- Opowiadanie: Sarial - Łowcy - Ahmed

Łowcy - Ahmed

   Witam ponownie, tym razem zapraszam do bliższego poznania Łowcy Ahmeda. Delikatnie przygłuchego, miłośnika sztuki wybuchów.  Mam nadzieję, że to opowiadanie/fragment jak kto woli,  rozświetli trochę całość projektu. Jakby ktoś się interesował w tekście pojawiają się nawiązania bezpośrednie do:

1 – Gry Gothic 

2 – Animacji i komiksu Naruto

3 – ogólnego kanonu fantasy

4 – Aktualnej polityki

  i wiele pomniejszych. Mam nadzieję, że ten tekst bardziej przypadnie do gustu.

 

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Łowcy - Ahmed

 Wśród wysokich traw, uginających się pod naporem wiatru, harcowały sobie różnorakie stworzenia. Od wielkich gadów, po małe myszki. Przebiegały one to z jednej to z drugiej strony. Tu gdzieś jedno żarło drugie, trzecie skubało trawkę, a jeszcze inne popijało wodę z pobliskiej rzeczki. Słowem, idealna harmonia. Wszystko było takie piękne. Nawet pojedyncze demony nie zakłócały krajobrazu, a już tym bardziej nie robił tego ukryty jakieś, dwieście metrów od nich, łowca. W ciemnozielonym płaszczu pokrytym trawą był praktycznie niewidzialny. Jedynym, co mogło go zdradzać, była długa na ponad metr, ciężka kusza. Czekał tu już trzeci dzień. Trzy dni. Bez najmniejszego ruchu. Dla łowcy Ahmeda była to norma. Jak był jeszcze uczniem, jego mistrzyni kazała wytrzymywać znacznie dłużej. Wtedy nauczył się kontrolować prace organów, by wprowadzać się w stan, niemalże wegetacyjny. Czekał niczym uśpiona bestia, gotowa w każdej chwili się przebudzić i ruszyć do działania.

Nawet uśmiech nie rozświetlił mu brodatej twarzy, gdy w polu widzenia znalazł się jego cel. Demonolog. Tego chciał uśmiercić jednym, czystym strzałem, a dla stada jego ulubieńców miał już przygotowaną niespodziankę. Wystrzałową można by rzecz. Poruszył się delikatnie. Podniósł wyżej kusze i oparł ją na dwunogu. Miał teraz cel jak na dłoni. Tylko poczekać, aż się odwróci w drugą stronę i będzie można… Nacisnąć spust.

Natychmiast po zwolnieniu mechanizmu, rozległ się charakterystyczny wydźwięk i bełt poszybował do celu. Ahmed natomiast po oddaniu strzału przygotował się do następnego. Przy pomocy specjalnej dźwigni napiął cięciwę i osadził kolejny pocisk w łożu. Całość trwało może półtorej sekundy. Dwa szybkie, wyszkolone ruchy. Westchnął. Zdjął bełt, schował do torby przy pasie oraz ponownie przy pomocy dźwigni, zwolnił cięciwę. Wstał.

Demonolog zadziałał zgodnie z instynktem, odwrócił się by zbadać źródło hałasu. Nie była to zbyt mądra decyzja. Pocisk przeszył mu pierś i wyleciał z drugiej strony. Jego wierne demony w niemal jednej chwili rzuciły się w stronę z której nadleciał bełt. Gdy znalazły się jakieś sto metrów od łowcy, ten akurat wstawał. Widząc zbliżających się gości, uniósł dłonie ku niebu. W jednej trzymał mały, krystaliczny przedmiot. Nabrał powietrza i krzyknął:

– Allah Akbar!

I nacisnął przycisk na detonatorze, bo tym był ów przedmiot. Wybuch wstrząsnął wszystkim, wyrzucając fontannę ziemi i pyłu. W jednej chwili cała harmonia zniknęła. Spłoszone wybuchem zwierzęta, zaczęły uciekać na wszystkie możliwe strony, a łowca jakby nigdy nic, otrzepał się z ziemi, ominął dziurę powybuchową i podszedł do trupa czarnoksiężnika. Zabrał mu sakiewkę, księgę, dwa pierścienie oraz medalion. Nie chciało mu się tachać jego głowy, szczególnie, że było dość ciepło. Uznał, że jego przedmioty wystarczą. Czuł się z siebie dumny. Sztuka eksplozji. Piękne. Jedyna prawdziwa sztuka godna zapamiętania. Ta ulotność! Ta siła! To uczucie! Nie do opisania.

Zachwycając się w dalszym ciągu i zapominając o świecie, Ahmeda dumnie powracał z wykonanej misji. Miasto było stosunkowo niedaleko, a że patrząc na białą barwę słońca, było dopiero południe, to istniała nadzieja na dotarcie jeszcze za dnia.

Mimo przewidywań, wkroczył do miasta chwilę po zmroku. Fakt, musiał dać w łapę strażnikowi za otworzenie furtki w bramie, ale mniejsza o to. Był na miejscu, a że i tak ratusz zastał zamknięty, skierował swe kroki do gospody. Czuł cholerny głód, tak więc zamierzał najeść się i udać na spoczynek. Zresztą jak zwykle po takiej robocie. Ogólnie bardzo nie lubił pracować sam. Jego kieszeń zawsze była wtedy niemal pusta. Miało to związek z jego niechęcią do nocowania pod chmurką oraz słabością do wykwintnych posiłków, którą inni hamowali. A także, choć nie chciał się do tego przyznać, z jego własną złą sławą.

Teraz jednak przekonany, że jutro napełni mieszek, dumnie wmaszerował do najlepszej karczmy w mieście. Zamówił bardzo drogą kolację, wykwintny alkohol oraz klasyczny kufel piwa. O najlepszym możliwym pokoju już nie wspomnę. Tak. Ahmed bardzo lubił wydawać pieniądze. Szczególnie w domach rozpusty o nieposzlakowanej opinii, ale to kwestia inna, zupełnie inna.

Gdy rozsiadał się przy stole, a służka podawała mu pełny kufel, czuł się niczym król. Uwielbiał smakować te pełne zazdrości spojrzenia ludzi, elfów czy innych rozumnych. W swoim mniemaniu był wtedy ważniejszy, niż  w istocie.

– Pozwól pan, żem się dosiądę.

Naprzeciwko niego usiadł rudowłosy krasnolud. Łowce niezwykle dziwiło to jak rzadko widywał krasnoludy z brodami. Większość była krępa jak powinna. Niska, jak powinna, ale do cholery, nigdy nie miały bród, jak powinny! Ten na całe szczęście takową posiadał. „Jest nadzieja dla tego świata”, pomyślał Ahmed, dokładnie lustrują warkocze, które zdobiły krasnoludzki zarost.

– Daj panna cały dzban piwa i gorzałkę – zakomendował krasnolud. – Za kolacje tego pana też płacę!

Łowca Ahmed uniósł brwi. Wysoko. Był szczerze zdziwiony, ale jak dają to trzeba brać, więc nic nie komentował. Podziękował wysoko unosząc kufel, a krasnolud z uśmiechem zagadnął:

– Z łowów wraca?

– Ano.

– Nadzieję mam, że udane.

Ahmed nie usłyszał końcówki, bo właśnie brał porządny łyk piwa, ale dla bezpieczeństwa przytaknął.

– Miałbym dla łowcy robotę. Jeżeli łowca zainteresowany.

Tutaj nastawił pilniej ucha, a krasnolud kontynuował.

– Ino w kopalni mojej zaroiło się od tych demonicznych pomiotów i całe wydobycie szlag trafia!

W jednej chwili łowca zmarkotniał. Kopalnia… nie można używać bomb. Bo inaczej wszystko skończy się jak w Starym Obozie. A tego nikt by nie chciał.

-… no i potrzeba mi pomocy dobrego łowcy!

Łowca oprzytomniał. Nie słyszał większości informacji. W sumie i tak nie miał nic do roboty, a żadne złoto nie śmierdziało.

– Ile pan zapłaci?

Krasnolud podrapał się po głowie.

– A w jakiej walucie chcecie?

– Hmmm… jadę później do Ravengardu, do ziomka, to najlepiej w koronach, albo dukatach.

– No to, co powiecie na czterysta dukatów?

Łowca cmoknął z niezadowolenia. Dukat stał słabo, a za cztery stówy to miesiąc ciężko przeżyć, przy jego wydatkach.

– Może z siedemset? – zapytał z nadzieją w głosie. Nie zauważył błysku w oku krasnoluda.

– Nooo… – przeciągnął się ten. – Jestem skłonny zapłacić pięćset. No, a nawet niech będzie moja strata. Pięćset pięćdziesiąt.

Nie był to może szczyt Ahmedowych marzeń, zasuwać po kopalni za nieco ponad pięćset plus, ale…

– Zgoda.

Przybili umowę kufelkiem, a kolacja w końcu wjechała na stół. Zaraz po niej, nim Ahmed udał się do pokoju, został jeszcze zaczepiony przez swego najemcę.

– Pamiętaj! W południe przy wschodniej bramie!

Łowca pokiwał głową i wspiął się do swojej kwaterki. Zamknął się, zostawił klucz w drzwiach i usnął. Musiał się porządnie wyspać, po tym długim oczekiwaniu. Nie czuł może zmęczenia fizycznego. Znacznie bardziej męczyło to mentalnie.

Gdy tylko wstał i zjadł szybkie śniadanie, udał się do ratusza. Chciał wszystko załatwić jak najszybciej, a poza tym nie miał pojęcia, dlaczego krasnolud nalegał na spotkanie przed bramą. A tym bardziej czemu akurat przed wschodnią.

Bezpośrednio po odebraniu nagrody, udał się do kowala. Miał bardzo dużo czasu, a przydałoby się naostrzyć ostrza i groty. Rzucił właścicielowi kilka monet za użyczenie osełki i wziął się do roboty. Praca szła mu całkiem szybko, mimo to naostrzenie prawie dwustu bełtów trochę mu zajęło. W sumie był na to przygotowany i właśnie po to tu przyszedł. Zabijał czas. Co jakiś czas wpatrywał się w żółte słońce, które powoli przechodziło w biel południa. Westchnął. Zmiana barwy słonecznej od delikatnej żółto-zieleni poranka, po szkarłat zachodu zawsze go intrygowała. Nie mogli z Drozdkiem dojść do porozumienia, czy to specyfika samej gwiazdy, czy atmosfery, a może obecność pierwiastka magicznego. Szybko jednak porzucił te rozmyślania, gdy delikatnie skaleczył sobie kciuk grotem. Przeklną i skupił się w całości na pracy.

Gdy nadeszła odpowiednia pora, niezwłocznie udał się na miejsce spotkania. Niechętnie zresztą. Aktualnie powinien się bawić, a nie spotykać z krasnoludem… Jakby to była jakaś ładna panna, to tak, ale krasnolud? Nie, to zdecydowanie nie leżało na liście jego priorytetów. Ale złota to złoto. Nigdy nie wiadomo, kiedy trafi się znów okazja na taką ładną sumkę.

Dotarł na miejsce jeszcze przed zleceniodawcą. Nie mając już nic lepszego do roboty, oparł się o mur i obserwował chmurki. Walczył też z ochotą ustrzelenia jakiegoś ptaszka, co stało się jego ulubionym sposobem walki z nudą. Nieraz obrywało mu się za to od mistrzyni. Tia… Skylia bardzo nie lubiła, gdy ktoś bez potrzeby odstrzeliwał zwierzaki.

– Panie łowco!

Spojrzał w bok. Krasnolud podjechał na wozie, razem z nim było jeszcze kilku jego współplemieńców w ciężkich płytówkach, z pawężami i szerokimi obusiecznymi mieczami. I tu nadzieja Ahmeda zgasła. Bowiem towarzyszę najemcy jego bród nie posiadali, każdy za wyjątkiem jednego był gładziutki, a wyjątek miał jedynie wąsa. Westchnął, to naprawdę nie było teraz ważne, ale delikatnie psuło mu to klimat fantasy.

– Pakuj się pan i jedziemy!

Ahmed zamarł z podniesioną nogą. Spojrzał na krasnoluda i przekrzywił głowę.

– Gdzie?

Krasnolud zaczął się śmiać.

– Już nie pamiętacie mistrzu? Do Lioru.

Łowca odetchnął i wszedł na wóz. Już myślał ze chcą go wywieść w te swoje legendarne góry. Ale i tak do Lioru mieli tym wozem jakieś cztery dni, patrząc na dość spory ładunek. Znacznie szybciej doszedł by na piechotę, aczkolwiek i tak pewnie musiałby na nich czekać. O tyle szczęście, że miał z kim żartować.

Krasnolud okazał się być, jak na karła, całkiem zabawnym towarzyszem podróży, choć niektórych żartów Ahmed za cholerę nie rozumiał.

– A powiedz mi no to, jak to jest z tym waszym czarnym humorem – zapytał krasnolud. Łowca podrzucił wysoko trzymany w ręce bełt.

– No cóż, raz na demonie, raz pod demonem, a i czarny humor jest jak demon. Nie każdy go załapie.

Efektownie złapał spadający bełt. Nawet na niego nie spoglądając. Całe towarzystwo patrzyło na całą scenę z szeroko otwartymi oczami, a gdy złapał bełt rozległy się okrzyki podziwu. Mimo wszystko nikt się nie zaśmiał. Wszyscy byli zbyt skoncentrowani na bełcie. Zawiódł się. Jego najemca poklepał go po plecach. Łowca przez chwilę myślał ze zaraz krzyż mu strzeli.

 – Zacne, panie łowco, zacne! Masz coś jeszcze?

– Czym się staje elf gdy zginie? Nawozem.

Śmiertelna cisza. Ahmed upomniał sam siebie. Elfy były tutaj całkiem szanowane, a szczególnie legiony…

Wszystkie krasnoludy zaczęły się śmiać.

– No topór wodza! – ponownie poklepany po plecach Ahmed naprawdę miał ochotę wyskoczyć. – Już dawno nie słyszałem jak ktoś tak pojechał po elfach!

– Jaka jest różnica między druidem i dendrofilem? Żadna.

Ponownie wozem wstrząsnęły śmiechy. Ahmed był tym wielce uradowany. Zaczynał wchodzić w swój żywioł. Teraz trzebało tylko nie stracić weny do końca podróży.

Cztery dni później byli pod bramami Lioru. Górniczego miasta na wschodzie Roni. Ruch był tu taki, że wszystko tutaj szło…

– Topornie. Wszystko idzie tutaj, topornie.

Krasnoludy znowu zaśmiewały się do rozpuku. Taka mało wymagająca i wręcz prostaczka widownia, wielce łowcy odpowiadała. Teraz jednak tak się wynudził przez te cztery dni, że miał ochotę w końcu wysadzić kilka demonów. Tak jak dojechali pod Lior o poranku, tak wjechali do niego w południe. Wszystkie wozy były dokładnie przeszukiwane oraz strażnicy dopytywali się o wiele pierdół. Zdaniem łowcy, zupełnie niepotrzebnie.

Gdy w końcu rozładowali wóz, krasnolud zaprowadził Ahmeda do swego biura. Czekał tam już wysoki, czarnooki elf. Tylko jedno z tych oczu było widoczne, drugie zasłaniała długa grzywka. A to jedyne łypało na łowcę nieprzyjaźnie.

Krasnolud zwrócił się do łowcy:

– To jest Greywind. Dowódca mojej straży. Greywindzie, ten oto łowca rozwiąże nasze problemy, wprowadzać go w szczegóły. Ja muszę się zająć ważniejszymi sprawami.

Mówiąc to wyszedł. Elf wskazał łowcy krzesło, po czym sam zajął miejsce naprzeciwko.

– Zacznę od razu od konkretów. W naszej kopalni zaroiło się od charpionów, cesiti i innych upierdliwych impowatych, poza wyrgami. Do tego podejrzewam obecność jakiegoś zmiennokształtnego, albo nawet pustoszyciela. Czegoś inteligentniejszego niż impowate. Jak cię tak w ogóle zwą? – zapytał po chwili ciszy.

– Jestem Ahmed.

W jednej chwili wzrok elfa się zmienił. Łowca mógł przysiądź, że w jego oku pojawiło się rozczarowanie.

– Jesteś – zaczął powoli elf. – Najgorszym. Łowcą. O jakim. Słyszałem.

 Ahmed uśmiechnął się rozbrajająco.

– Ale słyszałeś o mnie! – puścił oczko.

– Fakt.

Elf wstał i podszedł do okna.

– Twoje zadanie jest dziecinnie proste. Na tyle, że chyba nawet ty podołasz. Ubijesz wszystko, co się rusza i wygląda jak gówno oraz wysadzisz przejście z którego wyłażą. Rozumiemy się?

Uśmiech łowcy śmiało można nazwać od ucha do ucha.

– Wybuchy to moja pasja.

****

 

Zjeżdżając mrocznym szybem Ahmed już się cieszył. Ładował bełty do magazynków kusz ręcznych i gotował się do walki. Spodziewał się ataku jak tylko znajdzie się na samym dole, a mógł liczyć na spore towarzystwo. Czekał. Słyszał jedynie jęk lin oraz spadające krople wody. Gdy jednak tylko ujrzał pierwsze płonące ślepia od razu strzelił. Prosto między nie.

****

 

Wszędzie wokół walały się szczątki. Ahmed kroczył między nimi szukając życia. Było tak jak mówił elf. Same impowate, różnego sortu. Nic, co mogłoby zagrozić sprawnemu łowcy. Sami łowcy mieli lekką urazę do tego typu demonów, to one jako pierwsze powitały ich w tym świecie. Mimo wszystko została jeszcze kwestia tutejszego przywódcy, o ile takowy tutaj występował. Kierując się otrzymanymi przed wejściem wskazówkami, szedł ciągle w dół. Mimo, że było coraz cieplej. Zaklął. Znał takie historie. Idzie, idzie i wchodzi w bagno. Prosto w legowisko lorda demonów. Skylia opowiadała o takich historiach półżartem, półserio, ale zawsze była wtedy lekko nieobecna. Jakby wracała do wspomnień, o których lepiej zapominać.

Mimo zwątpienia poruszał się naprzód. Już nie tak szybko, ale naprzód. Schował jedną kusze, a zamiast niej wysunął podwójne ostrze zamontowane na przedramieniu. Z kuszą w lewej ręce i ostrzem na prawej, kroczył dalej. Każdego napotkanego demona częstował stalą. Mimo to dalej nie było nic niebezpiecznego. W końcu prosto z korytarza wszedł do dużej pieczary i zamarł. Wylęgarnia. Na końcu stała królowa, składająca kolejne jaja, a wokół pałętało się mnóstwo pomniejszych robotnic. Impy nie na darmo zwano rojnikami. Ahmed mimowolnie uśmiechnął się na samą myśl o wysadzeniu tego wszystkiego. Ponownie schował się za rogiem i zaczął wyjmować kolejne ładunki z magicznej torby. Dodatkowo zaczął odpinać bomby i miny spod płaszcza oraz od paska. Zamontował kilka na wejściu, a resztę miał zamiar porozrzucać po całej komorze. Do każdego zestawu dodawał magiczny zapalnik, które swego czasu przygotowywała dla niego Heniek.

Odetchnął i wbiegł prosto w serce wylęgarni. Przez chwilę demony zamarły, a on rozrzucał ładunki, jednak później rzuciły się na niego. On teraz jednak tylko błagał, by któryś z tych durnych cesiti nie trafił kulą ognia w jeden z ładunków. Jeśli by trafił, byłoby po ptakach. Wzmocnionym kopnięciem posłał jedną z robotnic prosto na bandę jej pobratymców, przy okazji na lecące akurat z tamtej strony ogniste pociski. Susem ominął jakiegoś przerośniętego charpiona o skłonnościach bersekerskich, cały czas rzucając tu i ówdzie, przygotowane paczuszki. 

Gdy tylko wyrzucił ostatni z ładunków, zaczął biec do wyjścia. Saltem przeskoczył przez grupę demonów z przodu. Z powietrza, wyglądały one jeszcze gorzej niż w rzeczywistości. Dzięki takiemu manewrowi miał już czystą drogę. Ale zanim wbiegł do tunelu prowadzącego do głównego szybu, poczęstował przeciwników jeszcze dwiema niespodziankami. Bombą dymną, oraz magicznym, ładunkiem błyskowym. Dawało mu to dużo czasu na ucieczkę oraz całkowicie dezorientowało przeciwników. Wpadł do tunelu, odbijając się od ścian, okazyjnie strącając jeden z ładunków tam zamontowany, i popędził ile sił w nogach w górę szybu. Dopiero tam będąc, uznał że może bezpiecznie detonować.

– Allah Akbar!

Wstrząs poruszył wszystkim. Z góry zaczęły spadać odłamki, a sam łowca, aż padł na kolana. Domyślał się, że nawet ci na górze musieli podobnie poczuć skutki, o ile nie mocniej. Ale zadanie zostało wykonane, tak więc usiadł na belce, pociągnął dwa razy za sznur i czekał, aż zaczną go wciągać na górę. Siedział tak, uśmiechając się, gładził swoją piękną brodę.

– I kto powiedział, że z detonacji to wyżyć się nie da?

„Przyszedł czas odebrać swoje pięćset plus”. 

Koniec

Komentarze

Mam nadzieję, że to opowiadanie/fragment jak kto woli…

To czy tekst jest opowiadaniem, czy fragmentem, nie zależy od tego, co kto woli.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

IMO – raczej opowiadanie. Przygoda zakończona, opowieść zamknięta.

Tekst lepszy niż wiersz, ale to słaby komplement.

Fabuła mnie nie urzekła – żadnych zaskakujących zwrotów akcji. Bohater wkurzający – nie lubię, kiedy ktoś zawiera umowę, nawet nie wiedząc, o co chodzi i do czego się zobowiązuje.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego uważał, że krasnoludy powinny mieć brody, skoro zazwyczaj nie miały. To znaczy OK – nabijasz się ze stereotypów fantasy, ale skąd Twój bohater je zna?

Z wykonaniem tak sobie – interpunkcja kuleje, sporo literówek, powtórzenia, czasami jeszcze coś innego się posypie…

Był na miejscu, a że i tak ratusz był zamknięty, skierował swe kroki do gospody. Był głodny więc miarkował się najeść i udać na spoczynek.

Byłoza. Przecinek po “głodny”. Co według Ciebie znaczy “miarkować się”?

Zamówił bardzo drogą kolację, wykwintny alkohol oraz klasyczny kufel piwa.

Nie wiedział, że lepiej nie mieszać?

Gdy rozsiadał się przy stole, a służka podawała mu pełny kufel czuł się niczym król. Uwielbiał czuć na sobie pełne zazdrości spojrzenia ludzi, elfów czy innych rozumnych. Czuł się wtedy ważniejszy niż był w istocie.

Powtórzenia. Przecinki po “kufel” i “ważniejszy”.

zasuwać po kopalni za niecałe pięćset plus, ale…

Dlaczego niecałe, skoro zgodzili się na 550?

Babska logika rządzi!

nabijasz się ze stereotypów fantasy, ale skąd Twój bohater je zna

 

Tutaj trzeba wrócić do opowiadania pierwszego pt. Łowcy – początek, bohater jest chłopakiem z naszej rzeczywistości

miarkował – zamierzał w tym znaczeniu, jeżeli to tak nie działa to przepraszam mój błąd 

Nie wiedział, że lepiej nie mieszać?

Podejrzewam, że dla niego to nie pierwszyzna :) 

 

Dlaczego niecałe, skoro zgodzili się na 550?

Tu mnie masz, faktycznie jak na to teraz patrzę na naprawdę niefortunnie to sformułowałem 

 Biorę się za poprawki. 

 

"Drżyjcie śmiertelni, bowiem jestem cieniem samego Imperatora"

Też nie. “Miarkować” to ograniczać. SJP podaje, że jeszcze “domyślać się, wnioskować”, ale nie znam tego znaczenia. “Zamiarować”.

 

Edytka: O, komentarz Anet zniknął.

Babska logika rządzi!

Też nie. “Miarkować” to ograniczać. SJP podaje, że jeszcze “domyślać się, wnioskować”, ale nie znam tego znaczenia. “Zamiarować”.

 

Edytka: O, komentarz Anet zniknął.

A ja już poprawić zdążyłem by się dowiedzieć, że źle poprawiam :> 

 

 A jak z ogólnym humorem? przemawia, piszczy w trawię, czy ponuro jak w kościele?

"Drżyjcie śmiertelni, bowiem jestem cieniem samego Imperatora"

Do mnie humor nie trafił, ale jedna wrona jesieni nie czyni.

Babska logika rządzi!

Przepraszam Was, masz rację, Finklo.

Spotkałam się z używaniem słowa “miarkować” w znaczeniu “zamierzać”, jednak rzeczywiście słownik PWN nie podaje takiej możliwości.

Spotkałam się z używaniem słowa “miarkować” w znaczeniu “zamierzać”, jednak rzeczywiście słownik PWN nie podaje takiej możliwości.

 

Właśnie ja też się spotkałem i byłem święcie przekonany, że można to tak stosować 

"Drżyjcie śmiertelni, bowiem jestem cieniem samego Imperatora"

Przepraszam Cię, Sarialu, bo nie chciałam Cię wprowadzić w błąd.

Hmmm. Jeśli obydwoje się spotkaliście, to może można. Słownik nie wie wszystkiego.

Ale może to jakiś regionalizm…

Babska logika rządzi!

 Dla bezpieczeństwa po prostu to zastąpiłem, nie ma co gdybać

"Drżyjcie śmiertelni, bowiem jestem cieniem samego Imperatora"

W zasadzie tylko w słowniku staropolskim [tutaj] znalazłam jeszcze jedno znaczenie (”powodować się”). 

Być może to tylko znaczenie potoczne. Co do regionalizmu, trudno mi powiedzieć, jestem z Mazowsza, więc wiadomo, wszystko pomieszane ;)

Bardzo schematyczne opowiadanie. Ot, taka sobie, całkiem typowa opowiastka fantasy – w karczmie, jak każe tradycja, Ahmed przyjmuje zlecenie, wyrusza na miejsce w towarzystwie krasnoludów, a potem wykonuje zadanie. W tekście nie dostrzegłam ani absurdu, ani parodii, nic mnie, niestety, nie zdołało rozbawić. :(

Tę część Łowców także czytałam z trudem, albowiem mnóstwo w niej błędów wszelakich.

Mam nadzieję, że przed publikacją kolejnych części postarasz się o należytą ich jakość.

 

ukry­ty ja­kieś, dwie­ście me­trów od nich, łowca. W ciem­no­zie­lo­nym płasz­czu po­kry­tym trawą… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Cze­kał tu już trze­ci dzień. Trzy dni. –> Czy to powtórzenie jest konieczne?

 

Wy­strza­ło­wą można by rzecz. –> Literówka.

 

Pod­niósł wyżej kusze i oparł ją na dwu­no­gu. –> Literówka.

 

Ca­łość trwa­ło może pół­to­rej se­kun­dy. –> Literówka.

 

Wy­buch wstrzą­snął wszyst­kim, wy­rzu­ca­jąc fon­tan­nę ziemi i pyłu. W jed­nej chwi­li cała har­mo­nia znik­nę­ła. Spło­szo­ne wy­bu­chem zwie­rzę­ta, za­czę­ły ucie­kać na wszyst­kie moż­li­we stro­ny, a łowca jakby nigdy nic, otrze­pał się z ziemi, omi­nął dziu­rę po­wy­bu­cho­wą i pod­szedł… –> Powtórzenia.

 

Czuł się z sie­bie dumny. –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Był z siebie dumny. Lub: Czuł się dumny.

 

Ah­me­da dum­nie po­wra­cał z wy­ko­na­nej misji. –> Literówka.

 

– Po­zwól pan, żem się do­sią­dę. –> Tak nie powiedziałby nawet krasnolud, już raczej: – Po­zwól pan, że się do­sią­dę?

 

Łowce nie­zwy­kle dzi­wi­ło… –> Literówka.

 

Więk­szość była krępa jak po­win­na. Niska, jak po­win­na… –> Ktoś krępy jest niewysoki z definicji.

 

– Daj panna cały dzban piwa i go­rzał­kę – za­ko­men­do­wał kra­sno­lud. –> Pewnie miało być: za­ko­men­dero­wał kra­sno­lud.

 

– Za ko­la­cje tego pana też płacę! –> Literówka.

 

bo wła­śnie brał po­rząd­ny łyk piwa… –> Raczej: …bo wła­śnie przełykał po­rząd­ny haust piwa

 

-… no i po­trze­ba mi po­mo­cy do­bre­go łowcy! –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpuza.

 

Łowca po­ki­wał głową i wspiął się do swo­jej kwa­ter­ki. –> Łowca po­ki­wał głową i wspiął się do swo­jej kwa­ter­y.

Poznaj znaczenie słowa kwaterka.

 

a przy­da­ło­by się na­ostrzyć ostrza i groty. –> Brzmi to nie najlepiej.

 

na­ostrze­nie pra­wie dwu­stu beł­tów tro­chę mu za­ję­ło. –> Raczej: …na­ostrze­nie pra­wie dwu­stu beł­tów tro­chę trwało.

 

Za­bi­jał czas. Co jakiś czas wpa­try­wał się… –> Powtórzenie.

 

Zmia­na barwy słonecznej od de­li­kat­nej żół­to-zie­le­ni po­ran­ka, po szkar­łat za­cho­du za­wsze go in­try­go­wa­ła. –> Zmia­na barwy słońca, od de­li­kat­nej, żół­tozie­lonej o po­ran­ku, po szkar­łat za­cho­du, za­wsze go in­try­go­wa­ła.

 

Prze­klną i sku­pił się w ca­ło­ści na pracy. –> Prze­klął i sku­pił się na pracy.

Czy przedtem pracował w jakiejś części?

 

Nie, to zde­cy­do­wa­nie nie le­ża­ło na li­ście jego prio­ry­te­tów. –> Nie, tego zde­cy­do­wa­nie nie było na li­ście jego prio­ry­te­tów.

Na liście coś może się znajdować/ być, ale nie leżeć.

 

Bo­wiem to­wa­rzy­szę na­jem­cy jego bród nie po­sia­da­li… –> Literówka.

 

a wy­ją­tek miał je­dy­nie wąsa. –> Jednego???

 

Gdzie? –> Raczej: Dokąd?

 

Znacz­nie szyb­ciej do­szedł by na pie­cho­tę… –> Znacz­nie szyb­ciej do­szedłby na pie­cho­tę

 

– A po­wiedz mi no to, jak to jest z tym wa­szym czar­nym hu­mo­rem – za­py­tał kra­sno­lud. –> Skoro krasnolud zapytał, wypowiedź powinien kończyć pytajnik.

 

Nie każdy go za­ła­pie. Efek­tow­nie zła­pał spa­da­ją­cy bełt. –> Powtórzenie. Zdanie dalej znowu masz złapaćbełt, a w jeszcze kolejnym, następny bełt.

 

Teraz trze­ba­ło tylko nie stra­cić weny…–> Domyślam się, że pewnie miało być: Teraz trze­ba by­ło tylko nie stra­cić weny

 

Ruch był tu taki, że wszyst­ko tutaj szło… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Taka mało wy­ma­ga­ją­ca i wręcz pro­stacz­ka wi­dow­nia… –> Literówka.

 

Wszyst­kie wozy były do­kład­nie prze­szu­ki­wa­ne oraz straż­ni­cy do­py­ty­wa­li się o wiele pier­dół. –> …prze­szu­ki­wa­ne, a straż­ni­cy do­py­ty­wa­li się

 

Łowca mógł przy­siądź, że w jego oku po­ja­wi­ło się roz­cza­ro­wa­nie. –> Łowca mógł przy­siąc

Poznaj znaczenie słowa przysiądź/ przysiąść.

 

kwe­stia tu­tej­sze­go przy­wód­cy, o ile ta­ko­wy tutaj wy­stę­po­wał. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Sky­lia opo­wia­da­ła o ta­kich hi­sto­riach pół­żar­tem, pół­se­rio… –> Sky­lia opo­wia­da­ła o ta­kich hi­sto­riach pół­ żar­tem, pół ­se­rio

 

Do każ­de­go ze­sta­wu do­da­wał ma­gicz­ny za­pal­nik, które swego czasu przy­go­to­wy­wa­ła dla niego He­niek. –> Do każ­de­go ze­sta­wu do­da­wał ma­gicz­ne za­pal­niki, które

 

Jeśli by tra­fił, by­ło­by po pta­kach. –> Jeśliby tra­fił, by­ło­by po pta­kach.

 

Wzmoc­nio­nym kop­nię­ciem po­słał jedną z ro­bot­nic… –> Czym było wzmocnione kopnięcie?

 

Wpadł do tu­ne­lu, od­bi­ja­jąc się od ścian, oka­zyj­nie strą­ca­jąc jeden z ła­dun­ków… –> …przypadkiem/ niechcący strą­ca­jąc jeden z ła­dun­ków

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poznaj znaczenie słowa przysiądźprzysiąść

 

I tu się kłania moja wymowa, a w innych częściach fakt, że to też jedno z pierwszych opowiadań, a myślałem, że pozbyłem się większości takich kruczków. Dziwie się, że nie widzisz parodii i absurdu. Ogólnie podejrzewam, że dla wasz doświadczonych osób jest to za proste, zbyt banalne, ale o to w tym chodzi. Jak tylko wrócę do domu od razu poprawię! Dzięki! 

 

Czym było wzmocnione kopnięcie?

Faktycznie, trochę w złej kolejności opublikowałem. Łowcy, potrafią korzystać z energii ducha, chi, chakry, jak zwał tak zwał ^^ by wzmacniać swoje uderzenia, biegać po pionowych ścianach itd. Zamieszczę notkę w tekście o tym

"Drżyjcie śmiertelni, bowiem jestem cieniem samego Imperatora"

Witam, opowiadanie niestety trochę słabe. Za mało się dzieje, gdzie akcja?

Przez połowę opowiadania bohaterowie gadają o żartach, które mnie nie rozbawiły. Ogólnie zbyt szczegółowo wszystko opisujesz; to czy bohater zjadł śniadanie i czy się wyspał jest mało interesujące. Jakbyś wyciął te nudne opisy, żarty i dodał więcej akcji to byłoby lepiej. 

Sam w Gothica grałem mnóstwo razy i jestem fanem. Ale tam cały czas się coś dzieje. Gra toczy się od jednego zadania do drugiego i po drodze można jeszcze zrobić całą masę innych ciekawych rzeczy. Wyobraź sobie jakby Bezimienny tylko siedział w karczmie, pił i żartował z kimś, to nawet w grze by mnie to znudziło.

Jednak mam nadzieję, że Twój każdy kolejny tekst jaki napiszesz, będzie coraz lepszy! ;)

 

Jeśli chodzi o pierwszy raz, to nie jest najgorzej. Widywałem na portalu o wiele gorsze “kfiatki”.

Umiesz snuć opowiadanie, podążać z historią miejsca na miejsce, poprowadzić znośny dialog, coś opisać – jakaś akcję, jakąś scenkę. To zdecydowanie na plus.

Na minus – liczne błędy i treść. Kompletnie niezajmująca. Jeszcze jakiś czas temu (rok, może dwa) przeczytałbym całe opowiadanie od deski do deski, ale obecnie cenię swój czas. Tak więc wybacz, ale po kilku akapitach tylko przeleciałem tekst wzrokiem, bo nie znalazłem w nim nic interesującego. Po prostu kolejny prześmiewczy pastisz gier komputerowych, suchych żartów i konwencji fantasy.

Żeby nie było, że tylko marudzę, to potraktuję cały incydent jako wprawkę pisarską i mam nadzieję, że w przyszłości przeczytam coś ambitniejszego z Twojej strony.

Pozdrawiam.

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nowa Fantastyka