- Opowiadanie: drakaina - Na południu bez zmian

Na południu bez zmian

Wrzu­cam bez bety, czego pew­nie po­ża­łu­ję, ale mam swoje po­wo­dy. Opo­wia­da­nie spoza mo­je­go głów­ne­go uni­wer­sum, aczkolwiek niewątpliwie dziewiętnastowieczne. Ory­gi­nal­nie nie­za­mie­rzo­ne dla Słu­cho­wi­ska, ale to, które było za­mie­rzo­ne, nie na­da­je się z po­wo­du ob­ję­to­ści oraz stru­mie­nia świa­do­mo­ści... Poza tym: tekst oryginalnie zamieściłam pod tytułem “Eksperyment”, ponieważ był eksperymentem. Teraz przywróciłam mu oryginalny tytuł, pod którym go napisałam.

Aha, chcia­łam dać tag “An­glia”, ale nie ma. Dziw­ne.

 

Tłu­ma­cze­nia poezji w tek­ście:

- Alfred Tennyson, “Ti­tho­nus” – Adam Asnyk

- Alfred Tennyson, “Szar­ża lek­kiej brygady” – wła­sne

- George Gordon Byron, “Giaur” – Adam Mickiewicz

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Na południu bez zmian

War­sza­wa, 21 czerw­ca 1879

Stary czło­wiek spoj­rzał na psa, który sie­dział sku­lo­ny pod fo­te­lem, całym sobą dając do zro­zu­mie­nia, że nie bę­dzie wy­cho­dził na spa­cer.

– No do­brze – po­wie­dział jego pan, sa­do­wiąc się na sofie. – W takim razie po­czy­tam ga­ze­ty, zo­ba­czę, co się tam w świe­cie dzie­je.

Pies za­mer­dał ogo­nem na znak zgody, po czym wsko­czył na ka­na­pę i zło­żył łeb na ko­la­nach pana.

– Co to my tu mamy… Sporo za­le­gło­ści. – Stary czło­wiek prze­glą­dał pa­pie­ry na sto­li­ku. – Ku­rier z dwu­dzie­ste­go, to za­le­d­wie wczo­raj, no do­brze, niech bę­dzie.

I po­grą­żył się w lek­tu­rze.

 

Wind­sor, 5 maja 1879

Był jesz­cze wcze­sny wie­czór, ale niebo szybko ciemniało. Zbie­ra­ło się na burzę; w od­da­li nawet już grzmia­ło, a wśród chmur dało się wy­pa­trzeć roz­bły­ski. W sa­lo­ni­ku tuż obok kró­lew­skie­go ga­bi­ne­tu zgro­ma­dzi­ło się zde­cy­do­wa­nie nie­do­bra­ne to­wa­rzy­stwo, po­pa­tru­ją­ce teraz na sie­bie z mie­sza­ni­ną nie­chę­ci i za­cie­ka­wie­nia.

– Muszę ostrzec, że Jej Kró­lew­ska Mość jest ostat­nio nie w hu­mo­rze – po­wie­dział szam­be­lan, wcho­dząc – i dla­te­go wła­śnie we­zwa­ła panów… A wła­ści­wie pań­stwa – po­pra­wił się, zer­ka­jąc na sto­ją­cą nieco na ubo­czu damę.

Ele­ganc­ki, mod­nie blady i ary­sto­kra­tycz­nie wy­glą­da­ją­cy męż­czy­zna we fraku pa­mię­ta­ją­cym czasy wcze­snej mło­do­ści kró­lo­wej skrzy­wił się i mruk­nął pod nosem coś na temat tego, że on oso­bi­ście czeka tu już od po­przed­niej nocy. Sto­ją­cy obok niego mło­dzie­niec o ostrych ry­sach i czar­nej czu­pry­nie zdra­dza­ją­cej wło­skie po­cho­dze­nie, ale rów­nie bla­dej kar­na­cji jak jego to­wa­rzysz, spoj­rzał na niego z lekką na­ga­ną, nie­mniej w jego po­stu­rze znać było dawną, a może i obec­ną uni­żo­ność wobec tego dru­gie­go.

– Na do­da­tek Jej Kró­lew­ska Mość – prych­nął ary­sto­kra­ta, igno­ru­jąc sy­gna­ły mło­dzień­ca – jest nie w hu­mo­rze od dnia czter­na­ste­go grud­nia roku pań­skie­go 1861, kiedy to jej uko­cha­ny mał­żo­nek, nasz nieodżałowany książę Albert, wy­zio­nął ducha. A za­pew­ne była nie w hu­mo­rze już wcze­śniej, kiedy Sir Wil­liam Jen­ner uznał, że nic już się nie da zro­bić.

– Mi­lor­dzie – syk­nął wło­sko wy­glą­da­ją­cy mło­dzian.

– Drogi ojcze. – Dama po­de­szła do nich i spoj­rza­ła męż­czyź­nie pro­sto w oczy. Mimo że nie była już bar­dzo młoda, po­ru­sza­ła się płyn­nie i z nie­zwy­kłą gra­cją, co nie uszło uwagi zgro­ma­dzo­nych męż­czyzn. Jeden z nich gwizd­nął. – Wiesz do­sko­na­le, po­dob­nie jak każdy w tym kraju, że są takie chwi­le, kiedy Jej Kró­lew­ska Mość bywa w hu­mo­rze.

– Krót­kie i prze­mi­ja­ją­ce – od­parł jej oj­ciec. – Droga Au­gu­sto, ona była uza­leż­nio­na od niego. Uza­leż­nio­na, jak opiu­mi­sta od swo­jej fajki, ro­zu­miesz?

– Albo wy dwaj od sie­bie na­wza­jem? – za­py­ta­ła lady Au­gu­sta z prze­ką­sem, zer­ka­jąc na mło­de­go po­łu­dniow­ca.

– Nieco ina­czej – od­parł wy­nio­śle jej oj­ciec.

Wy­so­ki, szczu­pły mło­dzie­niec o nie­zwy­kle pięk­nych ry­sach, ja­snych, fa­lu­ją­cych wło­sach i me­lan­cho­lij­nym spoj­rze­niu, który przy­siadł na pa­ra­pe­cie i wpa­try­wał się w ogród za oknem, spoj­rzał na nich wzro­kiem mó­wią­cym, że sporo wie o uza­leż­nie­niach od in­nych osób, ale nic nie po­wie­dział.

– To nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­ca kon­wer­sa­cja, dro­dzy pań­stwo – ode­zwał się z sar­ka­zmem drugi mil­czą­cy do­tych­czas męż­czy­zna, wspar­ty o ko­mi­nek. W jego twa­rzy było coś nie­okre­śle­nie nie­po­ko­ją­ce­go, jakby na­kła­da­ły się na sie­bie dwa ob­ra­zy. – Ale czy ktoś z nas wie, po co wła­ści­wie i dla­cze­go zo­sta­li­śmy we­zwa­ni?

Szam­be­lan od­chrząk­nął. Był wy­raź­nie za­kło­po­ta­ny wcze­śniej­szą roz­mo­wą, toteż z ewi­dent­ną ulgą przy­jął zmia­nę te­ma­tu.

– Tego pa­no­wie… pań­stwo do­wie­dzą się we wła­ści­wym cza­sie. Cze­ka­my jesz­cze na jed­ne­go go­ścia; kiedy przy­bę­dzie, za­pro­wa­dzę wszyst­kich do ga­bi­ne­tu, a Jej Kró­lew­ska Mość oso­bi­ście wy­ja­śni po­wo­dy tego spo­tka­nia. Mogę je­dy­nie za­pew­nić pań­stwa, że spra­wa jest naj­wyż­szej wagi.

 

Znaj­du­ją­ca się kilka kom­nat dalej wład­czy­ni Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa i Ce­sa­rzo­wa Indii bar­dzo nie lu­bi­ła złych wie­ści. Iry­to­wa­ły ją bar­dziej niż upar­ci mi­ni­stro­wie, a nawet bar­dziej niż ci okrop­ni re­pu­bli­ka­nie, któ­rzy pa­no­szy­li się w Eu­ro­pie. Bar­dziej niż pre­mier Di­sra­eli i jego upór w spra­wie wojny ro­syj­sko-tu­rec­kiej. Bar­dziej niż Glad­sto­ne wraz ze swymi li­be­ral­nymi po­my­słami. Wik­to­ria zde­cy­do­wa­nie uwa­ża­ła, że złe wie­ści – pry­wat­ne złe wie­ści – są gor­sze od wszyst­kie­go, co może się dziać na świe­cie. Prze­ko­na­ła się o tym, kiedy jako pię­cio­let­nią księż­nicz­kę Alek­san­dry­nę bona po­wia­do­mi­ła ją o śmier­ci jej pa­puż­ki. Potem prze­ży­ła mocno śmierć uko­cha­ne­go spa­nie­la Dasha, ale – mu­sia­ła przy­znać – miała już na to mniej czasu, bo od dzie­się­ciu mie­się­cy była wów­czas szczę­śli­wą żoną, a od mie­sią­ca matką.

Teraz od pra­wie osiem­na­stu lat, nie­ste­ty, była bar­dzo nie­szczę­śli­wą wdową, a na do­da­tek pół­to­ra mie­sią­ca temu astro­log po­wia­do­mił ją o tym, że śmierć ja­kie­goś żoł­nie­rza w roz­po­czę­tej w stycz­niu woj­nie na jed­nym z roz­licz­nych koń­ców świa­ta, dokąd się­ga­ła brytyjska władza, “od­mie­ni losy im­pe­rium”, tak właśnie było napisane…

– Woj­nie, na którą rząd nie wydał for­mal­nie po­zwo­le­nia – prychnęła z oburzeniem Wiktoria. – Sa­mo­zwań­czej ini­cja­ty­wie jed­ne­go z wy­so­kich ko­mi­sa­rzy!

Jej Kró­lew­ska Mość za­pew­ne nie prze­ję­ła­by się za­nad­to całą tą spra­wą – co naj­wy­żej wy­ra­zi­ła­by swoje nie­za­do­wo­le­nie, które okrop­ni mi­ni­stro­wie na pewno by zlek­ce­wa­ży­li – gdyby wszyst­ko nie pod­po­wia­da­ło jej, że to może być spra­wa nie tylko państwowa, ale i oso­bi­sta. Dla­cze­go ule­gła na­mo­wom przy­ja­ciół­ki i zgo­dzi­ła się, by mło­dzie­niec, który ma po­ślu­bić naj­młod­szą z jej córek, po­je­chał na wojnę? Chło­pak, któ­re­mu w dzie­ciń­stwie oso­bi­ście wy­bra­ła gu­wer­nant­kę? Kró­lo­wa była prze­ko­na­na, że cho­dzi o niego, po­nie­waż astro­log po­ja­wił się w przed­dzień jego uro­dzin – a kró­lo­wa nie wie­rzy­ła w zbie­gi oko­licz­no­ści.

„Dla­cze­go, dla­cze­go to zro­bi­łam?” – po­wta­rza­ła w my­ślach. Usi­ło­wa­ła zna­leźć wy­tłu­ma­cze­nie, po­nie­waż lada mo­ment przed jej ob­li­czem sta­nie grupa ludzi – dzi­wa­ków, na myśl o któ­rych Wik­to­rię prze­cho­dził dreszcz, mimo że wio­sen­ny wie­czór był cał­kiem cie­pły, nawet parny, jak to bywa przed burzą.

Ci lu­dzie, któ­rych jej agen­ci tro­pi­li przez ostat­nie mie­sią­ce po całej Eu­ro­pie, są tu po to, żeby…

 

– …tak więc za­da­niem pań­stwa, jako osób, które w taki czy inny spo­sób oszu­ka­ły śmierć i prze­zna­cze­nie albo też prze­kro­czy­ły gra­ni­ce za­kre­ślo­ne czło­wie­ko­wi przez Stwór­cę, bę­dzie przy­wró­cić do życia pew­ne­go czło­wie­ka – mó­wi­ła kró­lo­wa, a zgro­ma­dze­ni w ga­bi­ne­cie nie śmie­li na razie wy­mie­niać mię­dzy sobą zdu­mio­nych spoj­rzeń. – Jak już pań­stwu dałam do zro­zu­mie­nia, dzię­ki wzo­ro­wej pracy moich agen­tów wiem o wszyst­kich z pań­stwa cał­kiem sporo i mam na­dzie­ję, że współ­pra­ca bę­dzie ukła­da­ła się zgod­nie, na chwa­łę Im­pe­rium. Od­da­ję pań­stwu do dys­po­zy­cji pa­wi­lon w pa­ła­co­wych ogro­dach…

– Jak długo ta osoba nie żyje? – spy­tał bez­ce­re­mo­nial­nie ostat­ni z gości, ten, na któ­re­go przy­by­cie wszy­scy po­zo­sta­li mu­sie­li cze­kać, zanim wpusz­czo­no ich do ga­bi­ne­tu. Czło­wiek ten miał wy­raź­nie obcy ak­cent, ubra­ny był w wy­sza­rza­ny i po­pla­mio­ny sur­dut i ogól­nie spra­wiał wra­że­nie aro­gan­ta. Albo uczo­ne­go.

Jej Kró­lew­ska Mość spoj­rza­ła na niego ze zdu­mie­niem. Nikt, ale to nikt nigdy nie prze­ry­wał jej wy­po­wie­dzi.

– Sir Fre­de­ric­ku – zwró­ci­ła się do szam­be­la­na – wy­ja­śnij moim go­ściom…

Bla­do­li­cy ary­sto­kra­ta prze­rwał jej ob­ce­so­wo.

– Droga ku­zyn­ko, jeśli cho­dzi ci o…

Lady Au­gu­sta syk­nę­ła i miała minę, jakby chcia­ła kop­nąć go w kost­kę.

Kró­lo­wa le­d­wie za­uwa­żal­nie ski­nę­ła ze­bra­nym głową, pod­nio­sła się wy­stu­dio­wa­nym ru­chem i nie cze­ka­jąc nawet, aż wszy­scy zerwą się ze swo­ich miejsc, wy­ma­sze­ro­wa­ła z po­ko­ju.

– Do­praw­dy, ojcze – po­wie­dzia­ła lady Au­gu­sta – po tylu la­tach mógł­byś opa­no­wać choć­by pod­sta­wy ety­kie­ty.

– Znam je do­sko­na­le, moje dro­gie dziec­ko – od­parł jej oj­ciec – ale dawno temu po­sta­no­wi­łem nie przej­mo­wać się nimi.

Cu­dzo­ziem­ski uczo­ny aro­gant oparł się o ko­mi­nek i przy­glą­dał się z nie­ja­kim za­in­te­re­so­wa­niem usta­wio­nym na nim zdję­ciom przed­sta­wia­ją­cym ro­dzi­nę kró­lo­wej, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem nie­ży­ją­ce­go mał­żon­ka.

– Jak ro­zu­miem – zwró­cił się do ary­sto­kra­ty – su­ge­ro­wał pan, że kró­lo­wa pra­gnie, aby­śmy przy­wró­ci­li do życia jej męża.

– Tak wła­śnie su­ge­ro­wa­łem – po­tak­nął za­py­ta­ny.

Szam­be­lan od­chrząk­nął.

– Jeśli pa­no­wie… – Spoj­rzał prze­pra­sza­ją­co na lady Au­gu­stę. – Jeśli pań­stwo po­zwo­lą, to istot­nie wy­ja­śnię pewne szcze­gó­ły, któ­rych Jej Kró­lew­ska Mość nie wy­ja­wi­ła zbyt do­kład­nie… Ze­chcą państwo usiąść?

Wszy­scy roz­sie­dli się na po­wrót na mięk­kich fo­te­lach i so­fach, zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cych do su­ro­wych re­ga­łów i biur­ka, lo­ka­je wnie­śli her­ba­tę i cia­stecz­ka, a na­stęp­nie za­pa­dło nie­zręcz­ne mil­cze­nie. Ze­bra­ni po­pa­try­wa­li to na sie­bie, to na szam­be­la­na, który naj­wy­raź­niej stra­cił rezon.

– Dobra – ode­zwał się cu­dzo­zie­miec. – To o ja­kie­go nie­bosz­czy­ka cho­dzi?

– Czło­wiek, o któ­rym mowa – od­parł sir Fre­de­rick nie­pew­nym gło­sem – żyje.

Lady Au­gu­sta za­klę­ła w spo­sób nie­przy­sta­ją­cy damie. Jej oj­ciec spoj­rzał na nią z na­ga­ną, po czym wy­buch­nął śmie­chem.

– A to pa­rad­ne! – za­wo­łał.

– Czyż­by znaj­do­wał się na łożu śmier­ci? – za­py­tał z za­in­te­re­so­wa­niem jego to­wa­rzysz.

Szam­be­lan miał za­kło­po­ta­ną minę.

– Naj­wy­raź­niej nie – oznaj­mił mil­kli­wy męż­czy­zna, któ­re­go twarz, przed chwi­lą wy­ra­ża­ją­ca cał­ko­wi­te znu­dze­nie, teraz przy­bie­ra­ła maskę sku­pie­nia. Nawet jego rysy zda­wa­ły się zmie­niać: z grubo cio­sa­nych, pro­stac­kich, o lekko prze­krwio­nych, roz­bie­ga­nych oczach, w znacz­nie sub­tel­niej­sze ob­li­cze, w któ­rym pło­nę­ła para oczu zna­mio­nu­ją­cych naj­wyż­szy in­te­lekt. – Sza­now­ni pań­stwo, nie po­do­ba mi się to – oznaj­mił.

Le­d­wie sły­szal­ne echo jego głosu było zde­cy­do­wa­nie in­ne­go zda­nia.

Sir Fre­de­rick wes­tchnął cięż­ko.

– Czło­wiek, o któ­rym mowa… umrze dnia pierw­sze­go czerw­ca tego roku – po­wie­dział cicho i jakby nie­pew­nie.

Sześć – a może sie­dem? – par oczu zwró­ci­ło się ku niemu. Sir Fre­de­rick uda­wał, że usi­łu­je strzep­nąć nie­wi­dzial­ny pyłek z rę­ka­wa tu­żur­ka.

– To bar­dzo od­waż­ne stwier­dze­nie – za­uwa­ży­ła z sar­ka­zmem lady Au­gu­sta.

– Czy zo­sta­nie za­mor­do­wa­ny? – W gło­sie dzi­wacz­ne­go, po­dwój­ne­go męż­czy­zny po­brzmie­wał jed­no­cze­śnie nie­po­kój i fa­scy­na­cja. – A może to ska­za­niec, któ­re­mu wy­zna­czo­no datę eg­ze­ku­cji?

Sir Fre­de­rick wbił wzrok w la­kie­ro­wa­ne czub­ki swo­ich butów.

– Czy zmar­twych­wsta­nie ma na­stą­pić na­tych­miast? – za­in­te­re­so­wał się czło­wiek z cu­dzo­ziem­skim ak­cen­tem.

– Czy zmar­twych­wsta­nie ma być cał­ko­wi­te i do­słow­ne? – za­py­tał wło­ski to­wa­rzysz ary­sto­kra­ty, uka­zu­jąc w uśmie­chu rząd śnież­no­bia­łych zębów.

Sir Fre­de­rick spra­wiał wra­że­nie, jakby na jego ubra­niu i bu­tach zgro­ma­dzi­ły się wszyst­kie dro­bin­ki kurzu i kłacz­ki z ca­łe­go Im­pe­rium.

– Jej Kró­lew­ska Mość jest w po­sia­da­niu po­uf­nych in­for­ma­cji, wedle któ­rych śmierć pew­ne­go mło­dzień­ca na­stą­pi tego wła­śnie dnia – po­wie­dział, usi­łu­jąc nadać gło­so­wi choć­by pozór pew­no­ści sie­bie.

Ary­sto­kra­ta przy­glą­dał mu się spod przy­mru­żo­nych po­wiek.

– No, no – po­wie­dział. – Nie po­są­dza­łem jej o to. – Za­wie­sił głos, jakby jednocześnie su­ge­ro­wował, że nie po­dej­rze­wa kró­lo­wej o po­sia­da­nie spraw­nej siat­ki wy­wia­dow­czej ani o plan mor­der­stwa. – Sza­now­ni pań­stwo – zwró­cił się do po­zo­sta­łych – pro­po­nu­ję udać się do tego pa­wi­lo­nu… – Rzu­cił po­dejrz­li­we spoj­rze­nie szam­be­la­no­wi. – Oba­wiam się, że to nie­unik­nio­ne.

Sir Fre­de­rick miał minę skar­co­ne­go psa, ale przy­tak­nął.

– Zna­czy otrzy­ma­li­śmy wszy­scy pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia? – mruk­nął cu­dzo­zie­miec.

Nikt nie od­po­wie­dział.

 

Pa­wi­lon spra­wiał wra­że­nie od dawna nie­uży­wa­ne­go. Wszy­scy dostali wła­sne po­ko­je, ale mimo póź­nej pory zgro­ma­dzi­li się nie­mal na­tych­miast w sa­lo­ni­ku, peł­nym mebli obi­tych kwie­ci­sty­mi tka­ni­na­mi, na­igra­wa­ją­cy­mi się z po­sęp­ne­go na­stro­ju. Trwa­ją­ca bli­sko dwa­dzie­ścia lat ża­ło­ba naj­wy­raź­niej tu nie do­tar­ła.

– Może za­cznie­my od przed­sta­wie­nia się – za­ga­ił ary­sto­kra­ta, usa­do­wiw­szy się wraz ze swoim wło­skim to­wa­rzy­szem z dala od ko­min­ka oraz od córki. – Ja oczy­wi­ście nie muszę, a skoro już zdra­dzi­łem, że ta nie­wdzięcz­na dama to krew z mojej krwi i kość z mojej kości – lady Au­gu­sta skrzy­wi­ła się na te słowa – to ją też mo­że­my po­mi­nąć, a zatem…

Cu­dzo­zie­miec lu­stro­wał go wzro­kiem spod przy­mru­żo­nych po­wiek. Po­zo­sta­li też po­pa­try­wa­li po sobie nie­pew­nie.

– Przy­znam, że nie mia­łem oka­zji… – za­czął uczo­ny aro­gant.

Ary­sto­kra­ta skrzy­wił się.

– Do­praw­dy – mruk­nął. – Niech panu bę­dzie. Geo­r­ge Gor­don, lord… – Mru­gnął okiem do swojego włoskiego to­wa­rzy­sza. – Ru­thven. A to moja córka, którą na­zy­wam Au­gu­stą po pierw­sze dla­te­go, że tak ma na imię, a po dru­gie dla­te­go, że woli swoje dru­gie imię, Ada.

– Umiem się przed­sta­wić sama, tato – od­par­ła Au­gu­sta-Ada, po czym nie do­pusz­cza­jąc go do głosu do­da­ła: – Mo­je­mu dro­gie­mu ojcu to­wa­rzy­szy czło­wiek, bez któ­re­go by nie ist­niał… – Za­wie­si­ła głos, jakby się nad czymś za­sta­na­wia­ła. – A może na od­wrót, moi dro­dzy? – za­py­ta­ła z cza­ru­ją­cym uśmie­chem.

– Po­li­do­ri – mruk­nął Włoch.

– Nie sły­sza­łem nigdy o żad­nym Ru­thve­nie – oznaj­mił cu­dzo­zie­miec.

Lady Au­gu­sta za­chi­cho­ta­ła. Po­li­do­ri skrzy­wił się wy­raź­nie.

– Je­stem oso­bi­stym le­karzem jego lor­dow­skiej mości – dodał Włoch.

Cu­dzo­zie­miec spoj­rzał na niego z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Cóż za zbieg oko­licz­no­ści – po­wie­dział. – Ja też je­stem le­ka­rzem… w każ­dym razie byłem.

– Pan nie jest An­gli­kiem – za­uwa­żył Geo­r­ge Gor­don. – Tym le­piej, wnie­sie pan od­świe­ża­ją­cy po­wiew w to za­tę­chłe wy­spiar­skie to­wa­rzy­stwo.

– Nie je­stem pewny, czy moja spe­cjal­ność jest szcze­gól­nie, hmm, od­świe­ża­ją­ca – mruk­nął uczo­ny. – Ale ma pan rację, po­cho­dzę z Nie­miec, pra­co­wa­łem na uni­wer­sy­te­cie w In­gol­stadt…

– Ja też bywam le­ka­rzem – wtrą­cił się nagle po­dwój­ny. – Dok­tor Hyde, spe­cja­li­sta far­ma­ko­pei.

– A gdzie szó­sty? – za­py­tał nagle Po­li­do­ri.

Za­pa­dło nie­zręcz­ne mil­cze­nie.

– Szó­sty? – po­wtó­rzył Nie­miec.

Ada prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Ten ładny – od­po­wie­dzia­ła.

– Ten, który wy­glą­da jak grec­ki bóg – do­pre­cy­zo­wał jej oj­ciec.

Po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach zna­leź­li Ład­ne­go w nie­wiel­kim ogród­ku ota­cza­ją­cym pa­wi­lon. Chło­pak przy­cup­nął w al­tan­ce i wy­glą­dał, jakby miał się roz­pła­kać.

– Kto­kol­wiek to jest – oznaj­mił, kiedy po­zo­sta­li sta­nę­li nad nim kołem z oskar­ży­ciel­ski­mi mi­na­mi – nie za­pro­wa­dzę go do Niej.

Pół go­dzi­ny póź­niej zdo­ła­li wy­do­być z niego, że ma na imię Leo, stu­dio­wał ję­zy­ki kla­sycz­ne i po­dró­żo­wał po świe­cie. Kon­sy­lium le­kar­skie prze­ko­na­ło go też w końcu, żeby udał się wraz z wszyst­ki­mi do sa­lo­nu, kon­ty­nu­ować na­ra­dę.

 

– Au­gu­sto, bę­dziesz se­kre­tar­ką – oznaj­mił Geo­r­ge Gor­don, kiedy roz­sia­dli się znów w fo­te­lach.

– O ile pa­mię­tam – od­cię­ła się – to ty je­steś w tym to­wa­rzy­stwie je­dy­nym czło­wie­kiem o spo­rym do­świad­cze­niu w pi­sa­niu.

– W spi­sy­wa­niu wła­snych myśli, prze­le­wa­niu na pa­pier owo­ców ge­niu­szu – od­parł wy­nio­śle – a nie tego, co mówią inni.

– Si­gnor Po­li­do­ri nada się… – za­czę­ła.

– Czy mo­że­my za­koń­czyć te ro­dzin­ne prze­py­chan­ki? – za­py­tał znu­dzo­nym gło­sem Nie­miec. – Oba­wiam się, że ni­ko­go poza pań­stwem one nie in­te­re­su­ją, a ja na przy­kład chciał­bym skoń­czyć z tym za­da­niem i wy­je­chać stąd. Im szyb­ciej je roz­wią­że­my, tym prę­dzej będę mógł to zro­bić. Mam na gło­wie pil­niej­sze spra­wy niż ka­pry­sy ja­kiejś sta­rej wa­riat­ki, która sza­leń­stwo ma we krwi.

Geo­r­ge Gor­don ro­ze­śmiał się.

– Cóż za prze­ni­kli­wa ana­li­za oso­bo­wo­ści mojej szla­chet­nej ku­zyn­ki – po­wie­dział.

Ada unio­sła nie­znacz­nie suk­nię i tym razem całkowicie realnie, stopą w sznurowanym wysoko buciku, wy­mie­rzy­ła mu kop­nia­ka w kostkę. Jej ojciec miał minę, jakby go poważnie zabolało.

– Nasz nie­miec­ki gość ma rację – po­wie­dział z iry­ta­cją doktor Hyde, patrząc na tę dwójkę. – By­li­by­śmy wdzięcz­ni, gdyby ze­chcie­li pań­stwo odło­żyć ro­dzin­ne spra­wy na póź­niej. Nie mamy zbyt wiele czasu.

Po­li­do­ri zmie­rzył go wzro­kiem.

– Mam wra­że­nie, że nie ma pan na myśli tylko ter­mi­nu za nie­ca­ły mie­siąc?

Zanim Hyde zdą­żył od­po­wie­dzieć, Geo­r­ge Gor­don wy­cią­gnął z kie­sze­ni zmię­tą kart­kę.

– Praw­dę mó­wiąc, ter­min jest nawet krót­szy. Kiedy wy­cho­dzi­li­śmy, sir Fre­de­rick, jak­kol­wiek on się poza tym na­zy­wa, wci­snął mi do ręki ten oto do­ku­ment. – Po­ma­chał pa­pie­rem przed ocza­mi ze­bra­nych, po czym podał go córce. – Prze­czy­taj, moja droga, skoro ze­chcia­łaś zo­stać se­kre­tar­ką tego zgro­ma­dze­nia.

Ada wy­rwa­ła mu list ze zło­ścią.

– „Wy­ni­ki muszą być go­to­we naj­da­lej za ty­dzień” – prze­czy­ta­ła. – „Bła­gam, niech pań­stwo coś wy­my­ślą, JKM uważa to za spra­wę prio­ry­te­to­wą. Zmar­twych­wsta­nie musi być nie­zau­wa­żal­ne.” Strasz­nie to na­ba­zgra­ne – sko­men­to­wa­ła.

Nie­miec par­sk­nął.

– Ary­sto­kra­tycz­ny lokaj bał się po­wie­dzieć to nam oso­bi­ście. Do­sko­na­le, to ozna­cza, że naj­da­lej za dwa ty­go­dnie będę mógł ru­szyć w dal­szą po­dróż.

Hyde rzu­cił mu po­sęp­ne spoj­rze­nie.

– Wła­ści­wie dla­cze­go pan przy­jął tę pro­po­zy­cję, skoro czas tak pana nagli? – za­py­tał.

Nie­miec wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Po­wiem panu tak: od wielu lat po­dró­żu­ję, a to wy­ma­ga spo­rych na­kła­dów.

Ada wsta­ła, się­gnę­ła po nie­wiel­ki srebr­ny dzwo­ne­czek sto­ją­cy na sto­licz­ku pod oknem, i uci­szy­ła po­zo­sta­łych.

– Dro­dzy pań­stwo, skoro mój uko­cha­ny oj­ciec zmu­sił mnie do ob­ję­cia po­sa­dy se­kre­tar­ki, ogła­szam po­rzą­dek obrad. Punkt pierw­szy: gło­so­wa­nie, czy idzie­my teraz spać, czy też kon­ty­nu­uje­my do­cie­ka­nia?

– Wiesz do­brze, Au­gu­sto, że ja i mój drogi przy­ja­ciel nie bę­dzie­my pra­co­wać za dnia, toteż…

– Chyba le­piej pra­co­wa­ło­by się nam bez was – burk­nął nie­uprzej­mie Hyde, który sie­dział teraz przy­gar­bio­ny w głę­bo­kim fo­te­lu. Po czym wy­pro­sto­wał się, się­gnął do kie­sze­ni, wy­cią­gnął z niej nie­wiel­ką bu­te­lecz­kę i po­cią­gnął łyk. Jego rysy roz­luź­ni­ły się, z oczu znik­nął wyraz iry­ta­cji i nie­po­ko­ju.– Za prze­pro­sze­niem pań­skim, mi­lor­dzie – dodał zu­peł­nie innym tonem.

– A zatem prze­gło­so­wa­ne – od­po­wie­dział bez­tro­sko Geo­r­ge Gor­don, jakby Hyde w ogóle się nie ode­zwał. – Za­no­tuj, moje słon­ko – zwró­cił się do córki – zo­sta­je­my i dys­ku­tu­je­my dalej. Punkt pierw­szy: dla­cze­go my?

Jak zwy­kle nikt nie pa­mię­tał o Ład­nym, który nagle ode­zwał się z ciem­ne­go kąta, w który się za­szył.

– Kró­lo­wa po­wie­dzia­ła, że my wszy­scy… – Głos mu się za­ła­mał. – Oszu­ka­li­śmy śmierć, tak? Ja nie chcia­łem, nie pla­no­wa­łem…

– Chło­pak ma rację – oznaj­mi­ła Ada. – Jej Kró­lew­ska Mość tak wła­śnie po­wie­dzia­ła. Pa­no­wie? Czas na wy­zna­nia.

 

Było już sporo po pół­no­cy, kiedy skoń­czy­li opo­wia­dać.

– Pod­su­muj­my – po­wie­dzia­ła Ada, spo­glą­da­jąc w no­tat­ki. – Papa i jego przy­ja­ciel są nie­śmier­tel­ni, ale – uśmiech­nę­ła się ja­do­wi­cie – w spo­sób nie­do­sko­na­ły. A skoro zmar­twych­wsta­nie ma być „nie­zau­wa­żal­ne”, to za­kła­dam, że or­ga­nizm musi funk­cjo­no­wać ide­al­nie jak żywy. Praw­da, ojcze?

Geo­r­ge Gor­don uda­wał, że jej nie sły­szy. Po­li­do­ri wy­ka­zał nagłe za­in­te­re­so­wa­nie wscho­dzą­cym nad linią drzew księ­ży­cem.

– A zatem zu­peł­nie nie ro­zu­miem, po co was tu we­zwa­no, je­ste­ście nie­przy­dat­ni. – Za­wie­si­ła głos, ale kiedy nie do­cze­ka­ła się re­ak­cji, kon­ty­nu­owa­ła: – Dok­tor Hyde, jak ro­zu­miem, za po­mo­cą mik­stur wła­sne­go wy­na­laz­ku jest w sta­nie ste­ro­wać ludz­ką myślą i psy­che… To może być przy­dat­ne, żeby zła­go­dzić szok po zmar­twych­wsta­niu i spra­wić, by nasz oży­wie­niec nie pa­mię­tał wła­snej śmier­ci…

– To, moja droga – od­parł z urazą jej oj­ciec – jest aku­rat naszą spe­cjal­no­ścią.

Ada wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Cóż, źle osza­co­wa­łam waszą nie­przy­dat­ność. Nie jest ona cał­ko­wi­ta…

– Fräulein Au­gu­sta – po­wie­dział znu­żo­nym gło­sem Nie­miec – pa­mię­ta pani, co ura­dzi­li­śmy w kwe­stii ro­dzin­nych nie­sna­sek?

– Moja córka jest za­męż­na – za­pro­te­sto­wał Geo­r­ge Gor­don. – A jej mąż, w prze­ci­wień­stwie do niej, żyje.

Ada zmru­ży­ła oczy, przy­glą­da­jąc się ojcu.

– On­to­lo­gia mo­je­go mał­żeń­stwa… – za­czę­ła w tej samej chwi­li, w któ­rej on znów otwo­rzył usta, żeby coś po­wie­dzieć.

Wszy­scy po­zo­sta­li spio­ru­no­wa­li wzro­kiem i ojca, i córkę.

– Wróć­my do na­szych ba­ra­nów – za­pro­po­no­wał dok­tor Hyde.

– Wy­pra­szam… – za­czął Geo­r­ge Gor­don, ale za­milkł.

– Herr Vik­tor – kon­ty­nu­owa­ła Ada, spo­glą­da­jąc na Niem­ca – jak ro­zu­miem jest chi­rur­giem i ma pewne do­świad­cze­nie na polu oży­wia­nia umar­łych…

– Złe do­świad­cze­nie – pod­kre­ślił wy­wo­ła­ny. Na dźwięk tych słów wszy­scy prze­wró­ci­li ocza­mi, po­nie­waż sły­sze­li je ponad dzie­sięć razy w ciągu ostat­nich go­dzin.

– To wszyst­ko ozna­cza, że wasza czwór­ka może mieć ja­kieś zna­cze­nie dla na­sze­go za­da­nia, choć po­dej­rze­wam, że ci dwaj – wska­za­ła na ojca i Po­li­do­rie­go – są dwaj tylko dla­te­go, że są nie­roz­łącz­ni. Jeden by cał­ko­wi­cie wy­star… – Bła­gal­ne spoj­rze­nie Niem­ca i Hyde’a po­wstrzy­ma­ło ją od kon­ty­nu­owa­nia tego wy­wo­du.

– A co z Ład­nym? – za­py­tał Hyde.

Jak zwy­kle za­po­mnie­li o nim. Leo zdą­żył za­snąć wci­śnię­ty wraz z fo­te­lem w ciem­ny kąt. Obu­dzi­li go bez­ce­re­mo­nial­nie i wy­cią­gnę­li z niego nie­skład­ną opo­wieść o po­dró­ży do Afry­ki, nie­zwy­kle uro­dzi­wej cza­ro­dziej­ce i ży­cio­daj­nym pło­mie­niu.

– Nie ro­zu­miem – po­wie­dzia­ła w końcu Ada. – Po co zbie­rać nas wszyst­kich, skoro naj­wy­raź­niej wy­star­czy do­star­czyć de­li­kwen­ta do tej ogni­stej ko­lum­ny… – Umil­kła na widok udrę­czo­ne­go wzro­ku Ład­ne­go.

Hyde pod­szedł do chło­pa­ka.

– O co wła­ści­wie cho­dzi, Leo? – za­py­tał.

Ładny scho­wał twarz w dło­niach. Przez chwi­lę sie­dział tak, po­grą­żo­ny w me­lan­cho­lii. Geo­r­ge Gor­don wstał znie­cier­pli­wio­ny z fo­te­la, nie zdą­żył jed­nak się ode­zwać, gdyż ubiegł go Po­li­do­ri.

– O ile zro­zu­mia­łem opo­wieść na­sze­go mło­de­go przy­ja­cie­la – po­wie­dział, igno­ru­jąc po­gar­dli­we prych­nię­cia pra­wie wszyst­kich ze­bra­nych –ko­rzy­sta­nie z tego źró­dła wiecz­nej mło­do­ści po­cią­ga ze sobą po­waż­ne kon­se­kwen­cje na­tu­ry, po­wiedz­my: oso­bi­stej. – Leo wy­raź­nie się za­ru­mie­nił. – A zatem, jeśli na­szym za­da­niem jest wskrze­sić tego… kto­kol­wiek to jest… tak, żeby się nawet nie zo­rien­to­wał, ta me­to­da rów­nież nie za­dzia­ła.

Za oknem roz­le­gła się pieśń sło­wi­ka. Geo­r­ge Gor­don ziew­nął.

– Za­rzą­dzam ko­niec obrad na dziś – oznaj­mił. – Ci z was, któ­rzy muszą się po­ży­wiać, znaj­dą za­pew­ne coś w ja­dal­ni, ja idę spać. Po­li­do­ri! – za­wo­łał gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu.

Dok­tor nie­chęt­nie od­szedł od sku­lo­ne­go w fo­te­lu Ład­ne­go.

– Pa­no­wie – zwró­ci­ła się do po­zo­sta­łych Ada – mu­si­my teraz za­de­cy­do­wać, czy ule­ga­my ter­ro­ro­wi mo­je­go ojca, czy też pró­bu­je­my zna­leźć roz­wią­za­nie w zmniej­szo­nym gro­nie.

Hyde za­my­ślił się i przez chwi­lę szcze­gó­ły jego ob­li­cza zmie­nia­ły się jak szkieł­ka w ka­lej­do­sko­pie.

– Muszę od­po­cząć – od­rzekł w końcu. – Ina­czej źle się to dla nas skoń­czy.

Nie­miec przy­glą­dał mu się z uwagą.

– Mam wra­że­nie, że nie po­wie­dział nam pan o sobie wszyst­kie­go – za­uwa­żył.

– A kto po­wie­dział? – mruk­nę­ła Ada.

– Pani oj­ciec, aż za dużo – od­pa­ro­wał Hyde, po czym zmi­ty­go­wał się. – Pani wy­ba­czy.

Ada spoj­rza­ła na Ład­ne­go. Leo spał w fo­te­lu.

– Ro­zejdź­my się. Może dzień przy­nie­sie radę.

 

Po trzech dniach, a ra­czej no­cach długich dysput o tym, jak wykorzystać i połączyć zdolności lub umiejętności poszczególnych osób dla osiągnięcia celu, Ada trzy­ma­ła w ręce kart­kę pa­pie­ru, na któ­rej wid­nia­ło coś, co na pierw­szy rzut oka można było uznać za wzór che­micz­ny lub for­mu­łę ma­te­ma­tycz­ną.

– A zatem pierw­szą za­gad­kę roz­wią­za­li­śmy – po­wie­dział Nie­miec. – Do­sko­na­le. Pod­su­muj­my. Leo jest na­szym pod­sta­wo­wym ele­men­tem. Za­kła­da­my, że jako no­si­ciel ży­cio­daj­ne­go pło­mie­nia, jest w sta­nie oży­wić pa­cjen­ta.

Ładny nie wy­glą­dał na za­chwy­co­ne­go tą per­spek­ty­wą.

– Pan poeta albo jego przy­du­pas – pod­jął Hyde – zajmą się pa­mię­cią oży­wień­ca…

– A pan ob­my­śli mik­stu­rę, która po­mo­że przy­wró­cić mu zmy­sły i ja­sność myśli – do­koń­czył Po­li­do­ri, po któ­re­go minie było wy­raź­nie widać, że okre­śle­nie przy­du­pas nie spodo­ba­ło mu się, ale po­sta­no­wił to prze­mil­czeć.

– Nasz drogi nie­miec­ki przy­ja­ciel zaś – po­wie­dział kwa­śno Geo­r­ge Gor­don – do­sztu­ku­je w razie po­trze­by bra­ku­ją­ce koń­czy­ny, czyż nie tak?

Ada po­tak­nę­ła. Tak wła­śnie stało w jej no­tat­kach.

– A w sumie… – Nie­miec spo­glą­dał na nią po­nu­ro. – Co pani tu robi?

Wszy­scy spoj­rze­li po sobie, jakby ni­ko­mu wcze­śniej nie przy­szła ta myśl do głowy.

– Jest se­kre­tar­ką. – Geo­r­ge Gor­don wzru­szył ra­mio­na­mi.

Nie­miec zi­gno­ro­wał tę uwagę.

– Da­li­śmy się temu zwieść – po­wie­dział. – Wszy­scy opo­wia­da­li­śmy o swo­ich nie­zwy­kłych do­świad­cze­niach, a pani spo­koj­nie se­kre­ta­rzo­wa­ła. Jaka jest pani ta­jem­ni­ca? – Wy­cią­gnął w jej stro­nę oskar­ży­ciel­sko palec.

Ada wsu­nę­ła się głę­biej w fotel. Gdyby nie to, że od dawna się nie po­ci­ła, by­ła­by teraz cała zlana potem. Męż­czyź­ni nie spusz­cza­li z niej wzro­ku, nawet Ładny wy­ka­zał cień za­in­te­re­so­wa­nia. W końcu wes­tchnę­ła cięż­ko, pod­nio­sła się z fo­te­la i za­czę­ła roz­pi­nać ha­ft­ki przy sukni.

Hyde gwizd­nął, po czym za­ru­mie­nił się i wy­bą­kał coś nie­zro­zu­mia­łe­go. Ładny był czer­wo­ny jak burak. Nie­miec przy­glą­dał się jej z za­in­te­re­so­wa­niem, które wy­da­wa­ło się cał­kiem na­uko­we.

– No, no – ode­zwał się Geo­r­ge Gor­don. – Wie­dzia­łem, że je­steś eks­cen­trycz­na, ale tego się nie spo­dzie­wa­łem…

– Jest pani pewna, że to ko­niecz­ne? – wy­bą­kał Po­li­do­ri, który nagle zro­bił się jesz­cze bled­szy niż zwy­kle.

Ada wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, przy oka­zji zsu­wa­jąc z nich suk­nię.

– Ab­so­lut­nie – od­rze­kła.

Suk­nia opa­dła na pod­ło­gę, za nią gor­set, halka i cała resz­ta skom­pli­ko­wa­nej bie­li­zny. Męż­czyź­ni jęk­nę­li. Nie wie­dzie­li, gdzie po­dziać oczy, więc spo­glą­da­li to po sobie, to na me­ta­lo­wy szkie­let sto­ją­cy przed nimi.

Hyde gwizd­nął kilka razy. Ładny wy­glą­dał, jakby miał ze­mdleć. Na­uko­we za­in­te­re­so­wa­nie Niem­ca się­gnę­ło ze­ni­tu.

– No, no – po­wie­dział Geo­r­ge Gor­don, zerkając na swoją kostkę, jakby jeszcze pamiętała ból zadany przez metalową stopę. – Na coś ci się te na­uko­we fa­na­be­rie przy­da­ły, jak widzę, droga Augusto.

– Jak pani… to…? – wy­du­kał Po­li­do­ri.

– Po­mógł mi pe­wien in­ży­nier, ale dzia­ła­nie za­pro­gra­mo­wa­łam sama – od­par­ła Ada tonem, jakby mó­wi­ła o tym, co bę­dzie na ko­la­cję. – A teraz, jak już pa­no­wie na­sy­ci­li się wi­do­kiem, może któ­ryś po­mo­że mi się ubrać?

Żaden nie po­spie­szył z po­mo­cą.

– Nadal nie ro­zu­miem, po co pani tu jest – po­wie­dział po kwa­dran­sie Nie­miec.

– Jeśli to pana w ja­kim­kol­wiek stop­niu po­cie­szy – od­par­ła Ada – ja też nie. Czy mo­że­my pod­pi­sać ten ra­port?

 

– Jej Kró­lew­ska Mość jest umiar­ko­wa­nie za­do­wo­lo­na – oznaj­mił na­stęp­ne­go wie­czo­ra sir Fre­de­rick.

– Umiar­ko­wa­nie? – prych­nął Geo­r­ge Gor­don. – A czego ta stara mop­si­ca by jesz­cze chcia­ła?

– Wy­peł­ni­li­śmy za­da­nie i to przed cza­sem – oznaj­mił Nie­miec, ale w jego gło­sie po­brzmie­wał nie­po­kój. – Ro­zu­miem, że mogę ru­szać w dal­szą wę­drów­kę…

Sir Fre­de­rick za­kla­skał w ręce z ra­do­ści.

– Jakiż pan do­myśl­ny! – za­wo­łał. – Wszy­scy wy­ru­sza­cie! Czasu do pierw­sze­go czerw­ca nie ma już zbyt wiele, a czeka was da­le­ka po­dróż. Oczy­wi­ście za­pew­nia­my naj­lep­sze wa­run­ki i naj­no­wo­cze­śniej­sze środ­ki trans­por­tu.

Nie­miec wy­glą­dał, jakby go pio­run strze­lił. Ładny sie­dział apa­tycz­nie w fo­te­lu. Hyde za­my­ślił się, jakby coś li­czył.

– Zdaje pan sobie oczy­wi­ście spra­wę – Geo­r­ge Gor­don zwró­cił się do sir Fre­de­ric­ka – że ja i mój przy­ja­ciel po­trze­bu­je­my spe­cjal­nych wa­run­ków po­dró­ży, szcze­gól­nych wygód oraz środ­ków bez­pie­czeń­stwa?

Sir Fre­de­rick ukło­nił się.

– Wszyst­ko zo­sta­ło za­pla­no­wa­ne w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, mi­lor­dzie.

– Do­sko­na­le. – Geo­r­ge Gor­don za­tarł ręce. – Dokąd wy­ru­sza­my?

– Na po­łu­dnie Afry­ki – od­parł szam­be­lan, wpa­tru­jąc się w dywan.

Ładny wydał zdu­szo­ny okrzyk i ze­mdlał.

– Nie ma szans, że­by­śmy tam do­tar­li na czas – za­pro­te­sto­wał Nie­miec.

Ada wpa­try­wa­ła się w sir Fre­de­ric­ka spod przy­mru­żo­nych po­wiek.

– Naj­no­wo­cze­śniej­sze środ­ki trans­por­tu – mruk­nę­ła.

 

Na­stęp­ne­go wie­czo­ra prze­wie­zio­no ich do strze­żo­ne­go przez od­dział woj­ska doku w So­uthend. Stali teraz na na­brze­żu i pa­trzy­li, jak spod wody wy­nu­rza się ma­je­sta­tycz­ny kształt, przy­po­mi­na­ją­cy ogrom­ne cy­ga­ro. Od stro­ny głów­ne­go portu nad­je­chał powóz, z któ­re­go wy­siadł star­sza­wy je­go­mość.

– Sza­now­ni pań­stwo – zwró­cił się do ze­bra­nych – na­zy­wam się Bru­nel, je­stem głów­nym pro­jek­tan­tem tego stat­ku.

Hyde lu­stro­wał go wzro­kiem.

Ten Bru­nel czy może jego syn? – za­py­tał. – Ten zaj­mo­wał się ko­le­ją że­la­zną i mo­sta­mi, o ile mnie pa­mięć nie myli, ale potem słuch o nim za­gi­nął…

– Znaj­du­je się pan w takim to­wa­rzy­stwie – od­parł in­ży­nier, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi – że chyba nic nie po­win­no pana dzi­wić. Pani hra­bi­no – zwró­cił się do Ady z ukło­nem – widzę, że moja kon­struk­cja do­sko­na­le pani służy.

Nie­miec gwizd­nął.

– Po­pły­nie­my do Kraju Przy­ląd­ko­we­go… a kon­kret­nie na pewną bar­dzo małą wyspę po­ło­żo­ną nieco na za­chód od niego, gdzie czeka już na nas naj­lep­szy prze­wod­nik, ja­kie­go mogą sobie pań­stwo wy­ma­rzyć. Stam­tąd prze­mie­ści­cie się na wschód, do Na­ta­lu… inną ma­szy­ną mojej kon­struk­cji.

Po wy­pły­nię­ciu zgro­ma­dzi­li się w urzą­dzo­nej jak salon ka­ju­cie, przy­glą­da­jąc się prze­my­ka­ją­cym za okna­mi łodzi rybom. Sta­tek pły­nął za­ska­ku­ją­co szyb­ko, gład­ko i nie­mal bez­gło­śnie, jeśli nie li­czyć mo­no­ton­ne­go szumu ma­szy­ne­rii, do któ­re­go przy­wy­kli po kilku go­dzi­nach.

– Dla­cze­go Afry­ka? – za­py­tał Nie­miec.

– Bo to na końcu świa­ta? – za­pro­po­no­wał Po­li­do­ri. – I nikt nigdy nie dowie się o na­szym eks­pe­ry­men­cie? Zwłasz­cza gdyby się nie po­wiódł…

Brzmia­ło to lo­gicz­nie, więc po­zo­sta­li po­ki­wa­li gło­wa­mi. Herr Vik­tor gła­dził w za­my­śle­niu krót­ką brodę.

– Poza tym tam chwi­lo­wo trwa wojna – dodał Hyde – więc pierw­sze­go czerw­ca, po­dob­nie jak w każ­dym innym dniu, na pewno ktoś zgi­nie.

Walka o wol­ność, gdy się raz za­czy­na… – mruk­nął pod nosem Geo­r­ge Gor­don. – I tak dalej, pa­mię­ta­cie, oczy­wi­ście… – Nikt nie po­tak­nął, więc jego lor­dow­ska mość kon­ty­nu­ował, igno­ru­jąc ich igno­ran­cję: – Z moją ży­cio­wą hi­sto­rią – zi­gno­ro­wał rów­nież nagły ka­szel Po­li­do­rie­go – nie czuję się zbyt kom­for­to­wo, sta­jąc po stro­nie im­pe­rium prze­ciw­ko wol­ne­mu na­ro­do­wi Zu­lu­sów…

To­wa­rzy­stwo w od­po­wie­dzi zi­gno­ro­wa­ło rów­nież tę ty­ra­dę, co tro­chę zi­ry­to­wa­ło jej au­to­ra. Spoj­rze­nie Ady były nie­obec­ne, jakby coś li­czy­ła.

– Tak – po­wie­dzia­ła w końcu powoli – na woj­nie każ­de­go dnia ktoś ginie.

Nikt na nią nie spojrzał, wszyscy patrzyli w przestrzeń. Niemniej w powietrzu zawisło niedopowiedziane: “Jej Kró­lew­ska Mość spra­wia­ła wra­że­nie, jakby cho­dzi­ło o kon­kret­ną śmierć”.

– Jeśli eks­pe­ry­ment się nie po­wie­dzie – mruk­nął Nie­miec – łatwo bę­dzie zwa­lić, co­kol­wiek po nim po­zo­sta­nie, na dzi­ku­sów.

Geo­r­ge Gor­don ostro za­pro­te­sto­wał prze­ciw­ko okre­śle­niu „dzi­ku­sy”. Po­li­do­ri nie­mra­wo go po­parł. Ładny obu­dził się na chwi­lę i wy­mam­ro­tał coś o sta­ro­żyt­nych lu­dach Afry­ki, czym zy­skał po­chwa­łę Geo­r­ge’a Gor­do­na. Hyde i Nie­miec wy­mie­ni­li po­gar­dli­we spoj­rze­nia, po czym Hyde ukrad­kiem łyk­nął tro­chę swo­jej mik­stu­ry i wy­ja­śnił, że wła­ści­wie nie miał na myśli nic ob­raź­li­we­go. Roz­go­rza­ła dys­ku­sja.

Ada mil­cza­ła.

 

Na roz­le­głym pla­te­au nad ma­leń­kim por­to­wym mia­stecz­kiem cze­ka­ła na nich ko­lej­na nie­spo­dzian­ka. Bal­lon di­ri­ge­able pre­zen­to­wał się oka­za­le nawet w mar­nym świe­tle księ­ży­ca i gwiazd. Szum ma­szy­ne­rii utrud­niał roz­mo­wy, ale i tak wszy­scy za wy­jąt­kiem Ady ga­pi­li się z otwar­ty­mi sze­ro­ko ocza­mi na ma­szy­nę, o któ­rej ist­nie­niu oczy­wi­ście wszy­scy wie­dzie­li, ale nigdy nie wi­dzie­li jej na wła­sne oczy. Nie wie­dzie­li nawet, że w Wiel­kiej Bry­ta­nii pro­du­ko­wa­no ste­row­ce . A już na pewno nie przy­pusz­cza­li, że są zdol­ne latać na da­le­kie dy­stan­se – udane pa­ry­skie próby obej­mo­wa­ły za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt mil.

– Pań­stwo wy­ba­czą moją pre­dy­lek­cję do kształ­tu cy­ga­ra – po­wie­dział Bru­nel. – Od kiedy… prze­ży­łem sa­me­go sie­bie, nie mogę już sma­ko­wać praw­dzi­wych, więc to mój hołd dla daw­nej przy­jem­no­ści.

– Tech­no­lo­gia wy­kra­dzio­na Pru­som. – Nie­miec zmarsz­czył brwi, jakby coś kal­ku­lo­wał.

Geo­r­ge Gor­don skrzy­wił się i prych­nął po­gar­dli­wie.

– An­glia pa­nu­je na fa­lach oce­anów, a nie w po­wie­trzu – oznaj­mił.

– Sta­rze­jesz się, ojcze – od­gry­zła się Ada. – Daw­niej za­chwy­cił­byś się no­wo­cze­sno­ścią.

W tej chwi­li od stro­ny wi­docz­ne­go w od­da­li Ja­me­stown roz­legł się stu­kot koń­skich kopyt i chwi­lę póź­niej do­łą­czył do nich wy­so­ki ży­la­sty męż­czy­zna w tro­pi­kal­nym ubra­niu.

– Sir Ri­chard – po­wie­dzia­ła Ada, po raz pierw­szy wy­ka­zu­jąc za­in­te­re­so­wa­nie oko­licz­no­ścia­mi. – Po­win­nam się była do­my­ślić…

– Lady Lo­ve­la­ce – od­parł, ca­łu­jąc ją w dłoń. – Ma­rzy­łem o tym, żeby panią po­znać.

Jej oj­ciec rzu­cił mu ura­żo­ne spoj­rze­nie.

– Czy do­brze mi się wy­da­je – zwró­cił się do po­dróż­ni­ka tonem su­ge­ru­ją­cym, że to on sam po­wi­nien być przed­mio­tem ma­rzeń o oso­bi­stym po­zna­wa­niu, a nie jego córka – że oto zna­leź­li­śmy się na skale współ­cze­sne­go Pro­me­te­usza, którą za­szczy­ci­łem nie­gdyś wzmian­ką w jed­nym z moich po­ema­tów?

Pan Bur­ton nie zdą­żył mu od­po­wie­dzieć, po­nie­waż za­ło­ga ste­row­ca wła­śnie za­mel­do­wa­ła mu, że po­jazd jest go­to­wy do star­tu. Sil­ni­ki szu­mia­ły, ale za­głu­sza­ło je nie­usta­ją­ce na tej wy­sep­ce wycie wia­tru.

– Mam wra­że­nie, drogi ojcze – szep­nę­ła Ada – że je­steś trosz­kę prze­brzmia­łą sławą, świat po­szedł do przo­du. Może wiecz­nie żywa po­win­na być po­ezja, a nie poeta? Pro­me­te­usz uwol­nio­ny jest znacz­nie mniej słyn­ny od uwię­zio­ne­go… Są tacy, któ­rzy o tym wie­dzą.

Wiatr za­głu­szył jego od­po­wiedź, jeśli ja­ka­kol­wiek padła.

 

Le­cie­li trzy noce i trzy dni nad mo­rzem, z któ­re­go od czasu do czasu wy­nu­rza­ło się ogrom­ne ciel­sko, wy­rzu­ca­ją­ce w górę fon­tan­nę wody. Do­pie­ro pod ko­niec po­dró­ży skrę­ci­li na pół­noc i kiedy słoń­ce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, wy­lą­do­wa­li na po­kry­tej suchą ro­ślin­no­ścią rów­ni­nie, gdzie prze­sie­dli się na konie i ru­szy­li za sir Ri­char­dem. Za nimi za­ło­ga ste­row­ca skła­da­ła balon, aby ukryć go przed ocza­mi cie­kaw­skich – wra­cać mieli do­pie­ro za kilka dni.

Nocna jazda nie była przy­jem­na, ale nie­zbęd­na dla dwóch człon­ków eks­pe­dy­cji, a poza tym, jak wy­ja­śnił im jesz­cze w Lon­dy­nie sir Fre­de­rick, Jej Kró­lew­skiej Mości za­le­ża­ło na za­cho­wa­niu misji w se­kre­cie.

– O co w tym wszyst­kim na­praw­dę cho­dzi? – za­py­tał Hyde, kiedy około czwar­tej nad ranem za­trzy­ma­li się u celu po­dró­ży: w nie­wiel­kiej ko­tli­nie i roz­pa­li­li do­brze ukry­ty ogień u wy­lo­tu płyt­kiej groty.

Nikt mu nie od­po­wie­dział, wszy­scy wsłu­chi­wa­li się w od­gło­sy nie­zna­ne­go kon­ty­nen­tu, które dla nich – może za wy­jąt­kiem Ład­ne­go – były nowe, ta­jem­ni­cze i fa­scy­nu­ją­ce.

Sir Ri­chard za­pa­lił fajkę i wyjął z kie­sze­ni ko­per­tę. Przez chwi­lę roz­glą­dał się po całym to­wa­rzy­stwie, aż w końcu podał go Adzie.

– Jak znam życie, zro­bi­li panią se­kre­tar­ką, nie wi­dząc innej roli dla ko­bie­ty – po­wie­dział obo­jęt­nym tonem – więc rów­nie do­brze pani może to prze­czy­tać. Pan Bru­nel do­stał to od Sir Fre­de­ric­ka, a ja od niego, z po­le­ce­niem prze­ka­za­nia pań­stwu na miej­scu.

Ada prze­bie­ga­ła list wzro­kiem, czu­jąc się tak, jak kiedy za życia krew od­pły­wa­ła jej z twa­rzy.

– „Wie­czo­rem pierw­sze­go czerw­ca puł­kow­nik N. przy­wie­zie pań­stwu ciało mło­de­go żoł­nie­rza. Wy­pró­bu­je­cie na nim swoje me­to­dy. Pro­szę pa­mię­tać, że po­wo­dze­nie tej misji jest dla Jej Królewskiej Mości priorytetem i sprawą wagi państwowej.” – Spoj­rza­ła na górę kart­ki, gdzie wy­pi­sa­ny był kod nie­zna­ne­go jej urzę­du oraz dwa słowa: „Kryp­to­nim Kirk­pa­trick”. – Kirk­pa­trick? – zwró­ci­ła się do to­wa­rzy­szy. – Czy komuś z panów mówi coś to na­zwi­sko?

Po­krę­ci­li prze­czą­co gło­wa­mi, tylko Geo­r­ge Gor­don mam­ro­tał coś pod nosem o tym, że może i znał kie­dyś kogoś, kto tak się na­zy­wał. Nikt nie zwra­cał na niego uwagi.

– Pierw­szy czerw­ca to już dziś – po­wie­dział głu­cho Hyde. – Wła­śnie mi­nę­ła pół­noc.

 

Wind­sor, 1 czerw­ca 1879

„Dla­cze­go, dla­cze­go to zro­bi­łam?” – py­ta­ła samą sie­bie Wik­to­ria, nie mogąc sku­pić się na gło­sie lek­tor­ki. Nagle do­tar­ły do niej słowa czy­ta­ne­go wła­śnie wier­sza. Coś o la­sach i ła­bę­dziach, a potem ten jeden wers, który kró­lo­wa zna na pa­mięć:

Mnie jed­ne­go okrut­na nie­śmier­tel­ność trawi.

Do­praw­dy, po­my­śla­ła kró­lo­wa. Nie dość, że ten nie­zno­śny Ten­ny­son (pisze cu­dow­ne wier­sze, ale mógł­by oka­zy­wać wię­cej sza­cun­ku), to jesz­cze Ti­to­nos? Co za nie­takt, aku­rat teraz. Kto to wy­brał?

– Dzię­ku­ję, moja droga, wy­star­czy na dziś – po­wie­dzia­ła do dziew­czy­ny.

Kiedy lek­tor­ka wy­szła, myśli Jej Kró­lew­skiej Mości po­wę­dro­wa­ły da­le­ko. Minie sporo dni, zanim na­dej­dą wie­ści z po­łu­dnia Afry­ki, więc póki co Wik­to­rię bę­dzie za­bi­ja­ła nie­pew­ność.

– Dla­cze­go to zro­bi­łam? – po raz pierw­szy wy­po­wie­dzia­ła to py­ta­nie na głos.

Astro­log podał bar­dzo do­kład­ną datę, ale poza tym jego wie­ści były nie­ja­sne, jak zwy­kle. Dla­cze­go oni muszą być jak grec­kie wy­rocz­nie, za­sta­na­wia­ła się kró­lo­wa. W gło­wie za­ko­ła­ta­ło wspo­mnie­nie lek­cji od­by­wa­nych w dzie­ciń­stwie… Jeśli roz­pocz­niesz tę wojnę, upad­nie wiel­kie im­pe­rium. Wojnę roz­po­czę­li nie­sfor­ni urzęd­ni­cy, na­po­mnia­ła samą sie­bie. A to, co się tam dziś wy­da­rzy, miej­my na­dzie­ję, zmie­ni losy im­pe­rium, choć w spo­sób zu­peł­nie od­mien­ny, niż kto­kol­wiek mógł­by się spo­dzie­wać.

Zer­k­nę­ła na le­żą­cy na biur­ku otwar­ty tom Ten­ny­so­na. Prze­kart­ko­wa­ła go i zna­la­zła inny wiersz.

Nie ich za­da­niem dać od­po­wiedź;

Nie ich za­da­niem pytać po co;

Dla nich tylko roz­kaz i śmierć.

 

Tshot­sho­si, Natal, 1 czerw­ca 1879

Kiedy zbli­żał się świt, Geo­r­ge Gor­don i Po­li­do­ri za­czę­li się nie­pew­nie wier­cić i wtedy Nie­miec do­ko­nał od­kry­cia. Grota, do któ­rej sir Ri­chard kie­ro­wał się naj­wy­raź­niej wedle bar­dzo kon­kret­nych wska­zó­wek, była znacz­nie ob­szer­niej­sza niż im się wy­da­wa­ło w nocy. Tylna ścia­na oka­za­ła się je­dy­nie za­ło­mem, a dalej cią­gnę­ła się ogrom­na pie­cza­ra z pła­skim gła­zem na samym środ­ku.

– Jak stół ope­ra­cyj­ny. – Hyde wzdry­gnął się. – Wszyst­ko przy­go­to­wa­ne.

– Kim jest puł­kow­nik N.? – za­py­tał Nie­miec.

Nikt nie miał po­ję­cia.

– O co w tym wszyst­kim na­praw­dę cho­dzi? – Ada zwró­ci­ła się do sir Ri­char­da, który ze sto­ic­kim spo­ko­jem palił fajkę.

– Droga hra­bi­no – od­parł po chwi­li – nie wiem tego w stop­niu jesz­cze więk­szym niż kto­kol­wiek z pań­stwa. Moją rolą było je­dy­nie przy­wieźć wszyst­kich w to kon­kret­ne miej­sce, w któ­rym nigdy wcze­śniej nie byłem. – Za­wie­sił na chwi­lę głos i spoj­rzał jej pro­sto w oczy. – Jak pani może wie, z re­gu­lar­ne­go woj­ska wy­rzu­co­no mnie pra­wie czter­dzie­ści lat temu, a ka­rie­rę po­dróż­ni­czą też w za­sa­dzie po­rzu­ci­łem na rzecz zajęć bar­dziej lu­kra­tyw­nych.

Hyde prych­nął.

– Co w takim razie pana skło­ni­ło…?

– Jej Kró­lew­ska Mość była bar­dzo prze­ko­nu­ją­ca – od­parł krót­ko. Na­stęp­nie pod­niósł się, zer­k­nął na ze­ga­rek i za­czął sio­dłać konia.

– Pan od­jeż­dża? – za­py­ta­ła Ada.

– Taki mam roz­kaz. Wrócę, pro­szę się nie oba­wiać. Muszę was prze­cież ode­skor­to­wać z po­wro­tem do ste­row­ca.

Za­pa­dła cisza, w któ­rej sły­chać było je­dy­nie wiatr, szum wy­so­kiej trawy i może od­gło­sy ludzi lub zwie­rząt, do­bie­ga­ją­ce spoza ła­god­ne­go wzgó­rza wzno­szą­ce­go się nad ja­ski­nią.

W po­łu­dnie usły­sze­li od­gło­sy po­tycz­ki. Krzy­ki po an­giel­sku, krzy­ki w nie­zna­nym im ję­zy­ku, wy­strza­ły, jęki, wię­cej krzy­ków, wię­cej strza­łów… Wszyst­ko dość da­le­ko. Szum nie­da­le­kie­go stru­mie­nia tłu­mił część dźwię­ków.

Do­tar­li tu nocą, więc wcze­śniej nie mieli wiele oka­zji, żeby po­dzi­wiać kra­jo­braz, ale teraz wi­dzie­li, że w kie­run­ku, z któ­re­go kilka go­dzin temu wsta­ło słoń­ce, roz­cią­ga się ogrom­na do­li­na, po­ły­sku­ją­ca me­an­dra­mi rzeki. Od­gło­sy walki do­cho­dzi­ły ze stro­ny prze­ciw­nej, ze wzgó­rza wzno­szą­ce­go się nad nimi.

– Nie brzmi to jak duża bitwa – za­uwa­żył Hyde, po czym dodał, wi­dząc py­ta­ją­ce spoj­rze­nia współ­to­wa­rzy­szy: – Byłem pod Ba­ła­kła­wą, roz­po­znał­bym i ar­ty­le­rię, i szar­żę ka­wa­le­rii.

Nagle wszyst­ko uci­chło. Przez chwi­lę sły­chać było jesz­cze tę­tent spło­szo­ne­go konia, a potem długo na­słu­chi­wa­li uważ­nie, pod­ry­wa­jąc się na każdy sze­lest. Nie­mniej ocze­ki­wa­nie i zmę­cze­nie po dłu­giej po­dró­ży spra­wi­ły, że przy­sy­pia­li, choć nie był to spo­koj­ny sen: bu­dzi­ło ich po­czu­cie, że lada chwi­la coś się wy­da­rzy.

Wy­da­rzy­ło się do­kład­nie tak, jak za­po­wia­dał list.

Cie­nie przed ja­ski­nią znacz­nie się już wy­dłu­ży­ły, kiedy do ko­tli­ny wbie­gli dwaj żoł­nie­rze dźwi­ga­ją­cy nosze, na któ­rych nie­wąt­pli­wie le­ża­ło na­kry­te woj­sko­wym płasz­czem ciało. Za nimi na koniu pod­je­chał ofi­cer w kor­ko­wym heł­mie, spod któ­re­go le­d­wie było widać rysy twa­rzy.

Puł­kow­nik omiótł sie­dzą­ce u wej­ścia do groty to­wa­rzy­stwo, na­ka­zał żoł­nie­rzom zło­żyć nosze na ziemi i za­cze­kać na niego na wzgó­rzu.

– Ro­zu­miem, że pań­stwo wie­dzą, co dalej robić – po­wie­dział chłod­no, nie zwra­ca­jąc się kon­kret­nie do żad­ne­go ze zgro­ma­dzo­nych.

Po tych sło­wach, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, skło­nił sztyw­no głowę i od­je­chał.

Nie­miec pod­szedł do ciała. Po­zo­sta­li przy­glą­da­li mu się z ja­ski­ni.

Nagle nie­da­le­ko roz­legł się strzał, a potem drugi.

Spoj­rze­li po sobie z prze­ra­że­niem.

– Bierz­my się do ro­bo­ty – po­wie­dział Hyde. – Trze­ba skoń­czyć z tym jak naj­szyb­ciej. Robi się nie­przy­jem­nie.

Nie­miec przy­glą­dał się z uwagą jego trzę­są­cym się rękom i gry­ma­so­wi wy­krzy­wia­ją­ce­mu ob­li­cze.

– Myślę, że po­wi­nien pan łyk­nąć tej swo­jej mik­stu­ry – mruk­nął. – Le­piej, żeby nie roz­szar­pał pan tego nie­bosz­czy­ka na strzę­py, bo po­zszy­wa­ne ciało nie wy­glą­da zbyt na­tu­ral­nie.

Hyde spoj­rzał na niego spode łba, ale wyjął bu­te­lecz­kę i po­cią­gnął z niej so­lid­ny łyk. Jego rysy wy­gła­dzi­ły się, dło­nie prze­sta­ły drżeć. Pod­szedł do noszy i uniósł płaszcz.

Zo­ba­czy­li mło­de­go męż­czy­znę w bry­tyj­skim mun­du­rze, nie­wąt­pli­wie mar­twe­go, z cia­łem po­zna­czo­nym ra­na­mi od włócz­ni. W dłoni, jakby dla pod­kre­śle­nia tego faktu, ści­skał wciąż drzew­ce afry­kań­skiej broni, za­pew­ne wy­rwa­nej wro­go­wi, żeby się bro­nić.

Ada od­wró­ci­ła wzrok, ale twarz mło­dzień­ca, na którą le­d­wie rzu­ci­ła okiem, nie da­wa­ła jej spo­ko­ju. Przy­sta­nę­ła u wej­ścia i pa­trzy­ła jak Nie­miec z Hydem wno­szą ciało do groty.

– Leo? – za­wo­ła­ła.

Ładny sie­dział obok pła­skie­go ka­mie­nia, na któ­rym dwaj męż­czyź­ni zło­ży­li bez­wład­ne ciało.

– As­sa­gaj – po­wie­dział na widok uła­ma­nej włócz­ni w ręku mar­twe­go po­rucz­ni­ka. – Znam tę broń…

Pod­niósł wzrok na Adę. Ski­nę­ła do niego za­chę­ca­ją­co głową. Wstał i od­wra­ca­jąc wzrok od zma­sa­kro­wa­ne­go męż­czy­zny, po­ło­żył dło­nie na jego pier­si. A potem na twa­rzy.

Z mroku w głębi ja­ski­ni wy­chy­nął Geo­r­ge Gor­don z nie­od­łącz­nym Po­li­do­rim. Hyde trzy­mał w po­go­to­wiu bu­te­lecz­kę z przy­go­to­wa­ną jesz­cze w Lon­dy­nie nową, eks­pe­ry­men­tal­ną mik­stu­rą. Nie­miec wy­cią­gnął swój chi­rur­gicz­ny ne­se­ser i za­czął me­to­dycz­nie zszy­wać rany. Ada spoj­rza­ła na niego py­ta­ją­co.

– Jak tego nie zro­bię, wy­krwa­wi się z po­wro­tem – wy­ja­śnił, przy­glą­da­jąc się uważ­nie ranom. Coś mu­sia­ło zwró­cić jego uwagę, po­nie­waż wpa­try­wał się w jedną z nich ze szcze­gól­nym za­in­te­re­so­wa­niem, po czym kiedy nikt nie pa­trzył, wyjął z ne­se­se­ra szczyp­ce i roz­su­nął de­li­kat­nie skórę.

Ada ski­nę­ła głową. Nadal nie wie­dzia­ła, jaka jest jej rola w tym wszyst­kim.

Mi­nę­ło kilka go­dzin. Ciało było mar­twe, choć rany wy­glą­da­ły teraz jak nie­groź­ne za­dra­śnię­cia. Mimo że był już wie­czór, a po­wie­trze sta­wa­ło się coraz chłod­niej­sze, u wy­lo­tu groty sły­chać było coraz bar­dziej na­tręt­ne brzę­cze­nie much.

– A jeśli to nie za­dzia­ła? – za­py­tał w pew­nym mo­men­cie Ładny. – Co wtedy? Mamy go oży­wić ina­czej? Czy zo­sta­wić… tak?

Nikt nie miał po­ję­cia. Żadne in­struk­cje nie wspo­mi­na­ły o ta­kiej opcji.

– Le­piej, żeby się udało – po­wie­dział Po­li­do­ri, wzdry­ga­jąc się. – Ina­czej, oba­wiam się, pań­stwo za­ro­bią kulki w głowę, a my dwaj wy­sta­wie­nie na pełne afry­kań­skie słoń­ce.

Ładny po­krę­cił głową.

– To nie dzia­ła. – Spoj­rzał na swoje ręce. – Tam… wie­cie, świa­tło, magia… – Jego wzrok stał się nie­obec­ny, roz­ma­rzo­ny. – I Ona.

W tej wła­śnie chwi­li Ada zro­zu­mia­ła, po co się tu zna­la­zła. Po­de­szła do ogni­ska i wzię­ła do ręki ża­rzą­cy się jesz­cze lekko ka­wa­łek drew­na. Dmu­cha­niem zdo­ła­ła wznie­cić nie­wiel­ki ogień. Męż­czyź­ni pa­trzy­li na nią ze zdu­mie­niem.

– Bra­ku­ją­ce ogni­wo – po­wie­dzia­ła. – Nie­zbęd­ny ele­ment. Nie­wia­do­ma w na­szym rów­na­niu.

Jej oj­ciec pa­trzył na nią ze zdu­mie­niem. Hyde ode­rwał się od spraw­dza­nia, ile jesz­cze mik­stu­ry zo­sta­ło w bu­te­lecz­ce. Ile­kroć wy­da­wa­ło się, że ciało mło­dzień­ca drga pod do­ty­kiem rąk Ład­ne­go, wle­wał zmar­łe­mu kro­plę płynu do ust. Bez­sku­tecz­nie. Po­li­do­ri pod­niósł się znad klat­ki pier­sio­wej żoł­nie­rza – na­zwa­li go po­rucz­ni­kiem Kirk­pa­tric­kiem, z po­wo­du dys­tynk­cji i kodu misji – i po­krę­cił głową na znak, że nie ro­zu­mie, po czym od­su­nął się od za­im­pro­wi­zo­wa­nej po­chod­ni. Nie­miec przy­glą­dał się Adzie z za­in­te­re­so­wa­niem i nie­pew­no­ścią.

Tylko Leo zro­zu­miał. Wy­cią­gnął ręce ku ognio­wi i ni­czym wodę za­gar­nął go w dło­nie, po czym przy­ło­żył je do mar­twe­go ciała. Z jego pal­ców spły­nę­ła błę­kit­na po­świa­ta, obej­mu­jąc ciało żoł­nie­rza, ukry­wa­jąc go na chwi­lę przed wzro­kiem ota­cza­ją­cych go osób.

Kiedy przy­ga­sła, na ka­mie­niu sie­dział jak naj­bar­dziej żywy „po­rucz­nik Kirk­pa­trick”, z lekko tylko nieprzytomnym wzrokiem.

– Co się stało? – za­py­tał.

– Zo­stał pan ranny – rozległ się od wej­ścia do groty głos puł­kow­ni­ka N. – Na szczę­ście to nic groź­ne­go, nie­mniej zo­sta­nie pan ode­sła­ny do An­glii. To roz­kaz – dodał, po­nie­waż mło­dzian miał minę, jakby za­mie­rzał pro­te­sto­wać.

W ste­row­cu obaj ofi­ce­ro­wie do­sta­li od­ręb­ną ka­ju­tę, po­dob­nie na łodzi pod­wod­nej. Au­to­rzy eks­pe­ry­men­tu nie mieli więc wpraw­dzie moż­li­wo­ści roz­mo­wy ze swoim pa­cjen­tem, ale po­wo­dze­nie misji wpro­wa­dzi­ło ra­do­sny na­strój wśród to­wa­rzy­stwa.

– Tak. – Po­li­do­ri po­twier­dził po­dej­rze­nia Hyde’a. – Wszyst­ko było moż­li­we dzię­ki temu, że on nie żył od ja­kie­go czasu? Go­dzi­ny? Dwóch?

– Po­wi­nie­nem był się z tym li­czyć w moich wcze­śniej­szych do­świad­cze­niach. – mruk­nął Nie­miec. Wy­da­wa­ło się, że chciał coś jesz­cze dodać, ale za­gryzł wargi i za­milkł. Za­ci­snął dłoń na małym okrą­głym me­ta­lo­wym przed­mio­cie, który wy­do­był z ciała po­rucz­ni­ka, kiedy za­szy­wał rany za­da­ne zu­lu­ski­mi włócz­nia­mi. Co ro­bi­ła kula w ciele czło­wie­ka, który zgi­nął od zu­lu­skich włócz­ni pod­czas… jak to po­wie­dział Hyde? Nie­wiel­kiej po­tycz­ki?

Ładny spał, ści­ska­jąc w ręce frag­ment zu­lu­skiej włócz­ni, z którą przy­nie­sio­no im pa­cjen­ta. Ada sie­dzia­ła w kącie i ma­rzy­ła o chwi­li, kiedy bę­dzie mogła pójść do bi­blio­te­ki i przej­rzeć ga­ze­ty. Coś nie da­wa­ło jej spo­ko­ju. Coś w wy­glą­dzie tego mło­dzień­ca. I w roz­mo­wie pod­słu­cha­nej przez drzwi za­mknię­tej ka­ju­ty. Po­rucz­nik do­py­ty­wał o pa­trol, za­sadz­kę, wro­gów w miej­scu, w któ­rym nie po­win­no ich być. Puł­kow­nik po­wta­rzał mu spo­koj­nym, mo­no­ton­nym gło­sem, jak ma­łe­mu dziec­ku, że tak zda­rza się na woj­nie i że z ca­łe­go od­dzia­łu prze­żył tylko on jeden, za co po­wi­nien być wdzięcz­ny Opatrz­no­ści.

– Nie­źle się spi­sa­łaś – po­wie­dział Geo­r­ge Gor­don, wy­ry­wa­jąc Adę z za­du­my. Uśmiech­nę­ła się do niego. Oj­ciec nigdy wcze­śniej jej za nic szcze­rze nie po­chwa­lił.

 

Wind­sor, 20 czerw­ca 1879

Kró­lo­wa Wik­to­ria sie­dzia­ła za biur­kiem z za­do­wo­lo­ną miną. Mogła prze­stać się za­mar­twiać: gazety napiszą, że syn przy­ja­ciół­ki za­słu­żył się na woj­nie, otrzy­ma od­po­wied­nie od­zna­cze­nia i bę­dzie można spo­koj­nie wró­cić do kwe­stii ożen­ku z księż­nicz­ką. Zro­bi­ła wszyst­ko, co po­zo­sta­wa­ło w jej mocy, by dać się wy­peł­nić prze­po­wied­ni, a za­ra­zem unik­nąć złych wie­ści.

Zer­k­nę­ła na sto­ją­cy na ko­min­ku zegar. Była za pięć piąta. To­wa­rzy­stwo za­pro­szo­ne na her­bat­kę już się pew­nie ze­bra­ło w an­ty­szam­brze. Jak pra­wie dwa mie­sią­ce temu.

Kró­lo­wa ski­nę­ła na sir Fre­de­ric­ka, który otwo­rzył drzwi.

Wik­to­ria le­d­wie słu­cha­ła, jak zda­wa­li jej spra­wę ze swo­je­go eks­pe­ry­men­tu. Na ich twa­rzach wi­dzia­ła nie­pew­ność i może nawet znie­cier­pli­wie­nie, skry­wa­ne uprzej­mo­ścią dyk­to­wa­ną przez ety­kie­tę. Ob­ser­wo­wa­ła ich uważ­nie.

Hyde miał na sobie nie­na­gan­ny frak i wy­sła­wiał się, jakby ukoń­czył Eton, nie to co kiedy zo­ba­czy­ła go po raz pierw­szy. Tro­chę czasu w ele­ganc­kim to­wa­rzy­stwie naj­wy­raź­niej do­brze mu zro­bi­ło. Nie­zno­śny kuzyn Geo­r­ge wpro­sił się na zimę do Bal­mo­ral, mogła się tego spo­dzie­wać po dar­mo­zja­dzie. Lady Lo­ve­la­ce ob­ser­wo­wa­ła wszyst­kich spod przy­mru­żo­nych po­wiek, jakby do­ko­ny­wa­ła kal­ku­la­cji… Do­praw­dy, to nie ucho­dzi damie, oto skut­ki po­zwa­la­nia cór­kom na fa­na­be­rie. Nie­miec­ki le­karz (jak­kol­wiek on się na­zy­wał, nie mogła za­pa­mię­tać na­zwi­ska) wy­znał, że do­wie­dział się nie­zwy­kle cie­ka­wych rze­czy pod­czas tej wy­pra­wy. Mó­wiąc to, spoj­rzał kró­lo­wej wy­mow­nie w oczy, co było nie­mal­że im­per­ty­nen­cją, ale czego się spo­dzie­wać po kon­ty­nen­tal­nych uczo­nych. Ach, jesz­cze ten chło­piec o uro­dzie grec­kiej rzeź­by… Na jego widok Wik­to­ria czuła, że top­nie­je jej serce, a su­ro­we rysy ła­god­nie­ją. Tak bar­dzo przy­po­mi­nał pew­ne­go młodego człowieka, który za­wró­cił jej w gło­wie ponad czter­dzie­ści lat temu. Pa­mię­ta­ła ten dzień, jakby to było wczo­raj, pa­mię­ta­ła wła­sne wra­że­nia: „jest bar­dzo przy­stoj­ny, ma włosy w takim ko­lo­rze jak moje, wiel­kie, błę­kit­ne oczy, pięk­ny nos i słod­kie usta…”

Wik­to­ria po­wstrzy­ma­ła wes­tchnie­nie na widok mło­dzień­ca, le­d­wie do­strze­gal­nym ru­chem wy­gła­dzi­ła fałdy ob­szer­nej czar­nej sukni – miała nadzieję, że niebawem będzie mogła przestać nosić ten uprzykrzony kolor – i jesz­cze raz prze­bie­gła wzro­kiem po go­ściach. Tak, do­sko­na­le się spi­sa­li. A teraz pora, by wy­peł­ni­ła się druga część prze­po­wied­ni astro­lo­ga. Czas na od­mia­nę losów im­pe­rium. Wiktoria była przekonana, że są one zależne od jednego, jedynego czynnika: jej, królowej, osobistego szczęścia.

Wszy­scy wy­glą­da­li, jakby chcie­li zaraz po tej au­dien­cji roz­je­chać się do domów.

Kró­lo­wa nie po­win­na ich dłu­żej trzy­mać w nie­pew­no­ści.

– Do­sko­na­le się pań­stwo spi­sa­li – oznaj­mi­ła, klasz­cząc w dło­nie. – Teraz przed wami trud­niej­sze za­da­nie. Czas roz­po­cząć ope­ra­cję Wind­sor. Mój drogi Al­bert czeka na was.

 

War­sza­wa, 21 czerw­ca 1879

Da­le­ko od An­glii, a jesz­cze dalej od kraju Zu­lu­sów, stary człowiek zło­żył ga­ze­tę.

– No – po­wie­dział do czar­ne­go jednookiego pudla, głasz­cząc go po łbie – wy­po­go­dzi­ło się, na świe­cie bez zmian, może nawet idzie ku lep­sze­mu, czas na spa­cer.

Pies po­ma­chał ogo­nem na znak, że w zu­peł­no­ści zga­dza się ze swoim panem.

Koniec

Komentarze

“– Muszę panów ostrzec, że Jej Królewska Mość jest ostatnio nie w humorze – powiedział szambelan, wchodząc, i dlatego właśnie wezwała panów… A właściwie państwa – poprawił się, zerkając na stojącą nieco na uboczu damę.” → Myślnik zamiast przecinka przed ‘i’. Plus powtarzasz ‘panów’.

 

“1861” → Chyba słownie.

 

“Zechcą paa-ństwo usiąść?”

 

“Ale Jej Królewska Mość sprawiała wrażenie, jakby chodziło o konkretną śmierć, zawisło w powietrzu.” – Ja bym to ubrała w cudzysłów albo napisała kursywą, bo w takiej formie niezbyt wiadomo, kto to mówi i o co chodzi.

 

Ja tutaj widzę czarną komedię albo dramat teatralny, z większym naciskiem na to drugie. Nieco cliche, ot, plątanina zgryźliwych, odmiennych charakterów wyrusza na wspólną misję, by uratować świat. Jednak lekkość narracji i subtelny humor sprawiły, że czytałam z zainteresowaniem – choć jak już pewnie wiesz, nie przepadam za dworskimi perypetiamii oraz politycznymi intrygami. Cieszę się, że element fantastyczny był tu wyraźnie podkreślony, motyw z powrotem do żywych również niesłychanie ciekawy. Co do samego wykonania, to myślę, że tekstowi zrobiłoby na dobre rozwinięcie niektórych scen – strasznie nie lubię zabiegu pod tytułem “trzy dni później”, akcja mogłaby też zwolnić na chwilę, żeby móc bardziej nacieszyć się postaciami.

 

Nie rozumiem jednak początku i końca, jeżeli oczywiście gość czytający gazetę ma jakieś drugie dno (a najpewniej ma), więc mogę jedynie przypuszczać, że ma to jakiś związek z odmianą losów Imperium? Bohaterom się powiodło, więc starzec uznał, że wszystko po staremu?

 

Mój zdecydowany faworyt to Pan Gordon.

 

“– Doprawdy, ojcze – powiedziała lady Augusta – po tylu latach mógłbyś opanować choćby podstawy etykiety.

– Znam je doskonale, moje drogie dziecko – odparł jej ojciec – ale dawno temu postanowiłem nie przejmować się nimi.”

:)

 

Dzięki, Żonglerko, za uwagi i cieszę się, że się dobrze czytało. I tak, to miała być trochę makabreska, trochę coś jeszcze, ale czekam na inne komentarze z pewnymi wyjaśnieniami.

 

Co do szczegółowości: i tak już rozciągnęłam to opowiadanie niewiarygodnie w stosunku do niemalże samych dialogów, jakie napisałam jakoś jeszcze w czerwcu, bawiąc się bohaterami… Ale może jeszcze jakiś opisik strzelę. Mam jednak problem, bo to zupełnie inny typ narracji, niż zazwyczaj piszę, w związku z czym opisy, nawet sytuacji, przychodzą mi z trudem.

 

nie lubię zabiegu pod tytułem “trzy dni później”

Z tym mam problem, bo też uważam to za eskapizm, a z drugiej strony nie lubię opisywać godzina po godzinie, co się działo, jak nie działo się nic szczególnego…

 

gość czytający gazetę ma jakieś drugie dno

Osobie, która to rozgryzie mogę postawić piwo przy okazji (mam swoje typy, kto rozgryzie) ;)

 

Mój zdecydowany faworyt to Pan Gordon.

Zastanawiam się, czy nie ujawnić jednak w tekście jego prawdziwego nazwiska, choć wydawało mi się oczywiste… (tu przydałaby się beta, ale nie chciałam)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Piwo to przednia nagroda, jednak potrzebuję zawęzić poszukiwania… gość od gazety pojawia się w jakikolwiek sposób w tekście, czy to postać zupełnie odrębna, np. historyczna? Bo przeto był pudelek Ir u Prusa w “Lalce”, chyba Rzeckiego, chyba ślepy, i chyba to jego nazywano świnią? Głowy pod gilotynę za to nie dam ;)

Gorąco :) [wykreślam imię psa, zbyt łatwo; aczkolwiek świni nie pamiętam]

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Motyw z przywracaniem do żywych, jeszcze przez królową Wiktorię, jest bardzo bardzo.

Czytało się dobrze, choć te fragmenty z przewracaniem oczami i kopaniem po kostkach i resztą rodzinnych niesnasek – nie trafia to do mnie.

 

I nie bardzo wiem co począć z klimatem Ligi Niezwykłych Dżentelmenów – bo tak na logikę to rozumiem dlaczego dr Hyde, dr Którego-nazwiska-nikt-nie-pamięta ;) ale trochę szkoda.

I would prefer not to.

ale trochę szkoda

Chyba nie rozumiem ;) [chyba że chodzi o niewymienienie nazwiska herr Viktora? ja okropnie nie lubię dosłowności i łopatologii, więc wolę pozostawiać czytelnikom domysły co do tożsamości, może aż do przesady, może powinnam z tym powalczyć…]

 

Dr Hyde jest z bardzo prostego i absurdalnego powodu, autobiograficznego: będąc w czerwcu w Londynie, całkiem przypadkiem trafiłam w archiwach na zupełnie ze sobą niepowiązanych (w sumie nawet w dwóch różnych archiwach) dr. Hyde’a i Mr. Jekylla, więc postanowiłam to uczcić…

 

Przemyślę niesnaski w rodzinie B., z kopaniem w kostkę jedną rzecz w sumie przeoczyłam (miało być minimalnie inaczej, żeby stanowiło wskazówkę), ale decyzja narracyjna trochę popsuła mi szyki – dzięki za mimowolne zwrócenie uwagi na coś, czego nie dopracowałam :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ależ nie trzeba go dookreślać – to mi się bardzo spodobało, taki przytyk w popkulturę, że o Viktorze się nie mówi.

 

całkiem przypadkiem trafiłam w archiwach

i to jest ciekawe!

 

ale w tekście zostaje z tego tylko ta Liga, czyli mielenie postaci – i to jest ta szkoda. Rozumiem to, bo wystarczy rzucić nazwisko i wiadomo (mniej więcej) o co chodzi, można zając się właściwą historią, ale jakoś wolę mniej ograne postacie – bo Ada mi się bardzo (i ona ma fajny potencjał słuchowiskowy – terkotanie i cykanie ;) 

 

edit:

i fajnie, że się coś przydało, bo czasami to już wolę się nie odzywać jak znowu gargamelić ;<

I would prefer not to.

ale w tekście zostaje z tego tylko ta Liga, czyli mielenie postaci

To akurat ma głęboko ukryte znaczenie ;) Bardzo ładnie mimo woli trafiasz w sedno genezy tego opowiadania… Ale na razie zmilczę, o co chodzi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fajnie pożeniłaś ze sobą różnych ludzi, którzy “oszukali śmierć”.

Jak zwykle, wiele historycznych szczegółów mi umyka. O Zulusach słyszałam, że byli i walczyli bardzo dzielnie, chociaż broń (w porównaniu z Anglikami) mieli praktycznie żadną.

Wiem, kim jest ten wskrzeszony młody człowiek, ale musiałam to sobie wyguglać.

W takim razie facetem od psa i czytania gazety musi być Rzecki. Ale czemu nie uznałaś odpowiedzi Żonglerce?

Aha, tej kuli to już całkiem nie rozumiem. Ktoś go zastrzelił, dla pewności, że przepowiednia się sprawdzi?

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo :)

 

Żonglerce napisałam, że gorąco, ale piwo (a na pewno pół ;)) mogę postawić, bo częściowa odpowiedź jest prawidłowa, druga jej część to twoje guglanie.

 

Co do kuli: istniały plotki, że Anglicy dopomogli losowi w tej konkretnej sprawie, więc je wykorzystałam nieco przewrotnie…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, ale nie lubię piwa. Zresztą, za guglanie nic się nie należy. :-)

Babska logika rządzi!

Nie powiedziałam, że Ci za to guglanie stawiam ;)

Sama zresztą piwa też nie lubię, podobnie jak kawy, co jednakowoż nie przeszkadza mi umawiać się na metaforyczne jedno i drugie, a następnie pić co innego.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No to witaj w klubie! Podobno to jest genetycznie uwarunkowane – niektórzy są bardzo wrażliwi na gorzki smak.

Babska logika rządzi!

To interesujące, bo faktycznie nie znoszę nic gorzkiego…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Powiem tak: drużyna w tym opowiadaniu składa się – poza może jednym wyjątkiem – z najbardziej oczywistych postaci wiktoriańskiej popkultury (tylko któregoś z braci Holmesów brak) i właśnie to było sporą częścią mojej ogromnej frajdy z lektury :)

Niestety kontekst mocno mi umknął – z drużyny rozpoznałem tylko Hyde'a, a Kirkpatric skojarzył mi się tylko z oficerem z Wojny Secesyjnej Kilpatrickiem, o którego raczej nie chodziło. Ale mimo to przeczytałem z zainteresowaniem i podobało mi się :)

“z drużyny rozpoznałem tylko Hyde'a” – tu mnie zaskoczyłeś… Ale odnotowuję :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No niestety, szeroko pojęta wiktoriańska popkultura nigdy mnie zbytnio nie interesowała (prócz może powieści Verne), stąd nie kojarzę postaci. Ale tak jak napisałem, nie przeszkodziło mi to w pozytywnym odbiorze opowiadania, więc raczej nie ma co mu zarzucić, to raczej ja mogę się wstydzić swojej ignorancji w tym temacie ;)

A feralnego trupa już sobie wyguglałem, ciekawa postać.

Nazwisko nieprzypadkowe ofkors.

Ja od wiktorianizmu dość uciekam, bo mnie przede wszystkim nuży powtarzalnością tych samych motywów (paradoksalnie poniekąd właśnie dlatego napisałam to opowiadanie…), wolę inne, nie tak ograne obszary XIX w., więc oczywiście i tu, wśród tych klisz, je wrzuciłam ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

tylko któregoś z braci Holmesów brak

Właściwie Sherlock by się nadawał – wszak umarł, a potem okazało się, że jednak żyje. ;-)

Babska logika rządzi!

Tu wzięłam raczej tych wcześniej urodzonych – 1879 to dla SH w najlepszym razie sam początek kariery. Ale nic straconego, mam w kieszeni opowiadanie, które wygrało konkurs Sherlockonowy…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

SH urodził się, wedle ustaleń fanów (autor nie raczył podać daty) w 1854, karierę detektywa kontynuował przez dwadzieścia trzy lata, do sześćdziesiątki, czyli od momentu, kiedy miał 37 lat, co by nam dawało dopiero rok 1891. W ‘79, w wieku 25 lat, był zapewne (autor jest mocno wstrzemięźliwy w tej kwestii) po uniwersytecie, a przed podjęciem konkretnej pracy. Znaczy, hulaj dusza, można robić, co się chce :D. Choć ja bym i tak celowała w użycie postaci Mycrofta, jest starszy i zapewne już wtedy zaczyna wydeptywać sobie ścieżki w rządowych korytarzach :D

Przepraszam za ten wtręt, jestem fanką Conan Doyle’a od jakichś niepamiętnych czasów :)

Może to Mycroft skompletował towarzystwo. ;-)

Babska logika rządzi!

Rozważam coraz poważniej wrzucenie tu mojego Sherlockonowego opowiadania… Choć ono jest przewidziane do zbioru, jeśli mi się go uda wydać :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak to, był konkurs na cokolwiek związanego z Holmsem? Daty! Nazwiska! Jak zwykle, najciekawsze to ja zawsze prześpię :(

Na Sherlockonie tegorocznym był – i Drakaina wygrała :)

Pierwsza scena była super otwarciem. Zatarłem ręce w nadziei na porywającą przygodę ze zwrotami akcji.

Niestety, dalszej części historii mam dużo do zarzucenia. Opowiadanie całkowicie polega na metakontekstowości i bez rozległej wiedzy spoza tekstu, z historii zupełnie nic nie wynika. Jest to dużo bardziej widoczne niż we wszystkich wcześniejszych opowiadaniach Twojego pióra. “Pokusa” i “Fundament Imperium” bronią się jako samodzielne utwory, a “Eksperyment” – w moich oczach – nie.

Rozpoznałem Byrona, Adę, Hyde’a, Brunela i Polidoriego, a mimo to wciąż mam wrażenie, że sporo mi umknęło.

Przez to, że w fabule jest naćkane tyle “wielkich” postaci zostałem też rozczarowany, bo żadna z nich nie została zaprezentowana w sposób oddający sprawiedliwość pierwowzorowi. Nie było na to miejsca. Ujęcie relacji Byrona z Adą to temat na osobne opowiadanie; wprowadzając tego rodzaju postacie, stawiasz sobie wysoką poprzeczkę, bo czytelnik ma wysokie oczekiwania.

Po odarciu opowiadania z nawiązań poza własną zawartość, zostajemy z następującą fabułą: królowa wzywa drużynę, wysyła bohaterów na misję, bohaterom się udaje. Brakuje jakiegokolwiek zwrotu akcji, konstrukcja fabuły nie dźwiga obszernej objętości utworu.

Przy samym wskrzeszeniu nie bardzo rozumiałem, co się dzieje. Bez guglowanie nie rozumiałbym także implikacji całego zadania.

Postawilaś wszystkie żetony na efekt “wow” związany z pojawieniem się znanych bohaterów i nawiązań historycznych. Uważam, że ten hazard nie wypadł korzystnie.

Serdecznie zachęcam Cię, żebyś przemocą oderwała się od historycznej pępowiny i napisała tekst w jakimś neverlandzie. Będziesz wtedy zmuszona włożyć czytelnikowi do głowy wszystko, czego potrzebuje.

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Tekst czyta się gładko i czuć przyjemny klimat wiktoriański, ale jednak wyraźnie czegoś mi zabrakło.

Czego? Jaśniejszego celu i fabuły. Nie lubię, kiedy przez znaczną część tekstu w ogóle nie wiadomo, co jest tak naprawdę celem historii i do czego zmierzają opisywane wydarzenia.

– O co w tym wszystkim naprawdę chodzi? – Ada zwróciła się do sir Richarda, który ze stoickim spokojem palił fajkę.

Jeżeli takie zdanie pojawia się w jednym z końcowych fragmentów, według mnie z konstrukcją coś jest jednak nie tak. Ekstremalnie trudno utrzymać czytelnika w zaciekawieniu, jeśli on tak naprawdę nie wie, co jest głównym motywem. Bo jednak samo zadanie: „musicie kogoś wskrzesić z jakiegoś powodu” to trochę mało.

Jeśli natomiast chodzi o sam klimat, jest jak najbardziej w porządku. Osobiście więcej emocji wzbudza we mnie wiek XX (jeśli chodzi o Wielką Brytanię), ale tutaj jestem w stanie docenić historyczne odniesienia. Trochę słabiej wypada wybór wskrzeszanego młodzieńca (bez googlowania niestety domyśli się pewnie tylko mała część czytelników), choć jak wspomniałem – część odniesień do historii jest interesująca.

Mam niejasne podejrzenie, Drakaino, że chyba zakładasz, iż część Twojej wiedzy wykorzystywanej przy pisaniu opowiadania, magicznym sposobem spłynie na czytającego, a ten w mig zorientuje się w czym rzecz i wszystko stanie się oczywiste. Otóż w moim przypadku tak się nie dzieje i pewnie dlatego nie potrafię w pełni docenić walorów Eksperymentu – niby wiem, co czytam, ale jednocześnie mam wrażenie, że umyka mi coś na tyle istotnego, że nie potrafię cieszyć się lekturą.

 

Sto­ją­cy obok niego mło­dzie­niec o ostrych ry­sach i czar­nej czu­pry­nie zdra­dza­ją­cej wło­skie po­cho­dze­nie, ale rów­nie bla­dej kar­na­cji jak jego to­wa­rzysz, spoj­rzał na niego z lekką na­ga­ną, nie­mniej w jego po­stu­rze… –> Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Nawet jego rysy zda­wa­ły się zmie­niać: z grubo cio­sa­nych, pro­stac­kich, o lekko prze­krwio­nych, roz­bie­ga­nych oczach… –> Czy aby na pewno jego rysy miały oczy???

 

igno­ru­jąc po­gar­dli­we prych­nię­cia pra­wie wszyst­kich ze­bra­nych –ko­rzy­sta­nie z tego źró­dła… –> Brak spacji po półpauzie.

 

Szum ma­szy­ne­rii utrud­niał roz­mo­wy, ale i tak wszy­scy za wy­jąt­kiem Ady ga­pi­li się z otwar­ty­mi sze­ro­ko ocza­mi na ma­szy­nę… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

w Wiel­kiej Bry­ta­nii pro­du­ko­wa­no ste­row­ce . A już… –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Sir Ri­chard za­pa­lił fajkę i wyjął z kie­sze­ni ko­per­tę. Przez chwi­lę roz­glą­dał się po całym to­wa­rzy­stwie, aż w końcu podał go Adzie. –> Piszesz o kopercie, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: …w końcu podał Adzie.

 

od po­wo­dze­nia tej misji za­le­żą losy Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. ;)

 

– Czy komuś z panów mówi coś to na­zwi­sko? –> Czy któremuś z panów mówi coś to na­zwi­sko?

 

– Po­wi­nie­nem był się z tym li­czyć w moich wcze­śniej­szych do­świad­cze­niach. – mruk­nął Nie­miec. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

za­da­ne zu­lu­ski­mi włócz­nia­mi. Co ro­bi­ła kula w ciele czło­wie­ka, który zgi­nął od zu­lu­skich włócz­ni pod­czas jak to po­wie­dział Hyde? Nie­wiel­kiej po­tycz­ki Ładny spał, ści­ska­jąc w ręce frag­ment zu­lu­skiej włócz­ni… –> Czy to celowe powtórzenia?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O ile z rozszyfrowaniem Twojego tekstu na “Mechy” miałam niejaki problem, to tutaj poszło gładko, choć zastanawiam się, w jaki sposób śmierć przyszłego zięcia miałaby odmienić losy Imperium? Historia nigdy nie była moją ulubioną dziedziną (ach, te wredne nauczycielki!).

Czyta się gładko, historia wciąga, wszystko wydaje się logiczne. Rozszyfrowałam Hyde’a i doktorka z Ingolstadt i gościa z pudlem, a w przedmowie umieściłaś informację o cytacie z Byrona, więc też było wiadomo. Resztę musiałam wyszukać. 

Podoba mi się pomysł i klimat. Wszystko jednak szło dość gładko; wskrzeszenie musiało się udać i bałam się, że nic mnie na końcu nie zaskoczy. A jednak! Biedny Albert… po tylu latach? :)

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mam mieszane uczucia. Może dlatego, że nie znam się na epoce wiktoriańskiej, wojnę Anglików z Zulusami znam tylko na poziomie bardzo ogólnym, a z postaci skojarzyłem tylko Hyde’a.

Pomimo tego postacie były ciekawe i miałaś dobry pomysł z grupą nietuzinkowych osobistości, które mają wskrzesić kogoś, kto jeszcze nie umarł.

Z drugiej strony jakoś brakło miejsca, żeby się tymi postaciami nacieszyć i poznać je lepiej (tego problemu może nie mają ci, którzy je znają). Rozczarowujące również było samo wskrzeszenie, jakoś tak szybko i łatwo im poszło. Większość tekstu opowiada o przygotowaniach do tego wyczynu, a on kończy się szybciej niż się zaczął. :)

Tożsamość wskrzeszonego była dla mnie tak bardzo nieznana, że nawet mi nie przyszło do głowy, żeby ją googlować. Myślałem, że to postać zupełnie fikcyjna.

W narracji brakło mi też nieco więcej obrazowości.

Napisane przyzwoicie, choć zdarzały się nienajlepsze – wg mnie – sformułowania, np.

 

Zawiesił głos w sposób, który mógł sugerować zarówno to, że nie podejrzewa królowej o posiadanie sprawnej siatki wywiadowczej, jak i o plan morderstwa.

 

Trudno mi sobie wyobrazić, żeby samym zawieszeniem głosu można było wyrazić tak wiele. ;)

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Teraz od prawie osiemnastu lat, niestety, była bardzo nieszczęśliwą wdową, a na dodatek półtora miesiąca temu astrolog powiadomił ją o tym, że śmierć jakiegoś żołnierza w rozpoczętej w styczniu wojnie na jednym z rozlicznych końców świata, dokąd sięgało Imperium, odmieni losy imperium… Wojnie, na którą rząd nie wydał formalnie pozwolenia, samozwańczej inicjatywie jednego z wysokich komisarzy!

To celowe powtórzenia?

– O ile zrozumiałem opowieść naszego młodego przyjaciela – powiedział, ignorując pogardliwe prychnięcia prawie wszystkich zebranych –korzystanie z tego źródła wiecznej młodości pociąga ze sobą poważne konsekwencje natury, powiedzmy: osobistej.

Brak spacji.

Czytało mi się dobrze :)

Zmęczył mnie ten tekst IMO konkretnym ekspozycyjnym błędem na samym początku, kiedy wprowadziłaś mnóstwo postaci na raz, przez co wszystkie zlały mi się w jedno. Powtórzę też chyba za Reg, że historyczne smaczki to łakomy kąsek, ale z pewnością nie dla wszystkich. Napisane porządnie, tylko chyba po prostu nie jestem targetem tego typu tematyki. :<

Ech, powinnam wysmażyć długą odpowiedź na wszystkie komentarze, ale jestem na wakacjach i mam z tym problem. Ale, na dobry początek, zacznę od końca ;)

 

ekspozycyjnym błędem na samym początku, kiedy wprowadziłaś mnóstwo postaci na raz

Założenie, najwyraźniej przynajmniej częściowo niesłuszne, było takie, że wrzucając samych ogranych bohaterów – z tych, które muszą obowiązkowo wystąpić w wiktoriańskim steampunku brakło chyba wyłącznie Kuby Rozpruwacza i (dalibóg, dla mnie zupełnie niezrozumiałego jako recyklowana postać) Doriana Graya) – nie muszę robić ekspozycji. Ba, zakładałam, że to zlikwiduje problem guglania…

Tak, nie oparłam się pokusie wrzucenia w to prawdziwej historii, ale bez jej rozszyfrowania akurat ten tekst powinien się tłumaczyć: Wiktoria chce wskrzesić Alberta, bo żyć bez niego nie może, więc robi eksperyment na poległym żołnierzu, zanim weźmie się za księcia małżonka… Cała kwestia z przepowiednią, imperiami (o które chodzi?) itd., to bonus. Ale może powinnam go była sobie darować, bo potrzeba guglania okazała się przemożna…

 

Ujęcie relacji Byrona z Adą to temat na osobne opowiadanie; wprowadzając tego rodzaju postacie, stawiasz sobie wysoką poprzeczkę, bo czytelnik ma wysokie oczekiwania.

Zamierzam przed końcem lipca jeszcze tu troszkę pozmieniać, ale Adę wymyśliłam mającą cokolwiek do zrobienia (jej analityczny umysł jest kluczowy, choć nikt sobie z tego nie zdaje sprawy), ponieważ nie znam powieści ani filmu, który z tej postaci zrobiłby cokolwiek więcej niż jedynie nazwisko doczepione do niemającej nic do roboty postaci…

 

Tak poza tym, opowiadanie miało mieć tytuł “Na południu bez zmian”, ale ponieważ zrobiłam sobie z niego poletko doświadczalne: czy zmiana kraju i postaci na dobrze znane coś zmieni w odbiorze tła historycznego, stąd taki tytuł ;) Pewnie w ostatecznej wersji go zmienię na oryginalny.

W sumie napisałam je, ponieważ chciałam się pobawić silnie skonwencjonalizowanym wiktoriańskim steampunkowym światem, w którym występują stypizowane postacie itd.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mam wreszcie chwilę czasu, żeby napisać dawno planowany komentarz bardziej analityczny.

Lubię ten tekst – głównie za dwie rzeczy.

Po pierwsze: on zderza ze sobą z jednej strony najbardziej oczywiste, przewidywalne tło powieści steampunkowej (Londyn, królowa Wiktoria, Byron, postacie z wiktoriańskiej popkultury, kolonialna Afryka, sterowce etc.) z typową dla Twojego, Drakaino, pisania mało znaną sprawą historyczną (której malutkie zahaczenie w polskiej kulturze tekst też przecież ogrywa), potraktowaną w konwencji fantastycznej. To zderzenie mi się tu bardzo podoba – historia, ta “prawdziwa”, z naszego świata, jest w tym opowiadaniu gdzie indziej, niż się spodziewamy, nie wiąże się, tak naprawdę, ze słynnymi postaciami przywołanymi po nazwiskach, tylko rozgrywa w tle.

Po drugie, lubię postać Ady Byron. Ja w ogóle mam słabość do dobrze napisanych nieoczywistych bohaterek, a Ada jest tu taką postacią: nie jest idealna (jej kłótnie z ojcem bywają męczące i małostkowe), nie jest anachroniczna, a jednocześnie – ładnie wpisuje się w zabawę literackimi konwencjami często dotyczącymi bohaterek: panowie widzą w niej po pierwsze materiał na sekretarkę i osobę, która będzie porządkować notatki, kiedy prawdziwi geniusze będą pracować, i ona tę rolę przyjmuje, ale jednocześnie a) ma własne tajemnice, b) to ona ostatecznie znajduje rozwiązanie dla ich wspólnego problemu. W sumie chętnie bym poczytała więcej o tak rozumianej Adzie B. 

Przeczytałem.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Przeczytałam :) 

Przeczytane.

Tylko nie "Tęcza"!

Muszę podzielić moją wypowiedź na dwie części. Pierwsza, to ocena literacka.

Przyzwyczaiłem się już, że Twoje opowiadania są jak dobrze skrojony garnitur. Szyty na miarę, nic nigdzie nie odstaje, nie jest przyciasne, leży jak ulał. No, może ten pan z Warszawy jest ciut jak obluzowany guzik, ale zapewne nie dla każdego. To opowiadanie nie jest wyjątkiem. :) Nie jest też niespodzianką, że akcja rozgrywa się w roku tysiąc osiemset którymś. I nawet jestem w stanie zrozumieć Twoją fascynację tym okresem. Świetnie oddajesz w tekście klimat tamtych czasów. Ci bohaterowie, charakterystyczni i dystyngowani. No, wszystko dopięte. Podoba mi się także pomysł, taka osiemnastowieczna Liga Samobójców, tudzież Sprawiedliwości. Jest tylko jedno ale, i tu przejdę do drugiej części oceny.

Mam na myśli wpasowanie się w ramy słuchowiska. Tu niestety jest gorzej. Drakaino, bohaterowie siedzą przez połowę opowiadania w jednym pokoju i rozmawiają… Owszem, ciekawa jest ta rozmowa, ale zero akcji, dramat okrojony do minimum. Siedzą oryginalne osobowości i zwyczajnie (bo mało oryginalnie, jak na takie zdolności) – gadają. Nawet później, gdy już zaczyna się jakaś akcja, to równie szybko się kończy. Ogień, dotyk i młody żołnierz siada ożywiony. Z jednej strony to ciekawy obrazek, ale właśnie, obrazek. Mógłby powstać z tego dobry komiks, ale słuchowisko? Nie jestem przekonany.

Zabrakło mi dynamiki, powiewu przygody. To bardziej rozmowa, ekscentryczna, ale przy herbatce o siedemnastej. Czego nie mogę Ci ująć, to dobry warsztat. Jak zwykle zresztą.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, bardzo dziękuję za opinię literacką, aczkolwiek jak przeczytałam o tym “dobrze skrojonym garniturze”, to przez moment zastanowiłam się (impostor syndrome), czy to aby nie oznacza “nudne i przewidywalne” ;)

W kwestii słuchowiskowej nie robiłam sobie wielkich nadziei – jestem radykalnym wzrokowcem i jakkolwiek mam również nadwrażliwość słuchową (vide dyskusja pod Fundamentem Imperium), tak chyba nie czuję bardzo dobrze świata dźwięków. Do wyboru miałam tekst z lepszymi efektami dźwiękowymi, ale za to wyklętym na wstępie monologiem wewnętrznym w sporej części… Więc szybkim rzutem na taśmę napisałam coś opartego w zasadzie wyłącznie na dialogach ;)

A Na południu… w ogóle było eksperymentem zupełnie innego rodzaju: czy jak napiszę coś w dobrze wszystkim znanym settingu wiktoriańskim, to nie będzie guglania historii. Niestety pokusiło mnie, żeby wplątać w to swoje fetysze, no i guglanie jednak było :/

Ale cieszę się, że literacko ta zabawa się jakoś tam udała.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zacznę od plusów. Podoba mi się styl, w jakim piszesz, szczególnie doceniłam kilka naprawdę dobrych, plastycznych opisów. Bardzo fajny, wciągający początek – świetnie przedstawiłaś Wiktorię, wydała mi się taka żywa ;) No i to zadanie, bardzo intrygujące. Wciągnęło.

Potem pojawiły się kolejne postaci, no i tak: właściwie zaangażowałam się w rozwiązywanie zagadki kto tu jest kim i kilkukrotnie przerywałam lekturę, by skonsultować coś z googlem. I przyznam, że to nawet fajna zabawa była, zwłaszcza, jak się przekonywałam, że kogoś trafnie rozpoznałam. Więc to chyba plus. Z drugiej strony, nie powiem żeby to ułatwiało lekturę. A już całkiem sfrustrowało mnie to, że za cholerę nie wiem kim jest ta postać, która w kulminacyjnej scenie robi robotę i w związku z tym nie kumam co tu zaszło… :(

Zgadzam się z Darconem, że zabrakło napięcia – jest dużo gadania, jest bardzo liniowa fabuła, brakuje zwrotów akcji. Odniosłam wrażenie, jakby fabuła miała drugorzędne znaczenie, była tłem, na którym przesuwają się po prostu kolejne postaci.

 

Dziękuję za plusy :)

 

Odniosłam wrażenie, jakby fabuła miała drugorzędne znaczenie, była tłem, na którym przesuwają się po prostu kolejne postaci.

To troszkę prawda, bo to opowiadanie było dla mnie przede wszystkim zabawą z postaciami i konwencją (”musi być Wiktoria”), więc założyłam, że fabuła ma być pretekstowa (co nie ustrzegło mnie przed pewnymi fetyszami).

 

sfrustrowało mnie to, że za cholerę nie wiem kim jest ta postać, która w kulminacyjnej scenie robi robotę

Cóż, obawiałam się, że ta postać może stanowić pewien problem, ale wykorzystywany zazwyczaj w różnego rodzaju ligach niezwykłych dżentelmenów Allan Quatermain nie pasował, natomiast inny bohater Rider Haggarda – idealnie… To główny bohater “She”, mojej zresztą ulubionej powieści RH.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka