- Opowiadanie: black_cape - Omne vivum ex ovo

Omne vivum ex ovo

Uff. Ten tekst miał zo­stać opu­bli­ko­wa­ny już dawno, przy oka­zji kon­kur­su “Racz­ko­wa­nie na Mar­sie”, ale że nie udało mi się go wtedy skoń­czyć na czas, po­sta­no­wi­łam go na spo­koj­nie roz­wi­nąć i do­pra­co­wać. Po wielu ite­ra­cjach wy­szło coś ta­kie­go.

 

Imio­na po­sta­ci oczy­wi­ście nie­przy­pad­ko­we. W roli prze­rwy mię­dzy sce­na­mi wy­stą­pi­ła ilu­stra­cja “Jajo or­fic­kie” Ja­co­ba Bry­an­ta.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Omne vivum ex ovo

Eu­ry­no­me dry­fu­je mię­dzy snem a jawą, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć.

Widzi czy­ste niebo prze­glą­da­ją­ce się w spo­koj­nym oce­anie i białe skrzy­dła roz­po­star­te ponad fa­la­mi. Jej wła­sne skrzy­dła. Nie­spo­koj­ne bicie serca, drże­nie tar­ga­ne­go wia­trem ciała. Go­rącz­ko­we po­szu­ki­wa­nie cze­goś, co zdą­ży­ło już osu­nąć się w nie­świa­do­mość, znik­nąć za roz­my­tym ho­ry­zon­tem.

Widzi ogrom­ne go­łę­bie jajo wi­szą­ce wy­so­ko na nie­bie jak za­mar­z­nię­te słoń­ce. Łu­sko­wa­te splo­ty owi­ja­ją się wokół niego, za­stę­pu­jąc mu gniaz­do, ogrze­wa­ją zzięb­nię­tą sko­rup­kę. Wąż kła­dzie pła­ski łeb na czub­ku jaja i czeka, wy­pa­tru­jąc cze­goś w górze. To jej wy­pa­tru­je.

Eu­ry­no­me szy­bu­je w po­wie­trzu, od­mie­rza­jąc czas ko­lej­ny­mi okrą­że­nia­mi.

Na sko­rup­ce po­ja­wia się rysa. Wąż roz­luź­nia uścisk, po raz ostat­ni sma­ku­je roz­wi­dlo­nym ję­zy­kiem błę­ki­tu i roz­wie­wa się na wie­trze. Rysa cią­gnie się przez cały obwód, dzie­li jajo po­szar­pa­ną linią na górną i dolną po­łów­kę, na niebo i ocean.

Sko­rup­ka pęka. Pierw­sze pro­mie­nie żółt­ka prze­bi­ja­ją się na ze­wnątrz. Z jaja wy­sy­pu­ją się gwiaz­dy, pla­ne­ty, księ­ży­ce, noc roz­le­wa się po błę­ki­cie jak plama atra­men­tu. Wy­fru­wa z wrza­skiem cały klucz pta­ków, wy­la­tu­je chma­ra brzę­czą­cych psz­czół, mrów­ki jedna za drugą wy­ma­sze­ro­wu­ją na rdza­wą pu­sty­nię, na zie­mię wzbie­ra­ją­cą so­czy­stą zie­le­nią, na łąkę mie­nią­cą się fe­erią barw.

Kiedy Eu­ry­no­me otwie­ra oczy, przez chwi­lę sły­szy jesz­cze szum skrzy­deł.

Tym razem pa­mię­ta.

 

 

Sko­rup­ka

Eu­ry­no­me pod­ry­wa się z cie­płe­go gniaz­da, chwy­ta swój sen ostroż­nie jak jajko i wy­fru­wa z mo­du­łu miesz­kal­ne­go. Przez chwi­lę drep­cze okrą­głym ko­ry­ta­rzem, po czym skrę­ca w stro­nę prze­strze­ni wspól­nej.

Prze­my­ka się nie­zau­wa­żo­na mię­dzy ludź­mi, zwin­nie omija przy­cze­pio­ne­go do pod­ło­gi ro­bo­ta czysz­czą­ce­go; kur­czo­wo ści­ska swój sen, żeby nie wy­śli­znął się z rąk, nie roz­bił o twar­dy grunt.

Wspi­na się na naj­bliż­szy wolny fotel – zbyt wy­so­ki dla niej, jak wszyst­kie tutaj – i roz­glą­da za Fa­ne­sem, który kręci się przy au­to­ma­cie z wi­ta­mi­ni­zo­wa­ną wodą.

Eu­ry­no­me zna go naj­dłu­żej ze wszyst­kich – jego moduł miesz­kal­ny mie­ści się w tej samej sek­cji, a poza nimi dwoj­giem są tu tylko do­ro­śli. Pod sko­rup­ką miesz­ka znacz­nie mniej dzie­ci niż do­ro­słych. Zresz­tą z Fa­ne­sem można roz­ma­wiać w ję­zy­ku ro­dzi­ców – to rzad­kość, bo zwy­kle jest tak, że każda ro­dzi­na mówi po swo­je­mu – a nie w jed­nym z trzech obo­wią­zu­ją­cych ję­zy­ków wspól­nych, któ­rych uczą się na wir­tu­al­nych se­sjach. I można mu po­wie­dzieć wię­cej niż ro­dzi­com. Kiedy ro­dzi­ce słu­cha­ją opo­wie­ści Eu­ry­no­me, je­dy­nie przy­ta­ku­ją, głasz­cząc ją po gło­wie, jakby chcie­li roz­cze­sać i wy­gła­dzić wszyst­kie splą­ta­ne snem myśli.

Fanes sta­wia kubek na zbyt wy­so­kim sto­li­ku i wdra­pu­je się na fotel na­prze­ciw­ko. Prze­cze­su­je pal­ca­mi włosy, złota czu­pry­na po­ły­sku­je jak we­so­ły pło­mień.

– Ale mia­łem dziw­ny sen – mówi swoim mięk­kim, ła­god­nym gło­sem. – Śniło mi się, że mój dom się kur­czy, a w tym samym cza­sie ja coraz bar­dziej rosnę, aż wresz­cie nie mogę się po­ru­szyć.

Eu­ry­no­me wzdry­ga się, ale słu­cha dalej, bo z tonu Fa­ne­sa wnio­sku­je, że to nie ko­niec hi­sto­rii.

– Czuję, że muszę jak naj­szyb­ciej się wy­do­stać. Za­czy­nam ude­rzać i kopać w ścia­ny, a one pę­ka­ją z trza­skiem, pę­ka­ją jak sko­rup­ka jaja. Bo to rze­czy­wi­ście jest sko­rup­ka jaja. Kiedy wy­cho­dzę na ze­wnątrz, u ra­mion wy­ra­sta­ją mi skrzy­dła.

– Go­łę­bie?

Fanes nie od­po­wia­da od razu. Sny są ulot­ne i świa­tło szyb­ko je pło­szy; wy­my­ka­ją się, jesz­cze zanim po­chwy­cą je wsz­cze­py pa­mię­cio­we.

– Nie wiem. Nie pa­mię­tam. Może pta­sie, może owa­dzie.

– Mnie przy­śni­ło się coś po­dob­ne­go. Ale nie byłam wtedy w środ­ku. Wi­dzia­łam sko­rup­kę z wy­so­ka ocza­mi go­łę­bi­cy. A z jaja nie wy­kluł się żaden ptak, żaden czło­wiek, tylko cały świat.

– Razem ze mną wy­klu­ło się świa­tło. I ma­cha­łem skrzy­dła­mi, żeby do­pro­wa­dzić je aż do naj­dal­szych za­kąt­ków świa­ta.

– Może to był ten sam sen, po­dzie­lo­ny na dwie po­łów­ki?  

– Jedno z nas śniło go od ze­wnątrz, dru­gie od we­wnątrz.

Eu­ry­no­me w za­my­śle­niu stuka pal­ca­mi w szkla­ny blat. Fanes do­pi­ja wi­ta­mi­ni­zo­wa­ną wodę.

W ko­ry­ta­rzu po­ja­wia­ją się ro­dzi­ce w swo­ich ele­ganc­kich kom­bi­ne­zo­nach, świe­żo wy­ję­tych z ma­szy­ny do pra­so­wa­nia, i wo­ła­ją Eu­ry­no­me do wyj­ścia. Kiedy całą trój­ką wjeż­dża­ją na wyż­szy po­ziom, winda skrzy­pi, jakby do­pie­ro prze­cią­ga­ła się i gło­śno zie­wa­ła.

Świat jesz­cze się nie wy­kluł, a lu­dzie tak na­praw­dę jesz­cze się nie uro­dzi­li, ale to wcale nie zna­czy, że pod sko­rup­ką cały czas nie tętni życie. Do­ro­śli mi­ja­ją się w ko­ry­ta­rzach, prze­ga­nia­jąc sen z pod­krą­żo­nych oczu. Nawet przy­tło­cze­ni od­po­wie­dzial­no­ścią i wagą swo­jej misji sta­ra­ją się iść żwa­wym kro­kiem, z unie­sio­ną głową i spoj­rze­niem skie­ro­wa­nym w przy­szłość. Nic dziw­ne­go, że tak się spie­szą. Do­ro­śli o wiele dłu­żej cze­ka­ją, aż będą mogli się uro­dzić, i na pewno już mocno się nie­cier­pli­wią. Spie­szą do biur i pra­cow­ni, gdzie wciąż ob­li­cza­ją, roz­pi­su­ją i roz­ry­so­wu­ją, jak bę­dzie wy­glą­dał świat po wy­klu­ciu; do la­bo­ra­to­riów, gdzie ana­li­zu­ją prób­ki su­chej, zmar­z­nię­tej ziemi spoza jaja; do szklar­ni, by mo­zol­nie prze­bie­rać ko­lej­ne ro­bo­cze wer­sje dyni, mar­chwi i słod­kie­go ziem­nia­ka. Idą wpra­wiać w ruch ocię­ża­łe ma­szy­ny, dzię­ki któ­rym pod sko­rup­ką krąży po­wie­trze i pły­nie ży­cio­daj­na woda.

Niebo za­stęp­czo wy­zna­cza ogrom­na ko­pu­ła, bo świat na ze­wnątrz nie jest jesz­cze go­to­wy. To le­d­wie nie­do­koń­czo­ny szkic, wciąż po­pra­wia­ny i na nowo prze­ry­so­wy­wa­ny. Eu­ry­no­me wi­dzia­ła praw­dzi­we niebo, ale tylko na ekra­nach i fo­to­gra­fiach, po­dob­nie jak widzi się wła­sną twarz. Pa­mię­ta senny, mdły brud­no­żół­ty kolor, zu­peł­nie inny od czy­ste­go błę­ki­tu i ak­sa­mit­nej czer­ni wy­świe­tla­nych na ko­pu­le. Pod sko­rup­ką niebo za­wsze jest spo­koj­ne, a pro­wi­zo­rycz­ne słoń­ce świe­ci jasno i po­god­nie; i tylko me­ta­lo­wa pa­ję­czy­na skle­pie­nia burzy do­sko­na­łą ilu­zję nie­skoń­czo­nej prze­strze­ni.

Na skrzy­żo­wa­niu tu­ne­li, po­środ­ku okrą­głe­go placu, mie­ści się je­dy­ny park – skrom­na ma­kie­ta przy­szłe­go lasu. Każdy kwiat jest tu w rze­czy­wi­sto­ści jesz­cze ce­bul­ką, każde ra­chi­tycz­ne drze­wo pest­ką. Woda w sztucz­nej sa­dzaw­ce do­pie­ro uczy się od­bi­jać prze­pły­wa­ją­ce ob­ra­zy, prze­bły­ski mi­nio­nych dni pły­wa­ją ła­wi­ca­mi pod nie­zmą­co­nym zwier­cia­dłem. Próż­no szu­kać wśród ga­łę­zi pta­ków, któ­rych świer­got wy­peł­nia po­wie­trze; błą­ka­ją się ponad pla­cem jako duchy, cze­ka­jąc, aż ich ciała ufor­mu­ją się w małe pie­rza­ste ob­łocz­ki.

Eu­ry­no­me sięga po ta­blet, włą­cza opcję na­gry­wa­nia i po kilku se­kundach na ekra­nie po­ja­wia się zdję­cie z atla­su. Ptak przy­cup­nię­ty na ga­łąz­ce jest pu­cha­tą kulką o żół­tych pió­rach przy­pró­szo­nych czer­nią. Tak bę­dzie wy­glą­dał, kiedy już po­wsta­nie praw­dzi­wy świat.

Prze­cho­dzą pod ho­lo­gra­mem, który na zmia­nę wy­świe­tla logo sa­lo­nu wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści youTo­pia i re­kla­mę nowo otwar­tej re­stau­ra­cji Sy­na­e5the­sia. „Dania kuch­ni mo­le­ku­lar­nej, tylko z mar­sjań­skich skład­ni­ków!” Neo­no­wa strzał­ka wska­zu­je po­bli­skie kręte scho­dy na wyż­szy po­ziom, cha­la­zę roz­pię­tą mię­dzy cen­trum a ko­pu­łą.

Stąd już nie­da­le­ko do szko­ły. Szko­ła to je­dy­ne miej­sce, w któ­rym nic nie jest za wy­so­kie. Do­ro­śli zwy­kle strze­gą swo­jej wie­dzy i dzie­lą się nią ostroż­nie, ale w szko­le można do­wie­dzieć się wiele o tym, jak bę­dzie wy­glą­dał świat po wy­klu­ciu. Teraz poza sko­rup­ką jest tylko pust­ko­wie, prze­zor­nie po­dzie­lo­ne na rów­ni­ny i kra­te­ry, ponad któ­rym na nie­bie mi­go­czą gwiaz­dy ukła­da­ją­ce się w kon­ste­la­cje. Eu­ry­no­me po­tra­fi ozna­czyć na in­te­rak­tyw­nej mapie Me­ri­dia­ni Pla­num i kra­ter Je­ze­ro, umie po­łą­czyć krop­ki na czar­nej plan­szy w Ła­bę­dzia i Lut­nię, ale ich ist­nie­nie może tylko prze­czu­wać.

Od­kła­da plan­szę, przy­my­ka oczy i pró­bu­je sobie wy­obra­zić, jak jajo wszech­świa­ta ob­ra­ca się w wiel­kiej pu­st­ce ko­smo­su. Wy­star­cza­ją­co trud­no zro­zu­mieć nie­skoń­czo­ność – ale jak zro­zu­mieć dwie nie­skoń­czo­no­ści?

 

 

Tarcz­ka za­rod­ko­wa

– Mamo, skąd wzię­li­śmy się pod sko­rup­ką?

Mama za­sty­ga z wiąz­ką glo­nów wa­ka­me nad ta­le­rzem. Zie­lo­ne, ośli­zgłe wo­do­ro­sty wy­glą­da­ją jak mokre, zu­ży­te kable ja­kiejś ze­zło­mo­wa­nej ma­szy­ny. 

– To długa hi­sto­ria, ko­cha­nie – od­po­wia­da me­cha­nicz­nie mama. – Do­wiesz się, jak bę­dziesz duża.

Ro­dzi­ce do­sko­na­le wie­dzą, choć z ja­kie­goś po­wo­du wciąż to przed nią ukry­wa­ją. Tata mówi cza­sem, że przy­le­cie­li tu na stat­ku, ale pew­nie tylko żar­tu­je, bo ko­lej­ne py­ta­nia za­wsze zbywa wzru­sze­niem ra­mion. Oboje wra­ca­ją teraz do sku­ba­nia glo­nów pa­łecz­ka­mi, wy­mie­nia­jąc mię­dzy sobą po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Mimo że sie­dzą razem przy stole, Eu­ry­no­me wy­da­je się, że dzie­lą ją od nich prze­szklo­ne drzwi la­bo­ra­to­rium, ob­kle­jo­ne ostrze­że­nia­mi i zna­ka­mi za­ka­zu wstę­pu. Wszyst­ko, co chcia­ła­by wie­dzieć, dzie­je się wła­śnie za ta­ki­mi drzwia­mi.

A prze­cież na pewno by zro­zu­mia­ła. Cho­dzi już do szko­ły, uczy się trzech ję­zy­ków wspól­nych, zna na pa­mięć nazwy naj­wyż­szych mar­sjań­skich szczy­tów i do­kład­ny skład pro­cen­to­wy at­mos­fe­ry, po­tra­fi na­ry­so­wać sche­mat fo­to­syn­te­zy i zbu­do­wać obwód elek­trycz­ny tak, żeby za­świe­ci­ła ża­rów­ka.

– A kiedy będę duża? Jak mogę uro­snąć, skoro nawet jesz­cze się nie uro­dzi­łam?

– Wszyst­ko w swoim cza­sie. Na razie mu­sisz dużo jeść, do­brze wy­po­czy­wać, re­gu­lar­nie ćwi­czyć i uwa­żać na za­ję­ciach.

Eu­ry­no­me od­su­wa tackę ze śnia­da­niem. Ro­zu­mie, że do­ro­śli bar­dzo się sta­ra­ją nadać je­dze­niu pozór praw­dzi­wo­ści, ale dziś owsian­ka sma­ku­je jak pla­stik, baton pro­te­ino­wy jest jesz­cze bar­dziej mdły niż zwy­kle, a dro­bi­ny wi­ta­min w soku mar­chwio­wym nie­mal chrzęsz­czą w zę­bach. Ro­dzi­ce jak gdyby nigdy nic koń­czą swoje por­cje i już roz­ma­wia­ją pół­gło­sem o taj­nych pro­jek­tach i ba­da­niach, w pełni ufni, że wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem, a rze­czy­wi­stość jest do­kład­nie na tyle rze­czy­wi­sta, na ile po­win­na.

– A jak bę­dzie wy­glą­dał świat, kiedy już uro­snę?

– Za­cznie świe­cić praw­dzi­we słoń­ce i cały lód na ziemi roz­to­pi się w jeden wiel­ki ocean. Potem z nieba spad­nie woda, a z każ­dej kro­pli wy­ro­śnie drze­wo albo kwiat, albo źdźbło trawy.

Eu­ry­no­me długo się na­my­śla, mając w pa­mię­ci tylko po­dziu­ra­wio­ne kra­te­ra­mi skal­ne pust­ko­wie.

– Skąd wiesz?

– Na­ukow­cy już dawno wszyst­ko ob­li­czy­li i za­pla­no­wa­li. Z każdą chwi­lą je­ste­śmy coraz bli­żej tego dnia.

– Dawno? – pod­chwy­tu­je Eu­ry­no­me. – To zna­czy kiedy?

– Jesz­cze na długo, zanim… – Mama urywa, opusz­cza wzrok, jakby nie chcia­ła zdra­dzić zbyt wiele samym spoj­rze­niem. – Na długo, zanim ist­nia­ło nasze mia­sto.

Eu­ry­no­me nie wie, co po­wie­dzieć. Dla niej mia­sto ist­nie­je od za­wsze. Ko­pu­ła jest po­cząt­kiem wszyst­kie­go, jajem wszech­świa­ta, cen­trum ko­smo­su. Na samą myśl o tym, że kie­dyś mogło ist­nieć coś in­ne­go, za­czy­na jej się krę­cić w gło­wie. Prze­szłość i przy­szłość to tylko słowa, nie­do­sko­na­łe za­ląż­ki praw­dzi­wych pojęć.

– Nie ro­zu­miem. Gdzie miesz­ka­li ci na­ukow­cy, skoro mia­sta jesz­cze nie było?

– Wszyst­ko w swoim cza­sie, ko­cha­nie – od­po­wia­da me­cha­nicz­nie mama. – Wszyst­ko w swoim cza­sie.

Eu­ry­no­me wzdy­cha cięż­ko. Mama po­wta­rza się jak echo, ale dla do­ro­słych trze­ba być wy­ro­zu­mia­łym, nie można mieć im tego do końca za złe. W końcu oni też nie są jesz­cze tak zu­peł­nie praw­dzi­wi.

 

***

 

Na za­ję­ciach po­wta­rza­ją dziś awa­ryj­ne pro­ce­du­ry ewa­ku­acji. Uczą się za­kła­dać ska­fan­dry, na­wią­zy­wać łącz­ność, od­czy­ty­wać dane z in­ter­fej­su i od­dy­chać przez rurkę. Potem kilka razy prze­ma­sze­ro­wu­ją przez salę, śmiesz­nie ki­wa­jąc się na boki. Eu­ry­no­me nie ro­zu­mie celu i sensu pro­ce­dur. Dokąd mie­li­by się ewa­ku­ować, skoro świat jesz­cze się nie wy­kluł, a poza ko­pu­łą roz­cią­ga się tylko za­mar­z­nię­ta pu­sty­nia?

Po po­łu­dniu spa­ce­ru­je z Fa­ne­sem po parku. Nie­dłu­go za­cznie się ściem­niać. Po­dob­no na ze­wnątrz ist­nie­ją już dzień i noc, a lampy pod sko­rup­ką wier­nie od­twa­rza­ją cykl do­bo­wy. Ptaki zdą­ży­ły przez ostat­nie ty­go­dnie na­brać wid­mo­wych kon­tu­rów; prze­zro­czy­ste i bez­barw­ne fru­wa­ją nad gło­wa­mi prze­chod­niów, od czasu do czasu przy­sia­da­jąc na ga­łę­ziach. W po­wie­trzu unosi się za­pach sza­fir­ków, cho­ciaż do­oko­ła ro­śnie tylko trawa, fa­lu­ją­ca pod lek­ki­mi po­dmu­cha­mi sztucz­ne­go wia­tru. Mię­dzy wy­sep­ka­mi zie­le­ni pły­nie barw­ną rzeką in­te­rak­tyw­ny chod­nik, który pod­świe­tla każdy krok.

Eu­ry­no­me roz­glą­da się do­oko­ła, bez­wied­nie słu­cha­jąc strzęp­ków roz­mów to­ną­cych w we­so­łym śmie­chu. Na po­bli­skim placu kil­ko­ro dzie­ci wspi­na się po sznur­ko­wym szkie­le­cie dwu­dzie­sto­ścia­nu, kil­ko­ro in­nych po dra­bin­kach w kształ­cie wstę­gi Möbiusa. Dwie grup­ki sprze­cza­ją się o miej­sce w kok­pi­cie stat­ku. Bez­gło­wy me­cha­nicz­ny czwo­ro­nóg ściga się z po­kracz­nym pa­ją­ko­wa­tym ro­bo­tem ku nie­skry­wa­nej ucie­sze wła­ści­cie­li i rów­nie nie­skry­wa­ne­mu nie­za­do­wo­le­niu wszyst­kich po­zo­sta­łych.

Nad sa­dzaw­ką sie­dzi Ilma z są­sied­niej sek­cji. Z nią za­wsze roz­ma­wia­ją po an­giel­sku, bo język jej ro­dzi­ców jest inny niż ro­dzi­ców Eu­ry­no­me i Fa­ne­sa. Ilma macha do nich, od­gar­nia słom­ko­we ko­smy­ki z ro­ze­śmia­nych oczu. Zaraz póź­niej już o nich za­po­mi­na, bo całą jej uwagę przy­ku­wa ho­lo­gra­ficz­ny ptak, który sfru­nął na brzeg sa­dzaw­ki.

Ru­dzik, oce­nia Eu­ry­no­me. Kiedy sta­nie się praw­dzi­wy i na­bie­rze ko­lo­rów, bę­dzie miał brą­zo­we skrzy­dła i po­pie­la­ty brzu­szek, a na szyi plamę barwy ziemi.

Ilma wy­cią­ga ręce i za­my­ka ho­lo­gram w zło­żo­nych dło­niach. Widmo jesz­cze przez chwi­lę trwa nie­ru­cho­mo w miej­scu, po czym wy­my­ka się jej przez palce.

– Zu­peł­nie jak w moim śnie – mówi śpiew­nie, od­pro­wa­dza­jąc spoj­rze­niem od­la­tu­ją­ce­go ptaka. – Tyle że tam była kacz­ka.

– We śnie? – Eu­ry­no­me przy­sia­da obok, za­cie­ka­wio­na.

Ilma kiwa głową.

– Nie miała gdzie uwić gniaz­da, więc po­zwo­li­łam jej usiąść na ko­la­nach. Na­zbie­ra­ła pa­tycz­ków i zło­ży­ła sie­dem jaj. Wiem, że siód­me było inne niż sześć po­zo­sta­łych… ale nie pa­mię­tam już, w jaki spo­sób.

Dwa od­bi­cia fa­lu­ją mię­dzy okrą­gły­mi li­ść­mi lo­to­su, ete­rycz­na twa­rzycz­ka Ilmy i ostre rysy Eu­ry­no­me pod­kre­ślo­ne ciem­ny­mi brwia­mi. Ilma prze­glą­da się w płyn­nym zwier­cia­dle, jakby to z niego czy­ta­ła dal­szy ciąg snu.

– Ach, teraz sobie przy­po­mi­nam: sześć zło­tych jaj i siód­me że­la­zne. Kiedy nad­szedł czas, po­to­czy­ły się do wody, a potem wy­pły­nę­ły na po­wierzch­nię i otwo­rzy­ły. Pa­trzy­łam, jak roz­bi­te sko­rup­ki tań­czą na wie­trze, coraz wyżej i wyżej.

– I co się z nich wy­klu­ło?

– Wszyst­ko – mówi Ilma, jakby było to oczy­wi­ste. – Z gór­nych sko­ru­pek niebo, z dol­nych sko­ru­pek zie­mia. Z biał­ka księ­ży­ce i chmu­ry, z żółt­ka słoń­ce i gwiaz­dy.

Eu­ry­no­me i Fanes spo­glą­da­ją po sobie.

Ro­zu­mie­ją już, że mają do czy­nie­nia z czymś wię­cej niż zwy­kłym zbie­giem oko­licz­no­ści, ale nie wie­dzą, do kogo mo­gli­by się zwró­cić po radę. Pod sko­rup­ką są na­ukow­cy za­szy­ci w swo­ich la­bo­ra­to­riach, wiecz­nie za­bie­ga­ni tech­ni­cy czu­wa­ją­cy nad ma­szy­na­mi, tro­skli­wi le­ka­rze uzbro­je­ni w im­plan­ty i na­no­bo­ty, ogrod­ni­cy prze­jeż­dża­ją­cy tam i z po­wro­tem z wóz­ka­mi wa­rzyw i owo­ców, cie­kaw­scy dzien­ni­ka­rze o śnież­no­bia­łych uśmie­chach. Nie ma ni­ko­go, kto po­tra­fił­by ob­ja­śniać sny.

 

***

 

Na wy­po­le­ro­wa­nej przez ro­bo­ty czysz­czą­ce pod­ło­dze od­ci­na się czer­wo­no-zło­ta wstąż­ka. Mały me­cha­nicz­ny smok nie­zdar­nie plą­cze się pod no­ga­mi prze­chod­niów, co chwi­lę przy­sta­jąc i zmie­nia­jąc kie­ru­nek. Eu­ry­no­me przez chwi­lę przy­glą­da się, jak kre­śli nad po­sadz­ką krzy­we ósem­ki.

– Więc je­ste­śmy tylko my troje? – pyta Fanes po­uf­nym pół­gło­sem.

Eu­ry­no­me wspo­mi­na swoje ostat­nie roz­mo­wy w szko­le i na placu zabaw. Więk­szość dzie­ci budzi się i nic nie pa­mię­ta; ich sny roz­bi­ja­ją się w drob­ny mak, który potem do­kład­nie wy­mia­ta­ją zza łóżek do­mo­we ro­bo­ty.

– Ilma mówi, że jest nas sied­mio­ro. Sie­dem jaj, sie­dem snów.

– Wie­rzysz w to? W na­szych snach sko­rup­ka jest tylko jedna.

– Sen nigdy nie jest taki sam. Jedno z nas śniło go od ze­wnątrz, dru­gie od we­wnątrz, pa­mię­tasz? Ilma oglą­da­ła wy­klu­cie swo­imi ocza­mi.

Milk­ną, kiedy obok prze­jeż­dża ma­ga­zy­nier z wóz­kiem peł­nym skrzy­nek wa­rzyw. Sny to zbyt po­waż­na spra­wa, żeby roz­ma­wiać o niej przy do­ro­słych.

Fanes w za­my­śle­niu od­pro­wa­dza go wzro­kiem.

– My­ślisz, że wśród do­ro­słych też mogą być śnią­cy?

Eu­ry­no­me za­sta­na­wia się długo. Nawet nie prze­szło jej to przez myśl; do­ro­śli są zbyt za­ję­ci pod­trzy­my­wa­niem jaja przy życiu, zbyt za­afe­ro­wa­ni przy­dzie­lo­nym sobie ka­wał­kiem sko­rup­ki. Jeśli śnią, to pew­nie o swo­ich ma­szy­nach, bo to zwy­kle je­dy­ne, co za­przą­ta ich uwagę.

Ale prze­cież oni też cze­ka­ją na wy­klu­cie.

– Gdyby tak było, wie­dzie­li­by, co zro­bić – od­po­wia­da w końcu. – Świat dawno by się wy­kluł, a my dawno byśmy się uro­dzi­li.

Me­cha­nicz­ny smok za­trzy­mu­je się w pół kroku. Eu­ry­no­me na mo­ment traci go z oczu, kiedy przez ko­ry­tarz prze­jeż­dża ko­lej­ny wózek; zaraz potem widzi, jak wła­ści­ciel ro­bo­ta pod­no­si go z pod­ło­gi i przy­sia­da się tuż obok nich.

– Co mu się stało, Pangu? – za­ga­du­je Fanes.

– My­śla­łem, że skoń­czył się za­sięg – od­po­wia­da tam­ten. – Ale chyba znowu po­gu­bił się przy wy­kry­wa­niu prze­szkód. Będę mu­siał to jesz­cze do­grać.

Eu­ry­no­me przy­glą­da mu się do­kład­niej. Chło­piec ma sko­śne oczy i się­ga­ją­ce ra­mion czar­ne włosy. Miesz­ka w sek­cji po dru­giej stro­nie cen­trum, gdzie wszy­scy po­słu­gu­ją się jed­nym z trzech obo­wią­zu­ją­cych ję­zy­ków – chiń­skim. Do­ro­śli na­zy­wa­ją tamtą część mia­sta Chi­na­town albo Małą Azją; to dru­gie okre­śle­nie Eu­ry­no­me nie­zu­peł­nie ro­zu­mie, ale ro­dzi­ce nie są zbyt chęt­ni do wy­ja­śnień.

Pangu z po­wro­tem sta­wia ro­bo­ta na pod­ło­dze, po czym wle­pia oczy w ekran ta­ble­tu.

– Może to wła­śnie my znamy ta­jem­ni­cę wy­klu­cia – od­zy­wa się znowu Fanes. – My, nie do­ro­śli.

– Dla nas na razie też jest ta­jem­ni­cą.

– Hej, Pangu. – Fanes przy­su­wa się bli­żej. – Jak my­ślisz, czy sny mogą być pro­ro­cze?

– Jeśli już, to ra­czej jest od­wrot­nie. Sny są echem tego, co dzie­je się na jawie.

– Nawet takie, w któ­rych widzi się przy­szłość ca­łe­go świa­ta? – do­py­tu­je Eu­ry­no­me.

Pangu opie­ra się ple­ca­mi o ścia­nę i spo­glą­da w sztucz­ne niebo.

– Sny o wy­klu­ciu? Zda­rza­ło mi się takie mie­wać, ale nigdy się nad tym nie za­sta­na­wia­łem.

Ko­lej­ne py­ta­nia kwi­tu­je wzru­sze­niem ra­mion; to tylko sen, a zresz­tą i tak nie­wie­le już pa­mię­ta, bo na po­cząt­ku za­wsze jest chaos. Pa­mię­ta, że kiedy w końcu roz­bi­ja jajo, musi pod­trzy­my­wać rę­ka­mi górną sko­rup­kę, żeby od­dzie­lić niebo od ziemi.

– A jaki jest świat, który po­wsta­je z cha­osu?

– Nigdy nie udało mi się go zo­ba­czyć – przy­zna­je Pangu. – Pod­trzy­my­wa­nie nieba tak mnie wy­czer­pu­je, że za­wsze wtedy się budzę.

Przez głowę Eu­ry­no­me prze­my­ka nie­po­ko­ją­ca myśl, że każde z nich śni o zu­peł­nie innym świe­cie; żadne nie wie prze­cież, jak bę­dzie on na­praw­dę wy­glą­dał po wy­klu­ciu. Czy tylko jeden ze snów bę­dzie miał szan­sę stać się rze­czy­wi­sto­ścią? Pangu wzru­sza ra­mio­na­mi i stuk­nię­ciem w ekran budzi me­cha­nicz­ne­go smoka.

 

 

Em­brion

Drzwi do youTo­pii roz­su­wa­ją się bez­sze­lest­nie, uka­zu­jąc prze­stron­ną, chłod­no oświe­tlo­ną salę. Rzędy głę­bo­kich bia­łych fo­te­li wy­ście­ła­nych sztucz­nym plu­szem przy­wo­dzą na myśl jaja roz­miesz­czo­ne w ogrom­nym in­ku­ba­to­rze. Żadne z dzie­ci nawet nie drgnie, kiedy Eu­ry­no­me prze­cho­dzi obok. Oczy mają za­sło­nię­te go­gla­mi; od­dy­cha­ją mia­ro­wo, po­grą­żo­ne w sztucz­nym śnie.

W youTo­pii można robić wszyst­ko, cho­ciaż nic nie dzie­je się na­praw­dę. Eu­ry­no­me za­kła­da gogle i prze­cho­dzi do menu sny­mu­la­cji, dłu­gie­go ko­ry­ta­rza peł­ne­go drzwi. Ko­lej­ne barw­ne szyl­dy przy­cią­ga­ją wzrok: prze­jażdż­ka pan­cer­nym po­jaz­dem, leśny su­rvi­val, po­dróż na księ­ży­ce, nur­ko­wa­nie pod wodą, lot na or­bi­tę oko­ło­mar­sjań­ską.

– A może opusz­czo­na sta­cja ko­smicz­na? – pyta znu­dzo­ny głos Pangu.

– Eee. – Teraz mówi Fanes. – By­li­śmy tam z dwa­dzie­ścia razy. Nawet już się nie boję, jak w la­bo­ra­to­rium nagle ga­śnie świa­tło.

– Aku­rat.

Eu­ry­no­me nie­spiesz­nie wę­dru­je tam i z po­wro­tem. Jej wzrok przy­ku­wa­ją ni­czym nie­wy­róż­nia­ją­ce się drzwi na samym końcu ko­ry­ta­rza; zwra­ca­ją uwagę wła­śnie tym, że pró­bu­ją ją od sie­bie od­wró­cić. Sny­mu­la­cja nie ma opisu, nie po­da­no typu roz­gryw­ki, czasu trwa­nia ani lo­ka­li­za­cji ko­twi­cy.

– Ale tam można latać! – upie­ra się Ilma. – Na­praw­dę latać, nie ste­ro­wać stat­kiem.

– Wi­dzi­cie ostat­nie drzwi po pra­wej, te bez szyl­du? Je­stem pewna, że wcze­śniej ich tam nie było.

– Wy­glą­da, jakby sny­mu­la­cja była uszko­dzo­na – orze­ka tonem znaw­cy Pangu. – Pew­nie nawet się nie uru­cho­mi albo bę­dzie mocno zbu­go­wa­na. Szko­da czasu na takie rze­czy.

– I kto tu się boi? – wtrą­ca Fanes.

Eu­ry­no­me prze­sta­je słu­chać. Na­ci­ska przy­cisk przy drzwiach, za­twier­dza wybór i roz­po­czy­na od­li­cza­nie. Wi­zu­ali­za­cje pod­szy­te mu­zy­ką re­lak­sa­cyj­ną zmie­nia­ją się jak w ka­lej­do­sko­pie. Od­dech się wy­rów­nu­je, w gło­wie czuć lek­kie mro­wie­nie.

Sły­szy jesz­cze wzy­wa­ją­cy ją głos Ilmy, kiedy opada bez­wład­nie na fotel.

Sny­mu­la­cja roz­wi­ja się wokół niej jak kwiat, który olśnie­wa wzrok eks­plo­zją nie­zna­nych wcze­śniej barw, cho­ciaż Eu­ry­no­me do­brze wie, że jej ciało śpi, a oczy są za­mknię­te.

Stoi na nie­wiel­kim po­mo­ście wzno­szą­cym się nisko ponad wodą; na tyle nisko, że mo­gła­by z ła­two­ścią zbu­rzyć gład­kie zwier­cia­dło. Kiedy wy­cią­ga dłoń, na­tra­fia na nie­wi­dzial­ny opór – tutaj znaj­du­je się gra­ni­ca sny­mu­la­cji. Woda ma la­zu­ro­wy od­cień i jest ide­al­nie przej­rzy­sta; pod po­wierzch­nią fa­lu­ją ucze­pio­ne skał kępy ukwia­łów, prze­pły­wa­ją pa­sia­ste ryby o pła­skich, trój­kąt­nych cia­łach. Na bez­chmur­nym błę­ki­cie wrzesz­czy chma­ra bia­łych pta­ków.

Po­most pro­wa­dzi na plażę usła­ną rdza­wy­mi ka­mie­nia­mi. Dalej wy­dep­ta­na ścież­ka wie­dzie przez lasek, gdzie niebo prze­świ­tu­je przez roz­ło­ży­ste pió­ro­pu­sze palm.

– Eu­ry­no­me? – sze­le­ści wiatr w pal­mo­wych li­ściach. – Gdzie je­ste­śmy?

– I na jak długo tu utknę­li­śmy? – do­da­je zie­mia drżą­ca pod sto­pa­mi. – Nawet nie wiemy, gdzie tu jest ko­twi­ca.

Idą ostroż­nie, na pal­cach, przy­sta­jąc na każdy naj­drob­niej­szy szmer.

Ze skra­ju lasu widać mia­sto; mia­sto, któ­re­go nie ogra­ni­cza ko­pu­ła. Strze­li­ste bu­dyn­ki o opły­wo­wych kształ­tach, opa­sa­ne oszklo­nym tu­ne­lem i po­prze­ci­na­ne wie­lo­po­zio­mo­wą plą­ta­ni­ną ulic, pną się wy­so­ko w górę. Dolne po­zio­my toną w morzu zie­le­ni, z któ­re­go gdzie­nie­gdzie wy­pły­wa­ją na po­wierzch­nię bą­bel­ki mo­du­łów miesz­kal­nych. Kilka mniej­szych kon­struk­cji unosi się w po­wie­trzu.

– A co wy tutaj ro­bi­cie? To moja sny­mu­la­cja. Nie wy­da­je mi się, żebym roz­sy­łał za­pro­sze­nia.

Eu­ry­no­me oglą­da się za sie­bie. Głos na­le­ży do dziec­ka, nie do­ro­słe­go, ale nie roz­po­zna­je jego wła­ści­cie­la. Awa­tar ma ciem­ną kar­na­cję i wy­so­ko upię­te krę­co­ne włosy; twarz, ra­mio­na i dło­nie zdo­bią ta­tu­aże o wzo­rach ukła­da­ją­cych się w fi­gu­ry geo­me­trycz­ne i ob­ra­zy przy­wo­dzą­ce na myśl zwie­rzę­ta z atla­sów.

– To twój sen? – pyta z po­dzi­wem Eu­ry­no­me.

– Sny i ma­rze­nia to za mało – od­po­wia­da tam­ten, a w jego gło­sie po­brzmie­wa nuta wyż­szo­ści. – Ja nie śnię. Ja two­rzę.

– Więc sam to wszyst­ko… stwo­rzy­łeś?

– Przy­zna­ję, za­in­spi­ro­wa­łem się tym i owym. Mój oj­ciec ma pełno ta­kich ar­chi­wal­nych pro­jek­tów, wa­la­ją się po całym dysku, to czemu miał­bym nie sko­rzy­stać. Ale, żeby nie było, do­da­łem też co nieco od sie­bie. – Roz­kła­da sze­ro­ko ra­mio­na, jakby chciał nimi objąć całą pa­no­ra­mę. – Tro­chę oży­wi­łem ten po­nu­ry kra­jo­braz. Wszyst­kie ro­śli­ny i zwie­rzę­ta są moje. Wszyst­kie lasy, łąki i upra­wy, ryby, żół­wie i ptaki. A skoro już przy tym je­ste­śmy… – Za­kła­da wy­ta­tu­owa­ne ręce na pier­si. – Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym stwo­rzył ludzi.

Eu­ry­no­me nie po­trze­bu­je wię­cej słów, by mieć cał­ko­wi­tą pew­ność.

– Wszy­scy śnimy ten sam sen.

– Wła­śnie widzę. – Gdyby nie byli teraz w wir­tu­alu, pew­nie prze­wró­cił­by ocza­mi. – Cóż, miło się roz­ma­wia­ło, ale chyba już czas na was. Na pewno znaj­dzie­cie dla sie­bie jakąś cie­kaw­szą sny­mu­la­cję.

– Nie to mia­łam na myśli. My też śnimy o świe­cie, który wy­klu­wa się z jaja.

Chło­piec przez chwi­lę stoi w bez­ru­chu, jakby nagle za­cię­ła się ani­ma­cja jego awa­ta­ra.

– Skąd wie­cie o…

– Każde z nas wi­dzia­ło po­czą­tek – cią­gnie Eu­ry­no­me. – Rysa, pęk­nię­cie, wy­klu­cie. Z gór­nej sko­rup­ki niebo, z dol­nej sko­rup­ki zie­mia.

Teraz wręcz po­chmur­nie­je, jakby do­tknię­ty do ży­we­go tym, że nagle musi dzie­lić swój sen z czwór­ką nie­zna­jo­mych.

– Ale tak na­praw­dę nigdy nie wi­dzie­li­śmy tego, co było dalej.

– Bo tego nie wy­star­czy wy­śnić – oświad­cza tam­ten wy­nio­śle. – To trze­ba za­pla­no­wać.

Fanes macha wir­tu­al­ną dło­nią.

– Pla­no­wa­nie zo­staw­my do­ro­słym. Świat nie wy­klu­je się, do­pó­ki coś nie roz­bi­je sko­rup­ki od środ­ka.

– Nie ma o czym mówić, do­pó­ki nie wiemy, co ozna­cza­ją sny – mówi Ilma. – Jesz­cze nie śni­li­śmy ich wy­star­cza­ją­co długo, nie od­sło­ni­ły się przed nami w całej oka­za­ło­ści. Być może coś nam umyka, cze­goś bra­ku­je…

– Mój oj­ciec uważa je za dobry znak. Znak, że w przy­szło­ści będę mógł pójść w jego ślady, a potem jesz­cze dalej.

– Na razie sny są tylko cha­osem – ucina Pangu. – Po­win­ni­śmy za­cze­kać, aż okrzep­ną w coś sta­łe­go, w coś pew­ne­go.

Eu­ry­no­me wpa­tru­je się w cy­fro­we niebo. Gdyby tylko mogli prze­tłu­ma­czyć swoje wizje na jeden język, utkać z nich wspól­ny kod, a potem roz­plą­tać go li­nij­ka po li­nij­ce i wszyst­ko zro­zu­mieć…

– Mamy tylko kilka ka­wał­ków sko­rup­ki, któ­rych jesz­cze nie umie­my skle­ić w ca­łość.

– Ja cały czas szu­kam bra­ku­ją­cych odłam­ków. – Chło­piec wzru­sza ra­mio­na­mi. – Ale niech wam bę­dzie, wyjdź­my stąd i spo­tkaj­my się na ze­wnątrz. By­li­ście kie­dyś w Sy­na­e5the­sii?

Ze sny­mu­la­cji wy­cho­dzi się albo au­to­ma­tycz­nie po za­koń­cze­niu cyklu, albo przez ko­twi­cę. Ko­twi­cą są zwy­kle od­po­wied­nio ozna­ko­wa­ne drzwi, scho­dy lub tunel – i każda wy­so­ka prze­paść. Eu­ry­no­me ma na­dzie­ję, że nie będą mu­sie­li ska­kać z klifu; ich prze­wod­nik spra­wia wra­że­nie kogoś, kto mógł­by wpaść na coś po­dob­ne­go.

Tym razem ko­twi­cą oka­zu­je się prze­zro­czy­sta kap­su­ła w prze­szklo­nym szy­bie. Szczyt wieży ginie gdzieś wy­so­ko w nie­bie. Z tru­dem miesz­czą się w środ­ku, ku mil­czą­ce­mu nie­za­do­wo­le­niu prze­wod­ni­ka, który od­wra­ca się do nich ple­ca­mi i sku­pia na wi­do­ku za szybą. Eu­ry­no­me po­dą­ża za jego spoj­rze­niem. Im wyżej się wzno­szą, tym le­piej widać, jak gi­gan­tycz­na jest me­tro­po­lia, jak szcze­gó­ło­wo za­pro­jek­to­wa­ny każdy bu­dy­nek, jak skom­pli­ko­wa­na sieć ulic, jak…

Mia­sto w jed­nej chwi­li pęka ni­czym bańka my­dla­na, roz­my­wa się w ka­lej­do­sko­pie wi­zu­ali­za­cji.

Eu­ry­no­me zdej­mu­je hełm, prze­cie­ra oczy, roz­glą­da się do­oko­ła. Widzi go – gra­mo­li się z ko­ko­nu fo­te­la jak pi­sklę wy­klu­wa­ją­ce się z jaja.  

Wy­glą­da pra­wie tak samo jak w sny­mu­la­cji, ale za­miast wzo­rzy­stych ma­lun­ków zdo­bią­cych twarz i opla­ta­ją­cych ra­mio­na nosi tylko nie­wiel­kie ta­tu­aże cy­fro­we na nad­garst­kach.

Nie uśmie­cha się. Spra­wia wra­że­nie, jakby my­śla­mi był gdzie in­dziej, być może już w da­le­kiej przy­szło­ści. Zdaw­ko­wo kiwa głową i wy­cią­ga rękę jak do­ro­sły.

– Ta’aroa. – Mil­czy przez chwi­lę, po czym zaraz się re­flek­tu­je: – Mo­że­cie mi mówić Taro.

 

In­ku­ba­cja

Nie­ła­two jest zna­leźć wyj­ście, gdy tak wiele drzwi po­zo­sta­je za­mknię­tych.

Eu­ry­no­me roz­ma­wia o snach z Tu-me­tuą, są­siad­ką z sek­cji Taro. Tu-me­tua miesz­ka nie w jaju, ale w wy­drą­żo­nej łu­pi­nie ko­ko­sa, a jej brat jest w po­ło­wie rybą. Kiedy była młod­sza, mama co noc śpie­wa­ła jej pra­sta­re ko­ły­san­ki, które roz­pę­dza­ły wszyst­kie złe sny. Teraz nie­wie­le pa­mię­ta tak z pio­se­nek, jak i ze snów.

Fanes chro­ni swój sen, ogrze­wa go skrzy­dła­mi. Wie­rzy, że trzy­ma­ją w rę­kach coś bez­cen­ne­go, że to wła­śnie pod gład­ką sko­rup­ką kryje się roz­wią­za­nie za­gad­ki. Jeśli go nie po­zna­ją, muszą przy­naj­mniej pa­mię­tać. Po­dejrz­li­wie spo­glą­da na do­ro­słych; w ich oczach nie widzi bla­sku, który roz­bi­je jajo wszech­świa­ta.

Pangu jest prze­ko­na­ny, że czas przy­nie­sie od­po­wiedź. Naj­waż­niej­sze to do­kład­nie po­znać two­rzy­wo snu i cier­pli­wie rzeź­bić w jego bryle, odłu­pu­jąc nie­po­trzeb­ne ele­men­ty. Do­pie­ro po odło­że­niu młot­ka i dłuta bę­dzie można przyj­rzeć się z dy­stan­su temu, co po­zo­sta­nie. Pangu każ­de­go dnia uczy smoka no­wych kro­ków. Każ­dej nocy pod­trzy­mu­je niebo, by po­zo­sta­ło od­dzie­lo­ne od ziemi.

Taro zbie­ra wszyst­kie ka­wał­ki sko­rup­ki, jakie udaje mu się zna­leźć. Plany cen­trum mia­sta i ko­ry­ta­rze sek­cji miesz­kal­nych zna już na pa­mięć; chciał­by wresz­cie się do­wie­dzieć, co ta­kie­go mie­ści się na niż­szych po­zio­mach, na które nie wolno im scho­dzić. Ukrad­kiem za­glą­da przez szyby do szklar­ni hy­dro­po­nicz­nych, gdzie bujna zie­leń pię­trzy się na zim­nych me­ta­lo­wych ste­la­żach.

Ilma myśli o gnieź­dzie kacz­ki, kiedy na za­ję­ciach wy­ho­do­wu­je ogród w pro­bów­ce. Ob­ser­wu­je, jak krysz­tał­ki soli roz­kwi­ta­ją w szkle wod­nym w fa­lu­ją­ce wo­do­ro­sty o wszyst­kich od­cie­niach tur­ku­su. Być może nie wy­star­czy cze­kać, aż sie­dem jaj się ogrze­je, a świat się wy­klu­je – po­trze­ba dla nich od­po­wied­nie­go śro­do­wi­ska, od­po­wied­nie­go ka­ta­li­za­to­ra, który po­bu­dzi to, co drze­mie w środ­ku.

Eu­ry­no­me śni. We śnie po raz pierw­szy widzi w pęk­nię­ciu sko­rup­ki czło­wie­ka. Zniża lot, żeby przyj­rzeć mu się z bli­ska. Z po­cząt­ku go nie roz­po­zna­je, bo twarz przy­sła­nia mu hełm, a całe ciało ma ople­cio­ne prze­wo­da­mi. Do­pie­ro okrą­że­nie póź­niej do­strze­ga opró­szo­ne zło­tem bło­nia­ste skrzy­dła, które roz­po­ście­ra­ją się ponad zie­mią i roz­sy­ła­ją świa­tło na wszyst­kie stro­ny świa­ta.

 

 

Wzrost

– …bu­do­wę na­ziem­nych mo­du­łów miesz­kal­nych dla stu ko­lo­ni­stów, spon­so­ro­wa­nych przez kor­po­ra­cję Na­no­Spa­ce…

Eu­ry­no­me prze­bie­ga obok ekra­nu in­for­ma­cyj­ne­go i wpada do bu­dyn­ku youTo­pii. Ob­rzu­ca salę szyb­kim spoj­rze­niem – Taro czeka po­grą­żo­ny w my­ślach w swoim fo­te­lu, Fanes mości się w gnieź­dzie ze splą­ta­nych kabli. Cze­ka­ją jesz­cze na po­zo­sta­łych.

– Co to za miej­sce, o któ­rym pi­sa­łeś?

– Stara baza. – Taro spla­ta przed sobą dło­nie, srebr­no-zło­te ta­tu­aże cy­fro­we lśnią na nad­garst­kach. – Bar­dzo wcze­sna wer­sja na­sze­go mia­sta, teraz już pusta sko­rup­ka po­zo­sta­wio­na sama sobie. Ta praw­dzi­wa jest gdzieś na po­wierzch­ni, poza ko­pu­łą, za­mknię­ta na trzy kody.

Oczy Eu­ry­no­me błysz­czą. Teraz, kiedy tak wiele wie o świe­cie, chce po­znać go na tyle, na ile to moż­li­we. Poza tym zwie­dza­nie sta­rej bazy w wir­tu­alu to już pra­wie jak wyj­ście poza ko­pu­łę.

– A co, jeśli ktoś nas znaj­dzie?

– Nie znaj­dzie. Tym razem za­bez­pie­czy­łem nas ha­słem. – Taro zniża głos do szep­tu. – Mój oj­ciec nie ma po­ję­cia, że sko­pio­wa­łem ten pro­jekt.

Drzwi roz­su­wa­ją się. W od­da­li sły­chać tupot stóp i ma­łych me­cha­nicz­nych łapek, ude­rze­nia młot­ka i dłuta rzeź­bią­cych w bryle snu. Na końcu wiatr przy­wie­wa Ilmę; zja­wia się w sali po cichu, jakby nie chcąc spło­szyć drze­mią­cej w gnieź­dzie kacz­ki.

Eu­ry­no­me sięga po gogle i uru­cha­mia sny­mu­la­cję.

Okrą­głe po­miesz­cze­nie jest chłod­ne i bez­barw­ne; wi­docz­ne linie siat­ki ni­czym nie­wy­ma­za­ne z ob­ra­zu kon­tu­ry zdra­dza­ją sztucz­ność kon­struk­cji. Cen­trum mo­du­łu zaj­mu­je ob­szer­ny stół, przy ścia­nach roz­miesz­czo­no sta­no­wi­ska kom­pu­te­ro­we. Sta­no­wisk jest pięć, tak jakby zo­sta­ły przy­go­to­wa­ne dla nich sa­mych. Po lewej i po pra­wej toną w pół­mro­ku ko­ry­ta­rze pro­wa­dzą­ce do dal­szych po­miesz­czeń.

Taro wy­god­nie sa­do­wi się przy stole.

– Stara baza – po­dej­mu­je po­now­nie. – Tutaj miesz­ka­ła pierw­sza za­ło­ga, kiedy nasze mia­sto jesz­cze nie ist­nia­ło. To oni stwo­rzy­li pierw­sze prób­ki po­wie­trza, wody i ro­ślin.

– Oni do­kład­nie wie­dzie­li, co robić, żeby tchnąć w to miej­sce życie – za­sta­na­wia się gło­śno Eu­ry­no­me. – Dla­cze­go my tego nie wiemy?

– Tak na­praw­dę nie po­tra­fi­li ni­cze­go ponad to, co po­tra­fią wszy­scy do­ro­śli. Poza tym… – Taro robi dłuż­szą pauzę. – Pierw­sza za­ło­ga nie wy­peł­ni­ła swo­jej misji do końca. Ani ko­lej­na, ani ko­lej­na. Całe de­ka­dy upły­nę­ły, zanim za­ło­żo­no nasze mia­sto.

Jego słowa budzą w Eu­ry­no­me nagły nie­po­kój. Czy tak samo bę­dzie z nimi? Czy może stać się tak, że nie znaj­dą wszyst­kich odłam­ków sko­rup­ki i nie po­zna­ją ta­jem­ni­cy wy­klu­cia?

I odej­dą, zanim jesz­cze się uro­dzą?

Ale z nimi bę­dzie ina­czej. Dzień ich na­ro­dzin zo­stał już dawno za­pi­sa­ny, wszyst­kie ob­li­cze­nia zo­sta­ły po­czy­nio­ne.

Świat coraz bar­dziej się zmie­nia. Ro­śnie. Roz­war­stwia się na prze­szłość, te­raź­niej­szość i przy­szłość. Tyle no­we­go musi się teraz zmie­ścić pod sko­rup­ką – tyle snów, pla­nów i pro­jek­tów. Przy­szłość jest jesz­cze płyn­na, bez­kształt­na, ła­god­nie otula na­bie­ra­ją­ce kon­tu­rów mia­sto. Kiedy wresz­cie się skry­sta­li­zu­je, w jaju może nie star­czyć już miej­sca na nic wię­cej.

 

***

 

Nad szkol­nym biur­kiem ob­ra­ca się wolno ho­lo­gram wiel­kiej kuli. Eu­ry­no­me prze­cha­dza się do­oko­ła, z za­pa­łem stu­ka­jąc w in­te­rak­tyw­ne punk­ty roz­miesz­czo­ne w wy­bra­nych miej­scach; Fanes kręci się na fo­te­lu obok, od czasu do czasu zie­wa­jąc. Tre­ści wy­świe­tla­ją­cych się ko­lej­no in­fo­gra­fik płyn­nie prze­śli­zgu­ją się z oku­la­rów po­więk­sza­ją­cych do wsz­cze­pów pa­mię­cio­wych.

Wiel­ka kula nie przed­sta­wia mo­de­lu Marsa.

Na za­ję­ciach uczą się teraz o świe­cie, który ist­niał przed tym, zanim po­wsta­ło mia­sto. O Ziemi. Tata jed­nak nie żar­to­wał – na­praw­dę przy­le­cie­li tutaj na stat­ku. To zna­czy do­ro­śli, bo wszyst­kie dzie­ci uro­dzi­ły się już pod sko­rup­ką.

Ro­dzi­ce zro­bi­li się zresz­tą nieco bar­dziej roz­mow­ni. Zdają się wspo­mi­nać prze­szłość z pew­nym roz­rzew­nie­niem, mimo że ich pla­ne­ta zo­sta­ła znisz­czo­na i mu­sie­li na za­wsze ją opu­ścić – wy­ja­ło­wio­ną z su­row­ców, po­dziu­ra­wio­ną wy­bu­cha­mi bomb, po­ora­ną bruz­da­mi klęsk ży­wio­ło­wych i eko­lo­gicz­nych. Wsie­dli na sta­tek, a tam za­pa­dli w sen i wiele mie­się­cy pły­nę­li przez prze­strzeń ko­smicz­ną, by obu­dzić się pod sko­rup­ką. Tyle samo, ile na swoje na­ro­dzi­ny cze­ka­ła Eu­ry­no­me.

Naj­więk­szym za­sko­cze­niem jest jed­nak to, że Zie­mię i Marsa dzie­li od­le­głość nie w cza­sie, a w prze­strze­ni.

Przy­cisk uru­cha­mia krót­ką ani­ma­cję. Eu­ry­no­me jak za­hip­no­ty­zo­wa­na wpa­tru­je się w sy­mu­la­cję przed­sta­wia­ją­cą zmia­ny kli­ma­tycz­ne. Nie­bie­skie linie wci­na­ją się w głąb lądu, nie­bie­skie plamy wy­ma­zu­ją linie brze­go­we i za­bar­wia­ją zie­lo­ne ob­sza­ry na mapie. Przej­ście. Rzeki płyną sze­ro­ki­mi ale­ja­mi mię­dzy szpa­le­ra­mi na wpół za­to­pio­nych bu­dyn­ków, nad opu­sto­sza­ły­mi mia­sta­mi gó­ru­ją ka­mien­ne sta­tuy. Przej­ście. Ob­dar­ci lu­dzie prze­cha­dza­ją się wśród łanów uschnię­tych zbóż. Przej­ście. Ko­ro­ny drzew czer­nie­ją pod bursz­ty­no­wym nie­bem, po­wo­li za­snu­wa­ne gę­sty­mi kłę­ba­mi dymu.

Eu­ry­no­me skru­pu­lat­nie no­tu­je licz­by, dane i sta­ty­sty­ki. Każdy przy­cisk na­su­wa nowe py­ta­nia. Czy Zie­mia też kie­dyś wy­klu­ła się z jaja? Czy przed Zie­mią była jesz­cze inna Zie­mia? Czy nowy świat czeka w przy­szło­ści taki sam ko­niec?

Tutaj wszy­scy uczą się, jak wy­ko­rzy­sty­wać każdą kro­plę wody, każdy od­dech, ener­gię każ­de­go pro­mie­nia słoń­ca. Pod sko­rup­ką nie ma wojen, kry­zy­sów ani po­wo­dzi.

– Czy są ja­kieś py­ta­nia?

– Tak – od­zy­wa się głos z dru­gie­go końca sali. – Dla­cze­go są tutaj tylko daty z dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wieku?

– Żeby ci się im­plant nie prze­grzał, Yared – rzuca ktoś ze sta­no­wi­ska obok.

– Na razie po­zna­je­my dzie­je naj­now­sze. – Na­uczy­ciel­ka nie daje się zbić z tropu. – In­te­re­su­ją nas te wy­da­rze­nia, po­przez które hi­sto­ria Ziemi łączy się z naszą hi­sto­rią.

– Ale nasza hi­sto­ria za­czę­ła się całe stu­le­cie wcze­śniej – nie pod­da­je się Yared. – Dla­cze­go nie uczy­my się o prze­lo­tach sond albo o prze­jaz­dach ła­zi­ków, albo pierw­szym locie za­ło­go­wym, albo…

– Cie­szy mnie twój zapał, Yared. – W spo­koj­nym dotąd gło­sie po­brzmie­wa lek­kie znie­cier­pli­wie­nie. – Na to też przyj­dzie czas, ale na obec­nym eta­pie nauki nie są to dla nas tre­ści naj­istot­niej­sze.

– To wszyst­ko wy­da­rze­nia prze­ło­mo­we dla na­szej hi­sto­rii.

– Z ziem­skiej per­spek­ty­wy; per­spek­ty­wy two­ich ro­dzi­ców, jak się do­my­ślam? Nie bez po­wo­du uczy­my się wła­śnie o zmia­nach kli­ma­tu, o woj­nach su­row­co­wych, o kry­zy­sie nu­kle­ar­nym. Cho­dzi przede wszyst­kim o to, żeby wy­cią­gnąć od­po­wied­nie wnio­ski i wię­cej nie po­peł­nić tych sa­mych błę­dów.

Wszyst­kie oczy wpa­tru­ją się w Yare­da, ale ten tylko od­mru­ku­je coś pod nosem i wraca do swo­je­go ho­lo­gra­mu.

– Czy są jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

 

 

Rysa

Nad mia­stem za­pa­da zmrok, ulice cen­trum roz­pa­la­ją się świa­tłem la­tar­ni ulicz­nych. Znad szkla­nej ba­lu­stra­dy ta­ra­su Sy­na­e5the­sii Eu­ry­no­me ob­ser­wu­je nie­licz­nych już o tej porze prze­chod­niów. Przy stole Ilma i Fanes po­gry­za­ją słod­ko-pi­kant­ne śnież­ki mro­żo­ne cie­kłym azo­tem. Taro w sku­pie­niu stu­diu­je in­te­rak­tyw­ny plan naj­niż­szych po­zio­mów mia­sta, dol­nej sko­rup­ki jaja; smok Pangu tań­czy mię­dzy ta­le­rzy­ka­mi, na któ­rych trzę­są się ko­lo­ro­we ga­la­ret­ki. Z su­fi­tu zwie­sza­ją się błę­kit­ne świa­tło­wo­dy ozdob­nej lampy, dłu­gie pa­rzy­deł­ka flu­ore­scen­cyj­nej me­du­zy.

Do­ro­śli stale są w ruchu, nawet kiedy stoją w miej­scu; stale są za­ję­ci, nawet kiedy od­po­czy­wa­ją. Sta­wia­ją kroki w jed­na­ko­wym, tylko sobie zna­nym ryt­mie. Za bar­dzo się spie­szą, by unieść głowy i spoj­rzeć w niebo.

I jest też ktoś, kto wcale się nie spie­szy. Leży z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi za głową na pod­świe­tla­nej ławce w parku, wpa­tru­jąc się w sztucz­ne gwiaz­dy. Eu­ry­no­me pa­mię­ta go, ale do­pie­ro teraz na­su­wa się jej py­ta­nie.

– My­śli­cie, że on też może być śnią­cym?

Fanes wy­chy­la się za ba­lu­stra­dę, ob­ra­ca­jąc w pal­cach patyk ze śnież­ką.

– Yared? Nie wy­da­je mi się. Zbyt wiele w nim z do­ro­słe­go. Za­cho­wu­je się, jakby prze­żył już wszyst­ko, ale nigdy nie po­znał ta­jem­ni­cy. Bły­snę­ła mu tylko przed ocza­mi i znik­nę­ła bez­pow­rot­nie.

– On może coś wie­dzieć – od­zy­wa się Ilma. – Sły­sza­łam, że jego ro­dzi­ce pra­cu­ją przy ma­szy­nach poza ko­pu­łą.

Taro na chwi­lę unosi wzrok znad mapy.

– Tylko nie po­da­waj mu żad­nych haseł, do­pó­ki się nie upew­nisz, że jest jed­nym z nas.

Eu­ry­no­me mruży go­łę­bie oczy pod ciem­ny­mi brwia­mi; spoj­rze­nie znów sfru­wa na dolny po­ziom, przy­sia­da na ga­łę­zi drze­wa w parku. Sie­dem jaj, sie­dem snów. Czy to jest ko­lej­ny odła­mek sko­rup­ki, któ­re­go szu­ka­ją?

Na pro­wi­zo­rycz­ny fir­ma­ment wze­szły już oba księ­ży­ce – opro­mie­nio­ny au­re­olą Fobos i ma­leń­ka iskier­ka De­imo­sa. Ich od­bi­cia fa­lu­ją na wo­dzie, od­bi­cia ich odbić lśnią w oczach Eu­ry­no­me. Żadne z nich nie jest praw­dzi­wym nie­bem, ale praw­dzi­we niebo nie jest jesz­cze go­to­we; pro­jek­cja na ko­pu­le to naj­bliż­sze, co przy­po­mi­na jego przy­szły kształt.

Eu­ry­no­me przy­sia­da na brze­gu sa­dzaw­ki. Uśmie­cha się lekko, kiedy od­naj­du­je na noc­nym nie­bie gwiaz­do­zbiór Go­łę­bia. Ptak krąży nad swoim gniaz­dem, czuwa nad jajem grze­ją­cym się w łu­sko­wa­tych ob­ję­ciach.

Zgrzyt. Na gład­kiej sko­rup­ce po­ja­wia się rysa. Niebo mruga ni­czym gi­gan­tycz­ne oko, mruga raz, drugi, trze­ci, a potem ga­śnie.

Zanim ilu­zja roz­świe­tla się na nowo, oboje długo widzą tylko pustą biel ko­pu­ły. Yared śmie­je się krót­ko i z ocią­ga­niem pod­no­si z ławki. Wy­da­je się w jakiś spo­sób usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, zu­peł­nie jakby wcale nie przy­szedł tu ob­ser­wo­wać gwiazd, ale cze­kał na awa­rię pro­jek­to­ra.

– Który to już raz w tym ty­go­dniu? Dzie­sią­ty? – po­mru­ku­je pod nosem, na wpół do niej, na wpół do sie­bie. – Mówię ci, pew­ne­go dnia coś zgrzyt­nie, skrzyp­nie, trza­śnie i wszy­scy obu­dzi­my się w ja­kiejś pu­stej prze­strze­ni, na ma­try­cy rze­czy­wi­sto­ści. Albo jako mózgi w sło­jach.

Eu­ry­no­me spo­glą­da w górę, ale za­miast Go­łę­bia widzi je­dy­nie pięć roz­rzu­co­nych na nie­bie kro­pek.

– Ta ko­pu­ła to tylko sko­rup­ka jaja. Kiedy na­dej­dzie czas, z jaja wy­klu­je się praw­dzi­wy świat i wszyst­ko się zmie­ni.

Od­wra­ca się, czu­jąc na sobie ba­daw­cze spoj­rze­nie.

– Praw­dzi­wy świat? To zna­czy, że nigdy dotąd nie wi­dzia­łaś praw­dzi­we­go świa­ta?

– Nikt go nie wi­dział. Świat poza sko­rup­ką jesz­cze nie ist­nie­je, do­pie­ro kształ­tu­je się z cha­osu.

– Do­praw­dy? – dziwi się Yared. – Moi ro­dzi­ce wciąż o nim opo­wia­da­ją, a sami wi­du­ją go co­dzien­nie. Pew­nie miesz­kasz w jed­nej z tu­tej­szych sek­cji, co? Stąd do­ro­śli nigdy nie wy­cho­dzą poza ko­pu­łę.

Eu­ry­no­me nie do­strze­ga Go­łę­bia, ale sły­szy, jak ner­wo­wo trze­po­cze skrzy­dła­mi. Sko­rup­ka nagle wy­da­je się dla niego za mała. Chce wie­dzieć, czy na ze­wnątrz jest coś wię­cej niż ma­szy­ny pod­trzy­mu­ją­ce jajo przy życiu.

– Co ci o nim opo­wie­dzie­li?

 

 

Pęk­nię­cie

Z cen­trum prze­do­sta­ją się na nie­wiel­ką sta­cję. Kilka minut póź­niej przy­jeż­dża metro i za­bie­ra grup­kę zmę­czo­nych do­ro­słych w iden­tycz­nych błę­kit­no-czar­nych kom­bi­ne­zo­nach. Eu­ry­no­me prze­stę­pu­je z nogi na nogę; nigdy wcze­śniej nie wy­jeż­dża­ła poza mia­sto.

Nigdy wcze­śniej nie była poza sko­rup­ką.

Po­spiesz­nie zaj­mu­ją ostat­nie wolne miej­sca w wa­go­nie. Po­ciąg ziewa i gład­ko sunie dalej, przy­ga­szo­ne twa­rze pa­sa­że­rów od­bi­ja­ją się w szy­bach jak za­tar­te wspo­mnie­nia.

Sta­cja, na któ­rej wy­sia­da­ją, pro­wa­dzi do jed­nej z na­ziem­nych sek­cji, gdzie mo­du­ły są mniej­sze i gęsto sku­pio­ne – na każ­dym pię­trze miesz­czą się ich trzy. Prze­strzeń wspól­ną sta­no­wi cia­sny ko­ry­tarz, w któ­rym mi­ja­ją się prze­cho­dzą­cy. Bu­dy­nek szcze­rzy me­ta­lo­we zęby scho­dów, kła­pie ko­lej­ny­mi pasz­cza­mi drzwi. Kiedy za­trzy­mu­ją się przed wej­ściem do mo­du­łu, Eu­ry­no­me za­czy­na się oba­wiać, co za­sta­nie w środ­ku, jed­nak szyb­ko od­dy­cha z ulgą.

Wnę­trze jest urzą­dzo­ne pro­sto, ale przy­tul­nie. Sztucz­ne okna po­zwa­la­ją za­po­mnieć o nie­wiel­kiej po­wierzch­ni, ze ste­ryl­nych bia­łych mebli zwie­sza­ją się mięk­kie tka­ni­ny z frędz­la­mi, ścia­ny zdo­bią ko­lo­ro­we okła­dzi­ny w geo­me­trycz­ne wzory. Te w po­ko­ju Yare­da nie­mal cał­ko­wi­cie za­sła­nia­ją ani­mo­wa­ne kra­jo­bra­zy: fale ob­my­wa­ją­ce piasz­czy­sty brzeg, drze­wa zie­le­nią­ce się wśród su­ro­wych skał, śmiesz­ne gar­ba­te zwie­rzę­ta idące jeden za dru­gim przez pu­sty­nię.

– Po­do­ba­ją ci się, co? To zdję­cia ro­dzi­ców sprzed od­lo­tu. Chciał­bym kie­dyś sam po­le­cieć na Zie­mię i zo­ba­czyć te miej­sca na wła­sne oczy.

– Yared, prze­cież tego wszyst­kie­go już tam nie ma – spro­sto­wu­je ostroż­nie Eu­ry­no­me. – Bę­dzie­my mu­sie­li stwo­rzyć świat od po­cząt­ku.

– Zie­mia wciąż się kręci. Nie wszyst­ko zo­sta­ło znisz­czo­ne. Chciał­bym przy­naj­mniej zo­ba­czyć, jak żyje się tam teraz lu­dziom.

– Na Ziemi cią­gle miesz­ka­ją lu­dzie?

– No pew­nie. A jak my­śla­łaś, skąd cią­gle przy­la­tu­ją nowi ko­lo­ni­ści? – Eu­ry­no­me nie przy­zna­je się, że w ogóle o tym nie my­śla­ła. – Zresz­tą tak na­praw­dę jest nas bar­dzo nie­wie­lu. Spro­wa­dza­ją jakąś setkę pra­cow­ni­ków raz na kilka lat. Wcze­śniej przez całe de­ka­dy przy­la­ty­wa­ły tutaj tylko ma­szy­ny.

Yared mówi długo. Mówi o cza­sach, kiedy jajo jesz­cze nie ist­nia­ło, a cała zie­mia była pust­ko­wiem, przez które prze­ta­cza­ły się burze pia­sko­we. Ro­dzi­ce ich ro­dzi­ców wciąż wy­sy­ła­li ze swo­ich sta­cji skrzy­dla­tych po­słań­ców, by na pust­ko­wiu zna­leź­li wodę.

– Zbu­do­wa­li pierw­sze sondy – opo­wia­da – ale oka­za­ły się zbyt słabe, by choć­by roz­wi­nąć skrzy­dła. Potem wy­sła­li or­bi­te­ry, które krą­ży­ły wokół ziemi, ale nigdy na niej nie wy­lą­do­wa­ły. Na­stęp­ne były lą­dow­ni­ki; te pa­da­ły z wy­czer­pa­nia, kiedy tylko przy­cup­nę­ły na ska­łach. Tylko ła­zi­kom udało się wy­ru­szyć dalej w wę­drów­kę po pu­sty­ni, ale nawet ich czas był po­li­czo­ny.

– Żaden z po­słań­ców nie wró­cił?

– Nie­któ­rzy zdą­ży­li wy­słać wia­do­mość, zanim stra­ci­li łącz­ność ze sta­cją. Oka­za­ło się, że tra­fi­li na ślad wody. Czapy lo­do­we, para w at­mos­fe­rze, kro­ple uwię­zio­ne w ska­łach. I ro­dzi­ce na­szych ro­dzi­ców od­czy­ta­li to jako znak.

– Czy nie wiesz, że do­ro­śli już wszyst­ko za­pla­no­wa­li i ob­li­czy­li? – prze­ry­wa mu Eu­ry­no­me. – Mu­si­my tylko cze­kać. Kie­dyś nad nami otwo­rzy się praw­dzi­we niebo, a z nieba spad­nie woda i użyź­ni całą pu­sty­nię.

– Fał­szy­we pro­roc­twa. A ta hi­sto­ria o jaju wszech­świa­ta? Pew­nie pro­du­ku­ją je w la­bo­ra­to­rium, spe­cjal­nie dla ta­kich jak wy, dzie­ci spod ko­pu­ły. Nasi ro­dzi­ce zbłą­dzi­li, ale upar­cie idą pod wiatr i szu­ka­ją drogi w burzy pia­sko­wej.

– I wła­śnie dla­te­go tu je­ste­śmy: żeby stwo­rzyć tutaj życie, kiedy już ją wy­ty­czą.

– Tutaj nie ma życia, Eu­ry­no­me. Całe pię­tra ma­szyn pra­cu­ją, żeby pod­trzy­mać jego na­miast­kę, ale nic nie za­pu­ści tu ko­rze­ni, nic nie roz­kwit­nie. Nic nie wyda owocu.

– Dla­te­go że jesz­cze tego nie do­cze­ka­li­śmy? Drze­wo nie przy­po­mi­na na­sio­na, z któ­re­go wy­ro­sło, a ptak nie jest po­dob­ny do jaja, z któ­re­go się wy­kluł.

– Nie na każ­dej ziemi wy­ro­śnie drze­wo, nie z każ­de­go jaja wy­klu­je się ptak. To miej­sce nie jest raj­skim ogro­dem, a tylko oazą na pu­sty­ni. Mi­ra­żem, który ści­ga­ją nasi ro­dzi­ce.

Eu­ry­no­me mocno za­my­ka w ra­mio­nach swój sen, żeby Yared nie­ostroż­nym ge­stem nie strą­cił go na zie­mię. Pod pal­ca­mi na gład­kiej po­wierzch­ni snu wy­czu­wa pęk­nię­cie. W gło­sie Yare­da nie ma znie­cier­pli­wie­nia, ale nie po­do­ba jej się ten na­tchnio­ny, nie­zno­szą­cy sprze­ci­wu ton, chce strzą­snąć z sie­bie nie­po­ko­ją­ce myśli, które ze sobą nie­sie.

– Skąd to wszyst­ko wiesz? – Go­łę­bie oczy na­bie­ra­ją orlej dra­pież­no­ści. – Czy to coś, co ci się przy­śni­ło?

– To wszyst­ko praw­da. – Yared za­dzie­ra głowę, jakby ura­żo­ny. – Wy­star­czy­ło­by wyjść na ze­wnątrz, żeby się o tym prze­ko­nać. Ro­dzi­ce mówią, że tam cią­gle można zna­leźć mnó­stwo śla­dów po daw­nych cza­sach.

– Nie mo­że­my wyjść na ze­wnątrz – pro­te­stu­je Eu­ry­no­me. – Świat poza ko­pu­łą nie jest jesz­cze go­to­wy.

– Mó­wisz, jakby to był jakiś inny świat – dziwi się Yared. – Nie ma jed­ne­go bez dru­gie­go, Eu­ry­no­me. Wszyst­ko, co mamy pod ko­pu­łą, po­cho­dzi z Ziemi.

 

 

Wy­klu­cie?

– Fanes miał rację. On nie jest śnią­cym.

Znów są w Gnieź­dzie, jak Taro na­zwał sny­mu­la­cję sta­rej bazy. W uple­cio­nym z prze­wo­dów schro­nie­niu, ukry­tym przed ocza­mi do­ro­słych, ich wizja jest bez­piecz­na.

– Ale Ilma też miała rację. Jego ro­dzi­ce opo­wie­dzie­li mu wiele o świe­cie na ze­wnątrz. O ma­szy­nach, które do­tar­ły tu przed ludź­mi, o Ziemi sprzed cza­sów ka­ta­strof.

– Na ze­wnątrz? – pyta po­dejrz­li­wie Taro. – Teraz po­wi­nien nas zaj­mo­wać przede wszyst­kim świat pod sko­rup­ką. Nie mo­że­my po­zwo­lić, żeby nasze sny za­mar­z­ły, żeby za­sy­pa­ła je burza pia­sko­wa.

– Każdy odła­mek może być tym, któ­re­go szu­ka­my.

– Zie­mia to prze­szłość, a prze­szłość jest tylko su­ro­wym two­rzy­wem – do­da­je Pangu. – Cza­sem trze­ba od­rzu­cić ele­men­ty, które nie pa­su­ją do ca­ło­ści. A zwłasz­cza ele­men­ty, które już kie­dyś się nie spraw­dzi­ły.

Ich wizja jest bez­piecz­na, ale wciąż nie­kom­plet­na. Skąd mogą wie­dzieć, co od­rzu­cić, jeśli nie mają peł­ne­go ob­ra­zu? Eu­ry­no­me coraz bar­dziej się nie­cier­pli­wi; nie chce cze­kać, chce roz­wi­nąć skrzy­dła i zo­ba­czyć cały świat z wy­so­ka.

Na ko­lej­ne spo­tka­nie w Gnieź­dzie nie przy­cho­dzi. Nie mówi Fa­ne­so­wi i po­zo­sta­łym, że w wir­tu­alu czuje się jesz­cze mniej praw­dzi­wa niż zwy­kle. Za­czy­na się oba­wiać, że pew­ne­go ranka za­miast swo­jej twa­rzy zo­ba­czy w lu­strze siat­kę po­li­go­nów. Albo że jej ciało za­cznie zni­kać, aż sta­nie się zu­peł­ne nie­wi­dzial­na.

– Byłeś kie­dyś na ze­wnątrz, Yared? – za­ga­du­je na szkol­nej prze­rwie, dłu­biąc wi­del­cem w sa­łat­ce.

– Nie – przy­zna­je nie­chęt­nie Yared, jakby przy­ła­pa­ny na oszu­stwie. – Ale byłem bli­sko, tuż przy samym wyj­ściu. Na­mó­wi­łem ro­dzi­ców, żeby po­ka­za­li mi ska­fan­dry. Zanim się zo­rien­to­wa­li, roz­ma­wia­łem z nimi przez mi­kro­fon zza wi­zje­ra hełmu.

Sa­łat­ka sma­ku­je jak pa­pier. Mokry, lo­do­wa­ty pa­pier.

– Nie, nie po­zwo­li­li­by mi wyjść. Może gdyby wy­brać się tam w któ­ryś dzień wolny, od­po­wied­nio wcze­śnie, kiedy jesz­cze ni­ko­go nie ma…

Eu­ry­no­me nie jest pewna, czy po­win­na to ro­zu­mieć jako swo­bod­ną myśl, czy jako pro­po­zy­cję. Moż­li­we, że Yared ce­lo­wo sfor­mu­ło­wał to wła­śnie w taki spo­sób, cze­ka­jąc na jej re­ak­cję.

– My­ślisz, że mo­gło­by się udać?

– Czemu nie? Tylko wyj­rze­li­by­śmy za drzwi i zaraz wró­ci­li. Nikt nawet by się nie spo­strzegł.

A więc jed­nak pro­po­zy­cja. Eu­ry­no­me nie przyj­mu­je jej, ale i nie od­rzu­ca.

Do czasu.

Spo­ty­ka­ją się na krót­ko przed świ­tem. Eu­ry­no­me wciąż prze­cie­ra skle­jo­ne snem oczy; Yared ob­ra­ca w dło­niach kartę ma­gne­tycz­ną.

Mdły pół­mrok roz­świe­tla się ła­god­nie. Rzędy ska­fan­drów cią­gną się przez całą dłu­gość po­miesz­cze­nia ni­czym ga­le­ria za­po­mnia­nych po­są­gów, armia uśpio­nych war­tow­ni­ków.

Za­trzy­mu­je się w nie­wiel­kiej sek­cji dzie­cię­cych ska­fan­drów, prze­glą­da w wi­zje­rze hełmu. Wie­lo­krot­nie brała udział w ćwi­cze­niach pro­ce­dur awa­ryj­nych, a teraz wy­da­je jej się, że nic nie pa­mię­ta. Me­cha­nicz­nie po­wta­rza wy­uczo­ne kroki. Za­kła­da ob­ci­sły strój z po­lie­stru, potem kom­bi­ne­zon chło­dzą­cy owi­nię­ty pla­sti­ko­wy­mi rur­ka­mi i słu­chaw­kę z mi­kro­fo­nem. Otwie­ra właz z tyłu ska­fan­dra, wsuwa stopy w ogrom­ne buty, zgina palce w nie­wy­god­nych rę­ka­wi­cach, odro­bi­nę skra­ca rę­ka­wy.

Wdech, wy­dech.

Sys­tem mo­ni­to­ru­ją­cy wy­świe­tla sze­reg ikon i ko­mu­ni­ka­tów pod­świe­tlo­nych na zie­lo­no. Eu­ry­no­me mi­ni­ma­li­zu­je in­ter­fejs i spo­glą­da przez wy­pu­kłą szyb­kę. Po­wol­nym, ocię­ża­łym kro­kiem kie­ru­je się do wyj­ścia ewa­ku­acyj­ne­go, gdzie lśni krę­giem świa­tła uchy­lo­ny właz do śluzy po­wietrz­nej.

– Le­piej bę­dzie nie od­cho­dzić za da­le­ko.

– Tylko kilka kro­ków.

Za­trza­sku­je się wej­ście do wnę­trza sko­rup­ki, otwie­ra się wyj­ście do praw­dzi­we­go świa­ta. Teraz, kiedy Eu­ry­no­me stoi tuż przed jego pro­giem, nagle ogar­nia­ją ją wąt­pli­wo­ści. Praw­dzi­we­go? Nie, świat jesz­cze się nie wy­kluł, sko­rup­ka jesz­cze nie pękła.

Wdech, wy­dech.

Pierw­szym, na co zwra­ca uwagę po wyj­ściu, jest senne niebo ko­lo­ru stali; bez­gwiezd­ne, bez­k­się­ży­co­we, bez­sło­necz­ne niebo, za­wie­szo­ne poza cza­sem i prze­strze­nią. Tylko tyle – jest zbyt oszo­ło­mio­na, żeby spre­cy­zo­wać, czy świat na ze­wnątrz jawi jej się jako fa­scy­nu­ją­cy, czy od­ra­ża­ją­cy.

Rzecz jasna, na kilku kro­kach się nie koń­czy.

Odłam­ki skał sucho chrzęsz­czą pod sto­pa­mi, kiedy oboje mi­ja­ją pan­cer­ne po­jaz­dy i pę­ka­te zbior­ni­ki sta­cji uzdat­nia­nia wody. Eu­ry­no­me wy­cią­ga głowę i cie­ka­wie roz­glą­da się na boki, chcąc po­chwy­cić jak naj­wię­cej strzęp­ków za­ka­za­nej wie­dzy. W ni­skim bu­dyn­ku, który przy­cup­nął obok ko­pu­ły, roz­po­zna­je starą bazę. Za­glą­da przez szkla­ną po­kry­wę do okrą­głej kadzi, w któ­rej bul­go­cze zie­lo­na za­wie­si­na alg. Tu i ów­dzie z rdza­wej ziemi wy­ra­sta­ją ra­dio­te­le­sko­py, ich cza­sze zwra­ca­ją się ku niebu ni­czym gi­gan­tycz­ne sło­necz­ni­ki. Dalej roz­cią­ga­ją się po­ła­cie pa­ne­li fo­to­wol­ta­icz­nych, wiel­kich pla­strów miodu, które za dnia ocie­ka­ją płyn­nym zło­tem pro­mie­ni słoń­ca.

Wdech, wy­dech. Sys­te­my ska­fan­dra dzia­ła­ją po­praw­nie. W od­da­li biją skrzy­dła­mi tur­bi­ny wia­tro­we, na nie­bie wiją się czar­ne węże dymu wy­peł­za­ją­ce z ko­mi­nów fa­bryk. Na roz­le­głym lą­do­wi­sku mar­z­ną ziem­skie frach­tow­ce.

Czas w końcu budzi się i daje o sobie znać. Słoń­ce małe jak biały ka­rzeł le­ni­wie wspi­na się ponad ho­ry­zont, ob­rzu­ca­jąc zie­mię chłod­nym spoj­rze­niem. Głu­cha cisza spo­wi­ja Me­ri­dia­ni Pla­num.

Naj­pierw za­uwa­ża­ją od­ci­śnię­te w re­go­li­cie ko­le­iny, cią­gną­ce się przez pust­ko­wie i zni­ka­ją­ce za nie­wy­so­kim wznie­sie­niem.

Ślady koń­czą się na ko­łach dzi­wacz­ne­go urzą­dze­nia, le­d­wie wi­docz­nych, nie­mal zu­peł­nie grzę­zną­cych w ziemi. Ponad zie­mię wy­sta­je tylko skrzy­dło pa­ne­lu sło­necz­ne­go, za­piasz­czo­ne­go i za­rdze­wia­łe­go, i coś, co kie­dyś mu­sia­ło być ka­me­rą, umiesz­czo­ne na dłu­gim masz­cie.

Ka­me­ry, przy­po­mi­na sobie Eu­ry­no­me. Ner­wo­wo oglą­da się za sie­bie, wy­pa­tru­jąc nad­jeż­dża­ją­ce­go po nich pan­cer­ne­go po­jaz­du, ale nic nie mąci mar­twe­go bez­ru­chu pu­sty­ni.

Yared przy­klę­ka przy urzą­dze­niu, prze­cie­ra rę­ka­wi­cą pia­sek ze szkla­nych oczu. Potem zre­zy­gno­wa­ny opusz­cza dłoń.

– Nawet nie wie­dzia­łem, że jest z nim tak źle. Wy­obra­ża­łem sobie, że bę­dzie tu stać jak posąg, na co­ko­le, opa­trzo­ny pa­miąt­ko­wą ta­bli­cą.

Eu­ry­no­me przez chwi­lę marsz­czy brwi, po czym jej twarz roz­ja­śnia zro­zu­mie­nie.

– To…

– Op­por­tu­ni­ty. Jeden z po­słań­ców. Wę­dro­wał przez pu­sty­nię całe pięt­na­ście lat. To zna­czy ziem­skich lat. Osiem na­szych. Wiele udało mu się w tym cza­sie zo­ba­czyć. Ot­chła­nie kra­te­rów i okru­chy me­te­ory­tów, burze pia­sko­we prze­ta­cza­ją­ce się przez zie­mię i cir­ru­sy pły­ną­ce po nie­bie. Spo­tka­nie Fo­bo­sa i De­imo­sa ze Słoń­cem.

Wy­ga­słe oczy kamer spo­glą­da­ją nie­ru­cho­mo w dal.

– Ale wciąż za mało, by móc prze­ka­zać sta­cji, że ist­nie­je tutaj życie.

– A jed­nak tu je­ste­śmy. Czy to nie zna­czy, że się udało?

– Cie­ka­we, czy my też tak skoń­czy­my. Za­grze­ba­ni w pia­chu, z pu­sty­mi ocza­mi i prze­trą­co­ny­mi skrzy­dła­mi, do końca cze­ka­jąc na cud.

Eu­ry­no­me mil­czy.

Oglą­da się za sie­bie, tym razem nie wie­dzio­na stra­chem, ale tknię­ta nie­ja­snym prze­czu­ciem. Coś się zmie­nia. Mia­sto za wzgó­rzem wy­da­je jej się teraz nie cen­trum wszech­świa­ta, a nie­po­zor­nym kop­cem; nie sko­rup­ką, a za­rod­kiem uśpio­nym pod wiel­ką ko­pu­łą nieba.

I jest coś jesz­cze. Przez pu­sty­nię sunie w ich stro­nę pan­cer­ny po­jazd.

Wdech, wy­dech.

 

 

Gniaz­do

Ko­lej­ne go­dzi­ny zo­sta­ją stło­czo­ne w ste­ryl­nych ścia­nach miej­skie­go szpi­ta­la. Nikt nie wie, co zro­bić z jej nie­pla­no­wa­nym wy­klu­ciem. Czy to na­praw­dę było wy­klu­cie? Le­ka­rze spraw­dza­ją ją od stóp do głów trzesz­czą­cym licz­ni­kiem, mie­rzą tem­pe­ra­tu­rę i ci­śnie­nie, po­bie­ra­ją krew do badań i za­da­ją mnó­stwo pytań. Eu­ry­no­me cza­sa­mi sły­szy do­bie­ga­ją­ce zza drzwi zna­jo­me głosy, ale tego dnia nie widzi się już ani z Yare­dem, ani z ro­dzi­ca­mi. Na noc zo­sta­wia­ją ją pod opie­ką an­dro­ida.

Eu­ry­no­me, wy­czer­pa­na wyj­ściem na ze­wnątrz i ca­ło­dnio­wym po­by­tem w szpi­ta­lu, szyb­ko za­sy­pia.

Kiedy budzi się rano, nie może sobie przy­po­mnieć, co jej się śniło.

Przez na­stęp­ny ty­dzień seria badań co­dzien­nie się po­wta­rza, jakby przez jej przed­wcze­sne na­ro­dzi­ny świat pod ko­pu­łą za­ciął się w jed­nym punk­cie i nie mógł roz­wi­jać się dalej. Le­ka­rze krzą­ta­ją się ner­wo­wo, usi­łu­jąc sztyw­ną ru­ty­ną pod­trzy­mać za­gro­żo­ną ilu­zję. Wresz­cie, upew­niw­szy się, że wszyst­kie wy­ni­ki są w nor­mie, wy­pusz­cza­ją ją z mo­du­łu szpi­tal­ne­go.

Ro­dzi­ce z tru­dem zmu­sza­ją się, by za­mie­nić z nią parę słów. Wy­glą­da­ją, jakby po­sta­rze­li się o kilka lat; na nich pęk­nię­cie sko­rup­ki też mu­sia­ło od­ci­snąć swoje pięt­no.

Eu­ry­no­me prze­cha­dza się wśród po­rzu­co­nych odłam­ków. Do­ro­śli ze zna­le­zio­nych przez sie­bie okru­chów na­pręd­ce ukła­da­ją wła­sne wer­sje hi­sto­rii.

– …któ­rych w ubie­głym ty­go­dniu od­na­le­zio­no na po­wierzch­ni Me­ri­dia­ni Pla­num, wła­śnie opu­ści­li szpi­tal. Jak in­for­mu­je dok­tor Stra­vin­sky, u dzie­ci nie zo­sta­ły stwier­dzo­ne ob­ja­wy cho­ro­by po­pro­mien­nej. Eu­ry­no­me Sta­mos i Yared Ho­ro­witz będą po­zo­sta­wa­li pod stałą opie­ką…

– Sys­te­my ska­fan­drów wska­zy­wa­ły zu­ży­cie dwu­na­stu pro­cent za­pa­sów tlenu. Gdyby nie szyb­ka in­ter­wen­cja od­dzia­łu ra­tun­ko­we­go, całe zaj­ście mo­gło­by skoń­czyć się tra­gicz­nie.

– …do­pie­ro po­czą­tek pro­ble­mów, z ja­ki­mi przyj­dzie nam się zmie­rzyć, jeśli roz­bu­do­wa ko­lo­nii bę­dzie po­stę­po­wa­ła w obec­nym tem­pie, bez wzglę­du na kosz­ty ludz­kie i eko­no­micz­ne. Sta­now­czo do­ma­ga­my się zwięk­sze­nia re­gu­la­cji…

– …co przy ak­tu­al­nym sta­nie roz­wo­ju tech­no­lo­gicz­ne­go stwa­rza licz­ne za­gro­że­nia dla pra­wi­dło­we­go roz­wo­ju dziec­ka…

– Pani Sta­mos, czy ze­chcia­ła­by pani od­po­wie­dzieć na kilka pytań?

Drzwi windy za­my­ka­ją się, zmie­nia­jąc wszyst­kie głosy w jed­no­rod­ny szum.

 

***

 

Wy­da­je się, że w gnieź­dzie uwi­tym ze snów i prze­wo­dów pa­nu­je jesz­cze więk­sza cisza niż za­zwy­czaj. Eu­ry­no­me roz­glą­da się po sali, po czym zaj­mu­je miej­sce obok Fa­ne­sa. Kiedy za­trzy­mu­je się na końcu wir­tu­al­ne­go ko­ry­ta­rza, długo waha się, zanim na­ci­śnie przy­cisk przy drzwiach.

Od­mo­wa do­stę­pu.

Eu­ry­no­me po­da­je hasło jesz­cze raz. I jesz­cze raz, i ko­lej­ny. W końcu re­zy­gnu­je, zrzu­ca gogle i opada na mięk­kie opar­cie fo­te­la.

– Eu­ry­no­me? Co tutaj ro­bisz?

Na dźwięk zna­jo­me­go głosu nie­mal zrywa się na równe nogi. Z po­cząt­ku nawet nie wie, gdzie jest; do­pie­ro po chwi­li zdaje sobie spra­wę, że mu­sia­ła za­snąć w sa­lo­nie. Nie może sobie przy­po­mnieć, czy coś jej się śniło.

Na twa­rzy Fa­ne­sa ma­lu­ją się ulga i za­kło­po­ta­nie.

– Więc… czu­jesz się już le­piej?

– Uwa­żaj, bo też się na­pro­mie­niu­jesz – wtrą­ca pół­szep­tem Taro, ostroż­nie co­fa­jąc się o krok.

– Nic mi nie jest – pro­te­stu­je gło­śno Eu­ry­no­me; zniża głos, przy­po­mi­na­jąc sobie, że nie znaj­du­ją się we­wnątrz sny­mu­la­cji. – I le­piej podaj mi to nowe hasło, Taro. W wir­tu­alu na pewno nie grozi ci na­pro­mie­nio­wa­nie.

Czte­ry pary oczu błą­dzą po jej twa­rzy.

– Cała nasza wizja jest za­gro­żo­na, Eu­ry­no­me. – Taro za­kła­da ręce na pier­si, a jego srebr­no-zło­te ta­tu­aże lśnią jak ostrza noży. – Zbyt wiele się zmie­ni­ło. Jesz­cze nie zna­leź­li­śmy wszyst­kich odłam­ków, a ty już roz­bi­łaś sko­rup­kę. Nie usta­li­li­śmy osta­tecz­nej wer­sji hi­sto­rii, a ty już uło­ży­łaś jej dal­szy ciąg.

– Każde z nas na wła­sną rękę szu­ka­ło bra­ku­ją­cych ele­men­tów.

– To nie to samo co stu­dio­wa­nie pro­jek­tów i prze­glą­da­nie atla­sów. A może – mie­rzy ją su­ro­wym spoj­rze­niem – dal­szy ciąg do­pi­sał ktoś inny?

Eu­ry­no­me lekko opusz­cza głowę.

– W pew­nym sen­sie on też stał się czę­ścią na­szej wizji. Ale od­kry­cie jest moje i tylko moje, Taro.

– Na to nie mogę się zgo­dzić. Prze­cież on nie jest śnią­cym; mó­wi­łaś, że nawet nie wie­rzy w wy­klu­cie.

– Sześć zło­tych jaj i siód­me ku­kuł­cze – wzdy­cha z nie­za­do­wo­le­niem Ilma.

– Eu­ry­no­me i ja śnimy ten sam sen – od­zy­wa się Fanes; jasne włosy płoną chłod­nym świa­tłem. – Nie mo­że­my zo­stać roz­dzie­le­ni.

Jedno śniło go od ze­wnątrz, dru­gie od we­wnątrz, prze­cho­dzi Eu­ry­no­me przez myśl. Nagle ma wrażenie, jakby wszyst­ko, co się wy­da­rzy­ło, było w jakiś spo­sób nie­unik­nio­ne.

– Świat jest więk­szy, niż nam się wy­da­wa­ło, Taro – za­czy­na ostroż­nie. – Wi­dzia­łam niebo poza ko­pu­łą…

– Tę wiel­ką żółtą chmu­rę pyłu? – krzy­wi się Taro. – Świat jesz­cze nie ist­nie­je; to tylko pro­jekt, nad któ­rym pra­cu­je­my. A niebo bę­dzie takie, jakim je stwo­rzy­my.

Eu­ry­no­me nie mówi już nic wię­cej. Jak mo­gła­by prze­ka­zać im coś, czego sami nie do­świad­czy­li? Yared stał tuż obok niej i nawet on nic nie ro­zu­miał.

Za­bie­ra­ją swoje sny i roz­cho­dzą się do sek­cji miesz­kal­nych; na wir­tu­al­nych drzwiach osia­da­ją pierw­sze dro­bin­ki kurzu. Będą po­trze­bo­wa­li dużo czasu, zanim ich wizja znów sta­nie się spój­ną ca­ło­ścią, a każde z nich bę­dzie znało swoją rolę i miej­sce. Stwa­rza­nie świa­ta na nowo to nie­ła­twe za­da­nie.

W po­wie­trzu unosi się za­pach nie­ist­nie­ją­cych sza­fir­ków, mie­nią­ce się tę­czo­wy­mi bar­wa­mi ho­lo­gra­my pta­ków prze­fru­wa­ją z drze­wa na drze­wo. Pod sztucz­nym nie­bem em­brio­ny śpią w swo­ich sko­rup­kach, ży­wiąc się na wpół ukształ­to­wa­ny­mi ma­ja­ka­mi.

 

 

Sny o la­ta­niu

Suche odłam­ki skał chrzęsz­czą pod sto­pa­mi. No­wo­cze­sny, do­pa­so­wa­ny ska­fan­der po­zwa­la iść lek­kim kro­kiem, prze­zro­czy­sty hełm nie ogra­ni­cza pola wi­dze­nia. Nie­licz­ni tech­ni­cy pra­cu­ją przy ma­szy­nach, tuż obok prze­jeż­dża pan­cer­ny po­jazd, ale nikt nie zwra­ca na nią uwagi.

Wdech, wy­dech.

W po­bli­żu te­re­nu lą­do­wi­ska zgro­ma­dził się nie­wiel­ki tłum. Ze środ­ka pół­okrę­gu na grupę ko­lo­ni­stów spo­glą­da okiem ka­me­ry po­jazd o sze­ściu ko­łach i lśnią­cych pa­ne­lach sło­necz­nych. Stoi na co­ko­le, opa­trzo­ny pa­miąt­ko­wą ta­bli­cą.

Przy­cho­dzą­cy sy­gnał wy­ry­wa Eu­ry­no­me z za­my­śle­nia.

– W końcu zna­leź­li­śmy dla niego lep­sze miej­sce. – Dźwięk w nowej słu­chaw­ce jest czy­sty i wy­raź­ny.

– Wy­glą­da pra­wie jak praw­dzi­wy. – Eu­ry­no­me uśmie­cha się lekko. – Ten wresz­cie bę­dzie mógł prze­ka­zać, że ist­nie­je tutaj życie.

– To Op­por­tu­ni­ty na miarę no­we­go świa­ta. Tego, który wy­klu­je się z jaja. Po­trak­tuj­cie go jako mój wkład w wasz mit za­ło­ży­ciel­ski; albo uwie­ra­ją­ce zia­ren­ko pia­sku mię­dzy wier­sza­mi.

Eu­ry­no­me po­waż­nie­je.

– Więc co za­mie­rzasz teraz zro­bić, Yared? Wró­cić na Zie­mię?

– Nie ma po­wro­tu do raju. Trze­ba by cof­nąć się w cza­sie, nie prze­strze­ni.

– Jest. Teraz już nie po­peł­ni­my tych sa­mych błę­dów. Tutaj bę­dzie­my mogli za­cząć wszyst­ko od nowa.

– Jak bo­go­wie stwór­cy?

– Jak lu­dzie.

– Może i wy­ro­śnie tu drze­wo, może i wy­klu­je się ptak. Ale owoc pada nie­da­le­ko od drze­wa, a młody ptak na­śla­du­je do­ro­słe­go. Praw­da, Eu­ry­no­me?

– To wcale nie zna­czy, że nie idzie­my na­przód, Yared.

– Za­wsze jest coś, co każe nam opu­ścić raj i iść na prze­kór burzy pia­sko­wej. Op­por­tu­ni­ty, Cu­rio­si­ty, Spi­rit – wy­li­cza Yared. – Spo­sob­ność, Cie­ka­wość, Duch. Oby kie­dyś za­pro­wa­dzi­ły nas w lep­sze miej­sce. Wiesz, że kilka lat świetl­nych stąd ist­nie­je inna Zie­mia?

– Nie bał­byś się, że mo­żesz nigdy tam nie do­trzeć?

– A ty, Eu­ry­no­me? Nie boisz się, że mo­żesz nigdy nie zo­ba­czyć wy­klu­cia?

Eu­ry­no­me nie od­po­wia­da od razu.

– Wie­rzę w swój sen.

– Skąd masz pew­ność, że to w ogóle twój sen?

– Nie­istot­ne, jak to wszyst­ko się za­czę­ło. Teraz nie ma już cha­osu i nie­ja­sno­ści. Po­tra­fię od­dzie­lić niebo od oce­anu; po­tra­fię latać i tań­czyć na fa­lach. A sen za­czy­na się speł­niać.

– Oby­śmy do­cze­ka­li tego dnia – od­po­wia­da bez prze­ko­na­nia Yared. – Oby­śmy kie­dyś po­czu­li na twa­rzach mor­ską bryzę.

Przez miej­ski park prze­ta­cza się świe­ży po­dmuch sztucz­ne­go wia­tru, nio­sąc za­pa­chy kwia­tów z od­le­głej przy­szło­ści. Eu­ry­no­me wspi­na się po scho­dach pro­wa­dzą­cych do Sy­na­e5the­sii, cha­la­zie roz­pię­tej mię­dzy cen­trum a ko­pu­łą.

Mars zdą­żył obiec Słoń­ce, odkąd ostat­ni raz spo­tka­li się całą piąt­ką.

Czas na swój spo­sób do­tknął każ­de­go z nich. Szki­ce i plany Ta’aroy wnik­nę­ły głę­bo­ko pod jego skórę; każdy gest wy­ta­tu­owa­nych rąk zdaje się być pre­cy­zyj­nie od­mie­rzo­ny i mieć w sobie de­miur­gicz­ną moc. Złota czu­pry­na Fa­ne­sa po­ciem­nia­ła, nie przy­po­mi­na już słoń­ca oko­lo­ne­go pro­mie­nia­mi, i nawet we­so­łe ogni­ki w jego oczach nieco przy­ga­sły. W mu­sku­lar­nym ol­brzy­mie trud­no roz­po­znać daw­ne­go Pangu. Odkąd chwy­cił swój mło­tek i dłuto, by kształ­to­wać tę twar­dą zie­mię, zie­mia rów­nież za­czę­ła kształ­to­wać jego. Ma­łe­go me­cha­nicz­ne­go smoka za­stą­pi­ły po­tęż­ne ro­bo­ty gór­ni­cze. Il­ma­tar, za­wsze zwiew­na i ulot­na, jakby na­bra­ła esen­cji. Zstą­pi­ła z ob­ło­ków, wy­nu­rzy­ła się z wody – teraz stąpa pew­nym kro­kiem po su­chym lą­dzie.

Za trzy dni od­jeż­dża z mia­sta jed­nym z pan­cer­nych po­jaz­dów, bo na Me­ri­dia­ni Pla­num po­wsta­je nowa ko­lo­nia. Od tej pory bę­dzie ich od­wie­dzać tylko jako ho­lo­gram, jesz­cze bar­dziej ete­rycz­na niż daw­niej.

– Kacz­ka zło­ży­ła sie­dem jaj, pa­mię­tasz? – mówi pół żar­tem, pół serio. – Świat wy­klu­je się ze wszyst­kich sied­miu, nie mogę opie­ko­wać się tylko jed­nym z nich.

Eu­ry­no­me uśmie­cha się smut­no.

– Ale jedno było inne niż sześć po­zo­sta­łych.

– Sześć zło­tych jaj i siód­me że­la­zne. Cho­ciaż… kto wie, które było że­la­zne. Może siód­me, może pierw­sze albo trze­cie.

Eu­ry­no­me obej­mu­je Ilmę, do­pó­ki jesz­cze jest praw­dzi­wa; a przy­naj­mniej na tyle praw­dzi­wa, na ile po­zwa­la­ją oko­licz­no­ści.

– Nie­waż­ne które. Po pro­stu nie za­po­mnij o tym pierw­szym.

– Za­wsze mo­że­my się spo­tkać w sny­mu­la­cji – pod­su­wa Fanes.

– Nie krę­puj­cie się. – Taro prze­wra­ca ocza­mi. – Nie mogę się do­cze­kać, aż urzą­dzi­cie sobie pik­nik w moim nowym pro­jek­cie.

– Może tym razem to ja za­pro­szę was do pro­jek­tu Ophion – po­dej­mu­je Eu­ry­no­me. – Po­ka­żę wam, czego w ciągu pięć­dzie­się­ciu lat do­ko­na nasza tar­cza ma­gne­tycz­na. Długo śni­łam ten sen; teraz wresz­cie na­bie­ra re­al­nych kształ­tów.

– To by­ła­by miła od­mia­na – wzdy­cha cięż­ko Pangu. – Ja w ostat­nim ze snów umar­łem z wy­czer­pa­nia. Moje ciało za­czę­ło wra­stać w zie­mię, ręce i nogi zmie­ni­ły się w góry, żyły w rzeki i po­to­ki, włosy w łany trawy, a moje ostat­nie tchnie­nie w wiatr. Potem oczy wy­pa­dły z oczo­do­łów i za­czę­ły uno­sić się do nieba. Lewe zmie­ni­ło się w Fo­bo­sa, prawe w De­imo­sa.

– To na pewno z prze­pra­co­wa­nia. Po­zo­sta­je nam mieć na­dzie­ję, że Ophio­no­wi po­wie­dzie się po­dróż nie tylko w cza­sie, ale i prze­strze­ni – pod­su­mo­wu­je Taro.

Ilma unosi smu­kły kie­li­szek z krwi­sto­czer­wo­nym drin­kiem dy­mią­cym su­chym lodem.

– Za po­wo­dze­nie pro­jek­tu Ophion.

 

 

Sen Eu­ry­no­me opusz­cza gniaz­do, roz­po­ście­ra skrzy­dła i wzbi­ja się do lotu.

Po pierw­szych nie­uda­nych pró­bach tar­cza ma­gne­tycz­na pro­jek­tu Ophion za­wi­sa na or­bi­cie. Ge­ne­ra­tor pola ni­czym wiel­ki wąż roz­wi­ja po­tęż­ne ciel­sko mię­dzy Mar­sem a Słoń­cem. Głowę zwra­ca w kie­run­ku roz­ża­rzo­nej gwiaz­dy, roz­pa­la­jąc się jej ogni­stym bla­skiem. Ogon owija wokół za­mar­z­nię­tej pla­ne­ty, osła­nia­jąc ją przed za­bój­czym pro­mie­nio­wa­niem.

Eu­ry­no­me re­gu­lar­nie od­czy­tu­je naj­now­sze ra­por­ty, od­mie­rza­jąc czas ko­lej­ny­mi okrą­że­nia­mi.

Bę­dzie cier­pli­wie cze­kać, aż roz­rze­dzo­na at­mos­fe­ra ufor­mu­je się w zwar­tą sko­rup­kę; aż pod ete­rycz­ną po­wło­ką za­cznie wzra­stać ci­śnie­nie i tem­pe­ra­tu­ra po­wie­trza, a na bie­gu­nach za­czną top­nieć od­wiecz­ne czapy lo­do­we. Aż na rdza­wą zie­mię spad­nie ożyw­czy deszcz, a z każ­dej kro­pli wy­ro­śnie drze­wo albo kwiat, albo źdźbło trawy. Aż po raz pierw­szy zo­ba­czy wśród po­rzu­co­nych odłam­ków czło­wie­ka.

Ofion strze­że jaja wszech­świa­ta i bę­dzie nad nim czu­wał, aż sko­rup­ka pęk­nie.

Koniec

Komentarze

Ciekawa historia napisana pięknym językiem :)

 

Obawiam się, że nie wszystko zrozumiałem, skłaniam się ku takiej interpretacji (Uwaga spoilery poniżej!) w której dzieci są tak naprawdę budowniczymi nowego świata, raczej nie ludźmi, jakąś formą AI, która śni o nowej rzeczywistości i jednocześnie jest tej rzeczywistości integralną częścią lub raczej jej czynnikiem sprawczym. Cudna, niezwykła historia.

Mimo wszystko mi osobiście zabrakło nieco akcji. Większa dynamika pewnie uczyniłaby tekst bardziej wciągającym, choć mogłaby zaburzyć jego koncepcję i tę językową “ładność” i “płynność”. Nie ma tutaj napięcia, nie ma konfliktów, nie ma zwrotów akcji a i końcówka pozostaje niejasna. Może to i lepiej, choć tak jak napisałem wyżej, czuję lekki niedosyt ;)

Gdybyś chciała, żebym coś rozwinął, daj proszę znać.

 

Poniżej jeszcze kilka uwag.

 

jakby chcieli rozczesać i wygładzić wszystkie splątane snem pasma.

Propozycja: “myśli”. Mi to bardziej gra.

 

Woda w sztucznej sadzawce dopiero uczy się odbijać przepływające obrazy, przebłyski minionych dni pływają ławicami pod niezmąconym zwierciadłem.

Piękne :)

 

Eurynome potrafi oznaczyć na interaktywnej mapie Meridiani Planum i krater Jezero, umie połączyć kropki na czarnej planszy w Łabędzia i Lutnię, ale ich istnienie może tylko przeczuwać.

Eurynome odkłada planszę, przymyka oczy i próbuje sobie wyobrazić, jak jajo wszechświata obraca się w wielkiej pustce kosmosu. Wystarczająco trudno zrozumieć nieskończoność – ale jak zrozumieć dwie nieskończoności?

Bardzo nie razi, ale jednak powtórzenie. Zastanów się, czy nie zmienić.

 

Mama zastyga z wiązką glonów wakame nad talerzem. Zielone, oślizgłe wodorosty wyglądają jak mokre, zużyte kable jakiejś zezłomowanej maszyny. 

 

heart

– Pewnie nawet się nie uruchomi albo będzie mocno zabugowana.

Sprawdziłem, że słownik podaje słowo “zabugowany” jako poprawne, nigdy jednak się z takim określeniem nie spotkałem. Wg mnie, bardziej poprawne jest “zbugowany”, jest to słowo, które często słyszę i sam stosuję. Decyzję pozostawiam Tobie.

 

Wszystkie oczy wpatrują się w Yareda, ale ten tylko odmrukuje coś pod nosem i wraca do swojego hologramu.

Czym jest hologram? Bo samo słowo jest bardzo ogólne, ja to rozumiem jako obraz 3D. Czy nie powinien to być raczej jakiś holopad, holonotes?

 

– Mówię ci, pewnego dnia coś zgrzytnie, skrzypnie, trzaśnie i wszyscy obudzimy się w jakiejś pustej przestrzeni, na matrycy rzeczywistości. Albo jako mózgi w słojach.

Spoiler alert! Jest kilka takich sygnałów, że coś jest nie tak, że to nie są normalni ludzie.

 

Pociąg ziewa i gładko sunie dalej, przygaszone twarze pasażerów odbijają się w szybach jak zatarte wspomnienia.

Piękne :)

Ślady kończą się kołach dziwacznego urządzenia, ledwie widocznych, niemal zupełnie grzęznących w ziemi.

Coś tu się popsuło :/

Exit light

Klik teraz, komentarz dyżurnego w wolnej chwili.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć, BasementKey, cześć, Marasie. Miło mi, że tak szybko zajrzeliście, bo jednak trochę się rozpisałam przez te kilka miesięcy. :P

 

BasementKey, dzięki za podzielenie się interpretacją. Na razie nie chciałabym zbyt wiele wyjaśniać, ale jeśli chodzi o ten ogólny koncept, mniej więcej właśnie o to mi chodziło; to, czy bohaterowie są ludźmi, czy nie, pozostawiam już czytelnikowi. ;)

Zdaję sobie sprawę, że tempo akcji może dawać się we znaki (zwłaszcza przy długości tekstu). Tutaj akurat skupiłam się na innych aspektach, ale wiem, że niekoniecznie tego można oczekiwać od opowiadania o takiej tematyce, więc mam nadzieję, że koncept i kompozycja jakoś to rekompensują.

 

Gdybyś chciała, żebym coś rozwinął, daj proszę znać.

O, to może zapytam, czego zabrakło w zakończeniu. Tam jest spory przeskok czasowy, więc faktycznie mogły się pojawić jakieś niejasności, może by się przydało coś dopowiedzieć.

 

Dziękuję też za propozycje zmian, część z nich wprowadziłam, tylko do dwóch miałabym jeszcze uwagi:

 

Czym jest hologram? Bo samo słowo jest bardzo ogólne, ja to rozumiem jako obraz 3D. Czy nie powinien to być raczej jakiś holopad, holonotes?

Chodzi o ten ich interaktywny globus, więc zostawiłabym “hologram”.

 

Coś tu się popsuło :/

Tutaj chyba nie do końca widzę, co można poprawić. :c Mogę spytać, co konkretnie miałeś na myśli? (Edit: Aha, zgubiłam przyimek “na”, więc pewnie o to chodziło, chyba że coś jeszcze zgrzyta w tamtym zdaniu).

 

 

Marasie, dzięki za klika i teaser. ;) Przy całym stresie okołopublikacyjnym zupełnie mi umknęło, że akurat się załapię na legendarny czwartkowy dyżur. :D

Zdaję sobie sprawę, że tempo akcji może dawać się we znaki (zwłaszcza przy długości tekstu). Tutaj akurat skupiłam się na innych aspektach, ale wiem, że niekoniecznie tego można oczekiwać od opowiadania o takiej tematyce, więc mam nadzieję, że koncept i kompozycja jakoś to rekompensują.

Tak, z jednej strony rekompensują, aczkolwiek, przynajmniej we mnie pozostaje jakiś niedosyt. Może nawet nie chodzi o akcję, ale o jakąś taką tajemnicę i poczucie zagrożenia. Być może rodzice mogliby się bać, może świat stacji, tego swoistego inkubatora, mógłby być zagrożony, może śniące dzieci mogłyby być prześladowane, a ich sen obiektem niechęci, czy wręcz nienawiści? Czegoś mi tutaj zabrakło jakiegoś napięcia, czegoś co z tekstu bardzo dobrego, uczyniłoby (przynajmniej dla mnie) tekst wybitny. Ale to moje osobiste oczekiwanie, zobaczymy, co powie mr.maras.

 

O, to może zapytam, czego zabrakło w zakończeniu. Tam jest spory przeskok czasowy, więc faktycznie mogły się pojawić jakieś niejasności, może by się przydało coś dopowiedzieć.

Nie wiem czy jakieś głębsze wyjaśnienia nie zburzą całej koncepcji historii. Może warto byłoby dorzucić jakąś inną perspektywę, może np. dodać coś z perspektywy “rodziców”? Takie nienachalne dopowiedzenie, jakieś wejrzenie w ich pracę, w tę koncepcję; właśnie nie jako wstawkę narratora, tylko urywek, fragment innego punktu widzenia. Pomyśl – Ty tu rządzisz ;)

Chodzi o ten ich interaktywny globus, więc zostawiłabym “hologram”.

Okej, ja tego nie wychwyciłem, ale okej ;)

 

Aha, zgubiłam przyimek “na”, więc pewnie o to chodziło, chyba że coś jeszcze zgrzyta w tamtym zdaniu

 

Dodam, że zgłosiłem tekst do biblioteki, oczywiście ;)

Exit light

black_cape

to opowiadanie jest piękne. Rzadko to piszę, ale jestem po prostu oczarowana i zgrzytam zębami z zazdrości. ;)

 

Masz bardzo ładny styl – spokojny, wyważony. Każde zdanie wydaje się być dokładnie przemyślane i na swoim miejscu. Nie wyciełabym ani jednego słowa. Nie przesadzasz z poetyckością, ale umiejętnie i z wyczuciem wplatasz ją do opowieści, przez co płynie się przez tekst, a wręcz w nim tonie. 

Pięknie zbudowane światotwórstwo, nienachalne, ale obrazowe. 

Bohaterowie prawdziwi, każdy ma coś w sobie. 

Historia nie jest bogata w akcję, ale dobrze opowiedziana. W ogóle nie odczułam długości tekstu. 

W subtelny sposób przemycasz w opowiadaniu pewne przemyślenia, jak te o Ziemi i tym, co ją spotkało. I znowu się powtórzę: nienachalnie, nie wprost, ale jednak dalejsz czytelnikowi powód do rozmyslań. 

 

EDIT (po przeczytaniu komentarzy, było już późno, kiedy pisałam swój). UWAGA, mogą by spojlery

BasementKey pisze, że brakuje tu jakiejś tajemnicy. Dla mnie jest tu wiele tajemnic i pole do własnej interpretacji tekstu, chociażby to, czy dzieci faktycznie były “prawdziwymi” dziećmi (ich sposób prowadzenia dialogów i przemyślenia nie brzmią dziecinnie, raczej, jak już, stawiałabym na starsze dzieci, powiedzmy ok. dwunastoletnie), czy ludzie byli robotami (mechaniczne odpowiedzi rodziców coś sugerują, ale nie można być pewnym). Dla dzieci tajemnicą jest świat poza skorupką. Ja czułam niepokój, kiedy Eurynome wyszła na zewnątrz i przypomniała sobie o kamerach i o tym, że nie powinna tego robić, że mogą ich złapać, później pobyt w szpitalu, badanie pod kątem napromieniowania. No kurczę, jest tu wiele powodów do niepokoju, jeśli czytelnik zżyje się z bohaterami. 

Ach, i piękne wspomnienie Opportunity. <3 

 

 

Co mnie urzekło, pozwolę sobie zacytować. 

Dania kuchni molekularnej <3

Sny to zbyt poważna sprawa, żeby rozmawiać o niej przy dorosłych. 

Podtrzymywanie nieba tak mnie wyczerpuje, że zawsze wtedy się budzę. 

 

Nie wiem, co by tu jeszcze można napisać. Biegnę do bibliotecznego wątku. A za dwa dni do innego…

 

heart

BasementKey,

Tak, z jednej strony rekompensują, aczkolwiek, przynajmniej we mnie pozostaje jakiś niedosyt. Może nawet nie chodzi o akcję, ale o jakąś taką tajemnicę i poczucie zagrożenia. Być może rodzice mogliby się bać, może świat stacji, tego swoistego inkubatora, mógłby być zagrożony, może śniące dzieci mogłyby być prześladowane, a ich sen obiektem niechęci, czy wręcz nienawiści?

Hmm, okej, rozumiem, co masz na myśli. To w większości miało zostać gdzieś między wierszami, chociaż ten obraz rzeczywistości miał się też komplikować, w miarę jak Eurynome dowiadywała się coraz więcej o świecie zewnętrznym. Ale dzięki za rady, przyjrzę się jeszcze tekstowi pod tym kątem.

 

Może warto byłoby dorzucić jakąś inną perspektywę, może np. dodać coś z perspektywy “rodziców”? Takie nienachalne dopowiedzenie, jakieś wejrzenie w ich pracę, w tę koncepcję; właśnie nie jako wstawkę narratora, tylko urywek, fragment innego punktu widzenia.

Tutaj bym się wahała, bo rodzice mają pełny obraz całej historii, a mnie zależało właśnie na ograniczonej perspektywie dzieci; ale warto rozważyć, na pewno mogłoby to co nieco wnieść do tekstu. W końcu nie musiałabym ujawniać wszystkiego. ;)

 

Dodam, że zgłosiłem tekst do biblioteki, oczywiście ;)

 

 

 

Cześć, Saro. <3

 

Super, cieszę się, że tak się podobało i że długość opowiadania nie była przeszkodą (sama nie wiem, kiedy się nagle zrobiło 30 stron). Faktycznie chyba ten tekst wyszedł taki spokojniejszy, poprzednie bywały bardziej, hm, dramatyczne. ;) I tak, tym razem się już skupiłam na samych postaciach, nie tylko na roli, jaką mają odgrywać w historii.

Hmm, w sumie rozumiem, że czytelnikom może w jakimś stopniu doskwierać tempo akcji czy brak napięcia. Tutaj sporo się jednak rozgrywa na innej płaszczyźnie, sporo też właśnie zostaje między wierszami. Ale fajnie, że i w takiej wersji się może podobać. :)

 

Dla mnie jest tu wiele tajemnic i pole do własnej interpretacji tekstu, chociażby to, czy dzieci faktycznie były “prawdziwymi” dziećmi (…).

Jeśli ktoś chciałby podejść do tego bardziej dosłownie, pewnym tropem interpretacyjnym mogą być też imiona postaci. ;)

 

Nie wiem, co by tu jeszcze można napisać. Biegnę do bibliotecznego wątku. A za dwa dni do innego…

;___;

 

Tak.

Piękne.

Wysmakowane, poetyckie.

I tyle oceny. Tym razem słowa to za mało.

Nie przypuszczałem, że znajdę tu Takie opowiadanie.

Ukłon do ziemi.

 

i klik

 

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Bardzo dziękuję, rybaku!

Chciałam podejść do tematu terraformacji od strony bardziej metafizycznej – cieszę się, że pomysł zadziałał w praktyce, bo jednak wybrałam sobie dość specyficzną metaforykę. Zawsze to dla mnie sukces, jak taki eksperyment się uda. ;)

Uprzejmie informuję, że wysłałam do Biblioteki jeszcze przed komentarzem, ale bardzo nie chciałam, żeby mnie ktoś z tym ostatnim klikiem ubiegł :)

Właściwie jedyna rzecz, której mi w Twoim opku brakuje, to dedykacja dla Oppy ;) Poza tym jest perfekcyjne :)

Podoba mi się użycie bóstw z praktycznie całego świata. Można w tych dzieciakach widzieć właśnie wcielenie bóstw, ale można też (i ja tak wolę) zobaczyć małych obywateli nowego świata, wywodzących się z różnych kultur, co właściwie przestało mieć już znaczenie, które – gdy dorastają – stają się twórcami tego nowego świata. Eurynome, jeśli jej projekt się powiedzie, faktycznie będzie stworzycielką wszystkiego na Marsie. Właściwie każde z dzieci na swój sposób kształtuje ten świat, są jego stworzycielami. I chyba robią to lepiej niż ich rodzice, bo to jest ich świat, innego nie znają. Dlatego mam nadzieję, że im powiedzie się też lepiej :)

Mam wrażenie, że spotkanie z Oppy jest dla Eurynome przejściem z dzieciństwa do dorosłości, od snów do czynów. Zdefiniowaniem problemu, który lata później rozwiąże. Nie potrafię sobie wyobrazić lepszego pisarskiego pomnika dla Opportunity :)

To nie pierwsze Twoje opko, które czytałam, a które łączy w sobie mitologię z elementami science-fiction. IMO najlepsze, choć może akurat w tym wypadku obiektywna nie jestem ;)

Językowo świetnie, opko nie dłużyło mi się. Mocno Ci zazdroszczę umiejętności łączenia elementów mistycznych z nauką.

Generalnie bardzo satysfakcjonująca lektura :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, black_cape. Nadal pamiętam Twoje opowiadania i przyznaję, że czekałem na odpowiedni moment, żeby przeczytać powyższe. Wszystko dlatego, że liczyłem na świetną lekturę. Jak było tym razem? Doceniam formę, i nie mogę powiedzieć, że jest to przerost formy nad treścią, bo byłoby to poniekąd krzywdzące, ale nie współgrają tu dwa światy. Ten mentalny i ten naukowy. Ba, nawet nie naukowy, najczęściej jestem daleki od krytyki nauki w opowiadaniach, bo to beletrystyka, a nie praca doktorska, ale taki kierunek zdrowego rozsądku i logiki.

 

Gryzie mi się narracja i główna bohaterka, która z jednej strony zadaje dziecięce pytania, i to jest dla mnie logiczne, a z drugiej wykazuje się przemyśleniami i mentalnością daleko wykraczającą poza sferę dzieciństwa, ba, duża część dorosłych nie reprezentuje takiego poziomu. Te przemyślenia po prostu nie pasują do umysłu dziecka. Tu jednak można by polemizować, coś udowadniać i dyskutować bez końca.

Jednak są w tekście takie fragmenty i zdarzenia, które nie mają dla mnie logicznego uzasadnienia. Pozwól, że kilka przytoczę.

Zresztą z Fanesem można rozmawiać w języku rodziców – to rzadkość, bo zwykle jest tak, że każda rodzina mówi po swojemu – a nie w jednym z trzech obowiązujących języków wspólnych, których uczą się na wirtualnych sesjach.

Dlaczego koloniści na Marsie mieliby mieć problemy z porozumiewaniem się? Już teraz w wielu częściach świata porozumiesz się podstawowym angielskim. Ktoś powie, że wcale nie w tak wielu, ale porównując to na przykład do jednego czy dwóch wieków do tyłu, to gigantyczna różnica. I nie przekonują mnie tutaj katastrofy na Ziemi, które mogłyby przyśpieszyć “koniec świata” i nie pozwolić na pełną unifikację języka. W końcu ktoś ekspedycję przygotował. Tego nie da się zrobić w miesiąc. A umiejętność porozumiewania się ze sobą kolonistów to pierwszy i podstawowy warunek.

W korytarzu pojawiają się rodzice w swoich eleganckich kombinezonach, świeżo wyjętych z maszyny do prasowania,

Dlaczego rodzice mieliby mieć eleganckie i wyprasowane kombinezony? Czy to w rzeczywistym świecie, czy wykreowanym w snach. Czemu miałoby to służyć i jakie korzyści przynieść?

 

Dorośli mijają się w korytarzach, przeganiając sen z podkrążonych oczu. Nawet przytłoczeni odpowiedzialnością i wagą swojej misji starają się iść żwawym krokiem, z uniesioną głową i spojrzeniem skierowanym w przyszłość.

Tu ponowiłbym pytanie. Dlaczego ktoś miałby zachowywać się na takiej misji nieadekwatnie do rzeczywistości? Czemu miałoby służyć stwarzanie pozorów? Kogo i przed czym chronić?

Dorośli zwykle strzegą swojej wiedzy i dzielą się nią ostrożnie,

Kolejna niezrozumiała rzecz. Teraz, pracując w prywatnej firmie, dzielę się wiedzą i doświadczeniem, a w przypadku kolonistów i przetrwania? To wręcz nieodzowne.

– Mamo, skąd wzięliśmy się pod skorupką?

Mama zastyga z wiązką glonów wakame nad talerzem. Zielone, oślizgłe wodorosty wyglądają jak mokre, zużyte kable jakiejś zezłomowanej maszyny. 

– To długa historia, kochanie – odpowiada mechanicznie mama. – Dowiesz się, jak będziesz duża.

A to pytanie, które mała zadała już kiedyś i rozmawiała o tym z matką nieraz, a dane jest w tekście po to, by poznał je czytelnik i dostał odpowiedź. Wolałbym takie rzeczy ukryte w narracji lub podczas rozmowy i konfrontacji faktów przez dzieci.

Dorośli stale są w ruchu, nawet kiedy stoją w miejscu; stale są zajęci, nawet kiedy odpoczywają. Stawiają kroki w jednakowym, tylko sobie znanym rytmie. Za bardzo się spieszą, by unieść głowy i spojrzeć w niebo.

To jedno z tych zdań o mentalności dorosłego w przemyśleniach dziecka.

 

– Podobają ci się, co? To zdjęcia rodziców sprzed odlotu. Chciałbym kiedyś sam polecieć na Ziemię i zobaczyć te miejsca na własne oczy.

A dlaczego miałby chcieć? To Ty byś chciała, Ziemianka o własnej, teraźniejszej mentalności, a nie dziecko, które na Ziemi nie mieszkało, ani jej nie widziało. Widzisz, jeżdżę od czasu do czasu z synkiem do rodzinnej miejscowości na skraju Mazur. To prawda, on chce tam pojechać, ale ze względu na babcię. Same miasteczko nie ma dla niego żadnego znaczenia, nigdy o nie pyta, nie wspomina, nie jest dla niego niczym ważnym. Ja, ja to robię, dla mnie jest ważne. Tak samo jak Ty myślisz o Ziemi, ale Twoi dziecięcy bohaterowie tego by nie robili.

– Obyśmy doczekali tego dnia – odpowiada bez przekonania Yared. – Obyśmy kiedyś poczuli na twarzach morską bryzę.

I tu dokładnie to samo, ktoś kto nigdy nie czuł morskiej bryzy nie tęskni za nią. Tęskni się za czymś, co się samemu przeżyło.

 

Nie będę dalej przytaczał fragmentów. Myślę, że tymi przykładami wystarczająco naświetliłem Ci, co miałem na myśli mówiąc o niewspółgraniu mentalności, wspomnień i naturalnych zachowań. Wtłoczyłaś w dzieci, które nie znają Ziemi, mentalność Ziemian, której nie powinni posiadać.

Może następnym razem. Ale pamiętaj, Twój poetycki język niezmiennie mnie zachwyca.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Witam jurorkę Irkę. ;)

Bardzo się cieszę z Twojej wizyty, bo to opowiadanie powstało właściwie dzięki Twojemu konkursowi i nie ukrywam, że byłam ciekawa odbioru. Myślę, że bardzo trafnie rozpracowałaś ten tekst – każda interpretacja jest cenna, a Twoja jest dodatkowo bliska temu, co chciałam przekazać. Super, że zwróciłaś uwagę na podwójną naturę dzieci (ludzie/bogowie stwórcy) i rolę Opportunity w dorastaniu Eurynome. Miło mi słyszeć, że tekst przypadł do gustu, bo z taką mieszaną konwencją bywa różnie, i że się nie dłużył, bo zdaję sobie sprawę, że ekspozycja jest dość rozbudowana.

A wiesz co, zastanowię się jeszcze nad tą dedykacją, może uda mi się coś wykombinować. Najlepiej chyba byłoby ją wpleść w tej końcowej scenie z repliką Opportunity. :)

Jeszcze raz dziękuję za inspirację, za ostatniego klika takoż. <3

 

Cześć, Darconie. ;)

Dzięki za wnikliwą lekturę i konstruktywną krytykę. Myślałam nad Twoimi uwagami i w sumie przyznałabym Ci rację, jeśliby potraktować to opowiadanie jako psychologiczno-obyczajowe (a rzeczywiście może tak zostać odebrane, bo mamy specyficzną perspektywę postaci umieszczonej w konkretnych realiach, sporo opisów życia codziennego, różne relacje między bohaterami). Ale z drugiej strony bym polemizowała, bo jednak częścią zamysłu było ukazanie unikalnego (pół boskiego, pół ludzkiego) statusu pierwszych Marsjan – dlatego też dzieci zdają się wiedzieć więcej niż dorośli (przy jednoczesnym naiwnym postrzeganiu świata).

 

Dlaczego koloniści na Marsie mieliby mieć problemy z porozumiewaniem się? Już teraz w wielu częściach świata porozumiesz się podstawowym angielskim. Ktoś powie, że wcale nie w tak wielu, ale porównując to na przykład do jednego czy dwóch wieków do tyłu, to gigantyczna różnica. I nie przekonują mnie tutaj katastrofy na Ziemi, które mogłyby przyśpieszyć “koniec świata” i nie pozwolić na pełną unifikację języka. W końcu ktoś ekspedycję przygotował. Tego nie da się zrobić w miesiąc. A umiejętność porozumiewania się ze sobą kolonistów to pierwszy i podstawowy warunek.

Faktycznie, trochę niejasno to sformułowałam, ale już wyjaśniam. ;) We fragmencie o tym, że “każda rodzina mówi po swojemu” chodzi nie tyle o problemy z komunikacją, co o to, że miasto zamieszkują rodziny pochodzące z różnych miejsc na Ziemi. Eurynome jeszcze o tym nie wie, więc tylko bezwiednie rejestruje, że ludzie u siebie w domu rozmawiają w różnych językach.

 

Dlaczego rodzice mieliby mieć eleganckie i wyprasowane kombinezony? Czy to w rzeczywistym świecie, czy wykreowanym w snach. Czemu miałoby to służyć i jakie korzyści przynieść?

To akurat nie kombinezony robocze, tylko ubiór codzienny, jeśli o to chodzi. ;)

 

Tu ponowiłbym pytanie. Dlaczego ktoś miałby zachowywać się na takiej misji nieadekwatnie do rzeczywistości? Czemu miałoby służyć stwarzanie pozorów? Kogo i przed czym chronić?

W tym fragmencie nie ma jakichś dodatkowych ukrytych znaczeń; ot, taka luźna obserwacja.

 

Kolejna niezrozumiała rzecz. Teraz, pracując w prywatnej firmie, dzielę się wiedzą i doświadczeniem, a w przypadku kolonistów i przetrwania? To wręcz nieodzowne.

Dzielą się nią ostrożnie z dziećmi, stąd m.in. (przynajmniej na płaszczyźnie realistycznej) historia o świecie wykluwającym się z jaja; między sobą oczywiście porozumiewają się otwarcie.

 

A to pytanie, które mała zadała już kiedyś i rozmawiała o tym z matką nieraz, a dane jest w tekście po to, by poznał je czytelnik i dostał odpowiedź. Wolałbym takie rzeczy ukryte w narracji lub podczas rozmowy i konfrontacji faktów przez dzieci.

Hmm, można przyjąć, że co chwilę zadaje takie pytania i to właśnie jest jedna z wielu podobnych sytuacji. ;)

 

To jedno z tych zdań o mentalności dorosłego w przemyśleniach dziecka.

Okej, tutaj faktycznie jest pewien dysonans na poziomie narracji i trudniej go uzasadnić półboskim statusem Eurynome. Zastanowię się nad tym fragmentem.

 

A dlaczego miałby chcieć? To Ty byś chciała, Ziemianka o własnej, teraźniejszej mentalności, a nie dziecko, które na Ziemi nie mieszkało, ani jej nie widziało. Widzisz, jeżdżę od czasu do czasu z synkiem do rodzinnej miejscowości na skraju Mazur. To prawda, on chce tam pojechać, ale ze względu na babcię. Same miasteczko nie ma dla niego żadnego znaczenia, nigdy o nie pyta, nie wspomina, nie jest dla niego niczym ważnym. Ja, ja to robię, dla mnie jest ważne. Tak samo jak Ty myślisz o Ziemi, ale Twoi dziecięcy bohaterowie tego by nie robili.

Hmm, myślę, że mógłby po prostu chcieć tam polecieć na tej samej zasadzie co każdy podróżnik, który chce się wybrać w jakieś nowe miejsce. Poza tym Yared w tamtym czasie dowiadywał się o Ziemi więcej pozytywnego (a przynajmniej nie tylko o katastrofach, które ostatecznie przyspieszyły kolonizację). Pozostała piątka już nie byłaby taka chętna.

 

I tu dokładnie to samo, ktoś kto nigdy nie czuł morskiej bryzy nie tęskni za nią. Tęskni się za czymś, co się samemu przeżyło.

Tak, tu masz rację, jeśli już zostawić tę kwestię dialogową, to nie powinna brzmieć jak wspominanie, tylko bardziej jak suche teoretyzowanie. Do przeredagowania. ;)

 

Ogólnie byłabym skłonna się zgodzić, jeśli chodzi o takie nagłe przeskoki między dziecięcą i dorosłą mentalnością; ale już opisy czy wypowiedzi, które sugerują nadprzyrodzone cechy postaci (zatarcie granic między boskim a ludzkim), są częścią zamysłu, więc tych bym nie zmieniała.

Dzięki za miłe słowa na temat stylu i oczywiście zapraszam przy następnej okazji. ;)

Ale z drugiej strony bym polemizowała, bo jednak częścią zamysłu było ukazanie unikalnego (pół boskiego, pół ludzkiego) statusu pierwszych Marsjan – dlatego też dzieci zdają się wiedzieć więcej niż dorośli (przy jednoczesnym naiwnym postrzeganiu świata).

Ogólnie byłabym skłonna się zgodzić, jeśli chodzi o takie nagłe przeskoki między dziecięcą i dorosłą mentalnością; ale już opisy czy wypowiedzi, które sugerują nadprzyrodzone cechy postaci (zatarcie granic między boskim a ludzkim), są częścią zamysłu, więc tych bym nie zmieniała.

I ja zgadzam się z Tobą, poniekąd świadomie “sprowokowałem” Cię do odpowiedzi, bym mógł rozwinąć szerzej, co mam na myśli. Nie chciałem pisać tyrady już na początku, bo to mogłoby bardziej zniechęcić niż zachęcić do rozpatrzenia. Ale generalnie i tak nie namawiam Cię do zmieniania czegokolwiek. To raczej uwagi, czego mi zabrakło, a nie co bym zmienił.

Widzisz, niejednokrotnie w literaturze spotykam się z postaciami półbogów czy też bogów. Ale bardzo rzadko ci bogowie rzeczywiście nimi są. To znaczy najczęściej mają fizyczne atrybuty (wielkość, siłę, poświatę za sobą, nieskazitelne piękno itd) oraz gadżety, czy też inne umiejętności. Coś na kształt teraźniejszych superbohaterów (dosyć niedawno rozmawiałem o tym z Mr B). Ale to jedyne oznaki boskości, bowiem bogowie od strony m e n t a l n e j i psychologicznej są typowymi ludźmi. Reagują, postępują, wypowiadają się tak samo. Najczęściej są mądrzejsi od przeciętnego człowieka, ale to na tyle. Oprócz wymienionych przeze mnie, mniej istotnych elementów, nie widzę w nich boskości.

I tu widzę pierwszy brak u Twoich bohaterów. Oni też zachowują się jak “mądre” dzieci, ale nadal czysto ludzkie dzieci. Mają problem z wejściem na stołek, nie rozumieją i obserwują rodziców, chcieliby zobaczyć morze itd. Brak mi jakieś sensualnej lub bardziej namacalnej cechy ich boskości, czyli tej drugiej połówki. Ludzką dałaś. Twoja Eurynome bardzo przypomina mi Cesarzową Fantazji z Niekończącej się opowieści.

 

Gdybyś nie była tak młoda, mógłbym przypuszczać, że służyła Ci za pierwowzór, ale tak raczej nie jest. Ona też była takim “mądrym dzieckiem”. Mówiła spokojnie, miała dużą świadomość otaczającego świata, a raczej fantazji, dojrzałe wnioski. Choć to nadal wszystko było ludzkie. Na Twoją obronę zasługuje to, że u Ciebie dzieci różnią się od dzieci i to już jest plus. W literaturze czy też filmie trudno trafić na bohaterów, którzy nie będą ludzcy. Choć niektórzy próbują. Frank Herbert stworzył w Diunie człowieka przyszłości, nawigatorów, Bene Gesserit i to mu wyszło naprawdę dobrze. Twórcy filmowego Nowego Początku stworzyli ciekawą sylwetkę obcych, oryginalny język porozumiewania się. Choć nie brnęli z tym pokazywaniem zbyt głęboko, i to się chwali. Mamy też Bliskie spotkania trzeciego stopnia, gdzie filmowi twórcy w ciekawy sposób przekazują wpływ obcych na gatunek ludzki, mentalny, psychologiczny, paranormalny. Wreszcie całkiem niedawno tu na forum Edward Pitowski wrzucił opowiadanie Obca dusza, w którym całkiem nieźle mierzy się z wpływem obcych na człowieka. Ale “oryginalnych” bogów, czy też półbogów, którzy nie byliby odzwierciedleniem ludzi, nie przypominam sobie, żebym widział. Więc nie wiem, czy powinienem tego oczekiwać od Ciebie.

Drugi brak, to ewolucja. Ja rozumiem pomysł na półbogów, bardzo ciekawy. Ale ludzi od półbogów dzieli co najmniej ewolucja, nie wiem, 10 tysięcy lat? To różnica porównywalna dla mnie między prawie człowiekiem, który właśnie zszedł z drzewa, do człowieka, który regularnie lata w kosmos. To szmat czasu. U Ciebie jest baza, kopuła, eksploracja Marsa i zaraz za tym wszystkim półboskość. Brak mi tych 10 tysięcy lat ewolucji.

Dlatego powyższe opowiadanie to świetny materiał na powieść, może nie konspekt, bo tu trzeba by uzupełnić trochę danych, ale jednak rasową, poważną, może nawet na miarę Hyperiona, kto wie, powieść. Dlatego sugerowałbym po feedbacku “schować” opko i poczekać na czas, kiedy będziesz mogła rozwinąć to w powieść. Którą chętnie bym przeczytał i czego Ci życzę. :)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Po raz kolejny ogromnie mi się podoba to, jak potrafisz grać z mitem, wpisując go w niebanalne, nieprzewidywalne fabuły (bardzo ci tej umiejętności zazdroszczę). Nie tracąc z oczu samej opowiadanej historii, potrafisz jednocześnie odtworzyć to, co dla mnie jest esensją mityczności w literaturze: twoje postacie i fabuły, nie tracąc indywidualności, jednocześnie mają w sobie pewną uniwersalność i archetypowość. Podoba mi się nastrój i niespiesznie opowiadana w tym tekście historia, uwodzi sposób, w jaki wpisujesz w swoją narrację orficki mit (tak się zresztą złożyło, że czytałam ten tekst pierwszy raz tuż po tym, jak właśnie skończyłam wykład o kosmogonii orfickiej na zajęciach z mitologii). Pięknie napisane, lekko poetyckim, ale nie przesłodzonym i nie przesadzonym w metaforyce językiem. Będę na TAK, znaczy :)

Darconie,

Ach, teraz lepiej rozumiem, co miałeś na myśli. :) To ja akurat w tym przypadku nie planowałam się porywać na historię i światotwórstwo na skalę “Diuny”, raczej coś w stylu Dicka czy Schulza, może “Pana Światła”. Miała być niejednoznaczna wizja rzeczywistości, miały być zmitologizowane postacie, a do tego narracja otwierająca pole do interpretacji (z jednej strony przefiltrowana przez perspektywę Eurynome, a z drugiej ograniczona przyjętą konwencją). Początkowy zamysł też nie był aż tak rozciągnięty w czasie, żeby zakładać ewolucję ludzkości – zamierzałam się skupić na relacji między pochodzącym z Ziemi rodzicem i dziecka z pierwszego pokolenia urodzonego już na Marsie. W tej wersji to trochę zeszło na dalszy plan, bo zdecydowałam się położyć akcent na warstwę mityczną, ale dość łatwo wywnioskować, że nie jest to bardzo odległa przyszłość. Gdzieś tam między wierszami przewija się wręcz pytanie, czy ci ludzie tam w ogóle powinni być przy obecnym poziomie rozwoju technologicznego, czy może to się wydarzyło za szybko i teraz pozostaje tylko czekać na cud. ;) Przy bardziej zaawansowanej technologii, która umożliwiłaby pełną terraformację, takie problemy by już zniknęły, a pojawiłyby się zupełnie inne.

Ta boskość postaci miała być w sumie trochę metaforyczna – bohaterowie są przedstawieni jako bóstwa po części ze względu na swoją unikalną rolę w rozwoju ludzkości (nadzieje, jakie są z nimi wiązane, technologia, jaką będą się posługiwać), po części po prostu przez swój dziecięcy sposób postrzegania świata.

Niemniej rzeczywiście mam poczucie, że nie wyczerpałam tematu i można by jeszcze wiele wątków tutaj rozwinąć czy rozciągnąć w czasie – ale musiałabym do tego podejść ostrożnie, bo nie chciałabym zatracić tych wszystkich niejasności na rzecz mocniejszego osadzenia pewnych elementów w fabule. Cieszę się też, że widzisz w tej historii potencjał na coś większego. :)

Pozdrawiam ciepło!

 

ninedin,

Bardzo dziękuję. <3

No, skoro według Ciebie cała ta warstwa mityczna gra, to mogę być spokojna. Faktycznie jakaś taka konwencja mi się wyklarowała, że cokolwiek nie napiszę, to wychodzą “Mitologie inaczej”. :D Jeszcze pewnie przez jakiś czas będę taką konwencję eksplorować. Dziękuję też za ciepłe słowa na temat stylu, bo to dla mnie zawsze bardzo ważny element opowiadania. :)

Ależ bym się wybrała na taki wykład.

Pięknie operujesz słowem, Cape. Są w tym opowiadaniu naprawdę piękne zdania, szapoba z głów.

 

Jeśli chodzi o treść to przyznam, że pogubiłaś mnie w wielu elementach. Podoba mi się wykorzystanie wielu aspektów “jajowatości” z różnych mitologii, ale z drugiej strony kompletnie nie rozumiem idei wykluwania się świata z jaja w warunkach marsjańskich (nawet jeśli analogia skorupki do kopuły jest oczywista), a raczej tych wszystkich wzmianek o ptakach, których jeszcze nie ma ale niby są albo tego, że dzieci “jeszcze się nie narodziły”. Jak to, do diaska, się nie narodziły? To czym są, ideami? Materialnymi, przemieszczającymi się po kolonii duchami? W ogóle mało dziecięce są te dzieci, ogólnie ludzie mało ludzcy, co rodzi pytania, czy to na pewno ludzie kolonizują Marsa? Skąd się biorą sny, czy to rodzaj jakiegoś, hm, programu, hipnozy używanej we śnie czy manifestacja tego, że nawet na innej planecie pewne rzeczy pozostaną niezmienne, takie same jak na Ziemi? Ogólnie bardzo wiele niewiadomych jest jak dla mnie w tym tekście. Wiem, że traciłby tę specyficzną eteryczność przy zbyt wielu tłumaczeniach, jednak mnie mimo wszystko zabrakło konkretów. Opowiadanie jest dobrze napisane, bardzo dobrze, z grubsza nawet (chyba) wiem, o czym jest, ale tylko z grubsza, jakbym miała przed sobą gurbokonturowy obrazek i zabrakło mi na nim szczegółów, a niektóre kolory wydają się namalowane w niewłaściwych miejscach – że pozwolę sobie na dziwną metaforę.

Bibliotekę klikałabym jak szalona, pod kątem nominacji muszę się jednak zastanowić, bo jeśli zbyt wielu rzeczy w tekście nie zrozumiałam, to nie wiem, czy mam prawo go nominować ;p

 

„…uczy się odbijać przepływające obrazy, przebłyski minionych dni pływają ławicami…”

 

„…włącza opcję nagrywania i za kilka sekund na ekranie pojawia się zdjęcie z atlasu.” – po kilka sekundach. Można napisać, że „za kilka sekund pojawi się zdjęcie”, ale nie pojawia się. Za kilka sekund coś się stanie, a nie już się stało.

 

„Zielone, oślizgłe wodorosty wyglądają jak mokre, zużyte kable jakiejś zezłomowanej maszyny.” – O, o, mam te same odczucia ilekroć widzę goma wakame ;p

 

„Rodzice doskonale wiedzą, ale z jakiegoś powodu wciąż to przed nią ukrywają. Tata mówi czasem, że przylecieli tu na statku, ale pewnie tylko żartuje”

 

„Teraz, kiedy tyle wie o świecie, chce poznać go na tyle, na ile to możliwe.”

 

„– Zbudowali pierwsze sondy – opowiada – ale okazały się zbyt słabe, by choćby rozwinąć skrzydła. Potem wysłali orbitery, które krążyły wokół ziemi, ale nigdy na niej nie wylądowały. Następne były lądowniki; te padały z wyczerpania, kiedy tylko przycupnęły na skałach. Tylko łazikom udało się wyruszyć dalej w wędrówkę po pustyni, ale nawet ich czas był policzony.”

 

„To znaczy – ziemskich lat.” – Stosowanie półpauzy wewnątrz kwestii dialogowej jest niedobrym pomysłem, bo w dialogach półpauza zwyczajowo oddziela dialog od opisu.

 

„– Na to nie mogę się zgodzić.” – Niegramatyczne. Z tym nie mogę się zgodzić. Na to nie mogę przystać.

 

„Nagle wydaje jej się, jakby wszystko, co się wydarzyło, było w jakiś sposób nieuniknione.

– Świat jest większy, niż nam się wydawało, Taro…”

 

„A niebo – niebo będzie takie, jakim je stworzymy.” – jw. a propos półpauz w dialogach.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim, dzięki za merytoryczny komentarz i ciepłe słowa. :)

 

nie rozumiem idei wykluwania się świata z jaja w warunkach marsjańskich (nawet jeśli analogia skorupki do kopuły jest oczywista), a raczej tych wszystkich wzmianek o ptakach, których jeszcze nie ma ale niby są albo tego, że dzieci “jeszcze się nie narodziły”

Ptaki z parku pełnią funkcję dość dekoracyjną. ;) “Nie ma ich”, bo to tylko hologramy, ale “są”, bo z atlasów wiadomo, jak powinny wyglądać, gdyby były prawdziwe. Same postacie “jeszcze się nie urodziły” w tym sensie, że czekają na wyklucie się świata, czyli pełną terraformację Marsa.

 

Jak to, do diaska, się nie narodziły? To czym są, ideami? Materialnymi, przemieszczającymi się po kolonii duchami?

Haha, jestem pewna, że one też zadają sobie takie pytania. ;) Tutaj tylko podpowiem, że to cały czas perspektywa Eurynome, która próbuje sobie poukładać w głowie to, czego się dowiaduje od rodziców czy w szkole. A że dowiaduje się sprzecznych informacji, to dochodzi do takich właśnie wniosków.

 

W ogóle mało dziecięce są te dzieci, ogólnie ludzie mało ludzcy, co rodzi pytania, czy to na pewno ludzie kolonizują Marsa? Skąd się biorą sny, czy to rodzaj jakiegoś, hm, programu, hipnozy używanej we śnie czy manifestacja tego, że nawet na innej planecie pewne rzeczy pozostaną niezmienne, takie same jak na Ziemi?

To wszystko jak najbardziej równoprawne interpretacje. :) Niemniej faktycznie mogłam bardziej pociągnąć te wątki, nawet jeśli nie zostałyby tak ostatecznie zamknięte. Nie chciałam, żeby było zbyt dosłownie (na przykład gdyby się okazało, że to faktycznie spreparowane sny, bo to osłabiłoby interpretację mityczną), ale możliwe, że z kolei przesadziłam w drugą stronę.

 

 

Dzięki też za korektę, większość zmian wprowadziłam, tylko w dwóch przypadkach bym jednak zostawiła obecną wersję:

 

– Zbudowali pierwsze sondy – opowiada – ale okazały się zbyt słabe, by choćby rozwinąć skrzydła. Potem wysłali orbitery, które krążyły wokół ziemi, ale nigdy na niej nie wylądowały. Następne były lądowniki; te padały z wyczerpania, kiedy tylko przycupnęły na skałach. Tylko łazikom udało się wyruszyć dalej w wędrówkę po pustyni, ale nawet ich czas był policzony.

Tutaj Yared wchodzi w stylizację biblijną, stąd też specyficzna składnia i powtarzające się spójniki. Możliwe, że to nawiązanie nie jest wystarczająco czytelne, bo czytelnik na tym etapie bardziej nastawia się na dalsze wariacje mitu o jaju. ;)

 

– Na to nie mogę się zgodzić.

Niegramatyczne. Z tym nie mogę się zgodzić. Na to nie mogę przystać.

Hmm, a tutaj nie jestem przekonana co do niepoprawności kolokacji. :c W każdym razie bym zostawiła, bo w pierwszym przypadku zmieniłoby się znaczenie, a w drugim zrobiłoby się już zbyt formalnie.

 

Nad pierwszą uwagą jeszcze się zastanowię, bo w tej chwili nie mam pomysłu, jak to ładnie zastąpić, żeby nie zaburzyć rytmu zdania. :P

 

Pozdrawiam!

Właściwie późno było, jak robiłam łapankę, więc “zgoda na coś” dzisiaj faktycznie wygląda dużo lepiej niż wczoraj, zapomnij, że się do tego przyczepiłam ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Haha, nie ma problemu. ;)

Dzięki za wszelkie sugestie!

Kawał solidnego mistycznego SF.

Skłamałbym, gdyby powiedział, ze tekst idealnie trafia w moje gusta literackie, ale tematyka już owszem. W dodatku całość jest bardzo przemyślana. Bardzo, a bardzo.

W ogóle ciekawa sprawa, zwykle największym problemem z narracją teraźniejsza jest to, ze trzeba ją zgrać z odpowiednią dynamiką, spowolniona rzadko wychodzi. Ty natomiast najwidoczniej z pełną premedytacją wykorzystujesz czas teraźniejszy do spowolnienia historii i… to wychodzi znakomicie. Takie nastrojowe, mieszające legendę z opisem twardej rzeczywistości, a wszystko to oczami dzieci, które z jednej strony wydają się momentami zbyt dorosłe, a mimo to cały czas żyją wyobraźnią.

A całość, pomimo czasu teraźniejszego, rozciągnięta na lata.

Fajnie przedstawiasz tutaj edukację. Zupełnie poprzestawiany tryb uczenia, nastawiony na rzecz praktyki oraz “oczekiwanej praktyki”. Biologia, geologia, elektronika…

Wplecenia mitologii naprawdę ciekawe, włącznie z tym, że dotyczą nie tylko postaci. Nie wiem czy na końcu chodziło o Jormunganda, czy innego z węży oplatających świat (wzmianka o słońcu podpowiada, ze chyba jednak to nie był akurat ten wąż), ale pokazuje to, ze może tu być więcej takich wstawek. Zresztą nawet jaj daje tu otwartą perspektywę (włącznie z tym, czy żelaznym jajem nie jest maszyna).

Całość bardzo przemyślana, bardzo solidna.

I to tworzenie się nowej mitologii… Bo fakt, ze już w dorosłym życiu bohaterowie nadal wierzą w mistyczną wizję jest tu dość ciekawą wskazówką dla czytelników.

 

"– Dawno? – podchwytuje Eurynome. – To znaczy kiedy?"

Trafność dziecięcych pytań w jednym przykładzie.

 

"Sny to zbyt poważna sprawa, żeby rozmawiać o niej przy dorosłych."

Fajne zdanie ;-)

 

" Eurynome zastanawia się długo"

" Eurynome ogląda się za siebie"

" Oczy Eurynome błyszczą"

Nadmiarowe spacje przed akapitem.

 

"–  Eurynome? – szeleści wiatr"

Podwójna spacja.

 

"– Planowanie zostawmy dorosłym. Świat nie wykluje się, dopóki coś nie rozbije skorupki od środka."

Ależ to zabrzmiało groźnie, pomimo sielskiej scenerii. Aż się zastanawiałem czy coś trzaśnie na końcu tekstu.

 

"Eurynome mocno zamyka w ramionach swój sen, żeby Yared nieostrożnym gestem nie strącił go na ziemię"

A to ładne.

 

"To Opportunity na miarę nowego świata"

O, “Misia” się tu nie spodziewałem.

 

A, zapomniałam: bardzo mi się podobają określenia “snymulacja” oraz “youTopia” ;) <3

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

BC, a ja będę malkontencić, wybacz. :-(

Opowiadanie niezłe, lecz mnie nie przekonuje. 

W Twoim pierwszym zamieszczonym na NF była historia, tu opowieść rozmywa się w pięknych wersach. Nie czuję tego. Świat staje się przeestetyzowany. 

O co tutaj chodzi, dzieciaki rządzą, to niech faktycznie się rządzą, do diaska. Niech nadają ton, niech przegrywają, wygrywają, mierzą się. Zdecydowanie za grzeczne te dzieciaki. :-) Ich relacja z rodzicami jest dla mnie zbyt uładzona, wszystko rozumieją, godzą się. Wyjaśniasz to infodumpowo, bardzo układnie.

 

W nagrodzonym, świetnym opku było splecenie dwóch wątków i o coś chodziło. Zapodałaś pewną stawkę. To było ogromnie ciekawe. Tu jest statycznie, brakuje działania, dylematów. W każdym razie dla mnie są mgliste. Idea – kolejna kolebka? Za dużo słów się tutaj pałęta i w zasadzie nie znajduję na nie wystarczającego uzasadnienia, bo nie widzę powodu, konfliktu, starcia, popchnięcia i wykończenia poszczególnych scen, w zasadzie żadna nie ma punktu zwrotnego tylko spaceruje. To tu, to tam.

Symbole są piękne, odwołania też, ale nie działa, bo co tu ma działać, postaci są bezwolne.

Ten brak ruchu (IMHO) podkreśla chyba sposób zapisu – "bezosobowy", jedna część, dwie – ok, ale coś wreszcie musi się zdarzyć/ać nawet jeśli akcja we śnie, a nawet jeśli właśnie tam. 

 

Euronyme "podrywa się, chwyta, wyfruwa, drepcze, przemyka, wspina… i w końcu Kto to rejestruje? Dystansujesz mnie od historii– czy to celowe?

Popatrz, to był moment w którym po raz pierwszy zorientowałam się, że odpychasz mnie od od opowieści:

… aż wreszcie nie mogę się poruszyć.

Eurynome wzdryga się, ale słucha dalej, bo z tonu Fanesa wnioskuje, że to nie koniec historii.

– Czuję, że muszę jak najszybciej się wydostać. Zaczynam uderzać i kopać w ściany, a one pękają z trzaskiem, pękają jak skorupka jaja. Bo to rzeczywiście jest skorupka jaja. Kiedy wychodzę na zewnątrz, u ramion wyrastają mi skrzydła…

Zamiast dynamicznej sceny dostałam relację. Zamiast "mogłem, czułem, zacząłem, pękały, pękały (powtórzenie, chyba niepotrzebne), była, wyszedłem, wyrosły" mamy jej (postaci) odrealnienie. 

Dla mnie dziwne, bo mówi on, jego słowa, a jakby ktoś inny "nadawał", odtwarzał jego historię, odczucia, jakaś SI, która sprowadziła dzieciaki na Marsa? Podobnie zresztą z Euronyme – ona nie reaguje , lecz jest opisywana przez kogoś:  “E. w zamyśleniu stuka palcami". Ki obserwator? ;-)

 

Przeczytałam do końca. Narratorem wydaje się Euronyme, to jej sen i jawa, ale czemu w takim razie jest fizyczna, wchodzi na stołek i mamy jej wspomnienia? 

Pomysł przedni, ale dla mnie coś jest na rzeczy ze sposobem zapisu, żywością dzieciaków i ich relacją z rodzicielami. Czemu podjęłaś decyzję, aby pisać tak bezosobowo? Bo to mit? Nie znam ich za wiele, ale w nich było życie, są niekiedy okrutne, bezpardonowe, u Ciebie mamy: senną-mara, bóg-wiara.

Kłopot dla mnie polega na tym, że cały tekst podporządkowałaś takiej narracji, nie zważając na poszczególne sceny plus cały czas wyjaśniasz nam świat pięknymi słowami – chyba niepotrzebnie.

 

Naturalnie to moja opinia, i jedynie moja. Weź ją w spory nawias. Kocham opowieści i okropnie mi żal, że tak silnie wystylizowałaś.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, chyba-wilku. ;)

Dzięki za wizytę i miłe słowa, cieszę się, że ogólnie się podobało.

 

W ogóle ciekawa sprawa, zwykle największym problemem z narracją teraźniejsza jest to, ze trzeba ją zgrać z odpowiednią dynamiką, spowolniona rzadko wychodzi. Ty natomiast najwidoczniej z pełną premedytacją wykorzystujesz czas teraźniejszy do spowolnienia historii i… to wychodzi znakomicie.

Z tą narracją w czasie teraźniejszym to właściwie miało być tak, że chciałam w ten sposób zdynamizować dość statyczną akcję (chyba ciężko by się to czytało w czasie przeszłym). Pasowała mi też do zamysłu opowiadania, w którym wszystko dzieje się “teraz”, a przeszłość i przyszłość są niejasne.

 

Nie wiem czy na końcu chodziło o Jormunganda, czy innego z węży oplatających świat (wzmianka o słońcu podpowiada, ze chyba jednak to nie był akurat ten wąż), ale pokazuje to, ze może tu być więcej takich wstawek.

Nie, nie, to jest Ofion z pelazgijskiego mitu kreacyjnego (tego, w którym głównym bóstwem jest Eurynome). W ostatnim zdaniu opowiadania pojawia się imię, wcześniej jest też mowa o projekcie Ophion.

 

I to tworzenie się nowej mitologii… Bo fakt, ze już w dorosłym życiu bohaterowie nadal wierzą w mistyczną wizję jest tu dość ciekawą wskazówką dla czytelników.

This isn’t even their final form! :P

 

"To Opportunity na miarę nowego świata"

O, “Misia” się tu nie spodziewałem.

Haha, a tu akurat nie było zamierzonego nawiązania, chociaż faktycznie może się tak kojarzyć. W pewnym sensie do postaci by jeszcze pasowało, tylko do konwencji już mniej. :P

 

Nadmiarowe spacje zaraz ogarnę, dzięki. ;)

 

 

joseheim, a dziękuję, dziękuję. “YouTopia” od razu uruchamia skojarzenia, ale “snymulacja” była trochę ryzykowna, nie byłam pewna, czy się przyjmie. ;)

 

 

Asylum, dzięki za wizytę i konstruktywną krytykę. :)

Hmm, chyba mniej więcej rozumiem, co masz na myśli. Z tym, że jest dość statycznie, nie sposób się nie zgodzić, bo faktycznie sporą część zajmuje sama ekspozycja. Trochę to wynika z tego, że akcja jest podporządkowana kompozycji, czyli właściwie akcją jest tu dorastanie, zdobywanie wiedzy o świecie. Starałam się też co nieco zrekompensować w dalszej części, gdzie mamy zderzenie światopoglądów i trochę więcej klasycznie pojętej akcji.

Masz rację, że opowiadanie jest trochę przegadane, jeśli chodzi o sny/mity pozostałych postaci. Pewnie lepiej by to wyszło w dłuższej formie, gdzie każdemu bohaterowi poświęcony byłby osobny rozdział. Tutaj skupiłam się na Eurynome, coby za bardzo nie komplikować.

Pytałaś też o narrację. Ja chyba po prostu najlepiej się czuję w narracji trzecioosobowej – pisząc w pierwszej osobie, mam wrażenie, że za bardzo narzucam czytelnikowi przyjęty punkt widzenia, a do tego sama nie mogę poza niego wykroczyć (na przykład na potrzeby jakiegoś opisu). Z drugiej strony nie chciałam też przyjmować pozycji narratora wszechwiedzącego, bo to by tworzyło złudzenie obiektywności (a wiadomo, że to perspektywa konkretnej postaci). Ale możliwe, że tutaj dysonans wynika z tego, o czym wcześniej pisał Darcon, czyli skakania między boską i ludzką (dojrzałą i dziecinną) perspektywą.

Postacie rodziców faktycznie w zamyśle miały być w tle (trochę jak postacie ludzi w “Koanie dla Karakuri”). Chciałam w ten sposób (między innymi) nawiązać do przepaści pokoleniowej, jaka powstała między ludźmi pochodzącymi z Ziemi a ludźmi urodzonymi na Marsie. W sumie jak tak się teraz zastanawiam, to nie do końca wykorzystałam potencjał tego wątku, dobrze byłoby jakoś bardziej rozbudować ich relacje. Jest tu nad czym pracować. ;)

Dzięki raz jeszcze za uwagi, na pewno się przydadzą, jeśli jeszcze coś będę działać z tym opowiadaniem (albo z następnym w podobnej konwencji). :)

Pozdrawiam!

najlepiej się czuję w narracji trzecioosobowej – pisząc w pierwszej osobie

Tak, to klasyczne i bardzo lubię, bo zdaje mi się trudne. Odnoszę wrażenie, że tu dystansujesz się od niej w momentach, gdy konkretny bohater mówi o swoich wrażeniach, odczuciach tak, jak w przytoczonym przykładzie. Mówił o sobie – w kwestii dialogowej  w czasie teraźniejszym, choć nie było przeniesienia do tego momentu – on odpowiadał o swoim śnie, a Euronyme go słuchała. 

skakania między boską i ludzką (dojrzałą i dziecinną) perspektywą.

Raczej nie, nie widziałam tu boskości, lecz rozgrywkę pomiędzy dziećmi i dorosłym, taką zanurzoną we wspólnie przeżywanym śnie, z lekka inspirowanym (nie wiadomo przez kogo, może Euronyme, przynajmniej na nią postawiłam, bo była najbardziej aktywna), ale jestem neptkiem w mitologii, więc… mogę się mylić.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zostawiłam sobie twoje opowiadanie na koniec, cape, i nadal nie wiem, jak zagłosuję.

 

Ten tekst jest piękną perełką. Dysponujesz fantastycznym językiem, masz doskonałe ucho do tworzenia melodyjnych zdań i używania poetyckich słów, co sprawia, że przez tekst się płynie. Z pewnością siebie wykorzystujesz mitologie świata, pożyczasz imiona i bawisz się kontekstami – widać tu ogromną wiedzę autora skrywaną w historii. Z zainteresowaniem zapoznałam się najpierw z koncepcją kosmicznego jajka, a następnie sprawdziłam wszystkie imiona… No, było trochę tego czytania, nim mogłam zasiąść do lektury.

 

Jednakże, tak jak w przypadku twoich wcześniejszych opowiadań uwielbiałam balans między mitologią a sci-fi, tutaj ten balans jest zaburzony w stronę wyraźnej przewagi warstwy mitologicznej/bajkowej. Bohaterowie nie są za bardzo ludźmi, chociaż też trudno ich rozpatrywać w klasyczny sposób.

 

Ciężka w odbiorze jest również sama forma historii – ekspozycja ciągnie się w nieskończoność, po niej zaś następuje moc dialogów o podobnej tematyce i przyznam ci szczerze, w pewnym momencie te wszystkie jajeczne sny pozlewały mi się w jedno i musiałam czytać od początku – zastanawiam się, czy lepszym rozwiązaniem nie byłoby ograniczenie snów tych wszystkich bohaterów i skupienie się na głównej bohaterce… Nie wiem. Utrzymanie uwagi czytelnika przez 60-80k to ogromne wyzwanie.

 

Tylko jak tu być na nie wobec tekstu, który językowo tak odstaje od 99% opowiadań na forum? Ciężki dylemat!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Cześć, Black cape!

Trochę mi zeszło, ale spróbuję napisać coś, co nie będzie powtarzalne. Przede wszystkim urzekasz od pierwszych akapitów niezwykle rytmicznymi zdaniami, które bardzo sugestywnie opisują futurystyczną rzeczywistość. Nawiązania mitologiczne też bardzo interesujące, w dodatku nienachalnie podane i zrozumiałe w dużej mierze bez zanurzania się w konteksty. Z drugiej strony dla tych, którzy lubią poszperać też są niezwykle ciekawe. Zgodzę się trochę z Kam, co do wolnego tempa ekspozycji, chociaż z drugiej strony przy tego rodzaju światotwórstwie trudno się bez tego obyć. Z drugiej strony takie powolne odkrywanie świata i dynamiki pomiędzy bohaterami współgra też ze strukturą kompozycyjną tekstu, więc nie będę się wcale upierać, że to coś, co psuje przyjemność z lektury.

Pozdrawiam

Cześć wszystkim, dziękuję za kolejne komentarze. :)

 

Asylum,

Tak, to klasyczne i bardzo lubię, bo zdaje mi się trudne. Odnoszę wrażenie, że tu dystansujesz się od niej w momentach, gdy konkretny bohater mówi o swoich wrażeniach, odczuciach tak, jak w przytoczonym przykładzie. Mówił o sobie – w kwestii dialogowej  w czasie teraźniejszym, choć nie było przeniesienia do tego momentu – on odpowiadał o swoim śnie, a Euronyme go słuchała. 

Ach, o to chodzi. ;) W tych dialogach miała właśnie dochodzić do głosu boska natura postaci, stąd taka teatralność tych wypowiedzi. Jeśli chodzi o tamten fragment, w którym Fanes opowiada swój sen/mit, to użyłam czasu teraźniejszego, żeby ta relacja mimo wszystko brzmiała nieco naturalniej (jak to w języku mówionym).

 

Raczej nie, nie widziałam tu boskości, lecz rozgrywkę pomiędzy dziećmi i dorosłym, taką zanurzoną we wspólnie przeżywanym śnie, z lekka inspirowanym (nie wiadomo przez kogo, może Euronyme, przynajmniej na nią postawiłam, bo była najbardziej aktywna)

Hmm, rozumiem. Faktycznie jeśli podczas czytania skupić się na dynamice dzieci–dorośli, to można mieć pewien niedosyt. Dobrze byłoby tu rozjaśnić sytuację kilkoma dodatkowymi scenami czy dialogami.

 

 

kam_mod,

Jednakże, tak jak w przypadku twoich wcześniejszych opowiadań uwielbiałam balans między mitologią a sci-fi, tutaj ten balans jest zaburzony w stronę wyraźnej przewagi warstwy mitologicznej/bajkowej.

Przyznam, że trochę celowo odsunęłam technologię na dalszy plan i bardziej zależało mi na tej humanistycznej stronie postępu, ale rozumiem zastrzeżenia, bo chyba ta konwencja najlepiej działa, jak obie warstwy się przeplatają. Po części też wyszło tak, jak wyszło ze względu na wiek bohaterów i ich sposób postrzegania świata.

 

ekspozycja ciągnie się w nieskończoność

To prawda. XD

Hmm, mam w zanadrzu jeszcze jeden argument na rzecz statyczności akcji – chciałam uzyskać efekt zawieszenia bohaterów w stanie oczekiwania, oddać specyfikę życia w tym na wpół istniejącym świecie, gdzie jeszcze tak do końca nic się nie wydarzyło. Niemniej na pewno co nieco dałoby się tu przyciąć albo przyspieszyć.

 

zastanawiam się, czy lepszym rozwiązaniem nie byłoby ograniczenie snów tych wszystkich bohaterów i skupienie się na głównej bohaterce

Hmm, miałam nadzieję, że jakoś z tego wybrnęłam, ograniczając sny pozostałych postaci do ich wypowiedzi (POV-em cały czas jest Eurynome). Ale jednak chciałam ich wszystkich uwzględnić, żeby zasygnalizować, że poszczególne historie z różnych kultur zaczynają się łączyć w jeden wspólny mit.

 

Utrzymanie uwagi czytelnika przez 60-80k to ogromne wyzwanie.

Pełna zgoda. Przyznam, że nie przewidziałam takiej długości. :P

 

Ogromnie dziękuję za tyle ciepłych słów na temat stylu (choć nie wiem, czy zasłużyłam :P). <3

 

 

oidrin,

Tobie również dziękuję za miłe słowa. :) Cieszę się, że nawiązania do mitologii były zrozumiałe, bo bardzo chciałam, żeby próg wejścia mimo wszystko nie był zbyt wysoki (wcześniejsze opowiadania w tej konwencji wyszły mniej przystępnie :P). Ekspozycję rzeczywiście można było jakoś korzystniej zagospodarować, choć trochę taka specyfika opowiadania, że akcja ustępuje opisowi.

Pozdrawiam!

 

Waham się. Przeczytałem tekst jako dyżurny i nie miałem wątpliwości, że zasługuje na bardzo donośny i mocny klik do biblioteki. Ale jako lożanin, który wie, że tekst ma nominację, wciąż waham się między TAK i NIE.

Pewnie wielu to zaskakuje i dziwi. Science-fiction o podboju Marsa, terraformacja planety, rozmach, wizja, wpleciona w to wszystko mitologia. Do tego tekst autorki najlepszego opowiadania w ubiegłorocznej stawce plebiscytowej (moim zdaniem zasługiwało na pierwsze miejsce), w którym tak udanie połączyła właśnie te dwa elementy: science-fiction i mitologię. Dobry warsztat, bogaty i ładny język itd. Czemu więc się waham? Sam nie wiem. Może to wszystko nie do końca zagrało tym razem?

Szukając przyczyn tego „niezagrania” zastanawiałem się m.in. nad długością opowiadania. Mam wrażenie, że w „Siedmiu wrotach…” udało Ci się, Black_Cape, idealnie dopasować objętość do fabuły. Żadnego wodolejstwa, złoty środek, wszystko dopracowane i wyważone. Tutaj mamy ponad 60 tysięcy znaków i niestety wrażenie lekkiego przegadania, a może przeładowania, przestoju w połowie historii. Przez spory fragment tekstu bohaterowie snują się po stacji, spotykają, poznają kolejno i w sumie niewiele się dzieje. A najgorsze, że nie buduje to klimatu, co byłoby jakimś usprawiedliwieniem dla takiego (prze)ciągnięcia opowieści. Niby więc poznajemy świat, okoliczności, przeszłość, odkrywamy jakąś tajemnicę, a mimo to mam wrażenie, że do przekazania tych treści użyto zbyt wielu słów. Czasem niepotrzebnych. Widzę w komentarzach czym to tłumaczysz, ale mnie to nie przekonuje. Bo jeśli zamierzenia autora osłabiają tekst, to czy były warte zastosowania? Chyba nie. Oczywiście to wszystko moje subiektywne odczucia.

A może chodzi o sposób, w jaki w opowieść została wpleciona mitologia? W „Siedmiu wrotach…” wręcz przenikała opowieść, zjawiskowo i bezpośrednio definiowała treść i formę tekstu, było nie było napisanego w konwencji science-fiction (albo fantasy ukrytego w szatach s-f). Tam był pomysł śmiało porównywalny swoimi podstawami i założeniami (po części również wykonaniem), chociażby z „Panem światła” Zelaznego (a może i ciut „Widmowym Jackiem”) albo „Królową Powietrza i Mroku” Andersona. Czytelnik zastanawiał się, czy to SI, którą upozorowano na bóstwo, czy bóstwo wtłoczone do SI. A może cyfrowa inkarnacja prawdziwej bogini? Itd. To rozmycie granicy i zarazem dopełnienie warstw było wartością samą w sobie. Tutaj mamy zabieg niby bardzo podobny – opowieść s-f, na którą nałożono (ale jakby nieco nachalnie) ową warstwę mitologiczną. Ta mitologia jest, moim zdaniem, jakby trochę doklejona do akcji. I jej wplecenie w opowieść nie wywołuje takiego zachwytu i magii jak w „Siedmiu wrotach…". Powiem nawet coś brutalniejszego. W pewnym stopniu opiera się ona bardziej na „chciejstwie Autorki”, np. porównującej osadę marsjańskich kolonizatorów do jaja orfickiego (i na tym lekko naciągnym porównaniu budującej potem cały “sens/sedno” tekstu). Albo przejawia tylko w snach (prawdopodobnie symulowanych umyślnie) dzieci, do tego obdarzonych imionami z mitologii – a to już zagranie bardzo upraszczające ten zabieg mitologizowania science-fiction. Bo niby jaki cel przyświecał rodzicom nadającym im takie imiona? Jak to uwiarygodnić w tej historii? Owszem, Zelazny również zastosował podobny chwyt, ale jednocześnie wyraźnie i sensownie uzasadnił i osadził w opisywanym świecie twardej s-f. Zaś w Twojej historii dzieci noszą imiona mityczne z pewną dezynwolturą (chociaż osobiście nie kojarzę żadnego mitycznego Yareda) opartą na jajecznym skojarzeniu i w sumie te imiona na stacji marsjańskiej lekko szczypią w oczy.

Oczywiście doceniam wysiłek, jaki włożyłaś w odnalezienie w mitologiach różnych narodów (Grecja, Chiny, Polinezja) powtarzający się motyw jaja, wykluwania się świata, wykluwania się postaci boskich czy heroicznych. To naprawdę interesujący i inspirujący zabieg. Ale równocześnie tak naprawdę nie wiem, dlaczego i w jakim celu ktoś odpowiedzialny za rozwój kolonii na Marsie, kłopotałby się, tworząc taką otoczkę dla procesu kształtowania (przy pomocy snów, wizji, mitów, warunkowania) kilkuosobowej grupy przyszłych liderów i konstruktorów nowego świata (szczęśliwie nazwanych jak postacie z mitów). Czy taki mistycyzm, albo raczej metafizyka miały dodać coś ekstra do potencjału wybrańców? Czy może miały to być jakieś podwaliny pod mit założycielski nowego świata? A jeśli tak to, po co ten mit był im potrzebny? Czy sięganie przez technokratyczne społeczeństwo upadłej przyszłości (dosyć skomercjonalizownej jak ją opisujesz) do tak mało znanych i odległych w czasie i kulturowo mitów/postaci jak Eurynome, Pangu czy Fanes, ma sens i niesie jakieś dodatkowe korzyści, czy jest tylko ekwilibrystycznym pomysłem Autorki na pogodzenie science-fiction z mitami? Tak na marginesie, wygląda to trochę tak, jakbyś skupiła się na tradycji greckiej (jajo orfickie, Fanes, Eurnome, Ophion), ale odkrywając przy okazji inne jaja, pojawiające się w mitach całego świata (Chiny, Polinezja), postanowiłaś dokoptować je do tej greckiej podstawy. I z jednej strony może to podkreślać i uwypuklać istnienie owego jajowego motywu w wielu kulturach i może nawiązywać do wielonarodowego składu kolonizacyjnej społeczności, których to narodów dziecięcy bohaterowie są reprezentantami. Z drugiej strony nie rozumiem jednak, jak wytypowano ową garstkę dzieci, jak ją wybrano i dlaczego kształtowano ich przyszłe stricte inżynieryjne predyspozycje przy użyciu specyficznego miszmaszu mitologicznego?

Chyba że…

Chyba że Twoim zamiarem było zasugerowanie czytelnikowi jakiegoś wpływu mocy nadprzyrodzonych. Jakiejś siły wyższej obecnej w mitologiach (tak jak sugerowana była prawdziwość bogini w "Siedmniu…"), jakiejś mitycznej mocy kosmicznej, znanej pod pradziejów i obecnej w mitach, która aktywowała się przy tworzeniu nowego świata (na Marsie), która wybrała swoich przedstawicieli na marsjańskim łez padole i pchnęła ich do działania stwórczego. Wtedy możemy działaniem owej siły tłumaczyć zarówno imiona dzieci, jak i ich spotkanie i wtajemniczenie, wyjątkowe predyspozycje itd. Wskazywałoby na to np. droga, jaką pokonują mali bohaterowie – odkrywający swoją misję i jej cele mimochodem jakby za plecami dorosłych, pod kierunkiem jakiejś nienazwanej siły, przeznaczania, impulsów.

Jednocześnie jednak niektóre ukryte w tekście wzmianki (chociażby wirtualne ptaki, jako obietnice żywych ptaków) sugerują raczej zaplanowany i realizowany z rozmysłem program/eksperyment naukowy, niejako programujący, kształtujący wizjonerów/liderów/geniuszy zdolnych do tworzenia, cudów technicznych równych boskim (zgodnie z twierdzeniem Clarke'a, że dostatecznie zaawansowana technologia nie różni się od magii). I te wszystkie partyzanckie akcje małolatów (włamania, działania poza kontrolą, niesubordynacje) są zaledwie częścią projektu, kolejną ułudą, motywacyjną bajką dla dzieci, którym opowiada się o świecie z odkrytym niebem, zwierzętami, lasami itd., licząc na to, że ta wizja się jakimś cudem ziści, że pociągnie dzieciarnię ku przyszłości, napędzi jej ambicje i moce twórcze. Stanie się swoistym idee fixe, które stworzy pionierów i liderów nowego świata. 

Tutaj dodam, że podoba mi się optymistyczny finał (mniej na poziomie narracyjnym, bo przypomina nieco łopatologiczne wykładanie kawy na ławę), w którym owe marzenia się jednak realizują. Jest na swój sposób staroświecki, kojarzy się ze złotą erę s-f i ówczesną wiarą w człowieka, w jego intelekt i potencjał, który przekształca światy zgodnie ze swoją wolą i ujarzmia kosmos.

Marudziłem na wodolejstwo, pomarudzę trochę na język. Czytelnicy chwalą sobie Twój styl i rzeczywiście w „Siedmiu…” wybrzmiał on z pełną mocą. Tutaj, gdy ta mitologia trochę mi się odkleiła od fabuły, a narracja rozwarstwiła na poetycką opowieść o dosyć statycznej akcji z kilkoma zaledwie wydarzeniami posuwającymi ją do przodu, zacząłem się zastanawiać, czy ten język nie spowalnia opowieści jeszcze bardziej. Czy to, co piszesz, jest warte tego jak piszesz? Czy spotkanie kilku dzieci i ich rozmowy, wyprawy do jakiejś kabiny VR i jeden wypad na powierzchnię zasługują i wymagają takiego poetyckiego języka i czy on przystaje do historii? I wciąż nie jestem przekonany.

Miałem tu napisać jeszcze o innych wątpliwościach, na przykład dlaczego dzieci nie zawsze mówią jak dzieci (ok, może były nad wyraz rozwinięte), po co rodzice ukrywali przed nimi część swojej wiedzy i prawdę o marsjańskim świecie, po co mieszać czytelnikowi jakimiś prawdziwymi „narodzinami” bohaterki skoro wyjaśnienie jest takie banalne (jak podałaś w komentarzu) itd., ale nie będę już lepiej marudził. Na marginesie – te narodziny żyjącego już przecież dziecka, spowodowały takie zamieszanie, że niektórzy czytelnicy zaczęli podejrzewać, że dzieci są jakimis konstruktami, SI, albo jeszcze czymś innym. Tobie chodziło o symbolikę, a wyszło nieporozumienie. Może więc starałaś się za dużo tej symboliki upchać w tekście? Może za bardzo chciałaś dopakować tekst podtekstami, dodać mu wartości, pokazać jak boagato w warstwie znaczeniowej potrafisz pisać i przesoliłaś zupę?

Podsumowując. Czytam, co napisałem i mam wrażenie, że zabrzmiałoby to tak, jakby tekst mi się nie podobał. A przecież podobał się, tylko prawdopodobnie oczekiwałem od niego zbyt wiele po lekturze „Siedmiu…". To naprawdę dobre opowiadanie. I naprawdę ładna, choć w sumie prosta opowieść. Cały tekst jest jakby metaforą, porównującą podbój Marsa do narodzin światów przedstawianych w mitach, chociaż w finale jednak bohaterowie gubią cały ten mistyczny welon i okazują się całkiem praktycznymi i pragmatycznymi inżynierami, projektującymi np. pole magnetyczne lub maszyny górnicze. Czy zatem potrzebny był do tego cały ten sztafaż mityczny? Hmm. Na pewno ładnie wygląda i dobrze wpisuje się w Twój styl oraz specyfikę prozy fantastycznej, którą uprawiasz, a której „Siedem…” pozostanie jednak najlepszym osiągnięciem w mojej opinii.

Moje wahanie bierze się jeszcze z innego powodu. Bo waham się również nad TAKiem. Doceniam próbę pisania ambitnego science-fiction, jakiego bardzo mało na naszym portalu fantastycznym. To jest ogromny plus tekstu. Wiarygodnie kreujesz świat przedstawiony, dbasz o detale, kreślisz ciekawe tło swojej historii, a sztafażem i gadżetami s-f posługujesz się swobodnie. Równocześnie starasz się dodać coś extra od siebie. Wzbogacić to s-f, podrasować, ozdobić. A wszystko to podpierasz naprawdę satysfakcjonującym warsztatem.

Ciężki to będzie orzech do zgryzienia.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć, Marasie, czekałam na Twój komentarz. :)

Na początek ogromnie dziękuję za wnikliwą lekturę i celne uwagi. Sporo nowych tematów poruszyłeś, więc spróbuję się jeszcze odnieść do kilku kwestii.

 

Ta mitologia jest, moim zdaniem, jakby trochę doklejona do akcji. I jej wplecenie w opowieść nie wywołuje takiego zachwytu i magii jak w „Siedmiu wrotach…". Powiem nawet coś brutalniejszego. W pewnym stopniu opiera się ona bardziej na „chciejstwie Autorki”, np. porównującej osadę marsjańskich kolonizatorów do jaja orfickiego (i na tym lekko naciąganym porównaniu budującej potem cały “sens/sedno” tekstu).

Faktycznie pierwszym impulsem do powstania tego tekstu było wizualne skojarzenie (choć to jajo orfickie z owiniętym wokół wężem też nie wzięło się znikąd), ale to porównanie ma też głębszy sens. Obecnie nie mamy kolonii na Marsie – jest to pewna niewiadoma, pewien potencjał, nie wiemy, co z tych naszych marzeń i ambicji wyniknie. I tutaj mogłabym po prostu zilustrować jedną z przykładowych odpowiedzi – będzie taka i taka technologia, taki i taki ustrój, wykształcą się takie i takie kultury. Ale zamiast tego wolałam uchwycić ten moment przejściowy i zostać przy samych pytaniach. To chyba się łączy z jedną z kolejnych uwag, więc dalej jeszcze rozwinę temat. ;)

 

Bo niby jaki cel przyświecał rodzicom nadającym im takie imiona? Jak to uwiarygodnić w tej historii? Owszem, Zelazny również zastosował podobny chwyt, ale jednocześnie wyraźnie i sensownie uzasadnił i osadził w opisywanym świecie twardej s-f. Zaś w Twojej historii dzieci noszą imiona mityczne z pewną dezynwolturą (chociaż osobiście nie kojarzę żadnego mitycznego Yareda) opartą na jajecznym skojarzeniu i w sumie te imiona na stacji marsjańskiej lekko szczypią w oczy.

Przyznaję, że zastanawiałam się, czy by nie wprowadzić “oficjalnych” imion dla bohaterów (tak jak wcześniej dla Ninszubur, która w zwykłym świecie funkcjonuje jako Nisha Bauer) i po Twoich uwagach jeszcze raz to rozważę. Ale jednocześnie dodam też, że nie celowałam tutaj w twardą SF, więc ten cały setting to nie tyle realistyczna wizja kolonii na Marsie, tylko metafizyczna wariacja na temat takiej kolonii (albo inna płaszczyzna tej realistycznej wizji). I w tej mojej konwencji boskie imiona miały być w zamyśle czymś, czemu nikt z bohaterów się nie dziwi.

Z Yaredem jest trochę inna sprawa, bo on reprezentuje zupełnie inny światopogląd, bliższy zwykłemu mieszkańcowi kolonii, który trafił tam bardziej z konieczności niż z jakichś wzniosłych przyczyn (ale też nie zawsze z własnego wyboru). Imię (i w ogóle postać) miało się kojarzyć biblijnie, dla kontrastu ze swego rodzaju politeistycznym panteonem, który tworzą główni bohaterowie. To konkretne wybrałam ze względu na etymologię.

 

Ale równocześnie tak naprawdę nie wiem, dlaczego i w jakim celu ktoś odpowiedzialny za rozwój kolonii na Marsie, kłopotałby się, tworząc taką otoczkę dla procesu kształtowania (przy pomocy snów, wizji, mitów, warunkowania) kilkuosobowej grupy przyszłych liderów i konstruktorów nowego świata (szczęśliwie nazwanych jak postacie z mitów). Czy taki mistycyzm, albo raczej metafizyka miały dodać coś ekstra do potencjału wybrańców? Czy może miały to być jakieś podwaliny pod mit założycielski nowego świata? A jeśli tak to, po co ten mit był im potrzebny?

O, i tutaj bym wróciła do wcześniejszego tematu, czyli dlaczego napisałam o jaju, a nie o ukształtowanym już świecie. Chciałam się dokopać do tego, jacy właściwie będą ci ludzie, którzy skolonizują Marsa – jak będą postrzegać rzeczywistość, jak będą postrzegać samych siebie, no i właśnie jaki mit (sens) będzie leżał u źródeł ich mentalności i napędzał ich działania. Edit: Więc raczej mit jest tu czymś pierwotnym niż wtórnym, chociaż można przyjąć też taką interpretację, że koloniści (dorośli) traktują go czysto instrumentalnie, chcąc w ten sposób “zabezpieczyć sobie” przyszłość.

 

Z drugiej strony nie rozumiem jednak, jak wytypowano ową garstkę dzieci, jak ją wybrano i dlaczego kształtowano ich przyszłe stricte inżynieryjne predyspozycje przy użyciu specyficznego miszmaszu mitologicznego?

W zamyśle to (na tej dosłownej płaszczyźnie) dzieci wywodzące się z tamtejszych elit; może to słabo zasygnalizowałam, ale na przykład są wzmianki o tym, że mieszkają w centrum (pod kopułą), ich rodzice na co dzień nie muszą wychodzić na zewnątrz (czyli wykonywać najcięższych prac), ojciec Ta’aroy jest architektem i tak dalej. Sam mit (ciągle na płaszczyźnie dosłownej) wziął się z tego, jak rodzice tłumaczyli im świat, kiedy zadawali pytania co, jak i dlaczego. ;)

Ale ogólnie tę boskość postaci można różnie interpretować, czy to w odniesieniu do zaawansowanej technologii, dziecięcego (wolnego od uprzedzeń i schematów) postrzegania świata, roli bohaterów w świecie przyszłości, czy wręcz “zabawy w bogów” (co zarzuciłby im Yared).

 

Tutaj, gdy ta mitologia trochę mi się odkleiła od fabuły, a narracja rozwarstwiła na poetycką opowieść o dosyć statycznej akcji z kilkoma zaledwie wydarzeniami posuwającymi ją do przodu, zacząłem się zastanawiać, czy ten język nie spowalnia opowieści jeszcze bardziej. Czy to, co piszesz, jest warte tego jak piszesz? Czy spotkanie kilku dzieci i ich rozmowy, wyprawy do jakiejś kabiny VR i jeden wypad na powierzchnię zasługują i wymagają takiego poetyckiego języka i czy on przystaje do historii? I wciąż nie jestem przekonany.

Tutaj bym jednak trochę polemizowała (chociaż mogę się zgodzić, że dałoby się lepiej zagospodarować ekspozycję), bo tą właściwą fabułą nie jest to, co sugeruje akcja, czyli przemieszczanie się postaci z punktu A do punktu B, tylko to, co sugeruje kompozycja, czyli dorastanie Eurynome. W każdym segmencie w jakiś sposób zwiększa się jej wiedza o świecie, powoli kształtuje się mit, a język buduje tę całą rzeczywistość (oczywiście z jej punktu widzenia i na miarę jej wiedzy, nie ma tu jakiegoś obiektywnego obrazu rzeczywistości).

 

Może więc starałaś się za dużo tej symboliki upchać w tekście? Może za bardzo chciałaś dopakować tekst podtekstami, dodać mu wartości, pokazać jak bogato w warstwie znaczeniowej potrafisz pisać i przesoliłaś zupę?

Możliwe. :P

Możliwe, że to wszystko się ze sobą do końca nie łączy, tutaj już muszę się zdać na czytelnika. Ale ta warstwa znaczeniowa głównie opiera się na metaforze jaja i motywie boskości, więc myślę, że mimo wszystko nie ma aż takiego miszmaszu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdemu taka wizja podejdzie. Do tego faktycznie jest tu pewien niedobór akcji, bo sporo dzieje się na innej płaszczyźnie, a że tekst jest dość długi, to może się trochę ciągnąć.

 

Odniosłam się głównie do krytycznych uwag, ale jestem też wdzięczna za wszystkie miłe słowa. Dziękuję raz jeszcze za bardzo cenne spojrzenie na tekst z zewnątrz. :)

Nie lubię pisać opinii między komentarzami Lożowymi. Czuję się wtedy trochę tak, jakbym wpadał między wódkę, a zakąskę. Z drugiej strony… przecież nie będę czekał. ;-)

W każdym razie pozytyw jest taki, że przy moim komentarzu nie musisz nerwowo rozważać, czy na końcu znajdzie się TAK czy NIE. ;-)

Wiesz, pamiętam że na samym początku miałem straszny problem z pisaniem opinii. Patrzyłem sobie na komentarze Marasa, Thargona, Reg i tak sobie wtedy pomyślałem: co ja, do cholery, niby mogę napisać. I wtedy wyszedłem z założenia, że będę pisał szczerze i otwarcie: nie mam wielkiego pojęcia o pisaniu, zapomnij o merytorycznej ocenie i fachowych podpowiedziach. Dostaniesz odczucia z lektury prostego czytelnika. W końcu tacy też czytają książki. I chyba takie komentarze też są bardzo potrzebne, bo nawet jeśli nie rozwiną pisarsko, to przynajmniej dadzą nieco szerszy materiał poglądowy na to, co czuje dana grupa czytelników. W końcu tacy CM-owie też czytają książki.

Po co o tym piszę? W sumie u Ciebie tę uwagę o prostym czytelniku dodaję bardzo często. Robię tak, bo niezależnie od jakości opowiadania chcę napisać opinię uczciwą. I w tym konkretnym przypadku ta początkowa uwaga wydaje mi się bardzo potrzebna.

Dobra, ale dość lania wody.

Widzisz, Twoje opowiadanie skojarzyło mi się z… kawą podawaną przez baristów. Dlaczego? Taka kawa ma to do siebie, że zawsze super wygląda i prezentuje się tak świetnie, że aż często żal jej ruszyć. Nawet czasem można odnieść wrażenie, że ostatnim zadaniem takiej kawy jej smakować i pobudzać.

Trochę podobnie miałem z Twoim opowiadaniem. Ono jest napisane pięknym stylem. Właściwie tworzysz tu portalu coś w rodzaju własnej konwencji. Nikt tak nie pisze i niewiele osób stać na to, by tak pisać. Ta konwencja to jakieś dziwne małżeństwo opowiadań i poezji. Tak, poezji. Bo ten styl jest dość kwiecisty, widać językową elastyczność, oparcie na pewnej metaforyczności. I, podobnie jak z tą kawą, tutaj również można patrzeć z zachwytem.

Później jednak, kiedy jesteś prostym CM-em, przypominasz sobie, że ta kawa to przede wszystkim miała ci smakować i cię pobudzić. Demolujesz więc łyżeczką ten efektowny wzorek i pijesz. Każdemu łykowi towarzyszą przy tym niemal wyrzuty sumienia, że zepsułaś coś w rodzaju małego dzieła sztuki. I znowu, jak to ma się do Twojego tekstu.

Ano tak, że kiedy już zachwycisz się tą poetyką, tym pięknym językiem, to rozpoczyna się walka z tekstem. Tak, ja przy kawie, ta walka polegała na zdemolowaniu łyżeczką wzorka, tak tutaj, przy opowiadaniu, polega na batalii z metaforycznością. Tekst dla takiego prostego CM-a balansuje na granicy zrozumienia. To nie jest jeszcze ta Żonglerowa bezwzględność, która nieraz każe po kilku minutach wywiesić białą flagę. Tutaj to jest właśnie takie balansowanie. Gdzieś tam coś ci dzwoni, ale nie masz pewności, czy zawsze odgadujesz właściwy kościół.

Co to balansowanie w praktyce oznacza. Ano oznacza tyle, że tak, jak tam nie można było w pełni cieszyć się smakiem kawy, tak tutaj nie do końca taki prosty CM ma szansę cieszyć się lekturą. Całym tym wysiłkiem, który włożyłaś w budowę zdań, w przypilnowanie spójności metaforyczności tekstu, itp.

Dając już spokój tej kawie opiszę krótko, jak wygląda obcowanie z takim tekstem z perspektywy czytelniczego motłochu. Mając tekst napisany pięknym, malowniczym, elastycznym językiem, czytelnik dostaje szansę, by płynąć z tekstem. Nic go nie zatrzyma, na niczym się nie potknie, wyobraźnia wpada na gotowe.

A jednak nie pracuje jak trzeba, bo gdzieś z tyłu głowy toczy się walka. Masz tam gdzieś jakiś koncept na interpretację pewnych elementów czy rzecz i się jej czepiasz. Zaczynasz szukać potwierdzenia. Boisz się, że ją zgubisz. Że zaraz jakiś fragment zasieje ferment. A jak zasieje, od nowa zaczyna się walka. I poszukiwanie zrozumienia.

Dobra, tyle o tym zrozumieniu. O tym, czy i ile zrozumiałem wspomnę na końcu, bo mam do omówienia jeszcze parę elementów widzianych z perspektywy naprawdę prostego czytelnika. I będę to podkreślał z uporem, pamiętaj o tym, bo jestem tu od tego, żeby stworzyć Ci pewien obraz grupy odbiorców i ich interakcji z tekstem. Nic więcej.

Poetyckość. Język zachwyca, jest nieosiągalny dla większości piszących na forum (może też dlatego, że wielu formom akurat taki język by nie służył). Ma on natomiast pewną charakterystykę. A mianowicie: im dłuższy tekst, tym gorzej działa. Po pierwsze dlatego, że zwalnia jeszcze i tak już nie najszybszy tekst. Po drugie, on, jak wspominałem, poza kwiecistością balansuje też gdzieś na granicy metafory. A ponieważ metafory służą zwykle interpretacji, to w praktyce przez te 60 000 znaków czytelnik musi zachować pewien poziom koncentracji. To w pewnym momencie zaczyna męczyć. Jasne, tylko część czytelników. Bo znów, będę uparcie powtarzał, piszę opinię z perspektywy CM-a, który bardzo lubi, kiedy tekst niczego od niego nie wymaga. ;-)

Wracając do myśli. To zaczyna męczyć, bo cały czas próbujesz utrzymać w głowie pewną linię interpretacyjną, którą sobie wybrałaś/wymyśliłaś. Bo szukasz potwierdzeń, bo wprowadzasz na bieżąco pewne korekty, jeśli pojawi się coś, co ten wybrany kierunek zaburza. W praktyce, pisząc uczciwie, czujesz się trochę tak, jak przy lekturze wiersza na kilkanaście tysięcy znaków. ;-)

Myślę więc, że ten język służy tym lepiej, im krótszy jest tekst, w przypadku CM-ów i im podobnych. Jasne, on mógłby się sprawdzić i przy takiej długości, ale…

Ale musiałoby być w tekście więcej “bezpośredniej historii”. Takiej od A do Z, której się czepisz, której będziesz bliżej. Tutaj tej historii jest ciut mało. Mnie generalnie bliżej do tego, co pisałaś na “UFO” czy nawet czego, co miałem przyjemność czytać w tym tekście “znikniętym”. Ale wiesz, tak jak wcześniej sądziłem, że korzystniej dla Ciebie będzie poszukać jakiegoś dojścia do prostszego czytelnika, tak teraz ani myślę się przy tym upierać. Jak widzisz choćby po nominacjach, ten kompromis chyba nie zawsze i nie do końca się sprawdza. Nie myślę się więc przy potrzebie szukania tego kompromisu upierać, ale i nie zmieniam zdania, że to tekst dla pewnej grupy niedostępny. Pół biedy z CM-em. Trochę się czytelniczo rozwinąłem, jakoś się w tym odnajduję. Natomiast część osób zwyczajnie będzie w tym tekście zagubiona i po prostu przy nim odpadnie. To nie jest opowiadanie dla wszystkich.

Marudzę sporo, ale celowo pozytywy zostawiam na koniec. Będzie o nich bardzo krótko, ale niech Ci proporcje tego komentarza nie przysłonią tej najważniejszej części opinii. Bo tak, jak jest tu mnóstwo elementów, o które mogę marudzić. Tak, jak perspektywy tego naprawdę prostego czytelnika daje mi tu szerokiego pole do popisu, żeby rzucać malkontenctwem na prawo i lewo, tak…

Tak dalej jest to bardzo dobry tekst. Również dla CM-a, choć z wyraźnym zastrzeżeniem, że dla CM-a dzisiejszego, który (w dużej mierze dzięki portalowi) rozwinął się czytelniczo, wie lepiej, jak szukać frajdy z czytania takich tekstów i gdzie szukać ich wartości. CM sprzed dwóch lat definitywnie by Ci przy tym tekście odpadł. I nie tylko on, jak sądzę.

Nie będę Ci ściemniał, nie wszystko wyłapałem, walczyłem jak szlag, żeby nie zgubić pewnej linii interpretacyjnej dla tego tekstu, która mi się narzuciła. Ale też prawda na końcu jest taka, że bardzo chciałem czytać ten tekst, patrzeć, jak się będzie rozwijać. Bo on ma naprawdę dużo. Konwencja jest pisarsko trudna, bo łączysz science fiction z mitologią. Pracy w ten tekst musiałaś włożyć od cholery, żeby cały koncept był spójny i wiarygodny. Język, nawet jeśli średnio mi pasował do tej długości tekstu (i, co to dużo ukrywać, kazał go czytać na raty), dalej robi kapitalne wrażenie. I kiedy zbierzesz to wszystko, dostajesz bardzo dobry tekst, nawet mimo tych wszystkich malkontenctw.

Daruj ewentualne literówki w komentarzu, ale… nie chce mi się go już czytać. :D

Za długi jest. ;-)

Mam nadzieję, że w miarę spójny i czytelny, bo to jednak próba spisania odczuć na papier. Nie fachowej opinii, bo do tego nie mam wiedzy, ale właśnie odczuć, do których ciężko czasem dobrać słowa. I przy spisywaniu których często wkrada mi się chaos.

Dobra, tyle. Jeśli czytasz to zdanie, gratuluję dotarcia do mety. ;-)

Cześć!

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Na wstępie zaznaczę, że są momenty, kiedy myślę, że nie powinnam głosować na tegomiesięczne piórka – sytuacja osobista robi ze mnie malkontentkę i na pewno wpływa na ocenę tego, co czytam.

Niemniej ponieważ nie wzięłam urlopu, a większość tekstów przeczytałam wcześniej, zacznę od plusów.

Jak zwykle piszesz pięknie i ponownie, po Ki-Gal, masz ładny pomysł na reinterpretację mitu. Do konkursu marsjańskiego też byłoby to idealne opowiadanie, takie połączenie marzeń o Marsie z baśnią i mitem.

Od czego się natomiast odbiłam? Przede wszystkim od perspektywy bohaterów. Przeczytałam wcześniej, że nie chciałaś perspektywy dorosłych – rozumiem ten wybór, jest on przy obranym sposobie prezentacji fabuły uzasadniony, niemniej mnie osobiście, jako czytelniczkę, lekko nużyły kolejne sceny, w których przyrost informacji był niewielki, pewne rzeczy się powtarzały (choć niedosłownie). Postacie dzieci wydały mi się też troszkę niewiarygodne: chciałaś przez ich punkt widzenia przekazać bardzo dużo, więc nader często ich wypowiedzi czy przemyślenia nabierały cech infodumpu, a refleksje były nieco zbyt “dorosłe”. Nie wiem, jak wybrnąć z tego problemu, bo istotnie wprowadzenie perspektywy dorosłej pewnie by opowiadaniu zaszkodziło.

EDYTA: po wpisaniu komentarza przyszło mi do głowy, że być może np. wprowadzenie głosu “obiektywnego” – jakichś biuletynów marsjańskich itp. byłoby rozwiązaniem na potrzebny infodump? Głosu, który nie byłby niczym innym, tylko informacją.

Muszę też przyznać, że o ile w Ki-Gal ta konstrukcja, w której odkrywasz coraz więcej ze świata, a czytelnik przechodzi “na kolejne poziomy” wraz z bohaterami, mnie zachwyciła, tu zaś wydała mi się nieco naciągana pod kolejne “zdarzenia” związane z jajkiem.

Tak sobie myślę, że paradoksalnie może gdyby pójść tu w większą metaforyczność, jeszcze mocniej, dobitniej ograć te orfickie elementy, tekst by mi się bardziej spodobał. W każdym razie jakkolwiek czyta się go z estetyczną przyjemnością, no i ma fragmenty naprawdę bardzo udane (w tym ukłon w stronę Oppy), to jako całość mnie trochę rozczarował. Może to kwestia oczekiwań rozbudzonych przez Ki-Gal?

http://altronapoleone.home.blog

Muszę przyznać, że mam z tym tekstem problem, który mnie dość konkretnie uwiera. Nie mogę poskładać w całość kolonii marsjańskiej z mitologią “wyklucia” świata. Gdyby tylko chodziło o sny dzieci (swoją drogą, nie załapałam w jakim są wieku, co też mi trochę przeszkadza) i ich dziecięcą wyobraźnię i zabawę, może by to było dla mnie prostsze. Jednak połączenie wiedzy dorosłych o realiach świata (tego ziemskiego i kolonijnego, którym nie chcą się z dziećmi dzielić) z teorią o niewyklutym świecie, zmiksowanie technologii (te holograficzne ptaki, czy symulacje), wiedzy szkolnej z wierzeniami dzieciaków – to wszystko mi się nie zgrywa. 

Być może jest to dla mnie zbyt metaforyczne, może nie dostrzegam wyraźniejszego połączenia oniryzmu skorupki z kolonią, jakiegoś przejścia. Co by to nie było, tekst do mnie w tej postaci nie przemawia w pełni. 

Osobną sprawą jest samo wykonanie. Tu nie mam żadnych zastrzeżeń. Wręcz mogę z całą świadomością stwierdzić, że opowieść napisana jest bardzo dobrym stylem. Pięknie budowane zdania, plastycznie odmalowane niektóre sceny (zwłaszcza te oniryczne). 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

CM-ie, Drakaino, Śniąca, dziękuję Wam za lekturę, już spieszę z odpowiedziami. Pozwolę sobie może zacząć od komentarza Drakainy.

 

Drakaino,

Kurczę, aż mi głupio, że w takiej sytuacji przypadło Ci jeszcze przebrnąć przez ten tekst, i doskonale zrozumiałabym, gdybyś zdecydowała się zrezygnować z lektury. Ale uszanuję, że jednak podjęłaś się przeczytania i skomentowania, więc krótko odniosę się do uwag.

Jeśli chodzi o perspektywę postaci, to przede wszystkim nie chciałam takiego spojrzenia całkowicie z zewnątrz – pewnie to przez to wkradła się monotonia, bo główni bohaterowie mieli ograniczony dostęp do różnych miejsc czy informacji. Z drugiej strony próbowałam właśnie wykreować taki stan oczekiwania, stąd niespieszne tempo, spotęgowane jeszcze tymi wszystkimi snami i symulacjami. Kilka czysto informacyjnych komunikatów się w tekście przewinęło, choć faktycznie nie było tego za wiele.

Inna sprawa z powtarzalnością, tej raczej wolałabym uniknąć. Domyślam się, że chodzi o sposób wprowadzania postaci – częściowo wynikło to z kompozycji, poza tym chciałam, żeby każda miała swoje pięć minut. Ale może faktycznie dobrze byłoby to jakoś obudować akcją i pewnie znalazłoby się na to parę sposobów.

Dziękuję też za miłe słowa na temat stylu i zamysłu. Ciekawe, że Twoim zdaniem lepiej byłoby pójść w większą metaforyczność, bo przedpiścy raczej zwracali uwagę na mniejszy udział warstwy naukowej.

Trzymaj się mocno.

 

 

CM-ie,

Dzięki za rozbudowany komentarz z kawą w tle. :)

Wiesz, ja bardzo cenię każdą opinię, bo po każdym takim spojrzeniu z zewnątrz (a tym bardziej takim merytorycznym jak Twoje) lepiej widzę mocniejsze i słabsze strony tekstu. Tak że, naprawdę, nie czuj się jakoś tym opowiadaniem przytłoczony. Poza tym jeśli chodzi o aktywność portalową, to akurat Ty masz większe doświadczenie niż ja – i to nie tylko pod względem liczby opowiadań, ale też eksplorowania różnych konwencji.

Przyjmuję zastrzeżenia na temat wolnego tempa akcji. Wychodziłam z założenia, że o ile powinno się zadbać o utrzymywanie uwagi czytelnika, o tyle może uda mi się to osiągnąć przez różne zabiegi stylistyczne (na przykład zastosowanie czasu teraźniejszego). Możliwe, że na niekorzyść zadziałała tutaj pewna powtarzalność, o której wspomniała Drakaina.

Ze swojej strony chętnie bym z kolei zapytała o te trudności z utrzymaniem linii interpretacyjnej, bo zastanawiam się, gdzie dokładnie mogłam popełnić błąd. To znaczy – nie chciałabym, żeby była tutaj jakaś jedna słuszna interpretacja, tylko żeby te podstawowe założenia były wystarczająco zrozumiałe i sugestywne. A już każdy może sobie sam dopowiedzieć, co wykluje się z jaja. ;) Miałam nadzieję, że trzymanie się jednej metaforyki (tj. odmienianie jaja przez wszystkie przypadki) czy przyjęcie perspektywy dziecka właśnie obniży próg wejścia i nie będzie to wszystko tak hermetyczne jak poprzednie teksty. A Twoim zdaniem te trudności wynikły raczej z nagromadzenia różnych elementów czy w jakiś sposób “zaburzonego” przebiegu wydarzeń? I, jeśli mogę zapytać, do jakiej interpretacji byłoby Ci najbliżej bez tych przewijających się w dyskusji wyjaśnień?

Dzięki też za ciepłe słowa na temat stylu i konwencji. Może to dziwnie zabrzmi, ale mnie się właśnie łatwiej działa w takiej “sztucznej”, mocno uporządkowanej formie, z podziałem na segmenty i bardzo sprecyzowanym konceptem w centrum. Dopiero wtedy – jak już wszystko sobie poukładam – czuję, że mogę dać się ponieść. ;) “Schizma” i “Quipu” powstawały bardziej spontanicznie, przez co paradoksalnie trudniej mi było się w tych tekstach odnaleźć.

Do zobaczenia wkrótce pod “Ethan Crouch redivivus”, bo w międzyczasie sobie nadrobiłam. ;)

 

 

Śniąca,

Już spieszę z wytłumaczeniem, może co nieco rozjaśnię. :)

Ogólnie wyklucie się świata jest metaforą terraformacji – życie kolonistów pod kopułą jest tylko pewnym etapem przejściowym, zapowiedzią ich przyszłego życia na planecie. Za stworzenie odpowiednich warunków do życia mają być odpowiedzialni główni bohaterowie – pierwsi Marsjanie. I dalej można sobie to różnie interpretować: albo te postacie są bóstwami stwarzającymi świat na nowo, albo po prostu ludźmi ukierunkowanymi na konkretne cele przez specyficzną edukację, albo jednym i drugim. Mają też dość fragmentaryczną wiedzę o świecie zewnętrznym (w porównaniu do kolonistów pochodzących z Ziemi), stąd kształtuje im się określony światopogląd. Oczywiście dorośli nie traktują metafory jaja wszechświata tak samo poważnie – wszystko w opowiadaniu jest ostatecznie tylko perspektywą Eurynome, która jednak pod koniec decyduje się dalej żyć według swojego snu-mitu.

Bardzo dziękuję za docenienie wykonania. :)

Pozdrawiam ciepło!

 

Ogólnie wyklucie się świata jest metaforą terraformacji

Tak mi się wydawało, ale jak dla mnie to zbyt ona oderwana, przez co miałam poczucie niedopasowania elementów opowieści. 

Im dłużej się zastanawiam, to sam pomysł wyklucia mi się podoba coraz bardziej. Żebym jednak w trakcie lektury nie przewracała oczami, to musiałaby ta historia być inaczej poskładana.*

 

Edyta

Albo innymi słowy, mówiąc metaforycznie – jest ona zbyt grubymi nićmi szyta i ten gruby szew mnie uwiera ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ogólnie wyklucie się świata jest metaforą terraformacji

A na to bym nie wpadła… Oczywiście, jak to powiedziałaś, to ma sens, ale dla mnie to chyba było zbyt głęboko ukryte, albo też orfickość mi przesłoniła inne warstwy.

Dziękuję za ciepłe słowa.

 

PS.

Kilka czysto informacyjnych komunikatów się w tekście przewinęło, choć faktycznie nie było tego za wiele

Myślałam raczej o całkowicie “odrębnych bytach” narracyjnych – poza narracją prowadzoną przez dzieci. Bo wtedy infodump byłby uzasadniony formą, w jakiej go podajesz, a unikasz perspektywy dorosłych, którzy wiedzą. Ale być może zburzyłoby to zamysł :(

http://altronapoleone.home.blog

Do zobaczenia wkrótce pod “Ethan Crouch redivivus”, bo w międzyczasie sobie nadrobiłam. ;)

Ech, a ostrzegałem. ;)

Pamiętaj, że czasu zmarnowanego na ten tekst już nikt Ci nie zwróci. :D

Ja tu na razie wpadam poinformować, że CM odpowiedź do swojego komentarza przeczytał i odniesie się do niej w weekend, kiedy praca zwróci mu mózg. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Właściwie dlatego, że nie zrozumiałam.

Nie mam pojęcia, kim są bohaterowie. Porozrzucałaś po tekście różne podpowiedzi, tylko że one wzajemnie się wykluczają, a ja zostaję z… hologramem w garści. Noszą boskie imiona, śnią o tworzeniu świata, ale coś nie widać boskich mocy. Jedzą deserki chłodzone azotem, a to chyba zabiłoby człowieka. Lubią zimno? Może to komputery/SI? No, nie bardzo, bo w szkole trenują procedury ewakuacyjne, niepotrzebne ani kompom, ani bogom. I śnią (czy komputery śnią?) sny połączone jajecznym motywem. Magia? Rodzice dzieci rozmawiają z nimi jak boty, które za wszelką cenę nie chcą przejść testu Turinga.

Nie wyobrażam sobie, że można mieszkać na Marsie i nie wiedzieć, co jest na zewnątrz kopuły. To jakby współczesne dziecko, mieszkające w rozwiniętym technologicznie kraju przez całe życie (ani w domu, ani w szkole, ani w telewizji, ani w internetach) nie usłyszało, że są jakieś inne miasta niż rodzinne. Tu moja niewiara z wielkim hukiem spada na glebę. A może to postacie z RPG?

Jeśli wyjście spod kopuły grozi chorobą popromienną (a dlaczego właściwie?), to czemu jest takie łatwe – żadnych drzwi zamkniętych na klucz, kodów? No, Yared ma jakąś kartę, ale to za łatwe.

Nie wiedząc, kim są bohaterowie, nie rozumiem, co tam się stało. Może dzieci dorosły i poszły do pracy. Może mądry centaur wypuścił młodych bogów ze szkoły i pozwolił stworzyć świat. Może po kilkudziesięciu sekundach testów technicy włączyli serwer SI i załadowali program. Nie wiem.

Ale napisane bardzo ładnie. Poetycko, dobrze warsztatowo. No, składać zdania to Ty umiesz.

ogrzewają zziębniętą skorupkę.

Tak właściwie, to węże są zmiennocieplne, więc nie bardzo mogą ogrzać, co najwyżej stworzą warstwę izolacji termicznej. Ale to pikuś w porównaniu z mistycyzmem reszty.

Babska logika rządzi!

Jedzą deserki chłodzone azotem, a to chyba zabiłoby człowieka.

Na Ziemi są lodziarnie serwujące lody z azotem :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

O, jak ja mało wiem o świecie… W takim razie cofam ten zarzut.

Jaką mają temperaturę te lody?

Babska logika rządzi!

Gwoli ścisłości to nie są “lody z azotem”, ale lody mrożone ciekłym azotem, tak jak w opowiadaniu. I nie jest to stuprocentowo bezpieczne dla człowieka, bo uzyskana temperatura może być za niska, co powoduje odpowiednik oparzeń.

http://altronapoleone.home.blog

Śniąca,

Jasne, rozumiem – dla mnie taka metafora ma sens, ale zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego będzie to wystarczająco przekonujące.

 

Drakaino,

Hmm, to jeśli chodzi o takie “materiały uzupełniające” niebędące częścią historii, to jednak nie do końca pasowałyby mi do zamysłu. Raczej bym poszła w kierunku dialogów odbywających się gdzieś w tle albo przypadkowo zasłyszanych komunikatów.

 

CM-ie,

Nie ma pośpiechu, ja też (jak zresztą widać) nie zawsze mogę od razu odpowiedzieć. Do zobaczenia zatem. ;)

 

Finklo,

Dziękuję za wizytę i wnikliwą lekturę. Trochę już wyjaśniałam we wcześniejszych komentarzach, ale spróbuję jeszcze coś dopowiedzieć w temacie. :)

 

Nie mam pojęcia, kim są bohaterowie. Porozrzucałaś po tekście różne podpowiedzi, tylko że one wzajemnie się wykluczają, a ja zostaję z… hologramem w garści. Noszą boskie imiona, śnią o tworzeniu świata, ale coś nie widać boskich mocy.

No tak, właściwie tak miało być, że nie wiadomo do końca, kim są bohaterowie. Eurynome faktycznie nie ma spójnego światopoglądu, bo rodzice mówią jedno, w szkole uczą drugiego, z pozostałymi postaciami wymyśla własny mit, a potem jeszcze przychodzi Yared i wszystko miesza. A więc tutaj wszystko się zgadza. :P

Boskie moce w najbardziej podstawowym sensie odnoszą się do tego całego wysiłku, który będzie konieczny do stworzenia życia na Marsie. Poza tym też można sobie dowolnie tę boskość interpretować. Ot, kolejny tekst, w którym badam, komu i czemu ludzie przypisują boskie cechy.

 

Jedzą deserki chłodzone azotem, a to chyba zabiłoby człowieka.

Kontynuując dyskusję, która się w temacie wywiązała, potwierdzam, że faktycznie są takie desery – ja się zetknęłam z kuchnią molekularną tylko na pokazach naukowych, ale z tego, co widzę, lodziarnie też już działają.

 

I śnią (czy komputery śnią?) sny połączone jajecznym motywem. Magia?

Ano właśnie – albo odtwarzanie odwiecznego mitu, albo sztucznie spreparowane sny. Co kto woli. ;)

 

Rodzice dzieci rozmawiają z nimi jak boty, które za wszelką cenę nie chcą przejść testu Turinga.

To z kolei miało być bardziej jednoznaczne – chciałam wskazać głównie na przepaść pokoleniową (o dość szczególnym charakterze) i wynikający z niej dystans emocjonalny.

 

Nie wyobrażam sobie, że można mieszkać na Marsie i nie wiedzieć, co jest na zewnątrz kopuły.

Jeśli chodzi o to, co jest na Marsie, to oczywiście mają teoretyczną wiedzę, tylko nie wolno im wychodzić na zewnątrz. Wiedza na temat Ziemi jest wprowadzana stopniowo (i dość fragmentarycznie).

 

Jeśli wyjście spod kopuły grozi chorobą popromienną (a dlaczego właściwie?), to czemu jest takie łatwe – żadnych drzwi zamkniętych na klucz, kodów? No, Yared ma jakąś kartę, ale to za łatwe.

Na powierzchni jest ciągle wysokie promieniowanie (rzadka atmosfera, brak magnetosfery). Faktycznie ten epizod z wyjściem na zewnątrz trochę uprościłam i działa to na takiej zasadzie, że Yared sobie w międzyczasie to wszystko podpatrzył; myślę, że po całym zdarzeniu wprowadzili już mnóstwo nowych zabezpieczeń. ;)

 

Nie wiedząc, kim są bohaterowie, nie rozumiem, co tam się stało. Może dzieci dorosły i poszły do pracy. Może mądry centaur wypuścił młodych bogów ze szkoły i pozwolił stworzyć świat. Może po kilkudziesięciu sekundach testów technicy włączyli serwer SI i załadowali program. Nie wiem.

Tak jak w epilogu – Eurynome czeka na wyklucie, a Yared marzy o raju utraconym i ziemi obiecanej. ;)

 

Tak właściwie, to węże są zmiennocieplne, więc nie bardzo mogą ogrzać, co najwyżej stworzą warstwę izolacji termicznej.

Hej, jak to nie, jak w micie ogrzewał! ;)

Potem [Eurynome] przybrała postać gołębia i tak długo szybowała nad falami, aż złożyła jajo wszechświata. Na jej prośbę Ofion kilkakrotnie owinął się wokół jaja, ogrzewając je dopóty, dopóki nie pękło na dwie części.

W kontekście klamry kompozycyjnej “ogrzewanie” odnosi się też do tworzenia sztucznego pola magnetycznego, czego skutkiem ma być wzrost temperatury na powierzchni.

A skoro o ogrzewaniu mowa, to dziękuję za lekturę i pozdrawiam ciepło. ;)

Dzięki za odpowiedzi, Black_cape. Raczej chciałam wyjaśnić, dlaczego głosuję na nie, niż prosić o wyjaśnienia, ale zawsze miło wejść w głowę Autora.

Babska logika rządzi!

Nie ma sprawy, Finklo. Ja już tak z przyzwyczajenia z tymi wyjaśnieniami, zawsze się staram w jakimś stopniu odnieść do uwag komentujących. ;)

Spoko, doskonale rozumiem, też tak mam. :-)

Babska logika rządzi!

Jestem zgodnie z obietnicą. Piórka niestety nie pogratuluję, ale nominacja i parę TAK-ów to przecież i tak świetny wynik i nie wolno o tym zapominać.

Ze swojej strony chętnie bym z kolei zapytała o te trudności z utrzymaniem linii interpretacyjnej

A Twoim zdaniem te trudności wynikły raczej z nagromadzenia różnych elementów czy w jakiś sposób “zaburzonego” przebiegu wydarzeń? I, jeśli mogę zapytać, do jakiej interpretacji byłoby Ci najbliżej bez tych przewijających się w dyskusji wyjaśnień?

No to objaśniam.

A właściwie spróbuję Ci w dużym uproszczeniu pokazać, w jaki sposób kształtowała się ta linia interpretacyjna. I później, w miarę potrzeb, będę dopowiadał.

 

Generalnie na początku, kiedy podchodziłem do tego tekstu, od razu narzucała mi się taka wizja czegoś w rodzaju “mitu o stworzeniu świata”. Celowo korzystam z cudzysłowu, bo nie można tego traktować dosłownie. Albo raczej: każde z tych słów należałoby jakoś rozwinąć czy może nawet zinterpretować. Należy pamiętać, że to początek tekstu, wizja jest na razie nieśmiała i nieco mętna.

Trzeba zaś rozwinąć, bo ani to do końca mit, ani pełne powstanie świata. Przez powstanie świata rozumiem taką długą drogę, której spodziewam się w tym tekście, od skorupki – pustego świata, aż do wyklucia. Słowem, początek tekstu narzuca mi obraz opowiadania-drogi od rdzawego, pustego Marsa do pojawienia się na nim życia – tutaj nie byłem do końca pewien, czy ma to być kolonizacja Marsa, czy może pojawienie się na nim roślin, wody, itp. A może jedno i drugie?

Mit z kolei nasunął mi się dlatego, że zakładałem taką formę opowiadania, gdzie ta droga od skorupki do wyklucia (a nawet ciut dalej) będzie prezentowana w większym stopniu z perspektywy bogów.

I tak, w dużym skrócie, wyglądała ta moja wyjściowa linia interpretacyjna. Mam “Mars z zewnątrz” – pustą planetę oraz “Mars wewnątrz” – jakąś rodzącą się formę mitologii, towarzyszącej jej bogów i ich droga do uczynienia Marsa planetą zamieszkaną lub (albo przy okazji) ich droga do stania się pełnoprawnymi bóstwami (bo gdzieś tam świtało mi z tyłu głowy, że to może też być taka forma tekstu, w której mitologia i bogowie “dorastają” wraz ze światem i to wyklucie ma charakter szerszy – nie tylko narodzin życia na planecie, ale i pełnoprawnej mitologii – to przy założeniu, że nie na wszystko mają wpływ).

Od tego więc wychodziłem i tego, ewentualnie z jakimiś drobnymi korektami, zamierzałem się trzymać, jeśli tekst na to pozwoli. Sugerowały mi to w pewien sposób zarówno nazwy podrozdziałów jak i niektóre zdania w tekście (”świat się jeszcze nie narodził”).

To, co wewnątrz skorupki, budziło pewne wątpliwości. Nie byłem pewien, jak interpretować bohaterów, bo na myśl nasuwali mi się tacy bogowie-nie bogowie. Jakaś namiastka bogów? Zalążek bogów i mitologii, która w pełni narodzi się wraz z wykluciem – pojawieniem się życia? Nie byłem pewien, dlatego trzymałem się mimo wszystko tej wersji, bo czytając dłuższy tekst chcesz się chociaż łudzić, że rozumiesz. ^^

Sny i youTopia trochę perfidne, bo to takie motywy typu: gdzieś mi dzwoni, ale nie jestem pewien, w którym kościele. Ciężko mi to dokładnie rozwijać, bo gdybym miał rozkładać na czynniki pierwsze moją potencjalną interpretację każdego elementu, musiałbym machnąć koszmarnie długi elaborat, a trochę brakuje mi na to czasu.

Sny więc nieśmiało przywodziły mi na myśl jakieś możliwe wersje rozwoju świata i biegu zdarzeń (które wcale nie muszą się ziścić). Youtopię byłbym (ale bardzo nieśmiało) skłonny widzieć jako wirtualny świat tworzący potencjalne możliwości obrazów z zewnątrz (może z przyszłości?).

Generalnie trudno tu wskazać, że zagubienie powodowały jakieś konkretne elementy, albo, że było ich zbyt dużo. Raczej chodzi o to, że z jednej strony masz pewien metaforyczny obraz, ale ponieważ jest metaforyczny, nie podajesz informacji wprost. A skoro nie podajesz informacji wprost, to mogę sobie interpretować każdy z elementów dowolnie, niemal układać pewien obraz opowiadania z puzzli, które mi zostawiłaś. I jeśli z czegoś bierze się moje niezrozumienie, czy niepewność, co do zrozumienia, to właśnie z tego, że tekst (zwłaszcza przy mocnej pracy wyobraźni) może mnie sprowadzić na zupełnie inną drogę interpretacyjną niż sobie tego życzyłaś i to wymyśliłaś.

Jak pisałem, metafory wydają się być spójne. Ale jednak są metaforami. Jeden zagłębi się w tekst mocniej, inny słabiej. Jeden mocniej wczyta się w tekst, szukając tego, co chciałaś przekazać, drugi będzie układał te elementy po swojemu.

Jeśli więc miałbym odpowiedzieć na pytanie, czy coś było niezrozumiałe, ale czy jakieś elementy komplikowały zrozumienie tekstu, to odpowiem, że problem miałem gdzieś indziej. Zacząłem te Twoje klocki układać po swojemu z bardzo dużą dozą niepewności, czy czasem nie układam ich w dom, podczas, gdy miały utworzyć zamek. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, CM-ie, wybacz lekkie opóźnienie, już przybywam z odpowiedzią. :)

Dzięki za kolejny rozbudowany komentarz i kolejne uwagi. A widzisz, nie pomyślałabym, że kompozycja może być myląca – tekst był pisany pod konkurs, więc od początku nie planowałam go na tyle rozciągać w czasie, żeby mogła być mowa o pełnej terraformacji (czyli stworzeniu świata). Zasygnalizowałam to tylko w klamrze kompozycyjnej, a w głównej części tekstu czytelnik miał poznawać ten “przejściowy” świat oczami Eurynome. Chociaż w sumie uwzględniłeś w komentarzu interpretację, że “bogowie dorastają ze światem”, a to już jest bardzo bliskie mojemu zamysłowi. Ze snami i snymulacjami też dobrze kombinujesz. ;)

Ogólnie przede wszystkim chciałam się upewnić, czy opowiadanie jest w miarę komunikatywne i czy te podstawowe założenia są zrozumiałe (bo moje wcześniejsze teksty bywały dość hermetyczne). Tak jak wcześniej pisałam, nie musi tutaj wcale być jednej słusznej interpretacji; w końcu każdy czytelnik ma swoje preferencje i doświadczenia, może zwrócić uwagę na inne aspekty i odczytać tekst na swój sposób. Teraz już pewnie sporo zaspoilerowałam w wyjaśnieniach, ale (mam nadzieję) nadal są możliwe różne interpretacje. W końcu jajo to nadal tylko potencjał. ;)

Niestety byłem na NIE i to była chyba najłatwiejsza decyzja w tym miesiącu. A szkoda, bo uwielbiam twoje Ki-Gal i uważam za najlepszy tekst ostatniego roku, a i ten był napisany momentami pięknie. Tylko niestety moim zdaniem zupełnie nie zagrało to co czyniło Ki-Gal tekstem tak wyjątkowym. Znowu próbowałaś ożenić mitologię i SF, ale tym razem chyba zupełnie zagubiłaś propocje, albo przynajmniej podałaś je w takim miksie, który był dla mnie niezbyt sprzyjający. Z jednej strony warstwa mitologiczna, mistyczna, zdominowała całą resztę tekstu, z drugiej jednak zabrakło kilku kroczków żeby to był tekst czysto mitologiczny czy alegoryczny. I w ten sposób dostajemy tekst stojący w rozkroku, i to rozkroku bardzo niezbalanasowanym, przeciężony na jedną stronę tak że zazraz się wywróci, ale jeszcze-jeszcze próbuje ustać.

Zupełnie nie byłem w stanie kupić twojego świata przedstawionego. Przez to, jak bardzo chciałaś wszystko powiązać z mitologią (chociaż doceniam bardzo research) wszystko wypada nienaturalnie. Nie jestem w stanie uwierzyć w twoją kolonię, w której dzieci nie wiedzą o świecie dookoła (zwłaszcza, że rodzice nie zdają się ukrywać prawdy), mitologizują sobie świat i szczerze wierzą w kosmiczne jajo, a jednocześnie co jakiś czas przylatują statki z nowymi kolonizatorami z Ziemi. Ja rozumiem, że chciałaś przedstawić perspektywę dziecka i jego pojmowanie świata, ale w tych warunkach zupełnie mnie to nie przekonało. Tak jak wątpliwości kim są bohaterowie – czy to zwykłe dzieci? bogowie? SI? W ogóle nie czułem tych rozterek i dowiedziałem się o nich dopiero czytając inne komentarze. Ja, czytając tekst, nie widziałem tych innych opcji, dla mnie to były po prostu dzieci kolonistów, tylko niezbyt wiarygodne jako dzieci. Zwłaszcza, że w swoim researchu (który kolejny raz pochwalę bo mi imponuje) sięgnęłaś po mity niezbyt popularne, a przynajmniej nieznane dla mnie, więc nie widziałem nawet warstwy w której dzieciaki odtwarzają role mitycznych odpowiedników (jasne, trochę wyczuwałem budowanie panteonu, ale jednak zabrakło mi kontekstu). 

Sama opowieść też niestety trochę mi się wlokła, jako że odgrywała rolę mocno podrzędną dla twojej wizji mitologizacji-sf. W pewnym momencie byłem już znużony kolejnymi sennymi wizjami i spotykaniem kolejnych dzieciaków, które też śnią i czekałem aż w końcu odhaczysz całą listę i przejdziesz do finału. Finał, który z jednej strony świetnie wykorzystał analogię z omfalosem, z drugiej pozostawił niedosyt, bo spodziewałem się, że historia zmierza do czegoś mocniejszego.

Nowa Fantastyka