Profil użytkownika


komentarze: 123, w dziale opowiadań: 112, opowiadania: 61

Ostatnie sto komentarzy

Dzięki wszystkim za komentarze, a Tobie MrBrightside za klika! A teraz kilka słów wyjaśnienia co i jak. Darconie, baca i jego syn po prostu zabawili się nieco w Sherlocka Holmesa i doktora Watsona, by, drogą dedukcji, wywnioskować, że skoro pojawił się u nich tak niespodziewany gość jak najprawdziwszy krasnal, to może mieć coś wspólnego z żołnierzami Imperium Saksonii, którzy wielkim mechem zaczęli się panoszyć po okolicy. Pewności bohaterowie nie mają, ale jest to całkiem logiczne wyjaśnienie pojawienia się tak przeczącego logice gościa. Co do wilkorów, to możliwe. W końcu uniwersum 1920+ nie ma zbyt wielu bohaterów, to i powtórzenia mogą się zdarzyć. No i teraz jeszcze temat Adolfka, jak wdzięcznie go nazwałeś, który łączy się z brakiem twista wskazanym przez MrBrightside'a. Opowiadanie jest moimi pogiętym rozwinięciem uniwersum stworzonego przez Jakuba Różalskiego. Akcja nadal toczy się w latach dwudziestych, ale dodałem krasnala i nazistowskie podróże w czasie. Bo teorie spiskowe na temat cudownych technologii nazistów zawsze były fajne. A teorie spiskowe w świecie, w którym w latach dwudziestych były już mechy, są jeszcze fajniejsze. Być może w tym świecie Adolf też doszedł do władzy i też przegrał wojnę światową, ale wcześniej jego naukowcy zbudowali wehikuł czasu, którym Adolfek wziął i uciekł. Kto wie! Obawiam się tylko, że zdanie mające zasugerować przenosiny w czasie i wysłanie Gustawa na misję zdobycia kamienia, jest troszkę zbyt nieczytelne. I stąd to niezrozumienie. sho, limit jest szatański i nie wybacza. Napchałem w to 10k znaków ile się tylko dało!

@Finkla, ale jaki ortograf? Nie mam pojęcia o czym mowa ;’’D A nawet jak coś było na rzeczy, to nie moja wina, a chochlików, a że te wytępione to i przeciwwskazań brak :D

@NoWhereMan, masz stuprocentową rację, twist zrodził się w mej głowie najpierw i to on jest tutaj najważniejszy. Cała reszta miała go tylko sprawnie przedstawić :) Także cieszy mnie, że uznałeś zakończenie tego koncertu fajerwerków za bardzo efektowne i wielkie dzięki za klika :)

Lobo, bardzo mnie cieszy, że się spodobało. I wielkie dzięki za klika! Już myślałem, że z tekstem jest coś bardzo nie tak, bo niby każdy twierdzi że jest spoko, ale Biblioteka jednak tylko dla Ziemian :D

Co do Twoich uwag, to prawda, że tekst mógłby być nieco bardziej obrazowy, bogatszy i mniej przeładowany informacjami. Starałem się jednak maksymalnie skondensować treść. Przy tak prostym pomyśle, rozciąganie historii i przyozdabianie jej dodatkowymi “fajerwerkami”, tylko potęgowałoby uczucie znużenia. A nie miałem intencji tworzenia bardziej rozbudowanej historii, chciałem przedstawić mój pomysł w możliwie najprostszej, najefektywniejszej formie.

W kwestii wspomnianego zgrzytu, fragment pokazuje sposób myślenia protagonisty. Założenia misji były takie, aby zostawić ziemską flotę samej sobie, ale członkowie Eskadry Zielonej byli w stanie opracować lepszy plan, pozwalający na zmniejszenie liczby ofiar. Krążowniki, które włączyły się do walki (wcześniej pozostawały w bezpiecznej odległości, gdyż nie było powodu do interwencji), zniweczyły cały pomysł. Stąd też członkowie roju postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zaatakowali krążowniki, pozbywając się zagrożenia z ich strony i wykorzystując okręt flagowy do zyskania dodatkowej przewagi. Informacje przedstawione są w takiej, a nie innej kolejności, gdyż tak, a nie inaczej przetwarzał je mój bezimienny bohater.

Mam nadzieję, że się nie mylisz! Choć niestety obawiam się, że jeśli o przecinkologię chodzi, to w moim przypadku to trochę walka z wiatrakami. W głowie wszystko brzmi mi po swojemu i nijak się to ma do tego jak powinno to brzmieć aby było zrozumiałe. A do wkucia zasad interpunkcji na pamięć jakoś nie potrafię się zmusić (nie, żebym czasem sobie tego, czy tamtego nie podczytywał).

Kurde, strasznie nieszczęśliwa musi być ta kurtyna. Nic jej nie wolno :D Ale dobrze, poddaję się:

Uczucie bezgranicznej samotności, jeszcze przed chwilą rozpościerające oślizgłe macki w mej głowie, zniknęło bezpowrotnie.

Strasznie banalna ta metafora, ale poprawna.

 

@regulatorzy, wielkie dzięki za wszystkie uwagi, już poprawiłem. Z tymi gargantuicznymi rozmiarami przyznaję rację. Chyba za dużo obcuję z angielskim i czasem mi się robią kalki (niechaj śmierć poniesie wszystko co jest “epickie” i nie chce przestać).

Co do wypunktowanych babolków, jak zwykle, mam kilka uwag:

Zabrałem się za trening. –> Raczej: Przystąpiłem do treningu.

Dlaczego? Ja wiem, że “zabrałem się” jest kolokwialne, ale kurde… tak się mówi. A tekst to ciąg myśli bohatera.

 

Hmmm… miało być kilka, a tu już koniec. Coraz krótsze mi te komentarze piszesz (chociaż w tym przypadku to chyba zasługa Tarniny), a ja coraz mniej się stawiam ;D Chyba ta cała poprawniepolszczyznowa indoktrynacja działa ^ ^ .

 

@Tarnina, z EVE trafiłaś idealnie jeśli chodzi o kształt :D Takie coś mi siedziało w głowie (oczywiście mówimy o stanie sprzed aktywacji), ale też zupełnie nie wpadłem na to, by w całym tym astronomicznym żargonie przypomnieć sobie o WALL-E’m.

Kurtyna już zmieniona, także ten temat zamknijmy.

A wracając do kwestii średnio brzmiących naukowców. Jest to jeden z wytkniętych błędów, których zasadności nie jestem w stanie zrozumieć. Język to twór dynamiczny, podlegający nieustannym przemianom, w którym ciągle pojawiają się nowe związki frazeologiczne, nowe wyrażenia, a formy niegdyś niepoprawne stają się akceptowalne. Dlaczego więc, mówiąc o tekście literackim, a więc nie technicznym, urzędowym, czy chociażby informacyjnym (gdzie konkretna forma, a nawet to które wyrażenia są akceptowalne, a które nie, jest narzucone z góry), dlaczego w takim przypadku stworzenie takiej analogii jest błędem? Jeśli ktoś może wyglądać na zmartwionego, to dlaczego nie może brzmieć na takiego?

 

Przeczytałem, było przyjemnie. Nie szałowo, więc za kilka dni historia dziewczynki i monstrualnego owada pewnie rozpłynie się gdzieś w odmętach zapomnienia, ale było naprawdę sympatycznie.

Od strony technicznej, nie zauważyłem błędów, ale patrząc po skąpych komentarzach poprzedników widzę, że też potknięć nie było prawie wcale. Za to duże gratulacje! Podobało mi się bardzo w jaki sposób przedstawiłeś “rozmowy” dziewczynki z owadem, gdzie każde Trrk miało inne znaczenie. Drobny smaczek, a cieszy.

Dobrze poprowadzona historia, od momentu poznania bohaterów, przez rozwój ich przyjaźni, aż po brutalny finał. Ten dał trochę za małego kopa. Napięcie nie urosło wystarczająco, by przywalić człowiekowi w twarz, ale to tylko moje marudzenie.

Niemniej jednak, jako że klimat był, była fantastyka i wdzięcznie skomponowane do kupy słowa, to sądzę, że to już czas na przeprowadzkę do biblioteki :)

@Tarnina, jeszcze raz dzięki za wszystkie uwagi. Przejrzałem tekst i poprawiłem interpunkcję i sporą część wytkniętych przez Ciebie baboli. Nie wszystkie, bo nie ze wszystkim się zgadzam.

Oto kilka uwag do uwag:

– dlaczego asteroidu? Asteroid to rzadsza forma. A asteroida jest taka swojska, dobrze znana. No, chyba że występuje jakiś bardziej rozbudowany podział “kosmicznego gruzu” i asteroid oraz asteroida to nie jest to samo :) Dodatkowo, co to EVA? nie udało mi się rozszyfrować tego skrótowca. Co do kształtu statku-mózgu, wiem, że asteroidy, komety i tym podobne są zbyt małe aby posiadać chociażby minimalnie regularny, kulisty kształt, ale też statek przypominał jajo, nie kulę. A to nie jest niczym niezwykłym, patrząc chociażby na kształt komety Czuriumow-Gierasimienko, o której było dosyć głośno jakiś czas temu :)

– naukowcy zdecydowanie brzmieli na zmartwionych. Chodziło mi o podkreślenie tego, że bohater wywnioskował to z samego tylko tonu głosu, nie z ogólnej postawy.

– z tą nieszczęsną płożącą się kurtyną miałem największy zgryz. W sumie racja, że słowo nie pasuje do nieożywionego kawałka materiału (choćby i metaforycznego), ale ciężko było mi znaleźć coś co by dobrze obrazowało to przygniatające, oplatające, duszące uczucie. Zdecydowałem się na “ścielące się ciemną kurtyną”. Efekt nie jest w stu procentach satysfakcjonujący, ale przynajmniej poprawny od strony językowej.

I to tyle, całą resztę w taki lub inny sposób edytowałem, więc powinno być teraz w porządku :)

@Nevaz, @Tarnina super, że twist przypadł do gustu i że nie było przewidywalnie :)

@Nevaz, może w jakiś pokrętny sposób widzisz podobieństwo do Gry Endera, bo to ona była inspiracją, choć sam zwrot akcji na czym innym w obu przypadkach polega.

@Tarnina, bardzo dziękuję za tak szczegółowy komentarz. Błędy poprawię w wolnej chwili, bo na razie szef patrzy. Jest tego trochę, ale interpunkcja to mój osobisty Loki. Niby próbuję się z nią jakoś dogadać, ale ta zawsze knuje ;’’D

Styl interesujący, bogaty, choć momentami niewystarczająco wygładzony, a przez to przytłaczający. Brak mi tu też jakiejś konkretnej, mocniej zarysowanej, no cóż… fabuły. I pointy na końcu. Bo o ile dobrze zrozumiałem, to zaserwowałeś nam, drogi autorze, całkiem barwną impresję. Bardziej słowny obraz niż opowiadanie, którego tematem jest życie tytułowego Inżyniera Iba. I tu rodzą się dwa pytania: co chciałeś, autorze, tym tekstem przekazać. Oraz: gdzie tu fantastyka? Bo plastyczność i metaforyczność opisów tekstu fantastycznym nie czyni.

@Żongler, wiem o co Ci chodzi z tym “gawędzeniem”, choć tutaj narracja po prostu musiała być pierwszoosobowa, a więc i gawędziarska, z wiadomych przyczyn. Z przecinkami walczę całe życie, ale babole zawsze mi się jakieś zdarzą. Troszkę mnie zaskoczył zarzut o przeciąganie, bo wszak tekst nie jest długi, a jakieś szczegóły trzeba było jednak zawrzeć. No cóż, szkoda żem nie trafił w gusta, ale dzięki za przeczytanie i komentarz! :)

Dobre. Bardzo udana stylizacja języka, ale to się powtarzam. Podoba mi się sugestywność zakończenia. Niby logika i rozsądek podpowiadają jedno rozwiązanie, ale duch fantasty widzi dziesiątki innych. Nic nie zostało ostatecznie zdefiniowane, ani potwierdzone, a to, moim zdaniem, stanowi serce szeroko rozumianej fantastyki . I za to duże brawo.

Od strony technicznej to nie zauważyłem żadnych potknięć, ale patrząc na zadziwiająco skromny komentarz @regulatorzy to wcale mnie to nie dziwi :)

Czytało się gładko, szybko i przyjemnie. Niech leci do biblioteki.

Krótkie, ale treściwe. Niby fabuła nie jest o niczym konkretnym, ale ukazany przez Ciebie budzi pewien dyskomfort, a chyba o to chodziło. Podobało się.

Lektura tekstu zostawiła we mnie wrażenie podobne do tekstu. Nie wiem o co chodzi, nie rozumiem logiki zdarzeń, ale estetycznie czuję się poruszony. Coś się tam teraz delikatnie wierci w środku, wywiera nacisk. To miłe uczucie. Żałuję tylko, że efekt nie jest mocniejszy.

Bardzo do gustu przypadł mi też styl, nie wiem czy po prostu taki masz, czy specjalnie został wykręcony, by oddać senne krajobrazy, ale świetnie tu pasuje.

Oj, spodobał mi się ten szort. I to bardzo. Rozpoczynasz sielsko, podwórkowo i powoli dokładasz kolejne smakowite kawałki do tego tortu. Idea z karmieniem dronów jak gołębi po prostu mnie urzekła :)

Od strony technicznej, czytało się wybitnie gładko, w ciągu całej lektury nic mnie nie rozproszyło ani nie wybiło z rytmu. Wiele więcej nie mam zatem do dodania.

A wracając do samego pomysłu, spodobało mi się w jaki sposób ukazałeś osobliwość. Uciekłeś od banałów typu Skynet’u i od idei szarej mazi. Bardzo duży plus za to. Wydaje mi się też, że udało Ci się, drogi gary_joinerze, zawrzeć w tekście różne obawy i nadzieje związane z powstaniem super SI. Z jednej strony wspominasz o tym jak przejmuje ona właściwie wszystkie dziedziny życia, z drugiej w bardzo nienachalny i pozbawiony infodumpowego zacięcia sposób pokazujesz również pozytywy. I popieram tutaj thargone’a, taki zabieg sprawia, że tekst nie wartościuje, nie opowiada się po żadnej ze stron.

Podsumowując: naprawdę przyjemny tekst, nienagannie wykonany i ukazujący sprawę z ciekawej, swojskiej perspektywy :)

Pomysł ciekawy, ale moim zdaniem niewykorzystany. Bo nic z tego faktu, że faceci też mogą karmić piersią, nie wynika. Brak mi jakiegoś twista, jakiejś niespodziewanej reakcji, czy efektu ubocznego. Bez tego przedstawiona historia jest po prostu pocztówką z innej, dziwnej dla nas rzeczywistości.

Po mojemu, to wiersz jest o rewolucjoniście, który próbując stworzyć nowy porządek głównie tylko niszczył stary. Przewodził swoim ludziom (jak kapitan) gnany do przodu swoimi ideami, przez co wszyscy znaleźli się w szkwale historii. I choć rewolucja już dobiega końca (stąd ta przystań) i zamierzone zmiany są wprowadzane, to tak naprawdę niczego one nie zmieniają (i dlatego uczestnicy rewolucji nie staną się “ciepli”, tylko pozostaną letni, nijacy, tacy sami jak ich poprzednicy).

 

@archange, nie ma co się obruszać. Jak napisała śniąca, nam jest łatwiej oceniać niż osobom które znasz. Bo i nie mamy skrupułów i sami w większości piszemy, często komentujemy i jesteśmy poddawani krytyce innych, a więc doświadczenie mamy większe od standardowego odbiorcy. Uwierz, że gdy sam po raz pierwszy opublikowałem na forum to zderzyłem się że ścianą. Na blogu każdy wychwalał moją pisaninę pod niebiosa, a tu sama krytyka! Ale dzięki niej stałem się lepszy w swojej pasji. Czego i Tobie życzę. Pisz dalej, a my będziemy czytać :)

A ja cieszę się, że zdałem sobie pytanie: Czy tak zawzięcie komentująca takie gro opowiadań Anet, sama coś czasem skrobie? No i jak się okazało, skrobie. Ale za rzadko.

Majkubarze, jest w porządku. Nie poczułem się atakowany, ale podyskutować zawsze lubię :)

Finkla, tak jak pisałem, moje czyste czepialstwo. Nie wszystko musi być idealnie wyjaśnione i rozłożone na czynniki pierwsze. Założenie, że to sprawka magii nasuwa się samo i jak najbardziej gra :)

UWAGA: SPOJLERY!

 

Siedzę i patrzą na mojego psa i zastanawiam się gdzie Kluska ma cholerne wcięcie w biodrach… No i nie widzę. Przyznam szczerze, że zaskoczył mnie twist fabularny, ale nie domyśliłem się o co chodzi tylko dlatego, że skutecznie mylisz czytelnika co do natury Twojego bohatera. Skoro mamy do czynienia ze zwykłymi psami, o czym świadczy zakończenie, to w opowiadaniu pojawia się szereg nieścisłości. Personifikujesz zwierzęta chcąc pokazać historię ogona z ich perspektywy. Fajnie. Ale moim zdaniem zupełnie nie wczuwasz się w swojego bohatera. Nie tylko zaczyna on mówić jak człowiek, ale nawet myśli jakby był pozbawiony psich instynktów. Woli miasto od wsi? Całuje się z suczką? Woli pieczyste od surowego mięcha? No i kwestia instynktu seksualnego potraktowanego jak u nastolatków. No cóż, pewnie ktoś zaraz powie, że przecież jesteśmy na portalu fantastycznym i nie należy zakuwać się w kajdany logiki, ale jak dla mnie to po prostu nie trzyma się kupy.

Pomysł jest, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia, zarówno ze względu na to co napisałem powyżej, fakt, że przez większość czasu wieje nudą, jak i błędy techniczne, których się nie ustrzegłeś:

 

Wtedy jeszcze się nie bałem. Byłem dzieckiem. Poznawałem świat. Mama zawsze czuwała gdzieś blisko. Nie obawiałem się rzeczy nowych. Za każdym rogiem czaiło się coś zupełnie nieznanego, coś co należało odkryć. Byłem bardzo ciekawy świata. 

– zbyt poszarpany rytm. Nagromadzenie zdań prostych sprawia wrażenie “szarpania”. Komunikujesz kolejne fakty, a nie snujesz opowieści. Spróbuj połączyć niektóre zdania ze sobą i spójnikami stworzyć jedną, płynną całość.

 

Smakowały bardzo

– brak dopełnienia: smakowały mi bardzo.

 

Nie bałem się już pieca. Na piecu przyrządzano pyszne jedzenie.

Mama ostrzegała, że pieca nie wolno dotykać, bo to może boleć

– powtórzenia.

 

Nie wiem, co mnie ku niej tak bardzo pociągało

chyba raczej “w niej” pociągało albo “przyciągało do niej”

 

Nagle dostrzegłem jego. Cień. Stał bezpośrednio za mną. Mój wróg z dzieciństwa, którego tak bardzo nienawidziłem…

– Widzisz go? Stoi za mną – szepnąłem jej do ucha.

jak go dostrzegł skoro stał za nim?

 

Coś też nie gra z zapisem dialogów. To raczej drobnostki, ale na pewno inni forumowicze zwrócą na to uwagę.

 

Podsumowując: pomysł fajny, ale zarżnięty wykonaniem.

@Majkubar

Zupełnie nie zrozumiałeś o co mi chodzi. Elementy fantastyczne aby funkcjonować i być wiarygodnymi potrzebują szeregu założeń. W większości przypadków założenie jest jedno: magia istnieje. I w tym momencie możemy skończyć, wszystko jest możliwe, pozostałe wyjaśnienia są zbędne.

Jeśli już jednak zaczynamy zagłębiać się w sferę bardziej konkretnych i szczegółowych założeń (a tak jest w przypadku Finkli, która dosyć dokładnie opisuje proces krystalizacji łez dzielnych wojów z jaskiń pod Giewontem), to należy również zadbać o koherentność całego systemu, a tej mi brakło. Co prawda wyjaśnienia szacownej autorki wyjaśniają część moich obiekcji, ale to już inna kwestia.

A zatem, Majkubarze zdaję sobie sprawę, że znajdujemy się na portalu poświęconym fantastyce. Nie znaczy to jednak, że jak ktoś pisze tekst fantastyczny to może sobie pozwolić na wolną amerykankę, bo każdą niespójność można wytłumaczyć tym, że to o “wyobraźnię i słowo” tu przecież chodzi, a nie logikę :D

 

Swoją drogą, rzecz do zastanowienia: różnica między światłem naturalnym, a “elektrycznym”. To już moje czyste czepialstwo, bo nietrudno dopowiedzieć sobie jakąś magiczną siłę, ale przecież światło latarki i to emitowane przez płomienie to przecież jedno i to samo, nie powinno więc być różnicy w oddziaływaniu na łzy.

Fajny ten Twój szorcik, Zalthcie. Smaczki smakowite, niezła groza na początku.

Ja tam żadnych morderczych koni się nie spodziewałem, jakoś od razu stawiałem na maski. Ale nie sądziłem, że pod nimi znajdę reptilian :D

No i użycie prawdziwego, absurdalnego tekstu ze schroniska naprawdę udane. Rozbawiło mnie to.

Nie jestem pewien czy wszystko zrozumiałem, ale szort zdecydowanie poprawił mi humor. Dialogi wyszły Ci naprawdę przednie i szanuję umiejętne użycie przekleństw. Pasują idealnie, tam gdzie są. Moim zdaniem trochę jedziesz po bandzie jeśli chodzi o temat konkursu, ale jakoś zupełnie mi to nie przeszkadza. Fragment o tym, że: “Halny jeden wiedział, że kochliwą i wiatropylną młodzież nasza była.” mnie po prostu rozbroił :)

Podobało się.

Drogi homarze, czytając Twój tekst czułem się jak w trakcie seansu filmu pokroju “Poznajcie moich Spartan”: zażenowany. Humor, który stosujesz zupełnie do mnie nie trafia. Brak mi też puenty. Mamy “śmieszną”, całkiem barwnie opisaną (to akurat spory plus!) historyjkę o turystach uciekających w popłochu przed krwiożerczymi świstakami. Ale skąd te świstaki, o co im chodzi? Nie wiemy. Wiadomo, forma ograniczona, toteż na rozbudowaną historię miejsca nie ma, ale też na tym właśnie sztuka polega, by mimo limitów był ten (cytując pewnego sympatycznego Francuza) “punch!” :) I tego mi tutaj brakło.

Czytam, Finklo Twój tekst i niby wszystko się zgadza. Na początku jest budowanie napięcia i zarysowanie tajemnicy, potem wkracza element fantastyczny, tworzący tylko większy zamęt w głowie, a na końcu mamy puentę i wyjaśnienie. No struktura jak ta lala.

Ale, choć mi głupio to pisać w obliczu tylu pochwał ze strony innych, to powiem wprost: ja mam dysonans. Od strony formalnej fajnie (mnie tam opisy nie przeszkadzały), rycerze, którzy zapomnieli hasła też fajnie, tylko te łzy, cholera, no niewiarygodne dla mnie i jakoś mi się ten pomysł kupy nie trzyma. No bo chociażby: czemu łzy krystalizują się dopiero na powierzchni jeziora, a nie w górnym biegu strumienia? I jak do tego doszło, że łzy zmieszały się na tyle dokładnie, że tworzą jednolitą taflę, a nie ma pojedynczych kryształów?

  1. Nie, nie była to pomyłka. Nie pamiętam już kto to zatwierdzał (minał blisko rok), ale argumentacja była mniej więcej taka: “Nessekantosie, mimo że do wymaganych pięćdziesięciu skomentowanych opowiadań jeszcze sporo Ci brakuje, to Twój komentarz jest niezaprzeczalnie merytoryczny i dlatego uznam nominację”
  2. Dalej wykłócać się nie będę, ale nadal utrzymuję, że doszło tu do swoistego absurdu. Zasada pięćdziesięciu skomentowanych opowiadań chyba miała na celu głównie odsianie kont krzaków. Ale ok, wrócę jutro. Zostało mi pięć opowiadań do przeczytania i skomentowania :)

@Anet

Powinnaś publikować na forum częściej. Dwa krótkie teksty to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że oba mi się podobały. Ten powyższy naprawdę mnie zaskoczył (może dla tego, że był taki krótki i nawet nie miałem czasu się zastanowić o co może tutaj chodzić) i sprawił, że zaśmiałem się w głos. A rzadko mi się to zdarza. Nieźle!

@Zalth, dzięki! Teraz już wszystko ma doskonały sens. I pamiętam, że kiedyś o panie Rodmanie czytałem.

Jak na tak krótką formę tekstu udało Ci się wcisnąć naprawdę sporo informacji o świecie przyszłości. W kwestie tego ile nauki, a ile czystej, wyssanej z palca fikcji jest w pocztówce, nie wnikam. Nie ma to w tym przypadku najmniejszego znaczenia. Liczy się efekt, a ten jest całkiem, całkiem. Zakończenie rodzi pytania, nurtuje. Podobało mi się.

Meh, niekończąca się pętla, brak jakichkolwiek konkretów. Napisane dobrze, pomysł z niekończącym się cyklem fajny, ale pozostaje pytanie: po co to wszystko było? Jeśli dla samej idei, to nie, nie podeszło.

Zdrowo zarechotałem czytając tę pocztówkę. Photoshopka rozbrajająca i świetny wybieg z tytułem. Klikając na tekst spodziewałem się czegoś zupełnie innego :)

Tylko, kim jest Dennis? To imię to zwyczajny wypełniacz, czy chodzi o kogoś konkretnego?

Mam psa i mnie ruszyło. Więcej nie oczekuję. I dialog właściciela z Mako, jak już ktoś wcześniej wspominał, bardzo wiarygodny i naturalny.

Hmmm, duży plus za polemikę z oryginałem w artystycznej formie. Bardzo mi się coś takiego podoba. Dobrze też podkreśliłeś groteskę całej sytuacji przedstawionej u Cerlega.

@kam_mod, coś w tym jest, ale:

1. mój głos już kiedyś został uznany.

2. komentarz pod tekstem Anet jest niepodważalnie merytoryczny.

3. zasady są po to, aby je łamać. Bo lepiej mieć skomentowanych rzetelnie 40 tekstów, czy pod ponad pięćdziesięcioma zostawić: “Fajne, podobało mi się.”? :D

Ubawiłem się, zakończenie w punkt. Udanie pokazałeś jak irytujące może być lokowanie produktu w tekście, bo aż do zmiany perspektywy z Seymāra, na wnuczka, czułem narastającą irytację właśnie :D Bardzo ciekawy pomysł.

Od strony technicznej właściwie nie mam nic do powiedzenia. W jednym, czy dwóch miejscach coś mnie delikatnie ukuło w szyku zdania, ale poza tym czytało się naprawdę gładko, także za to duży plus.

Od strony treściowej mam już za to całkiem sporo do powiedzenia. I moja opinia będzie dosyć odmienna od pozostałych.

Czytam bowiem te wszystkie komentarze, czytam i zrozumieć nie mogę narzekań wielu osób na brak zakończenia. I choć sam również pozostałem z diabelskim niedosytem i chętnie dowiedziałbym się więcej o czarnej armii, to nie mogę się zgodzić, że szortowi brakuje puenty. Może i finał nie wali po mordzie, ani nie wywołuje oczekiwanego przez wielu efektu “wow”, to jednak spełnia swoje zadanie, pozostawiając czytelnika z pewnym rodzajem “fantastycznego niepokoju”. Nie chciałbym doprowadzić do absurdalnej sytuacji, w której odbiorca odnajduje w utworze więcej treści i znaczeń niż miał zamiar zawrzeć autor, ale śmiem twierdzić, że Latoszki śmiało mogą funkcjonować jako zamknięta całość, której nic nie brakuje. I, że tajemniczość i nieprecyzyjność zakończenia są celowe. No bo, gdyby się okazało czym jest ta cała czarna armia, i co gorsza, wyjaśnienie byłoby banalne, to czy ktokolwiek nadal czułby ten dreszczyk tajemnicy? A jeśliby nie czuł, to jakiż sens z takiego opowiadania?

Dlatego też, Anet, gratuluję szorta. Ja go zapamiętam.

Makabra. Inaczej tego nazwać nie potrafię. Tekst z jakiegoś powodu po prostu wywołuje u mnie ciarki. Spodobało mi się skrupulatne planowanie wszystkiego, całego procesu twórczego przez Przemka. Za to duży plus. Nie wiem tylko co zrobić z tak bestialskim zestawieniem humoru z ogromem tragedii chorego człowieka. Choć z drugiej strony Przemek zrealizował swoje marzenie więc chyba nie jest tak źle.

A z nieco innej perspektywy: Twój szort obudził we mnie nurtującą mnie chyba od zawsze kwestię: ile jest w stanie poświęcić twórca dla swojego dzieła? I czy lepiej żyć miernie, czy cierpieć i umrzeć byleby tylko coś osiągnąć, by być zauważonym?

Głupio mi bom tylko połowę nawiązań wyłapał, a o co chodzi z ćmą to nie wiem mimo użycia Google. Ale pocztówka pierwsza klasa!

Coboldzie, gratuluję wygranej w konkursie. Co prawda minęło trochę czasu od publikacji tekstu, ale dopiero teraz udało mi się znaleźć chwilkę, by nieco pobuszować i poczytać na forum.

Twoja pocztówka jest zdecydowanie najlepszą z dotychczas przeze mnie przeczytanych jeśli chodzi o kwestię zagadki jaką rodzi przed czytelnikiem. Mnie dzięki panu Parandowskiemu udało się odszyfrować tożsamość Maddie i kochanego Mini całkiem szybko, ale na trop Thinkiego dopiero dzięki komentarzom. Podoba mi się, że każdy element Twojego tekstu, niemal każde słowo jest wyważone i potrzebne, każdy drobny fragment opisu pozwala uważnego czytelnika nakierować na właściwy trop. To duża sztuka, by w tak krótkiej formie powiedzieć wystarczająco, jednocześnie nie zdradzając zbyt wiele. I za to, gratulacje!

Jednocześnie, nieco malkontencko muszę przyznać, że choć pocztówka przypadła mi do gustu, niektórzy z Twoich adwersarzy wywołali w mej osobie silniejsze emocje. Być może uraczysz nas niedługo tym co ten Twój “trailer” zwiastuje? :)

Kwintesencja opowiadania, jak dla mnie. Minimum słów, mnóstwo trzeba sobie dopowiedzieć (a, że w tym przypadku wiadomo co, to nawet lepiej) i maksymalnie skondensowana treść. Niby takie kilkuwyrazowe nic, a zapada w pamięć i bawi bardziej niż wiele rozbudowanych tekstów. Winszuję pomysłu.

@Blackburn muszę Cię pochwalić. Tak krótkim tekstem, kilkunastoma zaledwie zdaniami wzbudziłeś we mnie emocje i wprawiłeś, choćby w chwilową, zadumę. Nieźle :)

@Tiszka niech trzepie! Dreszczyk emocji będzie tym większy. Choć z drugiej strony szkoda bardzo, że nie mają zamiaru udostępnić autorom recenzji ich tekstów. Konstruktywna krytyka to najcenniejszy z darów.

Konkretny szorcik muszę przyznać. Napisany bardzo lekko i jak już ktoś zdążył zauważyć, pełen plastycznych obrazów. Za mało w nim jednak konkretów, abym mógł poczuć większe emocje. Ot, chłopiec ma zadanie, palić świeczki co miesiąc, by powstrzymać zło. Ale co dokładnie się stanie jeśli zawiedzie, skąd wie o potrzebie palenia tychże świeczek, nie wiadomo.

Znęcony złotym piórem, statkiem na okładce e-booka i wizją wspaniałych, powietrznych przygód, zasiadłem do tekstu i przeczytałem go może nie jednym tchem, ale też bez zadyszki.

W kwestiach warsztatowych, czepialstwo z mojej strony byłoby nietaktem wobec publikowanego tekstu. Dodam tylko, że byłoby ono również bezpodstawne, bo tekst jako forma przekazu wdzięcznie zniknął za przedstawianą historią. Bardzo podobała mi się stylizacja językowa, nadająca historii klimatu opowieści z czasów prawdziwych piratów. Momentami, aż chciało mi się zakrzyknąć: “Arrrr!”

Historia Arka, z uwzględnieniem jego “origin story” jako pirata bardzo mi się podobała. Jego motywacja do poszukiwania sposobu na opuszczenie się poniżej dna jest jak najbardziej logiczna i prawdopodobna. I choć puenta bardzo fajnie spina początek i koniec opowiadania, to zabrakło mi w niej dwóch rzeczy:

  1. Muszę przyznać, że na tle wielu innych, publikowanych chociażby na tym forum, opowiadań, Gianca jest dla mnie nieco zbyt prostolinijna. Opisane przez Ciebie losy Arka Olsona bardziej przystają pełnoprawnej powieści, gdzie nieco większe znaczenie ma sama podróż, niż rozbicie czytelnika tak istotne w krótkich formach. I tego właśnie mi tutaj brakowało. Gianca to piękna historia o dojrzewaniu w cieniu tragedii, o drodze głównego bohatera od prowincjusza do nieposkromionego pirata i o jego obsesji na temat świata pod dnem. Brak mi jednak jakiegoś wściekłego “twista” na końcu, czegoś co usmażyłoby mi mózg lub chociaż zagotowało krew. Albo może jestem po prostu marudny. Nie wiem. Czuję niedosyt.
  2. Nie do końca wierzę w głównego bohatera. To znaczy: chłopak, którego wioska zostaje zniszczona przez bandytów, który widział śmierć rodziców i wszystkich bliskich mu osób, który poznał grozę łupieżczego trybu życia od strony ofiary, ktoś taki sam staje się piratem? Mordującym z zimną krwią i napadającym bezbronnych? Ja rozumiem, że został wzięty do niewoli, że najpierw musiał służyć na pirackim statku. Ale wybrać takie życie z własnej woli, stać się podobnym do tych którzy odebrali mu dawne życie? Coś mi tu nie gra. Oczywiście, istnieje możliwość, że tak traumatyczne przeżycia i dorastanie na pirackim statku mogły ukształtować Arka w taki, a nie inny sposób, ale czemu w takim razie w finale zachował się w taki, a nie inny sposób? Czemu nagle załoga z którą walczył ramię w ramię przez tyle lat, która była mu bliższa niż rodzina, staje się mniej ważna od nieznanych mu wieśniaków? Czemu po prostu nie wyrzucił za burtę Czapmistrza i Darmopycha każąc swoim ludziom o wszystkim zapomnieć? Rozwiązań było wiele. Mógł skłonić Pana Pięciu Płanet do wzięcia tych nieświadomych wieśniaków z dna pod swoją opiekę, przejęcia ziemi, wcielenia ich do jego armii i podbicia ziem czartów. Albo po prostu odlecieć do odległych ventów. Ale nie, on z zimną krwią (w obłędzie, to fakt) morduje swoich kompanów jakby nigdy nic? Nie łapię tego. Brakuje mi głębszego nakreślenia konfliktu wewnętrznego bohatera, który uwiarygodniłby jego zachowanie.

Z marudzenia to tyle. I mimo tego co wytknąłem powyżej, opowiadanie mi się podobało. Wykreowany przez Ciebie świat wprawia w niemal dziecięcy zachwyt i sprawia, że mam ogromną ochotę sięgnąć po Twoje powieści, aby poznać wszystkie sekrety Krainy Martwej Ziemi i wysłuchać innych historii z tego powietrznego świata.

Pomysł na technologię pozwalającą statkom unosić się w powietrzu jest bardzo bliski memu sercu, gdyż sam wymyśliłem coś podobnego na potrzeby jednego z moich uniwersów.

Nie zgodzę się jednak z przedmówcami o wymiarze oryginalności świata przedstawionego. I choć nie poczytuję tego w żaden sposób za wadę, to z książek o podobnych motywach wspomnę Crystalicum Tomasza Majkowskiego i po części też Vertical Rafała Kosika (w tym drugim podobieństw nie ma tak wiele, poza ideą unoszących się w powietrzu miast), z filmów zaś wspaniałą Planetę Skarbów.

@FoloinStephanus, bardzo jestem rad, że się fajnie czytało i bardzo podoba mi się Twoja interpretacja opowiadania :) Tym bardziej, że jest trafiona. Chodziło mi głównie o to, że bez względu ja daleko zajdziemy i jak wiele osiągniemy to zawsze, patrząc z odpowiedniej perspektywy, będziemy malutcy i nic nie znaczący.

Szkoda, że puenta jest aż tak przewidywalna, no ale cóż… :)

Śmiechłem więcej niż raz. Bardzo ładnie wypunktowane głupotki i bolączki Gwiezdnych Wojen., w tym te na które sam nie zwróciłem uwagi. Absurdalność tekstu wyważona, nie przegięta. Słowem: udana parodia, podobało się :)

@ocha, bardzo dziękuję za klika i miło mi, że się podobało. Z tą zmianą perspektywy na koniec to masz rację, że dla niektórych (tutaj chyba dla wszystkich) to jak cios łopatą w twarz, ale bałem się że bez niej ktoś mógłby zapytać: "Ale jaki był sens tego opowiadania i po co ono było?" :)

@rosebelle dzięki za klika :) Z Czyscicielami to tak tylko powiem, że w opowiadaniu nigdy żadnego kota nie było :) Co do Baumanna, to nie nawiazywałem świadomie. Możesz rozwinąć o jakie podobieństwa chodzi? @Zalth Przykro mi, że zakończenie rozczarowało, ale Twój komentarz potwierdza jedno. Muszę chyba zacząć ostro przeginać byście przestali się w końcu domyślać o co chodzi w moich tekstach. Ale dojdziemy do tego :) I dzięki za klika. Miło się robi jak ktoś docenia twój styl :D

Styl całkiem przyjemny, jakby słuchać opowieści dobrego kumpla, co to umie ciekawie gadać o niczym, a i żarcik jakiś tu i ówdzie wplecie.

Problemy techniczne mnie osobiście nie rozproszyły, ale i treść nie porwała. Brak tu jakiegoś głębszego zwrotu akcji, czy zaskoczenia. Nazwisko przyjaciela z miejsca wyjaśnia wszystko, a zmuszającej do myślenia pointy niestety brak. Jutro o tekście zdążę już zapomnieć.

@regulatorzy

Naniosłem poprawki zgodnie z sugestiami. Zmieniłem też gatunek z fantasy na sci-fi i napisałem nową przedmowę. Może to ściągnie więcej użytkowników i ukryje trochę ziejącą oczywistością przewrotność tekstu :D

Ja w przeciwieństwie do większości domyśliłem się bardzo szybko, bo już przy drugim akapicie. Coś mi tam zaświtało, zerknąłem na tytuł i już wszystko stało się jasne. Może jestem wyczulony bo sam kilka dni temu wrzuciłem tekst z podobną zabawą perspektywą, albo po prostu miałem nosa, nie wiem. Stylistycznie nic więcej nie wytknę poza tym co już zostało powiedziane. No, poza drobną uwagą, że to nagromadzenie “nie” na samym początku trochę mnie ukuło i wybiło z rytmu.

Tekścik króciutki, przez brak elementu zaskoczenia (w moim przypadku) trochę nijaki, ale zamysł, wbrew klimatowi, sympatyczny.

@NoWhereMan, dzięki za klika :) też przyznaję, że nie wiem jak lepiej ukryć tożsamość bohaterów. Po cichu liczyłem, że czytelnik pójdzie tropem obcych i klimatów sci-fi gdzie jest wiele insektoidów. No, ale cóż :D @regulatorzy jak zwykle, dzięki za wizytę i poprawki. Me serce skacze z radości, że z każdym tekstem masz mi mniej do wytknięcia :) błędy poprawię gdy będę miał dostęp do komputera.

Malkontenci, malkontenci wszędzie! :D A tak na poważnie, jakieś sugestie odnośnie tego co najbardziej naprowadza na trop? Zawsze można coś zmienić i ukryć. Z łacińskim imieniem Muski już raczej nic nie zrobię, ale też nie każdemu będzie świtać. Co do nazw miejsc, uwaga SPOJLER, Wszystkie pochodzą z języka hiszpańskiego. I tak: Lacasa – La casa – Dom Basura – Śmieci (chodziło dokładnie o kosz czyli "cubo de basura") Encimera – Blat (kuchenny) estiercol – obornik Alcoba – Sypialnia Elbano – El baño – Łazienka No i sam główny bohater Bicho – Robak. Ale może też znaczyć "Dziwak"

Opowiadanie klimatyczne, momentami wulgarne, ale w granicach rozsądku. Czytało się dobrze, choć nie do końca je zrozumiałem. Część o cyrografie i o tym jak diablica pogrywała z księdzem była ciekawa. Natomiast ta druga stara się być mądrzejsza, bardziej filozoficzna, a wyszła trochę na siłę. I zupełnie nie wiem o co chodziło w ostatnim fragmencie. Jest on napisany z perspektywy diablicy, czy jej przyszłej ofiary? Domyślam się, że to drugie, ale przy pierwszym podejściu sposób narracji powoduje zamieszanie.

Brakło mi też zaskakującej puenty, tak ważnej przy krótkiej formie.

Ogólnie rzecz ujmując, tworzysz bardzo zgrabne kadry oraz ciekawych bohaterów. Nawet historia zdeprawowanego księdza, mimo tego, że niezbyt odkrywcza, jest interesująca. Brak mi tylko porządnego zakończenia. Albo nie rozumiem tego które jest, a wtedy proszę o oświecenie :)

Patrząc na to co obecnie dzieje się w Europie, przerażająco realistyczny ten tekst. Ilość szczegółów niewielka, ale to tylko pozwala na dopowiedzenia i uczynienie Twojej wizji jeszcze bardziej rzeczywistą. W efekcie nietrudno mi sobie wyobrazić, że wykreowana przez Ciebie dystopia może stać się kiedyś naszą rzeczywistością. Co więcej, opowiadanie pozostawia po sobie to nieprzyjemne, drapiące w kark uczucie, że to wszystko już się stało, tylko w nieco innej formie.

Jedynie motywacja bohatera mogłaby być, jak dla mnie, nieco lepiej zarysowana. Ok, rozumiem, że był nauczony posłuszeństwa i że nienawidził kategoryzowania ludzi, ale to trochę mało jak na przeprowadzenie samobójczego ataku.

To jednak jedyna łyżka dziegciu w tej zgrabnej beczuszce miodu :)

Zakończenie, ponownie (jak w “Kulach ciemności”) zaskakuje. I ponownie, już po przeczytaniu tekstu, wydaje się jedynym sensownym rozwiązaniem. Zgrabna klamra kompozycyjna dopełnia całości.

Ode mnie 5.

Opowiadanie nie należy do najkrótszych, ale zdecydowanie czytało się je szybko i przyjemnie. Bardzo ładna klamra kompozycyjna, świetny rys psychologiczny bohatera i zaskakujące zakończenie.

Osobiście nie spodziewałem się drugiej kuli, zbytnio skupiłem się na postaci Pawła. A raczej, sprawiłeś, że zbytnio się skupiłem na postaci Pawła :) Za to ogromny plus ode mnie.

Całość napisana jest więcej niż sprawnie, rzekłbym: profesjonalnie. I często, w różnych antologiach zdarzało mi się trafiać na dużo słabsze, mniej porywające teksty. Co prawda, “Kule ciemności” jaj mi nie urwały, nie pozostawiły z rozdziawianą buzią ani nie zmieniły mojego życia (a przyznam, że trochę na to liczyłem widząc to cholerne złote piórko), ale mimo to podobało się bardzo. A o to tu chyba chodzi :)

Podoba mi się swojski klimat opowiadania. Osadzenie akcji w Bieszczadach (tak świetnie pasujących na siedlisko starożytnego demona) oraz te naturalistycznie-humorystyczne opisy to jest to :)

Nie podoba mi się sposób prowadzenia historii. Jak to zresztą zauważyli inni, istnieje wyczuwalna dysproporcja między pierwszą częścią (stanowiącą wstęp, przedstawienie postaci), a drugą, która stanowi główną oś historii tego opowiadania. Gdy przechodzisz na narrację pierwszoosobową nagle wszystko co się dzieje staje się strasznie pobieżne, powierzchowne. Bach, jestem bezimiennym facetem, który spotkał harpię. Bach, zostaliśmy kochankami. Bach, minęły lata, ja się zestarzałem, a ona zniknęła. To było jak ślizganie się po powierzchni głębokiego jeziora. Najciekawsze pozostało ukryte.

I doceniam filozoficzną poetyckość niektórych fragmentów. Poniższy paragraf to prawdziwa perełka:

Czarnym, rozklekotanym dodgem o pordzewiałych nadprożach, z niedokręconym  symbolem głowy kozła, wjechali z damulką do miejsca, gdzie las tworzył coś w rodzaju katedry, zamykając gęstym, zielonym sklepieniem buków świadomość mężczyzny i wprowadzając go w stan mistycznej zadumy: pomyślał o Bogu… albo bogu. Bo wtedy stwórca stracił boskość i został tylko konstruktem myśli, protezą mającą chronić człowieka przed i tak nieuniknionym. Przed kresem.

 

Mój komentarz nie będzie zbyt merytoryczny. Zresztą, wszystkie światłe uwagi już zostały zawarte w wypowiedziach innych użytkowników. Powiedzieć mogę tylko tyle, że się podobało. Nie jestem pewien ile z tekstu zrozumiałem, ale kreowane przez Ciebie, Autorze, obrazy są plastyczne i soczyste. Opowiadanie czytało się przyjemnie, mimo groteskowych i makabrycznych krajobrazów jakie namalowałeś. Albo właśnie dzięki nim. Nie jestem pewien, ale wiem, że się podobało. Gratuluję zwycięstwa w konkursie! :)

@PiotrSkowronek, dzięki za miłe słowa :)

Zaczęło się całkiem całkiem. Pierwszy akapit nęci zgrabnie dobieranymi słówkami i melodycznym rytmem. A potem coś zaczyna się psuć. Pomysł na przedstawienie Jezusa jako jakiegoś kosmicznego niszczyciela światów jest bardzo sympatyczny, ale powierzchowna struktura opowieści (brak szczegółów i konkretów) niesłychanie banalizuje twój koncept.

Słowem, nie podeszło.

Wszyscy chwalą, a dla mnie w sumie takie: “meh”. Niby wszystko gra, jest humor, wyśmiewanie konwencji i puenta, ale! W trakcie lektury cały czas miałem wrażenie, że komizm zawarty w tekście został wepchnięty na siłę, na zasadzie: “musi być zabawnie, hehehe, ironicznie huehue i prześmiewczo, hihihi”. Historia prosta, opowiedziana sprawnie i kompletnie. Ale jednocześnie, nie wnosi nic, nie zmusza do zastanowienia. A, szkoda.

Dialogi super, ostre jak brzytwa i bardzo naturalne. To w nich humor broni się najlepiej.

Generalnie, jest ok, ale do jutra o twoim shorcie pewnie zdążę zapomnieć.

@Blackburn, dzięki. Super, że zakończenie przypadło do gustu. Mój zamysł był właśnie taki jak to opisujesz.

@Nevada, dzięki za miłe słowa. Jestem świadom, że w opowiadaniu brakuje efektu "wow", ale cieszy mnie, że mimo to się podobało :-)

@Drewian, co do haka: dlaczego zakładasz, że Nero znajdował się wystarczająco blisko uciekającego, aby go użyć? Linka ma ograniczoną długość. Potem też niezbyt mógł jej użyć w trakcie pogoni, gdyż gwałtownie przewrócony mężczyzna mógłby poważnie ucierpieć upadając na wystające z ziemi metalowe żebra.

W kwestii okrzyków. A co Ty byś krzyczała w takiej sytuacji? Jak próbowałabyś przekonać obcą osobę, że nie chcesz jej zrobić krzywdy? Już pomijam fakt, że Nero ma zaledwie dwanaście lat i ma prawo do pewnej dozy naiwności. Ne wspominając nawet o tym, że bohater, który w stresowej sytuacji zachowuje się arcylogicznie wypada dużo mniej wiarygodnie.

Tak więc, nie przepraszaj. I jeśli komentujesz, to proszę, najpierw przeczytaj tekst do końca i zastanów się czemu coś jest tak, a nie inaczej.

Dzięki.

Świetny, klaustrofobiczny klimat. Mnie też podobają się niedopowiedzenia i fakt, że w sumie nic nie wiadomo.

Co do zarzutów odnośnie braku logiki. Coś w tym jest, zakładając że mamy do czynienia z jakąś długoterminową misją kosmiczną. Albo z arką mającą ochronić ludzi na czas kataklizmu, na przykład, na Ziemi. Z drugiej strony, nie mamy jednak pewności, że tak jest. Może to jakiś eksperyment. Albo sytuacja rodem z Matrixa, gdzie maszyny wykorzystują w jakiś sposób ludzi. Chciałoby się wiedzieć więcej, poznać tło tej historii.

Czytało się dobrze, ale pozostał niedosyt. Chciałby człowiek więcej :)

Pomysł prosty, ale dobrze zrealizowany. Brakowało może większego elementu zaskoczenia albo jakiegoś niespodziewanego zwrotu akcji, ale jak na tak skompresowany tekst poradziłeś sobie naprawdę nieźle. Domyśliłem się wieloryba w tym samym miejscu co pozostali, ale to nic nie szkodzi. Zakończenie sympatyczne.

Jedna rzecz zwróciła tylko moją uwagę.

Wśród załogi panowało rozluźnienie. Wyglądało na to, że Chińczycy zrobili sobie przerwę w testowaniu czujności kanadyjskiej marynarki. Od przeszło miesiąca nie zanotowano kontaktu. Porucznik Jim Wilde znudzonym wzrokiem wpatrywał się we wskazania sonaru dalekiego zasięgu. Powolne, rytmiczne pikanie wyznaczało kolejne impulsy fali dźwiękowej. Twarz marynarza była rozjaśniona bladozielonym światłem, reszta pomieszczenia tonęła w półmroku. Nagle monotonię przerwał ostry sygnał alarmowy. Na ekranie pojawił się czerwony punkcik. Jim aż podskoczył z wrażenia i szybko sięgnął po interkom.t

Fragment, który przytoczyłem nie do końca mi gra. Niektóre zdania wydają się być częścią wyliczanki. Stało się to. I to. I tamto. Potem jeszcze to. I znowu. Rytm przez to staje się szarpany i ciężko się wczuć. Poza tym nie mam uwag.

Bardzo poetycko, bardzo metaforycznie i bardzo ładnie. Nie uważam też, aby tekstowi brakowało warstwy fabularnej. Owszem, mogłoby być nieco więcej tego “mięska”, ale ja i tak czuję się usatysfakcjonowany. Chociaż muszę przyznać, że opowiadanie skończyło się jakoś tak nagle. Ale to pewnie wina Twojego stylu, który mnie pochłonął. Kilkukrotnie musiałem przystawać i czytać niektóre zdania dwu– lub nawet trzykrotnie: czasem, by je po prostu zrozumieć, czasem delektując się nimi. Uwielbiam tego rodzaju styl, tak cholernie poetycko piękny, inteligentny, pełen dwuznaczności i gier językowych. Nie chciałbym się powtarzać, ale trzeba to podkreślić: piszesz pięknie, a niektóre fragmenty człowiek ma ochotę wyrwać z twojej opowieści, wydrukować i oprawić.

W kwestii interpretacji, tytułowe grzebanie martwych kotów to, moim zdaniem, grzebanie duchów przeszłości, a podróż Zuzy do Dołu, to niedające pocieszenia rozgrzebywanie tegoż minionego życia. Zuza, co zauważyli już inni, nie potrafi się odnaleźć w otaczającej ją rzeczywistości. Tuuli symbolizuje ideał, do którego Zuza chciałaby dążyć, ale jednocześnie, porównując się z tymże ideałem, ma problem z własną pozytywną samooceną. Nie potrafi “puścić” przeszłości, chciałaby dalej w niej żyć, ale wycieczka przez czas uświadamia jej, że tam w Dole nic na nią nie czeka, że martwe koty należy grzebać i żyć dalej. Chyba.

W każdym bądź razie, gratuluję debiutu i z niecierpliwością czekam na więcej :)

@Anet, dzięki za przeczytanie i nominację do Biblioteki. Co prawda głos lenah był 5 potrzebnym punkcikiem, ale miło że i Ty uznalaś Sześcian za wart nominacji :) Co do mieścian, o ile nie ma jakichś baboli to słowo pisane jest kursywą w przypadku wypowiedzi narratora (który jest świadomy niepoprawności tego terminu) oraz normalnie w kwestiach bohaterów. Sześcian zaś, o czym wspominałem już wcześniej, stanowił jedynie wymyślny klucz do sterowni Miasta. To Nero przebudził Miasto.

@lenah, dzięki za nominację :) @Skoneczny, drugą inspiracją był młody Son Goku z Dragon Balla :D I spoko, że po moich wyjasnieniach tekst bardziej przypadł do gustu. Jeśli jesteś w nastroju na punktowe "rozdawnictwo" to polecam dać szansę "IX", które jakiś czas temu utknęło na 4pkt., a od Finkli i regulatorzy zebrało lepsze opinie niż "Sześcian Władzy". To historia w zupełnie innym stylu i nawet gdzieś tam została dostrzeżona, więc sądzę, że może się spodobać :)

@Lenah, ach i och! Twój komentarz strasznie poprawił mi humor. Świetnie zrozumiałaś intencje towarzyszące powstaniu Sześcianu. Bo tak, nie da się ukryć, że jest to bajka i choć pisana w taki sposób by podobać się dorosłym, głównym odbiorcą są starsze dzieci. Fabuła nie powinna być więc przesadnie skomplikowana. Bardzo się cieszę, że postać Nero przypadła Ci do gustu. Czytając Twój komentarz poczułem jakbym napisał go lepiej niż w rzeczywistości :D Dziękuję też za krytyczne uwagi. Wziąłem je sobie do serca :)

Krótka, ale jakże przyjemna w odbiorze ta Apokalipsa :) Dostrzegłem kilka drobnych niedoróbek technicznych:

Przypomniał sobie o starym półmisku po babci Gertrudzie. Jest zamknięty w pokoju. Popędził do kredensu.

Jeżeli wszystkie poprzedzające i następujące zdania są w czasie przeszłym to i to wytłuszczone powinno. Bo w tym przypadku nic nie usprawiedliwia braku spójności czasowej.

 

Karol włączył telewizor. Wszystkie stacje nadawy relacje z restauracji, fabryk naczyń, hurtowni, marketów.

Literówka.

 

Parę minut później zaczęły do studia wiadomości napływać depesze o podobnych zdarzeniach z Francji, Hiszpanii, Dani i Szwecji. Pół godziny później CNN poinformowało,

powtórzenie. Może w drugiej części: “Po półgodzinie CNN poinformowało”?

 

Był to gospodarz osiedla[+,] Ziętarski, a właściwie to co z niego zostało.

Bez przecinka brzmi tak jakby osiedle nazywało się Ziętarski :)

 

Ode mnie to tyle. Short, jak już pisałem na samym początku, bardzo sympatyczny, a absurd zabawny.

 

 

 

Fascynujące jest to jak skrajne opinie budzi twój tekst. Jedni chwalą i wspominają o piórkach, pozostali zaś wydają się być zupełnie nie przekonani.

Osobiście znajduję się w tej drugiej grupie. Do kwestii technicznych ciężko mi się przyczepić, jednak sam styl budzi u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony suchy, bezduszny wręcz styl bardzo pasuje do wizji antyutopii i pozwala wczuć się w bohatera, wykonującego swoje obowiązki niemal z mechaniczną obojętnością. Z drugiej, jeśli już wspominamy tu o Dicku, zdecydowanie bardziej wolę jego, filozoficzno-metafizyczny styl, który nadaje ponurym wizjom świata przyszłości dodatkowej głębi.

Co zaś się tyczy samej fabuły, podobnie jak Bellatrix czy Regulatorzy, zacząłem domyślać się zakończenia już w momencie telefonu Miguela do ojca. A gdy Pelegrino zaraz potem wezwała Aguilara do siebie bez żadnych wyjaśnień, to wszystko stało się bardzo oczywiste. Zakończenie przez to straciło na impecie. Przyznam też, że liczyłem na jakiś inny twist. Jaki, nie wiem sam.

I jeszcze jedna sprawa, odnosząc się do komentarza Blackburna, jeśli jasnowidze przewidzieli (i to z tak dużym wyprzedzeniem) przyszłe zbrodnie danej osoby, to dlaczego nie istniał sposób na uniknięcie takiej przyszłości? Jeżeli coś tak banalnego jak wyeliminowanie jednego ze czynników zmieniało przyszłość i zapobiegało rewolucji, to czy Aguilar nie mógł wykończyć przyszłych przyjaciół rewolucjonistów zamiast swojego syna? Gdyby ich nie spotkał, nigdy nie miałby szansy wyrobić sobie tak ekstremalnych poglądów i mógłby dalej żyć.

Chyba, że wcale nie o to tu chodzi i walić możliwość zmiany przyszłości, bo liczy się tylko bezwzględne posłuszeństwo Aguilara, który nawet nie ma zamiaru kwestionować rozkazów.

 

 

@Skoneczny, dzięki wielkie, że wpadłeś i postanowiłeś tak obszernie skomentować mój tekst. Szkoda, że Twoim zdaniem nie zasłużył na Bibliotekę, ale prawdą jest co rzeczesz, jeśli punkt miałby być na zachętę, to ja podziękuję i postoję. Nie o to tu przecież chodzi i albo warto (Twoim zdaniem) go polecić albo nie. Szanuję.

 

A teraz postaram odnieść się jakoś do Twoich komentarzy i uwag:

 

– trawa bujna i krótka rzeczywiście się wzajemnie wykluczają. Trawa została wymieniona na “gęstą”, teraz gra.

– z chorym dziadkiem też się zgadzam. Zresztą już w trakcie bety mi to wypomniano. Nie wiem czemu nie zmieniłem, ale od teraz “Tak mu powiedział dziadek, gdy osłabiony chorobą leżał przy palenisku”. Nadal jest trochę ambiwalentnie, ale mniej niezręcznie i wszystko się wyjaśnia zdanie później.

– zdanie z ruinowzgórzami przerobione: “Szeroki pas ruinowzgórz ciągnął się w dół doliny o stromych zboczach, biegnąc ku szerokiej rzece. A w dole, po obu stronach wody, metalowe, pożarte przez roślinność struktury rozpościerały się w trzech kierunkach niemal po horyzont.” – brzmi lepiej, prawda?

A, że tego krajobrazu nie widzisz. Przykro mi. Tutaj już nic nie poradzę. Kajam się.

– teraz słów kilka(dziesiąt) odnośnie zachowania głównego bohatera. Nero ma oczywiście pokojowe zamiary, ale tutaj też chodzi o jego życie. Jeśli zajdzie taka potrzeba to stłucze tego, czy tamtego. Tylko po co się w ogóle bić albo gonić jakiegoś obcego faceta po nieznanym terenie? No właśnie po to, aby ten uciekający facio nie zawiadomił swoich ziomków. Którzy mogli, by potem polować na Nero i go długo, długo nękać. Stąd też, takie, a nie inne zachowanie głównego bohatera. Kalkulując ryzyko postanowił spróbować złapać uciekającego zanim podniesie alarm, a potem szybko się ulotnić. Nie było to szczególnie bezpieczne i zachowawcze rozwiązanie, ale tu zadziałał impuls.

Co do samej gonitwy, to owszem, nie myślał co może się stać, w sensie, że starał się nad tym nie zastanawiać, choć doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, jak drogo może go kosztować pomyłka.

– Ok, dalej. Kwestia haka, który oczywiście, że był technologiczny (zresztą, jego natura tutaj nie ma żadnego znaczenia) i Nero mógł go kontrolować w locie. Poza tym, gdzie tam jest napisane, że rzucał na oślep? :)

– Co tu więc robisz?

Trochę bez sensu pytanie. jak to co tu robi, przecież sami go przyprowadzili…

No ej, ej! Myślmy trochę szerzej! Co robi w okolicy, tak generalnie, ogólnie. Przecież jasne, że go przyprowadzili. Ale pytanie odnosi się do tego na ki diabeł się w ogóle przypałętał w okolice miasta.

był zbyt zasuszony

Wiem, o co Ci chodzi, ale niezmiennie mi się ten przymiotnik w Twoim tekście kojarzy z jakimś salami albo inną kiełbą. Sorry :/

Możesz swobodnie wyobrażać sobie Wisera jako pęto salami z białą pleśnią. Nie obrazi się :)

 

Przy szklanej ścianie stało kilkunastu strażników.

A to znaczy, że z daleka było widać, że jest to budynek w jakiś sposób zagospodarowany/używany, a z wcześniejszych fragmentów tekstu to nie do końca wynika. 

Nieprawda, że było widać. Przecież kawałek wcześniej jak byk stoi, że wejście do Zamka znajdowało się na końcu tarasu, który wieńczył długie, wżynające się w górę schody. Przyznaję, skrót myślowy może być zbyt wielki, ale nikt z dołu, z poziomu Miasta nie mógł zobaczyć wejścia do Zamka. Toteż, nie widać, że jest zagospodarowany.

 

Wiser spojrzał na chłopca. Głowę miał pochyloną,

Podmiot trochę niejasny, kto miał głowę pochyloną? [potem się wyjaśnia, ale i tak, niezręczne]

A zatem: “Wiser spojrzał na chłopca. Rudzielec pochylał głowę, tak że grzywka (…)”

 

A potem wyrwał się z uścisku i wszedł do Sali Próby.

Jeżeli wyrwał, to może wbiegł? Luźna sugestia.

A i owszem, wbiegł brzmi lepiej. Dziękuję :)

 

Także, w odnosząc się do wszystkich powyższych sugestii. Wiele z nich doceniam, aczkolwiek w kwestii logiki działań bohatera, czy pytań Wisera, etc. uważam, że trochę się jednak czepiasz :P

 

Co do wytłuszczonego tekstu, zgadzam się w pełni. Na przyszłość postaram się więcej nie mieszać perspektyw. Podobnie, przyjmuję na klatę reakcje Nero na sześcian. Tobołek może i jest pojemny, ale rzeczywiście, Nero powinien kostki Rubika albo nie mieć, albo nieco szybciej rozpoznać czym jest Sześcian. Ze względów fabularnych kostkę mieć musiał, więc nie pozostało mi nic innego jak się pokajać za własną ciemnotę umysłu, która ogłupiła i Nero. Nie zgodzę się jednak, że poza tym jednym momentem jest zbyt elokwentny jak na dwunastolatka wychowanego przez pustkowia. To, że postać głównego bohatera wydaje się być dziwna, niespójna, niepasująca, to wszystko dobrze. Taki ma być. Kiedyś się wyjaśni dlaczego jest taki, a nie inny, normalniejszy. I pamiętaj, Skoneczny, że Nero mimo wszystko wychowywał dziadek. Mądry dziadek.

A.R.T.U. jest w tekście, bo ma was ciekawić i wkurzać, że nie wiecie o co chodzi. Zgadzam się, że najlepiej aby opowiadania stanowiły zamkniętą całość, ale podkreślę to znowu: historia związana z Sześcianem Władzy stanowi taką całość. To, że w opowiadaniu znajdują się elementy, które wybiegają poza to, nie jest według mnie żadnym błędem. Osobiście bardzo lubię takie smaczki i budowanie historii bohatera cegiełka po cegiełce (opowiadania o wiedźminie lub cykl inkwizytorski Piekary jako przykłady).

I na sam koniec, najprzyjemniejsze: cieszę się bardzo, że wspomniałeś o Bastionie. Soundtrack pasuje do Sześcianu jak ulał, gdyż, nie będę ukrywał, Kid stanowił inspirację dla Nero. Grałem z rok lub dwa lata temu w Bastion i zakochałem się w tym klimacie. Świat po Kolizji czerpie z niego sporo (ta cała steampunkowo, postapokaliptyczna, zakręcona baśniowość). Swoją drogą, ciekawi mnie, czy jesteś w stanie powiedzieć kto był drugą inspiracją dla Nero, opierając się o inne, charakterystyczne cechy jego osoby :)

Finklo, pożyjemy, zobaczymy :) W każdym bądź razie, cholernie się cieszę, że dzięki portalowi udało mi się zmotywować do pisania. Wiadomo, nie od razu Rzym zbudowano i gorszy tekst też mi się zdarzyło popełnić, ale czuję, że już teraz sporo się nauczyłem dzięki publikowaniu tutaj. Jeszcze z dziesięć opowiadań i doczekam dnia, aż z regulatorzy napiszecie: “Technicznie nie mam uwag” :D

Dziękuję wszystkim za komentarze oraz nominacje do Biblioteki. Zarówno te bezpośrednie, jak i pośrednie. Teraz pozostaje liczyć na to, że znajdzie się ktoś komu się spodoba i kto posiada supermoce pozwalające na wysłanie tekstu do Biblioteki ^^ Bo przyznam szczerze, że trochę się boję, iż “Sześcian Władzy” skończy z 4 pkt. tak jak się to stało z “IX”

@joseheim, staję w obronie opowiadania i jego autora. To prawda, że zakończenie nie daje nam jasnych odpowiedzi. Ba! Sądzę, że dojście do pełnego wyjaśnienia może nie być możliwe. Ale! Informacji wbrew pozorom mamy sporo, choć po jednym czytaniu ciężko do nich dojść.

Zwróć jednak uwagę na następujące kwestie:

– do czego służą maszyny i na kogo/co działają.

– kim są dla Steve’a pozostali członkowie zespołu.

– dlaczego na świecie pojawiają się demony, co sprawia że stają się rzeczywiste.

– zastanów się co znaczy tytuł.

 

Więcej nie powiem, bo Skoneczny przyjdzie i mnie ubije. Zakończenie mogłoby zdradzać ciut więcej, ale autor, co podkreślał, specjalnie nie wyjaśnia zbyt dużo.

 

Swoją drogą, pytanie do Ciebie, Skoneczny: Dlaczego tytuł opowiadania tak, a nie na odwrót?

Oj, racja. Jakiś zastój mózgu się pojawił ;D I będę musiał więcej poczytać i komentować, bo naprawdę fajna inicjatywa z tym pośrednim bibliotekowaniem.

Czytało się bardzo przyjemnie. Humor mi akurat odpowiada: rubaszny, ale nie przegięty. Rycerz-dupek znacznie bardziej wiarygodny od klasycznych wyobrażeń i podobało mi się jaką nauczkę dostał za uleganie swoim słabościom. Najbardziej urzekła mnie scena, w której Adgarowi objawia się złotowłosa piękność, to jak go kusi i wabi, a on podąża bezwiednie. I późniejsze zestawienie z tym jak to wyglądało naprawdę. Przed oczami miałem te wszystkie ludowe legendy o utopcach i innych potworach, zjawach i demonach, które ściągały ludzi na manowce. Brawo za to i za zwrot akcji pod koniec!

Z kwestii technicznych to zauważyłem tylko jedną rzecz:

Kiedy był już blisko, ujrzał tą samą co  dnia scenę. Wypiętą żonę i stojącego za nią brodacza.

Chyba miało być: tą samą co poprzedniego dnia scenę.

Ale to pierdoła, warta poprawienia lecz nie wpływająca na zbytnio na odbiór całości.

Hmmm… Napisane bardzo dobrze. Styl dosyć ozdobny i wymaga chwili przyzwyczajenia, ale potem idzie już gladko. Za to nie przemawia do mnie sama treść. Opowiadanie jest po pierwsze niewyważone. Dużą uwagę poświęcasz karczmarzowi i jego przemyślenią, które niczemu tak naprawdę nie służą. A samej akcji za wiele także nie ma. Ot, przychodzi czarownik do kryjówki bandytów, okazuje się prawdziwym czarownikiem i zmusza bandytów do posłuszeństwa. Fajnie, tylko co z tego? Brakuje mi tu czegoś więcej, jakiegoś fajnego pomysłu, zwrotu akcji.

Bardzo fajny styl i wyważony klimat. Z dala od sztucznej podniosłości i bez nadmiaru elementów komiczno-satyrycznych. W punkt bym rzekł. Czytało się szybko i przyjemnie.

Rozumiem o co chodziło i zgadzam się. W przyszłości postaram się was czymś zaskoczyć :)

Nie lubię się powtarzać, ale w pełni zgadzam się z przedmówcami: ogromny plus za klimat. Taka śmietnikowo-osiedlowa apokalipsa bardzo mi się podoba, szczególnie w połączeniu z garścią absurdu, którą uraczyłeś tekst. Żółta ciężarówka Family Frost przemierzająca zniszczony świat ze swoim “​Tu-dududu-dudu-du" ma potencjał, by stać się kultową (zupełnie jak pojazdy pogromców duchów, Drużyny A, czy Mystery Machine)

Co do samego zakończenia, wiem że nie chcesz wyjaśniać wszystkiego, ale jest ze mnie człek dociekliwy i drążący: Czy istnieje szansa, że Stanley potrafi kształtować rzeczywistość? Bo zakończenie zrozumiałem tak, że maszyna zadziałała niepoprawnie, pochłaniając Clay​a, Trzy i Carla, a potem Stanley ich z niej wyciągnął. Jestem blisko?

Nie rozumiem tylko co stało się z Carlem oraz dlaczego, Steve na początku opowiadania uwalniał mieszkańców pierwszej wioski od Stanleya, skoro ten go słuchał. Chyba, że… Stanley to takie jednorazowe koło ratunkowe.

Finklo, dziękuję bardzo za punkcik do Biblioteki :) Szkoda, że opowiadanie tylko “​może być", no ale cóż :’​'D

A tak z ciekawości: o braku jakich fajerwerków mówisz? Coś niedomaga stylistycznie, czy raczej mówisz tutaj o prostocie historii?

Co do większej ilości szczegółów: mam już nawet pomysł na kolejne opowiadanie z Nero w roli głównej, więc jeśli tylko czas na to pozwoli, a i wena nie będzie zbytnio marudna, to wyskrobię następną postapokaliptyczną bajkę.

 

Regulatorzy, co do uwag, to dokonałem zmian i oto co następuje:

 

Puszyste, nieskazitelnie białe obłoczki sunęły po nieboskłonie, leniwie przetaczając się… –> mocno się zastanawiałem w jaki sposób uniknąć kakofonii, wydaje mi się, że to całe przetaczanie choć metaforyczne, w tym miejscu fajnie się wpasowuje.

 

Zaskoczony Nero poderwał się z ziemi, chwytając w ręce Kij i rozglądając wokół. – Czy na pewno jednocześnie podrywał się i chwytał Kij? Czy mógł chwycić Kij inaczej, nie w ręce?

Może: Zaskoczony Nero poderwał się z ziemi i chwyciwszy Kij, spojrzał wokół.

Po prostu usunąłem “w ręce”, bo masz racje, że przecież nie w zęby, pachę, ani nic innego tego Kija nie chwycił. Ale co do pierwszego pytania: tak, jednocześnie podrywał się i chwytał. A nawet go chwycił nim zdążył się poderwać, ale symultaniczność jest jak najbardziej zamierzona i pożądana.

 

Wepchnął ręce w szerokie rękawy szat i stał… – Czy miał na sobie więcej niż jedną szatę?

Jestem niemal stuprocentowo pewien, że forma w liczbie mnogiej normalnie i poprawnie funkcjonuje, ale dla spokoju ducha, zmieniłem :)

 

Co do pozostałych uwag, także się zastosowałem, ale jako, że nie wymagały komentarza postanowiłem się nie rozwodzić nad nimi.

Jeszcze raz dzięki za sugestie :)

 

Regulatorzy, ja również bardzo się cieszę, że tekst nie zawiódł Twoich oczekiwań. I bardzo dziękuję za punkcik do Biblioteki. Miód na moje serce :D Za wszystkie uwagi, oczywiście, także dziękuję. Jak zwykle są trafne i w wolnej chwili podłubię przy tekście poprawiając co trzeba (swoją drogą widać błogosławieństwo bety, bo krytycznych uwag miałaś tym razem znacznie mniej :D)

Co zaś się tyczy tego jak rozwiązanie zagadki pozwoliło na przebudzenie Miasta. Sprawa jest bardzo prosta. Sześcian stanowił jedynie klucz do Skarbca, a więc sterowni miasta. Otworzenie Skarbca sprawiło zaś, że cała maszyneria została wprawiona w ruch. Proste.

 

NoWhereMan, jeśli opowiadanie nawet się podobało to już jest dobrze. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że sama historia jest bardzo standardowa jeśli chodzi o wykorzystane motywy, ale pamiętaj, że mimo oryginalnego settingu, to nadal bajka. Zresztą, tekst powstał w odpowiedzi na zadane sobie przez autora pytanie: “Jakie bajki chciałbym czytać swoim dzieciom?” Ważne było więc połączenie dwóch rozbieżnych konwencji, czyli postapo i bajki.

Przyznam szczerze, że liczyłem na nieco więcej akcji w tekście. Zgadzam się też z przedmówcami, że zakończenie mogłoby być lepsze, bo wyszło trochę mdławe, ale cała reszta, ach! Pomysł na głównego bohatera i podzielenie jego jaźni na trzy ciała wydał mi się szalenie interesujący. Zarówno ze względu na to, że stanowi swoiste odwrócenie zaburzenia osobowości mnogiej, jak i na możliwości jakie daje. Setting opowiadania również przypadł mi do gustu. Przy całym swoim cyberpunkowym zacięciu pozostaje dla mnie wiarygodny, wszak Europa stanowi jedno z najbardziej prawdopodobnych miejsc na utworzenie ludzkich kolonii. Jedna tylko uwaga, idea miast-statków unoszących się w bezmiarze (tu: oceanu) i spotykających ze sobą w nieprzewidywalnych cyklach skojarzyła mi się z “​Verticalem" Rafała Kosika, to luźna inspiracja, czy czysty przypadek?

Podsumowując, bardzo mi się podobało :)

@trukszyn Bardzo mi miło, że się podobało. Każdy komentarz się liczy. Co do poprawek, jeśli masz jakieś sugestie to śmiało :)

Anet, doceniam, że nie uznałaś zakończenia za pójście na łatwiznę :) Może i nie jest najoryginalniejsze, ale tak jak napisałaś, można, a nawet trzeba, je sobie zinterpretować dwojako. I w sumie nie mamy możliwości, aby z całą pewnością stwierdzić jak było naprawdę :)

vyzart, bardzo mnie cieszy, że się podobało. Tym bardziej, że zamysł był właśnie taki jak napisałeś: trzeba się trochę nad tekstem zastanowić i podumać, aby go sobie przetworzyć. I oczywiście, dziękuję za punkt do biblioteki :).

W ogóle, wszystkim, którzy kliknęli, wielkie dziękuję. Aż miło to widzieć. Chociaż teraz mi tylko narobiliście ochotę na Bibliotekę, bo tak niewiele brakuje ;’‘D

Nowa Fantastyka