- Opowiadanie: Karol123 - Kasztanowy, Wełniany, Karmelowy

Kasztanowy, Wełniany, Karmelowy

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kasztanowy, Wełniany, Karmelowy

To był bardzo niepokojący sen. Monika wiedziała, że rzeczywistość znajduje się za cielistym murem powiek, jednak nie potrafiła przezwyciężyć umysłu. Kusząca opcja ucieczki, choć w koszmarach to zazwyczaj najgorsze rozwiązanie, została wybrana bez wahania. Dziewczyna biegła, dysząc i z trudem łapiąc oddech. W końcu przylgnęła do chropowatej ściany i zasłoniła oczy przedramieniem.

Straszydła zbliżały się.

Monika wiedziała, kim są – przecież nikim szkodliwym – a jednak bała się ich. Chciała wrzasnąć, żeby zatrzymały się, odwróciły i odeszły, a najlepiej – od razu zniknęły. To byłoby najlepsze rozwiązanie. Nie rozmawiała z nimi… Od kiedy? Od dwóch lat? Może trzech…

Dziewczyna niechętnie opuściła rękę. Zerknęła.

Postacie nie zniknęły. Nacierały – tup, tup, stuk, stuk – i wzbudzały tylko najgorsze emocje. Co za pomieszanie?

Monika z nerwów podrapała cały nadgarstek. I we śnie, i na jawie. Trochę krwi, nic wielkiego, ale ból podszedł do mównicy. Dobrze, że w szufladzie biurka, chyba gdzieś na dnie, znajdowało się pudełeczko z plastrami. Później się przyda.

Złowrogie trio miało nietęgie miny. Zwierzęta były inne. Oczy Zająca już nie dodawały otuchy, wręcz przeciwnie – straszyły goryczą i przygniatały smutkiem. Pies, który zawsze merdał brązoworudym ogonem i radośnie podskakiwał, teraz tylko ponuro stąpał z nisko uniesionym łbem i srożył sierść na wychudłym karku. Jednak najgorszy był Żuczek. Hipnotyzujące spojrzenie, ciemne oczka, czar ukryty w małym, kruchym ciałku.

Szaleństwo.

– Zapomniałaś o nas? – zapytał Zając, szczerząc zielone zęby.

Łopatki dziewczyny mocowały się z zimnym murem, który – najwyraźniej – nie pozwalał uciec przed przeszłością. Monika miała wrażenie, że jej serce wybije dziurę w ścianie.

Magiczna trójka nacierała, jednak emocje wzięły górę.

Monika wrzasnęła, obudziła się i wykonała dryg, który przypominał wystrzał katapulty.

W pokoju było ciemno, chociaż z ulicy docierało światło latarni. Dziewczyna zapaliła lampkę, zerknęła na plastikowy budzik. Druga szesnaście. Zdjęła przepoconą, białą koszulkę, wytarła nią mokrą twarz i rzuciła na podłogę.

Wtuliła głowę w poduszkę. Przez kolejną godzinę łzy wsiąkały w miękki, bawełniany materiał turkusowej poszewki.

 

 

– Tato, oni wrócili – chciała wyznać prawdę następnego dnia podczas śniadania. Ale prawda była zbyt okrutna, żeby Monika zdobyła się na to wyznanie.

Przecież miała osiemnaście lat i była już zupełnie zdrowa. To nie mogło się powtórzyć. Tym bardziej że dawni, wymyśleni – ale najlepsi – przyjaciele zmienili się. A przynajmniej ich wygląd…

Monika wsypała płatki do miski i starała się nie odzywać, żeby nie zdradzić głosem poważnych obaw. Matki nie było w domu, jednak nastolatka musiała unikać podejrzliwych spojrzeń ojca.

 

 

Karmelowy Żuczek pląsał po drewnianej szachownicy. Grał białymi. Brązowo-białymi; farba miejscami zlazła.

– Niezły jesteś – mruknął staruszek, poprawiając okulary na kartoflanym nosie. Cmoknął, patrząc na ustawienie figur.

Wiatr wzmógł się, więc mężczyzna postawił kołnierz szarego płaszcza. Suche, kruszące się liście stukały o kamienne chodniki. Zapach, którego źródłem była budka z hot-dogami, wirował po całym parku, nęcąc nielicznych spacerowiczów do zakupu. Nikt nie zwracał uwagi na pozornie samotnego staruszka.

Po trzech minutach intensywnego planowania mężczyzna wysuszonym palcem przesunął pionek.

Odpowiedź Żuczka była natychmiastowa.

Staruszek zaśmiał się w duchu, zwycięsko klasnął w dłonie i wykonał ostatni ruch.

– Szach, przyjacielu, i mat! – zawołał. – To była świetna gra.

Karmelowy Żuczek zaszeleścił, uderzając odnóżami w spodnie płytki odwłoka. Pokonał całą szachownicę, przelazł po kamiennym stole i wskoczył na wątłe ramię zdziwionego seniora.

– A teraz – zaczął – wezmę to, po co naprawdę przyszedłem.

– Myślałem, że chcesz grać w szachy…? Nie jesteś przyjacielem Moniki… Prawda?

– Nie… Słuchaj: Planuję, sprzedaję petardy, jestem farmerem…

– Hę?

– Maluję, łowię ryby, piekę ciasta. Haftuję, gram na skrzypcach, jestem biurokratą…

Staruszek wrócił do domu. Szalony.

 

 

Monika przygryzła dolną wargę. Jej palce dyktowały, co ma powstać na białej kartce papieru.

Rysując, zastanawiała się, co oznaczał koszmar. Może to tylko zwykły, standardowy sen, będący podsumowaniem strachów lub migawką z przeszłości? Albo wskazówką, że musi uważać… Jednak to, że oni wrócili, w końcu uznała za wersję najmniej prawdopodobną.

Odłożyła kartkę, sięgnęła po kolejną. Mimowolnie wystawiła koniuszek języka i przygryzła go lekko.

Problem numer dwa: czy poinformować mamę i tatę? Już się nad tym zastanawiała, ale wątpliwości wróciły. Przecież rodzice powinni wiedzieć, że coś może się dziać… Ale z drugiej strony po co ich niepokoić? Dumała przez kolejne dziesięć minut. Odłożyła kartkę, chwyciła ostatnią.

Spojrzała na plastikową buteleczkę, która leżała na stole, i skrzywiła się, wspominając gorzki smak pastylek, nieprzyjemne stany otępienia i ciągłe osłabienie.

– O, nie – szepnęła. – Nie, nie, nie…

Postanowiła – ostatecznie – że nic nie powie.

Znów skupiła się na szkicu. Schyliła głowę, zalewając blat biurka długimi, kasztanowymi włosami.

Skończyła ostatni rysunek.

Podreptała do zawalonego różnościami regału, wyszperała stare, kartonowe pudło i delikatnie postawiła je na schludnie posłanym łóżku.

Tyle wspomnień… Łzy napłynęły do niebieskich oczu. Monika pogładziła wierzch zakurzonego pudła i zapłakała.

– Nie teraz – upomniała się.

Zdjęła wieczko i z wnętrza wygrzebała stos rysunków. Wybrała trzy, które uznała za najlepsze. Ułożyła sześć kartek w pary: Zając z Zającem, Pies z Psem, Żuczek z Żuczkiem.

Och, kiedyś byli tacy inni. Boże, jak bardzo się zmienili przez te trzy… normalne, spokojne lata.

Zobrazowanie postaci ze snu było wyśmienitym pomysłem. Dopiero teraz Monika mogła dostrzec różnice. Płacząc, wpatrywała się w rysunki – te, które dopiero skończyła rysować, i te sprzed lat.

Wcześniej oklapnięte uszy Kasztanowego Zająca teraz sterczały niczym żołnierz stojący na baczność. Zwierzę miało długie, grube pazury, a sierść zmierzwioną, potarganą i zlepioną. Oczy – dziwne, inne, inne, inne… Zęby Wełnianego Psa wydłużyły się. Tak samo łapy. Ogólnie – był większy, potężniejszy. Oczy pociemniały. A Karmelowy Żuczek? Jego pancerz sczerniał, w ślepiach nie było już nic, jedynie hipnotyczna pustka.

 

 

– Śpij, zaraz polezie.

– Mówię ci: on się nie zamknie. Weź miotłę i przepędź tego kundla.

Hektor Czarnecki krzywo spojrzał na mantyczącą żonę. Jak bardzo jej nienawidził… Zatruwała mu życie. Samą obecnością burzyła piękno świata. Poza tym mogła się domyślić, co czasami robi późnymi nocami. Tak samo jak osiem lat temu z tą, która zwariowała.

Stęknąwszy, wstał, założył ciepłe kapcie, zgramolił się ze schodów i wylazł na podwórko. Było mu zimno; oprócz obuwia miał na sobie jedynie szare bokserki. Pies to wył, to szczekał. Hektor schylił się, żeby dobyć jeden z płaskich kamieni, które otaczały pień rosnącego w pobliżu iglaka. Cisnął gnejsem w ciemność.

– Zamknij się, parszywcu! – wrzasnął.

Pies umilkł, nastąpiła cisza. Jedynie świszczący wiatr targał kolorowymi liśćmi, które obijały się o ściany domów, murki, okna, asfalt…

– No… – mruknął mężczyzna, odwróciwszy się w stronę ciepłego wnętrza domu.

Wtedy Wełniany Pies wyłonił się z ciemności. Stąpał powoli, warczał, woniał zgnilizną i błotem. Oczy miał czarne, chociaż migał w nich karmin, który podkreślał rozeźlenie.

Hektor zdał sobie sprawę z obecności zwierzęcia. Spojrzał na kundla i przerażony klapnął baniastym tyłkiem na jeden z cementowych, zimnych schodków. Wilk, ocenił, gramoląc się w stronę drzwi.

– Tłusta wywłoko – zacharczał Pies.

Mężczyzna wybałuszył oczy. Wilk, który gada!

Wełniany Pies, napatrzywszy się w tchórzliwe, małe oczka Hektora Czarneckiego, skoczył do przodu, dopadł owłosioną łydkę i zagłębił w niej żółte, długie, ostre zęby.

W ciągu trzech sekund skóra ofiary stała się czarna, sucha, twarda i popękana. Mężczyzna przestał się miotać i ryczeć z bólu. Znieruchomiał, rozsypał się. Część prochu opadła na cement, część umknęła, niesiona przez wiatr.

 

 

Edyta i Dariusz, objęci, siedząc na szenilowej kanapie, wpatrywali się w ekran telewizora. Mężczyzna, którego znali, popełnił samobójstwo. Emerytowany policjant, zdobywca drugiego miejsca w wojewódzkim konkursie szachowym, ktoś, kto ścigał znienawidzonego przez nich przestępcę. Ktoś, kto obiecał, że złapie łajdaka. Nie, niestety… Nie schwytał go, chociaż zrobił wszystko, co możliwe. Poświęcił im i ich córce o wiele więcej czasu niż ktokolwiek inny. Był przyjacielem…

– Boże, czemu to zrobił? – szepnęła kobieta.

Dariusz przytulił żonę.

– Trzeba powiedzieć Monice – oznajmił. – Kochała tego staruszka.

Dziewczyna dotknęła ramienia ojca.

– Tak, kochałam go.

– Och, skarbie… – Westchnęła Edyta. – Nie wiedzieliśmy, że tu jesteś.

– Ja… Ja chyba wiem, kto to zrobił. – Dziewczyna zapłakała, ukryła twarz w dłoniach. Nie mogła zaczerpnąć powietrza.

– Już, spokojnie. – Dariusz wstał z kanapy, przytulił córkę.

– To oni – chlipnęła. – Wrócili i… i chyba już nie są przyjaciółmi.

Edyta spojrzała w zmartwione oczy męża.

„Znowu musimy przez to przejść”.

 

 

Młoda, zgrabna recepcjonistka powiesiła seledynowy płaszcz na wieszaku, zostawiła torebkę na krześle i zrobiła kawę – dla siebie i doktora. Poranny nawyk. Parząc kawę, dumała nad niecodziennym zjawiskiem, jakiego była świadkiem przed niespełna dziesięcioma minutami.

Zając w środku miasta, prychnęła. Przed gabinetem psychologicznym!

Recepcjonistka swoją filiżankę postawiła na biurku, a tę dla szefa umieściła na porcelanowym spodku, po czym skierowała się do gabinetu na końcu korytarza.

Jak zwykle zapukała do drzwi, chociaż doktor powiedział, że może wchodzić kiedy tylko zechce, bez pozwolenia. Recepcjonistka zdziwiła się, ponieważ szef zawsze odpowiadał proszę. A teraz – nic. Zapukała ponownie. Nacisnęła mosiężną klamkę, nieśmiało uchyliła masywne drzwi i zajrzała do środka.

Stukając obcasami, weszła w głąb pomieszczenia. Wszystko w porządku, tylko… doktora brak. Kobieta podeszła do biurka, jej wzrok padł na obite czarną skórą krzesło. Sięgnęła w stronę siedziska, chwyciła brązowy przedmiot – taki gładki – i przyjrzała mu się ze zdziwieniem.

To był kasztan.

 

 

Karmelowy Żuczek wylądował na małżowinie usznej dwudziestoletniego studenta – chłopaka, który osiem lat wcześniej nie poinformował policji o samochodzie, który zobaczył w lesie w nocy, kiedy została zgwałcona dziesięciolatka. To była głośna sprawa. Jednak chłopak, wtedy dwunastoletni gimnazjalista, bojąc się, że zostanie w coś wmieszany, nikomu nie powiedział, że zobaczył na skraju lasu samochód z zapalonymi światłami, a w nim płaczącą, na oko dziesięcioletnią dziewczynkę. Była podobna do tej, którą pokazywano w telewizji na zdjęciach.

Chłopak, opatulony wełnianym szalikiem, wyszedł z uczelni i skierował się do wynajmowanego mieszkania. Pokonawszy połowę drogi, dotarł do parku. Poczuł na skórze robaka i zamierzył się, żeby go strzepnąć, jednak nie zdążył.

Świętuję, kooperuję, gram w pokera. Gwiżdżę, buduję pasieki, śpiewam pieśni.

– Och, co jest…?

– Strzygę, tańczę, rozwiązuję nierówności. Bankrutuję, wyrywam zęby, pływam na basenie.

Chłopak, tak samo jak emerytowany policjant, który powiesił się na wyrwanym kablu od lampki nocnej, zwariował. Otępiały, już bez owada na małżowinie usznej, wyszedł z parku, wrócił do mieszkania, zamknął drzwi na klucz i, oczarowany pięknymi, czarnymi pokrętłami, usiadł po turecku przed kuchenką gazową.

 

 

Monika, wtulona w poduszkę, zbierała myśli. Przezroczyste marmurki toczyły się po dłoniach, kręciły między palcami. Zabawa dla skupienia.

Dziewczyna bała się, że rodzice w końcu dodzwonią się do doktora Mąki – psychologa, do którego kiedyś chodziła na cotygodniowe wizyty. Lubiła go, ale nie chciała tam wracać. Nudne posiedzenia, niemądre pytania, niepotrzebne współczucie… Raz nawet test Rorschacha. Co oni sobie myśleli? Że popatrzy na czarnego kleksa i powie, że to jedno ze zwierząt?

Na szczęście nikt nie odbierał, ponieważ…

Znów wszyscy będą ją uważać za szaloną. Ale to nie jej wina, że zwierzęta, które wymyśliła, stały się prawdziwe. Miała wtedy dziesięć lat. Kasztanowy Zając, Wełniany Pies i Karmelowy Żuczek bardzo wtedy pomogli. Dziewczyna z błogim uśmiechem na ustach wspominała radosny pysk Psa, mądre rady Zająca i charyzmę Żuczka. Pamiętała, jak przyjaciele przychodzili, żeby ją pocieszać i rozbawiać. To były złote czasy.

A potem białe fartuchy przepisały jej kapsułki w plastikowych opakowaniach i skierowały na wizyty do psychologa… Wszyscy walczyli z Zającem, Psem i Żuczkiem. Czemu? Przecież zwierzaki chciały tylko pomóc…

Nie istnieją, mówili lekarze, rodzice, znajomi… Ale przecież widziała je, czuła ich zapach, dotykała miękkich futer i twardego pancerza. Zając, Żuczek, Pies byli bardziej realni niż wszyscy ludzie.

A teraz wrócili. Cała trójka. Wypaczeni, podli, ze zgnilizną w sercach.

 

 

Na pogrzebie detektywa Jana Pogorzelskiego lał deszcz. Żałobnicy oblekli się w nieprzemakalne płaszcze, skryli głowy pod parasolami, tarli zziębnięte dłonie.

Monika płakała. Policjant był jej bohaterem, przyjacielem, drugim ojcem. Dopóki jego umysł pozostawał sprawny i nie pogrążył się w chorobie, dopóty tropił przestępcę. Potem mógł jedynie odwiedzać dziewczynę, którą poznał, kiedy miała dziesięć lat. Już nie z obowiązku, ale dla swojej i Moniki przyjemności.

Wełniany Pies, ukryty za uschniętą, pozbawioną liści jabłonią, patrząc na smutną twarz dziewczyny, również płakał. Karmelowy Żuczek wspiął się po grzbiecie zwierzęcia i przelazł na łeb. Zacharczał, jego czułki zadrżały.

– Ona go opłakuje – zdumiał się. – Przecież ten mężczyzna zawiódł…

Żałobnicy zaczęli się rozchodzić do samochodów zaparkowanych przy zardzewiałym ogrodzeniu starego cmentarza. Monika, przytulona do matki, z pocieszającą dłonią ojca na ramieniu, nie chciała wracać, jednak w końcu ustąpiła.

Kasztanowy Zając wysunął się naprzód – zostawił osłonę w postaci pnia jabłoni kilka kroków za sobą. Odprowadził trójkę żałobników nienawistnym wzrokiem.

Syknął.

 

 

Monika jak zwykle zaniosła talerz z obiadem i szklankę wody do własnego pokoju. Nie była głodna, więc odstawiła naczynie z parującymi kalafiorami i pływającym w sosie stekiem na uporządkowany blat biurka. Zje później.

Wskoczyła na łóżko, położyła się na brzuchu i zaczęła smarować palcem po ekranie telefonu. Kiedy z małego głośniczka komórki popłynęło Silencio Beethovena, rzuciła urządzenie na poduszkę. W zamian sięgnęła po zeszyt w twardej okładce, który miał służyć jako podstawka, i blok rysunkowy. Na zewnątrz, w ogródku, tuż za oknem rósł pokaźny dąb z żółtymi, rdzawymi i czerwonymi liśćmi. Monika, wsłuchawszy się w melancholijny utwór, zaczęła rysować. Najpierw zilustrowała koronę dębu, potem, na kolejnej kartce – suchą, niemal bezlistną gałąź, a na końcu pojedynczy, intensywnie czerwony listek.

Za każdym razem gdy melodia cichła, Monika pukała palcem w ekran telefonu, żeby posłuchać utworu jeszcze raz.

Jednak ani Beethoven, ani przelanie ponurego, jesiennego krajobrazu na papier nie pomogło wyrzucić z głowy smutnych myśli. Monika, chociaż nie chciała i chociaż zdumiała się samym pomysłem, wykonała jeszcze jeden rysunek – Jana Pogorzelskiego we własnym mieszkaniu. W chwili śmierci, z owiniętym na szyi kablem.

Od czasu do czasu zeschnięte liście uderzały – stuk, stuk – w okno. Pomiędzy seriami ich ataków w szybę puknął Karmelowy Żuczek. Troszkę głośniejsze uderzenie zwróciło uwagę dziewczyny, która uniosła głowę. Ujrzała małego robaczka, obijającego się o okno. Zdumiała się, zlękła, zestresowała. I była niezdecydowana. Bo nie wiedziała, czy powinna wpuścić Żuczka do środka, czy też nie. Tak, to przyjaciel, ale nieobecny od trzech lat. A sen sprzed paru dni sugerował, że robaczek bardzo się zmienił.

W końcu postanowiła. Okno zatrzeszczało, po pomieszczeniu przez krótką chwilę wirowało zimne, ale świeże powietrze. Monika zadrżała, chociaż miała na sobie ciepły polar i pod spódniczką grube, bawełniane rajstopy. Kilka dębowych listków wylądowało na podłodze.

Dziewczyna zacisnęła dłoń na klamce.

– Jeszcze nie – powiedział Żuczek. – Odsuń się od okna.

Monika posłusznie wykonała polecenie.

Odgłosy łap na miękkiej ziemi, wzbite w powietrze liście. Dwa skoki. Najpierw na podłodze wylądował Wełniany Pies, potem, zaraz za nim – Kasztanowy Zając.

Monika zamknęła okno. Potem, zszokowana, klapnęła tyłkiem na krawędź łóżka. Cała trójka. Znów w jej pokoju! Tylko że… Było jak we śnie. Oblicza zwierząt uległy przemianie.

Pies, próbując dopaść własny ogon, kręcił się po pomieszczeniu. Był zgnębiony i rozdrażniony. Przede wszystkim – smutny. Zając krzywił się non stop, jego oczy wyrażały wzgardę. Nie odwzajemnił uśmiechu. Żuczek, wyraźnie zgniewany, chaotycznie wirował w okolicy żyrandola.

– Jesteście – wyrzuciła z siebie osiemnastolatka. – Tak długo… Brakowało mi was…

Pies podszedł do łóżka i ulokował łeb na podołku przyjaciółki. Mała dłoń wygładziła posklejaną sierść, podrapała za uszami. Było prawie jak dawniej.

– Będziesz płakać? – zapytał Zając.

– Hm?

– Ciągle ryczysz… Spójrz na siebie. Pomagaliśmy ci kiedyś, pomagamy teraz. A ty co? Ciągle taka sama: rozklejona, słaba, bojaźliwa. – Zając chwycił jeden z rysunków Moniki. – Wisielec, melancholia w nutach, podkrążone oczy…

Wełniany Pies zaskomlał. Dziewczyna przestraszyła się, ponieważ wróciły podejrzenia co do śmierci Jana. Wcześniej nie sądziła, że popełnił samobójstwo. Oskarżała dawną paczkę. Nie wiedziała czy słusznie, ponieważ jedynym dowodem był głupi sen, w którym zwierzęta wyglądały inaczej. Jednak teraz Zając wcale nie przywitał się jako przyjaciel… Wyglądał inaczej, a jego gruboskórne zachowanie było osobliwością.

– Dlaczego mi to mówisz? – zapytała niepewnie, cicho, nie podnosząc wzroku i ciągle głaszcząc Psa.

– Jesteś wszystkim, co mamy. Pragniemy, abyś żyła. Korzystała z tego, co posiadasz. A ty… ty…

– Marnuję to?

– Tak!

– Przykro mi, taka jestem.

Karmelowy Żuczek wykonał parę beczek w powietrzu, po czym z gracją wylądował na ramieniu dziewczyny.

– Tyle dla ciebie zrobiliśmy – rzekł. – Wiesz, znaleźliśmy sprawcę.

– Och!

– Paskudny typ.

– Nie wiem… Nie wiem, co powiedzieć.

– Nie musisz nic mówić – zapewnił Zając. – Po prostu ciesz się. Bądź szczęśliwa, raduj się, że znów jesteśmy razem.

Monika poczuła ciepło na sercu. Jak miło! A oni… lekarze i rodzice naprawdę zdołali wyrzucić trójkę przyjaciół z życia pacjentki, córki. Przyjaciół, którzy tak bardzo kochali, troszczyli się i otaczali opieką.

Na łeb Wełnianego Psa, choć śmierdział i był brudny, spadł czuły całus.

– Cieszę się! – zawołała wzruszona. – Naprawdę się cieszę, że tu jesteście!

Żuczek połaskotał przyjaciółkę po policzku, z kolei Zając wskoczył na łóżko i przytulił się do wąskiej talii dziewczyny.

Było dobrze, teraz już tak. Ale…

Monika, chociaż zadowolona i szczęśliwa, postanowiła dowiedzieć się pewnych rzeczy.

– A co… co zrobiliście…

– Ze zboczeńcem? – zapytał Żuczek. – Nie żyje.

Dziewczyna zerwała się z łóżka, zrzucając z kolan łeb Psa. Zając wywinął kozła, fala powietrza miotnęła robaczkiem. Monika stanęła przy ścianie, wycelowała palec w trójkę zdziwionych zwierząt.

– Zabiliście człowieka?!

– Wszystkich, którzy cię skrzywdzili – uzupełnił Żuczek.

– Co? Przecież tylko jedna osoba… zrobiła mi coś złego.

– A chłopak, który milczał? – zapytał kąśliwie Zając. – Policjant, który zawiódł? Albo durny doktorek, faszerujący cię chemicznym gównem?

Monika osunęła się po ścianie na orzechowe panele. Złapała się za głowę.

– Zrobiłem to dla ciebie – zacharczał Pies.

– Co wyście… Ja go… Ja kochałam tego policjanta…

Zając wykonał zamaszystego susa, znalazł się tuż obok dziewczyny i uderzył ją w twarz.

– Kochałaś? Nieudolnego starca, który zaprzepaścił twoje szanse na zemstę? Zramolałego durnia, który grał w szachy z owadem? Może jeszcze powiesz, że polubiłaś manipulującego łgarza, który żonglował prawdą i kłamstwem, jak tylko mu się podobało? Hę? Otępiał twoje zmysły, żebyś uwierzyła, że nie istniejemy!

– Tak?! To dlaczego nie było was przy mnie?! – Zapłakała. – Trzy lata czekałam!

Zielone zęby Zająca zazgrzytały.

– Znowu beczysz – wycedził. – Widzisz, do czego nas doprowadziłaś? Spójrz na Psa! Zobacz, jaki smutny i brudny… Zajrzyj do moich oczu. Nie dostrzegasz w nich bólu i poświęcenia? Zgorzkniałem przez ciebie… Ale… Przepraszam, to koniec. Nie mam już siły. My wszyscy nie mamy…

– O czym ty mówisz? – zapytała Monika.

– Byłabyś pięknym kasztanem, ale… ja nie mogę… Żuczku, proszę, zrób to – powiedział Zając. – Tylko szybko…

Robak spojrzał na Psa, który po chwili wahania smutno pokiwał łbem. Zając ponaglająco machnął łapą.

– Przepraszam, przyjaciółko – rzekł Karmelowy Żuczek.

– Nie rozumiem, co wy chcecie…

Owad zaczął krążyć wokół głowy dziewczyny.

Grabię liście, czytam eseje, urządzam przyjęcia. Wiruję, roznoszę ulotki, pracuję w korporacji.

– Co ty robisz? – Monika obracała się w taki sposób, żeby cały czas mieć przed oczyma małego robaczka.

Programuję, myję zęby, robię przysiady. Organizuję, badam kosmos, tłukę talerze.

Zając niespokojnie obserwował lot Żuczka. Zadziała? Zadziała na… Monikę?

Kiedy dziewczyna poczuła zawroty głowy, przypomniała sobie, że wymyśliła… Boże!

Pies, który przemienia rzeczy w złoty pył. Kolekcjonujący kasztany Zając. I… Żuczek hipnotyzer!

– Nie! – zawołała. – Natychmiast przestań! – Zakryła twarz dłońmi, przestała się obracać.

Produkuję narkotyki, zrywam wiśnie, skupuję złom.

– Kalkuluję, wypasam owce, jeżdżę na deskorolce.

– Maszeruję, strzelam z łuku, lepię bałwana.

Monika zatoczyła się, oparła o komodę. Leżący na biurku biały pojemniczek nagle stał się bardzo interesującym przedmiotem. Kusił. Jakby wszystkie inne rzeczy w pokoju wyblakły, a plastikowe opakowanie zostało oświetlone boskim blaskiem.

To?

To, to?

Tak, to, tak. Tak, weź, tak, tak, to.

Ale… ile-tyle? Wszystko?

Może dużo…? Ile-tyle? Tyle, tyle.

Nie możesz zostawić nawet-nawet – ile-tyle – jednej. Tak, to, tak.

Tak, tak, weź, to-to, tak, to.

Dziewczyna usiadła przy łóżku.

Cichutkie mlaskanie i chrupanie. Tabletki to znikały w ustach, to wysypywały się ze złączonych dłoni i upadały – tuk, tuk – na podłogę. Woda w szklance, która miała służyć jako popitka do obiadu, zniknęła. Małe dłonie, żeby znaleźć zagubione pigułki, macały panele. Tabletki trafiały między zęby i na język już nie w grupkach, a pojedynczo. Bo zostało ich niewiele.

Gorąco. Monika zrzuciła z ramion polar, pozostając w niebieskiej koszulce na ramiączkach.

Czar Żuczka powoli przemijał. Monika uświadomiła sobie, co się stało, ale nie miała wystarczająco dużo sił, żeby wetknąć palce w gardło i zwymiotować. Może to i dobrze? Przecież myślała o tym… Kiedyś… Ostatnio…

Była tak bardzo senna. Skuliła się, poczuwszy nieprzyjemny skurcz żołądka. Bolało.

Przypomniała sobie, jak walczyła z cierpieniem, mając dziesięć lat.

Pochmurne, deszczowe popołudnie, skraj lasu, zakurzone wnętrze samochodu.

Zapomnij, że tu jesteś. Może… myśl o przyjaciołach?

Chociaż to bydlak… dobre rady zawsze w cenie.

I rzeczywiście. Tak jak wtedy, Monika opuściła powieki i wyobraziła sobie bezgraniczną zieloną polanę, nad którą świergotały kolorowe ptaki i latały motyle. I na której znajdowała się ona. W zwiewnej, sięgającej kolan sukience. Boso tańczyła w kole razem z Kasztanowym Zającem, Wełnianym Psem i Karmelowym Żuczkiem. Byli tacy szczęśliwi!

Bolesne skurcze i kłucie w głowie mąciły wizję, jednak Monika z każdą chwilą odpływała dalej i dalej.

Świat wirował, szalone taneczne koło obracało się coraz szybciej.

Drżąca Monika, z głową obijającą się o podłogę, pianą na ustach, brodzie i szyi, została znaleziona przez ojca, który zamierzał powiedzieć córce, że będą musieli znaleźć nowego psychologa, ponieważ poprzedni został uznany za zaginionego. Gdyby Dariusz wiedział o kasztanie, i tak by o nim nie wspomniał.

Otrząsnął się z osłupienia niemal natychmiast. Ominął – niemal przeskoczył – ciało zająca i dopadł do miotającej się na podłodze córki. Chwycił głowę Moniki w dłonie, żeby nie doznała żadnych urazów.

– Edytaaa! – wrzasnął. – Dzwoń na pogotowie!

Nie zważał na smród, którego źródłem był znajdujący się na łóżku martwy, brudny pies.

Latającym tuż pod sufitem robakiem szarpnęło niczym samolotem, który stracił jeden z silników. Owad spadł na drewniany parapet.

Monika przestała się trząść.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie jest świetne. Naprawdę dobry pomysł i naprawdę ciekawa historia. Zatarta granica między szaleństwem, a życiem, to to, co lubię. Wykreowałeś ciekawe postaci tych zwierzątek. Opowiadanie jest lekko makabryczne, a już na pewno zakończenie. Najciekawsza była scena, w której starzec grał z żukiem w szachy. Warte zapamiętania.

Technicznie kuleje. Jest tu trochę błędów. Polecam korzystać z opcji betalisty na portalu. Raz na przykład napisałeś o Kasztanowym Psie. 

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Bardzo dziękuję za opinię, Pietrku :) Cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu.

Zaraz poprawię tego Psa, tylko znajdę.

Również pozdrawiam :)

 

Edit: dzięki za punkcika, Pietrku.

Pierwszy akapit nie jest jakiś szczególny, ale od momentu gry starego policjanta z Żuczkiem chwyciłem haczyk. Motyw powrotu spaczonych, morderczych wyobrażonych przyjaciół z dzieciństwa, do tego połączony z rosnącym szaleństwem dziewczyny-ofiary – wyszło naprawdę mocno. Fabuła tutaj definitywnie błyszczy.

Technicznie nic jakoś szczególnego mnie nie zatrzymało, ale czasem potykałem się o jakieś przekombinowane zdanie czy zagubiony przecinek. Ale to drobnica – czytało się dobrze.

Podsumowując: świetny pomysł ze spaczonymi przyjaciółmi połączony z losami ich twórczyni spowodowały powstanie ciekawego koncertu fajerwerków. Masz mój głos! ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za komentarz i punkcika, NoWhereMan. Fajnie, że ci się podobało ;)

I odetchnąłem z ulgą, kiedy napisałeś, że mocne. Bo takie miało być, a ja gryzłem paznokcie, zastanawiając się, czy ująłem to w taki sposób, w jaki chciałem.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to w przyszłości wezmę pod uwagę radę Pietrka, który polecił mi beatlistę (chociaż inni chyba też mi to mówili ;D), żeby teksty były coraz lepsze. 

 

Swoją drogą, od pewnego czasu zastanawiam się, w jaki sposób oceniłbyś opis pokazu fajerwerków :D Nie lada wyzwanie ;)

 

Zupełnie nie mój klimat. Nie przepadam za takim ujęciem tematu. Lubię kiedy na solidnej podbudowie fabularnej następuje stopniowanie szaleństwa, a tutaj zaserwowałeś już stadium finalne. Czuję niedosyt.

Nie mam pojęcia w jaki sposób zwierzątka miałyby oddziaływać na świat, przyczynić się do tych śmierci. Magia? Ta dziewczyna? Może coś mi umknęło?

Na plus dialogi żuczka i ładny styl. Naprawdę dobrze napisane, bo mimo mało atrakcyjnej dla mnie tematyki nawet się zaciekawiłem i doczytałem do końca.

Za ten fakt zasługujesz na klika.

Pozdrawiam!

 

 

Sith Happens!

Dziękuję ci za komentarz, Zalth. I za punkcika ;) Szkoda, że to nie twoje klimaty, może wtedy byłbyś zadowolony z lektury bardziej :) Cieszę się, że spodobał ci się styl i dialogi Żuczka, a przede wszystkim, że doczytałeś do końca.

Interpretować można różnie, pozostawiłem sporą swobodę, ale moja rada taka: traktować zwierzątka bardziej serio ;)

 

Nieźle pomyślane. A teksty Żuczka – odlot pierwszej wody. Trudno jest wzruszyć takim tematem, nie ryzykując popadnięcia w ckliwy sentymentalizm. Nutka psychodelii to dobra przyprawa. A i końcówka, dopuszczając pewną otwartość, broni się przed zarzutem nadmiernego melodramatyzmu.

Zdarzają Ci się dziwaczne, nie pasujące do zaplanowanego znaczenia, połączenia słów: “antagonistyczne trio”, “jego zachowanie było osobliwością”, “manipulacyjny kretyn”.

Dziękuję za komentarz :)

Nad postacią Żuczka i jego tekstami sporo myślałem, dlatego cieszę się, że się podobało.

A błędy poprawię. Antagonistyczne trio i manipulacyjny kretyn są oczywistymi pomyłkami, jednak myślę i myślę nad “jego zachowanie było osobliwością” i nie mogę się dopatrzyć, co tu nie gra… Chodzi ci o słowo osobliwość, tak? Bo właśnie takiego chciałem użyć. Coś, co jest niezwykłe, rzadkie, zaskakujące. A zachowanie Zająca takiego było, ponieważ nigdy wcześniej się tak nie zachowywał ;)

Pozdrawiam :)

“zachowanie było osobliwością” moim zdaniem brzmi niezręcznie, zwłaszcza na portalu fantastycznym, gdzie słowo “osobliwość” ma dodatkowe konotacje. Lepiej “było osobliwe”, czy po prostu “było niezwykłe”.

Hmm, dobrze, zaufam i poprawię :)

Karolu, w sformułowaniu “manipulacyjny kretyn” słowem, które zgrzytało nie był “kretyn”. “Manipulacyjne” mogą być koszty, oddziaływania, a ostatnio również zabawki (choć to chyba kalka językowa). Człowiek może być “manipulujący” (kimś lub czymś).

O, a ja pokręciłem jeszcze bardziej, bo zrozumiałem to w inny sposób :D Uznałem po prostu, że połączenie tych słów jest niepoprawne. Manipulacyjny jako ktoś przebiegły, a kretyn – wiadomo – głupi. I myślałem, że to właśnie to zgrzyta. Sprzeczność.

Jeszcze raz dzięki za wyłapanie :)

Drobiazg.

I klik.

Dziękuję :)

Stęknąwszy, wstał, założył ciepłe kapcie, zgramolił się ze schodów i wylazł na podwórko. Było mu zimno; oprócz kapci miał na sobie jedynie szare, luźne bokserki.

Kapcie się powtarzają.

Ciekawe opowiadanie, klimatyczne. Podoba mi się pomysł z wymyślonymi zwierzętami, ładnie go poprowadziłeś. Wciągające i niepokojące. Nie do końca wiadomo, co dzieje się naprawdę.

Przeczytałam z zainteresowaniem.

 

Anet, dziękuję za komentarz. I za wskazanie powtórzenia. Już, zaraz poprawiam :)

Cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu ;)

Też się cieszę ;)

Bardzo ciekawy tekst.

Pomysł ze zwichrowanymi przyjaciółmi naprawdę mocny. Zakończenie dość otwarte, ale tym razem mi to nie przeszkadza. Aż się zaczęłam zastanawiać, jak na trzy zwierzęta wpłynęłaby śmierć twórczyni. Muszą być jakieś magiczne powiązania!

Ale dziewczyny trochę szkoda. Nie dosyć, że taka historia w dzieciństwie, to jeszcze przyjaciele ją dobijają.

Zwierzęta byli inni, stali się inni.

Coś się posypawszy.

Babska logika rządzi!

Oo, nie wiedziałem, Anet, że dałaś punkcika. Mam pierwszą bibliotekę :D Dziękuję ;)

Oj, umknął mi twój komentarz, Finklo.

Czekałem z niecierpliwością na twoją opinię :) Jestem bardzo zadowolony, że ci się spodobało i dziękuję za komentarz i wskazanie błędu.

Co do wpływu śmierci bohaterki na zwierzęta, to jest to wyjaśnione na samym końcu ;) Zakończenie może nie do końca jasne, ale znajdziesz tam odpowiedź :)

No tak, to możliwa interpretacja. Tym trudniej zrozumieć przyjaciół. A dlaczego pies zdechł wcześniej?

 

Edytka: Też chciałam kliknąć, ale nie zdążyłam. A rzadko mi się to zdarza…

Babska logika rządzi!

Hm, właściwie to kiedy Dariusz wszedł do pokoju córki, to zastał tam martwego Zająca i Psa, a Żuczek spadł martwy na parapet parę chwil później. Czemu? Niestety, nie mam na to odpowiedzi, bez powodu…

 

Mogłaś tego nie pisać… Jeszcze sława uderzy mi do głowy ;D

Ha! Mnie się spodobała ta moc sprawcza ostatniego punktu do biblioteki ;)

Bardzo dobre opowiadanie napisałeś.

To się nazywa władza :)

Mam to! ;)

To opowiadanie wyróżnia się przede wszystkim pomysłem, historią, którą opowiada. Wyróżnia się zaskakującymi środkami jakich autor użył, chociażby tworząc postacie zwierząt (teksty Żuczka dają naprawdę świetny efekt!).

Całość może się podobać. Historię chciało się poznać do końca. Być może zgubiła po drodze nieco ze swojej grozy, ale z trudną tematyką autor poradził sobie naprawdę dobrze i w interesujący sposób.

Co w kilku miejscach szwankowało? Technika. Wyjaśnię na przykładzie fragmentu z początku tekstu:

Kusząca opcja ucieczki, choć w koszmarach to zazwyczaj najgorsze rozwiązanie, została wybrana bez wahania. Dziewczyna biegła, dysząc i stękając. W końcu przylgnęła do chropowatej ściany i zasłoniła oczy przedramieniem.

Straszydła zbliżały się.

Monika wiedziała, kim są – przecież nikim szkodliwym – a jednak bała się ich. Chciała wrzasnąć, żeby zatrzymali się, odwrócili i odeszli, a najlepiej – od razu zniknęli.

​Bierne “została wybrana”​ występuje chyba tylko raz w całym opowiadaniu i dlatego odstaje mi od reszty tekstu. 

Dysząc i stękając. – to stękanie nijak mi nie pasuje do biegnącej młodej dziewczyny.

Straszydła zbliżały się – ​ale potem – ​żeby zatrzymali się, odwrócili odeszli; zniknęli

​Chyba jednak zatrzymały odwróciły i odeszły; zniknęły

 

Takich miejsc było jeszcze kilka. Nie wpływają one na mój ogólnie pozytywny odbiór tekstu, ale w betowaniu pewnie by wyszły i zostały poprawione.

 

Ps. Ja zakończenie zrozumiałem jednoznacznie – ​Monika umarła otruta tabletkami, a wraz z nią jej wyimaginowane zwierzęta, które tak naprawdę zmaterializowały się w naszym świecie (coś jak koszmary bohaterki w Silent Hill)

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ech, a tak chciałam mieć nadzieję, że tylko przestała się trząść, ale jeszcze można ją odratować…

Babska logika rządzi!

Mam pierwszą bibliotekę :D Dziękuję ;)

Następnym razem wypełnij pole “fragment reprezentatywny”, bo inaczej nie poszpanujesz na stronie głównej. ;)

Gratki.

Sith Happens!

Nie spodziewałem się, że tak mnie wciągnie. Ktoś wyżej pisał, że potrzebuje solidnych podstaw do takich opowiadań. Ja mam zupełnie odwrotnie. Im mniej wiem, tym lepiej, bo po potęguje chaos i niepewność. Natomiast nie może coś zgrzytać. Świetnie ujęta fabuła. Podobało mi się, że nie był to tylko zając, ale Kasztanowy Zając. Dodało to głębi i wyróżniło bohaterów. Tekst czarów/transu/hipnozy wpasowywał się w szaleństwo jakoby z Lovecrafta. Przypomina mi trochę teksty w stylu Jakuba Małeckiego.

Miałem trochę nadzieję na końcówkę w stylu zostańmy przyjaciółmi, dołącz do nas, razem na zawsze itd. To mnie zdziwiło, ale czemu nie. 

Pierwszy raz za to spotkałem się ze słowami “baniasty” tyłek i “woniał” :-) Przy tym opowiadaniu moje teksty wydają się tak niedopracowane, że szok, ale o dziwo chyba mnie to motywuje. Dzięki. 

Mr.maras, fajnie, że doceniłeś pomysł i cieszę się, że przypadło do gustu. Tak, właściwie zinterpretowałeś tekst, a porównanie do Silent Hill bardzo trafne. A najbardziej jestem zadowolony z faktu, że spodobał ci się Żuczek. Naprawdę starałem się, żeby stworzyć ciekawą postać, w Żuczka włożyłem najwięcej wysiłku.

Jak zauważyłeś, technika nie jest najlepsza, ale cały czas się uczę i w przyszłości zamierzam korzystać z opcji betowania :) Błędy szybciutko poprawię.

 

Finkla, niestety, bez happy endu :(

 

Zalth, już dodałem, chociaż chyba teraz nic to nie zmieniło… Ale będę pamiętał w przyszłości.

 

Nemeriss, bardzo mnie cieszy kolejny zadowolony czytelnik :)

Fajnie, że zauważyłeś różnicę pomiędzy zającem a Kasztanowym Zającem. Według mnie to dodało odrobinę magii. Nie zastanawiałem się nad Lovecraftem, chociaż paręnaście jego opowiadanek przeczytałem. Bardziej zauważam u niego plugastwo niż szaleństwo. A Jakuba Małeckiego niestety nie czytałem. Polecisz coś na początek?

Nie tylko ty, bo i ja dzięki wprawnym oczętom czytelników nauczyłem się czegoś. Już rozróżniam manipulujący od manipulacyjny :) 

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam opowiadanie, ale mam wrażenie, że dziewczynka zgwałcona w dzieciństwie, chyba na skutek tych przeżyć i mimo leczenia, nie potrafiła/ nie chciała dorosnąć. I choć minęło wiele lat, a Monika jest teraz osiemnastolatką, nadal szuka ukojenia w kontaktach z wymyślonymi przyjaciółmi, tyle że zwierzęta zmieniły się i postanowiły wziąć sprawy w swoje łapy. Zastanawiam się tylko, dlaczego tak późno?

Choć nie przepadam za opowiadaniami, w których choroba psychiczna i wyobrażenia bohatera zastępują fantastykę, to tutaj zupełnie tego nie zauważyłam. Historia Moniki zaciekawiła mnie od samego początku i czytałam ją z dużym zainteresowaniem, aż do satysfakcjonującego końca.

 

Mi­mo­wol­nie wy­sta­wi­ła ko­niu­szek ję­zy­ka i przy­gry­zła go lekko zę­ba­mi. –> Czy to dopowiedzenie jest konieczne? Czy można coś przygryźć, nie używając zębów?

 

miał na sobie je­dy­nie szare, luźne bok­ser­ki. –> Bokserki są luźne z definicji.

 

„Znowu mu­si­my przez to przejść.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

nie po­in­for­mo­wał po­li­cji o sa­mo­cho­dzie, jaki zo­ba­czył w lesie… –> …nie po­in­for­mo­wał po­li­cji o sa­mo­cho­dzie, który zo­ba­czył w lesie

 

Mo­ni­ka zrzu­ci­ła z ra­mion polar. Pod spodem miała je­dy­nie nie­bie­ską ko­szul­kę na ra­miącz­kach. –> Wcześniej napisałeś: Monika zadrżała, chociaż miała na sobie ciepły polar i pod sukienką grube, bawełniane rajstopy. –> Kiedy Monika zdjęła sukienkę i włożyła niebieską koszulkę?

 

żeby we­tknąć pa­le­ce w gar­dło i zwy­mio­to­wać. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście, to dobra interpretacja. Monika nie potrafiła sama poradzić sobie z życiem, dlatego od ośmiu lat towarzyszyły jej zwierzęta.

Dlaczego tak późno? Nie zaznaczyłem tego wyraźnie, ale są trzy etapy życia dziewczyny. Dziesięcioletnia Monika wymyśla przyjaciół. Przez kolejne pięć lat musi radzić sobie z przeszłością i z tym, że wszyscy próbują jej wmówić, że zwierzęta nie istnieją. Następuje przełom, ponieważ wymyśleni przyjaciele na skutek terapii odchodzą. Dwukrotnie w tekście wspomniałem o trzyletnim okresie czasu. Wtedy Monika była samotna. Brak przyjaciół, pesymistyczne nastawienie do świata, depresja… Emocje ponownie (po ośmiu latach) wydostają się na zewnątrz, jednak tym razem to prawie same najgorsze uczucia: smutek, gorycz, złość. 

Mam nadzieję, że rozwiałem wątpliwości. Chociaż można interpretować wedle uznania… Niektóre osoby wyżej zrozumiały tekst tak, jak ja to widziałem, a niektóre na swój sposób, też dobry. Najlepiej zrozumiał opowiadanie Mr.maras. Jego interpretacja pokrywa się z tym, co sobie zamierzyłem przekazać.

 

Dziękuję za komentarz i bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło do gustu :)

Błędy za chwilkę poprawię.

 

A tutaj:

Monika zadrżała, chociaż miała na sobie ciepły polar i pod sukienką grube, bawełniane rajstopy.

chodziło oczywiście o spódniczkę. Nie rozróżniam ;)

Mężczyźni…

sukienka = spódnica + bluzka

I to musi być jednoczęściowe, tak jak kombinezon to spodnie połączone z bluzą.

Babska logika rządzi!

Karolu, dziękuję za przybliżenie sprawy.

 

chodziło oczywiście o spódniczkę. Nie rozróżniam ;)

Skoro dziewczyna miała rajstopy pod spódniczką, a nie pod sukienką, to nie możesz pisać, że kiedy zdjęła polar, pozostała tylko w niebieskiej koszulce. Wszak poza koszulką miała na sobie także spódniczkę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ee, teraz to już się pogubiłem… Kobieca moda i równanie matematyczne. Boże!

Poprawiłem na spódniczkę. Dobrze, niedobrze? Proszę o werdykt, szanowne panie.

 

Edit: ja to wdziałem tak: dziewczyna miała na sobie polar, a pod polarem niebieską koszulkę. Zaś od pasa w dół spódniczkę. Ale mogłem coś pokiełbasić z tymi strojami.

Lepiej, ale ostatnia uwaga Reg pozostaje w mocy.

 

Edytka: IMO, może być.

Babska logika rządzi!

Hmm, ale napisałem, że pod spodem miała jedynie niebieską koszulkę. Czyli pod polarem. A spódniczka, jako że ciągnie się od pasa w dół, pod spodem nie była, a jednak nadal stanowiła element ubioru Moniki ;)

 

Edit: przyjmuję.

 

Edit2: nieźle, wpół do drugiej, a ja hasam po Google grafika i sprawdzam, czym się różni sukienka od spódnicy.

Hmm, ale napisałem, że pod spodem miała jedynie niebieską koszulkę. Czyli pod polarem. A spódniczka, jako że ciągnie się od pasa w dół, pod spodem nie była, a jednak nadal stanowiła element ubioru Moniki ;)

Nie przypuszczam, aby polar sięgał tylko pasa. Zakładam, że był dłuższy i pewnie sięgał pupy, a tym samym przykrywał część spódnicy.

 

Proponuję zmianę zdań: 

Monika zadrżała, chociaż miała na sobie ciepły polar i pod sukienką grube, bawełniane rajstopy. → Monika zadrżała, chociaż miała na sobie ciepły polar i grube, bawełniane rajstopy.

Monika zrzuciła z ramion polar. Pod spodem miała jedynie niebieską koszulkę na ramiączkach. Monika zrzuciła z ramion polar, pozostając w niebieskiej koszulce na ramiączkach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Za chwilę poprawię.

Bardzo dobry tekst, wyszło niepokojąco. Zwłaszcza ten hipnotyzujący żuk. Pomimo trudnego tematu, udało się uniknąć banalnego grania na emocjach. Spodobał mi się pomysł na spaczonych wymyślonych przyjaciół.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję, Dziadku, za miłe słowa. Nie jesteś jedyną osobą, której spodobała się postać Żuczka.

Czas zatem na “​Przygody Karmelowego Żuczka”​ Karolu. Psychodeliczną bajkę dla dorosłych z problemami wszelkiej maści. Grono miłośników Żuczka rośnie z każdym dniem ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czy Beetlejuice to jakaś rodzina? ;-)

Babska logika rządzi!

Bajka, potem telewizyjne show, gadżety, kubeczki i koszulki z Żuczkiem… Świat będzie wyglądał inaczej ;)

 

Niestety, Beetlejuice czarną owcą w rodzinie. Żuczek nie przyznaje się do więzi krwi ;)

No i komentarz mi szlag trafił ; /

 

W jednym miejscu dziewczyna ma na sobie sukienkę, ale zaraz potem okazuje się, że pod polarem ma tylko koszulkę. Czyli nie ma sukienki, tylko spódnicę?

 

Wydaje mi się, że słowo “zakwilił” jest nieprawidłowo użyte w stosunku do psa.

 

Podobnie zgrzytnęło mi, że włosy się “rozlały”. To nie ciecz.

 

No i nie pamiętam więcej z łapanki… dużo tego nie było, ale jeszcze ze dwa drobiazgi.

 

Podsumowując – podoba mi się klimat i sam pomysł, ale czuję niedosyt. Brakuje mi czegoś. Być może po prostu więcej akcji, samo studium szaleństwa, mimo że interesujące, to dla mnie za mało. Chociaż klikałabym na Bibliotekę.

Przede wszystkim brakuje mi – nie żebym była żądna drastyczności – rozwiązania kwestii gwałciciela. Dziwię się, że został pominięty, mimo że poświęciłeś miejsce milczącemu świadkowi, policjantowi, a nawet psychologowi, który nie miał związku z samym incydentem.

Podoba mi się zakończenie (całkiem mocne), ale nie do końca przyjmuję prowadzącą do niego drogę.

A, no i jakoś nie czaję słów żuczka. Brzmią cool, ale nie rozumiem, o co właściwie chodzi ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A to facet zagryziony przez psa, ten z baniastym tyłkiem, nie był gwałcicielem?

Babska logika rządzi!

Joseheim, dziękuję za komentarz.

Sukienka już wcześniej została wyłapana. Trochę z tym problemów było :) “Zakwilił” poprawię, ale włosy, które się rozlały, takie miały być. Po prostu tak to czasami wygląda.

Co do gwałciciela, to jego kwestia została rozwiązana. Przez Wełnianego Psa, który ugryzł zboczeńca w łydę. Mogło umknąć :)

A jeśli chodzi o słowa Żuczka, to nie mają one kompletnie żadnego sensu. Po prostu ten robak ma taki styl. Wymienia cudaczne czynności, często związane z zawodami i dzięki temu hipnotyzuje.

Mam nadzieję, że rozwiałem wątpliwości :)

 

Edit: Finkla, właśnie o to chodzi, dobrze mówisz.

Też mi znikają komentarze. Zwłaszcza pisane na telefonie. Ale wiesz Joseheim, że jak komentarz zniknie jakoś to można spróbować cofnąć zmiany i wszystko co zniknęło wraca? Może akurat zadziała za którymś zniknięciem. Nie wiem co je wywołuje u Ciebie.

 

A wracając do tekstu. Moim zdaniem włosy się rozlały to bardzo ładne określenie. Nieco poetycka przenośnia.

A żuczka się właśnie nie czai, tylko się wsłuchuje w jego hipnotyzujące monologi ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zapomniałem o kasetach. Przecież Żuczka trzeba natychmiast zacząć nagrywać! Hipnotyczne taśmy pójdą jak ciepłe bułeczki :)

No popatrz, cholera, rzeczywiście mi umknął gość ugryziony w łydę! Mój błąd. Z drugiej strony tekst krótki, ja go czytałam na raz… więc może jednak za słabo zaakcentowane jest, że ten gość ma znaczenie, bo scenka z nim niczym się nie wyróżnia ; /

Właśnie, zapomniałam wspomnieć, że przeszkadzało mi trochę to poszatkowanie tekstu na krótkie scenki. Zaburzenie płynności.

 

Co do komentarzy… tak, wiem, czasem są, jak się cofnie. Przed wysłaniem zresztą zawsze kopiuję, bo strona często robi psikusy. Ale czasem jakimś dziwnym skrótem włączam coś, co generuje stronę ze zmienionym wyglądem i wtedy po cofnięciu nie ma już tego, co się pisało w edytorze ; (

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A wiesz, Jose, mnie też się ostatnio tak zaczęło robić. Coś przypadkiem nacisnę i strona zaczyna wyglądać całkiem inaczej, trzeba cofać, kombinować… Ciekawe, co to za diabeł.

Babska logika rządzi!

Tylko jedno zdanie mówi o tym, że to był gwałciciel, więc oczywiście można było przeoczyć.

A o poszatkowaniu tekstu, chociaż nikt mi o tym wcześniej nie mówił, wiedziałem, ale niestety nic nie mogłem z tym zrobić. Nawet chciałem połączyć ze dwa wątki ataków, żeby wyszło mniej kawałków, jednak nie miałem na to pomysłu. Ale trudno… Tak czy siak, na szczęście większości się spodobało :)

Albowiem strona jest tajemnicza i pełna zagadek, Finklo ;)

 

Karolu, pewnie, masz rację. Tak marudzę dla marudzenia, to mój znak rozpoznawczy ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Raczej nie rozważałem innych interpretacji niż materializacja wyobrażonych stworzeń w rzeczywistym świecie (znacznie lepiej czuję takie klimaty niż przejawy zaburzeń psychotycznych z halucynacjami w fantastycznej konwencji). Tym, co umykało mi w trakcie lektury była motywacja zwierząt do autodestrukcji.

Czy uśmiercając kolejne osoby związane ze sprawą gwałtu, zwierzęta liczyły, że ich stwórczyni odzyska chęć do życia, a w sytuacji, gdy tak się jednak nie stało, postanowiły zakończyć swoją egzystencję aby nie pogrążać się dalej w rozpaczy? Czy w ten sposób fantastyczne, ożywione twory wyobraźni funkcjonują na płaszczyźnie realnego świata, a zarazem na płaszczyźnie metaforycznej, jako odzwierciedlenie pogarszającego się stanu psychicznego bohaterki?

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, dziękuję za komentarz.

 

Raczej nie rozważałem innych interpretacji niż materializacja wyobrażonych stworzeń w rzeczywistym świecie (znacznie lepiej czuję takie klimaty niż przejawy zaburzeń psychotycznych z halucynacjami w fantastycznej konwencji).

I to jest najwłaściwsza interpretacja tego tekstu.

 

Czy uśmiercając kolejne osoby związane ze sprawą gwałtu, zwierzęta liczyły, że ich stwórczyni odzyska chęć do życia, a w sytuacji, gdy tak się jednak nie stało, postanowiły zakończyć swoją egzystencję aby nie pogrążać się dalej w rozpaczy? Czy w ten sposób fantastyczne, ożywione twory wyobraźni funkcjonują na płaszczyźnie realnego świata, a zarazem na płaszczyźnie metaforycznej, jako odzwierciedlenie pogarszającego się stanu psychicznego bohaterki?

Te dwa pytania zasługują na krótką odpowiedź: tak. Gdyby ktoś poprosił mnie o wyjaśnienie tekstu, bez wątpienia skieruję taką osobę do twojego komentarza, ponieważ sam bym tego lepiej nie wyjaśnił.

I właśnie o to mi chodziło z tymi zwierzątkami. Coś takiego powinno być, w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, zawarte w tekście. Wtedy bym się nie czepiał. :P

Pozdro!

Sith Happens!

Wnioski samemu można wyciągać :) Ja przedstawiłem tylko historię, a to, co czytelnicy w niej ujrzą… 

Poza tym można śmiało pytać i czepiać się także ;)

Świetny tekst z mnogością możliwości interpretacyjnych. Zazwyczaj nadmiar niedomówień mnie nieco irytuje, tu jednak można sobie poukładać elementy tak, że wszystkie do siebie pasują. Co prawda, zapewne ktoś inny mógłby ułożyć z nich inny obrazek, ale cóż, mnie to nie przeszkadza. ;)

Tytułowi bohaterowie są bardzo dobrze scharakteryzowani (przedziwnie hipnotyzujący żuk!), pomysł na nich jest wiarygodny – tak mogła ich sobie stworzyć wyobraźnia skrzywdzonej dziesięciolatki. Ich ewolucja niepokojąca, zwłaszcza że je urealniająca.

Nie mam co pisać więcej, bo chcę tylko uzasadnić nominację, a wcześniej już wszystko napisałeś. Cieszę się, że potwierdziłeś interpretację Nevaza, bo też mi taka najbardziej pasuje.

Prawdę mówiąc wolałbym żeby to, co napisałem w komentarzu było trochę bardziej obecne w tekście – może w scenie jakiejś rozmowy między samymi zwierzakami, może w ich rozmowie z Moniką? Fakt, pojawia się tam stwierdzenie “nie mam już siły”, ale ja jako czytelnik mam taki niedosyt przedstawienia uczuć, potrzeb i oczekiwań przyjaciół-nieprzyjaciół.

Granica między łopatologią a zbytnim niedopowiedzeniem jest umowna, ale układając tę interpretację czułem, że trochę za dużo muszę sobie dopowiadać.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Cóż, ciekawe są niektóre zabiegi i konstrukcje zdań. Na uwagę zasługują przede wszystkim hipnotyczne wypowiedzi żuka, dodatkowo kursywa jeszcze lepiej poprawia ich odbiór. Jednak te zabiegi przeplatają się z zupełnie zwyczajnymi zdaniami, czasami wręcz niepotrzebnymi, który wybijamy mnie z rytmu i klimatu utworu, tutaj przykład:

Monika z nerwów podrapała cały nadgarstek. I we śnie, i na jawie. Trochę krwi, nic wielkiego, ale ból podszedł do mównicy. Dobrze, że w szufladzie biurka, chyba gdzieś na dnie, znajdowało się pudełeczko z plastrami. Później się przyda.

Ładnie zacząłeś, a skończyłeś analizą potrzeby i położenia plastra, zupełnie, według mnie, niepotrzebnej. Gdzieniegdzie przeszarżowałeś z “kwiecistością” zdań:

Suche, kruszące się liście stukały o kamienne chodniki. Zapach, którego źródłem była budka z hot-dogami, wirował po całym parku, nęcąc nielicznych spacerowiczów do zakupu.

Ciężko, nawet jako fantaście, jest mi wyobrazić sobie stukające liście i wirujący zapach mielonego kotleta czy parówki.

Przede wszystkim nie podobało mi się uśmiercanie na lewo i prawo bohaterów, w ramach rzekomej pomocy dziewczynce, nawet jeśli to wymyślone stworzonka, dziwna jest ta logika pomocy. Miałem też przez cały tekst wrażenie, że czytam opowiadanie o dwunastoletniej dziewczynce, a nie prawie dorosłej kobiecie. I jeśli przyjąłbym taki brak rozwoju u samej dziewczyny z powodu tego, co przeszła, tak nie mogę się z tym pogodzić jeśli chodzi o opisy narratora. Gdybyś nie napisał, ile ma lat, założyłbym, że dwanaście.

I na sam koniec, Karolu, mimo że jesteś młody, wyobraź sobie siebie jako ojca. Czy naprawdę zostawiłbyś córce po takich przejściach buteleczkę pełną (psychotropów) tabletek do dyspozycji?

Podsumowując, to barwne i pomysłowe opowiadanie, gdzie niestety widzę przerost formy, nad treścią, która spłyciła świetny pomysł.

 

Prawdę mówiąc wolałbym żeby to, co napisałem w komentarzu było trochę bardziej obecne w tekście

Pewnie masz rację. Ja wybrałam taką interpretację jak Twoja, bo też wolę “konkret” niż wytwory halucynacji, oniryzm itede. To, co tu było dla mnie ciekawe, to fakt, że można sobie było wybrać dowolne spojrzenie na to, co się tu wydarzyło i tak według niego opowiedzieć sobie historię, że właściwie dało się uniknąć logicznych dziur.

Ocha, dziękuję za komentarz i cieszę się, że przypadło ci do gustu.

A postać Żuczka polubiło większość czytelników. Powinniście założyć jakiś fanclub ;)

Hmm, a o co chodzi z tymi nominacjami? Nie za bardzo jeszcze się orientuję co i jak na tym portalu…

 

Nevazie, starałem się wyważyć to wszystko, żeby osiągnąć złoty punkt – nie za dużo informacji, nie za mało. Mam nadzieję, że w przyszłości moje opowiadania zaspokoją twój głód i że nie będziesz więcej czuł niedosytu ;)

Darconie, dziękuję za opinię i cieszę się, że spodobały ci się pewne elementy tekstu.

Jeśli chodzi o ranę i plaster to służyło to ukazaniu, jak bardzo sen wpłynął na emocje dziewczyny. Takie duże bum po kilku latach nieobecnosci zwierząt. Według mnie wzmianka o tym była uzasadniona.

Wezmę pod uwagę twoje spostrzeżenia i będę o nich pamiętał w przyszłości.

Wyobraziłem sobie taką sytuację. Tak, zostawiłbym, szczególnie że dziewczyna nigdy nie zdradziła, że mogłaby sobie zrobić jakąś krzywdę. Ponadto Monika nie widziała swoich przyjaciół przez trzy lata, więc, że tak powiem, nie świrowała. Miała zaufanie ojca, dlatego nikt nie wydzielał jej pigułek.

 

Na koniec każdego miesiąca grupa użytkowników portalu wybrana przez ogół użytkowników portalu do przyznawania portalowych wyróżnień ocenia teksty nominowane do wyróżnienia przez użytkowników portalu ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Mógłbyś być nauczycielem. Konsternacja uczniów murowana :D

A gdzie można zobaczyć, kto i jakie teksty nominował? Jest jakiś osobny temat czy coś…?

Wow, nawet nie wiedziałem, o co chodzi z tymi nominacjami, a tu okazuje się, że uzbierałem już kilka punktów :D

No, nie da się ukryć. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W miarę czytanie zaczęło mi się naprawdę podobać. Lubię, gdy różne elementy łączą się w całość. Postaci zwierzątek ciekawie wykreowane. Zakończenie mocne, aż nieprzyjemne, ale to chyba nie zarzut.

 

smarować placem po ekranie -> palcem

Dziękuję za komentarz, Zygfrydzie, i bardzo mnie cieszy, że ci się spodobało :)

Tak, zostawiłbym, szczególnie że dziewczyna nigdy nie zdradziła, że mogłaby sobie zrobić jakąś krzywdę. (…) Miała zaufanie ojca, dlatego nikt nie wydzielał jej pigułek.

Kupuję to.

Sam jestem zwolennikiem metody “ufaj i sprawdzaj” wobec dzieci, jak widać w tym przypadku, miałbym rację. ;)

Przeczytałam tekst, przeczytałam komentarze i wychodzi na to, że będę jedyną marudą w towarzystwie. Sama historia ma według mnie pewien potencjał, który nie został do końca wykorzystany. Albo odpowiednio jak dla mnie pokazany. Czytało mi się dość ciężko, bo używasz zwrotów i stylu, na których się potykałam, a płynność lektury ma dla mnie olbrzymie znaczenie. Jako przykład z początku:

Monika wrzasnęła, obudziła się i wykonała dryg, który przypominał wystrzał katapulty.

Mogę się domyślać, o co tu chodziło, ale to zdanie musiałam przeczytać dwa razy – uważam, że nie jest zbyt fortunnie sformułowane (plus: https://sjp.pwn.pl/doroszewski/dryg;5423218.html ).

Poza tym trafiały się słowa, chyba nie do końca użyte zgodnie ze znaczeniem, jak np. spocona koszulka, chyba raczej powinno być przepocona (https://sjp.pwn.pl/sjp/spocony;2523022.html). 

Nie za bardzo też kupuję kwestii pełnoletności dziewczyny (ktoś już o tym wspomniał) czy staruszka-policjanta-“drugiego ojca” (zbyt mi to przypomina hollywoodzki film).

Generalnie lekturę oceniam neutralnie, bo nie poruszyła mnie niczym szczególnym, ale też opowiadanie napisane jest przyzwoicie, mimo nie do końca pasującego mi stylu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, dziękuję za komentarz i uwagi.

 

Zaraz zamienię spoconą na przepoconą, jednak nie zgodzę się z drygiem. https://sjp.pl/dryg – według słownika są dwa znaczenia.

Nie znałam tego znaczenia drygu, a w SJP PWN go nie ma. Tak to jest z rzadkimi znaczeniami, lub silnymi skojarzeniami, które już gdzieś tam w człowieku siedzą, że czasem nie jest łatwo odczytać i prawidłowo zrozumieć, co ktoś inny napisał lub powiedział. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Oczywista rzecz ;)

W sumie dobrze – dla mnie – że obowiązki do opowiadania mnie zwyczajnie przymusiły, bo po onirycznym początku – nie znoszę oniryzmu – bardzo się zniechęciłem (nie na tyle, żeby – w innych okolicznościach, rzecz jasna – odpuścić tekst; tak dobrze w życiu nie mam) i nie nastawiłem doń zbyt przychylnie.

A tu proszę – oniryczne zajebistego początki. Bo opowiadanie, koniec końców – a nawet i wcześniej – okazało się naprawdę zajebiste (zajebiście, że czasem mam okazję ponadużywać słowa “zajebiste”;).

 

Z uwag technicznych, to mam taką, że kapsułki nie są gorzkie. W zasadzie to po to są kapsułkami, by nie miały smaku (a ściślej – osłonki są właśnie po to, by chronić połykacza przed paskudnym smakiem zawartości).

Poza tym – nic? W każdym razie mi nic nie przychodzi do głowy. Napisane jest nie tylko warsztatowo ale i stylistycznie na naprawdę satysfakcjonującym poziomie. Masz ten rodzaj talentu, dzięki któremu potrafisz sprawiać, że literatura naprawdę staje się sztuką piękną – a taką ją z kolei ja kocham najbardziej.

Dostarczyłeś mi więc niekłamanej czytelniczej przyjemności już na poziomie wykonania.

Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze sama historia – smutna, gorzka, trochę przytłaczająca i dziwna, ale i naprawdę dobra.

(UWAGA, KOMENTARZ MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERA!)

Co prawda konstrukcja opowiadania nieco utrudnia – przynajmniej z początku – połapanie się w tym, kto jest kim, ale w pewnym momencie wszystko ładnie wskakuje na swoje miejsce i konsekwentnie prowadzi do finału, którego – za co spory plus – udało Ci się nie spartolić ckliwym happy endem (choć nie powiem, że tego się właśnie spodziewałem, szczególnie że w pewnym momencie zrobiło się naprawdę groźnie;).

Postaci, szczególnie zwierzątek, zarysowałeś bardzo fajnie, powiedziałbym nawet – porządnie. Z jednej strony rewelacyjnie pokazałeś ich przemianę w bestie – i to przemianę nie tylko fizyczną; świetnie oddałeś też ich żal i gniew – a z drugiej wciąż jednak daje się dostrzec te miłe stworki, którymi musiały być kiedyś. A przy tym każdy z nich – szczególnie pies – ma swój, spójny z postacią, charakter.

Monika też wypada wiarygodnie. Z początku myślałem, że po idiociemu będzie udawała przed wszystkimi, że nic się nie stało i sama spróbuje rozwiązać problem, ale na szczęście okazało się inaczej. A przy tym zdanie: “– To oni – chlipnęła. – Wrócili i… i chyba już nie są przyjaciółmi.“ uważam za jeden z mocniejszych momentów w całym opowiadaniu. Jest niemal równie wymowne jak spojrzenie Froda, gdy Drużyna ucieka z Morii i opłakuje Gandalfa.

Co tu dużo gadać, wyszło Ci bardzo fajne opowiadanie, będące naprawdę udanym miszmaszem bajki, koszmaru i dramatu.

Dziękuję.

 

Peace!

 

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki za odwiedziny, Cieniu. Poprawiłeś mi dziś humor swoim komentarzem (myślałem, że to cała strona krytyki!). 

Parę osób skarżyło się na słaby początek, niektórzy twierdzili, że ta lepsza część historii zaczęła się w parku, gdzie Żuczek dał swój pierwszy hipnotyczny występ. Nie wiem, czy to dobrze, czy też nie… Może jednak warto na początku wynudzić czytelnika, żeby potem złapać go w sidełka? Tak czy siak, niczego w tym wypadku nie planowałem, a wyszło dobrze :)

Masz ten rodzaj talentu, dzięki któremu potrafisz sprawiać, że literatura naprawdę staje się sztuką piękną – zapamiętam to. To pierwsze tak miłe słowa, które przeczytałem na NF :)

A z tym Frodem to przesadziłeś. Naprawdę ;)

 

Bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło ci do gustu. Pozdrawiam.

 

 

Dołączę do grona zadowolonych z lektury :) Pomysł na zwierzątka świetny (miałam leciutkie skojarzenia ze starym szortem jeszcze z SFFiH/Szortal Fiction “To już nie jest ten las, co niegdyś”), Monika, która po traumie nie potrafiła dorosnąć wydała mi się wiarygodna. I opaczny sposób zwierzaków na uratowanie… i ta końcówka… no, kawał oryginalnego, dobrego tekstu :)

Dzięki, Bellatrix, za komentarz. Cieszę się, że przypadło do gustu :)

I mnie się podobało. Na poziomie języka tekst prosty (chwilami nawet infantylny, choć dobrze to się zgrało z młodą bohaterką – miałeś dobre oko wiedząc, jakiego tematu możesz się podjąć ze swoim niewyrobionym warsztatem), ale już zwierzaki naprawdę fajne. Wierszyki żuczka w ogóle mnie kupiły.

 

Ale jeśli chodzi o zakończenie… łykanie tabletek działa na filmach. W realu, z tego co mi wiadomo, jest szalenie nieefektywne i kończy się płukaniem żołądka, ewentualnie przeszczepem wątroby.

Dzięki za odwiedziny, Kam_mod. Żuczek każdego kupił ;)

 

Musiałbym doczytać, jak to z tymi tabletkami jest… Ale myślę, że pochłonięcie odpowiedniej ilości odpowiedniego leku, zakończyłoby się śmiercią. 

Niestety, to prawda. 12-letni synek mojej znajomej nałykał się tabletek i gdy wróciła do domu było już za późno.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hmm… niezłe, głównie przez styl i klimat opowiadania. Tekst odbieram raczej jako antybajkę, i choć nawet z takich wyrosłem, to czytało się przyjemnie.  

Dobry tytuł, przykuwa uwagę.

Spodobał mi się też ogólny koncept – jest bardzo niepokojący i wypada całkiem oryginalnie, pomimo dużej eksploatacji podobnych motywów. Oryginalności upatruję głównie w tym, jak wymyśliłeś te zwierzaki, ich moce i zachowanie (tu oczywiście prym wiedzie żuczek).

Największe wrażenie zrobiło na mnie zakończenie. Niby nie wszystko jest tu dopowiedziane, ale to, że zyskałam pewność, że zwierzaki mają całkiem materialną, rzeczywiście paskudną i śmierdzącą formę, wzbudziło we mnie sporo niepokoju i ogólną czytelniczą satysfakcję.

We fragmentach opisujących działania zwierzaków zabrakło mi jakiegoś mroku, przytupu, pazura. A przede wszystkim zabrakło mi chyba większego zaangażowania. Pojawiły się jakieś postaci, które zasadniczo były mi całkiem obojętne, i skończyły źle, ale to zło tez mało mnie obeszło i poruszyło – być może dlatego, że o kontraście pomiędzy milutkimi zwierzakami z przeszłości a tymi przeobrażonymi raczej mi opowiedziałeś, niż pokazałeś. Podobnie jeśli chodzi o relację Moniki z policjantem czy psychologiem. 

Gdzieś wspominasz, że psycholog był odpowiedzialny za leki, które brała bohaterka. W praktyce nie jest to możliwe, leki daje wyłącznie psychiatra.

Ale myślę, że pochłonięcie odpowiedniej ilości odpowiedniego leku, zakończyłoby się śmiercią. 

Sylvia Plath próbowała w ten sposób popełnić samobójstwo i spędziła dwa dni w piwnicy we własnych wymiocinach, nim ją znaleźli i odratowali. Potem czytałam gdzieś w internetach (może pod jakimś artykułem o tej poetce?) dyskusję, że z tymi tabletkami to wcale nie jest tak łatwo. Jak kiedyś znajdę tego linka to podrzucę :P

Ale fakt, że samobójstwo popełnione w ten sposób ładnie kończy to opowiadanie.

Marasie, przykro to słyszeć.

 

Blackburn, dzięki za komentarz. Cieszę się, że spodobał ci się styl i klimat :)

 

O, to coś nowego, Werweno. Jeszcze nikt nie wyraził opinii o tytule ;) Fajnie, że się spodobał. Tym bardziej że nie myślałem nad nim długo. I cieszę się, że tekst przypadł ci do gustu.

Co do tabletek, to pilnowałem tego :) Sprawdziłem, kto może, a kto nie może przepisać, i zaznaczyłem, że pigułki “przepisały białe fartuchy” (bo nie wiedziałem, kto w tym wypadku ma takie możliwości). Także nie wspomniałem o psychologu, który daje recepty.

Pozdrawiam.

 

 

Kam_mod, chętnie poczytam. 

 

– A chłopak, który milczał? – zapytał kąśliwie Zając. – Policjant, który zawiódł? Albo durny doktorek, faszerujący cię chemicznym gównem?

Ale ten fragment wygląda, jakby to jednak psycholog odpowiadał za leki. 

Masz oko ;) Będę musiał coś zrobić z tym zdaniem.

Interesujący tekst. Można go podciągnąć pod temat zła rodzącego zło i gwałtu odciskającego się gwałtem. Poniekąd jest w tym jakaś sprawiedliwość. Problem w tym, odcisk zazwyczaj jest większy od pierwotnego śladu. W tym przypadku padło na raczej niewinnego policjanta i psychologa, który wykonywał swoją pracę najlepiej, jak potrafił. Miał pecha, bo nie urodził się w realu tylko w fantasy.

Zgodzę się ze wszystkimi, że żuczek rządzi, rules i rulez. Hipnotyzuje, wpada w oko, gra pierwsze skrzypce… Świetny pomysł i bardzo oryginalny. Pozostałe zwierzaki też niezłe, ale już nie mają tego rysu szalonego geniuszu. Ładnie pokazujesz, że się zmieniły.

Przyznam, że wolałam to niedomknięte zakończenie niż Twoje wyjaśnienia. No, ale trudno, skoro tak to sobie wymyśliłeś. Trochę trudno zrozumieć w tym wypadku przyjaciół.

Wytwarzasz w tekście jakiś niepokojący nastrój.

Byłam na tak, czyli.

Babska logika rządzi!

Podoba mi się ten zwyczaj zostawiania podwójnych komentarzy podczas głosowania. Podwójna radość :)

Cieszę się, że uznałaś opowiadanie za interesujące i na tyle dobre, aby zagłosować na TAK.

A Żuczek nie tylko rządzi, rules i rulez. Żuczek także dziękuje za TAKa, przyciąga czytelników, dyktuje komentarze…

 

Co do zakończenia to przyszła mi do głowy jeszcze jedna możliwa interpretacja (żeby wszyscy byli zadowoleni).

Monika przestała się trząść. → Można to uznać za zakończenie torsji i powrót do świadomości. A martwe zwierzęta oznaczałby pozbycie się złych emocji wskutek nieudanej próby samobójczej, która przywróciła dziewczynie chęć do życia.

Ale nie podpisuję się pod tym happy endem.

 

Na pewno będę dobrze spać po tak pozytywnej opinii ;) 

O! Wolę tę drugą opcję. Cholera, coś się dziewczynie od życia należy.

Przekaż, proszę, żuczkowi, że fajny z niego zwierzak, ale wolę nie zawierać bezpośredniej znajomości. ;-)

Babska logika rządzi!

A jak!

Nie muszę, on wie wszystko. I całe szczęście, bo też nie chcę mieć z nim nic wspólnego. No… może oprócz sterty pozytywnych opinii ;)

Bałam się, Karolu, gdy zaczynałam czytać. Często autorzy łapią za kobiecą i dziecięcą krzywdę jako chwyt na czytelnika, i przedstawiają ją w sposób nader fatalny. Nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzisz. Ale wyszło ci naprawdę dobrze.

Ta szczątkowa, ale sugestywna uwaga, poświęcona gwałcicielowi, była bardzo na miejscu. Wypracowanemu mechanizmowi obronnemu ofiary nadałeś wyjątkowe ramy. Żadna ze mnie specka od realizmu magicznego, ale kojarzę go z zabiegiem, który tutaj zastosowałeś – wyobrażenie wplotłeś w rzeczywistość tak naturalnie, jakby to była jedna płaszczyzna. Monika złączyła w sobie mnóstwo cech, jest złożona, wielowymiarowa, wydaje się autentyczna. Jednocześnie pozostawiłeś ją w kreacji małej dziewczynki, nie opisałeś jej wyglądu jako nastolatki, dałeś natomiast sugestywny obraz jej jako dziesięciolatki w samochodzie. Wziąłeś się za trudne wyzwanie i nie oparłeś się na atakowaniu czytelnika skrajnymi emocjami, a na takiej Alicji w Krainie Czarów w krzywym, paranoicznym zwierciadle. Zwróciłam uwagę na bardzo ciekawe kontrasty, na przykład “wełniany” pies, który ma ostre zęby i sieje śmierć, czy żuczek–przyjaciel, który łatwo i bez ostrzeżenia obraca się przeciwko bohaterom. Jestem na TAK i bardzo usatysfakcjonowała mnie lektura :)

 

Nada pozostało ci w tekście: zwierzęta byli inni. A określenie “pocieszającą dłonią” mi się nie podoba. Pocieszający jest człowiek, słowo, gest, ton, ale czy część ciała?

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Naz, bardzo ci dziękuję za opinię i TAKa. Nie spodziewałem się nawet, że mój tekst trafi do biblioteczki, a wcześniej o nominacjach nawet nie wiedziałem. A tu już kolejny TAK. I cieszę że według ciebie poradziłem sobie o wiele lepiej z tą tematyką niż inni. Fajnie to słyszeć ;)

Nieliczni zorientowali się, że chodzi o połączenie wyobrażenia z rzeczywistością. Jak zauważyłaś – jakby to była jedna płaszczyzna. Chociaż inne interpretacje też mi się spodobały, np. o zwykłym stadium psychozy.

Kreacja Moniki jako wiecznej dziesięciolatki raczej nie była planowana… Musiałem to po prostu czuć podczas pisania, że oddałem same jej dziecięce cechy. I cieszę się, że uznałaś to za plus.

Jeśli chodzi o Wełnianego Psa, to nie tylko chciałem podkreślić jego wściekłość wobec dawnego zła, ale też ciągły smutek, który objawiał się w każdej innej sytuacji poza atakiem na gwałciciela. Na przykład podczas ostatniego spotkania Moniki ze zwierzętami, to Zając wyrażał agresję, Żuczek pozostawał raczej bierny, a Pies od razu popędził do Moniki i ułożył łeb na jej kolanach. Zauważył to też Cień Burzy i ładnie podsumował. Fajnie, że zauważyłaś te kontrasty.

 

Jesteś kolejną osobą, która opinią i pozytywnym głosem poprawiła mi humor ;) Dziękuję. I pozdrawiam.

 

 

Opowiadanie jest chaotycznie napisane, zwłaszcza początek. Fatalne wrażenie robią niektóre zdania, takie jak:

“Złowrogie trio miało nietęgie miny”. – zdanie niejasne, wprawiające czytelnika w konfuzję.

“Postacie nie zniknęły. Nacierały – tup, tup, stuk, stuk – i wzbudzały tylko najgorsze emocje. Co za pomieszanie?” – O czyje emocje chodzi? Autor nie ma składać deklaracji o emocjach swojego bohatera, tylko opisać je tak, by emocje wzbudzać u czytelnika. W ogóle żaden pisarz nie stosuje słowa <emocje> w takim kontekście.

Ale to tylko kwestie językowe.

W sumie pomysł opowiadania jest niezły, taki kingowski, ale został kiepsko rozegrany. Postać głównej bohaterki powinna zostać obudowana tłem obyczajowym, tak, jakby to zrobił King, i poprzeplatana niepokojącymi wstawkami o Wełnianym Psie i żuku hipnotyzerze. Można by stworzyć fajne napięcie, ale trzeba by w ten tekst tchnąć więcej życia, bo wszystko jest tu zawężone do niesamowitego wątku, nie daje czytelnikowi odetchnąć, posmakować niezwykłego świata bohaterki.

No i jeszcze – żuk nie jest robakiem, tylko chrząszczem. Choć fragmenty z jego udziałem to faktycznie dobry pomysł, co tym bardziej powoduje, że to opowiadanie ma zmarnowany potencjał.

Agroeling, dzięki za opinię.

Nie zgodzę się z tymi emocjami. Zdanie nie miało wzbudzić emocji u czytelnika, a jedynie przekazać, że sen nieźle wystraszył bohaterkę. Dlatego uważam, że “najgorsze emocje” są całkiem na miejscu.

Gdyby każdy pisał tak, jak pisze King, to mielibyśmy całe mnóstwo geniuszy i strasznie zubożony wybór na półkach w księgarni… Ale rozumiem twoje niezadowolenie, mogło być dłużej i bardziej. Ja zamierzyłem sobie, że tekst będzie wyglądał jak wygląda teraz, i nie zamieniłbym tego na kingowską wersję, chociaż chętnie taką bym przeczytał.

Także nie zgodzę się jeśli chodzi o robaka. Według słownika PWN robak to potocznie insekt, a insekt (również z definicji PWN) to owad. Tym łańcuszkiem dochodzimy do def. chrząszcza, który… jest owadem ;) Czyli robak może być chrząszczem ;)

Z opóźnieniem, bo mi internet padł, tylko parę słów o tym nieszczęsnym żuku robaku. Sęk w tym, że nie rozmawiamy tu o semantyce, a o tekście literackim, czy dane słowo jest trafnym wyrazem. A w twoim tekście słowo robak zwyczajnie nie pasuje, zgrzyta, gdyż w jakimś sensie dezawuuje twojego zjawiskowego żuka hipnotyzera, robi z niego pospolitego robaka. Robakiem określa się często kogoś w sensie pejoratywnym, pogardliwym.

A to i tak tylko w wypadku, jeśliby żuka rzeczywiście można nazwać robakiem, w co mocno wątpię. Robak to określenie potoczne, a żuk jest chrząszczem, i tak się powinno go przedstawiać. Nie wszystko do wszystkiego pasuje, tak samo – motyla również nazwałbyś robakiem?

I to tyle, więcej się nie rozpisuję, choć miałem więcej zastrzeżeń do twojego opowiadania, także do źle użytych słów. np gdzieś tam mnie zakłuło, że kundla nazwałeś wilkiem i tak dalej. Nie mam na co dzień dostępu do internetu, by dokładnie wszystko sprawdzić.

 

PS. “najgorsze emocje” – co to właściwie znaczy? Generalnie rzecz biorąc, emocje są po prostu emocjami, nie mają określnika, jeśli już, to tylko natężenie, np “olbrzymie emocje”.

Mnie wcale słowo robak nie zgrzyta. To zależy od tego, jakie kto ma wyobrażenie o owadach. Dla mnie chrząszcze od zawsze były robakami i nie widzę nic dziwnego w takim ich nazywaniu. Co do motyla – nie, nie nazwałbym go robakiem, bo właśnie dopiero nazwanie motyla robakiem by zgrzytało. Poza tym według mnie to nawet lepiej, że takie określenie stawia Żuczka na niższym stopniu, ponieważ on miał być tylko zwierzęciem, które zostało stworzone przez chorą wyobraźnię Moniki. Jeśli słowo robak go poniża (chociaż nie sądzę, aby tak było), to nawet lepiej.

Psa nazwałem wilkiem tylko raz, w odpowiedniej sytuacji. Nazwałem go tak w myślach przerażonego zboczeńca, który nawet nie wiedział, co ujrzał. A zobaczył strasznego, dosyć dużego psa, który w dodatku przemówił. “Wilk, który gada!”

Nie chodzi o określenie emocji. “Najgorsze emocje” miały jedynie pokazać czytelnikowi, że Monika czuła tylko te najbardziej negatywne. Oczywiście mógłbym napisać, że chodziło o przerażenie itp., ale po co, skoro jej stan można było opisać w dwóch słowach, które, myślę, że odpowiednio oddały to, co czuła dziewczyna, biorąc pod uwagę, jak została zarysowana sytuacja.

“Najgorsze emocje” – najkrócej mówiąc, dziewczyna się bała, odczuwała lęk, i tak to się powinno określić. Nie jestem językoznawcą, więc fachowo ci tego nie wytłumaczę, ale uwierz mi, “najgorsze emocje” to błędne wyrażenie. A w najlepszym przypadku – mało klarowne, a w tekście literackim powinno się dbać o jak największą klarowność wypowiedzi. Podobnie z robakiem, jeśli ci się podoba, no to trudno, masz prawo. Ale ja bym nigdy nie nazwał robakiem swojego tak wycackanego bohatera.

Ok, pomyślę, jak zmienić te najgorsze emocje.

Z opóźnieniem co niestety ostatnio u mnie jest norma. Przyznam, że po takim czasie najlepiej pamiętam żuczka. Ta postać wyszła ci zdecydowanie najciekawiej. Ogolnie tekst ma ciekawy klimat i postaci, ale motyw z gwałtem użyty troche zbyt nachalnie i sztucznie. Fabuła nie powala. Warsztat bywa nierówny. Stąd moje NIE choć wahalam sie do końca ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dziękuję, Tenszo, za komentarz :)

Nowa Fantastyka