- Opowiadanie: dobrywilk - Dobry wilk

Dobry wilk

Witajcie, jestem początkującym pisarczykiem i świeżynką na tej stronie.  Bardzo mi zależy na poznaniu Waszych opinii o tym tekście a także o wszystkich kolejnych, które mam nadzieję tu umieszczać. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Dobry wilk

 

 

Wyniosła i lśniąca, zwieńczona ostrym łukiem łysina górowała nad resztą jego twarzy. Nieznaczne poruszenia głowy sprawiały, że dwa białe placki światła ganiały się po czole to tu to tam, jakby próbowały tchnąć trochę życia w tę trupią gębę. Gdzieś poniżej niemrawo poruszały się dwie, obscenicznie wręcz, obwisłe wargi. W ogóle cała twarz sprawiała wrażenie, jakby ktoś kiedyś przesunął po niej dłonią w dół, a martwa skóra nigdy nie zdołała już wrócić na swoje dawne miejsce. Skończyło się to tym, że kilka wiotkich rulonów dyndało gdzieś na wysokości grdyki, a luźne nawisy brwi przykrywały oczy do połowy. Głos miał zaskakująco silny. Niski, basowy, pozbawiony jakiejkolwiek dźwięczności. Mówił, mówił i mówił, a ja słuchałem. Czułem, jak z każdym jego słowem z radości coraz trudniej było mi usiedzieć na miejscu. Ktoś zabił głowę Rodu, została po nim sporej wielkości kupa popiołu upstrzona kilkoma kłami. Sprawa jest delikatna, naturalnie, że rozumiem. Rada Rodu nie chce dalszego przesypywania popiołu ani tym bardziej skandalu. I tu właśnie pojawiam się ja, mam wywęszyć kto i dlaczego, bo gdzie i jak już wiadomo. 

Oczywiście, że przyjąłem zlecenie. Latami pracowałem na to, żeby wrócić do pańskich domów, choćby i drzwiami dla służby. Wróciłbym choćby i przez komin, czy lufcik w piwnicy. Rada znała takich, czuć było, że przywykli do trzymania na krótkiej smyczy lepszych ode mnie. Za całe honorarium zaproponowali mi niewiele więcej niż pokrycie kosztów własnych i coś na kształt wpisu do CV. Nieważne.

Po krótkim wstępie stary poprowadził mnie do komnaty, w której, jak sam to określił: „Największy spośród nas zakończył swój chwalebny żywot”. Szliśmy we trzech – ja, przewodniczący Rady i nieodstępujący go ani na chwilę mały cichutki człowieczek z długą brodą w kolorze wyblakłej przybrudzonej żółci. Istota ta była tak cicha i nienachalna w swojej bytności, że zacząłem podejrzewać w nim chowańca. Nie byłem w stanie wyczuć jego woni, choć odległość między nami była niewielka. Do mojego nosa wdzierały się za to zapachy typowe dla wamiprzych domostw. Wszechobecny odór starości i rozkładu maskowany sporą ilością pachnideł, dziś głównie tych dziwacznych patyczków sterczących z buteleczek wyrzucających z siebie zapach chemicznej sosny, ale także klasyczne kadzidła rozsiane tu i ówdzie. I oczywiście słodki i głęboki aromat krwi.

Stary zatrzymał się gwałtownie przed masywnymi drzwiami ulokowanymi pośrodku korytarza. Ruch był nagły i niespodziewany, korzystając z okazji udałem, że niezgrabnie wpadam na brodatego człowieczka. Był bardzo niski dosłownie oparłem nos o rzadkie kępki włosów na jego czaszce. Wampir. I to jaki, nasiąknięty krwią, jak kaszanka. Zdusiłem impuls, który kazał mi przejechać językiem po tym czerepie, żeby zgarnąć dla siebie choć trochę z tego aromatu. Szybko odstąpiłem krok w tył i wymamrotałem przeprosiny. Obaj popatrzyli na mnie bez słowa. Otworzyli drzwi pokoju i Przewodniczący gestem zaprosił mnie do środka. Nieśpiesznie przekroczyłem próg a dwóch moich towarzyszy odeszło bezszelestnie. Zostałem sam, przez nikogo nierozpraszany mogłem wreszcie zaczynać.

Pora złapać trop.

 

Wnętrze niczym mnie nie zaskoczyło. Cały dom był raczej typowym tworem architektury wampirów. Piękna wyremontowana kamienica z zewnątrz pieszcząca oko jaśniutkim, czyściutkim piaskowcem i lśniącymi plastikowymi ramami okien. Przez schludne drzwi uzbrojone w domofon wkraczało się do nowoczesnego i urządzonego na miarę dzisiejszych gustów parteru. Strudzony wampir przechodził przez lśniący nowością, chromem i szkłem parter, po to, by w pokoju na piętrze móc się wyciągnąć we własnej podbitej aksamitem trumnie ustawionej, jak bóg przykazał, na czarnym katafalku.

W tym pokoju trumny nie było. Za leże służyło ogromne łoże zwieńczone baldachimem, pomiędzy jego czterema rzeźbionymi kolumienkami zawieszono cztery grube, mięsiste kotary, po ich opuszczeniu całość zmieniała się w coś na kształt doskonale światłoszczelnego bunkra. Schowany w jego wnętrzu wampir mógł spokojnie przeczekać najbardziej nawet słoneczny dzień zerkając ostrożnie zza zasłony, czy aby już nie doczekał zmroku. Takie łoża-fortece były już reliktem dawnych czasów. Od wielu lat wewnętrzne strony okien w wampirzych domostwach oklejano specjalnymi warstwami foli nieprzepuszczającymi ultrafioletu. Tak było i tu.

Było przynajmniej do niedawna, bo w tym pokoju usunięto zabezpieczającą warstwę z okna. Dokładnie obejrzałem wszystkie szyby i nie znalazłem nic, poza tym, czego można było się spodziewać – zadrapań na rogach szklanej tafli świadczących o tym, że ktoś z poświęceniem i gorliwością zdrapywał rogi foli własnymi szponami. Obszedłem nieśpiesznie cały pokój i w końcu usiadłem pod baldachimem obok wciąż leżącej tu kupy popiołów, niedawno będącej jeszcze samym Panem Michaiłem Porońcowem – Głową Wielkiego Rodu Porońcowów. Tak, wciąż tu leżał. Pewnie ani służba, ani inni członkowie Rodu nie za bardzo wiedzieli, co z nim teraz zrobić. Zmieść zmiotką na szufelkę jakoś tak niezręcznie, zagarnąć rękoma i rzucić na wiatr przed domem też coś mało chwalebne. Może to i nieco dziwne, ale wampiry nie wypracowały własnych zwyczajów pogrzebowych. Idea żegnania zmarłych dla istot, które przecież tak naprawdę nie są żywe siłą rzeczy musi się wydawać dziwaczna i obca.

Usiadłem więc i wtuliłem nos w golf swetra. Nie na wiele mi się on tu przydał. Porońcow symulował oddychanie tylko dla pozorów, pewnie dlatego nie wietrzył swoich pokoi. Powietrze tu było zatęchłe i przepojone najróżniejszymi zapachami: krwią i kurzem oczywiście, ale ziołami, alkoholem, co najmniej kilkunastoma rodzajami perfum, wilkołaczym potem, wyczuwałem też nikły zapach kilku ząbków czosnku, które pewnie sam denat porozrzucał po kątach, ot tak, dla wzmacniania odporności. Nawet jeśli w tym kłębowisku tropów jest zapach mordercy, nie mam szans na złapanie tropu. Trzeba powęszyć inaczej. Co właściwie wiadomo?

Wiadomo, że stary nie żyje. Wiadomo też, że ktoś zamordował go w wiadomy sposób dzień po jego urodzinach. Na przyjęciu było wielu gości, bardzo wielu. A wampiry nie żywią ciepłych uczuć w stosunku do nikogo, do siebie nawzajem też nie. Przewodniczący Rady uparł się, że dostarczy mi listę wszystkich zaproszonych. Nie wyobrażał sobie chyba prowadzenia śledztwa bez tej swojej listy. Ale ja wiedziałem swoje. To martwy trop. Na przyjęciu porządku pilnowała Sfora – prywatna ochrona Porońców. Traf chciał, że w dzień po nocy urodzin wszyscy oni wyjechali na wspólne ćwiczenia Sfor Wielkich Rodów prowadzone na wypadek rebelii, czy innego zagrożenia. Byłem pewny, ze każdy z wilków na chwilę przed wyjazdem wszedł do tego pokoju, żeby ostrożnie zerknąć między zasłonki, czy Porońcowi niczego aby nie brakuje. Nie miłość ich tu przywiodła ale poczucie obowiązku i ślepnące coraz bardziej oddanie. Stary musiał być wtedy cały i ociupinkę mniej martwy niż teraz. Dopiero po południu, co w tym domu jest odpowiednikiem „przed świtem”, to co zostało z Porońcowa znalazł odwiedzający go sukub. Przerażony wybiegł z pokoju i tupiąc kopytami po korytarzu wrzeszczał raz falsetem, raz barytonem. Musiało to brzmieć, jak syrena przeciwlotnicza. Wszystko to razem znaczyło, że mordowanie starego odbyło się w biały dzień a to z kolei, że mordercą musiał być ktoś stąd.

Westchnąłem, poprawiłem golf i oderwałem nos od kojącego zapachu owczej wełny. Wtedy go zauważyłem. Wisiał na ścianie naprzeciw mnie. Wielki Wampir. Dumny i nadęty, jak nietoperz, który dopiero co połknął chrząszcza. Wwiercał we mnie spojrzenie tych swoich małych, błyszczących oczek, a spod bujnych wąsów, rozdzielonych równym przedziałkiem sterczały mu dwa wielkie kły. Oczywiście, że dwa. Chyba żaden wampir-malarz nie wymalował tego dziada z ułamanym zębem. Strzaskał go sobie na karku Wielkiego Wilka pięć pokoleń temu. Przegrał z kretesem a wszystkie wilkołaki w całej Europie wyły wtedy z radości wypinając torsy do księżyca. Wampiry też wyły, tyle że od srebrnych łańcuchów. Od tamtej pory kolejne Alfy Wolnego Stada miały nosić na uchu kolczyk z oprawionego w srebro kła. Nie trwało to długo. Wampir szybko się pozbierał, zebrał sojuszników i w następnej bitwie rozbił wilkołaki doszczętnie. Tak się to wszystko zaczęło. Era Udomowienia. Pieskie czasy. Od tego wszystkiego zebrało mi się na skomlenie i już już miałem sobie ulżyć, kiedy usłyszałem za sobą cichutkie:

– Przepraszam pana.

 

 

Chudziutkie plecki, nad którymi nerwowo dyndał mysi ogonek, pomykały żwawo prowadząc mnie do celu. Dziewczątko, wystrojone w sztywną sukienkę pokojówki z przełomu wieków i na wpół żywe z przejęcia, prowadziło mnie prosto do swojej Pani. Byłem ciekaw, co może mi powiedzieć o mieszkańcach tego domu. Portierzy, woźni, kucharki, czy pokojówki, to prawdziwa fontanna wiedzy dla tych, którym chce się oddzielać wartościowe informacje od zwykłych plotek i kalumnii z radością rzucanych w bogatszych od siebie. Mnie się chciało. Dwoma szybkim krokami zrównałem się z nią i położyłem rękę na wątłym ramionku. Stanęła jak wryta i gwałtownie odwróciła się w moją stronę strzelając czystym przerażeniem z dwojga błękitnych szeroko osadzonych oczu. O tym, że się bała wiedziałem od kiedy tylko stanęła w progu pokoju starego Porońcowa, otaczający ją nimb strachu był gęsty i wyraźny, jak welon panny młodej. Jednak poczuć z bliska, to jednak co innego.  Jej lęk dosłownie mnie poraził i zalepił mi nos. Po raz drugi miałem ochotę zaskamleć w jej obecności. Coś ty widziała maleńka? Nie wariuj Rapaport! Jakiś fragment mojej psychiki zachował zimną krew i zaczął przywoływać do porządku resztę. Ta mała jest dziewczyną od wszystkiego w domu wampirów. Oczywiście, że coś widziała. Musiała się niemało naoglądać i to gorszych rzeczy niż podrapana szyba i smętna kupa popiołu w pościeli. Nic nie wie o sprawie. Gdyby wiedziała już dawno coś by komuś powiedziała. Nie byłbym potrzebny. Dziewczyna wpatrywała się we mnie niema i sztywna, po chwili lekko drgnęła i jak automat wolno odwróciła ode mnie twarz. Jeszcze chwilę stała nieruchomo po czym równie nagle jak się zatrzymała, zaczęła kontynuować swój marsz. Ruszyłem za nią równie cichy jak ona.

Kiedy w końcu dotarliśmy do drzwi jej pani gestem wskazała mi żeby wszedł. Natychmiast po tym, jak przekroczyłem próg z trzaskiem zatrzasnęła za mną drzwi. Gdybym miał czas na jakąkolwiek myśl, pewnie skojarzyłbym to z dźwiękiem opadającego wieka trumny. Ale nie miałem czasu.

 

 

Coś rzuciło się na mnie i wgryzło w moją czaszkę. To coś wbijało się głębiej i głębiej, miażdżąc i rozszarpując Zachwiałem się i przytrzymałem framugi, żeby nie upaść musiałem mocno zaciskać palce na drewnianej listwie. Z bólu zgiąłem się wpół. Dłonie ślizgające się we własnym pocie nie były w stanie już dłużej mnie utrzymać. Upadłem kolanami na podłogę a czoło oparłem o dywan.

– Dobra starczy tego. Siadaj pan normalnie – słowa padły gdzieś z głębi pokoju. Ból ustąpił momentalnie. Bałem się poruszyć, nie chciałem prowokować kolejnego ataku. Po chwili ostrożnie uniosłem głowę znad perskiej wełny. Była tam. Siedziała w fotelu jakieś trzy metry ode mnie. Jej twarz była niesamowicie wąska, skóra sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz pęknąć pod naporem kości policzkowych napierających od wewnątrz. Żadnych brwi, żadnych rzęs, jak przystało na wielką damę, a była przecież drugą, trzecią i ostatnią żoną starego Porońcowa, była kompletnie łysa. Siedziała sztywna i wyprostowana, absolutnie nieruchoma ze wzrokiem wbitym we mnie. Starannie unikałem tego wzroku. Zacząłem nieśmiało zbierać się z podłogi.

– Niech pan pyta. No dalej. – Głos był niski i dziwnie soczysty, jakby w jego właścicielu wciąż krążyły soki życiowe. Należał do syna Porońcowów, pięćdziesięcioletniego wampirzego młodzika stojącego teraz za fotelem matki i nonszalancko opierającego ramię o jej zagłówek. Spojrzałem na niego a ten odpowiedział mi zawadiackim uśmiechem.

– Matka wcale nie potraktowała cię znowu tak ostro. Rozumiesz pan, ojca zabito, środki ostrożności. Normalna sprawa. No dalej, zaczynajmy.

W końcu udało mi się stanąć w miarę prosto, choć wciąż lekko się chwiałem. Nie wiedziałem o co do końca mu chodzi z tym zaczynaniem. Liczył, ze przypadnę do nich i rozpocznę kompulsywne obwąchiwanie? Zebrałem się w sobie, nabrałem pełne płuca powietrza i na wydechu wyrzuciłem z siebie

– Macie państwo jakichś podejrzanych? – Popatrzył na mnie, pomrugał. Otworzył usta, zamknął je, sapnął i zamilkł na chwilę.

– No wiesz pan – zaczął powoli. – Ja powiem, że to mój brat a brat powie, że ja. Bo kto inny? – Znowu umilkł. Namyślał się przez chwilę wpatrując się we mnie, jakby ważył, czy warto powiedzieć coś jeszcze. Milczałem, nie chciałem ani płoszyć, ani rozpraszać, w końcu westchnął i przemówił.

– Problem jest w tym, ze ani ja, ani on nie chcemy schedy po ojcu. Obaj mamy, mieliśmy póki ojciec żył, dostęp do funduszy rodziny i pełną swobodę. Teraz jeden z nas będzie musiał wysiadywać ze starcami w Radzie, a drugiego wypali słońce. Takie prawo. – Zamilkł i odpłynął gdzieś w głąb własnych myśli. Wrócił po chwili, skoncentrował na mnie spojrzenie i uśmiechnął się szelmowsko.

– No, ale ja mam po swojej stronie matkę – mówiąc to zaczął nieśpiesznie wodzić palcem po jej łysym czerepie, to kreśląc niewielkie kółeczka, to znowu pieszczotliwe smyrgając ją samymi opuszkami. Przyczajony za oparciem matczynego fotela czuł się bezpiecznie, jak w obwarowanym forcie. I po prawdzie pewnie tak było. Starej nikt nie ruszy.

Swoją drogą Edmund, drugi z braci, też miał niezwykłą matkę. O tak. Rozalia Księżycowy Promień. Ten przydomek nadała sobie sama i jakoś nikomu nie spieszyło się by wytknąć jej jego idiotyzm. Była dzieckiem wieków ciemnych, ale prawdziwie rozkwitła w latach sześćdziesiątych XX wieku. Rewolucjonizowała i skandalizowała aż w końcu dała Porońcowi syna, starszego brata Leopolda, na którego właśnie patrzyłem i trzeciego z urodzonych wampirów zeszłego stulecia. Rozalia nie przywiązała się specjalnie do małego Edka, zostawiła syna z ojcem i po staremu szalała po Europie nie oglądając się za siebie. Teraz Leopolda, jak klosz osłoni matczyna spódnica, a Edmund musi radzić sobie sam.

– Czy poza bratem, ktoś jeszcze przychodzi panu na myśl?

– Ja, oczywiście. – Tu zachichotał widocznie zachwycony sobą samym.

– Tak, rozumiem. Ale czy na pewno nikt więcej? Konkurencyjny Ród, dawny rywal, mściciel? Ktokolwiek, poza panem i bratem? – Chwilę patrzył na mnie bez słowa, po czym nabrał spory haust powietrza i przez usta uformowane w dziubek począł wypychać z siebie strumień powietrza wydając przy tym przeciągły i obsceniczny odgłos. Znak, że audiencja skończona.  

 

 

Siedziałem przygarbiony nad olbrzymim blatem dębowego stołu. Przede mną stał porcelanowy głęboki talerz po brzegi wypełniony brunatną cieczą. Pachniało pięknie, krwiście i apetycznie. Zamiast zajadać patrzyłem tępo na własne odbicie bezradnie falujące na tafli czerniny. Skąd ta siwizna? Jestem przecież młody, nawet jak na ludzkie standardy. Trzydzieści lat i już posiwiałe kosmyki? Włosy miałem czarne i gęste, zaczesane do tyłu, choć nigdy nie używałem żelu, łączyły się w coś na kształt małych różków. Do tego bujne baczki, o których lubiłem myśleć, że są jak te Wolverina, ale on nie świecił siwuchami tu i ówdzie. W końcu to rosomak a nie borsuk. Westchnąłem. Skupić się trzeba a nie błądzić myślami. Tak właściwie to wiedziałem już dużo. Byłem blisko.

Starego zabił ktoś stąd, to jasne, to już wiedziałem. Ale, że jego żona miała aż tak silne moce psychiczne, o tym nie wiedziałem. Stara była pewnie bombą atomową w arsenale starego Porońcowa, ja i mój nos wyglądamy przy niej, jak pistolecik na kapiszony.  Niestety, zdrada nie ma swojego zapachu. Mogę wywęszyć strach, ból, gniew, czasem nawet kłamstwo, wszystkie te bazowe tony, możliwe motywy, ale nic więcej. Nie to, co ta łysa jak kolano muza Hansa Rudolfa Gigera, wystarczy, że wyceluje w kogoś te swoje czarne ślepia i prześwietli każdego, jak rentgen. Kto byłby w stanie ukryć przed nią mord na starym? W tym domu jedyne dwie czaszki, których nie może rozłupać jednym spojrzeniem należą do starców z Rady Rodu. A więc albo Żerca, ten który właśnie przygotowuje listę gości albo ten drugi aromatyczny jak kaszanka. Chyba że… chyba, że to ona sama. Może stwierdziła, że już czas posadzić synalka na rodowym tronie. Co tam jęki Leopoldka, że nie chce, matka wie najlepiej, co dobre dla jej dziecka.

– Leo Leo… – Ni to szmer, ni to jęk przetoczył się między kamiennymi ścianami i odbił od łukowatego sufitu. Wyrwany z własnych myśli podniosłem głowę znad talerza i spojrzałem na sukuba, który podobnie jak ja, znalazł wytchnienie w pańskiej kuchni. Nieczęsto spotyka się te stworzenia a już widok sukuba siedzącego przy kuchennym stole, to prawdziwa rzadkość. Do dziś są tacy, co twierdzą, że wszystkie sukuby, to demony przebierające się za kobiety. To nie prawda, po prostu cały ich gatunek odznacza się specyficzną adrogyniczną urodą. Są frapujący, to na pewno. A to, że wszyscy oni lubią przebieranki, to już zupełnie inna historia.

– To ciebie wezwali tu, żebyś węszył? – pytała jednocześnie wycierając nos wierzchem dłoni. Burza ciemnobordowych loków zasłaniała prawie całą jej twarz opadając kaskadami na ledwo co osłonięty dekolt. Ubrana była w coś, co nazwałbym gorsetospodniami – ciemnobordowy skóropodobny kombinezon ciasno opinający jej ciało. Nie nosiła butów, nie było takiej potrzeby, swoje małe zgrabne kopytka w całości pomalowała na złoty kolor, podobnie jak długie wypielęgnowane paznokcie u dłoni i maleńkie różki nieśmiało wyglądające spomiędzy burzy jej loków. Kiedy już uporała się z nosem i, chwilowo przynajmniej, zatamowała potoki łez, spojrzała na mnie wielkimi zaczerwienionymi oczami.

– Witaj, jestem Lili.

– Witaj Lili. Mów mi Rapaport. – Przez chwile milczała patrząc na mnie smutno. Po chwili skinęła głową, jakby sama przyznawała rację swoim myślom.

– On tego nie zrobił. Wierz mi. Ja to wiem. Nieważne co inni mówią. Leo by nigdy… – Zacięła się, pociągnęła nosem, znowu skinęła głową i zaczęła jeszcze raz.

– To znaczy, Leopold Porońcow nie zabił ojca. Na pewno nie.

– Dobrze Lili. – Zacząłem najspokojniejszym, najbardziej uspokajającym tonem na jaki mogłem się zdobyć. – Powiesz mi skąd masz tą pewność?

– My sukuby mamy własną magię. – Urwała na chwilę szukając odpowiednich słów. – Magię ciała, krwi i… i… – W tym momencie zaczęła taksować mnie wzrokiem oceniając ile jestem w stale znieść. Nie doceniła mnie. – I innych płynów. Chwilę milczeliśmy oboje. W końcu, dla dobra śledztwa zdecydowałem się znurkować w odmęty tych jej „innych płynów”.

– Powiem ci Lili, szczerze, niewiele wiem o waszej magii. Nie wiem, czy Rada uznałaby cię jako świadka. Ale może twoje zeznania jakoś pomogą Leopoldowi, jeszcze bardziej pogrążą Edmunda…

– Nie! – Wrzasnęła rozdzierająco. – Nie! Nie! To… nie… Edi… nie on… nie… – Rozpłakała się na dobre. Strumienie łez zalewały jej otwarte szeroko uszminkowane usta ściekając w dół po brodzie krwawymi strumykami. Płacząc i spazmując cały czas próbował coś powiedzieć. Nie musiałem jej słuchać, zrozumiałem co trzeba. Magia sukuba ręczy i za Leo i za Ediego. To by się zgadzało.

Jedną ręką ująłem jej dłoń, drugą położyłem jej na ramieniu. Już już miałem iść na całość i pokrzepiająco ją przytulić, kiedy nagle wyprostowała się gwałtownie.

– Słuchaj Rapaport, to nie oni – przemówiła zaskakująco spokojnie. – Ja to wiem, nieważne, co kto myśli o mojej mocy. Wiem jak jest. Teraz trzeba to udowodnić. Pomogę ci, będę tą…. – Znowu chwila zastanowienia zakończona skinieniem głową. – Agentką operacyjną! Będę Twoją agentką!

 

Z całych sił starałem się nie okazywać ekscytacji. Nie szło mi, cholernie mi nie szło. Od kiedy piersista gospodyni przytruchtała do kuchni sadząc małe eleganckie kroczki z wiadomością, że są. Sfora wróciła. Siedzą teraz w głównej sali i czekają. Na raport, jakieś żołnierskie słowa, wyjaśnienie co się stało. Ich powrót podziałał na wszystkich. Każda żywa i martwa dusza w tym domu też chciała wiedzieć kto, już całkowicie i ostatecznie, wysłał Porońcowa na drugą stronę. Wszyscy zmierzali do wielkiej sali. Kilka metrów przede mną, sztywna, jak automat, kroczyła mała pokojówka. Gdzieś z tyłu słyszałem stukanie obcasów gospodyni i pomlaskiwanie starej kucharki. Krok za mną wystukując rytm kopytami szła Lili. Czoło lekko pochylała do przodu, jak byk gotowy do walki. Moja „agentka operacyjna”… Kiedy będzie już po wszystkim muszę przyjrzeć się tej jej magii. Wśród jęków i spazmów płaczu eliminowała kolejnych podejrzanych w tym nawet, dobry boże, starą Porońcową. Ale to wszystko później, kiedy indziej, bo teraz idę na spotkanie Sfory.  

Kiedy byłem szczeniakiem stado mnie odrzuciło. To nie była żadna kara, ani złośliwość. Byłem zbyt wątły, nie mogłem dotrzymać kroku innym dzieciakom i tyle. To było dawno, zbudowałem sobie własne życie, zostałem śledczym, znalazłem sobie kumpli. Dobrych sprawdzonych kumpli: Janka Sobiepana i Jerzego Bukszpana, moje małe własne stado. Myślałem, że kiedy znowu stanę przed Sforą będę wyluzowany i pewny siebie. Ale nie byłem, gorączkowałem się jak chłopiec na paradzie wojskowej. Rozwścieczało mnie to. Buzujący we mnie gniew na samego siebie sprawiał, że byłem jak pijany. Przez to wszystko nie zauważyłem małego wampira, który właśnie wyszedł z mijanego przeze mnie pokoju na korytarz. Z impetem uderzyłem w mikrą postać, zupełnie jakby rozpędzone auto uderzyło w betonowy słupek. Momentalnie oprzytomniałem i wydukałem z siebie przeprosiny. Przed mną stał i wlepiał we mnie spojrzenie wypełnione bezbrzeżną pogardą członek Rady. Romuald Świątochowiecki, to on wraz z Żercą przywitali mnie w tym domu. Stara kucharka przypomniała mi jego nazwisko. Traf chciał, że wpadłem na niego już drugi raz jednej nocy.

– Też coś. Patrz tylko co zrobiłeś – mówiąc to uniósł dłoń na wysokość moich oczu i zaczął poruszać wte i wewte jednym z palców. Początkowo myślałem, że to atak starczej demencji, ale zaraz zrozumiałem. Na kiwającym się palcu brakowało szponu, na krótko obciętym paznokciu pozostały ślady jakieś białawej substancji, nos podpowiedział mi, że to klej. Odpadł mu tips. No oczywiście. Moda wampirów nakazywała nosić długie starannie opiłowane szpony. Świątochowiecki miał pewnie styczność ze zwykłymi ludźmi, bo ja wiem bankierami, prawnikami, czy kimkolwiek innym, kto nieświadomie pracował dla ich Rodu. Nie chcąc wyjść na zdziwaczałego dziadka starannie obcinał paznokcie, ale będąc wśród swoich zakładał tipsy. Próżność nie zna wieku.

Podążając za własnymi myślami ignorowałem starca, który cały czas stał przede mną w oczekiwaniu na przeprosiny. Nic mnie nie obchodziły ani bijąca od niego fala wściekłości, ani płynący gdzieś z boku szczebiot Lili próbującej ratować sytuację. Wszystko stawało się dla mnie jasne. Tymi mizernymi plastikowymi pazurkami nie mógłby zdrapać warstwy izolacyjnej z okien. Na szybach zostały wyżłobione ślady po pazurach, to musiały być prawdziwe wampirze szpony. Został więc już tylko jeden podejrzany. Żerca. To musiał być on. Nic go pewnie nie obchodziło, którego z synów Porońcowa czeka spopielenie. Ten, który przejąłby władzę po ojcu z radością przerzuciłby całą tę papierkową robotę, całe to rozsądzanie sporów, politykę i planowanie posunięć Rodu, innymi słowy całą tę władzę na starego dobrego Żercę. Rządziłby ze swojego fotela członka Rady a Głowa Rodu byłaby zadowolonym z siebie figurantem cieszącym się, że tak sprytnie udało mu się wykręcić od roboty. Tylko jak tego dowieść?

– Ty parszywy kundlu! – Przepełniony jadem syk starego Świętochłowickiego wyrwał mnie z zamyślenia. – Myślisz, że przed kim stoisz!? – Stary unosił się coraz bardziej. Jakoś nie potrafiłem się nim teraz przejąć.

– Bardzo przepraszam, naprawdę bardzo przepraszam – mamrotałem zerkając tęsknie w stronę wielkiej sali. To już tak niedaleko, gdyby udało mi się wymyślić, jak udowodnić winę Żercy mógłbym tam wejść, jak jeden z tych detektywów, Holmes albo Poirot. Wskazałbym winnego palcem a potem nieubłaganie logiczną argumentacją wyjaśnił wszystkim wszystko. Oczy członków Sfory świeciłyby się z zachwytu i wpatrywaliby się we mnie w ciszy i skupieniu. O tak, próżność dopada wszystkich.

Wtedy to poczułem. To wrażenie, że moja czaszka pęka, jak skorupka jajka uderzona metalowym szpikulcem. Porońcowa, bo to ona oczywiście, bebeszyła mnie w najlepsze. Przyglądała się moim myślom aż w końcu bardziej poczułem niż usłyszałem we własnej głowie jej głos.

– Mnie to przekonuje.

Oszołomiony bólem oparłem się o stojącego przede mną wampira. Ten zamilkł, chyba domyślał się, co mi jest. Pewnie nie raz widział, jak moc starej działa na innych. Lili też umilkła, chociaż akurat ona pewnie niczego nie rozumiała, zatkało ją po prostu na widok wilkołaka tulącego się do wampira. Wtedy ją dostrzegłem, Porońcowa stała w wejściu do głównej sali. Jej wysoka, chuda sylwetka była całkiem czarna na tle światła padającego z głębi pokoju. Odwrócona była do nas plecami, patrzyła na coś w głębi sali.

– Pewnie wszyscy już tam są – powiedziała cicho Lili także patrząc w stronę wielkiej sali.

– Pani pewnie tłumaczy wszystkim co i jak a my stoimy na tym korytarzu, jak te cepy. Głupio będzie teraz wejść. – Ignorowałem ja i wpatrywałem się w plecy Porońcowej, ta nagle uniosła rękę i wskazując na coś przed sobą. Na coś lub na kogoś. Poczułem ukłucie zazdrości, to miała być moja rola. Wtedy nagle stara odwróciła się gwałtownie i ruszyła w naszą stronę. Drzwi za nią zamknęły się z hukiem. Były ciężki i masywne, ale nie wygłuszyły całkowicie wrzasków Żercy, bo to na pewno jego krzyk wtedy słyszałem. Dało się też wychwycić pełne furii warczenie i dziwny dźwięk przypominający trochę darcie szmacianej lalki.

Porońcowa szła w naszym kierunku. Jej krok był zaskakująco płynny i lekki. Kiedy była już blisko dostrzegłem jej ciemne oczy wpatrujące się we mnie nieruchomo i przerażający szeroki uśmiech. Zostanę nagrodzony, czeka mnie poklepanie po ramieniu, zapłata i docenienie przez Wielki Ród. W końcu tego chciałem. Sam nie wiem dlaczego, kiedy tak patrzyłem na jej uśmiech, na wspaniałe lśniące kły myślałem, jak wspaniałe byłyby z nich kolczyki.

Koniec

Komentarze

Dobrywilku, skoro to fragment, oznacz tekst jako fragment, nie opowiadanie.

 

Nie zaglądałam jeszcze dalej, ale pierwsze zdanie nie zachwyca – jest pretensjonalne o tej łysinie. Może dalej jest znacznie lepiej, ale pierwsze wrażenie, hmm…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dobrywilku, i ja na razie tylko zerknęłam na Twój tekst, i zauważyłam że nie radzisz sobie z zapisem dialogów. Mam wrażenie, że przyda Ci się ten poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

Popraw też źle zapisane zaimki: – Powiem Ci Lili, szczerze, niewiele wiem o waszej magii. Nie wiem, czy Rada uznałaby Cię jako świadka. Ale może Twoje zeznania… → – Powiem ci Lili, szczerze, niewiele wiem o waszej magii. Nie wiem, czy Rada uznałaby cię jako świadka. Ale może twoje zeznania… I źle zapisane formy grzecznościowe: – Niech Pan pyta. No dalej. → – Niech pan pyta. No dalej.

Zaimki i formy grzecznościowe zapisujemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, bardzo dziękuję za te uwagi. Usiądę na spokojnie i postaram się wyłapać wszystkie te błędy. 

drakaina, ten tekścik jest skończoną całością, dlatego oznaczyłam go jako opowiadanie. Rozumiem, że to, co przeczytałaś, delikatnie mówiąc, Cię nie zachwyciło. Niestety im dalej w las, tym więcej drzew, cały tekst utrzymany jest raczej w tym tonie. 

dobrywilk

Napisałeś w przedmowie “Bardzo mi zależy na poznaniu Waszych opinii o tym fragmencie“, więc gdzieś trzeba zmienić – widocznie w przedmowie :)

 

Nie zachwyciło mnie pierwsze zdanie, na które zerknęłam, czytając przedmowę. Jest jak z marnej poezji, a to nie wróży dobrze prozie. No i nie wiem, czy ten ogrom informacji o łysinie będzie miał jakiekolwiek znaczenie w tekście. Pierwsze zdanie jest bardzo ważne, dlatego w sytuacji, kiedy poraża mnie nienaturalnością i hiperbolicznym opisem łysiny, włącza mi się czerwona lampka ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niestety, dobrywilku, do samego pierwszego akapitu mam piętnaście uwag, co oznacza, że twój tekst nie przechodzi nawet najprostszej selekcji. Przeczytałem go (choć tylko dlatego, że jestem dyżurnym) i na końcu znajdziesz jeszcze komentarz merytoryczny, ale spójrz najpierw na to:

 

Niepotrzebna pierwsza gwiazdka.

 

dwa białe placki światła

Straszny potocyzm. Raczej plamy światła.

 

łysina górowała nad resztą jego twarzy.

Kogo? Jest to pierwsze zdanie o łysinie, bez żadnego potencjalnego męskiego podmiotu.

 

Gdzieś poniżej niemrawo poruszały się dwie, obscenicznie wręcz, obwisłe wargi

Masz wtrącenie “obscenicznie wręcz”, które mówi o tym, jak się poruszały, więc powinno się znaleźć po tym słowie. W tym miejscu to wtrącenie odnosi się do słowa “dwie”, czyli powinno brzmieć “obsceniczne wręcz”.

 

jakby ktoś kiedyś przesunął

Dodaj jeszcze “gdzieś” i “czymś” do kompletu.

 

Skończyło się to tym

Bardzo brzydko.

 

kilka wiotkich rulonów dyndało gdzieś na wysokości grdyki

A jednak jest “gdzieś”.

 

Głos miał zaskakująco silny

Znowu – kto miał? Nie masz przed tym żadnego podmiotu w rodzaju męskim, piszesz o twarzy, łysinie, skórze, wargach…

 

Sprawa jest delikatna, naturalnie, że rozumiem. Rada Rodu nie chce dalszego przesypywania popiołu, ani tym bardziej skandalu. I tu właśnie pojawiam się ja, mam wywęszyć kto i dlaczego, bo gdzie i jak już wiadomo. 

Ni stąd ni zowąd przechodzisz w czas teraźniejszy, mimo że narracja i przedtem, i potem poprowadzona jest w czasie przeszłym.

 

 

 

Brakujące przecinki:

jakby ktoś kiedyś przesunął po niej dłonią w dół(+,) a martwa skóra nigdy nie zdołała już wrócić na swoje dawne miejsce.

dyndało gdzieś na wysokości grdyki(+,) a luźne nawisy brwi przykrywały oczy

Mówił, mówił i mówił(+,) a ja słuchałem.

Przy okazji zwróć tutaj uwagę na monotoniczne struktury zdań.

Czułem(+,)  jak z każdym jego słowem z radości coraz trudniej było mi usiedzieć na miejscu.

 

Niepotrzebne przecinki:

zwieńczona ostrym łukiem, łysina górowała nad resztą jego twarzy.

Rada Rodu nie chce dalszego przesypywania popiołu, ani tym bardziej skandalu.

 

Dobrywilku, napisałaś opowiadanie, które trawią poważne problemy ze stylem i interpunkcją. Sam pomysł nie należy do najciekawszych, jest on wariacją na ten temat. Każdy z nas spotkał się już z nim wiele razy, dodatkowo w lepszym wykonaniu.

Z drugiej strony, dostrzegam pewien potencjał, jeśli to jest faktycznie twój pierwszy tekst. Udało ci się sklecić sensowną historię, a to najważniejsze. Jak widzę planujesz pisać więcej – zamierzam cię do tego zachęcić, bo z czasem błędów się pozbędziesz, a twoje historie będą tylko coraz lepsze. Jednak będzie to wymagało sporo wysiłku.

Bardzo mocno sugeruję, byś przed dodaniem następnego tekstu poświęciła sporo czasu na naukę (zwłaszcza interpunkcji), odstawiła opowiadanie na jakiś czas, żeby swoje odleżało, i przeczytała je jeszcze kilka razy, wprowadzając odpowiednie poprawki. Oprócz tego dobrym rozwiązaniem byłoby umieszczanie tekstów najpierw na betaliście – znaleźć kogoś bardziej doświadczonego do poprawek, to jak Boga za nogi złapać.

Więcej porad i sugestii znajdziesz w tych poradnikach:

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/56843912

https://www.fantastyka.pl/loza/17

ironiczny podpis

No tak, oryginalności światotwórczej czy pod względem postaci jest tu jak na lekarstwo, a fabuła jakkolwiek w ogólnym zarysie trzyma się kupy, to, za przeproszeniem, czterech liter nie urywa. Jak na pierwszy tekst bardzo źle nie jest, ale powinnaś popracować nad wszystkimi elementami, zwłaszcza charakterystyką postaci, stylem, interpunkcją – bo wykonanie tu dość woła o pomstę do nieba. Powtórzenia, brakujące przecinki, sporo literówek, niepotrzebne wielkie litery.

 

Dwa poważniejsze przykłady literówek (to drugie to właściwie ort):

 

piersista → piersiasta

piany → pijany

 

PS. Polecam betalistę jako sposób na przedyskutowanie, przemyślenie i poprawienie tekstu przed publikacją

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A mnie się spodobało.

Fakt, świat oklepany, pożenienie wilkołaków i wampirów też. Chociaż historia podległości jednej grupy ładnie pokazana.

Fajny bohater, jego ironiczny dystans do wszystkiego.

Na fabułę też nie będę narzekać, chociaż to śledztwo proste jak konstrukcja cepa – ograniczona liczba podejrzanych (a skąd wiadomo, że nie jakiś człowiek? Pokojówka mogła wpuścić do domu kochanka, nie?), banalna eliminacja wszystkich oprócz jednego (ale pomysł z tipsami miły).

Co do wykonania, to będziesz się musiała jeszcze paru rzeczy nauczyć. Interpunkcja kuleje. Na przykład wołacze, Dobrywilku, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Powtórzenia, literówki, czasem jakaś inna usterka.

choćby i drzwiami dla służby. Wróciłbym choćby i przez komin,

Powtórzenie.

– Niech Pan pyta.

Ty, twój, pan itp. w dialogu piszemy małą literą. Tylko w listach dużą.

Należał do syna Porońcowów, 50letniego wampirzego młodzika

Liczby w beletrystyce raczej słownie.

innymi słowy całą tą władzę na starego dobrego Żercę.

Tę władzę.

Babska logika rządzi!

Przykro mi to mówić Dobrywilku, ale opowiadanie bardzo mnie znużyło. Nie zdołałaś zainteresować mnie ani zagadką morderstwa, ani sposobem prowadzenia śledztwa, a postaci wydały mi się wtórne, przy tym dość mdłe i mało ciekawe.

Wykonanie, o czym wspomnieli już wcześniej komentujący, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

zo­sta­ła po nim spo­rej wiel­ko­ści kupa po­pio­łu upstrzo­na kil­ko­ma kłami. –> Obawiam się, że kilka kłów nie upstrzy kupy popiołu.

Za SJP PWN: upstrzyć 1. pot. «pokryć powierzchnię czegoś plamkami w innym kolorze niż tło» 2. pot. «o owadach: poplamić powierzchnię czegoś odchodami w postaci czarnych kropek» 3. pot. «wpleść do czegoś zbyt dużo niepotrzebnych lub błędnych elementów»

 

żeby wró­cić do pań­skich domów, choć­by i drzwia­mi dla służ­by. Wró­cił­bym choć­by i przez komin… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Po krót­kim wstę­pie stary za­czął mnie pro­wa­dzić do kom­na­ty… –> Raczej: Po krót­kim wstę­pie stary poprowadził mnie do kom­na­ty

Co było wstępem?

 

„Naj­więk­szy spo­śród Nas za­koń­czył swój chwa­leb­ny żywot”. –> Dlaczego wielka litera?

 

Szli­śmy we troje – ja, prze­wod­ni­czą­cy Rady i nie­od­stę­pu­ją­cy go ani na chwi­lę mały ci­chut­ki czło­wie­czek z długą brodą… –> Piszesz o mężczyznach, więc: Szli­śmy we trzech – ja, prze­wod­ni­czą­cy Rady i nie­od­stę­pu­ją­cy go ani na chwi­lę mały ci­chut­ki czło­wie­czek z długą brodą

Troje to dwóch mężczyzn i kobieta lub dwie kobiety i mężczyzna.

 

przed ma­syw­ny­mi drzwia­mi ulo­ko­wa­ny­mi po środ­ku ko­ry­ta­rza. –> …przed ma­syw­ny­mi drzwia­mi, ulo­ko­wa­ny­mi pośrod­ku ko­ry­ta­rza.

 

Prze­wod­ni­czą­cy sze­ro­kim ge­stem ręki za­pro­sił mnie do środ­ka. –> Gesty wykonuje się rękami, więc wystarczy: …Prze­wod­ni­czą­cy sze­ro­kim ge­stem za­pro­sił mnie do środ­ka.

 

Przez schlud­ne drzwi uzbro­jo­ne w do­mo­fon wkra­cza­ło się do no­wo­cze­sne­go i urzą­dzo­ne­go na miarę dzi­siej­szych gu­stów par­te­ru. –> Co to znaczy wejść do parteru? Czy to znaczy, że wkraczało się do calutkiej kondygnacji, czy może raczej: Przez schlud­ne drzwi uzbro­jo­ne w do­mo­fon wkra­cza­ło się do no­wo­cze­sne­go i urzą­dzo­ne­go na miarę dzi­siej­szych gu­stów holu/ korytarza/ sieni/ klatki schodowej.

 

Stru­dzo­ne wam­pi­ry prze­cho­dził przez lśnią­cy no­wo­ścią… –> Literówka.

 

Za leże słu­ży­ło ogrom­ne łoże… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Za miejsce do spania słu­ży­ło ogrom­ne łoże

 

po ich opusz­cze­ni ca­łość zmie­nia­ła się… –> Literówka.

 

Takie ło­ża-for­te­ce były już re­lik­tem daw­nych cza­sów. Od wielu lat we­wnętrz­ne stro­ny okien w wam­pi­rzych do­mo­stwach okle­ja­ne były spe­cjal­ny­mi war­stwa­mi foli nie­prze­pusz­cza­ją­cy­mi ul­tra­fio­le­tu. Tak było i tu.

Było przy­naj­mniej do nie­daw­na, bo w tym po­ko­ju usu­nię­to za­bez­pie­cza­ją­cą war­stwę z okna. Do­kład­nie obej­rza­łem wszyst­kie szyby i nie zna­la­złem nic, poza tym, czego można było się… –> Byłoza.

 

bę­dą­cej jesz­cze samym Panem Mi­cha­iłem Po­roń­co­wem… –> Dlaczego wielka litera?

 

Zmieść zmiot­ką na szu­fel­kę… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Zmieść szczotką na szu­fel­kę

 

dla­te­go nie wie­trzył swo­ich pokoi. Po­wie­trze tu było za­tę­chłe… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

naj­róż­niej­szy­mi za­pa­cha­mi; krwią i ku­rzem oczy­wi­ście, ale zio­ła­mi, al­ko­ho­lem, co naj­mniej kil­ku­na­sto­ma ro­dza­ja­mi per­fum, wil­ko­ła­czym potem… –> Zamiast średnika powinien być dwukropek.

 

Co wła­ści­wie wia­do­mo?

Wia­do­mo, że stary nie żyje. Wia­do­mo też, że ktoś za­mor­do­wał go w wia­do­my spo­sób… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

i ślep­ną­ce coraz bar­dziej od­da­nie. –> Na czym polega ślepnięcie oddania?

 

Do­pie­ro po­po­łu­dniu, co w tym domu… –> Do­pie­ro po ­po­łu­dniu, co w tym domu… Lub: Do­pie­ro po­po­łu­dniem, co w tym domu

 

wrzesz­czał raz cien­kim fal­se­tem… –> Masło maślane. Czy mógł wrzeszczeć grubym falsetem?

 

Wwier­cał we mnie spoj­rze­nie swo­ich ma­łych, błysz­czą­cych oczek… –> Zbędny zaimek. Czy mógł wwiercać spojrzenie cudzych oczek?

 

kiedy usły­sza­łem za sobą ci­chut­kie –> Brak dwukropka na końcu zdania.

 

Dziew­cząt­ko, wy­stro­jo­ne w sztyw­ną su­kien­kę po­ko­jów­ki z prze­ło­mów wie­ków… –> Dziew­cząt­ko, wy­stro­jo­ne w sztyw­ną su­kien­kę po­ko­jów­ki z prze­ło­mu wie­ków

 

pro­wa­dzi­ło mnie pro­sto do swo­jej Pani. –> Dlaczego wielka litera?

 

Por­tie­rzy, woźni, ku­char­ki, czy po­ko­jów­ki, to praw­dzi­wa fon­tan­na wie­dzy… –> Raczej: Por­tie­rzy, woźni, ku­char­ki, czy po­ko­jów­ki, to praw­dzi­wa zbiornica wie­dzy

 

od zwy­kłych plo­tek i ka­lum­nia­mi z ra­do­ścią rzu­ca­nych w bo­gat­szych od sie­bie. –> …od zwy­kłych plo­tek i ka­lum­nii z ra­do­ścią rzu­ca­nych na bo­gat­szych od sie­bie.

 

Mi się chcia­ło. –> Mnie się chcia­ło.

 

Gdyby wie­dzia­ła już dawno coś by komuś po­wie­dzia­ła. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kiedy w końcu do­tar­li­śmy do drzwi jej Pani… –> Dlaczego wielka litera?

 

Na­tych­miast po tym, jak prze­kro­czy­łem próg z trza­skiem za­trza­snę­ła za mną drzwi. –> Brzmi to fatalnie.

 

jakby miała zaraz pęk­nąć pod na­po­rem kości po­licz­ko­wych na­pie­ra­ją­cych od we­wnątrz. –> Jak wyżej.

 

była prze­cież drugą, trze­cią i ostat­nią żoną sta­re­go Po­roń­co­wa, była kom­plet­nie łysa. –> Powtórzenie.

 

ab­so­lut­nie nie­ru­cho­ma ze wzro­kiem wbi­tym we mnie. Sta­ran­nie uni­ka­łem tego wzro­ku. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Niech Pan pyta. –> Dlaczego wielka litera?

 

Na­le­żał do syna Po­roń­co­wów, 50let­nie­go wam­pi­rze­go mło­dzi­ka… –> Na­le­żał do syna Po­roń­co­wów, pięćdziesięcioletniego wam­pi­rze­go mło­dzi­ka

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

sto­ją­ce­go teraz za fo­te­lem matki i non­sza­lanc­ko opie­ra­ją­ce­go ramię o jej za­głó­wek. –> To fotel ma zagłówek, nie matka, więc: …sto­ją­ce­go teraz za fo­te­lem matki i non­sza­lanc­ko opie­ra­ją­ce­go ramię o jego za­głó­wek.

 

– Macie pań­stwo jakiś po­dej­rza­nych? –> – Macie pań­stwo jakichś po­dej­rza­nych?

 

po jej łysym cze­re­pie, to kre­śląc nie­wiel­kie kó­łecz­ka, to znowu piesz­czo­tli­we smyr­ga­jąc sa­my­mi opusz­ka­mi. Przy­cza­jo­ny za opar­ciem jej fo­te­la… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

roz­kwi­tła w la­tach 60tych XX wieku. –> …roz­kwi­tła w la­tach sześćdziesiątych XX wieku.

 

sza­la­ła po Eu­ro­pie nie oglą­da­jąc się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mogła oglądać się przed siebie?

Proponuję: …sza­la­ła po Eu­ro­pie nie oglą­da­jąc się na nic.

 

30 lat i już po­si­wia­łe ko­smy­ki? –> Trzydzieści lat i już po­si­wia­łe ko­smy­ki?

 

Nie ważne co inni mówią. –> Nieważne co inni mówią.

 

– Magię ciała, krwi i.. i.. –> – Magię ciała, krwi i i

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

– Ja to wiem, nie ważne, co kto myśli o mojej mocy. –> – Ja to wiem, nieważne, co kto myśli o mojej mocy.

 

Po­mo­gę Ci, będę tą…. –> Po­mo­gę ci, będę tą

Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Znowu chwi­la za­sta­no­wie­nia za­koń­czo­ne ski­nie­niem głową. –> Znowu chwi­la za­sta­no­wie­nia, za­koń­czo­na ski­nie­niem głową.

 

go­spo­dy­ni przy­truch­ta­ła do kuch­ni sa­dząc małe ele­ganc­kie krocz­ki z wia­do­mo­ścią… –> Masło maślane. Kroczki są małe z definicji.

Czym są sadzone kroczki z wiadomością?

 

Kiedy byłem szcze­nia­kiem stado mnie od­rzu­ci­ło. To nie była żadna kara, ani zło­śli­wość. Byłem zbyt wątły, nie mo­głem do­trzy­mać kroku innym dzie­cia­kom i tyle. To było dawno… –> Byłoza.

 

Do­brych spraw­dzo­nych kum­pli: Janka So­bie­pa­na i Je­rze­go Buksz­pan… –> Do­brych spraw­dzo­nych kum­pli: Janka So­bie­pa­na i Je­rze­go Buksz­pana

 

Mo­men­tal­nie oprzy­tom­nia­łem i wy­du­ka­łem z sie­bie prze­pro­si­ny. –> Mo­men­tal­nie oprzy­tom­nia­łem i wy­du­ka­łem prze­pro­si­ny.

 

Przed mną stał i wle­piał we mnie spoj­rze­nie wy­peł­nio­ne bez­brzeż­ną po­gar­dą czło­nek Rady. Ro­mu­ald Świą­to­cho­wiec­ki, to on wraz z Żercą przy­wi­ta­li mnietym domu. Stara ku­char­ka przy­po­mnia­ła mi jego na­zwi­sko. Traf chciał, że wpa­dłem na niego już drugi raz jed­nej nocy. –> Nadmiar zaimków.

 

i za­czął po­ru­szać wte i wewte jed­nym z pal­ców. –> …i za­czął po­ru­szać w tę i we w tę jed­nym z pal­ców.

 

ani bi­ją­ca od niego falę wście­kło­ści… –> Literówka.

 

prze­rzu­cił­by całą pa­pier­ko­wą ro­bo­tę… –> …prze­rzu­cił­by całą pa­pier­ko­wą ro­bo­tę

 

całą wła­dzę… –> …całą wła­dzę

 

usły­sza­łem we wła­snej Gło­wie jej głos. –> Dlaczego wielka litera?

 

cho­ciaż aku­rat ona pew­nie ni­cze­go się nie ro­zu­mia­ła… –> …cho­ciaż aku­rat ona pew­nie ni­cze­go nie ro­zu­mia­ła

 

ta nagle unio­sła rękę i wska­zu­jąc na coś przed sobą. Na coś lub na kogoś. –> …ta nagle unio­sła rękę, wska­zu­jąc coś przed sobą. Coś lub kogoś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chciałam podziękować wszystkim za uwagi. Niektóre z nich są dla mnie bardzo cenne i na pewno pomogą mi w szlifowaniu warsztatu. Niektóre nie pomogą mi w niczym, ale i tak dziękuję ich autorom za trud przebrnięcia przez tekst. 

regulatorzy, bardzo dziękuję za wyłapanie takiej ilości usterek (literówek, niepotrzebnych wielkich liter itp.), większość usunęłam już z tekstu. Nie rozumiem co jest nie tak ze sformułowaniem “upstrzyć”. Zgodnie z podaną przez Ciebie definicją, to pokrycie powierzchni czegoś plamkami w innym kolorze niż tło i dokładnie o takiej sytuacji piszę (białe kły wampira upstrzyły kupę czarnego popiołu, która po nim została). Podobnie rzecz się ma z powtórzeniami, tak miało być :) Zależy mi na formie pierwszoosobowej relacji, ma być nieco chaotycznie, z powtórzeniami i “na szybko”. Z czasem mam nadzieję dopieścić ten język, dodać mu krwistości i upstrzyć wulgaryzmami.

issander, Tobie też dziękuję za uwagi techniczne. Wiem, że konflikt pomiędzy wampirami a wilkołakami był przez autorów fantasy wałkowany już wielokrotnie. Ale co z tego? Dla mnie piękno fantastyki polega także na tym, że potrafi przetrawiać wciąż te same treści i wypluwać je w co i rusz innej odsłonie. Uwaga, że ktoś już gdzieś pisał na ten sam temat, i napisał to lepiej, może się znaleźć pod każdym tekstem publikowanym na tej stronie.

finkla, dziękuję za dobre słowo. Zgadzam się z Tobą w 100%. Fabuła jest prosta i banalna. Przyznam się szczerze, że bałam się wrzucić cokolwiek więcej do tekstu, który z założenia miał być krótki. Najbardziej ubolewam nad brakiem drugiego trupa . Krótka forma, to trudna forma :) 

dobrywilk

Nie ro­zu­miem co jest nie tak ze sfor­mu­ło­wa­niem “upstrzyć”.

Na mój rozum, w kupie popiołu mogły być cztery kły – zakładam, że wampir ma ich tyle, ile zwykły człowiek – a to chyba za mało, aby o kupie powiedzieć, że była nimi upstrzona.

Łąka może być upstrzona kwiatkami, czyjaś twarz piegami, kapelusz muchomora białymi plamkami, a kiedy ochlapie mnie samochód, mój płaszcz będzie upstrzony drobinami błota. Jeśli jednak na gładkiej powierzchni tortu ułożę cztery wisienki, nie powiem, że tort jest upstrzony wiśniami, powiem raczej, że jest nimi ozdobiony.

Jeśli kły leżały na szczycie kupy, rzekłabym raczej, że ją wieńczyły.

Chciałam jeszcze dodać, Dobrywilku, że wszystkie moje uwagi to tylko i wyłącznie propozycje i sugestie. Będzie mi miło, jeśli weźmiesz je pod uwagę i uznasz za przydatne, ale zrozumiem, gdy pozostaniesz przy własnych sformułowaniach. To przecież Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uwaga, że ktoś już gdzieś pisał na ten sam temat, i napisał to lepiej, może się znaleźć pod każdym tekstem publikowanym na tej stronie.

Na tym forum jest sporo naprawdę niezłych i oryginalnych tekstów. Twój pech po części polega na tym, że temat, za który się wzięłaś, święcił największe triumfy stosunkowo niedawno, więc wszyscy dobrze pamiętają, jak boleśnie został wyeksploatowany. Twoje opowiadanie nic naprawdę nowego do tej tematyki nie wniosło (czasem wystarcza jeden szczegół, który jest tak na tyle niebanalny albo odkrywczy, że cała reszta może być utkana ze znanych motywów), aczkolwiek bywa gorzej.

Prawdę mówiąc, po tytule spodziewałam się więcej – owszem, wilkołaków, ale w jakiejś bardziej twórczej wizji. W Twoim tekście najbardziej zmarnowaną postacią jest Żerca – nic o nim właściwie nie wiemy, a aż by się prosiło coś więcej, zwłaszcza że samo słowo jest mocno nacechowane w kontekście słowiańskim. Celowo tak go nazwałaś? Kim on naprawdę jest? Na tej postaci mogłaś zapewne sporo zbudować, ale ona jest tylko przywoływana jak rekwizyt.

 

A nawet w bardzo krótkim tekście można bardzo dużo zawrzeć – poczytaj biblioteczne szorty, a zobaczysz.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wyniosła i lśniąca…

Cały pierwszy akapit wysilony, wydumany, purpurowy do granic nieczytelności. Zresztą, został już przez przedpiśców rozebrany, więc jadę dalej, zauważywszy tylko, że:

 Czułem, jak z każdym jego słowem z radości coraz trudniej było mi usiedzieć na miejscu

To jest anglicyzm składniowy. Powinno być: Czułem, jak z każdym jego słowem z radości coraz trudniej jest mi usiedzieć na miejscu. "Jest" można właściwie wyciąć, jeśli zależy Ci na "szybkiej" narracji.

Istota ta była tak cicha i nienachalna w swojej bytności, że zacząłem podejrzewać w nim chowańca.

Związek zgody – w istocie, czyli w niej. Bytność to przebywanie gdzieś.

 choć odległość między nami była niewielka

Nienaturalne. Nikt tak nie mówi.

 sterczących z buteleczek wyrzucających z siebie zapach

Tu chyba trochę przesadzasz z tym strumieniem świadomości. Zwolnij.

 drzwiami ulokowanymi

Czy drzwi można ulokować?

 Był bardzo niski dosłownie

Był bardzo niski, dosłownie.

 lśniącymi plastikowymi ramami okien

Plastyk? U wampirów? Niee… :)

 drzwi uzbrojone w domofon

Jak to, uzbrojone?

 do (…) parteru

Na parter.

 podbitej aksamitem trumnie

Podbita (czyli podszyta) aksamitem może być peleryna, trumna jest nim wykładana.

jak bóg przykazał

Idiom: jak Pan Bóg przykazał.

 Za leże służyło ogromne łoże

Leże to kryjówka (potwora).

 zerkając ostrożnie zza zasłony, czy aby już nie doczekał zmroku

Coś tu nie działa. I uchylenie zasłony wpuszcza światło do środka.

foli nieprzepuszczającymi

Folii nieprzepuszczającej. Folia -> folii, jak kolia -> kolii i tak dalej.

 prowadzone na wypadek rebelii, czy innego zagrożenia

Śmiesznie to brzmi.

 Nie miłość ich tu przywiodła ale poczucie obowiązku i ślepnące coraz bardziej oddanie

To dość oczywiste. Przecinek przed "ale". "Ślepnące" oddanie?

 to co zostało z Porońcowa znalazł

Wtrącenie: to, co zostało z Porońcowa, znalazł.

brzmieć, jak

Bez przecinka (sama tak pisałam, ale tu mnie naprostowali :D).

 plecki (…) pomykały

Jak żyję, nie widziałam biegnących plecków :)

 nimb strachu

Nimb?

 Coś ty widziała maleńka? Nie wariuj Rapaport!

Coś ty widziała, maleńka? Nie wariuj, Rapaport!

 zaczęła kontynuować

Niezgrabnie. Lepiej: podjęła.

 wgryzło w moją czaszkę

Anglicyzm. Może być: wgryzło w czaszkę; albo: wgryzło mi w czaszkę.

 nie upaść musiałem

Nie upaść, musiałem.

 Dobra starczy

Dobra, starczy.

 Żadnych brwi, żadnych rzęs, jak przystało na wielką damę, a była przecież drugą, trzecią i ostatnią żoną starego Porońcowa, była kompletnie łysa.

Strumień świadomości. Zupełnie łysa (”kompletnie” sugeruje trochę coś innego).

 nie potraktowała cię znowu tak ostro. Rozumiesz pan

Albo ty, albo pan. Takie przeskoki są dziwne.

 jakby ważył

Chyba rozważał?

 Swoją drogą Edmund…

Akapit bardzo chaotyczny.

 usta uformowane w dziubek począł wypychać z siebie strumień powietrza wydając przy tym przeciągły i obsceniczny odgłos

Strasznie wydumany opis. Ale może to i zasadne w tym miejscu.

 świecił siwuchami

Siwucha to wódka…

 zdrada nie ma swojego zapachu

Po prostu: zdrada nie ma zapachu.

 sukuby, to demony

Bez przecinka.

nie prawda

Łącznie.

 już zupełnie inna historia (…) pytała

Dotąd opisywałaś sukuba w rodzaju męskim.

 gorsetospodniami

Slipokrawat :)

 swoje małe zgrabne kopytka

A czyje?

 Strumienie łez zalewały jej otwarte szeroko uszminkowane usta ściekając w dół po brodzie krwawymi strumykami

To płacze – czy krwawi? Łzy szminki nie zmyją, za tłusta.

 Od kiedy piersista gospodyni przytruchtała do kuchni sadząc małe eleganckie kroczki z wiadomością, że są.

Chaos.

 Kiedy byłem szczeniakiem stado mnie odrzuciło

Kiedy byłem szczeniakiem, stado mnie odrzuciło.

 ignorowałem

Anglicyzm.

 świeciłyby się

Bez "się".

 że moja czaszka pęka

Anglicyzm: że czaszka mi pęka.

 nie raz

Łącznie.

 

Da się czytać, głównie dzięki osobowości i dystansowi narratora. Ale przydałoby się więcej przecinków. Nie zaznaczyłam wszystkich braków interpunkcji, bo jest ich tu sporo. Poza tym chaos, strumień świadomości – mówisz, że tak miało być, ale jednak utrudnia zagłębienie się w tekst. Nie bez powodu istnieją konwencje w narracji. Fabuła załatwiona pospiesznie i po łebkach, jak na kryminał za mało zmyłek i śledztwa. O zaimkach i dialogach była już mowa. Za to przebłyskuje klimat, choć duszą go te purpurowe opisy i chaos.

Pracuj dalej.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Narrator i ogólny pomysł na plus. Reszta niestety mocno przeciętna – strumień świadomości trudny do odcyfrowania, chropowate wykonanie utrudnia czytanie.

Ale spoko, każdy kiedyś zaczynał. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podobają mi się opisy postaci. Są bardzo plastyczne, tak że aż można poczuć stojącą przed głównym bohaterem osobę. Zdania: ”Wnętrze niczym mnie nie zaskoczyło.” oraz “…czego można było się spodziewać” – to ryzykowne posunięcia. Wprawdzie masz do nich prawo, pisząc w pierwszej osobie, ale bądź ostrożna; Nikt “nie siedzi w twojej głowie”, ani w głowie opowiadającego narratora i może nie wiedzieć, co on ma na myśli, albo co gorsza zirytuje się subiektywną oceną sytuacji, po czym przestanie czytać. O literówki nie będę się kłócić. Moi poprzednicy napisali wystarczająco. Każdy tekst ma takie potknięcia. Najtrudniej jest poprawić własny materiał, bo czyta się go tak jakby z pamięci i widzi, co tam powinno być, a nie to co jest. Nie zniechęcaj się. Praca redaktorska wydaje się trudniejsza niż samo pisanie, ale się opłaca. Ogólnie tekst jest dość lekki w czytaniu, a emocje głównego bohatera przemawiają do odbiorcy. Jeśli nadałabyś tę samą barwność wydarzeniom, może być tylko lepiej.  

Nowa Fantastyka