- Opowiadanie: Fantastyczny Pan Lis - KOSMICZNE PRZYGODY MUTANTA ALOJZA - Przygoda nieprzedprzedostatnia

KOSMICZNE PRZYGODY MUTANTA ALOJZA - Przygoda nieprzedprzedostatnia

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

KOSMICZNE PRZYGODY MUTANTA ALOJZA - Przygoda nieprzedprzedostatnia

Jasnota Pomroczna, zwana na niektórych planetach Miłką, na innych znów Kochnieniem, przepełniała Wszechświat. Mutant Alojz przyjmował to za dogmat, wobec którego nie pozwalał sobie żywić wątpliwości. Nawet najmniejszych, nieuświadomionych – czymkolwiek jest świadomość – tych niedostrzegalnych dla ich właściciela najczulszym uzbrojonym receptorem.

Żadna inna teoria nie tłumaczyła bowiem tak prosto i dosadnie zarazem niezaprzeczalnego faktu, że jego własna rodzona Macierz wciąż przecież zajęta tym całym podbijaniem Kosmosu, anihilacją, pożeraniem ciał, znalazła wolną chwilę, by go, Alojza, na świat wypączkować. Precyzyjniej nieco: wprost na Planetę Mutantów.

Pączkowanie, z czego Alojz zdawał sobie doskonale sprawę, nie należało przecież do rzeczy przyjemnych, bądź nawet przydatnych, czy to z punktu widzenia kogoś, kto ma swoje nihilistyczne priorytety, czy, szerzej zataczając koła szypułką z narządem wzroku, biorąc pod uwagę choćby katastrofalne dla środowiska przemutancenie ilościowe ciała niebieskiego, na które przecież wcale się nie pchał.

Jedynym zatem trafnym wyjaśnieniem tego, że Alojz zaistniał w pewnym punkcie czasu i przestrzeni, zdawało się przyjęcie za pewnik, że coś tak niewytłumaczalnego jak Jasnota Pomroczna po prostu istnieje. I choć był zupełnie świadom, że w zasadzie dogmaty nie bywają na tyle próżne, by potrzebować dowodów na swoje potwierdzenie, znajdował owe na każdym krokopełzie.

Pączkowanie nie było wcale najdziwniejszym sposobem, w który Jasnota przyczyniała się do powstania nowego mutanckiego pokolenia. Jako owoc, przedstawiciel zarazem, a nawet dość zagorzały zwolennik – poza króciutkimi chwilami słabości – tej formy rozmnażania, Alojz nie raz, nie dwa utwierdzał się w przekonaniu, że mógł uważać się za szczęściarza, iż w ten, nie inny sposób pojawił się wtedy i tam, gdzie się pojawił.

By wypączkować potomka bowiem wystarczyło zakochać się, przynajmniej przelotnie, w samym sobie. Bez tej całej, obiektywnie rzecz biorąc i delikatnie mówiąc, nieprzyjemnej otoczki, którą niosło za sobą rozdzielnopłciowe powoływanie kolejnych bytów tak hołubione przez tych i owych.

Bywało, że Alojz mimowolnie zastanawiał się, jakież to dziwaczne okoliczności sprawiły, iż Macierz w ferworze destrukcji Uniwersum znalazła króciutki moment na samouwielbienie. Nie potrafił jednak dojść do żadnych spójnych wniosków, poza tym najoczywistszym – o wszechobecności Jasnoty Pomrocznej.

Od czasu do czasu, oczywiście, przelatywały Alojzowi przez neuroplazmę dziwaczne roziskrzenia, że może ta cała moda na międzyosobniczą wymianę materiału genetycznego, by nowonaświatprzyszłe mutanty były jeszcze doskonalej zmutowane, może zawierać krztynę swego rodzaju sensu.

Mutant Babcionowy – bliski Alojzowi zarówno strukturą materiału dziedzicznego, jak i biorąc pod uwagę napięcia i natężenia w przewodnictwie parasynaptycznym – którego można było pytać o wszystko, bez obawy jak w przypadku Macierzy, że zostanie się zmrożonym ultrapromieniem bezwzględnie zerowym, rozwiewał te wątpliwości, tłumacząc cierpliwie:

– Bzdury! Obrzydliwe! Za moich czasów…

Na taką argumentację trudno nie pomachać przytakująco czułkami, tymi na lewym górnym parapodium, odpowiedzialnymi za komunikację wizyjną, nawet zdawszy sobie sprawę, że kiwanie owo jest jedynie odruchem bezwarunkowym.

Po czasie spędzonym w samotności na śledzeniu przebiegu iskier błądzących w zakamarkach układu logicznego jeszcze trudniej było już świadomie, nie odruchowo – jakkolwiek by świadomość i odruch zdefiniować – nie przyznać wiekowej mutantce kolejny raz racji.

Nie szukając daleko, wystarczyło przytoczyć przykład Smurga, kolegi z podstawówki, zatwardziałego rozdzielnopłciowca, do którego Alojzowi zdarzało się w podobnych rozważaniach wracać.

Ów, jako przedstawiciel podrodzaju Sextareplicante, by powołać do życia nowe istnienie, musiał wymieszać endoplazmę aż z pięcioma mężonami. Należy dodać, że, aby był z tego efekt, mieszanie musiało się odbyć w ciągu jednej mutanckiej doby.  I to w kolejności nieprzypadkowej – szeregując według wrastającego stężenia aktynowców w obszarach odpowiedzialnych za reprodukcję. Jakiekolwiek odstępstwo od tej sekwencji, co ponoć zdarzało się wcale nierzadko, groziło fiaskiem całego, niezwykle zawiłego logistycznie przedsięwzięcia, przynajmniej pod względem efektu rozrodczego.

Alojz doskonale zdawał sobie sprawę, że Smurg, na co dzień przecież rozsądny, miły, pożeracz ciał do rany przyłóż; taki, co to będzie towarzyszył przy anihilacji odległej planety, tylko dlatego, że się go uprzejmie poprosiło, nigdy nie zdecydowałby się świadomie na takie dziwactwa. Jak wymienianie cząstki siebie z kimś, nie da się zaprzeczyć, dość przypadkowym, jeśli nie, mówiąc szczerze i prosto z mostu nad rozpadliną wypełnioną lawą, nieodpowiednim.

Nie zdecydowałby się, gdyby nie Jasnota Pomroczna. Zwana również w pewnych Galaktykach Umiłowieniem.

Niestety lub stety – czyli w zależności od miejsca osadzenia organów percepcji na głowotułowiu – argumentów na poparcie opinii Babciona nie brakowało. W pewnych przypadkach, które trudno było Alojzowi analizować bez tego uczucia, które bywa niekiedy nazywane dyskomfortem, dochodziło nawet do tego, że niektóre osobniki pod wpływem jasnotowego zamroczenia całkowicie zespalały się w jeden paraorganizm. Co było przecież oczywistym zaprzeczeniem sedna prokreacji. Zazwyczaj dwójkami bądź trójkami, ale krążyły pogłoski, że pewna znajoma Macierzy, niesłychanie nieuprzejma nawiasem mówiąc, jest w istocie zespólnią aż jedenastu bytów zauroczonych sobą nawzajem.

Co gorsza lub lepsza – czyli w zależności od umiejscowienia analizatorów rzeczywistości na czułkach oraz kierunku ich falowania – część z tak powstałych hybryd próbowała udawać, iż są najzwyklejszymi mutantami. A nawet, jak gdyby nigdy nic, symulować pączkowanie tylko po to, by nie czuć się wyobcowanym. Choć, prawdę mówiąc, było to jedynie wydalanie poza endoplazmę tych jednostek, które zalazły zbytnio innym za wór skórno-mięśniowy.

Wyobcowanie, jak można sobie łatwo wyobrazić, należało do rzeczy wysoce niepożądanych, szczególnie na Planecie Mutantów, gdzie, jak wiadomo, obcy służyli niemal wyłącznie do pożerania.

Gdyby Alojz miał kiedyś zdecydować się z nieznanej bliżej przyczyny na rozdzielnopłciowość, z pewnością wybrał by inną formę niż bezpośrednia wymiana materiału genetycznego z dość nieznajomym osobnikiem. Od biedy mógłby zaakceptować sposób, w jaki robią to mutanty z Ciemnej Strony Planety –  tam bowiem para, która stara się o potomstwo, staje naprzeciw siebie w takiej odległości, by mieć się ledwie w zasięgu organu noktowizyjnego. Następnie na sygnał dany przez swata, nadzorującego przebieg spotkania, uczestnicy spotkania wystrzeliwują ku sobie endoplazmatyczne kule. Z ich zderzenia, zwykle gdzieś na wysokości mezosfery, powstaje zupełnie nowy mutant i opada na powierzchnię planety. Ów z pary, który pierwszy dopełznie do potomka, zyskuje prawo do opieki nad nim.

Alojz zdawał sobie sprawę, że przy jego kondycji szansa na to, że wygrałby wyścig, nie rysowała się zbyt optymistycznie. Z drugiej strony dość niepotwierdzona plotka głosiła, iż niektórzy mieszkańcy Ciemnej Strony stają do godów jedynie z zamiłowania do ostrzeliwania się endoplazmatycznymi kulami bez zapędów uważanych powszechnie za nieco wznioślejsze. Znając już nieco mutancką naturę z tą całą dość instynktowną potrzebą siania wokół zniszczenia, należało niestety uważać pogłoski owe za noszące znamiona wiarygodności.

Oczywiście, nasz mutant nie zapominał o najprostszej, dość niekłopotliwej formie rozmnażania – przez podział na połowę. Skoro trudno mu było wytrzymać samemu z sobą – nie mówiąc już o Macierzy i Babcionie – zaraz odrzucał ten głupi pomysł.

Dość niespodziewanie, czy może z nagła całkiem Alojz poczuł, że zabłądził do tego zakamarka parajaźni, w którym izolował procesy myślowe dotyczące Jeszcze Ciemniejszej Strony Planety Mutantów.

Nie lubił tu zaglądać. Mimo iż nie podzielał, jak wiadomo, powszechnego wśród pobratymców entuzjazmu do pożerania ciał, jeszcze dziwniejszym, czy nawet wyjątkowo niesmacznym jawiły mu się praktyki wykorzystujące co atrakcyjniejszych genetycznie przedstawicieli Obcych, wziętych w niewolę w trakcie podboju, do samopowielenia. Oczywiście wszystko pod zupełnie przeźroczystym, przynajmniej dla Alojza, płaszczykiem „poprawy efektywności mutacji”.

Uczciwie przyznawał sam przed sobą, że niektóre z owych niższych form, odkrytych w tym lub innym zakątku Wszechświata, sprawiały na pierwszy rzut receptora naprawdę miłe wrażenie morfologiczne. Przynajmniej na fotografiach w leciwym podręczniku z Podstaw Egzoegzystencji Praktycznej, który wciąż, czy to z nostalgii, czy lenistwa przechowywał na półeczce w cyfrowej biblioteczce na piętrze. Dość dawno udowodniono jednak, że nawet najbardziej fizycznie pociągający przedstawiciele nieautochtonicznych faun posiadają, i to bez wyjątku, krytyczne ograniczenia w pasmach komunikacji.

Nasz Alojz z natury niezbyt skory do ferowania pochopnych wyroków w stosunku do bliźnich, przyjmował pokornie, że być może w chwilowym współbytowaniu z Obcymi może tkwić coś pociągającego.

Sam jednak nie wyobrażał sobie – i raczej nie narzekał na ów aspekt tożsamości – koistnienia z kimś-czymś posługującym w danym momencie wyłącznie ultradźwiękami – a i to ponoć zazwyczaj z dużymi problemami we władaniu częstotliwościami adekwatnymi do przekazu – bez jednoczesnej pogawędki na inny zgoła, zajmujący temat, poświstując w odcieniach ultrafioletu. Jak można zaufać komuś-czemuś chaotycznie, nieskładnie falującemu choćby najdłuższymi, najsmuklejszymi czułkami tylko po to, by wyszemrać coś, co wymaga wyłącznie odrobiny synchronizacji?

Według wszelkich dotychczasowych badań, z którymi Alojz starał się być na bieżąco, wszystkie próby nawiązania z Obcymi wielozakresowej komunikacji – co każdy w miarę rozgarnięty mieszkaniec Planety Mutantów opanowywał już w tak czy inaczej rozumianym macierzowym łonie, w ostateczności tuż po jego opuszczeniu – zawsze spalały na panewce.  

Należy w tym miejscu wspomnieć o mogącym budzić zaniepokojenie fakcie, że coraz więcej doniesień wskazywało, iż część ze zdobyczy sprowadzonych na Jeszcze Ciemniejszą Stronę za sprawą miłkowego zauroczenia, okazywało się najzwyklejszymi pasożytami.

Te, raz wssawszy się w endoplazmę mutanta – żywiciela, nie dawały się za żadne skarby odpreparować nawet z użyciem antymateryjnego noża. Jedyną skuteczną kuracją na tę dość nieprzyjemną, przyznajmy, sytuację było jeszcze głębsze wciągnięcie szkodnika w siebie – na co ów nieświadom podstępu przystawał z ochotą – by następnie zatopić go w pęcherzyku gastralnym i powoli strawić.  

Pewien mało znany mutancki naukowiec, Prymeotron Pożerackowsky, którego ani imienia, ani nazwiska nikt nie pamiętał, a już szczególnie, gdy wspominał o jego odkryciach w zupełnie luźnej pogaduszce ze znajomymi, wysunął śmiałą tezę na temat parazytów.

Prymoetron dowodził z przekonaniem, iż zdecydowana większość z owych pasożytniczych zdobyczy nie tylko nie potrafi zwerbalizować w miarę zrozumiałej treści w jeden, choćby najbardziej prymitywny przekaz, na przykład za pomocą fal dźwiękowych. Lecz po prostu bełkoce bez składu i ładu, co wydzieliny naniosą na organ werbalizacji.

Według Pożyreckowskiego, zauroczone Miłką mutanty przyjmowały, zupełnie bezkrytycznie, za dobrą monetę chaotyczną paplaninę, która po analizie wszechspektralnej, okazywała się jedynie przypadkowym  zlepkiem przechwyconych z eteru fal elektromagnetycznych rozsiewanych tak hojnie po całym Kosmosie przez środki masywnego przekazu co bardziej zaawansowanych cywilizacji.

Ową śmiałą hipotezę, iż atrakcyjność zniewolonych oblubieńców wynika wyłącznie z ukształtowania ciała skądinąd niezwykle prymitywnych wewnętrznie bytów, przyjęto z początku za bezczelność, szczególnie w szacownym gronie badaczy wywodzących się zupełnym przypadkiem właśnie z Jeszcze Ciemniejszej Strony.

Nawiasem mówiąc, spory odsetek antagonistów Pyrmeteona, przynajmniej tych rozdzielnopłciowych, przyznał w tajnej ankiecie przeprowadzonej przez Instytut Badań Mutantologicznych, iż na pewnym etapie istnienia podzieliła się endoplazmą z kimś-czymś upolowanym przypadkiem w odmętach Uniwersum. Oczywiście, co ankietowani zaznaczali bardzo stanowczo, nie dla przyjemności, a z poświęcenia, w ramach eksperymentów nad ulepszeniem rodzaju mutanckiego.

Z czasem teoria Pożerackiewitza – imię owego odkrywcy, wybaczcie, zapomniałem – poczęła zyskiwać uznanie. Nie zaważyły tu jednak względy racjonalne, gdyż owe, co powszechnie wiadomo, wyjątkowo sporadycznie wywierają jakikolwiek wpływ na kierunek, w którym podąża Wiedza.

Po prostu Pteromineon, czy jak mu tam było, nie zważając na ostracyzm naukowego światka, począł rozpowszechniać wszelkimi dostępnymi kanałami wizualizację komunikacji mutanta-ofiary z parazytem, której ponoć był receptorowym świadkiem:

 

– Jak minął dzień? – zafalował delikatnie czułkami mutant z demaskatorskiego nagrania. Osobnik dość zwyczajny, nie wyróżniający się niczym szczególnym. – Lubisz polifonie? – zawtórował podczerwienią. –  Sztymucle na kolację?

– …asdhanodkfakdhneinfkahtaksdmfanieslfljg… – wydukała obca forma, przysysając się mocniej do żywiciela i uśmiechając się uroczo udaną imitacją paragęby, przynajmniej według ogólnie przyjętej we Wszechświecie klasyfikacji imitacji paragąb.

– Naprawdę? Znam niezłe miejsce, gdzie serwują wyjątkowo jak na tę porę roku ruchliwe! – Zarejestrowany rozbłysnął całym widmem. – Gdy zjemy, może ostrzelamy się w parku laserami? – zawibrował basami endoplazmatycznego entuzjazmu. – A potem… – Basy przeszły w ledwie słyszalne soprany.

– …qefetrjrtgbvsadcoknwscklbjkvbkabcjwac…?

Nieszczęśnik uwieczniony przez Pożyrackensteina zamigotał ultrafiloletowymi polifoniami, nieco zdezorientowany pytającą intonacją.

-…adsklcknoasdfasdfsadfoksadfneinascxbanieksjcb…

– Ach, cudownie! –  westchnął, nie zauważając zupełnie, że pasożyt przesunął się po jego ciele i przylgnął w miejscu, gdzie endoplazma bywała najpożywniejsza.

 

Na tym kończyło się nagranie Pożeraczkalskiego.

Dalsze badania wykazały już niezbicie, że zdecydowana większość pasożytów, zassawszy się, wydziela do organizmu gospodarza pewien izomer dysrealityny. Hormonid ów, odkryty na Planecie Mutantów tysiące lat wcześniej, powodował głębokie, choć na szczęście odwracalne zaburzenia interpretacji bodźców, niemal identyczne jak podczas jasnotowego uniesienia.

 

*

 

Alojzowi z niejakim wysiłkiem udało się wygasić roziskrzenia neuroplazmy, nad których przebiegiem i natężeniem zaczął powoli tracić kontrolę.

Zbliżał się do domu, więc należało skupić się na pilotażu.

Ścisnął w mackach stery. Zatoczył koło, następnie zgodnie z tradycją wykonał beczkę, najciaśniej jak potrafił, i posadził łagodnie latający spodek na lądowisku.

Odruchowo sięgnął do przycisku unoszącego ochronną kopułę, by wysiąść z wehikułu.

W ostatniej chwili jednak cofnął wypustkę i powrócił, już z premedytacją, do przerwanego procesu pseudoneuroanalizy.

Szklana pokrywa kokpitu rozmigotała się rozbłyskami parasynaptycznymi, rozjaśniając okolicę. Na obłym strzelisto-przysadzistym froncie siedliska, które kohabitował z Babcionem, zatańczyły refleksy Alojzowych rozmyślań.

Z początku dość żółtawe. Niedługo potem poczęły wpadać w czerwień, aż po pąsowość. Ta po chwili wyblakła, by przejść w kolejne odcienie zieleni, następnie w granat. Ów bez specjalnego ociągania płynnie rozjaśniał w niebieskość.

Babcion, zapewne zaciekawiony nietypowym o tej porze doby migotaniem, wypełzł przed domostwo. Bez większej gracji pomachał nibyrączką na przywitanie. Z jakiejś przyczyny nie zbliżył się, jak zwykle bywało, do spodka, w którym rozpłaszczał się Alojz. Czekał cierpliwie pod włazem wejściowym, od czasu do czasu pomachiwując  to jedną, to drugą, to trzecią odnogą. Momentami nawet wszystkimi na raz, co wiązało się z ryzykiem utraty równowagi. A nawet upadkiem i skruszeniem tej lub innej zesklerotyczniałej z wiekiem części endoplazmy.

Systemy hydrauliczne wreszcie sapnęły, gdy mutant zdecydował, że czas już unieść kopułę latającego talerza. Wypełzł z kabiny i począł sunąć ospale w kierunku domu.

Chwilę później przycupywali przy kolacji. Świeżutkie, dorodne fyrmosze, popiskując wesoło, same pchały się do paragąb.

– A to ci się przydarzyło! – westchnął ultradźwiękowo Babcion po wysłuchaniu opowieści wnuśka o tym, co wywołało tak barwne przemyślenia. Uśmiechał się przy tym swym babcionowym uśmiechem – ni to zaczepnym, ni litościwym.

– No! – zaszemrał refleksyjnie mutant. W przeważającej większości tymi zlokalizowanymi w dolnych strefach głowotułowia. Ponieważ jednak chwilę potem wywinął się leniwie na drugą stronę, falował teraz czymś, co można by z grubsza uznać z za jego czubek. 

Koniec

Komentarze

A cóż to – już trzeci autor pisze o Alojzie. Jeszcze kilku i będzie można skompletować antologię tematyczną ;)

 

Co do opowiadania, to w sumie niewiele w nim opowiadania. Widzę w tym raczej sprawozdanie. Napisane, jak to u Ciebie, rozwlekle, ale bardzo przyjemnie w odbiorze. Lektura wymagała skupienia z racji bogatych zdań i elementu “science”, niemniej przeczytałem z satysfakcją. Immersja na wysokim poziomie, niektóre pomysły i sformułowania naprawdę ubawne :)

Trochę szkoda, że brakło akcji, ale taką formę przyjąłeś, więc pozostaje mi to zaakceptować. Rozmowa z parazytem na plus, szkoda, że nie była dłuższa ;P

Solidny, wizjonerski tekścik. Receptory zadowolone, a frajda duża, więc od Counta stempel jakości.

 

Heh, fajnie było wrócić do starych bohaterów i tego uniwersum ;D

 

Trzym się. Na koniec jeszcze taka drobnostka:

Gdyby Alojz miał kiedyś zdecydować się z nieznanej bliżej przyczyny na rozdzielnopłciowość, z pewnością wybrał by inną formę niż bezpośrednia wymiana materiału genetycznego

Pisownia łączna.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Cóż, tak to już jest z Alojzem, że tzw. "akcja" z trudem się go ima ;D

Dzięki za wizytę, stempel i uwagi :) 

 

Trzymam się, choć nie dam głowy, czy nie brzytwy :) 

Alojz wrócił! Już się cieszę i zaraz czytam :) 

 

Już jestem po lekturze. 

Jak to zwykle u Alojza bywa, akcji za wiele nie ma, ale taki jego niezaprzeczalny urok. Cieszę się, że mój ulubiony mutant wrócił i znów mogłam go spotkać. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za wizytę, Śniąca :) No i przeczytanie :)

Co tu dużo mówić – cieszę się, że Alojz powrócił!

Trochę mało tu było Alojza w Alojzie, ale przecież nie od rzeczy jest cały wstęp, opowiadający o tym, skąd się Alojz wziął, by zrozumieć targające nim teraz i zapewne w przyszłości, różne skomplikowane, właściwe jednak mutantom, uczucia.

Dobrze też było zapoznać się z teoriami mutanckiego naukowca, tego no… zapomniałam jak nazywa…

 

nigdy nie zde­cy­do­wał­by się świa­do­mie na takie dzi­wac­twa. Jak wy­mie­nia­nie cząst­ki sie­bie z kimś… –> …na takie dzi­wac­twa, jak wy­mie­nia­nie…

 

ko­ist­nie­nia z kimś-czymś po­słu­gu­ją­cym w danym mo­men­cie… –> …ko­ist­nie­nia z kimś-czymś, po­słu­gu­ją­cym się w danym mo­men­cie

 

Mo­men­ta­mi nawet wszyst­ki­mi na raz… –> Mo­men­ta­mi nawet wszyst­ki­mi naraz

 

co można by z grub­sza uznać z za jego czu­bek. –> …co można by z grub­sza uznać za jego czu­bek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, Reg! 

Zawartość Alojza w Alojzie, zgodnie z mutanckim prawem zachowania endoplazmy, zawsze pozostaje taka sama. Że też muszę tłumaczyć takie podstawy… ;D 

 

Pożeracksen, pseudoskandynaw chyba, o ile dobrze pamiętam… ;/

No, Panie Lisie, nie musisz tłumaczyć, ale miło, że zechciałeś przypomnieć. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie ma za co, Reg :) 

No cóż, tlumaczenie może być przecież chęcią przypomnienia ;D

Cieszę się, że mutanckie prawa nie są Ci obce. Przynajmniej te podstawowe… Choćby nawet wymagały tłumaczenia przypomnienia. ;) 

No, znośne.

 

 

W sumie… W sumie to piekielnie urocze.

I przesłanie bardzo do mnie trafiło ;D

Cholera, kam_mod, serio? ;(

 

No to szlag trafił zakaz jakiegokolwiek przesłania… :(

;) 

No patrzcie, troll z zasadami!

Ale kto ci zakazuje przesłań?

Ekhm… 

Że… 

(nie wiem, czy dobrze usłyszałem) 

Jak mnie nazwałaś? 

:) 

 

Babcionie, uszy umyj. Lis, powiedziałam. Nie słychać?

;D

Babcion nie ma uszu, odbiera dźwięki całą powierzchnią skórno-miesniowego wora…

Ehhh, doprawdy, sami, czy raczej same dyletantki… 

;D

Oho, czy pan mnie aby nie obraża?

Bo wiesz, lisie, kto kogo nazywa… ;)

Myślę i myślę i nie potrafię wypełnić trzykropku po "kto kogo nazywa". Chyba tępy jestem. 

Gdybyś napisała "Kto z kim przystaje.." byłoby mi znacznie łatwiej. Ale nie można mieć wszystkiego, więc po prostu się poddaję :) 

Czy chodziło o "przezywa"? 

Och, faktycznie, pokręciłam. Skończyłam podstawówkę już strasznie dawno temu, jakoś z pięć lat będzie, i stare wierszyki ulatują mi widać z głowy :( 

To raczej nie kwestia czasu, skoro ja pamiętam :) 

Nie traktuj tej uwagi zbyt osobiście. Choć, przyznaję, że mogłabyś ja tak zinterpretować… 

Ale nie, nie tędy droga. Najważniejsze – pogodzić się z własnymi ograniczeniami :) 

No cóż, jeśli tak stawiasz sprawę, to nie pozostaje mi nic innego, jak przyjąć twoją radę. Znowu.

Żeby Czerwony Kapturek słuchał lisa, no świat się kończy :)

Nie no. Szlag trafi, tym razem mnie.. ;) 

Heloł, tu nie ma przesłania.! Ile razy mam mówić :) 

 

Rozbawiła mnie wasza konwersacja :) 

Tak to bywa, gdy w szkole uczą analizować utwór i doszukiwać się różności – potem właśnie czytelnik wie lepiej, co autor miał na myśli ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Yhmmm, 

Na szczęście, Śniąca, moje rozbuchane ego, nie dopuszcza do siebie tej okropnej myśli, że ktoś może wiedzieć coś lepiej niż ja ;D

I tego się trzymaj, Lisie :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O, wypraszam sobie, będę interpretować sobie teksty, jak mi się żywnie podoba. I nikt mi nie zabroni!

 

 

A tak na poważnie – abstrahując od opowiadania Lisa, bo to przecież tylko urocza historyjka bez przesłania - to uważam, że nie ma w tym nic złego, jeśli czytelnik widzi jedno, a autor drugie. W końcu jesteśmy różnymi ludźmi i różnie np. nasze doświadczenia wpływają na to, jak odbieramy tekst.

Już się trzymam chyba. 

Dziwne, że to już kolejne życzenia trzymania, choć bez podpowiedzi za co.. ;D

Tego, czyli swego ego (a za którą jego część dokładnie, to już nie wnikam) :D

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm, kam_mod, stanowczo się sprzeciwiam. 

Wszytko już było, tylko (trochę) inaczej opowiedziane :) 

 

Nie odbiera mi to przyjemności z lektury. :)

Nie odbiera, podejrzewam nawet, o zgrozo, że właśnie z wtórnosci czerpiesz, ekhm, przyjemność :) 

 

Śniąca… czegoś ponoć trzeba się trzymać xd

Alojz wrócił! Jak miło. :-) I Babcion też jest…

Fakt, że jakaś akcja też by się przydała. Obiecanej przygody nieco mi zabrakło, pokazujesz tylko rozważania.

No, ale język – jak zwykle w tekstach o Alojzie – wymiata.

Babska logika rządzi!

Cóż, tak to już z Alojzem bywa, jak już mówiłem, że jego przygody polegają na ich niedostatku ;) 

Dziękuję za odwiedziny :) 

Fajne to, zwłaszcza zabawa z nazwiskiem i imieniem tego naukowca. Choć przyznam, ze gdzieś tak w środku zrobiło się nudniej i jednak poprzednie przygody bardziej przypadły mi do gustu. Ale warto było zapoznać się z mutanckimi teoriami. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Raczej, Dziadku, ich poprzedni brak bardziej Ci przypasował ;) 

Fakt, że być może, grupa docelowa, mogła się nieco zmienić. 

Ale cóż, mutant nie bardzo ma wpływ, na własne przygody, szczególnie te, które go nie spotykają ;D

 

Trudno to opowiadaniem nazwać. To bardziej coś w rodzaju strumienia świadomości. Natłok mądrych, trudnych słów i mądrych, trudnych zdań składających się na mądre, trudne przemyślenie. A to wszystko prowadzi w zasadzie do nikąd. Nie widzę tu żadnej puenty i jak się tak zastanowię, to trudno mi powiedzieć, o czym ten tekst w ogóle jest. 

Czytało się przyjemnie, udało Ci się przedstawić ten bełkot we w miarę zrozumiały sposób. 

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Jak to mawiają w pewnej odległej galaktyce, Pietrku, czas matkojcem zrozumienia. Czy jakoś tak, bo nie wiem, czy nie pomyliłem. Dzięki za wizytę :)

Pietrku, czas matkojcem zrozumienia.

Matkojciec – od dziś to moje ulubione słowo! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też mi się strasznie podoba :)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Hmm, przeczytałem. Spodobało mi się abstrakcyjne podejście tekstu, zasłanianie się terminami i słowotwórstwo. Widać, że wyobraźnia pracuje pełną parą :) Jednak do końca usatysfakcjonowany nie jestem, głównie przez to, że raczej jestem zwolennikiem większego stąpania po ziemi. De gustibus i te sprawy. Ale koncert fajerwerków na pewno ładny, to muszę przyznać :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję serdecznie za opinię i wizytę, NWM :) 

 

Oczywiście, de gustibus. :) 

Najważniejsze chyba, by radosnych podlotkowych podskoków, nie mylić z człapaniem. :) 

Co to byłoby, gdyby podpełzki – odpowiednik podlotka na Planecie Mutantów – skuszone opinią dość zewnętrzną, na co są przecież, jak to podpełzki nadzwyczaj podatne, zamiast pełznąć, kusząco przestaczając endoplazmę, próbowałby, dajmy na to, przesuwać się ruchem kwantowego w założeniu skoczka. 

Jeszcze raz dzięki za odwiedziny :) 

 

 

Nowa Fantastyka