- Opowiadanie: Morrk - Pyrrus

Pyrrus

Dzień dobry wszystkim! Chciałbym się z wami podzielić moim opowiadaniem prawiącym o losach pewnego ułańskiego oddziału. Zachęcam do komentowania. Pragnę również zaznaczyć, iż jest to mój debiut :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pyrrus

Powoli zapominali. Zapominali o tych, którzy każdego dnia oczekiwali ich powrotu do domu. Już od dawna pewne było, że nie wrócą. Przydział do „trzynastego” był niczym zmuszenie się do samobójstwa. Pogłoski mówiły o osobach, które na wieść o przydziale do tegoż pułku, odcinali własne kończyny, by tylko móc wieść, chociażby marne, cywilne życie.

Mimo wszystko maszerowali dumnie. Ludzie, którzy jakiś cudem, nie słyszeli historii XIII pułku, uznaliby ich za zwyczajnych żołnierzy, broniących swego kraju. Jednak im nie było dane doświadczyć takiego losu. O ile żołnierz, przyzwyczaił się już do zabijania, to nigdy nie przyzwyczai się do fatum.

Był to dwudziesty czwarty dzień zapominania. Delikatny wiatr niósł ze sobą okropny ciężar, którego nie sposób było opisać. Miał w sobie coś nienaturalnego… Gdyby wsłuchać się w jego smukłe wibracje, poprzysiąc by można, iż to lamenty i krzyki tysięcy poległych mężów, którzy już na zawsze pożegnali się ze swymi rodzinami. Jednakże nikt nie miał na tyle odwagi, by to zrobić. Dlatego też natychmiast po przebudzeniu, w obozie wybuchła szaleńcza wrzawa. Każdy z żołnierzy starał się znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie, by móc uciec od otaczającej ich zewsząd, leśnej drętwoty. Na ich twarzach, z dnia na dzień, coraz wyraźniej malował się straceńczy niepokój. Chociaż żaden z nich nie mógł wiedzieć, dokąd zaniosą ich los i zorza wojny, byli już niemal pewni jednego… mgła czasu skrywała tylko ich własną zbiorową mogiłę. Skalani zmęczeniem bezustannych walk, a co za tym idzie, stałym niepokojem o własne życie, byli gotowi na wszystko – nawet na przemarsz do samego piekła.

Wisząca w powietrzu atmosfera udzielała się nie tylko żołnierzom. Przywiązane do młodych brzóz konie, wierzgały niespokojnie w obawie przed tym, co wkrótce miało nastąpić…

Obozowy rumor nagle ucichł, gdy żołnierze zobaczyli młodego adiutanta biegnącego w stronę namiotu ich pułkownika. W jednej chwili myśli wszystkich skupiły się wokół najnowszych rozkazów, które niebawem mieli usłyszeć. Jakież to nowe zadanie przyjdzie im wypełnić w imię niedawno odrodzonej Polski? Gdy adiutant zniknął w namiocie, wszyscy nerwowo wyczekiwali najgorszych możliwych wieści.

Wewnątrz namiotu, przy swym prowizorycznym biurku, siedział zgarbiony, młody mężczyzna. Na jego twarzy, malowało się niebotyczne wręcz zmęczenie. Jego niezdrowo podkrążone oczy domagały się tak upragnionego od dawna, kojącego snu. Odziany był w brudny i mocno poszarpany mundur, na którym dostrzec było można liczne, zaschnięte plamy krwi.

 

– Panie pułkowniku! – Młody adiutant zasalutował. – Przynoszę nowy rozkaz.

– Melduj! – odpowiedział szorstkim głosem.

– Pułkownik Strzyg, wraz ze swym 13 pułkiem, ma zdobyć i utrzymać miasteczko Verlust, położone tuż za Pruską granicą. Siły wroga, wedle doniesień naszego wywiadu, mają niską wartość bojową.

– Spocznij – odparł pułkownik. Po wyjściu adiutanta natychmiast wyszukał oczami mapę okolicy, leżącą pod stertą bezładnych papierów. Mając w głowie raport podsumowujący ostatnią bitwę oraz wysuniętą pozycję względem głównego frontu, przeczuwał coś… czym nie mógł podzielić się ze swymi podkomendnymi.

Jego myśli błądziły po, jak mu się wydawało, kresach smutnej przyszłości. Chociaż przy swych żołnierzach, starał się zachowywać zimną krew, to nieustannie, odkąd do wojny włączyły się Prusy, nie opuszczało go wrażenie, iż nad Polską ponownie zbierają się czarne kruki. Jednocześnie bardzo bał się o swych ułanów. Oni również byli całkowicie wykończeni, szczególnie po ostatniej bitwie, w której mocno oberwał ich jedyny pułkowy mech. Jego niesprawne działo ciężkiego kalibru, znacząco obniżył ich wartość bojową. Brakowało im prowiantu, papierosów, broni a przede wszystkim ludzi. Trzynasty Pułk im. Króla Zygmunta III Wazy, którym dowodził Strzyg, zyskał sobie przydomek „Pyrrus”. Stała za tym okropna i krwawa historia, do której bezustannie wracały jego myśli. Miała ona miejsce, na długo przed objęciem przez niego dowództwa. Jego poprzednik, pułkownik Czarny, miał za zadanie wspomóc oddziały 45-ty Pułk Piechoty, który otrzymał rozkaz odbicia z rąk nieprzyjaciela, miasteczka o nazwie Zapora. Nikt nie spodziewał się jednak, aż tak silnego oporu. Pułk piechoty został praktycznie całkowicie wybity. W obliczu zbliżającej się klęski, Czarny, poprzez swe brawurowe i wręcz samobójcze posunięcia, pokonał oddziały bolszewików i zdołał odbić miasteczko. Niestety, gdy doniesiono mu raport o stratach, kilka godzin później zastrzelił się w swym namiocie. Z jego nowo powstałego Pułku, ostało się jedynie dwudziestu czterech żołnierzy.

Trzynasty, niczym feniks, odrodził się z popiołów, jednak zła sława, pomimo wielu wspaniałych osiągnięć, nie chciała ustąpić. Co więcej, żołnierze szeptali między sobą, jakoby nad pułkiem ciążyła straszliwa klątwa. Czasami Strzyg był skłonny uwierzyć w te zabobonne bzdury, szczególnie od czasu, gdy jego umysł, coraz częściej popadał w melancholijne-czarne myśli.

Kilka godzin później, po usłyszeniu rozkazów od swego pułkownika, ułani niezwłocznie wyruszyli w drogę. Tuż za nimi kroczyła potężna machina wojenna, której celem było wsparcie ogniowe. Mech, jak zwano ów maszyny, były największym osiągnięciem ówczesnej technologii wojskowej. Ich zdecydowanie większa mobilność, względem powolnych czołgów, przyczyniła się do zdecydowanego wyparcia tych drugich. Do jej obsługi potrzeba było tylko dwóch pilotów. Jeden z nich odpowiadał za funkcje mechaniczne, z kolei drugi zajmował się prowadzeniem ostrzału. Co więcej, obecność tych maszyn na polu bitwy, pozytywnie wpływała na ułanów. Świadomość, iż za ich plecami, stoi blisko stu tonowy potwór, zdolny bez problemu pokonać niejeden oddział; okazywała się naprawdę znacząca. Niestety, jedno z dział ich mecha, uległo zniszczeniu w czasie ostatniej potyczki. Dodatkowo, jak na złość, kończyły się zapasy ropy. Bez nich, machina w najmniej oczekiwanym momencie, mogła zwyczajnie przestać działać. Pomimo wielu przeciwności, Strzyg w głębi duszy liczył, że jakimś cudem uda mu się wytrzymać – przynajmniej do czasu przybycia, głównych sił.

 

Pułkownik, dostrzegając pewną okazję do podniesienia morale swych żołnierzy, skłamał o śmiesznie małej wartości bojowej nieprzyjaciela. Wieść dość szybko rozniosła się wśród podkomendnych. Tego właśnie było im trzeba. Była to pierwsza dobra wiadomość od naprawdę wielu ciężkich dni. Z każdą kolejną minutą marszu, humor wśród kawalerzystów wyraźnie się poprawiał. Z oddali, widać już było sylwetki dwóch mężczyzn. Wkrótce, zza jego pleców, poczęły dobiegać, pojedyncze śmiechy. Gdy zbliżyli się bliżej, wszelkie odgłosy zamarły. To, co przed sobą zobaczyli, dogłębnie przeszyło zimnem, ich kości. Przed nimi znajdowała się mała, zapomniana przez ludzkość, wioska. Przy samym wjeździe, powitało ich dwóch, lekko podstarzałych mężczyzn… jeszcze ciepłych, których ciała, pokazowo, nabito na pal. Wjeżdżając dalej w głąb wioski, konie, zdawały się reagować, coraz bardziej nerwowo. Strzyg, mimo iż domyślał się, co zobaczą przed sobą, starał się jak najdalej odganiać tę myśl. Mimo tego, zaledwie kilka chwil później, zobaczył coś, czego nie zapomniał już do końca swojego życia. Przed sobą bowiem, ujrzał dziesiątki ludzkich ciał. Zmiażdżone głowy, poodrąbywane kończyny oraz… jeszcze więcej ciał nabitych na pal. Widok ten był tak okropny, iż człowiek widzący to wszystko, w tamtej chwili poczyna zastanawiać się, gdzie był Bóg, kiedy dokonywano tak okrutnej rzezi. Pułkownik przeklął w głębi duszy. W oddziałach słychać było, jak wielu żołnierzy wymiotuje za sprawą tej tragicznej i przerażającej, scenerii. On, mimo wszystko musiał zachować zimną krew. Przerywając makabryczne oględziny, Strzyg uniósł lewą dłoń w górę i wszyscy ruszyli dalej za nim, pozostawiając za sobą, przedsionek samego piekła.

Pułkownik obawiał się, iż to, co przed chwilą zobaczyli jego żołnierze, negatywnie wpłynie na ich, i tak już niskie morale. Sytuacja jednak miała się zupełnie inaczej. Martwe ciała niewinnych i bezbronnych ludzi, tak bardzo wstrząsnęły jego ułanami, że wszyscy oni wręcz gotowali się do walki. Na ich twarzach wymalowana była chęć pomsty. Uśmiechnął się do siebie. Przeczuwał, że ich zapał, wkrótce może okazać się nadzwyczaj potrzebny.

Dalsza podróż trwała w głębokiej ciszy i zadumie. Gdy tylko wyjechali z lasu, ujrzeli przed sobą ciągnące się złociste pola pełne wysokich zbóż. Piękny krajobraz kalały słupy dymów wzbijających się ku górze. Pochodziły one z licznych, zniszczonych machin bojowych. Z każdym kilometrem, piękna lipcowa pogoda zdawała się przechodzić w swą burzową formę. Pułkownik zwrócił uwagę na kolor nieba, które teraz popadało w głęboką, krwawą czerwień. Nie był to codzienny widok, a już tym bardziej, zwiastujący coś dobrego.

Jego oddział zbliżył się do jednego z wielkich bojowych mechów, dymiącego tuż przy samej drodze. Żelazny potwór, nawet niesprawny, budził ogromną grozę. Większość z nich tworzono w taki sposób, by możliwie chociaż w najmniejszym stopniu, nawiązywały do ludzkiego kształtu.

– To nasi! – krzyknął Luperczyk, który dowodził małym oddziałem technicznym, które było zapleczem każdego pułkowego mecha.

– Da się go przywrócić do życia? – spytał pułkownik, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego Naczelne Dowództwo nie poinformowało go o przebywającej w pobliżu, 9 Armii Zmechanizowanej, z którą mógł połączyć siły.

Młody mężczyzna dokładnie przyjrzał się mechowi, obchodząc dokładnie z każdej strony. Gdy otworzył właz, ujrzał w środku martwego pilota. Drugi najwyraźniej zdążył się ewakuować. Po wyciągnięciu lekko zwęglonych zwłok, podjął próbę uruchomienia dymiącej maszyny. Niestety, na marne. Z kokpitu machiny, usłyszeć było można krótką, acz treściwą litanię przekleństw. Po chwili, Luperczyk wychylił się z włazu.

-Pułkowniku! Maszyna oberwała w główny rdzeń energetyczny. Nie da rady jej ruszyć.

Strzyg przeklął na głos i wtórując Luperczykowi, puścił kilka gniewnych przekleństw. Jednym gestem nakazał dalszą drogę w kierunku miasta, po drodze obserwując dotkliwe straty, jakie poniosła Polska strona, w tym niedawnym konflikcie. Przerażała go myśl, jaką siłą musi dysponować nieprzyjaciel, wobec tak wielu zupełnie zniszczonych maszyn. W tamtej chwili już zdał sobie sprawę, że nie wyjdą z tego cało.

Gdy wjechali do miasteczka, od razu uderzył w nich potężny trupi fetor, który natychmiast wywołał reakcje wymiotne u żołnierzy. Niebo w mieście było zupełnie inne niż przedtem. Dominowała w nim demoniczna czerń. Strzyga, nie opuszczało przeczucie, iż od samego wjazdu, coś ewidentnie za nimi podążało. Co więcej, im dalej w głąb miasteczka wjeżdżali, tym bardziej, dziwna czerwona mgła łącząca się z drażniącym pyłkiem, ograniczała widoczność. Wokół nich, pełno było zniszczonych i kompletnie zrujnowanych budynków. Nagle, pułkownik zatrzymał cały oddział, i nakazał wszystkim nasłuchiwać. Atmosfera tam panująca przywodziła mu jedynie na myśl, jego senne koszmary, które tak często nawiedzały go w ostatnim czasie.

W Verlust panowała grobowa cisza. Każdy z żołnierzy nerwowo ściskał swą broń i starał się wypatrzeć nieprzyjaciela. Zapał, z którym tak ochoczo oczekiwali nieprzyjaciela, zniknął, ustępując miejsca nerwom. Napięcie wśród nich sięgało zenitu. Nagle, ciszę przerwały donośne, potężne kroki. Przeszywały one ciało i głęboko zakorzeniały się w umyśle zmęczonych żołnierzy. Konie wierzgały nerwowo. Coś potężnego, nieustannie się do nich zbliżało. Strzyg zauważył, iż jego młody adiutant, wyciągnął spod munduru krzyżyk i ucałował go. Dźwięki, które zaczynały dobiegać z mgły, z każdą kolejną chwilą stawały się coraz bardziej upiorne. Powietrze stało się ciężkie i duszne. Wyczuć w nim można było straszliwy smród siarki.

– A więc tak wygląda piekło – powiedział na głos Pułkownik. – Zobaczmy, jak wygląda czort.

W tej samej chwili, przed nim, wyłoniło się kilka par wielkich czerwonych oczu. Wokół sześciometrowych mechów, cały czas przybywało mniejszych, czarnych postaci o szpiczasto zakończonych hełmach. Jednak nie to było najgorsze. Pułkownik zamarł dopiero wówczas, gdy zobaczył przed sobą, ogromną, kroczącą machinę wojenną, której podstawę stanowiły cztery żelazne odnóża.

– Prusacy! – krzyknął jeden z oficerów.

Kawalerzyści natychmiast wykonali taktyczny odwrót. Chwilę później padł pierwszy strzał w ich kierunku. Sekundę później nastąpiła potężna eksplozja. Żelazne elementy spadały, niczym ociężałe krople deszczu. Resztki ostatniego pułkowego mecha, opadły bezwładnie na ziemię. Strzyg starał się na prędko wymyślić jakiś sposób na powalenie gigantycznej machiny. Spojrzał na ogromną lufę żelaznego potwora i wówczas nastąpiło olśnienie.

– Luperczyk! – krzyknął tak głośno, jak tylko potrafił. – Czy można odczepić działa od jednego z mechów na polu i ponownie użyć?

Chłopak zastanowił się chwilę. Każda, była na wagę złota. Strzyg, coraz bardziej się denerwował, ciągle pośpieszając młodego technika.

– Myślę, że tak pułkowniku – odparł.

– Doskonale! Zdobądź je i przywróć do użytku. Następnie ulokuj ją na piętrze tego zrujnowanego budynku. Celem jest ta największa pruska machina. Zrozumiano?

Luperczyk potwierdził i ruszył z dwoma oddziałami w kierunku pól. Pułkownik rozkazał swym oficerom, podział na mniejsze oddziały i krążenie wokół zgrupowanych sił wroga. Wtedy, Mechy rozpoczęły swą apokalipsę. Ułani popędzali konie, by uniknąć potężnych salw wroga. Powietrze, od licznych wybuchów, stawało się tak gorące, iż niemal paliło odsłoniętą skórę. Z każdej ze stron do pułkownika dobiegały przerażające krzyki rannych i umierających żołnierzy. Czuł, że z każdą kolejną chwilą, „Pyrrus” się wykrwawia. Naprędce odnalazł w bitewnym chaosie swych oficerów i rozkazał, by część z nich wraz z podlegającymi im oddziałami, zajęła jeden ze zrujnowanych budynków, leżących nieopodal. Dopiero stamtąd mieli rozpocząć ostrzał. Strzyg, wykorzystując plugawą czerwoną mgłę, postanowił, że wraz ze swym oddziałem osłoni drużyny zajmujące pozycje. Dwudziestu czterech ułanów ruszyło za nim. Rozpędzali swe konie do granic możliwości. Ciężkie pociski prusaków, z wręcz przerażającą precyzją dosięgały jego ludzi, w czasie formowania szyku. Wreszcie rozkazał szarżę na pozycję nieprzyjaciela. Jego żądny krwi głos przyćmił na moment bitewny zgiełk. Ułani ruszyli do boju. Pędzili w luźnym szyku, prosto na zdumionych pruskich żołnierzy. Pułkownik jechał jako pierwszy. Gdy tylko dostrzegł czarny kształt we mgle, natychmiast opuścił lancę, nabijając nań jednego z żołnierzy. Po chwili prędko dobył szabli i ruszył w kierunku kolejnego. Ciął od dołu, gdyż spiczaste zakończenia pikielhauby skutecznie uniemożliwiały inny sposób ataku. Nagle, jeden z odłamków dosiągł jego wierzchowca. Koń wraz z pułkownikiem padł na ziemię. Strzyg szybko dobył pistoletu i począł strzelać do otaczających go Prusaków. Zabił łącznie trzech. Spojrzał za siebie. W kącikach jego oczu poczęły zbierać się łzy. Jego oddział został całkowicie wybity. Wrogie mechy dochodziły do pozycji zajmowanych przez resztę żołnierzy. W tamtej chwili, w pełni pojął, że klątwa była prawdziwa.

 

Niespodziewanie, powietrze przeciął ciężki pocisk, który trafił we wrogiego mecha. Machina zachwiała się, próbując złapać równowagę. Po chwili zgarnęła kolejne cztery trafienia, wybuchając w efektownej eksplozji. Pułkownik ucieszył się, ujrzawszy żywego Luperczyka wiozącego na drewnianym wozie, moduł lufowy polskiego mecha. Żołnierze wybiegli z zajmowanego budynku, napierając na zdecydowanie liczniejszego wroga. Zdezorientowani pruscy żołnierze, stopniowo rozpoczęli odwrót. Luperczyk okrążał w asyście dwóch oddziałów, pole bitwy i ostrzeliwał nieprzyjacielskie maszyny. Zdezorientowani piloci pomniejszych mechów, zaczęli rzucać się do ucieczki, pozostawiając na pastwę losu, atakowaną piechotę. Pułkownik ucieszył się, widząc, jak z góry przegrana bitwa, okazuje się jednym z największych jego zwycięstw. Gdy usłyszał za sobą, tupot końskich kopy, sądził, iż to jego chłopcy przybyli go zabrać. Jednakże jego entuzjazm znikł, kiedy z mgły, niczym przerażające widma wyłonili się czterej kirasjerowi. Chwilę później rapier przeszył jego klatkę piersiową. Powoli osunął się na ziemię, czując, jak życie wypływa z niego, mieszając się z gęstym bitewnym powietrzem. Nim śmierć wyciągnęła ku niemu rękę, zobaczył, jak zdziesiątkowani pruscy żołnierze, padają jeden po drugim. Jego chłopcy wykonali zadanie. Klątwa była prawdziwa.

 

Koniec

Komentarze

Skusiła mnie historia alternatywna, ułani i ogólnie tematyka militarna.

 

Jest tu jakiś cień pomysłu, ale zabiłeś go wykonaniem. Przede wszystkim brak tu wyrazistej fabuły i bohaterów. Po drugie strasznie to przegadane, a w efekcie dynamiki nie ma za grosz – a to powinna być podstawa takiej historyjki. Zwłaszcza gdybyś dynamiczną akcję zderzył z czymś, co niestety dość nieudolnie (za sprawą stylu) próbujesz budować na początku, czyli nastrojem zniechęcenia i strachu.

Pomysł fabularny niestety też nie rzuca na kolana, podobnych historyjek było sporo, trzeba by tu więcej oryginalnych pomysłów, żeby porwało.

No, nie wyszło, ale nie zrażaj się. Na forum jest tzw. betalista, na którą możesz w bardziej komfortowych warunkach wrzucić szkic czy pierwszą wersję tekstu.

 

Poniżej tylko orientacyjna łapanka baboli różnorakich. Błędnie postawionych i brakujących przecinków jednakowoż nie wskazuję, bo imię ich legion. Wyglądają, jakbyś miał spore pudełko przecinków i rozsypał je po tekście na chybił trafił.

 

Delikatny wiatr niósł ze sobą okropny ciężar, którego nie sposób było opisać.

Unikaj takich sformułowań. Są puste i nic nie wnoszą. No i nie przeładowuj tekstu metaforyką. To jest dopiero ciężar nie do opisania…

 

smukłe wibracje

????

 

zorza wojny

Zorza wojny???

 

Skalani zmęczeniem bezustannych walk, a co za tym idzie, stałym niepokojem o własne życie

Mieszasz rejestry stylistyczne, taki przeskok od wydumanej metafory do rzeczywistości, która skrzeczy, nie robi tekstowi dobrze.

 

Wisząca w powietrzu atmosfera

Ratunku!

 

– Panie pułkowniku! – Młody adiutant zasalutował. – Przynoszę nowy rozkaz.

Już wiemy, że on jest młody. Ta informacja prawdopodobnie jest, tak nawiasem mówiąc, zbędna, bo wiek nie gra tu żadnej roli. Skądinąd pułkownik jest na odmianę też młody, co po pierwsze podważa prawdopodobieństwo (ratunkiem byłby jedynie twist, w którym wiek nabierałby znaczenia, ale oczywiście go nie ma), po drugie nuży.

 

położone tuż za Pruską granicą

Po pierwsze pruskiej małą literą. Poza tym piszesz o odrodzonej Polsce, więc zakładam, że mamy czas niewiele po roku 1918, przywołani dalej bolszewicy to potwierdzają. Od 1871 do 1918 masz Cesarstwo Niemieckie (ew. II Rzesza), po 1918 Republikę Weimarską. Pytanie, czy będzie się nadal mówić o granicy “pruskiej” czy “z Prusami”?

 

pod stertą bezładnych papierów

raczej bezładną stertą papierów

 

odkąd do wojny włączyły się Prusy

No właśnie, pytanie: błąd czy celowa zmiana historii? Przypominam: królestwo Prus od 1871 jest tylko częścią Cesarstwa i raczej samo nie będzie się do wojny włączać. Czyli zmiana musi sięgać te pół wieku w głąb historii, a to ma spore konsekwencje. Choćby same Prusy: bez zjednoczenia i reszty państw Cesarstwa, miały małą szansę uzyskać taką pozycję, by odegrać realną rolę w I wojnie.

 

nad Polską ponownie zbierają się czarne kruki.

Kruki i wrony to co najwyżej rozdziobują, a nad czymś zbierają sie czarne chmury

 

Trzynasty Pułk im. Króla Zygmunta III Wazy, którym dowodził Strzyg, zyskał sobie przydomek „Pyrrus”.

Znaczy pułk miał taki przydomek? Troszkę to dziwnie brzmi (to określenie przydomek do pułku). Skądinąd pech pułku zaczął się chyba już od patrona, bo trudno sobie bardziej nieudolnego znaleźć. A ktoś, kto z kolei wymyślił tego Pyrrusa, nie miał chyba pojęcia o historii starożytnej, bo nie zauważam z tym konkretnym królem i wodzem żadnej styczności w przytoczonej następnie historii. Na upór: że wygrywają bitwy kosztem wielkich strat, ale to niezupełnie ta sama historia.

 

45-ty Pułk Piechoty

Liczebniki w literaturze zapisujemy zasadniczo słownie, choć w numeracji jednostek wojskowych można zostawić liczby, ale tak: 45 Pułk Piechoty lub XLV Pułk Piechoty, zależnie od zwyczaju w danym kraju

 

Mech, jak zwano ów maszyny, były największym osiągnięciem

Zdecyduj się na jedną formę gramatyczną. Skądinąd na Netflixie jest świetny film o historii czołgów, który pokazuje, że z tymi mechami to nie tak łatwo.

 

Zarówno w opisie losów pułku jak i działania mechów masz za dużo infodumpu.

 

Pułkownik, dostrzegając pewną okazję do podniesienia morale swych żołnierzy, skłamał o śmiesznie małej wartości bojowej nieprzyjaciela.

I oni tak po prostu uwierzyli? W początkach XX wieku, kiedy informacja już rozchodzi się dość szybko? Jakby trochę zaniżył, byłabym skłonna to przyjąć, ale śmiesznie mała?

 

Gdy tylko dostrzegł czarny kształt we mgle, natychmiast opuścił lancę, nabijając nań jednego z żołnierzy.

Jak na rożen? Chyba raczej przebijając nią.

Skądinąd “nań = na niego”, a więc do lancy się nie stosuje.

 

spiczaste zakończenia pikielhauby

To jakiś nowy model z kilkoma szpikulcami? Skądinąd to kolejny infodump

 

dosiągł → dosięgnął

 

wyłonili się czterej kirasjerowi → kirasjerzy

 

rapier przeszył jego klatkę piersiową

Rapier to broń XVI i XVII w., więc albo mamy tu wampira czy innego ożywieńca, albo hipstera, który w XX w. walczy w wojnie rapierem.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Morrku, czy to na pewno debiut? Bo mam wrażenie, że w czerwcu tego roku ukazało się tutaj opowiadanie Twojego autorstwa, identycznie zatytułowane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wybitnie nie moja tematyka, więc szanse na zachwycenie mnie miałeś nader nikłe.

Odnoszę wrażenie, że próbujesz pisać górnolotnie, ale robisz przy tym sporo błędów, więc efekt jest nieciekawy.

Przecinki żyją własnym życiem. Jest też trochę innych błędów.

– Pułkownik Strzyg, wraz ze swym 13 pułkiem, ma zdobyć i utrzymać miasteczko Verlust, położone tuż za Pruską granicą.

Czemu dużą literą?

Mech, jak zwano ów maszyny,

“Ów” odmienia się przez liczby i rodzaje.

stoi blisko stu tonowy potwór,

Stutonowy łącznie.

natychmiast opuścił lancę, nabijając nań jednego z żołnierzy.

nań = na niego

Babska logika rządzi!

Widać wyraźną inspirację obrazkami Różalskiego. Wykonanie nie jest najlepsze, na co już wyżej zwrócono uwagę. Samo opowiadanie nie jest zbyt szałowe, bo rzeczywiście sceny batalistyczne wymagają sprawnego stylu, pozwalającego na oddanie dramatyzmu. Tutaj wyszło raczej melodramatycznie z tą śmiercią dowódcy :) 

Ogólnie rzecz biorąc tragedii nie ma, ale trzeba będzie jeszcze sporo popracować. 

I po co to było?

Pod względem militarnym mocno nieprzekonujące.

Nazwę pułku raz piszesz rzymskimi, raz zwykłymi cyframi.

 

“Z jego nowo powstałego Pułku, ostało się jedynie dwudziestu czterech żołnierzy”. – Zbędny przecinek i “Pułku” małą literą. Ale przede wszystkim nierealna sprawa, by z niego pozostało 24 żołnierzy, i to podczas ataku. Pułk liczy zwykle 2 – 3 tys. żołnierzy i nawet w czasie największych klęsk nie zdarzało się, by ponosiły takie straty (ocaleliby choćby kucharze), chyba że cały dostałby się do niewoli.

 

“…dlaczego Naczelne Dowództwo nie poinformowało go o przebywającej w pobliżu, 9 Armii Zmechanizowanej, z którą mógł połączyć siły.” – Znów zbędny przecinek. Każdy pułk zazwyczaj jest w składzie dywizji i nie działa samodzielnie. Gdyby miał stracić łączność ze swoją dywizją i całą armią, możliwe tylko w wypadku załamania całej linii frontu, a tu takiej sytuacji nie opisujesz, zresztą to oni atakują, znaczy ten pułk.

I na koniec z tymi mechami. Wiem, że to specyfika gatunku zwanego steampunkiem (do którego kompletnie nie mogę się przekonać). To, że taki mech miałby wyprzeć z pola walki czołgi, jest skrajnym absurdem. Atak tych pruskich mechów zakończyłby się klęską, rozbity przez artylerię, bo stanowiłyby łatwy cel. A każdy pułk ma w składzie własną jednostkę artylerii, o czym w opowiadaniu nie wspomniano.

Mechy Różalskiego i w ogóle dwudziestolecie to już raczej dieselpunk, a nie steampunk, tak dla porządku :) A w pierwszym odcinku wspomnianego przeze mnie wcześniej dokumentalnego serialu na Netfliksie jest sporo o tym, jak to przydatność bojowa wczesnych czołgów była… głównie psychologiczna.

 

A skądinąd błąkający się samotnie, poza strukturami armii przeklęty pułk to akurat byłby niezły pomysł, szkoda, że go tu nie ma… Prawie zaczynam mieć pomysł na opowiadanie, więc zmilczę dalej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino – lepiej brygadę, albo, jeśli już, to dywizję. Zresztą pomyslałem sobie, że gdyby w tym opowiadaniu zamiast pułku była brygada, większość zastrzeżeń by znikła. I też przypomniałem sobie, że podczas wojny polsko bolszewickiej istniała podobna, całkowicie samodzielna jednostka generała Bałachowicza, zwana dywizją lotną. Fascynująca historia, opisana swego czasu w jednym z zeszytów historycznych.

E nie, moim zdaniem im mniejsza taka zabłąkana jednostka, tym lepiej. Nie za mała (raczej nie jeden batalion), ale też nie za duża, jeśli ma mieć fajne fabularne konsekwencje, a nie iść w duże tysiące luda. XX w. to nie moja bajka, ledwie o te klimaty zahaczam zainteresowaniami… Pułk jest o tyle fajny, że jest stosunkowo niezależną jednostką, i taktycznie, i organizacyjnie, i symbolicznie, więc tu większych zastrzeżeń bym nie miała. Byle skład miał sens, bo tu, mam wrażenie, niekoniecznie, ale też jakoś rewelacyjnie na tych czasach się nie znam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Właściwie mogę podpisać się pod komentarzem Drakainy. Jest tu fajny pomysł, ale wykonanie nie czyni mu zadość.

Przede wszystkim – brak bohatera, na którym mógłbym oprzeć swoje poznanie świata. Pułkownik to trochę mało, to raczej narzędzie fabularne niż pełnokrwista postać. W pewnym momencie miałem wrażenie, że jest tylko po to, by swoimi działaniami nadawać kierunek infodumpom. Bo niestety infodumpy rządzą tym tekstem – o wszystkim dowiadujemy się z akapitów pełnych informacji. Tymczasem, jak sam się przekonuję, czytelnicy wolą wszystko smakować od strony postaci. Trzynastka to pechowy pułk? Pokaż choćby okaleczonego weterana cytującego statystyki.

Militarnie jest średnio. Bitwa nie jest dramatyczna, pisanie takich starć to trudna sztuka. Brakuje definitywnie nakreślenia szerszego kontekstu wojny, bo czemu dowódca nie wiedział o innym zgrupowaniu nie podałeś. Może błąd dowództwa, może celowy sabotaż – zbyt wiele wyjaśnień, bym ja, jako czytelnik, mógł się domyśleć, które prawdziwe.

Podsumowując: jest tu pomysł, ale wykonanie niestety słabe. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Witaj Morrk :)

 

Miałeś całkiem fajny pomysł, ale żeby nadać mu odpowiedni kształt, musisz jeszcze sporo poćwiczyć. Mi akurat przypadła do gustu ta nieco dramatyczna końcówka, fajnie dodaje goryczy zwycięstwu ułanów.

 

W zasadzie przedpiścy już wszystko wypunktowali, następnym razem najlepiej wrzuć tekst na betalistę, żeby ktoś pomógł Ci to ogarnąć. Masz tendencję do rozmnażania przecinków, a to nie zawsze tak jest, że więcej znaczy lepiej ;)

Nowa Fantastyka