- Opowiadanie: drakaina - Tene l'ochji aperti

Tene l'ochji aperti

Kor­sy­ka (kon­kret­nie efe­me­rycz­ne kró­le­stwo Kor­sy­ki), rok 1736, późna wio­sna/wcze­sne lato

Skom­pi­lo­wa­łam tu kilka au­ten­tycz­nych le­gend kor­sy­kań­skich, w tym tę zwią­za­ną do­kład­nie z datą, kiedy roz­gry­wa się akcja, do­da­jąc do tego tro­chę hi­sto­rii (część po­sta­ci, w tym ta ze znaczącym nazwiskiem – żeby nie było, że to tani efekt, skoro to zbieg okoliczności) oraz ele­men­tów z mo­je­go uni­wer­sum.

 

Ko­lej­ny tekst po­wsta­ją­cy w ultra hard­ko­ro­wych wa­run­kach, ale le­piej taki niż żaden, bo bez mo­ty­wa­cji pew­nie bym go nigdy nie skoń­czy­ła, a tak przy­naj­mniej bę­dzie co po­pra­wiać.

 

W moim pierw­szym ko­men­ta­rzu (za ak­cep­tu­ją­cym ko­men­ta­rzem Fin­kli) wrzu­ci­łam słow­ni­czek kor­sy­kań­ski.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Tene l'ochji aperti

Au par­fum de son ma­qu­is, de loin,

les yeux fermés je re­con­naîtrais la Corse.

NB

 

– Ghju­van­ni.

Po tonie głosu znać było, że cho­dzi o coś po­waż­ne­go. Za­pew­ne wy­pra­wę diquà dai Monti – za prze­łęcz roz­bój­ni­ków, może do któ­re­goś z miast na pół­no­cy. Za­zwy­czaj oj­ciec jeź­dził za swo­imi spra­wa­mi sam, ale kilka ty­go­dni temu Gio­van­ni Gi­ro­la­mo Ra­mo­li­nu skoń­czył pięt­na­ście lat, a zatem do­rósł do waż­nych spraw.

Wtedy wła­śnie pod­słu­chał opo­wieść o wy­bo­rze króla, ko­ro­na­cji, która od­by­ła się w sta­rym klasz­to­rze w Valli d’Alis­gia­ni, i o pla­nach wojny z Genuą. Od tam­te­go dnia w domu coraz czę­ściej sły­sza­ło się corsu, cho­ciaż król nie znał ję­zy­ka wy­spia­rzy, a i dla ojca był to pe­wien wy­si­łek. „Sie­dem lat temu też tak było” – po­wta­rzał z go­ry­czą Luigi, star­szy brat Gio­van­nie­go, ale naj­młod­szy nie pa­mię­tał wiele z po­wsta­nia. Głów­nie to, że kiedy wró­cił z Aiac­ciu ze szko­ły, to Luigi nie miał jed­nej nogi, leżał w łóżku z go­rącz­ką i nie wia­do­mo było, czy prze­ży­je. Nieco póź­niej oj­ciec przy­je­chał z wię­zie­nia w Ba­stii wy­chu­dzo­ny i słaby, ale jesz­cze bar­dziej za­wzię­ty na Ge­nu­eń­czy­ków niż wcze­śniej.

Vai à Corti è passà u mo mes­sa­giu. – Oj­ciec podał mu zło­żo­ną na pół kartę i wy­tłu­ma­czył, gdzie znaj­dzie pana Co­lom­ba­ni, no­ta­riu­sza.

Gio­van­ni wsiadł więc na muła i ru­szył po­wo­li stro­mą drogą pro­wa­dzą­cą z Bu­cugnà na prze­łęcz, za­opa­trzo­ny w amu­let, który miał go chro­nić za­rów­no przed złymi du­cha­mi, jak i roz­bój­ni­ka­mi. Tych ostat­nich zresz­tą Gio­van­ni się nie bał – od ich dzie­ci na­uczył się znacz­nie wię­cej corsu niż od krew­nych, acz­kol­wiek ostat­nio, przez lata spę­dzo­ne w szko­le, nie używał zbyt często tego języka.

Na samej prze­łę­czy nawet za­trzy­mał się, zsiadł z muła i zjadł nieco su­chej kieł­ba­sy i twar­de­go sera z za­pa­sów, w które za­opa­trzy­ła go matka. Był pewny, że jest ob­ser­wo­wa­ny, ale nikt się nie po­ja­wił na dro­dze. Chło­pak czuł nawet lekkie roz­cza­ro­wa­nie tym brakiem za­in­te­re­so­wania – chęt­nie po­chwa­lił­by się na­by­tą wła­śnie do­ro­sło­ścią i od­po­wie­dzial­no­ścią.

Za­ba­wił na górze nieco dłu­żej niż po­wi­nien, kiedy więc ru­szył w dół, było już późne po­po­łu­dnie. W ciem­nym lesie, do któ­re­go le­d­wie do­cie­ra­ło świa­tło sło­necz­ne, cie­nie wy­glą­da­ły groź­nie. Gio­van­ni po­go­nił wierz­chow­ca – chciał przed zmro­kiem do­trzeć do Vi­va­riu, gdzie miesz­ka­li da­le­cy krew­ni, a skąd, jak za­pew­niał oj­ciec, na­stęp­ne­go dnia bez trudu w ciągu kilku go­dzin do­trze do Corti.

Gio­van­ni wi­dział już gra­ni­cę lasu, kiedy muł za­trzy­mał się nagle, jakby wy­ro­sła przed nim nie­wi­dzial­na prze­szko­da. Chło­pak trącił mocno boki zwie­rzę­cia piętami, ale bez efek­tu. Po­kle­pał wierz­chow­ca po szyi, a kiedy i to nic nie dało, ude­rzył go moc­niej dło­nią po za­dzie. Ści­snął mocno wodze, w oba­wie przed wierz­gnię­ciem, ale muł stał bez ruchu.

– Co cię opę­ta­ło? – za­py­tał Gio­van­ni.

Zsiadł ostroż­nie, po­cią­gnął za wodze i w tej samej chwi­li uj­rzał przed sobą po­stać, która zda­wa­ła się być utka­na z mroku. Ręka chłop­ca po­wę­dro­wa­ła do za­wie­szo­ne­go na szyi amu­le­tu – ten czło­wiek wy­glą­dał jak dia­beł z opo­wie­ści snu­tych po wio­skach. Przez chwi­lę przez głowę Gio­van­nie­go prze­mknę­ła myśl o hi­sto­riach, w któ­rych spryt­ny czło­wiek zdo­łał prze­chy­trzyć złego ducha i zdo­być jego skar­by. Zaraz potem przy­po­mniał sobie, że za­zwy­czaj takie opo­wie­ści źle się kończyły. Ale prze­cież…

Czar­na fi­gu­ra stała jed­nak bez ruchu, jakby w tym jed­nym miej­scu na skra­ju lasu czas się za­trzy­mał. Gio­van­ni wi­dział w prze­świ­cie rój owa­dów i ga­łę­zie po­ru­sza­ne sła­bym wia­trem. Tylko tu, wokół niego, świat za­marł.

Cień nie miał rysów twa­rzy ani oczu, a jed­nak chło­piec był pewny, że wpa­tru­je się w niego ba­daw­czo. Po chwi­li, która trwa­ła wiecz­ność, widmo ski­nę­ło głową i za­czę­ło roz­pły­wać się w po­wie­trzu ni­czym dym. Po­wiew wia­tru po­niósł słowa cich­sze niż szept. Gio­van­ni nie był nawet pewny, czy rze­czy­wi­ście co­kol­wiek usły­szał, czy pod­po­wie­dział je lęk.

Miej oczy otwar­te.

 

*

 

Im bar­dziej Gio­van­ni od­da­lał się od miej­sca spo­tka­nia z dzi­wacz­nym cie­niem, tym mniej­szą miał ocho­tę opo­wia­dać ko­mu­kol­wiek o tym wy­da­rze­niu. Kiedy zatem ciot­ka za­py­ta­ła, jak mi­nę­ła mu po­dróż, od­po­wie­dział nieco bur­kli­wie, że bez prze­szkód. Po czym wy­mó­wił się zmę­cze­niem, by znik­nąć na strysz­ku, gdzie miał spę­dzić noc.

Vi­va­riu było naj­da­lszym miej­scem na pół­noc od prze­łę­czy, dokąd zda­rza­ło mu się wcze­śniej po­dró­żo­wać z ojcem. Na­stęp­ne­go dnia cze­ka­ła go wy­pra­wa w nie­zna­ne. Wyj­rzał przez nie­du­że okien­ko, wpa­tru­jąc się w gwiaz­dy mi­go­czą­ce na nie­bie i wę­dru­ją­cy mię­dzy nimi sierp księ­ży­ca.

Nie wie­dział, czy przy­snął, czy też księ­życ rze­czy­wi­ście za­mie­nił się na chwi­lę w ludz­ki pro­fil. Pasmo chmur prze­sło­ni­ło go czę­ścio­wo, jakby ktoś ob­wią­zał głowę prze­pa­ską. Świe­tli­sta, po­zba­wio­na oczu twarz zwró­ci­ła się ku Gio­van­nie­mu, który cof­nął się gwał­tow­nie na śro­dek iz­deb­ki. W dzi­wacz­ny spo­sób księ­ży­co­we ob­li­cze przy­po­mnia­ło mu cień z lasu.

Sien­nik pach­niał so­sno­wy­mi igła­mi, więc za­sy­pia­jąc, chło­piec miał wra­że­nie, że znów stoi wśród drzew, a mrocz­ną po­stać oświe­tla srebr­na po­świa­ta. Noc jed­nak nie przy­nio­sła żad­nych od­po­wie­dzi.

 

*

 

Pan Co­lom­ba­ni pod­niósł wzrok.

– Do­sko­na­le – po­wie­dział. – Pa­no­wie z dilà dai monti po­sta­no­wi­li po­przeć moje sta­ra­nia. – Uśmiech­nął się, mru­żąc oczy. – Oj­ciec pisze, że pil­nie się uczysz – dodał, zer­ka­jąc na list.

Gio­van­ni wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Chciał­by, żebyś zo­stał praw­ni­kiem.

Praw­ni­kiem? – Chło­pak po­czuł pa­ni­kę. Ma­rzył o ka­rie­rze woj­sko­wej, po praw­dzie miał na­dzie­ję, że teraz bę­dzie mógł za­cią­gnąć się do kró­lew­skiej, praw­dzi­wie kor­sy­kań­skiej armii. Praw­ni­kiem to niech bę­dzie Luigi, który nie bę­dzie już wal­czył!

– Pew­nie dla­te­go cię tu przy­słał… – mówił tym­cza­sem Co­lom­ba­ni. – Bę­dziesz jed­nym z pierw­szych stu­den­tów, kiedy już utwo­rzy­my uni­wer­sy­tet, jak obie­cał nam jego kró­lew­ska mość.

Gio­van­ni miał wra­że­nie, że ostat­nie słowa przy­wo­ła­ły na po­waż­ną twarz star­sze­go męż­czy­zny cień iro­nicz­ne­go uśmie­chu. Pa­mię­tał roz­mo­wy pod­słu­cha­ne, kiedy oj­ciec wró­cił z Alis­gia­ni. „Nie­miec­ki ary­sto­kra­ta” – opo­wia­dał mia­stecz­ko­wej star­szyź­nie, która ze­bra­ła się w jego ga­bi­ne­cie. – „Na ni­ko­go lep­sze­go nie mo­gli­śmy li­czyć”. Pa­mię­tał ko­lej­ne ar­gu­men­ty: lep­szy król nie­do­sko­na­ły, ale wła­sny; kon­sty­tu­cja, którą zgo­dził się pod­pi­sać, gwa­ran­tu­je nam wszel­kie swo­bo­dy; teraz osta­tecz­nie prze­go­ni­my Ge­nu­eń­czy­ków, a w czym West­fal­czyk gor­szy od Hisz­pa­na czy Sa­baud­czy­ka? Tak, może to i awan­tur­nik, ale prze­cież zdo­łał prze­ko­nać do spra­wy An­gli­ków i beja Tu­ni­su…

Wtedy wła­śnie Luigi przy­ła­pał młod­sze­go brata na pod­słu­chi­wa­niu i z go­ry­czą wy­ra­ził się o na­dzie­jach star­sze­go po­ko­le­nia.

Gio­van­ni tak się za­my­ślił, że nie usły­szał ko­lej­ne­go py­ta­nia za­da­ne­go przez pana Co­lom­ba­nie­go. Jed­ne­go był pewny: padła tam nazwa Ce­rvio­ni. Ta sama, którą sły­szał od ojca. To tam za­miesz­kał król Teo­do­ro. Po­spiesz­nie ski­nął głową na znak, że się zga­dza, o co­kol­wiek cho­dzi­ło.

– Do­sko­na­le.

Go­spo­darz za­dzwo­nił na słu­żą­ce­go i wydał mu po­le­ce­nia. Chwi­lę póź­niej na stole sta­nę­ła misa go­rą­cej zupy z fa­so­li i kasz­ta­nów.

– Jedz, jutro czeka nas długa droga przez góry.

 

*

 

Gio­van­ni miał wra­że­nie, że za­snął na­tych­miast, a jed­no­cze­śnie coś pod­po­wia­da­ło mu, że wcale nie śpi.

Z mroku wy­glą­da­ła na niego twarz. A wła­ści­wie cień, prze­czu­cie twa­rzy. Chło­pak wpa­try­wał się w nią sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, pomny przy­ka­za­nia, które usły­szał w lesie. Ten cień może i na­pa­wał go tro­chę stra­chem, ale bar­dziej cie­ka­wił.

Przez nie­du­że okien­ko wpadł pro­mień księ­ży­ca i przez nie­uchwyt­ny mo­ment Gio­van­ni do­strzegł coś wię­cej. Za­mru­gał ocza­mi, po­nie­waż wy­da­ło mu się to nie­moż­li­we. Ciem­ność skry­wa­ła po­stać czło­wie­ka o ciem­nej, pra­wie czar­nej skó­rze i oczach prze­sło­nię­tych opa­ską.

A mimo to wzrok nie­zna­jo­me­go prze­wier­cał Gio­van­nie­go na wylot, się­ga­jąc w naj­głęb­sze za­ka­mar­ki duszy. Co wię­cej, chło­pak do­sko­na­le znał to ob­li­cze: wi­dy­wał je w Aiac­ciu na sztan­da­rach i pie­czę­ciach.

Nagle świat za­wi­ro­wał i po­ko­ik, w któ­rym umiesz­czo­no ma­ło­let­nie­go go­ścia, za­mie­nił się w nad­mor­ską rów­ni­nę.

W pierw­szej chwi­li Gio­van­ni sku­lił się i osło­nił głowę rę­ka­mi. Wokół to­czy­ła się bitwa. Nie zdą­żył zo­ba­czyć z niej wiele, kiedy wszyst­ko uci­chło. Le­d­wie otwo­rzył po­wie­ki, za­pra­gnął za­mknąć je z po­wro­tem. Na pu­stym, sma­ga­nym przez wiatr wy­brze­żu, na­bi­ta na włócz­nię, wid­nia­ła czasz­ka, po­kry­ta za­schnię­tą, ciem­ną skórą.

Wzdry­gnął się, ale w tej samej chwi­li po­czuł, że ktoś do­ty­ka jego ra­mie­nia.

Miej oczy otwar­te – za­szu­mia­ły fale morza. Słowa po­chwy­cił wi­cher, ale Gio­van­ni wie­dział, że wy­po­wie­dział je ten, kto szcze­rzył teraz do niego zęby spo­mię­dzy po­czer­nia­łych warg.

Jedno mru­gnię­cie po­wiek i sce­ne­ria zmie­ni­ła się. Gio­van­ni miał przed sobą głę­bo­ką, cie­ni­stą do­li­nę, po­dob­ną do tych, które ota­cza­ły Bu­cugnà. Wy­so­ko, nie­mal na grani, przy­cup­nę­ła po­je­dyn­cza chata. Wzrok po­wę­dro­wał ku niej, jakby wiel­ki orzeł po­niósł chło­pa­ka na skrzy­dłach ku temu do­mo­stwu. Przed chatą Gio­van­ni do­strzegł syl­wet­ki dwóch męż­czyzn. Jeden z nich skie­ro­wał ku niemu twarz. Oczy skry­wał cień, ni­czym prze­pa­ska, ale chło­pak nie miał wąt­pli­wo­ści, że to one spo­glą­da­ły na niego za każ­dym razem, kiedy wi­dział ta­jem­ni­czą po­stać.

Za­mru­gał znowu i za­miast chaty uj­rzał dom po­dob­ny do oj­cow­skie­go, w nie­wiel­kim mia­stecz­ku. Drugi z męż­czyzn, któ­rych oglą­dał przed chwi­lą pod gór­ską chatą, pod­je­chał wozem wy­ła­do­wa­nym skrzy­nia­mi i pa­kun­ka­mi. W drzwiach po­ja­wi­ła się ko­bie­ta – na jej twa­rzy od­ma­lo­wa­ło się zdu­mie­nie, nie­do­wie­rza­nie, a potem po po­licz­kach po­pły­nę­ły łzy.

Gio­van­ni wpa­try­wał się w tę scenę, usi­łu­jąc od­gad­nąć, dla­cze­go ją oglą­da. Zanim jed­nak zdą­żył zo­ba­czyć co­kol­wiek wię­cej, przed ocza­mi uj­rzał znów twarz ze snu, twarz, która prze­mie­ni­ła się czasz­kę, a za­ra­zem była ob­li­czem czło­wie­ka sprzed chaty.

Usta po­ru­szy­ły się bez­gło­śnie, ale chło­piec wie­dział, co mówią.

Miej oczy otwar­te.

 

*

 

Droga do Ce­rvio­ni nie róż­ni­ła się wiele od tej, którą Gio­van­ni prze­był od Vi­va­riu do Corti, czy też tej, która z Bu­cugnà pro­wa­dzi­ła do Aiac­ciu. Góry były tu niż­sze, ale trakt przez las wił się znacz­nie bar­dziej, aż chło­pak za­czął tra­cić orien­ta­cję. Roz­glą­dał się na boki, ale ni­g­dzie nie do­strzegł wid­mo­wej po­sta­ci.

Do­pie­ro kiedy wy­je­cha­li na otwar­tą prze­strzeń i przed nimi po­ja­wi­ła się pa­no­ra­ma mia­stecz­ka, a za nią cią­gną­cy się po ho­ry­zont błę­kit morza, Gio­van­ni po­czuł, że coś woła go dalej, jakby jego po­dróż jesz­cze się nie skoń­czy­ła.

– Jutro. – Pan Co­lom­ba­ni po­krę­cił głową. – Zaraz bę­dzie ciem­no.

Słoń­ce istot­nie kryło się już za gó­ra­mi. Gio­van­ni spoj­rzał tę­sk­nie w kie­run­ku ciem­nie­ją­ce­go bez­kre­su morza i z wes­tchnie­niem oddał wodze muła chłop­cu, który pod­szedł, by zająć się wierz­chow­ca­mi.

Czuł się nie­swo­jo na myśl o tym, że jego obec­ny opie­kun mógł­by kazać mu iść do u pa­laz­zu, w któ­rym re­zy­do­wał król. Na szczę­ście jed­nak pan Co­lom­ba­ni ode­słał go do obe­rży i zo­sta­wił sa­me­mu sobie. Gio­van­ni roz­wa­żał nawet przez chwi­lę sa­mo­wol­ną wy­pra­wę na brzeg morza, ale cał­ko­wi­ta ciem­ność, spo­wi­jająca wijącą się w dół zbo­cza drogę, od­wio­dła go od tego planu.

Stał przez chwi­lę na głów­nym placu, spo­glą­da­jąc ku ciem­nej wo­dzie, i miał już za­wró­cić do go­spo­dy, kiedy kątem oka do­strzegł ruch.

Kilka kro­ków dalej, na skar­pie, stał nieco młod­szy od niego chło­piec. Jego po­stać spo­wi­jał mrok, le­d­wie roz­pra­sza­ny przez słabą po­świa­tę księ­ży­ca i jesz­cze słab­sze świa­tło z okien u pa­laz­zu, ale Gio­van­ni jed­no dostrzegł na pewno – świ­dru­ją­cy wzro­k czar­nych oczu.

Zanim zdą­żył za­re­ago­wać, nie­zna­jo­my ru­szył ścież­ką pro­wa­dzą­cą w dół i chwi­lę póź­niej roz­pły­nął się w ciem­no­ści.

Gio­van­ni przez chwi­lę roz­wa­żał pójście za nim, ale ga­łę­zie po­ru­sza­ją­ce się na wie­trze i od­gło­sy dzi­kich zwie­rząt – nie­ob­ce mu prze­cież z oko­lic Bu­cugnà – nie za­chę­ca­ły do za­głę­bia­nia się teraz w las.

„Jutro” – po­my­ślał. – „Za dnia”.

W obe­rży za­snął nie­mal na­tych­miast, mimo że w izbie wy­na­ję­tej przez pana Co­lom­ba­ni miał tylko nie­wy­god­ny sien­nik.

 

*

 

Obu­dził się na dźwięk nie­zna­ne­go głosu.

– Mu­si­my się po­spie­szyć. Ona już tu jest.

Gio­van­ni za­mru­gał ocza­mi.

W izbie pa­no­wa­ła ciem­ność. Z ko­śla­we­go łóżka do­bie­ga­ło chra­pa­nie – pan Co­lom­ba­ni wró­cił, kiedy chło­pak spał.

Wpa­try­wał się w mrok, gdzie zda­wa­ła się ma­ja­czyć nie­wy­raź­na po­stać, ale może to wy­obraź­nia pła­ta­ła mu figle.

– Kto tu jest? – za­py­tał szep­tem, ale od­po­wie­dzia­ła mu cisza.

Rano upro­sił opie­ku­na, żeby po­zwo­lił mu po­je­chać nad morze.

– Wra­caj w po­łu­dnie – burk­nął Co­lom­ba­ni.

Dodał coś jesz­cze, ale Gio­van­ni nie słu­chał, tylko po­biegł do staj­ni i osio­dłał szyb­ko muła.

Z góry wy­da­wa­ło się, że nad mo­rzem świe­ci słoń­ce. Kiedy jed­nak zje­chał na dół, prze­ko­nał się, że wy­brze­że spo­wi­ja mgła, a pro­mie­nie le­d­wie prze­bi­ja­ją się z bar­dzo da­le­ka. Gio­van­ni ze­sko­czył z sio­dła na skra­ju pia­sku, pusz­cza­jąc muła wolno, by pasł się na nędz­nej tra­wie. Zro­bił kilka kro­ków w kie­run­ku, z któ­re­go do­cho­dził szum fal.

– Ona już tu jest.

Serce pod­sko­czy­ło mu do gar­dła. Le­d­wie ustał, kiedy po­czuł na pal­cach dotyk zim­nej dłoni. We mgle le­d­wie do­strze­gał nie­wy­raź­ny kształt, ten sam, który wi­dział wie­czo­rem. Młod­szy chło­piec po­cią­gnął go za rękę. Gio­van­ni nie­chęt­nie po­szedł za nim.

Tego, co zo­ba­czył, nie po­tra­fił­by opi­sać. Jakby ota­cza­ją­ca ich mgła usi­ło­wa­ła przy­brać ludz­ką formę, a jed­no­cze­śnie inna siła pró­bo­wa­ła ją po­wstrzy­mać. To, co się prze­ciw­sta­wia­ło mgle, sła­bło, i z bez­kształt­nej masy wy­ła­nia­ła się coraz wy­raź­niej ko­bie­ca po­stać. Kiedy jed­nak Gio­van­ni usi­ło­wał sku­pić na niej wzrok, roz­pły­wa­ła się znowu, ucie­ka­jąc na gra­ni­cę pola wi­dze­nia.

– Miej oczy otwar­te – po­wie­dział mały Maur i w tym samym mo­men­cie mgła wy­su­nę­ła czar­ny język, owi­ja­jąc nim jego twarz. Na sma­głej skó­rze chłop­ca po­ja­wi­ła się jesz­cze ciem­niej­sza prze­pa­ska, za­sła­nia­ją­ca oczy.

Gio­van­ni krzyk­nął, głos jednak uto­nął w gęst­nie­ją­cej mazi.

Mgła skrę­ca­ła się ni­czym lina, za­ci­ska­jąc więzy na całym ciele chłop­ca.

– Bę­dziesz moimi ocza­mi. Bę­dziesz moją ręką.

Cie­nie wokół nich za­cie­śni­ły się, jakby pró­bo­wa­ły ich po­chło­nąć. Gio­van­ni po­czuł, że gdzieś głę­bo­ko w sercu rodzi się iskra ja­sne­go cie­pła, usi­łu­ją­ca od­go­nić cie­nie. Opa­ska na oczach Maura stra­ci­ła nieco ze smo­li­stej czer­ni. Rącz­ka chłop­ca za­ci­snę­ła się na pal­cach Gio­van­nie­go, który do­pie­ro teraz uzmy­sło­wił sobie, że dotyk był wcze­śniej nie­mal bez­cie­le­sny.

Wzdry­gnął się, ale nie miał czasu na roz­my­śla­nia. W chwi­li, kiedy mgła za­czę­ła się cofać, morze za­szu­mia­ło gniew­nie i ponad jego po­wierzch­nię uniósł się ogrom­ny ciem­ny kształt, nieco po­dob­ny do wie­lo­ry­ba, a bar­dziej jesz­cze do po­two­rów, które oglą­dał w książ­kach.

Kształt prze­mó­wił i jak­kol­wiek Gio­van­ni nie zro­zu­miał ani słowa, po­czuł, że mgła wy­pusz­cza go ze swych objęć i cofa się, jakby za­sy­sa­ła ją nie­wi­docz­na dziu­ra w ziemi. Zer­k­nął na młod­sze­go chłop­ca. Opa­ska zni­kła, ale w twa­rzy ziały czar­ne dziu­ry. Ciało było wid­mo­we, nie­mal prze­zro­czy­ste.

Miej oczy otwar­te – za­szu­mia­ło morze echem ryku po­two­ra.

Kątem oka Gio­van­ni do­strzegł, że z miej­sca, gdzie sku­pi­ła się mgła, od­ry­wa się ko­bie­ca syl­wet­ka. Kiedy jed­nak zwró­cił w jej stro­nę wzrok, uj­rzał je­dy­nie zie­leń lasu. Morze było spo­koj­ne, roz­świe­tlo­ne pro­mie­nia­mi sto­ją­ce­go jesz­cze nisko po­ran­ne­go słoń­ca.

 

*

 

W świe­tle sło­necz­nym po­stać ma­łe­go Maura sta­wa­ła się le­d­wie wi­docz­na, aż Gio­van­ni za­czy­nał po­dej­rze­wać, że cała scena nad mo­rzem przy­śni­ła mu się tylko, a on sam za chwi­lę obu­dzi się w obe­rży. Kiedy tam do­tarł, za­stał wia­do­mość od pana Co­lom­ba­nie­go, z po­le­ce­niem sta­wie­nia się w kró­lew­skiej re­zy­den­cji. Na krze­śle wi­siał po­rząd­ny frak i ko­szu­la z ko­ron­ko­wym ża­bo­tem, jak dla waż­nej per­so­ny. Ubra­nie było nieco cia­sne, ale Gio­van­ni nigdy wcze­śniej nie czuł się tak ele­ganc­ki. Zwią­zał włosy wstąż­ką, za­ło­żył przy­go­to­wa­ny ka­pe­lusz i po­pę­dził w górę mia­stecz­ka, za­po­mi­na­jąc cał­ko­wi­cie o wid­mo­wym to­wa­rzy­szu.

– Gdzieś ty się po­dzie­wał? – Pan Co­lom­ba­ni zlu­stro­wał chło­pa­ka od stóp do głów, kiedy tylko lokaj wpro­wa­dził go do an­ty­szam­bru. – I co ty masz na no­gach?

Do­pie­ro teraz Gio­van­ni za­uwa­żył, że całe buty ma w pia­sku.

Co­lom­ba­ni przywołał sto­ją­ce­go w drzwiach słu­żą­ce­go i szep­nął mu coś. Męż­czy­zna ski­nął na chło­pa­ka i po­pro­wa­dził go na dół, do kuch­ni, gdzie podał mu szczot­kę.

Tylko że pia­sek nie chciał się dać strzep­nąć. Ani ze­trzeć. Jakby się przy­kle­ił do smoły. Gio­van­ni ze zło­ścią tarł buty szczot­ką i nagle po­czuł na dłoni de­li­kat­ny dotyk. Przed nim stał mały ciem­no­skó­ry chło­piec, wy­glą­da­ją­cy zu­peł­nie jak wid­mo­wy Maur z wy­brze­ża.

– Daj – po­wie­dział, wska­zu­jąc na szczot­kę.

Gio­van­ni był tak za­sko­czo­ny, że bez słowa podał mu żą­da­ny przed­miot. Chło­piec le­d­wie do­tknął butów i cały brud od­padł.

– Kim je­steś? – wy­du­kał Gio­van­ni. – Jak masz na imię?

– Iago – od­parł chło­piec. – Tak mnie wo­ła­no. Idź już na górę. Cze­ka­ją na cie­bie.

„Na mnie?” – chciał za­py­tać, ale chłop­ca już nie było.

 

*

 

Gio­van­ni nu­dził się. Chwi­la eks­cy­ta­cji, kiedy pan Co­lom­ba­ni przed­sta­wił go kró­lo­wi, mi­nę­ła. Tia­do­ru I oka­zał się po­staw­nym męż­czy­zną o ostrych ry­sach, od­mien­nych za­rów­no od typowo korsykańskich czy genueńskich. Nosił się po­dob­nie jak bo­ga­ci pa­no­wie z Aiac­ciu, a tro­chę jak oj­ciec Gio­van­nie­go, kiedy wy­stę­po­wał w są­dzie albo pod­pi­sy­wał na­praw­dę ważne umowy no­ta­rial­ne – na pięk­nie ha­fto­wa­ny frak miał na­rzu­co­ną długą szatę.

Pa­no­wie, któ­rzy ze­bra­li się w kom­na­cie, po­chy­la­li się wraz z mo­nar­chą nad mapą wyspy oraz pro­jek­ta­mi her­bów. Gio­van­ni był tu ofi­cjal­nie jako se­kre­tarz Co­lom­ba­nie­go, ale nie­wie­le ro­zu­miał z roz­mów, więc bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia przy­glą­dał się ob­ra­zom i ry­ci­nom wi­szą­cym na ścia­nach. Jedna z nich przy­cią­gnę­ła jego wzrok – przed­sta­wia­ła męż­czy­znę w stro­ju, jaki część gó­ra­li za­kła­da­ła na nie­dzie­lę, trzy­ma­ją­ce­go włócz­nię z na­bi­tą na nią głową. Chło­pak zro­bił krok w kie­run­ku ścia­ny, ale zanim zdą­żył się przyj­rzeć i prze­czy­tać pod­pis, w ko­ry­ta­rzu zro­bi­ło się za­mie­sza­nie.

Straż­ni­cy kogoś za­trzy­ma­li, jeden z nich pod­biegł do stołu i szep­nął coś do kró­lew­skie­go se­kre­ta­rza. Gio­van­ni do­sły­szał tylko słowa „wie­śniacz­ka” i „ważne wie­ści”. Teo­do­ro ski­nął głową i po chwi­li w drzwiach sta­nę­ła nie­śmia­ło dość młoda ko­bie­ta.

Miała spusz­czo­ne oczy, ale chło­pak czuł się tak, jakby pa­trzy­ła pro­sto na niego. On zaś nie po­tra­fił sku­pić na niej wzro­ku. Była ładna, ale nie to spra­wia­ło mu pro­blem. Miał wra­że­nie, że wokół niej kłębi się ciem­na mgła, po­dob­na do tej na wy­brze­żu.

Usi­ło­wał się po­ru­szyć, ale ję­zy­ki nie­wi­docz­nej mgły się­ga­ły jego nóg – po czym cof­nę­ły się, a ko­bie­ta pod­nio­sła wzrok, w któ­rym ma­lo­wa­ło się zdu­mie­nie. W tej samej chwi­li Gio­van­ni po­czuł znów lekki dotyk. Obok niego stał Iago. Z czar­ny­mi, nie­wi­dzą­cy­mi dziu­ra­mi za­miast oczu.

Ko­bie­ta, któ­rej nikt szcze­gól­nie nie pil­no­wał, ru­szy­ła po­wo­li na śro­dek kom­na­ty. Mięk­kie po­de­szwy trze­wi­ków tłu­mi­ły od­głos kro­ków. Palce ma­łe­go Iago za­ci­snę­ły się na dłoni Gio­van­nie­go, który do­pie­ro teraz był w sta­nie pa­trzeć na ko­bie­tę. I na ota­cza­ją­cą ją po­stać ufor­mo­wa­ną z czar­nej mgły. Zro­dzo­ną przez mgłę i ciem­ność na wy­brze­żu.

Chło­pak pa­trzył na nią sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi – jak pod­kra­dła się do stołu, jak w jej ręce bły­snę­ło sre­bro…

Nie zdą­żył za­re­ago­wać, kiedy po­czuł, że jakaś siła cią­gnie go do przo­du. Mo­ment póź­niej jego ręka wy­trą­ci­ła szty­let z dłoni ko­bie­ty, zanim zdą­żył do­się­gnąć ofia­ry – tylko że to nie była jego ręka. Gio­van­ni stał nadal w tym samym miej­scu, co przed chwi­lą, a wzrok wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych spo­czął na ciem­no­skó­rym Iago, któ­rym był, jed­no­cze­śnie po­zo­sta­jąc sobą.

Bę­dziesz moimi ocza­mi. Bę­dziesz moją ręką.

Straż­ni­cy do­sko­czy­li do ko­bie­ty, która osu­nę­ła się na zie­mię. Czar­ne ję­zy­ki mgły, któ­rej nikt poza Gio­van­nim najwyraźniej nie do­strze­gał, wiły się po po­sadz­ce i roz­pły­wa­ły w po­wie­trzu.

Naj­dziw­niej­szy był jed­nak pełen za­sko­cze­nia i nie­do­wie­rza­nia wyraz twa­rzy króla.

– Iago? – wy­szep­tał Teo­do­ro. – My­śla­łem, że uto­ną­łeś…

Mau­re­tań­ski chło­piec skło­nił się przed mo­nar­chą.

– To szło za tobą od Tu­ni­su, panie – od­parł. – Ale już nie zdoła ci za­szko­dzić. Moje za­da­nie przy tobie za­koń­czo­ne.

– Opu­ścisz mnie znowu? – za­py­tał król.

Sto­ją­cy nie­ru­cho­mo jak za­cza­ro­wa­ny Gio­van­ni do­strzegł wyraz bólu na twa­rzy ma­łe­go Maura. Chło­piec skło­nił się jed­nak tylko i nic nie od­po­wie­dział.

Nikt go nie za­trzy­my­wał, gdy skie­ro­wał się ku drzwiom. Mi­ja­jąc Gio­van­nie­go mu­snął go lekko pal­ca­mi w dłoń i star­szy chło­pak od­zy­skał zdol­ność po­ru­sza­nia się. Jed­no­cze­śnie oczy Iago, przed chwi­lą całe i żywe, za­mie­ni­ły się w ciem­ne oczo­do­ły.

Teraz na­le­żę do cie­bie – głos ma­łe­go to­wa­rzy­sza roz­legł się w my­ślach Gio­van­nie­go. – Będę cze­kał tam, gdzie dziś rano.

 

*

 

– Na­praw­dę ją pu­ścił wolno? – za­py­tał Gio­van­ni z nie­do­wie­rza­niem, kiedy wie­czo­rem pan Co­lom­ba­ni opo­wie­dział mu o tym, co wy­da­rzy­ło się póź­niej w u pa­laz­zu.

Opie­kun wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ła­ska­wość jest cnotą i przy­wi­le­jem kró­lów.

– Ta ko­bie­ta… – za­czął Gio­van­ni, po czym uświa­do­mił sobie, że naj­wy­raź­niej tylko on i Iago wi­dzie­li czar­ną mgłę.

– Ta ko­bie­ta opo­wie­dzia­ła za­dzi­wia­ją­cą hi­sto­rię… – do­koń­czył Co­lom­ba­ni z wes­tchnie­niem. – Nie wiem, czy w nią wie­rzyć, ale król naj­wy­raź­niej uwie­rzył.

Chło­pak uniósł z za­cie­ka­wie­niem brwi.

– Słu­chaj, ucz się, jak po­kręt­ne mogą być ludz­kie ścież­ki.

Opie­kun Gio­van­nie­go roz­siadł się w sta­rym fo­te­lu i nalał sobie wina do szklan­ki.

– Jej męża aresz­to­wa­no ponoć kilka mie­się­cy temu w Li­vor­no jako ban­dy­tę. Nie­wie­le póź­niej spo­tka­ła czło­wie­ka, który za­pro­po­no­wał układ: jeśli mąż za­bi­je pana von Neu­hoff, szy­ku­ją­ce­go się do­pie­ro do przy­jaz­du tutaj, by objąć tron, oboje zo­sta­ną uła­ska­wie­ni. Dziw­nym tra­fem mąż wkrót­ce uciekł z wię­zie­nia, ale nie chciał pod­jąć się tego za­da­nia. A ona… – Co­lom­ba­ni za­wie­sił głos. – Tu na­stę­pu­je naj­dziw­niej­sza część opo­wie­ści.

„Czar­na mgła na wy­brze­żu” – po­my­ślał Gio­van­ni. – „Wid­mo­wa po­stać ota­cza­ją­ca ko­bie­tę”.

Pan Co­lom­ba­ni miał jed­nak na myśli coś znacz­nie bar­dziej przy­ziem­ne­go.

– Ona nie ma po­ję­cia, jak się tu zna­la­zła. Dziś rano stała na głów­nym placu Ce­rvio­ni ze szty­le­tem w ręce i pełną świa­do­mo­ścią, co ma zro­bić. Jakby ktoś kie­ro­wał jej kro­ka­mi.

Gio­van­ni wier­cił się na krze­śle.

– Iago też po­wie­dział coś dziw­ne­go – po­wie­dział w końcu. – Ten chło­piec, który wy­trą­cił jej szty­let – wy­ja­śnił.

Skrzy­wio­na mina pana Co­lom­ba­nie­go wska­zy­wa­ła, że naj­chęt­niej nie roz­ma­wiał­by o tym.

– Król upie­ra się, że to jego słu­żą­cy, któ­re­go po­da­ro­wał mu bej Tu­ni­su. Za­rów­no sam Teo­do­ro, jak i wielu ludzi z jego oto­cze­nia wi­dzia­ło, jak chło­piec wpadł w Li­vor­no do morza, praw­do­po­dob­nie ze­pchnię­ty przez kogoś.

Gio­van­ni przy­po­mniał sobie, co po­wie­dział mu Iago, zanim znikł. Przez chwi­lę roz­wa­żał jazdę na wy­brze­że na­tych­miast, ale z okna izby las wy­glą­dał nie­przy­jaź­nie. Poza wszyst­kim nagły wy­jazd teraz wzbu­dził­by po­dej­rze­nia opie­ku­na.

– Może się ura­to­wał i po­dą­żył za swoim panem? – Nie za­brzmia­ło to zbyt prze­ko­nu­ją­co. Od­po­wiedź cze­ka­ła na plaży i bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać do rana.

 

*

 

– Dzię­ku­ję, że przy­sze­dłeś.

Głos roz­legł się tuż nad jego uchem, ale Gio­van­ni długo nie do­strze­gał ma­łe­go Maura. Do­pie­ro kiedy spoj­rzał na swój cień, zo­ba­czył tam drugi kształt.

– Wy­bacz – cią­gnął Iago. – Je­stem bar­dzo słaby, nie zo­ba­czysz mnie w świe­tle.

Gio­van­ni wska­zał na linię lasu i cień pod drze­wa­mi.

– Nie po­wi­nie­nem też na długo od­da­lać się od morza – od­parł chło­piec. – Je­stem na to za słaby.

– Wczo­raj byłeś w re­zy­den­cji króla.

Cień skry­ty w cie­niu ro­ze­śmiał się.

– Mu­sia­łem wy­ko­nać za­da­nie. Ona przy­by­ła.

– Masz na myśli tę ko­bie­tę? – Gio­van­ni nie krył zdu­mie­nia.

Po­czuł dotyk pal­ców na dłoni. Nie­wi­docz­ny Iago po­cią­gnął go ku wy­dmom i cie­nio­wi, gdzie jego po­stać za­ma­ja­czy­ła w po­wie­trzu.

– Nic nie ro­zu­miesz, praw­da?

Gio­van­ni po­krę­cił głową.

– Ty nie ży­jesz? – za­ry­zy­ko­wał.

Przez wid­mo­wą twarz prze­biegł gry­mas bólu.

– Żyję. Ale je­stem bar­dzo słaby.

– Ta mgła?

Iago po­tak­nął.

– Czym ona jest?

– Złem. Za­gro­że­niem. Czymś nie z tego świa­ta.

„Moje buty” – przy­po­mniał sobie Gio­van­ni. – „To nie była smoła, to była ta mgła”.

– Tak. – Iago spoj­rzał na jego stopy. – Usi­ło­wa­ła nas po­wstrzy­mać.

– Dla­cze­go? Mgła chcia­ła zabić króla?

Do­pie­ro teraz, kiedy po­czuł na sobie ich wzrok, Gio­van­ni za­uwa­żył, że oczy chłop­ca nie są już czar­ny­mi ot­chła­nia­mi, ale wy­glą­da­ją bar­dziej jak go­ją­ce się bli­zny.

– Ona jest wy­two­rem, na­rzę­dziem.

– Opę­ta­ła tę ko­bie­tę! – Gio­van­ni przy­po­mniał sobie opo­wieść Co­lom­ba­nie­go.

Iago po­tak­nął.

– Mo­żesz to tak okre­ślić. Po­dob­nie jak dwie inne ko­bie­ty. W Tu­ni­sie, w Li­vor­no.

Za­gad­ki z opo­wie­ści opie­ku­na za­czy­na­ły się roz­ja­śniać. To nie Le­ono­ra, bo tak miała się na­zy­wać wie­śniacz­ka, po­dró­żo­wa­ła za panem von Neu­hoff. Za każ­dym razem była to inna opę­ta­na, którą roz­po­zna­wał je­dy­nie Iago.

– Kim ty na­praw­dę je­steś? – za­py­tał ze zdu­mie­niem Gio­van­ni.

Wid­mo­we usta uśmiech­nę­ły się.

– Teraz je­stem twoim opie­ku­nem. Twoim qarin. Wielu uważa, że je­ste­śmy źli, ale to nie­praw­da.

– To ty mi się śni­łeś w dro­dze do Corti? Cie­bie wi­dzia­łem w lesie?

Tym razem na twa­rzy Iago po­ja­wił się wyraz zdu­mie­nia i za­sko­cze­nia. Gio­van­ni opi­sał mu po­stać wi­dzia­ną w lesie i słowa, które po­wta­rza­ła. Opi­sał upior­ną głowę na wy­brze­żu. Przy­po­mniał, że zda­nie, które po­wta­rza­ły widma, usły­szał od chłop­ca… I od po­two­ra mor­skie­go.

Iago po­krę­cił głową.

– Je­stem bar­dzo słaby. Za­po­mnia­łem dużo.

Nagle po­wró­ci­ły słowa króla.

– Co się stało w Li­vor­no? – To z tego portu an­giel­ski okręt przy­wiózł von Neu­hof­fa na Kor­sy­kę, gdzie po­twier­dzo­no jego wybór na króla i ko­ro­no­wa­no.

Mar­twe oczy wpa­try­wa­ły się w ho­ry­zont, gdzie le­d­wie ma­ja­czy­ło wy­brze­że Ita­lii.

– Byłem nie­ostroż­ny. Wi­dzia­łem mgłę wcze­śniej w Tu­ni­sie.  Tam zdo­ła­łem uwol­nić jej ofia­rę, zanim za­ata­ko­wa­ła. Potem nie chcia­łem krzyw­dzić ko­bie­ty, nie po­wi­nie­nem, chcia­łem tylko od­go­nić mgłę, jak z two­ich butów.

Iago mówił o mgle, jakby była żywą isto­tą, mimo że na­zwał ją na­rzę­dziem.

– Ale ona była za silna. Zna­la­złem się da­le­ko od mo­je­go kraju. Tam nie mia­łem szans.

– A tu? Tu prze­cież dałeś radę. – Gio­van­ni nie krył zdu­mie­nia.

Chło­piec ujął go za rękę.

– Czu­jesz? – za­py­tał.

I Gio­van­ni po­czuł. A może zo­ba­czył.

Przed jego ocza­mi prze­wi­ja­ły się ko­lej­ne ob­ra­zy. Iago wpa­da­ją­cy do wody – czy też do niej ska­czą­cy, ucie­ka­ją­cy? Szum fal przy­no­szą­cy mu uko­je­nie. Mgła po­dą­ża­ją­ca jego śla­dem, du­szą­ca się w wo­dzie, od­ga­nia­na przez coś, co w niej żyło. W mor­skiej głębi mi­gnął cień po­two­ra i chło­pak wzdry­gnął się na wspo­mnie­nie tego prze­ra­ża­ją­ce­go kształ­tu i nie­zro­zu­mia­łe­go głosu.

– Nie bój się – po­wie­dział Iago. – To ona mnie ura­to­wa­ła.

– Kto?

– Keto.

Przez głowę Gio­van­nie­go prze­mknę­ły wspo­mnie­nia szkol­nych lek­tur. Nic dziw­ne­go, że wziął ten kształt za wie­lo­ry­ba.

– Prze­cież ona jest po­two­rem i matką po­two­rów! – wy­krzyk­nął.

Iago po­tak­nął.

– Ma w sobie cząst­kę tej mgły, to praw­da. Ale ujarz­mi­ła ją. I jest mał­żon­ką pierw­sze­go króla tej wyspy.

Gio­van­ni z prze­ra­że­nia cof­nął rękę. Wpa­try­wał się w ma­łe­go Maura z nie­do­wie­rza­niem. W opo­wie­ściach ojca Teo­do­ro von Neu­hoff jawił się jako czło­wiek szu­ka­ją­cy sławy w nie­bez­piecz­nych i sza­lo­nych przy­go­dach i przed­się­wzię­ciach, ale coś ta­kie­go…

Ku jego zdzi­wie­niu Iago ro­ze­śmiał się.

– Wy­bacz – po­wie­dział. – Ten, któ­re­go oca­li­łem, nie po­zo­sta­nie tu długo. Za­ło­żył ko­ro­nę, więc nie mo­głem do­pu­ścić, by zgi­nął. Ale on nie jest pierw­szym kró­lem.

„To wszyst­ko mi się śni” – po­my­ślał Gio­van­ni. – „Albo wciąż tkwię we wczo­raj­szym po­ran­ku. Mgła nie znik­nę­ła, a ja zo­sta­łem przez nią po­chło­nię­ty i osza­la­łem”.

– Pierw­szym kró­lem był mor­ski bóg For­kos. – Głos, który wy­po­wie­dział te słowa, nie na­le­żał do Iago. Był ko­bie­cy i brzmiał ni­czym echo z ot­chła­ni.

W po­bli­żu jed­nak nie było ni­ko­go. Nie­mniej kiedy Gio­van­ni spoj­rzał w stro­nę morza, uj­rzał wzno­szą­cy się nad wodę kształt podobny do tego, który widział dzień wcześniej, tyle że dziś po­ły­sku­ją­cy w słoń­cu, jakby po­kry­wa­ły go złote łuski.

– Udasz się do serca wyspy – po­wie­dzia­ła Keto. – Mu­sisz po­znać jej dzie­je. Do­wie­dzieć się, w jaki spo­sób moja córka za­pew­ni­ła jej bez­pie­czeń­stwo. Wtedy zro­zu­miesz, co wi­dzia­łeś w snach. Tobie zaś – Gio­van­ni do­my­ślił się, że te słowa były skierowane do Iago – mocą mo­je­go mał­żon­ka po­zwo­lę prze­by­wać w kształ­cie ła­twiej­szym do udźwi­gnię­cia, do­pó­ki nie od­zy­skasz sił.

Wid­mo­we ciało chłop­ca skur­czy­ło się i przez chwi­lę po­zo­sta­wa­ło bez­kształt­ne. Kiedy Keto za­nu­rzy­ła się z po­wro­tem w fale, na ziemi przed Gio­van­nim sie­dział duży kruk. Ptak otwo­rzył dziób i wydał ze sie­bie głos brzmią­cy bar­dziej jak po­mruk niż kra­ka­nie.

„Wiesz, gdzie jest serce wyspy?” – za­py­tał w my­ślach ludz­kie­go to­wa­rzy­sza.

– Nie mam po­ję­cia – od­parł po­nu­ro Gio­van­ni. – Mia­łem na­dzie­ję, że ona nam to powie. No i o co cho­dzi z tą córką? – dodał, spo­glą­da­jąc po­dejrz­li­wie na kruka.

Ptak mil­czał.

 

*

 

Przez po­zo­sta­łe dni, które spę­dzi­li wraz z panem Co­lom­ba­nim w Ce­rvio­ni, Gio­van­ni do­wie­dział się sporo o nowej kon­sty­tu­cji, o in­nych pra­wach, które usta­no­wio­no dla kró­le­stwa, a także o pro­jek­cie utwo­rze­nia w Corti uni­wer­sy­te­tu. Na­bie­rał coraz więk­szej nie­chę­ci do za­wo­du praw­ni­ka i z coraz więk­szą za­zdro­ścią pa­trzył na nowe mun­du­ry, w które ubra­no kró­lew­skich gwar­dzi­stów.

Ile­kroć go­ścił w u pa­laz­zu, wciąż jako se­kre­tarz Co­lom­ba­nie­go, nie po­tra­fił się opę­dzić od wspo­mnie­nia słów Maura: „Ten, któ­re­go oca­li­łem, nie po­zo­sta­nie tu długo”. Wy­da­wa­ło mu się, że nad kró­lem Teo­do­rem za­wi­sła ciem­na chmu­ra, cze­ka­jąc je­dy­nie oka­zji, by za­ata­ko­wać po­now­nie. Kruk, który przy­la­ty­wał do Gio­van­nie­go, ile­kroć chło­pak wy­pu­ścił się poza mia­stecz­ko, za­pew­niał, że na całej wy­spie nie po­zo­stał ani ślad czar­nej mgły. Słowa, które wy­po­wie­dział wcze­śniej Iago, kła­dły się jed­nak cie­niem nad wszyst­kim, co dzia­ło się w re­zy­den­cji.

W końcu nad­szedł dzień wy­jaz­du.

– Chciał­bym, żebyś zo­stał w Corti i po­mógł mi przy or­ga­ni­za­cji uni­wer­sy­te­tu – oznaj­mił pan Co­lom­ba­ni. – Twój oj­ciec nie bę­dzie prze­ciw­ny, tego wła­śnie dla cie­bie chce.

„Serce wyspy” – po­my­ślał z roz­pa­czą Gio­van­ni. – „Muszę je zna­leźć, zanim zajmę się czym­kol­wiek innym”.

Wy­pro­sił w końcu u opie­ku­na po­wrót do Bu­cugnà, do ro­dzi­ny.

I teraz wspi­nał się znów na prze­łęcz od­dzie­la­ją­cą diquà dai monti od dilà dai monti, sły­sząc nad sobą sze­lest skrzy­deł kruka. Nie prze­śla­do­wa­ły go tym razem wizje ta­jem­ni­czych po­sta­ci, las był przy­ja­zny i prze­świe­tlo­ny słoń­cem. Gdyby tylko za­klę­ty w ptaka Iago był w sta­nie wy­ja­wić, gdzie na­le­ża­ło szu­kać serca wyspy.

 

*

 

Na po­stój za­trzy­mał się na prze­łę­czy. Znów miał prze­moż­ne po­czu­cie, że wpa­tru­ją się w niego ukry­te w lesie oczy. Kruk przy­siadł na ga­łę­zi i prze­krzy­wił łeb.

– Iago? – za­py­tał Gio­van­ni szep­tem.

Jego to­wa­rzysz jed­nak mil­czał i chło­pak po­dej­rze­wał już, że po prze­mia­nie tylko przez chwi­lę za­cho­wał ludz­kie cechy.

Nagle muł za­strzygł usza­mi. Gio­van­ni po­ru­szył się nie­spo­koj­nie. Za późno wy­czuł za sobą czy­jąś obec­ność. Od­wró­cił się gwał­tow­nie, kiedy ktoś po­ło­żył mu na ra­mie­niu cięż­ką rękę.

Za nim stał po­staw­ny, bro­da­ty męż­czy­zna w stro­ju gó­ra­la, z połą ka­po­ty wy­raź­nie wy­brzu­sza­ją­cą się od kolby pi­sto­le­tu.

Veni cun mè – po­wie­dział.

Czło­wiek ten nie wy­glą­dał na kogoś, komu miał­by szan­se uciec, więc chcąc nie chcąc Gio­van­ni ujął wodze muła i ru­szył za ban­dy­tą. Miał duszę na ra­mie­niu, li­czył jed­nak  na to, że może któ­ryś z chło­pa­ków z oko­li­cy go roz­po­zna. Zer­k­nął na kruka, ale nie było go ni­g­dzie widać.

Po nie­zbyt dłu­giej chwi­li nie­zna­jo­my za­trzy­mał się przy do­sko­na­le ukry­tym w krza­kach ka­mien­nym sza­ła­sie.

La­scia a mula quì – po­le­cił. Naj­wy­raź­niej nawet się nie za­sta­na­wiał, czy chło­pak ro­zu­mie w corsu.

Gio­van­ni spoj­rzał na niego py­ta­ją­co, ale pod­pro­wa­dził zwie­rzę ku ni­skie­mu bu­dyn­ko­wi.

Serà si­cu­ru – za­pew­nił go ban­dy­ta i wydał cichy dźwięk, przy­po­mi­na­ją­cy krzyk dra­pież­ne­go ptaka.

Ga­łę­zie krze­wów po­ru­szy­ły się i wy­peł­zła z nich kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka, umo­ru­sa­na i z ga­łąz­ka­mi w po­tar­ga­nych wło­sach. Spoj­rza­ła tylko na star­sze­go męż­czy­znę i bez słowa wzię­ła od Gio­van­nie­go wodze, po czym za­czę­ła gła­dzić zwie­rzę po grzy­wie, szep­cząc mu coś do ucha.

Ban­dy­ta ski­nął na Gio­van­nie­go i po­pro­wa­dził go wąską ścież­ką w dół. Chło­pak zo­rien­to­wał się, że scho­dzą na po­łu­dnie, jak ku Bu­cugnà, ale bar­dziej na za­chód. To mogło ozna­czać tylko jedno: męż­czy­zna pro­wa­dził ku do­li­nie zna­nej jako a Pen­ti­ca. Miej­scu sław­ne­mu jako sie­dzi­ba naj­waż­niej­sze­go z kla­nów ban­di­ti. Miej­scu owia­ne­mu le­gen­da­mi. Ro­dzin­na le­gen­da gło­si­ła, że przez matkę był spo­krew­nio­ny z rodem Bo­nel­li, ale za­gad­nię­ty o to prze­wod­nik zbył py­ta­nie mil­cze­niem.

Wy­szli z lasu i Gio­van­ni uj­rzał przed sobą głę­bo­ki żleb wy­peł­nio­ny po­tęż­ny­mi gła­za­mi. W od­da­li w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca zło­cił się szczyt w kształ­cie pi­ra­mi­dy. Monte d’Oru, złota góra. Byli tacy, któ­rzy wie­rzy­li, że skry­wa w swym wnę­trzu ba­jecz­ne skar­by ban­dy­tów po­cho­dzą­ce z pra­daw­nych cza­sów. Inni, jak jego na­uczy­cie­le w Aiac­ciu, wo­le­li wi­dzieć w ta­kich opo­wie­ściach szko­dli­wy za­bo­bon, pod­sy­ca­ny przez miesz­kań­ców a Pen­ti­ca.

E scale. – Prze­wod­nik trą­cił Gio­van­nie­go w ramię, wska­zu­jąc w dół żlebu.

Scho­dy. Chło­pak wes­tchnął i za­czął ostroż­nie ska­kać z ka­mie­nia na ka­mień. Był znacz­nie drob­niej­szy i niż­szy od ban­dy­ty, który szedł po dnie żlebu jak po rów­nej dro­dze, toteż kilka razy nie tra­fił i omal nie skrę­cił kost­ki.

Zbo­cze Monte d’Oru zmie­ni­ło już barwę ze zło­ci­stej w czer­wo­ną, kiedy wresz­cie prze­wod­nik skrę­cił w prawo, kie­ru­jąc się na wąską ścież­kę bie­gną­cą pod prze­wie­szo­ną skałą. Chwi­lę póź­niej Gio­van­ni omal nie krzyk­nął z za­chwy­tu. Ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się w ciem­nej wo­dzie dwóch sta­wów. Przed sobą miał Laghi d’Oru, które mało kto ze zna­nych mu osób oglą­dał. To za nimi miała znaj­do­wać się a Pen­ti­ca.

Wy­so­ko w górze roz­le­gło się kra­ka­nie. Może jed­nak Iago od­na­lazł to­wa­rzy­sza.

 

*

 

Ostat­ni etap po­dró­ży od­by­li po zmro­ku – za­pew­ne po to, żeby Gio­van­ni nie zdo­łał póź­niej od­na­leźć drogi. Prze­wod­nik od czasu do czasu wy­da­wał krót­kie po­le­ce­nia i po nie­skoń­czo­nej licz­bie za­krę­tów zna­leź­li się w miej­scu, które spra­wia­ło wra­że­nie ogrom­nej groty. Nie było tu widać drzew ani gwiazd, z czego Gio­van­ni wy­wnio­sko­wał, że nie­po­strze­że­nie mu­sie­li zejść pod zie­mię – a ra­czej skałę. Wkra­da­ła się tu tylko słaba po­świa­ta księ­ży­ca, od­bi­ja­jąc się w płat­kach miki na ścia­nach.

O dziwo nie czuć było cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla ja­skiń i grot za­pa­chu – wil­got­nej ziemi, skały, lekko gni­ją­cej ro­ślin­no­ści. Kiedy Gio­van­ni był młod­szy i cho­dzi­li razem z Lu­igim do szko­ły w Aiac­ciu, lu­bi­li wy­my­kać się na po­bli­skie wzgó­rza, gdzie ba­wi­li się w roz­bój­ni­ków w gro­cie pod ogrom­nym ka­mie­niem. Stam­tąd wła­śnie za­pa­mię­tał takie za­pa­chy. Tu, mimo że coraz moc­niej wy­czu­wał nad sobą skle­pie­nie, pach­nia­ło… makią.

Uzmy­sło­wił to sobie do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li. Ja­ski­nia była wy­peł­nio­na tym wszyst­kim, co ko­ja­rzy­ło mu się z wyspą, na któ­rej się uro­dził i wy­cho­wał. Z nad­brzeż­ny­mi za­ro­śla­mi, z gór­ski­mi krze­wa­mi cze­pia­ją­cy­mi się ubra­nia, z suchą wę­dli­ną przy­pra­wio­ną mir­tem, z kwia­ta­mi, ja­kich – jak mówił oj­ciec, który w spra­wach po­li­tycz­nych po­dró­żo­wał do Li­vor­no, Genui, a nawet Nicei i Tu­ry­nu – nie ma ni­g­dzie in­dziej na świe­cie. „Żadne miej­sce nie pach­nie tak jak Kor­sy­ka” – po­wta­rzał pan Ra­mo­li­nu synom. „Choć­by­ście wy­je­cha­li na dłu­gie lata, to z da­le­ka, z za­mknię­ty­mi ocza­mi roz­po­zna­cie Kor­sy­kę”.

Prze­wod­nik stał w mil­cze­niu, wpa­tru­jąc się uważ­nie w chło­pa­ka.

– Ro­zu­miesz, praw­da? – Nagle corsu wy­da­ło się Gio­van­nie­mu ję­zy­kiem, któ­rym mówił za­wsze. – U core di Cor­si­ca.

Wtedy na­praw­dę to po­czuł. Pul­su­ją­cy dźwięk, ni­czym krew w ży­łach. Ni­czym bi­ją­ce serce. Usły­szał cichy sze­lest i na jego ra­mie­niu usiadł kruk.

Gio­van­ni miał ocho­tę zadać ci­sną­ce się na usta py­ta­nie: „Dla­cze­go mnie tu przy­pro­wa­dzi­łeś?”, ale prze­cież wie­dział. Keto go tu przy­sła­ła.

Ban­dy­ta ski­nął ręką.

Ella ti aspet­ta.

Ona czeka? Keto? Tutaj?

Ella chì ti hà chja­ma­tu quì. Ella chi se­rve­mu. A re­gi­na.

– Kró­lo­wa, która mnie we­zwa­ła? – po­wtó­rzył Gio­van­ni. Ghju­van­ni. – Kim ona jest? – Nie po­tra­fił sobie wy­obra­zić mor­skie­go po­two­ra w tym miej­scu. „Może jej córka?” – po­my­ślał. Komu służy ten czło­wiek w stro­ju ban­dy­ty? I kim on na­praw­dę jest?

Kal­li­ste – od­po­wie­dział prze­wod­nik tonem, jakby to było oczy­wi­ste.

 

*

 

Ze­szli w dół, do ko­lej­nej groty, gdzie nie­zwy­kła, nie­rze­czy­wi­sta po­świa­ta uka­za­ła ich oczom mie­nią­ce się srebr­ną i złotą miką ścia­ny. Świa­tło po­cho­dzi­ło od po­są­gu wy­ra­sta­ją­ce­go wprost ze skały na środ­ku ja­ski­ni. Fi­gu­ra przed­sta­wia­ła nie­zwy­kle pięk­ną ko­bie­tę w wień­cu z ro­ślin makii, o oczach w ko­lo­rze jagód mirtu. Grota pach­nia­ła kor­sy­kań­ską wio­sną.

Gio­van­ni uczył się na tyle greki, żeby zro­zu­mieć, dla­cze­go prze­wod­nik na­zwał tę ko­bie­tę kal­li­ste, naj­pięk­niej­szą. Przy­po­mniał sobie, że tak Grecy na­zwa­li Kor­sy­kę.

Kruk dziob­nął go w ucho, wy­ry­wa­jąc z za­my­śle­nia.

Mir­to­we oczy po­są­gu były utkwio­ne w przy­by­szach. Ma­lo­wa­ło się w nich zdu­mie­nie.

Ghju­van­ni Ra­mo­li­nu – za­szu­mia­ła gniew­nie makia. – Przy­by­łeś tu szu­kać od­po­wie­dzi, we­zwa­łam cię na proś­bę pierw­szej kró­lo­wej. Dla­cze­go masz przy sobie przed­miot, który nigdy nie po­wi­nien się zna­leźć na mojej wy­spie?

W pierw­szej chwi­li Gio­van­ni nie zro­zu­miał, ale nagle po­czuł ból w boku. Jakby pa­rzy­ła go torba, którą wciąż miał na ra­mie­niu. Się­gnął do niej ręką i wy­ma­cał po­dłuż­ny przed­miot. Szty­let. Za­po­mniał o nim. Stal pa­li­ła rękę, ale na dłoni nie miał śla­dów opa­rze­nia.

Spoj­rzał z wy­rzu­tem i nie­po­ko­jem na kruka. Ptak nie­mal­że wzru­szył ra­mio­na­mi, a we wspo­mnie­niach Gio­van­nie­go po­ja­wił się ten mo­ment, kiedy mau­re­tań­ski chło­piec opusz­czał u pa­laz­zu. Dotyk dłoni – to wtedy w jego tor­bie mu­sia­ła zna­leźć się broń na­past­nicz­ki.

Kruk za­kra­kał coś nie­zro­zu­mia­łe­go i oczy po­są­gu nieco zła­god­nia­ły.

Niech tak bę­dzie, mały przy­ja­cie­lu – po­wie­dzia­ła Kal­li­ste.

Pta­szy­sko sfru­nę­ło i roz­dar­ło pa­zu­ra­mi torbę. Metal ude­rzył o ka­mień i za­sy­czał. Ostrze po­czer­nia­ło, wy­dzie­la­jąc obrzy­dli­wie śmier­dzą­cy dym, po czym ze skały wy­ro­sły ga­łąz­ki mirtu, po­kry­wa­jąc się w mgnie­niu oka bia­ły­mi kwia­ta­mi, a potem fioł­ko­wy­mi owo­ca­mi. Wy­da­wa­ło się, że po­że­ra­ją metal, który dymił i sy­czał coraz sła­biej.

Jest twój – po­wie­dzia­ła Kal­li­ste. – Teraz bę­dzie szko­dził tym, któ­rzy go splu­ga­wi­li i chcie­li to samo zro­bić z wyspą.

Gio­van­ni drżą­cą ręką pod­niósł broń. Za­rów­no na rę­ko­je­ści jak i na ostrzu od­ci­snę­ły się mir­to­we wzory, a metal był przy­jem­nie chłod­ny w do­ty­ku.

To umie­ra w ze­tknię­ciu z moją skałą – ode­zwa­ła się znów za­klę­ta w ka­mień nimfa. – Mu­siał to przy­wieźć ktoś bar­dzo po­tęż­ny, skoro zdo­ła­ło wyjść tu na brzeg.

Mgła, o któ­rej Iago mówił jak o żywej isto­cie. Mgła, która opę­ta­ła trzy ko­bie­ty, żeby zabić króla Kor­sy­ki.

Tak – od­po­wie­dzia­ła na jego myśli Kal­li­ste. – Gdyby krew króla zo­sta­ła roz­la­na na wy­spie, moja ofia­ra po­szła­by na marne.

– Ofia­ra? – za­py­tał Gio­van­ni.

Prze­wod­nik po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu.

Li­san­dru ci opo­wie.

 

*

 

Usie­dli pod ścia­ną. Męż­czy­zna na­zwa­ny Li­san­dru wy­cią­gnął su­szo­ną kieł­ba­sę i po­czę­sto­wał Gio­van­nie­go. Oczy po­są­gu spra­wia­ły teraz wra­że­nie ka­mien­nych, ale chło­pak czuł, że śle­dzą ich uważ­nie.

– Wiesz już, że pierw­szym kró­lem wyspy był For­kos – za­czął prze­wod­nik, a może ka­płan.

Gio­van­ni po­tak­nął.

– W tych pra­daw­nych cza­sach, kiedy bo­go­wie uwię­zi­li pod wul­ka­na­mi Ty­fo­na, trzę­sie­nia ziemi uwol­ni­ły coś, co nigdy nie po­win­no uj­rzeć świa­tła dzien­ne­go. Keto, mał­żon­ka For­ko­sa, do­strze­gła to jako pierw­sza w głębi morza i po­łknąw­szy dużą część tru­ci­zny, zdo­ła­ła ją w sobie zabić. Jej po­tom­stwo było jed­nak ska­żo­ne.

Dal­sza opo­wieść przy­po­mi­na­ła nieco lek­cje szkol­ne. Li­san­dru opo­wie­dział o po­twor­nych dzie­ciach Keto, a potem o synu Her­ku­le­sa, Cyr­no­sie, który za­ło­żył pierw­sze mia­sto na wy­spie i nadał jej nazwę od imie­nia swej żony, Corso.

– To, co się prze­bu­dzi­ło w głębi ziemi, nie da­wa­ło jed­nak spo­ko­ju. Za­ata­ko­wa­ło kiedy Cyr­nos wła­dał Kor­sy­ką. Wtedy jej nim­fa-opie­kun­ka za­war­ła pakt z miesz­ka­ją­cą na jed­nej z po­bli­skich wy­se­pek prze­ra­ża­ją­cą córką Keto i For­ko­sa, Gor­go­ną… – Li­san­dru za­wie­sił głos.

Gio­van­ni spoj­rzał na posąg bo­gi­ni.

– Gor­go­na za­mie­ni­ła Kal­li­ste w ka­mień? Na tym po­le­ga jej ofia­ra?

Męż­czy­zna po­tak­nął, a mir­to­we oczy nimfy roz­bły­sły.

– Tak. Dzię­ki temu ona za­miesz­ka­ła we wszyst­kich ska­łach Kor­sy­ki, prze­nik­nę­ła całą wyspę, czy­niąc ją nie­do­stęp­ną dla tego, co chcia­ło jej za­gro­zić. Każda twar­da, lita skała po­wstrzy­mu­je tę mgłę i jej twory, a tu ka­mie­nie są żywe, bo sta­no­wią ciało bo­gi­ni. To do­dat­ko­wa ochro­na.

Kruk znowu dziob­nął Gio­van­nie­go w ucho i nagle w gło­wie chło­pa­ka po­ja­wi­ło się wspo­mnie­nie ja­sno­ści, która na­ro­dzi­ła się w jego sercu i ode­gna­ła mgłę. Za­pach makii stał się jesz­cze moc­niej­szy. Od stro­ny po­są­gu po­pły­nę­ły słowa.

Po­tom­ko­wie Cyr­no­sa i Corso są wy­jąt­ko­wo czuli na to za­gro­że­nie. Nie­któ­rzy widzą je wy­raź­nie, inni wy­czu­wa­ją je ina­czej. Ty je­steś wy­jąt­ko­wy, dla­te­go oże­nisz się z jedną z moich córek.

Gio­van­ni po­pa­trzył nie­pew­nie na nimfę i na Li­san­dru. Męż­czy­zna za­śmiał się.

– Co kilka, cza­sem kil­ka­na­ście po­ko­leń duch Kal­li­ste udzie­la szcze­gól­nej mocy wy­bra­nej dziew­czy­nie z wyspy.

Kruk, który od dłuż­szej chwi­li sie­dział na ra­mie­niu po­są­gu, sfru­nął na zie­mię i przy­cup­nął przed chło­pa­kiem. W srebr­no-zło­tej po­świa­cie wy­glą­dał jak fe­niks.

– Za­sta­na­wiasz się za­pew­ne, dla­cze­go ra­to­wa­łem króla?

Ptak mówił ludz­kim gło­sem. Wokół niego od­bla­ski świa­tła ukła­da­ły się w ludz­ką po­stać.

– To­wa­rzy­szy­łem wielu oso­bom. Teraz, kiedy w tym miej­scu od­zy­ska­łem część siły, wiem, że po­nie­kąd je­stem tymi, któ­rych wi­dzia­łeś. Byłem ich qarin, dru­gim ja. Sądzę, że to oni usi­ło­wa­li ci coś po­wie­dzieć.

Gio­van­ni wy­ba­łu­szył oczy.

– Ten czło­wiek, któ­re­go głowę na­bi­to na pal…?

Kruk zer­k­nął na posąg.

Ten czło­wiek po­rwał jedną z moich córek – ode­zwa­ła się bo­gi­ni. – Bar­dzo po­tęż­ną. Chciał, by chro­ni­ła jego zie­mię w da­le­kiej An­da­lu­zji. Ale jej uko­cha­ny po­je­chał za Mau­rem i odbił dziew­czy­nę.

– Tyle że mój ów­cze­sny pan – do­koń­czył Iago – wró­cił po uko­cha­ną i zgi­nął na wy­brze­żu w Ale­rii, nie­da­le­ko miej­sca, gdzie mnie zna­la­złeś.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie.

– Jego śmierć spla­mi­ła wyspę, po­nie­waż on na­praw­dę po­ko­chał Kor­sy­kę i uwie­rzył w jej moc – ode­zwał się Li­san­dru. – Był jed­nak ślepy w mi­ło­ści, nie wie­dział, że córki bo­gi­ni nie po­win­ny na długo opusz­czać wyspy bez bło­go­sła­wień­stwa Kal­li­ste. One czer­pią moc z tych gór, z tych ro­ślin.

– Mu­sia­łem go opu­ścić. – Znów ode­zwał się Iago. – Nie­wie­le póź­niej tra­fi­łem jed­nak na jego po­tom­ka, który oca­lał w ka­ta­stro­fie okrę­tu i za­przy­jaź­nił się z jed­nym z gó­ra­li. Pra­gnął od­ku­pić winy przod­ka i kilka lat póź­niej oca­lił swego do­bro­czyń­cę, kiedy ten do­stał się do arab­skiej nie­wo­li. Ob­da­ro­wał go bo­gac­twa­mi…

Ta para z two­je­go snu, Gju­van­ni, to twoi przod­ko­wie. Oni zaś po­cho­dzi­li od Cyr­no­sa i Corso.

Gio­van­ni prze­no­sił zdu­mio­ny wzrok z jed­ne­go z roz­mów­ców na dru­gie.

Wie­dzia­łam, że Keto nie przy­sła­ła tu byle kogo. A choć ty sam kró­lem nie zo­sta­niesz, to jeśli zgod­nie z moją wolą po­ślu­bisz moją córkę, z two­je­go rodu wyjdą kró­lo­wie.

– Gdzie mam jej szu­kać?

Kiedy na­po­tkasz świę­ty ka­mień…

Bo­gi­ni nie zdą­ży­ła do­koń­czyć zda­nia, po­nie­waż nagle w za­pach makii wdarł się odór przy­po­mi­na­ją­cy pa­lo­ną smołę. Na po­sadz­ce groty po­ja­wi­ła się rysa – do­kład­nie w miej­scu, gdzie wcze­śniej upadł szty­let.

Z wień­ca Kal­li­ste po­sy­pa­ły się kwia­ty i li­ście, usi­łu­jąc za­mknąć szcze­li­nę wy­ra­sta­ją­cy­mi na­tych­miast wi­cia­mi. Skała jed­nak nie chcia­ła się za­skle­pić.

Kruk wydał ża­ło­sny pisk. Li­san­dru ze­rwał się w chwi­li, kiedy rysa do­peł­zła do stóp po­są­gu, który za­czął tra­cić barwy i zmie­niać się w bez­kształt­ną bryłę ka­mie­nia.

– Szty­let! – krzyk­nął prze­wod­nik.

Gio­van­ni zro­zu­miał na­tych­miast. Pod­biegł i przy­ło­żył od­mie­nio­ne przez Kal­li­ste ostrze do brze­gów szpa­ry. Ka­mień za­sy­czał i smo­li­sta maź prze­mie­ni­ła się w drob­ne, po­zba­wio­ne życia strzę­py. Chło­pak ode­tchnął z ulgą.

Szcze­li­na jed­nak po­zo­sta­ła, choć nie wy­do­by­wa­ły się z niej teraz tru­ją­ce opary.

Li­san­dru wziął kruka na ręce.

– Ghju­van­ni! – krzyk­nął. – Mu­sisz zna­leźć le­kar­stwo.

– Jak? Co nim jest? – Chło­pak czuł na­ra­sta­ją­ce prze­ra­że­nie. Z wcze­śniej­szej roz­mo­wy do­my­ślał się, że to, co się teraz dzie­je, jest na­stęp­stwem ataku na króla Teo­do­ra. Choć za­mach się nie po­wiódł, obec­ność ska­żo­ne­go szty­le­tu i po­sta­ci utwo­rzo­nej z mgły osła­bi­ły magię Kal­li­ste.

Tylko ta, która uczy­ni­ła mnie tym, czym je­stem, może mnie ule­czyć. Głos nimfy był słaby. Znajdź ją i przy­wieź tu jej krew.

 

*

 

Kiedy Gio­van­ni sta­nął przed wej­ściem do groty, był już po­ra­nek. Li­san­dru od­pro­wa­dził go tam, ale oznaj­mił, że jego miej­sce jest przy bo­gi­ni i kruku.

– Jak znaj­dę drogę? – za­py­tał z roz­pa­czą chło­pak.

Miej­sce z ze­wnątrz wy­glą­da­ło zwy­czaj­nie; nie byłby nawet pe­wien, czy roz­po­znał­by je, gdyby zdo­łał tu wró­cić. Naj­pierw jed­nak mu­siał się stąd wy­do­stać.

Li­san­dru uśmiech­nął się krzy­wo, po czym za­gwiz­dał jak ja­strząb.

Po dłuż­szej chwi­li krza­ki na lewo od ja­ski­ni za­sze­le­ści­ły i wy­szedł z nich lekko przy­gar­bio­ny męż­czy­zna.

Pu­de­re­te qu­estu zi­tel­lu à Bu­cugnà.

Stary skło­nił się i ski­nął na Gio­van­nie­go.

Po­pro­wa­dził go wzdłuż ko­ry­ta po­to­ku wy­pły­wa­ją­ce­go z mniej­sze­go ze zło­tych sta­wów. Chło­pak po­my­ślał z żalem o wier­nym mule po­rzu­co­nym na prze­łę­czy. Ja­kież było zatem jego zdu­mie­nie, kiedy u wy­lo­tu z do­li­ny zo­ba­czył umo­ru­sa­ną dziew­czyn­kę kar­mią­cą zwie­rzę gar­ścia­mi ze­rwa­nej trawy.

Znał miej­sce, w któ­rym się zna­lazł, ale nie skie­ro­wał zwie­rzę­cia do domu. Jesz­cze nie nad­szedł czas, by wra­cać.

Gio­van­ni Ra­mo­li­nu wie­dział, gdzie zna­leźć krew Gor­go­ny – a w każ­dym razie miał taką na­dzie­ję. Wie­lo­krot­nie wi­dział na targu w Aiac­ciu ry­ba­ków sprze­da­ją­cych koral, który tak wła­śnie się na­zy­wał.

Po­zo­sta­wa­ła jed­nak jesz­cze kwe­stia samej Me­du­zy, bo o tę z trzech sióstr mu­sia­ło cho­dzić. Mając w pa­mię­ci opo­wieść o Per­se­uszu, chło­pak kupił na targu rów­nież lu­ster­ko – z ta­kich, jakie po­do­ba­ły się jego sio­strom. Szty­let już miał, ale nie po­dej­rze­wał, żeby jego za­da­niem było uśmier­ce­nie Gor­go­ny.

Wie­dział na­to­miast, gdzie po­wi­nien jej szu­kać – na wy­sep­ce no­szą­cej jej imię. Po­zo­sta­wa­ło się tam do­stać.

 

*

 

Stary Tu­so­li, krew­ny są­sia­dów z Bu­cugnà, który łowił na po­łu­dnie od Aiac­ciu tuń­czy­ki, tylko tro­chę się zdzi­wił, kiedy Gio­van­ni wrę­czył mu kilka monet – ostat­nie, jakie po­zo­sta­ły z tego, co do­stał od ojca na wy­pra­wę z panem Co­lom­ba­nim – i po­pro­sił o za­wie­zie­nie na Gor­go­nę.

– Po­trze­bu­ję tam spę­dzić kilka go­dzin – oznaj­mił. – Może nawet całą noc.

Tu­so­li po­gde­rał, że nie chce mu się pły­nąć tak da­le­ko, ale bła­gal­ny wzrok chło­pa­ka zro­bił swoje.

– Damę serca masz tam, czy co? – mru­czał przez więk­szość drogi, zwłasz­cza od chwi­li, kiedy Gio­van­ni wyjął z torby lu­ster­ko i czer­wo­ne ga­łąz­ki ko­ra­lu.

Chło­pak nie przej­mo­wał się do­ga­dy­wa­niem ry­ba­ka, bar­dziej zaj­mo­wał go pro­blem, któ­re­go wcze­śniej nie prze­wi­dział: jak zna­leźć Gor­go­nę.

Tu­so­li wy­sa­dził go w nie­wiel­kiej za­tocz­ce, skąd wio­dła droga do je­dy­nej wio­ski na wy­spie. Gio­van­ni udał, że kie­ru­je się ku do­mo­stwom, ale gdy tylko łódź zni­kła za cy­plem, zszedł z po­wro­tem na plażę.

Me­du­za zmie­ni­ła Kal­li­ste w skałę, w żywe ciało wyspy. Może ona, ty­sią­ce lat po cza­sach bogów i he­ro­sów, też nie była już po pro­stu ko­bie­tą o wę­żo­wych wło­sach?

Przy­po­mniał sobie coś jesz­cze: dzie­ci Keto są ska­żo­ne, noszą w sobie mar­twą cząst­kę po­ko­na­nej przez ich matkę mgły. Mar­twą, ale nadal zło­wiesz­czą i prze­ra­ża­ją­cą – pa­mię­tał do­brze wła­sną re­ak­cję na po­ja­wie­nie się pierw­szej kró­lo­wej.

Spo­glą­dał na fale roz­bi­ja­ją­ce się o skały ota­cza­ją­ce za­tocz­kę z ciem­nym wul­ka­nicz­nym pia­skiem. Mgła wy­peł­zła pod­czas trzę­sień ziemi spo­wo­do­wa­nych wy­bu­cha­mi wul­ka­nów.

Pod­szedł do linii przy­pły­wu, wy­pa­trzył kępę wo­do­ro­stów przy­po­mi­na­ją­cą wę­żo­we splo­ty i ostroż­nie do­tknął jej szty­le­tem.

Z po­cząt­ku nic się nie dzia­ło, ale po chwi­li na po­wierzch­ni wody za­czę­ło się po­ja­wiać znie­kształ­co­ne ob­li­cze. Gor­go­na mu­sia­ła być kie­dyś bar­dzo pięk­na, tak zresz­tą pa­mię­tał z mitu, ale teraz oprócz po­twor­nych wło­sów jej twarz szpe­ci­ła roz­pa­lo­na bli­zna. W oczach pło­nął gniew.

Gio­van­ni od­ru­cho­wo chciał za­ci­snąć po­wie­ki i wy­cią­gnąć przed sie­bie lu­ster­ko, ale w zło­wiesz­czym szu­mie fal do­sły­szał do­brze znane słowa: „Tene l’ochji aper­ti”.

Od­rzu­cił zwier­cia­dło i szty­let, za­miast nich wy­cią­ga­jąc ku Me­du­zie ga­łąz­kę ko­ra­lu. Bał się. Jeśli to nie za­dzia­ła, nie zdoła uzdro­wić Kal­li­ste i Kor­sy­ka sta­nie się łupem po­twor­nej mgły.

Na ze­szpe­co­nym ob­li­czu córki Keto po­ja­wił się wyraz trium­fu. Gio­van­ni po­czuł jak koral w jego ręku ożywa, pod­czas gdy dłoń, a za nią całe ciało sztyw­nie­je i za­mie­nia się w mar­twy ka­mień.

– Przy­sze­dłeś mnie zabić – syk­nę­ła Gor­go­na. – Dla­cze­go pa­trzysz mi w oczy?

Jej twarz wy­krzy­wiał ból. Me­du­za miała pro­blem z utrzy­ma­niem po­sta­ci, która roz­pa­da­ła się na po­je­dyn­cze wo­do­ro­sty. Gio­van­ni po­czuł, że po ka­mie­nie­ją­cych po­licz­kach spły­wa­ją mu łzy. Praw­dzi­we, słone jak mor­ska woda.

Przy­po­mniał sobie słowa Kal­li­ste o tym, że tylko ten, kto ją stwo­rzył, może ją ule­czyć.

„To ja przy­wo­ła­łem Me­du­zę jako ko­bie­tę z wo­do­ro­stów” – po­my­ślał i z nad­ludz­kim wy­sił­kiem po­ru­szył cięż­ki­mi no­ga­mi.

Każdy krok zda­wał się trwać wiecz­ność, ale w końcu ka­mien­ny Gio­van­ni sta­nął w wo­dzie. Gor­go­na ob­ser­wo­wa­ła go nie­mal z roz­ba­wie­niem.

Wy­cią­gnął rękę z ko­ra­lem.

– Ulecz Kal­li­ste – wy­szep­tał le­d­wie po­ru­sza­jąc usta­mi. – A po­zo­sta­nę twój na wieki.

Zro­bił ostat­ni krok i zna­lazł się w ob­ję­ciach Me­du­zy.

 

*

 

Po chwi­li, w któ­rej czuł, jak za­ni­ka­ją w nim ostat­ki ludz­kie­go życia, usły­szał głos. Już nie syk, ale ko­bie­cy głos.

Stał w płyt­kiej wo­dzie wśród uno­szo­nych przez fale wo­do­ro­stów. A na plaży sie­dzia­ła pięk­na ko­bie­ta o zie­lo­nych wło­sach i oczach w ko­lo­rze morza.

– Nie je­steś mój – po­wie­dzia­ła. – Twoje prze­zna­cze­nie leży gdzie in­dziej. Idź, ulecz Kal­li­ste moją krwią. Idź, znajdź świę­ty ka­mień, a bę­dziesz wie­dział.

Zanim zdą­żył od­po­wie­dzieć, bryza roz­wia­ła po­stać Gor­go­ny w mor­ską pianę.

Kiedy tuż przed świ­tem przy brze­gu po­ja­wi­ła się ry­bac­ka łódź, Gio­van­ni sie­dział na pia­sku do­kład­nie w tym miej­scu, gdzie wcze­śniej uj­rzał Me­du­zę. W dłoni ści­skał ma­leń­ką szkla­ną bu­te­lecz­kę wy­peł­nio­ną koralowym pły­nem.

– I co? Są­dząc po minie panna cię nie chcia­ła? – za­re­cho­tał Tu­so­li.

– Wręcz prze­ciw­nie – od­parł Gio­van­ni. – Do­sta­łem od niej to, czego chcia­łem.

Stary rybak zmie­rzył go po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem.

 

*

 

Prze­wod­nik cze­kał w tym samym miej­scu u wy­lo­tu a Pen­ti­ca, gdzie się roz­sta­li, i bez słowa za­pro­wa­dził Gio­van­nie­go z po­wro­tem do groty.

Posąg był szary i spę­ka­ny, na le­d­wie wi­docz­nej twa­rzy nimfy ma­lo­wał się ból. Chło­pak pod­szedł i przy­ło­żył bu­te­lecz­kę do ust fi­gu­ry. Nie wie­dział, jak na­po­ić ka­mien­ne usta pły­nem, ale kiedy za­sta­na­wiał się, czy po pro­stu nie skro­pić nim po­są­gu, z na­czy­nia wy­strze­lił żywy koral i do­tknął twa­rzy Kal­li­ste.

Nie wy­da­rzy­ło się nic spek­ta­ku­lar­ne­go, ale bli­zny pęk­nięć zbla­dły, a kwia­ty wień­ca na­bra­ły odro­bi­ny barw.

Do­pie­ro teraz Gio­van­ni zo­ba­czył le­żą­ce­go u stóp bo­gi­ni kruka. Ptak był umie­ra­ją­cy. Szyb­ko przy­tknął kur­czą­ce się już ga­łąz­ki ko­ra­lu do jego dzio­ba.

Iago uniósł łeb i spoj­rzał na swo­je­go pana z bez­brzeż­nym smut­kiem.

– Nie mogę iść z tobą – wy­szep­tał.

Gio­van­ni po­czuł, że po raz drugi w ciągu ostat­nich kilku dni po po­licz­kach spły­wa­ją mu łzy.

Z mroku, któ­re­go nie roz­ja­śnia­ła teraz po­świa­ta Kal­li­ste, wy­nu­rzył się Li­san­dru.

– On nie umrze – po­wie­dział. – Ale minie wiele lat, zanim bę­dzie w sta­nie za­mie­nić się na po­wrót w czło­wie­ka, a cho­ciaż­by latać jako kruk. Zo­staw go tutaj, bo­gi­ni go ule­czy.

Chło­pak z tru­dem prze­ły­kał łzy. Iago był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ja­kie­go miał.

– Od­naj­dę two­je­go po­tom­ka. – Kruk mówił z wy­sił­kiem. – Po­zo­sta­nę przy two­jej ro­dzi­nie, obie­cu­ję. Będę się nią opie­ko­wał.

Gio­van­ni pod­szedł i po­gła­skał go po czar­nych pió­rach, które od­zy­ska­ły już nieco daw­ne­go bla­sku.

– Że­gnaj, przy­ja­cie­lu – po­wie­dział.

– Nie mu­sisz się z nim że­gnać – od­parł Li­san­dru. – Ta grota za­wsze stoi przed tobą otwo­rem.

 

*

 

Ghju­van­ni Ghji­rol­mu Ra­mu­li­nu wra­cał do Bo­cognà z cięż­kim ser­cem.

Przy wjeź­dzie do mia­stecz­ka zo­ba­czył kilku męż­czyzn sta­wia­ją­cych wy­so­ki słup, na który po chwi­li za­czę­li wcią­gać flagę. Kiedy płót­no za­ło­po­ta­ło na wie­trze, chło­pak prze­tarł oczy. Na bia­łym tle wid­nia­ła głowa Maura, jak daw­niej, ale opa­ska nie za­sła­nia­ła już jego oczu, tylko spo­czy­wa­ła na czole.

– Gdzieś ty się po­dzie­wał! – Z za­sko­cze­nia wy­rwał go głos Lu­igie­go. – Oj­ciec gnie­wa się na cie­bie, bo pan Co­lom­ba­ni… Papa jest tam, z wszyst­ki­mi urzęd­ni­ka­mi. – Brat wska­zał pod­wyż­sze­nie obok słupa.

– Nie będę praw­ni­kiem – od­parł Gio­van­ni. – Zo­sta­nę żoł­nie­rzem. To ty po­je­dziesz do Corti, stu­dio­wać na uni­wer­sy­te­cie. Przede mną inne za­da­nia.

W oczach brata do­strzegł apro­ba­tę i ra­dość. Zanim jed­nak zdą­żył co­kol­wiek wię­cej po­wie­dzieć, usły­szał głos sìnnucu mia­sta Bo­cognà, ob­wiesz­cza­ją­cy, że na pa­miąt­kę oca­le­nia króla Teo­do­ra przez jego arab­skie­go sługę flaga Kor­sy­ki przy­bra­ła nowy wy­gląd.

Gio­van­nie­go ucie­szy­ła ta wia­do­mość, ale jego myśli krą­ży­ły już gdzie in­dziej. Od­na­lazł roz­wią­za­nie ostat­niej za­gad­ki. Zo­ba­czył „świę­ty ka­mień”, któ­re­go miał szu­kać. Koło sìnnucu stała jego córka, An­gh­ju­la Pie­tra­san­ta.

Jej wzrok po­wę­dro­wał ku Ghju­van­nie­mu, a na twa­rzy po­ja­wił się uśmiech, jakby i ona do­my­śli­ła się, że uj­rza­ła swoje prze­zna­cze­nie.

Koniec

Komentarze

OK, Korsyka do konkursu.

Babska logika rządzi!

Wrzucam słowniczek korsykański dla leniwych i nieznających języków romańskich. Większość starałam się wyjaśnić w tekście za pomocą dalszych wypowiedzi, ale żeby nie było marudzenia (google translator różnie daje radę):

 

diquà dai monti / dilà dai monti – przed/za górami = dzisiejsze subdepartamenty Górnej (północnej) i Dolnej (południowej) Korsyki

corsu – język korsykański

Vai à Corti è passà u mo messagiu – Pojedź do Corte i przekaż moją wiadomość

u palazzu – pałac, rezydencja, czasem po prostu duży dom miejski

Veni cun mè – chodź ze mną

Lascia a mula quì – zostaw tu muła

Serà sicuru – będzie bezpieczny

E scale – schody

U core di Corsica – serce Korsyki

Ella ti aspetta – ona czeka na ciebie

Ella chì ti hà chjamatu quì. Ella chi servemu. A regina. – Ona cię tu wezwała. Ta, której służymy. Królowa.

Puderete questu zitellu à Bucugnà. – Zaprowadźcie tego chłopca do Bocognano

Tene l’ochji aperti – miej oczy otwarte

sìnnucu – burmistrz

Pietra santa = święty kamień

Ghjuvanni = Giovanni, Ghjirolmu = Girolamo (Hieronim), Anghjula = Angela

 

Wymowa jest dziwaczna ;)

 

I cytat francuski:

Czując zapach jej makii, z daleka, z zamkniętymi oczami, rozpoznałbym Korsykę.

 

Makia – gęste, trudno dostępne niskopienne zarośla oraz towarzyszące im rośliny zielne w części krain nad M. Śródziemnym (głównie w południowej Francji, na wyspach tyrreńskich, na części wybrzeża włoskiego), zróżnicowana gatunkowo w zależności od miejsca; korsykańska ma najbardziej charakterystyczny zapach. Les maquis nazywano w czasie II wojny oddziały Résistance ukrywające się na niedostępnych terenach, nie tylko na Korsyce.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Ładna opowieść! 

Korsyka i jej zapachy. Mam do niej duży sentyment. Kiedy pisałam pierwsze w swoim życiu opowiadanie, sięgnęłam po anielską wodę z Korsyki, oszołomił mnie zapach, o którym tylko czytałam. 

Zawsze lubię kiedy autor wprowadza nowe nazwy, których nie znam – makia, nie wiedziałam, że te zarośla tak się nazywają. Trochę żal, że zwykle powstają jako twory wtórne, lecz pewnie nic w tym nie byłoby złego, jeśli człowiek nie wkraczałby ze swoimi maszynami i pomysłami na szybki zarobek. Niewiele wiem jak tam jest, to bardzo luźne skojarzenie/pytanie (przypomniał mi się reportaż na temat uprawy awokado, skądinąd uwielbiam je) podczas czytania, skąd się wzięła makia. A pachnie – niepowtarzalnie, bosko. 

Lubię też, "powtykane" w tekst jak rodzynki, obce słowa, zwroty, pod warunkiem że wprowadzone są w taki sposób, który pozwala domyślić się ich z kontekstu, a u Ciebie tak jest:) Może przyczepiłabym się tylko do samego tytułu, jednak nie zatrzymujmy się nad tym.

 

Opowiadanie czyta się gładko, niewiele zatrzymuje, jak to zwykle u Ciebie. Pod koniec przyspiesza i bardziej zaciekawia, dlatego pomyślałam sobie, że może nie wszystkie sceny z wędrówki Giovanniego do spotkania z opiekunką wyspy (np. te z tajemniczym cieniem) są konieczne. To prawda – budują opowieść, lecz bardziej na powieściowy sposób – tak mi się zdaje, ale pewności nie mam. Kryterium obecności bądź nie danej sceny, fragmentu drogi byłoby (dla mnie) to, ile wnosi nowego do klimatu, pogłębienia postaci bohatera, akcji. 

Od sceny nad morzem wciągało coraz bardziej. Piękna korsykańska opowieść i cudnie umocowana w mitach i historii wyspy. 

 

Poniżej kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę:

'Chłopak ścisnął boki zwierzęcia stopami

Łydkami, kopnął/trącił mocno piętami

,mroczną postać, która zastąpiła mu tam drogę, rozświetla srebrna poświata

poprawiłabym

,Ciemność skrywała postać człowieka o ciemnej, prawie czarnej skórze i oczach przesłoniętych opaską.

podobnie jw

,nieznajomy ruszył ścieżką prowadzącą w dół… 

Giovanni przez chwilę rozważał ruszenie za nim

podmieniłabym "ruszenie"

 

Fajnie, że udało się Tobie skończyć. Terminy są dobre.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dziękuję :) Tak, ja też skróciłabym nieco początek, gdyby była na to miała czas, albo wydłużyła drugą część – ale limit… Chciałabym, żeby proporcje były lepsze, ale w dwie minuty nie miałam szans tego ulepszyć. Jak na okoliczności, w jakich powstawało, a zwłaszcza się kończyło – i tak mogę być zadowolona.

Powtórzeń itp. też już trochę wyłapałam, jak tylko konkurs się skończy, tekst przejdzie lifting.

 

A Korsyka jest cudowna. I wcale nie ma tam bardzo wyciętych lasów – większość wyspy jest dzika i naturalna, są nawet antymalaryczne nasadzenia eukaliptusów. Czasem lasy schodzą aż nad morze. Makia jest głównie na równinach czy małych pagórkach, i jest piękna.

Nie ma też wielkich hoteli i tłumów turystów. Mało dróg, większość kręta i wąska. Raj :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak wiem, wrzuciłaś w ostatniej chwili :) 

Moim zdaniem, to świetnie, że je zamknęłaś, a na cyzelowanie będzie czas potem.

Tak, słyszałam o dziewiczej części tej wyspy, znajomi pokochali ją. To jedno z miejsc, które  chciałabym zobaczyć, a nie wąchać z daleka;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 Trochę horroru, trochę bajki, trochę legendy. Bardzo przyjemne opowiadanie, choć lekko przegadane.

Jak zawsze coś ciekawego dla mnie: mitologia, całkiem nieznana mi historia, i ten Napoleon majaczący w tle.

No po prostu bardzo trafia do mnie Twoje pisanie, Drakaino :D.

Są i mikrobabolki:

– „Na nikogo lepszego nie mogliśmy liczyć.” – kropka nie w tym miejscu;

– “Giovanni niechętne poszedł” – literówka;

 – „Widmowa postać otaczająca kobietę.” – znowu ta kropka.

Jeszcze gdzieś w dialogu brak spacji po kreseczce, ale to mi się akuray nie skopiowało.

 

Czyli – bardzom z lektury rad :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki, Staruchu :) Miło czytać takie opinie.

Cieszy mnie niezwykle, że dostrzegłeś Napoleona majaczącego w tle – postanowiłam we własnym uniwersum dołożyć małą cegiełkę do legendy (w końcu opowieści o pochodzeniu, m.in. od człowieka w żelaznej masce, było sporo w epoce), a przy okazji pokazać szerszy wymiar tego, co buduje część fantastyki w opowiadaniach wg wewnętrznej chronologii późniejszych, czyli czerni z części tych Adamowych oraz Głosu z “Kroków Komandora”. Skądinąd na Gladiatorów poszło opowiadanie, które wyjaśnia inny element opowiadań z Adamem, a że zapewne tam przepadnie, bo jest bardzo nie w guście FS, zapewne wyląduje tu…

 

Z niedoskonałości wykonania zdaję sobie sprawę, ale i tak myślałam, że będzie gorzej ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Specyficzna opowieść. Bardzo drakainowa zresztą.

Snuje się długo, jak dla mnie zbyt długo, ale jednocześnie przypomina bardzo takie historie i opowieści, jakie być może kiedyś ludzie opowiadali sobie jesienią przy kominku. Niby jest tu początek i koniec, ale tak naprawdę  nie do końca – przy czym to nie jest “brak”, a raczej naturalna konsekwencja tego, ze to opowiadanie nie jest zamkniętą całością, a czymś w rodzaju fragmentu historii wyspy. A wiadomo, historia jako taka zawsze ma coś wcześniej i coś później. Więc w tym przypadku jest to dobry zabieg, zrealizowany w historycznym stylu. Hm, a może w kronikarskim?

Co ciekawe – choć jako opowiadanie nie do końca jest to tym, czego szukam, to jednocześnie wydaje mi się, ze ten tekst jest bardzo solidną bazą pod tworzenie opowieści pobocznych. Ta czarna mgła aż się o to prosi. Ciekawie to zresztą pasuje do Twojego opowiadania z Mechów (Fundamenty Imperium?), tam niby była inna tajemnica, podana w inny sposób, ale jest ten wyczuwalny niepokój w tle, nawet przy finale. Swoją drogą jeśli to ten sam świat, to udało ci się stworzyć uniwersum, które przy próbie wyobrażenia sobie sprawia wrazenie, jakby funkcjonowało w trochę innej palecie barw niż nasze. No, teraz tak myślę, że jeśli umiejscowić tę historię w świecie tamtej, to nagle wydaje się poziom wyżej.

 

"Prawnikiem? – Chłopak poczuł panikę"

– fajny rym wyszedł ;-) (nie przeszkadza w czytaniu)

 

"Zaraz będzie ciemno"

– a to sformułowanie to już chyba zawsze będzie się ludziom z Woodstockiem kojarzyć ;-)

 

Historia rozwija się powoli, rozpędza jak samolot do startu, spowita tajemnicą, która pcha czytelnika aby pochłaniać tekst. Przychodzi punkt kulminacyjny i tajemnica uchyla rąbka i zwalnia. Wnet pojawia się kolejna tajemnica nie pozwalając nabrać oddechu choć na chwilę. Bardzo piękne opowiadanie. 

Tomaszu, bardzo dziękuję :) Za całą opinię, ale ostatnie zdanie jest chyba najpiękniejszym, jaki autor może przeczytać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z koślawego łóżka dobiegało chrapanie –pan Colombani wrócił, kiedy chłopak spał.

Zabrakło spacji przed “pan”.

Ładne :)

Kraj jest, akcji nie da się przenieść gdziekolwiek indziej, bardzo mocno osadziłaś tekst w historii.

Do elementu fantastycznego też nie można się doczepić.

Fabuła na początku trochę mi się dłużyła – ile razy można magicznie powtarzać bohaterowi „miej oczy otwarte”? Aż taki niekumaty był? IMO, tu by się przydały cięcia. Ale potem akcja się rozkręca, zagadki ładnie wyjaśniają.

Właśnie, zagadki fajne, niejednoznaczne. Jak na przykład święty kamień.

Świat na swój sposób typowy dla Ciebie, chociaż nie jest to dziewiętnastowieczna Francja. Ale to samo głębokie osadzenie w rzeczywistości, dbałość o szczegóły z potrawami włącznie.

To wszystko sprawia wrażenie oryginalności. Tu suszona kiełbasa, tam Meduza – rzadkie połączenie.

Głowa nabita na pal wyskakuje nagle. Chyba nie pokazałaś jej wcześniej.

Za to masz plusa za znajomość tematu.

Jeszcze została jakaś literówka. Oczywiście, tracisz punkt za przekroczenie limitu. Szkoda, że nie zdążyłaś tego przyciąć, pewnie zajęłabyś lepsze miejsce.

Babska logika rządzi!

słyszało się słowa

Aliteracja.

notariusza, podobnie jak on sam

Potknęłam się. Potem zrozumiałam, ale się potknęłam.

ostatnio, przez lata spędzone w szkole, zdążył sporo zapomnieć.

Hmm.

rodzaj rozczarowania

Rodzaj to kategoria (czy mam skrzywienie zawodowe?), więc chyba nie.

zazwyczaj opowieści te kończyły się źle dla tych ludzi

Hmm.

najdalej położonym miejscem na północ od przełęczy, dokąd zdarzało mu się wcześniej podróżować

Znów się potknęłam :(

postać, która zastąpiła mu tam drogę, rozświetla srebrna poświata

Rozświetla postać? Brr… Dobry ten księżyc, nastrojowy.

mógłby go zabrać (…) odesłał go

Dałoby się uniknąć powtórzenia.

ciemność, jaka

Która, carissima.

pewny – świdrującego wzroku

Hmm.

na nogach, kiedy poczuł na palcach

Powtórzony schemat.

Ubranie było nieco ciasne, ale Giovanni i tak nigdy wcześniej nie czuł się tak elegancki.

Jak to się wyklucza?

ostrych rysach, odmiennych zarówno od Korsykanów, jak i Genueńczyków

Rysy były odmienne od Genueńczyków?

rozważał pojechanie na wybrzeże

Nienaturalnie to wygląda.

wznoszący się nad wodę podobny kształt jak dzień wcześniej

Trochę ten szyk nieładny. Może: kształt podobny do tego, który widział dzień wcześniej?

Dowiedzieć się, w jaki sposób jedna z moich córek zapewniła jej bezpieczeństwo.

Rozumiem, że to konwencja, ale kurczę, sama nie mogła powiedzieć. :)

domyślił się, że zwróciła się

Dwa "się".

dlatego, żeby

Może jednak: po to, żeby?

skalne sklepienie

Aliteracja.

kolorze koralu.

Jw.

 

Ano, ładne. Wypracowane. Stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Taka migawka Twojego uniwersum. Przyjemnie się czyta, choć czegoś jakby brakuje – co może być skutkiem zaczynania od środka. Tj. zaczynania z mojej strony, bo nie zaglądałam wcześniej do Twoich opowiadań.

Cieszy mnie niezwykle, że dostrzegłeś Napoleona majaczącego w tle

No, ba. Przecież to Korsyka.

Fabuła na początku trochę mi się dłużyła – ile razy można magicznie powtarzać bohaterowi „miej oczy otwarte”?

Mnie trochę też, ale nie wycinałabym zdarzeń, tylko przystrzygła w środku.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Cześć, drakaino!

 

– podobało mi się początkowe budowanie klimatu horroru (sceny iście z amerykańskich filmów klasy B); natomiast tych scen kończących się “miej oczy otwarte” było może jednak zbyt dużo

– świetne wplecenie legend korsykańskich – co prawda można tu się spierać, czy można chwalić cię za historie, które nie należą do ciebie, ale podałaś je w ciekawy sposób i cieszę się, że mogłam dowiedzieć się czegoś nowego

– mam wrażenie, że tekst jest zbyt rozwleczony, szczególnie koło połowy wpada w taki klimat, że trudno skupić się na akcji (czytałam dwa razy)

– obawiam się, że sporo (może 1/5) tekstu przepadło obok mnie z uwagi na brak wystarczającej wiedzy – trafiały się zdania, które w ogóle do mnie nie docierały; frazy pisane w corsu też gdzieniegdzie irytowały, gdy gubiłam ich sens

– podsumowując, solidna lektura, choć mnie nie porwała. Świetne wypełnienie założeń konkursu.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

www.facebook.com/mika.modrzynska

@Finkla

ile razy można magicznie powtarzać bohaterowi „miej oczy otwarte”

Hmm. Dużo razy ;) ?

 

chociaż nie jest to dziewiętnastowieczna Francja

Ale to jest prequel do mojej dziewiętnastowiecznej Francji. Tutejsza mgła to jest “czerń”, tylko założyłam, że ludzie będą to różnie widzieć i różnie nazywać, zresztą manifestuje się to na różne sposoby. Tu wreszcie napisałam, skąd to się wzięło (a raczej, jaka jest jedna wersja legend o tym, skąd się wzięło – bo u mnie oczywiście wzięło się po trochu z Lovecrafta).

 

Za to masz plusa za znajomość tematu

I za namiętną miłość do Korsyki ;)

 

Szkoda, że nie zdążyłaś tego przyciąć, pewnie zajęłabyś lepsze miejsce.

Też żałuję, ale w zaistniałej sytuacji cieszę się, że w ogóle zdążyłam napisać całość przed północą…

 

@wilk-zimowy

Ciekawie to zresztą pasuje do Twojego opowiadania z Mechów

To zabawne, bo akurat “Fundament imperium” nie był pomyślany jako z uniwersum, ale raczej obok, bo np. althistoria jest tam inna. Ale pewnie jakieś tam tematy powracają mi obsesyjnie. Jak już napisałam – tu jest kawałek historii świata z opowiadań z Vidocqiem i Adamem.

 

@Tarnina

 

Uff, mało poprawek… Zapraszam do lektury innych tekstów :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@kam_mod (wpadło, jak pisałam poprzedni komentarz

można tu się spierać, czy można chwalić cię za historie, które nie należą do ciebie

Tych legend są strzępy. O zamachu na króla i zmianie wyglądu flagi – istnieje, ale oczywiście bez wątku fantastycznego (Iago jest po prostu małym mauretańskim chłopcem). A reszta to drobiazgi: Forkos jako król – tak, Herkules – tak, wyspa Gorgona naprawdę istnieje, lokalny koral nazywa się “krwią Gorgony”. I właściwie tyle.

Kalliste jako postać wymyśliłam wraz z całą jej historią, podobnie jak jej “córki” (opowieść o Maurze z Granady i porwanej dziewczynie jest tylko zwykłą opowieścią o porwanej dziewczynie i vendetcie), bandytom przypisałam autorsko “opiekę” nad Kalliste, historię Keto i “trucizny” całkowicie wymyśliłam; to wszystko połączyłam z dziadkami Napoleona ze strony matki (która miała opinię “czarownicy” w pozytywnym sensie). A więc tych autorskich elementów czy daleko posuniętych interpretacji jest całkiem sporo :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciemność skrywała postać człowieka o ciemnej, prawie czarnej skórze

 

– Może się uratował i podążył za swoim panem? – Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Odpowiedź czekała na plaży i będzie musiała poczekać do rana.

Dlaczego zmiana czasu? Utrzymanie tych didaskaliów w całości w przeszłym IMO wyglądałoby schludniej.

 

Pierwsze akapity zaatakowały mnie nazwami i wydarzeniami. Przyprawiły mnie o ból głowy, gdy tylko pomyślałem, że przede mną jeszcze, bagatela, 50 tysięcy znaków utrzymanych w takim tonie. Co za szczęście, że byłem w dużym błędzie. ;)

Gdy odarłaś tekst z historycznych okowów (lub może wplotłaś je w mitologię na tyle zręcznie, że nawet nie zauważyłem – nie znam się), dałem radę obcować z Twoją twórczością na zupełnie nowych płaszczyznach. Zapachy, ciepło, widoki – świetnie oddana, przyjemna scenografia wspaniale kontrastowała z chłodną historią. Pamiętam, że cała ta czerń/noir pojawiała się już gdzieś kiedyś wcześniej, ale zmęczony nierówną walką z faktami z czasów minionych, nie potrafiłem dostrzec pełni krasy tego motywu. Tutaj, mam wrażenie, wszystko jest jasne, niepokojące i szalenie ciekawe, stąd lektura minęła mi szybko, a i ciekawość, co do tego, jak to wszystko się rozwinie, pozostała. Nie spodziewałem się też aż tak dużego odniesienia do mitów/legend, ale podbiło to tylko moją ciekawość, bo meandrowałaś fabułą w zaskakujący sposób, a czegóż chcieć więcej od rozrywkowej literatury?

Moim zdaniem, nie ustrzegłaś się jednak paru wad. Przede wszystkim widzę dysproporcję między leniwym zawiązaniem akcji z początku, a zakończeniem, które wypadło pospiesznie. Pod sam koniec tłumaczenia zaczęły robić się odrobinę niestrawne od ilości, w jakiej zostały podane. Tak jakby te 51k to było mało.

Sceny z początku, gdy Giovanni dostrzega czerń – są chyba ze trzy, a wszystkie przekazują tę samą informację. IMO to strata cennego miejsca, którego przez limit zabrakło później.

I jeszcze wypowiedzi rozbójnika zapisane w całości w corsu. Jego rozmówca znał ten język i rozumiał, co tamten mówi. Dlaczego więc nie zdecydowałaś się na zapis tych kwestii po polsku, z pozostawieniem może pojedynczych słów w obcym języku? Jasne, dodałaś przypisy, ale nie każdy czyta przedmowy, a poza tym uważam, że czytanie forumowego tekstu z tak częstymi przypisami jest zbyt karkołomne, by było warte zachodu. Darowałem sobie to ciągłe scrollowanie tam i z powrotem, ciekaw, czy zostawisz mnie samego z tym obcym językiem. Wówczas Giovanni powtarzał fragmenty słów bandyty, tylko że po polsku. Nie wygląda to najlepiej, a służy chyba tylko popisaniu się znajomością rzadkiego dialektu.

Niemniej wszystko to drobiazgi, gdyż całość oceniam całkiem pozytywnie. Zostałem kupiony soczystą, oddziałującą na zmysły wizją Korsyki, smacznie doprawioną szczyptą antyku. Gratuluję wyróżnienia w konkursie, bo zasłużone!

MrB – dziękuję :)

 

Co do dysproporcji itede, wytłumaczyłam się już kilkakrotnie we wcześniejszych komentarzach – limit+brak czasu na redakcję tekstu. Drugą połowę pisałam w szpitalu, wiesz chyba, jakie w takim miejscu panują warunki… Cud, że się w ogóle wyrobiłam, więc wszelkie miłe słowa są tym bardziej dla mnie cenne, a jeśli to opowiadanie trafi kiedyś do innej publikacji, to oczywiście je dopracuję jeszcze pod względem kompozycyjnym.

 

Co do corsu używanego przez Lisandru… Starałam się w didaskaliach lub myślach Giovanniego przekazać, o czym była mowa, po prostu dlatego, że osobiście lubię takie właśnie wprowadzanie obcych języków (w druku jestem nieprzejednanym wrogiem przypisów pod samym tekstem, a słowniczek dałam dla marudnych, jak zaznaczyłam).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Lubię wracać do Twojego uniwersum, choć tu prezentujesz nam inne klimaty (co jest ożywcze). Piękna wyspa, ciepły klimat i zagadka podbarwiona horrorem – ciekawe połączenie. Jak zawsze pokazujesz wysoki poziom wiedzy o opisywanych czasach. Momentami opowieść trochę się dłużyła, jednak (jeśli się nie mylę) sama napisałaś, że później trochę podrasujesz tekst. Zgrabnie połączyłaś ze sobą różne elementy, tworząc ciekawą całość, choć w pewnej chwili zaczęłam się trochę gubić kto jest czyją córką lub synem i w którym pokoleniu.

Gratuluję wyróżnieniasmiley.

Zapomniałem kliknąć, niech więc to będzie wspólny klik ode mnie i Monique. ;D

Choć podzielam zastrzeżenia wcześniej komentujących, to jednakowoż dołączam do grona czytelników zadowolonych z lektury. Podróż i doświadczenia Giovanniego okazały się interesującą baśnią, do której przemyciłaś mnóstwo mitów, ale też nie pozbawiłaś jej faktów.

Masz szczególny dar opisywania miejsc, w których toczy się opowieść i choć dotychczas były mi one obce, kilkakrotnie doznałam wrażenia, że je znam, że jest mi dane zobaczyć wszystko to, co widzi bohater.

Boleję jedynie, że nijak nie mogłam poczuć snujących się woni…

 

który miał go chro­nić za­rów­no przez złymi du­cha­mi… –> Literówka.

 

ale nikt się nie po­ja­wił na dro­dze. Chło­pak czuł nawet lek­kie roz­cza­ro­wa­nie, że nikt się… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

głos jedna uto­nął w gęst­nie­ją­cej mazi. –> Literówka.

 

zda­wał się nie do­strze­gać, wiły się po po­sadz­ce i roz­pły­wa­ły się w po­wie­trzu. –> Lekka siękoza.

 

od­ga­nia­na przez coś, co w niej żyło. Przez chwi­lę… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

wi­dział na targu w Aiac­ciu ry­ba­ków sprze­da­ją­cy koral… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masz szczególny dar opisywania miejsc, w których toczy się opowieść

Dziękuję, to kolejny cudowny komplement, z tych dodających autorowi skrzydeł :)

Myślę, że po trochu procentuje moja obsesja, żeby pisać głównie o miejscach, które znam (co prowadzi do wypraw w takie, o których chcę napisać…)

 

I łapanka nie ma kilometra, uff, biegnę wprowadzić poprawki.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, okazuje się, że bywają obsesje i obsesje. Twoja należy do jak najbardziej pozytywnych, wręcz godnych pozazdroszczenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Od strony prezentacji Korsyki – pierwsza klasa. W tekście da się poczuć klimat tego miejsca oraz legend. Choć przyznaję, że czasami czułem się jak członek wycieczki krajoznawczej, któremu trzeba pokazać jak najwięcej uroków danego miejsca :)

Technicznie dla mnie bez zarzutu. Mam jednak uwagę co do nierównego tempa. Początek jest bardzo nieśpieszny, potem jednak idziesz coraz szybciej i szybciej. To trochę wybiło mnie z czytania, bo na początku przyjąłem do wiadomości fakt, że będzie powolnie i światotwórczo – potem jednak włączasz przyspieszenie i jazda ;)

Fabuła bardzo fajna. Jak rozumiem ta czarna mgła to będzie Czarny? I fakt, że Korsyka jest tak ważna, ma coś wspólnego z niejakim Napoleonem Bonaparte, hm? ;)

Podsumowując: koncert fajerwerków będący satysfakcjonującą wycieczką na ciekawy ląd. Trochę zgrzyta mu tempo, jednak prezentowane treści to nadrabiają.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

I fakt, że Korsyka jest tak ważna, ma coś wspólnego z niejakim Napoleonem Bonaparte, hm? ;)

Korsyka, jak Korsyka, raczej nazwiska pojawiające się w tekście ;) Tylko minimalnie namieszałam w chronologii (Giovanni R. w 1736 miał 13 lat – wtedy praktycznie był dorosły, ale dziś dla czytelnika byłoby to trudne do łyknięcia), no i oboje urodzili się w Ajaccio, ale ja lubię Bocognano, a i rodzina tam miała koneksje…

 

A poza tym – wielkie dzięki za opinię :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tym razem nie Francja? ;O

 

Zaskoczyłaś na start, Drakaino, jednak początek opowiadania zdał mi się nieco nużący. Tak przez pierwsze 20 tysi znaków skupiasz się na Giovannim i worldbuildingu. To drugie jest rzeczywiście udane i dobrze buduje immersję, ale bohater zdał mi się najwyżej średni. Nie dostrzegłem w nim szczególnie interesującej postaci.

Wstawki horrorowe dość męczące – na przemian używasz słów mrok/ciemność, wypychasz nimi sporo akapitów…

Zaczyna się od scenki w pałacu, spotkania z Iago i wprowadzenia mgły. Tu akcja przyspiesza i się konkretyzuje. To dobrze.

A niedobrze (aczkolwiek subiektywnie), że wciska się w to wszystko grecka mitologia. Nie znałem Keto, ale ile można o tych gorgonach… Może zbyt wiele grałem w Age of Mythology, ale już mi podobne motywy zbrzydły.

Napisane to-to jednak dobrze i wprawnie – przyznaję uczciwie. Dobrze budujesz dramaturgię i zwiększasz impet dzięki krótkim segmentom. Wydarzenia na wyspie i rozmowa z Meduzą nader udane – dzięki temu skończywszy opowiadanie pozostało we mnie pozytywne wrażenie z lektury.

Końcówka taka… bajkowa. Może przydałoby się tu więcej dramatu, ale konsekwentnie pociągnęłaś motyw “mitu” i wyszło całkiem nieźle.

Tytuł mi się nie podobał, bo niezrozumiały i trudny do przeczytania.

Plus za słowniczek ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki Councie, za ambiwalentne odczucia, bo coś tam dobrego jest ;) Gdybym miała więcej czasu na pisanie, to części bylyby bardziej zrównoważone, a i inne rzeczy też pewnie lepiej wyedytowane… Ale na redakcję czasu brakło, taka karma.

 

A niedobrze (aczkolwiek subiektywnie), że wciska się w to wszystko grecka mitologia.

To nie moja wina, ale tematu konkursu (miało być o konkretnym miejscu, więc trzymałam się realiów) – w korsykańskim legendarium tak po prostu jest, bo Grecy jako pierwsi skolonizowali wyspę. Niemniej już Herkulesa dałam rzymskiego, bo raczej takim jest w tradycji wyspiarskiej. O Keto zresztą akurat w legendach nic nie ma, to ja ją dodałam, bo mi bardziej pasowało, żeby to żeński potwór odegrał taką rolę, jaką dla kogoś z bardzo starych mitycznych istot przewidziałam w uniwersum. W legendarium jest o Forkosie jako królu Korsyki, więc wzięłam jego żonę…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Najbardziej podobały mi się elementy historyczno-obyczajowe. Wątek powstań korsykańskich, epizod z królem Teodorem, cytat z Napoleona, ale też góralski charakter bohaterów, ta wędrówka przez przełęcz na mule, zbójcy – to rzeczy, które zapamiętam.

Słabiej wypadły moim zdaniem wątki fantastyczne – sprawiały wrażenie z lekka chaotycznej kombinacji wielu pomysłów, z których żaden nie był dla mnie wystarczająco czytelny/przejmujący. Odniosłem wrażenie, jakby bohater był dzieckiem prowadzonym za rączkę przez kolejnych przewodników (Colombani, Lisandru, bezimienny starzec) po osobnych salach Muzeum Legend Korsykańskich. Przy czym bohater ten był właśnie biernym zwiedzającym, a nie uczestnikiem zdarzeń; w jedynym momencie, kiedy miał coś zrobić (motyw z Gorgoną), nie zrobił właśnie nic.

Do takiego odbioru przyczyniła się również zachwiana kompozycja – trzecią część tekstu poświęcasz na wątek Iago, którego kolejne nie pchające akcji do przodu ukazania się i zniknięcia, połączone z przekładaniem opaski z oczu na czoło, stają się w pewnym momencie nużące. Wprowadzasz ciekawszą wizję z czaszką na kiju (i kolejne), ale właściwie nie wykorzystujesz ich, poza pospiesznym i znowu nieco chaotycznym wyjaśnieniem w monologu Kalliste. No i jeżeli całość tej wędrówki przez duszę i serce Korsyki ma prowadzić do powstania dynastii Bonaparte, to sposób, w jaki w ostatnim akapicie wyjmujesz z kapelusza narzeczoną dla Giovanniego, jest niesatysfakcjonujący.

Mam wrażenie, że po kilku staranniej skomponowanych opowiadaniach, wróciłaś do poszarpanej struktury z “Kroków komandora”. Może to zresztą skutek wyboru gatunku – w opowiadaniach quasi-detektywistycznych uporządkowana kompozycja narzuca się sama, w tych fantastycznych ciągnie Cię do impresyjnego oniryzmu. To drugie rozwiązanie też się może sprawdzić, o ile nie będziesz go łączyć z próbami tłumaczenia wizji w skondensowanych dialogach bohaterów.

To nie moja wina, ale tematu konkursu (miało być o konkretnym miejscu, więc trzymałam się realiów) – w korsykańskim legendarium tak po prostu jest, bo Grecy jako pierwsi skolonizowali wyspę.

Luz, rozumiem.

Konkurs to jedno, a drugie, że warto jednak warto zachować pewną wartość z realiami. Im silniej tekst zanurzony w rzeczywistości tym silniej na czytelnika będzie oddziaływała aberracja, jaką jest element fantastyczny. Gdyby w Twoim Corte ludzie latali na świniach, tajemnicza mgła nie zrobiłaby już takiego wrażenia ;)

Dobrze, że tak postąpiłaś.

A co do Keto, już się zorientowałem, że Twoje. Z tematów okołogorgonowych znałem tylko Perseusza i Meduzę, należało zaktualizować mózg… ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ostatnio wszędzie jestem spóźniony, tutaj też, ale lepiej późno, niż wcale. Choć zapewne niczego nowego nie powiem: tekst robi to, co geograficznie nacechowany tekst robić powinien. Czyli pozwala komuś, kto w opisywanym miejscu nigdy nie był, wyobrazić sobie, nawet jeśli nie dokładną wizję owego miejsca, to z pewnością specyficzną, charakterystyczną atmosferę, pewną lokalność, specyficzny koloryt. Po pierwsze, dobrze wyważonymi, obrazowymi, ale bez nadmiaru szczegółów opisami, po drugie konkretnymi realiami historycznymi i po trzecie unurzaniem tego wszystkiego w miejscowych legendach i podaniach. 

No i oczywiście jest tu wszystko to, do czego nas przyzwyczaiłaś – stonowany, ale perfekcyjnie profesjonalny styl (może i tu i ówdzie jakąś drobną niedokładność są się znaleźć, ale byłoby to czepianie się na siłę – ot choćby nawet początku opowiadania miałem nieodparte wrażenie, że naokrągło używasz słowa "spowija", ale gdy próbowałem znaleźć i wypisać owe spowijactwo, to okazało się, że wcale nie ma tego dużo) mamy powoli snującą się opowieść i tajemnice, które niekoniecznie muszą być rozwiązane. 

Bardzo dobry tekst, choć nie uważam, że w jakiś sposób wybija się na plus spośród innych Twoich, tutaj publikowanych tekstów. Konkursowo – geograficznie z pewnością celująco, pozakonkursowo – kręciłbym nosem na zbyt leniwy początek, właściwie pierwszą połowę, która mimo kunsztu wykonawczego jakoś słabo przykuwa do tekstu, nie wzdudza tej niemożliwej do opanowania chęci poznania dalszego ciągu, zagłębiania się w przedstawiony świat. Choć najlepsze zostawiłaś na koniec, bo zakończenie zdecydowani najlepsze. Ale o tym już zapewne wiesz, bo raczej nie głoszę jakiejś bardzo oryginalnej opinii :-) 

Spóźniony stempel przeczytania też oczywiście będzie, ale w pracy teraz zamieszanie i nie ma nawet jak flamastrem po kryjomu pofechtować ;-) 

 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo ładny ten stempel, Thargonie :) Dziękuję!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Coboldzie, nie zauważyłam wcześniej komentarza, nie wiem jakim antycudem.

 

O ile część uwag mogę przyjąć na zasadzie de gustibus, to jednak tu nie mogę się zgodzić:

w jedynym momencie, kiedy miał coś zrobić (motyw z Gorgoną), nie zrobił właśnie nic.

Naprawdę? To, że postanowił złożyć taką samą ofiarę jak Kalliste, że zdecydował się poświęcić życie dla ratowania wyspy to jest nic? Że zrozumiał, co znaczą te “otwarte oczy” i jak może przemówić do Gorgony (odrzucając metodę “na Perseusza”) – to jest nic?

To opowiadanie jest de facto klasycznym Bildungsroman – bohater wyrusza na wyprawę i podczas niej dojrzewa. Tak, celowo z początku jest tylko obserwatorem i narzędziem, po to, żeby następnie móc samemu coś zrobić. Nie zawsze musi być tak, że działa ta postać, która jest punktem widzenia narracji…

 

No i jeżeli całość tej wędrówki przez duszę i serce Korsyki ma prowadzić do powstania dynastii Bonaparte, to sposób, w jaki w ostatnim akapicie wyjmujesz z kapelusza narzeczoną dla Giovanniego, jest niesatysfakcjonujący.

Trochę zgoda, ale na wprowadzenie tego wcześniej musiałabym mieć więcej znaków w limicie… Może w ostatecznej wersji tekstu wprowadzę pana Pietrasanta jako burmistrza wcześniej (to zmyśliłam zresztą, bo o tych pokoleniach bardzo mało wiadomo). Ale też nie miałam czasu na przemyślenie tego w dedlajnie. Btw chodzi tylko o madame Letycję – bo ona wróżyła z kart i różne takie tam, więc jej postanowiłam dać magicznych przodków (jest mi to potrzebne do cyklu powieściowego).

 

Mam wrażenie, że po kilku staranniej skomponowanych opowiadaniach, wróciłaś do poszarpanej struktury z “Kroków komandora”.

I to jest mój problem z ocenami części użytkowników, w tym części loży. Nic, co wychodzi poza jasną “staranną” strukturę narracyjno-fabularną nie ma szans (m.i. dlatego postanowiłam zostać rzeczniczką takich tekstów i takie nominuję – żeby choćby były zauważane). Tu akurat poplątania czasoprzestrzennego jak w “Krokach” nie ma, ale wywołałeś temat. Uważam, że wśród moich zamieszczonych tu tekstów “Kroki”, “Noir”, a także “Kometa” są znacznie lepsze literacko od tych, które dostały piórka. Wszystkie trzy miały nominacje, wszystkie przepadły. I teraz sam dałeś odpowiedź, dlaczego: bo wygrywa poprawna, starannie skonstruowana fabuła i poprawna narracja. A ja nie tylko tego szukam w literaturze i nie tylko tak chcę pisać. Z “Jeśli wykluczysz…” zrobiłam eksperyment – wrzuciłam tekst, który wg mojej oceny spełniał akademickie założenia piórek. I bingo – trafiłam. Nie przypadkiem porównałam gdzieś lożę do Akademii z połowy XIX w., tej, która zmusiła Napoleona III do zorganizowania Salonu odrzuconych… W moim takim salonie byłby zamiast Maneta stn ;)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

wygrywa poprawna, starannie skonstruowana fabuła i poprawna narracja.

To źle?

Przy czym wcale nie uważam, żeby powyższe były synonimem banału i wtórności lub uniemożliwiały realizację oryginalnych pomysłów. Stanowią natomiast niezbędną bazę do pisania, o ile ma to być pisanie dla Czytelników. Z drugiej strony – oryginalność bez warsztatu i bez czytelnego konceptu nie stanowi dla mnie wystarczającej wartości.

Dobrze, że przywołałaś “Kroki komandora” i “Noir”. Dla mnie te dwa opowiadania bardzo różnią się od siebie. “Kroki” to oniryczny zapis chorego umysłu, balansującego na krawędzi rzeczywistości – zastosowany rodzaj narracji jest bardzo na miejscu. W “Noir”próbujesz jednak, posługując się podobnymi metodami, zbudować spójną intrygę, co dla mnie, jako odbiorcy, jest kontrskuteczne. Nie krytykuję wizyjności, emocji, nieszablonowości tylko stwierdzam, że nie do każdego rodzaju opowieści one pasują. Łączenie erudycyjności z impresyjnością, konceptu logicznego z oniryzmem wydają mi się groteskowe.

A co do paraleli między Akademią a Lożą po raz kolejny mogę tylko stwierdzić, że Akademia nie pochodziła z demokratycznych wyborów.

“Poprawna” jest już sformułowaniem ocennym (dodatnio), także kopiesz dołki pod własną argumentacją, carissima.

Przy czym wcale nie uważam, żeby powyższe były synonimem banału i wtórności lub uniemożliwiały realizację oryginalnych pomysłów.

 

W kwestii poplątania czasoprzestrzennego – ono nie wyklucza trzymającej się kupy fabuły. Czytał ktoś “Wszyscy wy nieśmiertelni” Heinleina? (wykres tutaj). Wibbly, wobbly, timey, wimey – a kupa jest.

nie do każdego rodzaju opowieści one pasują

I to jest klucz do całej sprawy. Pewne rzeczy pasują do siebie, a inne nie. I tyle.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Ja, ja czytałam! Tarnino Heinleina i “tak” nie wyklucza. 

Poprawność zaś po części wyklucza, gdyż wpasowuje nas we wzorce, utarte koleiny, które nie pozwalają myśleć samodzielnie, mówić swoim głosem, używać własnego języka. Który jest nasz? Nie wiadomo, jednakże nie można go odkryć, jeśli naszym panem ma być poprawność, li tylko i wyłącznie.

Pewnie wiesz, Coboldzie, jakie obrazy malował Picasso, kiedy miał dwanaście – czternaście lat. Charlie Parker z kolei powiedział: „Opanuj swój instrument, opanuj muzykę, a później zapomnij całe to gówno i po prostu graj”. Pozornie, wydawałoby się, że potwierdza to Twój pogląd i w pewnej mierze tak jest, jednakże cóż, nie masz racji (moim zdaniem), jeśli chodzi promowanie innych myśli, odmiennych sposobów pisania.

Trzeba być naprawdę silnym, aby wytrwać przy swoim i nie poddać się… modzie. I też zauważyć coś, co porusza, choć tego nie rozumiem. Czy musimy wszystko pojmować, bo jeśli nie, to do kosza? Wygląda na to, że tylko płytka (złośliwość) akcja jest zajmująca i zaskoczenie. Hm, to łatwe i zaiste jak twierdzi Dukaj jesteśmy do zastąpienia przez AI, lecz czy AI napisze takie wiersze jak Celan? Trzeba nagradzać poprawność, lecz kasowanie oryginalnej myśli wydaje mi się przesadą. Z drugiej strony zawsze w taki sposób łamie się paradygmat, więc może tak być musi.

Drakaino, bardzo przepraszam za off top. Wiesz, to dla mnie ważne, ponieważ trochę przesądzające o pisaniu.  

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Trochę popadamy w abstrakt, Asylum, ale odpowiem cytatami:

Ładne jest to, co się komu podoba

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Czy Ty myślisz, że ja siedzę nad tekstem z jakąś checklistą i odhaczam: o, tu autor złamał paragraf 7.3 regulaminu? Nie, czytam bez uprzedzeń i bez założeń, i albo mi się podoba, albo nie. A jako członek Loży mam obowiązek te swoje emocje przeanalizować i spróbować zwerbalizować. Po to zostałem wybrany, a nie po to, żeby głaskać autora po głowie i mówić: “nie wyszło Ci to opowiadanie, ale wiem, że miałeś/miałaś dobre chęci. Masz tu piórko na pociechę”.

I nie, nie widzę powodu, żeby swoje gusta zmieniać. Kiedy głosujesz na kogoś w wyborach, to dlatego, że Ci odpowiadają jego poglądy, czy dlatego, że masz nadzieję, że je później zmieni?

Uch, Asylum. W porze, o której powinnam pisać. Po jednej herbacie. Normalnie wyzwę Cię na pojedynek na Fortach :D

Poprawność zaś po części wyklucza, gdyż wpasowuje nas we wzorce, utarte koleiny, które nie pozwalają myśleć samodzielnie, mówić swoim głosem, używać własnego języka.

Po kolei. Jak działa język? Czy zrozumiesz takie "zdanie": nbduowiyirfhkjxhctgvyu7tefgfgxujydft7eugjbvjxhgviofcuheligfpkk?

A takie: Zbliwne stikły tompały?

Albo takie, które jest przecież najzupełniej poprawne: Agricola puellam amat?

Język ma być zrozumiały. Im bardziej coś dziwaczne, tym mniej jest zrozumiałe (mniej masz przesłanek, żeby to rozgryźć).

Punkt drugi: oryginalność. W którymś numerze Steampunk Magazine jest artykuł o "twórczych" maszynach – facet opisuje w nim wynalazki, których wspólną zasadą działania jest kombinowanie zapisanych uprzednio w maszynie elementów, np. fraz muzycznych, w sposób losowy. Nie nazwałabym tego twórczością, i Ty, jak sądzę, też nie.

Dlaczego?

Przecież muzykę układa się z dźwięków należących do jakiejś skali. Literaturę układa się ze słów, które są ułożone z liter. Rysunek polega na tym, że robi się kreski na kartce, a nie obok, i raczej ołówkiem, niż kawałkiem salami.

Ale rzucenie kotem w fortepian nie stworzy muzyki, wylosowane kartki ze słowami – opowiadania, a małpa z pędzlem – obrazu.

A to dlatego, że żadne z tych zjawisk nie ma intencjonalności ani intencji. Nie chce niczego powiedzieć.

I teraz – żeby coś powiedzieć, potrzeba języka, bo nie czytamy sobie nawzajem w myślach (inna sprawa, że gdybyśmy czytali, to jakaś konwencja też mogłaby być potrzebna – to materiał na tekst, którego pewnie już nie napiszę). A żeby komunikat był zrozumiały, musi być poprawny (w miarę – redundancja języka sprawia, że nie musi być poprawny w stu procentach).

Czy to nas ogranicza? Tak. Ale czy to ograniczenie jest czymś złym? Myślę, że nie.

Bo zwróć uwagę na etymologię słowa "opowiadanie". Opowiada się o czymś komuś. Można opowiadać historyjki samej sobie, na przykład przed zaśnięciem (wszystkie to robiłyśmy, nie?) – ale to jest przypadek szczególny. Zwykle opowiadamy innym o tym, o czym naszym zdaniem warto opowiadać. I chcemy, żeby to zrozumieli.

A o czym może opowiedzieć Asylum? O świecie, który ją otacza? Pewnie, tylko ten świat będzie zawsze jakiś – tak, przefiltrowany przez jej świadomość, indywidualny punkt widzenia, którego nikt inny nie może przyjąć (jeśli dobrze napiszesz opowiadanie, czytelnik może go zrozumieć, ale też po swojemu) – ale będzie jakiś, zewnętrzny wobec niej. O swoich uczuciach, owszem, ale te uczucia czegoś dotyczą. Tak samo będzie, jeśli opisze swoje przemyślenia, które muszą dotyczyć czegoś – czyli znowu świata i/lub odczuć autorki.

Więc po co komu literatura? (I cała reszta?) Nie prościej napisać "uważam, że świat jest taki, a taki"? Prościej, tak. Ale nie lepiej, z dwóch powodów.

Pierwszy – pewnych rzeczy nie da się wprost nazwać, trzeba je pokazać. Słowami, obrazami, dźwiękami. Zob. sylogizm LeGuin

I drugi – jeśli coś rzucisz, ot tak, jak perłę przed wieprze, nikt nie będzie tego cenił. Nikt nie zapamięta kolejnego zdania, które jak miedź brzęczy i brzmi jak cymbał. Mało to paplaniny dookoła? Mieszkam z człowiekiem, który nie umie wytrzymać bez telewizora, i gdybym nie miała poddasza, gdzie jest cicho, już dawno podcięłabym sobie żyły. Paplanina nie wywołuje żadnego pozytywnego oddźwięku, tylko niemożebnie wkurza. Nawet, jeśli ktoś przypadkiem powie coś sensownego, to utonie w morzu szumu. Żeby dotrzeć do ludzi, musisz im dać przyjemną harmonię – ale i zadanie do wykonania. Daj im małża, takiego ładnego, z bisiorem, żeby chcieli go otworzyć. Nie dawaj im usmażonej ryby, tylko zabierz nad jezioro. Wtedy będzie żył naprawdę.

 

Rozgadałam się i trochę odeszłam od tematu. Więc: po co nam wzorce? Spróbuj sobie wyobrazić istnienie bez istoty, czyli coś, co nie ma żadnych cech – a jest. Nie spiesz się, zaczekam. Zobaczyłaś czarną, rozlewającą się chmurę? Ona ma cechy, próbuj dalej. Białą pustkę? Jak wyżej.

Nikt z nas nie jest samotną wyspą, nie w sensie epistemologicznym. Jeżeli nasze myśli mają się odnosić do czegokolwiek (a jeśli się nie odnoszą – czy są myślami?) to muszą być ograniczone do tego, co istnieje. Tak, oczywiście, że można kombinować istniejące elementy w nowe (zupełnie nowe!) jakości. Jednorożec, na przykład, jest czymś więcej, niż koń z rogiem – ale jego bogata symbolika do czegoś się odnosi.

Przeraża mnie trochę, kiedy tak usilnie bronicie chaosu. Może dlatego, że sama stale się chwieję na krawędzi pustki.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Odnoszę wrażenie, że się nie rozumiemy. 

Nie wchodzę na tę matę, ponieważ jest rozłożona w miejscu, na którym stanąć i walczyć nie zamierzałam i nie chciałam.

Odpowiem nie sobą, nie umiem tak pięknie. Celan, przekład Krynickiego.

 

LIŚĆ, bez drzewa 

dla Bertolta Brechta: 

 

Co to za czasy, 

kiedy rozmowa 

jest nieomal zbrodnią, 

bo tyle powiedzianego 

też zamyka w sobie? 

 

Coboldzie, jak nie zachwyca – to nie zachwyca! uwielbiam tę „cytatę”:D 

Cieszę się, że mamy Lożę w takim składzie i wiem/domyślam się, że stara się być zgodna ze swoimi odczuciami, wiedzą oraz latami doświadczeń (pisarskich i czytelniczych). Mój głos nie jest rewolucyjny (nawiasem mówiąc nie cierpię rewolucji, więcej złego niż dobrego zrobiły). Chciałam tylko zwrócić uwagę na to, że kształtujecie pewne wzorce, normy jak powinno wyglądać dobre opowiadanie fantastyczne i że czasami warto zwrócić uwagę na coś, co może nie jest doskonałe, ale zawiera nowy, odmienny, ciekawy element, podejście.

A na marginesie, Coboldzie, Chińczycy „kombinują z małpami", prorocze?

 

Tarnino, jestem bez broni, nie mam jej, a na Forty możemy pójść skrzyżować słowa przy piwie, herbacie z mlekiem, a nie miecze. Pewnie poległabym, ale Twoje zwycięstwo byłoby w pełni zasłużone! i w dodatku spuchłabym z dumy, że przyjęłaś zaproszenie.

Sprowadzasz moje przeczucia, myśli do absurdu. Granice są wszędzie:)

Czy język ma być zrozumiały – tak. Czy zawsze jest – nie. Czy w literaturze i sztuce jest – to zależy, a wiec i tak i nie.

Oryginalność – nie wiem, czym jest? Losowym dobraniem fragmentów – nie, lecz napisaniem haiku przez uczący się algorytm – nie wiem, znam tylko fragmentaryczne doniesienia związane z oceną i porównaniem z człowieczymi, a po pierwszej euforii związanej z OneZero, kiedy tumany piachu opadły już na ziemię, nastała pora przemyśleć kilka spraw.

Literatura należy do sztuki, a ponoć ona zawsze stała z boku, poza, na uprzywilejowanej pozycji komentatora rzeczywistości, mniej lub bardziej trafnego.

O czym może opowiedzieć Asylum? Pewnie o niczym, Tarnino:) Siedzę w tej naszej rzeczywistości i zajmuję się rzeczywiście tym, co mnie zajmuje, frapuje, a najbardziej lubię wyobrażać sobie różne rzeczy i ich możliwe konsekwencje. Kiedy mam to ubierać w stosowną konwencję to, wiem że tak trzeba (jestem cholernym zwolennikiem zasad, norm, regulacji), a jednocześnie chcę wyjść poza pudełko, ponieważ się w nim duszę – za mało dziurek. 

Podobnie jest – wydaje mi się z literaturą fantastyczną (polską, naturalnie z wyjątkami) tj. dusi się. Podzielam opinię Drakainy, że tkwi w jakimś błędnym zaułku i nie czerpie (bądź słabo korzysta) z dokonań, prób z innych kategorii. W tym sensie doceniam opowiadanie Wiktora – „Gambit lankijski”, który przeniósł doń schematy akcji, szybkość, krew i ból, brygady antyterrorystyczne. Opowiadanie przez to stało się zajmujące i wciągało – duży plus.

Wspominasz moją ukochaną Le Guin. Sylogizm le Guin – nie znalazłam:( Jej książki, opowiadania były bardzo przemyślane, aczkolwiek nie za wszystkimi podążałam.

Ano, odeszłaś od tematu:), nie szkodzi. Też, zrobię dygresję. Uczucia nie są celem, lecz człowiek i jego przeżywanie rzeczywistości, jego kondycja, trendy już tak. 

Samotną wyspą nie jesteśmy, przecież człowiek jest ponad wszystko i co by nie mówiono – istotą społeczną, a lustra coraz mniej (kurczy się), czyli drugiego człowieka, z uwagi na sztuczną rzeczywistość, w której jest nas więcej niż w realności, ale niestety ta sztuczna ma „cholerny impact” na tę zwyczajną. Polemiczne – zapewne, lecz tak w tym momencie sądzę. 

Z tym chaosem, to nie do końca tak. Pamiętam, swoje pierwsze zadziwienie, kiedy czytałam zadane fragmenty z „Symboliki zła”, o pierwszym typie mitu (sumeryjsko-arkadyjskim). Tam chaos był wcześniejszy od ładu i wolałam Tiamat od Marduka. Eh, i ja uciekłam w dygresję:(

Kurczę, przepraszam, że „wycięłam” Ci godziny przeznaczone na pisanie:( Wiem, jaki to ból. Nie bronię chaosu, w sensie braku zasad. Są konieczne i potrzebne. Bronię okien. 

I ja się chwieję ostatnio, ale nie upatruję przyczyn w chaosie, lecz braku rozumu, empatii i chyba wspólnoty, czyli tego że w dłuższej perspektywie z jednego garnuszka jemy oraz radości pojedynczego istnienia. I w tym znaczeniu pewnie zgodziłabym się z Tobą – garnek rozbity, bo gliniany, szklany, w każdym razie kruchy i wieczna szarpanina (w telegraficznym skrócie rzecz ujmując).

Drakaino, kolejny offtop poczyniłam pod Twoim opowiadaniem, przepraszam. Chciałam odpowiedzieć, a nie wiedziałam, gdzie mogłabym to zrobić. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

pójść skrzyżować słowa przy piwie, herbacie z mlekiem

O, kurczaczki, gdzie tam dają herbatę? W muzeum? :)

Staram się nie tyle doprowadzić Twoje myśli do absurdu, co wyplątać z Twoich słów jasną tezę – jeżeli wyszła nie taka, jaką miałaś, wybacz. Ja też nie jestem doskonała.

 napisaniem haiku przez uczący się algorytm

Hmm. Nie, nie sądzę, żeby to była oryginalność, przynajmniej ze strony algorytmu. Oto, dlaczego: algorytm jest mechanizmem. Bardzo skomplikowanym, czasami (uczący się) zdolnym się dostosować do zadania, ale nadal mechanizmem bez pierwszoosobowej perspektywy.

Nie osobą. Czy w mechanizmie może powstać osoba – to już trudniejsze pytanie. Moim zdaniem – nie. Ale z drugiej strony, jeśli komputer nagle zacznie ze mną gadać po ludzku, będę musiała przyznać, że mogę się mylić (w obie strony – skąd wiadomo, że nocą nie wstąpił w niego duch Dalaj Lamy?)

 O czym może opowiedzieć Asylum? Pewnie o niczym

Oj, nie kryguj się tak :) Opowiadanie, na ile ja to widzę, ma dwa poziomy. Opisujesz coś (jak np. drakaina – Korsykę), i tym samym opowiadasz o tym. Możesz na tym poprzestać. Jeśli to dobrze zrobisz, nikt Ci nie powie złego słowa. Możesz też opowiadaniem o Korsyce opowiedzieć jednocześnie o czymś innym, najczęściej o człowieku. I to właśnie zwięźle ujmuje sylogizm LeGuin: Artysta to ktoś, kto opowiada w swoim medium o tym, o czym nie da się powiedzieć słowami. Medium pisarza są słowa. Zatem: Pisarz opowiada słowami o tym, o czym nie da się powiedzieć słowami. Zen, nie?

 W tym sensie doceniam opowiadanie Wiktora – „Gambit lankijski”, który przeniósł doń schematy akcji, szybkość, krew i ból, brygady antyterrorystyczne.

Czekaj, czekaj – chyba czegoś nie zrozumiałam wcześniej. Chodziło nie o reguły ogólne, ale o konwencje, nawet chwilowe mody? Ależ tego wcale nie broniłam! Konwencja jest nawet nie tyle środkiem artystycznym, co echem tego, co już napisano, zastygłą żywicą. Znaną melodią. Nie powiedziałam wcale, że nie powinniśmy komponować nowych melodii, ale że nie każda sekwencja dźwięków jest melodią. Muzyka starożytna, na ile możemy to stwierdzić, brzmiała zupełnie inaczej od naszej, korzystała z innych skal – ale też była muzyką. Jeśli gdzieś tam są rozumni kosmici, który mają w ogóle zmysł słuchu (przecież nie muszą), ich muzyka pewnie brzmiałaby w naszych uszach bardzo dziwnie, ale byłaby muzyką. Pewnym porządkiem, który ma jakiś sens. Słuchałaś może Ayli Nereo? Próba zrozumienia słów większości (nie wszystkich) jej piosenek jest przedsięwzięciem beznadziejnym – bo chodzi w nich o melodię, o formę. Słychać w nich las i wodę, i bardziej abstrakcyjne rytmy, a słowa są dobrane pod względem brzmienia, znaczenie jest drugorzędne.

 lustra coraz mniej (kurczy się), czyli drugiego człowieka, z uwagi na sztuczną rzeczywistość

Nie, z tym się nie zgodzę. Sztuczna rzeczywistość tylko daje większe możliwości, ale to tanatyczne, asekuranckie dążenie istniało zawsze. Polecę Ci jeszcze jednego autora – Martina Bubera, konkretnie "Ja i Ty". Trudno go znaleźć i książka jest mocno mistyczna w stylu, ale warto przeczytać.

 Z tym chaosem, to nie do końca tak.

Tak, wiem. Lubię ten motyw równowagi między porządkiem i chaosem, mam nadzieję o tym coś napisać, kiedy się wreszcie kopnę w tyłek. Bo na razie czuję się trochę tak, jakby Atreju się spóźniał :)

 Kurczę, przepraszam, że „wycięłam” Ci godziny przeznaczone na pisanie:(

Nie ma sprawy. Ty chociaż przepraszasz (mordercze spojrzenie poza kadr). I złota myśl na koniec: logika jest początkiem mądrości, nie jej końcem.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Dziękuję za odpowiedź:). 

Może kiedyś jednak Forty i mleczna herbata w muzeum… nienasycenie, gdyż skończyła mi się śmiałość do offtopowania pod opowiadaniem Drakainy. 

Tak zen, zwłaszcza, że z jednostkowych próbujemy uczynić uniwersalne, a są tylko jednostkowe i znaczenia uzgodnione tyle o ile.

I ja powątpiewam w oryginalność algorytmów uczących się, lecz nie ja ocenki stawiałam w podwójnie ślepych próbach;),Sztuczna rzeczywistość tylko daje większe możliwości, ale to tanatyczne, asekuranckie dążenie istniało zawsze.

nie rozumiem, ale zdaje się, że myślimy o czymś innym. Na Buberze wychowałam się:)))

 

Napiszesz, napiszesz!

A z tą logiką :O, to bym dopiero popolemizowała. Uh, wrócimy do tego, mam nadzieję, prawda!?

 

Drakaino, już przestaję nadawać i znikam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zazwyczaj ojciec jeździł za swoimi sprawami sam, ale kilka tygodni temu Giovanni Girolamo Ramolinu skończył piętnaście lat, a zatem dorósł do ważnych spraw.

Nie jestem pewien czy to celowe powtórzenie, więc na wszelki wypadek sygnalizuję jego istnienie.

chociaż król nie znał języka wyspiarzy, a i dla ojca był to pewien wysiłek. „Siedem lat temu też tak było

Na samej przełęczy nawet zatrzymał się, zsiadł z muła i zjadł nieco suchej kiełbasy i twardego sera z zapasów, w które zaopatrzyła go matka. Był pewny, że jest obserwowany, ale nikt się nie pojawił na drodze. Chłopak czuł nawet lekkie rozczarowanie tym brakiem zainteresowania

Chłopak trącił mocno boki zwierzęcia piętami, ale bez efektu. Poklepał wierzchowca po szyi, a kiedy i to nic nie dało, uderzył go mocniej dłonią po zadzie. Ścisnął mocno wodze, w obawie przed wierzgnięciem, ale muł stał bez ruchu.

Powiew wiatru poniósł słowa cichsze niż szept. Giovanni nie był nawet pewny, czy rzeczywiście cokolwiek usłyszał, czy podpowiedział je lęk.

Napisałbym: “podpowiedział mu je lęk”.

Marzył o karierze wojskowej, po prawdzie miał nadzieję, że teraz będzie mógł zaciągnąć się do królewskiej, prawdziwie korsykańskiej armii. Prawnikiem to niech będzie Luigi, który nie będzie już walczył!

Przez nieduże okienko wpadł promień księżyca i przez nieuchwytny moment Giovanni dostrzegł coś więcej.

Zamrugał oczami, ponieważ wydało mu się to niemożliwe. Ciemność skrywała postać człowieka o ciemnej, prawie czarnej skórze i oczach przesłoniętych opaską.

Mgła skręcała się niczym lina, zaciskając więzy na całym ciele chłopca.

To trochę niefortunny zamiennik, bo w tej scenie mamy przecież dwóch chłopców.

Wzdrygnął się, ale nie miał czasu na rozmyślania. W chwili, kiedy mgła zaczęła się cofać, morze zaszumiało gniewnie i ponad jego powierzchnię uniósł się ogromny ciemny kształt, nieco podobny do wieloryba, a bardziej jeszcze do potworów, które oglądał w książkach.

W świetle słonecznym postać małego Maura stawała się ledwie widoczna, aż Giovanni zaczynał podejrzewać, że cała scena nad morzem przyśniła mu się tylko, a on sam za chwilę obudzi się w oberży.

– Iago – odparł chłopiec. – Tak mnie wołano. Idź już na górę. Czekają na ciebie.

„Na mnie?” – chciał zapytać, ale chłopca już nie było.

Chłopak zrobił krok w kierunku ściany, ale zanim zdążył się przyjrzeć i przeczytać podpis, w korytarzu zrobiło się zamieszanie.

To “zrobiło się” trochę mnie wybiło z nastroju. Jakieś takie kolokwialne.

Usiłował się poruszyć, ale języki niewidocznej mgły sięgały jego nóg – po czym cofnęły się, a kobieta podniosła wzrok, w którym malowało się zdumienie.

Rozbiłbym to zdanie. Np: “Usiłował się poruszyć, ale języki niewidocznej mgły sięgały jego nóg. Po chwili jednak cofnęły się…”

Chłopak patrzył na nią szeroko otwartymi oczami – jak podkradła się do stołu, jak w jej ręce błysnęło srebro…

Srebrny sztylet?

Moment później jego ręka wytrąciła sztylet z dłoni kobiety, zanim zdążył dosięgnąć ofiary – tylko że to nie była jego ręka. Giovanni stał nadal w tym samym miejscu, co przed chwilą, a wzrok wszystkich zgromadzonych spoczął na ciemnoskórym Iago, którym był, jednocześnie pozostając sobą.

Nikt go nie zatrzymywał, gdy skierował się ku drzwiom. Mijając Giovanniego musnął go lekko palcami w dłoń i starszy chłopak odzyskał zdolność poruszania się.

Miejscu owianemu legendami. Rodzinna legenda głosiła, że przez matkę był spokrewniony z rodem Bonelli, ale zagadnięty o to przewodnik zbył pytanie milczeniem.

– Kalliste – odpowiedział przewodnik tonem, jakby to było oczywiste.

Trochę niefortunny rym :D

nie byłby nawet pewien, czy rozpoznałby je, gdyby zdołał tu wrócić.

O jedno “by” za dużo. Zamieniłbym “byłby” na “był”.

 

Wydaje mi się, że znów wróciłaś do budowania gdzieniegdzie za długich zdań, jeden przykład podałem wyżej.

Przyłączam się do marudzenia w kwestii kompozycji (a przez to także budowania nastroju). Na początku mamy powolną akcję, w życie bohatera wdziera się coraz więcej nieznanych, niezrozumiałych elementów, od podróży w obcą mu dotąd część wyspy, aż po otoczenie z jednej strony przez widma, a z drugiej przez mgłę. Jednak od chwili rozmowy z Keto ta duszna atmosfera znika, a Giovanni zaczyna latać w trybie przyśpieszonym od bogini do bogini jak jakiś Hermes :P

 

Odnośnie fabuły zastanawia mnie kilka rzeczy. Piszesz, że Giovanni pochodził od króla Forkosa. Tymczasem Wikipedia prawi, że Ramolino wywodzili się z Lombardii, która chyba z pierwszym królem Korsyki miała niewiele wspólnego?

Czy karin nie powinien być przypadkiem przywiązany tylko do jednego człowieka?

Niestety nie zrozumiałem co było tym świętym kamieniem. Słup z flagą?

Aha, jeszcze jedno. Któraś postać (przepraszam, już nie pamiętam czy to Keto, Kalliste czy Lisandru) stwierdza, że mgła jest zła i nie pochodzi z tego świata. To drugie w zestawieniu z pierwszym zabrzmiało trochę jak również cecha negatywna, a przecież boginie też pochodzą spoza świata śmiertelnych.

 

Niezależnie od powyższego opowiadanie bardzo mi się podobało. Mam jednak jak zwykle wrażenie, że te wszystkie historie z Twojego uniwersum dużo lepiej sprawdziłyby się w dłuższej formie, tak więc dalej oczekuję, kiedy wreszcie dochrapią się własnej powieści ;)

Rany, ale mi się tu nazbierało komentarzy :D Offtopujcie sobie do woli, ja co najwyżej się nie przyłączę, ale ruch pod opowiadaniem zawsze mile widziany :)

 

Natomiast odpiszę Światowiderowi – i właściwie muszę powiedzieć tyle: limit i deadline. To jedno z opowiadań wrzucanych w ostatniej chwili i w warunkach szpitalno-paskudnych. Ergo i tak wyszło nie najgorzej ;) Ale tego to żywcem nie miałam kiedy nawet przeczytać w całości, o edycji nie mówiąc, stąd zresztą przekroczenie limitu, które dało mi tylko wyróżnienie, jak napisała jurorka…

 

Dzięki za łapankę – poprawię!

 

A co do innych pytań:

 

Ramolino wywodzili się z Lombardii, ale przecież pochodzenie od Forkosa nie musi być przez tę konkretną rodzinę – od kiedy przybyli na Korsykę żenili się już tam i Forkosowym przodkiem Giovanniego może być jakaś kobieta w jego linii, niekoniecznie linia męska… Ech, ten seksizm ;) Rodzina matki ma typowo korsykańskie nazwiska, więc tu pełna dowolność, bo ewidentnie byli bardziej zasiedziali, choć w tej chwili nie mogę znaleźć, kiedy rodzina Ramolino znalazła się na Korsyce (kiedyś wiedziałam).

 

Karin teoretycznie jest przywiązany do jednego człowieka, ale od czego są wyjątki ;) Pewnie to rozwinę, jak kiedyś zabiorę się za przerabianie tekstu.

 

Bogowie pochodzą spoza świata śmiertelnych, ale należą do naszego świata w sensie, no, nie wiem, ontologicznym? Natomiast mgła jest jak lovecraftowscy wielcy przedwieczni – jest inną emanacją mojej Czerni. Zakładam, że “Czerń” każdy postrzega inaczej (jeśli w ogóle), ona też się różnie manifestuje, bo inaczej byłoby nudno ;) Dlatego jest z innego wymiaru, innego świata.

 

A co do dłuższych form – powieść z niezbyt dużą nutą fantastyki ma szanse wyjść w przyszłym roku. Dzieje się w roku 1806, jest bardziej przygodowa, aczkolwiek pewne elementy uniwersum będzie już miała. Spinoffem od niej jest tu na portalu opowiadanie “Pokusa”, a niedługo w Fantazmatowych antologiach “Umieranie to parszywa robota” i “Jeszcze raz w wyłom” będą dwa inne opowiadania z tym samym bohaterem powieści (W “wyłomie” w roli głównej, w “parszywej” – w maleńkim epizodzie typu blink and you miss it). Druga powieść, tym razem z Adamem i Vidocqiem też ma szanse publikacji w przyszłym roku :)

 

Ogólne dzięki raz jeszcze!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bogowie pochodzą spoza świata śmiertelnych, ale należą do naszego świata w sensie, no, nie wiem, ontologicznym?

To się nie trzyma razem – może skróciłaś zanadto?

powieść z niezbyt dużą nutą fantastyki ma szanse wyjść w przyszłym roku

Jej! yes

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Co do innego świata – tak, doprecyzuję to w wersji ostatecznej, masz rację :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niom. Bo im bardziej się skraca, tym mniej się trzyma kupy, a tu człowiek chce zacząć od planu i nic się nie klei.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Podobało mi się, taka trochę opowieść drogi, podróż, podczas której bohater dorasta i zaczyna rozumieć, co jest dla niego ważne. Czytałam z dużą przyjemnością, bo pięknie napisane i właściwie samo się czyta. Z drugiej strony cały czas miałam wrażenie, że umyka mi wiele smaczków. Nie znam historii Korsyki, ani jej legend i obawiam się, że przez to odbiór Twojego opka nie był pełny.

Drakaino, a widziałaś kotolisa z Korsyki? Zastanawiają się, czy to krzyżówka czy nowy gatunek., doniesienie z Nature. Niesamowite oczy, chociaż swoją drogą, ta klatka to już niekoniecznie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Och, jak miło, że ktoś zagląda do starych tekstów :)

 

Irko – bardzo dziękuję :) Starałam się te korsykańskie legendy i historię jak najpełniej umieścić w tekście, więc bardzo dużo nie powinno umykać.

 

Asylum – tak! I bardzo chcę tego stwora kiedyś wykorzystać. Nie mówiąc już o tym, że bardzo chciałabym go zobaczyć, bo uwielbiam lisy. W tym roku niestety z powodów zdrowotnych nie dotarłam na Korsykę, bo planowałam tam ładować akumulatory… To jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie znam, cudownie energetyczne. Ale nie wyszło. Może w jakimś najbliższym czasie się uda.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka