- Opowiadanie: Erika - Powoźnicze Wrota [hack&slash]

Powoźnicze Wrota [hack&slash]

Moje pierwsze opoko tu, więc cześć. Narazie pisałam tylko do szafy, ale z niej wyszłam, bo zobaczyłam, że jest konkórs i pomyślałam, że to coś w sam raz dla mnie. Myślę, że powinno spodobać się fanom gry Baldur Gates i ogólnie klimatów hack&slash. Dworska intryga, walka i orenż, gorąca miłość i zimna żółć, krew i honor... Proszę o nie zawijanie szpil w bawełnę, gdyż tylko dzięki nim dam radę wyremontować swój warsztat! Proszę o nietrollownie i w celu uniknięcia Nieprzyjemności stosowanie się do Zasad:

 

1. Nie pisać, że fabuła jest zerżnięta bez mycia z gry komputerowej, ja w gry nawet nie gram poza Baldur Gates.

2. Nie pisać, że są błędy, przecierz widzę jak podkreśla na Worldzie...

3. Jak się komuś coś nie spodoba, to niech przeczyta jeszcze raz, by upewnić się, że dobrze zrozumiał. Jeśli dalej będzie miał jakieś wąty to może po prostu nie czytać. Jeez...

4. CHARAKTERY SĄ MOJE I NIE WOLNO ICH WYKORZYSTYWAĆ BEZ ZGODY.

5. Ogłaszam KONKURS na fanart ze smokiem i Arianną. :D

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Powoźnicze Wrota [hack&slash]

PROLOG

 

Bregen był Pomiotem poczętym z brutalnego gwałtu. Nie był to jednak zwyczajny gwałt, od jakich roiło się w tych zapomnianych przez bogów krainach. Jego ojcem był bowiem krwawy bóg mordu, w chwili obecnej, o ironio losu, zamordowany, by jego miejsce w licznym panteonie mógł zająć kto inny. Półelf-półsierota, wyszkolony przez matkę w czarnoksięskim cechu, wyruszył więc w nieznane, by odnaleźć sposób na to, by zaorać czarne ugory drzemiącego w nim śpiącego Zła.

 

 

ROZDZIAŁ I

 

Podróżował zupełnie sam. Nie z konieczności, lecz z przymusu. Samotny wilk, stroniący z własnej woli od stada….

Na północy słońce chyliło się właśnie ku zachodowi. Skradając się, Bregen negocjował pospiesznie gęste zarośla. Niebo przesłaniały chmury, listowie i deszcz, a ciężki płaszcz podróżny wysokiego półelfa w odcieniu dymnego granatu wydawał się być prawie czarny. Jak nocne morze lub fale na jego głowie. Zarówno one jak i płaszcz powiewały gwałtownie na wietrze. Było mu cholerycznie zimno. Gdyby nie zacisnął zębów, rzekłby, że lodowato.

Dotarł w końcu do miejsca, gdzie las przeistaczał się w dziki ustęp. Przeszedł ostrożnie przez brud. Dalej była już tylko rzeka, a za nią miasto, którego dobył mostem.

 

 

*

 

Pewnym sprężystym korkiem torował sobie drogę przez sterty spalonych chat i innego zgliszcza. Karczma spłonęła i miasto zdawało się być opuszczone. Wtem nagle z gorzeliska wyłoniło się pięciu Zbójców. Od pożaru minęła niecała dekadencja i wszystko wskazywało na to, że mieszkańcy kanałów, które nie zdążyły doszczętnie spłonąć, zebrali się w gangi i ucztowali na reszcie pospólstwa.

– Te, Elfie! Co masz takie krótkie uszy?

– Głupi jesteś? Toż to na pierwszy rzut oka widać, że ten pies jest półkrwi! Czyli z elfa i jakiejś suki lub w drugą stronę – najbardziej umięśniony ze Zbójców pouczył swych mniej ukształtowanych kompanów.

Pozostali zaśmiali się źle. Bregen wiedział już, że nie daruje im tego. Wprawdzie pewien mądry człowiek tuż przed śmiercią powiedział mu, iż wielką cnotą jest umieć śmiać się ze swojej własnej osoby, lecz to nie jego obrażali zbójcy, a jego Rodzinę. Poza tym, był pewien, że i tak go zaatakują, gdyż wszyscy zbójcy naokoło byli cali czerwoni. Jeden z nich popatrzył mu prosto w oczy.

– Gotuj się na śmierć! – krzyknął inny.

Półelf odwrócił się do zbójcy plecami i zaśmiał mu się w twarz. Zeskanował strażnika wzrokiem, zauważając, że ten ma zatoki, które zdradzają jego zaawansowany wiek, i stara się ukryć pod przylizanymi na plugawym łoju włosami.

– To wy powinniście zrobić to już dawno! Jestem Pomiotem boga Mordu! – wrzasnął w szale, lecz mimo to wciąż nie brali go na poważnie.

Jeden z nich miał noże, drugi rapier i sztylet, który wyglądał niemęsko, dwóch dzierżyło miecz wielki, a ostatni długi łuk. Rzucił jednym z nich, świsnąwszy Bregenowi tuż koło ucha. Zza rogu wyłonił się kolejny strażnik, a jego broń sprawiała wrażenie, że to piknik. Gdy wszyscy już dobyli, rozpoczęła się walka.

Bregen ciął mistrzowskiej roboty mieczem, zataczając szerokie łuki i wykonując półobroty i salta, aby jedno z nich zakończyć w gardle strażnika. Posoka trysnęła na goły kamień i zmieniła się w kałużę krwi. Półelf odwrócił się i cudem uniknął pędzącej w jego kierunku strzały. Łucznik napinał się już do kolejnego wystrzału, lecz on był szybszy. Podbiegł, dobył go, i uderzając rytmicznie jego głową o kamienną ścianę wybił mu ze łba ten durny pomysł. W końcu jego tęczówki odpłynęły wgłąb czaszki, a on zesztywniał i zwiotczał.

Zostało jeszcze około czterech. Atakując jak dzik, wymienił z jednym z nich kilka ciosów. Na Bhaalha! Jakiż to był widok! Jego towarzysze stali, okrążali ich jak głodne psy stragan rzeźnika, czekając na otwarcie. W końcu posypały się palce, następnie głowa, a potem kolejna, należąca do dwóch półgłówków, którzy myśleli, że skoro Pomiot na nich nie patrzy to ich nie widzi.

Został li jeden. Miał na sobie podartą kolczugę, zardzewiały miecz i w całej swej ogólności wyglądał jak witryna składu z używanym rynsztunkiem. Półelf wykonał fintę i w sam raz zdążył na jego otwarcie, po czym dokładnie przeszukał każdego trupa i dla pewności przeleciał wszystkich raz jeszcze, w płonnej nadziei, że wpadnie mu do sakiewki jeszcze kilka sztuk miedzi. Bogatszy jedynie o nowe doświadczenie wstał, skierował się w kierunku spalonej karczmy i zasadził się na zgliszczach jednej z ław pod sufitem. A dokładniej jego fragmentem, który zawalił się niczym struktury społeczne tego miasta i przedstawiał teraz sobą równię pochyłą.

Dobrze znanymi sobie ruchami dobył swój oręż, który każdego dnia czyścił, i rozłożył wszystko równo na stole. Leżała tam teraz kusza, dziesięć noży, dwa miecze, szyszka o idealnej krzywiźnie i obój. Zaczął od ociekającego wciąż krwią ostrza. Był to miecz prze kłuty, idealny do pchnięć. Ponadto z alchemiczną precyzją wywarzony i wykąpany w magicznych olejach. W miejscu gdzie rękojeść przechodziła w głownię miał lejce, a na końcu sztych. Bregen pozyskał go kilka lat temu od wioskowego kowala. Wytarł ostrze w płaszcz, który dostał strupów. Następną bronią był z koleji miecz od lany, bardzo ciężki, lecz zadający miażdżące rany…

Czyścił swą broń bardzo długo wręcz, całą noc.

 

 

*

 

Był ranek. Wyszedł z karczmy i udał się do prastarego baru, gdzie nie docierało słońce, by zaznać rzadkiego smaku świętego spokoju. Wtem, między gęstymi drzewami, na polanie, trwał w całkowitym bezruchu na oko dwustuletni, straszny Dwor. Mimo to, oczy półelfa bez żadnych problemów dostrzegły go. Widok ten zdziwił Bregena i nieco zaniepokoił, bo żadnego powszedniego dnia go tu nie widział. Nie miał pojęcia co mogło być przyczyną, że ten postanowił piąć się tak wysoko w górę. Podmiot nie był jednak kimś, kto uciekał przed nieznanym niebezpieczeństwem.

Podszedł tam, a Obcy zmierzył go wzrokiem. Był niski. Ubrany w srebrną kolczugę, nitowaną i sięgającą do pół uda i do łokcia. Ciało miał chude, umięśnione i czarne, nogi płytowe, ręce kolcze, a na głowie biały wodospad.

Później zapytał Dworwa czy ten go nie zdradził. Kurdupel wydął usta w cipu i pokręcił głową z tym brzydkim wyrazem na twarzy. Pomiot wiedział, ze jest silniejszy od niego oraz że na otwartym polu nadludzka zręczność wroga na nie wiele mu się nie zda. Zamienili kilka słów. Dowr nie odpowiedział. Dobył ostrza. Zły elf niczym skolopendra uwijał się w kocich ruchach swego gibkiego jak jaszczurka ciała, jednak jego próby godzenia wszystkie poszły na marne. Rzucił się na półelfa, a Podmiot wyparował i dwor nie trafił go. Tak więc nie był to jeszcze koniec walki. Dźgnął go w pierś, lecz nie udało mu się wynegocjować mistrzowskiej roboty kolczugi.

Mroczny elf marszczył się strasznie, a jego oko błyskało w Słońcu niczym nieoszlifowany ametyst. Odgarnął włosy z twarzy i tym samym odsłonił się. Bregen nie raz widywał już podobne rzeczy i jak zwykle zareagował natychmiast. Złapał dwora za rękę i uścisnął. Ten wykręcił się w ostatniej chwili nim Bregen zatopił w nim swój sztych i dobył drugiej broni, ukrywanej do tej pory w mrokach pochwy. Ostrze mistrzowskiej roboty adiamentynowego miecza szczękało złowieszczo w promieniach blasku słońca i parowało jednocześnie wraz z każdym ciosem. Zaklął brzydko w nieznanym mu języku. Wtem nagle miecz adiamentytowy, mistrzowskiej roboty, pęknął na dwoje. Zły elf dał susa w dal, zniknął wśród drzew i zaczął uciekać.

Bregen dobył swej kuszy, jednak nie dał rady go zabić. Doprowadziło go to do Szału. Poczuł jak jego wyżyłowane mięśnie robią się jak diablo silne jak gdyby w wózku wciągnął dwie tony koksu. W kilka ni to kroków, ni to susów długich jak chata, dogonił Dwora, dobył go, trzasnął jak z bata i wręcz rozgniótł go jak robaka, który na swoją zgubę wypełznął z pod ziemi.

Z drzew wyłonił się jego jedyny towarzysz i przyjaciel, Ravon. Pomiot obserwował go jak przysiada na polanie, trzepocząc swoim czarnym jak dwor płaszczem. Błyskotliwe oko kruka spoglądało nań z niedowierzaniem, jakby to nie jednego dwora zabił, lecz całą triadę.

 

 

*

 

Gdy wracał do miasta był z nim jego bastard Ravon oraz Dwor, którego spotkali. Mimo, że byli z innego ojca, kochał go jak beata. Drow nalegał, by go wziął.

"Moim ojcem był Bhalh, bożyszcze mordu. Niebezpiecznie jest obracać się ze mną", zastrzegł Bregen.

"Moja matka była gorsza", oparł tamten i tym sposobem poznali się a nawet więcej. Wziął więc dowora i wyruszyli w dalszą drogę. Okazał się on później być przydatnym kompanem, bezlitosnym w walce i tolerującym, choć czasem z trudem, niegodziwe mordy innych towarzyszy, jakich spotkali w trakcie dalszej podróży.

Jednym z nich była dziewczyna imieniem Lana. Przedstawiła się jako córka jakiegoś istotnego włodarza, która trafiła do niewoli, gdzie, głodując, była zmuszona znosić straszne wypociny w kamieniołomie. Nie miała wiele więcej niż szesnaście lat i czerwone włosy, była szczupła, choć nie za bardzo, w posyłaniu bełtów dorównywała weteranom straży, w sile przewyższała Rovena i Dorwa i naprawdę ciężko ją było zabić. Pomiot był jednak najsilniejszy z nich wszystkich.

Pewnego dnia w jednej ze wsi zatrzymała ich straż miejska.

– Jesteście ścigani za kradzież orenży ze straganu!

– Przyjechaliśmy dopiero wczoraj! Jakich znów orenży…? Nie ukradliśmy jeszcze tutaj ni jabłka! – zdziwił się Dwor.

Dword jak zwykle nie pamiętał zbyt wiele. Podmiot był od niego znacznie inteligentniejszy i bardziej spostrzegawczy. Od bastarda zresztą też. Raz przeklęty idiota wypił przeznaczone dla półelfa zatrute wino, choć wystarczyłoby, by mgnienie oka poczekał aż Bregen je zbada.

– Przetrzepcie nam tyłki jeśli chcecie – zaoferował bastard – Ale nie mamy żadnych błyskotek, które nie byłyby jeszcze porządnie zaharatane w bojach.

– Czyli są już u pastora – wydedekował strażnik – Dowództwo jednak wskazuje na któregoś z was.

Nastała chwila wypełnionej dzwonieniem ciszy. Słońce stało nad nimi w zenicie.

– Niech Ci będzie. To ona – stanowczo wybrał winnego Pomiot.

Dword wymierzył w Lanę ze swej podwójnej precyzji kuszy, która miała ogromny zasięg, przez co była dlań z reguły trochę za duża. Wyglądała na złom.

– Co..!? To nie ja!

Pomiot podpuszczał taki obrót spraw. Na domiar Złego, jako diabelstwo, posiadał czerwone oczy, więcej nawet niż Dorw, i nieziemską aurę, co wpływało na jego odbiór przez pospólstwo.

– Toż to jest diabli Pomiot! Macie zamiar uwierzyć czemuś takiemu….?

 

 

EPITAFIUM

 

Skończył czyścić broń, spakował swe manaty i wyruszył w dalszą drogę w kierunku niewielkiej miejscowości na samym skraju Północy o gościnnie brzmiącej nazwie Powoźnicze Wrota. Nazywała się ona tak, ponieważ biegł przez nią Główny Szlak Handlowy, w związku z czym przez jej bramy nieustannym ciurkiem lały się kolorowe powozy z najrozmaitszymi dobrami z całego Fearunu. Sprawdził czy na pewno wziął ze sobą krzesiwo i tubkę z rozpałką. Droga miała być długa, noce zimne, a on nie używał magicznego ognia od czasu gdy poniosło go raz trochę i spalił całe miasto. Podróżował zupełnie sam. Nie z konieczności, lecz z przymusu. Wspominał czasem swoich licznych kompanów, którzy włóczyli się z nim na przestrzeni lat i którzy źle skończyli z jego rąk lub jego wina. Samotny wilk, stroniący z własnej woli od stada…..

Koniec

Komentarze

Jako fan BG jestem zachwycony!

 

Bregen ciął mistrzowskiej roboty mieczem, zataczając szerokie łuki i wykonując półobroty i salta, aby jedno z nich zakończyć w gardle strażnika. heart

 

Nie było Drizzta. :(

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

BG jak malowany! Ach, słodkie czasy dzieciństwa…

Ale, ale, ale! Zgłaszam kradzież! Ja pierwszy użyłem wyrażenia “samotny wilk”!!!. To jest bezczelna kradzież!!!!!!!!!!!!!!!!! Nie wybaczę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

PS. A może ten dwor to był właśnie Drizzit? Inkognito.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Fajne :)

“Zostało jeszcze około czterech” <3

 

Chocia nie grałem BG, mimo że srogo pogrywam, to mi się ten utwór w podobie. I nawet Aneta mówi, że fajne. Bardzo dobry debet na portalu, więc cześć.

Dziękuję za wszelkie pozytywne głosy krytyki.

Zalth – masz na myśli tę scenę, w której pisało jaki Podmiot ma orenż? W sumie rzeczywiście mógłby jeszcze mieć Dziryt.

Skull – nie wiedziałam, że masz wilka. A "Inkognito" to coś po Dworsku, tak myślę? "Inkognito ergo sum”. To chyba z DeVira.

Nieźle, nieźle :) Jakoś nigdy nie mogłem się przekonać do zapomnianych krain, a ze starych rpgów Planescape i Fallouty mi się bardziej podobały niż BG, więc takie parodie nie robią na mnie wrażenia. Ale i tak należy się plus. Tylko trzy rzeczy:

– Nie było Drizzta

– Nie było “przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”

– Do kompletu, opko powinno być dłuższe (czyt. rozwleczone w opór)

 

lol

Eriko, Autorko, do tej pory żadne gry nie były mi dane do grania, to nie wiem czym podparta i w jaką wiedzę bogata opisałaś fragmentaryczne życie pomiata Bregena i tych co mu stawali naprzeciw, ale sobie z nimi radził.  No więc to co Ty napisałaś a ja przeczytałam, przypadło mi do gustu nadzwyczaj, bo było to piękne, po części baśniowe ale także z życia dobrze zaobserwowanego wzięte. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że poczęstowałaś nas tylko ułomkiem opowieści, to pozwolę sobie potrwać przy nadziei, że to nie ostatnio raz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trochu się boje, bo napsułaś duszo że czy co ich nie wolno ci napisać.

Ale ja nie gram w gry komputer owe, tyko w sapera a w nim jest całki em inna fafuła, wiec jest oryginalna. Jak ci błąd uff nie pod określa, to jest bobrze.

W porzo psy gody i fajosko opisanie bronie.

Babska logika rządzi!

janadalbert – tak jak spostrzegł Bailout, to dopiero debet, więc jeszcze nie długi. Co do 1-wszego punktu, nie tylko Ty na to narzekasz i chciałabym w związku z tym pójść za potrzebą. Mógłbyś polecić mi jakieś książki o Drizzto? Nie umiem tak bez poczytania wpierw trochu….

regulatorzy – owsem, mam w plonach prefiks, sekwens, tryptyk i teserakt.

Finkla – ja od sapera wolę sekwens, gdyż jest dużo postaci i różne frykcje.

Ali w superze jest ryzyk i jest zabawa. ;-)

Babska logika rządzi!

Niestety nie wiem co polecić. To literatura, którą świadomie omijam. W najlepszym wypadku coś do poczytania na kiblu. Drizzt był bohaterem chyba każdego amatorskiego fanfica z forgotten realms, a motyw jego przygód był przewałkowany do porzygania jeszcze premierą BG. W skrócie nic nie tracisz.

PS. Ja bym jeszcze gdzieś upchnął Ameliniowy Miecz +3 do inteligencji :)

 

lol

Ale Ty to tak nie na powasznie piszerz, nie…? (: I też włąśnie staram się omijać literaturę.

Nowa Fantastyka