- Opowiadanie: Mat_z_Jaworzna - Mistrz Dedalus

Mistrz Dedalus

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Mistrz Dedalus

Morze wyrzuciło jego ciało na brzeg. Skórę oblepioną miał solą, pokrytą wodorostami, popękaną – rozdartą tu i ówdzie głębokimi na grubość palca ranami. Jego tors był owinięty mokrym strzępem szmaty, który kiedyś zapewne był długą, kontynentalną szatą. Popychana podmuchami wiatru słona fala obmywała mu pokrytą rzadkim, wielotygodniowym zarostem szczupłą, zapewne jeszcze do niedawna przystojną twarz.

Z oddali zbliżały się w jego kierunku dwie kobiety. Pokrzykiwały i co chwila wybuchały perlistym śmiechem. Ta młodsza popiskiwała radośnie, uciekając przed falami i pląsając po kolana w wodzie, zimne krople spadały jej na sukienkę. Druga była dostojniejsza. Szła lekko, pewnym siebie krokiem dojrzałej, mądrej kobiety. Z gracją zostawiała na mokrym piasku ślady stóp, kołysząc przy tym hipnotyzująco biodrami.

– To nie jest tak, że morze wyrzuci ci idealnego mężczyznę na brzeg, moja droga.

– Ach, kochana… to nie jest tak, że poszukiwanie mężczyzny zaśmieca mój młody umysł. Widzę inne przyjemności, które zdają się dużo intensywniejsze od seksualnych podniet. Na przykład…

- Dziewczyno, nie wiesz o czym mówisz…. – w ostentacyjnym westchnieniu starszej kobiety dało się odczuć inną nutę.

- … sztuka. Kiedy siadam z pędzlem w dłoni, świat przestaje dla mnie istnieć. Delikatnymi pociągnięciami jestem w stanie stworzyć radość i smutek. Zamknąć całość spełnienia na pobielanej ścianie.

- Przecież sama…

- Albo muzyka. Kiedy muskam delikatnie palcami struny harfy, ich wibracje potrafią sprowadzić na mnie takie emocje – poprawiła pukiel blond włosów, zarzucając go za ucho – że doprowadzają mnie prawie do ekstazy. Czuję ciarki przechodzące po plecach, rękach, udach…

- … mówisz o tym, czego właśnie ci brakuje.

- Nie potrzebuję mężczyzn. Ich władczości, ich bezrefleksyjnej brawury. Ich brzydkich, umięśnionych ciał.

- Błagam cię przestań, bo za chwilę nie będę się w stanie powstrzymać.

- A ich fallusy – młodsza z kobiet, skrzywiła się wyrażając nieokreśloną emocję na swojej piegowatej buzi – śmieszne, dyndające coś pomiędzy nogami. Niedorobiony organ, który zdaje się być tylko źródłem ich problemów.

Starsza kobieta westchnęła głośno i spojrzała na morze. Przez chwilę w zamyśleniu delektowała się promieniami słońca, które oświetlało klasycznie piękną twarz. Patrzyła w zadumie jak bałwany o białych grzywach rozbijają się o złote piaski plaży.

- Kiedy będziesz starsza, a może jeszcze przed kolejną zimą, zrozumiesz. Poznasz kogoś, kto rozpali w tobie żądze. Poczujesz rozkosz bycia zespoloną z kimś tak bardzo, jakbyście byli jednym ciałem. Zrozumiesz potem, że to wszystko za mało. Za mało… – patrzyła cały czas w morze, jakby w rozmarzeniu – i że to, czego pragniesz to więcej, niż może dać ci jakikolwiek mężczyzna, a wtedy…

Te rozważania przerwał jednak przestraszony krzyk. Dziewczyna zasłoniła dłonią oczy, zmarszczyła nos i ruszyła biegiem wzdłuż brzegu, rozchlapując po drodze słoną wodę.

- Tam jest człowiek. To człowiek!

- Stój, głupia! Z pewnością trup. Czasami zdarza się, że morze wyrzuca na brzeg…

- O bogowie! Masz rację! Spójrz na jego twarz, cała czerwona. Z początku myślałam, że to sam Glaukos wypełzł na brzeg i nie potrafi wrócić do otchłani!

- Szkoda go. Był całkiem przystojny. Popatrz na to ciało, Naukrate, jak pięknie jest zbudowany: podłużne, smukłe członki, wyraźnie zarysowane mięśnie, szczupła sylwetka. Tutejsi chłopcy daliby się pokroić kapłanom, żeby mieć takie rysy.

- Mówiłam, że nie interesują mnie męskie wdzięki…

Wynurzenia dziewczyny przerwało głośne kaszlnięcie. Z ust rozbitka wylała się woda. Z trudem podniósł się na łokciach, wypluwając wierzgającą dziko małą rybkę, i podciągnął się kilka centymetrów po piasku.

- Bogowie… – młodsza z kobiet zakryła usta – on żyje! Musimy biec po medyka!

Starsza kobieta złapała ją gwałtownie za ramię.

- Zwariowałaś?! Nikomu, rozumiesz?! Nikomu o nim nie powiesz!

- Ale przecież trzeba mu pomóc…

- Zostawcie mnie… zdławionym głosem wykrztusił mężczyzna –  Nie zasługuję na nic innego niż śmierć…

- Na to – przerwała mu czarnowłosa piękność – z pewnością nie możemy pozwolić.

 

*

 

Nad jego posłaniem stało dziewięć zakapturzonym postaci. Zdawało mu się, że nucą jakąś starą, mistyczną melodię. Kiedy tylko otwarł oczy, umilkły. Wpatrywały się w niego pustymi oczodołami. Mimo że nie potrafił dostrzec ich oczu, czuł na sobie ich wzrok. Przenikliwy, wymowny, z wyrzutem. Uniósł do oczu dłonie, wstając powoli z posłania i ze zdumieniem dostrzegł, że ręce pokryte ma po łokcie krwią. Gęsta ciecz była coraz to cieplejsza, aż zaczęła parzyć. Gorączkowo zerwał się by otrzeć krew o resztki swej szaty, potem o cienki koc z owczej wełny, aż skoczył  i rzucił się w szale w kierunku misy z wodą, próbując zmyć lepką jak ropa ciecz. Woda przybrała karmazynowy kolor, a jego dłonie obrosło rdzawoszare pierze. Im intensywniej starał się je zmyć, tym ból był większy. Zawył z rozpaczy.

- Śni! To dobrze, znaczy, że rany się goją  – powiedziała ciemnowłosa kobieta.

Podeszła do chorego i podała mu roztwór o intensywnym zapachu ziół. Ubrana była w długą, zwiewną suknię. Tę samą, którą miała wcześniej na plaży. Muszle na jej piersiach pobrzękiwały głośno.

- Śpij. Nie pozwolę ci pić wody ze Styksu. Jeszcze nie dzisiaj.

 

*

 

Obudziły go ciepłe promienie słońca na twarzy. Mrużąc oczy, uniósł się i rozejrzał po pomieszczeniu. Leżał na puchowym posłaniu, przykryty wełnianym kocem. Czuł w wyschniętych ustach gorzki, korzenny posmak. Jego wzrok długo przyzwyczajał się do światła. Powietrze pachniało kadzidłem o słodkim, ciężkim zapachu. Spróbował wstać ale zachwiał się, prawie przewracając. Stawiając niepewnie stopy, ruszył w kierunku wyjścia. Czuł przenikliwy ból przy każdym wdechu. Kiedy dotarł do wyjścia światło oślepiło go całkiem. Zamknął oczy. W końcu, osłaniając twarz dłońmi, pozwolił słońcu tańczyć po swojej skórze i kiedy na powrót odzyskał wzrok, oniemiał z wrażenia. Stał pośrodku oliwnego gaju, otoczonego z trzech stron górskimi masywami. Najdalej na horyzoncie majaczyły szczyty pobielane u czubków śniegiem. Pomiędzy wzniesieniami pieniła się białymi bałwanami tafla morza w kolorze nasyconego seledynu. Powietrze pachniało wilgocią i makią. Zewsząd dochodził go śpiew ptaków. Spojrzał na swoje dłonie. Ręce pokryte miał świeżymi jeszcze bliznami. Kilka kroków dalej grunt urywał stromym urwiskiem.

W głębi jaskini usłyszał jakiś odgłos. Odwrócił się momentalnie.

- Zwariowałeś? Wracaj do łóżka. Nie jesteś jeszcze zdrowy! – to był głos kobiety.

Zwielokrotniony pogłosem pieczary, zdawał się należeć do istoty z innego świata. Wyłoniła się zresztą wkrótce. Nadąsana, ciemnowłosa, w oparach parującej rosy i dymu kadzideł.

- Czego nie rozumiesz? Wracaj na posłanie. Cieszę się, że proces leczenia postępuje, ale na pewno nie jesteś jeszcze gotowy na samodzielne wycieczki po wyspie.

- Kim ty jesteś? – zorientował się, że jest całkiem nagi.

- Możesz nazywać mnie… Akastee – powiedziała obojętnie, akcentując wyraźnie ostatnią głoskę – a jestem… twoją wybawicielką. A prywatnie, ubogą pasterką.

Zrobiła szeroki, teatralny ruch ręką, wskazując na coś za jego plecami. Odwrócił się i od razu tego pożałował. Gwałtowny ruch wywołał falę bólu. Niesamowitością, którą mu wskazywała były długowłose kozy, których nie dostrzegł wcześniej, zafascynowany krajobrazem.

- Mam zaszczyt opiekować się stadkiem, które wywodzi się od na poły mitycznej Amalthei. A teraz wracaj do łóżka – ponagliła go Akastee.

- Mee – odezwała długowłosa koza z piękną kartą rodową.

- Trzeba było mnie zostawić na tej plaży… – powiedział mężczyzna.

- Aż tak niemiłe ci życie? Musisz być strasznie głupi – zbliżyła się i ujęła go pod ramię, doprowadzając do łoża. Była równie wysoka co on. Pachniała ambrą. – Poza tym, ja ci się przedstawiłam, więc i mnie należą się wyjaśnienia.

- Gówno ci się należy.

- Chcesz być prostakiem? Świetnie, radź sobie sam – popchnęła go delikatnie, ale to wystarczyło.

Stracił równowagę i zwalił się na posłanie, próbując podeprzeć się niezdarnie rękami i sycząc z bólu.

- Uprzejmość wymaga żebyś się przedstawił.

- Jestem Nikim.

- Panie Nikt, wzięłam wcześniej twoje położenie za wynik odwagi, ale teraz widzę wyraźnie, że się pomyliłam. Musisz być po prostu skończonym imbecylem – fuknęła odgarnąwszy czarny, delikatnie pofalowany pukiel włosów.

- Żądasz ode mnie szczerości, ale sama nie jesteś wcale szczera – warknął, próbując ułożyć się w pozycji, która byłaby najmniej bolesna – może i jestem głupi, ale potrafię rozpoznać kłamcę. Twoja suknia wykonana jest z cieniutkiej wełny. Piękne ornamenty, szlachetny kolor. Nie jestem tylko pewien czy przystoi pasterce. Mówisz płynnie, ale ze śpiewnym, wschodnim akcentem. Niech zgadnę: Rodos, a może nawet Kypros, jeśli bogowie nie byli dla mnie łaskawi. Pierwszą myślą, sądząc po ułożeniu słońca, byłby Milet, ale sama mi zdradziłaś, wspominając o wyspie…

Odeszła dostojnym krokiem w stronę wysokiej kadzi, w której żarzyły się czerwone węgle. Sypnęła do środka jakieś zioła. Nikt poczuł delikatny zawrót głowy i lekkie otumanienie. Wziął je za oznakę zmęczenia.

- … a na dodatek perfumy i zioła, którymi kadziłaś, pochodzą ze wschodu, z odległej Baktrii. Nie każdego na nie stać… – przerwał, dumny ze swojej przenikliwości – ten zapach wydaje mi się znajomy… to… Somniferum…

Źrenice rozszerzyły mu się w niemym zaskoczeniu. Poczuł jak ciało staje się ciężkie i bezwładne.

- Tak, odgadłeś trafnie. Powinno wkrótce cię uśpić.  – powiedziała spokojnie, nachylając się nad nim tak, że jej włosy dotykały mu torsu – Skoro jesteś takim mądrym człowiekiem, może będziesz w stanie mi coś doradzić. Z jednej strony, imponują mi mężczyźni o umysłach wartkich jak górski strumień, a do takich się zaliczasz. Z drugiej jednak, nie znoszę braku wychowania i głupoty. A głupotą i brakiem wychowania jest obrażanie kobiety, która nie dość, że uratowała ci życie, ale jeszcze to życie od niej zależy. Jaką karę byś sobie wyznaczył, która powinna przecież w pewien sposób być ci i nagrodą? Co?

Smukła kobieca dłoń powędrowała po jego udzie. Płynnym, pociągłym ruchem.

- To jest wyjątkowa odmiana rośliny, jej genos dojrzewał przez 21 lat. Kwiaty mają cztery jasnofioletowe płatki, zwykle z czarną plamką u nasady – dotknęła jego męskości – to bardzo wyjątkowa odmiana, hodowana przez moją rodzinę. Sprawia, że mięso ciała jest ospałe i rozluźnione ale krew krąży szybko. Narkotyk zaprojektowany dla miłosnych igraszek.

Zerwał się gwałtownie i spróbował ją odtrącić, ale jego ramiona były już miękkie, organizm nie nawykły do narkotyku opadł bezwładnie na posłanie.

- Zostaw mnie – wysyczał, czując jak traci władzę nad ciałem.

- O, chyba zaczyna działać. Pomogę ci trochę – dodała, wsuwając mu dłoń między pośladki.

Wodziła chwilę drugą ręką po jego licznych bliznach, wytatuowanej nad sercem pięcioramiennej gwieździe, włosach. W końcu objęła go udami i wsunęła w siebie.

- Kwiaty, o których ci opowiadałam pochodzą z Kolchidy.

Z jego gardła wydobył się stłumiony, bezsilny okrzyk. Akastee zamknęła mu brutalnie usta. Po wszystkim stracił przytomność.

 

Wróciły ubrane na czarno postaci. Dziewięciu mężczyzn z pustym wzrokiem. Unieśli go zimnymi ramionami i zanieśli nad klif, z którego wcześniej obserwował wyspę. Cisnęli ciałem w dół. Krzyczał, beznadziejnie machając rękoma, próbując łapać rozpaczliwie powietrze. Spadał jednak coraz szybciej i szybciej. Obok przeleciała przepiórka, krążąc wokół, wirując, nurkując w powietrzu niczym w gęstym płynie.

- Leć mistrzu Dedalusie. Leć! Tylko tak zdołasz uciec z wyspy. Łap wiatr! Nie pozwolę ci tak łatwo umrzeć.

 

*

 

Przyszli po niego nad ranem. Trójka strażników w krótkich skórzanych zbrojach z drewnianymi halabardami, połyskującymi w słońcu obsydianowym ostrzem. Jeden z nich niósł ze sobą sieć, którą machał wesoło pogwizdując. Schwytanie Dedala okazało się być prostsze od odebrania dziecku maczanego w miodzie, chlebowego palucha.

Po dwóch godzinach forsującego marszu stanęli przed pałacem. Oczom więźnia ukazała się potężna, odlana z brązu figura byka, który szarżował w miejscu wprost na Mistrza Sztuk wszelakich.

 

- Knossos – wybąkał zaskoczony.

 

Panował gwar. Ludzie tłoczyli się z każdego kierunku. Większość ubrana była po lokalnemu w krótkie kilty i rozpięte na piersi koszule. Ten ostatni element dotyczył również kobiet. Część z nich, dla podkreślenia swojej sylwetki, nosiła ciasne kaftaniki. Lokalna moda sprawiała, że miasto było prawdziwą feerią, orgią różnych kształtów piersi: od wyrzeźbionych jak z marmuru męskich torsów, poprzez sterczące grotami sutków jędrne biusty dziewcząt, a skończywszy na tych pomarszczonych, obwisłych, których płeć trudno już orzec. Poza mieszkańcami, których łatwo było rozpoznać również po zdobnych wisiorkach z kamienia i muszli, tłoczyło się również mnóstwo przyjezdnych. Opływający złotem mieszkańcy Akadu, Hetyci w ufryzowanych fantazyjnie włosach, pokryci makijażem Egipcjanie, a nawet czarni jak mahoń Saabijczycy. Wszyscy przedzierali się, tłoczyli, poruszali po mieście załatwiając niesłychanie ważne sprawunki.

 

Weszli do środka.

 

*

 

- Jego miłość Król Minos II Sprawiedliwy. Władca Imperium Kreteńskiego, Thallasokratos, Zwierzchnik Aten, Miletu i Skylli.

 

Jeśli Dedal był wysoki, to Minos był olbrzymem. Przewyższał zgromadzony wokół niego dwór przynajmniej półtorakrotnie. Dedal widywał już takich ludzi, byli najczęściej potomkami “niebiańskiej krwi”. Wyróżniali się tężyzną, zdrowiem, intelektem. Prawie zawsze jednak mieli podłe charaktery.

 

- Jeśli jest coś, czego nienawidzę bardziej od idiotycznej pompy, to szarlatańskie sztuczki – rzucił od razu w progu Dedalus, bez należytego przywitania.

 

Wskazał niedbałym ruchem skrępowanych z przodu rąk w kierunku obracającego się z dużą prędkością brązowego garnka z dwoma dziurawymi uchwytami. Z obu dziur wydobywała się wściekle sycząc para wodna, doprowadzana do środka systemem miedzianych rurek.

 

- Parująca woda wprawia w ruch tę prostacką konstrukcję, ale zamiast przyznać jawnie, że to tylko sztuczki, stawiacie taki garnek w środku sali, udając bogów. Nie jesteście bogami.

Król podrapał się po brodzie ręką wielkości małej foki.

- A nie wydaje ci się to raczej szczytowym osiągnięciem ludzkiego rozumu? Jako naukowiec powinieneś to chyba doceniać?

- Wydaje mi się… ciekawe. Tak. Intrygujące. Ale straszyć tym ludzi?

- A czy widzisz, żeby ktoś był tutaj przestraszony? – król wskazał na zgromadzonych.

 

Dopiero teraz Dedal rozejrzał się po sali. Obok tronu stało kilkoro ludzi. Żołnierze, którzy wcześniej go skrępowali, niski pomarszczony starzec i… Akastee. Miała na sobie akadyjską spódnicę i obcisły kaftanik uwydatniający jej piersi, ale zakrywała się skromnie zwiewnym, jedwabnym szalem. Na głowie nosiła na wschodnią modłę, koronę plecioną z setek złotych koralików, które opadały jej na ramiona. Wpatrywała się w niego mrużąc delikatnie oczy, jej wzrok nie wyrażał absolutnie nic.

Pod sufitem wirowało potężne śmigło drewnianego wentylatora poruszane siłą mięśni kilku nagich niewolników o miedzianej skórze. Kręcili leniwie korbą, która poprzez system zębatych kół i przekładni poruszała skrzydła wiatraka, dając odrobinę chłodu w śródziemnomorskim ukropie. Największe zaciekawienie Mistrza wywołała owa konstrukcja. Przyglądał się jej przez chwilę z zaciekawieniem, bez słowa obserwując kolejne elementy, aż jego wzrok zawisł na jedwabnym szaliku, który powiewał powodowany podmuchami maszyny. I wtedy do niego dotarło. Wyraźnie pobladł.

 

– Król zadał ci pytanie – przywołał go do porządku jeden ze zbrojnych którzy go pojmali – jeśli będzie musiał je powtórzyć, stracisz palce.

 

Zbrojny ruszył w kierunku Dedala, ale Minos powstrzymał go ruchem dłoni.

 

- Spokojnie, Kheutonymosie, nie ma jeszcze konieczności stosowania przemocy, pytałem retorycznie. Widzę, że jedyną przerażoną osobą jesteś ty Dedalu. Tak, wiem kim jesteś! Powiedz, czego się tak wystraszyłeś? Boisz się mieczy moich ludzi? Gniewu Posejdona? A może drżysz przed moją żoną, Pazyfae?

 

Dedalus przełknął z trudem ślinę i zaprzeczył ruchem głowy.

 

- Cieszę się z twojej obecności. Nowocześnie zarządzane królestwo potrzebuje zręcznego architekta i wynalazcy. Tak się składa, że w moim ta rola jest otwarta. Mieliśmy tutaj jednego, a jakże… Zaprojektował nam te, jak  je nazwałeś, garnki, tylko nazywał to aerofagiem… czy jakoś tak. I widzę w tobie od razu iskrę geniuszu. Potrzebowałeś minuty, żeby zorientować się, że są bezużyteczne. Dużo palą, a żadnego z nich pożytku.

 

Starzec stojący po prawej stronie od tronu kaszlnął głośno i znacząco, ale król kontynuował.

 

- Był też inny. Taki napuszony, bardzo uduchowiony. Mówił, że kiedy zrozumiem naturę wszechświata, to będę najbogatszym człowiekiem, nawet jeśli pozostanę bez złota i klejnotów. Pech chciał, że nie zdążyłem jej zrozumieć. Poza tym ja uwielbiam i złoto i klejnoty. Biedaczysko, szukając tej tajemnicy tak bardzo zapatrzył się w gwiazdy, że wpadł do studni i zmarł niedługo po tym. Od tego czasu, jak się domyślasz, wakat jest pusty. Witamy w Knossos, Mistrzu Dedalusie!

 

Dedal westchnął głośno i pokiwał przecząco głową.

- Królu, schlebiasz mi, ale nie przyjechałem tutaj pracować, lecz w poszukiwaniu samotni. Muszę niestety odmówić…

- Nie zrozumiałeś. Uczynię cię bogatym i potężnym człowiekiem. Twoje imię będzie na każdej wyspie! Każda świątynia, która tutaj powstanie, będzie pomnikiem twojej chwały!

- Wyjadę jeszcze dzisiaj.

- Gdzie?! – huknął król – Gdzie pojedziesz? Do Aten? Do Miletu? To wszystko jest moje! To są peryferie mojego królestwa. Jesteś w centrum świata. Możesz uciekać jak szczur po całym morzu Śródziemnym albo możesz tutaj, ze mną, tworzyć rzeczy wielkie i wspaniałe!

- Nie jestem zainteresowany ani sławą, ani tworzeniem wielkich rzeczy. Moja odpowiedź nadal brzmi: nie.

- Czego nie rozumiesz? Tutaj czeka cię chwała, gdzie indziej infamia i upokorzenia. Jesteś zwykłym mordercą, wyrzutkiem i przestępcą. Myślisz, że nie wiem co zrobiłeś w Atenach? Mogę anulować twoją zbrodnię jednym słowem, jestem jak bogowie. A ty jesteś właśnie na swoim ostatecznym sądzie i w obliczu faktów, w obliczu groźby śmierci, mówisz mi: „nie”?

- Królu…

- Każę cię powiesić. Każę cię rozerwać końmi, rzucić na żer dzikim zwierzętom! Tego chcesz? To jest twoja motywacja?

- Jeśli taka będzie twoja decyzja, oznaczać to będzie, że zasłużyłem sobie na ten los. Nie boję się śmierci – Dedal spuścił głowę i zbladł.

Wydawał się w tym momencie bardzo mały. Jak drobny pyłek w obliczu wielkiego młyna, który jednak zablokował tryby. Obecność Minosa dało się wyczuć za sprawą jakiejś tajemnej siły w każdym kącie sali pałacowej. Pazyfae przypatrywała mu się z wyraźnym zaciekawieniem, Starzec spoglądał drwiąco skubiąc kozią brodę, a żołnierze trzęśli się na dźwięk słów Dedalusa. Słów, które powodowały gniew króla.

Minos wstał z tronu, cały czerwony ze złości. Wydawał się być jeszcze większy i potężniejszy. Przerastał Dedala o dobre trzy łokcie. Nagle uniósł ze stołu amforę z winem i cisnął nią wściekle o mozaikową posadzkę. Gliniane naczynie rozprysnęło się w drobny mak, krawiąc dookoła winem.  Król zbliżył się wolnym krokiem do Mistrza Sztuk. Echo kroków rozniosło się echem po pałacu.

Spojrzał architektowi głęboko w oczy.

- Nie boisz się śmierci, bo wydaje ci się łatwym rozwiązaniem? Już ja postaram się, żeby o twojej śmierci opowiadali legendy… Każę cię przypalać rozgrzanym żelazem i posypywać twoje rany solą… Matki będą przestrzegały dzieci przed twoim losem.

Dedalus odwzajemnił spojrzenie. Stali tak przez długą, pełną napięcia chwilę. Oczy sztukmistrza nabrały nagle blasku, a on sam zebrał się na odwagę.

- Twoje groźby nie robią na mnie wrażenia, bo jeśli chciałbyś żebym był martwy, już bym nie żył. Nie boję się zresztą śmierci, bo sam chciałem odebrać sobie życie. Wiem, jakiej zbrodni dokonałem i niech bogowie mi wybaczą, bo ja nie potrafię sobie wybaczyć. A wszystkie rzeczy, które mi obiecujesz… są dla mnie tylko marnymi błyskotkami. Jedyne o czym marzę to móc pogrążyć się znów w smutku. Albo pozwolić morzu, żeby mnie zabrało, tak jak planowałem.

- Głupcze! – fuknął Starzec – czy nie widzisz, że bogowie zesłali cię właśnie tutaj? Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie możliwość, że zostałeś tutaj przez bogów wybrany? Jakim trzeba być głupcem, jeśli pragniesz tylko śmierci!

- Słowo się rzekło. Jutro dowiesz się, jak zginiesz – przerwał Minos.

 

Zbrojny nazwany wcześniej Kheutonymosem ujął Dedalusa za kark i ruszył z nim w kierunku wyjścia. Konstruktor poddał się bez walki i ciężko przebierając stopami ruszył z miejsca.

Ciszę przerwała Pazyfae.

- Wielka szkoda, że każesz ściąć tego biednego głupca mój drogi, mądry mężu, najpotężniejszy z żyjących władców. Mógłby przecież przywrócić wyspie dawną świetność, tą, którą szczycił się twój pradziad, gdyby tylko udało mu się na nowo poruszyć starożytnymi maszynami. Wielka szkoda, że zginie tak bezowocnie…

Dedalus odwrócił się gwałtownie i spojrzał na kobietę, która go wcześniej zgwałciła. Jej głos był wyważony i spokojny. Minos w odpowiedzi tylko burknął i jednym haustem wypił kielich wina, który podały mu przerażone służące.

- Królu! O jakich maszynach mówi twoja żona? – zdążył jeszcze krzyknąć przez ramię Dedalus.

Minos siedział z szeroko rozłożonymi nogami, przypominając Olimpijskiego Zeusa.

- Mowa o maszynach mojego dziada, legendarnego Minosa I. Tych, które dostał od Zeusa, ojca bogów. Czy to cię interesuje?

- Królu, jeśli tylko pozwoliłbyś mi je zobaczyć… byłbym w stanie przywrócić Krecie dawną wielkość… byłbym w stanie je animować.. wtedy! Wtedy królu byłbyś bogiem!

- Taki miałem plan, ale odrzuciłeś tę propozycję. Nikt nie sprzeciwia się Minosowi. Poza tym obraża mnie myśl, że Kreta straciła coś ze swojej wielkości. W moich oczach jeszcze ją zyskała.

- Królu… byłbyś równy bogom.

- Król jest równy bogom – przerwał Starzec – w odpowiedzialności za swój lud. A ty, nikczemniku, zostałeś skazany na śmierć. Nikt nie może zmienić wyroku królewskiego. To byłaby anarchia! – dodał jeszcze żując bezzębne dziąsła.

- To prawda, stary Kouretesie. Przykro mi, Mistrzu Dedalusie! Miałeś swoją szansę.

 

Pazyfae nachyliła się do Minosa i wyszeptała mu coś do ucha.

 

- Zamilcz, kobieto! – odparł głośno, zamachnąwszy się na nią potężną dłonią. Nie uderzył  jednak – Straż! Do lochu z nim!

 

*

 

Loszek okazał się piwniczką na wino zaadaptowaną naprędce na więzienie. Dedal siedział zatopiony w swoich myślach na odwróconej, wielolitrowej amforze. W podziemiach śmierdziało młodym winem. Z otchłani kamiennych korytarzy odbijały się echem niepokojące odgłosy szurania i chrobotania zwielokrotnione akustyką miejsca. Na pobielanej wapnem, ale brudnej już ścianie ktoś wydrapał napis: „Strażnik Kheutonymos to chuj i pasywny pederasta”, ilustrując swoją odważną tezę stosowną wizerunkiem stóża praw zgiętego w pół w jednoznacznej pozycji odbiorcy miłości analnej.

Osadzony wytężył słuch. Po drugiej stronie zamkniętych skoblem drzwi dobiegało już od jakiegoś czasu głośne chrapanie strażnika. Drzwi zachrobotały, przeciąg owiał zimnym chłodem nogi Dedala, po czym do środka wsunęła się niska, zgarbiona postać.

- Dedalu, mówią o tobie, że jesteś drugim kowalem po Hefajstosie, a jednak brak ci rozumu – zaskrzeczał niski, pomarszczony staruszek.

Dedal przez chwilę przyzwyczajał się do chybotliwego światła kryształowej świecy. W rysach mężczyzny rozpoznał, nie bez pewnego wysiłku, Kouretesa.

- Czego chcesz?

- Jesteś biegłym w swoich sztukach, ja natomiast jestem biegły w sprawach boskich. A bogowie nie chcą twojej śmierci. Pomimo arogancji, masz przed sobą jeszcze wiele do zrobienia. Król nie odpuści, jest zbyt dumny. Ale ty masz jeszcze wiele do zrobienia. Strażnik śpi, uchodź.

- Czy nie byłeś przypadkiem jednym z tych, którzy podczas tego pseudoprocesu życzyli mi śmierci?

- Nigdy ci jej nie życzyłem. Nigdy też nie życzyłem Krecie, żebyś się tutaj pojawił. Przynosisz ze sobą chaos.

- Oczywiście, każdy myślący obywatel jest zagrożeniem dla władzy. Bardzo wygodnie. Nie uśmiecha ci się, że Minos mógłby słyszeć więcej głosów niż twój własny, co Kouretesie?

- Moja pozycja nie ma tutaj nic do rzeczy.

- Ależ oczywiście, że ma. Jestem sławny na Halladę. Może okazać się, że zabijanie zwierząt dla bogów, którzy już dawno nas opuścili nie jest aż tak skuteczne jak matematyczna technologia. To już nie są czasy, kiedy kapłani posiadają wiedzę o naturze świata. Boli was, że przechodzi ona w ręce takich jak ja, co?

- Boli mnie twoja nieodpowiedzialność w jej stosowaniu. Myślisz w swojej arogancji, że jesteś równy bogom, ale twa natura jest nieuporządkowana, wola nieskupiona. Nie zszedłeś jeszcze w swojej głowie z tego stateczku, którym tutaj przypłynąłeś. Jesteś cały czas więźniem imaginacyj i wyrzutów sumienia. Jesteś swoim największym wrogiem. A teraz uchodź dopóki strażnik leży w objęciach Morfeusza.

- Nie.

- Co? – broda starca podskoczyła z zaskoczenia.

- Zostaję tutaj, sam kazałeś mi przestrzegać praw. Jeśli Minos będzie na tyle głupi żeby mnie zabić, trudno.

- Głupcze, pomyśl o wszystkich, którym pomogą twoje wynalazki! Pomyśl, o pięknych rzeczach, którymi mógłbyś im ulżyć. Ludzie umierają z głodu, a ty masz dar poprawy ich doli. Ich karki uginają się od ciężkiej pracy, a ciebie bogowie wybrali do ulżenia ich losom. Masz obowiązek!

- Stary capie, nic nie wiesz. Nie ma żadnych obowiązków. Bogowie to tylko ludzie tacy jak ja czy ty. Po prostu mieli więcej szczęścia urodzić się dziećmi osób jeszcze bieglejszych w mechanicznych sztukach. Moje wynalazki to tylko dziecięca igraszka w porównaniu z takim na przykład Talosem. Albo egipskimi światłami, albo maszynami z Baktrii. Myślisz, że dziad królowej, Helios, używał magicznych sztuczek? Jego rydwan mknący po niebie był narzędziem, takim jak ten garnek parowy, który kazałeś Minosowi postawić w pałacu ku dziwowi gawiedzi, tylko doskonalszym. Zostały już tylko jarmarczne sztuczki. Jeśli Phallusokratos nie pozwoli mi poznać starej technologii maszyn jego dziada, mogę równie dobrze umrzeć.

- Trzymaj się od nich z daleka!

- Ah! Więc są jednak jakieś maszyny…

- Nie ma! Tamte czasy się skończyły! I nie ma już nic, co mógłbyś zrobić żeby je przywrócić – starzec zaśmiał się szyderczo, ale w tym śmiechu dało się wysłyszeć nieszczerą nutę.

- W takim razie śmierć jest nadal lepsza od od życia, w którym nie poznałem tajemnic Wszechświata.

- Ściągniesz nieszczęście na nas wszystkich! Nie masz zielonego pojęcia o czym mówisz!

- I to jest dla mnie najbardziej przerażające.

 

Jeszcze długo po tym jak starzec opuścił celę, Dedalus siedział oddychając ciężko z wypiekami na twarzy, marząc o niesamowitościach ukrytych w pałacu.

 

*

 

- Mistrzu. Misttrzu… śpisz?

 

Dedal spał. Miał piękny sen: wznosił się z rozpostartymi jak ptak ramionami nad powierzchnią morza, kiedy cichy, delikatny, kobiecy głos wyrwał go z sennych marzeń.

 

- Nie, zbierałem grzyby – odburknął sarkastycznie – a co z reguły robią skazańcy? Dużo was jeszcze tutaj przylezie? Nigdzie nie wychodzę.

- Moja pani, Pazyfae, przysyła mnie, żebym dopuściła cię do sekretów wyspy i pokazała antycznego golema Talosa. Kazała również przekazać pozdrowienia od niejakiej Akastee…

Kowal przestał słuchać. Jego oczy zaświeciły się nerwowym pożądaniem. Zerwał się na równe nogi, nagle rozbudzony. Spojrzał na kobietę uważnie. Miała jasną cerę, inną niż rodowite mieszkanki Krety, blond włosy i duże oczy. Jej postać drgała delikatnie w chybotliwym świetle świecy, którą trzymała w dłoni. Nie wyglądała jakby chciała go przechytrzyć. Nie wyglądała jakby była w stanie przechytrzyć kogokolwiek. „Wszystko mi już jedno, i tak chcą mnie tutaj zaszlachtować” pomyślał i wstał, podjąwszy decyzję.

 

- Prowadź.

 

Kiedy wyszli z celi, Dedal zrozumiał czemu pilnujący go strażnik nie był pracownikiem roku. Obok opartego o ścianę zbrojnego leżała w kałuży mocnego (sądząc po zapachu) czerwonego wina, amfora.

 

Schodzili korytarzem coraz niżej. Dziewczyna świetnie znała drogę, prowadząc go kazamatami, które zdawały się być niekończącym się labiryntem z czerwonej cegły, w stylu asyryjskim. W końcu dotarli do wysokiego sklepienia, które prowadziło do niedużej komnaty. Na środku, na katafalku, przypominającym stoły pogrzebowe leżała jakaś postać.

Dedal płonął wprost z ciekawości. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu glifów i opisów. Faktycznie znalazł je, cała ściana za katafalkiem, pokryta była wyrytymi w litej skale równiutkimi rzędami znaków.

- Cudownie, cudownie – mówił pod nosem, wodząc palcami po dokumentacji technicznej – to jest właśnie to, to jest cudowne. Posłuchaj tego: „słowo bogów jest słowem mocy, a moc zawiera się w skupionej jak laser woli. Miej myśli czyste i jasne..”

Dziewczyna przypatrywała mu się, jak przypatruje się nie szkodliwemu szaleńcowi, z pewną dozą politowania. Sztukmistrz wyrzucił ramiona w górę, w wyrazie tryumfu. Przyłożył dłoń do symbolu słońca, po lewej stronie i wyszeptał z namaszczeniem:

 

- Phos…

 

Pokój natychmiast rozbłysł niebieskawym, fosforyzującym blaskiem. Linie, które wcześniej zdawały się być tylko mozaiką ozdobną, rozjarzyły się teraz światłem, które przypominało poświatę księżyca. Dziewczyna westchnęła z zachwytu. Podobne światło rozbłysło wokół katafalku, na którym jasno i wyraźnie widać teraz było zmontowaną z metalowych blaszek postać olbrzyma. Dedalus podszedł teraz do niego, przyglądając mu się badawczo. Opukiwał metalowe ciało, podnosił, opuszczał, obchodził, mierzył, obracał. Co chwila doczytywał coś z pokrytej pismem ściany, żeby znów powrócić do robota i wcisnąć, niewidoczne wcześniej przyciski.

- To próżny trud – odezwała się po chwili dziewczyna, której całkowicie zapomniał – już wielu próbowało i nikomu jeszcze nie udało się uruchomić Talosa. Odkąd żyję, nikt nie był w stanie przywrócić go do życia.

- Mhm, mhm – nie słuchał jej Dedal – jak ci na imię?

- Naukrate..

- Słuchaj Naukrate, będę potrzebował dwanaście dzbanów oliwy, dzban octu, trzy funty mydła, gorącą wodę i dużo szmat…

- Phi – fuknęła – nie jestem twoją służącą. Nic mnie nie interesuje czego sobie tam potrzebujesz…

- Każę ci wybatożyć. Powiem królowej, że mnie nie słuchasz…

- Ostrzegała mnie, że będziesz się tak zachowywał. I powiedziała też, że mam się tym w ogóle nie przejmować – stałą oparta prowokacyjnie o ścianę, co chwila zawijając i odwijając loka– ale z ciekawości, po co ci to wszystko?

- Tak! To dobre pytanie. Mydło i woda, to oczywiste, należy odtłuścić robota, żeby sprawdzić w jakim jest stanie. Nie był myty od wielu, wielu lat. Popatrz tylko ona tę warstwę kurzu, to zbrodnia na maszynach. Ocet potrzebny może być, żeby wykonać… hmm bank energii, prawdopodobnie zasilany jest za pomocą elektronos, ale nie jestem pewien. Kiedyś mówił mi pewien akadyjski kapłan. Musiałbym dowiedzieć się więcej. A oliwa.. no po to, żeby jego stawy chodziły sprawnie.

- Przecież to tylko leżąca kupa złomu.

- A to światło, dzięki któremu widzę, że masz całkiem ładną buzię, to tylko kamień. Pomyśl trochę dziewczyno. Albo nie, trzymaj się od myślenia z daleka.

Zarumieniła się na ten komplement, chociaż Dedal nawet nie zauważył, że był dla niej ludzki, po raz pierwszy odkąd się poznali.

- Tak więc, nie obijaj się, tylko rób co mówię..

- Nigdzie nie idę. Królowa kazała cię tutaj przyprowadzić, nie kazała usługiwać. Ale czemu nie włączysz tego, tak jak włączyłeś światło?

- To jest on! To po pierwsze, po drugie oczywiście, że już próbowałem, ale zdaje się, że brakuje mu mocy. Z jakiegoś powodu…

- Słyszałam legendę, że ciotka królowej Pazyfae pozbawiła go życia, spuszczając z niego Ichor…

Przez twarz Dedala przebiegła jakaś myśl.

- Tak! Jesteś genialna. Oczywiście, że tak. To system bioniczny zbudowany w oparciu o układy anatomiczne ludzkiego ciała, dlatego stworzyli go z materiału tak delikatnego.. Czyli musimy mu tylko wymienić płyny i powinien działać. Z drugiej strony takie urządzenia miały często zabezpieczenia… Coś w postaci ograniczeń dostępu. Zaraz, to powinno być napisane gdzieś tutaj…

 

Podszedł do ściany, odczytał fragment tekstu i pobladł.

 

*

 

- Czyli mówisz mi, że tylko krew mojego dziecka jest w stanie napędzić Talosa?!

- Naukrate skuliła się, obawiając gniewu królowej.

- Tak powiedział mistrz Dedal.

- Czyli jednak los mu nie sprzyja – Pazyfae siedziała odwrócona do służki plecami, poprawiając makijaż, przez wielkim lustrem – biedny głupi Dedal musi jednak umrzeć.

- Powiedziała twardo, ale głos jej delikatnie drżał.

- A co dokładnie powiedział?

- Że tylko krew Zeusa może ożywić ten złom Talosa.

- Niedoczekanie…

- A gdzie on teraz jest?

- Nie wyszedł jeszcze z podziemi.

 

*

 

Dedal faktycznie nigdzie nie wychodził. Strażnicy wyciągnęli go siłą, odciągając brutalnie od starożytnych technologii. Siedział teraz przed królewskim tronem. Minos odprawił straż, zostali w trójkę, z Kouretesem.

- I nie ma żądnej innej możliwości? – król był wyraźnie zmartwiony.

- Niestety Panie, twoja krew jest już zbyt stara. Pierwiastek, którego potrzebujemy jest w krwi dziecka, o ile nie dodawana jest specjalna surowica, którą bogowie nazywają ambrozją, zanika po 12 roku życia.

- No dobrze, dobrze.. A ile tej krwi potrzeba?

- Przynajmniej trzy litry…

- W porządku, czyli możemy trochę spuszczać z małego każdego miesiąca…

- Nie, Ichor, znaczy krew musi być świeża…

- Czyli mówisz mi to ze spokojem, że muszę zabić swoje dziecko?

- Chyba tego nie rozważasz Panie – wyrwał się Stary doradca – to abominacja! To rozgniewało bogów…

- I mówisz, że nie ma żadnego innego sposobu…

- Przykro mi królu. Rozumiem, że musimy– przełknął głośno ślinę i spuścił wzrok próbując ukryć rozczarowanie – zaniechać…

Król zatopił się swoich myślach.

- To się nie godzi rozważać morderstwo dziecka! Bogowie byliby wściekli.

- Mówisz Kouretesie o pradziadku miłościwie panującego… Chyba jednak do niego należy decyzja…

- Zejdźcie mi z oczu, obaj!

 

*

 

- Nie zabijesz mojego dziecka! – dopadła go medytującego nad metalowym ciałem Talosa – Nie pozwolę Ci na to!

- Chyba nie myślisz Pazyfae, że król podejmie taką decyzję.

- Zwariowałeś! On jest w stanie zrobić wszystko, żeby tylko zdobyć władzę. Jesteś głupcem, proponując mu coś takiego. Mogłeś nie powiedzieć nic. Drogo chciałeś się wykpić, handlując życiem mojego syna, w zamian za swoje. Nigdy ci tego nie wybaczę…

- Pazyfae…

- Królowo! Jestem dla ciebie królową robaku!

- Jesteś gwałcicielką. Przyznasz chyba, że po tym co mi zrobiłaś, mogę przynajmniej mówić do ciebie po imieniu. Coś mi się należy… Jeśli już wszyscy tutaj zdecydowali się mną pomiatać, to będę chociaż odnosił moralne zwycięstwa….

 

Z oczu królowej poleciały iskry!

 

- Jesteś tylko pyłem. Jesteś nikim, rozumiesz? Robakiem. Mój dziad był bogiem, dziad mojego męża był bogiem. A ty? Przybłęda, mordercą…

- A jednak ten robak, ma władzę decydować czy twój syn zginie. Ważyłbym więc słowa.

- Powiem Minosowi, że mnie zgwałciłeś! Powiem, że miałeś jego żonę. Myślisz, że komu uwierzy. Nie doczekasz jutra…

- To byłoby faktycznie wyjątkowo cyniczne zagranie… Trzeba było mnie zostawić, żebym szczezł tam na plaży. W ten sposób wraca do ciebie karma.

 

*

 

- Podasz mu to, kiedy będzie zajęty pracą. Tobie nie odmówi – królowa podała dziewczynie kubek z bezwonnną cieczą.

- Co..Co to jest? – wybąkała Naukrate.

- Nie twój w tym już interes. Powiesz: „Widzę, że jesteś zdrożony pracą mistrzu, napij się wody słodzonej miodem…” i dasz mu to. I już twoja w tym głowa, żeby to wypił.

- Pani… Proszę nie zmuszaj mnie…

- Zrobisz jak ci każę.

 

Naukrate odebrała od królowej naczynie i ruszyła w drogę. Po jej policzkach ciekły łzy, kiedy schodziła w dół do lochów.

 

- Mistrzu Dedalu… – zaczęła pociągając zasmarkanym od szlochu nosem.

- Masz oliwę? Czy jesteś nadal bezużyteczna dziewczyno?

- Widzę, że jesteś zdrożony pracą mistrzu… – zaczęła – … dlaczego nie można dodać krwi nikogo innego?

- Można… – spojrzał na nią zaskoczony – tylko musi być to krew oznaczona “boskim pierwiastkiem”. To specjalny element w genosie, który pozwalał bogom na długowieczność. Oczywiście tak długo, jak tylko przyjmowali odpowiednie mieszanki, nazywane ambrozją, wzmacniające jego działanie. Tak się jednak składa, że pierwiastek ów zanika nie pielęgnowany po 12 roku życia, królewicz jest ostatnim potomkiem bogów na wyspie, którego genos ma odpowiednie oznaczenie.

- I naprawdę chcesz zabić dziecko, żeby wprowadzić w ruch to coś? – wskazała ręką na Talosa.

- Decyzja nie należy do mnie, a do króla.

Zrobiła krok w jego kierunku i wyciągnęła ramię z czarką. Zawahała się jednak, zwyciężyła ciekawość.

- A co dokładnie zrobisz z krwią księcia, kiedy już spuście z niego krew? – jej głos był nie zadrżał.

- Wleję ją do układu. Widzisz? O tutaj. To powinno sprawić, że Talos zacznie działać, tak jak światło naokoło nas.

- I tylko ty będziesz mógł go załączyć?

Dedal podrapał się po głowie.

- W zasadzie.. nie. Nie zastanawiałem się nad tym.

- A powinieneś, król może kazać cię zabić, kiedy przestaniesz być użyteczny.

Odwróciła się i ruszyła w kierunku wyjścia.

- Ej, co ze sobą przyniosłaś? Masz coś do picia?

Dziewczyna odchodząc, ostentacyjnie wylała ciecz na podłogę.

 

W tej chwili do komnaty wszedł szerokim krokiem Kheutonymos, prowadząc ze sobą dziesięcioletniego na oko chłopca. Za nim wszedł król i Stary Kouretes.

 

- Królu!  Nie godzi się! Nie możesz.

Władca uciszył go gestem dłoni. Całe ciało starca drżało, a po jego policzkach ciekły łzy.

- Błagam cię! Zaklinam! Bogowie nam tego nie wybaczą.

Władca odtrącił go, tak że staruszek zachwiał się i upadł na ziemię. Minos zwrócił się do chłopca i przytulił go mocno do piersi.

- Synu… Czasami król, dla dobra poddanych i państwa musi podejmować decyzje bardzo, bardzo trudne… Chciałbym, żebyś wiedział że zawsze bardzo cię kochałem. Że dorośli… że królowie… że bogowie (!) czasami muszą robić rzeczy, których wcale nie chcą, ale te rzeczy są konieczne…

- Tato, dusisz mnie.. – wychrypiał chłopiec.

 

W tym momencie do pomieszczenia wpadła Pazyfae.

 

- Nigdy się na to nie zgodzę! – wyrwała chłopca z ramion swojego męża i zasłoniła go własną piersią – jeśli chcesz go zabić, zabij najpierw mnie.

- Panie opamiętaj się! – Krzyczał starzec.

- Mamo, boję się – kwilił chłopiec.

 

Dedal stał oglądając z zafascynowaniem kłócących się ludzi. Nagle spór przerwał potężny huk. Talos znienacka powstał, skoczył na cztery kończyny i głośno zabeczał. Sprężył się, zarzęził jak wynalezione dopiero tysiące lat później, dieslowe silniki i wystrzelił w górę, przebijając krzyżowo żebrowe sklepienie komnaty. Ze zniszczonej konstrukcji na głowy zebranych posypały się cegły i gruz.

Za katafalkiem stała Naukarte, cała pokryta krwią, z nożem rzeźnickim w jednej, a pustym dzbanem w drugiej dłoni.

Dedal zobaczył gwiazdy, po czym zapadł w głęboki sen.

Otaczająca go dziewiątka zakapturzonych postaci, zrzuciła ciężkie, ciemne szaty, odsłaniając swoje owłosione nogi satyrów. Złapali się pod boki i zaczęli ekstatycznie tańczyć.

 

*

 

- Kiedy się obudził pochylała się nad nim Naukrate.

- Ty… Wiesz co zrobiłaś?

- Uratowałam życie dziesięciolatka.

- Zniszczyłaś cel mojego życia. Ale… skąd wiedziałaś? Ja potrzebowałem trochę czasu, żeby zrozumieć co się stało.

- Kiedy powiedziałeś mi, że wystarczy boski pierwiastek zaczęłam szukać innej możliwości uruchomienia tego monstrum i wtedy przypomniałam sobie o Amalthei. Poczciwa staruszka miała dziesiątki dzieci, więc każda koza na wyspie jest z nią prawdopodobnie spokrewniona. Pomyślałam sobie, że warto spróbować. Szkoda tylko tego koziołka.

- To ironiczne.

- Co?

- To prawdopodobnie pierwsza ofiara złożona bogom, która faktycznie  zadziałała. A gdzie ja właściwie jestem?

- W pałacu. Król na początku był wściekły i kazał cię zabić, ale królowa przekonała go, że jesteś w stanie w jakiś sposób wybudować mu szybsze okręty. Zupełnie mnie to nie zajmowało, ale efekt jest taki, że żyjesz.

- Ale chyba nie zrobiła tego całkiem bezinteresownie?

- Faktycznie, jesteś niezwykle przenikliwy – przewróciła oczami – wspominała, że ma jakiś projekt. Chce żebyś coś dla niej wykonał. Nie chciała zagłębiać się w szczegóły. Powiedziała, że na pewno się ucieszysz kiedy cię odwiedzi.

- Niech mnie pocałuje w dupę.

- Domyśliła się, że to powiesz i kazała przekazać w odpowiedzi, że Akastee potrafi być potworną plotkarą… Cokolwiek to znaczy. Ale powinieneś się cieszyć. Żyjesz i masz nowy ciekawy projekt przed sobą.

- Znając królową, na pewno będą z tego jakieś problemy.

 

Koniec

Komentarze

Zajrzałam, przeczytałam.

[wyjaśnienie, bo jako nowy użytkownik możesz tego nie wiedzieć: jako jurorka w tym konkursie potwierdziłam, że znam już Twój tekst, ale swoją opinię i ocenę podam dopiero po ogłoszeniu wyników, taki jest tu zwyczaj :) ]

nie ma to jak zacząć od faux pas, dziękuję za wyjaśnienie, pozdrawiam :)

To nie żadne faux pas: wręcz przeciwnie, wyjaśniłam właśnie po to, żebyś nie sądził, że te kilka osób, które tu przyjdzie i zostawi podobne lakoniczne komentarze (dające się podsumować: “Przeczytałem/-łam”), na tym etapie niewiele wnoszące, jest tu, żeby robić z Ciebie żarty. Nie, po prostu taki jest forumowy zwyczaj konkursowy. Nie przejmuj się, żadnego faux pas nie było :)

Przeczytałam i trochę nie wiem, co przeczytałam. Dostrzegam jakiś cień fajnego pomysłu w kwestii dwóch Minosów, ukrytych maszyn itd. (niekoniecznie to retrowizyjne w rozumieniu regulaminu konkursu jednakowoż), ale niestety wstępne rozdzialiki są niemiłosiernie wręcz przegadane, więc jak się już dochodzi do jakiejś akcji, to czytelnik jest znużony czytaniem obyczajowych przepychanek, które do niczego specjalnego na dodatek nie prowadzą. Na dodatek pierwsza scena z kobietami rozprawiającymi o seksie jak w telenoweli, niestety burzy nastrój od samego początku.

Ten cień pomysłu daje nadzieję, że za jakiś czas napiszesz opowiadanie, które będzie niezłe również pod względem kompozycyjnym i fabularnym. Na razie zarówno te elementy, jak i wykonanie w sensie technicznym – do remontu. Mnóstwo powtórzeń, źle stawiane przecinki, zły zapis dialogów, pewna naiwność w sposobie opowiadania historii.

Nie wyszli też bohaterowie – jest o nich bardzo dużo, ale tak naprawdę brak im osobowości, brak tego czegoś, co sprawia, że przejmiemy się ich losami. A mogło być lepiej, bo to wyrzucenie na brzeg powinno zaowocować tajemniczą historią…

Aha, warto dawać tagi, bo wprawdzie mało kto je czyta (ja akurat czytam), ale przy wyszukiwaniu pomagają.

 

No i dlaczego łacińskie Dedalus a nie greckie Dedalos (czy Daidalos) albo – jak w części tekstu – po prostu spolszczone Dedal?

 

Łapanka wybiórcza:

długą, kontynentalną szatą

Brzmi to jak w ustach rodowitego i snobistycznego Anglika, nie bardzo rozumiem – doszedłszy dalej – co to ma oznaczać na Krecie…

 

Ta młodsza popiskiwała radośnie, uciekając przed falami i pląsając po kolana w wodzie, zimne krople spadały jej na sukienkę.

W tym zdaniu gramatyka i składnia się posypawszy. Podmiotem dla całego wtrącenia może być zarówno młodsza, jak i krople

 

kołysząc przy tym hipnotyzująco biodrami

Średnio to brzmi w tekście o dawnej starożytności

 

- Dziewczyno, nie wiesz o czym mówisz…. – w ostentacyjnym westchnieniu starszej kobiety dało się odczuć inną nutę.

→ - Dziewczyno, nie wiesz o czym mówisz…. – W w ostentacyjnym westchnieniu starszej kobiety dało się odczuć inną nutę.

I o jedną kropkę za dużo w wielokropku

Ogólnie przyjrzyj się zasadom zapisu dialogów (link na dole), nie będę wypisywała wszystkich błędów tego samego rodzaju.

 

Kiedy będziesz starsza, a może jeszcze przed kolejną zimą, zrozumiesz.

Nie bardzo rozumiem związek logiczny pomiędzy poszczególnymi członami tego zdania.

 

Te rozważania przerwał jednak przestraszony krzyk.

Krzyk nie może być przestraszony. Krzyk przerażenia itp.

 

Nad jego posłaniem stało dziewięć zakapturzonym postaci.

zakapturzonych

 

Gęsta ciecz była coraz to cieplejsza, aż zaczęła parzyć. Gorączkowo zerwał się by otrzeć krew o resztki swej szaty, potem o cienki koc z owczej wełny, aż skoczył  i rzucił się w szale w kierunku misy z wodą, próbując zmyć lepką jak ropa ciecz.

Leżał na puchowym posłaniu

? Kto robi puchowe posłania?

 

tafla morza w kolorze nasyconego seledynu

Hmm, brzmi jakby jakieś paskudne glony się tam zalęgły…

 

W głębi jaskini usłyszał jakiś odgłos. Odwrócił się momentalnie.

- Zwariowałeś? Wracaj do łóżka. Nie jesteś jeszcze zdrowy! – to był głos kobiety.

Zwielokrotniony pogłosem pieczary,

Musisz być po prostu skończonym imbecylem

Zbyt nowoczesne

 

dojrzewał przez 21 lat

Liczebniki w literaturze zapisuje się słownie

 

Opływający złotem mieszkańcy Akadu, Hetyci w ufryzowanych fantazyjnie włosach, pokryci makijażem Egipcjanie, a nawet czarni jak mahoń Saabijczycy.

Strasznie tu chronologicznie namieszane. Akad a Hetyci to ho ho, zupełnie różne epoki. Wiem, mity i tak dalej, ale w tym konkursie liczy się też osadzenie w konkretnej epoce.

 

załatwiając niesłychanie ważne sprawunki

sprawunki = zakupy, a chyba chodzi Ci o sprawy

 

Tutaj czeka cię chwała, gdzie indziej infamia i upokorzenia.

Infamia jest tak bardzo łacińskim słowem, że tu zgrzyta

 

To jest twoja motywacja?

Zbyt nowoczesne

 

- Głupcze! – fuknął Starzec

Dlaczego wielką literą?

 

Jestem sławny na Halladę

Helladę. I lepiej: na całą Helladę

 

nie pielęgnowany → niepielęgnowany

 

Naukarte → Naukrate

 

Otaczająca go dziewiątka zakapturzonych postaci[-,] zrzuciła ciężkie, ciemne szaty, odsłaniając swoje owłosione nogi satyrów.

Raczej nie odsłonili cudzych nóg

 

z drewnianymi halabardami

Nie, nie ta epoka, pomijając już materiał

 

Przydatne linki:

 

portalowy poradnik survivalowo-savoir vivre’owy:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

 

b. dobry poradnik zapisu dialogów:

https://fantazmaty.pl/2018/01/jak-zapisywac-dialogi/

 

Powodzenia!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgodzę się z Drakainą – jest pomysł, przyćmiony przez usterki.

Po co ci takie dziwne odstępy? Dialogi – to już wiesz. Wielokropek składa się z trzech kropek, a nie dwóch. Przecinki szaleją.

Oraz:

– “spadały jej na sukienkę” – sukienki to nie jest chyba codzienny strój starożytnych kobiet?;

– “na pobielanej ścianie” – pobielonej;

– “wierzgającą dziko małą rybkę” – z reguły wierzga coś, co ma kończyny; rybka nie ma ;);

– “kilka centymetrów po piasku” – skąd Minojczycy (czy Grecy?) znali takie miary?;

– “dziewięć zakapturzonym postaci” – literówka;

– “pobielane u czubków śniegiem” – znowu te pobielane ;); a “u czubków” kojarzy się raczej nie z górami; “wokół szczytów”, “na szczytach” czy coś?;

– “od na poły mitycznej Amalthei” – po co to “h”? w Polsce mówimy “Amaltei”;

– “dojrzewał przez 21 lat” – liczby – słownie;

– “w krótkie kilty” – kilty są chyba przypisane do Szkotów?;

– “czego nienawidzę bardziej od idiotycznej pompy, to szarlatańskie sztuczki” – nienawidzę czego? sztuczek;

– “w moim ta rola jest otwarta” – otwarta rola? hm, może “nieobsadzona”?;

– “wakat jest pusty” – a wiesz, co to wakat? to z definicji niezajęte miejsce;

– “Twoje imię będzie na każdej wyspie!” – będzie co?;

– “całym morzu Śródziemnym” – tu poczytaj

– “krawiąc dookoła winem” – literówka;

– “na odwróconej, wielolitrowej amforze” – znowu: te litry to skąd?;

– “kryształowej świecy” – jakiej?? wytłumacz, bo nie ogarniam;

– “sławny na Halladę” – “na całą” jak już; i Helladę;

– “matematyczna technologia” – też nie rozumiem;

– “Ah!” – to nie jest po polsku;

– “na katafalku, przypominającym stoły pogrzebowe” – ale katafalk to właśnie taki “stół” pogrzebowy;

– “w skupionej jak laser woli” – brr, co za paskudny anachronizm;

– “nie szkodliwemu szaleńcowi” – nieszkodliwemu;

– “Każę ci wybatożyć” – cię;

– “żądnej innej możliwości?” – literówka;

– “żeby tylko zdobyć władzę” – ale on już miał władzę? był królem;

– “Przybłęda, mordercą…” – albo ogonek za dużo, albo za mało;

– “zarzęził jak wynalezione dopiero tysiące lat później, dieslowe silniki” – a to już w ogóle paskudne i wybija z immersji, fe!; poza tym “dieslowskie”.

 

Na razie zadanie masz jasne – popraw technikę, bo czyta się z trudem, choć też i z pewnym zaciekawieniem :)! 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

– “w krótkie kilty” – kilty są chyba przypisane do Szkotów?;

Niezupełnie, zwłaszcza w anglosaskiej literaturze przedmiotu używa się takiego określenia, ale głównie dla egipskich spódniczek szendyt, noszonych przez mężczyzn. Nie wiem, jakim cudem przegapiłam te krawieckie babole ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wygląda na to, że muszę częściej tutaj zaglądać, bo nie spodziewałem się takiego ruchu pod moim tekstem. Serdecznie dziękuję za wszystkie uwagi. Chciałbym móc obiecać, że kolejne teksty będę wrzucał bez pośpiechu. Na pewno poświęcę więcej uwagi korekcie. 

Mam nadzieję, że nie urażę nikogo, odpowiadając wyrywkowo na komentarze.

Halabarda w żaden sposób nie łamie wymogów konkursu, jest technologią wyprzedzającą swoje czasy (: 

Kilt to ładnie brzmiące określenie męskiej spódnicy, nie widzę powodu, żeby nie rozszerzyć znaczenia. Szczególnie, że faktycznie spotkałem się z takim użyciem w języku angielskim. Nie pamiętam czy dotyczyło spódniczek szendyt. 

Kryształowe świece: z przyjemnością pogłębiłbym motyw w tekście, ograniczyła mnie ilość znaków. W każdym razie planuję napisać więcej o zmyślonej (rzecz jasna), antycznej technologii opartej o użycie kamieni/minerałów. Na ten moment pozostawiłem świece, jako że w komnacie Talosa kamienie i tak się świeciły, świeca mieści się więc w ramach wykreowanego mikro-świata. 

 

Jeszcze raz dziękuję za uwagi i serdecznie pozdrawiam.

 

Zaglądaj, zaglądaj, ale pamiętaj, że tu bardzo mocno działa zasada altruizmu wzajemnego – kto nie czyta i nie komentuje innych, ma mniejsze szanse, że jego teksty będą czytane i komentowane ;) Konkursy to oczywiście pewien wyjątek, bo wszystko czyta jury, a dużo rywale…

 

A co do halabardy – dlaczego akurat halabarda miałaby podpadać pod “spektakularny rozwój” techniki i nauki właściwej dla danej epoki? Ani to szczególnie dobra broń nie była, ani jakoś specjalnie zahaczona w epoce, za to bardzo mocno kojarząca się ze średniowieczem, co jednak zgrzyta…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z wielkim trudem przebrnęłam przez opowiadanie i nie mogę powiedzieć, żeby mi się ono podobało. W pełni zgadzam się z wcześniej komentującymi, że owszem, był tu jakiś pomysł, ale nie został należycie wykorzystany. Fatalny wpływ na odbiór ma też bardzo złe, wręcz niechlujne wykonanie.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i znacznie lepiej napisane.

 

Szła lekko, pew­nym sie­bie kro­kiem doj­rza­łej, mą­drej ko­bie­ty. –> Czy dobrze rozumiem, że kroki kobiet głupich różnią się od kroków kobiet mądrych?

 

- Dziew­czy­no, nie wiesz o czym mó­wisz…. – w osten­ta­cyj­nym wes­tchnie­niu star­szej ko­bie­ty dało się od­czuć inną nutę. –>  Dziew­czy­no, nie wiesz o czym mó­wiszW osten­ta­cyj­nym

Wypowiedź dialogową rozpoczyna półpauza, nie dywiz – ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie. Tu znajdziesz poradnik, jak zapisywać dialogi: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

Po wielokropku nie stawiamy kropki.

Nutę inną od czego? I chyba usłyszeć, nie odczuć.

 

- … sztu­ka. –> – …sztu­ka.

Zbędna spacja po wielokropku. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

po­pra­wi­ła pu­kiel blond wło­sów, za­rzu­ca­jąc go za ucho… –> Włosy można odgarnąć za ucho, ale raczej nie można ich za ucho zarzucić.

 

de­lek­to­wa­ła się pro­mie­nia­mi słoń­ca, które oświe­tla­ło kla­sycz­nie pięk­ną twarz. –> Czy słońce nie oświetlało niczego więcej, tylko twarz?

 

wy­plu­wa­jąc wierz­ga­ją­cą dziko małą rybkę… –> Rybka, aby móc wierzgać, musiałaby mieć nóżki.

 

Im in­ten­syw­niej sta­rał się je zmyć, tym ból był więk­szy. Zawył z roz­pa­czy. –> A nie z bólu?

 

Spoj­rzał na swoje dło­nie. Ręce po­kry­te miał świe­ży­mi jesz­cze bli­zna­mi. Kilka kro­ków dalej grunt ury­wał stro­mym urwi­skiem. –> Czy dobrze rozumiem, że grunt na rękach pokrytych bliznami, urywał się gwałtownie?

Drugie zdanie brzmi to nie najlepiej.

 

opa­rach pa­ru­ją­cej rosy i dymu ka­dzi­deł. –> Brzmi to nie najlepiej.

 

Była rów­nie wy­so­ka co on. –> Była rów­nie wy­so­ka jak on.

 

- Tak, od­ga­dłeś traf­nie. –> Czy można odgadnąć nietrafnie?

 

na­chy­la­jąc się nad nim tak, że jej włosy do­ty­ka­ły mu torsu… –Nadmiar zaimków.

Coś może dotykać czegoś, ale nie może dotykać komuś.

 

z drewnianymi  ha­la­bar­da­mi, po­ły­sku­ją­cy­mi w słoń­cu ob­sy­dia­no­wym ostrzem. –> Trzy halabardy połyskiwały jednym ostrzem?

 

odro­bi­nę chło­du w śród­ziem­no­mor­skim ukro­pie. –> A nie upale? Ukrop to wrzątek.

 

Echo kro­ków roz­nio­sło się echem po pa­ła­cu. –> Echo rozniosło się echem – toż to nad wyraz maślane masło!

 

był­bym w sta­nie je ani­mo­wać.. –> Wielokropkowi brak jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

dodał jesz­cze żując bez­zęb­ne dzią­sła. –> Jak można żuć własne dziąsła?

 

ilu­stru­jąc swoją od­waż­ną tezę sto­sow­ną wi­ze­run­kiem stóża praw zgię­te­go w pół… –> …ilu­stru­jąc swoją od­waż­ną tezę sto­sow­nym wi­ze­run­kiem stróża prawa zgię­te­go wpół

 

prze­ciąg owiał zim­nym chło­dem nogi De­da­la… –> Kolejna paczka masła maślanego. Czy chłód może być ciepły?

 

- Ah! Więc są jed­nak ja­kieś ma­szy­ny… –>  Ach! Więc są jed­nak ja­kieś ma­szy­ny

 

śmierć jest nadal lep­sza od od życia… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Dedal zro­zu­miał czemu pil­nu­ją­cy go straż­nik nie był pra­cow­ni­kiem roku. –> To wyrażenie nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

 

W końcu do­tar­li do wy­so­kie­go skle­pie­nia, które pro­wa­dzi­ło do nie­du­żej kom­na­ty. –> W jaki sposób sklepienie może prowadzić dokądkolwiek?

 

widać teraz było zmon­to­wa­ną z me­ta­lo­wych bla­szek po­stać ol­brzy­ma. De­da­lus pod­szedł teraz do niego… –> Powtórzenie.

 

dziew­czy­na, któ­rej cał­ko­wi­cie za­po­mniał… –> …dziew­czy­na, o któ­rej cał­ko­wi­cie za­po­mniał

 

Po­patrz tylko ona tę war­stwę kurzu… –> Literówka.

 

wy­rwał się Stary do­rad­ca… –> Dlaczego wielka litera?

 

– Nie po­zwo­lę Ci na to! –> – Nie po­zwo­lę ci na to!

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

będę cho­ciaż od­no­sił mo­ral­ne zwy­cię­stwa…. –> Albo wielokropek, albo kropka.

 

żebym szczezł tam na plaży. –> …żebym sczezł tam na plaży.

 

W ten spo­sób wraca do cie­bie karma. –> Skąd to słowo w tym opowiadaniu?

 

po­da­ła dziew­czy­nie kubek z bez­wonn­ną cie­czą. –> Literówka.

 

kiedy scho­dzi­ła w dół do lo­chów. –> Raz jeszcze masło maślane. Czy mogła schodzić w górę?

 

Widzę, że je­steś zdro­żo­ny pracą mi­strzu… –> Można być zdrożonym podróżą/ wędrówką, ale jak można zdrożyć się pracą?

No, może listonosz mógłby poczuć się zdrożony.

 

prze­bi­ja­jąc krzy­żo­wo że­bro­we skle­pie­nie kom­na­ty. –> …prze­bi­ja­jąc krzy­żo­wo-że­bro­we skle­pie­nie kom­na­ty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem. 

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem.

Spodobała mi się końcówka, ale tylko ona. Fajny pomysł na rozwiązanie problemu, dobrze rozwieszone strzelby Czechowa.

Na początku mieszanka znanych motywów z Odysa i Dedala, na tym etapie tęskniłam do wartości dodanej, czegoś, czego wcześniej nie znałam. W środku przepychanki z macho-królem, niezbyt porywające.

Mnie też przeszkadzały litry w starożytności.

Zgodzę się z przedpiścami, że wykonanie mogło być lepsze. Interpunkcja kuleje. Na przykład wołacze, Macie, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka