- Opowiadanie: cobold - O niezwykłem przypadku rośnięcia włosów po śmierci

O niezwykłem przypadku rośnięcia włosów po śmierci

Opo­wieść szka­tuł­ko­wa na­pi­sa­na z myślą o an­to­lo­gii “Umie­ra­nie to par­szy­wa ro­bo­ta”. Nie od­nio­sła suk­ce­su w kon­kur­sie, ale zo­sta­ła przy­gar­nię­ta przez Ma­ga­zyn Hi­ste­ria. Po­nie­waż mi­nę­ło pół roku od pu­bli­ka­cji, udo­stęp­niam też w ma­tecz­ni­ku.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

O niezwykłem przypadku rośnięcia włosów po śmierci

Nie znamy ni­cze­go rów­nie roz­pacz­li­we­go na ziemi,

 nie mo­że­my wy­śnić ni­cze­go bodaj na poły rów­nie po­twor­ne­go(…)

 i dla­te­go opo­wie­ści z tej dzie­dzi­ny są tak ogrom­nie zaj­mu­ją­ce.

E. A. Poe, „Przed­wcze­sny po­grzeb”

 

 

Wiel­ki Ro­ki­tan­sky, ten, który wła­sny­mi rę­ko­ma prze­pro­wa­dził ponad trzy­dzie­ści ty­się­cy sek­cji, po­wia­da: Nie ma na świe­cie nic mniej ta­jem­ni­cze­go od śmier­ci. Wtó­ru­je mu, z wyżyn swo­jej ka­te­dry, prze­świet­ny Vir­chow: Zba­da­łem kilka setek ciał zmar­łych. W żad­nym nie zna­la­złem duszy.

Łatwo wy­da­wać sądy tak jed­no­znacz­ne po­śród murów wie­ko­wych uni­wer­sy­te­tów. Łatwo wie­rzyć w po­tę­gę ro­zu­mu, prze­cha­dza­jąc się uli­ca­mi Wied­nia czy Ber­li­na, gdzie świa­tło lamp ga­zo­wych nie do­pusz­cza mro­ków nocy, a stu­kot kół kolei że­la­znej przy­po­mi­na, że czło­wiek za­pa­no­wał nad cza­sem i prze­strze­nią. Wy­star­czy jed­nak opu­ścić te świą­ty­nie no­wo­cze­sno­ści, po­je­chać kil­ka­set ki­lo­me­trów na pół­noc czy wschód, by tra­fić do świa­ta za­po­mnia­ne­go przez Boga i hi­sto­rię, do świa­ta, gdzie prawa przy­ro­dy zdają się obo­wią­zy­wać tylko wtedy, gdy mają na to ocho­tę, do świa­ta, gdzie po­ję­cia życia i śmier­ci nie wy­czer­pu­ją moż­li­wo­ści opisu stanu ludz­kie­go ciała.

Prze­ko­na­łem się o tym wie­lo­krot­nie w cza­sie mojej, trwa­ją­cej kil­ka­dzie­siąt lat, po­słu­gi le­kar­skiej. Żadne jed­nak z nie­sa­mo­wi­tych zda­rzeń, któ­rych byłem świad­kiem, nio­sąc pomoc cho­rym i ulgę umie­ra­ją­cym, nie może rów­nać się z tym, czego do­świad­czy­łem je­sie­nią ty­siąc osiem­set sie­dem­dzie­sią­te­go roku, w ro­dzin­nym mie­ście…

 

***

 

Wró­ci­łem wła­śnie do kraju dzie­ciń­stwa, za­koń­czyw­szy stu­dia na wie­deń­skim uni­wer­sy­te­cie. W dro­dze do za­bi­tej de­ska­mi dziu­ry, skąd otrzy­ma­łem pro­po­zy­cję za­trud­nie­nia jako fizyk po­wia­to­wy, po­sta­no­wi­łem od­wie­dzić groby ro­dzi­ców w K. Do mia­sta przy­by­łem w zimny, paź­dzier­ni­ko­wy wie­czór. Nie chcąc tra­cić pie­nię­dzy, a i mając ocho­tę na sen­ty­men­tal­ną prze­chadz­kę, zre­zy­gno­wa­łem z do­roż­ki i po­sze­dłem pie­cho­tą w stro­nę nie­da­le­kie­go prze­cież cmen­ta­rza. Szyb­ko po­ża­ło­wa­łem swo­jej de­cy­zji. Lo­do­wa­ty wiatr prze­ni­kał zno­szo­ne stu­denc­kie ubra­nie, widok na­gich, bez­list­nych drzew z po­wy­krę­ca­ny­mi w mil­czą­cym cier­pie­niu ga­łę­zia­mi na­stra­jał me­lan­cho­lij­nie. Mi­ja­łem mury za­pa­mię­ta­nych z dzie­ciń­stwa bu­dyn­ków, teraz jakby za­pa­dłe w zie­mię, po­kry­te sza­rym li­sza­jem brudu i wrzo­da­mi od­sło­nię­tych ce­gieł. Za­uł­ki, bę­dą­ce nie­gdyś miej­scem we­so­łych zabaw z ró­wie­śni­ka­mi, ziały gęstą ciem­no­ścią, kry­jąc w sobie tylko nie­bez­pie­czeń­stwo. Nie spo­tka­łem na ulicy żywej duszy, choć kilka razy ob­ra­ca­łem się ner­wo­wo, sły­sząc za ple­ca­mi echo wła­snych kro­ków. Przy­spie­szy­łem nieco, z tru­dem tylko po­wstrzy­mu­jąc się od uciecz­ki. Z praw­dzi­wą ulgą po­wi­ta­łem ma­ja­czą­cy na końcu drogi zarys bramy miej­skie­go cmen­ta­rza.

Długo błą­dzi­łem w za­pa­da­ją­cych ciem­no­ściach; nawet jeśli ktoś w tym smut­nym cza­sie pa­mię­tał o za­pa­le­niu świe­czek na gro­bach, bez­li­to­sny wiatr ni­we­czył jego sta­ra­nia, plą­ta­jąc ścież­ki zmar­łych i kroki mnie ży­we­go. Śli­zga­jąc się na bu­twie­ją­cych li­ściach, kilka razy do­tar­łem do prze­ciw­le­głe­go muru, dzi­wiąc się, że cmen­tarz jest o wiele mniej­szy, niż ten, któ­re­go obraz no­si­łem w swo­ich wspo­mnie­niach. Roz­po­zna­wa­łem po­je­dyn­cze po­mni­ki, drze­wa, ry­su­ją­cy się na tle gra­na­to­we­go nieba kształt ka­pli­cy. Za­sko­czył mnie sto­ją­cy w kącie, świe­cą­cy bielą bu­dy­nek z muru pru­skie­go, wi­docz­ny znak in­ge­ren­cji obec­nych władz. W końcu, wę­dru­jąc jak lu­na­tyk, z wy­cią­gnię­ty­mi dla bez­pie­czeń­stwa przed sie­bie rę­ko­ma, od­na­la­złem wła­ści­wą alej­kę, a przy niej grób moich ro­dzi­ców.

Jako że w mie­ście nie po­zo­stał już nikt z ro­dzi­ny, kto mógł­by się opie­ko­wać miej­scem po­chów­ku krew­nych, zdzi­wio­ny byłem sta­nem, w jakim zna­la­złem ka­mien­ny po­mnik. Na pły­cie spo­czy­wa­ło tylko kilka opa­dłych liści, zie­mię wokół grobu osy­pa­no świe­żym pia­skiem. Uśmiech­ną­łem się na ten widok, pe­wien, że to ktoś z wdzięcz­nych pa­cjen­tów pa­mię­ta o do­bro­dziej­stwach do­świad­czo­nych od mo­je­go świę­tej pa­mię­ci ojca. Drżąc z zimna, od­mó­wi­łem krót­ką mo­dli­twę. Po­du­ma­łem jesz­cze nad ta­jem­ni­cą ludz­kiej pa­mię­ci, po czym, wbiw­szy dło­nie w kie­sze­nie płasz­cza, ru­szy­łem w kie­run­ku wyj­ścia z cmen­ta­rza.

Wtedy, kątem oka, do­strze­głem syl­wet­kę kry­ją­cej się za po­bli­skim gro­bow­cem po­sta­ci. Czło­wiek ten (bo mimo oko­licz­no­ści, ani przez chwi­lę nie po­dej­rze­wa­łem, by mógł to być ktoś inny) zda­wał się ob­ser­wo­wać mnie zza rogu bu­dyn­ku, a teraz, spło­szo­ny, po­spiesz­nie od­da­lał się w stro­nę cmen­tar­ne­go ogro­dze­nia. Wzbu­rzo­ny tym, że ktoś ośmie­lił się za­kłó­cić chwi­le tak dla mnie in­tym­ne, po­dą­ży­łem jego śla­dem. Ucie­ki­nier naj­pierw przy­spie­szył, potem jed­nak za­trzy­mał się, od­wró­cił i zro­bił kilka kro­ków w moim kie­run­ku. Nie­zra­żo­ny jego nagłą śmia­ło­ścią, pod­sze­dłem bli­żej. Ja­kież było moje zdzi­wie­nie, kiedy w twa­rzy pod­glą­da­cza roz­po­zna­łem zmie­nio­ne cza­sem, ale wciąż zna­jo­me rysy mo­je­go przy­ja­cie­la z dzie­ciń­stwa. Z po­wo­dów, które nie­ba­wem staną się oczy­wi­ste, wo­lał­bym za­ta­ić jego praw­dzi­we imię i na­zwać go tutaj, po­wiedz­my, Ada­mem.

Adam, nie­pew­ny mojej re­ak­cji, w pierw­szej chwi­li za­cho­wał dy­stans, kiedy jed­nak ob­ją­łem go po bra­ter­sku, uśmiech­nął się ser­decz­nie i prze­pro­sił za swoje za­cho­wa­nie, tłu­ma­cząc się tym, że po­cząt­ko­wo wziął mnie za obcą osobę. Wi­dząc, jak trzę­sę się w wie­czor­nym chło­dzie, za­pro­sił mnie do swo­je­go domu. Zdzi­wi­łem się, gdy za­miast w stro­nę bramy wyj­ścio­wej ru­szył w kie­run­ku owego bia­łe­go bu­dyn­ku w rogu cmen­ta­rza. Otwo­rzył klu­czem so­lid­ne drzwi i wpu­ścił mnie do środ­ka, tłu­ma­cząc, że to jest wła­śnie miej­sce jego za­miesz­ka­nia i pracy.

Mi­nę­li­śmy cia­sną sień, gdzie za przy­kła­dem go­spo­da­rza zo­sta­wi­łem wierzch­nie okry­cie, i we­szli­śmy do spo­rej izby. Wnę­trze oświe­tla­ła sto­ją­ca na stole lampa naf­to­wa; nasze przy­by­cie wy­wo­ła­ło nie­wiel­ki ruch po­wie­trza, pło­myk za­drżał, a cie­nie na ścia­nach po­ru­szy­ły się ner­wo­wo, ucie­ka­jąc w górę. W środ­ku pa­no­wa­ło przy­jem­ne cie­pło, na wy­strój po­miesz­cze­nia skła­da­ło się kilka skrom­nych, lecz po­rząd­nych mebli, było czy­sto i przy­tul­nie.

Mój przy­ja­ciel ge­stem wska­zał mi miej­sce przy stole. Sam pod­szedł do sto­ją­ce­go obok kre­den­su, wyjął ze środ­ka bu­tel­kę i dwie szkla­necz­ki, po­sta­wił wszyst­ko na bla­cie, za­siadł na­prze­ciw, od­korko­wał, roz­lał i po­wie­dział:

– Masz, roz­grzej się. W Wied­niu tego nie mia­łeś.

Uśmiech­ną­łem się, przy­su­ną­łem swoją szklan­kę i ro­zej­rza­łem się wokół.

Izba sta­no­wi­ła po­łą­cze­nie ja­dal­ni i sy­pial­ni. Pod prze­ciw­le­głą ścia­ną, mię­dzy pie­cem a za­mknię­ty­mi drzwia­mi, stało wą­skie łóżko, sta­ran­nie za­ście­lo­ne. Obok, na ni­skim na­ka­stli­ku, le­ża­ła książ­ka. Są­sied­nia ścia­na była wolna od mebli i mie­ści­ła w sobie dwoje ko­lej­nych drzwi. Pod su­fi­tem, nad fu­try­na­mi do­strze­głem bliź­nia­cze wnęki, a w nich za­wie­szo­ne mo­sięż­ne dzwon­ki.

– Co to za miej­sce? – za­py­ta­łem.

Adam wzniósł toast w moją stro­nę i roz­po­czął opo­wieść, którą tutaj, w miarę moż­li­wo­ści wier­nie, przy­ta­czam.

 

***

 

Pa­mię­tasz, drogi przy­ja­cie­lu, jaka w mie­ście pa­no­wa­ła at­mos­fe­ra w roku two­je­go wy­jaz­du na stu­dia? Pa­mię­tasz, że był to czas smut­ny i burz­li­wy, który wiele ludz­kich pla­nów po­krzy­żo­wał i wiele ży­cio­ry­sów zła­mał? Takoż i los zły uwziął się wtedy na moją ro­dzi­nę. Oj­ciec, stra­ciw­szy cały ma­ją­tek przez nie­traf­ne in­we­sty­cje i jesz­cze mniej szczę­śli­we przy­jaź­nie, są­dząc, że ura­tu­je to nas przed dłuż­ni­ka­mi, wy­brał wyj­ście ho­no­ro­we i strze­lił sobie w głowę. Matka, i tak już li­che­go zdro­wia, nie wy­trzy­ma­ła tego ciosu i w nie­ca­łe dwa ty­go­dnie póź­niej do­łą­czy­ła do niego w gro­bie. Ko­mor­ni­cy, nie zwa­ża­jąc na moją tra­ge­dię, roz­gra­bi­li wszyst­ko, co zo­sta­ło po ro­dzi­cach. Trud­no opi­sać, w jak mar­nym zna­la­złem się wów­czas po­ło­że­niu. Dość po­wie­dzieć, że błą­ka­łem się po mie­ście, szu­ka­jąc ja­kie­go­kol­wiek za­rob­ku i nie­raz prze­my­śli­wa­łem nad pój­ściem w ślady swego ro­dzi­cie­la.

Pew­ne­go wie­czo­ru, po ca­ło­dzien­nym, bez­owoc­nym po­szu­ki­wa­niu do­ryw­cze­go za­ję­cia, za­wę­dro­wa­łem pod mury tego cmen­ta­rza. Miej­sce to wy­da­ło mi się bar­dzo od­po­wied­nie dla mego ów­cze­sne­go stanu ducha, co stwier­dziw­szy, za­śmia­łem się gorz­ko w my­ślach. I wtedy do­strze­głem przy­cze­pio­ną na ścia­nie nie­zna­ne­go mi bu­dyn­ku za­pi­sa­ną nie­dba­le kart­kę pa­pie­ru: „Szuka się czło­wie­ka do pracy”. Uznaw­szy, że speł­niam tak nie­wy­gó­ro­wa­ne wa­run­ki, za­stu­ka­łem do wrót tego przy­byt­ku.

Chwi­lę trwa­ło, zanim usły­sza­łem po dru­giej stro­nie zbli­ża­ją­ce się kroki, dźwię­cze­nie klu­czy i głos mam­ro­czą­cy prze­kleń­stwa. Drzwi uchy­li­ły się na tyle, że uj­rza­łem w szcze­li­nie jedno oko.

– Czego?! – Padło py­ta­nie.

– Ja… za pracą… – wy­du­ka­łem, cały czas wal­cząc z reszt­ka­mi god­no­ści, bo coś mi mó­wi­ło, że w tym miej­scu muszę się jej po­zbyć.

Oko łyp­nę­ło w górę, łyp­nę­ło w dół, mie­rząc moją po­stać.

– Chu­dyś… – stwier­dzi­ło z dez­apro­ba­tą.

– Ale silny – skła­ma­łem.

Drzwi od­chy­li­ły się sze­rzej, do oka do­łą­czy­ło dru­gie, świ­dru­ją­ce znad czer­wo­ne­go nosa, a chwi­lę póź­niej do­tarł do mnie odór pi­jac­kie­go od­de­chu.

– Jesz­cze się okaże. To par­szy­wa ro­bo­ta – burk­nął go­spo­darz, po czym od­wró­cił się, zo­sta­wia­jąc za sobą otwar­te wej­ście.

Wśli­zgną­łem się za nim do za­gra­co­ne­go przed­sion­ka. Smród potu i al­ko­ho­lu mie­szał się tutaj z za­pa­chem świe­że­go drew­na. Wą­skie, wolne przej­ście pro­wa­dzi­ło przez śro­dek po­miesz­cze­nia. Resz­tę miej­sca zaj­mo­wa­ły trum­ny. Po lewej za­mknię­te, uło­żo­ne war­stwa­mi, jedna na dru­giej; po pra­wej otwar­te, puste, opar­te pio­no­wo o ścia­nę.

– Świe­ża do­sta­wa – mruk­nął sta­ruch, naj­wy­raź­niej świa­do­my tego, że za nim idę.

Otwo­rzył jedne z dwoj­ga drzwi w głębi i prze­szedł do na­stęp­nej izby. Po­spie­szy­łem jego śla­dem, uwa­ża­jąc przy tym, aby nie do­tknąć żad­nej z tru­mien.

Zna­la­złem się w spo­rym, po­zba­wio­nym okien po­miesz­cze­niu. Mu­sia­łem zmru­żyć oczy, bo po­ma­lo­wa­ne na biało ścia­ny od­bi­ja­ły świa­tło kilku sto­ją­cych na dłu­giej półce lamp naf­to­wych. Na­prze­ciw z pod­ło­gi wy­ra­sta­ły trzy mu­ro­wa­ne po­stu­men­ty. Na dwóch z nich le­ża­ły mę­skie ciała w ele­ganc­kich ciem­nych ubra­niach, choć, co dziw­ne, po­zba­wio­ne obu­wia. Od stóp i dłoni tych dżen­tel­me­nów cią­gnę­ły się do su­fi­tu na­prę­żo­ne linki, któ­rych drugi ko­niec nik­nął gdzieś w prze­ciw­nym kącie sali.

Go­spo­darz, prze­cho­dząc obok jed­ne­go z po­de­stów, za­to­czył się i trą­cił nogę le­żą­cej po­sta­ci. Resz­ta ciała nie po­ru­szy­ła się, ale sznu­rek za­drżał i usły­sza­łem do­bie­ga­ją­cy gdzieś z przo­du od­głos dzwon­ka. Mój prze­wod­nik po­zbie­rał się szyb­ko, oparł o po­stu­ment i, jakby do­pusz­cza­jąc mnie do ko­mi­ty­wy, szep­nął z po­ro­zu­mie­waw­czym uśmie­chem:

– Umar­la­ki.

Po­pra­wił jesz­cze kant spodni le­żą­ce­go, spraw­dził na­pię­cie linki i do­rzu­cił:

– Albo i nie. Kto ich tam wie?

Ru­szył dalej, ge­stem ręki na­ka­zu­jąc mi po­dą­żać za sobą. Usły­sza­łem jesz­cze jak chi­cho­cze pod nosem:

– Na wszel­ki wy­pa­dek ko­bit­ki za ścia­ną…

Opu­ści­li­śmy salę z ka­ta­fal­ka­mi i prze­szli­śmy do tego po­ko­ju, w któ­rym sie­dzi­my teraz. Stary wska­zał mi miej­sce przy stole, nalał sobie go­rzał­ki do szklan­ki, za­siadł na­prze­ciw­ko, chwi­lę przy­glą­dał się mojej twa­rzy i zadał to samo py­ta­nie, co ty przed chwi­lą:

– Wiesz, co to za miej­sce?

Kiedy po­krę­ci­łem głową, od­po­wie­dział:

– Dom dla le­tar­gicz­nych. Albo, jak mówią nie­któ­rzy, przy­sio­nek śmier­ci. – Wi­dząc, że nadal nie ro­zu­miem, wes­tchnął, wy­chy­lił pół szkla­necz­ki i chra­pli­wym gło­sem tłu­ma­czył dalej: – Sły­sza­łeś prze­cie nie raz o po­cho­wa­nych żyw­cem. Znasz te hi­sto­rie o omył­kach ko­no­wa­łów, wie­kach tru­mien po­dra­pa­nych od we­wnątrz, znaj­do­wa­nych w środ­ku po­wy­krę­ca­nych szkie­le­tach z po­ła­ma­ny­mi pal­ca­mi. Każdy gra­barz ci opo­wie, że wi­dział coś ta­kie­go, a raz na jakiś czas roz­pi­su­ją się o tym ga­ze­ty. No i wresz­cie – ob­wi­nię­ty brud­nym ban­da­żem wska­zu­ją­cy palec po­wę­dro­wał w górę – ktoś w ma­gi­stra­cie wpadł na po­mysł, żeby ulżyć wy­stra­szo­nym oby­wa­te­lom. Za od­po­wied­nią, he, he, opła­tą każdy tru­posz­czak może w tym za­cnym miej­scu spę­dzić ostat­nią noc przed swoim po­chów­kiem. Do­pie­ro kiedy stary Edward po­twier­dzi, że de­li­kwent jest mar­twy do imen­tu, księ­dzu wolno po­słać sztyw­nia­ka do pia­chu.

Mu­sia­ło mu za­schnąć w gar­dle od tej prze­mo­wy, bo wypił dusz­kiem resz­tę za­war­to­ści szklan­ki. Od­sta­wił ją gło­śno na stół, znowu przyj­rzał mi się przez chwi­lę tym świ­dru­ją­cym wzro­kiem i za­py­tał z chy­trym uśmie­chem:

– To co, strach cię ob­le­ciał, czy bie­rzesz tę ro­bo­tę?

Wła­ści­wie byłem już zde­cy­do­wa­ny, bo i nie mia­łem spe­cjal­ne­go wy­bo­ru, ale za­py­ta­łem jesz­cze:

– A czę­sto się zda­rza, że ktoś tutaj budzi się z le­tar­gu i wraca do nor­mal­ne­go życia?

Stary za­niósł się pi­jac­kim re­cho­tem, po­kle­pał mnie po ra­mie­niu i od­po­wie­dział:

– Spo­koj­nie, jesz­cze nie mia­łem ta­kiej sy­tu­acji!

Tak tedy zo­sta­łem po­moc­ni­kiem Edwar­da. Wbrew po­zo­rom nie była to cięż­ka praca. Co­dzien­nie rano uwal­nia­li­śmy sztyw­ne zwło­ki z kon­tro­lu­ją­cych je linek, pa­ko­wa­li­śmy ciało do trum­ny, któ­rej wieko trze­ba było zabić gwoź­dzia­mi, i wy­no­si­li­śmy je na ze­wnątrz, gdzie cze­ka­li już gra­ba­rze. Póź­niej, w ciągu dnia przy­wo­żo­no świe­że ciała. Ukła­da­li­śmy zmar­łych na ka­ta­fal­kach, na palce rąk i stóp za­kła­da­li­śmy im spe­cjal­ne na­parst­ki z me­ta­lo­wy­mi kó­łecz­ka­mi, potem cała sztu­ka po­le­ga­ła na od­po­wied­nim na­cią­gnię­ciu zwi­sa­ją­cych z su­fi­tu sznur­ków, aby po ich przy­wią­za­niu naj­lżej­sze drgnię­cie po­wo­do­wa­ło efekt w po­sta­ci dźwię­ku za­wie­szo­ne­go nad drzwia­mi dzwon­ka.

Edward po­cząt­ko­wo kon­tro­lo­wał moje po­czy­na­nia, ale już po kilku dniach, wi­dząc jak sobie radzę, zo­sta­wił mi całą fi­zycz­ną ro­bo­tę, sam tylko wy­cho­dząc do przy­wo­żą­cych zwło­ki, żeby po­kwi­to­wać ich od­biór. Po nie­dłu­gim cza­sie prze­stał zresz­tą i tego pil­no­wać, więk­szość czasu spę­dza­jąc w tym po­ko­ju nad bu­tel­ką wódki.

Żyło nam się cał­kiem nie­źle. Ma­gi­strat pil­no­wał do­staw węgla i nafty, żeby na­szym nie­bosz­czy­kom nie dzia­ła się krzyw­da. Kiep­ska by­ła­by to re­kla­ma dla ca­łe­go przed­się­wzię­cia, gdyby wy­szło na jaw, że ktoś z klien­tów obu­dził się wpraw­dzie z le­tar­gu, ale po­ła­mał się, spa­da­jąc po ciem­ku ze swo­je­go łoża albo zła­pał od zimna za­pa­le­nie płuc.

Na­sta­ły dłu­gie, zi­mo­we wie­czo­ry. Edward, jeśli aku­rat nie był pi­ja­ny do nie­przy­tom­no­ści, za­ba­wiał mnie swo­imi opo­wie­ścia­mi o ży­wych tru­pach. Znasz na pewno te re­la­cje o trum­nach wy­pa­da­ją­cych z rąk ża­łob­ni­ków, które otwie­ra­ły się, uwal­nia­jąc z wnę­trza prze­ra­żo­nych lo­ka­to­rów. Sły­sza­łeś o cia­łach znaj­do­wa­nych we wnę­trzu gro­bow­ców, któ­rych dłoni nie da­wa­ło się ode­rwać od krat za­my­ka­ją­cych wej­ście, a otwar­te usta zda­wa­ły się mil­czą­co krzy­czeć przez wiecz­ność. Ulu­bio­na hi­sto­ria Edwar­da trak­to­wa­ła o mło­dym pa­ni­czu, który nie zdą­żył po­wró­cić z za­gra­ni­cy na po­grzeb swo­jej uko­cha­nej. Jego chęć po­że­gna­nia się z lubą była jed­nak tak prze­moż­na, że kilka dni póź­niej za­kradł się ze szpa­dlem na cmen­tarz i po­czął od­ko­py­wać jej zwło­ki, aby zło­żyć na tru­pich ustach ostat­ni po­ca­łu­nek. Ja­kież było jego zdzi­wie­nie, kiedy w miarę od­rzu­ca­nia ko­lej­nych skib dało się sły­szeć spod ziemi ja­kieś stu­ka­nia i jęki. Pra­co­wał coraz szyb­ciej. Kiedy ude­rzył ło­pa­tą w drew­nia­ne wieko, ta­jem­ni­cze od­gło­sy przy­bra­ły na sile, a on sam po­siadł pew­ność, że po­cho­dzą z wnę­trza trum­ny. Przy­klęk­nął nad wy­ko­pa­nym dołem, od­gar­niał go­rącz­ko­wo resz­tę ziemi go­ły­mi dłoń­mi, wresz­cie mógł wsu­nąć kra­wędź szpa­dla w szcze­li­nę z boku skrzy­ni, a kiedy na­ci­snął, po­kry­wa, po­py­cha­na do­dat­ko­wo od spodu, łatwo od­sko­czy­ła. Ze środ­ka trum­ny pod­nio­sła się jego uko­cha­na, odzia­na w białą, jakby we­sel­ną szatę, a świa­tło księ­ży­ca sre­brzy­ło jej gęste, dłu­gie, dłuż­sze niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, włosy. Ob­ję­ła go zim­ny­mi ra­mio­na­mi, przy­war­ła doń si­ny­mi usty i sko­na­ła, bo wy­si­łek, któ­re­go mu­sia­ła użyć, by wy­do­stać się z grobu był zbyt wiel­ki wobec jej sił nad­wą­tlo­nych.

– I ta hi­sto­ria jest praw­dzi­wa – po­wta­rzał za­wsze Edward, szcze­rze wzru­szo­ny. – Wiesz po czym to można po­znać? – pytał, choć zna­łem już jego od­po­wiedź. – Włosy! Cho­dzi o włosy! Spo­tkasz głup­ców, któ­rzy będą ci wma­wiać, że rosną jesz­cze długo po śmier­ci. Kłam­stwo! U zwy­kłych tru­pów zo­sta­ją takie same jak w chwi­li zgonu. Je­dy­nie u tych istot prze­klę­tych, za­wie­szo­nych mię­dzy ży­ciem a śmier­cią, po­tra­fią wy­dłu­żać się w gro­bie, w tem­pie za życia nie­spo­ty­ka­nym.

Słu­cha­łem tych bred­ni, przy­ta­ku­jąc po­słusz­nie sta­re­mu, ale rów­no­cze­śnie sta­ra­łem się zy­skać wie­dzę rze­tel­ną, na wy­pa­dek, gdy­bym mu­siał kie­dyś słu­żyć po­mo­cą któ­re­muś z na­szych pod­opiecz­nych. Na­wią­za­łem kon­takt ze stu­den­ta­mi me­dy­cy­ny. Wda­wa­łem się z nimi w dys­pu­ty o le­tar­gu, owym prze­dziw­nym sta­nie, gdy serce zwal­nia swoją pracę, od­dech staje się nie­wy­czu­wal­ny, a ciało zięb­nie, na­śla­du­jąc zu­peł­nie śmierć, choć tli się w nim jesz­cze iskra życia. Uczy­łem się, jak przy­wró­cić siły wi­tal­ne, wle­wa­jąc na język uśpio­ne­go naftę i na­cie­ra­jąc nią jego pier­si.

Bło­go­sła­wię do dzi­siaj tę moją cie­ka­wość, bo dzię­ki niej wie­dzia­łem, co robić, gdy na­de­szła go­dzi­na próby.

Tam­te­go dnia przy­wie­zio­no do nas troje zwłok. Pierw­szy na swoim miej­scu spo­czął po­kaź­nej tuszy je­go­mość, wą­sa­ty, za­żyw­ny, z siną twa­rzą, wy­raź­nie tknię­ty apo­plek­sją. Mu­sia­łem się zdro­wo na­mę­czyć, żeby w po­je­dyn­kę wy­ta­chać go na ka­ta­falk. Koło po­łu­dnia przy­je­cha­ła ru­do­wło­sa dziew­czy­na. Jej cera, ty­po­wa dla osób tej kar­na­cji, lśni­ła per­ło­wo w sztucz­nym świe­tle na­szych lamp. Umie­ści­łem ją w sali dla ko­biet, po lewej. Mo­cu­jąc linki do pal­ców stóp, nie mo­głem uwie­rzyć, że coś tak pięk­ne­go już jutro spo­cznie w gro­bie, by stać się ucztą dla ro­bac­twa. Na ko­niec przy­wie­zio­no chłop­ca, dziec­ko jesz­cze mi­zer­ne, widać wy­mę­czo­ne długą cho­ro­bą. Wa­ha­łem się chwi­lę, w czyim to­wa­rzy­stwie go umie­ścić, ale pomny wła­snej dumy, jaką prze­ja­wia­łem, będąc w jego wieku, zło­ży­łem lek­kie ciało obok pierw­sze­go klien­ta.

Wró­ci­łem do pi­ja­niu­sień­kie­go Edwar­da. Przy­go­to­wa­łem po­si­łek dla nas dwóch i za­sia­dłem przy stole. Czę­sto po po­łu­dniu wy­cho­dzi­łem na mia­sto, ale teraz, w sy­tu­acji nie­dy­spo­zy­cji mo­je­go zmien­ni­ka, po­czu­cie obo­wiąz­ku nie po­zwa­la­ło mi opu­ścić po­ste­run­ku przy dzwon­kach. Ocze­ki­wa­nie na noc skra­ca­łem sobie lek­tu­rą. Pod wie­czór Edward prze­bu­dził się na chwi­lę, roz­po­czął swoją opo­wieść o nie­szczę­snym pa­ni­czu i wło­sach ro­sną­cych w trum­nie, ale zanim do­tarł do fi­na­łu po­now­nie zmo­rzy­ła go sen­ność. Po­si­łek spo­ży­łem sa­mot­nie.

Mu­sia­łem na chwi­lę za­snąć przy stole, bo pa­mię­tam, że ze­rwa­łem się nagle na od­głos prze­wra­ca­ne­go krze­sła. Obok mnie, opie­ra­jąc się o blat, ko­ły­sał się Edward.

– Jest ro­bo­ta, młody! – wy­char­czał mi pro­sto w twarz.

Dzwo­nek pod su­fi­tem drgał lekko, bły­ska­jąc re­flek­sa­mi od­bi­te­go świa­tła. Rzu­ci­łem się do le­wych drzwi, wbie­głem do środ­ka, do­pa­dłem do le­żą­cej. Dzyń, dzyń – sły­sza­łem gdzieś nad głową. Rude włosy opa­da­ły z ka­ta­fal­ku na pod­ło­gę. Edward, gło­śno sa­piąc, prze­to­czył się za moimi ple­ca­mi, gdy ja roz­ry­wa­łem ko­szu­lę dziew­czy­ny i wy­le­wa­łem naftę na dło­nie. Nagle ktoś mocno mnie ode­pchnął, wszyst­ko roz­la­ło się na fio­le­to­wą su­kien­kę. Zo­ba­czy­łem, że stary sięga za pa­zu­chę, wyj­mu­je drew­nia­ny kołek, przy­kła­da go mię­dzy mlecz­ny­mi pier­sia­mi i wzno­si nad głową po­tęż­ny młot uży­wa­ny do przy­bi­ja­nia tru­mien­nych wiek. Cię­żar na­rzę­dzia spo­wo­do­wał jed­nak, że Edward za­to­czył się do tyłu i upadł.

– Cóż czy­nisz?! – krzyk­ną­łem wtedy, prze­ra­żo­ny.

– Mó­wi­łem ci, że to podła ro­bo­ta. Ktoś jed­nak musi ich umie­rać! – od­parł gwał­tow­nie.

Dźwi­gnął się z ziemi, pod­niósł młot i zbli­żył się znowu do ka­ta­fal­ku. Pod­bie­głem i pchną­łem go z całej siły. Upadł, ude­rza­jąc głową o kant są­sied­nie­go po­de­stu. Ja po­chy­li­łem się nad dziew­czy­ną i wy­ko­rzy­stu­jąc wie­dzę zdo­by­tą od za­przy­jaź­nio­nych me­dy­ków, zro­bi­łem wszyst­ko, co było trze­ba.

Do­pie­ro wtedy za­ją­łem się Edwar­dem. Jego ciało zło­ży­łem do jed­nej z tru­mien, a kiedy rano po­ja­wi­li się gra­ba­rze, za­bra­li ze sobą do ka­pli­cy trzy skrzy­nie. Stary nie miał żad­nej ro­dzi­ny i przy­ja­ciół, ale na wszel­ki wy­pa­dek zgło­si­łem na po­li­cji, że wy­szedł wie­czo­rem do knaj­py i nie wró­cił. Urzęd­ni­cy z ma­gi­stra­tu nie prze­ję­li się spe­cjal­nie jego znik­nię­ciem i po­wie­rzy­li mi dal­sze pro­wa­dze­nie przy­sion­ka śmier­ci.

 

***

 

Przy­znam, że nie uwie­rzy­łem w więk­szą część opo­wie­ści Adama. Ko­le­ga mój już przed laty znany był z nie­zwy­kłej wy­obraź­ni; pa­mię­tam, że z tego po­wo­du ma­teń­ka moja wie­lo­krot­nie od­ra­dza­ła mi z nim zna­jo­mość. Z kolei sam pro­blem rze­ko­me­go le­tar­gu, ma­ją­ce­go być po­wo­dem przed­wcze­snych po­chów­ków, był bar­dzo mod­nym te­ma­tem wśród wie­deń­skich stu­den­tów me­dy­cy­ny. Zacni pro­fe­so­ro­wie, wi­dząc jak nas to zaj­mu­je, urzą­dzi­li pokaz, ma­ją­cy una­ocz­nić nam rze­czy­wi­ste przy­czy­ny tego za­bo­bo­nu. Zgro­ma­dzi­li w jed­nej sali zwło­ki o róż­nym na­si­le­niu zmian po­śmiert­nych i tłu­ma­cząc za­cho­dzą­ce w nich pro­ce­sy roz­kła­du, pre­zen­to­wa­li to­wa­rzy­szą­ce temu po­zor­ne ozna­ki życia. Wi­dzie­li­śmy ciała, nie­wąt­pli­we mar­twe, które pod wpły­wem tę­że­nia mię­śni, bądź to pro­ce­sów gnil­nych, po­ru­sza­ły koń­czy­na­mi, wy­da­wa­ły różne od­gło­sy, czy nawet były w sta­nie prze­wró­cić się na bok. Na ko­niec jeden z asy­sten­tów przy­niósł ba­te­rię gal­wa­nicz­ną i pod­łą­czyw­szy ją do trupa mło­de­go męż­czy­zny, spo­wo­do­wał, że ten usiadł i prze­mó­wił kil­ko­ma słowy, po czym po­zba­wio­ny elek­trycz­nej pod­nie­ty, padł po­now­nie na stół sek­cyj­ny.

Uod­por­nio­ny w ten spo­sób na po­dob­ne sen­sa­cje, wy­słu­cha­łem spo­koj­nie hi­sto­rii przed­sta­wio­nej przez go­spo­da­rza, po czym, żeby nie wyjść na gbura, za­py­ta­łem:

– I cóż się potem stało z tą pięk­ną nie­wia­stą, ura­to­wa­ną przez cie­bie w tak nie­zwy­kłych oko­licz­no­ściach?

Adam uśmiech­nął się, jakby tylko cze­kał na to py­ta­nie.

– Za­miesz­ka­ła tu ze mną, po­ma­ga­jąc mi w pro­wa­dze­niu domu. Nie chcia­ła wra­cać do świa­ta, który tak łatwo uznał ją za mar­twą.

Po­wio­dłem wzro­kiem po wnę­trzu izby. W isto­cie, mu­sia­łem przy­znać, że wy­strój i po­rzą­dek no­si­ły ślady ko­bie­cej ręki. Ze wsty­dem przy­po­mnia­łem sobie, jak wy­glą­da­ła moja wie­deń­ska stan­cja, zwłasz­cza w te dni, gdy nie spo­dzie­wa­łem się żad­nych gości.

– Czy mo­żesz mi zatem przed­sta­wić swoją to­wa­rzysz­kę? – Po­sta­no­wi­łem brać dalej udział w tej grze.

Mój przy­ja­ciel roz­pro­mie­nił się na te słowa.

– Z przy­jem­no­ścią. Tak rzad­ko ktoś nas od­wie­dza…

Pod­szedł do bocz­nych drzwi, tych obok łóżka, wy­cią­gnął z kie­sze­ni duży klucz i wło­żył go do zamka.

– Jest tro­chę nie­śmia­ła, ro­zu­miesz – wy­ja­śnił.

Prze­krę­cił klucz i ge­stem za­chę­cił mnie do po­dej­ścia.

– Zro­bi­my jej nie­spo­dzian­kę – za­chi­cho­tał.

Uchy­lił drzwi. W tym mo­men­cie po­czu­łem prze­ciąg, trza­snę­ły okien­ni­ce za moimi ple­ca­mi, nagły po­wiew wia­tru zga­sił lampę. Adam objął mnie ra­mie­niem i prze­pro­wa­dził przez próg.

– To nic, po­cze­kaj tu chwi­lę – po­wie­dział.

W ciem­nym po­miesz­cze­niu do­strze­głem zarys kilku syl­we­tek sie­dzą­cych wokół stołu. Ukło­ni­łem się zdzi­wio­ny i zro­bi­łem krok do przo­du. Mięk­ki dywan tłu­mił moje kroki. Sły­sza­łem, że Adam za­my­ka okno i pró­bu­je skrze­sać ogień.

– Muszę ci się do cze­goś przy­znać – dodał jesz­cze za moimi ple­ca­mi. – Udało mi się ura­to­wać jesz­cze kilka osób. Wszy­scy wo­le­li zo­stać tu ze mną, niż wró­cić do swo­ich ro­dzin.

Ko­lej­na za­pał­ka drasnęła brzeg pu­deł­ka. Fala mi­go­tli­we­go bla­sku do­tar­ła do wnę­trza po­ko­ju. Po­sta­ci przy stole drgnę­ły, ale nikt nie pod­niósł się z krze­sła. Sły­sza­łem bicie swo­je­go serca i zbli­ża­ją­ce się kroki Adama. Świa­tło na­bie­ra­ło mocy i od­sła­nia­ło ko­lej­ne szcze­gó­ły.

Przy stole sztyw­no tkwi­ły czte­ry mar­twe ciała. Je­dy­nie po ubra­niach można było się do­my­ślić, że na­le­ża­ły nie­gdyś do ko­bie­ty i trój­ki męż­czyzn. Puste, wy­schnię­te oczo­do­ły ga­pi­ły się na mnie bez­myśl­nie, opa­dłe żu­chwy od­sła­nia­ły po­żół­kłe zęby. Stru­pie­sza­łe dło­nie, jak pta­sie szpo­ny, spo­czy­wa­ły nie­ru­cho­mo na bla­cie. Z cza­szek, opię­tych bru­nat­ną, spę­ka­ną skórą spły­wa­ły na pod­ło­gę ka­ska­dy róż­no­barw­nych wło­sów, plą­ta­jąc się ze sobą i two­rząc pod moimi sto­pa­mi gęsty ko­bie­rzec.

 

***

 

Spy­tasz mnie pew­nie, Czy­tel­ni­ku, co wtedy uczy­ni­łem? Czy rzu­ci­łem się na swego druha, aby gło­sem roz­sąd­ku albo, jeśli trze­ba, prze­mo­cą przy­wró­cić go do ro­zu­mu? Wsz­czą­łem alarm, wzy­wa­jąc na miej­sce przy­god­nych prze­chod­niów? A może nie dałem zrazu po sobie nic po­znać i do­pie­ro opu­ściw­szy ów dom prze­klę­ty, uda­łem się na po­ste­ru­nek po­li­cji?

Nie. Nie zro­bi­łem nic.

Uzna­łem wtedy po raz pierw­szy, że skoro spodo­ba­ło się Naj­wyż­sze­mu uczy­nić kraj ten urą­go­wi­skiem dla wszel­kiej ra­cjo­nal­nej wie­dzy, miej­scem, gdzie lęgną się de­mo­ny nie­spo­ty­ka­ne w całym świe­cie, to nie jest rze­czą czło­wie­ka wal­czyć z tak wy­na­tu­rzo­nym po­rząd­kiem.

Myśli tej po­zo­sta­łem potem wier­ny przez cały okres ob­fi­tu­ją­cej w nie­zwy­kłe zda­rze­nia pracy.

Czego i Tobie radzę się trzy­mać, Czy­tel­ni­ku drogi.  

 

 

Frag­ment opo­wia­da­nia E. A. Poego w tłu­ma­cze­niu Sta­ni­sła­wa Wy­rzy­kow­skie­go

Koniec

Komentarze

Czytam, czytam i już nawet miałem się przyczepić do nadmiernej ilości zaimków w dwóch miejscach, ale to tylko przez sekundę tak zamiarowałem, no bo przecież cobold by nam tego nie zrobił. Więc zrzuciłem zarzut ów na karb stylizacji, całkiem zresztą udanej.

Odszedłeś tu od tradycyjnej budowy opowiadania, na rzecz snucia opowieści i pewnie możnaby narzekac na brak dynamiki czy innych pierdół, gdyby nie fakt, że całość jest bardzo sprawnie opowiedziana, z udanymi opisami, po prostu wciągająca.

Chwyciłeś lekki element fantastyczny, no bo na dobrą sprawę, można by uznać, że elementem fantastycznym są tylko owe rosnące jak na drożdżach włosy :-)

Do Umierania nie wzieli, pewnie ze względu na obraną formę, ale czy był to zły wybór? Nie. Historia jest ciekawa, może nie porywa, ale jest za to bardzo dobrze opowiedziana. I nie ma nadmiernej ilości znaków, więc na jedno posiedzenie na poczekalni u dentysty, jak znalazł :-)

 

Pozdrawiam!

 

*klik*

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Zmęczyło mnie to opowiadanie. Jest wtórne. Z każdym kolejnym zastosowanym zabiegiem literackim moje odczucie, że “już to czytałam” tylko się nasilało. Czerpiesz garściami z tradycji powieści gotyckiej, (choć miałam też skojarzenia z XIX. prozą rosyjską) ale zabrakło mi czegoś świeżego, czegoś od Ciebie. Tak jakbyś za cel postawił sobie napisanie tekstu, który mógł być napisany w XIX wieku i w dodatku mial listę narzędzi literackich, które musisz w tekście użyć.

Zabrakło napięcia, poczucia zagrożenia, odejścia od schematu, czegoś, co by sprawiało, że miałabym ochotę czytać dalej.

Przepraszam za być może nadmierny krytycyzm, dodam może tylko, że akurat podobnych historii przeczytałam trochę i na pewno wpłynęło to na mój odbiór Twojego tekstu.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Mytrix – cieszę się, że mogłem sprawić, iż czas w poczekalni płynął bardziej niepostrzeżenie. Czy tylko mi się wydaje, czy Ty rzeczywiście często przesiadujesz u dentysty?

 

Dogsdumpling – dzięki za komentarz.

 

Tak jakbyś za cel postawił sobie napisanie tekstu, który mógł być napisany w XIX wieku

stylizacja na Poego, czy raczej na jego klasyczne polskie przekłady była w pełni zamierzona.

 

zabrakło mi czegoś świeżego, czegoś od Ciebie

przyznaję, że np. motyw włosów pożyczyłem od Marqueza. Ale przyznaję również, że motywu “przysionka śmierci” (inspirowałem się tym poznańskim, ale przeniosłem go do miasta K.) nigdy dotychczas w literaturze nie spotkałem, choć rozumiem, że Tobie mógł być on już znany.

 

akurat podobnych historii przeczytałam trochę i na pewno wpłynęło to na mój odbiór Twojego tekstu.

no cóż, takie brzemię człowieka oczytanego ;)

coboldzie, tak się zdarzyło, że u dentysty na poczekalni (a dokładnie to w przychodni mund kiefer orthopädie – czyli u chirurga) nie było dobrego zasięgu, toteż jak pisanie odpadło, to zostało czytanie :-) A to przypadek, już nie przesiaduję często, to tylko kontrolny rentgen był po wyrywaniu zębów mądrości – bo pół zęba mi zostawił inny chirurg XD i ten chirurg, na spółkę z moim dentystą chcieli się upewnić, że nic złego się nie dzieje i nie da się tego wyrwać. No i się nie da i trzeba zostawić, chyba że coś się zacznie dziać, bo korzeń przylega do zęba obok i trzeba by oba wyrwać.

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrixie – jeśli jednak trzeba będzie coś rwać, daj wcześniej znać. Przygotuję niedługi tekścik do czytania ;)

motywu “przysionka śmierci” (inspirowałem się tym poznańskim, ale przeniosłem go do miasta K.) nigdy dotychczas w literaturze nie spotkałem, choć rozumiem, że Tobie mógł być on już znany.

Akurat tego kontretnego motywu w literaturze też nie spotkałam, ale jest on dla mnie tylko odmianą motywu strachu przed pogrzebaniem żywcem, który w XIX wieku był obecny w literaturze. A znowu z samym motywem trumny ratunkowej czyli kolejnej wariacji motywu głównego mam wrażenie, że się spotkałam, tylko niestety nie potrafię umiejscowić gdzie…

W każdym razie mój problem z tym tekstem sprowadza się tak naprawdę do pytania: czym to opowiadanie się wyróżnia (in plus) na tle oryginalnych dziewiętnastowiecznych historii?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Chciałem, żeby raczej wyróżniało się (nawiązaniem do klasyki) na tle XXI-wiecznych historii. Bo wydaje mi się, że po Poego sięga dzisiaj znacznie mniej osób, niż jeszcze ćwierć wieku temu. A tymczasem na fali kontestacji medycyny akademickiej pojawiają się też wypowiedzi kwestionujące obecnie przyjętą definicję śmierci. Mentalnie niektóre środowiska nie są tak dalekie od XIXw. Stąd też taki, a nie inny, wydźwięk finału opowiadania.

Chciałem, żeby raczej wyróżniało się (nawiązaniem do klasyki) na tle XXI-wiecznych historii.

To wiele tłumaczy :-). Mam wątpliwości czy XIX-wieczna forma jest dobrym nośnikiem treści w wieku XXI, choć żeby móc to ocenić trzeba by dysponować w miarę szeroką próbą czytelniczą.

Dzięki za wyjaśnienia.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Dla mnie i pomysł napisania w konwencji – wspaniały, i udało się:) IMHO.

Gdybym miała powiedzieć, co najmniej interesujące – to byłby to dywan z włosów, tylko. Kurcze, chyba wolałabym żywe osoby, ale to nierzeczywiste, choć narobiłeś na nie “smaka”, na taką opcję.  

Główny bohater ok, szkatułkowość ok, idea – chylę czoła, świetna. Tytuł – zmieniłabym (marudzenie), chociaż odpowiada treści. 

Dlaczego kumpla nazywałeś się Adamem?

Klikam i jeśli się uda (wątek już jest) też w sierpniowych nominacjach zwyczajnych użytkowników.

Dzięki, że zamieszczasz też w mateczniku. Naprawdę!

pzd srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Podczas czytania przeszło mi przez głowę, że to granie na cudzych zasadach, które przy okazji tego tekstu uprawiasz, tyle samo uroku mu dodaje, co odbiera. Tzn. ja bardzo lubię sztywne ramy konwencji, a ty trzymasz się tych obranych naprawdę mocno, i niby wszystko jest na swoim miejscu, ale jakoś tak kwaśno się robi, bo zaczyna brakować tego nieokreślonego pierwiastka, który charakteryzuje te z tekstów, w na przestrzeni których autor daje upust swym najszczerszym fascynacjom bez oglądania się na boki, a nie po prostu odrabia lekcje. Taka odwieczna przepychanka rzemieślnika z artystą mi się załączyła, a potem przyszła końcówka i, no kurde, rozwaliło mnie to zupełnie. To odwrócenie kota ogonem, wywrócenie konwencji, do tego skrócenie dystansu i uderzenie wprost w miękkie podbrzusze czytelnika, to było super:) Nagle stało się jasne, że od samego początku traktujesz czytelnika serio i masz do sprzedania coś o wiele więcej, niż tylko porządnie odrobione lekcje. Naprawdę, straszną mi to frajdę sprawiło, dałem się nabrać i teraz mam radochę:)

Gratulacje, świetny tekst! 

 

Asylum – bardzo dziękuję za miłe słowa. Tytuł faktycznie słaby, ale “O miłości i innych demonach” było już zajęte ;) Przez chwilę chodziło mi po głowie coś w rodzaju “Wien Patologische Ann, Vol 1, No 1”, ale za dużo miałem wtedy obcojęzycznych tytułów. Przyznam, że nie pamiętam, skąd mi się wziął Adam. Edward natomiast miał kojarzyć się z Edgarem.

 

Michał Pe – dzięki, brachu! To jest clue całej zabawy, kiedy ktoś po drugiej stronie internetu mówi, że czyta między linijkami rzeczy, które chodziły autorowi po głowie w trakcie pisania tekstu.

Dałem klika już przedwczoraj, ale niestety obowiązki uniemożliwiły mi napisanie komentarza. Tak więc nadrabiam :)

Chyba moje odczucia najlepiej wyraził Michał Pe:

Podczas czytania przeszło mi przez głowę, że to granie na cudzych zasadach, które przy okazji tego tekstu uprawiasz, tyle samo uroku mu dodaje, co odbiera.

Bo jest tu wszystko, za co lubię Twoje teksty i nie lubię Poego. Literacko i językowo jest tu wyśmienicie. Dłużyzny jednak w pewnym momencie dają o sobie znać, a brak elementu “kosmicznego”, który tak lubię choćby u Lovecrafta, nie pozwala o nich z marszu zapomnieć.

Jednak końcówka jest tutaj najlepszym daniem. Raz, że wyznanie narratora idzie w stronę, którą tak bardzo lubię, a dwa za podpis odkrywający sekret za budowanym przez Ciebie stylem.

Tak więc dobrze zasłużony klik i dobry literacko koncert fajerwerków. Nawet jeśli dziedzictwo przyjętej konwencji niestety nie należy do mych ulubionych.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie przepadam za opowieściami stylizowanymi na dziewiętnastowieczne, ale muszę przyznać, Coboldzie, że tę historię przeczytałam nie tylko bez najmniejszego bólu, a wręcz z przyjemnością. Nadzwyczaj przekonująco przekazałeś klimat dawno przeszłego wieku, a i opowieść Adama znakomicie wpisuje się w krąg zainteresowań ówcześnie żyjących.

Odesłałam opowiadanie do Biblioteki. ;)

Coś mi się jeszcze plącze po głowie, że nie tylko włosy rosły – ponoć paznokcie także osiągały niespotykane rozmiary…  

 

wyjął ze środ­ka bu­tel­kę i dwie szkla­necz­ki, po­sta­wił wszyst­ko na bla­cie, za­siadł na­prze­ciw, od­szpun­to­wał, roz­lał i po­wie­dział: –> O ile mi wiadomo odszpuntować można beczkę, ale chyba nie butelkę.

Za SJP PWN: odszpuntować «otworzyć beczkę, wyjmując szpunt»

 

Ko­lej­na za­pał­ka otar­ła się o brzeg pu­deł­ka. Fala mi­go­tli­we­go bla­sku do­tar­ła do wnętrza pokoju. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może w pierwszym zdaniu: Ko­lej­na za­pał­ka musnęła brzeg pu­deł­ka.

Lub w drugim: Fala mi­go­tli­we­go bla­sku objęła wnętrze pokoju.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg!

Poprawione ;)

Bardzo proszę, Coboldzie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesująca historia.

Faktycznie, czuć klimat XIX wieku, nie tylko w strachu przed pochowaniem za życia. Także w stylu – mocno kojarzył mi się z powieściami z epoki.

Aha, w literaturze motyw trumny z dzwonkiem spotkałam u Crichtona, w “Wielkim skoku na pociąg”. Nie powstało to w XIX wieku, ale w pewnym sensie…

Babska logika rządzi!

Jako dziecko byłam fanką filmów nakręconych na podstawie horrorów Poe i w ogóle lubiłam horrory… Teraz już mi przeszło, ale i tak Twoje opowiadanie przeczytałam z przyjemnością. To, że wiernie trzymałeś się obranej konwencji, w moim odczuciu, nadało tekstowi mrocznego klimatu, powoli wprowadzało w atmosferę grozy i narastającego strachu, a poza tym po raz kolejny udowodniło, jak świetnie radzisz sobie z językiem. Spodobała mi się też warstwa fabularna i zakończenie.

Finkla – faktycznie, motyw pogrzebania żywcem to klasyk, obecny choćby we wspomnianym “Przedwczesnym pogrzebie” Poe. Crichtona nie czytałem, ale kojarzę opowiadanie “Głęboko” Ramseya Campbell, w którym bohater budzi się zakopany w trumnie i po nieudanych próbach uwolnienia słyszy wreszcie zbliżające się odgłosy kopania. Tyle, że nadchodzące spod trumny…

Nie znam natomiast żadnego opowiadania o domu przedpogrzebowym, a te były w XIXw dość popularne. Ten poznański powstał z inicjatywy hr. Edwarda Raczyńskiego, którego strach przed pogrzebaniem żywcem doprowadził do samobójstwa przez odstrzelenie sobie głowy z armaty.

 

Katia – a mnie się wydaje, że Ty dalej lubisz horrory ;)

Uch. Samobójstwo strzałem z armaty? Musiał być bardzo zdesperowany…

Babska logika rządzi!

O, to w ogóle fascynująca postać – oryginał, podróżnik, archeolog prowadzący wykopaliska w Troi, konstruktor szybowców z trzciny, twórca prywatnej floty, przy tym bardzo zasłużony dla miasta społecznik i mecenas artystów.

Cobold – lubię, tylko teraz takie troszkę inne ;)

Choć grozy nie odczułem, to opowiadanie podobało mi się. Było ciemno i posępnie, do tego tematyka śmierci, którą lubię, także jestem kontent.

Opowiadanie wciągnęło mnie od samego początku i z zainteresowaniem płynęłam przez nie do końca. Mimo, że spodziewałam się czegoś drastyczniejszego, rozwiązanie również mnie usatysfakcjonowało. Historia nie jest mroczna, ani przerażająca, ale dzięki temu nie jest przerysowana. Wydaje mi się, że wiele można sobie dopowiedzieć między wierszami: nie wyjaśniasz wprost, dlaczego Adam upodobał sobie kolekcjonowanie trupiszczy i zabawę z nimi w dom, ale to jest akurat, jak dla mnie, na plus. Podoba mi się zabieg z rośnięciem włosów. 

Klimat XIX wieku bardzo dobrze oddany. Jestem fanką XIX-wiecznych powieści, pewnie dlatego tak mi to opowiadanie przypadło do gustu. 

Pozdrawiam

Przymierzałam się do tego opowiadania od dłuższego czasu, aż w końcu zerknęłam. Zobaczyłam nazwisko Virchow i już wiedziałam, że to coś w moim klimacie. No i wciągnęło.

Snujesz sobie powoli swoją opowieść, ładnie malujesz słowami obraz miasta, cmentarza, rodzinny dramat bohatera, budujesz napięcie, niepokojący klimat. Dreszczyk emocji jest coraz większy, oczekuję na łupnięcie, na to co zobaczę za zamkniętymi drzwiami i… nagle czuję niedosyt. Chociaż z drugiej strony pokazanie “żywych trupów” mogłoby być ryzykowne i cały czar mógłby prysnąć. Wybrałeś bezpieczniejsze rozwiązanie i po dłuższym namyśle stwierdzam, że właściwe, choć niedosycik jednak pozostał.

Bardzo dobre opowiadanie.

Dzięki!

Osobiście uważam, że żywe trupy są przereklamowane.

Dokładnie.

Martwe trupy spełniły odpowiednio swoją funkcję, a całą resztę zrobiły włosy. :D

Do tej pory z Poem było mi nie po drodze, także na poziomie inspiracji i oddania klimatu się nie wypowiem. Fabularnie: ciekawa historia z mocnym akcentem jakim jest zakończenie. Stylizacja na XIX wiek – dla mnie udana :)

Fajny wstęp, aż mi się przypomniały pierwsze lata na uczelni, w tych starych budynkach, kiedy to rzucano na zajęciach nazwiskami: Mikulicz-Radecki, Darwin, Wegner, itd.

Później też było nader interesująco, chociaż -zapewne jak większość – spodziewałam się właśnie żywych trupów. Cieszę się, że nie poszedłeś w tym kierunku.

Popieram w pełni zdanie AQQ: bardzo dobre opowiadanie.

Dobry tekst. Wzorcowo wykreowany, niemal namacalny klimat. Porządne postaci. Kilka zapadających w pamięć scen, z zakończeniem włącznie. 

Zastanawiałem się nad nominacją, ale nie, to nie to, co cobold pisze najlepiej. :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Za mało nazwisk, czy za mało smaczków?

Ten tekst jest porządny. Tylko tyle i aż tyle. Na tle innych Twoich opowiadań nie wyróżnia się czymś lepszym. I te inne porwały mnie bardziej. Pióropusz już masz pokaźny, a loża i tak zdecyduje co będzię chciała z moim poparciem czy bez :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka