- Opowiadanie: Zanais - Detektyw Lowin kontra Front Wyzwolenia Bobra

Detektyw Lowin kontra Front Wyzwolenia Bobra

Wielkie podziękowania dla Koimeody za bardzo dobre zbetowanie (szczególnie walkę z ogrodzeniem)

 

W tekście wykorzystano słowa piosenki Varius Manx – Orła Cień

https://www.youtube.com/watch?v=ZVF5x-YzUBY

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Detektyw Lowin kontra Front Wyzwolenia Bobra

Dochodziło niewyspane południe. Otwierałem właśnie drzwi do kamienicy przy Błotnistej, patrząc na świeżo powieszoną reklamę nowego kremu orzechowego. Uśmiechnięta wiewiórka o cudnej aparycji szczerzyła idealne zęby, najwyraźniej bardzo zadowolona z życia.

Wzruszyłem ramionami i rozpocząłem ostrożne zejście po krzywych schodach wprost do sutereny. Biuro powitało mnie cierpką wonią spleśniałego tynku i zakurzonych mebli, starej gorzały i niedopałków rzuconych pod parapet. Wyobraziłem sobie, co Ofelia powiedziałaby na ten bałagan. Nic miłego. A potem zakasałaby rękawy i wzięła się do roboty. Oczami wyobraźni ujrzałem ją podczas sprzątania – ryjek pełen szaszłyków z ważek, króciutkie szorty i… Zapomnij, Lowin. Było, minęło. Rozpamiętywanie w niczym nie pomoże.

Może czas najwyższy wywietrzyć? Nie miałem problemu z tym aromatem męskości, za to klienci…

Klienci! Dobre sobie. Żadnego zlecenia od tygodni, a jedyną osobą, która odwiedzała moją ciemną, zawilgoconą norę, stanowił listonosz z pękiem rachunków. Wyglądało na to, że nikt nie zamierzał zaufać ropuchowi o profesji detektywa. Smutne czasy.

Sytuacja wydawała się poważna. Ba! Beznadziejna. Długi rosły z dnia na dzień i nawet lichwiarze na mój widok zamykali lokale. Przyszłość rysowała się pod znakiem kartonu pod mostem.

Nalałem sobie drinka, usiadłem za biurkiem i rozpocząłem kolejny nudny dzień. Minęły może ze dwie godziny, które spędziłem na porządkowaniu szuflad i przycinaniu komara, gdy usłyszałem kroki na schodach, a potem przez oszklone drzwi weszło dwieście gramów rudego marzenia.

Wiewiórka.

Weszła rozkołysanym krokiem, sunąc przez podłogę jak roztopione lody. Gapiłem się bezwstydnie na smukłe nogi wystające ze zdecydowanie zbyt krótkiej czarnej sukienki, talię godną zagłodzonej osy oraz piersi opatulone cienką warstwą materiału i grubą chmurą moich marzeń. Ogon miała puszysty i wielki, przesuwała nim po meblach, ale nie protestowałem – idealnie wycierała kurze. Spływające z boku głowy włosy miała tak zakręcone, że chyba przepaliła lokówkę. Pośrodku nich jaśniał biały kosmyk. Nie zwracała uwagi na brud, a wchodząc, nawet nie zmarszczyła lekko zadartego noska.

Znałem takie jak ona – kobiety, przy których powinieneś schować portfel do sejfu i zapiąć rozporek tak wysoko, aż zostawi ślady na szyi.

– Proszę usiąść, pani…

Posadziła zadek na krześle po drugiej stronie biurka.

– Panno. Na imię mi Rothaarigundnassa. – W jej stworzonych do całowania usteczkach te słowa zabrzmiały niczym wybuch petardy w dłoni. 

Może troszkę się zakrztusiłem. Może na pewno. Nasunąłem fedorę bardziej na oczy, by ukryć zmieszanie. Kto wymyślił to imię? Babcia z paraliżem strun głosowych? 

– Czym mogę służyć panno… Rurhdagnaso?

Spojrzała wielkimi ślepiami, niewinnymi jak świeży skrzek i czarnymi jak moja sytuacja finansowa. Obiecywały wiele, a jeszcze więcej zostawiały wyobraźni. Nagle moje gacie zgłosiły petycję o okład z lodu.

– Proszę mi mówić Rota.

Nie oszukiwałem się. Nie dla misia miodek. Takie lalunie schodziły tu, bo czegoś „chciały” lub „potrzebowały”. Zastanawiałem się, którą opcję wybierze.

– Potrzebuję pomocy. Chcę pana wynająć.

A więc obie. Z jej głosu przebijała desperacja. Naprawdę potrzebowała pomocy albo potrafiła grać na facetach równie łatwo, jak łupała orzechy.

– Więc? – spytałem, gdy cisza się przedłużała. Kapanie wody z sufitu rozbrzmiewało melodramatycznym echem. Co pewien czas migała naga żarówka. W kącie odpadł kawałek tynku. Romantyzm wręcz kipiał. Bałem się, czy mi nie sparzy błon pławnych.

– Lubi pan przycinać komary?

Spojrzałem na biurko, gdzie leżał lekko przystrzyżony owad.

– Po skrzydełkach mam zgagę – odparłem, wystrzeliłem językiem i komar zniknął w mojej przepastnej gębie. Niedogotowany.

Rota westchnęła, po czym wstała. Podeszła do okna i spojrzała w dal, co było nie lada wyczynem, zważywszy na to, że zamurowałem je rok temu. Neon monopolowego po drugiej stronie ulicy przeszkadzał mi w drzemkach.

– Mogę mówić szczerze, panie…?

Moje nazwisko widniało wtopione w szkło drzwi, a tabliczka z nim stała na biurku, dokładnie między nami. Uznałem jednak, że nie przyszła tu popisywać się swoją spostrzegawczością i jeśli chciała grać słodką głuptaskę, ja zamierzałem tylko dobrać pionek.

– Lowin. Dżast Lowin – odpowiedziałem z uśmiechem.

– Dżast? Ciekawe.

– Ciekawość to moje drugie imię. – Pozwoliłem sobie na niewinny żarcik.

– Miło mi, panie Dżast Ciekawość Lowin – odparła zupełnie poważnie.

Zmarszczyłem czoło. Wciąż nie potrafiłem jej rozgryźć.

Wróciła na krzesło. Najwidoczniej podjęła decyzję, czy powierzyć mi sprawę.

– Panie Lowin. Porwano mojego wujka, profesora Kloppenheimera.

– Policja…

– Nie ufam policji – przerwała, po czym założyła nogę na nogę, bardzo powoli i z premedytacją. Oho! Zaczęła targi i urabianie biednego Lowina. Żadna z jej sztuczek nie stanowiła dla mnie tajemnicy. No dobrze, właściwie stoczyłem krótką, lecz bezlitosną potyczkę z oczami, aby patrzyły na jej pyszczek.

Wywalczyłem remis. Ledwo.

Podała mi zdjęcie. Drobny, podstarzały wiewiór w kitlu uśmiechał się do obiektywu.

– Wie pani kto za tym stoi?

– Nazywają siebie Front Wyzwolenia Bobra. Wujcio pracował nad czymś niezwykłym. Boję się, że bobry będą chciały użyć jego wynalazku do czegoś potwornego.

Bobry. Miałem z nimi do czynienia już wcześniej. Okrutne plemię drzewogryzów, podzielone na wiecznie skłócone paramilitarne organizacje. W ich łapach nawet przegniły żołądź zamieniał się w potencjalne narzędzie mordu.

– To wygląda na grubszą sprawę, panno Roto.

Sięgnęła do torebki nie większej niż ogonek od beretu, wyjęła igłę modrzewia i wsadziła między błyszczące ząbki. Pospieszyłem z zapalniczką. Woń nie pozostawiała złudzeń co do marki: „Leśna Rozkosz”. Młode lisice drążyły je delikatnymi łapkami i wypełniały garściami sosnowej żywicy z paprocią. Sam nabrałem ochoty, aby zapalić, ale w szufladzie trzymałem tylko igły z mniej luksusowej – właściwie najgorszej marki – „Bezrobotne”. Podejrzewałem, że te drążyły stare jeże między dłubaniem w nosie a wizytą w latrynie.

– Podejmie się pan?

Miałem jakiś wybór? Uznałem, że wolę zatańczyć krwawy balet z bobrami niż trafić pod most.

– Biorę dwie kostki miodu dziennie plus wydatki. 

Jej smukła dłoń znów sięgnęła do torebki, tym razem wyciągając tabliczki suszonego miodu. Pięć, dziesięć, dwadzieścia! Wysokoprocentowe, świeżo prasowane, równe i błyszczące. Jak ona je tam zmieściła? Każda tabliczka składała się z dziesięciu kostek. Każda kostka kusiła mnie jak muszy kebab.

Wybałuszyłem gały, a moje podgardle uznało, że czas najwyższy zrobić ze mnie durnia i nadęło się z ekscytacji, aż zaskrzypiało biurko. Wpatrywałem się w żółtą fortunę, próbując oszacować jej wartość. 

– Zapłacę trzysta kostek, panie Lowin. Trzydzieści teraz, pozostałe, gdy uratuje pan wuja i odstawi do mnie całego i żywego. Pomoże mi pan, prawda?

Pokiwałem głową, wypuszczając nadmiar powietrza i wyciągnąłem łapę.

– Mam tylko jeden warunek.

Oooczywiście…

– Proszę zająć się tą sprawą samemu i nikomu o niej nie wspominać.

– To dwa warunki.

Zmarszczyła czoło, po czym zachichotała. Urabiała mnie jak ciasto, a ja byłem gotów dodać drożdże.

– W porządku, panno Roto – zapewniłem. – Biorę tę robotę.

Podała mi trzy tabliczki miodu i kartkę z numerem telefonu.

– Doskonale. Proszę dać znać, gdy uratuje pan wujcia.

Wyszła, prezentując wdzięki i machając zakurzonym ogonem. Odgrywała swoją rolę do końca, abym przypadkiem się nie rozmyślił.

 

***

 

Po wyjściu Roty odczekałem godzinkę, wdychając ulatującą woń Leśnej Rozkoszy i zmieniając sobie okłady z lodu. Front Wyzwolenia Bobra. Nie znałem ich, ale to znaczyło tylko, że ich nie znałem. Musiałem zasięgnąć języka. Włożyłem stary prochowiec, otrzepałem nieodłączną fedorę, zapakowałem do kieszeni spluwę i amunicję, po czym ruszyłem do pracy.

Wciąż nie mogłem dojść do siebie po rozstaniu z Ofelią. Moje życie przypominało kulę gnojarza – miałem wrażenie, że siedzę w jej środku oblepiony brudem i toczony w nieznanym kierunku. Widziałem odbicie mojej pięknej ryjówki w zmarszczonych kałużach i w mroku bocznych alejek. Myślami balansowałem pomiędzy sprawą a kształtem jej wygłodniałego ryjka, żującego nieodłączną przekąskę.

Może trzysta kostek miodu od rudej ślicznotki polepszyłoby mój los? Może, może… Nie pozwalałem sobie na luksus marzeń.

Mżyło, a moje błony wybijały ponury rytm na śliskim chodniku. Rytm gnijącego miasta.

Za rogiem słyszałem młode fretki sprzedające swoje ciała za kostki miodu, kłamliwe szczury zachwalające z ulicznych straganów pieczone mrówki, choć każde rozsądne zwierzę wiedziało, że to mięso z karaluchów. Migające neony zapraszały do nocnych klubów, gdzie równie dobrze mogłeś napić się rozwodnionej jagodzianki, jak i dostać w mordę od naćpanego jeża, który wciągnął za dużą kreskę z jabłecznika.

Po wojnie z Robalami miasto schodziło na pchły i nawet deszcz nie mógłby zmyć z ulic całego brudu.

Niech to szlag! Spokojnie Dżast, bo znów ci się nadęło podgardle.

Jedna myśl nie dawała mi spokoju. Rota. Taka kobieta nie powinna wynajmować faceta mojego pokroju. Coś tu nie pasowało, a ponieważ nauczyłem się ufać instynktowi, skręciłem w stronę rzeki i minąłem szałasy bezdomnych myszy. W końcu, w cieniu mostu usłyszałem piosenkę szczurzych imigrantów:

Widziałam orła cień,

do góry wzbił się niczym wiatr

niebo to jego świat

pieprznął w gałąź, w błoto spadł!

Ochrypłe śmiechy wskazywały na dobry humor śpiewaków. Wyszedłem ze ściany deszczu wprost na zebraną wokół rozpalonego koksownika grupę szczurów.

– Kogo moje piękne oczęta widzą? – powiedział jeden ze ślepiami tak zaropiałymi, że powinien mieć na nich szyby naftowe.

– Cześć, Wrzodek.

Naprawdę miał na imię Staszek. Nazywali go Wrzodkiem, bo potrafił zaleźć za skórę bardziej niż czyrak na zadku. Poznałem go, pracując w kreciej dzielnicy. Banda młodocianych szczurów podrzucała bogatym kretom środki na przeczyszczenie i kradła papier toaletowy. Staszek pomógł mi ich wytropić. To była cuchnąca sprawa i jej smród ciągnął się za mną przez wiele dni.

– Czego potrzebuje mój ulubiony ropuch? – Wyciągnął łapę z butelką. – Agrestowczyka? Sam pędziłem…

– Trzeba powęszyć i to na wczoraj. Wiewiórka, wyższa klasa, nadziana miodem jak schowek niedźwiedzia, biały kosmyk we włosach. Przedstawia się imieniem Rothaarigucośtam. Chcę wiedzieć o niej, ile się da.

Wrzodek podrapał się pod pyskiem końcówką ogona.

– Szukanie jednej wiewiórki w całym mieście? To zadanie niemożliwe…

Wyjąłem tabliczkę miodu.

– …którego podejmiemy się z największą przyjemnością.

– Informuj mnie – poleciłem, rzucając mu słodki specjał.

 

***

 

Minęło parę godzin, spędzonych na typowej pracy detektywa – zadawaniu pytań, wyciąganiu przysług i oddzielaniu prawdy od kłamstwa. Natrafiłem na trop Barnaby – świstaka albinosa, od czasu do czasu handlującego z bobrami kontrabandą. Trop skierował mnie do „Wymiotującej żyrafy”.

Bywałem w najpodlejszych spelunach Nowego Leśniczowa: Od potrawki z ważki w „Muszym pierdzie” dostałem takiej biegunki, że tylko owoce tarniny utrzymały moje jelita na miejscu, a w „Różowym kopytku” spotkałem ekstremistki z Ligi Loch i aż żal wspominać, co mi zrobiły. „Wymiotująca Żyrafa” prezentowała się nieco lepiej. Tak o oczko komara lepiej. Podłoga z linoleum, żyrandole z połową przepalonych żarówek i krzywe stoły z ceratą w ohydną kratę, która aż kłuła w oczy, nozdrza zaś drażnił zapach przypalonej dżdżownicy.

Miałem szczęście. Klientów praktycznie nie było. W zacienionym kącie dwie kuny wymieniały ślinę, na małej scenie sfatygowany czarny myszor z saksofonem śpiewał ochryple „What a wonderful wolf”, a na parkiecie chuderlawy borsuk tańczył z wyliniałą lisicą. Biedaczka najwyraźniej spała, co nie przeszkadzało borsukowi.

Nagle zauważyłem Barnabę. Albinos siedział przy stoliku blisko baru i sączył coś ze szklanki. On też mnie spostrzegł i zanim zdążyłem choćby mrugnąć, skoczył na równe łapy, rzucił się do tylnych drzwi i wybiegł prosto w deszcz.

Popędziłem za nim. Alejka na tyłach śmierdziała zgnilizną i resztkami robactwa. Sadziłem susy przez padające ściany wody. Wśród kałuż błony pławne mają przewagę nad łapami, więc po chwili zobaczyłem go za śmietnikiem. Wtedy coś mi śmignęło koło głowy. Strzelał, jak biegał – niedbale i w desperacji. Sięgnąłem po spluwę, załadowałem kamień na gumę, wyjrzałem i wypuściłem suwenir. Krótki pisk powiedział mi wszystko. Zrobiłem dwa susy i stanąłem nad wpół leżącym, opartym plecami o ścianę białasem. Między oczami zaczynał wyrastać mu guz, lecz koleś nie ustępował. Zobaczył mnie i jego ręka chwyciła procę. Naciągnąłem swoją, patrząc mu prosto w ślepia.

– Wiem, co myślisz, draniu. Czy napiąłem ją wystarczająco mocno? Pozwól, że ci wyjaśnię. To Snail&Weasel z gumą ze ścięgien młodej sarny. Takie cacko powali warchlaka z pięćdziesięciu kroków. Więc jak będzie? Chcesz zarobić jeszcze jedną dziurkę w nosie?

– Szwięty Jeżu, poddaję szę! – Uniósł łapy do góry. – Kim ty jesztesz?

– Wróżką Zębuszką – syknąłem. – Gadaj albo zabiorę twoje jedynki. Profesor Kloppenheimer! Gdzie go trzyma FWB?

– Nie wiem, przyszęgam!

– Drętwieją mi palce. Chcesz jeść łodygi przez słomkę?

– Baza przy Wodopojówce! Wiem tylko tyle!

Poluzowałem gumę.

– Jeśli piśniesz bobrom choćby słowo, to cię znajdę.

Odwróciłem się bez słowa i poczłapałem alejką. Z ronda fedory spływał brudny deszcz.

– Nigdy ci szę nie uda! – krzyknął Barnaba.

Wyjąłem z kieszeni bezrobotnego. Odpaliłem, zaciągnąłem się ostrym dymem o posmaku latryny.

– Jeszcze zobaczysz – szepnąłem, niknąc w cieniu.

 

***

 

– Nie uda mi się – stwierdziłem. – Nie uda – powtórzyłem, aby mój zakuty łeb koniecznie zrozumiał. Lornetka nie pozostawiała złudzeń. Musiałem przyznać bobrom, że potrafiły budować. Bazę otaczało ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym, wieże strażnicze szperały w ciemności reflektorami, wśród drewnianych budyneczków przechadzały się futrzaki. Przy mundurach widziałem wielkie proce.

Cierpliwie szukałem śladu profesora Kloppenheimera. Wkrótce dopisało mi szczęście. Bóbr z miską orzechów laskowych zniknął za drzwiami budynku przy samej rzece. O ile któryś z tych paramilitarnych drani nie miał problemu z osobowością, to porwanego wiewióra trzymali właśnie tam.

Potrzebowałem pomocy jak kijanka wody. Na domiar złego, do głowy przychodziła mi tylko jedna osoba, którą mógłbym poprosić. Ale co z warunkiem Roty? Czy moja ruda pracodawczyni wpadnie w szał, gdy go złamię?

 

*** 

 

Mieszkała w skromnym domku na skrzyżowaniu Miodoliża i Dziuplanej. Wszystko było tak, jak zapamiętałem: drewniany płotek, który sam malowałem, za nim brukowana ścieżka z przyciętym trawniczkiem po obu stronach, w końcu drzwi i kołatka w kształcie zdekapitowanego karalucha. Z dachu kapała woda, a schody na ganek błyszczały w świetle ulicznej latarni.

Z mieszaniną przerażenia i ekscytacji człapałem do wejścia niczym samiec modliszki witany do łoża. Wiecie, ile jedzą ryjówki? Ofelia jadła, nie… pochłaniała, żarła i opychała się bez przerwy. Musiała, aby żyć. Wiązaliśmy jakoś koniec z końcem, ale sznurek się w końcu wystrzępił. Nie starczyło mi miodu, aby wyżywić nas oboje. Zostawiłem jej wszystko, co miałem i odszedłem.

Przez drzwi słyszałem śmiechy i podniesione głosy.

Zapukałem.

Otworzyła, wypuszczając na deszcz ciepłe światło i zapach śliwek.

– Dżast? – zapytała z pełnym ryjkiem, krople soku pociekły jej spomiędzy zębów. Potrafiła jeść i gadać jednocześnie. Kwestia wprawy, jak sądzę.

– Witaj, laleczko – odparłem, uchylając rąbka fedory. Syciłem oczy jej widokiem jak ona brzuch śliwkami. Oparła się o framugę. Czarne przylizane futerko, potargana bluzka i krótkie spodenki z zaschniętymi plamami. Nie miała lodowatego seksapilu Roty, kobiecego arsenału sztuczek do zawracania facetom w głowie. To była dziewczyna, przy której ogonku chcesz się budzić każdego ranka i która usmaży ci ślimaczki odziana tylko w twoją koszulę i stringi z pajęczyny.

Zajrzałem jej przez ramię.

Pisklę kruka, ledwie wyrośnięta wrona i młode nornicy siedziały przy okrągłym stole; przed nimi piętrzyły się stosy kolorowych papierków, kostki, figurki i kawałki nadziewanej dżdżownicy.

– Nie możesz strzelać do smoka z ognistej kuli! – krzyknęła wrona. – Ma odporność na ogień!

– Moja postać jest do bani – lamentowała norniczka. – A ten magiczny pierścień, który mi daliście, wcale nie pomaga.

Ofelia zamknęła delikatnie drzwi.

– Znów grasz – stwierdziłem. Zanim się poznaliśmy, prowadziła sesje gier fabularnych dla bogatych dzieciaków z Wysokodrzewa. Przynosiły jej przekąski i drobne upominki. Potrafiła się z nich skromnie utrzymać.

– Radzę sobie.

Pewnie, szło jej lepiej niż pewnym ropuchom w zawodzie prywatnego detektywa. Postanowiłem przejść od razu do sedna.

– Mam robotę i przydałaby mi się pomoc.

– Przyszedłeś tu tylko z tego powodu? Och, Dżast. Miałam nadzieję…

– Lepiej ci beze mnie. Potrzebujesz futrzaka z miękką sierścią, wypchanym portfelem i normalną pracą, przez którą nie musisz czekać z drżącym sercem, czy wróci, czy… 

– Ale pierdoły! – krzyknął przechodzący obok podstarzały jeż. Wyraźnie zalatywało od niego korzeniówką. 

Pokazałem mu palcem, co myślę o takim bezczelnym wtrącaniu się w nie swoje sprawy, ale zignorował mój gest. 

– No, aż mi igły rdzewieją! – wrzasnął. – Pocałuj ją, durniu!

– Co za bęcwał! Przepraszam za niego, maleń… – nie zdołałem dokończyć, bo moją gębę nagle zatkał słodki ryjek o smaku śliwek. Skończyliśmy masować sobie dziąsła językami dopiero po dłuższej chwili.

– Możemy zdobyć dużo miodu – powiedziałem. – Dostaniesz ponad sto kostek. Starczy na nową lodówkę i wielki zapas żarcia. Jestem ci to winien.

– Jesteś mi winien o wiele więcej – wyszeptała, a ja nie bardzo rozumiałem, co miała na myśli. – To niebezpieczne?

– O! Skąd to pytanie? W wojsku ty pierwsza pakowałaś ryjek do każdego mrowiska.

– Byłam młoda i głupia.

– Wciąż jesteś. Młoda, oczywiście – dodałem, gdy zmrużyła ślepia. – Zróbmy to. Taka okazja może się już nie powtórzyć.

 

***

 

Wiosłowaliśmy zgodnym rytmem. Jak zapewniał właściciel wypożyczalni łodzi, ta motorówka trzymała w sobie więcej mocy niż młody dzięcioł po dopalaczach, jednak plan odbicia profesora wymagał trudnej sztuki podchodów i infiltracji, dlatego polegaliśmy na sile ramion. Księżyc ledwo wyglądał zza chmur, wiaterek marszczył powierzchnię wody, a my, ubrani na czarno, zbliżaliśmy się od strony Wodopojówki do nieobsadzonej części bazy. Duma bobrów była ich największą słabością. Nie spodziewały się ataku z wody, którą, w ich mniemaniu, rządziły.

Wciągnęliśmy łódź na brzeg i ukryliśmy ją w zaroślach. Znów poczułem się jak w wojsku. Przed oczami stanęła mi wizja nacierających hord klekoczących żuwaczkami czerwonych mrówek. Dopiero dotyk Ofelii przywrócił mnie do zmysłów. Na dalszej drodze stanęło nam wysokie ogrodzenie z rozciągniętej między drewnianymi słupkami siatki zwieńczonej drutem kolczastym.

Mieliśmy szczęście. Przy ścianie szopy, gdzie trzymano profesora, dwa bobry paliły igły, oglądając jakiś pęk zdjęć i chichocząc pod nosami.

Z Ofelią rozumiałem się bez słów. Dobyliśmy proce. Siatka miała wystarczająco duże oczka.

Poszły!

Oba kamienie trafiły jednocześnie. Bobry nakryły się ogonami i legły pod ścianą. Rozsypane zdjęcia powoli spadały na ziemię. Spojrzałem na boki, ale wyglądało na to, że nikt nas nie widział. Chwyciłem ogrodzenie.

– Przecinaj – szepnąłem.

– Co takiego? Przecież to ty miałeś wziąć nożyce.

– O… 

– Nie mów, że zapomniałeś – warknęła Ofelia.

Spróbowałem udobruchać ją komplementem.

– Wybacz, twoje piękno zawróciło mi w głowie.

– Już ja wiem, gdzie ci zakręciło. Co teraz?

– Nie jest aż tak wysoko. Osłaniaj mnie – odrzekłem, rozciągając nogi.

– Co…?

W szkole byłem najlepszym skoczkiem w kijańskiej drużynie lekkoatletycznej. Nadeszła pora na odrobinę żabich sztuczek. Ugiąłem nogi i skoczyłem, jak przystało na zwycięzcę młodzieżowych zawodów. Prawie mi się udało. Zahaczyłem o drut kolczasty pewną drogą mi częścią ciała, którą używałem do siedzenia i zawisłem po drugiej stronie płotu. 

Co za wstyd! Bieganie z gołym zadkiem ujmie mi nieco heroizmu, ale miałem nadzieję, że przynajmniej Ofelii taki widok się spodoba.

Szarpnąłem się parę razy i w końcu materiał puścił, a ja spadłem, lądując już bez wypadków.

Może jednak zardzewiałem od szkolnych czasów.

Bobry niczego nie zauważyły. Omijając światła szperaczy, podszedłem do szopy. Zajrzałem przez okienko. Profesor grzebał coś przy skomplikowanym urządzeniu, a na krześle obok siedział bóbr, wczytany w „Kwartalnik Dentystyczny”. Pusta miska po orzechach nasunęła mi pewien pomysł…

Z procą w łapie zapukałem do drzwi.

– Orzechy dla profesora.

– Właź – burknął bóbr.

Więc wszedłem. Nie spuszczając oczu z zaczytanego strażnika, załadowałem procę i stanąłem przed nim.

– Lubisz placki?

– Hę? – spytał, opuszczając gazetę.

Puściłem gumę i kamień grzmotnął go w czaszkę. Pechowiec oklapł na krześle. Kloppenheimer patrzył na mnie w milczeniu. 

– Profesorze. Przybyłem na ratunek.

– Nareszcie. Ci hultaje karmią mnie starymi orzechami.

Spojrzałem na żelastwo za nim.

– Co to jest?

– MAGIA.

– Magia to zjeść larwoburgera przy Szóstej Alei i nie zapchać sedesu.

– Magnetyczny Absorbator Grawitacyjnych Immersji Anormalnych – wyjaśnił, nic nie wyjaśniając. – Chodzi o to, że…

Machnąłem łapą.

– Dobra, dobra. Zostańmy przy magii. I co to robi?

Profesor wyraźnie się podniecił. Trząsł wąsiskami jak przy wściekliźnie.

– Jestem blisko przełomu. MAGIA pozwali zamienić skorupę orzechów laskowych w sam orzech. Dodatkowe dwadzieścia czy trzydzieści procent! To zrewolucjonizuje…

– Cicho! – przerwałem. Zbliżały się głosy roześmianych bobrów. – Musimy uciekać.

– Chwileczkę. Nie pozwolę, aby MAGIA wpadła w niepowołane łapy.

Profesor wyjął ze sterty narzędzi młotek i kilkakrotnie uderzył w maszynę. Następnie wpakował do dużej teczki jakieś dokumenty i przycisnął ją do piersi. Wyjrzałem zza drzwi. Patrol bobrów zatrzymał się, by zapalić igły. Ależ ci płaskoogonowcy kopcili! Pociągnąłem profesora i wyskoczyliśmy na ciemny plac. Gdy dotarliśmy do ogrodzenia, Kloppenheimer zadał niezwykle istotne pytanie.

– Jak przejdziemy przez płot?

Po drugiej stronie siatki Ofelia w milczeniu rozłożyła ręce.

– Hm – mruknąłem. – Nie przypuszczam, by potrafił pan skoczyć nad ogrodzeniem?

– Żarty sobie robisz, młody płazie?

Wtem spłynęło na nas jaskrawe światło.

– Najeźdźcy! – krzyknął bóbr z wieży strażniczej. Rozbrzmiały miarowe uderzenia ogona.

– Też mi ratunek – skomentował niegrzecznie profesor.

Wiedziałem, że lada chwila zaczną latać kamienie. Bobry może nie chciały zranić profesora, za to z pewnością nie przeszkadzałby im martwy ropuch. Pozostało improwizować…

– Trzymaj teczkę – poleciłem.

– Co?

Nie siląc się na wyjaśnienia, jedną ręką złapałem profesora za kołnierz, a drugą za pasek jego spodni.

– Co zamierzasz, amebo?! – wrzasnął, kiedy zacząłem nim huśtać.

Pierwsze kamienie spadły tuż obok.

Ofelia napięła procę.

– Dżast! Pospiesz się!

– Panuję nad sytuacją! – odkrzyknąłem. Jak wspominałem, należałem do kółka sportowego i choć może nogi mi nieco osłabły od tego czasu, to w łapach czułem siłę rosomaka.

Rzuciłem profesorem.

Dwie rzeczy zdarzyły się wtedy jednocześnie.

Po pierwsze, dostałem pociskiem małego kalibru w poraniony drutem kolczastym zadek, co sprawiło, że zawyłem mocniej niż młody wilk po udanych godach.

Po drugie, profesor w następstwie efektownego, lecz niekoniecznie efektywnego lotu zarył pyskiem w słup i zamarł wczepiony częściowo w siatkę.

Na moment zapadła cisza. Nawet bobry umilkły. Ofelia patrzyła na mnie wielkimi oczami z wyrazem przerażenia na pysku.

– Rozpłaszczyłeś profesora.

– Przejściowe trudności – odrzekłem, rozcierając obolałe miejsce pod plecami. Następny pomysł nieśmiało zapukał mi do głowy. Skoro profesor już niefortunnie zawisł na płocie to, czemu by tego nie wykorzystać? Brzmiało sensownie. Wystarczy skoczyć w drewniany słupek gdzieś pod Kloppenheimerem i nasz wspólny ciężar, plus siła uderzenia, złamią ogrodzenie.

Sprężyście wyskoczyłem w powietrze. Wszystko poszło gładko prócz tego, że wpadłem prosto w profesora, co wzbudziło u niego ochrypły jęk, a u mnie poczucie winy i niemałą ulgę, że lądowanie okazało się bardziej miękkie, niż przypuszczałem.

Na szczęście słup zaskrzypiał, pękł i przewrócił się razem z nami. Moja dzielna Ofelia bombardowała bobry kamieniami. Jej drobne łapki poruszały się prędkością błyskawicy, ładując, naciągając i wypuszczając kolejne pociski. Krzyki bólu potwierdzały, że jej celność nadal nie miała sobie równych. Podniosłem nieprzytomnego wiewióra, zarzuciłem sobie na ramię i ruszyłem pędem w stronę łodzi, z Ofelią w krok za mną.

Bobry goniły nas, jakbyśmy nadepnęli im na ogon. Rzuciłem profesora na pokład, usiadłem za sterem.

– Wskakuj! – poleciłem Ofelii, odpalając silnik.

Ledwo wylądowała na pokładzie, motorówka wyrwała w jazgocie spienionej wody.

 

***

 

Rota wyznaczyła doki na miejsce spotkania. Osobliwy wybór, ale w końcu to ona trzymała miód, więc co mogłem zrobić? Poleciłem Ofelii ukryć się w cieniu kapitanatu, po czym zarzuciłem sobie Kloppenheimera na ramię i ruszyłem w stronę słabo oświetlonego placu, pełnego kałuż i śmierdzących wyziewów z kanalizacji. Profesor był wciąż nieprzytomny. Miałem nadzieję, że nie uszkodziłem go za bardzo.

Rota stała naprzeciwko w otoczeniu kilku muskularnych wiewiórów w garniakach.

– Profesor? – zapytała.

– Zemdlał z nadmiaru wrażeń, ale dojdzie do siebie.

Ułożyłem Kloppenheimera na ziemi.

– Miód?

Sięgnęła do torebki, ale zamiast spodziewanej zapłaty ujrzałem, jak wyciąga i wkłada do pyszczka igłę leśnej rozkoszy. Jeden z wiewiórów pospieszył z ogniem.

– Jest pewien problem, panie Lowin. Prosiłam, aby pan nikomu nie wspominał o naszej akcji.

Zdusiłem instynktowną chęć spoglądnięcia w kierunku Ofelii.

– Nie wiem, o czym…

– Moi chłopcy widzieli pana z ryjówką. Tą, która stoi tam w cieniu. Ma mnie pan za głupią?

Odpowiedź sama się cisnęła na usta, ale zdusiłem ją w zarodku, przez co wyczerpałem zapas samokontroli na miesiąc.

– Słuchaj, panienko. Dostarczyłem profesora zgodnie z umową. Wezmę miód i zapominam o tobie i całej sprawie.

Rozłożyła łapki.

– Tatuś nauczył mnie, że jak ktoś chlapnął jęzorem raz, to chlapnie i drugi.

Zagwizdała krótko, igła wyskoczyła jej z pyska i Rota z przekleństwem, o które bym jej nie podejrzewał, schyliła się, by ją podnieść. Tymczasem ochroniarze dobyli spod garniturów wielkie proce. Niech to skrzek kopnie! Pora brać nogi za pas.

Zdążyłem zrobić parę susów, zanim kamienie zaczęły świstać niebezpiecznie blisko. Ofelia już uciekała, ale tym razem nie dość szybko. Wyciągnąłem do niej łapy, ale zanim zdołałem ją pochwycić, coś gwizdnęło i nagle z pięknego ryjka Ofelii bryznęła krew i kawałki futra.

Ryknąłem, jakby to mnie trafili, wziąłem Ofelię pod ramię i zniknąłem w ciemnościach.

 

***

 

– Co z nią, doktorze?

Przez chmurę dymu z wypalonych bezrobotnych ledwo widziałem lekarza. Ale ponieważ był kretem, stawiało nas to na równych warunkach.

– Panie, co pan tu nakopcił? Pielęgniarka straż pożarną chciała wzywać.

Zacisnąłem pięści na białym fartuchu i przyciągnąłem kreta do siebie.

– Mów pan, co z nią, albo wsadzę ci te okulary w…

– Dobrze, już dobrze. Złamany ryjek, wybite kilka zębów, opuchlizna, strata krwi i tak dalej, i tak dalej. Rurka do końca życia i zniekształcona mowa. Tu nic jej nie poradzimy. Gdyby miał pan miód, to prywatna klinika doktora Gniazdy specjalizuje się w takich przypadkach. Proszę, tu wizytówka.

Czego się spodziewałem po publicznym szpitalu i lekarzach, z których większość nosiła okulary, zanim moja babcia złożyła skrzek? Puściłem konowała, po czym schowałem karteczkę do kieszeni. W drugiej trzymałem już parę podobnych, z klinikami dentystycznymi, oferującymi protezy i implanty zębów.

Wygładziłem fartuch doktorka i włożyłem mu do kieszeni moje ostatnie kostki miodu.

– Przypilnujcie, aby jej się nie pogorszyło, zanim zabiorę ją do tej kliniki.

– Za taki przypadek doktor Gniazdo weźmie wiele miodu.

– Zdobędę miód.

 

***

 

Siedziałem w fotelu pośrodku ciemnego salonu przez dłuższy czas, zanim w końcu weszła. Ciemna sylwetka na tle świetlistego prostokąta przedpokoju. Zapaliła światło i, wciąż nieświadoma mojej obecności, sięgnęła dłonią do zamka z tyłu sukienki.

– Nie przeszkadzaj sobie – powiedziałem. Naciągnięta guma zatrzeszczała groźnie.

Rota obróciła się i nasrożyła futro na ogonie.

– Lowin!

– Uwierz mi, skarbie, trafię z tej odległości. Chodź bliżej. Musimy porozmawiać, prawda?

– Jak mnie znalazłeś?

– Pewien szczur jest tak dobry, jak o nim mówią. Pewien szczur widział dziedziczkę fortuny potentata kremu orzechowego w towarzystwie profesora Kloppenheimera.

– Mogę wszystko…

– Wyjaśnić, wytłumaczyć i wyłożyć. Chcesz mnie ugłaskać pięknymi słówkami, ale nic z tego, nie mam miękkiego futerka. MAGIA Kloppenheimera postawiłaby was o duży krok przed konkurencją. Przypuszczam, że Front Wyzwolenia Bobrów zażądał sowitego okupu, więc wynajęłaś mnie do brudnej roboty. Sprytny plan. Przynajmniej dopóki nie wybuchł wam w pysk, prawda?

Zagotowała się w środku, ale szybko odzyskała zimny spokój.

– Ile chcesz?

Nadąłem podgardle z oburzenia.

– Myślisz, że wszystko można kupić?

Milczała, ale w jej ślepiach wyczytałem, że tak właśnie sądziła.

– Za obrazem jest sejf – powiedziała. – Mogę otworzyć?

Skinąłem głową, nie opuszczając procy.

Rota zdjęła malunek, otworzyła skrytkę, wyjęła walizkę i położyła na podłodze przede mną. Otworzyła wieko. W środku piętrzyły się równo ułożone tabliczki miodu.

Wiewiórka błysnęła uśmiechem.

– Wszystkich można kupić, skarbie. Bierz miód i się wynoś.

– Jeszcze jedno. Jest za pięć dziesiąta. Policja uwolniła już profesorka, który, oczywiście, nie jest twoim wujkiem. Wkrótce tutaj przyjedzie. Tak samo prasa. Widzisz, poinformowałem wszystkich. Wsadziłaś do szpitala moją… kogoś mi bliskiego, więc ja wsadzę was wszystkich za kraty. Jesteście skończeni.

Warknęła. Widziałem, że zaraz na mnie skoczy. Lubiłem czasem znaleźć się pod jakąś rozentuzjazmowaną samicą, ale nie z taką i nie w tych okolicznościach.

Strzeliłem. Oczywiście, nie za mocno. Nie jestem mordercą.

Myślę, że i tak bym to zrobił. Rota zasługiwała na nauczkę, za to, co zrobiła Ofelii.

Trafiłem prosto w błyszczące siekacze. Kawałki zębów posypały się we wszystkie strony.

Wiewiórka jęknęła, klęcząc na podłodze i obejmując łapami zakrwawiony pysk.

– Moje fęby! Dlafego?

Spokojnie zapaliłem bezrobotnego, wstałem i podniosłem walizkę.

– Wiesz czemu, Roto? Bo ty zła wiewióra jesteś.

– Co ja tefaz zfobię?

Sięgnąłem do kieszeni i rzuciłem jej parę wizytówek, które zabrałem ze szpitala.

– Wstaw sobie implanty.

 

***

 

Obudził mnie zapach pieczonych ślimaczków. Fale za oknem rozbijały się o plażę, na skórze czułem promienie słońca. Otworzyłem oczy.

Zobaczyłem cztery lodówki, wielką kuchenkę i stojącą do mnie tyłem Ofelię. Nuciła coś pod ryjkiem. Ze stringów z pajęczyny wystawał długi ogonek, którym kręciła w rytm melodii, przykrótka koszula – wyglądała na moją – marszczyła się na lśniącym futerku.

Czy wspominałem, że wróciliśmy do siebie?

Rota trafiła za kratki, jej firma upadła w atmosferze skandalu. Okazało się, że nieuczciwa walka z konkurencją była tylko wierzchołkiem nieprawidłowości. Policja maglowała mnie dłuższy czas, ale pod naciskiem prasy i opinii publicznej puściła wolno bez zarzutów. Doktor Gniazdo spisał się na medal i na ryjku Ofelii została tylko niewielka blizna, która jeśli mam być szczery, dodała jej uroku. Część miodu wykorzystaliśmy na wydanie gry fabularnej – „Lochy i Ludzie”. Na pewno o niej słyszeliście. Zwierzaki oszalały na jej punkcie.

Życie było dobre.

– Wstawaj, Dżast! Śniadanie gotowe!

Wybaczcie, mam ślimaki do zjedzenia i ryjek do pocałowania.

 

Koniec

Komentarze

Znakomite! Lektura takiej krzyżówki O czym szumią wierzby z powieścią noir była wspaniałą przygodą – żałuję tylko, że tak szybko się skończyło. Szczególnie miłe wrażenie zrobiło na mnie właściwe przypisywanie zwierzętom cech gatunkowych, jak na przykład ropuch Lowin nadymający podgardle w emocjach, szybki metabolizm ryjówki (szczególnie wielki plus), siła rosomaka w łapach (porównanie celne, a przy tym bardziej oryginalne, niż gdybyś użył niedźwiedzia), bóbr wczytany w Kwartalnik Dentystyczny. Scena rzucania profesorem jest… zaskakująco zabawna. Albinizmu u świstaka nigdy nie widziałem, ale to znaczy tylko tyle, że nigdy go nie widziałem. Oczywiście, ropuch zakochany w ryjówce jest mniej prawdopodobny niż Ty zakochany w ryjówce (przynajmniej oboje jesteście ssakami…), ale to wyłącznie kwestia konwencji, nie podstawa do krytyki – nie zwróciłbym na to w ogóle uwagi, gdyby nie to, że tyle innych szczegółów przyrodniczych jest tak znakomicie dopracowanych. Właściwie: jeżeli ropuch może być inteligentny, to może i nawiązywać relacje międzygatunkowe, czemu nie.

tylko owoce tarniny utrzymały moje jelita na miejscu

Nigdy nie próbowałem, ale przypuszczam, że mogłeś mieć na myśli raczej napar z kory tarniny – zawiera związki zwane taninami, które rzeczywiście mają działanie przeciwbiegunkowe. Należy natomiast pamiętać, że w pestkach tarniny znajduje się wysoka, nieraz śmiertelna dawka kwasu pruskiego. Trochę się orientuję, ponieważ tarnina ma też pewną rólkę do odegrania w moim zbliżającym się opowiadaniu.

Teraz pora na kilka uwag odnośnie nielicznych pechowych drobiazgów, które prześlizgnęły się przez świetne zbetowanie:

spotkałem ekstremistki z Ligii Loch i aż żal wspominać, co mi zrobiły

Ligi Loch. Ligia była ukochaną Winicjusza.

Zanim się poznaliśmy prowadziła sesje gier fabularnych

Przecinek.

– Mów pan co z nią albo wsadzę ci te okulary w…

Wtrącenie, dwa przecinki.

– Zróbcie, aby jej się nie pogorszyło

Prawdopodobnie powinno być Zróbcie coś… albo Przypilnujcie

gdzie równie dobrze mogłeś napić się rozwodnionej jagodówki

Sens jasny, ale wrażenie makabryczne – jagodówka to przede wszystkim jedna z błon oka.

prywatna klinika doktora Gniazda specjalizuje się w takich przypadkach

Nazwiska równobrzmiące z nazwami pospolitymi, kiedy jest to możliwe, z reguły podlegają innej od nich deklinacji, a zatem odmieniałbym: to doktor Gniazdo, nie ma doktora Gniazdy, podziękować doktorowi Gniaździe, widzę doktora Gniazdę, rozmawiam z doktorem Gniazdą, mam dobrą opinię o doktorze Gniaździe, witam, doktorze Gniazdo! Zaznaczam jednak, że to moje prywatne wyczucie językowe; nie wykluczam, iż co najmniej niektórzy specjaliści mogą odbierać to inaczej.

Gdzieś jeszcze na coś zwróciłem uwagę, ale niestety mi umknęło.

Ogólnie biorąc – powtarzam – miałem mnóstwo przyjemności z lektury. Zaczynam już ostrzyć sobie zęby na zapowiedzianą przez Ciebie Dziewczynę w dębowej masce – koncepcja brzmi intrygująco, jeżeli wykonanie będzie równie dobre, spodziewam się prawdziwej uczty literackiej.

Pozdrawiam i życzę jak najwięcej weny oraz czasu na działalność twórczą.

Hej, Ślimaku!

Dzięki za wizytę i obszerny komentarz :)

Błędy już poprawione, jak widać, zawsze coś się prześlizgnie. Miło mi, że zwierzątka się spodobały, no i, faktycznie, miłość ropucha z ryjówką równie możliwa co Kermita z panną Piggy. Lepiej nie wnikać ;)

 

W sprawie tarniny – dwa portale, które czytałem, wyraźnie wskazywały owoce tarniny jako lekarstwo na biegunkę. Przyznam, że nie znam się na tym, ale sprawdziłem teraz drugi raz i na pewno chodzi o owoce.

 

Najbardziej zaciekawiło mnie:

Zaczynam już ostrzyć sobie zęby na zapowiedzianą przez Ciebie Dziewczynę w dębowej masce – koncepcja brzmi intrygująco, jeżeli wykonanie będzie równie dobre, spodziewam się prawdziwej uczty literackiej.

Chyba mylisz mnie z kimś innym, ale przyznam, że Dziewczyna w dębowej masce brzmi intrygująco :P

Pozdrawiam serdecznie

Nie przypuszczałem, że odpowiesz tak szybko. To miłe! Co do tarniny, mogę tylko ustąpić – żaden ze mnie specjalista od medycyny ludowej.

W kwestii doktora, on jest jednak odmienny, tylko proponowałem inną odmianę. To dopełniacz. Prywatna klinika doktora Gniazdy.

I nie sądzę, abym z kimś Cię mylił. Miałem na myśli Twój komentarz z 15 VII w wątku https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133. Oczywiście, nie wykluczam, że od tego czasu porzuciłeś rozważaną koncepcję, ale trudno mi uwierzyć, abyś o niej zupełnie zapomniał?

Pozdrawiam raz jeszcze, zastanawiając się nad swoją potencjalną rolą w wykreowanym przez Ciebie ekosystemie –

Ślimak Zagłady

 

EDYCJA: Akurat kiedy kliknąłem “gotowe”, przypomniałem sobie ten błąd, który mi wcześniej umknął…

z ceratą w ohydną kratę, która aż kuła w oczy

W oczy się kłuje; kuje się żelazo (póki gorące).

Kurczę, faktycznie, to ja w tym wątku, ale chodziło mi tam o kwestie maski do minipowieści, albo powieści. Tam główna bohaterka nosi maskę, więc chciałem zasięgnąć fachowej opinii co do odpowiedniego jej przygotowania.

Ślimaczki w opowiadaniu, no cóż ;)

Dzięki za kolejny znaleziony błąd.

Jak rozumiem, minipowieść albo powieść nie jest przeznaczona tutaj, tylko do druku, więc ucieszę się, jeśli dasz znać, gdy uda Ci się ją wręczyć jakiemuś wydawcy – jak już mówiłem, brzmi obiecująco.

Co do ślimaczków, nie musi być tak źle – mamy jeszcze wytwórnię broni Snail & Weasel. Zawsze lepiej handlować procami, aniżeli zostać śniadaniem, nieprawdaż?

Racja. Ktoś kończy na talerzu, ktoś inny ma spluwę. Nawet ślimaka czeka kariera, gdy się dogada z łasicą.

Bardzo sympatyczna opowieść. Przerobienie ludzkich szczegółów na zwierzakową modłę świetne. Najbardziej spodobała mi się marka procy. :-)

Widać, że dobrze się bawiłeś z tym światem i tekstem.

zejście po krzywych schodach wprost do sutenery

Zabawna literówka.

z ceratą w ohydną kratę, która aż kuła w oczy,

O tym już było…

czarny myszor z saksofonem śpiewał ochryple „What a wonderful wolf”

Hmmm. Jeśli śpiewał, to po co mu saksofon? I na odwrót.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo. Owszem, bawiłem się dobrze przy pisaniu, aż żałowałem, że tak mnie ograniczały znaki, bo i tak ledwo wyrobiłem się w limicie (i tylko dzięki marginesowi błędu). Miałem jeszcze więcej scen obmyślonych, ale musiałem ciąć.

Sutenera – kurde, dobre. Poprawione

Co do myszora, to tak sobie wyobraziłem, że czasem zagra parę nut, czasem coś zaśpiewa. Jak patrzyłem na Louisa Armstronga to czasem śpiewał z trąbką w dłoni i mi tak ten obraz utknął w myślach.

Pozdrawiam

Na pewno punkty za humor dostaniesz. :-)

Babska logika rządzi!

Już Koimeodzie pisałem, że trafić humorem to jak bobra przez ogrodzenie :P

Cześć, Zanaisie!

Bardzo sympatyczne i udane opowiadanko. Aż przypomniały mi się te kreskówki, w których zwierzaki odgrywały jakieś ogólnie znane historie w konwencjach niby zgrzytających z ich puchatością czy tam oślizgłością (bo masz tu ropucha). Teraz już chyba tego mniej, ale ach ta nostalgia. Punktujesz też niebanalnym humorem. Zdecydowanie biblioteka.

Pozdrawiam

Bardzo udany tekst. Lekki, napisany z dużą swobodą i wyczuciem konwencji. Pomysł bardzo dobrze dobrany do humorystycznej charakterystyki tekstu. Humor dość bogaty, bo budowany na kilku płaszczyznach. To nie tylko próba tworzenia zabawnych bohaterów i budowania humoru poprzez ich zachowanie i wypowiedzi, ale również zabawa słowem i elastyczność w narracji.

Tekst ma też określoną historię. Jasne, dość prostą, ale pasującą do konwencji. Jest i kawałek autorskiego świata – konsekwentnego, z takim fajnym kreskówkowym rysem. Bez wątpienia jedna z najmocniejszych stron opowiadania i duża jego wartość.

Są może jakieś drobiazgi, o które można by trochę pozrzędzić, ale tak mało istotne, że nawet szkoda tracić na nie czasu. Dobra robota. W końcu jakiś powiew lekkości na portalu i to na naprawdę dobrym poziomie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, Oidrin!

Dziękuję za wizytę i kliczka. Zgadzam się całkowicie z tą nostalgią. Najbardziej tęsknię za muppetami i dziadkami z loży ;)

Hej, CM!

Niezwykle mi miło po Twoim rozbudowanym komentarzu. Zwierzątka oferują duże pole do humoru, szczególnie trochę absurdalnego, poza tym jest ich tak dużo, że tylko brać i korzystać z przeróżnych kombinacji. Noir wybrałem, bo nie widziałem tu nic takiego. Zazwyczaj były to opowieści mroczne i cyniczne, więc zestawienie takiego klimatu z rysunkowym światem wydawało mi się śmieszne na samej zasadzie przeciwieństw :) 

W końcu jakiś powiew lekkości na portalu i to na naprawdę dobrym poziomie.

Tu już w ogóle nie wiem co napisać, więc tylko podziękuję raz jeszcze ;)

Pozdrawiam

Już Koimeodzie pisałem, że trafić humorem to jak bobra przez ogrodzenie :P

laugh ano, a u mnie humorem trafiłeś lepiej niż Dżast wiewiórem w płot!

Szczegóły mojego zachwytu tym tekstem znasz z bety, ale powtórzę: świetne to jest! Ubawiłam się przednio, przy co drugim zdaniu kisłam ze śmiechu, jestem urzeczona dokładnością i skrupulatnością z jaką opisujesz swój świat, kocham Dżasta i jego ryjóweczkę heart

Moje ulubione przycinanie komara :,) I te igły modrzewia nadziewane żywicą i paprocią, cudo! 

 

– Witaj, laleczko – odparłem, uchylając rąbka fedory. Syciłem oczy jej widokiem jak ona brzuch śliwkami. Oparła się o framugę. Czarne przylizane futro, potargana bluzka i krótkie spodenki z zaschniętymi plamami. Nie miała lodowatego seksapilu Roty, kobiecego arsenału sztuczek do zawracania facetom w głowie. To była dziewczyna, przy której ogonku chcesz się budzić każdego ranka i która usmaży ci ślimaczki odziana tylko w twoją koszulę i stringi z pajęczyny.

heart A to jest najbardziej romantyczny opis na świecie! No i ten ich pocałunek później. Coś pięknego.

 

Cieszę się, że pomogłam z ogrodzeniem haha i ups, wybacz, że mi umknęły kłucia/kucia itd.

Widziałam, że już padło porównanie do “O czym szumią wierzby”, mówiłam Ci! :) Dla mnie i tak skojarzeniem nr jeden jest “Fantastic Mr. Fox” Wesa Andersona, dlatego na koniec gifek ode mnie i jadę z lisią ekipą po klika. 

 

 

 

Dziękuję! I trzymam kciuki :)) 

 

Hej, Sonato :)

Przybyłaś, zobaczyłaś, zwiewiórczyłaś 

Cześć, Koimeodo

Bardzo mi miło, że przyprawiłem Cię o napady śmiechu i że Dżast z Ofelią zdobyli Twoją sympatię. Co do ukłuć i innych takich nie ma co się przejmować, i tak Twoja beta wiele mi pomogła :) więc jeszcze raz podziękuję i pozdrawiam

 

Cała przyjemność po mojej stronie! :) 

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Z przyjemnością dokilkuję bibliotekę :)

Lekkie i wyjątkowo sympatyczne opowiadanie, dobrze wykreowane postacie, pomysłowy świat i doskonały humor. A poza tym bardzo dobrze mi się czytało, parę razy przy Twojej nawet się szeroko uśmiechnęłam :):):)

Powodzenia w konkursie :)

@Tarnino

Witam i przyjmuję gifa :)

 

@Katia72

Dziękuję za ostatniego kliczka :) bardzo mnie cieszy, że sprawiło Ci trochę radości.

Pozdrawiam

Cześć :)

Bardzo przyjemnie i szybko się czytało. Wspaniały pomysł na przeniesienie opowieści do świata zwierząt i wiele świetnych smaczków. Zwierzęta pasują do charakterów i roli, jaką odgrywają w powieści (detektyw ropuch – cudne^^ I to jego nadymające się podgardle ). Historia sama w sobie nie jest oryginalna, ale jej otoczenie – jak najbardziej, zresztą o to właśnie chodziło. Kawał świetnej lektury.

Ps. Genialny tytuł 

Pozdrawiam :)

Cześć, Oluta

Od razu się usprawiedliwię, że historia oryginalna nie jest, bo ramy konkursy też sztywne :)

Cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu.

Tytuł zbyt odkrywczy też nie jest, ale przyciąga uwagę. 

Pozdrawiam :)

Bardzo mi się :) Uwielbiałam w dzieciństwie "O czym szumią wierzby" i lubię Chandlera, więc mariaż idealny. Końcówka może nieco pospieszna, ale czytało się świetnie, uśmiechnęło parę razy. Bardzo satysfakcjonująca lektura.

http://altronapoleone.home.blog

No nareszcie :) Uśmiechnęło mi się, dobrze się bawiłam. Miks noir kryminału i zwierzaków bardzo mi się spodobał. Czytało się płynnie, łyknęłam na jeden raz :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Drakaina!

Dzięki za wizytę. Jeśli był uśmiech, to jestem ukontentowany :) Co do końcówki, to zaatakował mnie stwór zwany limitem znaków, zjadł parę dobrych scen i osiadł na końcówce.

Pozdrawiam

Cześć, Irko_Luz

Cieszę się, że łyk okazał się szybki i satysfakcjonujący. Trochę humoru po ostatnich horrorowatych opowiadaniach na portalu :)

Dawno się tak dobrze nie bawiłem! Dżast to zamierzony cytat z Johnego Mnemonica? 

 

– Johnny

– Johnny who?

– Just Johnny

– OK, mr Just Johnny…

Mam strasznie durnowate skojarzenie z kawałkiem Nagłego Ataku Spawacza o ciemnych leśnych interesach Sowy bez oka ;) 

Mnemonica ostatni raz oglądałem w kinie, więc prawdę mówiąc, niewiele pamiętam :D

Cieszy mnie, że Cię cieszy, a Sowa bez oka? Hmm, niezły pomysł ;)

Rozszerzam moją opinię, bo po dwóch dniach to opowiadanie – jakkolwiek lekkie i niby po prostu zabawne – zostało ze mną. Ma ono wszystko, czego oczekuję od miłej, rozrywkowej fantastyki: klimat, dobrze skonstruowane, wyraziste postacie, fabułę, która ma początek, rozwinięcie i zakończenie, a wszystko to bardzo ładnie splata się w całość, strzelby należnie wystrzelają, właściwie nie ma jednej zbędnej sceny. Nawet Ofelia tak mimochodem wspomniana na samym początku odgrywa potem ważną rolę.

No więc to powyżej to jest baza, ale jest jeszcze nadbudowa.

Otóż świetnie sobie radzisz z pastiszem zarówno takiej staroświeckiej opowieści w rodzaju wspomnianego przeze mnie wcześniej “O czym szumią wierzby”, jak i z pastiszem czarnego kryminału. Kolejną wartością dodaną jest to, jak zgrabnie rozgrywasz tę “bajkę zwierzęcą”, tzn. wykorzystujesz cechy poszczególnych zwierzaków – i to właśnie zwierzaków, a nie ludzi ze stereotypowymi cechami poszczególnych gatunków. Przydatność błon pławnych i ich wyższość nad łapami mnie rozbroiła. I takich smaczków jest wiele.

Historyjka kryminalna jest prosta, ale nie całkiem od razu przewidywalna, choć w sumie kreacja panny wiewiórki o niewymawialnym imieniu (zalatującym jednakowoż Ratatoskiem, nie wiem, czy celowo) powinna wskazywać na to, że [spojler]. Ale w tak ładnie zbudowanym świecie i przy tak barwnie nakreślonych postaciach – w zasadzie udało Ci się stworzyć pełnowymiarowych nawet epizodycznych bohaterów – to, że historyjka nie grzeszy wielką oryginalnością, nie przeszkadza. Jest częścią pastiszu.

Świetnie ogrywasz też inne detale – np. strzelanie z procy. Po prostu świat dopięty na ostatni guzik, godna podziwu lekkość w kreowaniu niełatwego zwierzęcego uniwersum, bez popadania w obie możliwe skrajności: niewiarygodność zachowania zwierzęcych bohaterów lub ich nadmierne uczłowieczenie.

 

Językowo nic mi jakoś bardzo przy lekturze nie zgrzytało, a że nie jestem purystką, bo uważam, że babolki techniczne najłatwiej poprawić, to kilku miejsc, gdzie coś idealne nie było, nawet nie wypisałam, bo płynęłam z fabułą.

Skądinąd zastanawiam się, czy obecność słowa “tarnina” jest celowa?

 

Zapewne domyślasz się, co ten powrót z rozbudowanym komentarzem oznacza :)

http://altronapoleone.home.blog

Rozszerzam moją opinię, bo po dwóch dniach to opowiadanie – jakkolwiek lekkie i niby po prostu zabawne – zostało ze mną.

To chyba największy komplement dla autora, gdy opowiadanie zostaje na dłużej. Choć akurat po tym tekście się tego nie spodziewałem :P

 

Przydatność błon pławnych i ich wyższość nad łapami mnie rozbroiła. I takich smaczków jest wiele.

Sam uwielbiam takie smaczki w opowiadaniach. Dlatego brałem zwierzaki, a nie ludzi, aby korzystać z ich różnorodnych cech. Interakcje między rasami dają duże pole do budowania humoru. Zapożyczałem z Brudnego Harry’ego, Psów, Johny Bravo, Muppetów, Blade Runnera, no i, oczywiście, filmów noir. 

 

Historyjka kryminalna jest prosta, ale nie całkiem od razu przewidywalna, choć w sumie kreacja panny wiewiórki o niewymawialnym imieniu (zalatującym jednakowoż Ratatoskiem, nie wiem, czy celowo) powinna wskazywać na to, że [spojler]

Chyba coś urwało ;)

Fabuła przyznaję dość prosta, trochę ramy konkursy ją ograniczyły, no i limit znaków. Za dużo poświęcam uwagi interakcjom, a za mało fabule. Błąd początkującego.

Rota to typowa femme fatale – czym byłby noir bez takiej :P ? Jej Imię wziąłem z niemieckiego: “Rothaarige und nass“ to “czerwonowłosa i mokra”. Imię Roty również miało ociekać seksapilem (jaka cała ona), niestety dla niej, w niekoniecznie melodyjnym języku. Tak samo profesor nosi nazwisko z niemieckiego, wiadomo, po Oppenheimerze.  

 

Świetnie ogrywasz też inne detale – np. strzelanie z procy.

Potem sobie uświadomiłem, że wyszło mi PG-13 albo nawet niżej. Brak morderstw, papierosów i broni (jedyny wyjątek to łasice spod latarni), ale proca to o wiele zabawniejsza broń niż pistolet. 

 

Skądinąd zastanawiam się, czy obecność słowa “tarnina” jest celowa?

Owszem, celowe :P ale owoce tarniny naprawdę leczą biegunkę, więc, aż się prosiło wykorzystać ten fakt.

 

Zapewne domyślasz się, co ten powrót z rozbudowanym komentarzem oznacza :)

Jeśli głos do nominacji to będzie mój pierwszy i mam obawę, że ostatni. Pisanie poważnych piórkowych opowiadań to robota dla mądrzejszych :)

W każdym razie dziękuję Ci bardzo za niezwykle miły komentarz i miło mi, że bawiłaś się przy tym tekście tak dobrze, jak ja :)

 

Pisanie poważnych piórkowych opowiadań to robota dla mądrzejszych :)

No widzisz, moja nominacja ma charakter manifestu. Ponieważ nie uważam, żeby na piórka zasługiwały wyłącznie teksty poważne i mądre. Piórko to wyróżnienie literackie, a nie za samo poruszanie ważnych problemów. Skądinąd akurat moje piórkowe teksty to kryminały vintage, zwłaszcza drugi szczególnie poważny nie jest, choć może na siłę da się tam dopatrzeć jakiejś refleksji. Ale oba są zabawą z konwencjami, a nawet konkretnymi motywami literackimi. Oba zresztą wygrywały też inne konkursy. No więc ja sama piszę niekoniecznie o rzeczach wzniosłych i poważnych, i od innych autorów wcale niekoniecznie tego wymagam.

Wolę bardzo dobrze napisany, inteligentny tekst rozrywkowy, bez pretensji do bycia czymkolwiek więcej, bez zadęcia, od tekstu (dowolnie napisanego), który szantażuje mnie emocjonalnie tym, że jest wzniosły i ważny. Dobra i inteligentna rozrywka to dobro, ponieważ zwiększa ilość szczęścia we wszechświecie, a zarazem czegoś jednak uczy. Na przykład tego, jak bawić się kulturą i jej tropami. To nie jest zerowa wartość.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino! Nawet nie wiesz, jak mnie cieszą Twoje słowa, zarówno te o opowiadaniu Zanaisa (podpisuję się pod wszystkim), jak i to co mówisz o tekstach piórkowych.

Jak tylko ten tekst przeczytałam w becie, to chciałam go nominować, ale jestem ostrożna, bo nie wiem czy nominacje do piórek przez bety nie są odbierane jako takie klepanie po łebku (chociaż ja Zanaisa chyba tylko zagrzewałam do boju i jarałam się opowieścią, co ja mu mogę poprawiać jak on ma tak dobre pomysły :)). Tak więc wolałam poczekać, żeby inni czytelnicy docenili pracę autora i cieszy mnie niezmiernie, że chcesz go nominować.

No widzisz, moja nominacja ma charakter manifestu. Ponieważ nie uważam, żeby na piórka zasługiwały wyłącznie teksty poważne i mądre.

→ Uśmiechnęłam się, bardzo. Brakuje mi docenienia tekstów tak przyjemnych, wesołych oraz światotwórczo i językowo sycących, jak ten Zanaisa. Nie wiem i raczej nie chcę wiedzieć dlaczego opowieści przy których czytelnik się dobrze bawi albo po prostu ma przyjemność z obcowaniem z fajnymi bohaterami, spada z automatu niżej niż jakieś ciężkie twory, często-gęsto napisane gorzej, ale traktowane poważniej, bo są… smutne? Piórek, przyznaję się bez bicia, nie ogarniam. Jestem tu pół roku i nadal nie wyłapałam jakiegoś mmm, powiedzmy klucza (sama sobie odpowiem – bo pewnie go nie ma), do tego co uważa się za opowiadanie piórkowe, a co nie. Sama mało nominuję (mówiąc precyzyjniej, zdarzyło mi się raz), bo osobiście mam bardzo specyficzne wymagania wobec tego, co uznam za tekst wyjątkowy. Co innego tekst ciekawy, dobry, ładne napisany itd., a co innego coś, co mnie po prostu chwyci z bardzo subiektywnych powodów. U Zanaisa takich powodów miałam dużo :) I dlatego tak bardzo mnie cieszy Twoje, Drakainowe, docenienie! 

Jeśli głos do nominacji to będzie mój pierwszy i mam obawę, że ostatni. Pisanie poważnych piórkowych opowiadań to robota dla mądrzejszych :)

→ Oj Zanais, Zanais. Czy muszę Ci komplement spakować w paczkę rozmiarów XXL, owinąć w kolorowe kokardki i wsadzić pod świecącą choinkę, żebyś go wreszcie przyjął i w niego uwierzył? 

Ja Cię proszę, weź Ty tak dalej pisz, a “poważne” opowiadania zostaw tym “mądrzejszym” ;) 

Trzymam kciuki i powodzenia! 

To, że tylko poważne opowiadania zasługują na wyróżnienia, to jakiś przesąd. Szkodliwy, IMHO. Że niby Pratchett pisał słabo?

Babska logika rządzi!

No właśnie! Jak najbardziej szkodliwy przesąd i trzeba to to obalić ;)

Poza tym uważam, że ważne tematy też można przedstawić tekstem z humorem, oczywiście, nie heheszkować głupio, żeby nie wyszła kpina, wszystko rozbija się o odpowiednią równowagę. 

 

Drakaino, miło mi, że właśnie mój tekst uznałaś za dobry do takiego manifestu. 

Dobra i inteligentna rozrywka to dobro, ponieważ zwiększa ilość szczęścia we wszechświecie, a zarazem czegoś jednak uczy. Na przykład tego, jak bawić się kulturą i jej tropami. To nie jest zerowa wartość.

A to naprawdę dobrze powiedziane. Lubię (jak pewnie wielu) czasem przeczytać po prostu coś zabawnego, z happy endem, ale mam wrażenie, że o wiele trudniej znaleźć zabawne opowiadania. Oczywiście, może ja źle szukam.

 

Koimeodo fajnie, że wróciłaś :) 

chociaż ja Zanaisa chyba tylko zagrzewałam do boju

Samo “zagrzewanie do boju” to też bardzo dużo, bo zbytnio w ten tekst nie wierzyłem. Miałem szczęście, że zgodziłaś się betować.

 

i jarałam się opowieścią, co ja mu mogę poprawiać jak on ma tak dobre pomysły :)

Jeszcze raz podziękuję :)

 

Oj Zanais, Zanais. Czy muszę Ci komplement spakować w paczkę rozmiarów XXL, owinąć w kolorowe kokardki i wsadzić pod świecącą choinkę, żebyś go wreszcie przyjął i w niego uwierzył?

Ależ ja wierzę, że Ci się spodobało :)

Ja Cię proszę, weź Ty tak dalej pisz, a “poważne” opowiadania zostaw tym “mądrzejszym” ;) 

Na Nieformalnym Konkursie Fantasy moja Cess się dostała, a jest mocno komediowa (przynajmniej mam nadzieję) i, rzeczywiście, wygląda na to, że powinienem pisać coś lżejszego :P

 

 

Na Nieformalnym Konkursie Fantasy moja Cess się dostała

No właśnie. Nie desperuj :)

 

Oczywiście, może ja źle szukam.

W takim razie bezczelnie jako praktykująca wielbicielka happy endów (czasem gorzkich) zapraszam, choć akurat ostatnie parę tekstów napisałam bardziej ponure :(

 

http://altronapoleone.home.blog

Na Nieformalnym Konkursie Fantasy moja Cess się dostała, a jest mocno komediowa (przynajmniej mam nadzieję) i, rzeczywiście, wygląda na to, że powinienem pisać coś lżejszego :P

→ i oto jest kolejna przesłanka żeby tak pisać. Najwidoczniej nas, głodnych tego typu pisarstwa, jest więcej :) 

Mnie też tekst się bardzo podobał. Ogromnie lubię retellingi i grę zapożyczeniami, a ty robisz to w uroczy, a jednocześnie literacko konsekwentny sposób, dając przy tym dowód dobrej znajomości konwencji, które przetwarzasz. Innym czytelnikom kojarzyło się klasyczne “O czym szumią wierzby”, mnie chwilami nieco nowszy “Zwierzogród” Disneya :). Postacie są trafione, dobrze realizują i archetypy konwencji (typowa femme fatale, detektyw z przeszłością, drobne cwianiaczki z miasta bezprawia), i – co już też było podkreślane – swoje zwierzęce cechy. Fabuła, choć pastiszowa, to wciąga. Generalnie bardzo przyjemna i niegłupia lektura. Będę na TAK, znaczy :) 

Ktoś tu podkrada moje kwestie. ;-)

Babska logika rządzi!

Ślimak Zagłady wspomniał, że to coś jak skrzyżowanie O czym szumią wierzby z noir. Mi z kolei skojarzyło się z wypadkową Brygady RR i Jessici Jones. No co tu dużo mówić, bardzo dobra lektura, bardzo dobrze na taką wypadkową stylizowana, przyjemnie się czytało. No krótko mówiąc bardzo przyjemnie spędzony czas.

Gdybym miał wymienić główne zalety tekstu, to na pewno bardzo umiejętne operowanie konwencją, pomimo “zabrudzenia” jej elementami poważnymi oraz fakt, że wszystko jest bardzo równe. No i jeszcze jedno – jak nie lubię długich tekstów, tak ten spokojnie można by rozwijać, a jednoczesnie w aktualnej długości tez jest dobry.

Swoją drogą widzę, że kryminały i pseudokryminały ostatnio w trendzie, w ciągu ostatniego miesiąca już kilka się pojawiło na portalu. Skoro ostatnimi czasy była moda na weird, to może i czas na modę na fantastyczny kryminał? :-)

W kontekście nominacji piórkowej… Jak wspomniałem lektura bardzo przyjemna, dobrze zainwestowany czas. Mimo to nie aż tak, żebym dał tu taka. Ale odnośnie wątku o tekstach “mądrych” czy “poważnych”… No nie, ja tam widzę drogę otwartą dla czegoś lekkiego, przyjemnego (choć do jakiś optymistów to ja nie należę). Natomiast uważam, że teksty piórkowe powinny mieć bądź efekt wow, bądź wpadać w pamięć. Ten konkretny tekst tego “wow” w moim odczuciu nie ma. Co nie zmienia faktu, że czytając czasopisma z fantastyką chciałbym co jakiś czas wpaść właśnie na coś takiego, jak to (mimo, że ogólnie wolę mroczniejsze opowiadania).

W każdym razie Drakaina i Finkla mają sto procent racji, że piórkowość jest dla bardzo różnych konwencji. I na przykład jeśli dla kogoś wyznacznikiem piórkowości byłaby “drukowalność”, to to opowiadanie ten warunek imho spełnia (oczywiście o ile nie nastąpiłby przesyt). Jeśli ma inne kryteria (ja mam inne) – to już inna bajka.

Zresztą wspomniany przez Finklę Pratchett nie jest jedynym przykładem dobrych pisarzy “na luźno”. Cykl o detektywie Garrecie Cooka, czy “Zodiac” Stephensona to też bardzo dobre przykłady. I pewnie można by wymienić jeszcze więcej autorów.

Także podsumowując: ode mnie taka nie będzie, ale opowiadanie uważam za udane, drukowalne i ogólnie dzięki za możliwość przeczytania fajnego, rozluźniającego tekstu i nieco świeżości wśród innych lektur. Zwłaszcza, że widać, że zadbałeś o płynność odbioru.

 

"Wymiotującej żyrafy"

O szlag. Te to musza mieć przerąbane, gdy coś się cofa z żołądka.

 

"tylko owoce tarniny"

Co na to jury Elektrycznego? :P

 

" – Radzę sobie."

Nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

Hej, Ninedin!

Ogromnie lubię retellingi i grę zapożyczeniami, a ty robisz to w uroczy, a jednocześnie literacko konsekwentny sposób, dając przy tym dowód dobrej znajomości konwencji, które przetwarzasz.

Bardzo dziękuję :)

Co do postaci, pierwszy raz pisałem noir i zastanawiałem się, czy nie przesadzę z femme fatale, ale chyba wyszło.

 

Innym czytelnikom kojarzyło się klasyczne “O czym szumią wierzby”, mnie chwilami nieco nowszy “Zwierzogród” Disneya :)

Zwierzogród czasem mi stawał przed oczami podczas pisania, ale prawdziwą inspiracją był Kermit w prochowcu w którymś z odcinków Muppetów. 

 

Generalnie bardzo przyjemna i niegłupia lektura. Będę na TAK, znaczy :)

I znów mogę tylko podziękować :P

Pozdrawiam

 

 

Cześć, Wilku-zimowy!

 

No co tu dużo mówić, bardzo dobra lektura, bardzo dobrze na taką wypadkową stylizowana, przyjemnie się czytało. No krótko mówiąc bardzo przyjemnie spędzony czas.

Bardzo mi miło. Tym właśnie miał być ten tekst – przyjemną krótką lekturą.

 

Natomiast uważam, że teksty piórkowe powinny mieć bądź efekt wow, bądź wpadać w pamięć. Ten konkretny tekst tego “wow” w moim odczuciu nie ma.

Rozumiem :) I tak się cieszę, że w ogóle został nominowany. Takich ambicji nie miałem, a tu niespodzianka.

Cykl o detektywie Garrecie Cooka…

Oj tak, mam wszystkie części po polsku, a pozostałe przeczytałem w angielskim. Podczas pisania Lowina często zaglądałem do Garreta, aby złapać odpowiedni rytm.

 

"Wymiotującej żyrafy" O szlag. Te to musza mieć przerąbane, gdy coś się cofa z żołądka.

O to chodziło :P

 

"tylko owoce tarniny"

Co na to jury Elektrycznego? :P

No, mam nadzieję, że zauważy ;)

 

Także podsumowując: ode mnie taka nie będzie, ale opowiadanie uważam za udane, drukowalne i ogólnie dzięki za możliwość przeczytania fajnego, rozluźniającego tekstu i nieco świeżości wśród innych lektur. Zwłaszcza, że widać, że zadbałeś o płynność odbioru.

Dzięki, że wpadłeś i poświeciłeś czas na długi komentarz :)

Pozdrawiam

 

 

 

 

 

Przyjemna historia z humorem. Może nie zapamiętam tekstu na długo, ale chyba nie o to w tym przypadku chodziło ;) Czasami wśród tych wszystkich poważnych opowiadań brakuje trochę czegoś, co ma głównie na celu zapewnić rozrywkę, opowiadając ciekawą historię. A właśnie tak odbieram to opko.

I choć całość jest naprawdę niezła, z jakiegoś powodu pierwsza część podobała mi się nieco bardziej od drugiej. Może dlatego, że na początku miałeś najwięcej energii i dzięki temu pierwsze kilka fragmentów jest najzabawniejsze? Może duże natężenie żartów sprawia, że w pewnym momencie zaczynają trochę „powszednieć”? A może to po prostu moja wina, bo jako czytelnik podświadomie oczekiwałem, że im dalej w las, tym będzie jeszcze lepiej?

W każdym razie – więcej takich tekstów na portalu! :)

Cześć, Perruxie

 

Może nie zapamiętam tekstu na długo, ale chyba nie o to w tym przypadku chodziło ;)

Zawsze ma się nadzieję :P ale tak na poważnie, to chciałem napisać coś na konkurs i akurat taki pomysł wpadł, a że wolę pisać coś z humorem niż bez, to wyszło takie coś…

 

Czasami wśród tych wszystkich poważnych opowiadań brakuje trochę czegoś, co ma głównie na celu zapewnić rozrywkę, opowiadając ciekawą historię.

I właśnie chodziło o coś śmiesznego w tych czasach.

 

I choć całość jest naprawdę niezła, z jakiegoś powodu pierwsza część podobała mi się nieco bardziej od drugiej. Może dlatego, że na początku miałeś najwięcej energii i dzięki temu pierwsze kilka fragmentów jest najzabawniejsze?

Rozumiem, skąd to uczucie. Po pierwsze gonił mnie limit znaków, a fabuła wymagała domknięcia, więc nie zostało wszystko tak rozpisane, jak sobie życzyłem, po drugie, dyskusja z Rotą dawała największe pole do popisu w kwestii humoru ;)

 

W każdym razie – więcej takich tekstów na portalu! :)

Tu się zgodzę :)

Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam

 

Nowa Fantastyka