- Opowiadanie: gary_joiner - Łopoczące chorągwie stolicy

Łopoczące chorągwie stolicy

Napisałem to opowiadanie w pracy, bo lubię jak mi płacą za pisanie fantasy. Wam pewnie za pisanie nie płacą, ale nawet mi was nie żal.

Jutro, też w pracy, stworzę mapkę i ilustracje. Słowniczka pojęć nie będzie. Jak nie znacie słów, to jak niby chcecie być krytykami literackimi i pisarzami, hę?

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Łopoczące chorągwie stolicy

Edward de’Malusz przystanął na krawędzi polany, w miejscu gdzie prastare korony drzew gęstego boru ustępował miejsca ostatnim promieniom zachodzącego słońca, a wilgotne mchy, porosty, paprocie i kolczaste krzewy nie miały wstępu. Przesieka znajdowała się zdala od traktów i szlaków handlowych, nie prowadziły do niej żadne ścierzki, a wędrowiec trafił na nią przypadkiem, desperacko dycydując się na marsz przez matecznik, aby oszczędzić czas, który musiałby poświęcić na pokonanie meandrującej, niby rzeka, wydeptanej drogi.

Edward nie był wytrawnym łazikiem. Jako dziecko, bawił się wprawdzie w lasach otaczających jego rodzinne strony, niewielką wioskę w zachodnie części Norgundii, ale nigdy nie rozsmakował się urokach dzikich ostępów na tyle, by w pełni docenić ich piękno i odkryć ich praktyczne zastosowanie. A przedzieranie się przez matecznik bez dodatkowego ekwipunku, w szafirowych trzewikach ze skóry młodego desiana, w podróżnym, ale mimo wszystko ażurowym i delikatnym płaszczu z niebarwionej owczej wełny, lnianych spodniach z guzami, kieszeniami, łatami i rozporkiem, zachaczając futrzanymi mankietami o krzewy, brudząc nogawki błotem i co rusz podnosząc wygnieciony, purpurowy kapelusz, strącany przez gałęzie, nie należało do rozrywek, które mógłby, jako trzydziestodwuletni mężczyzna o ponurym usposobieniu i cynicznych poglądach, docenić.

Polana nie tylko dawała nadzieję na chwile wytchnienia, odpoczynek niezbędny do regeneracji nadwątlonych forsowną przeprawą sił, ale i otwierała widok na Północną Wyżynę i sadyby skupione w południowe dzielnice stolicy Ponadczasowego Imperium, dotąd przesłonięty różnoraką zielenią i wszelkimi odcieniami brązów. Najpiękniejsza, najrozleglejsza i najliczniej i najgęściej zaludniona metropolia Kontynentu Szarych Mgieł z odległości kilkudziesieciu mil nie prezentowała się zbyt okazale, ot szarobure, rozmazane bloki kamiennych umocnień i budynków militarnych, przeplatane czerwonymi wierzami świątyń wzniesionych ku czci Branimira Uporczywie Świętego i strzelistymi gmachami wzniesionymi delikatnymi dłońmi elfickich mistrzów, urozmaicających architekturę miasta błękitnymi niby niebo, wielospadowymi dachami. Edward dostrzegał ludzkie sylwetki, nie większe od niedużych mrówek i kłębiące się w podobną do owadziej manierze, oraz iskierki odległych, dopiero co rozpalanych pochodni i gazowych lamp – technologicznej nowinki wydartej z brudnych, okrawawionych łap krasnoludowego ludu.

De’Malusz wkroczył na polanę czując się tak, jak musiał czuć się jeden z jego znamienitszych protoplastów: Gniewosław Seledynem Smagnięty, służący Koronie Soutaluzji w charakterze nadwornego badacza, ekploratora ziem niezbadanych i penetratora jaskiń, tuneli i innych podziemnych formacji, kiedy utknął na przesmyku Wzslgpd’dasm-DA, odgrodzony od cywizliacji lawiną kwarcytów, otoczaków i wapieni.

Edward kucnał, odetchnął głęboko, głaszcząc oburącz źdźbła traw, po czym zrzucił z szerokich ramion toboły podróżne, wstał, wyprostował się na pełną, imponującą wysokość, odetchnął ponownie, starł prawą rękę pot z czoła, lewą drapiąc się przez spodnie po prawym, swędzącym pośladku.

Odjuczony mężczyzna cofnął się w gęstwinę, kręcąc głową, uważnie wypatrując suchych gałęzi, martwych drzewek i ubolewając nad rychłym i nieuchronnym ubrudzeniem szykownego kubraka. Minął dorodny, rozłożysty dąb, który prezentował się tak okazale, że bez trudu możnaby uwierzyć, że na swych konarach mógłby udźwignąć cały świat. Przystanął przy prastarej, porośniętej porostami sośnie o igłach tak długich i ostrych, że nadałyby się na narzędzia dla najbardziej nawet wymagającego skrytobójcy, pochylił się i zebrał garść wysuszonej ściółki. Pomedytował chwilę nad ulotnością życia i nieuniknionością naturalnego cyklu witalności, westchnął ciężko, skrzywił się teatralnie i podjął się dalszego zbierania chrustu.

Uniósł dwa pęki olszynowych gałązek, kilka osikowych szczap i drzazgę z hopokowego drzewa, spoczywającej dotąd na posładniu z mchu i lekko nadgniłych liści, jakby nigdy nic. Obładowany stertą surowca na ognisko, wrócił na polanę, rozładował brzemię i rozsiadł się wygodnie, o trzy stopy od chrustu.

Rzucił hopokusa, jednego z prostszych, takiego, który pasował bardziej do ulicznego kuglarza, zabawiającego umorusaną publikę w nadziei szybkiego zarobu bądź karczmiannego fircyka, próbującego oczarować aktualną wybrankę penisa i zaciągnąć ją na siennik, zanim czar pryśnie.

Gdyby mistrz Enufary don’Antonio vel Amaryntowy Pogromca Wszystkiego widział Edwarda, jak bryzga iskrami z ust, niczym jakaś nikczemna karykatura smoka, to niechybnie złapałby się za wyłysiałą głową i pokręcił nią z dezaprobatą, tak wielką i wyraźną, że zawstydziłby nie tylko okoliczną faunę, ale i florę. De’Malusz nie tęsknił za nauczcielem. Srogi mentor zapisał się w jego pamięci kanciastymi, negatywnie kojarzącymi się literami. Potrafił godzinami rozwodzić się nad naturą Hopokusorii, monotonnie rozprawiając o tym, jak to zrodziła się z ostatniej myśli umierającego Ojca Prastarych Bóstw, rozlała się po świecie, wypełniając jestestwa wybranych, po tylko, by kolejnego dnia przeprowadzić całonocny wykład na temat tego, że Hopokursoria jest siódmym, najważniejszym żywiołem, którego okiełznanie jest możliwe jedynie przy całkowitym zespoleniem z naturą. Staruch zmieniał zdanie częściej niż rytualne szaty, a i hokopusorskiej laski swoim uczniom nie szczędził.

– Na pochybel Ci, stary chuju – szepnął Edward, po czym wypluł kolejną porcję iskier, podsycając płomień nieśmiało tańczący po storzkowatej kupce chrustu.

Sięgnął do uwieszonej u pasa pochwy i wydobył z niej sztylet, stanowiący rodzinną pamiątkę. Ojciec uwielbiał snuć opowieści o tym, jak jego tatulo podarował mu to pradawne, tętniące mocą i przesiąknięte wiekami szlachetnej historii i tradycji, ostrze, zwłaszcza, gdy popiołówka zaszumiała mu w głowie. Pomniejszony puginał nie wyglądał imponująco, miał długą na dziesięć centymetrów ostro zakończoną, żelazną głownię o płytkim, zygzakującym zbroczu, wygięty w płytki łuk jelec z bliżej nieokreślonego stopu, wytartą, spękaną z lekka, drewnianą rękojeść oraz drobną, niezbyt funkcjonalną głowicę z nieforemnej bryłki burszytunu, pochodzącej rzekomo z trzewi największego z trzech Rekinów Północy pływających gęsiego, ale rodzinna legenda głosiła, że jego właścicielowi i użytkownikowi nigdy nie stanie się krzywda od przemocy lub gwałtu.

De’Malusz ostrugał jedną z gałęzi i nadział na nią wyciągniętą z podręcznej sakwy kiszkę, wypełnioną siekanką ze świni i wołu. Naciął podłużnie, chcąc uniknąć pęknieć wywołanych gorącem. Podstawił przyszłą kolację nad buzujące ognisko i uważnie obserwał barwę wyczekiwanego posiłku, a gdy była odpowiednio brązowa, odstawił patyk od ognia, przysunął do ust i wgryzł się w soczystą, idealnie wypieczoną, kiełbasę i zamknął oczy z kulinarnej rozkoszczy. Kubeczki smakowe szczytowały, gorący zwięrzecy tłuszcz spływał po brodzie, a chorągwie stolicy łopotały na wietrze.

 

Koniec

Komentarze

W poszukiwaniu starych zasłon na stroje do “Korony królów” trafiłem do szmatexu, w którym ku mojemu zaskoczeniu, sprzedawali również książki na wagę. Za 10 zeta nabyłem więc kilka nieznanych mi dotąd pozycji fantasy z lat 90-tych, w większości tłumaczonych z angielskiego.

Przynajmniej połowa z nich zaczyna się gorzej niż to dzieło. :)  

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

No, zarąbiaszczo bezprzygodowa przygoda Edwarda. Super popis ałeś jego nauczy ciele, normalnie jak bym mojego wyhowafce widziała.

Babska logika rządzi!

Wow, chyba właśnie zrozumiałem, na czym polega grafomania. Wieszczę sukces imć panie!

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

I to jest grafomania, co się zofię.

Muszę dopracować opis sztyletu. Nie jestem z niego w pełni zadowolony. Co nie zmienia faktu, że i tak już teraz jest lepszy od tych pożal się boże opisów autorstwa Tolkiena i Sapkowskiego.

 

edit

Ciekawostka. Ilustracje liczą się jako pojedyncze znaki. Zaburza mi to koncept. Droga administracjo portalu, proszę zmienić kod strony, żeby mi przez was efekt artystyczny dzieła nie podupadł.

 

edit

Opis sztyletu dopracowany.

na emeryturze

Grafiki przednie, nadają klimat całej opowieści, ale przede wszystkim dziękuję za mapę. Nie pisałem tego wcześniej, ale miałem spory problem z lokalizacją miejsca… hmm… “akcji”, ale teraz wszystko ma ręce i nogi. I trzy pływające gęsiego rekiny.

 

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Taaa, rekiny żądzą.

Babska logika rządzi!

Przynajmniej połowa z nich zaczyna się gorzej niż to dzieło. :)

Sugerujesz, że były takie, które zaczynały się lepiej? Dobrze, Cię zrozumiałem Zalth?

na emeryturze

Gary, 

Czytało się świetnie, tak trochę jakbym oglądała film w wersji dla niewidomych. Pięknie wszystko wytłumaczyłeś. Bardzo podoba mi się ilustracja, na której widnieje ognisko, zachowałeś bezpieczną odległość od drzew. Zabrakło mi tylko informacji, czy bochater zgasił po sobie ognisko i zasypał saperką żar. 

Gary, sam oceń.

 

Prolog 1. Pisownia oryginalna.

 

Na początku był cel.

cel był jedyną płaszczyzną. I jako jedyna płaszczyzna, cel nie miał znaczenia ani wartości. Po prostu był. Był. Nic więcej. cel.

Samotny i nieświadomy.

Jednakże rzecz, która miała stać się celem, nie powstała w sposób przypadkowy. cel, pierwsza i odosobniona płaszczyzna, został stworzony naturą człowieka, który kulił się w jaskini, patrząc na swe dzieło.

Inny człowiek, prawie każdy inny, zachłysnąłby się, odskoczył, uciekł lub chwycił bezużyteczny oręż. Niektórzy, ale bardzo niewielu, próbowaliby pojąć, co widzą. Ale człowiek w jaskini tylko patrzył.

Nie starał się pojmować celu, gdyż pogardzał wiedzą. Ale można powiedzieć, się zastanawiał się nad oglądanym zjawiskiem. Więcej nawet, rozważał je z pełnym skupieniem, będącym poza możliwościami prawie każdego człowieka na świecie.

cel powstał w tej jaskini i w tym czasie, ponieważ siedzący tu człowiek, rozmyślający nad nim, przez długie lata pozbawiał siebie wszystkiego prócz nadrzędnego, palącego i pochłaniającego wszystko poczucia celu.

 

Prolog 2

 

A teraz świat powoli pogrąża się w mroku. Nie w dymie pożarów, bez huku dział i łoskotu czołgów, tylko przy cichych dźwiękach harfy – zmiany nastrojów, dziwnie przedłużone cienie, delikatne kroki niezauważonej inwazji. Najeźdźca pojawił się niespodziewanie i jest już pośród nas, niczego nieświadomych. Co rano, jak zwykle, słońce wschodzi nad plastikowym światem supermarketów i biurowców, hurtowni, fabryk i dudniących dieslami ciężarówek, miast uśpionych szeptem CD-romów, ludzi istniejących coraz bardziej cyfrowo. Ludzie wciąż czują się panami stworzenia, żyją tak, jakby ich królestwo miało trwać wiecznie. Za kilka tygodni zapadnie noc dziejów, ale życie toczy się jak gdyby nigdy nic, nieświadome końca wieku rozumu, myśli sokratejskiej i apollińskiej logiki. Nikt nie zauważył końca świata. Ale już wkrótce, już niedługo…

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Ała. Dostałbym od tych prologów zapalenia spojówek, gdyby nie to, że już mam zapalenie spojówek.

na emeryturze

Jprdl. I ktoś to wydał?

A co do tekstu Gary’ego – straszna rektoplazma, ale ostatnie zdanie wszystko wynagradza :D.

straszna rektoplazma

Weź chłopcze, może najpierw napisz coś wartego uwagi, a potem bierz się za ocenianie owoców cudzej twórczości. Tak się składa, że moje dzieła były publikowane i nagradzane, moje dramaty psychologiczne trafiły do IO i Hebasencji, wygrałem konkurs na opowiadanie w odcinkach w Farenheicie, zająłem trzecie miejsce w konkursie Troll, a DJowi Jajko tak bardzo spodobało się moje opowiadanie na konkurs “Science”, że obdarował mnie komiksem o wiedźminie. O wiedźminie, kurwa, czaisz? A twój ŻYCIOWY dorobek to jakieś słodko-gorzkie owoce bólu dupy, wydalane na zapyziałym pseudoforum.

Gdybym chciał, mógłbym otworzy wątek w Hydeparku, zatytuowany “Pochwal się gary_joinerze” i w ciągu tygodnia wykazać tam więcej osiągnięć, niż wy wszyscy razem wzięci zdążyliście zebrać w tym zwykłym “pochwal się” i pożal się boże, wątku, od momentu powstania portalu.

Weź się, gościu.

na emeryturze

Czekaj. Chwila refleksji. No nie, opowiadanie nadal kijowe.

Grafika wspaniale uzupełnia to dzieło rąk ludzkich lub elfich względnie powstałe z mgły hopokusowej 

No nie, opowiadanie nadal kijowe.

I jeszcze udajesz, że znasz się na kijach. Masz wykształcenie botaniczne, że stawiasz takie śmiałe, w dodatku niekulturalnie wyrażone (gdzie jest “w mojej skromnej opinii” chamie?), tezy?

Zachowujesz się co najmniej jak Hitler. Weź się lepiej przestań kompromitować.

na emeryturze

Że niby potrafię stawiać jakieś tezy? Weź już się nie przymilaj, ocena jest ostateczna i idzie w świat. Ale bohomazy spoko, co najmniej jak Hitlera.

Sam jesteś jak bohomaz Hitlera, gościu.

 

edit

Zabrakło mi tylko informacji, czy bochater zgasił po sobie ognisko i zasypał saperką żar.

O tym będzie w drugim i trzecim tomie cyklu, nie uprzedzajmy faktów.

na emeryturze

 

O tym bę­dzie w dru­gim i trze­cim tomie cyklu, nie uprze­dzaj­my fak­tów.

 

 

Ups, przepraszam za spoiler.

 

Zadania są strasznie krótkie! co tak Mao słów w zdaniu? I generalnie to 2 na 10. Nie misie. (O prócz rysunków bo te są zajefajne).

Precz z sygnaturkami.

Na wyraz zgoła inaczej potraktowałeś powzięte przez siebie i na siebie zadanie i zamiast kazać bohaterowi Edwardowi szparko pomykać ku Łopoczącym chorągwiom stolicy, celnie uznałeś za stosowne pokazać fragment przedzierającej się przezeń przyrody, tudzież wspomnieć o reszcie otoczenia a nawet dorodnym dębie. Nie od parady pozwoliłeś też Edwardowo zadumać się nad przodkami i osobą nauczyciela, nie darzonego chyba nadmierna astmą, co się wyraziło w słownym do niego przesłaniu. Wzmiankowanie o rekinach pozwoliło mi poznać dogłębnie okolicę wraz z polaną genialnie nadającą się do wypieczenia sobie kiszki na patyku (tu to mi nawet posiekła ślinka) i zaspokojenia głodu, żeby nie był niespokojny. Całości trafności przedsięwziętego dzieła dopełniają celująco intrygujące i rozpalające wyobraźnię, ilustracje.

Dobrze że mogłam przeczytać już dopracowany wizerunek sztyletu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka