- Opowiadanie: nati-13-98 - Galdra – część 4

Galdra – część 4

Przychodzę z przedostatnią odsłoną historii Gaspara. Tym razem niedługi fragment, gdyż w książce zdecydowałam się podzielić zakończenie całego wątku na dwie krótsze części ;)

 

A tych, którzy nie znają, jak zwykle zapraszam do przeczytania poprzednich części! Wprowadziłam w nich drobną redakcję, więc mam nadzieję, że będzie się dobrze czytać :)

 

Galdra – część 1

Galdra – część 2

Galdra – część 3

Oceny

Galdra – część 4

Karczmarz zaczepił skalda tylko raz, potem pozwolił mu w spokoju siedzieć nad kuflem rozcieńczonego piwa. Gaspar najchętniej zasnąłby z głową i ramionami opartymi na szynkwasie, ale myśli wciąż zaprzątała mu miniona noc, z której zbyt mało rozumiał, by uwierzyć, że nie była tylko snem. To, co zobaczył, mogło, lecz nie musiało oznaczać śmierci dziewczyny. Tak czy inaczej, po raz pierwszy w życiu stracił kogoś, kto miał dla niego jakieś znaczenie.

Właściwie powinien się cieszyć, że nie siedzi teraz w Gal Andrze i nie łapie przez szpary w murach jedynych promieni słońca. Uwolnił się, ale nie akceptował ceny, jaką poniosła za to Huldara. Nie mógł też pogodzić się z myślą, że trollica odeszła z jego winy.

Próbował się obudzić, ale dotarło do niego, że przecież nie zasnął, nie spał przez ostatnie kilkanaście godzin. Wzmagający się w oberży ruch ostatecznie zmusił go do podniesienia głowy i doprowadzenia się do porządku.

– Już żeśmy się martwić zaczęli – powiedział ze szczerą troską karczmarz. – Że was wiedźma pod kluczem trzyma, o suchym chlebie i…

– Nie będzie was więcej niepokoić – odparł smutno Gaspar.

Oberżysta rozdziawił gębę, po czym, nie doczekawszy się wyjaśnień, zniknął na zapleczu.

– Panie poeto, żyjecie! – Nie minęła chwila, nim skalda dopadł znajomy chudzielec. – We wsi gadali, że…

– Jestem cały, dziękuję – wszedł wieśniakowi w słowo, nie kryjąc zniecierpliwienia.

– Coście tam tyle czasu robili, na bogów? – Nie dawał za wygraną. – Wiedźmę wywabiali?

– Wiedź… dziewczyna odeszła – wyjaśnił skald, siląc się na spokój. – Kozia Wieża jest pusta.

– Co też to gadacie, panie! – Wieśniak klepnął Gaspara w plecy. – Cześć i chwała się wam należy, żeście Galdrę spod mocy plugawych uwolnili!

– Nie żadne uwolnili – syknął. – Sama się uwolniła.

– Jako to? – Chudzielec rozwarł szeroko powieki.

– Tako to – prychnął zjadliwie Gaspar. – Nie ma jej i tyle.

– Strasznieście tajemniczy, panie. – Wieśniak odchrząknął zamaszyście. – Wnoszę, żeście chwili nie mieli na moje… miłosne sprawy…

– Ech… – mruknął skald. Listy były ostatnią rzeczą, o której chciał teraz myśleć. – Poczekajcie moment.

Sięgnął do torby i zaczął grzebać w poszukiwaniu wiadomości, których już dawno powinien był się pozbyć. Zatrzymał spojrzenie na leżącym na samym dnie zardzewiałym kluczu.

– Musicie być jeszcze trochę cierpliwi – odparł po dłuższej chwili. – Najpóźniej do jutra.

– Dzięki złote, panie! – Mężczyzna ucałował poetę w policzek, na co ten demonstracyjnie się obruszył. – Stawię się nazajutrz, z samego rana!

Zniknął w mgnieniu oka, nie zamęczając tym razem oberżysty kolejnymi dolewkami, a Gaspara drażniącymi pytaniami.

Skald wypił pierwszy, a zarazem ostatni łyk piwa. Smak trunku nie poprawił się od ostatniego razu ani odrobinę.

– Już wychodzicie? – Karczmarz wyrósł jak spod ziemi.

– Przejść się – wyjaśnił Gaspar. – Wieczorem znów zagram, jeśli taka wasza wola.

– A no, zagrajcie, zagrajcie! – Pokiwał głową z entuzjazmem. Wyglądał, jakby usilnie chciał o coś zapytać, ale ostatecznie się powstrzymał. Gaspar był mu za to wdzięczny.

Wiedział, gdzie pójdzie redagować i przepisywać listy. Wiedział też, że po raz kolejny nie ominą go plotki.

 

*

 

Wraz z zapadnięciem zmroku przyszedł wszechobecny spokój. Skald miał wrażenie, że Galdra usnęła dziś wcześniej, że nawet trunek nie mąci chłopom w głowach, lecz daje ukojenie. Przywitał go zalotny uśmieszek Aeinne, tym razem przesiadującej w towarzystwie postawnego i barczystego jegomościa – „tego drugiego”, jak domyślił się Gaspar. Joe, Bjorne czy jakkolwiek inaczej miał na imię, nie wzbudzał większego zaufania ani poważania niż chudzielec, któremu skald miał pomóc. Pożałował, że w ogóle dał się namówić na mącenie w tej sprawie.

Zagrał balladę, którą znalazł przypadkiem wśród niewysłanych listów i zapisków niedokończonych wierszy – dość starą, jeszcze z czasów wczesnej młodości. Nie uważał ją za wybitną ani szczególnie udaną, jednak poczuł, że w tej chwili bardzo jej potrzebuje. Była powolna i senna jak Galdra pozbawiona swego przedziwnego daru… albo przekleństwa, jak wciąż twierdzili tutejsi.

 

W nocy późnej porę

Podleciał w moją stronę

Ptak, co swym śpiewnym głosem

Rozbudził cały świat

Błąka się gdzieś w oddali

Czeka, aż dasz mu znak

 

Aeinne położyła głowę na ramieniu osiłka i przymknęła oczy w zadumie. „Wygląda na szczęśliwą”, pomyślał Gaspar, ale zaraz przypomniał sobie, że kwestia tego, kto w tej chwili ją obejmuje, pewnie wciąż nie miała dla dziewczyny większego znaczenia.

 

Przynosi senne róże

Wieje chłodny wiatr

Martwa cisza chłonie

Ów różany sad

 

Gaspar dopiero teraz poczuł, że walczy z zaśnięciem. Pominął nawet moment, w którym miał zaśpiewać kolejny fragment, ale nikt poza nim nie mógł tego wiedzieć. Goście oberży słyszeli tylko delikatne pobrzękiwania lutni, łagodne jak kołysanka.

Galdra odzyskała spokój, bo nie miała już samotnego więźnia. Skald uświadomił sobie, że rzeczywiście było w tym coś kojącego.

 

Leci, pośród drzewa

Spada róży kwiat

Nie zdążę go uchwycić

Czuję w sercu brak

 

„Mogłaby śpiewać tu razem ze mną”, przyszło mu nagle do głowy. Gdyby tylko nikt nie wiedział, kim naprawdę jest… Tańczyłaby w półmroku i układała własną balladę. Gaspar uśmiechnął się, a potem zasmucił na tę myśl.

Sen, teraz tylko on się liczył. Tym razem przyszedł szybko, ledwie skald powłóczył do izby i położył się na posłaniu. Spał niczym kamień.

 

*

 

Gdy otworzył oczy, słońce wpadało już przez okno, rozświetlając pomieszczenie. Pierwszą rzeczą, która dotarła do jego świadomości, był przeraźliwy ból głowy, jak gdyby minionego wieczora porządnie się wstawił.

Przez moment zdawało mu się, że widzi w promieniach czyjąś sylwetkę. Natychmiast pomyślał o Aeinne, wymruczał nawet jej imię, ale uzmysłowił sobie, że postać jest zbyt niewyraźna, by mogła być prawdziwa, że tylko majak może się tak rozmywać.

Przetarł oczy i rozciągnął ramiona. Rozwarł szerzej powieki, po czym wrzasnął przeraźliwie i skulił się w kącie. Zaczął nerwowo mrugać, jednak wzrok go nie mylił, widział teraz wyraźnie powidok postaci, blady i nieruchomy.

– Weź się w garść – powtarzał niezliczoną ilość razy. – Weź się…

Dopiero po chwili ją rozpoznał. Biała, teraz wręcz przeźroczysta twarz zastygła w powadze, przez co dziewczyna w tak niewielkim stopniu przypominała samą siebie. Jaśniutkie włosy, które Gaspar ostatnim razem widział w szarej, kamienistej barwie, znów opadały na zwiewną szatę, z kolei duże, przenikliwe oczy lustrowały go niepokojąco.

– Huldara? – spytał niepewnie. Przeraził się jeszcze bardziej, gdy postać przytaknęła. – Co ty…? Jak…?

Mógłby pomyśleć, że znów ma przed sobą przemienioną w kamień trollicę, ale zjawa szybko wyprowadziła go z błędu. Gaspar przycisnął się do ściany jeszcze bardziej, gdy dziewczyna podeszła i usiadła na łóżku.

– Odbija mi… – westchnął, oddychając ciężko. – Odbija…

Nie miał już dokąd uciec, gdy zbliżyła drobniutką dłoń i położyła na jego kolanie. Skald widział to, lecz nie poczuł absolutnie niczego. Ledwo się powstrzymywał, by nie wpaść w panikę.

– Ciebie nie ma! – wrzasnął bezradnie, na co mglista postać odsunęła rękę. – Pożegnałem cię, tam, przy Gal Andrze! Zamknąłem cię w tej przeklętej wieży!

Huldara, a raczej to, co zdawało się nią być, zmarszczyło brwi z wyraźnym niezadowoleniem. „Tak, teraz bardziej przypominała siebie”.

– Czego chcesz? – westchnął, trzęsąc się ze strachu i ocierając pot z czoła. – Czego chcesz, do cholery?

Zacisnął powieki, spod jednej z nich polała się łza. Gdy na powrót lekko je rozchylił, Huldara wciąż przy nim siedziała, jednak jej twarz się zmieniła. Gaspar zobaczył figlarny uśmieszek, tak bardzo znajomy. W szklistych oczach Huldary odnalazł spokój.

– To… to naprawdę ty? – Przełknął głośno ślinę.

Odpowiedziała kiwnięciem. Tym razem on wyciągnął rękę, drżącą i wilgotną od potu. Chciał dotknąć trollicy, ale poczuł tylko miękkość posłania. Powędrował dalej, lecz nie natrafił na ciało, szyję ani twarz, ramiona również były jedynie mgłą, bytem na granicy istnienia i nieistnienia.

– Dlaczego? – spytał z przerażeniem.

Huldara znów spoważniała i położyła sobie rękę na sercu. „Ból”, pierwsze słowo, które przyszło skaldowi do głowy. Kolejnym była „tęsknota”.

– Ty… nie mówisz? – bardziej stwierdził, niż spytał. – Nie możesz mówić?

Potwierdziła, spuszczając nieśmiało wzrok.

– Pewnie, że nie mówisz – rzucił ostro. – Skoro nie istniejesz!

Podniósł się i żwawym krokiem wyszedł z izby, nie szczędząc sobie zamknięcia drzwi z hukiem.

Obejrzał się za siebie dopiero, gdy siedział już przy szynkwasie, z miną tak skwaszoną, że oberżysta wręcz się go wystraszył.

– Co panu? – zaniepokoił się mocno. – Panie poeto?

Gaspar nie reagował, wpatrzony w schody, a raczej to, co na nich stało i zaglądało w jego stronę. Zamrugał kilka razy, ale Huldara wciąż była tak prawdziwa jak balustrada, o którą opierała przeźroczyste łokcie.

– Zwariowałem – powiedział drżącym głosem. – Na wszystkich bogów, zwariowałem!

– Co też to opowiadacie? – Gaspar odwrócił się dopiero, gdy karczmarz szarpnął go za ramię. – Czegóż to tam wypatrujecie?

– Medyka. – Skald wlepił w oberżystę przepełnione strachem spojrzenie. – Medyka mi trzeba!

– Uspokójcie się. – Karczmarz chwycił go za ramiona w mocnym uścisku. – Co wam jest?

– Nie zrozumiecie… – westchnął Gaspar, po czym schował twarz w dłoniach i natychmiast się rozpłakał.

– Ejże, umarł wam kto? Baba do rzyci nakopała?

Skald załkał jeszcze kilka razy, aż w końcu otarł łzy, starając się nad sobą zapanować.

– Medyka – mruknął beznamiętnie, pociągając nosem. – Albo magika jakiego, kogokolwiek.

– Jest w mieście zielarz, jeśli to was zadowala – odparł wciąż zmartwiony karczmarz. – Dwie przecznice stąd, koło szewca. Jak pójdziecie…

– Znajdę, dziękuję – rzucił nerwowo i wstał, upewniając się, że Huldara wciąż bacznie mu się przygląda.

– Ale darmo wam nie pomoże – dodał karczmarz. – Groszem to on nie gardzi.

Gaspar przytaknął. Przypomniał sobie o listach, które teraz już na pewno musiał wymienić na trochę miedziaków.

– Był tu u was ten jegomość, co o Koziej Wieży opowiadał?

– A żeby to raz! – Mężczyzna machnął ręką, nie kryjąc pretensji. – Od świtu co godzinę zagląda, wypytuje o was.

Skald zaklął pod nosem. Podziękował karczmarzowi i wrócił do izby, udając, że nie widzi podążającej za nim zjawy.

Natychmiast zabrał się za przepisywanie starych listów. Co chwilę obrzucał gniewnym spojrzeniem Huldarę, która siedziała tuż obok i bacznie przyglądała się jego pracy.

– Czego ty ode mnie oczekujesz? – spytał, rozkładając papiery. – Nie możesz sobie po prostu iść, do innych trolli?

Pokręciła przecząco głową, z miną pełną poirytowania.

– To zemsta, tak? – Spojrzał prosto w jej mgliste oczy. – Będziesz mnie teraz śledzić, patrzeć mi na ręce? – Zdziwił się, gdy zaczęła wymachiwać nerwowo rękami. – Jak sobie chcesz.

Nie odezwał się więcej, skupiony całym sobą na przepisywaniu listów. Próbował ignorować zjawę, jednak jej obecność dawała mu się we znaki aż zanadto.

Po skończonej pracy spakował listy do torby i ruszył w kierunku drzwi. W pierwszym momencie chciał ominąć trollicę, ale strach ustąpił już w nim na tyle, że pozwolił sobie na drobną złośliwość. Huldara nie wyglądała na zachwyconą, gdy przemknął prosto przez nią.

Koniec

Komentarze

Druga część.

Czyta się dobrze. Wątki rozwijają się ciekawie.

Ale:

Koziołki jako zagrożenie życia chyba za małe. I to ich zaginięcie w wieży trochę podejrzane, chyba że się wyjaśni.

Wiejski amant nie powinien mieć zmarszczek na dłoniach. Musiałby być bardzo stary.

Huldara strasznie dużo chichocze, jeśli to ma uzasadnienie dalej to ok ale jeśli nie to za dużo;)

Ambush, dzięki za komentarz! Koziołki zainspirowane są pewną znaną legendą, w której również dały się we znaki ;) Co do zmarszczek – chciałam zasygnalizować „pierwsze zmarszczki”, które pojawiają się u ludzi w młodszym wieku, ale rozumiem, że może to nie do końca pasuje. A chichocząca Huldara… cóż, taki ma figlarny (i celowo drażniący) temperament, co zrobić ;)

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Wpisałam pod 4 częścią a czytałam dopiero drugą. Sorki za zamieszanie.

Jutro 3.

Nie szkodzi ;) Dzięki!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Oczywiście, że się podobało! Fajny, niedługi fragment, w którym bohater nie przeżywa jako takiej przygody, ale odczuwa konsekwencje poprzednich w swoim już dość zwyczajnym, jak na barda, życiu.

Uwagi:

  1. Sam jestem fanem takiej stylizacji, ale “żeście” i sama cząstka “ście” w mowie wieśniaka (+ “żeśmy” w kwestii karczmarz) pojawiają się trochę zbyt często i nie czyta się tego zbyt dobrze. Z części bym zrezygnował.

– Już żeśmy się martwić zaczęli – powiedział ze szczerą troską karczmarz. – Że was wiedźma pod kluczem trzyma, o suchym chlebie i…

– Nie będzie was więcej niepokoić – odparł smutno Gaspar.

Oberżysta rozdziawił gębę, po czym, nie doczekawszy się wyjaśnień, zniknął na zapleczu.

– Panie poeto, żywiście! – Nie minęła chwila, nim skalda dopadł znajomy chudzielec. – We wsi gadali, że…

– Jestem cały, dziękuję – wszedł wieśniakowi w słowo, nie kryjąc zniecierpliwienia.

Cóżeście tam tyle czasu robili, na bogów? – Nie dawał za wygraną. – Wiedźmę wywabiali?

– Wiedź… dziewczyna odeszła – wyjaśnił skald, siląc się na spokój. – Kozia Wieża jest pusta.

– Co też to gadacie, panie! – Wieśniak klepnął Gaspara w plecy. – Cześć i chwała się wam należy, żeście Galdrę spod mocy plugawych uwolnili!

– Nie żadne uwolnili – syknął. – Sama się uwolniła.

– Jako to? – Chudzielec rozwarł szeroko powieki.

– Tako to – prychnął zjadliwie Gaspar. – Nie ma jej i tyle.

– Strasznieście tajemniczy, panie. – Wieśniak odchrząknął zamaszyście. – Wnoszę, żeście chwili nie mieli na moje… miłosne sprawy…

  1. Wiem, że w poniższym zdaniu to tak specjalnie, ale też jakoś dziwnie się to czytało. Chyba po usunięciu wyróżnionego słowa wyjdzie naturalniej.

– Co panu, panie? – zaniepokoił się mocno. – Panie poeto?

Pozdrawiam i standardowo czekam na więcej :)

PanDomingo, dziękuję za przeczytanie kolejnej części i uwagi! 

Co do stylizacji, spróbuję się temu przyjrzeć, może gdzieś będzie się dało zamienić na inną formę. Do drugiego punktu się zastosuję ;)

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Cieszę się, że Huldara jednak trochę jest z nami;)

Czekam niecierpliwie na zakończenie.

Huldara nie poddaje się tak łatwo ;) Dziękuję!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Przybyłam!

Przyjemny fragment. Jestem ciekawa, jak zakończy się ta przygoda Gaspara. :) Szkoda jedynie, że trollica wciąż nie daje mu spokoju. Biedny. :(

 

Cieszę się z Twojego przybycia! heart Trochę zagubiony ten Gaspar… czegoś takiego się nie spodziewał ;) A ostatni rozdział już niebawem!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Nowa Fantastyka