- Opowiadanie: Cerleg - Kurs pisania bestsellerów

Kurs pisania bestsellerów

Jak zwykle – historia oparta na faktach.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kurs pisania bestsellerów

Przemek zapisał się na kurs pisania bestsellerów na Uniwersytecie Trzeciego Wieku właściwie w ostatniej chwili, bo miesiąc po pierwszych zajęciach lekarka powiedziała mu, że ma raka. Nie było czasu na wprawki, etiudy ani mozolną pracę nad warsztatem, on musiał docisnąć gaz do podłogi, jeśli chciał się wyrobić.

Jego szczęśliwa passa zresztą dopiero się zaczynała, bo od razu zwolnili go z pracy, dostał więc od losu nie tylko szpiczaka, ale dwie rzeczy, których zwykle brakuje początkującym pisarzom: wolny czas i motywację.

Mało? Najpierw odcięło mu stawy biodrowe, a nie tak jak zwykle przy szpiczaku barki i przedramiona. Nic tylko pisać. Zgodnie jednak z przewidywanym we wszystkich podręcznikach przebiegiem choroby, dość szybko nawaliły nerki, trzeba było Przemka zacewnikować, więc nie dość, że nie mógł wstawać od komputera, to jeszcze prawie w ogóle nie musiał.

Pewnym kłopotem – nie można przecież mieć wszystkiego – było od któregoś momentu to, że od nabierania powietrza pękały mu żebra, ale na szczęście dzięki przerzutom, płuca były wtedy już w tak fatalnym stanie, że oddychał płytko i bez entuzjazmu.

Gdyby jeszcze Przemkowi trafiła się wczesna diagnoza, dostałby od lekarzy informację, że mediana przeżycia wynosi w jego grupie wiekowej powyżej 50 miesięcy, co na pewno by go rozleniwiło i cały plan okazałby się wielkim niewypałem, ale konsylium profesorów rozwiało szybko wszystkie obawy: każdy dzień powyżej pół roku będzie niespodzianką.

Żyć, nie umierać.

Rzuciłam monetą, wyszło, że notatkami Przemka mam zająć się w pierwszej kolejności, sprawy spadkowe musiały poczekać, a wraz z nimi wszyscy kuzyni wiszący na klamkach i telefonach od dnia pogrzebu. Papierów nie było dużo, najwyżej siedemnaście kartonów, wszystkim powinno wystarczyć cierpliwości, nawet mi. Cały czas męczyło mnie, że zostawiłam go w tym hospicjum, zamiast zabrać do domu. W dwóch malutkich pokoikach, tłumaczyłam sobie, oboje byśmy się męczyli, a w hospicjum lubią, jak pacjent ma hobby, więc może nie ma co się zadręczać? Przecież znaliśmy się tak naprawdę ledwo co. Uczył mnie geometrii wykreślnej, wymieniał u mnie kolejne rzuty kolejnych brył na kolejne herbaty z cytryną i jakoś to szło, półtora roku wszystkiego. Nie zobowiązywał mnie do niczego, to znaczy nie przed testamentem. Ale sumienie wibrowało.

Większość notatek zajmowały analizy porównawcze rynku, wykresy i kolumny liczb, celem był przecież pełną gębą bestseller, a nie słodkie pierdzenie. Przemek wyliczył odpowiednie długości rozdziałów, stosunek przymiotników do rzeczowników i odpowiednią wielkość czcionki. Cały jeden karton zajęły rozważania filozoficzne, estetyczne i matematyczne na temat pomysłów na okładkę. Dzięki, szpiczaku, że byłeś przy nim.

Sama książka miała ledwie trzysta stron standardowego maszynopisu. A kartonów z uwagami – ciężkich, wypełnionych po brzegi – siedemnaście! Trochę więc mi to wszystko zajęło.

Kolejni wydawcy kręcili nosem. Mówili, że książkę napisaną przez nieżyjącego debiutanta udało się w historii literatury sprzedać raz i że to był raczej wyjątek, na dodatek z samobójstwem, a nie rakiem, co zawsze dodaje sprawie kolorytu. Potem, gdy – jeśli! – już wczytywali się w te wszystkie spisane przez Przemka historie gimnazjalistek i starszych panien, w te dramaty malutkie i przeogromne, w te przypisy poprzyczepiane do tekstu jak rzepy do płaszcza, dodawali, że kto wie i może nawet, ale tekst będzie potrzebował kogoś, kto na spotkaniach autorskich porozmawia z tymi wszystkimi zagubionymi mamami, szukającymi jakichkolwiek wskazówek, jak poradzić sobie z córkami, które nie chcą z nimi rozmawiać nie tylko o szkole, czy antykoncepcji, ale nawet o higienie. Kogoś, kto pójdzie uśmiechać się do telewizji śniadaniowych i udzieli kilku wywiadów w kolorowych czasopismach.

Ale przy kolejnej porcji notatek – to było naprawdę dużo kartonów – okazało się, że Przemek nawet to przewidział w swoich wykresach.

Na dnie kartonu oznaczonego numerem 13b znalazłam karteluszek z numerem telefonu i adnotacją: „W kryzysowym momencie zadzwoń, ale tylko raz”. To na pewno był kryzysowy moment, nie miałam już siły i pomysłów, a także czasu na sen. Wydawcy domagali się żyjącego autora.

– Halo, dostałam ten numer od…

– Czołem, koleżanko! Bierz jakiś długopis i notuj, to prostsze, niż ci się wydaje.

– …

– Nie mam dużo czasu, już się za mną ustawia kolejka do automatu. Dawaj, dawaj, dawaj!

Wytłumaczył mi wszystko, tak jak kiedyś przekroje stożka obrotowego.

***

Przede mną leży równy stosik książek, znowu słychać cichą księgarnianą muzykę w tle, tłumek zaczyna się zbierać, zostało piętnaście minut. Ktoś przyczepia mi mikrofon do swetra i mikroport do paska spodni. Nadgarstek boli po tygodniach wypisywania autografów, a czasu na sen nie przybyło, nie umiem spać w podróżach. Patrzę na kolorową obwolutę, a na niej mój nieciekawy biogram i moje nieudane zdjęcie, które zdaniem Przemka najlepiej komponowało się z resztą książki. Już nie wiem, czy za nim tęsknię, czy tylko nadal rozśmiesza mnie aż do bólu brzucha.

Koniec

Komentarze

Nie wiem, czy taki był zamiar, ale szorciak mnie ubawił. Od samego początku, aż po koniec, chociaż końcówki się w sumie domyśliłam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hm, mieszane odczucia wywołał we mnie ten tekst. Z jednej strony, napisany jest dobrze, technicznie nic mu rażąco nie dolega, ale jakoś historia mało mnie wciągnęła i niezbyt zainteresowała. W dodatku przyznam, że trochę mnie rozdrażnił fakt, że wspomniałeś o jej korelacji z rzeczywistością, bo teraz czuję się niedobra, że los tego chorego chłopaka i egzekutorki jego ostatniego życzenia, w ogóle mnie nie poruszył. Może wynika to z tego, że jakoś kompletnie nic o nich nie wiem? Ani jak wyglądali, ani co ich charakteryzowało. Są po prostu nieożywionymi bytami tekstowymi, które niczym się nie wyróżniają. Fajny z kolei plot-twist z telefonem, chociaż jak tylko wspomniała o tym, że ktoś ma być twarzą tej książki – wiedziałam, że będzie nią ona. Aha, no i fajnie byłoby wiedzieć o czym był ten bestseller, bo to też z tekstu nie wynika. Jeszcze dodałabym jakiś rozdzielnik po “żyć nie umierać”, żeby zasygnalizować czytelnikowi ten przeskok czasowy i przejście od Przemka do narratorki, bo w pierwszej chwili zbił mnie z tropu. 

Ogólnie spoko, ale bez fajerwerków. 

Stanowczo za mało. Ot, historyjka z jakimś tam wątkiem fantastycznym. Nie lubię takiego opowiadania historii – tylko opowiadania. Ja oczekuję jakiś sytuacji, akcji, dialogów, napięcia, wyrazistych bohaterów, dawki poetyzmu – cudownej magii literatury, a tu jest tego tylko namiastka. To można potraktować tylko jako notatkę lub streszczenie dobrego opowiadania – to ma potencjał. 

Technicznie jest dobrze. Dupy nie urywa, ale nie ma się do czego przyczepić.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Śniąca, tak, taki był zamiar. Więc juhu! ;)

Rosebelle, tam nie ma przeskoku czasowego. Bohaterka opowiada historię cały czas siedząc w jednym punkcie w czasie. No i nigdzie nie napisałem, że akurat ten fragment, o którym piszesz, jest napisany w oparciu o fakty ;)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Podobała mi się pierwsza połowa pierwszego zdania (ta o Uniwersytecie Wieku Trzeciego), ale to jednak za mało. Z różnych, a wcale nie osobistych powodów, jestem wyczulony na podśmiechujki z raka. Mogę takie teksty czytać, ale nigdy nie posunąłbym się do ich napisania. I doskonale rozumiem tych, którzy tonem Twojej opowieści mogą się poczuć dotknięci. Nigdy nie wiesz, kto siedzi po drugiej stronie monitora. Technicznie rzecz ujmując, nie rozumiem też związku szpiczaka z porażeniem kończyn i niewydolności nerek z koniecznością przewlekłego cewnikowania. Rozumiesz, w takich sytuacjach jakoś ratuje Cię pokazanie, że wiesz o co chodzi, że masz jakieś doświadczenia, a tej formie tekst sprawia wrażenie kpiny z rzeczy, o których nie masz pojęcia (jeśli się mylę, z góry przepraszam).

Drugi problem to skrótowość fabuły. Nonszalancja nonszalancją, ale przeskok czasowy i związane z nim ujawnienie narratora są po prostu nieczytelne. Te dwie części opowiadania po prostu się nie kleją. Ta pobieżność dotyka też sylwetek bohaterów. O ile Przemek jest tylko pewną figurą, to dla dobra tekstu byłoby warto pokazać coś więcej na temat samej narratorki: jakie miała aspiracje, czym dla niej jest niespodziewana rola. I chętnie też przeczytałbym coś więcej na temat wcześniejszej relacji między Przemkiem i narratorką. Bo tu się kryją rzeczy znacznie ciekawsze i ważniejsze niż opis postępującej dysfunkcji organizmu Przemka.

Na razie tekst sprawia wrażenie czarnego dowcipu, do którego doklejono drugą, niedopracowaną puentę.

A mnie się podobało, szort w moim guście. Aczkolwiek raczej nie ubawiło, bo “żarty” odebrałem jako gorzką ironię. 

Potrafisz pisać tak, że chciałoby się czytać nawet, jakby było tylko o piciu herbaty. Wspominam o herbacie, bo fajnie ją wplotłeś – w ogóle masz rękę do dobrego wplatania różnych szczegółów, dzięki czemu świat przedstawiony wydaje się bardziej rzeczywisty. 

Ze spraw technicznych: szpiczak to nie rak, bo rak to nowotwór złośliwy wywodzący się z tkanki nabłonkowej (szpiczak jest z plazmocytów). Bezpieczniej jest używać szerokiego pojęcia “nowotwór”. 

Napisane jak zwykle tak, że się czyta. Być może Przemek rzeczywiście śmiałby się z sytuacji w jakiej był, będąc w nowej perspektywie. Mie wiem. Nigdy mie malem kontaktu z osobą chorą na raka, ale miałem z chorymi, którym ciało odmówiło częściowo albo w większości posłuszeństwa. Dlatego nie potrafię się śmiać na przykład z tego, że ktoś nie musi wychodzić do toalety, bo jest zacewnikowany. Choć przyznaję że sporadyczne dowcipy się pojawiały, żeby rozładować napięcie, ale nie w takiej  skali, jak w tekście. Może istnieje albo istniała osoba w takiej sytuacj i potrafiąca robić sobie podśmiechujki z własnej sytuacji, ale choć co nieco widziałem, takiej osoby nie spotkałem. 

Taki czarny humor jest nie w moim guście, bo za dużo widziałem. Ale i nie roszczeń sobie prawa do jedynej słusznej perspektywy.

Coboldzie, odpiszę więcej na Twoje ważne uwagi, ale na szybko – szpiczak daje całą gamę objawów neurologicznych. Jeśli chodzi o nerki – tam może trzeba to lepiej napisać. Jeśli chodzi o kpiny i podśmiechujki – pozdawiam jako wolontariusz hospicjum. Nie wiem, czy mi to daje prawo do czegokolwiek, ale my tam dość dużo żartujemy. Nie mam oczywiście wykształcenia medycznego.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Blisko mojego gustu. Bardzo blisko tego czarnego humoru, który każe nam patrzeć na sprawy ciężkie zupełnie pod innym kontem i to nie koniecznie im umniejszając po przez humorystyczne ich rozmywanie, a wręcz przeciwnie – wystrzając i szokując.

 

Mam tutaj takiego Palahniuka w wersji light. Szkoda, że przy tej sprawnej narracji zabrakło tego co Palahniuk ma, co każda utwór powinien mieć – wyrazisty przekaz, diagnozę, coś więcej… No ale nie można mieć wszystkiego ;)

 

Klik :)

Cerlegu, no pewnie, że w szpiczaku, jak w każdej uogólnionej chorobie nowotworowej mogą się pojawiać objawy neurologiczne, ale nie jest to regułą, a raczej rzadkim i późnym powikłaniem, stąd zatrzymałem się na sformułowaniu “jak zwykle”. Ja też czasem żartuję, ale inicjatywa do takiego modelu rozmowy musi wyjść od pacjenta. W tekście, puszczanym samopas w świat, nie odważyłbym się.

Z wolontariackim pozdrowieniem!

Hm, coś mi tu nie gra. Albo za mało absurdu, albo za wiele. Za mało – bo, jak to już zauważył Cobold – wygląda to na podśmiechujki z raka, zbyt mało absurdalne, by mogło być to zabawne. Za dużo – no bo jednak specjalnie poważny ten tekst nie jest. 

Chociaż nie mam pojęcia, czy wyraziłam się jasno.

Ale napisane super.

Jeśli chodzi o kpiny i podśmiechujki – pozdawiam jako wolontariusz hospicjum. Nie wiem, czy mi to daje prawo do czegokolwiek, ale my tam dość dużo żartujemy.

 

Carlegu, napiszę z własnej perspektywy w prost: moim zdaniem nie daje Ci to “prawa” publikowania takiego tekstu. Pisać każdy może, ale publikować to już coś innego. Jedyną osobą mającą prawo do publikowania takich testów jest Autor mający raka, który zmaga się z tą chorobą, i nie dlatego, że jest chory, tylko dlatego, że coś istotnego otrzymał. Czy domyślasz się co takiego dostał, co upoważnia go do publikowania? Cóż to może być… Coś, czego zdrowy człowiek nie posiada i mieć nie będzie. To banalnie proste jest. Chory człowiek otrzymuje inną perspektywę. Często inaczej patrzy na te same sprawy co zdrowy człowiek. Nie istnieje taka możliwość, żeby ktoś zdrowy, ale przebywający codziennie z chorymi miał tę perspektywę, mimo że może dobrze ich rozumieć. Pisząc w skrócie, trzeba się znaleźć w takiej sytuacji, żeby wiedzieć o czym się pisze. Dopiero wtedy, w innej perspektywie, przedstawia się historie, świat, sytuacje, metafory… tak, jak się to widzi. Czy chora osoba pisałaby o cewnikowaniu? Być może tak, ale z jakiej perspektywy i jak by to przedstawiła? Całkiem możliwie, że żartobliwie, ale czy tak jak powyżej? Hmm… bardzo cienka linia. Choroba jest intymną sprawą i całkowicie inną perspektywą, której zdrowy człowiek nie jest w stanie ogarnąć ani sobie wyobrazić.  

Dlatego powyższy tekst zaliczam do tych bardzo mizernych.

Odpiszę hurtowo. Trzy założenia na początek 1) dyskusja o tym, z czego można żartować i jak nie jest dyskusją nową i nie odkryjemy tu niczego nowego, poniżej tylko trochę ją streszczę. Jako lekturę uzupełniającą polecam dokumentalny film “The Last Laugh” Ferne Pearlstein o żartach z holokaustu i monolog George’a Carlina o żartach z gwałtu – btw oba tematy (holokaust i gwałt) dużo trudniejsze w tej dyskusji, niż choroba 2) w związku z tym mam nadzieję, że P.T. czytelnicy już się domyślają, że to nie jest tak, że sobie coś chlapnąłem i teraz się tłumaczę – tekst jest przemyślany pod tym kątem, ja się po prostu z takim podejściem, o jakim pisze Blackburn, fundamentalnie nie zgadzam (więcej za chwilę) i nie mam w ogóle poczucia, że z tekstem jest coś nie tak, bo choroba jest tematem żartu 3) Przemek jest w 100% postacią literacką – żadnej osobistej historii nikomu nie zabrałem, nic nie wyniosłem poza hospicjum, czy poza rozmowy, które odbyłem (to odpowiedź na to, co pisze cobold: "inicjatywa do takiego modelu rozmowy musi wyjść od pacjenta" – tu nie ma żadnego prawdziwego pacjenta, od którego miałoby to wyjść, ani żadnej konkretnej osoby, którj intymność naruszam).

Proszę sobie też jak zwykle dopisać przed każdym zdaniem tego komentarza "moim zdaniem".

Zatem – musimy się zmierzyć z dwoma pytaniami:

– Czy można pisać o chorobie będąc zdrowym? To pytanie stawia (i na nie odpowiada od razu) Blackburn – nie można, pisze, bo zdrowy nie ma odpowiedniej perspektywy (Blackburnie, jeśli masz na myśli wyłącznie żarty z choroby, to Twoja argumentacja jest niespójna – dlaczego nie można żartować z chorby bez perspektywy, a pisać na poważnie już można? Ale musiałbyś doprecyzować).

– Czy można żartować z choroby? To pytanie z kolei stawia Cobold – nie daje sam pełnej odpowiedzi, ale zakłada, że to jednak bardzo, bardzo ryzykowne.

Na pierwsze pytanie odpowiedź jest dla mnie oczywista – można. Tak jak można pisać o kobietach, będąc mężczyzną, i na odwrót, mimo, że to doświadczenie jest dalece bardzie niewyobrażalne dla piszącego/piszącej, niż choroba. Tożsamość płciowa, czy seksualna jest co najmniej równie intymna, jak choroba. Przykłady można by mnożyć. Częścią warsztatu pisarza jest empatia.

Pytaniem uzupełniającym jest pytanie o granice perspektywy – kiedy perspektywa jest już wystarczająca? Czy jeśli sam jestem zdrowy, ale moje dziecko jest chore – czy to już wystarczy, żeby nie spotkać się moralizowaniem? A jeśli ktoś inny bliski, a nie dziecko? Znowu – temat choroby jest dość prosty w tej dyskusji, gwałt, pedofilia (z której regularnie żartuje C.K. Louis na przykład), holokaust właśnie – są dużo trudniejsze do ułożenia sobie w głowie, także dla mnie.

Na pytanie drugie – tu rzeczywiście sprawa nie jest na pierwszy rzut oka oczywista. Według mnie (por: Carlin) wszystko jest kwestią konstrukcji żartu. Nie można żartować z chorego imho, ale z choroby, przy zachowaniu szacunku dla chorego? Ja nie rozumiem, dlaczego nie. Dwa przykłady, w których dobrze to widać – serial "Scrubs" i kampania Fundacji Rak'n'Roll "Zbieramy na cycki, nowe fryzury i dragi". Oba przykłady to żarty z choroby, oba robione przez osoby zdrowe (oczywiście konsultowane z chorymi), ta druga na dodatek z udziałem prawdziwych chorych ludzi (ale nie przygotowywana przez nich). "Ale tam jest szczytny cel!". No właśnie to jest cały sens rozmowy o konstrukcji żartu – jaki żart ma cel. Jeśli żart ma na celu obśmianie chorego – czy w ogóle ofiary – to jest po prostu "mizerny", że posłużę się określeniem Blackburna. Ale kto ma decydować, jakie inne cele są słuszne, a jakie nie? Na przykład ja, pisząc powyższe, składałem w myślach hołd tym wszystkim ludziom, których znałem, a którzy na końcu swojej choroby znajdują siłę, żeby odkryć w swoim życiu jeszcze coś nowego. Wyszło, nie wyszło – pal sześć, ale cel miałem taki. Czy on jest wystarczający? W serialu "Scrubs" żarty są celem samym w sobie – ale w dość powszechnym (choć nie w 100% oczywiście) odbiorze chorych i lekarzy ten serial trzyma się kupy i nie przekracza granic dobrego smaku.

Wyszedł mi komentarz prawie jak drugie tyle opowiadania, ale to ważna dyskusja i jak w większości dyskusji tutaj nie roszczę sobie prawa do pełni racji. Wrócę jednak do tego, co napisałem na początku – mam sprawę przemyślaną, to nie jest randomowy tekst dla "podśmiechujków" i w ogóle to określenie tutaj nie pasuje. Dziękuję za Wasze komentarze, dają do myślenia.

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Jakby mnie kto do jednego wora wsadził… ale jeżeli “…Wasze komentarze, dają do myślenia.” to się cieszę ;)

Kontrowersyjny pomysł. Tematyka mnie osobiście nie oburzyła, podeszłam więc do tekstu czysto literacko i podobało mi się. Ciekawie pokazany upór Przemka i zacięcie, w krótkim tekście stworzyłeś pełnokrwistego bohatera. Jeśli do czegoś miałabym się przyczepić, to do mdłej bohaterki. Szkoda, że nie pojawiło się jakieś uzasadnienie telefonu do nieba (chyba że się pojawiło, a ja przegapiłam). Tak czy inaczej – klikam za pierwszych kilka akapitów, świetnie napisanych.

Tak, Blacktomie, jesteś w worku ;) Myślę, że trafiłeś w punkt, pisząc o brakach tego tekstu.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Cieszę się. A jeżeli popełnisz jeszcze jakieś opowiadanie z uwzględnieniem tychże braków, to już zupełnie będę kontent :)

Jedyną osobą mającą prawo do publikowania takich testów jest Autor mający raka, który zmaga się z tą chorobą, i nie dlatego, że jest chory, tylko dlatego, że coś istotnego otrzymał.

Blackburnie, nie mogę się z Tobą zgodzić. 

Piszę to jako osoba, która także ma do czynienia z chorymi na nowotwór, a także jako autor tekstu o chorych, który spotkał się z podobną opinią do Twojej. A przede wszystkim jako czytelnik, który szuka w literaturze nie tylko rozrywki. 

Kto jak kto, ale pisarz ma prawo publikować teksty dotyczące poważnych, często niewygodnych tematów. To po prostu kwestia wolności słowa. Zupełnie inna sprawa, że czytelnik może sobie tym gardzić.

Tak jak pisał Cerleg – czy tylko kobiety mogą pisać o kobietach? Idąc dalej: czy tylko zgwałcone kobiety mogą pisać o zgwałconych kobietach? Nie. I nie ma tu żadnego “moim zdaniem”. (Może na wszelki wypadek niech ktoś zawoła Naz, która się wypowie z etycznego punktu widzenia). Tragedia – czy to choroba, czy gwałt – nigdy nie dotyczy jednej osoby. A każdy, kto jakkolwiek się z nią styka, może przedstawiać swoje spojrzenie. Pisarz charakteryzuje się tym, że jego spojrzenie interesuje ludzi. Powinien wykazywać też empatię, dzięki której to spojrzenie będzie wyrozumiałe, pełne szacunku i mądre. A jeśli nawet będzie przeciwne – czytelnicy to zweryfikują. 

Nie wyobrażam sobie, żeby o chorobie mogły mówić tylko chore osoby. (Bo co wtedy z takimi lekarzami? Też gówno wiedzą?) Powinni mówić i zdrowi, i chorzy. A wtedy pozornie postronna osoba pozna więcej punktów widzenia i zyska pełniejsze spojrzenie na sprawę. Także po to czyta się książki – by poszerzać światopogląd. 

Cerlegu, chciałbym żebyś wiedział, że jestem jak najdalszy od przypisywania Ci jakichkolwiek nieszlachetnych intencji. Po prostu z racji wieku (po szczegóły odsyłam do Naz) i doświadczenia, czuję się, nawet nie tyle uprawniony, co zobowiązany do dzwonienia ostrzegawczym dzwoneczkiem, kiedy ktoś balansuje na krawędzi. Zwłaszcza w dyskusji publicznej.

Lektura Twoich poprzednich opowiadań pozostawiła we mnie przekonanie, że jesteś osobą wrażliwą, pełną empatii a przy tym doskonale władającą warsztatem. Myślę zatem, że rozumiesz moje obiekcje i sam widzisz co napisałeś, a czego nie.

Przeczytałem Twoją odpowiedź z zainteresowaniem. Zgadzam się, że pisać można też o nieznanym – w końcu cała fantastyka na tym polega, Myślę jednak, że Blackburn miał na myśli nie tyle przedmiot historii, co ton narracji – nonszalancki czy żartobliwy.

Do swojej oceny tekstu chciałbym jedynie dodać, że skoro tym tekstem chciałeś “oddać hołd osobom, które na końcu swojej choroby znajdują siłę, żeby odkryć w swoim życiu jeszcze coś nowego” to, moim zdaniem, zupełnie Ci to nie wyszło.

EDIT: Skoro ustaliliśmy już czystość intencji, wniosek z tego, że problem leży w wykonaniu. Myślę sobie, że pułapka kryje się w początkowym sposobie prowadzenia narracji. Zanim ujawnia się, kto jest narratorem, czytelnikowi może się wydawać, że narrator jest tożsamy z autorem (taki brak rozgraniczenia, choć formalnie błędny, narzuca się automatycznie). I z tej perspektywy cyniczne uwagi na temat stanu zdrowia bohatera budzą kontrowersje. Gdybyś od początku zasygnalizował, kto jest narratorem i do tego pokazał, że te pseudokorzyści z choroby są formułowane przez samego bohater,a to uplasowałbyś się gdzieś między “Księgą Hioba” a monthypythonowskim “Always look on the bright side…”. A w obecnym wykonaniu ja tu widzę tylko żart, który niczemu nie służy.

Nie wnikając w dyskusję, chciałam tylko napisać, że nie uważam, aby akurat rak był czymś, z czego w jakikolwiek sposób nie można się śmiać. W tym przypadku po prostu tekst wydał mi się za mało absurdalny, aby mnie w tej formie rozbawił, no i za bardzo absurdalny, abym mogła potraktować go z jakąkolwiek powagą. Zdaję sobie sprawę, że to brzmi mętnie, ale takie mam właśnie subiektywne odczucie co do tego opowiadania. ;)

Coboldzie, ale czy wyszło, czy nie wyszło (słyszę, co mówisz, szanuję), to już jest inna dyskusja – ja piszę, że w przypadku konstruowania żartów, intencje mają znaczenie. Pytanie, czy dobre intencje wystarczają. No oczywiście nie. Bo jest też taki case – Bartosz Węglarczyk w TV: “Są roboty do sprzątania. Nazywają się Ukrainki”. Potem się tłumaczył, że chodziło mu o zwrócenie uwagi na problem nielegalnej pracy Ukrainek w polskich domach. Pomijając kwestię, że podejrzewam, że po prostu chlapnął, a potem się tłumaczył, to przyjmując, że rzeczywiście miał taki intencje, wywrócił się na jednym – ostrze jego żartu wymierzone jest właśnie w osoby poszkodowane, on je tym żartem upokarza. Ja nie mam wrażenia, żeby mój tekst kogoś upokarzał, ale też nie mam dystansu do tego tekstu, więc chylę głowę w pokorze, słuchając opinii innych.

“Ze względu na wiek” – no wiesz, myślę, że mógłbym Cię swoim wiekiem zaskoczyć :)

 

EDIT: a, jeszcze jedno – samym tekstem nie chciałem składać żadnego hołdu, tak jak napisałem – “pisząc powyższe, składałem w myślach hołd”, subtelna, acz różnica.

 

Ocha, ponownie jak gdzieś poprzednio – ja dokładnie wiem, o czym piszesz :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

3) Przemek jest w 100% postacią literacką – żadnej osobistej historii nikomu nie zabrałem, nic nie wyniosłem poza hospicjum, czy poza rozmowy, które odbyłem (to odpowiedź na to, co pisze cobold: "inicjatywa do takiego modelu rozmowy musi wyjść od pacjenta" – tu nie ma żadnego prawdziwego pacjenta, od którego miałoby to wyjść, ani żadnej konkretnej osoby, którj intymność naruszam)

 

“Przemek” istnieje jako personifikacja wielu chorych, więc stwierdzenie jest po prostu nieprawdziwe, bo to doświadczenia z hospicjum są wykorzystane.

 

– Czy można pisać o chorobie będąc zdrowym? To pytanie stawia (i na nie odpowiada od razu) Blackburn – nie można, pisze, bo zdrowy nie ma odpowiedniej perspektywy (Blackburnie, jeśli masz na myśli wyłącznie żarty z choroby, to Twoja argumentacja jest niespójna – dlaczego nie można żartować z chorby bez perspektywy, a pisać na poważnie już można? Ale musiałbyś doprecyzować)

 

Z choroby można żartować a nawet należy, ale z perspektywy chorego. Obawiam się, że w opowiadaniu ci to nie wyszło. Nie mając perspektywy chorego, obawiam się, że żarty sytuacyjne w hospicjum wziąłeś jako prawdę objawioną. Zdrowa osoba może pisać o chorobie, nikt tego nie zabroni, ale niech to robi z perspektywy swojej, a nie próbuje przedstawiać z perspektywy chorego, bo to jest niemożliwe i przykre rzeczy z tego mogą wyjść.

 

Nie można żartować z chorego imho, ale z choroby, przy zachowaniu szacunku dla chorego? Ja nie rozumiem, dlaczego nie.

 

Się powtórzę, można z choroby żartować. Ale czy to, co zostało napisane w pierwszej części opowiadania jest przedstawione tak, jak pokazałby to chory? Czy on by to w ogóle pokazywał? Przecież to intymna sprawa. Czy tak, jak jest napisane, na pewno nie narusza szacunku do “Przemka”? Nie wiesz, prawda? No, oczywiście zawsze można tłumaczyć dobrymi intencjami.

 

Ale, ale, przecież śmiech to zdrowie, więc śmiejmy się.

 

 

EDIT: Wybacz, Carlegu, ale nie będę się już włączał do dyskusji, bo nie mam do tego motywacji. Sorry.

 

 

Żeby sprawę jeszcze skomplikować – akurat mam na warsztacie niefantastyczne i bardzo poważne opowiadanie o osobie chorej na Alzheimera. W moim prywatnym rankingu jest to choroba najokrutniejsza z okrutnych, bo jak żadna inna zabiera człowiekowi samego siebie. Sam niczym w swoim życiu nie jestem przerażony bardziej, niż taką perspektywą.

Jednocześnie Alzheimer bywa po prostu zabawny – przerabiałem w rodzinie, wiem. Człowiek chory na Alzheimera coś robi, na przykład przedstawia się samemu sobie w lustrze, a ty się śmiejesz, z żadnej tam bezsilności, tylko to jest po prostu zabawne i urocze. Jesteś w tym śmiechu życzliwy, tak jak byłeś życzilwy w śmiechu, gdy ta osoba była jeszcze zdrowa. Potem płaczesz, ale śmiałeś się szczerze.

Jak zatem napisać dobrze i sprawiedliwie o Alzheimerze? Bo osoba chora już nie ma głosu, trzeba jej go w jakiś sposób dać. Takie też jest zadanie literatury.

Dobra, filozofuję już bez sensu…

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

“Ze względu na wiek” – no wiesz, myślę, że mógłbym Cię swoim wiekiem zaskoczyć :)

Tak czułem. To zapraszam, żebyś dzielił ze mną funkcję Strażnika Moralności.

 

Blackburnie

 

Wziąłem się za odpowiadanie precyzyjne na Twój komentarz, ale jednak wrócę na pozycje ogólnikowe. Powoli zaczynam rozumieć, o co Ci chodzi, zresztą Cobold to dobrze ujął w swoim edicie.

Ostatnie zdanie opowiadania brzmi:

Już nie wiem, czy za nim tęsknię, czy tylko nadal rozśmiesza mnie aż do bólu brzucha.

I to jest źle napisane zdanie, teraz to widzę. Chciałem dać znać uważnemu czytelnikowi, że choć to narratorka opowiadała historię choroby, to tak naprawdę referuje to, co przez ten czas opowiadał jej o swojej chorobie Przemek – używa jego słów, jego narracji o chorobie. Wydawało mi się to oczywiste, może rzeczywiście nie jest: w obecnym stanie tekst rzeczywiście wygląda tak, jakby ona się z niego śmiała. Nie załatwi tu sprawy zmiana “rozśmiesza” na “rozbawia”, trzeba by bardziej na okrągło, ale mniej więcej o to chodzi. Cieszę się, że do czegoś dochodzimy :)

 

Natomiast jeśli chodzi o Twoją pierwszą uwagę – owszem, jest prawdziwe. Gwarantuję Ci (tak na 1000%), że w tym tekście nikt nie rozpozna ani jednej realnej osoby, ani żadna realna osoba nie rozpozna siebie. Inspiracją były oczywiście prawdziwe rozmowy, ale tak jest w literaturze zawsze lub prawie zawsze, a odległość między moim doświadczeniem, a tekstem jest na tyle ogromna, że tutaj naprawdę nie ma żadnej prawdziwej osoby.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Coboldzie, ja na Strażnika Moralności to akurat nadaję się bardzo, bardzo słabo :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Patrzę ze jeszcze fun kierował do mnie komentarz.

 

fun, chyba się nie rozumiemy, bo niejasno to napisałem. O chorych i chorobie może pisać zdrowy, nikt mu tego nie zabroni, ale niech to robi ze swojej perspektywy, a nie próbuje wejść w buty chorego i pokazywać jak chorobę widzi, bo nikt mnie nie przekona, że jest to możliwe. 

Ale każdy chory widzi chorobę inaczej. Czemu pisarz nie może opisać jednej z tych możliwości? A co gdyby Cerleg powiedział, że to o nim, że sam to przeżył (mam nadzieję, że nie)? Na jakiej podstawie można ocenić, że jakaś perspektywa nie jest prawdopodobna i wiarygodna? 

Przeczytałem i niestety spłynęło. Napisane przyzwoicie, ale po prostu – nie ruszyło. Nic straconego, tutaj nie jestem docelowym czytelnikiem ;) Natomiast czysto literacko tekst definitywnie na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fun, opisać to już jest co innego. A na pytanie o słusznej perspektywie odpowiem tak:  pytanie czy Carleg może mieć tak przykre doświadczenie z chorobą, zadałem sobie przed drugim moim komentarzem – chyba nie podejrzewasz, że tego nie zrobiłem. Także tego…

Ciekawa dyskusja, chyba zdominowała tekst. Może już nie będę do niej nic dodawać, dosyć oliwy tu spłonęło.

Spodobał mi się pomysł na kontakt z autorem. Ale żeby w niebie nie mieli komórek, tylko jedną budkę telefoniczną… ;-)

Aha, czy uniwersytet trzeciego wieku nie jest dla emerytów?

Babska logika rządzi!

Przemyślawszy wszystkie za i przeciw, ograniczę się tylko do wyznania, że czytałam z niejakim rozbawieniem i dodam, że nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów. Klik.

 

A kar­to­nów z uwa­ga­mi– cięż­kich… –> Brak spacji przed półpauzą.

 

zna­la­złem kar­te­lusz­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu… –> Narratorką jest kobieta, a karteluszek jest rodzaju męskiego, więc: …zna­la­złam kar­te­lusz­ek z nu­me­rem te­le­fo­nu

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Papierów nie było dużo, najwyżej siedemnaście kartonów, wszystkim powinno wystarczyć cierpliwości, nawet mi – powinno być mnie

 

Ten styl kpiąco-prześmiewczy nawet mi się podoba, ale co do tematu, w którym został użyty – tu jednak nie jestem pewna. Z pewnością ma na to wpływ doświadczenie osobiste, od którego nie potrafię się odciąć, ale rozumiem, że z pomocą dowcipu i humoru ludzie radzą sobie z tragediami, to taki nasz gatunkowy katalizator. Podsumowując – na granicy dobrego smaku, mam mieszane uczucia.

 

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Przeczytałam przez Blackburna i jego szort.

Jeśli chodzi o sam tekst to nie było wielkich ochów i achów. Zgadzam się, że może zbyt mała dawka absurdu mogła wpłynąć na odbiór negatywny aspektów samego umierania, ale tekst nadal znajduje się w raczej lekkich klimatach i w sumie mnie jakoś nie uderzył negatywnie, ale niestety też nie zachwycił. Ot, taka krótka opowiastka jakich wiele.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Podobało mi się. Nie mam obiekcyj co do tematu żartów – może dlatego, że postać jest przedstawiona pozytywnie, jako przebiegły, wyrachowany cynik, który potrafi znaleźć najlepsze w najgorszym.

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

W mój gust trafiło. Podobało mi się, że Przemek miał cel i to, że potrafił znaleźć sposób na jego realizację. Sądzę, że żarty przy takim temacie nie są złe, choć to już zależy od podejścia. Oczywiście każda ciężka choroba jest tragedią, ale to dość indywidualne jak ktoś będzie ją przeżywał. Czasem jest to taki śmiech przez łzy, jakiś sposób, by sobie radzić.

Cerlegu, tym razem jestem lekturą usatysfakcjonowany, a już myślałem, że przestanę cię czytać. Nic więcej dodać nie mogę, żeby czegoś nie powtarzać. Wielkość dyskusji zrobiła na mnie wrażenie, sama treść już nie tak bardzo. Wierzę, że nie napisałeś tego z myślą wywołania kontrowersji, zrobienia szoł i skierowania blasku świateł na siebie. Nie jesteś taką osobą.

Myślę Blakburnie, albo liczę, że z czasem spojrzysz inaczej na ten tekst. Nie zgadzam się z tobą, zupełnie, ale nie odbieram ci odczuć, jakie wywołał w tobie tekst. Każdy jest z nas inny i każdy reaguje inaczej. Sam też mam nie mało latek i zdarzyło mi się urazić ludzi ze znacznie mniej kontrowersyjnych tematów, zupełnie nie mając takich intencji. Także bywałem w hospicjum, ale nie jako wolontariusz, tylko wpisując się do zeszytu gości. To tak, jak już się wymieniamy “kontaktami” rakowymi.

Funie, całkowicie się z tobą zgadzam.

Darconie, choć jestem przekonany o dobrych intencjach Szanownego Autora, to zostanę przy swojej krytycznej ocenie tego tekstu. Rozumiem też, że każdy może go odbierać inaczej. Nie sądzę też, że w komentarzach zdołałem wyjaśnić, o co mi chodziło. Tak jak każdy ma prawo pisać i publikować, ja mam prawo fundamentalnie się nie zgadzać ze sposobem ukazania bohatera – i nie chodzi mi o przedstawione żarty.

Mnie się bardzo podobało. Pokazuje pięknie motywacje pisarskie i fakt, że śmierć przekreśla wszystko, choć daje nadzieję, nam żywym – telefon z zaświatów. Przybyłem tu po lekturze opowiadania kolegi, inspirowanej Twoim. Nie dziwię się, że masz bibliotekę, chociaż trzy gwiazdki mogłyby być z odstępem od góry.

 

Howgh!

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Blackburn zrobił Ci, Autorze, niezłą reklamę. Zajrzałem, żeby wiedzieć co i jak, gdy będę komentował jego tekst. Od razu napiszę, że nie zgadzam się z jego zarzutami. A szort przyzwoity, choć wydaje mi się, że dałoby się wycisnąć więcej emocji. 

Nowa Fantastyka
Patronujemy