- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Nekromanta

Nekromanta

Inne uniwersum niż poprzednie.

I z bohaterem, a nie tylko wydarzeniami.

Ale z akcją raczej szczątkową, bo nie ona ma tu znaczenia.

 

Edit

20.06. – poprawiona wersja, szczególnie w partiach późniejszych, czyli mniej oczywisty główny bohater, a i jego adwersarzowi udało się przechwycić nieco racji.

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Nekromanta

 

Nauczyciel w teorii kochał najbardziej to, że doświadczenie musiało ją potwierdzić. Chociaż projektowaniem bynajmniej nie gardził. Brało się to przede wszystko stąd, że był człowiekiem nauki. Przysłowiowym. Znał cechy charakterystyczne używanych ingrediencji, planował ich działanie, aczkolwiek zdarzało się, że ostatecznie w różnych zestawieniach i one go zaskakiwały, zyskując bardzo niepokojące, a przy tym zachwycające osobliwości. Cierpliwie je wynotowywał, dochodząc przy tym do frapujących wniosków, które kazały mu zmieniać dotychczasowe przekonania dotyczące natury świata. Był badaczem, stąd musiał wnikliwie zgłębiać naturę nietypowego zjawiska. Nie ustawał w tej pracy.

Do odziedziczonej biblioteki dodał kilka pozycji spisanych własną ręką. Ciesząc się, że kiedy już go nie będzie, a przecież nadejdzie taki czas, ludzkość i tak będzie korzystać z jego dorobku.

Podobne dzieła nieśmiertelne!

A już specjalnie takie, w których praktyka potwierdzała teoretyczne koncepty.

Żył tym!

Społecznik.

Niepewność co do wyniku jest wszak immanentną cechą doświadczenia, ostatecznego weryfikatora wcześniej żywionych założeń. Bo życie niespodziewane zawsze i nie przewidzisz, do czego doprowadzi, choćby, zdawałoby się, przemierzone zostały wszystkie ścieżki. Opowiadał to później dzieciom, które bywały zainteresowane albo absolutnie znudzone. Jak to małoletni. Całkowicie nie zaplanujesz ich reakcji, można mieć tylko nadzieję, że trud nie pójdzie na marne. Zatem warto kruszyć ich rozleniwienie efektownymi eksperymentami. Tacy niezmanierowani nadmiarem formalizmów uczniowie lubią jak coś wybucha albo rozdyma, uważają to za bardziej żywe i godne zainteresowania. Co przecież słuszne. Nuda to śmierć. Dbał o to, by na jego lekcjach nie ziewano, zawsze musiało coś się dziać. Świetnie! Co jednakże wymagało stosownych przygotowań. Niekrótkich, bo także wybuchy należało odpowiednio zaprojektować. A nie mogły się powtarzać. Wynika z tego, że nawet ukazanie niepowtarzalnego cudu natury wymaga wcześniejszych żmudnych planów i ćwiczeń. Stosowania rutyny.

Nauczył się, że wszystko warto zapisać, bo pamięć nie ogarnia. Niedaremna mitręga. Ile szczypt jednej ingrediencji, kiedy podanej, czy ciepłej, czy wręcz przeciwnie, zmieszanej, czy położonej jedna na drugiej warstwami. To miało znaczenie. Na koniec czy potraktowanej wstrząsem od węgorza, którego nie wolno brać w gołe ręce, by samemu nie paść bez zmysłów albo materii podpalonej i tak żrącej, że przepalającej spiżową tarczę.

A więcej niż bardzo zajmowali go adresaci całego widowiska.

Dzieciaki raz bywały zachwycone, a wtedy klaskały, piszczały, sprawdzało się pokazywanie wybuchów i w ogóle zjawisk niecodziennych o bardzo gwałtownym i widowiskowym przebiegu. Ale czasem rozwydrzone i marudne.

– To już było – mamrotały.

– Ależ nigdy – sprzeciwiał się.

Bo nie było. Przygotowania polegały na tym, że nie improwizował, a planował.

– Jak to nie? Kiedy było.

Uparciuchy!

Udowadniał. Był wymowny.

Prychały, buczały, nie chciały słuchać.

Wzorem innych, by uwagę pozyskać, wolał nie łapać za kij albo kazać klęczeć na grochu, choć to metody tradycyjne i o potwierdzonej skuteczności. Stawiał na pomysłowość. Czyli najpierw rozbawić. Przekonał się, że to sposób skuteczniejszy niż jakikolwiek inny. Ale zarazem też najtrudniejszy. Zabawa zawsze musi być jedyna w swoim rodzaju, co by nie mówić: oryginalna, choć nauka, to wszak mozół i rutyna polegająca na wielokrotnych powtórzeniach, w tym eksperymentu potwierdzającego prawdziwość teoretycznych rozważań.

Ponieważ do wszystkiego przystępował z nadludzką skrupulatnością, robiąc zestawienia, wykresy i statystyki, zatem po tym, jak zorientował się, że reakcje dzieci bywają niespodziewanie niekonsekwentne, począł notować na ich temat wszystko. Nie rezygnował ze zanalizowania choćby najmniej zasadnego drobiazgu. Przyglądając się uczniom, rozpoznawał który kiedy ma zdecydowanie zły dzień i niekorzystnie wpływa na kolegów. Odkrywał naturalnych przywódców, ale i tych, którzy całkiem niespodziewanie rządzili danego dnia. Nic nie uchodziło jego uwadze. Prowadził linie i strzałki. Ustalał moc oddziaływania. Ale nie spieszył się z ostatecznymi wnioskami. Analiza i interpretacja to zasadniczo rozbieżne kwestie. Jedna co prawda wynika z drugiej, ale nie należy ich pochopnie mieszać. Na każdą właściwy czas. Wszystko po kolei i po jednym. Mądra zasada. Jednak kiedy wieczorem odczytywał notatki, nie pojmował z nich nic. Żadne zachowanie dzieci nie wskazywało na katastrofę, jeśli się taka zdarzyła.

A była stałą.

Zatem ponownie odczytywał skrupulatnie sporządzone charakterystyki postaci, odnosił je do adekwatnych zachowań dorosłych.

Tym bardziej nic nie chciało mu się potwierdzić. Dorośli okazywali się przewidywalni. Śmiali się nawet z niezabawnych żartów, gratulowali sztampowych rozwiązań, bo sprawdzone, chwalili za ciekawą formułę, tym goręcej im bliższe związki łączyły ich z autorem takich nieekscytujących rozwiązań.

A dzieci nie.

Oczywiście nie zniechęcił się i tym gruntowniej oddał się analizie. Sporządził dodatkowe wykresy, rozbudował statystyki, na tablicy strzałki zataczały koła od ucznia do problemu. To była rzetelna robota.

Zakończona klęską

Jego odpowiedzią na brak rezultatów były jeszcze szerzej prowadzone badania. Przystąpił do nich z zapałem naukowca, uzbroił się w odpowiedni aparat badawczy, linijki, wskazówki i tabliczki do zapisywania, przygotował się teoretycznie i przez niekrótki czas jego uczniowie stali się celem naukowych działań.

Zaangażował się.

Dopiero po miesiącu doszedł do wniosku, że oszalał.

Dzieci oczywiście zanudził, bo nie zajmował się ukazywaniem im złożoności i cudowności świata, ale obiektem uczynił tych, których miał zachwycać. Gapił się na nie, zadawał bardzo podchwytliwe pytania, proponował rozwiązywanie testów. Uczynił je celem. Ostatecznie doprowadził do tego, że ziewały na zajęciach.

Co do niczego nie wiodło. Bo prawda taka, że ludzi nie zrozumiesz, ani dużych, ani tym bardziej małych.

Opowiedział o swych próbach dobremu przyjacielowi.

– Amikusie, widzisz, wprost oszalałem – tłumaczył, kiedy zasiedli nad winkiem w gospodzie.

Kapela cymbalistów dawała popis. Kamrat przytupywał i rozglądał się za rozrywkami.

Było ich parę, poniekąd.

– Niby czemu?

– Podmiot pomyliłem z przedmiotem.

Przyjaciel zaklaskał.

Zamrugał.

Ale puszczone oko zyskało odpowiedź w postaci wzruszenia ramion nieczułego obiektu.

Zasapał.

– A jaśniej nie umiesz? – burknął.

Amikus był dobrym przyjacielem, też badaczem, ale wypowiedzi cenił raczej proste i praktyczne, niżeli złożone i nazbyt wyrozumowane. I nawet wtedy, kiedy muzyki nie słuchał, i nie puszczał oka do dziewczątek.

– Nie badam ludzi, a zjawiska.

– A w tym rzecz. Niektórzy jednak badają ludzi – Amikus uśmiechnął się.

A obiekt pokzał mu coś ładnego.

Plecy.

– I do czego dochodzą?

– Inspirujących wniosków.

– Potwierdzonych doświadczeniem?

Amikus na chwilę oderwał się od obiektów, a zwrócił ku zaangażowanym cymbalistom. Strasznie dzwonili. Zastanowił się.

– Hm, nikt takich nie przeprowadza.

– Czemu?

– A co ty mnie tak odpytujesz, jakbym był wyznawcą podobnych praktyk? Nawet kwestii nie przemyślałem, bo nie zajmowała mnie nadto. Nie dręcz mnie jak przedstawiciela takiego osobowościowego nurtu.

– To wybacz, myślałem, że on ci bliski.

– Bynajmniej. Ja się czym innym zajmuję – prychnął.

A obiekty stale go ignorowały.

Amikus sporządzał rozprawy, bardzo dogłębne i rozumne, a odnoszące się do innych rozpraw, które też były niesłychanie dogłębne i rozumne. Potwierdzały siebie nawzajem. Dawały wielką radość twórcy. Wcale nie potrzebował badać ludzi, ni ich dziwacznych osiągnięć. One niestety, mogły stać w sprzeczności z uczonym wywodem, kpiły sobie z sumiennego naukowca.

– A ja cenię sobie doświadczenie – rzekł nauczyciel.

– Nigdy nie mogłem tego zrozumieć. Strata czasu. Dobrze rozpisana teoria wyjaśnia wszystko.

Badacz dokonał całkiem odmiennych obserwacji.

– Dzieci wolą przykład – zauważył.

– Kto? – Amikus patrzył po kształtnych obiektach. Nie na myśli mu były mniej krągłe figury.

– Chyba nie zapomniałeś, że kształcę małoletnich.

– Po co?

– Na pożytek.

– Bogowie! Czyli wciąż ci nie przeszło?

– Zapaliłem się nawet bardziej.

– Nie pojmuję doprawdy czemu.

– Największe wyzwania.

– Oczadziałeś!

– Spróbuj zrozumieć.

Przyjaciel popatrzył litościwie.

– Nic z tego nie masz.

– Mnóstwo frajdy.

– To cokolwiek, choć i tak nie za wiele by tłumaczyło, nawet gdyby dzieci coś odkrywały.

– Chodzi o to, by się dzielić.

Przyjaciel plasnął po udach.

– Bujdy wierutne! Czekaj, a na te doświadczenia, chociaż pozyskałeś fundusze ?

Praktyk chrząknął.

– Więc nawet tego ci nie zwracają?! – wykrzyknął Amikus. – Z torbami pójdziesz. Teoria tania, bo uskuteczniana na papierze, praktyka wręcz przeciwnie, ponieważ na barachło idą nieograniczone środki..

– A od kiedy ty taki praktyczny się zrobiłeś?

– Od kiedy z tobą zacząłem się zadawać. Ty lepiej stwórz jakiś kamień filozoficzny, to przynajmniej coś schowasz do kieski.

Kamień filozoficzny miał kreować błyszczące cudeńka. Zyskowny wynalazek.

– Za daleka wyprawa – ocenił nauczyciel.

– Co takiego?

– Kamień filozoficzny ukryty został na jednej z plaż.

Amikus spojrzał czujnie.

– Co za brednie?

– Tak czytałem.

– Że na jednej z plaż? – upewniał się teoretyk.

– Nad Morzem Niespokojnym.

– To rozległy akwen.

– W Eligocji.

– To już coś, wybrzeże dość szczupłe, ale, jakby policzyć, to i i tam plaż znajdzie się kopa. A czemu akurat na plaży?

– Bo tak stało w zapiskach.

Teoretyk milczał. Dopóki nie przemówił:

– Powiedz, żarty sobie stroisz?

Amikus pilnie strzegł własnej godności. Nie cierpiał, jak ją kto nadwerężał. Tak go wzięło, że przestał nawet gapić się na krągłe obiekty.

– Gdzieżby! – zaśmiał się nauczyciel. – Całkiem tak stało napisane. Kamień filozoficzny leży na plaży.

– Dyrdymały! I nikt go nie odnalazł? Z jego pomocą można wyprodukować furę złota.

– Czemu ograniczać się do jednej? Nawet dziesięć. Szukano go tam. Chodzili tacy i kamienie wygrzebywali, a niepotrzebne ciskali daleko do wody. Powyrzucali wszystkie. Chciwość czyni ludzi bardzo rzetelnymi. Stąd teraz to plaże piaszczyste.

– I mimo to nikt go dotąd nie znalazł?

– Widzę, że cię zaciekawiłem.

– Zastanawiam się, po co takie bzdury wymyślasz? – odrzekł Amikus. Złość go brała, wolałby zająć się czymś praktyczniejszym i dającym pozytywne widoki. Tańcem na przykład z jakimś kształtnym obiektem.

– Co prawda, to podobno nawet taki jeden znalazł, ale z przyzwyczajenia wyrzucił śladem innych kamieni – ciągnął nauczyciel.

– Teraz to jestem pewien, że się ze mnie natrząsasz. Wstydź się, z przyjaciela kpinki sobie stroić.

– Ale to niezwykle inspirująca opowieść. Przy okazji bardzo wiele mówiąca o ludzkiej naturze.

– Niby co?

– Czy ja mam ci zawsze wszystko wyjaśniać?

– Nie, tylko wtedy jak głupstwa pleciesz.

– A jednak cię zainteresowałem.

Amikus westchnął.

– No dobrze, mniej więcej pojmuję wagę nawyków. Ale że też chce ci się takie bajki wymyślać. Czasu ci nie żal?

– Bynajmniej, to nie moja. Przeczytałem ją i bardzo mi podeszła. Nie uważasz, że jest urocza?

– Uważam, że oszalałeś – oświadczył praktyczny teoretyk. – Na głupie doświadczenia majątek wydajesz, by dzieci zabawić. Nie podziękują ci, zobaczysz.

– Oby je zainteresować. Z każdym się w końcu udaje, byle sposób wynaleźć.

Amikus przypatrzył się przyjacielowi.

– Och ty wynalazco! To nawet tyle nie osiągnąłeś?

– Trudna sprawa. Uczniowie są wymagający. Trzeba ich stale zadziwiać. Dlatego wpadłem na bardzo niekonwencjonalny pomysł.

– By pójść z torbami – domyślił się przyjaciel.

– Nie jest tak źle. W zasadzie to potrzebuję niewiele ingrediencji. To sposób całkowicie oryginalny.

– I pewnie chcesz by mi szczegółowo opowiedzieć?

– A co, nie życzysz sobie?

– Nie bardzo. Lepiej wina się napijmy. Szkoda, że cymbaliści zrobili przerwę. Bardzo udatnie im szło, aż nogi same do tańca wyrywały. Bez muzyki będzie trudniej.

Praktyk pokiwał głową.

– Ty naprawdę nie chcesz – zrozumiał.

– Dwa razy mam powtarzać?

Nauczyciel zaczął bardzo intensywnie kręcić łepetyną, jakby sprawdzał doświadczalnie, czy przytwierdzona do karku dostatecznie solidnie.

– Niewiarygodne, a tyś przecież uczony!

– Czy to znaczy, że ostatni dureń?!

– No tak, dorosły jesteś.

– Co przez to rozumiesz? – czujnie spytał przyjaciel.

– Dzieci dojrzewając, rozum tracą.

– Chyba zyskują – sprzeciwił się Amikus.

– Uczą się kłamać.

– Zaraz wyłożysz mi uczenie, że całe doświadczenie dorosłego to pomyłka.

– A jest inaczej?

– Błazenada!

Przyjaciele dyszeli jak po walce, ale resztę wieczoru wbrew pozorom spędzili zgodnie i radośnie. Cymbały sprawiły, że powspominali młode lata, doznane zawody, połowiczne sukcesy, wielkie marzenia, które się nie spełniły, poprzestanie na mniejszych, choć odmiennych. I to nie dotyczyło ich, ale przede wszystkim tych lat młodych.

Do domu nauczyciel wrócił późno. W głowie mu szumiało, bo oczywiście wina przelali więcej niż kilka czarek. Zdumiewał się także odmianie przyjaciela, ale nade wszystko spokoju nie dawały mu jutrzejsze zajęcia. Bo zaplanował nie byle co. Czegoś takiego dzieci nigdy nie widziały. Żałował, że stary kompan zbył go jak natręta i nie chciał słuchać. Z pewnością mógłby doradzić niejedno. Kiedyś był więcej niż przeciętnie pomysłowy. Umiał cieszyć się głupstwami, dziś tylko bawiły go skończone cymbały, jeśli nie zdołał zażyć zbliżenia z krągłymi obiektami.

Zepsuł go czas.

Rano praktyk był rozdrażniony a zarazem niepewny.

Oczywiście przygotował wszystko, łącznie z celnymi dygresjami i przewidywanymi przez uczniów wątpliwościami, a także powrotem z manowców, po których mieliby się błąkać. To była po prostu pierwszorzędna robota.

Która nie wiedzieć czemu powodowała, że drżały mu ręce.

Na lekcje szedł szybko.

Przynajmniej kiedy o tym pamiętał.

Bo kiedy nie pamiętał, to od razu zwalniał, ogarniały go nieliche wątpliwości i przygnębiające przeczucia, jakby miał stanąć przed surowym sędzią stanowiącym o jego całym życiu, a nie gromadą dzieciaków, które uwielbiają się bawić, a nie cierpią uczyć. A przecież miał pomysł, jak ich porwać za sobą. Zatrzymywał się nie raz, przypatrywał dostojnemu żółwiowi, gapił na zeschnięty pień, w pełzających po nim robakach widział alegorię ludzkiego pielgrzymowania.

Nachodziły go bardzo głębokie myśli.

Ale i tak w końcu dotarł do szkoły.

 

* * *

 

– Dziś będzie nietypowo – zagaił, kiedy uczniowie się zgromadzili.

Na stole znajdowały się już niezbędne rekwizyty. Ustawione w kolejności, którą cierpliwie wyrył na pamięć.

– Przecież zawsze tak jest – zauważył najbardziej niepokorny wychowanek.

W zasadzie to nauczyciel spodziewał się oporu z jego strony. Ale nie takiej treści.

– Ubawicie się – obiecał.

Po niedowierzających spojrzenia poznał, że traktują go z pewną rezerwą, a jednak dając szansę. Musiał tylko się wykazać.

– Wykorzystując to, czego się nauczyliśmy, wkrótce opanujemy jeszcze więcej.

Młodzież jęknęła.

Typowe przekomarzania, więc nie przejął się. Wciąż wierzył w siebie.

Przecież opracował szczegółowy plan.

– Weźmiemy udział w sprawach życia i śmierci. Nie ma nic ważniejszego.

Tak sądził, że przynajmniej ich zaintryguje.

Nie docenił młodzieży.

– Chyba, że pryszcz na nosie – któryś wtrącił.

– A najbardziej u dziewczyny przed schadzką – natychmiast dodał drugi.

– Albo gdzie indziej u siebie, po niej – z przekąsem dokończył trzeci.

Rozległy się śmiechy.

Pyszczyli o dorosłych sprawach. Kpinkowali sobie. Od razu widać, że jeszcze dzieci. Jako przewodnik poprowadzi ich za sobą. Dokądkolwiek zechce. Pewność pedagoga urosła.

Ale należało rychło przejść do rzeczy, bo pozostawić sprawy własnemu rozwojowi, to urwisy zepsują wszystkie drobiazgowe przygotowania.

– Oto żaba – położył spory okaz na blacie.

– To ma być życie i śmierć? – któryś młokos pisnął, siląc się na humor, co wyszło, ale odwrotnie z tej racji, że głos mu mutował.

Pozostali roześmiali się z gołowąsa. Dojrzali!

– Jakaś nieruchawa – odezwał się z boku bardziej spostrzegawczy.

– Bo martwa – odparł nauczyciel, tak machając rękami, jakby opędzał od siebie jakieś niewonne aromaty. – Wszystko zaczyna się od śmierci.

– Chyba odwrotnie. Od życia.

– A ono gdzie?

Popatrzyli po sobie.

– W ciemności – wyjaśnił.

– Aha, i co dalej?

Chyba jednak ich nie zaintrygował. To podpowiedział:

– Może ktoś sprawdzi?

Popychali się.

– Idź, Pyrku, ty często łazisz po rowach.

– A co to ma do rzeczy?

– Cykor cię obleciał?

Pyrko wypiął wątłą pierś.

– Wcale! – prychnął.

– To zasuwaj.

Więc podszedł. Obejrzał stworzenie, pociągnął za odnóże. Podniósł, gapił się jak opada.

– I co? – pytali uczniowie.

Pyrko wzruszył ramionami.

– Zdaje się, że trup, choć na oko całkiem świeży.

– Ślinka ci cieknie, co?

– Nie! – ale właśnie ją przełknął.

Oni nie ustawali.

– Jak poliżesz, to zamieni się w księcia.

– Zdurnieliście?

– Powaga!

– Durnie! A po co mi książę?

– To może w księżniczkę. Jak nie sprawdzisz, to nie przekonasz się na własnej skórze.

– Przestańcie opowiadać bzdury – strofująco wtrącił nauczyciel.

– On uwierzył – uczniowie śmiali się z łatwowiernego kolegi.

Który się obraził.

Eksperymentator postanowił prędzej przejść do rzeczy.

– Ta żaba dzisiaj ubita – oświadczył.

– Osobiście przez ciebie, nauczycielu? – zaciekawili się uczniowie.

– Na potrzeby doświadczenia.

– Nauka to krwawa profesja, nie mówiłem? – zapiał naczelny podżegacz. – A durnie wybierają najemniczy fach.

Znowu dzieci zaczęły się rozpuszczać, już dziadowski bicz mniej niesforny. Prowadzący nie czekał, aż całkiem straci nad nimi kontrolę. Nabyte doświadczenie podpowiadało, że anarchia za chwilę stanie się faktem.

To ją zaatakował planowo.

Kiedy uniósł tasak, młoda publika zamarła z wrażenia, a kiedy opuścił, gromadnie jęknęła.

Na pół przeciął żabę, a skoro tasak był ostry jak brzytwa, to nawet krwią nie prysło, ni flaczki nie ochlapały uczniów.

– To na dowód, by nie było wątpliwości, że całkiem z niej trup.

– Wierzymy – mruknął podżegacz. – A po co to wszystko? Jakbyśmy chcieli żaby dręczyć, to Pyrka byśmy zaangażowali. On po rowach nie takich rzezi dokonuje.

– Ty się ode mnie odfastryguj.

– A niby przyszyłem? Toż prawdę gadam, tyś krwawy żabobójca.

Pyrko poczerwieniał.

– Kij ci w zadek, dupku – zamamrotał.

Podżegacz się śmiał.

I nie on jeden.

Gromadka się rozochociła, nauczyciel czuł, że za chwilę wszystko stracone. Przyspieszył rozwój wydarzeń.

– Ktoś sprawdzi?

– A po co? – wzdrygali się jeden przez drugiego. – Teraz to na pewno trup.

– Śliski i ohydny.

– A więc pora na przeprowadzenie doświadczenia.

– Teraz? A wcześniej to co było?

– Adekwatny wstęp. Rozwinięcie nazwiemy cudem życia.

Uczniowie patrzyli podejrzliwie.

– Niby co? – jechało im jakąś typową lekcją.

Nauczyciel szybko rozłożył resztę przyborów, w tym ten najważniejszy, lśniący klejnot. W misie umieścił ciałko płaza i pomoce. Uczniowie zamilkli. Mistrz sypnął proszkiem. Poszła para i coś się zaskrzyło, z kolejnego puzdra wyciągnął węgorza wstrząsającego i umieścił w następnej misie, którą postawił pod pierwszą.

– Oto jest! – zawołał, stukając w dno, by podrażnić stworzenie.

Poszło zgodnie z zamierzeniami. Postukiwanie wkurza, niemalże z mocą tępych opinii.

Węgorz miotał się i robił swoje. Trzaski przybrały na sile, a z górnej misy wydobył się snop iskier, trochę przypominający wybuch lawy z wulkanu, tyle że znacznie mniejszych rozmiarów. Dzieci były wyraźnie pod wrażeniem. Gęby w ciup, widoczne napięcie i oczekiwanie.

Nareszcie się udało!

Nauczyciel nieco przeciągnął chwilę, kiedy napawał się osiągniętym sukcesem, ale nie pozwolił, by ta trwała nazbyt długo, nie był przecież jakimś tam tragikiem. Efektowność miała służyć, a nie być celem samym w sobie. Sięgnął drewnianymi szczypcami do środka, by nie paść porażonym przez ciskającego się piorunowego węgorza, ostrożnie wydobył żabę.

Całą.

Teraz spodziewał się wielkiego: Och!.

Które z jakiegoś powodu nie nastąpiło.

Przecież wszystko poszło jak w planie. Co się dzieje?

Chrząknął nieco zmieszany.

– Jak widzicie, żaba cała.

– Zrosła się? Ale jak? – ktoś się zdziwił.

– Nie tylko cała – zauważył mistrz – również żywa.

– Przecież się nie rusza?

Właśnie w tej chwili żaba łypnęła.

Zgromadzenie wydało z głębi siebie zapierające dech: Och!

Nauczyciel się uśmiechnął. Był gotów wyjaśnić im pewne frapujące aspekty dzisiejszego osobliwego doświadczenia, co by nie mówić niecodziennego, a później przystąpić do kolejnych zagadnień, w tym tych najbardziej ekscytujących, a mianowicie odnoszących się do podstawowej kwestii stawianej sobie przez badacza: Co to wszystko znaczy i jak zmieni dotychczasowy świat?

Ale nie zdążył.

– Jakaś oszukańcza podmianka! – wrzasnął młodociany podżegacz.

Badacz zdziwił się. Nie na taką reakcję się nastawił.

– Czysta prawda – sapnął.

– Nauczycielu, podmieniłeś gadzinę. Gapiliśmy się na te światełka, a iluzjoniści zawsze uskuteczniają wtedy na boku zwodnicze szachrajstwa.

– Nie jestem jakimś magikiem, a badaczem! – oburzył się nauczyciel.

Ale podżegacza nie przekonał, ani też kilku jego zwolenników, a później całej reszty, która po tym jak wcześniej się zdumiewała, tak teraz drwiła niemiłosiernie, biorąc odwet za naiwną wiarę. Nie dali prowadzącemu dojść do głosu.

Tak oto poniósł klęskę.

Opowiadał o niej późnym wieczorem swemu przyjacielowi teoretykowi.

– Zupełnie nie rozumiem, jak ta sprawa wyrwała mi się spod kontroli. Niby nad wszystkim panowałem. Szło zgodnie z planem. Przewidziałem przecież, że będą marudzić. To młodzież, udaje, że zna się na wszystkim. Zarozumialstwo i blaga to ich charakterystyczne wyróżniki. Ale i tak nie wiadomo czemu katastrofa. Ożywiłem żabę, a oni wyzwali mnie od kuglarzy. Mnie, skrupulatnego badacza! Więcej zachwytu budzi w nich pospolity linoskoczek, co dla radochy gawiedzi łazi nad pustymi łepetynami ignorantów, niźli świeżo odkryte prawidła świata. Cóż za upadek!

Amikus tym razem nie słuchał cymbałów. Choć dzwoniły. Nawet za krągłościami się nie oglądał. Naprawdę go wzięło.

– Jak to ożywiłeś żabę? – zdumiał się.

– A o czym chciałem ci opowiedzieć uprzednio, kiedy nie raczyłeś słuchać? Właśnie o tym.

– To prawdziwe wskrzeszenie?

– A na czym polega nieprawdziwe?

– Nie wiem, nigdy się z czymś podobnym nie spotkałem – przyznał teoretyczny przyjaciel. – W bajkach co najwyżej.

– Ja fabuł nie majstruję. Przeprowadziłem naukowy eksperyment. Długo się przygotowywałem i bardzo skrupulatnie. Kiedy wpadłem na pomysł, najpierw doprowadzałem żabę na skraj śmierci, a później uzdrawiałem. Wielokrotnie. Tak się zaczęło. Aż osiągnąłem zaplanowany cel. Myślałem, że tym właśnie zainteresuję uczniów, po czym wspólnie rozważymy pozostałe aspekty. Poczynając od moralnych. Wiesz, wychowankowie mają otwarte głowy i niecodzienne przemyślenia. Nie boją się obśmiania i nie są jeszcze tak przewidywalni jak starzy, stąd dochodzą do tego, o co my nawet nie zapytamy. A to, czego dokonałem, trochę stawia świat na głowie. Liczyłem na wyznaczenie marginesów problemu, nie doceniając pokus, które tymczasem zdążyły ich zmanierować. Nie wierząc, że prawdziwy cud wezmą za kuglarską sztuczkę. To niewyobrażalna krzywda.

– Opowiedz więcej.

– Od początku?

– Nie uronię ni słówka. Obiecuję.

– No, no. Nie poznaje kolegi.

– Nie dokazuj, do rzeczy.

– Zawrócenie z progu śmierci to jedno, ale przekroczenie go, to drugie. Dokonałem tego, choć przyznam, że nie tylko za sprawą nauki.

– Użyłeś magii?

Badacz się skrzywił.

– Raczej religii. Tu najwięcej zdziałała szczera modlitwa.

– Rozmodlony uczony. Doprawdy, dziwaczne zestawienie.

– Świat nazbyt zawikłany, by ogarnąć go samym rozumem. Trzeba umieć prosić.

– Wielu się modli, a nic nie uzyskuje.

– Może bogowie nie chcą słuchać, póki odpowiednio dobitnie się do nich nie przemówi? Wykorzystując to, czym obdarzyli w swej łaskawości, na przykład rozumem? – rozważał nauczyciel. – Jak już wzbudzi się w nich zainteresowanie, to chyba słuchają, a jak nadstawiają ucha, to spełniają ludzkie pragnienia. Czyli trzeba je tonować, bo lepiej, by wszystkie jednak się nie ziszczały. Sam wiesz.

– Odchodzisz od tematu.

– A co nim jest? – zaśmiał się badacz. – Żaboreinkarnacja? Po wcześniejszej pośród nich hekatombie? Ciarki mnie przechodzą na wspomnienie, ile tych żyć złożyłem na ołtarzu nauki.

– Rzekotek, przyjacielu.

– Zawsze to życie. Choć każdy powie, że mało warte. Teraz sam nie wiem. Ale wiesz, mnie zajęły oczywiście najbardziej praktyczne aspekty tego zagadnienia, a mianowicie czy wskrzeszona żaba to ta sama żaba.

– Sądziłeś, że śmierć coś zmieni?

– A ty byś się nie stawiał takiej kwestii? Co my wiemy o powrocie zza grobu?

– Że nikt nie wraca.

– Jeśli właściwie uczczony, bo inaczej przywlecze się zmora.

Amikus skrzywił się, jakby żabę wziął do ust.

– Chyba tego płaza nie pochowałeś?

Badacz się roześmiał.

– Taka metafora. Śmieję się teraz, ale tak naprawdę to wcale mi nieśmieszno. Zostałem wydrwiony.

– Stale odbiegasz od tematu.

– To wracam. Okazało się, że to jednak ta sama żaba. Oczywiście rzetelne wskrzeszenie pierwszy raz przeprowadziłem u siebie w domu i na osobności. Wcześniej obserwując obiekt za życia. Wiesz, wybrałem sobie taką nietypową żabę, co łypała we właściwy sobie sposób, swoiście kręciła łbem, unosiła odnóża w niepowtarzalnej kolejności i na trzy tempa łykała muszki. Zanotowałem wszystkie odmienne zachowania, jakie zdołałem zaobserwować. Później zabiłem, niech bogowie wybaczą…

– Płaza. Tylko śliskiego, wkurzającego rzekotaniem, wodnego szkodnika! Przestań traktować to stworzenie jak równe ludziom! To niewłaściwe.

– Skoro tak mówisz. Sam nie wiem. Jakoś mi dziwnie. Zamieszałem bardzo, aż mnie ciarki przechodzą.

– Opowiadaj! – warknął Amikus. Dość miał tego rozczulania się nad gadziną, co po rowach spędza brudny żywot.

Praktyk wrócił do historii.

– Po przywróceniu do życia obserwowałem ją bardzo uważnie. Wszystkie charakterystyczne odruchy zostały powtórzone.

– Czyli masz pewność?

– Wiesz, osobowości zbadać nie zdołałem.

– Osobowości? – przyjaciel zazgrzytał zębami.

– Wybacz. Wiem, że uczłowieczam zwierzę, ale stało mi się ono dziwnie bliskie. Pewności co do tego, czy ona we wszystkim taka sama, oczywiście nie mam. Ostatecznie nie pytałem. Nie znam języka rzekotków.

– Wciąż ją masz?

– Tę żabę, a po co? To ostatecznie tylko żaba.

– Czyli brak ci dowodu?

– Przyjacielu, po tygodniu obserwacji wyniosłem ją na łąkę, bo żywe żaby mają paskudne obyczaje i trudno z nimi żyć pod jednym dachem. Ale zapewniam cię gorąco, że takie doświadczenie mogę powtórzyć sto razy. Bo przecież kolejne przeprowadziłem przy uczniach. Z wiadomym skutkiem.

– Nie wściekaj się. To ważne odkrycie. Próbowałeś powtórki na bardziej skomplikowanych organizmach?

– A co, miałem zamordować bezpańskiego kota? Już przy płazach gryzły mnie moralne katusze. Przyjacielu, nie powtórzę eksperymentu na stworzeniu, które bardziej świadomie odczuwa ból. Myślę, że na małym przykładzie wystarczy. Najpierw należy rozważyć konsekwencje.

– Zmienione warunki dają różne wyniki, wiesz o tym.

– Nie przekonasz mnie.

– Zrobiłeś się nagle dziwnie ostrożny, jak nie ty.

– W tej kwestii wolę jednak sobie niedowierzać. Wyobrażasz sobie, jakie to potencjalnie rodzi konsekwencje?

– A ty rozumiesz?

– Ja chcę je rozważyć.

– Z dziećmi, przyjacielu – łagodnie zauważył Amikus. – Jakby to była kwestia stosowna na lekcję. Kiedy dokonujesz rewolucji zdolnej zatrząsnąć światem w posadach.

– Dzieci maja otwarte głowy. Na razie to wystarczy.

– Rozumiem. W gruncie rzeczy to odkrycie wolisz zachować dla siebie?

– Na razie. Póki sprawy nie przemyślę.

– Tyś w jej środku. Tobie właśnie się nie uda. Poradź się innych, zyskasz nowe spojrzenie.

– Coś mnie przed tym ostrzega.

– Ale nie wiesz co, prawda? Niejasne przeczucia. To trzeba nazwać.

– Jednak się wstrzymam.

– Powstrzymujesz postęp.

– Wolę go kontrolować.

Amikus nie zgadzał się, ale w tym temacie powiedział swoje. Pokręcił głową, choć z innego powodu.

– Wiesz, że to w zasadzie cud? Jak ty tego dokonałeś?

Nauczyciel wzruszył ramionami.

– Do końca to nie wiem, dlatego wspominam ci o modlitwach, które cierpliwie wznosiłem do bogów, ale przypuszczam, że miało to również niejaki związek z użyciem kamienia filozoficznego.

Amikus zerwał się.

– Co?! – wykrzyknął. – Znalazłeś go?

– Siadaj i nie krzycz – sapnął badacz. – Zwracasz na nas uwagę.

Gapiła się na nich bez mała cała gospoda.

Teoretyczny przyjaciel siadł.

– Opowiadaj! – zasyczał. – Skąd go masz?

– Oczywiście nie szukałem go na żadnej plaży. W takie umoralniające opowiastki nie wierzę, choć kto wie, czy nie przekazują one jakiejś wyższej prawdy…

– Dość dygresji! – zażądał Amikus.

– Słusznie. Stworzyłem taki sobie na potrzeby eksperymentu.

Przyjaciel zaśmiał się.

– Tak po prostu?

– Nie było łatwo, przyznam, ale znasz mnie. Tak długo próbuję, aż się uda.

– I co, wytwarza złoto?

– Co niby?

Amikus aż się skręcił.

– A o czym mówimy, jak nie o kamieniu filozoficznym? Pytam o rzecz najbardziej podstawową, czy złoto potrafi wytworzyć?

Badacz wzruszył ramionami.

– Przyznam, że nie przyszło mi na myśl, by weryfikować takie gminne przesądy.

– Przecież trzeba wypróbować zakres możliwości.

– No i wypróbowałem.

– Na żabie, a praktyczniejsze zastosowania? Bogactwo chociażby? Mógłbyś porzucić całe to daremne uczenie i użyć życia.

– Do bogactwa można dojść również w mniej cudowny sposób. Z czego taka korzyść, że później mniej się nim szafuje. Złota na świecie wystarczy tyle, ile jest. I tak sprawia dość kłopotów.

– Nie mówię, żebyś dzielił się nim z całym światem.

– Nabijasz się ze mnie. Po pierwsze przykro mi by było trzymać w ukryciu taki skarb niby jakiś dusigrosz, a po drugie, ze wszystkich zastosowań kamienia filozoficznego to najbardziej trywialne. Wiesz, życia w przeciwieństwie do złota nie wykopiesz i nie przetopisz w kuźni. To tak zdumiewający cud, że nie porówna się go z niczym innym.

– Byle gęsiarka do spółki ze świniopasem za obórką je zmajstruje.

– No widzisz, a mędrcom się nie udaje. Cud! – zaśmiał się badacz.

Ale widział, że Amikus go jednak nie rozumie.

 

* * *

 

Wyglądał na świat. U dołu huczało wzburzone morze. Chmury nadciągnęły ciężkie i ołowiane, i groziły światu. Zapowiedź. Ale badacz w związku z oczekiwaną burzą planował przeprowadzenie kilku zarzuconych eksperymentów. Kiedy nadmiernie skupił się nad zagadką życia, inne sprawy na tym ucierpiały.

Też ważne.

Prawie nie zauważył, jak weszli.

Było ich kilkunastu. Sami miejscowi, jakby notable, w każdym razie zgromadzenie na poły oficjalne, bo z kapłanem, prokuratorem i celnikiem, ale i ludźmi prywatnymi. Na samym końcu wsunął się Amikus.

Gospodarz chrząknął i zdumionym spojrzeniem potoczył po przybyszach.

– Co was sprowadza, sąsiedzi?

Wystąpił prokurator.

– Doszły nas słuchy, nauczycielu, że parasz się magią. Wierzyć się nie chce, bo to praktyki ohydne i zakazane.

– Ja? – zdumiał się gospodarz. – Dzieci naskarżyły?

– Nie, one tylko potwierdziły pogłoski. A tym im nie zaprzeczasz. Od magii ziemia się otwiera, niebo leje potop, wody wzbierają, panoszy się szarańcza, a zarazy dziesiątkują naród. Zgubę na ziomków chcesz sprowadzić?

„Tylko potwierdziły” – zastanowił się uczony i nieco się pocieszył, że nie przez uczniów został wydany. Ale przecież poza nimi prawie nikt nie wiedział.

– Nie zamierzam nic wielkiego.

– Każdy tak powiada.

Nauczyciel wzruszył ramionami.

– Udało mi się żabę ożywić.

– Żabę?

– No taką, która wedle obyczaju muchy zjada.

– Czyli morduje? – zauważył kapłan.

Badacz zaśmiał się.

– Muchy?

Zgromadzenie nie wiedzieć czemu zachowywało śmiertelną powagę.

– I na tym ten żabon poprzestanie? – pisnął jakiś poczciwina.

– Jaki żabon? Płaz zwyczajny, co owadami się żywi. Podobnie jak kot myszami. Macie z tego powodu kłopot, czy korzyść, że szkodniki wam do zboża się nie zabierają?

– To kocurołaka też zamierzasz zmajstrować? Żeby nam na piersiach siadał i na śmierć dusił?

Gospodarz złapał się za głowę.

– Ktoś wam strasznych głupot naopowiadał. Jesteście tacy ciemni?

Toczył po nich wzrokiem, wypatrując tego, kto ich natchnął bezrozumnym strachem.

– Przyjacielu – wtedy wystąpił Amikus. – Nie naśmiewaj się z ludzkich leków. Poważyłeś się naruszyć podstawowe prawidła świata. Niejeden mag poczynał od małego, niby dla dobra ludzkości, tylko dotkliwe klęski sprowadzał.

Wtedy gospodarz wszystko pojął.

– Czyli ty za tym stałeś. Przyjacielu, czemu?

– Posiadłeś władzę, która wywyższa cię nad innych, a nie wiadomo, ku czemu jej użyjesz. Ty przed nikim się ze swych poczynań nie tłumaczysz, nie radzisz. Sam jak tyran.

– Nie sam, próbowałem z innymi.

– Nieświadomymi dziećmi, co dla hecy świat podpalą? Mieliśmy nauczyciela, wychowywał cię, utrzymywał. Odkryciami nakazywał się dzielić, nie trzymać w tajemnicy.

– Nawet żab żałowałem. Do czego miałbym tego użyć? Ty tych ludzi żabonami i kocurołakami trwożysz! Tobie taka wiedza powinna przypaść?

– Czyli nie wypierasz się, nauczycielu, jesteś nekromantą? – odezwał się kapłan.

– Kim? – sapnął badacz. – Rozum postradaliście?

– Musimy tu wszystko zabezpieczyć – wtrącił się urzędnik, po czym obrócił do zbrojnych. – Przystąpcie do rzeczy.

Na widok ich min nauczyciel się zatrząsł, mieli mu wydrzeć jego odkrycie. Nad którym nie pracowali, nie wydawali ostatniego grosza, planów nie sporządzali. Po prostu sobie wziąć.

I użyć w sobie wiadomym celu, nad którym badacz już władzy by nie miał.

Kto określi, czy to okaże się zbożne, uczciwe i pożyteczne?

Wcale im nie ufał.

I bardzo w nich wątpił, to nie były dzieci. Dorośli, to znaczy, że wszystko liczyli, a chciwość już ich brała w posiadanie.

Oczywiście nie mógł pozwolić, by za jego przyczyną pogrążyli się ostatecznie.

Wziął na siebie ich sumienia.

Miał pod ręką kilka ingrediencji. Zaczerpnął jedną ręką, rzucił przed siebie. Dołożył z drugiej. Połączone w powietrzu składniki zaskrzyły się. Poszła para.

– Czaruje! – zapiał kapłan.

A gospodarz nie tracił czasu.

I nie zawahał się, ani ręka mu nie zadrżała.

Szurnął na stół swe największe skarby, kamień filozoficzny i wszystkie zapiski cierpliwie notowane w księdze, by nie zostały zapomniane. Teraz wolał, by jednak nikt z nich nie skorzystał. Posypał je proszkami.

Dopiero wtedy ktoś się przedarł przez mgłę, ale za późno.

Przez blat sypała się struga żywego ognia, przepalała blachę, którą był okuty, bo na nim badacz dokonywał swych eksperymentów, a wolał zabezpieczyć się przed niektórymi ich katastrofalnymi skutkami.

W żelazie dziura.

Reszta zniweczona w proch i pył.

– Co uczyniłeś? – wrzasnął głosem rannego zwierza, załzawionymi oczyma oglądając zniszczenie.

Gospodarz uśmiechnął się.

– Myślałeś, że może te skarby wrzucę do morza? Z wody jednak dałoby się je wyłowić, a odratować pogorzeliska już nie.

Ślad nie pozostał po odkryciach.

– Czy ty rozumiesz, jak wielki skarb wpadł ci w ręce?

– Wcale nie wpadł. Sam go sprokurowałem.

– To cud. Nasz mistrz kazał taki dawać ludziom. Nie miałeś prawa go niszczyć!

– Ale właśnie, że miałem, jako odkrywca, który życie temu poświęcił. To ja pytałem o możliwe skutki, jakie poczyni w codziennym ludzkim bytowaniu, o etycznej rewolucji nie wspominając.

– Ty pytałeś? Sam?

– Znowu to powtarzasz!

– Bo wziąłeś na barki ogromną odpowiedzialność.

– Uważasz, że ty byś ją lepiej nosił? Przyjacielu, ty mnie wydałeś, bo przyśniły ci się złote góry po użyciu kamienia filozoficznego. To właśnie tobie brak kwalifikacji naukowych i moralnych. Właśnie takim jak ty podobne skarby nigdy nie powinny przypaść.

Amikus dyszał ciężko.

– Głupcze, po stokroć, głupcze!

– Już po wszystkim!

– Zapłacisz za to!

– A co wy możecie mi zrobić? – gospodarz wzruszył ramionami.

– Owszem, coś możemy – przemówił prokurator. – Jesteś nekromantą. Co prawnie wzbronione.

– Od żab.

– Przyjacielu – zasyczał Amikus – przecież nie zapomniałeś o tych sprokurowanych cudach. Słyniesz ze słoniowej pamięci.

– Schlebiasz mi teraz?

– Wiedzę twoją doceniam.

– I zamierzasz ją ze mnie wydobyć? Pewnie torturami? A później podzielić się rezultatami z drugimi? Wiem, że nie, tyś skąpiec. Ale jak mnie ukrzyżują, to wszystko przepadnie.

– Ty tak naprawdę? Nie możesz mieć racji.

– Ty masz lepszą, nikczemny zdrajca?

– Obrażasz mnie.

– Nie ja cię wydałem.

Teoretyk podszedł bliżej.

– I myślisz, że śmiercią się wykpisz? – syknął. – O nie. Przemyślałem sprawę. Ona wielka. Taki wynalazek i jego zastosowanie nie mogą być zależne od fanaberii dziwaka. Ludzkość nie straci takiej okazji. Nie zostaniesz zabity, to byłoby niezrozumiałe marnotrawstwo.

– To co, galery?

– Ustąp!

– Nigdy!

Amikus się zaśmiał.

– Nie dopuszczę do tego. Niech stanie na odpracowaniu win u człowieka, który rozumie z wagą jakich odkryć ma do czynienia.

Badacz się wzdrygnął.

– Zniewolisz mnie?

– Wolisz poganianie batem podczas robienia wiosłem? I tak cię złamiemy.

– W imię czego?

– Zysku społeczności!

– Górnolotne słowa, wiem o co ci idzie naprawdę. Ty do każdej nikczemności namówisz tych zastrachanych nieszczęśników. Aż tak daleko posuniesz się, że utwierdzisz ich w ignorancji? Jesteś badaczem, szczególnie tobie nie wolno.

– Oni nie wiedza, ktoś musi im drogę wskazać.

– Toż przed chwilą chciałeś do spółki wciągasz, a już nimi kierujesz?

– Dla ich dobra.

– I góry złota.

– I zdrowia – dodał Amikus.

– Ja ci nie zaufam! Zgubisz nie tylko siebie, ich także.

– Przeciwnie. Ocalę.

– Jakim kosztem? Podłości?

– Podziel się.

– Nie odpowiedzialnością. Wolę sam ją dźwigać.

– Pyszałku!

– Zdrajco! Żal mi ciebie.

Amikus zazgrzytał zębami.

– Siebie wkrótce pożałujesz bardziej. Przysięgam, dostaniesz się w moje ręce!

– Amikusie, co cię tak odmieniło? Przeklinam to!

– Prędzej naprawiło. Wiem, co czynić. To wtóre narodziny.

– Chyba ostateczna śmierć. Jak najgorsza karma.

– Płacz nad własną.

– Przecież twa niegodziwość kiedyś wyjdzie na jaw. Nie ściska cię w dołku na myśl o pośmiertnym osądzie?

– Przypisujesz sobie znajomość boskich wyroków. Typowy czarnoksiężnik. Już ponosi cię pycha.

– Los może się odwrócić.

– A kto ci w tym dopomoże, nieszczęśniku? Przecież nie ludzie. Ty nawet z dziećmi nie umiesz gadać.

– Ktoś się znajdzie.

– Może jakiś bóg?

– Pomodlę się.

– Nie masz już cudownego artefaktu. W jaki sposób zdobędziesz jego uwagę?

Gospodarz prychnął.

– Nie masz prawa mnie osądzać!

– Nie ja. Wszyscy!

 

Koniec

Komentarze

Ciężko mi się czytało to opowiadanie. W wielu miejscach stosujesz jakąś dziwną składnię, coś jakby to miała być stylizacja, ale jakoś nie bardzo to wychodzi, o np tu:

 

Bo życie niespodziewane zawsze i nie przewidzisz do czego doprowadzi, choćby, zdawałoby się, poznane zostały wszystkie ścieżki.

 

Bardzo dziwaczne zdanie i mało zrozumiałe. Jest takich więcej, niestety.

Dodatkowo razi tu i ówdzie użycie bardzo współczesnych zwrotów w tekście, którego akcja, jak wiele wskazuje, toczy się w przeszłości – albo w jakiś innej rzeczywistości będącej odpowiednikiem naszej przeszłości. A tu nagle takie twory jak “pamięć nie ogarnia” czy “bardzo mi podeszła” (o książce bodajże).

 

Początek przytłacza opisowością i wielokrotnym powtarzaniem tych samych informacji. Dialog naukowców tez nie przypadł mi do gustu – miałam wrażenie, że chwilami gadają jak potłuczeni, przerzucając się rwanymi, niewiele znaczącymi frazami. Inaczej wyobrażałabym sobie takie spotkanie. Nie spodobały mi się też “krągłe obiekty”, czymkolwiek były.

 

Znacznie lepiej wypadła, w moim odczuciu, scena w klasie. Tutaj, wśród uczniaków, takie rwane frazy sprawdziły się znacznie lepiej, dzięki nim fajnie daje się odczuć klimat. Piękne słówko – “odfastryguj” :) 

No i generalnie od tego momentu czytało mi się przyjemniej, a pomysł na dalszy rozwój opowieści spodobał mi się, jednak nadal nie mogłam przekonać się do stylu. 

Hmmm. Ogólnie nie podeszło.

Poruszasz ciekawy problem etyczny, ale droga do niego nudnawa, a końcówka przypomina wykład.

Być może spowodowała to czarno-białość postaci.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Werwena

 

To zdanie poprawne, choć przecinka mi zabrakło przed “i”.

To nie do końca nasza przeszłość, bardziej pasująca byłaby starożytność grecka lub rzymska, a oni mieli szkoły. Byli na poły racjonalni. Ale jak szkoła to młodzież i kwestia jakiego użyć języka. Doszedłem do wniosku, że naleciałości współczesne będą mi pasowały. Zatem je stosowałem.

Krągłe obiekty to kobiety, na które gapi się teoretyk. Musiałem go nacechować.

Słówko” odfastryguj “ chyba istnieje, choć rzadko się go używa.

Potłuczona rozmowa? Fajne określenie. Chciałem by wypadła naturalnie.

 

Finkla

 

A widzisz, jak czytam komentarze, to jednemu nie podoba się dokładnie to, co drugiemu wydaje się dobre.

Z tym czarno-białym podziałem coś na rzeczy. Próbowałem teoretyka uczynić mniej jednoznacznym. Muszę widać staranniej poszukać uzasadnienia dla jego zdrady, która w tym wypadku za mocno obsadza go w roli egoisty. To powinno być coś w rodzaju kierowania się dobrem ogółu. Przemyślę to jeszcze.

 

Inne uniwersum niż poprzednie.

A skąd, Anonimie, skoro nie wiemy kim jesteś, mamy wiedzieć, które Twoje uniwersum było poprzednie i czym obecne różni się od tamtego?

regulatorzy

 

To ja od Loszka i Przepowiedni. I wędrujących goblinów.

 

Nie wiem o jaki świat chodzi, ale ten który tu przedstawiłeś jest przesycony opisami, trudny w odbiorze (choć tematyka momentami ciekawa), jakby zniekształcony językiem, który stosujesz. Cóż, nie przemówiło.

Dość nudny wstęp i mało zajmująca rozmowa w karczmie sprawiły, że doczytałam do pierwszych gwiazdek i w tym miejscu przerwałam lekturę. Uznałam, że skoro przez pół opowiadania nic mnie nie zainteresowało, raczej małe są szanse, bym straciła coś ważnego w dalszej części. We fragmencie traktującym o pobycie w karczmie, mocno zniesmaczyło mnie ciągłe napomykanie o krągłych/ kształtnych obiektach.

Do nie najlepszych wrażeń niewątpliwie przyczyniło się wykonanie pozostawiające bardzo wiele do życzenia.

regulatorzy

 

Bardzo chciałbym się odnieść, ale zważywszy na ogólnikowość i fragmentaryczność opinii, nie mam punktu zaczepienia.

 

No cóż, Anonimie, tekstom niewiadomego autorstwa, nie zwykłam poświęcam zbyt wiele uwagi.

regulatorzy

 

To nawet zrozumiałe, bo skoro diabeł zagrzebał się w szczegółach, to by nie popaść w schizmę, lepiej poprzestawać na ogólnikach.

 

Nowa Fantastyka
Patronujemy