu. Dlatego wspomniałem o tym konkursie Beryla. Bo za pierwszym razem można to jeszcze było uznać za łut szczęścia. Kolejne takie opowiadanie to już jasne potwierdzenie pewnego poziomu.

Jeszcze raz gratuluję opowiadania.

A tego spacerowania się kiedyś nauczę. :)

 

 

@CM – ach, teraz rozumiem :) I w sumie jest mi miło, że ta “dostojność” jednak ma sens.

 

@Irka_Luz – ciągle zapominam wyjaśnić w kwestii batuty… Taką wielką laską nie machało się jak współczesną małą i lekką batutą, ale jedynie pokazywało rytm, zasadniczo machając nią tylko w górę i w dół, no i pan kompozytor raz źle wymierzył i walnął się w stopę…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałem wczoraj wieczorem, ale dopiero dziś udało mi się poskładać w miarę sensowny komentarz.

To bez dwóch zdań bardzo elegancki tekst. Pięknie napisany. Przejrzysty, mimo pewnych niedomówień. Opisy plastyczne, postacie wiarygodne, fabuła konsekwentna. Znając już nieco gusta lokalnej społeczności, jestem przekonany, że znajdzie się wśród zwycięzców konkursu.

Ale mi niestety nie podszedł.

Technicznie jest bardzo dobry. Ale brak mu smaku, wyrazu. Nie ma tu tak naprawdę tajemnicy, która mogłaby zaskoczyć – poprowadziłaś fabułę niezwykle konsekwentnie, każdy krok jest logiczna konsekwencją poprzedniego, ale przez to nic nie zaskakuje. Postacie, choć sprawnie wykreowane, nie zainteresowały mnie. Wynalazca wynajduje, jego asystent się zakochuje… Nie dzieje się nic wartego opowieści. Nudni. Tak naprawdę jedynie król przeżywa jakieś rozterki, ma wątpliwości, żywsze mocje – ale on dla odmiany jest w zasadzie pozbawiony inicjatywy. A świat… Pięknie opisany, ale nie dość inny, by porwać, zachwycić.

Przede wszystkim jednak brakuje konfliktu. Od początku do końca wszystko w zasadzie idzie gładko. Są problemy techniczne, jakieś niesnaski miedzy wynalazcami, wygórowane oczekiwania… Ale w zasadzie nie ma żadnego napięcia, żadnego oporu. A przez to tekst zwyczajnie nie budzi ani emocji ani ciekawości, jak to się skończy.

Słowem – podobała mi się forma, ale treść wydała mi się nijaka.

None – dzięki za odwiedziny i opinię. Oczywiście, masz do niej pełne prawo, ale jedno mnie zastanawia czysto akademicko – skąd to przekonanie, że teksty muszą być o tajemnicy i konflikcie? Dlaczego zwykła opowieść nie jest warta opowieści?

No i oczywiście, poniekąd masz rację – to jest opowiadanie o królu bardziej niż o kimkolwiek innym. Wszyscy pozostali są sterowani przez króla, który następnie naprawdę będzie sterował wszystkim i będzie mógł powiedzieć (bo w realu nie powiedział), że “państwo to on” ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

skąd to przekonanie, że teksty muszą być o tajemnicy i konflikcie?

Każdy tekst potrzebuje jakiegoś “napędu”. Czegoś, co sprawi, że czytelnik będzie chciał czytać dalej, dowiedzieć się, co kryje kolejny akapit, kolejne zdanie. Z moich doświadczeń wynika, że tym czymś zazwyczaj jest zagadka (tajemnica), drama (emocje) lub zachwyt (estetyka tekstu).

Tutaj nie czułem tej chęci, tej ciekawości, chęci poznania finału. Widziałem, do czego zmierza opowiadanie od momentu, kiedy zaprezentowałaś mechaniczną nogę, ani przez moment nie wątpiłem też, że cel uda się osiągnąć – więc odpada tajemnica. Bez konfliktu trudno mówić o emocjach. A co do zachwytu – jak pisałem, piszesz bardzo elegancko. Ale to nie ten poziom odmienności świata, który mógłby mnie przyciągnąć samą swoją innością, niezwykłością.

Nie chcę przy tym powiedzieć, że tekst nie jest nic warty, czy też że uważam, że zostanie wyróżniony niesprawiedliwie. Ale mi się nie spodobał.

No i oczywiście, poniekąd masz rację – to jest opowiadanie o królu bardziej niż o kimkolwiek innym.

Wiadomo. W końcu nawet separatory między akapitami są na jego cześć.

Może to trochę kwestia nastawienia i wykształcenia – jako pierwszy kierunek skończyłam polonistykę i jakkolwiek uważam te studia za w 90% stratę czasu, to jednak przywykłam do tego, że literatura może być tylko opowieścią zmierzającą do oczywistego końca ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

i jakkolwiek uważam te studia za w 90% stratę czasu, to jednak przywykłam do tego, że literatura może być tylko opowieścią zmierzającą do oczywistego końca ;)

Jasne, że może. Ale wtedy tak naprawdę to popis formy. Są ludzie, którzy to lubią – dyskutujemy właśnie na zbliżony temat w wątku innego opowiadania. Jak widać po reakcjach innych czytelników – twoja forma jest na tyle piękna, by kupić wielu z nich. I nie ma w tym nic złego.

Ze mną się nie udało, ale ja ogólnie jestem raczej marudny.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem.

Drakaino, miło czytało mi się powyższy tekst. Nie wiem, czy to charakterystyczne dla całej twojej twórczości, ale przynajmniej to opowiadanie, i jeszcze jedno, z którym się zetknąłem, wywołuje u mnie jakiś efekt płynięcia, swobodnego poruszania się z nurtem. Pewnie dlatego, że znasz się na tym, o czym piszesz i umiejętnie budujesz klimat(choć przyznaję, że musiałem zaglądać do słownika, żeby niektóre rzeczy zrozumieć, ale z drugiej strony mamy wbudowany walor edukacyjny ;)). 

Czasem mam zastrzeżenia do precyzji języka, ale nic wielkiego. Co mi się rzuciło w oczy:

Autora listu poznał natychmiast, kiedy tylko ten człowiek się pojawił się.

Twarz pod kapturem była równie nieruchoma jak wcześniej, ale teraz wypolerowany metal miał ludzkie rysy, podobnie jak złota maska króla. 

Człowiek, który to wszystko przyniósł, krył twarz pod kapturem, a jego głos brzmiał metalicznie i zdawał się dobiegać zza niewidocznej przeszkody.

Tu nie ma błędu, ale przeszkoda jest mało precyzyjna. Kiedy słyszę przeszkoda to za dużo mi do głowy nie przychodzi, a jeszcze ma być do tego niewidoczna? Coś ładniejszego mogło się napisać ;) Nie wiem czy “a” po przecinku jest konieczne.

Pierre uruchomił miniaturową pompę, która poruszyła kołem, ono zaś wprawiło w ruch ustawiony znacznie wyżej, na dodatkowej platformie wiatrak.

Wiatrak jest w złym miejscu, powinno być “ono zaś wprawiło w ruch wiatrak…”, informacje o platformie można dodać później albo w ogóle nie dodawać jeśli nie jest kluczowa.

Co mnie zastanowiło w trakcie lektury to mnogość scen, a przez to brak ciągłości fabularnej. Niektóre z nich są naprawdę krótkie, takie migawki dosłownie, przez co czasem czułem się zagubiony(zwłaszcza przestrzennie). Może coś do rozważenia na następny raz?

Oprócz tego, przyjemne opowiadanie, jakbym mógł, wystawiłbym jakąś dobrą ocenę albo kliknął biblio ;)

Z biblio już pozamiatane, ale ocenę każdy może wystawić.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem.

Skierował twarz ku de Hauteville’owi. → to jakaś nowa postać, czy miało być “de Hautefeuille”?

Mnie również się podobało :) W dzieciństwie uwielbiałam czytać książki Dumas, a potem i z francuskim i z Francją także się zaprzyjaźniłam :D Opowiadanie bardzo klimatyczne, dla mnie wcale nie było takie oczywiste, co się dalej wydarzy po kolei (może jedynie ta część finału z nieśmiertelnością, jak już wspominali pozostali). Dynamiki rzeczywiście brakowało, aczkolwiek nie wydaje mi się, aby tekst na tym specjalnie ucierpiał. Zdecydowany respekt za taką formę pisaną “na szybko”.

Nowa Fantastyka