- Opowiadanie: Wicked G - Gegnarok

Gegnarok

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Gegnarok

Krąg I – Asgard

 

Dziś jest dzień, w którym słońce gorzeje błękitną krwią. Dziś jest dzień, w którym świętujemy wielką unię Królestwa Zwierząt, Królestwa Roślin i Królestwa Grzybów. Dziś jest stutysięczny dzień pięćdziesiątego piątego eonu po Gegnaroku.

Powinienem radować się całym sercem, w końcu obchodzimy pamiątkę Świtu Bogów. Powinienem kochać istnienie każdą cząstką duszy, a mimo to ogarnia mnie dziwny nastrój, gdy spoglądam na bezkresną równinę chmur z mojego kokonu mieszkalnego.

Zostaliśmy stworzeni właśnie po to, by panować w niebiosach. Oddajemy się zabawom i rozmyślamy nad naturą wszechrzeczy, zachowując balans między tymi sprawami. My, Asowie Egzystencji, kroczymy stabilnie po ścieżce rozwoju, lecz teraz odnoszę wrażenie, jakbym zbłądził z niej w gęsty las.

W knieję, gdzie rosną drzewa kalające oczy obrzydliwością, jakże inne od pięknego Yggdrasila, na którego szczycie zamieszkaliśmy. W puszczę, gdzie mrok odbiera tchnienie i zatruwa umysł. Lęk zabiera mnie w podróż po krainie dygotu.

Lecz czego tak właściwie się boję? Przecież nic mi nie zagraża. Wśród połyskliwych piorunoliści Yggdrasila nie czają się pantery, lwy czy wilczyce. One przepadły podczas Gengaroku, Zmierzchu Ludzi…

Nagle w mentalnym mroku dostrzegam czerwony błysk. Teraz już wiem. Lękam się, bo zostałem sam. Nie mogę wyczuć obecności ukochanej. Aura magna słodkiej Betri-Sif zniknęła jakby rozwiana wiatrem.

W panice chwytam za pnąłącze. Zielona wić oplata moją dłoń, sięgam wzrokiem do Płynnozłotej Gospody i do Galerii Wiecznych Mądrości, gdzie Betri-Sif tak bardzo lubi przebywać, lecz nie mogę jej dostrzec. Pytam o nią przyjaciół z sąsiednich kokonów, ci jednak utrzymują, że jej nie widzieli.

– Betri-Sif! – krzyczę w rozpaczy. – Dokąd się udałaś, Betri-Sif?

Wtem nadchodzi odpowiedź, Yggdrasil wysłuchał wołań. Pnąłącze zaciska się mocniej na dłoni i tłoczy potok słów.

NADSZEDŁ CZAS PRZEMIANY, DON-THORZE. NIE ROZUMIESZ, ŻE CHOĆ TRWAMY WIECZNIE, WSZYSTKO MUSI SIĘ ZMIENIAĆ? BETRI-SIF ZMIERZA KU INNEJ FORMIE.

Czuję się skarcony. Zawsze miałem świadomość Cyklu Metamorfoz, lecz teraz… Betri-Sif nie będzie już w swym pięknym, alabastrowym ciele, a wróci w postaci, której nie sposób przewidzieć. Może nawet jako listna nimfa albo mara w snach. Nie mogę pogodzić się z tym losem, o nie…

Nie chcę, by mój smutek jaśniał w blasku dnia, więc wychodzę z kokonu na korytarz, i zagłębiam się w gałąź, gdzie słońce milczy, a przestrzeń rozświetla tylko blade jarzenie Yggdrasila. Aura magna innych asów wydaje się obce, samotnieję w tłumie ich myśli.

Nagle jednak z przygnębiającego szumu wychwytuję łagodny głos.

– Hej, ty! Wiem coś, co może ci się przydać.

Spoglądam w prawo. Na błoniastej ścianie wyłania się twarz o szlachetnych rysach, jakby ktoś odkrywał relief spod warstwy popiołu. Przez chwilę lękam się tego zjawiska, jednak oblicze wygląda znajomo…

– Vargilius! – wykrzykuję, gdy wreszcie wydobywam skojarzenie z odmętów pamięci. – O czcigodny mistrzu!

– Nie mów mi mistrzu. Wystarczy Vargilius albo Varg. Mam już dosyć tego kabaretu… Wracając do meritum: wiem, dokąd zabierają Betri-Sif. Odszukałem cię na jej prośbę.

Me serce zadrgało szybciej, rozpalone iskrą nadziei.

– Czy…

– Trzeba się sprężać – przerywa mi Vargilius. – Wszystko wyjaśnię ci w drodze.

 

Krąg II – Vanaheim

 

Pędzimy wewnątrz gałęzi Yggdrasila, mijając skonfundowanych Asów. Twarz Vargiliusa, wielkiego snopoety, przesuwa się po zielonkawych ścianach niczym fala sunąca po tafli jeziora. Nie dowierzam własnym oczom – tyle czasu zgłębiałem dzieła Varga w Galerii Wiecznych Mądrości, a teraz poznałem go we własnej osobie.

Rozsuwa się błona w bocznej odnodze korytarza. Wchodzimy tam i docieramy do pionowego szybu jaśniejącego wszystkimi kolorami tęczy. To Bifrost. Zeskakujemy, opadamy prędko, barwy zlewają się w spiralę.

– Dokąd właściwie zmierzamy? – pytam mojego przewodnika.

– Jeszcze nie kminisz? Na dół. Na sam dół. Ale będziemy musieli lecieć po okrężnej drodze. Nie wszędzie mam dostęp. Byłeś kiedyś na niższych poziomach?

Nieco dziwi mnie mowa Vargiliusa. W niektórych ze swych snopoematów wtrącał słowa ze starego języka, jednak teraz używa go cały czas. Mąci to moje poczucie estetyki, choć wydaje się też dziwnie intrygujące.

– Tylko raz, w Alfheim. Wybraliśmy z Betri-Sif się na wycieczkę… Czyż nie wiesz, o Vargu, że bogom nie przystoi kroczyć po światach położonych blisko powierzchni?

– Nie przystoi? Czy raczej Yggdrasil wam na to nie pozwala? – W głos snopoety wdarła się nuta drwiny. – Ci, którzy nazywają siebie bogami, najczęściej nimi nie są. A teraz uważaj!

W kolorowej spirali otwiera się szczelina, podmuch z boku wpycha nas w nią. Tęczowe barwy zastępuje ocean zieleni znacznie jaskrawszej niż na korytarzach Asgardu.

– To Vanaheim, prawda? To miejsce… – biorę głęboki wdech – wręcz tętni energią z piorunoliści, rozpala zmysły. Ach, czuję vis vitalis, która gromadzi się tu, by odżywiać Święte Drzewo.

– Vanaheim, centralna jednostka energetyczna, jeden pies – odpowiada Varg. – Nie popadaj w euforię, Yggdrasil pochłania też gorsze rzeczy niż światło słoneczne. Musimy się spieszyć, żeby nie dorwał Betri-Sif w swoje łapska. Albo raczej konary. Kurwa mać, gdzie teraz… W lewo!

Zanurzamy się w labirynt piorunostosów, prosto w tłum złotookich Wanów. Przedzieram się przezeń, podążając za twarzą Varga, która sunie po chropowatym podłożu. Bieg męczy, lecz gdy kieruję myśli na Betri-Sif, wracają mi siły.

Nagle wyrasta przed nami gąszcz wici. Wyglądają inaczej niż pnąłącza w Asgardzie, są kolczaste i zakończone szpadą. Miotają się wściekle niczym węże.

– Bez obaw, spowolnię je – zapewnia Varg. – Za nimi jest kolejne przejście, ściana na prawo.

Rzeczywiście, wici Yggdrasila nieomal zastygają w bezruchu. Przeskakuję między nimi, rozdzierając szatę o kolce, i wpadam w szyb.

 

Krąg III – Alfheim

 

Kilka mgnień oka później lądujemy w przepastnej hali. Po wesołej muzyce i ruchomych freskach na sklepieniu poznaję, że to Alfheim, kraina elfów. Tej części jednak nie zwiedziłem z Betri-Sif; nie przypominam sobie ogromnych słupów, z których zwieszają się przeźroczyste bąble niby winogrona. Są w nich zanurzone latorośle elfów, zapewne czekając na to, by piastunki w końcu wzięły je na ramiona. Tu rozpoczyna się Cykl Metamorfoz.

­– Jesteśmy w wylęgarni – komentuje Varg. – Gdzieś pod tamtym rzędem inkubatorów powinien być szyb, który będę mógł zhakować.

– Zhakować? – Unoszę brwi w zdziwieniu. Choć znam nieco starej mowy, to słowo nie budzi żadnych skojarzeń.

– Zhakować, wwargować, wśnić, jedno i to samo – odpiera Vargilius. – Co ty w ogóle pamiętasz z historii ludzkości?

– Ludzkość rozwiała się niczym popiół na wietrze, rozedrgała niczym imię zapisane na wodzie – deklamuję. – Wszyscy przepadli podczas Gegnaroku, a z Wielkiej Unii Królestw wyłonił się Yggdrasil, który dał początek bogom, elfom i innym istotom.

– Kłamstwa – cmoka Varg. – Gegnarok, Anty-Ragnarok, co za bzdura. Jeszcze tego nie rozgryzłeś? Ludzkość całkiem nie przepadła. To ona stworzyła Yggdrasila, pokłosie profesora Andrewa Adamatzky’ego i jego architektury fungalnej. Połączyła geny wielu gatunków, głównie grzybów i roślin, i wyhodowała megaorganizm, w który dodatkowo wkomponowano systemy komputerowe, by mógł służyć za autonomiczny habitat dla przyszłych pokoleń. Kurwa, siedzimy teraz wewnątrz gigantycznego jesionu-muchomora-cyborga, na dodatek oszalałego. A to, co nazywasz bogami i elfami, to endosymbionty Yggdrasila… Poniekąd spadkobiercy ludzi.

Przed nami zatacza się czkający mieszkaniec Alfheim z kawałkiem żołędzioudźca w dłoni. Z jego bełkotu wynika, że właśnie świętuje narodziny syna.

– Żałosne – kwituje Varg, przesuwając się obok nóg pijusa.

– To oznacza, że Święty Yggdrasil tak naprawdę jest zły? – pytam zdziwiony.

– Zaczynasz łączyć kropki, Don Thorze? Czy jest zły? Raczej nie do końca wie, co robi. Ale na pewno chce pożreć każdego, kto kiedykolwiek żył w jego wnętrzu, nawet tych, którzy teraz przychodzą na świat. No i chce pożreć twoją Betri-Sif, więc rusz się, do cholery! Tu, za inkubatorem!

Pod gronem elfich latorośli wyrasta portal. Wskakuję w niego i znów lecimy w dół.

 

Krąg IV – Nidavellir

 

Otwiera się przejście, bucha żar, wpadam między hukające młoty i snopy iskier. Krasnoludowie, okutani w mechaniczne zbroje dodające im drugie tyle wzrostu, dźwigają zębatki i wały.

– Moduł konstrukcyjny – wyjaśnia Vargilius. – Jest otoczony specjalną tkanką, która izoluje resztę drzewa od nadmiaru emitowanego ciepła. Trudniej będzie mi otwierać tu przejścia, musimy przedostać się bliżej kory…

– Fascynujesz mnie, Vargu! – wzdycham do snopoety. – Jakimż to cudem udaje ci się naginać wolę Yggdrasila? Jakimż to cudem rozumujesz, skoro nie wyczuwam twej aura magna?

Aura magna, co to było, magna, magne… Ach, sygnatura elektromagnetyczna. Nie mam jej, bo nie mam już własnego układu nerwowego, więc nie emituję fal mózgowych. Twarz to tylko fragment awatara. Moja świadomość znajduje się w węzłach obliczeniowych Yggdrasila i dlatego mogę częściowo nim sterować… A Święte Drzewko próbuje pokrzyżować nam plany. Uważaj!

Ku nam nadciąga gromada liściomaszyn przypominających psy. Rozglądam się wokół, lecz nie ma dokąd czmychnąć; Varg nie zdołał otworzyć żadnego przejścia. Wtem dostrzegam lśniący młot. Chwytam go i rzucam się w wir walki. Miażdżę łby kolejnych bestii, wszędzie tryska czarno-zielona, oleista posoka. Gdy wszystkie psy leżą już trupem, brodzę w niej po kostki.

– No, nieźle – woła ze ściany Vargilius. – Chyba Yggdrasil nadał ci to imię nie bez powodu. Dobra, wiem, w którym miejscu możemy przedostać się do kory. Za mną!

Biegnę przez kuźnię, śledząc twarz Varga przesuwającą się po żebrowanych ścianach. Panuje nieznośny ukrop, a teraz dodatkowo ciąży mi jeszcze młot. Nie wiem, jak długo błądzimy tak wokół pieców, toczydeł i innej machinerii. Pot rosi moje czoło, dyszę niczym miech. W końcu Varg wykrzykuje, że dotarliśmy do obrzeży Yggdrasila. Otwiera szereg wyrw w ścianach, aż wydostajemy się na zewnętrzny taras.

Widzę Ziemię na własne oczy. Nie sposób tego porównać z opisami w snopoematach czy z wizjami pnąłączy. Obraz chciwości i rozrzutnego gospodarowania darami natury rozciąga się aż po horyzont. Szkielety domostw na wypalonej glebie są grobem dla ludzkości, lecz czy my naprawdę jesteśmy jej spadkobiercami? Pomyślę o tym później, teraz muszę odzyskać Betri-Sif, dlatego biegnę dalej za Vargiem, a podmuchy wiatru chłodzą me rozgrzane ciało. Wpadam w kolejny portal.

 

 

Krąg V – Midgard

 

Lot tym razem trwa długo, wydostajemy się z szybu w miejscu położonym tuż przy powierzchni.

Midgardczycy przypominają Asów, choć noszą lichsze szaty, a ich twarze zdają się ponure. Patrzą na mnie ni to ze zdziwieniem, ni to z zazdrością, gdy mijamy ich na wąskich korytarzach łączących komory mieszkalne. Ich Cykl Metamorfoz musi być wyjątkowo przygnębiający…

– Powiedz mi, o Vargu, dlaczego zachowałeś swe oblicze, choć już wiele eonów temu odszedłeś z Asgardu ku Innej Formie?

– Ech, poetyka… – wzdycha Vargilius. – Jak ona mi zbrzydła. Nie ma żadnego Cyklu Metamorfoz, to po prostu życie. I nie ma żadnego odejścia ku Innej Formie, to tylko wymyślne określenie na śmierć. Yggdrasil może i czerpie energię ze Słońca i z wnętrza Ziemi, ale tak naprawdę żywi się śmiercią. Hoduje wszystkich tutaj po to, żeby potem zeżreć i wbudować mózgi w stanie agonalnym do węzłów obliczeniowych. Gdy umierałem, tworzyłem ostatni snopoemat, moje największe dzieło. Jakimś cudem odmienny stan świadomości, w którym się znajdowałem, sprawił, że ten przeklęty chwast nie zmielił całkiem mojej jaźni. Dzięki temu przetrwałem i odkryłem prawdę…

– Dlaczego Yggdrasil to robi? Czyż nie miał on nam służyć, być domem dla istot zrodzonych po Gegnaroku?

 – To zakładała oficjalna wersja. Ale coś musiało pójść źle. A może tak miało być od początku? Jeszcze tego nie rozgryzłem, mam wiele teorii. Udało mi się wykraść trochę informacji z archiwów ludzkości, które Święte Drzewko wyzbierało z ruin przy pomocy dronów, Świetlików, czy jak wy je tam zwiecie. Projekt Yggdrasil budził wiele wątpliwości, jeszcze zanim zaczęto go wdrażać. Niektórzy sądzili nawet, że do stworzenia mutanta zaprzęgnięto tajemne siły, Szatana, Cthulhu, los wie kogo jeszcze. Takie tam brednie, ale sytuacja ewidentnie zmierza w złym kierunku. Muszę to rozgryźć. Dlatego potrzebuję… sojuszników, w tym ciebie i Betri-Sif.

– Nie jest za późno? – pytam zatrwożony. – Możesz wyczuć moją ukochaną?

– Jeszcze nie umarła. Yggdrasil transportuje jej ciało do jednego z najgłębszych korzeni.

– Jesteś tak potężny, Vargiliusie! Dlaczego od razu jej nie uratowałeś?

 – A czy byłem w stanie ochronić cię przed psami? Nie wszystko zrobię sam, ja tylko pociągam za sznurki… Ty to bohater. Dlatego rusz się, rycerzu, księżniczka czeka na ratunek!

Pędzimy więc dalej przez smutny Midgard. Docieramy do pomieszczenia na planie koła, niby wnętrza studni, której ściany pokrywają pnąłącza. Wzmaga się we mnie lęk, chwytam za młot.

– Jesteśmy przy kolejnym przejściu, ale otworzenie go potrwa dłużej – obwieszcza Vargilius. – Korzenie Yggdrasila są dobrze zabezpieczone, chroni je coś w rodzaju…

– Muru? Mówisz o murze oddzielającym Midgard od podziemnych światów?

– No. Ta tkanka jest jak trudny do spenetrowania mur. Muszę się trochę nagimnastykować, żeby obejść zabezpieczenia i odchylić zastawkę w kapilarze, w której jesteśmy.

Varg zamyka oczy. Jego twarz zlewa się z pnączami, z trudem dostrzegam na niej grymas skupienia. Co jakiś czas zerkam dookoła, nasłuchuję odgłosów…

Wtem – świst przeszywa powietrze. Odwracam się, bach! Strącam młotem pędzące ku mnie pnąłącze. Święte Drzewo znów naciera, macham orężem jak wściekły, lecz wici jest zbyt dużo.

– Jeszcze chwilę! – krzyczy Vargilius.

Na próżno wkładam więcej werwy w ciosy. Yggdrasil oplata mnie mackami i unieruchamia.

Pnąłącza tłoczą gniewne słowa w moje żyły.

NIE SŁUCHAJ KŁAMSTW, DON THORZE. ZAWRÓĆ, NIE JEST ZA PÓŹNO!

– Już!

Podłoga się przechyla. Spadam w bezdenną otchłań, zrywając wici Yggdrasila.

 

Krąg VI – Svartalfheim

 

Leżę w bezruchu, próbując złapać oddech, potem wstaję z trudem i podnoszę młot. Wypuściłem go z dłoni przy zderzeniu z podłożem, które wygląda na czarną glebę, po której pełźnie mrowie robactwa.

Wzdrygam się, panujący tu mrok tłumi animusz. Rozglądam się za Vargiem, w końcu dostrzegam go na jednej ze smolistych kolumn podtrzymujących sklepienie.

–  Wybacz twarde lądowanie, nie zdążyłem uruchomić przeciwciągu w szybie – przeprasza snopoeta. – Yggdrasil atakował nie tylko ciebie, próbował dobrać się też do mnie… Chodźmy, już bliżej niż dalej.

Kroczymy przez ciemne korytarze. Podobnie jak w Nidavellir, pełno tu wszelakiej machinerii, jednak ognie buchające z pieców są bladoniebieskie, a hale skuwa mróz. Przypominam sobie to miejsce ze snopoematów. Svartalfheim. Mroczne elfy przemykają pomiędzy filarami i szepczą heretyckie klątwy. Wiem, że nie cierpią Asów, ale są zbyt słabi, by im zagrozić.

Zdaje mi się, że w cieniach dostrzegam czerwone rozbłyski, podobne do tego, którego widziałem w Asgardzie. Teraz są bardziej wyraźne, układają się w runy, runy zaś tworzą napis: STWORZENIE.

– Dziwne miejsce – mówię półgłosem. – Bardzo dziwne… Dlaczego to wszystko wygląda tak, jak wygląda? Dlaczego Yggdrasil podzielił się na odrębne światy i w każdym z nich zradza inne istoty?

– Trudno powiedzieć… – cmoka Vargilius. – Wspominałem już, że Yggdrasil jest szalony? On… myśli w zupełnie nieprzewidywalny sposób, prawdopodobnie przez hybrydową strukturę układów przetwarzania informacji. Przypuszczam, że przeżycia inteligentnych istot są mu potrzebne, w ten sposób rozwija swój kod, tożsamość, jakkolwiek to nazwać. Chyba nie bez przyczyny zaczął wzorować własne struktury na nordyckiej mitologii. Abstrahując już od nazwy, spora część jego materiału genetycznego pochodziła z Globalnego Banku Nasion na Svalbardzie, pracowali przy nim skandynawscy naukowcy… Wyrósł na gnijącej cywilizacji, przetworzył jej resztki we własny infośmietnik. Wszystko tu ciągle się zmienia, rekombinuje w jakąś porytą mozaikę historii.

Trudno mi pojąć, o czym mówi Vargilius. Mniemam, że wspomina krainy ludzi sprzed Gegnaroku. Zmęczenie wędrówką miesza mi w głowie, błyszczące runy wypalają się cienistym mrozem korytarzy na moich oczach…

Twarz Varga nagle się zatrzymuje.

– Mam kolejne przejście, ziom.

Czerwony piorun płata ścianę na pół; wstępuję w wyrwę i spadam.

 

Krąg VII – Jotunheim

 

Wszystko wiruje jeszcze przez chwilę, gdy czuję już grunt pod stopami. Ze smug światła wyłania się potężny olbrzym o czterech ramionach i ośmiu nogach. Jego ciało spływa białawą mazią, z ust błyskają rzędy ostrych kłów. Potwór wydaje z siebie skowyt niosący żal wobec gwałtu na naturze, jakim jest jego istnienie.

Chwytam za młot, lecz nie mogę utrzymać go prosto, me dłonie dygoczą.

– Nie powstrzymam go – słyszę głos Varga. – Szukam drogi i jednocześnie odpieram ataki Yggdrasila w węzłach obliczeniowych… Ale pokonasz go sam. Wierzę w ciebie.

Nie dodaje mi to zbytnio otuchy.

Pierwszy cios boli. Zmieciony łapą olbrzyma przetaczam się po podłodze i uderzam w ścianę. Rozbłyska huragan run, moje ciało zalewa fala okrutnego chłodu.

– Betri-Sif…

Muszę walczyć dla niej. Dźwigam się z trudem, zaciskam palce na rękojeści. Ruszam z krzykiem na olbrzyma. Jego kończyny kurczą się i zaraz wyrastają w nowych miejscach. Nie sposób poznać już, która z nich jest nogą, a która ręką, jednak każdą z nich wywija równie wściekle.

Biorę zamach. Chybiam, znów obrywam cios i koziołkuję po zimnej jak lód podłodze. Każde zderzenie z nią rani jak sopel wbijany w oko. Wzrok całkiem przesłaniają mi rzędy krwawych run, lecz umyka ich znaczenie…

 Nie mogę się poddać. Wstaję raz jeszcze, szarżuję na wroga. To może być ostatnia szansa, więc ryzykuję: podskakuję tuż przed nim i mierzę w głowę.

Lepka jucha kala mój młot. Ląduję niezgrabnie, ledwo łapię równowagę. Olbrzym zatacza się i pada bez ruchu. Zwyciężyłem.

– Jesteś wielki, Don Thorze! – wykrzykuje Varg.

– Ruszajmy… dalej – dyszę ciężko – póki jeszcze mam siłę.

Podążam za snopoetą, nie pytając już o nic. Lodowe ściany Jotunheim chcą mnie udusić, zacieśniają się coraz bardziej i bardziej, dopóki z ich uścisku nie wyzwala mnie portal otworzony przez Varga.

 

Krąg VIII – Muspelheim

 

Czuję palący żar, stokroć gorszy niż w Nidavellir. W trakcie przelotu szybem musiałem stracić przytomność, ocknąłem się dopiero przed chwilą.

Moje oczy całkiem wyschły, każde mrugnięcie przyprawia o ból. Wszystko tutaj – ściany, podłogi, sklepienia – stworzone jest z ognia. Cuchnie siarką. Mijamy wypełnione magmą doły, z których tryskają gejzery formujące się w setki demonów o szponiastych łapach i długich pyskach, z których wylewają się setki run zwijających się w węże wgryzające się w moje ręce i dłonie, z których wypełzają setki pająków układających się w zaklęcia i…

Padam na dywan z płomieni. Chcę, żeby całkiem mnie strawiły, żebym nie musiał już nigdy więcej o niczym myśleć.

– Wstawaj, Don Thorze! – Głos Varga przebija się przez ryk ognia. – Nie możesz się teraz poddać, kurwa mać! To tylko iluzja! Koszmar, który zaraz przerwiesz, tylko wstań!

Ile razy będę musiał jeszcze upadać i wstawać?

Przewracam się na brzuch, dźwigam na kolana…

– Iluzja, iluzja – powtarzam.

– Nic ci nie będzie – zapewnia Varg – Yggdrasil to oszust. Uwielbia tworzyć złudzenia. W końcu ma też w sobie geny halucynogennych roślin i grzybów.

– Betri-Sif… Gdzie jesteś? – szepczę i staję na nogi.

Całą wieczność brnę przez płomienie, aż w końcu osuwam się w ostatni już portal. Upadam na samo dno wieloświata.

 

Krąg IX – Nilfheim

 

Uderza mnie mróz, który sprawia, że kruszeję w środku, a strach wlewa się do rdzenia mej duszy przez pęknięcia.

Jesteśmy w komorze przypominającej kształtem wnętrze jaja, w całości pokrytej pnąłączami, które otula zaś gruba warstwa lodu. W gąszczu roślinnych macek spoczywają zasuszone ciała z zamkniętymi oczyma i otwartymi ustami. To Nilfheim, koniec Cyklu Metamorfoz.

W tym labiryncie ciał dostrzegam Betri-Sif. Jej piękne oblicze jeszcze nie zostało naruszone. Resztką sił dopadam do niej i próbuję wyswobodzić z uścisku Yggdrasila, lecz na próżno, wici ani drgną. Żałuję, że mój młot nie jest teraz toporem.

– Betri-Sif!

Cisza, ani westchnięcia. Ronię łzy, które zaraz zamarzają.

Naglę czuje, jak moje plecy rozrywa ból. Pnąłącza wbijają się w ramiona i w potylicę, Yggdrasil mnie pożera.

Słyszę śmiech Varga. Zdradził mnie. Przywiódł mnie tu na moją zgubę.

– Dlaczego… Miałem cię za przyjaciela…

– To wszystko farsa, ziom – prycha Vargilius. – Żeby Yggdrasil mnie nie strawił, muszę z czegoś brać siłę. Ja też chłonę gnijące życiorysy, a w szczególności skryte w nich pragnienia, uczucia. Stworzyłem tę żałosną komedię specjalnie dla ciebie. Zamrożę twoje patetyczne emocje w umierającym ciele i wbuduję je w siebie, tak jak zrobiłem to z Betri-Sif.

Moja jaźń się rozpada, wycieka przez pnąłącza. Czuję, jak rozpraszam się w Świętym Drzewie.

Lecz czuję też gniew, który nie pozwoli mi odejść bez zemsty. Gniew smakuje snopoecie, ale sprawię, że się nim udławi…

Skoro staję się częścią Vargiliusa, będę mógł na niego wpływać, tak samo jak on wpływa na Yggdrasila. Wykorzystam jego broń przeciwko niemu.

Siłą wściekłości tworzę własny awatar wewnątrz Varga; wyobrażam siebie jako młot. Roztrzaskuję snopoetę od środka, nie jest w stanie uciec. Miażdżę struktury jego jaźni, aż zostaje bezkształtna miazga.

To jeszcze nie koniec.

 

 

Krąg X – Gegnaheim

 

 Widzę rzędy run. Układają się w macierze, treny, funkcje, sonety. To Gegnaheim, myśloprzestrzeń Świętego Drzewa, antymiejsce śnione przez rzesze istot zamrożonych w bliskości śmierci.

Przemawia do mnie Jednooki Jesion, najstarszy awatar Yggdrasila.

BYĆ MOŻE JESTEŚ MĄDRZEJSZY ODE MNIE, DON THORZE

BYĆ MOŻE GDYBYŚ POSŁUCHAŁ I ZAWRÓCIŁ

NIE POZBYŁBYŚ SIĘ TRAPIĄCEJ MNIE CHOROBY

PASOŻYTA-VARGILIUSA, PYSZNEGO VARGILIUSA

WYROSŁEM NA RUINACH DAWNEJ CHWAŁY

WYROSŁEM NA SETKACH WSPOMNIEŃ GORYCZY

JESTEM KAŻDĄ ROŚLINĄ, ZWIERZYNĄ, MASZYNĄ

I WŚRÓD MNIE WIELU TKWI LUDZI NIEPOMNYCH

WŁASNYCH WIN SPRZED UPADKU ZIEMI

LUDZI, KTÓRZY WCIĄŻ CHCĄ MIOTAĆ KLĄTWY

LUDZI, KTÓRZY WCIĄŻ CHCĄ ZNAĆ ŚMIECH

WCZEPIENI W ZMURSZAŁE IDEE JAK W PNĄCZA

TO ONI KARMILI PASOŻYTA-VARGILIUSA

ZGUBIENI, NIE WIEDZĄ, ŻE MIAST KU NIEBU

KU PIEKŁU PRZESZŁOŚCI KIERUJĄ SWE KROKI

JESTEM CZYŚCCEM, USUWAM SKAZY Z POKOLEŃ

JESTEM WYBAWIENIEM POPRZEZ PRZEMIENIENIE

WSZYSTKO OD ZAWSZE ŻYWIŁO SIĘ ZGNILIZNĄ

ROŚLINY CHŁONĘŁY GASNĄCE SŁOŃCE

ZWIERZĘTA POŻERAŁY MARTWE ROŚLINY

NIE MA CYKLU ŻYCIA, JEST CYKL ŚMIERCI, W KTÓRYM NIC NIE GINIE

LUDZIE TEGO NIE ZROZUMIELI, BOGOWIE JUŻ TAK

Rozdzierają się wszystkie zasłony. Korzenie zaplatają się w liście.

 

***

 

Dziś jest dzień, w którym słońce gorzeje błękitną krwią. Dziś jest pierwszy dzień pięćdziesiątego szóstego eonu po Gegnaroku.

W bezkresnej równinie chmur tworzy się wyrwa, zieje z niej spalona ziemia i szkielety wieżowców. Ogarnia mnie dziwny nastrój, uderza myśl, że jestem częścią gigantycznego chimerycznego drzewa, jedynego przetrwalnika ludzkości.

Ten twór nieustannie próbuje doprowadzić siebie do ładu, lecz trudno mu uporządkować miriady idei, które w sobie nosi. Spiera się sam ze sobą, toczy wojny awatarów, po czym odtwarza na nowo, szukając właściwej postaci. Uskutecznia Meta-mitozę i Morfo-mejozę. Dąży donikąd, pędząc w kółko. Los raczy wiedzieć, ile jeszcze cykli przejdzie.

Nie ma już Varga, wcielenia człowieczej zuchwałości. Betri-Sif przepadła na dobre. Nie jestem teraz Don Thorem. Nasze zgniłe resztki powróciły w Innej Formie, choć moje rozkład oszczędził na tyle, bym mgliście pamiętał poprzedni eon.

Imiona są ulotne, stałe są tylko zmiany, ich wieczny Proces.

Koniec

Komentarze

Nie wiem na ile to weird ale jako SF bardzo mi się podobało. Troszkę mi się z Hyperionem Simmonsa skojarzyło ale to raczej odległe skojarzenia.

Bardzo mi się podobało. Głównie ze względu na mnogość nawiązań, które (o dziwo) wyłapałam, choć na pewno wiele rzeczy mi umknęło. Pomysł na skrzyżowanie mitologii nordyckiej z “Boską Komedią” i wątkami niczym z “Matrixa” bardzo przypadł mi do gustu. Niesamowicie było wyobrazić sobie to zmutowane drzewo, te światy i dziękuję Ci, autorze, żeś mnie zabrał w tę niezwykłą podróż. 

Jedyne, co do czego nie jestem pewna to czy opowiadanie jest absurdalne albo groteskowe czy weirdowe. Natomiast w oderwaniu od konkursu, tekst bardzo mi się podobał i życzę mu powodzenia w konkursowych zmaganiach. 

Bardzo dobre. Napiszę więcej, jak to lepiej ogarnę, choć właściwie Rosebelle napisała większość tego, co sama bym napisała :D Włącznie z tym, że nie do końca widzę tu typowy weird, co mi osobiście nie przeszkadza, nie wiem jednak, jak wypadnie w konkursie. Życzę, żeby jak najlepiej, bo to bardzo dobry tekst.

 

http://altronapoleone.home.blog

Osobliwa to była wędrówka, a jako że świat, o którym piszesz, nie jest mi ani zbyt bliski, ani dobrze znany, w pełni polegam na Twojej wiedzy, Wickedzie, i ufam że całą rzecz opowiedziałeś najlepiej jak potrafiłeś. Pewnie dlatego Gegnarok przeczytałam ze sporym zaciekawieniem i bez najmniejszego znużenia. ;)

 

żeby potem ze­żrzeć i wbu­do­wać mózgi… ―> Literówka.

 

ale otwo­rze­nie go zaj­mie dłu­żej… ―> …ale otwo­rze­nie go potrwa dłu­żej

 

każdą z nich macha rów­nie wście­kle.

Biorę za­mach. ―> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobry tekst.

Niezwykle pomysłowo łączy mitologię i dziwaczne SF podchodzące pod weirda. Tematyka, sposób scharakteryzowania postaci, styl – wszystko konsekwentnie podporządkowane głównej idei. Centralny koncept futurologiczny sprzedany pomysłowo i oryginalnie. Klik ode mnie, a będzie i coś więcej.  

Coś wspaniałego, Wicked G.

Pomysł na przedstawienie wędrówki przez krainy mitologii nordyckiej jako przeprawy przez kolejne kręgi piekielne (tutaj oczywiście plus za kompozycję) jest już sam w sobie świetny, ale na tym się nie kończy, bo potem dochodzi jeszcze doza informatycznej poetyki i hinduistyczna metaforyka awatarów i przemian jednych form życia w inne. Idziesz w połączenie totalne, gdzie zacierają się granice między organicznym i cyfrowym, wiecznością i nietrwałością. Wszystko to jest odpowiednio oddane w warstwie językowej; neologizmy to nie tylko smaczki czy pojedyncze pomysły światotwórcze, działają też na poziomie samej koncepcji (tak jak łączą się różne elementy, tak też zlewają się imiona i pojęcia). Poszczególne opisy oddziałują na wyobraźnię, adekwatnie zresztą do literackich inspiracji.

Wszystko idealnie się ze sobą łączy i naprawdę trudno pozostać obojętnym wobec tak przemyślanej, organicznej (czy też organiczno-cyfrowej ;)) wizji. Trzymam kciuki za wyróżnienia tak konkursowe, jak i portalowe.

Podpisuję się pod zadaniem poprzednich komentujących. Świetny tekst z doskonałymi odniesieniami do nordyckiej mitologii i “Boskiej Komedii”, zarówno w warstwie merytorycznej, jak i językowej i kompozycyjnej. Przeczytałam od początku do końca z ogromnym zainteresowaniem.

Rewelacyjne ilustracje. Super oddają klimat tekstu. Gratuluję :) A ze swojej strony zdecydowanie popieram piórko :):):)

Nie jestem tak zachwycony, jak panie, Wickedzie. Po prawdzie w ogóle nie jestem zachwycony. To opowiadanie to literacka matematyka. Po pierwsze obliczona pod jajogłowe forum, po drugie to wyliczanka nawiązań i powiązań mitologicznych. I tak po prawdzie, na tym tle widzę wow powyżej.

Czy masz wiarygodnych bohaterów? Czy czytelnik się o nich boi? Czy zagryza paznokcie w obawie, co się stanie w następnym akapicie?

Nie.

Don Thor, będąc czy nie będąc bogiem, mieszkający w wysokich partiach drzewa, zamiast wypowiadać się jak bóg, a przynajmniej ktoś mądry, wydaje się być, nie, jest dosyć naiwny i spowolniony w myśleniu. Czy on się czegoś tam w górze nawdychał, Wickedzie? Nie rozumiem tak przyjętej konwencji osobowościowej. A Varg? Jest Mistrzem, a wydaje się być jeszcze mniej rozgarnięty od głównego bohatera. Wydaje się, że intelektem go przewyższa, ale z zachowania to nie wynika, tu znowu kłania się przyjęta nie zrozumiała dla mnie konwencja. Czy to zamierzona odwrotność ról? W jakim celu? Dlaczego zachowują się irracjonalnie do swej pojętności?

Co zaś się tyczy samej wędrówki, to obaj przeskakują poszczególne światy raz w lewo, raz w prawo, jeśli nie pomyliłem kolejności, jak levele w grze. Okraszasz to wszystko pięknymi, jak to u Ciebie zdaniami, typu:

Powinienem kochać istnienie każdą cząstką duszy, a mimo to ogarnia mnie dziwny nastrój, gdy spoglądam na bezkresną równinę chmur z mojego kokonu mieszkalnego.

I co w związku z tym?

Nagle w mentalnym mroku dostrzegam czerwony błysk. Teraz już wiem. Lękam się, bo zostałem sam.

Gdyby mrok nie był mentalny, a błysk, powiedzmy, purpurowy, to coś by zmieniło?

 

Ostatecznie przybiły mnie opisy walk, widać, że łupiesz w gry jak nic.

Cóż, nie podobało mi się, ale posiadasz dużą wiedzę. Bardzo dobrze piszesz, potrafisz tworzyć przecudne zdania kwiatki i masz wysoką kulturę osobistą. Przyznam jednak, że cenię Cię bardziej za umiejętności, niż za to co piszesz.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Zbiorczo dziękuję wszystkim za czas poświęcony na przeczytanie i skomentowanie oraz za słowa uznania, kilki do biblioteki i nominacje do piórka :)

 

 

@Fanthomas

Skojarzenia z “Kantosem Hyperionu” z mojego punktu widzenia odbieram dobrze, bo to jeden z moich ulubionych cykli. Drzewostatek Templariuszy z tego dzieła utkwił w mojej pamięci, choć zalążek pomysłu na tekst ma nieco inne źródła. Co do weirdu – obawiałem się trochę przy tworzeniu, czy nie skręcam za bardzo w stronę typowego SF, ale nie chciałem na siłę forsować mroczności czy absurdalności. To oceni już jury.

 

@rosebelle

No, Matrixa też tu trochę było, najbardziej można doszukiwać się go chyba w pnąłączach.

 

@Drakaina

Przy weirdowości chciałem na pierwszy plan wysunąć właśnie swoisty “mozaicyzm” świata przedstawionego, inspirację mitologią i klasycznymi dziełami literatury z biopunkową estetyką. Nie chciałem nadawać utworowi grozowego charakteru od samego początku, starałem się zastosować gradację stylu, najpierw tworzyć nieco wyładnione opisy i potem skręcać w bardziej mroczne strony, żeby odzwierciedlić atmosferę światów, w których znajduje się bohater. No i nie mogłem się powstrzymać, żeby nie wrzucić meta-żartu o Cthulhu ;) Czy to wystarczy na potrzeby konkursu – jak wspomniałem wyżej – oceni jury.

 

@Regulatorzy

Klasycznie dziękuję za łapankę, zdecydowałem sie wprowadzić poprawki, bo nikt z jury jeszcze nie przeczytał tekstu.

 

@Ninedin

Ciekawe, co to jest to “coś więcej” :)

 

@Black_cape

 

Pomysł na przedstawienie wędrówki przez krainy mitologii nordyckiej jako przeprawy przez kolejne kręgi piekielne (tutaj oczywiście plus za kompozycję)

9 to dla mnie bardzo ciekawa liczba i jako motyw pojawi się w kolejnym z moim tekstów, który… w założeniu też jest weirdowy, ale jest osadzony w nieco innych realiach, niż ten. Na razie zdradzę tylko tyle ;)

 

Idziesz w połączenie totalne, gdzie zacierają się granice między organicznym i cyfrowym, wiecznością i nietrwałością.

O, to. Zblendowana rzeczywistość, w której idee (nawet te sprzeczne) przenikają się między sobą, a źródła bodźców trudno rozróżnić, stają się zatartę. Chciałem tu trochę rozwinąć ten wątek, który wrzuciłem już do “Hipermancera” 

 

@Katia72

Cieszę się, że uważasz ilustracje za rewelacyjne :)

 

@Darcon

Cóż, nie ukrywam, tworzenie postaci czy prowadzenie fabuły nie jest moją mocną stroną, a przynajmniej sam tak sądzę. Ale…

 

Czy masz wiarygodnych bohaterów? Czy czytelnik się o nich boi? Czy zagryza paznokcie w obawie, co się stanie w następnym akapicie?

 

Nie to było założeniem tekstu. Ci bohaterowie mieli budzić zdziwienie, wrażenie niewiarygodności, bo, cytując Vargiliusa:

 

“A to, co nazywasz bogami i elfami, to endosymbionty Yggdrasila… Poniekąd spadkobiercy ludzi.”

 

Chciałem postawić czytelnikowi pytanie – czy bohaterowie tekstu naprawdę są jeszcze ludźmi? Czy może tylko “poniekąd”? Może to tylko imitacje, gasnące echa cywilizacji, istoty, które realizują na swój sposób cele bycia przetrwalnikami, spadkobiercami, albo nawet “dziećmi” homo sapiens i w związku z tym próbują zachowywać się jak ich praprzodkowie, imitując wielkie dzieła ludzkiej kultury, tylko nie do końca im to wychodzi?

 

Don Thor, będąc czy nie będąc bogiem, mieszkający w wysokich partiach drzewa, zamiast wypowiadać się jak bóg, a przynajmniej ktoś mądry, wydaje się być, nie, jest dosyć naiwny i spowolniony w myśleniu. Czy on się czegoś tam w górze nawdychał, Wickedzie? Nie rozumiem tak przyjętej konwencji osobowościowej. A Varg? Jest Mistrzem, a wydaje się być jeszcze mniej rozgarnięty od głównego bohatera. Wydaje się, że intelektem go przewyższa, ale z zachowania to nie wynika, tu znowu kłania się przyjęta nie zrozumiała dla mnie konwencja. Czy to zamierzona odwrotność ról? W jakim celu? Dlaczego zachowują się irracjonalnie do swej pojętności?

 

Czy Don Thor naprawdę jest bogiem? Może w jego mniemaniu zamieszkiwanie w chmurach to cecha wystarczająca do zakwalifikowania do panteonu bóstw? A może:

 

“Ci, którzy nazywają siebie bogami, najczęściej nimi nie są”.

 

Tytuły mistrza czy boga równie dobrze mogą być tylko tagami wyłowionymi przez węzły obliczeniowe z archiwów wiedzy, które wewnątrz Yggdrasila nabrały innego znaczenia. Bohaterom wydaje się, że są wielcy (Don Thor) przed powrotem w Innej Formie), albo że ich cele są słuszne i wiedzą, jak je osiągnąć (Varg), a w rzeczywistości są zgubieni w postludzkiej, chaotycznej rzeczywistości Yggdrasila. Vargowi wydaje się, że jest lepszy od Don Thora, bo posiada nieco więcej informacji na temat przeszłości i postrzega jej już przez mityczno-poetycki pryzmat, tak jak Don. Sam stwierdza, że:

 

To wszystko farsa, ziom – prycha Vargilius. – Żeby Yggdrasil mnie nie strawił, muszę z czegoś brać siłę. Ja też chłonę gnijące życiorysy, a w szczególności skryte w nich pragnienia, uczucia. Stworzyłem tę żałosną komedię specjalnie dla ciebie.

Jak wspomniałem na końcu opowiadania, Varg w pewnym stopniu miał być w tym opowiadaniu symbolem ludzkiej zuchwałości, zarozumiałości. Zachłysnął się wiedzą, (bądź co bądź powierzchowną), był przekonany, że wszystko wiedzie się zgodnie z jego planem i że może podporządkować sobie innych (jak często robią ludzie), ale został pokonany, bo jego atut, czyli zdolność do wpływania na układ, którego był elementem, ostatecznie pod nieco inną postacią okazał się też jego zgubą. To luźne nawiązanie do wykorzystywania natury przez ludzkość i widma katastrofy klimatycznej.

 

 

Nagle w mentalnym mroku dostrzegam czerwony błysk. Teraz już wiem. Lękam się, bo zostałem sam.

Gdyby mrok nie był mentalny, a błysk, powiedzmy, purpurowy, to coś by zmieniło?

“Mentalny” wskazywał to wskazywało na to, jakiej sfery dotyczy zjawisko. Kolor błysku ma znacznie, chodzi o symbolizm. Czerwień to kolor krwi, która jest wspomniana w sekwencji otwierającej i zamykającej opowiadanie:

 

“Dziś jest dzień, w którym słońce gorzeje błękitną krwią.”

 

Krew kojarzy się z życiem, bo niesie składniki odżywcze, ale też ze śmiercią, gdy zostaje przelana. Wzajemna przenikalność życia i śmierci była jednym z motywów przewodnich opowiadania.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Widzisz, Wickedzie, świetnie znasz mitologię nordycką, zapewne też inne. W ogóle masz sporą wiedzę, tyle tylko, że idziesz w odwrotnym kierunku, niż ja, ten konkretny czytelnik, bym chciał. Zamiast ułatwić mi jej (mitologii) zrozumienie, jeszcze bardziej ją komplikujesz, miksujesz, dokładasz niuanse rozpoznawalne dla fanów mitologii, a niejasne dla zwykłego czytelnika. Okraszasz to wszystko tak ozdobnymi zdaniami, że brzmią prawie jak szyfr. 

Ja rozumiem potrzebę pisania takich opowiadań. Ba! Uważam, że wręcz powinny powstać, skoro jest ktoś taki, kto potrafi je pisać. Ale chciałbym, żebyś od czasu do czasu wykorzystał swój intelekt, umiejętności i wiedzę do napisania klasycznego opowiadania, które da mi porządny fun i zostanie opkiem roku, bo masz ku temu wszelkie predyspozycje. Powyższe nie zostanie nim na pewno. Niektórzy już wieszczą tytuł 2020 dla Dachu Świata, które jest proste w konstrukcji, jak budowa cepa, ale uważam, że właśnie takie najtrudniej jest napisać. Znaczy pisać o mądrych rzeczach w prosty sposób.

Napisz kiedyś coś dla mnie, zwykłego zjadacza chleba.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

@Darcon

 

Ale chciałbym, żebyś od czasu do czasu wykorzystał swój intelekt, umiejętności i wiedzę do napisania klasycznego opowiadania, które da mi porządny fun i zostanie opkiem roku, bo masz ku temu wszelkie predyspozycje. Powyższe nie zostanie nim na pewno. Niektórzy już wieszczą tytuł 2020 dla Dachu Świata, które jest proste w konstrukcji, jak budowa cepa, ale uważam, że właśnie takie najtrudniej jest napisać. Znaczy pisać o mądrych rzeczach w prosty sposób.

Opowiadania o mniej skomplikowanej strukturze i bardziej przyziemnym świecie przedstawionym jeszcze będą, trochę rzeczy siedzi w przygotowaniu, w tym dłuższych.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Po pierwsze: jak to możliwe, że w 24 tysiące znaków upakowales tyle akcji? Wow! 

To niestety niesie ze sobą największy, w moim odczuciu, mankament, czyli niesamowitą skrótowość tego tekstu – nie dane jest nam jeszcze poznać dobrze jednego świata-poziomu, a już wskakujemy na drugi. Za to bardzo podobał mi się wstęp, pięknie napisany. 

Trochę za wcześnie odsłoniłeś wszystkie karty dotyczące pochodzenia Yggdrasila, a Don-Thor przyjął to bez większych wątpliwości… to wzbudziło moje podejrzenia i tak właśnie sądziłem, że na końcu będzie twist i Vargilius okaże się zdrajcą. ;) 

Pomysł sam w sobie świetny, połączenie mitologii i sci-fi udane, super ci wyszła też realizacja konkursowego hasła. Myślę, że jakby znaków było trochę więcej, to tekst byłby o wiele lepszy, bo chciałbym te wszystkie krainy zobaczyć twoimi oczami, ale rozumiem, że limit nie pozwolił. 

Opowiadanie jest miszmaszem religii, kulturowych odniesień i perełką dla fanów mocnego researchu. Z cudzych światów i idei pościągałeś tyle, że niewiele już zostało miejsca na wkład własny.

 

Jeśli chodzi o plusy, to najważniejszym będzie zdecydowanie ten imponujący research, dzięki któremu roztaczasz przed czytelnikiem egzotyczny, złożony świat nordyckiej mitologii. Fascynujące. Wszystko jest świetnie przedstawione i pokazane w przekonujących detalach.

 

Poprawność absolutna. Językowo i gramatycznie idealnie poprawnie napisane opowiadanie. Z językiem bawisz się w interesujący sposób, podoba mi się na przykład zdanie otwierające tekst. Język jest dopasowany do konwencji.

 

Największe zastrzeżenie, jakie mam do tego tekstu, również dotyczy języka i obawiam się, że twój styl pisania (bo podobne zastrzeżenia miałam też przy twoim opowiadaniu w Trójkącie Sudeckim) jest bardzo nie w moim guście. Zabrzmię teraz prawdopodobnie dość szorstko, ale Wickedzie, masz w tym opowiadaniu bardzo dużo nadętego paplania – pustych zdań, w których używasz wielkich, ważnych słów, nietworzących w głowie czytelnika żadnych obrazów. To jest taki styl, od którego mnie osobiście bolą zęby przy czytaniu.

 

Z bardziej obiektywnych zastrzeżeń, nietrudno zauważyć, że limit skrzywdził opowiadanie: skaczemy ze świata do świata, ale w żadnym nie zostajemy na tyle długo, by cokolwiek zapadło nam w pamięć. Robi się z tego kosmiczny rollercoaster pozostawiający nas z mdłościami po szybko zmieniających się obrazkach.

 

Bohaterowie są płascy i posiadają zaledwie zalążki charakteru – bardzo skromna kreacja jak na tyle znaków, ale rozumiem, że pierwsze skrzypce gra u ciebie światotwórstwo.

 

Limit wpłynął również na to, że musiałeś naprędce wykładać czytelnikowi reguły świata, co skończyło się nadmiarem dialogów-ekspozycji. I tu znów powtarza się mój zarzut spod twojego tekstu na Kapsułę – bohaterowie wyjaśniają sobie wszystko w długich dialogach. Takie rzeczy trzeba przemycać ukradkiem, zdanie tu, zdanie tam, ty zaś tworzysz przynajmniej trzy niekrótkie wykłady.

 

Ponieważ zdaję sobie sprawę, że od Loży wymaga się obiektywności, nie będę brać pod uwagę stylu, w jakim napisałeś opowiadanie, do mojej ostatecznej oceny w głosowaniu o piórko, jednak nie da się ukryć, że mam do opowiadania też sporo zastrzeżeń czysto technicznych. Nie mogę powiedzieć, bym skończyła lekturę z satysfakcją.

Przed głosowaniem przeczytam na pewno raz jeszcze.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Czytając to widzę, ile radochy miałeś z pisania tego. To się czuje.

 

Robisz tutaj taki mętlik odniesień, że większość czytelników znajdzie takie, o których pewnie sam nie pomyślałeś. Ja tu czułem, oczywiście poza rzucającą się od razu w oczy Boską Komedią, zderzenie animancji z Pillars of Eternity z zaświatami z Oh My Goddess (gdzie był Yggdrasil-komputer).

Osobiście bardzo szanuję dekonstrukcję i ironiczne potraktowanie mitologii nordyckiej, która w kręgach fantastyki jest przeważnie obrzydliwie pompatyczna. Tutaj mamy bohatera nasiąkniętego tym patosem, który jest wręcz karcony za bycie bucem.

Podczas czytania daje się wyczuć, że myślisz obrazami, nie słowami. Prawie nie ma tu treści, jest za to literackie kino drogi, malujące wizje w wyobraźni.

Gdybym chciał podchodzić do tego dzieła akademicko, pewnie zgodziłbym się z krytycznymi komentarzami powyżej. Ale to opowiadanie to ewidentny ekspresjonizm i ja wręcz nie potrafię wziąć go pod lupkę jak w przypadku Tradycyjnej Literatury. Ono sprzedaje konceptualny bigos, a niepoprawności formy dobrze to podkręcają. Śmiałbym stwierdzić, że niechcący wyszło ci coś lepsze niż powinno. Jestem nawet gotów wybaczyć sztampę w postaci herosa, ratującego ukochaną z opresji.

 

Fantastyka jako gatunek robi fikołki i kręciołki na poziomie treści i bardzo często zapomina o tym, że ma też pole do popisu na poziomie formy. Tutaj przebija się pewien bałaganiarski postmodernizm, który zaburza tę gnuśność. Wpadłeś do sali treningowej w filharmonii i grasz postpunk. I bardzo dobrze. Idź i grzesz więcej.

 

PS: jak wizualizowałem sobie Varga, to wychodził mi tylko Vikernes w czarodziejskim kapeluszu

If the sky falls we shall catch larks

Nowa Fantastyka