- Opowiadanie: master-of-orion - Na szczycie zaśniesz

Na szczycie zaśniesz

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Na szczycie zaśniesz

Biję się z myślami, a myśli wygrywają. Cały czas nieposłusznie wracają do wspomnień o niej – do tych wszystkich nocy, które spędziliśmy razem. Moje serce i umysł zniewoliła Eudorina. Platynowe włosy, alabastrowa cera, oczy jak szafiry – z zewnątrz posągowa piękność, w środku kobieta z krwi i kości, namiętna i gorąca. Jest kapłanką życia ze świątyni na drugim od góry tarasie zigguratu miasta. Mieszka wystarczająco blisko szczytu, by być idealną i długowieczną, lecz na tyle daleko, by nie zmienić się w oziębłą marmurową statuę, tak jak arcykapłani żyjący na pierwszym tarasie, tuż poniżej tronu Matuzalema.

Ktoś otwiera i zaraz zamyka drzwi do podłej speluny, w której topię smutki przy kontuarze. Do środka wdziera się chłód znad krawędzi tarasu. Na piątym poziomie miasta, daleko od tronu i ciepłego tchnienia życia, często czuje się lodowate podmuchy śmierci. Nie dla maluczkich długowieczność. Arcykapłani grzeją się tuż pod Matuzalemem i żyją po tysiąc lat. Kapłanki i wieszczki rezydują trochę niżej, więc żyją po dwa i pół stulecia. Arystokraci na trzecim tarasie zazwyczaj przekraczają setkę. Zaś zwykli ludzie, w zależności od stanu posiadania, mieszkają na tarasie czwartym albo piątym i żyją lat sześćdziesiąt albo czterdzieści. Na szóstym rozciągają się slumsy, a jeszcze niżej schodzi się tylko po to, żeby umrzeć przed swoim czasem.

– Czegoś ci polać? – pyta oberżysta, jednoręki i parchaty na twarzy. – Od kwadransa siedzisz i gapisz się w pustą szklanicę.

– A co najlepiej ugasi wewnętrzny ogień? – odpowiadam, zerkając niepewnie na pojemniki za jego plecami. – Co pomoże ostudzić gorącą miłość do osoby, o której najrozsądniej byłoby zapomnieć?

Przysadzisty mężczyzna wzrusza ramionami.

– Może chcesz nalewki? – Wskazuje brudnym paluchem słój z mętną cieczą, w której pływa mózg.

– Daje niepamięć?

Oberżysta niezdecydowanie kołysze głową.

– Raczej poczucie, że nic poza tobą nie jest prawdziwe. Że se wyśniłeś cały świat jak, nie przymierzając, Matuzalem. Ten rozum w szkle też myśli, że nic poza słojem nie istnieje.

Krzywię się. Gdyby Matuzalem nie wyśnił sobie świata, w którym dwójce kochanków nie wolno być razem, nie siedziałbym tutaj i nie wdychał smrodu skulonego w kącie, urżniętego do nieprzytomności dziada.

– A co jeszcze macie?

– Anyżówkę. – Wskazuje na gąsior pełen przejrzystego płynu, w którym rusza się odcięty palec. – Patrz na niego. Czasem podryguje, a czasem nie, ale nie dlatego, że ma ochotę. Jest, jak to mówią, bezwolny. I bezwonny też, i bezsmakowy, bez obaw. Jak wychylisz szklaneczkę, poczujesz się jak marionetka. Pomyślisz: „spokojnie, będzie co ma być, nie ma się co szarpać”.

Czy naprawdę chcę poczuć – pytam siebie – że nie mam na nic wpływu, a wolna wola to iluzja? Mam takie wrażenie i bez likieru z palcem w środku.

– Lepiej nie – mówię. – Naprawdę nic z tych trunków nie pomoże mi zapomnieć?

– Może absynt? – Wskazuje butelkę z zielonym płynem, w którym pływa gałka oczna. – Zsyła wizje i omamy. Kolory, jakich żeś nigdy nie widział i światy, jakich żeś nie odwiedził nawet w snach. Niektórzy chlają go dzień w dzień i wraz nie mogą się na te dziwy napatrzeć.

Oko w butelce pływa jak kijanka z pękiem nerwów zamiast ogona. Obraca się w moją stronę i przez chwilę myślę, że mnie obserwuje. Co widzi? Młodego, ciemnowłosego akolitę ze świątyni rozkładu, który był tak głupi i tak pechowy, że zakochał się w kapłance ze świątyni życia? Szybko się jednak reflektuję, że ta źrenica jest ślepa na świat. Patrzy na coś, co nie istnieje.

Zaczyna mnie mdlić od widoku gałki ocznej. Nie chcę w ten sposób uciekać od uczuć.

– Rozmyśliłem się. – Kładę na kontuar garść miedziaków za wypite piwo. – Chyba już pójdę.

Wstaję i wychodzę. Od progu oślepia mnie blask dnia. Oddalam się kawałek od speluny i staję na końcu uliczki, niedaleko krawędzi. Na plecach czuć ciepły powiew – życiodajne tchnienie z płuc Matuzalema – a w twarz uderza chłodny wiatr znad morza mgieł, które rozciąga się w dole jak okiem sięgnąć. Prądy powietrza ścierają się, śmieci i kurz tańczą u mych stóp.

– Akolita Kromonas? – pada pytanie.

Odwracam się. Z zaułka przy knajpie wyłania się czterech mężczyzn. Trzej to zbiry, o czym świadczą ich bezlitosne spojrzenia i krótkie miecze – nadal w pochwach, choć może nie na długo. Czwarty jest inny, szczupły i wyniosły. Jego szata oślepia bielą, a gładka, blada skóra przywodzi na myśl marmur.

– Hm, rysopis się zgadza – dodaje ten ostatni. Jego głos tchnie chłodem jak kamienna płyta.

– Szanowni panowie, chyba mnie z kimś mylicie… – mówię, czując na plecach strużkę potu.

– Miejsce pobytu również pasuje. Powiedziano mi, że ostatnio najczęściej można cię zastać w takich oto przybytkach na piątym tarasie – ciągnie Marmurowy. Słowa wysnuwają się z jego ust leniwie, a jego ciało nie wykonuje zbędnych ruchów. Jasne jak słońce, że powoli zmienia się w posąg, a więc musi mieszkać na pierwszym tarasie. Nie arcykapłan, ale ich wysłannik, pewnie ze świątyni prawa. Mam kłopoty.

– To jakaś pomyłka… Nie wiem, o co chodzi… – Przepłoszyli mi z głowy wszystkie łgarstwa i kłamstewka, żadne nie przychodzi na język. Cofam się o krok, ale przecież za plecami mam przepaść. Zbiry zaczynają mnie oskrzydlać, żebym sobie nie wyobrażał, że ucieknę.

– Nie bój się, akolito – mówi uspokajająco Marmurowy. – Chcemy ci tylko zadać kilka pytań. Pójdziesz z nami na pierwszy taras, potraktuj to jak wycieczkę. Spodobają ci się czyste, białe ulice i lampy ze szczerego złota. Byłeś kiedyś tak wysoko?

– Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Jestem ze świątyni rozkładu, a przecież arcykapłani nie gniją, tylko kamienieją. Nie zdarzyło się nigdy, żebym musiał zabierać stamtąd zwłoki.

– Ale kapłanki i wieszczki umierają jak wszyscy inni – mówi tamten jakby do siebie, ale nie drąży tematu. Oczywiście ma rację. Na drugim tarasie bywałem wielokrotnie, inaczej nie poznałbym Eudoriny.

Tymczasem dwa świątynne zbiry stają po lewej i po prawej, a trzeci, z oczami drapieżnymi jak u rysia, pobieżnie sprawdza, czy nie ukrywam gdzieś broni.

Czego mogą chcieć? Może kazano im mnie zniechęcić? Może mam najeść się strachu do syta, żebym zostawił kapłankę w spokoju? W końcu gdyby zamierzali mnie zabić, zrobiliby to tutaj. Wystarczyłoby popchnąć, slumsy są sto metrów niżej. Parę sekund lotu i po problemie.

– Chodźmy – mówi Marmurowy. – Porozmawiamy, a potem puścimy cię wolno.

Idziemy więc, bo jaki mam wybór? Marmurowy przodem, za nim Rysie Oczy, potem ja, a na końcu ramię w ramię dwa krępe zbiry. Wyłaniamy się z cuchnącej moczem alejki i skręcamy w szerszą ulicę. Po bruku turkocze wóz z trupami. Siedzący na koźle akolita i jego pachołek odwracają wzrok. Nie ich sprawa – im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Przechodnie przemykają na drugą stronę, tylko jeden pijaczek przygląda nam się z zaciekawieniem.

Unoszę spojrzenie ku niebu. Nad ulicą zwieszają się uczepione słupów grube żyły. Pulsują w rytmie matuzalemowego serca, które tłoczy życiodajny płyn do fontann, łaźni i ulicznych lamp, stając się całkiem dosłownie sercem miasta. Ciepły oddech i gorąca krew – bez nich miasto byłoby tylko pustym zigguratem, jałową wyspą na morzu mgieł.

Mijamy schody na taras czwarty. Są szerokie, ale i strome, korzystają z nich tylko ubożsi, dla których opłata za przejazd na wyższy poziom to zbędna fanaberia. Idziemy dalej. Na niewielkim placyku wije się wężyk ludzi czekających na windę. Marmurowy wcina się w kolejkę, ale nikt nie protestuje. Korpulentna matrona odsuwa się z lękiem i odrazą, jak gdyby moje kłopoty były zaraźliwe niczym trąd. Czekamy, aż winda wróci z góry. Mechanizm pracuje z terkotem i łapczywie chłepcze krew płynącą rurami.

– Mogę się chociaż dowiedzieć, co aż tak okropnego zrobiłem? – pytam.

Marmurowy nawet nie drgnie, nie raczy odpowiedzieć. Jeden ze zbirów odcharkuje i spluwa. Dla nich to dzień jak co dzień, odbiorą zapłatę i pójdą się uchlać. Wzbiera we mnie oburzenie.

– Czy to taka zbrodnia kochać kobietę?! – krzyczę, gdy coś we mnie pęka.

– Może i nie – rzuca zbir i rechocze. – Ale ty żeś ją kochał tak mocno i tak często, że jej już zaraz brzuch zacznie rosnąć.

– Kazał ci kto mleć ozorem, ciemna maso? – Rysie Oczy piorunuje go wzrokiem.

Przechodzi mnie zimny dreszcz. Przepadłem.

Ostatnio byłem z moją słodką Eudoriną prawie trzy tygodnie temu. Uzgodniliśmy wtedy, że trzeba spotykać się rzadziej, bo przełożeni w końcu zaczną coś podejrzewać. Przez cały ten czas modliłem się o siłę, by zakończyć związek, ale byłem zbyt słaby. A teraz okazuje się, że wątpliwości i obawy nadeszły zbyt późno. W jej łonie zaczęło kwitnąć życie.

To dużo poważniejsza sprawa – złamanie praw, które ustanowił Matuzalem, kiedy wyśnił miasto ze swego tronu na szczycie zigguratu. Oni nie chcą mnie nastraszyć, tylko wykonać przebłagalny rytuał… a raczej rytualną egzekucję. Boją się, że bezkarne pogwałcenie porządku może zbudzić Matuzalema z jego życiodajnego snu.

– Jasna cholera – klnę pod nosem. Muszę uciekać. Na szczęście tamci nie robią się bardziej czujni. Tępakom chyba nie przyszło do głowy, że akolita może domyślić się prawdziwego celu tej „wycieczki”.

Zaczynam się gorączkowo rozglądać, wyczulone strachem zmysły rejestrują każdy szczegół. Grymas matrony. Znudzenie zbirów na moich flankach. Ćwierkanie kanarków w klatce, którą ktoś zamierza wwieźć na taras czwarty. Terkot windy, która zaraz dotknie platformy. Rysie Oczy nachyla się do Marmurowego, coś do niego szepcze. Obok zatrzymuje się wóz z ogromnym słojem pełnym pijawek. Koń nerwowo rzuca łbem i gryzie wędzidło, chyba boi się tłumu albo windy. Wielkie, tłuste robaki wiją się w mętnej cieczy, otwierają i zamykają pyszczki, z których ulatują bąble. To pewnie myślossawki z pobliskiego szpitala dla umysłowo chorych. Dwaj młodzi mężczyźni czerwienieją z wysiłku, podnosząc słój, żeby postawić go na bruku.

W tym momencie winda dociera na platformę i rozlega się dzwonek. Jego naglący dźwięk popycha mnie do działania.

Rzucam się do ucieczki – od bezruchu do sprintu w pół sekundy. Korpulentną matronę wpycham na pierwszego zbira i z rozpędem wbijam się w tłum. Uderzani łokciami ludzie krzyczą. Przeskakuję nad klatką z ptakami, ale zahaczam stopą, przewracam ją. Drzwiczki otwierają się, a w powietrze wzlatują przerażone kanarki, piszcząc wniebogłosy. Koń się płoszy, szarpie wozem. Ogromny słój wymyka się z rąk i roztrzaskuje się o bruk, chluszcząc śmierdzącą cieczą. Ochlapani ludzie rozsuwają się i zderzają ze sobą, robi się zamieszanie. Wypadam z tłumu i przeskakuję nad kałużą. Za plecami słyszę siarczyste przekleństwo.

Odważam się zerknąć przez ramię. Drugi ze zbirów poślizgnął się i leży wśród myślossawek, obrzucając mnie obelżywymi epitetami. Pijawki zawodzą, jęczą, łkają i wrzeszczą głosami, które wyssały chorym z głów.

– Dlaczego? Dlaczego?!

– On też coś knuje…

– Jesteś zerem, pogódź się z tym!

Biegnę dalej, ale znowu zerkam. Rysie Oczy omija kałużę pełną obsesji i urojeń, a jego wściekłe warczenie słychać nawet przez kakofonię głosów. Odwracam wzrok i przyspieszam. Pędzę, ile tchu, skręcam w wąziutką uliczkę.

Oddech grzęźnie mi w płucach. Opieram się o ścianę. Czuję smród moczu, pomyj i beznadziei. „To bez sensu”, mówi cichy głosik w mojej głowie. Po plecach cieknie mi strużka potu. Cały kark mam mokry. Coś mnie łaskocze.

Sięgam do kaptura szaty i wyciągam z niego tłustą, obślizgłą pijawkę, która wije się w mojej dłoni.

– I tak ci się nie uda… – skrzeczy robak-fatalista.

Już mam wyrzucić to obrzydlistwo, gdy nagle do zaułka wpada Rysie Oczy. W jego dłoni błyszczy krótki miecz, a w jego oczach – żądza mordu. Czyżby w rozkazach napisano: „najlepiej żywego”, a nie: „koniecznie”?

Poniewczasie orientuję się, że wszedłem w ślepy zaułek, a napastnik jest coraz bliżej. Co mogę robić? Używam jedynej broni, jaką posiadam, czyli pijawki. Ciskam mu w twarz ohydnego robala. Może w ten sposób zyskam parę cennych sekund.

Pysk pijawki trafia go prosto w czoło, trójkątne zęby wgryzają się w czaszkę. Mężczyzna szamocze się i wrzeszczy jak potępieniec. Próbuje oderwać paskudę, ale ta jest zbyt śliska. Wykorzystuję okazję. Taranuję przeciwnika, spycham go barkiem na ścianę i uciekam. Gdy docieram do wylotu zaułka, Rysie Oczy wydaje nieludzki wizg. Wiem, że jeśli wcześniej nie był obłąkany i miał w głowie tylko jeden głos, pijawka właśnie mu go wysysa.

Kluczę truchtem, zdyszany i zlany zimnym potem, aż odnajduję schody prowadzące w dół, na taras szósty. Sam nie wiem – trafiłem tu celowo czy przypadkiem? Dwa zbiry pewnie nadal mnie szukają, a Marmurowy bez wątpienia wezwał posiłki. Postanawiam zbiec w dół. Potykam się kilka razy na wąskich, popękanych stopniach.

Taras szósty tchnie chłodem i ekskrementami. Zagłębiam się między wzniesione bez ładu i składu budy i szałasy. Tu nie ma uliczek, każdy osiedla się, gdzie chce. Ktoś płacze, ktoś się kłóci, ktoś mamrocze pijackie mądrości. Mijam przytułek dla trędowatych, z okien przyglądają mi się gnijące, beznose twarze. Z pobliskiego namiotu dolatuje świst fujarki. Radosna melodyjka brzmi kuriozalnie w takim miejscu.

Kiedy oddalam się od pionowej skalnej ściany, zza krawędzi wyższego tarasu wyłania się blady zarys Matuzalema. Nieruchomy starzec śpiący na tronie jest widoczny jak przez mgłę, tak odległy, że niemal nierzeczywisty. Nic dziwnego, że mało kto dożywa tu trzydziestki.

Obawiam się, że ja pożyję dużo krócej, jeżeli mnie znajdą świątynni siepacze. A nie będą mieć z tym problemu, jeśli wypytają tutejszych o nieznajomego mężczyznę w szacie akolity. W akcie desperacji zrywam szarobure, jeszcze niedoschnięte odzienie ze sznura obok baraku. Wkładam je i biegnę w stronę krawędzi.

Za dużo oczu mnie widziało. Znudzeni, ale wiecznie czujni mieszkańcy slumsów wszystko wyśpiewają zbirom, powiedzą, że tu byłem i gdzie poszedłem. Wpadam więc na pomysł – zejdę jeszcze niżej, okrążę ziggurat i wespnę się na szósty taras po przeciwnej stronie. Przy odrobinie szczęścia tamci zgubią trop.

Znalezienie zejścia trwa trochę czasu. Powoli zapada wieczór. Stopnie w dół okazują tak pokruszone, że miejscami to raczej kamienne osuwisko niż schody. Idę z duszą na ramieniu. Lodowaty wicher z łatwością przenika świątynną szatę i grubą tkaninę ubrania, które ukradłem.

Wreszcie docieram na taras siódmy. W nozdrza uderza smród gigantycznej sterty odpadków, które mieszkańcy slumsów musieli od lat wyrzucać za krawędź. Okrążam gnijącą górę i dostrzegam szałas. Podchodzę. Dawno wypalone ognisko, porozrzucane drobiazgi, posłanie ze szmat. Zastanawiam się, kto i dlaczego tutaj mieszkał, ukrywając się przed światem i grzebiąc w odpadkach. Przestępca? Szaleniec? Uciekinier taki jak ja? Ciekawe, jaki spotkał go los…

Zabieram z szałasu krzesiwo, hubkę i kaganek. Mogą się przydać, bo świat ogarnia szarówka, a ja zamierzam iść choćby i całą noc, jeśli będzie trzeba. Dopiero teraz dostrzegam, o ile większe są dolne tarasy. To istne pustkowie. Szara, kamienna równina, po której wiatr gania kłęby pyłu.

Wędruję dalej, rozmyślając o ukochanej. Co z nią teraz będzie? Boję się, że arcykapłani ją również skażą na śmierć. Choć kto wie, może okażą odrobinę litości i tylko spędzą płód, a nieposłuszną kapłankę zamkną na cztery spusty w zakonie. Trzymam się myśli, że nawet jeśli ja zginę, przynajmniej Eudorina ocaleje.

Tymczasem zapada zmrok, morze mgieł zlewa się z czernią nieba. Zapalam kaganek, lecz ten daje jedynie odrobinę światła i ani trochę ciepła. Płomyk omal nie gaśnie przy silniejszych podmuchach. Dygoczę z chłodu i zmęczenia. Zadaję sobie pytanie, czy ta wariacka eskapada w ogóle ma sens – czy zbiry zapuszczą się za mną aż tutaj?

Zmieniam zdanie. Chcę gdzieś przenocować, osłonić się choć odrobinę przed wichrem, a rano pomyślę, co dalej. Tyle że tu nie ma się gdzie schronić, wokół nic, tylko lita skała. Odsuwam się od krawędzi, na ile mogę. Tutaj wieje odrobinę mniej. Prawa dłoń trzyma kaganek, lewa szoruje po ścianie, po jej chropowatości, po jej pęknięciach, wgłębieniach i nierównościach. Mam wrażenie, jakby opuszki palców wyczuwały jakiś tajemny alfabet, który – wyryty w kamieniu – da się odczytać tylko w całkowitej ciemności. Powieki opadają mi ze zmęczenia. Kroczę w półśnie, a ziggurat szepcze do mnie w swoim pradawnym języku, starszym niż miasto, starszym niż sam Matuzalem.

Nagłe potknięcie rozprasza senną mgłę, która dotąd spowijała mój umysł. Pod palcami rzeczywiście czuję jakieś znaki! Zbliżam płomyk. Chybotliwy blask wykrawa z mroku fragment ściany oraz wyryte w niej symbole. Niezrozumiała inskrypcja ciągnie się dalej. Z podekscytowaniem przyspieszam kroku. Do pierwszej linijki dołączają kolejne, a potem…

Lita ściana się urywa. Przed sobą mam prostokątny otwór, początek korytarza. Wtaczam się do środka. Płomyk kaganka ledwo pełga, olej zaraz się skończy, moje siły zresztą też. Gdy korytarz skręca, kładę się za załomem na podłodze. Jest twardo i zimno, ale przynajmniej z dala od wiatru. Szybko zapadam w sen.

Budzę się. Jest bardzo wcześnie, lecz obolałe, zmarznięte kości każą mi wstać. Spoglądam tam, skąd przyszedłem, na bladobłękitny prostokąt nieba, a potem w drugą stronę, gdzie widać następny zakręt. Z głębi kamiennego molocha dobiega bulgotanie. Coś się przelewa, coś posykuje, coś dudni miarowo – wnętrze zigguratu brzmi jak trzewia żywej istoty. Zaciekawiony, idę dalej.

W prawo, w lewo. Wzdłuż sufitu biegną teraz rury. Natrafiam na małe okienko, przez które zaglądam do przestronnej komory. Światło dnia wpada weń przez szereg otworów – wywietrzników? – i przecina półmrok kolumnami blasku, zarysowując kształty ogromnych, metalowych zbiorników. Kadzie wydają się gigantyczne niczym gmachy świątyń.

Co to za miejsce? To pytanie pochłania mnie bez reszty, gdy z bijącym sercem zagłębiam się we wnętrzności zigguratu. Wczorajszy dzień – zbiry, ucieczka i cała reszta – zlewa się w mojej pamięci w jedno wyblakłe, nic niewarte wspomnienie. Aż mnie skręca, żeby zobaczyć, dokąd prowadzi korytarz.

Okazuje się, że do krętych schodów w górę. Mając do wyboru albo się cofnąć, albo wspinać, wybieram to drugie. Ruch przyjemnie rozgrzewa mięśnie i przegania zalegający w kończynach chłód poranka.

Osobliwe są te schody. Z początku łaskawie pozwalają na siebie wchodzić niemal bez wysiłku, ale nagle stawiają opór, zniechęcają mnie ze wszystkich sił. Oczy mówią, że nic się nie zmieniło, lecz w nogach czuję, że to mordercza stromizna. Nie zrażam się, idę dalej. Po kilkuset krokach schody najwyraźniej stwierdzają, że już udowodniłem swoją determinację, bo odpuszczają. Helisa teraz już pnie się miarowo coraz wyżej, by wreszcie spłaszczyć się łagodnie, zataczając leniwe, spiralne kręgi. Stopnie płynnie przechodzą w serię szerokich podestów wysokich zaledwie na dwa, może trzy palce. Spoglądam przed siebie. Podesty robią się coraz większe, te najodleglejsze są wręcz ogromne. Jeśli mnie wzrok nie myli, wkrótce zaczną mi sięgać do pasa. Tak się jednak nie dzieje, pewnie to tylko złudzenie. Kroczę więc bezustannie w kierunku stopni przeznaczonych dla gigancich nóg, a te karłowacieją, gdy jestem blisko. Nie wiem, jak długo to trwa. Monotonna wędrówka usypia mój umysł, a ciało idzie bez jego udziału.

Wreszcie dostrzegam przed sobą blask dnia, który rozlewa się i spływa po stopniach jak świetlista ciecz. Maleńka część mnie pyta trzeźwo, czemu dotychczas szedłem w półmroku, zamiast potykać się w całkowitej ciemności. Ignoruję tę dociekliwą drobinę jaźni, zaabsorbowany bardziej palącą kwestią, a mianowicie gdzie się znajdę po tak długiej wędrówce. Czyżby na piątym tarasie? Może nawet trzecim?

Wyłaniam się z otworu w kamiennej podłodze i mrużę oczy, oślepiony nagłą jasnością. Stoję przy krawędzi platformy, a w dole rozciągają się niższe poziomy miasta. Świątynie, urzędy, posiadłości, dalej kamienice, targowiska, domy, karczmy i zamtuzy, jeszcze dalej slumsy, a na samym dole jałowe tarasy, które stopniowo nikną w bezkresnych mgłach. Budynki wydają się z tej odległości maleńkie jak zabawki, jak pieczołowicie odtworzone miniatury. Mam wrażenie, że gdybym wyciągnął rękę, mógłbym chwycić i odłamać złoty czubek świątynnej wieży. Zaraz, świątynnej?

– Ale jak to? – szepczę bezgłośnie. – Gdzie ja jestem?

Nie wierzę. Oto szczyt zigguratu, a ja spoglądam z góry na pierwszy taras. Rozglądam się, oszołomiony. Kwadratowa platforma mierzy zaledwie kilka kroków – nigdzie nie widać schodów, które mnie tu przywiodły – pośrodku zaś stoi tron. Na tronie zasiada wychudzony starzec zwrócony profilem w moją stronę. Skórę ma szarą i chropowatą jak kamień. Białe włosy spływają mu na plecy, na pierś opada długa broda. Oplatają go niezliczone rurki, przewody i wężyki, wnikają w jego ręce, nogi i między żebra zapadniętej piersi. Napis wyryty na oparciu tronu głosi: „Adonizomenon”.

Słabo mi, boję się, że zemdleję.

Nagle dzieje się coś niespotykanego. Matuzalem się porusza. Powoli obraca głowę w moją stronę, kościste palce zaciskają się mocniej na podłokietnikach tronu. Skamieniałą twarz przecina pęknięcie – to rozchylają się wargi, a spomiędzy nich ulatuje rzężący wydech, który przywodzi na myśl zgrzyt odsuwanej płyty nagrobnej. Zamieram. I wtedy do pierwszego pęknięcia dołączają dwa kolejne. Ciężkie powieki starca unoszą się. Z początku mętne i niewidzące spojrzenie nagle rozświetla błysk świadomości.

Dociera do mnie, że przebudziłem Matuzalema.

– Kim… jesteś…? – pada ochrypłe pytanie.

W pierwszej chwili chcę zapewnić, że jestem nic nieznaczącym akolitą, obiecać, że zaraz zniknę i błagać, żeby spał dalej… ale wtedy wzbiera we mnie złość. Czemu mam się płaszczyć przed tym, który wyśnił sobie tak okrutny zamysł świata? Czemu mam tego żałosnego starca o cokolwiek prosić?

– Jestem tym, kim mnie uczyniłeś – odpowiadam zuchwale i z wyrzutem. – Czyli nikim.

– Jak… śmiesz…?

Matuzalem ospale podnosi się z tronu. Rurki, przewody i wężyki wypadają z jego ciała, na posadzkę z sykiem skapują resztki jego gorącej krwi.

– Bluźnierco! – mówi chrapliwie Adonizomenon. – To nie miejsce dla ciebie!

Z dołu dobiegają ledwo słyszalne krzyki. Zerkam na miasto. Maleńcy jak mrówki ludzie biegają przerażeni, bo po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zamierają zawieszone nad ulicami żyły, wysychają fontanny, gasną światła, stają windy. A przecież to dopiero początek. Każdy wie, że Matuzalem daje życie, ale potrafi je też w każdej chwili odebrać.

Najwyraźniej zamierza zacząć ode mnie. W przekrwionych oczach błyszczy wściekłość i obłęd, jak gdyby tysiąclecia snu pozbawiły go zmysłów. Wyciąga rozcapierzoną dłoń i chwyta mnie za gardło. W skamieniałych palcach drzemie zaskakująca siła.

Chcę krzyczeć, ale tylko charczę. Obiema rękami ściskam go za nadgarstek, a kiedy rozluźnia chwyt, odpycham go i kopię w brzuch, wkładając w ten atak całą siłę, desperację i złość. Starzec robi kilka kroków w tył – i o jeden za wiele. Stopa osuwa się poza krawędź, słychać trzask miażdżonej świątyni albo magistratu. Adonizomenon traci równowagę. Jeszcze przez sekundę wymachuje rozpaczliwie rękami, a potem upada do tyłu i leci w dół, w dół, w dół, aż wreszcie znika na zawsze w morzu mgieł.

Spoglądam na tarasy. Widząc, że Matuzalem runął w przepaść, ludzie-mrówki wpadają w popłoch. Strach odbiera im rozum, tłoczą się i tratują nawzajem na schodach, uciekając na wyższe tarasy, gdzie ocalała jeszcze odrobina życiodajnego ciepła. Wiem, że miasto nie jest idealne, ale nie chcę, żeby sczezło. Żeby za tysiąc lat wiatr hulał w jego martwych ruinach.

Wzdycham. Schody zniknęły, nie mogę więc wrócić do dawnego życia, a zresztą gdybym nie zajął miejsca na matuzalemowym tronie, nie byłoby mowy o jakimkolwiek życiu, moim ani cudzym. Siadam więc. Rurki, przewody i wężyki pełzną po moim ciele i wciskają się pod skórę niczym pasożyty. Pozwalam na to. Powoli ogarnia mnie senność. Skoro tak musi być – myślę sobie – to ustanowię własne zasady. Od teraz będzie inaczej. Nastanie nowa era.

Powieki ciążą mi coraz bardziej. Ostatkiem sił odchylam głowę i unoszę wzrok. Napis wyryty na oparciu tronu głosi: „Kromonas”.

Zasypiam i śnię o mieście.

 

Koniec

Komentarze

Pomysł był dość ciekawy, ale… Przez styl, opisy nie potrafiłam wczuć się w historię. Początkowo “gubiłam się” w zdaniach, bo były za rozbudowane lub zapisane w dziwny sposób. Nie wiem, przeszkadzało mi to jakoś. Może to kwestia dużej ilości informacji upchniętych w niewielu zdaniach?

Jest kapłanką życia ze świątyni na drugim od góry tarasie zigguratu miasta

Później zdania stawały się coraz krótsze, co wprowadzało trochę dynamiki, ale na dłuższą metę było dość męczące.

W dialogach też coś zgrzyta, choćby oberżysta, który wypowiada raz poetycko, raz potocznie.

Nie do końca umiałam także wyobrazić sobie przestrzeń, w której wszystko się odbywa. Z jednej strony pojawiał się obraz wielu budynków na różnych poziomach, czyli rozległego miasta, z drugiej ukazana była łatwość przemieszczania się, która sugerowałaby mniejszą przestrzeń.

Jestem ciekawa, czy inni też mają takie odczucia, czy to tylko ja…

Bardzo podobała mi się ta historia. Ciekawy świat, interesujące opisy działania trunków :-) Wymowne zakończenie, czyli sposób przejęcia władzy. Zwróciłam uwagę na pierwsze zdanie: " Biję się z myślami, a myśli wygrywają"– bardzo mi sie podoba:-) Rzeczywiście styl jest trochę nierówny, w niektórych momentach potoczny, w innych bardziej poetycki. Tak całościowo to jestem na plus!

Wizytator, rozumiem, że opowiadanie jest bardzo specyficzne, bo zazwyczaj piszę SF. Próbowałem zastosować trochę inny styl, który lepiej pasowałby do osobliwych wizji i sennej logiki podgatunku weird fiction, z którym postanowiłem się zmierzyć w ramach konkursu. Ciekawi mnie, który fragment niewielkie rozmiary miasta i łatwość przemieszczania się – nie wiedziałem, że okaże się to problemem. W każdym dziękuję za pierwszą opinię!

 

Olciatka, cieszę się, że Ci się spodobało. Chciałem pierwszym zdaniem mocno zacząć i zaciekawić czytelnika :) A trunki same do mnie przyszły, jeszcze zanim pojawiła się reszta historii. Chciałem wykorzystać je jako pretekst do wplecenia ekspozycji.

Mistrzu Cebuli, napisałeś kawał dobrego sci-fi! Co prawda wizja warstwowego miasta nie jest niczym nowym, ale wzbogaciłeś ją o osobliwy reaktor, który zrobił robotę. Naprawdę się wciągnęłam się w fabułę, co ułatwił bardzo dobry warsztat. Sam główny bohater, jak i Matuzalem okazali się ciekawymi postaciami. Zakończenia się domyślałam, ale mimo tego jestem usatysfakcjonowana. Biorąc pod uwagę temat konkursu, no to nie, to nie jest weird, ale jako samodzielne sci-fi, jestem na tak :)

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dzięki, Sy! Podejrzewałem, że zakończenia można się domyślać, ale uznałem, że w tym przypadku to będzie do wybaczenia.

Zastanawia mnie bardzo, że klasyfikujesz tekst jako SF, nie wiem, co o tym myśleć. Zazwyczaj piszę SF i jestem nim przesiąknięty, przyznaję. Ale byłem przekonany, że wydarzenia i świat są na tyle nierealistyczne i nienaukowe (sposób działania pijawek i trunków, schody pozornie albo realnie obdarzone własną wolą, dziwaczna zmiana rozmiarów/perspektywy itd), że nijak nie mogłyby mieć miejsca w żadnej, nawet najosobliwszej przyszłości. Zakładałem, być może mylnie, że poziom dziwaczności jest tu tylko trochę niższy niż np. u Jeffa Jeff VanderMeera w “Podziemiach Veniss” (przyznaję – jednej z bardzo niewielu książek z nurtu New Weird, które przeczytałem w życiu). Zabiłaś mi ćwieka.

A w ogóle to… czemu akurat “Mistrzu Cebuli”? :D

Który fragment? Głównie ten z przechodzenia z siódmego poziomu na sam szczyt. Jakoś szybko poszło ;p 

Wizytator… Wiem, że niby autor nie powinien bronić tekstu, że on ma się bronić sam, ale… Generalnie na tym polega weirdowość opowiadania oraz niesamowitość wnętrza zigguratu, zwłaszcza tych schodów, na których prawa grawitacji zaczynają dziwnie działać i które zdają się żyć własnym życiem. Senna logika, zaburzenie skali…

Nie dziwi Cię bardziej fakt, że bohater zwiększa się stukrotnie, do rozmiarów niemożliwych fizycznie, biomechanicznie i w każdy inny sposób?

Twoje przesiąknięcie sci-fi widać gołym okiem. Nie wiem jak to wytłumaczyć, po prostu twój tekst bardzo mi odbiega od klasycznego postrzegania weird, takiego jak widzę u Kafki, Ligottiego czy Lovecrafta. Na portalu opowiadania lk i SzyszkowegoDziadka są dla mnie wzorem weird.

A nie martw się tym, to jurki będą mieć zagwozdkę! :D

 

A w ogóle to… czemu akurat “Mistrzu Cebuli”? :D

Ja cię przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać – za każdym razem jak czytam twój nick to uparcie widzę tam “master-of-onion”. Zakodowało mi się to na amen już kilka lat temu :D

 

Zabiłaś mi ćwieka.

Meh, nie przejmuj się, niezależnie od wszystkiego jest to bardzo dobre opowiadanie.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Czyli zaburzenia wielkościowe to była jakaś koncepcja, ok… Tekst powinien bronić się sam, ale czasami autor może pewne kwestie wyjaśnić i od razu powstaje pełniejszy obraz.

Na pewno dobrze wiedzieć, że to zabieg celowy, jakieś wahania w wielkościach itd.

Ja nie zakładałam, że bohater się zwiększył i teraz poczułam się trochę zaskoczona. Myślałam, że to kwestia jakiejś iluzji optycznej, wykorzystania odległości czy coś w tym stylu i że Matuzalem faktycznie był wielkości człowieka.

Rozumiem. Wiem z własnego doświadczenia, że czasem czytelnikowi umknie istotny szczegół, jak w tym przypadku trzask rozdeptywanej świątyni/magistratu, co miało być ostatecznym dowodem na powiększenie.

Chociaż rozwiązanie z iluzją optyczną też byłoby bardzo ciekawe…

Świetny tekst, moim zdaniem. Wygrywa nastrojem i doskonale dopasowanym do niego stylem. Niepokojący weirdowy nastrój i obrazowa, oryginalnie ujęta światotwórcza wizja sprawiły, że przeczytałam jednym tchem, nawet mimo że historia i motywacja bohatera były punktem wyjścia dość oczywistym. Brawo.

Żadne tam iluzje optyczne. To świetny tekst, a powiększenie wpisuje się w logikę miasta. Styl szalenie mi się podoba, jest klarowny jak woda źródlana, a przy tym bogaty.

Dostrzegam tu trochę Linii Oporu Dukaja, trochę jego Innych Pieśni, oraz szczyptę Warhammera 40k. Trudno mi mieć za złe te podobieństwa, bo doskonale połączyłeś elementy, które uwielbiam.

Ustrój i klimat miasta, system kastowy, desperację nędzarzy oddałeś przekonująco w niewielkiej liczbie znaków. “Na szczycie zaśniesz” będzie jednym z moich ulubionych tekstów na portalu.

Mitologiczny układ historii także mnie chwycił, bo jestem wielbicielem antyku, Junga i Campbella.

Chylę czoła. Pokonałeś mnie w zeszłym roku w plebiscycie i bardzo słusznie. Dzięki za fantastyczną lekturę.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Ninedin Wisielec – bardzo Wam dziękuję za wizytę i opinie. Bardzo mnie one podbudowały, bo już zaczynałem myśleć, że mój weirdowy eksperyment zakończył się niepowodzeniem :)

Zgodzę się z tym, że zakończenie jest przewidywalne, ale to w niczym nie przeszkadza, bo nieuchronność sprzyja mitycznej, “cyklowej” myśli przewodzącej opowiadaniu.

Opinie na portalu nie powinny pozbawić Cię pewności siebie. Zdarzają się niewyrobione.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Biję się z myślami, a myśli wygrywają.

Absolutnie mnie to zdanie urzekło! Aż je sobie odnotowałam, żeby się odnieść i zapamiętać :) W ogóle się ubawiłam na początku, Twoje alkohole wydają się bardzo apetyczne :D Szkoda tylko, że nalewka z mózgiem nie miała żadnej chwytliwej nazwy.

Przy okazji, ubawiłam się też za sprawą własnego “przejęzyczenia”, bo przeczytałam “I bezwonny, i bezsmakowy, i bez obaw.” – musiałam się cofnąć i przeczytać jeszcze raz. Tak że dawka śmieszkowania na dziś zażyta, dziękuję pięknie :D

 

 

To teraz kosmetyka:

Kluczę truchtem (…) aż odnajduję schody prowadzące w dół (…) Postanawiam zbiec w dół.

Jedyne powtórzenie, jakie wyłapałam, zresztą nie jakoś bardzo natrętne.

 

W pierwszej chwili chcę zapewnić, że jestem nic nie znaczącym akolitą (…)

“nic nieznaczącym”

 

 

I na koniec odrobina filozofii:

Siedzący na koźle akolita i jego pachołek odwracają wzrok.

Troszkę się tu zapętliłam, jak zaczęłam o tym myśleć. No bo akolita to ktoś w rodzaju pomocnika, tak? Pachołek, można założyć, też. Czyli jechał pomocnik ze swoim pomocnikiem. Oczywiście nie mówię, że jest to niepoprawne w jakikolwiek sposób, tylko włączył mi się tryb wewnętrznego filozofa i chyba szuka dziury.

 

Koń nerwowo rzuca łbem i gryzie munsztuk (…)

A tu skłoniłeś mnie do rozważenia, czy munsztuk pozostawia koniowi tę możliwość gryzienia. Nie mówię, że się znam na końskim rzędzie (bo się za bardzo nie znam), ale z tego co kojarzę, munsztuk jest dość… brutalny (więc za zastosowanie go nie lubię domniemanego woźnicy jako zdeklarowany zwierzoświr) i mocno “trzyma” pysk konia – mam tu na myśli pasek zapinany pod szczęką i ścięgierz. Więc nie wiem, czy gryzienie kiełzna jest jako tako możliwe, jeśli tym kiełznem jest munsztuk. Ale to też takie luźne rozważanie zootechnika, który nie wszystko pamięta z zajęć. Uprzejmie proszę rozwiać me wątpliwości, jeśli ktoś wie lepiej :)

 

 

Ogólnie rzecz biorąc, bardzo dobrze mi się czytało, ciekawa koncepcja i świetny styl. A że nie zastanawiałam się specjalnie nad tytułem, to dałam się bohaterowi poprowadzić i dopiero przy schodach domyśliłam się, że skoro rośnie, to dotrze na sam szczyt i co będzie dalej. Nie uniknęłam skojarzenia, choć dość luźnego, z “Panem Lodowego Ogrodu” przez to wyśnienie świata, ale to na plus :)

Spodziewaj się niespodziewanego

MofO :), podobało się, lecz kobieta o alabastrowej cerze i idealność mnie nie interesuje, silnie  ważą subiektywizymy odbioru. Dlaczego? Pewnie tak jest, ponieważ doskonałości wokół nie widzę, a i wprowadzasz do tego wprost. Nie snujesz, tylko zestawiasz wyobrażenia i spelunę. Piedestał i śmietnisko. A wszystko w głowie tego samego człowieka, tak na szybko. Niby jedno wyjaśnia drugie, więc fabularnie ok, ale ten człowiek nie jest smutny, nie cierpi, a chyba powinien, nawet jeśli to zawiedziona miłość własna.

Co do zrywu miłości i picia ma wolna wola? Nie wiem. Bohater zdaje mi się zbyt rozsądny i z początku chyba  raczej bardziej opowiadasz na rozum niż z pozycji bohatera, ale to dla mnie dziwne.

Słabo poruszam się w odniesieniach, o których piszesz – Matuzalem, zigguraty. Dla mnie za mało tu zmysłów i tego konkretnego bohatera, ale może chodzi o niezbyt silnie umotywowaną miłość/odczucie/cokolwiek, aby zapijać robaka, bo go jakby nie ma.

Bardzo sprawnie napisany tekst i interesujący. Weird jest, odniesienie wyraźne do wybranego/wylosowanego wyrażenia – też! :)

Na biblio zasługuje bez dwóch zdań!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Gdyby protagonista, wypił absynt, ciekawe jakby się to potoczyło :) Ale to inny równoległy wszechświat.

Nana, bardzo mi miło, że czytało Ci się gładko i przyjemnie, na tyle dobrze, że dałaś się porwać biegowi wydarzeń.

Jeśli chodzi o akolitę, to od pachołka odróżnia go fakt, że jednak nie jest osobą świecką (może być kandydatem na kapłana albo po prostu kimś wyświęconym do oprawiania pomniejszych ceremonii). Pachołek jedzie nie po to, żeby odprawiać jakiekolwiek modły, tylko żeby wrzucać zwłoki na wóz.

 

Asylum, trochę rozumiem, że bohater może sprawiać wrażenie niedostatecznie zdołowanego nieszczęśliwą miłością, ale no cóż… Był limit znaków, a opowiadanie miało być o konstrukcji miasta i matuzalemowym reaktorze, więc potraktowałem uczucie odrobinę pretekstowo. W sumie to rozważania o dalszych losach ukochanej dodałem właśnie po krótkiej refleksji pod tytułem “Czemu on nagle o niej zapomniał? Ja wiem, że już odegrała swoją rolę w fabule, ale może lepiej chociaż sprawiajmy pozory, że jest nieszczęśliwie zakochany” ;)

 

Pendrive z całą pewnością :) Możemy uznać, że wszystkie pozostałe opowiadania na konkurs dzieją się w tym samym uniwersum i stanowią po prostu sny ludzi, którzy napili się tego absyntu :)

 

No proszę. Czuć coś z Moebiusa, ale – choć nie jestem tego pewien – jest chyba też ziarno inspiracji z The Southern Reach (trylogia Unicestwienie, Ujarzmienie i Ukojenie). Czy mam rację z tym ostatnim? To pytanie do Ciebie, ale tak właśnie by się kojarzyło długie zdanie na ścianie i spiralne schody w wieży (tyle że w książce była to wieża odwrócona). Do tego jeszcze trochę klimatu kojarzącego się z Babilonem i załamanie czasoprzestrzeni przy schodach zakrzywiających proporcje przestrzeni. No i jeszcze światotwórstwo, trochę przypominające dawnego Uznańskiego (dawnego, bo jego nowsze opowiadania czyta się trudniej).

 

" – To jakaś pomyłka…"

" Kiedy oddalam się od pionowej skalnej ściany"

Niepotrzebne spacje na początku linijki.

 

"kałużę pełną obsesji i urojeń"

Bardzo ciekawe sformułowanie.

 

"smród moczu, pomyj i beznadziei"

– a to chyba jeszcze nie ten poziom ogrodu?

 

"Dopiero teraz dostrzegam, o ile większe są dolne tarasy"

Bardzo, ale to bardzo symboliczne. Nie wiem czy to celowe, ale w tym opowiadaniu wychodzi rozstrzał między władza na górze, a tym, ze na dole nie ma możliwości, ale jest wiecej świata.

 

Całość bardzo lekko napisana, nie czuć długości opowiadania, szybko się przez nie przechodzi. wspomniane już swiatotwórstwo, jakieś przesłanie, są mali, są duzi, jest władza, która kołem się zatacza. Wszyscy są trybikami.

Termin zgłaszania piórek za marzec mija jutro, a tu omal a to opowiadanie zostałoby przegapione. Choć przyznam, że choć w moim odczuciu to tekst "piórkowy", to "piórkowy zwykły". A zarazem pewnie widziałbym w nim "piórkowy mocny", gdybyś pokusił się tu o stworzenie bardziej "cthulhowej" wersji. Chociaż… Gdy piszę tę końcówkę komentarza właśnie dociera do mnie, że to jest na swój sposób jeszcze mroczniejsze poprzez taką jakąś oczywistość władzy śpiącego boga-władcy.

 

Ciekawe połączenie sci-fi ze starożytnymi kulturami Bliskiego Wschodu. Motyw z zakazanym związkiem jest dość wyeksploatowany (wątek długowieczności mocno skojarzył mi się też z “FUTU.RE” Glukhovskiego), ale oryginalnością nadrabia tutaj świat przedstawiony wykreowany z rozmachem.

Dynamika stylu dobrze współgra z pierwszoosobową narracją w czasie teraźniejszym, jedynym mankamentem w moich oczach w zasadzie było tylko okazyjne pojawianie się dość ogranych fraz w stylu “morza mgieł” czy “cieknącej strużki potu”.

Scena ze wspinaniem się po spiralnych schodach przypomniała mi biolożkę idącą w głąb Wieży w “Unicestwieniu” przywołanym przez Wilka Zimowego, a jest to skojarzenie jak najbardziej pozytywne.

Zaskoczenie może nie jest wybitnie “plot-twistowe”, ale motyw śnionego świata i jego cykliczności (obecny też np. w dziełach Kirkbride’a) to jeden z moich ulubionych toposów, więc dla mnie to było OK.

Rolę weirdową pełnią tu głównie biomechaniczne krajobrazy i egzotyczne społeczeństwo, ale takie mariaże z innymi gatunkami moim zdaniem bywają ciekawsze niż utwory prowadzone w klasycznym stylu.

Na marginesie – halucynogenne właściwości absyntu to mit (https://kopalniawiedzy.pl/absynt-absyntyzm-szalenstwo-absyntowe-tujon-piolun-dr-Dirk-Lachenmeier,4762), ale nie traktuję tego jako mankamentu w opowiadaniu – raz, że barman mógł tylko koloryzować rzeczywistość celem sprzedania trunku, a dwa, że absynt z opowiadania wcale nie musiał mieć takiego samego składu, jak ten prawdziwy ;)

Ogółem – zgadzam się z Wilkiem, opowiadanie zasługuje na nominację do piórka.  

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Pendrive z całą pewnością :) Możemy uznać, że wszystkie pozostałe opowiadania na konkurs dzieją się w tym samym uniwersum i stanowią po prostu sny ludzi, którzy napili się tego absyntu :)

Wypiłem ten absynt, w swojej wyobraźni, zobaczymy co z tego wyjdzie :) Dziękuje. 

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

Jestem trochę zakłopotana po przeczytaniu tego opowiadania.

Opowiadanie zaczyna się jak klasyczne medieval fantasy, by nagle wejść ostro w zakręt w chwili, gdy bohater wychodzi z karczmy. Karczmy i zamtuzy nie są weirdowym elementem nic a nic i nie do końca potrafiłam przegryźć się przez ten świat w twoim opowiadaniu, w którym pożeniłeś dwa zupełnie różne gatunki – zgrzytało mi to. Jestem przekonana, że to pomysłowe połączenie znajdzie na forum fanów i w rzeczy samej zasługuje na docenienie – niesie ze sobą myśl świeżą i ożywiającą weirdowe, klasyczne klimaty.

Na uwagę z pewnością zasługuje język, gładki, przyjemny, ubarwiony tu i ówdzie ładniejszymi zdaniami. Śliczne zdanie otwierające. Czytałam z przyjemnością.

Końcówka jest paskudnie pośpieszna. W ogóle nie dajesz wybrzmieć czynom i myślom. Rach, ciach, zabił, hop na tron, nara. Weird lubuje się w ciężkości. Twoje opowiadanie – to też ciężka historia. Tymczasem to zakończenie jest takie… limit? chyba limit. Cały ciężar i waga historii rozpryska się w pył.

Cieszę się, że nie jestem w jury, bo miałabym spory problem, jak ocenić świetne, ale niespecjalnie weirdowe opowiadanie. A wydaje mi się, że jury będzie mieć sporo dylematów tego typu.

Bardzo dobra, satysfakcjonująca lektura.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Naprawdę ciekawy kawał fantasy.

Nie jestem ekspertem od dziwności werid, więc się nie wypowiadam.

Jak dla mnie bardzo dobra robota. przeczytałam od deski do deski. 

Jako osoba hołubiąca ciekawe koncepcje światów, jestem usatysfakcjonowana.

Osobiście też chciałabym spróbować tej ciekawej formy werid…

Podoba mi się Twój styl pisania. 

Czy mogę zaprosić Cie do znajomych?

 Jestem tylko leszczem na tym portalu, ale jako fanka fantasy, miło mi będzie przeczytać kolejne Twoje teksty?

 

 

Agunia, już zaakceptowałem zaproszenie i cieszę się, że Cię usatysfakcjonowałem :) Choć muszę ostrzec, że piszę przeważnie SF i na portalu nie mam ani jednego tekstu fantasy.

Swoją drogą ciekawe, że niektórzy dopatrują się w tym opowiadaniu science fiction, a inni fantasy. To chyba dowód na to, że jest inne, łączące oba gatunki. Zdradzę Ci po znajomości, że pracuję nad czymś dłuższym, co również (w pewnym sensie) łączy SF z fantasy :)

 

Kam_mod, zgadłaś – limit, co zrobisz? Dobrze, że mimo wszystko czytało się przyjemnie. I że również w Twoim odczuciu tekst wykracza poza utarte szlaki. Chyba o to chodzi w new weird – że to fantastyka, ale w sumie trudna do zaklasyfikowania? (chociaż orientuję się, że klasyczne weird fiction idzie trochę inną ścieżką)

 

Wilk-zimowy, nie czytałem żadnej z tych rzeczy, ale cóż, znajduję pewne pocieszenie w fakcie, że moje myśli i wyobraźnia chadzają podobnymi ścieżkami, co myśli i wyobraźnia bardziej uznanych twórców – aby tylko z umiarem ;)

 

Wicked G, na samym początku wyszedłem z założenia, że najlepiej będzie połączyć coś znanego (motyw zakazanej miłości) z tym, co obce (świat przedstawiony i jego biomechaniczno-cykliczne podstawy). Nie mam doświadczenia z weirdem, więc nie chciałem przesadzić i wyalienować czytelnika. A poza tym, w 24 tysiącach znaków nie umiem poszaleć z fabułą :)

Jeśli chodzi o absynt, wiem, że to mit, ale te trunki są całkiem inne – są to płynne idee albo interpretacje rzeczywistości. Jeden oferuje solipsyzm, drugi determinizm, a trzeci eskapizm.

Będę musiał Cię opierdzielić, Masterze. Twój Szept pielgrzymów pamiętam do dzisiaj, i żeby nie było, powyższe jest świetnym pomysłem, ba, świetnie zrealizowanym, żeby nie trzy rzeczy, które dokumentnie spierdoliłeś. Tak, słowa mocne, ale narobiłeś dużego apetytu, pokazałeś garnek ze smaczną potrawą, a na talerz dostałem co innego.

Pierwsza rzecz, czyli bohater z dupy. Idzie sobie zwykły gość i chwilę potem zostaje panem świata. Normalnie amerykański bohater filmów, ale nawet oni, jako zwykli obywatele sami rzadko ratują świat. Twój paprak niestety ratuje. Jak ja nie lubię takich bohaterów co idą i zostają Mistrzami. Szkoda, że nie pokusiłeś się o jakiś powód, związek, nić.

Druga rzecz, paprak wskakuje do kanału i po dwóch krokach staje na samym szczycie, no to ci niespodzianka…

Trzecia rzecz, kopniakiem zdobywa władzę nad światem. Bosz, naprawdę?

 

Cóż uczyniłeś Masterze? I dlaczego? Wiem, że inteligencji i motywacji do ciężkiej pracy Ci nie brakuje. Czytałem przecież znakomite teksty, ale tu wyraźnie Ci się nie chciało. Nie chciało porządnie wykończyć świetnego pomysłu. A narobiłeś takiego apetytu… Ech.

Będę dalej zaglądał do Twoich tekstów, bo jedno, małe potknięcie mnie nie zniechęca.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

te trunki są całkiem inne – są to płynne idee albo interpretacje rzeczywistości. Jeden oferuje solipsyzm, drugi determinizm, a trzeci eskapizm.

Podoba mi się to wyjaśnienie :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Darcon, zamysł był generalnie taki, że w tym ponurym świecie nie ma żadnego konkretnego powodu, dla którego zasiada na tronie poprzedni Matuzalem (Adonizomenon) ani nowy (Kromonas). Nie ma merytokracji ani innych wzniosłych idei, jest tylko człowiek, który pewnego razu trafił w (potencjalnie świadome) trzewia zigguratu. Zero sprawiedliwości, po prostu zbieg okoliczności wymuszony przez rachunek prawdopodobieństwa, albo – jeśli się nad tym zastanowić – przez sam ziggurat, który wszak potrafił wytworzyć i usunąć schody prowadzące na szczyt, a więc mógł również wytworzyć korytarz, który otworzył się przed bohaterem, bo, kto wie, może akurat kończył się termin przydatności poprzedniego Matuzalema?

Interpretacji może być wiele i nie chcę żadnych nikomu narzucać. Miałem swoją wizję i rozumiem, że może się ona nie podobać, szanuję to. I tym bardziej jestem wdzięczny, że jednak mnie (jeszcze) nie przekreślasz jako autora :)

albo – jeśli się nad tym zastanowić – przez sam ziggurat, który wszak potrafił wytworzyć i usunąć schody prowadzące na szczyt, a więc mógł również wytworzyć korytarz, który otworzył się przed bohaterem, bo, kto wie,

To brzmi nieźle, małe wskazówki w takim kierunku zmieniłyby postać rzeczy, dla mnie. Lubię niedopowiedzenia, ale żeby sobie coś dopowiadać, to coś też muszę mieć. ;) Ale sam ziggurat pełna profeska.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Kolejne opko z gatunku, za którym nie przepadam, a które mi się jednak podobało.

Zaczynasz stereotypowo w karczmie, ale trunki tam serwowane sprawiły, że nawet nie zdążyłam pomyśleć: znowu jakaś speluna :) Potem jest coraz lepiej. Wyszłam z karczmy i nagle ze zdumieniem stwierdziłam, że jestem gdzieś na starożytnym Bliskim Wschodzie. A Ty mi jeszcze na dodatek serwujesz biblijnego Matuzalema w dość stechnicyzowanej formie. I udało Ci się to wszystko tak zgrabnie połączyć, że przez opowiadanie przemknęłam bez żadnego potknięcia. Widać, że ten świat jest dobrze przemyślany. Brawa za dodające smaczku detale: wspomniane już wcześniej trunki, czy pijawki, doskonale komponują się z całością.

Bohater trochę wycofany, ale też sam siebie postrzega jako marionetkę. Czepłabym się jedynie tego, że – zajęty ratowaniem własnego tyłka – dość łatwo godzi się z losem ukochanej i nawet specjalnie mocno nie zastanawia się, co się z nią stanie. Mam wrażenie, że był marionetką do końca. Ta ciekawość, która pchała go w tajemniczy korytarz i w ogóle samo jego pojawienie się… Wygląda jakby ktoś tam pociągał za sznurki. Zastanawiam się, czy taki los był mu pisany od początku.

I jeszcze jedna rzecz do przemyślenia. Czy to rzeczywiście Matuzalem jest tutaj sprawcą zasad kierujących tym światem? Przecież nie wybieramy tego, o czym śnimy i jak śnimy ;)

Podsumowując: bardzo dobre opko. Czy to tekst piórkowy jeszcze nie zdecydowałam :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Pierwsze zdanie i początek w ogóle jest świetny. Fajne światotwórstwo. Napisane dobrze, płynnie i lekko się czyta.

Miałem trochę wrażenie, że gdzieś od połowy opowiadanie straciło trochę pędu, mimo, że bohater ucieka :). Koniec może nieco przewidywalny, ale co z tego, skoro jest to bardzo przyjemna lektura. 

Niby nic nowego pod słońcem, bo znam parę historii o tragicznych skutkach zakazanej miłości, a i awans z nizin społecznych na sam szczyt też nie jest nazbyt odkrywczy, a jednak przedstawiony świat i perypetie bohatera wciągnęły i to tak, że zainteresowanie utrzymało się do samego końca, zwłaszcza że całą rzecz opisałeś w bardzo malowniczy sposób. Szalenie satysfakcjonująca lektura. ;)

 

Słowa wy­snu­wa­ją się z jego ust le­ni­wie, a jego ciało… ―> Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Koń się pło­szy, szar­pie wozem. Ogrom­ny słój wy­my­ka się z rąk i roz­trza­sku­je się o bruk, chlusz­cząc śmier­dzą­cą cie­czą. Ochla­pa­ni lu­dzie roz­su­wa­ją się i zde­rza­ją ze sobą, robi się za­mie­sza­nie. ―> Lekka siękoza.

Może: Spłoszony koń szar­pie wozem. Ogrom­ny słój wypada z rąk i roz­trza­sku­je się o bruk, chlusz­cząc śmier­dzą­cą cie­czą. Ochla­pa­ni lu­dzie roz­su­wa­ją się i zde­rza­ją ze sobą, powstaje za­mie­sza­nie.

 

W jego dłoni błysz­czy krót­ki miecz, a w jego oczach… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Przy odro­bi­nie szczę­ścia tamci zgu­bią trop. ―> Czy dobrze rozumiem, że jeśli tamci będą mieć szczęście, zgubią trop?

Proponuję: Jeśli będę miała odro­bi­nę szczę­ścia, tamci zgu­bią trop.

 

Zna­le­zie­nie zej­ścia trwa tro­chę czasu. ―> Pachnie to masłem maślanym.

Chyba wystarczy: Zna­le­zie­nie zej­ścia trochę trwa.

 

za­glą­dam do prze­stron­nej ko­mo­ry. Świa­tło dnia wpada weń przez sze­reg otwo­rów… ―> Piszesz o zaglądaniu do komory, która jest rodzaju żeńskiego, natomiast zwrot weń, znaczy tyle, co w niego.

Proponuję w drugim zdaniu: Świa­tło dnia wpada do niej przez sze­reg otwo­rów

 

Aż mnie skrę­ca, żeby zo­ba­czyć, dokąd pro­wa­dzi ko­ry­tarz.

Oka­zu­je się, że do krę­tych scho­dów w górę. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przepiękne opowiadanie pod każdym względem, a zakończenie… cudowne.

 

Podczas czytania zauważyłem ten fragment:

Powoli zapada wieczór. Stopnie w dół okazują tak pokruszone, że miejscami to raczej kamienne osuwisko niż schody.

 

Czy nie powinno być tak jak poniżej napisałem?

Stopnie w dół okazują się tak pokruszone, że miejscami to raczej kamienne osuwisko niż schody.

 

Albo:

Stopnie w dół zdają się tak pokruszone, że miejscami to raczej kamienne osuwisko niż schody.

Kolejny tekst w tym konkursie (i w nominowanych), który stoi światotwórstwem. Tym mnie kupiłeś – trunki, pijawki (mocno przypominały mi robale Szyszkowego (jakkolwiek weirdly by to nie brzmiało ;-) )), sam zigurat, sztuczki schodów. Fajna rzecz do zwiedzania, o wiele gorsza do życia, szczególnie od trzeciego poziomu w dół (chwila, moment, czy my właśnie nie jesteśmy na tym tarasie?). Pogratulować fantazji Matuzalemowi.

Z fabułą słabiej – motyw nieszczęśliwej i zakazanej miłości mocno ograny, finał łatwy do przewidzenia…

Ale w takim limicie nie można mieć wszystkiego.

Niektóre zdania (tak, pierwsze też) wyjątkowe i przykuwające uwagę.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Dobre, intrygujące, weirdowe. Chętnie bym się rozpisała, ale jest tylu nominatów, że chwilowo nie dam rady :(

http://altronapoleone.home.blog

Dla porządku wspomnę, że jestem na NIE.

Mam problem z tym opowiadania na poziomie literackim, warsztatowym. Po "Szepcie pielgrzymów" spodziewałem się, że ten wymiar tekstu będzie poza wszelką dyskusją, a jednak co najmniej przez połowę powyższego opowiadania potykałem się podczas lektury o różne nierówności. Zgrzytały pojedyncze zdania, konstrukcje, ale najczęściej zawieszałem się przy dialogach.

Przy całej surrealistycznej koncepcji świata (miasta-zigguratu), alegorycznego wymiaru opowieści (chociaż nie potrafię za Chiny odczytać owej alegorii i wydaje mi się, że autor po prostu starał jak mógł, by udziwnić opisywaną rzeczywistość dla uzyskania efektu weird. Nie potępiam tego, bo chyba spora część takiej literatury powstaje w podobny sposób, sam właśnie tak bym weird napisał), dialogi (niektóre z małymi infodumpami) i didaskalia, pewne zwroty i sformułowania użyte w pierwszej części tekstu wyglądały jak wzięte żywcem z przeciętnej fantasy, albo raziły nienaturalnością (– Mogę się chociaż dowiedzieć, co aż tak okropnego zrobiłem? – pytam). Poczynając od gadki z oberżystą (oberża to chyba jednak karczma przy trakcie, szlaku, drodze, a nie gospoda w mieście), przez rozmowy ze zbirami itd. Z kolei na samym początku zwracały moją uwagę nieco nachalne infodumpy na temat poziomów miasta, struktury społeczeństwa itp.

Później, w części opartej już bardziej na opisach onirycznego świata, język opowiadania prezentuje się zdecydowanie lepiej, warsztat ulega znaczącej poprawie.

Fabuła sama w sobie bardzo prosta – zgodnie z przewidywaniami młodzieniec zajmuje miejsce Matuzalema, zapewne w jakiejś odwiecznej, odjechanej "sztafecie". I to by było na tyle. Oczywiście, ten gatunek i taka historia nie wymagają tłumaczenia reguł świata przedstawionego, ani wyraźnych, podsumowujących i zamykających historię zakończeń. Chodzi wszak o wywołanie efektu zdziwienia, obcości, niepokoju i lęku… którego tutaj niestety nie uświadczyłem. Poza tym spory odcinek owej fabuły zajmuje pościg/ucieczka przez dziwne lokacje (niestety, opisy tychże lokacji są dosyć krótkie i powierzchowne). Reszta akcji to tylko tło i pozory.

Co jeszcze. W całej tej umownej logice świata nielogicznego zgrzytały mi również pewne anachronizmy lub innego rodzaju elementy niepasujące do świata opowieści. Oczy jak u rysia (znali tam rysie?), sto metrów niżej (znali tam metry?), sprint w pół sekundy (sprint?). O nieprzystających do całości wizji wstawkach ze współczesnego języka potocznego "ciemna maso", "drążyć temat" nie wspominając.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Lubię takie soczyste światy i przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, bo Twój styl jest plastyczny, a zdania mają fajny flow, wpadają w ucho/oko. Co prawda, trochę bym ponarzekała: na przykład na nieco sztampowy motyw nieszczęśliwej miłości (to mi się dawno temu przejadło) oraz dosyć randomowe spotkanie z Matuzalemem. (Co to za król-bóg, do którego byle prostaczek-akolita może wejść jak do siebie?)

Myślę, że pomysł na miasto-ziggurat ma zajebisty potencjał i zasługuje na lepszą fabułę i dłuższą historię. Bo “Na szczycie…” to tekst podporządkowany światotworzeniu – które wyszło znakomicie i bardzo rozbudziło ciekawość – ale potraktowany po macoszemu w innych aspektach. A szkoda, bo już teraz widać w tym świecie ogromny potencjał, plus świetne detale, które dodają uroku, te alkohole na przykład, kapłani rozkładu i kapłani życia, kastowe społeczeństwo… Drążyłabym tu.

Podobnież jak marasa, mnie również dziabnął w oczy ten system metryczny i sprint.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Co to za król-bóg, do którego byle prostaczek-akolita może wejść jak do siebie?

A nie jest tak, że własnie konstrukcja świata (zakazany świat na dole, ukryte w nim schody stopniowo zmieniające skalę idącego po nich) jest odpowiedzią na to pytanie? Przynajmniej ja to w ten sposób odebrałem.

 

Hm. No jakoś mnie to nie przekonuje. Oddajmy głos Hulkowi:

 

 

;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Cóż, dla mnie fajne zapętlenie i… skojarzenie ze starymi grami komputerowymi, gdzie sekretne levele w podziemiach mogły mieć tajne wyjścia na wyższych levelach ;-) 

Bardzo dobre opowiadanie. Przede wszystkim podobał mi się sposób przedstawienia świata oraz styl. Racją jest, że główny bohater wyszedł ciut płaski. Barwniejszy wydał się jeden ze zbirów. 

Pomysł na wielowarstwowy świat wyśniony bardzo mi się spodobał. Końcówka pospieszna. Spodziewałam się większej dramy. 

Niemniej, jestem zadowolona. :)

Jedno z najbardziej pomysłowych opowiadań, jakie tutaj czytałem. 

 

Wykreowałeś fascynujący świat, z jednej strony umiejscowiony w jakiś okołostarożytnych realiach, z drugiej…no właśnie, te kadzie, te rurki, coś jest na rzeczy. Zachwyciła mnie koncepcja działania alkoholu w zależności od dodanej części ciała. Wszystkie opisy bardzo plastyczne, wręcz widziałem te tarasy, windę, Matuzalemowy tron.

Bohater wyszedł nieco płaski, raczej jest soczewką przez którą obserwujemy świat, ale kurcze, jaki to świat! Aż chciałoby się przeczytać o nim więcej. 

Te fale życia i śmierci skojarzyły mi się ze "Stworami światła i ciemności", ale to dobre skojarzenia. 

 

Fabuła zakonczona z jednej strony trochę pospiesznie, ale z drugiej tajemniczo – rozumiem, że ziggurat sam wybrał sobie nowego Matuzalema, stąd te schody? 

 

Zabrakło mi epilogu, w którym pokazałbyś, jakie miasto wyśnił Kromonas – to pozwoliłoby Ci ładnie nawiązać do początku tekstu, ale rozumiem, że limit Cię blokował. 

 

Nie widzę tu weirda, raczej klasyczne fantasy, ale tym niech się martwi jury – opowiadanie jest świetne. 

Piękną wizję przedstawiłeś, jest intrygująco, dziwnie i malowniczo. Najbardziej spodobało mi się gorzkawe zakończenie i elementy świata przedstawionego (trunki z filozofiami :P). Moim zdaniem, tekst jest wystarczająco weirdowy.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tak na szybko i na krótko – tyle do zrobienia, a tak niewiele czasu (poza tym krytykować jest przyjemniej, niż chwalić) 

Chwalę zatem, chwalę bardzo ciekawą i bogatą wizję, która z jednej strony jest spójna (miasto działa na logicznych zasadach) z drugiej ładnie, choć nie za mocno, weirdowo odjechana (drinki – idee, osobowościossące pijawki, transformacja bohatera). Chwalę dobry styl, który pozwolił plastycznie, malowniczo ową wizję sobie wyobrazić. Tak, Drobiażczki były lepiej wypolerowane. Ale to w ogóle ewenement i tekst niemal doskonały. Nie mogę więc narzekać na styl "Szczytu", bo, anglicyzując, robi robotę. I to robi dobrze. 

Nie jest rewelacyjnie. Tak jak w przypadku kilku innych, nominowanych w marcu tekstów, zaszkodził limit. Środek ciężkości za bardzo przesunięty jest w stronę światotwórstwa, zabrakło miejsca na akcję i bardziej złożoną fabułę. Zwłaszcza droga do Matuzalema i sam moment konfrontacji pozostawia niedosyt – za szybko, za łatwo, za bardzo po łebkach i w efekcie siada napięcie. Jednak ów niedosyt nie był na tyle duży, by zdominować niewątpliwe zalety tekstu – pomysłowość, plastyczność i niebywałą przyjemność z lektury. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Świat stworzony w tym opowiadniu jest niezwykle ciekawy i plastyczny. Wciąga w weirdowy klimat dość skutecznie. Niestety, dialogi zgrzytają trochę, bo stylizacja językowa w nich nie do końca oddaje charakter poszczególnych postaci. Nie jest źle, ale możnaby to nieco oszlifować dla lepszego efektu całościowego.

Chciałam podziękować za to opowiadanie, przeniosło mnie w czasie do lat dziecięcych, kiedy to namiętnie zaczytywałam się klasycznym sci-fi. Wykreowany przez Ciebie świat jest tak sugestywny i namacalny (mimo iż przepełniony absurdem), że potrafię go wizualizować oczami wyobraźni.

Malujesz słowem.

Poza nostalgią budzi też we mnie wyraźne skojarzenia z klimatem obrazów Beksińskiego, gdzie mroczny surrealizm współgra z metafizyką. :)

 

Knock me off my feet like heroin.

Opowiadanie ciekawe, napisane fajnym stylem, kreacja świata również na plus. Podoba mi się miasto zasilane krwią boga. Zakończenie trochę zaleciało jedną z książek Gołkowskiego. ;)

Zostaw ten żyrandol.

No – światotwórstwo prima sort, ale historia bardzo taka kliszowa, z pospieszną końcówką.

Czytało się miło, ale czuć ten limit znaków cisnący – aż się prosi ten wspaniały wytwór fantazji w czymś szerszym, mniej sztampowej historii. 

 

Podobało się, ale jestę trochę niedorżnięty czytelniczo. 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Co wy macie z tymi limitami…?

Może być krótko, ale powinna się zmieścić całość, nie wstęp.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wilk – bo w opowiadaniu, w którym fabuła jest tylko nośnikiem ekspozycji świetnie wyobrażonego świata widać, jak nagle leci na łeb na szyję ku końcowi, a portalowy licznik pokazuje, że autor był na krawędzi limitu narzuconego przez zasady konkursu.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dlatego warto fabułę zagęszczać.

Albo od razu dostosowywać ją do limitu.

Babska logika rządzi!

A ja jestem na nie. Jakoś tak jak zobaczyłem piórko, to się chyba na coś lepszego nastawiłem, a tu mielony zamiast porządnego schabowego i to razem z budą cytując poetów ;)

Dlaczego nie. Czy to nie w którejś z zeszłorocznych numerów NF było podobne opowiadanie o znękanym władcy, z zazdrości skazującym chłopca na śmierć, po czym jego miejsce zajmuje doradca (no chyba że to coś z archiwalnych Fantastyk – pamięć już nie ta). W ogóle ta kastowość, budowa miasta z poziomami wtórne, wtórne, powtarzalne. Wracając do poziomów – przemieszczanie między nimi jakieś takie proste, wystarczy wejść wyżej, a ile lat dłużej się żyje. Samo przejęcie funkcji – żenujące. I rzeczywiście limity tego nie usprawiedliwiają, bo napotykam krótsze opowiadania, szorty wręcz dopięte i wymuskane. Zejście niżej żeby się dostać wyżej przez prostego szaraczka który problemy miłosne rozpuszcza w alkoholu – nie, to do mnie nie przemawia. 

Tyle już słów pochwalnych popłynęło, że moje pięć groszy nic tu nie wniesie, ale o jednym chciałem donieść, a mianowicie o kreacji świata przedstawionego. Zacząłem kombinować z tymi tarasami, balkonikami, poziomami i, kurde, muszę powiedzieć, że strasznie fajne wizje zaczęły mi się śnić (a może i nie śnić), strasznie fajne rzeczy wychodzą, jak się pokombinuje odpowiednio nad różnymi możliwymi wariantami Twego uniwersum. Już choćby za to ćwiczenie, za pożywkę dla wyobraźni wypada tedy podziękować, co też i niniejszym czynię. :-)

Przybywam z komentarzem jurorskim:

Bardzo nastrojowe, świetnie skomponowane opowiadanie osadzone w spójnym, oryginalnym settingu. Jesteś kolejnym twórcą, który podjął nasze konkursowe wyzwanie i zdołał z randomowego, bzdurnego hasła – matuzalemowy reaktor – urodzić cały worldbuilding i współgrającą z nim, kompletną fabułę.

Warstwa językowa bardzo dobra, choć miałam wrażenie, że w paru miejscach przydałaby się ręką redaktora (głównie drobnica – brak dwukropka lub półpauzy w miejscu, w którym by się przydało to lub to, miejscami rytmika zdań). Niesamowicie klimatyczne smaczki światotwórcze – te oferowane przez oberżystę trunki (świetne!), te psychiatryczne pijawki, to wszystko naprawdę robi robotę. Fabuła jest dobrze wyważona, w należytych proporcjach dawkuje nam przedstawienie świata, problem osobisty bohatera oraz podejmowane przez niego akcje. Zakończenie jest nieco przewidywalne, ale z drugiej strony – wydaje mi się tu bardzo właściwe, zgrabną klamrą domyka utwór, dając czytelnikowi poczucie, że autor wybrał je świadomie, a nie dlatego, że pojęcia nie miał, jak opowiadanie zakończyć.

Drobna uwaga: konflikt osobisty bohatera wydał mi się potraktowany nieco po macoszemu, nieszczęśliwa miłość, której przeszkadza mezalians, to jedna z pierwszych odpowiedzi na pytanie „Dobra, raz, dwa, trzy – wymyślamy przyczynę egzystencjalnego bólu!”. Wykreowana tu hierarchiczna społeczność daje pole do otwarcia kilku naprawdę świetnych, wartościowych dyskusji, co byłoby wartością dodaną wykraczającą ponad problem faceta zakochanego w nie tej kobiecie, co trzeba.

Niemniej jest to opowiadanie bardzo dobre i jako takie zostało przeze mnie wysoko ocenione. Gratuluję (piórka również).

Nowa Fantastyka