- Opowiadanie: Gekikara - Księżycowy Książę i smok - czyli dramat wojenny w jednym akcie o pięciu scenach

Księżycowy Książę i smok - czyli dramat wojenny w jednym akcie o pięciu scenach

Oto kolejny z moich literackich eksperymentów, myślę, że jak na razie ostatni, czyli w zamiarze mam powrót do tekstów bardziej standardowych. :P

 

Poetyckich purystów od razu przepraszam za dość (dość, hehe) swobodne potraktowanie zapisu jak i fragmentów wierszy w ogóle. Mam nadzieję, że przez to duchy wyklętych (poetów, nie żołnierzy) nie będą mnie nawiedzać.

 

CM, Olciatka, Outta Sewer, Silva, Zanais - bardzo dziękuję wam za betę, za łapanki i wrażenia ogólne, które skłoniły mnie do publikacji tekstu w tym miejscu :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Księżycowy Książę i smok - czyli dramat wojenny w jednym akcie o pięciu scenach

 

AKT I

i ostat­ni – to jest taki, który za­wie­ra po­czą­tek, śro­dek i ko­niec

 

 

Scena Pierw­sza – w któ­rej nar­ra­tor umie­ra tra­gicz­nie o włos od ra­tun­ku

 

Noc jest bez­chmur­na. Księ­życ w pełni oświe­tla po­grą­żo­ne w ciszy ruiny mar­twe­go mia­sta. Pro­mie­nie sre­brzy­ste­go bla­sku pa­da­ją na ob­dra­pa­ną fa­sa­dę bu­dyn­ku, który nie­gdyś był te­atrem, a teraz sta­no­wi azyl oca­la­łych. Jeśli za­mknąć tam oczy i wy­ci­szyć myśli, wciąż można usły­szeć od­bi­ja­ją­ce się w mu­rach echo dzie­sią­tek wy­sta­wio­nych sztuk, setek wy­śpie­wa­nych arii i ty­się­cy po­ema­tów re­cy­to­wa­nych przez daw­nych mi­strzów, za­pew­nia­ją­ce ochro­nę temu miej­scu. Przynajmniej tak twier­dzi John, kiedy opowiada o teatrze, próbując dodać mi sił.

Tam zmie­rza­my.

Nie­wie­le drogi zo­sta­ło nam do po­ko­na­nia, le­d­wie trzy prze­czni­ce, ale nie wiem, czy wcze­śniej nie wy­zio­nę ducha. Pa­skud­na rana cią­gnie się od pępka do le­we­go bio­dra. John po­ma­ga mi iść. W za­sa­dzie to on idzie, ja wlokę się po ru­mo­wi­sku pod­trzy­my­wa­ny siłą jego ra­mion.

Już nie­da­le­ko.

– Jak z tobą?

To jasne, że kiep­sko, ale John pyta z in­ne­go po­wo­du. Ro­zu­miem go. Musi za­cho­wać ostroż­ność.

Pono sen, brata śmier­ci, dają nam anie­li, iżby zgonu był zna­kiem. O, jakże pra­gnę umrzeć czym prę­dzej, je­że­li to jest nieba przed­sma­kiem! – od­po­wia­dam, cy­tu­jąc By­ro­na. Do sa­me­go końca będę go nosić jako pan­cerz.

– Mo­głeś wy­brać inny frag­ment – mru­czy i nie pyta już wię­cej, a ja pró­bu­ję się uśmiech­nąć, ale krew za­le­wa mi usta. Jest źle, ale nie bez­na­dziej­nie. Przy­naj­mniej po­zo­sta­ję sobą.

Od wrót te­atru dzie­li nas ja­kieś dzie­sięć me­trów, kiedy nie­spo­dzie­wa­ny wy­buch ob­ra­ca w nie­byt opu­sto­sza­łą ka­mie­ni­cę po dru­giej stro­nie ulicy. Pa­da­my na zie­mię. John z po­wo­du in­stynk­tu obron­ne­go; ja – bo John już mnie nie pod­trzy­mu­je. Do­się­ga nas grad odłam­ków i pyłu, na szczę­ście co więk­sze frag­men­ty lą­du­ją opo­dal.

John wsta­je, ale brak mu sił, by mnie pod­nieść. Chwy­ta mnie pod pa­cha­mi i wle­cze ostat­nie kilka kro­ków, a potem wcią­ga po scho­dach i zostawia opar­te­go o jedną z kolumn portyku. Posyła mi zmartwione spojrzenie, a potem zaciska pięść i co tchu łomocze we wrota.

To mi się na­zy­wa stu­ka­nie! Gdyby czło­wiek był odźwier­nym pie­kiel­nej bramy, do­brze by mu­siał ob­ra­cać klu­czem – od­zy­wa się straż­nik po dru­giej stro­nie wrót. – Kto tam, w imię Bel­ze­bu­ba?! 

– Otwie­raj, Will! Mam ran­ne­go! – W gło­sie mo­je­go wy­baw­cy sły­szę de­spe­ra­cję i do­my­ślam się, jak źle muszę wy­glą­dać.

– Niech po­ka­że ręce – od­po­wia­da tam­ten po na­my­śle.

– Na li­tość boską, leży ledwo żywy! Otwie­raj tę cho­ler­ną bramę!

– Niech coś za­de­kla­mu­je. – Straż­nik po­zo­sta­je nie­ubła­ga­ny. Wła­śnie taki po­wi­nien być straż­nik, wła­śnie tak po­wi­nien po­stę­po­wać i nie mogę go za to winić, choć od utra­ty krwi pew­nie już je­stem blady jak bie­lo­ne płót­no.

Wtem przy­cho­dzi do mnie zro­zu­mie­nie. To jest ta chwi­la. Sto­sow­ną stro­fę od dawna mam już wy­bra­ną, więc zbie­ram ostat­ki sił, by wydać z sie­bie głos.

Po co na­dę­te płacz­ków ko­ro­wo­dy? Sa­me­mu wy­stą­pić po­zwól­cie do dołu. Nie chciał­bym chmu­rzyć ni­czy­jej po­go­dy i brać we­se­la ko­cha­ne­mu czołu.

Gdy ostat­nia gło­ska tonie w ciszy noc­nych dźwię­ków, za­my­kam oczy i konam.

 

 

Scena druga – w któ­rej po raz pierw­szy sły­szy­my o Księ­ży­co­wym Księ­ciu

 

Wnę­trze holu. Przez za­ku­rzo­ne okna w ko­pu­la­stym su­fi­cie wpada nie­wie­le świa­tła, a grube mury tchną zim­nem, więc garst­ka męż­czyzn grze­je się przy ogni­sku pośrod­ku po­miesz­cze­nia. Roz­ma­wia­ją i grają w karty, ob­ser­wo­wa­ni przez spło­wia­łe ob­li­cza dawno za­po­mnia­nych ak­to­rów spo­glą­da­ją­ce z ob­le­pio­nych pla­ka­ta­mi ścian.

Męż­czyź­ni prze­ry­wa­ją grę, gdy ich uszu do­bie­ga­ją prze­kleń­stwa ci­ska­ne przez kogoś, kogo straż­nik wła­śnie wpu­ścił do środ­ka.

– Ktoś wró­cił z ob­cho­du mia­sta – oznaj­mia siwy bro­dacz z prze­pa­ską na oku i do­rzu­ca do puli garść ko­lo­ro­wych szkie­łek. – Spraw­dzam.

– Są­dząc po od­gło­sach, w pod­łym na­stro­ju – do­po­wia­da kę­dzie­rza­wy blon­dyn sie­dzą­cy obok star­ca, wyj­mu­je z kie­sze­ni kilka ta­nich pier­ścion­ków i kła­dzie je na ster­tę dro­bia­zgów wszel­kiej maści. – Pod­bi­jam.

– To przez Willa, jest dziś na war­cie – za­uwa­ża ko­lej­ny, stu­diu­jąc karty, które ma w ręku.

– Po­waż­ny Will?

– Sza­lo­ny Will.

– Na dzie­sięć muz, on cią­gle gada Sha­ke­spe­arem!

– A niech­by i przez sen re­cy­to­wał so­ne­ty, sza­leń­stwo to też ozna­ka czło­wie­czeń­stwa.

– Nie­kie­dy je­dy­na.

– Pas.

Taką roz­mo­wę pro­wa­dzą, gdy od­głos cięż­kich kro­ków zbli­ża się, aż w końcu do holu wcho­dzi po­kry­ty sza­rym pyłem ste­ra­ny wę­dro­wiec. Prze­gar­nia włosy, wzdy­cha i siada przy ogniu, a naj­młod­szy z gra­czy, z czap­ką li­sto­no­sza wło­żo­ną na ba­kier, po­da­je mu ma­nier­kę. Wę­dro­wiec po­cią­ga łyk, krzy­wi się i kasz­le, a potem znowu pije.

– Pra­wie go ura­to­wa­łem – mówi, pa­trząc w ogień. – Pra­wie zdą­ży­łem.

Gra­ją­cy w karty pa­trzą po sobie i ki­wa­ją gło­wa­mi. Każdy z nich zna to uczu­cie. Wszy­scy są zwia­dow­ca­mi, za­pusz­cza­ją się w od­le­głe re­jo­ny mia­sta w po­szu­ki­wa­niu ksią­żek, in­stru­men­tów, płyt gra­mo­fo­no­wych i je­dze­nia. Cza­sem tra­fia­ją na in­nych oca­la­łych. Zbyt czę­sto znaj­du­ją ich o kilka se­kund za późno.

– Czu­jesz się podle, ale to do­brze. – Za­pa­dłą ciszę prze­ry­wa kę­dzie­rza­wy. – To znak, że nadal jest w tobie wiele z czło­wie­ka. Dwie na­tu­ry w nas wal­czą… – prze­ry­wa i milk­nie, wi­dząc wście­kłe spoj­rze­nie za­ku­rzo­ne­go przy­by­sza.

– Wy­pra­wia­łem się kie­dyś dość da­le­ko na wschód, kiedy jesz­cze nie ozna­cza­ło to nie­chyb­nej śmier­ci – roz­po­czy­na opo­wieść sta­ru­szek z opa­ską na oku, do­da­jąc do puli trzy złote spin­ki do man­kie­tów. – Spraw­dzam – rzuca mię­dzy zda­nia­mi, ale zaraz wraca do wcze­śniej pod­ję­tej hi­sto­rii. – Zna­la­złem pra­wie nie­tknię­ty sklep z an­ty­ka­mi i wra­ca­łem tam kilka razy, nim nie prze­nio­słem w bezpieczne miejsce wszyst­kie­go, co war­to­ścio­we, czyli w za­sa­dzie wszyst­kie­go, co tam było. Nawet teraz mam przy sobie lu­ne­tę stamtąd, albo… Na czym to ja… Któ­re­goś razu do­strze­głem świa­tło w oknie na dru­gim pię­trze. Pra­wie nie­wi­docz­ne wą­skie pasmo cie­płej bieli mię­dzy dwie­ma gru­by­mi za­sło­na­mi. Wcho­dzę na górę, a tam młoda dziew­czy­na, może pięt­na­sto­let­nia, tań­czy w stro­ju ba­le­ri­ny. Nie sły­szę mu­zy­ki, ale z nią jak z po­ezją, za­wsze gra temu, kto nosi ją w sobie. Dziew­czy­na nie za­uwa­ża mojej obec­no­ści, pa­trzę na nią przez kilka minut, nie za­mie­rza­jąc nic po­wie­dzieć, póki ta­niec nie do­bie­gnie końca – opo­wia­da, a kę­dzie­rza­wy waży moc swo­ich kart.

– Pas – de­cy­du­je w końcu, a sta­ru­szek prze­ry­wa mo­no­log by zgar­nąć pulę świe­ci­de­łek.

– Spo­tka­łem ją potem jesz­cze pięć czy sześć razy – kon­ty­nu­uje. – Tro­chę roz­ma­wia­li­śmy, ale głów­nie ona tań­czy­ła, a ja pa­trzy­łem, jak to robi. Przed­sta­wie­nie wy­ma­ga prze­cież pu­blicz­no­ści. Nie chcia­ła pójść ze mną, bo cze­ka­ła na sio­strę, która wy­szła przed kil­ko­ma ty­go­dnia­mi. Oby­dwo­je wie­dzie­li­śmy, że nie wróci, ale nie mó­wi­li­śmy o tym. Ostat­nie­go dnia wszyst­ko się zmie­ni­ło. Zna­la­złem ją za­pła­ka­ną w ciem­nym po­ko­ju, ze skrę­co­ną kost­ką. Nie mogła tań­czyć. Kiedy wi­dzia­łem ją po raz ko­lej­ny, pró­bo­wa­ła mnie zabić dla kilku kon­serw, które mia­łem w ple­ca­ku. Za­miast pa­znok­ci miała pa­zu­ry, za­miast zębów kły dłu­gie na cal.

– Dwie na­tu­ry w nas wal­czą – po­wta­rza kę­dzie­rza­wy, ki­wa­jąc głową jakby był świadkiem ob­ja­wie­nia naj­więk­szej praw­dy. – Czło­wie­cza i zwie­rzę­ca. Póki pierw­sza prze­wa­ża, ludź­mi po­zo­sta­je­my.

– Ten przy­pa­dek był inny – wtrą­ca się przy­bysz, do­tych­czas za­pa­trzo­ny w ogień. – Nie zna­łem go wcze­śniej. Nie po­zna­łem z imie­nia. Do końca po­zo­stał sobą, re­cy­to­wał By­ro­na nim wy­zio­nął ducha.

– Poeta?! Nie może być! Ostał się jakiś poza te­atrem?

– Nie za­drę­czaj się dla­te­go, że…

– Nie to jest po­wo­dem – od­pie­ra zmę­czo­ny wę­dro­wiec. – My­śla­łem, że się uda, że oca­le­je, bo gdy go spo­tka­łem, sam Księ­ży­co­wy Ksią­żę wal­czył w jego obro­nie.

– Mówią, że ma sie­dem stóp wzrostu i spoj­rze­niem kru­szy stalowe pancerze istot wojny – wtrą­ca naj­młod­szy. – Po­ja­wia się tylko w księ­ży­co­wym świe­tle, re­cy­tu­jąc Ho­ra­ce­go…

– Bzdu­ra! Wi­dzia­łem go raz, cy­to­wał Co­le­rid­ge’a! – wtrą­ca kę­dzie­rza­wy.

– Mó­wisz tak, bo to twoja po­ezja!

– Może zna ich wiele?

– Był śred­nie­go wzro­stu – wspo­mi­na wę­dro­wiec i spory milk­ną, bo nad­szedł czas ko­lej­nej opo­wie­ści, a jak wia­do­mo, te przy ogni­sku mają pierw­szeń­stwo i nie na­le­ży ich prze­ry­wać. – Ze zmierz­wio­ną grzy­wą, ubra­ny w szu­sto­kor jak osiem­na­sto­wiecz­ny lord i uzbro­jo­ny w szpa­dę, od­pie­rał ataki na­pie­ra­ją­cych ze­zwie­rzę­co­nych. Cy­to­wał przy tym po­ezję Ke­at­sa.

 

 

Opo­wieść Johna mię­dzy sceny wrzu­co­na, dzię­ki któ­rej za­czy­na­my ro­zu­mieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi

 

Szu­ka­łem Marka Twa­ina, co było ry­zy­kow­ną spra­wą, bo w bi­blio­te­kach i księ­gar­niach lubią czaić się istoty wojny po­lu­ją­ce na po­dróż­ni­ków. Cza­sem też za­pusz­cza­ją się tam ze­zwie­rzę­ce­ni, w któ­rych nie zo­sta­ło już nic z czło­wie­ka i nie mają opo­rów, by żywić się ludz­kim mię­sem.

Nie­wie­le z tych miejsc roz­ta­cza wokół aurę po­dob­ną do tej, którą ma nasz teatr. Może jest obec­na w czy­tel­niach, tam gdzie wciąż da się dosły­szeć szmer ty­się­cy prze­wra­ca­nych stron,  ale nie na tyle silna, by długo powstrzymywać zezwierzęconych przed pościgiem za ofiarą.

Mu­sia­łem jed­nak ru­szyć na po­szu­ki­wa­nia, nie mia­łem wy­bo­ru. Po­stą­pić ina­czej by­ło­by jak spe­try­fi­ko­wać wła­sne su­mie­nie, roz­kru­szyć głaz i roz­rzu­cić szcząt­ki na wie­trze. Wzią­łem zle­ce­nie od Sta­re­go Finna. Bie­da­czek wraz z wie­kiem traci pa­mięć, a z nią wiarę. Jeśli za­po­mni, że czuć można coś wię­cej, niż głód i chęć prze­trwa­nia… wia­do­mo. Nie każdy ma to szczę­ście być ob­da­rzo­nym wraż­li­wo­ścią na po­ezję, która naj­głę­biej za­pa­da w serce i naj­dłu­żej w nim po­zo­sta­je. A prze­cież i tacy jak my za­po­mi­na­ją. Nie po­tra­fi­łem więc od­mó­wić Fin­no­wi, cho­ciaż w za­mian mógł za­ofe­ro­wać tylko garść ko­lo­ro­wych kap­sli, z któ­rych zła­zi­ła farba.

Wy­ty­czy­łem szlak na po­łu­dnie, za­zna­czyw­szy wszel­kie księ­gar­nie, filie bi­blio­tecz­ne i domy bibliofilów, które znalazłem i oznaczyłem na mapach pod­czas wcze­śniej­szych wy­praw. Za punkt koń­co­wy wybrałem ruiny bi­blio­te­ki uni­wer­sy­tec­kiej, choć nie spo­dzie­wa­łem się zna­leźć tam wiele. To był jeden z pierw­szych bu­dyn­ków znisz­czo­nych przez stada bom­bow­ców, które zja­wi­ły się z wilczymi hor­da­mi.

Pierw­sze trzy miej­sca oka­za­ły się roz­cza­ro­wa­niem.

Do­brze znane, umiej­sco­wio­ne w bez­piecz­nej stre­fie, gdzie stalowe bestie wi­dy­wa­no rzad­ko, były już do­kład­nie wy­czysz­czo­ne. Nie zna­la­złem nawet po­rad­ni­ków, cho­ciaż je­dy­ne do czego się na­da­ją, to pod­sy­ca­nie pło­mie­ni.

Czwar­ty punkt na mojej dro­dze zna­łem tylko ja. Na­tra­fi­łem na niego przy­pad­kiem, szu­ka­jąc spraw­nych za­mra­ża­rek, w któ­rych mogło za­cho­wać się jesz­cze ja­kieś po­rząd­ne je­dze­nie. W ob­dra­pa­nej ka­mie­ni­cy, która spra­wia­ła wra­że­nie, jakby uwiecz­nio­no ją na fo­to­gra­fii se­kun­dę przed za­wa­le­niem, na dru­gim pię­trze, gdzie pro­wa­dzi­ły stro­me, czę­ścio­wo znisz­czo­ne scho­dy, zna­la­złem kiedyś miesz­ka­nie wy­glą­da­ją­ce jak raj ze snu fi­lo­lo­ga.

Tam ich spo­tka­łem.

 

*

 

Usły­sza­łem ich, nim prze­kro­czy­łem próg ka­mie­ni­cy.

Wrza­ski ze­zwie­rzę­co­nych prze­pla­ta­ły się z re­cy­to­wa­ną me­lo­dyj­nie „Odą do sło­wi­ka”. Wraz z za­koń­cze­niem każ­de­go wersu któ­ryś z opa­no­wa­nych mor­der­czym sza­łem lu­do­żer­ców wy­da­wał z sie­bie szcze­gól­nie gło­śny, nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny dźwięk. Z jakiegoś powodu stado niegdyś-ludzi pod­dawa­ło się ryt­mo­wi wier­sza.

O, pra­gnę hau­stów wina z naj­lep­sze­go zbio­ru

(jęk)

Które przez lata w chłod­nej pie­cza­rze doj­rze­wa;

(wark)

Zie­le­nią pól, we­se­lem słoń­ca i roz­ko­szą Flory,

(szczek)

Tań­cem, pro­wanc­ką piosn­ką w ustach śpie­wa!

(wrzask)

Po­pra­wi­łem ka­bu­rę pi­sto­le­tu u paska, gotów do uży­cia broni, choć rzad­ko po nią sięgałem i służyła mi bardziej do wzbudzenia strachu, niż do wyrządzenia komuś krzywdy. Strzelec był ze mnie kiepski, ale nie miałem w zamiarze doskonalić się w tym fachu. Naj­lep­szym z nich – choć­by naj­szla­chet­niej­szym, wal­czą­cym nie z ze­msty czy nie­na­wi­ści, ale dla spra­wy i w obro­nie in­nych – już dawno wy­ro­sły pa­zu­ry. Wsze­dłem do środ­ka z duszą na ra­mie­niu. Ogar­ną­łem spoj­rze­niem wąską klat­kę scho­do­wą, ale ni­ko­go nie za­uwa­ży­łem. Hałas do­bie­gał z góry.

Nie tra­cąc czasu, wbie­głem na scho­dy, które przy każ­dym kroku skrzy­pie­niem desek rzu­ca­ły ku mnie groź­by i wpa­dłem na pierw­sze pię­tro. Tam byłem świad­kiem czegoś, co na za­wsze za­cho­wam w pa­mię­ci – a przy­naj­mniej do­pó­ty, dopóki nie za­cznie mnie ona opusz­czać jak Sta­re­go Finna.

Pośrod­ku ko­ry­ta­rza, w księ­ży­co­wej po­świa­cie wpa­da­ją­cej do środka dzięki wy­bi­tej przez jeden z nie­wy­bu­chów dziurze, w tu­ma­nach kurzu i pyłu wi­ru­ją­cych w świe­tle ni­czym mi­kro­sko­pij­ne tor­na­da, stał on – Srebr­ny Szer­mierz, Het­man Po­etów, Księ­ży­co­wy Ksią­żę. Do tej pory tylko sły­sza­łem opo­wie­ści, ale nie da­wa­łem im wiary. Ro­man­tycz­ne wizje były dla mnie jedynie fan­ta­zja­mi udrę­czo­nych umy­słów nie­szczę­śni­ków, któ­rzy nie do­strze­ga­li już gra­ni­cy mię­dzy fik­cją a rze­czy­wi­sto­ścią.

Sta­ną­łem jak wryty i prze­tar­łem oczy, by spraw­dzić, czy nie znik­nie. Był tam. Inny niż w opo­wie­ściach. Lep­szy, wspa­nial­szy i nie mniej rze­czy­wi­sty niż we­bley, któ­re­go chro­po­wa­tą rę­ko­jeść czu­łem pod pal­ca­mi spo­czy­wa­ją­cej na ka­bu­rze dłoni.

Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li wpa­try­wa­nia się w świe­tli­stą syl­wet­kę Księ­cia wal­czą­ce­go z gro­ma­dą zwie­rząt w ludz­kich po­wło­kach zda­łem sobie spra­wę, że był tam ktoś jesz­cze. Męż­czy­zna. Leżał pod ścia­ną i ści­skał brzuch. Na sza­rym, po­dar­tym płasz­czu dostrzegłem bru­nat­ne plamy krwi.

– Co? Jak? – Tyle zdo­ła­łem z sie­bie wy­du­sić. W dra­ma­tycz­nych chwi­lach zda­rza­ją się przy­pły­wy naj­więk­sze­go na­tchnie­nia, ja jed­nak w gło­wie mia­łem pust­kę.

Na­resz­cie jam przy Tobie. O, czuła jest noc. Tra­fem Kró­lo­wa Luna za­sia­dła na tro­nie, w or­sza­ku swo­ich dwó­rek, gwiezd­nych wró­żek. – Roz­brzmie­wa­ły bli­skie memu sercu wer­se­ty Ke­at­sa.

W pew­nej chwi­li księ­ży­co­we świa­tło przy­ga­sło, zmniej­szył się za­sięg ksią­żę­cej szpa­dy, a ze­zwie­rzę­ce­ni wy­cią­ga­li ku krwa­wią­ce­mu nie­szczę­śni­ko­wi swoje zbroj­ne w pa­zu­ry łap­ska.

Ale tu za­ga­sła świa­tła moc, prócz tego, które z nie­bios po­dmuch wio­nie... – Ksią­żę dalej re­cy­to­wał, jed­nak już nie z taką lek­ko­ścią jak wcze­śniej, teraz ce­dził każde słowo, wy­rzu­cał je z sie­bie z wście­kło­ścią, zer­ka­jąc ku górze, gdzie chmu­ry na­pły­wa­ły przy­sła­nia­jąc srebr­ną tar­czę ziem­skie­go sa­te­li­ty.

Dźwięk tych słów po­zwo­lił mi się otrzą­snąć i już wie­dzia­łem, czego Ksią­żę chce ode mnie. Do­pa­dłem do ran­ne­go męż­czy­zny i po­mo­głem mu wstać, by za­brać go stąd czym prę­dzej. Z od­da­li do­bie­ga­ło mia­ro­we war­cze­nie wa­ta­hy wozów opan­ce­rzo­nych, które pa­tro­lo­wa­ły swoje te­ry­to­rium, więc mu­sia­łem się spie­szyć.

Pod­trzy­mu­jąc ran­ne­go, za­no­si­łem proś­by do dzie­się­ciu muz, byśmy zdą­ży­li odejść dość da­le­ko, nim chmu­ry cał­kiem przy­sło­nią księ­życ.

 

 

Scena trze­cia – w któ­rej po­ja­wia się pan Blake

 

Ze snu wy­ry­wa ich głos chłop­ca o szczu­rzej apa­ry­cji, który zbiegł ze scho­dów i zdy­sza­ny woła:

– Sy­gnał! – Tu mło­dzik wy­ko­nu­je kilka łap­czy­wych wde­chów. – Mamy sy­gnał spoza mia­sta!

Męż­czyź­ni, ułożeni wokół zgliszczy wygasłego ogniska, le­d­wie zdą­ży­li ro­ze­wrzeć skle­jo­ne snem po­wie­ki, a po­sła­niec, mając za źró­dło świa­tła tylko po­je­dyn­czą świe­cę, już bie­gnie dalej, ku wiel­kiej sali, by prze­rwać wy­po­czy­nek innym oca­la­łym.

John wsta­je jako pierw­szy – z obec­nych w holu wypił naj­mniej go­rzał­ki – i za­dzie­ra głowę, by spoj­rzeć ocza­mi wy­obraź­ni na po­sta­ci muz i che­ru­bi­nów wy­ma­lo­wa­ne na we­wnętrz­nej po­wierzch­ni ko­pu­ły. Le­d­wie je do­strze­ga. Z każ­dym dniem widzi mniej de­ta­li, umy­ka­ją mu ko­lej­ne twa­rze i bled­ną ko­lo­ry. Kie­dyś prze­sta­nie wi­dzieć tam co­kol­wiek. To jego test czło­wie­czeń­stwa.

Boli mnie serce, po­ra­ża senna drę­two­ta. Zmy­sły, jak­bym cy­ku­tę pił lub z szu­mo­wi­ną. Do dna ma­ko­wy jakiś speł­nił opiat. Chwi­la jesz­cze i w Lety od­mę­tach za­gi­nę – wy­po­wia­da, więc jesz­cze pa­mię­ta i czuje. To mu do­da­je otu­chy.

Nie cze­ka­ na pozostałych – szu­ka­ją­cych ma­nie­rek z wodą w za­się­gu rąk, albo z gry­ma­sem na twa­rzy ści­ska­ją­cych skro­nie – idzie ku schodom, a potem w górę, tam, gdzie swój ga­bi­net ma pan Blake.

Ukry­wa­ją­cy się w bu­dyn­ku te­atru oca­la­li nie mają dowódcy, nie sta­no­wią hie­rar­chicz­nie zor­ga­ni­zo­wa­nej grupy, ra­czej zgra­ję in­dy­wi­du­ali­stów (nie­kie­dy z ro­dzi­na­mi), któ­rzy dzia­ła­ją wspól­nie, gdy widzą w tym sens – jed­nak gdyby mu­sie­li wska­zać kogoś, kto miał­by im prze­wo­dzić, byłby to wła­śnie Blake.

Obite ta­pi­cer­ką drzwi otwie­ra­ją się ze skrzyp­nię­ciem i John wcho­dzi do ga­bi­ne­tu. Był już tu wiele razy, przyj­mo­wał od Blake’a dzie­siąt­ki zle­ceń, ale to miej­sce za­wsze wzbu­dza w nim za­chwyt i trwo­gę.

Nie ina­czej jest tym razem, gdy za­sta­je wy­so­kie­go, po­tęż­nie zbu­do­wa­ne­go męż­czy­znę w wy­raź­nie zbyt małym gar­ni­tu­rze po­chy­lo­ne­go nad ra­dio­od­bior­ni­kiem, który w po­rów­na­niu z nim wy­da­je się być dzie­cię­cą za­baw­ką. Na ścia­nie nad nim wiszą re­pro­duk­cje czte­rech ob­ra­zów, które sta­no­wią ostrze­że­nie. Każdy z nich przed­sta­wia Wiel­kie­go Czer­wo­ne­go Smoka w jed­nej z apo­ka­lip­tycz­nych wizji.

Pan Blake jako jeden z pierw­szych za­miesz­kał w te­atrze i spro­wa­dzał tu ukry­wa­ją­ce się w ru­inach bez­bron­ne ofia­ry wojny. Lu­dzie mówią, że kie­dyś był ze­zwie­rzę­co­nym, ale róż­nił się od po­zo­sta­łych, choć w inny sposób niż wilki, które ro­dząc się dra­pież­ni­ka­mi, nie tra­ci­ły by­stro­ści umy­słu nawet wtedy, gdy opa­no­wy­wa­ła je zwie­rzę­ca na­tu­ra. Ponoć za­miast kłów i pa­zu­rów, wy­ra­sta­ły mu naj­praw­dziw­sze skrzy­dła, ogon i rogi. I kilka dodatkowych głów. Pa­trząc na nieludzko po­tęż­ną syl­wet­kę Blake’a, John jest w sta­nie w to uwie­rzyć.

Zwia­dow­ca do­pie­ro po chwi­li uprzy­tam­nia sobie, że poza ra­dio­wym szu­mem sły­szy inny dźwięk. Głos spi­ke­ra.

– …obro­na nie­przy­ja­cie­la zo­sta­ła prze­ła­ma­na na po­łu­dnio­wym od­cin­ku Lete…tszszszszsz…kontr­ofen­sy­wa sprzy­mie­rzo­nych…tszszsz…mia­sta od­cię­te od za­opa­trze­nia…tszszszszszsz…wsta­je świt…tszszszszszszsz…

Do ga­bi­ne­tu zdą­ży­li już do­czła­pać inni zwia­dow­cy: stary z prze­pa­ską na oku, kę­dzie­rza­wy i młody z czap­ką li­sto­no­sza. Za nimi, nie prze­kra­cza­jąc progu, zbierają się ko­lej­ni mieszkańcy teatru.

Pan Blake wstaje z krze­sła, kła­dąc urzą­dze­nie na ko­mo­dzie, obchodzi biur­ko i siada na jego kra­wę­dzi, by wy­da­wać się choć tro­chę mniej­szym.

– Ko­mu­ni­kat po­wta­rza się co dwie mi­nu­ty – oznajmia wy­jąt­ko­wo de­li­kat­nym głosem, jak na ta­kie­go ol­brzy­ma. – Sy­gnał jest słaby, ale, jak sły­szy­cie, jest. Jest sy­gnał – usiłuje prze­ma­wiać z opa­no­wa­niem, ale głos mu się za­ła­mu­je.

– Idą tu – szep­cze ko­bie­ta za ple­ca­mi zwia­dow­ców.

– Idą. – Roz­cho­dzi się głos po­śród tłumu.

– Idą nas wy­zwo­lić!

Ko­bie­ty pła­czą, męż­czyź­ni zdej­mu­ją czap­ki z głów, mło­dzień­cy chwy­ta­ją dło­nie swo­ich dziew­cząt i tań­czą, dzie­ci… te jedne nie wie­dzą, co się dzie­je. Nie­któ­re są zbyt małe, by pa­mię­tać inny świat. Znają go je­dy­nie z baśni. Mimo to im ła­twiej za­cho­wać czło­wie­czeń­stwo.

– Tak, armia idzie nas wy­zwo­lić! – woła Blake, opa­no­waw­szy przy­pływ wzru­sze­nia. Lu­dzie mówią, że kie­dyś miał żonę i dwój­kę dzie­ci. Zgi­nę­li w cza­sie pierw­szych na­lo­tów. Po­dob­no wi­dział, jak córkę roz­ry­wa na dwoje. – Nie wiemy, jak długo bę­dzie­my mu­sie­li cze­kać nim to na­stą­pi, ale otrzy­ma­li­śmy dziś bez­cen­ny dar. Na­dzie­ję. Ona po­mo­że nam po­zo­stać ludź­mi, jej bę­dzie­my się trzy­mać, aż wresz­cie wzej­dzie upra­gnio­ne słoń­ce. Ale nie trać­cie czuj­no­ści, niech ra­dość nie wpły­nie na wasz osąd. Nie tylko my od­bie­ra­my sy­gnał. – Głosy eu­fo­rii cich­ną, a Blake kontynuuje: – Wilki też go sły­szą.

– One wal­czą ze ze­zwie­rzę­co­ny­mi.

– Tak jest. A ra­czej tak było do tej pory. – Blake wsta­je, głową pra­wie sięga su­fi­tu. Lu­dzie milk­ną i co­fa­ją się, kiedy robi krok do przo­du. Nie idzie jed­nak ku nim, okrą­ża biur­ko i bie­rze w swoje wiel­kie ni­czym boch­ny dło­nie ra­dio­od­bior­nik. – Ale naj­nie­bez­piecz­niej­szy wilk to ten schwy­ta­ny w sidła. – Włą­cza urzą­dze­nie i zmie­nia czę­sto­tli­wość.

W ga­bi­ne­cie roz­brzmie­wa­ją dźwię­ki Mo­zar­ta.

Zwia­dow­cy pa­trzą po sobie.

– Mu­zy­ka. Wia­do­mo, kto to na­da­je? To z mia­sta? – do­py­tu­je John, ale pan Blake zbli­ża tylko palec wska­zu­ją­cy do ust i zwia­dow­ca milk­nie.

Mu­zy­ka urywa się nagle. W tle sły­chać nie­wy­raź­ny szept, ale głos zaraz na­bie­ra na sile.

– Je­ste­śmy tu. Cze­ka­my na was… Przyjdź­cie po nas. Przyjdź­cie nim nas wszyst­kich za­bi­ją… Je­ste­śmy tu, w pod­zie­miach kina Luna. Przyjdź­cie po nas. Mu­zy­ka ich nie za­trzy­ma. –  Z gło­śni­ka do­bie­ga zde­ner­wo­wa­ny głos męż­czy­zny.

– Sły­chać głos w tle – wtrą­ca naj­młod­szy zwia­dow­ca. – Jest nie­wy­raź­ny, ale to ko­bie­ta. Nie wiem co mówi, ale brzmi ża­ło­śnie… Ona nie udaje.

John też to sły­szał. Sły­szał, ale nie mówił o tym, bo wy­po­wie­dzia­nych słów już nie można cof­nąć. Lu­dzie ze­bra­ni na ko­ry­ta­rzu pa­trzą teraz na nich – trzech zwia­dow­ców, któ­rzy zu­peł­nym przy­pad­kiem zna­leź­li się pierw­si w ga­bi­ne­cie Blake’a.

– Nie idź­cie tam.

– Nie mu­si­cie iść.

– Nie dacie rady.

– Nikt nie bę­dzie miał wam za złe.

– To sa­mo­bój­cza wy­pra­wa.

– Le­piej za­cze­kać na na­szych. Są nie­da­le­ko.

Radzą im lu­dzie z tłumu.

Tylko że to już nie­waż­ne. Słowa zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne i teraz bła­gal­ne wo­ła­nie sły­szą już wszy­scy, mimo, że w tej chwi­li z ra­dio­od­bior­ni­ka wy­do­by­wa się je­dy­nie szum. Sły­szą je nie dzięki zmysłowi słuchu. Słyszą je su­mie­niem.

– To pu­łap­ka – od­zy­wa się sta­rzec z opa­ską na oku. – Znam to miej­sce, to we wschod­niej czę­ści mia­sta, tuż przy gra­ni­cy te­ry­to­rium wil­ków.

– Bez wąt­pie­nia – przy­ta­ku­je mu Blake, a potem zwraca twarz w stronę obrazów i marszczy czoło. Dwie natury, jak dwa wygłodniałe wilki, toczą w nim walkę, a wiele z tego, co wydarzyć ma się w przyszłości, zależy od jej wyniku. Blake chce, pragnie, czuje się w powinności, by wyruszyć i wzbierają w nim te uczucia, aż mrowienie rozchodzi się wzdłuż kręgosłupa. Jednocześnie jest pełen lęku wobec tego, co mogłoby się wtedy stać, co stanie się niechybnie, jeżeli ulegnie pokusie.

– Na razie nas za­pra­sza­ją. Potem sami po nas przyj­dą. Jaką damy im od­po­wiedź? Czy tym świa­tem rzą­dzi Bóg, czło­wiek czy Sza­tan? Ja wam mówię – czło­wiek, w to głę­bo­ko wie­rzę… Pytam tylko: czło­wiek-bóg czy czło­wiek-zwie­rzę? – przemawia wreszcie, a poczucie winy ciąży mu jak kamień, choć przecież w ten sposób próbuje uchronić wszystkich przed czymś o wiele gorszym.

– Pójdę sam – de­cy­du­je John. On też nie ma już ni­ko­go, tak jak Blake. Stra­cił wszyst­kich i wszyst­ko już dawno, dawno temu. Zo­stał mu tylko honor zwia­dow­cy. – Sam będę trud­niej­szy do za­uwa­że­nia. Ro­ze­znam się w sy­tu­acji. Jeśli bę­dzie trze­ba, wrócę po was i…

– Też idę. Naj­le­piej znam tę oko­li­cę – od­pie­ra sta­rzec z opa­ską na oku. Po nim rów­nież nie ma kto pła­kać. Kie­dyś, w innym życiu, był uzna­nym fo­to­gra­fem. Zdję­cia jego naj­więk­szej muzy, He­le­ny, można było zo­ba­czyć we wszyst­kich ga­le­riach sztu­ki na wschód od rzeki Lete i na za­chód od Py­ri­fle­ge­to­nu, sta­no­wią­ce­go gra­ni­cę cy­wi­li­za­cji. Dalej już tylko dym, ogień i stal.

– Ja rów­nież – do­da­je trze­ci zwia­dow­ca. Jako jeden z nie­wie­lu trud­nią­cych się tą pro­fe­sją, cie­szy się od­wza­jem­nio­ną mi­ło­ścią i nie po­py­cha go do dzia­ła­nia pa­mięć oso­bi­stej tra­ge­dii oraz po­czu­cie, że nie żal mu bę­dzie roz­stać się ze świa­tem, tylko naj­czyst­szy mo­ral­ny im­pe­ra­tyw. Choć­by zwia­dow­ca miał póź­niej ża­ło­wać swo­jej de­cy­zji, po­zo­sta­nie z nim myśl, że po­stę­pu­je tak, jak na­le­ży.

 

 

Scena czwar­ta – i naj­dłuż­sza, w któ­rej na­stę­pu­ją aż trzy zwro­ty akcji

 

Pust­ko­wie. Zwały gruzu po obu stro­nach wą­skie­go szla­ku – bo nie można tu mówić o dro­dze czy nawet ulicz­ce – tylko gdzie­nie­gdzie ustę­pu­ją cudem oca­la­łym, jesz­cze sto­ją­cym frag­men­tom ścian albo po­je­dyn­czym bu­dyn­kom nie­ocze­ki­wa­nie wy­ła­nia­ją­cy­mi się z ru­mo­wisk. Tylko dzię­ki nim Bu­tler, bo tak wo­ła­ją jed­no­okie­go star­ca, może ro­ze­znać się w oko­li­cy.

– Są bli­sko – szep­cze Eliot, który, nim wojna przy­szła do tych krain, zajmował się do­star­cza­niem pocz­ty i nie rozstaje się z czapką przypominającą mu dawny świat. On ma naj­czul­szy słuch z trój­ki zwia­dow­ców. – Kryć się!

Ostroż­nie, by nie wy­wo­łać la­wi­ny gruzu, która mo­gła­by ich zdra­dzić, męż­czyź­ni wdra­pu­ją się na górę po­kru­szo­nych ce­gieł i be­to­nu, po czym za­rzu­ca­ją na sie­bie brud­no­sza­re płasz­cze. Zaklęte magią teatru przez najlepszych kostiumografów, po­zwa­la­ją zwia­dow­com wto­pić się w oto­cze­nie. 

Be­stie nad­cią­ga­ją. Ka­mie­nie strze­la­ją spod kół w sta­lo­we pan­ce­rze, jed­nak nie po­wo­du­ją choć­by za­ry­so­wa­nia na ich po­wierzch­ni. Po­two­ry war­czą do sie­bie, wy­da­la­jąc kłęby dymu, a wie­życz­ki z ka­ra­bi­na­mi na ich grzbie­tach ob­ra­ca­ją się to w lewo, to w prawo, po­szu­ku­jąc ofiar.

Istotom wojny często to­wa­rzy­szą wilki w swo­ich czar­nych mun­du­rach i wy­glan­co­wa­nych ofi­cer­kach, i z pi­sto­le­ta­mi nieod­kła­da­ny­mi tak długo, że przy­ro­sły im do rąk. Sia­da­ją na kor­pu­sach wozów, lub stoją na nich dum­nie wy­pro­sto­wa­ni. Jed­nak nie tym razem. Może pora jest zbyt wcze­sna. Choć dzień nie na­stał odkąd isto­ty wojny za­ję­ły mia­sto, to nadal obo­wią­zy­wa­ły pory nocy i nie-no­cy, kiedy nie widać było księ­ży­ca. Je­dy­ne w czym wilki po­dob­ne są do po­etów, to w swoim uwiel­bie­niu do niego.

Po­je­dyn­czy kamyk sta­cza się po zbo­czu ru­mo­wi­ska.

Wozy hamują, żwir chrzę­ści pod twar­dą gumą opon. Lufy ka­ra­bi­nów za­sty­ga­ją w miej­scu, wszyst­kie zwró­co­ne w kie­run­ku trzech le­żą­cych przy sobie sza­rych gła­zów. Otwierają ogień w tym samym mo­men­cie, jakby na rozkaz. Ostrzał trwa, aż kłęby pyłu przy­kry­wa­ją wznie­sie­nie. Ja­zgot broni i trzask pę­ka­ją­cych skał roz­brzmie­wa wśród pust­ko­wia, które było kie­dyś wschod­nią czę­ścią mia­sta.

Pył i hałas. Dzię­ki nim trzech zwia­dow­ców ukry­wa­ją­cych się na są­sied­niej hał­dzie gruzu może czmych­nąć nie­zau­wa­że­nie. Męż­czyź­ni bie­gną co sił, okrą­ża­ją szczyt i zsu­wa­ją się po dru­giej stro­nie.

Tu nie ma wody tu jest tylko skała. Skała bez wody i piasz­czy­sta droga. Droga wi­ją­ca się wśród gór nad nami, mię­dzy ska­ła­mi gła­za­mi bez wody. Gdyby tu była woda sta­nął­bym i pił, lecz po­śród skał nie można my­śleć ani stać. Suchy jest pot a stopy grzę­zną w pia­chu.

– Eliot, weź się w garść, bra­chu. – John sięga do sakwy i wy­do­by­wa ma­nier­kę. – Masz, napij się. To woda… w grun­cie rze­czy. Pierw­sze sły­szę, by ktoś wy­ko­rzy­sty­wał po­ezję do na­rze­ka­nia.

– Widać słabo znasz stron­ni­ków Osca­ra Wilde – od­pie­ra Eliot i po­cią­ga łyk. – Długa jesz­cze droga przed nami?

Bu­tler wska­zu­je dło­nią w kie­run­ku ka­mien­ne­go łuku, który mu­siał być po­zo­sta­ło­ścią fa­sa­dy ob­ró­co­ne­go w gruz bu­dyn­ku.

– Tam. Mają być w piw­ni­cach, czyli gdzieś musi być wej­ście – stwier­dza sta­ru­szek z opa­ską na oku i wszy­scy trzej ru­sza­ją ku ru­inom kina w po­szu­ki­wa­niu rze­czo­nych drzwi do piw­nic.

Nim nad­cho­dzi noc, po­śród usy­pa­nych z ce­gieł kur­ha­nów ofiar pierw­szych na­lo­tów udaje im się zna­leźć bla­sza­ną klapę pro­wa­dzą­cą w głąb ziemi. Bu­tler pod­no­si ją ostroż­nie, John mie­rzy z pi­sto­le­tu w roz­sze­rza­ją­cą się szcze­li­nę, a Eliot ści­ska gra­nat, we wnę­trzu któ­re­go wi­ru­je cze­ka­ją­ca na uwol­nie­nie fe­eria barw. Otrzy­mał ten je­dy­ny w swoim ro­dza­ju ar­te­fakt od surrealistów, któ­rzy za­adap­to­wa­li jedną z te­atral­nych loży na swoją pra­cow­nię.

Klapa pod­no­si się jak sta­lo­wa po­wie­ka za­kry­wa­ją­ca czar­ny, pusty oczo­dół. Mężczyźni są gotowi do walki, ale z wnę­trza tu­ne­lu nie nad­cho­dzi żaden atak, więc scho­dzą ostroż­nie i bez słowa w mrok po stro­mych stop­niach. Pa­ra­jąc się swoim fa­chem, nieraz prze­mie­rza­li po­zba­wio­ne świa­tła ko­ry­ta­rze, więc ich oczy na­wy­kły do niemal całkowitej ciem­no­ści, ale tu nie do­cie­ra­ żadne świa­tło. Jest tylko mrok, w który muszą się wpatrywać. A gdy zbyt długo weń patrzeć… 

– O ciem­no, ciem­no, ciem­no – szep­cze Eliot idący jako ostat­ni. – Wszy­scy od­cho­dzą w ciem­ność…

 Nie widzę bla­sku, ni ognia, ni kształ­tów har­mo­nii, a tylko ciem­ność widzę – wtó­ru­je mu po­dą­ża­ją­cy przed nim John, szu­ka­jąc drogi po omac­ku.

Po­wie­dzia­łem do duszy mej, bądź spo­koj­na i po­zwól, by ciem­ność zstą­pi­ła na cie­bie. – To znów Eliot za­bie­ra głos. – Jak w te­atrze. Świa­tła zo­sta­ły zga­szo­ne, by zmie­nić scenę…

Stary Bu­tler na prze­dzie za to wzdy­cha i krę­cąc głową z dez­apro­ba­tą, wy­cią­ga zza pa­zu­chy la­tar­kę. A prze­cież ro­zu­mie swo­ich to­wa­rzy­szy, prze­cież wie, że w ciem­no­ści naj­trud­niej po­zo­stać sobą, nie zmie­nić się w zwie­rzę, które myśli tylko o wła­snym prze­trwa­niu. Człowiek do życia potrzebuje światła nie mniej niż strawy i wody.

Po­trzą­sa la­tar­ką kilka razy nim krąg mlecz­no­żół­te­go blasku po­ja­wia się na pod­ło­dze w głębi tu­ne­lu. Teraz im raź­niej, idą więc dalej żwaw­szym kro­kiem. Do­cie­ra­ją do pierw­szych drzwi – za­mknię­te. Póź­niej do dru­gich – za nimi tylko pusta ko­mo­ra. Dochodzą do ko­lej­ne­go za­ło­mu tu­ne­lu i nie­wy­raź­ny szmer do­bie­ga ich uszu. Pierw­szy wy­chy­la się Bu­tler. Przy­sta­je, jed­nym okiem spo­glą­da na to, co za za­krę­tem i pró­bu­je zna­leźć słowa, by oddać to, co widzi, a te same z sie­bie ukła­da­ją się w wiersz. 

Przede mną pły­nie obraz – re­cy­tu­je po­ezję Yeat­sa bę­dą­cą jego orę­żem w walce naj­istot­niej­szej, to jest tej, którą każ­de­go dnia toczy sam ze sobą. – Czło­wiek albo widmo. Widmo ra­czej, lecz bar­dziej obraz niźli widmo. Mumie, szpu­le Ha­de­su płót­nem owi­nię­te, mogą omo­tać ścież­ki kręte. Wy­schłe usta zwo­ła­ją, cho­ciaż tchu brak w pier­si. Usta żywe, zdy­sza­ne…

Prze­ry­wa, bo widmo za­czy­na kasz­leć, a z tego wy­ni­ka, że to po pro­stu nędz­nie odzia­na, wy­chu­dzo­na ko­bie­ta. Wszak du­chom, jak sądzi Bu­tler, nie są już groź­ne cho­ro­by.

Nieznajoma przy­ci­ska do pier­si za­wi­niąt­ko, bę­dą­ce (mo­gą­ce być – z miej­sca, z któ­re­go ją ob­ser­wu­je, nie spo­sób to stwier­dzić) le­d­wie kil­ku­mie­sięcz­nym dziec­kiem. Dziec­ko nie wy­da­je żad­ne­go dźwię­ku. Ko­bie­ta za to, jeśli aku­rat nie prze­ry­wa jej napad kasz­lu, nuci ko­ły­san­kę.

Jest w tym wi­do­ku pewne pięk­no, jest jakiś ro­dzaj magii szcze­gól­ny, który po­tra­fi wzru­szyć do głębi. Pod­ziem­na ko­mo­ra, oświe­tlo­na tylko wi­szą­cą gdzieś dalej naf­to­wą lampą, bę­dą­ca schro­nie­niem przed świa­tem. Ko­bie­ta w łach­ma­nach, wy­chu­dzo­na, ale tuląca dzie­cię, które ota­cza opie­ką, czu­ło­ścią i tro­ską, dla któ­re­go sama jest schro­nie­niem lep­szym niż su­ro­we mury piw­nic i świa­tłem moc­niej­szym niż blask naf­to­wej lampy.

Jak Naj­święt­sza Pa­nien­ka z ob­ra­zów Wil­lia­ma Adol­phe’a Bo­ugu­ere­au, myśli Bu­tler – i po­dob­nie myślą po­zo­sta­li, kiedy wy­cho­dzą zza rogu, by na wła­sne oczy uj­rzeć to, co tak wiel­kie wy­war­ło wra­że­nie na sta­rym zwia­dow­cy. Jed­nak magia, jak to czę­sto z nią bywa, szyb­ko ula­tu­je i po­rów­na­nie od­cho­dzi w nie­byt, kiedy ko­bie­ta staje w świe­tle.

Dziec­ko okazuje się być mar­twe. Jego twa­rzycz­kę już nad­gry­zły szczu­ry.

– Na dzie­sięć muz… – Eliot za­kry­wa ręką twarz.

Ko­bie­ta do­strze­ga ich i prze­sta­je nucić, ale nic nie mówi.

– Witaj. Je­ste­śmy… przy­ja­ciół­mi. Ode­bra­li­śmy wasz sy­gnał…

– Cii, nie obudź­cie go – syczy obłąkana, prze­ry­wa­jąc Bu­tle­ro­wi.

– Pięk­ny chło­piec – wtrą­ca się John, kła­miąc jak na czło­wie­ka przy­sta­ło. – Jak ma na imię?

– Tho­mas.

– Nie chce­my prze­ry­wać jego drzem­ki. Tylko za­sta­na­wia­my się, czy ta mu­zy­ka nie bę­dzie mu prze­szka­dzać? – pyta zwia­dow­ca, choć wokół pa­nu­je cisza.

– Mu­zy­ka? – Ko­bie­ta marsz­czy czoło i in­ten­syw­nie się nad czymś za­sta­na­wia. – Ach, mu­zy­ka. Pro­si­łam, żeby ją wy­łą­czył, ale nic, tylko sie­dzi z resz­tą w tym bun­krze i razem ha­ła­su­ją. Przez nich Tho­mas nie może spać.

Moc­niej przy­tu­la dziec­ko do pier­si i bu­ja­jąc je w dość szyb­kim ryt­mie, od­wra­ca się na pię­cie, by ścią­gnąć z haka lampę i ner­wo­wym kro­kiem skie­ro­wać się w stro­nę jed­ne­go z tu­ne­li. Zwia­dow­cy po­dą­ża­ją za nią. W lewo, w lewo i scho­da­mi w dół, aż za­trzy­mu­ją się przed nie­po­zor­nie wy­glą­da­ją­cy­mi drzwia­mi. Zza drzwi do­bie­ga szum radia, ale nie to­wa­rzy­szą mu żadne inne od­gło­sy, tylko cisza.

Czy to przez mrok ko­ry­ta­rza, czy przez po­stać sza­lo­nej prze­wod­nicz­ki, czy wła­śnie przez tę ciszę, dłoń Johna wę­dru­je ku ka­bu­rze, kciuk Elio­ta zbli­ża się do za­wlecz­ki, a Bu­tler – Bu­tler po­pra­wia prze­pa­skę.

Ko­bie­ta otwie­ra drzwi i oczom zwia­dow­ców uka­zu­je się wnę­trze prze­past­ne­go ma­ga­zy­nu… nie, nie ma­ga­zy­nu. Sali ki­no­wej. Pod­ziem­nej sali ki­no­wej, ta­kiej, w któ­rej kie­dyś, nawet w cza­sach nie­skrę­po­wa­nej wol­no­ści, wy­świe­tla­no filmy nie do zo­ba­cze­nia ni­g­dzie in­dziej. Teraz sala za­adap­to­wa­na jest na schron, ekran zwi­nię­ty, a na pod­ło­dze sie­dzą grup­ki ob­dar­tu­sów.

Atak nad­cho­dzi nie­spo­dzie­wa­nie, gdy tylko zwia­dow­cy wcho­dzą do środ­ka. Drzwi za­my­ka­ją się z hu­kiem, a z su­fi­tu spada na nich sieć. Nim udaje się im oswo­bo­dzić, ręce wil­czych żoł­nie­rzy za­ci­ska­ją się na ich ra­mio­nach w sta­lo­wym uści­sku i pod­no­szą każ­de­go z osob­na.

– Mia­łem na­dzie­ję, że zjawi się oso­bi­ście, a nie przy­śle swo­ich po­ma­gie­rów – sły­szą war­ko­tli­wą wil­czą mowę, któ­rej to­wa­rzy­szy stu­kot ob­ca­sów, kiedy odzia­ny w czar­ny mun­dur męż­czy­zna scho­dzi do nich z naj­wyż­sze­go rzędu widowni. – Ale wy też się przy­da­cie. Im wię­cej jeń­ców, tym le­piej.

– Storm­wolf! – cedzi Bu­tler przez zęby. – Znam cię, gnido! Twój od­dział roz­strze­lał moją Helen! Moją uko­cha­ną Helen!

Wil­czy ofi­cer daje znak i po­ja­wia się ko­lej­ny żoł­nierz, który roz­ci­na siat­kę, by od­sło­nić twarz jed­no­okie­go zwia­dow­cy. Do­wód­ca wil­ków przy­pa­tru­je się mu kry­tycz­nie, aż w końcu od­pie­ra:

– Nie po­zna­ję.

Bu­tler pluje mu w twarz.

Ofi­cer nie daje wy­pro­wa­dzić się z rów­no­wa­gi, wy­cią­ga chust­kę i wy­cie­ra po­li­czek, ale od­su­wa się poza za­sięg śliny.

– No dalej – mówi – nie hamuj się. Daj zwy­cię­żyć in­stynk­tom. Nie pra­gniesz się na mnie rzu­cić? – pro­wo­ku­je Bu­tle­ra, a ten sza­mo­cze się w sieci.

– Nie rób tego, bra­cie. On chce, żebyś się zmie­nił – odzywa się Eliot, który nadal ści­ska w dłoni je­dy­ny w swoim ro­dza­ju gra­nat. Wilki nie ode­bra­ły mu go. Może nie za­uwa­ży­li, albo uzna­li, że to nie broń, tylko pusz­ka farby z do­zow­ni­kiem i może posłużyć co naj­wy­żej do wy­ma­lo­wa­nia na ścia­nach haseł wlewających na­dzie­ję w serca tych, któ­rzy je prze­czy­ta­ją. Wilki ich nie­na­wi­dzi­ły, nie­na­wi­dzi­ły ich sta­lo­we isto­ty wojny, ale hasła same w sobie nie czy­ni­ły im krzyw­dy.

– Słowa, znajdź w sobie słowa – pod­po­wia­da John. – Gniew to też ludz­kie uczu­cie, ale nie po­zwól mu, żeby…

Bar­dzo was to obu­rza – krzy­czy ze wście­kło­ścią jed­no­oki zwia­dow­ca – że na stare lata poza gnie­wem i żądzą nie widzę już świa­ta! – Tu robi prze­rwę, wzdy­cha, a na jego ob­li­cze wstę­pu­je uśmiech. – Nie prze­szka­dza­ło wam to, gdy­śmy byli mło­dzi. Jakiż inny do pie­śni mógł­bym zna­leźć bo­dziec?

Storm­wolf czer­wie­nie­je, czu­jąc, że wła­śnie z niego za­drwio­no i wy­mie­rza za­ma­szy­sty sier­po­wy pro­sto w szczę­kę Bu­tle­ra.

– Dosyć! – war­czy. – Zwią­zać ich, za­brać wszyst­ko, co ma war­tość i skuć razem z in­ny­mi! A tobie… tobie, star­cze… gdyby nie to, że każdy z was może oka­zać się teraz cenny, tobie ka­zał­bym pa­trzeć, jak za­bi­jam wszyst­kich. Męż­czyzn, ko­bie­ty, dzie­ci, a na ko­niec two­ich to­wa­rzy­szy.

– My­śla­łem, że wilki nie biorą jeń­ców – wtrą­ca się Eliot, któ­re­mu udało się prze­ci­snąć dłoń z gra­na­tem przez oczka sieci. Gdy tylko wzrok ofi­ce­ra sku­pia się na nim, zwia­dow­ca w czap­ce li­sto­no­sza wy­cią­ga kciu­kiem za­wlecz­kę i po­zwa­la gra­na­to­wi wy­śli­zgnąć się z dłoni. Nim ten ude­rza w pod­ło­gę, wy­bu­cha fon­tan­ną barw.

Ar­ty­ści z te­atru spi­sa­li się zna­ko­mi­cie. W jed­nej chwi­li w sali ki­no­wej pojawia się wir ko­lo­rów – naj­pierw ma­gen­ty, cy­ja­nu, żółci i bieli, z któ­rych wy­ła­nia­ją się ko­lej­no zie­le­nie, fio­le­ty, oran­że, brązy i inne barwy, aż po sza­ro­ści i czer­nie. Część jeń­ców, któ­rzy oka­zu­ją się być poj­ma­ny­mi ze­zwie­rzę­co­ny­mi lub ludźmi bli­ski­mi ze­zwie­rzę­ce­nia, wrzesz­czy hi­ste­rycz­nie lub wyje ni­czym psy, a gdy barwy za­czy­na­ją ukła­dać się w kształ­ty, za­rów­no cy­wi­le jak i żoł­nie­rze wpa­da­ją w po­płoch. Oto mię­dzy fo­te­la­mi, pośród za­ku­tych w łań­cu­chy i ob­ro­że kie­dyś-lu­dzi, po su­fi­cie i w po­przek ścian pędzi tłum wie­lo­ko­lo­ro­wych ku­kieł wy­cią­gnię­tych wprost z ob­ra­zów Gior­gio de Chi­ri­co, ści­ga­nych przez Anio­ła Ognia z płót­na Maxa Ern­sta, a za nimi spie­szy no­so­ro­żec na tycz­ko­wa­tych no­gach, pło­ną­ca ży­ra­fa oraz czło­wiek-ża­glo­wiec. Sur­re­alizm. Przed nim ze­zwie­rzę­ce­ni naj­bar­dziej się trwo­żą, on naj­sil­niej­szą od­ra­zę wzbu­dza wśród wil­ków.

Storm­wolf pró­bu­je zdy­scy­pli­no­wać swo­ich żoł­nie­rzy, pod­czas gdy Eliot wy­my­ka się z ich rąk. John stara się wy­gra­mo­lić z sieci, która za­ha­czy­ła o rę­ko­jeść pi­sto­le­tu, a Bu­tler śmie­je się w głos. Tynk i gruz spadają ze stro­pu, kiedy no­so­ro­żec wbija w niego róg.

Zwia­dow­cy nie mają wiele czasu. Sztu­ka, choć­by naj­od­waż­niej­sza, blak­nie i prze­brzmie­wa, a przy­wo­ła­ne eks­plo­zją gra­na­tu ob­ra­zy są tym bardziej ulotne, że sta­no­wią tylko re­pro­duk­cje wy­ma­lo­wa­ne w po­wie­trzu, czyli na płótnie naj­mniej trwa­łym z wszystkich moż­li­wych.

Już wszystkim trzem pojmanym udaje się minąć zdez­o­rien­to­wa­nych żoł­nie­rzy, już do­pa­da­ją do drzwi, już mo­cu­ją się z klam­ką, kiedy pada strzał. Czap­ka spada z głowy Elio­ta. Młody zwia­dow­ca wy­trzesz­cza oczy i roz­dzia­wia usta. Dłoń­mi szuka miej­sca, przez które ucie­ka zeń życie. Naraz milk­nie za­wo­dze­nie jeń­ców i prze­kleń­stwa wil­ków, zni­ka­ją ma­lo­wa­ne kukły, ży­ra­fa i no­so­ro­żec, anioł roz­pa­da się na szma­ty i te rów­nież od­cho­dzą w nie­byt. Po­zo­sta­je tylko dziu­ra w su­fi­cie. I cisza.

Storm­wolf stoi kilka kro­ków od zwiadowców i mie­rzy z re­wol­we­ru, który John w mig roz­po­zna­je. To jego we­bley. To zna­czy broń, którą nosił, bo uży­wał jej rzad­ko i prze­waż­nie strze­lał nie­cel­nie, więc w jej mnie­ma­niu z pew­no­ścią nie za­słu­gi­wał na miano wła­ści­cie­la. Co in­ne­go Storm­wolf. Ktoś taki jak on nie za­wa­ha się przed strza­łem. John mógł to prze­wi­dzieć. Re­wol­wer mu­siał wy­paść mu przy pierw­szej oka­zji, czyli kiedy za­plą­tał się w sieci, a jest rze­czą wia­do­mą, że broń za­wsze od­naj­dzie tego, kto gotów jest jej użyć.

Teraz przez jego błąd Eliot umie­ra.

– Ni­g­dzie nie pój­dzie­cie – cedzi przez zęby wilczy oficer, a jego oczy błysz­czą. Do­słow­nie błysz­czą. Na twa­rzy ma wy­ma­lo­wa­ną żądzę mordu.

– Uśmiech – od­pie­ra Bu­tler i pod­no­si opa­skę, pod którą ukry­wał się obiek­tyw apa­ra­tu i mi­kro­sko­pij­na lampa. Sta­ru­szek na­ci­ska pomp­kę, która wy­su­nę­ła mu się z rę­ka­wa, a błysk mi­gaw­ki ośle­pia ofi­ce­ra i zbli­ża­ją­cych się żoł­nie­rzy.

Stary zwia­dow­ca chwy­ta klam­kę, ale widzi, że John klę­czy przy tra­cą­cym przy­tom­ność to­wa­rzy­szu, trzy­ma go za rękę i prosi, by ten wy­trzy­mał jesz­cze tro­chę, jakby to "tro­chę" miało co­kol­wiek zmienić.

Storm­wolf, wciąż ośle­pio­ny, unosi re­wol­wer i zaraz wy­strze­li, a przy współ­pra­cy broni, która usta­wi się tak, by zabić dla swego pana, pew­nie trafi. Już pra­wie po­cią­ga za spust, kiedy strop pod­ziem­nej sali ki­no­wej za­pa­da się, a do środ­ka, prócz ton gruzu i księ­ży­co­we­go świa­tła, wpada oto­czo­na dymem skrzy­dla­ta be­stia o sied­miu gło­wach i dzie­się­ciu ro­gach.

– Blake! – krzyczy wilczy dowódca, a w jego głosie nie brzmi strach, lecz radość. – Nie sądziłem, że dokonasz przemiany! Zobacz, ludzie giną! – woła, uśmiechając się ironicznie, ale smok, który zwyciężył ludzką część swojej natury, nie zważa na te słowa. Przybył tu, aby walczyć i zabijać wrogów.

Część jeń­ców kona przy­gnie­cio­na ka­wa­ła­mi be­to­nu, inni wy­ry­wa­ją się na wol­ność, cią­gną łań­cu­chy i łamią nad­garst­ki by wy­cią­gnąć dło­nie z kaj­dan – a ci, któ­rym się to udaje, w pa­ni­ce szu­ka­ją wyj­ścia. Na próż­no. Drzwi zo­sta­ły za­sy­pa­ne. Dwaj zwia­dow­cy zdą­ży­li w ostat­niej chwi­li od­cią­gnąć ko­na­ją­ce­go to­wa­rzy­sza w bez­piecz­ne miej­sce, ale to nie ma znaczenia. Jego mar­twe oczy pa­trzą w dal, nic już nie wi­dząc. Nie dane mu zo­ba­czyć, jak smok staje przed od­dzia­łem wil­ków, jak ciska bez­rad­ny­mi żoł­nie­rza­mi o ścia­ny, jak za­my­ka w dłoniach ich głowy i miaż­dży czasz­ki.

Jednak Storm­wolf wymyka się bestii i za­dzi­wia­ją­co spraw­nie wspi­na się po osy­pi­sku. Przy­sta­je w po­ło­wie drogi na szczyt i strze­la do Blake’a, czy ra­czej cze­goś co ongiś nim było. Ci żoł­nie­rze, któ­rzy są w sta­nie się­gnąć po broń, idą w ślady ofi­ce­ra. Czte­ry z sied­miu głów smoka krwa­wią, dwie ryczą, trze­cia miota prze­kleń­stwa we wszyst­kich ludz­kich ję­zy­kach.

Bu­tler roz­glą­da się wkoło, obejmuje spoj­rze­niem ze­zwie­rzę­co­nych szukających drogi na po­wierzch­nię, wspi­na­jących się po gru­zach i cia­łach tych, którzy spadli lub nie mają już sił. Szyb­ko znaj­du­je miej­sce odpowiednie do tego, co zamierza.

– John, chodź. Mam linę. – Po­trzą­sa ra­mie­niem Johna wciąż opła­ku­ją­ce­go śmierć kom­pa­na. – Elio­ta już nie ma. Nie ma. Już mu nie po­mo­żesz. Nic tu po nas… – Bu­tler mówi dalej, nie usta­je w pró­bach do­tar­cia do towarzysza, ale ten już go nie słu­cha, tylko wodzi wzro­kiem po sali.

Pa­trzy na męż­czyzn, ko­bie­ty i dzie­ci, które zgi­nę­ły pod frag­men­ta­mi znisz­czo­ne­go stro­pu, pa­trzy na stra­to­wa­nych ze­zwie­rzę­co­nych, na ko­na­ją­cych wil­czych żoł­nie­rzy, pa­trzy na smoka, który ogrom­ny­mi pię­ścia­mi miaż­dży czasz­ki i krę­go­słu­py ko­lej­nych wil­ków, pa­trzy na miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed chwi­lą był Storm­wolf, pa­trzy na gwiaz­dy, na księ­życ, na trzy jesz­cze żywe smo­cze ob­li­cza, które zwra­ca­ją się ku niemu, pa­trzy wresz­cie na za­sty­głą twarz Elio­ta i mówi:

– Ko­pu­ła. Nimfy tań­czą­ce w kręgu do dźwię­ków mu­zy­ki fau­no­wej lutni, che­ru­bi­ny ści­ga­ją­ce się wśród chmur… Pa­mię­tasz je? Pró­bu­ję sobie przy­po­mnieć, ale obraz jest jakby, jakby… – Męż­czy­zna pa­trzy na syl­wet­kę zbli­ża­ją­cej się be­stii, wokół któ­rej uno­szą się smo­li­ście czar­ne ob­ło­ki. – Jakby za­sła­niał je gęsty dym.

– Na dzie­sięć muz, John! – Bu­tler szar­pie go za ramię, ale nie ma za­mia­ru go zo­sta­wić, bo zwia­dow­cy tak nie po­stę­pu­ją. Tak mówi ich ko­deks. Nie­pi­sa­ny, a więc naj­praw­dziw­szy, taki, który noszą w sercu.

Blake, to zna­czy smok w któ­re­go ten się zmie­nił, czy ra­czej smok, który uwol­nił się z oków czło­wie­czeń­stwa, jest już o krok od zwia­dow­ców. Prze­krę­ca w bok wszyst­kie trzy głowy i wpa­tru­je się w nich. Nie spo­sób od­gad­nąć, co myśli, czy ich sobie przy­po­mi­na, czy kie­ru­je nim tylko zwie­rzę­ca cie­ka­wość.

– John, mu­sisz się wziąć w garść! – woła jed­no­oki zwia­dow­ca. 

– Nie pa­mię­tam już słów, bra­chu – od­po­wia­da tamten w końcu i teraz pa­trzy na swoje dło­nie, na palce, z któ­rych za­czy­na­ją wy­ra­stać pa­zu­ry. – Nie pa­mię­tam już ich…

Ogłu­sza­ją­cy huk roz­dzie­ra po­wie­trze i fon­tan­na ognia spada na prze­mie­nio­ne­go w smoka Blake’a. Ten roz­po­ście­ra skrzy­dła, bije ogo­nem na boki, wy­prę­ża pierś i z furią od­wra­ca się w kie­run­ku, z któ­re­go nad­szedł atak. To Storm­wolf. Nie uciekł, tylko we­zwał sprzy­mie­rzeń­ców. Znów pewny sie­bie i aro­ganc­ki, stoi na dachu czoł­gu, któ­re­go lufa jest wy­mie­rzo­na wprost w smoka. Nie jest sam. Wraz z nim na kra­wę­dzi za­pa­dli­ska po­ja­wił się tuzin sta­lo­wych po­two­rów i dwa­kroć tylu żoł­nie­rzy.

Jedna smo­cza głowa ryczy, druga miota klą­twy, a trze­cia re­cy­tu­je coś po ła­ci­nie. Po­tęż­ne skrzy­dła idą w ruch, wzbi­ja­jąc w po­wie­trze tu­ma­ny dymu i kurzu. Isto­ty wojny szy­ku­ją się do ostrza­łu, z któ­re­go nikt, kto znaj­du­je się w dole, nie ma prawa ujść z ży­ciem. John war­czy i rzuca żołnierzom dzi­kie spoj­rze­nie. Smok rusza na oficera wilczej armii, ten zaś wy­da­je roz­kaz do strza­łu. Z od­da­li dobiega ich ryk dzie­sią­tek gar­deł ze­zwie­rzę­co­nych, któ­rzy też ze­bra­li swoje wa­ta­hy i nad­cią­ga­ją, by wziąć odwet. Bu­tler cofa się o krok, apa­rat w jego oku sam wy­zwa­la mi­gaw­kę, chcąc uwiecz­nić ostat­nie se­kun­dy życia, czas jakby zwal­nia, by pod­kre­ślić zna­cze­nie chwi­li, a ja…

Co „ja”?

Kto „ja”?

Ja tylko ob­ser­wu­ję, nie mogąc nic zro­bić, nie mogąc choć­by szep­nąć słowa czy po­ru­szyć ka­my­kiem. Tylko pa­trzę i wzbie­ra we mnie bunt i nie­zgo­da. Czyż po to ko­na­łem pod drzwia­mi te­atru? Czyż po to pierw­szy raz na­po­tka­ny zwia­dow­ca na­ra­żał życie, by mnie ura­to­wać, po to zja­wił się Srebr­ny Ksią­żę, bym teraz gapił się bez­czyn­nie?! To moja rola?

Już nie pa­mię­tam, kim przed­tem byłem, co mnie przy­gna­ło w tamte ko­ry­ta­rze, gdzie śmier­tel­ną za­da­no mi ranę, le­d­wie wspo­mi­nam mo­ment, gdy wy­da­łem ostat­nie tchnie­nie. Czy, gdy resz­ta wspo­mnień też odej­dzie w za­po­mnie­nie i będę błą­kać się jak zjawa, choć nie-zja­wa, bo przez ni­ko­go nie wi­dzia­ny? Czy mam wstą­pić mię­dzy cie­nie?

Nie!

Blask fo­to­gra­ficz­nej lampy przy­ga­sa, wra­ca­ją sza­ro­ści, czer­nie, gra­na­ty i błę­ki­ty, naj­le­piej wi­docz­ne w księ­ży­co­wym świe­tle, nim wszyst­ko za­le­je czer­wień i żółć ognia. Stary zwia­dow­ca pa­trzy w oczy zbli­ża­ją­cej się śmier­ci. John prze­gry­wa walkę z sobą samym. A ja nie mogę nic zro­bić.

Pod­no­szę wzrok do księ­ży­ca, który tak jak ja ob­ser­wu­je zma­ga­nia. Czemu nie wyśle na pomoc swo­je­go po­słań­ca? Czy dzie­je się w po­bli­żu coś bar­dziej war­te­go uwagi? Ktoś bar­dziej po­trze­bu­je ma­gicz­nej in­ter­wen­cji?

Nic nie mogę zro­bić…

Nic nie mogę zro­bić, więc krzy­czę. Mój głos jest cich­szy niż naj­lżej­sze tchnie­nie wia­tru, ale jeśli ktoś ma je usły­szeć, to właśnie księżyc. Krzy­czę ze wście­kło­ści, a krzyk ten wy­ra­ża całe moje roz­go­ry­cze­nie:

Słoń­ce bez­sen­nych! Nieba wie­czor­ne­go oko! Któ­re­go łzawy pro­mień drżąc świe­ci wy­so­ko i uka­zu­je ciem­ność, lecz jej nie roz­pro­szy, jak po­dob­neś do zni­kłej, wspo­mnia­nej roz­ko­szy! Wła­śnie tak prze­szłość, świa­tło dni daw­nych ja­śnie­je. Świe­ci ona, lecz pro­mień wy­sty­gły nie grze­je. Nie śpi i Smu­tek i pa­trzy na jej blask po­god­ny, widny, lecz z dala. Jasny, lecz och! Jakże chłod­ny!

Nim zmro­żo­ny czas po­zwa­la pierw­szym oło­wia­nym pociskom opuścić lufy karabinów, do­sta­ję od­po­wiedź.

 

*

 

Tar­cza mie­sią­ca srebr­ne­go oka

Które na mia­sto spo­glą­da z wy­so­ka

Czas od­mie­rza­jąc w nie­prze­rwa­nej nocy

Gdy próż­no wy­pa­try­wać wszel­kiej po­mo­cy

 

Czy o po­ran­ku świa­tła słoń­ca

(nie znaj­dziesz ich na woj­nie trwa­ją­cej bez końca)

Kie­ru­je na mnie swe chłod­ne spoj­rze­nie

Przy­oble­ka­jąc w sre­bra i błę­ki­ty me ist­nie­nie

 

Nie­rze­czy­wi­ste, ulot­ne jak pył w czas za­wiei

Który siła ma­gicz­na w nowy kształt klei

Czuję, jak wy­peł­nia mnie świe­tli­sta łuna

Na­ma­ści­ła mnie siła ta na opie­ku­na

 

Luny ta­jem­nej i cu­dow­nej mocy

Która w ludz­kich ser­cach budzi się po nocy

I po­zwa­la w to wie­rzyć

Czego do­strzec nie można, zwa­żyć ani zmie­rzyć

 

W musz­kie­te­ra stro­ju, z ka­pe­lu­szem na ba­kier

W jed­nej dłoni musz­kiet, w dru­giej srebr­ny ra­pier

Zjeż­dżam po tafli srebr­ne­go pro­mie­nia

By ser­com czy­stym udzie­lić schro­nie­nia

 

Ale nie ja jeden! Za mną w rów­nym szyku

Lu­nar­na cią­gnie armia, żoł­nie­rzy bez liku

Są grec­cy włócz­ni­cy, są rzym­scy pie­chu­rzy,

Cięż­ko­zbroj­na jazda, strzel­cy i Ta­ta­rzy

 

An­giel­scy łucz­ni­cy, wi­kin­go­wie, ułani

Nocni Anio­ło­wie przez Lunę ze­sła­ni

Pod sztan­da­rem tar­czy sre­brzy­ste­go oka

Które na mia­sto spo­glą­da z wy­so­ka

 

Dzia­łać muszę szyb­ko, nim czas pędem ruszy

Sztych w serce wy­mie­rzyć, co zwia­dow­cy duszy

Ze­rwie łań­cu­chy, otwo­rzy kaj­da­ny

Wy­ry­wa się na­przód czas spo­wal­nia­ny…

 

*

 

Stra­ciw­szy rów­no­wa­gę, Bu­tler pada w gruzy, ra­niąc się przy tym bo­le­śnie. Nie ma to jed­nak zna­cze­nia, bo ręka Storm­wol­fa już daje znak strzel­com. Mie­rzą w smoka, to oczy­wi­ste, ale próż­no li­czyć na to, że wszyst­kie kule do­się­gną celu i żaden za­błą­ka­ny po­cisk nie po­mknie ku zwia­dow­com.

Ga­śnie blade świa­tło mi­gaw­ki, zo­sta­wia­jąc po sobie po­wi­dok, wspo­mnie­nie od­bi­te w re­cep­to­rach oczu, kiedy nad­cho­dzi ko­niec. Trzask dzie­sią­tek ka­ra­bi­nów i huk ar­ty­le­ryj­skie­go dzia­ła rozbrzmiewają ni­czym dzwo­ny raju.

John wyje. Bu­tler za­my­ka je­dy­ne oko, mija se­kun­da, dwie, pół wiecz­no­ści – nic się nie dzie­je. Stary zwia­dow­ca nie­pew­nie unosi po­wie­ki, ale wzrok nadal płata mu figle, bo wciąż do­strze­ga świe­tli­sty ślad, który właśnie przy­biera kształt tłumu.

To ja, a za mną mur wzno­szą­cych tar­czę Księ­ży­co­wych Ksią­żąt. Stoję przed Joh­nem. W pe­le­ry­nie i fantazyjnym ubraniu muszkietera, ze szty­chem wy­mie­rzo­nym w jego serce, prze­ma­wiam je­dy­ny­mi sło­wa­mi, które John jesz­cze może usły­szeć:

Kto na­zbyt długo w mie­ście był wię­zio­ny, ten w lica nie­bios spo­glą­da ra­do­śnie. Z serca mu błoga mo­dli­twa wy­ro­śnie, by iść w nad­ziem­skie, uśmiech­nię­te stro­ny.

Nic się nie dzie­je, jed­nak mówię dalej:

Któż może wię­cej być za­do­wo­lo­ny niż człek, co leży na tra­wie, mi­ło­śnie za­czy­tan w książ­ce, ma­ją­cej o wio­śnie i o mi­ło­ści naj­tę­skliw­sze tony?

John nie od­po­wia­da, wy­cią­ga tylko ku mnie pa­zu­rza­ste dło­nie, ale widzę łzę spływającą mu po po­licz­ku, więc przy­wo­łu­ję ko­lej­ne stro­fy Ke­at­sa, bo nie je­stem już tylko mar­twym nie­szczę­śni­kiem, je­stem Kró­lem Po­etów, lu­strem serc znę­ka­nych w któ­rym każdy widzi to, co sam czuje, lub to, co poczuć pragnie. 

W wie­czór, wra­ca­jąc, słu­cha Fi­lo­me­li roz­kosz­nej pie­śni, pa­trzy, jak ob­ło­ki płyn­ną pro­mien­nie po nie­bios to­pie­li…

Ża­łu­je wów­czas – po­ru­sza­ją się spierzch­nię­te wargi i sły­chać chra­pli­wy dźwięk mowy Johna, który był już u progu za­tra­ce­nia, ale zawrócił w ostatniej chwili – …że dzień ja­sno­oki tak szyb­ko ga­śnie, jakby łzy anie­lej kro­pla spły­nę­ła w fir­ma­ment głę­bo­ki.

Koń­czy wiersz, wpada w szloch i za­sła­nia twarz dłoń­mi, na któ­rych nie ma już śladu ze­zwie­rzę­ce­nia.

– To ty! – W tych dwóch sło­wach zawiera wszyst­ko, co ma mi do przekazania, a to jest sztu­ka naj­więk­sza.

Chcę mu odpowiedzieć, ale Bu­tler wkracza między nas, pod­no­si rękę i coś wska­zu­je.

Pa­trzę, a tam smok-Bla­ke wzno­si się w chmu­ry, po­kry­ty krwią i ogniem. Wy­da­je ostat­ni ryk z ostat­nich ży­wych jesz­cze ust ostat­niej nie­uśmier­co­nej głowy i spada ni­czym pło­ną­ca gwiaz­da w sam śro­dek stada istot wojny. Wy­buch gło­śniej­szy od grzmo­tu wstrzą­sa zie­mią, niebo zdaje się pło­nąć, siła eksplozji uderza w srebrzyste tarcze Księżycowych – a to wszyst­ko w jedną chwi­lę, w le­d­wie pół­to­rej dłu­go­ści myśli.

Z prze­ciw­nej stro­ny nad­cią­ga już chma­ra dzi­kich kiedyś-ludzi. Okrą­ża­ją dół, który do nie­daw­na był ukry­tą pod zie­mią salą ki­no­wą, na­pie­ra­ją z oby­dwu stron na żoł­nie­rzy. Wal­czą za­cie­kle, jakby to był ich bój ostat­ni i bez cie­nia stra­chu kładą się po­ko­tem pod ostrza­łem wil­ków. Jesz­cze chwi­la, może dwie i bitwa do­bie­gnie końca a jej wynik jest aż na­zbyt oczy­wi­sty.

My za to trwamy w środ­ku tego wszystkiego, ni­czym w oku cy­klo­nu. Oto­cze­ni przez księ­ży­co­wą gwar­dię, je­ste­śmy świad­ka­mi zwy­cię­stwa na­jeźdź­cy.

– Nie po­mo­że­cie im?! – do­py­tu­je John, gdy staje na nogi.

I już mam od­po­wie­dzieć, że lu­dziom na górze już nie można pomóc, ale ogar­nia mnie sła­bość. Ktoś krzy­czy: „za­cho­dzi księ­życ!” Ktoś inny: „prze­ja­śnia się!” Jesz­cze inny: „są już!” i cich­nie bi­tew­ny zgiełk, opada kurz, a ja słab­nę, słab­nę, choć ostat­kiem sił trzy­mam się ist­nie­nia. Po­wo­li, lecz nie­ubła­ga­nie, od­cho­dzę razem z nocą.

Bu­tler re­cho­cze. John wy­pa­tru­je pierw­szych pro­mie­ni słoń­ca, pierw­szych pasm błę­ki­tu na sza­rej tka­ni­nie nieba. Do­strze­ga je. Już czuje cie­pło po­ran­ka. Już sły­szy zwy­cię­skie fan­fa­ry. Już widzi jak armia wil­ków umyka.

– To ko­niec – oznaj­mia i od­wra­ca się ku mnie. – Ko­niec wojny.

– Nie, ta wojna nigdy się nie skoń­czy – od­po­wia­dam, by go przy­go­to­wać na to, co na­dej­dzie. By pro­sić, żeby ze­brał oca­la­łych, uchro­nił ich i po­pro­wa­dził tam, gdzie nie do­trze już świa­tło Luny ani jej magia. W tym celu mnie ze­sła­no, takie jest moje zadanie, ale próż­no się sta­ram je wypełnić. Moje usta nie wy­da­ją już dźwię­ku.

Zni­kam, jak­bym był le­d­wie prze­wi­dze­niem umysłu wy­rwa­ne­go ze snu, które wy­ma­zu­je z pa­mię­ci pierw­sze tchnie­nie po­ran­ka.

 

 

Epi­log – czyli scena piąta, która gorz­ko udo­wad­nia, że choć wszyst­ko się zmie­nia, to tak na­praw­dę nic się nie zmie­nia

 

Wiel­ka sala te­atru, tego sa­me­go, w któ­rym wcze­śniej pan Blake za­pew­niał ochro­nę oca­la­łym. Na sce­nie usta­wio­ny pie­de­stał, a na nim trzy trony dla sę­dziów. Na prawo od nich miej­sce dla oskar­ży­cie­la, na lewo: dla obroń­cy. Po­środ­ku mów­ni­ca, przy któ­rej stoi oskar­żo­ny.

Na szczy­cie kur­ty­ny umiesz­czo­no znak: nie­wia­stę ob­le­czo­ną w słoń­ce – nowy sym­bol wol­no­ści. Tam, gdzie scho­dzą się poły ma­te­ria­łu, stoi straż­nik. Dwóch ko­lej­nych po bo­kach sceny.

Pod sceną tłum re­por­te­rów, a wi­dow­nię za­peł­nia pu­blicz­ność. W siód­mym rzę­dzie sie­dzi Jan Abra­mo­wicz ukry­wa­ją­cy twarz pod ron­dem ka­pe­lu­sza i po­sta­wio­nym na sztorc koł­nie­rzu płasz­cza.

Oskar­ży­ciel i obroń­ca są już na miej­scu. Tak samo oskar­żo­ny, ubra­ny w czar­ny mun­dur z wy­po­le­ro­wa­ny­mi na glanc ofi­cer­ka­mi. Jedną dłoń ma pustą, do dru­giej przy­rósł mu re­wol­wer typu we­bley. Są zwią­za­ni tak mocno, że nie spo­sób ich roz­dzie­lić. Broń ma za­spa­wa­ną lufę. Za­koń­czo­ne szpo­na­mi dło­nie męż­czy­zny sku­wa­ją kaj­da­ny.

Miej­sca sę­dziów są puste.

 

TŁUM NA WI­DOW­NI

Zabić! Roz­strze­lać! Zabić! Roz­strze­lać!

 

RE­POR­TER I

Za chwi­lę na­stą­pi ogło­sze­nie wy­ro­ku w spra­wie Fen­ri­ra Storm­wol­fa, ma­jo­ra wil­czej armii, je­dy­ne­go ze współ­od­po­wie­dzial­nych za znisz­cze­nie mia­sta, lu­do­bój­stwo, tor­tu­ry i zbrod­nię prze­ciw­ko ludz­ko­ści, który prze­żył wy­zwo­leń­czy szturm…

 

RE­POR­TER II

Na­stro­je wśród ze­bra­nych są jed­no­znacz­ne. Zgro­ma­dze­ni chcą kary śmier­ci dla wo­jen­ne­go zbrod­nia­rza…

 

RE­POR­TER III

W cią­gną­cym się przez pięć dni pro­ce­sie naj­waż­niej­sze były ze­zna­nia dwu­dzie­stu trzech po­krzyw­dzo­nych, któ­rych Storm­wolf roz­ka­zał uwię­zić w pod­zie­miach kina Luna. Jako uczest­ni­cy wy­da­rzeń opi­sy­wa­nych jako ostat­nia bitwa nocy, prze­ko­na­li się oni o be­stial­stwie wilka na wła­snej skó­rze. Byli też świad­ka­mi mę­czeń­skiej śmier­ci Sta­ni­sła­wa Sta­cha­no­wa, pseu­do­nim Blake…

 

RE­POR­TER IV

Wyrok zdaje się być prze­są­dzo­ny, my zaś naj­wy­raź­niej za­pa­mię­ta­my wy­stą­pie­nie Jana Abra­mo­wi­cza, pseu­do­nim John, który – choć zwią­za­ny z pod­zie­miem ar­ty­stycz­nym – był prze­ciw­ny karze śmier­ci dla Storm­wol­fa i na­wo­ły­wał do tego, by je­dy­nie wy­gnać go na drugi brzeg Py­ri­fle­ge­to­nu, by, cy­tu­ję „nie upo­dab­niać się do opraw­ców”.

Coraz po­pu­lar­niej­sza wśród opi­nii pu­blicz­nej jest teo­ria, że był on w rze­czy­wi­sto­ści po­dwój­nym agen­tem wil­ków i stał za wcią­gnię­ciem w pu­łap­kę Sta­ni­sła­wa Sta­cha­no­wa.

 

TŁUM NA WI­DOW­NI

Zabić! Zabić! Roz­strze­lać!

 

RE­POR­TER III

…wciąż nie ma ofi­cjal­ne­go sta­no­wi­ska władz tym­cza­so­wych w spra­wie tak zwa­nych Księ­ży­co­wych Ksią­żąt. Wedle prze­wa­ża­ją­cej opi­nii mi­ni­strów, był to efekt dzia­ła­nia ha­lu­cy­no­gen­ne­go gazu roz­py­la­ne­go przez wilki, który po­wo­do­wał rów­nież amok i na­pa­dy szału u czę­ści miesz­kań­ców.

 

STRAŻ­NIK KO­TA­RY

Wstać, sąd idzie!

 

Wszy­scy pod­no­szą się z miejsc, kur­ty­na roz­stę­pu­je się i trzech sę­dziów wstę­pu­je na swoje trony.

 

TŁUM NA WI­DOW­NI

Roz­strze­lać! Roz­strze­lać!

 

ŚROD­KO­WY SĘ­DZIA

(ude­rza młot­kiem w poręcz tronu)

Cisza! Cisza!

(głosy milk­ną)

Czy oskar­żo­ny ma coś do po­wie­dze­nia przed ogło­sze­niem wy­ro­ku?

 

OSKAR­ŻO­NY

Tak! Mój los jest dla mnie jasny i umrę bez żalu, tak jak bez żalu przyj­mo­wa­łem na swoje barki cię­żar moich uczyn­ków! Chcę, by­ście jed­nak wie­dzie­li, że nie wilka tu ska­zu­je­cie! Nie zwie­rzę! Tylko czło­wie­ka! Nie tylko śmier­ci i krwi pra­gnie­nia wy­peł­nia­ją mą duszę! Jak wy, ko­cham…

(po­mruk roz­cho­dzi się po wi­dow­ni, sę­dzia po pra­wej za­ci­ska dło­nie na poręczach tronu)

…sztu­kę! Bo czyż wojna nie jest sztu­ką? W czym gor­sze jest pięk­no zwy­cię­skiej bitwy od urody dziew­ki wy­ma­lo­wa­nej na płót­nie? Tak, ko­cham sztu­kę! W moim ga­bi­ne­cie, jeśli go jesz­cze nie spa­li­li­ście, zna­leźć mo­że­cie księ­gi Nie­tz­sche­go, gra­mo­fon w któ­rym czeka na­sta­wio­na płyta z za­pi­sem dzie­wią­tej sym­fo­nii Dvo­ra­ka, na ścia­nach ob­ra­zy Hie­ro­ni­ma Bo­scha…

 

TŁUM NA WI­DOW­NI

(za­głu­sza­jąc oskar­żo­ne­go)

Zabić! Roz­strze­lać! Zabić! Roz­strze­lać!

 

ŚROD­KO­WY SĘ­DZIA

(ude­rza młot­kiem w poręcz tronu)

Czy ten wy­kład o wil­czych pre­fe­ren­cjach ar­ty­stycz­nych, ską­d­inąd cenny dla głów­ne­go cen­zo­ra, to wszyst­ko, co oskar­żo­ny ma do po­wie­dze­nia?

 

OSKAR­ŻO­NY  

Chcia­łem dodać jesz­cze, że nie śmierć zwie­rzę­cia, ale śmierć czło­wie­ka ob­cią­ży wasze su­mie­nia!

(grom­ki śmiech roz­cho­dzi się po wi­dow­ni, sę­dzia z lewej stro­ny szczerzy się od ucha do ucha)

My­śli­cie, że­ście inni? Spójrz­cie po sobie! Zęby spi­łu­je­cie, pa­zu­ry ze­tnie­cie…

(na dźwięk tych słów sę­dzia z pra­wej stro­ny chowa dło­nie w rę­ka­wy szaty, zaś sę­dzia z lewej przy­bie­ra po­nu­rą minę)

…ale dra­pież­nych spoj­rzeń nie zmie­ni­cie! Ich nie ukry­je­cie! Je­ste­ście tacy sami jak…

(strzał! oskar­żo­ny pada śmier­tel­nie ra­nio­ny, usta wy­peł­nia mu krew, która ście­ka na pod­ło­gę)

 

ŚROD­KO­WY SĘ­DZIA

(ude­rza młot­kiem w poręcz tronu)

 

TŁUM NA WI­DOW­NI

(wszy­scy wsta­ją i za­czy­na­ją kla­skać)

 

RE­POR­TE­RZY

Fen­rir Storm­wolf za­bi­ty! Nie wiadomo, kto strzelał.

 

TŁUM NA WIDOWNI 

Wiwat wolność! Wiwat sprawiedliwość! 

 

JAN ABRA­MO­WICZ

(naj­pierw nie wsta­je z miej­sca, potem pod­no­si się nie­pew­nie i pa­trzy tylko na zwło­ki Storm­wol­fa ze zro­zu­mie­niem i żalem, pa­trzy na ra­do­sne twa­rze wokół, szuka kogoś o po­dob­nym spoj­rze­niu, co jego wła­sne i mówi do sie­bie)

I co nam przy­szło po prze­trwa­niu, bra­chu? Le­piej było zgi­nąć jak inni, z na­dzie­ją, że resz­cie lep­szy świat to przy­nie­sie…

(na­tra­fia na jedno nie­win­ne spoj­rze­nie w ostat­nim rzę­dzie sali; pa­trzy w oczy dziew­czy­ny, w któ­rej roz­po­zna­je uko­cha­ną Elio­ta)

 

NAR­RA­TOR

(jako duch nie­wi­dzial­ny i nie­sły­szal­ny, uno­szą­cy się pod su­fi­tem sali)

Gdyś wiek prze­mi­nął, wstrzy­maj się u ście­ku,

Ostat­nim po­wróć na prze­szłość ob­li­czem;

Zlicz dni szczę­śli­we, a wy­znasz, czło­wie­ku,

Czym­kol­wiek byłeś, że le­piej być ni­czem

 

Koniec

Komentarze

Pierwszy komentarz publiczny chciałbym poświęcić na wskazanie tytułów, autorów i autorów przekładów (tam, gdzie zidentyfikowani) utworów, które zostały niecnie wykorzystane w opowiadaniu:

“Do M.S.G” – George Gordon Byron (przekład Czesław Jastrzębiec-Kozłowski)

“Makbet” – William Shakespeare (przekład Leon Ulrich)

“Euthanasia” – George Gordon Byron (przekład Adam Mickiewicz)

“Oda do słowika” – John Keats (przekład Jan Kasprowicz)

“Głos Demona Stróża” – William Blake

“Jałowa ziemia” – Thomas Stearns Eliot (przekład Czesław Miłosz)

“East Coker” – Thomas Stearns Eliot (przekład Krzysztof Boczkowski)

“Hyperion” – John Keats (przekład Jan Kasprowicz)

“Bizancjum” – Wiliam Butler Yeats

“Bodziec” – Wiliam Butler Yeats (przekład Dawid Juraszek i Maciej Froński)

“Słońce bezsennych” – George Gordon Byron (przekład Aleksander Chodko)

“Kto nazbyt długo w mieście był więziony” – John Keats (przekład Jan Kasprowicz)

Cześć Gekikara!

Przedmowa i pierwszy komentarz budzą ciekawość, tagi lekki niepokój, zetem zasiadam do czytanie (high hopes!)

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Przedmowa i pierwszy komentarz budzą ciekawość, tagi lekki niepokój, zetem zasiadam do czytanie (high hopes!)

Właśnie z uwagi na te high hopes napisałem tekst całkiem inny niż poprzedni, żeby uniknąć porównań. :P

Hmmm. Nie czuję się kompetentna do oceniania całości tekstu. Jako żem w poezji laik, co się zowie.

Ale ta część, którą skumałam, wydaje się interesująca. Ciekawie przedstawiona walka między człowieczeństwem i zezwierzęceniem. Psiakrew, jeśli jedynym ratunkiem jest mówienie wierszami, to marnie ze mną. ;-)

Styl wzniosły, patetyczny, ale ta purpura pasuje do tematyki, więc nie wypada na nią psioczyć.

Trochę mi żal, że wykorzystałeś poetów angielskich, których praktycznie nie znam. Bo to Polacy gęsi?Żywię nadzieję, że z Mickiewiczem czy Norwidem łatwiej nawiązałabym nić porozumienia.

Fajny pomysł z narratorem.

w ledwie półtora długości myśli.

Półtorej.

Babska logika rządzi!

Cześć Finklo! 

Przede wszystkim chciałbym wyrazić radość z tego powodu, że tekst przeczytałaś. Krar zaczął 10 godzin temu, ale widać 53tys. znaków to lektura dla wytrwałych. :P

Hmmm. Nie czuję się kompetentna do oceniania całości tekstu. Jako żem w poezji laik, co się zowie.

Obawiam się właśnie tych, co się czują kompetentni, bom też laik. :) 

 

Ale ta część, którą skumałam, wydaje się interesująca

Oj, nie szafuj tak komplementami!

 

Trochę mi żal, że wykorzystałeś poetów angielskich, których praktycznie nie znam. Bo to Polacy gęsi?Żywię nadzieję, że z Mickiewiczem czy Norwidem łatwiej nawiązałabym nić porozumienia.

Zastanawiałem się, czy wykorzystać poetów polskich, ale ostatecznie… jakoś nie było mi z nimi po drodze. 

 

 

No lekko nie było, no. 53k znaków, a po drodze sanki, goście, smażenie pączków, sprzątanie… No i naprawa prysznica jeszcze wpadła… czyli proza rodzinnego “długo i szczęśliwie” ;-) Dziś zasypiając pewnie znów będę wspominał Bena ;-)

Ale do rzeczy. Pierwsze odczucie mam taki, jak przy poprzednim Twoim tekście: bardzo mi się to podoba, ale nie do końca jeszcze rozumiem (albo myślę, że rozumiem), o czym to jest ;-) Bo tematów, jak zwykle, poruszyłeś sporo. Zgaduję, że jest tu poezja, jest podzielony świat, czas przełomu, zezwierzęcenie…

A czym mnie tym razem urzekłeś? Podoba mi się umierający prędko narrator, na schodach teatru niemalże. Podoba mi się scena, gdy zwiadowcy grają w karty, i to, jak sprawnie ich tam opisujesz. Czuję się mały widząc stworzony przez Ciebie świat, gdzie niedobitki ocalałych mówią wierszem, by mieć pewność, że są nadal ludźmi.

Imiona i pseudonimy bohaterów też nie są zapewne przypadkowe, niektóre znam, ale musze się dokształcić. Oj sprowadzasz ty ludzi na złą drogę, zamiast zatracać się w materializmie czy innym wszeteczeństwie rozkminiam, co autor miał na myśli.

Znaczenie czterech pierwszych scen rozumiem o tyle, o ile wykorzystujesz to w piątej, tej ukazującej, że pewne sprawy kołem się toczą. Ale czuję, że jest tam znacznie więcej. Ale potrzebuję czasu, by to zrozumieć (i może komentarzy innych użytkowników)

Pokminię to jeszcze (sama przyjemność) i wrócę, a tymczasem klikam bibliotekę. High hopes fulfilled!

 

A, jeszcze z kwestii edycyjnych:

– Mówią, że ma siedem stóp wysokości i spojrzeniem kruszy stalowe pancerze istot wojny – wtrąca najmłodszy.

Wzrostu bardzie by chyba pasowało

Poprawiłem kaburę pistoletu u paska, gotów na użycie broni, choć rzadko sięgałem po siłę ogniasłużyła mi bardziej do wzbudzenia strachu, niż do wyrządzenia komuś krzywdy.

Zbędne imho; może lepiej „do użycia”; siła ognia brzmi nieco osobliwie imho.

najpierw nie wstaje miejsca, potem podnosi się

zabrakło “z” chyba

 

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

No lekko nie było, no. 53k znaków, a po drodze sanki, goście, smażenie pączków, sprzątanie… No i naprawa prysznica jeszcze wpadła… czyli proza rodzinnego “długo i szczęśliwie” ;-) Dziś zasypiając pewnie znów będę wspominał Bena ;-)

Uważaj, bo jal długo wspominasz Bena, to w końcu on zaczyna wspominać ciebie. :P

 

Ale do rzeczy. Pierwsze odczucie mam taki, jak przy poprzednim Twoim tekście: bardzo mi się to podoba, ale nie do końca jeszcze rozumiem (albo myślę, że rozumiem), o czym to jest ;-) Bo tematów, jak zwykle, poruszyłeś sporo. Zgaduję, że jest tu poezja, jest podzielony świat, czas przełomu, zezwierzęcenie…

Jest tu kilka rzeczy, sporo w warstwie symbolicznej, ale to zupełnie inne opowiadanie niż tamto. Tam były drugie i trzecie dna, tu raczej właśnie ten symbolizm. :) 

 

Czuję się mały widząc stworzony przez Ciebie świat, gdzie niedobitki ocalałych mówią wierszem, by mieć pewność, że są nadal ludźmi.

Tak cię ten świat przytłoczył? 

Nie wszyscy to poeci, niektórzy czytają prozę, inni słuchają muzyki, malują, albo tańczą. :P

 

Imiona i pseudonimy bohaterów też nie są zapewne przypadkowe, niektóre znam, ale musze się dokształcić. Oj sprowadzasz ty ludzi na złą drogę, zamiast zatracać się w materializmie czy innym wszeteczeństwie rozkminiam, co autor miał na myśli.

Przydomki tak, jak najbardziej nieprzypadkowe. Imiona niekiedy nieprzypadkowo zwyczajne.

 

 

Dzięki za uwagi. Za równo te Finklowe, jak i te Twoje, już wprowadziłem do tekstu. 

O kurcze… toż to dramat ;-)

Zostawiam tu na razie, by nie zapomnieć przeczytać :D

O kurcze… toż to dramat ;-)

Zostawiam tu na razie, by nie zapomnieć przeczytać :D

Nowy sposób na nabicie komentarzy? ;)

Bardzo dobre opowiadania, choć długie i wypełnione wierszami, których znawcą nie jestem ;)

Zgadzam się z Finklą, że wypełnienie tekstu cytatami polskich poetów i wieszczów miałoby silniejszy wydźwięk, dla nas, polskich czytelników, jednak to jest Twoje dzieło, które moim zdaniem wyszło Ci bardzo, ale to bardzo dobrze. Choć nie wszystko zrozumiałem (za pierwszym razem), widzę tutaj pewne starcie między ludźmi, a zwierzętami/zezwierzęcenie. Sztuka, jak i w prawdziwym życiu, pozwala odróżnić ludzi od zwierzyny, człowiek tworzył od tysiącleci, muzykę, poezję, teatr, czy nawet dzisiejsze filmy i seriale.

Tutaj bohaterowie nadają zniszczonemu światu życia, nie chcą utracić swojej tworzonej od lat kultury, jednego z symboli człowieczeństwa. Przynajmniej to jest moja kulawa interpretacja ;)

Chciałbym przeczytać opowiadanie, jeszcze raz, może więcej zrozumieć. Wtedy wróciłbym z drugim komentarzem.

Warsztatowi zarzucić nic nie mogę, dla mnie jest bardzo profesjonalny. Mi pozostaje jedynie zgłosić do biblioteki (mam nadzieję, że administracja mnie nie zabije, bo to już szóste w ciągu ostatnich kilku dni xD).

Gratuluję świetnego opowiadania i pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć, Danielu!

Przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że doceniam poświęcony czas, bo opowiadania takiej długości są traktowane tutaj jako grubaski. Jakoś coraz dłuższe i dłuższe mi te teksty wychodzą, będę musiał je odchudzić. :P

 

Zgadzam się z Finklą, że wypełnienie tekstu cytatami polskich poetów i wieszczów miałoby silniejszy wydźwięk, dla nas, polskich czytelników

Rozumiem, że polscy czytelnicy lubują się w polskiej poezji – taki rys narodowy? :P

 

moim zdaniem wyszło Ci bardzo, ale to bardzo dobrze.

:)

 

 

Choć nie wszystko zrozumiałem (za pierwszym razem), widzę tutaj pewne starcie między ludźmi, a zwierzętami/zezwierzęcenie. Sztuka, jak i w prawdziwym życiu, pozwala odróżnić ludzi od zwierzyny, człowiek tworzył od tysiącleci, muzykę, poezję, teatr, czy nawet dzisiejsze filmy i seriale.

Tutaj bohaterowie nadają zniszczonemu światu życia, nie chcą utracić swojej tworzonej od lat kultury, jednego z symboli człowieczeństwa. Przynajmniej to jest moja kulawa interpretacja ;)

Kiedyś popełniłem ten błąd, że wyjawiłem co autor miał na myśli – więcej mnie na to nie nabierzecie!

 

Warsztatowi zarzucić nic nie mogę, dla mnie jest bardzo profesjonalny. Mi pozostaje jedynie zgłosić do biblioteki (mam nadzieję, że administracja mnie nie zabije, bo to już szóste w ciągu ostatnich kilku dni xD).

Wręcz przeciwnie, może być i tak, że dostaniesz order od Finkli. :P

Gorzej z tymi, co nic nie zgłaszają, dla tych jest specjalny kocioł.

 

Sztuka, jak i w prawdziwym życiu, pozwala odróżnić ludzi od zwierzyny, człowiek tworzył od tysiącleci, muzykę, poezję, teatr, czy nawet dzisiejsze filmy i seriale.

No, nie wiem. Altanniki budują. Niektóre gatunki wymyślne gniazdka, inne – specjalne sceny, na których twórca ma się godnie zaprezentować (przy tym tak wykorzystują optykę, żeby wydawał się jak największy). Wiele ptaków śpiewa, zrzyna trele od siebie i innych. Tańce godowe też chyba nie należą do rzadkości…

Rozumiem, że polscy czytelnicy lubują się w polskiej poezji – taki rys narodowy? :P

Tam od razu lubują… Rozpoznają, bo w szkole wałkowali Mickiewicza i Kochanowskiego w tę i we w tę…

Babska logika rządzi!

Dzięki Rogerze za zwrócenie uwagi, rzeczywiście, do opisywanej sytuacji słowo salwa nie pasuje. Palba to jednak dość rzadko spotykane określenie (i brzmi jakoś tak po czesku?) więc skorzystam z bardziej popularnego ostrzału. :) 

 

Rozumiem, że polscy czytelnicy lubują się w polskiej poezji – taki rys narodowy? :P

Ja osobiście lubię nawiązania do krajów i kultur, które nie są Ameryką czy Wielką Brytanią. Jakoś te obce imiona, świata fantasy tworzone na wzór angielskich wiosek, czy akcje dziejące się w Stanach mnie nudzą, nie czuję w nich nic świeżego. Stąd właśnie wolę jakieś inne nawiązania.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Daniel, rozumiem, że następnym razem ma być poezja hibduska w sanskrycie? ;P

Swoją drogą, jeśli wolisz klimaty orientalne, to zrobię sobie autoreklamę i polecę ci moje opowiadanie pt. Śpiących Królowa. :) 

Niekoniecznie chodziło mi o hinduskie klimaty, bardziej takie nasze, regionalne. Rozsławić jakoś ten rejon, nadać mu oryginalności. Oczywiście to moja subiektywna opinia, nikogo do tego nie zmuszam xD.

Co do Śpiących Królowa, z chęcią zajrzę ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Ostrzał albo ogień. Wyraz “ogień” ma tyle znaczeń, że głowa mała… Ale między innymi ma znaczenie wojenne/wojskowe alias militarne i w tym znaczeniu używany jest często. W sumie to szczególik, jedno zdanie i jeden wyraz, jednakowoż przy użyciu wyrazu ”ogień” unika się powtórzenia blisko siebie wyrazów strzelali/ostrzał. Ale…

Pozdrówka.

Geki, odbiór bardzo osobisty. Masz już piórko, więc jedziemy. ;-)

Forma dramatu ciekawa, ale gdzie podziewa się dramat? Który z bohaterów pierwszego lub drugiego planu się zmienia? Reakcja ma jak rozumiem zajść w duszy i rozumie czytelnika – hmm, w dodatku główną tezę podkreślasz wiele razy: zwierzę – człowieczeństwo.

Na zdecydowany plus konsekwentne trzymanie się zapisu, nie zboczyłeś/odpuściłeś w żadnym momencie, lecz… tak jest jedno "ale" – wprowadzenie narracji z pozycji samego Księżycowego Księcia. Kreujesz twist/zwrot akcji wiodący ku zakończeniu na zasadzie wyciągnięcia królika z kapelusza, gdy tymczasem nie mieliśmy na wejściu ani kapelusza, ani zapowiedzi sztuczki magicznej, ni osoby magika. 

Problem mam również z cytatami, nawet mogłyby być i niepolskie, choć polskie niewątpliwie silniej rezonowałyby. Te, przez Ciebie zamieszczone i włożone w usta bohaterów są dla mnie z różnej parafii i niekoniecznie pasują. Pomysł niewątpliwie fajny, ale wymagałby więcej pracy.

Całość opiera się na akcji, brak opisów świata, jedynie lekki zarys. 

Całość jest zdecydowanie przegadana, choć narracja i warsztat bardzo ok.

 

Z drobiazgów:

,opowiada, a kędzierzawy i waży moc swoich kart.

"i" wpadło z nieoczekiwaną wizytą.

,a ja patrzyłem(+,) jak to robi.

,i z pistoletami nie odkładanymi tak długo, że przyrosły im do rąk

łącznie

,wymierza zamaszysty sierpowy prosto w szczękę Butlera.

poszukałabym zamiennika

,Surrealizm. Przed nim zezwierzęceni najbardziej się trwożą,

,przywołane eksplozją granatu obrazy są tym mniej trwałe, że stanowią tylko reprodukcje wymalowane w powietrzu, czyli na płótnie najmniej trwałym z wszystkich możliwych.

,jakby to trochę miało cokolwiek zmienić.

zostało po poprawkach. 

,ale to już nic nie znaczy. Jego martwe oczy patrzą w dal, nic już nie widząc.

,Butler rozgląda się wkoło, obejmuje spojrzeniem zezwierzęconych szukających drogi powierzchnię, wspinających się po gruzach i ciałach tych, którzy spadli lub nie mają już sił.

Coś zjedzone?

,patrzy na miejsce(+,) w którym jeszcze przed chwilą był Stormwolf,

 

Biblio – skarżę, nominacja do piórka – nie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Forma dramatu ciekawa, ale gdzie podziewa się dramat? Który z bohaterów pierwszego lub drugiego planu się zmienia? Reakcja ma jak rozumiem zajść w duszy i rozumie czytelnika – hmm, w dodatku główną tezę podkreślasz wiele razy: zwierzę – człowieczeństwo.

Asykum, dramat w tytule to orzede wszystkim nawiązanie do jednego z rodzajów literackich, mocno związane z epilogiem. :) 

Ale, swoją drogą, jeśli spojrzysz na bohaterów, to każdy z nich toczy walkę – choć właśnie o to, by się nie zmienić – niektórzy ją przegrywają, lub są całkiem blisko tego. 

 

tak jest jedno "ale" – wprowadzenie narracji z pozycji samego Księżycowego Księcia. Kreujesz twist/zwrot akcji wiodący ku zakończeniu na zasadzie wyciągnięcia królika z kapelusza, gdy tymczasem nie mieliśmy na wejściu ani kapelusza, ani zapowiedzi sztuczki magicznej, ni osoby magika. 

Nue zrozumiałem tego porównania. :(

Zapowiedź jest już na samym początku, czy to w opisie scen, czy w historii o Księżycowym Księciu, kiedy nie ka zgodności co do tego, kim jest – bo jak się okazuje, jest ich wielu. 

 

Problem mam również z cytatami, nawet mogłyby być i niepolskie, choć polskie niewątpliwie silniej rezonowałyby. Te, przez Ciebie zamieszczone i włożone w usta bohaterów są dla mnie z różnej parafii i niekoniecznie pasują.

Ależ one są z różnej parafii, tak jak różne są postaci, które je wypowiadają. Cytaty są wykorzystane by tworzyć dialog, oczywiście, rozumiem l, że mogą takie wrażenie wywoływać, tak samo jak rozumiem ten poetycki partiotyzm (a może nie tyle rozumiem, co akceptuję :P). 

 

Całość opiera się na akcji, brak opisów świata, jedynie lekki zarys.

Całość jest zdecydowanie przegadana, choć narracja i warsztat bardzo ok.

Oczywiście, lekki zarys, bo i nie opisy grają tu pierwszą rolę, tak samo jak nie grają pierwszej roli w… dramacie. :) Zastosowałem podobną formułę, sceny zaczynają się od opisów, tak jak często sceny w scenariuszach sztuki zaczynają się od didaskaliow. Później ograniczyłem je do niezbędnego minimum. 

Czy przegadane? Rzecz gustu. Ja ostatnio czytałem otrzymanych od Tarniny Lowcow Meteoryow Verna i taki gawędziarski styl mi się spodobał. :) 

 

Nad drobiazgami rzecz jasna się pochylę. :) 

Wyjątkowo interesujący tekst, ambitny, przeczytałam i z przyjemnością i z zainteresowaniem, z pewnością zasługujący na bibliotekę. Poruszasz w tekście ciekawe kwestie, zadajesz pytania o zezwierzęcenie i o człowieczeństwo, o to jaką w tym wszystkim rolę odgrywa sztuka, a przede wszystkim poezja.

Warsztatowo również na plus, zarówno jeśli chodzi o język, jak i dopasowanie stylu do treści. Prawdopodobnie nie wszystko do końca zrozumiała, ale jestem bardzo zadowolona z lektury. Kliczek :)

jeśli spojrzysz na bohaterów, to każdy z nich toczy walkę – choć właśnie o to, by się nie zmienić – niektórzy ją przegrywają, lub są całkiem blisko tego

Iii, bardzo w wyobraźni i z tym jest kłopot, bo zwiadowcy mało odróżnialni poza ubiorem, opaskami i innymi takimi. ;-)

Nue zrozumiałem tego porównania. :(

Rozwiązanie – “wrzucasz” Księżycowego Księcia, teraz piszesz, że jest ich Legion. Z początku mamy narratora i bajędy o nim, a jest jednym ze zwiadowców i – ups – nagle okazuje się Księciem prowadzącym zastępy?

Ależ one są z różnej parafii, tak jak różne są postaci, które je wypowiadają. Cytaty są wykorzystane by tworzyć dialog, oczywiście, rozumiem l, że mogą takie wrażenie wywoływać, tak samo jak rozumiem ten poetycki partiotyzm (a może nie tyle rozumiem, co akceptuję :P)

Kłopot z tym, że nie są odróżnialne, chyba że lecimy po wierzchu i ubraniu. Niestety, co więcej, lecą po słowach, które pasowały, choć umiarkowanie się w konkretną sytuację (tu – mam na myśli – wyjściowe  sytuacje, relacje, myśli, uczucia). Chyba wolałabym, aby nie było takiego misz-maszu, bo albo się do czegoś odwołujemy, albo nie. W takich sytuacjach jestem – ciut bezwzględna. 

Oczywiście, lekki zarys

Pewnie, że można, choć wolałam Twoje pierwsze opko, to bez piórka. 

Czy przegadane? Rzecz gustu. Ja ostatnio czytałem otrzymanych od Tarniny Lowcow Meteoryow Verna i taki gawędziarski styl mi się spodobał. :)

Styl ok, podobnie jak sposób opowiadania, ale odnosiłam wrażenie, że mielisz to samo przez to samo. Ładnym warsztatem, to prawda, lecz zero było w nim prawdy o ludziach – ssakach i ich przeżywaniu. 

Geki, dla mnie opowiadanie jest nieodłącznie związane z postaciami i światem. Tu nie mamy ani jednego, ani drugiego, lecz koncept pchany nachalnie od początku zwierzę kontra człowiek.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Rozwiązanie – “wrzucasz” Księżycowego Księcia, teraz piszesz, że jest ich Legion. Z początku mamy narratora i bajędy o nim, a jest jednym ze zwiadowców i – ups – nagle okazuje się Księciem prowadzącym zastępy?

Przecież on się nim, droga Asylum, staje. A nie jest od początku. 

 

Kłopot z tym, że nie są odróżnialne,

Nie będę się spierać, bo nie lubię w tekście mocno zarysowywać charakterów postaci i często tego nie robię, dlatego jestem przyzwyczajonu, że jedni biorą moich bohaterów za dobrze przedstawionych, inni za zbyt mało wyrazistych. Każda z postaci jest inna, każda ma inną wrażliwość i inną poezję w sobie, każda znalazła to, co ją uczlowiecza. 

Oczywiście, mógłbym, może naeet powinienem, każdemu z nich dać taką cechę, która by ich wyróżniala w każdej wypowiedzi ale – to nie mije pisanie. Choć może kiedyś i taki koncept obiorę. :) 

 

Pewnie, że można, choć wolałam Twoje pierwsze opko, to bez piórka. 

Przecież to opko nie dostało piórka. Serio, nie wiem o którym opowiadaniu mówisz. Pierwszym jakie opublikowałem? Trochę jestem zdezorientowany. :) 

 

Geki, dla mnie opowiadanie jest nieodłącznie związane z postaciami i światem. Tu nie mamy ani jednego, ani drugiego, lecz koncept pchany nachalnie od początku zwierzę kontra człowiek.

Widzisz, a u mnie zawsze na pierwszym miejscu koncept. Ale to, że nie ka świata – zabolało, bo akurat światotworczo to z tego tekstu jestem całkiem zadowolony. 

Geki, ja pamiętam, że obiecałem obszerny komentarz, ale poczekam chyba na tekst bez tagów: absurd, groteska. Ok?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Katia 

 

Wyjątkowo interesujący tekst, ambitny, przeczytałam i z przyjemnością i z zainteresowaniem, z pewnością zasługujący na bibliotekę. Poruszasz w tekście ciekawe kwestie, zadajesz pytania o zezwierzęcenie i o człowieczeństwo, o to jaką w tym wszystkim rolę odgrywa sztuka, a przede wszystkim poezja.

Cieszę się, że są i głosy przychylne. :) 

 

Warsztatowo również na plus, zarówno jeśli chodzi o język, jak i dopasowanie stylu do treści. Prawdopodobnie nie wszystko do końca zrozumiała, ale jestem bardzo zadowolona z lektury. Kliczek :)

Bardzo dziękuję, a z tym niezrozumieniem… czasem lepiej, jak coś kest nie do końca jasne. :P

Ale co to za tagi som, Gekinaro? Przecież absurdu i groteski tutaj nie ma :/

Known some call is air am

Cześć, Marasie! 

Geki, ja pamiętam, że obiecałem obszerny komentarz, ale poczekam chyba na tekst bez tagów: absurd, groteska. Ok? 

A jednak pamiętasz! :) 

Ok, mam nadzieję, że się taki kiedyś trafi. Obiecuję ci, że jeszcze kiedyś napiszę prawdziwe fantasy! 

Choć tutaj (tzn w tym tekście) jestem bardzo blisko, najbliżej od dawna. 

 

Ale co to za tagi som, Gekinaro? Przecież absurdu i groteski tutaj nie ma :/

Zależy z której strony spojrzeć, Outto. Bo jak od epilogu, albo sceny z nosorożcem… wolałem już na początku to wskazać, choć masz rację, że nie jest to tekst taki, jak ja przykład CM'owy Powiernik Wspomnień. 

 

Zawsze z tagami mam problem, czynje dodać, czy nie dodać. :P

SF!!!!! Żadne fantasy!!! SF!!!

 

Edit. Sceny z nosorożcem brzmią zachęcająco w sumie…

Po przeczytaniu spalić monitor.

SF!!!!! Żadne fantasy!!! SF!!!

Z tej strony już mnie znasz, moje sf jest (jak to powiedziałeś?) pretekstowe?

Takie rasowe sci-fi pisane przez wielkie SCI to będzie wyzwanie. 

Gdzie tak napisałem? W komentarzu piórkowym???

Po przeczytaniu spalić monitor.

Groteskę nawet jeszcze bym zrozumiała (broń przyrastająca do rąk i ogólnie wizja wilków), ale absurd? Niedobry Geki, posprzątaj w tagach.

A na komentarz odpowiem, na razie nie chciałam robić zbyt dużego zamieszania i dziwić czytelników jakimiś cytatami wyrwanymi z kontekstu, więc czekałam, aż przybędzie pozabetowych opinii.

Silva i mówi to osoba, dla której absurdalne było zachowanie tłumu na widowni, choć takie być miało. :P

 

Marasie, usunąłem już absurd z tagów, możesz czytać. :) 

… a gdzie napisałeś? Kurcze, muszę pogrzebać. Może być i tak, że nie tak napisałeś, ale ja tak zapamiętałem, bo pamięć lubi płatać figle. 

Silva i mówi to osoba, dla której absurdalne było zachowanie tłumu na widowni, choć takie być miało. :P

Oj tam, jedna scena nie uzasadnia tagu ;)

Łabsuru i łogroteski to tu nijak nie postrzegam, ale wiesz ja jest dziwna. ;-)

Przecież on się nim, droga Asylum, staje. A nie jest od początku.

W takim razie to pokaż?

Każda z postaci jest inna, każda ma inną wrażliwość i inną poezję w sobie, każda znalazła to, co ją uczlowiecza. 

Nie jest inna, multiplikujesz jedną cechę i reaktywność, a nie przeżywanie. A poezja – “od Sasa do Lasa”. Sorry, lecz tak ją odbieram. Wierszowanie jest zdecydowanie niecharakterystyczne, i choć mi przykro, tak sądzę. Nie chodzi mi o wyróżnianie w każdej wypowiedzi, zapodaj różnorodność i pewną konsystencję osoby, odmienność, różnice, a nie tylko dobro kontra złu (wzruszone niewiadomą, bo dramat ma się rozegrać w czytelnikowym wnętrzu, a nie bohaterowym), albo bardziej precyzyjniej rzecz ujmując daj kogoś kto czuje, a nie tylko obserwuje.

 Trochę jestem zdezorientowany. :)

Tłumaczę, pierwsze opko, które komentowałam, ba, betowałam, ale wieki temu.

światotworczo to z tego tekstu jestem całkiem zadowolony. 

Ja nie, gdyż powielanie kalek. Zło– dobro. Zero opisów i sytuacji. Zniknęła poezja zmysłów. Lecimy akcją, która czasami pasi, ale nuży. To, że kalki – ok, ale mam “nie” na brak pogłębienie postaci (tak – wiem, że co niektórzy nie lubileją tego słówka) w konkretnej sytuacji. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W takim razie to pokaż?

Przecież masz to pokazane i to bardzo wyraźnie. Najpierw we fragmencie, w którym narrator jest oburzony swoją bezsilnością i czyni wyrzuty księżycowi, że nie zsyła swojej magii. Potem we wierszowanym fragmencie moment Transformacji. A jeszcze potem wskazuje dobitnie, że "nie jest już martwym nieszczęśnikiem" -a skoro nie jest już, to wcześniej nim był. Trzeba czytać uważnie. :) 

 

precyzyjniej rzecz ujmując daj kogoś kto czuje, a nie tylko obserwuje.

Pozostaje mi zaakceptować twój odbiór, bo co innego zrobić mogę, ale z tym akurat zdaniem jakoby postacie nie czuły, się zgodzić nie mogę, ale uprzedzając dalszą dyskusję, przyjmuję twoje inne spojrzenie na tę kwestię, choć sam widzę to inaczej (ach, jako autor, widzieć to mogę jedynie przez pryzmat mojego wyobrażenia czym ten tekst jest, więc nieobiektywnie). :) 

 

Opowiadanie, które betowalas… Jezusie, które to było… 

A nie Śpiących Królowa właśnie? To z motywami hinduskimi. :) 

Opowiadanie, które betowalas… Jezusie, które to było…

Taaa, to było jakieś pierwsze i IMHO – najlepsze, choć może chropowate, acz nie potrafię tego ocenić.

Przecież masz to pokazane i to bardzo wyraźnie.To prawda, nic nie możesz uczynić.

Nie, Geki, ale to tylko opinia i za nią będę się skrywać. Ponoć przecież sztuka i jej odbiór to tylko opinia, a nie puls “reality”. Czytałam uważnie, bo po co robić to inaczej? ;-)

przyjmuję twoje inne spojrzenie na tę kwestię,

Dzięki! Postaci nie czuły, lecz odgrywały swoje wyznaczone  role.  Autor ma zawsze rację, czyli… xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

To jest GEKI-JALNE!

Wiem, że utwór jest naprawdę dobry, gdy czuję zazdrość, że to nie ja go napisałem. Tak jest w tym przypadku.

Rewelacyjne dialogi. Szczególnie ten mnie zmiótł:

 

– Pojawia się tylko w księżycowym świetle, recytując Horacego…

– Bzdura! Widziałem go raz, cytował Coleridge’a! – wtrąca kędzierzawy.

 

(…) po czym zarzucają na siebie brudnoszare płaszcze. Zaklęte magią teatru przez najlepszych kostiumografów, pozwalają zwiadowcom wtopić się w otoczenie.

 

boskie

Umundurowane i uzbrojone po zęby wilki kojarzą mi się z

==> idziemy razem <==

 

ile ja się musiałem nagrzebać – i w pamięci i w internetach – przy czytaniu tego… a potem się okazało, że w pierwszym komentarzu wszystkie odniesienia… heh… oj głupi ja…

Zawsze boję się przeczytać komentarze przed utworem, by sobie nie zaspoilerować, a trzeba było tak zrobić, a ja jak idiota książkami z półek różnych wyciągniętymi się obłożyłem, jak kretyn googlałem, bo większości jednak nie kojarzyłem… wrrrr…

Zionę teraz ogniem ze złości ;-)

co do komentarzocepcji:

Przedmówcy wyrazili chyba wszystko, co w czasie czytania w utworze znalazłem i nawet jeszcze więcej – więc w sumie nie pozostaje nic innego jak podpisać się pod ich komentarzami. To z czym się nie zgadzam w stosunku do poprzednich komentatorów to to, że postaciom brakło cech indywidualnych. Mimo, że nie znam się na poezji (jak poprzednicy) to jednak odebrałem inny jej charakter u każdej z postaci

Dodam jedynie, czy też raczej powtórzę – świetnie uczyniony świat. Realistyczny w swoim surrealizmie.

Motywy filozoficzne podane w sposób nienachalny, wplecione w "dzianie się", w akcję, w ruch.

Opowiadanie wali jak obuchem, ciekaw jestem jakie będzie za drugim czytaniem (właściwie to trzecim, bo teraz przeczytałem w sumie dwa razy – najpierw czytając, a raczej obwąchując tekst a potem łowiąc jeszcze rzeczy, które mi zgrzytały)

 – obawiam się, że to już nie będzie to samo… ale zobaczymy – na pewno do tekstu jeszcze kiedyś wrócę – w sumie mam taki własny probierz jakości – poza zazdrością względem autora:

jeśli chce mi się do tekstu wrócić, to już jest to dzieło dobre, jeśli po wróceniu nadal odnajduję przyjemność w czytaniu – to dzieło wyśmienite.

I się rozstrzygnie – za jakiś czas – która to z tych dwóch opcji :)

 

Palba to jednak dość rzadko spotykane określenie (i brzmi jakoś tak po czesku?) więc skorzystam z bardziej popularnego ostrzału. :)

 

Palba nie wydaje mi się ani rzadko używanym określeniem, ani brzmiącym z czeska czy turecka ;-) Może z chałwą Ci się pomyliło? ;-)

 

DanielKurowski1

Ja osobiście lubię nawiązania do krajów i kultur, które nie są Ameryką czy Wielką Brytanią. Jakoś te obce imiona, świata fantasy tworzone na wzór angielskich wiosek, czy akcje dziejące się w Stanach mnie nudzą, nie czuję w nich nic świeżego. Stąd właśnie wolę jakieś inne nawiązania.

podpisuję się czterema kopytami, niech będzie sanskryt i Bhagavadgītā, a nie ciągle anglosfera… choć szacun za Byrona w przekładzie Mickiewicza – prawdę mówiąc mi to mocno po naszemu zagrało i nawet wśród książek którymi się obstawiłem czytając to opowiadanie znalazły się utwory dramatyczne Mickiewicza, w których mam też przekłady z Byrona… Dodatkowo – może niektórym pisanie utworów scenicznych przychodzi prosto, ale jak dla mnie zawsze było sporym wyzwaniem, w ciągu całego życia napisałem dramatów zaledwie kilka i wszystkie nieudane – a Twój dramat moim zdaniem spokojnie można wystawić na scenie bo… bardzo sceniczny jest właśnie!

 

 

 

 

To co mi się z różnych przyczyn nie podobało:

 

obserwowani przez spłowiałe oblicza dawno zapomnianych aktorów

---> nie brzmi mi to, jakoś nie pasuje mi, by oblicza, twarze czy głowy mogły obserwować – owszem zwykle w obliczu są patrzałki ale samo oblicze nie jest ani świadomym obserwującym bytem, ani narzędziem obserwacji. Może się czepiam, ale dla mnie obserwować kogoś może człowiek, czyjeś czujne oko, albo szpiegowska kamera, ale już nie na przykład czyjaś twarz czy drzwi (chyba, że ktoś ma paranoję, wtedy obserwować go może nawet gniazdko i klamka).

 

Ukrywający się w budynku teatru ocalali nie mają dowódcy, nie stanowią hierarchicznie zorganizowanej grupy, raczej zgraję indywidualistów (niekiedy z rodzinami), którzy działają wspólnie, gdy widzą w tym sens – jednak gdyby musieli wskazać kogoś, kto miałby im przewodzić, byłby to właśnie Blake.

 

– rozumiem konwencję… ale jednak – wydaje mi się, że w takiej sytuacji by w sposób naturalny grupa się silnie zhierarchizowała, by przetrwać.

 

 Tylko dzięki nim Butler, bo tak wołają jednookiego starca, może rozeznać się w okolicy.

 

"tak wołają" – mi jakoś pasuje do dziecka albo rapera, a nie do jednookiego starca – widziałbym tu prędzej "nazywają"

 

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Mowa obrończa oficera wilków bardzo mi przypomniała to wystąpienie, nie wiem, czy się nim inspirowałeś, ale jeśli nie to polecam obejrzenie:

 

==> Why I chose a gun <==

 

 

 

Ooo, Jim, kopytami zaryjesz w miejscu na lit. anglasaskiej, a którażjesz jest z innego kręgu?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Asylum – w sumie nie wiem jak mam rozumieć Twoje zdanie :)

Poproszę o wykładnię Twego komentarza, którą zmęczony umysł może pojąć o 2:27 w nocy…

Jeśli chodzi Ci o to, że cała literatura jaka istnieje jest z gruntu anglosaska to się z tym twierdzeniem zupełnie nie zgadzam :)

Uż, słońce Ty moje, toć o cytaty chodzi! Ja jestem… dosłowna. xd

A cała literatura, że jest anglo – przeciw, tzn. w pełni się zgadzam, acz nie myśl sobie, żem oczytana. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Za trzecim “strzałem” doczytałem do końca… Niewątpliwie sprawnie napisany ładny popis literackiej erudycji , nie tylko zresztą literackiej, z której nic specjalnego nie wynika. Przesłanie łopatologiczne, a w wielu miejscach tekst się ciągnie. Jest przegadany. Jasne, autorka zmierzyła się z nakreślonym przez siebie jakimś wyzwaniem i mu sprostała, ale co z tego wynika? Nic.

W jednym ze zdań występuje określenie “rewolwer Webley”. Znana konstrukcja. Chyba jednak rewolwer webley… Na pewno rewolwer Webleya, bo wtedy wskazujemy nazwisko konstruktora. Ale w tym zdaniu w tekście wskazuje się markę broni, tak samo jak przy pistolecie luger, ale już przy pistolecie Lugera nazwisko twórcy dużą literą. Ale to znowuż szczególik.

Niestety, tak od połowy tekst zaczął mnie nudzić. Gdyby go skrócić o jakąś jedną trzecią, chyba byłby zdecydowanie lepszy, a na pewno o wiele bardziej dynamiczny.

Pozdrówka.

Witaj, Jimie.

Czekałem wczoraj na twój komentarz, czekałem, czekałem i się nie doczekałem. :P

 

To jest GEKI-JALNE!

Wiem, że utwór jest naprawdę dobry, gdy czuję zazdrość, że to nie ja go napisałem. Tak jest w tym przypadku.

Bardzo miło mi to słyszeć.

Pytanie tylko, jak szeroki jest ten target, który odbierze opowiadanie w podobny sposób – jak na razie zdania sa podzielone mniej więcej 50 na 50. :)

 

Rewelacyjne dialogi. Szczególnie ten mnie zmiótł:

I tu jest podobnie, bo tekst albo cierpi na syndrom przegadania, albo dialogi się podobają.

Cieszę się, że przyszedłeś z komentarzem akurat w takim momencie, bo po ofensywie Rogerowo Asylumowej zaczynałem tracić pewność co do tego, czy jest to tekst udany. :)

 

To z czym się nie zgadzam w stosunku do poprzednich komentatorów to to, że postaciom brakło cech indywidualnych. Mimo, że nie znam się na poezji (jak poprzednicy) to jednak odebrałem inny jej charakter u każdej z postaci

Uff

 

Dodam jedynie, czy też raczej powtórzę – świetnie uczyniony świat. Realistyczny w swoim surrealizmie.

No właśnie tez mi się podoba! Ten świat. Ale trudno mi się wczuć w czytelnika, bo ja widze ten świat przed oczami, wyobraziłem go sobie przed pisaniem tekstu.

 

Dodatkowo – może niektórym pisanie utworów scenicznych przychodzi prosto, ale jak dla mnie zawsze było sporym wyzwaniem, w ciągu całego życia napisałem dramatów zaledwie kilka i wszystkie nieudane – a Twój dramat moim zdaniem spokojnie można wystawić na scenie bo… bardzo sceniczny jest właśnie!

Myślę, że to jednak dramat niesceniczny. :P

Swoją droga na samiuśkim początku zastanawiałem się, czy nie napisać całego opowiadania właśnie w formie scenariusza, na co pokusiłem się w epilogu. Ciekawe, jakby wtedy byłby jego odbiór.

 

 

Rogerze, przede wszystkim dzięki, że jednak dotarłeś do końca tekstu. :)

 

Niewątpliwie sprawnie napisany ładny popis literackiej erudycji , nie tylko zresztą literackiej, z której nic specjalnego nie wynika. Przesłanie łopatologiczne, a w wielu miejscach tekst się ciągnie. Jest przegadany. Jasne, autorka zmierzyła się z nakreślonym przez siebie jakimś wyzwaniem i mu sprostała, ale co z tego wynika? Nic.

Przykro mi, że nic z tekstu nie wyniosłeś – albo może to, co z niego wywnioskowałeś, okazało się dla ciebie zbyt proste i łopatologiczne. Nie będę tutaj się zarzekał, że jest tam ukryta najgłębsza prawda, choć to, że nic z tekstu nie wynika, to mocne stwierdzenie, tym bardziej, że nie sprowadza się on tylko do tego, że “wojna zła i zabijać źle”… choć w sumie jak się uprzeć, to wiele rzeczy można sprowadzić do takich truizmów.

 

Gekikara parę rzeczy mnie jeszcze zastanawia:

Myślę, że to jednak dramat niesceniczny. :P

Myślę, że to się teraz rozmyło i już praktycznie wszystko da się wystawić na scenie. A to – jednak opowiadanie – ma w sobie sceniczność bardzo dużą – i moim zdaniem, na deskach teatru prezentowałoby się rewelacyjnie, chyba nawet lepiej niż w czytaniu.

 

W profilu masz mężczyzna, ale RogerRedeye pisze o Tobie autorka, a Twój awatar też wydaje się się żeński, więc może ja jakieś foux pass popełniłem pisząc o Tobie w formie męskiej, Ty sam piszesz o sobie w formie męskiej, ale może wolisz żeńską lub jedną z tych neutralnych płciowo? Nie chciałbym, żeby uzyskano tu wrażenie, że notorycznie mylę płci piszących, bo ostatnio sam napisałem “autorka” o autorze…

 

Btw. widziałeś to wystąpienie tego niderlandzkiego generała? Nie odpowiedziałeś, czy wzorowałeś się na nim (swego czasu było dość popularne w sieci), lub czymś podobnym, czy jest to przypadkowa zbieżność

 

I co z marszem wilków? Czy to też była jakaś inspiracja, czy to tylko moje skojarzenie? :)

Myślę, że to się teraz rozmyło i już praktycznie wszystko da się wystawić na scenie. A to – jednak opowiadanie – ma w sobie sceniczność bardzo dużą – i moim zdaniem, na deskach teatru prezentowałoby się rewelacyjnie, chyba nawet lepiej niż w czytaniu.

Trochę trzeba by było je uteatralnić. :)

 

W profilu masz mężczyzna, ale RogerRedeye pisze o Tobie autorka, a Twój awatar też wydaje się się żeński, więc może ja jakieś foux pass popełniłem pisząc o Tobie w formie męskiej, Ty sam piszesz o sobie w formie męskiej, ale może wolisz żeńską lub jedną z tych neutralnych płciowo? Nie chciałbym, żeby uzyskano tu wrażenie, że notorycznie mylę płci piszących, bo ostatnio sam napisałem “autorka” o autorze…

To akurat błąd Rogera, ale zapomniałem na to zwrócić uwagę. :P

 

Btw. widziałeś to wystąpienie tego niderlandzkiego generała? Nie odpowiedziałeś, czy wzorowałeś się na nim (swego czasu było dość popularne w sieci), lub czymś podobnym, czy jest to przypadkowa zbieżność

Nie, nie wzorowałem się, ale przemówienie robi wrażanie.

 

I co z marszem wilków? Czy to też była jakaś inspiracja, czy to tylko moje skojarzenie? :)

W sumie nie myślałem o tym przy pisaniu, ale lubię tę scenę z Pana Kleksa więc… coś tam w głowie zostaje. :D

Yo!

 

Chciałes coś o doczuciach, aight? No to trochę będzie, ale będzie tez marudzenie, narzekanie, chwalenie i głaskanie :P

Przeczytałem wczoraj tekst po raz drugi, dziś po raz trzeci. I choć uważam, że to jest dobre opowiadanie, z pewnością zasługujące na bibliotekę, to jednak znajduję w nim pewne rzeczy, które mnie bolą.

O kompozycji już było, a więc zacznę może od odbioru. Przesłanie jest jasne, interpretacja w sumie tylko jedna. Muszę się odnieść do Twojego Bena, żebyś dobrze zrozumiał co chce przekazać.

Otóż w Benie interpretacji mogło być wiele, ale nie było w nim żadnego elementu, który nie współgrałby z pozostałymi; takiego, który uważałbym za zbędny; elementu, który zaciemniałby interpretację i ciężko byłoby go dopasować do reszty, kiedy już jakąś ścieżkę interpretacyjną się obrało. Owszem, dorzuciłeś pewnie wiele smaczków, które nie zostały odnalezione (kiedyś, zdaje się, już o tym rozmawialiśmy), ale nie wpływały one (chyba, bo nadal nie jestem pewien mojej interpretacji Bena, choć uważam ją za spójną) na odbiór całości.

Tym razem poszedłeś w symbolikę, co sam przyznałeś. Ale zbyt wiele tych symboli jak dla mnie tutaj upchnąłeś, żeby moja paranoja interpretacyjna nie szukała drugiego dna, trzeciego poziomu, czwartego elementu, piątej kolumny czy szóstego czegośtam.

Zacznijmy od tła: zniszczone miasto, wojna, teatr jako schron, hasła wypisywane na murach i okupant. Dobrze wiemy, w którą stronę interpretacja powinna skręcić. Dodajesz Lete i Pyriflegeton, co błędnie odniosłem do Dantego i się pogubiłem w pewnym momencie, właśnie szukając punktu zaczepienia dla tych nazw. Może nie szukałbym tych nawiązań, gdyby nie to, że dałeś mi również poetów, wrzuconych fragmentów wierszy, wepchniętych do tekstu Szekspirów, Wilde’ów, Elliotów czy innych Keatsów.

Najeźdźcy to maszyny wojny oraz wilki – i tutaj znów skręcamy w tę samą stronę, w która mi kazałeś dając zniszczone miasto. Wyglancowane oficerki, bestialstwo i ich dowódca Fenrir Stromwolf (Amon Goeth? Jurgen Stroop?) to tylko cegiełki, dokładane do budowli mojej interpretacji, która już w tym momencie była koslawa, bo zostały dołożone w losowych dla mnie miejscach. Podejrzewałem grząski grunt i utwardziłem fundament interpretacji, przygotowany na spore obciążenie budowli. A tak naprawdę, na końcu postawiłeś altankę, z ażurowymi ścianami, przez które zamysł prześwieca jak blask Luny, nie pozostawiając miejsca na choćby jedno ukryte pomieszczenie, za to z oknem w podłodze, drzwiami w dachu i rynnami zamontowanymi wewnątrz. Fajna i ciekawa konstrukcja, ale brak mi uzasadnienia kilku rozwiązań budowlanych. W sumie te wilkołaki i Fenrir to mi się skojarzyły też – ale tutaj bez dodawania interpretacji – z Warewolf: The Apocalypse i plemieniem Get of Fenris ;)

Idźmy dalej. Jest wyprawa ratunkowa do kina i decydują się na nią trzy postacie. Jest jakiś komunikat o armii wyzwoleńczej, która już nadchodzi i to też skręca w wiadomym kierunku. A potem spotykamy niewiastę z martwym dzieckiem – i za cholerę nie potrafię pojąć po co. No bo po co? Po to, żeby poprowadziła trójkę bohaterów do pułapki i jej wątek się urwał? Nie lubię takich scen, w których ktos podsuwa mi martwe albo cierpiące dzieci lub niemowlaki, jeśli nie znajduję uzasadnienia ich pokazania. W “Drodze” MacCarthyego znalazłem, w “Wydrążonym człowieku” Simmonsa też, nawet w jednej ze scen “Rajów utraconych” Le Guin miało to jakiś cel. U Ciebie, niestety, tego celu nie znajduję.

O zezwierzęconych ludziach pisac nie będę, bo to jasne czym są i co chciałes ukazać. Się z zombiakami trochę kojarzą, ale to akurat dobrze. Zombifikacja jednostek, które nie widzą sensu w sztuce i kulturze, masowo pochłaniając tylko to co na wierzchu, bez refleksji. Fajne.

Najlepszy motyw w całym opowiadaniu, taki, za który należy Ci się owacja, to granat surrealistyczny. Świetne, zaskakujące, dobrze wplecione i umocowane w fabule.

Kolejna rzecz, która mi nieco zaciemniła obraz to pan Blake. Smok. Po co on tam przylazł? Co go do tego skłoniło, by ruszyć za trójką ochotników? Nie rozumiem tego inaczej, niż na zasadzie deux ex machina, które mialo bohaterom kupić trochę czasu, sprowokować wywalenie dziury w ziemi, przez ktorą wpadnie nieco księżycowego światła i pojawią się Księżycowi Książęta. Aparat fotograficzny w oku Butlera też fajny, ale nie widzę zastosowania fabularnego dla tego motywu.

I dochodzimy do samych Książąt. Nie zrozumiałem czym są. To znaczy, podejrzewałem, że to jakaś manifestacja poezji, personifikacja weny twórczej, antropomorfizacja wzniosłych idei, stojących za sztuką. A to po prostu martwi poeci, którzy przybywają by chronić tych, którzy martwi jeszcze nie są. Czemu mnie to zbiło z tropu? Bo Luna, księżyc, bardziej mi pasował do wilków niż do poetów, choć w pewnym momencie piszesz, słowami narratora, że to jedyne co ocaleni i wilki mają wspólnego – uwielbienie dla niego. Czy księzyc jest aż tak dosadnym rekwizytem, by sugerować, że to jego blask powoduje poetami? Nie wiem, może, ale ja się nie znam, bardziej zafascynowany jego ciemną stroną ;) A więc blask księżyca zawrócił z drogi Johna, ktory już się prawie zezwierzęcił, zadziałał na niego jak lekarstwo. Chyba zbyt małą wrażliwością artystyczną się odznaczam, bo mnie, na przykład, pełnia denerwuje – nie potrafię wtedy spać ;)

Ostatnia scena pokazuje to, co chciałeś pokazać, w taki sposób w jaki chciałeś (chyba) by czytelnik odebrał zamysł tekstu. Tylko ona się ślizga ponad połową zawartych wcześniej motywów, które prowadziły mnie na interpretacyjne manowce. Poczułem się zmuszony olać część z przemyśleń, odciąć włóczkę kilku wątków, które zacząłem splatać w swojej głowie, w nadziei, że uda mi się udziergać z nich jakiś stereoskopowy sweterek, może nawet zaopatrzony w sekretną kieszonkę, którym będę mógł ogrzać swoje ego, podbudowane rozgryzieniem tekstu. Ale mi nie wyszło, heh :)

Dobra, muszę kończyć ten przydługi i przegadany tekst, bo w pracy jestem a już od pół godziny ludzie się do biura dobijają i wystarczy już tego ich olewania ;)

Tekst dobry, jednak czegoś mi w nim zabrakło. Albo raczej czegoś mi w nim nadbywało.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Dodajesz Lete i Pyriflegeton, co błędnie odniosłem do Dantego

Mnie to się kojarzyło z rzekami w zaświatach z greckiej mitologii.

Babska logika rządzi!

Mnie też z rzekami z zaświatów. :-)

Tak, granat surrealistyczny – bardzo dobry pomysł!, zapomniałam pochwalić! :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Owszem, Finklo – mnie również z rzekami Hadesu. Ale, że o poezją, literaturą i sztuka ten tekst stoi, to skręciłem od razu w stronę Dantego :) Mea culpa.

Known some call is air am

Niestety, Q, cytowania są od Annasza do Kajfasza, co najwyżej lekko dopasowane do sytuacji, do postaci już nie, kontekstu sztuki i wiersza również. :-(

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mnie to się kojarzyło z rzekami w zaświatach z greckiej mitologii

I tak się właśnie kojarzyć miało. A nawet nie kojarzyć, bo to o znaczenie nazw rzek chodzi. :) 

 

Outto, to całkiem inne opowiadanie niż poprzednie, właściwie tak inne jak tylko można, właśnie po to, by jednego z drugim nie porównywać. 

W zasadzie to zrobiłeś taką szczegółową analizę, że mogę się tylko zgodzić, nawet co do niekonieczności niektórych scen (choć taka scena z dzieckiem służy kreacji świata, zwłaszcza jego mroczno-szalonej strony).

Chciałbym za to kilka słów poświęcić wątkowi Blake’a. Nie pojawia się on ot tak, znikąd. Przybywa na pole bitwy, ponieważ przegrał walkę sam ze sobą. Od początku wzbudza on niepokój, jest wielki, nieludzko potężny nawet jako człowiek. Gdy zbliża się armia wyzwoleńcza, czyli moment przełomu, musi w końcu wziąć górę jedna natura. U niego bierze górę natura zwierzęcia. Zauważ, że w epilogu jest traktowany jako bohater i męczennik. W przeciwieństwie do Księżycowych Książąt, których istnienie władze chcą zanegować. 

I tak się właśnie kojarzyć miało. A nawet nie kojarzyć, bo to o znaczenie nazw rzek chodzi. :) 

Poprzestałam na kojarzeniu, bo wydaje mi się, że oryginalnie ta rzeka nazywała się Flegeton. Nie wiem, czy to inna nazwa, czy dodałeś pyr dla wzmocnienia efektu albo w jakimś innym celu.

Babska logika rządzi!

W zasadzie to zrobiłeś taką szczegółową analizę, że mogę się tylko zgodzić, nawet co do niekonieczności niektórych scen (choć taka scena z dzieckiem służy kreacji świata, zwłaszcza jego mroczno-szalonej strony).

Nie, no, weź. A gdzie walka na argumenty, krew, pot i inne płyny ustrojowe? ;)

Może i ta scena służy kreacji świata, ale ta mroczno-szalona strona jest już dostatecznie eksponowana w postaci wilków z przyrośniętymi do łap broniami, autonomicznych maszyn wojny, zniszczonego miasta, wiecznej nocy, zezwierzęconych ludzi, a w szczególności wpominanej przez Butlera tancerki. No i ta rozmowa:

– A niechby i przez sen recytował sonety, szaleństwo to też oznaka człowieczeństwa.

– Niekiedy jedyna.

Rozumiem dostatecznie dobrze co chciałeś pokazać i dlatego uważam, że ta scena jest zbędna.

 

Co do Blake’a:

Od początku wzbudza on niepokój, jest wielki, nieludzko potężny nawet jako człowiek.

Zgoda.

 

Przybywa na pole bitwy, ponieważ przegrał walkę sam ze sobą.

(…)

Gdy zbliża się armia wyzwoleńcza, czyli moment przełomu, musi w końcu wziąć górę jedna natura. U niego bierze górę natura zwierzęcia.

Ale to już w domyśle, Geki. Bo nie eksponujesz tego wcześniej, nie dajesz mi symptomów, którymi mógłbym sie kierować, żebym trafił na tę interpretację. Pamiętaj, że cały czas mówimy o mnie, więc może ktoś uzna to za oczywiste, jednak dla mnie takie nie jest. Blake nie miota się po wysłuchaniu komunikatu, zachowuje spokój, a nawet się wzrusza. Jest rzeczowy, mówi o nadziei. A potem znika ze sceny, nie mówiąc już nic, kiedy Elliot, Butler i John zgłaszają się na ochotników. Gdybyś tam dał jakąś wskazówkę, chociażby jakieś warknięcie, że on też idzie, nawet jeśli pozostali odwiedliby go od tego zamiaru, to jego pojawienie się nie byłoby dla mnie takim puff! Oto i smok.

Zauważ, że w epilogu jest traktowany jako bohater i męczennik. W przeciwieństwie do Księżycowych Książąt, których istnienie władze chcą zanegować. 

Zauważyłem. I jest męczennikiem, czemu miałby nim nie być? Bo kierował nim instynkt? Bo zatracił człowieczeństwo? Gdyby nie to, ta bitwa w kinie nie byłaby dla wojny przełomowym momentem – końcem. Jest więc męczennikiem, niezależnie od tego co nim kierowało. Co zaś do Książąt, to zostali zbagatelizowani. Ale ciało smoka było twardym dowodem, empirycznym. Książęta już nie. Poza tym łatwiej za wzór stawiać męczennika niż jakąkolwiek ideę. Tak to odczytuję :)

Known some call is air am

Nie, no, weź. A gdzie walka na argumenty, krew, pot i inne płyny ustrojowe? ;)

Jak ktoś taką rzeczową i merytoryczną krytykę uprawia, po której autor czuje się pouczony, a nie zbesztany czy jakkolwiek zraniony (lub ogólnie niesprawiedliwie potraktowany), to z czym tu dyskutować? 

Co do Blake’a, to z początku targają nim emocje, on nie chce iść – właśnie dlatego, by nie wzięła nad nim góry druga natura. Moją nadzieją było, że po opisie tego, kim/czym był, jego pojawienie się będzie o tyle zaskakujące, o ile też zrozumiałe. Ale jak widać zbyt wiele ukryłem poza sceną. :) 

Mogłem dodać o nim wzmiankę między scenami, taką czytaną przez narratora, jak to w antycznych sztukach bywało. 

 

Czy księzyc jest aż tak dosadnym rekwizytem, by sugerować, że to jego blask powoduje poetami?

Patrz wszelkie wierszowe cytaty, w których księżyc/Luna się pojawia, na czele ze Słońcem Bezsennych, który to wiersz był jedną z podwalin mojego pomysłu, dlatego pojawia się w całości (światło księżyca, które przypomina o przeszłości – u mnie o tym, że był inny świat).

Oczywiście, można twierdzić, tak jak Asylum, że wiersze miały inny kontekst (bez wątpienia miały! przecież wtlaczam je w wyimaginowany świat), ale w znacznej części są mocno związane ze scenami. Jak ten, albo ostatni (fragment wiersza) który myślę, że jest dobrym podsumowaniem beznadziejności sytuacji z epilogu. Oczywiście tak to już jest z poezją, że każdy ma własne spojrzenie – szczególnie, kiedy jest tak wykorzystywana i przemielona, jak tutaj. Liczyłem się z tym. :) 

Moją nadzieją było, że po opisie tego, kim/czym był, jego pojawienie się będzie o tyle zaskakujące, o ile też zrozumiałe.

Zrozumiałe, że pojawia się smok, to OK, bo opis był wcześniej i tutaj zgoda. Tylko nie do końca zrozumiałe, dlaczego akurat w tej sytuacji, bo on może i nie chce iść, ale tego nie ma w tekście. Jest za to konkretny facet, który się wzrusza, potem napomina a na końcu milknie.

 

A co do wierszowych cytatów to przeleciałem je po łebkach, bo poezja – poza kilkoma szczególnymi przypadkami – to nie moja bajka. Więc tutaj niezrozumienie można zrzucić na karb mojego braku obeznania i wyczucia, a także nieuwagi.

Known some call is air am

Outta, przez ciebie to przegadane opowiadanie stało się jeszcze bardziej przegadane, ponieważ dopisałem poniższy fragment:

– Bez wątpienia – przytakuje mu Blake, a potem zwraca twarz w stronę obrazów i marszczy czoło. Dwie natury, jak dwa wygłodniałe wilki, toczą w nim walkę, a wiele z tego, co wydarzyć ma się w przyszłości, zależy od jej wyniku. Blake chce, pragnie, czuje się w powinności, by wyruszyć i wzbierają w nim te uczucia, aż mrowienie rozchodzi się wzdłuż kręgosłupa. Jednocześnie jest pełen lęku wobec tego, co mogłoby się wtedy stać, co stanie się niechybnie, jeżeli ulegnie pokusie.

– Na razie nas zapraszają. Potem sami po nas przyjdą. Jaką damy im odpowiedź? Czy tym światem rządzi Bóg, człowiek czy Szatan? Ja wam mówię – człowiek, w to głęboko wierzę… Pytam tylko: człowiek-bóg czy człowiek-zwierzę? – przemawia wreszcie, a poczucie winy ciąży mu jak kamień, choć przecież w ten sposób próbuje uchronić wszystkich przed czymś o wiele gorszym.

Wzmianki o tym, że natura smoka wzięła górę nad Blakem umieściłem już wcześniej w scenie, gdy się pojawia jako smok (wcześniej, to jest podczas bety). 

 

A sceny z kobietą usunąć nie mogę. Posłużę się tu casusem Toma Bombadila, który przecież wobec całej trylogii nie jest istotny, a jednak znalazł się w książce. :P

 

A co do wierszowych cytatów to przeleciałem je po łebkach, bo poezja – poza kilkoma szczególnymi przypadkami – to nie moja bajka. Więc tutaj niezrozumienie można zrzucić na karb mojego braku obeznania i wyczucia, a także nieuwagi.

Cześć!

Uważaj, bo jal długo wspominasz Bena, to w końcu on zaczyna wspominać ciebie. :P

Być cząstką jednej z jego teraźniejszości, intrygując wizja… Ekstatyczna na swój sposób, jak i straszna. Ten Ben siedzi mi w głowie i niestety trochę przez jego pryzmat patrzyłem na ten tekst, a to nie tak powinno być.

Tak cię ten świat przytłoczył? 

Raczej zachwycił, do tego stopnia że w pewnym sensie zawstydził marzenia, wizje światotwórcze (cholera, przed lektura miałem tak wąskie horyzonty ;-) ) Na pewno mnie też zainspirował.

 

A przechodząc do konkretów. Pomyślałem, poczytałem komentarze, i zasiadam do drugiego czytania. Najlepszą i czasem najgorszą cechą Twoich tekstów jest to, że nie warto ich czytać na raty. Albo przynajmniej ja nie umiem, bo tracę wtedy naprawdę sporo. Większość tekstów tutaj to drogi, czasem kręte, czasem proste, niekiedy kończące się urwiskiem, albo bez wyjścia, ale drogi. Ten tekst to dla mnie bardziej labirynt, albo drogi na stykających się czasem powierzchniach, w pewnym sensie równoległe i powiązane, gdzie nawet czas nie zawsze raczy płynąć. Piszą (i sam też piszesz), że nie ma tu zbyt wielu warstw znaczeniowych, a jedynie symbolizm. Się zobaczy ;-)

Muszę też przestawić się, i nie patrzeć na ten tekst przez pryzmat “Wszystkich teraźniejszości”, by nie sugerować się zbytnio i nie gonić czegoś, co nie istniej (nie zauważając przez to czegoś, co tam jest). Tekst zdecydowanie na to zasługuje.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Outta, przez ciebie to przegadane opowiadanie stało się jeszcze bardziej przegadane, ponieważ dopisałem poniższy fragment:

Primo – ja do niczego nie namawiam, a jedynie wygłaszam szczerą opinię. Co z nią zrobisz, Twoja sprawa :)

Secundo – ja napisałem, że jest przegadane? Chyba jedna z chorób wieku starczego mnie dopada, bo jestem pewien, że nie napisałem czegoś takiego :/

Tertio – skoro już dopisałeś ten fragment, to muszę przyznać, że spoilujesz w nim w bardzo zgrabny sposób to, co się stanie później. Myślę, że gdybym czytał je w wersji z dopiskiem, nie mógłbym postawić zarzutów względem smoka, bo cała scena z jego pojawieniem się jest teraz dobrze umocowana w historii.

 

First cut is the deepest ;)

Known some call is air am

Primo – ja do niczego nie namawiam, a jedynie wygłaszam szczerą opinię. Co z nią zrobisz, Twoja sprawa :)

Następnym razem to już w trakcie bety wygłaszaj takie opinie. :P

 

Secundo – ja napisałem, że jest przegadane? Chyba jedna z chorób wieku starczego mnie dopada, bo jestem pewien, że nie napisałem czegoś takiego :/

Ty nie… chociaż nie? Przecież pisałes, że zbędne sceny i za dużo w opowiadaniu wszystkiego.

 

Tertio – skoro już dopisałeś ten fragment, to muszę przyznać, że spoilujesz w nim w bardzo zgrabny sposób to, co się stanie później. Myślę, że gdybym czytał je w wersji z dopiskiem, nie mógłbym postawić zarzutów względem smoka, bo cała scena z jego pojawieniem się jest teraz dobrze umocowana w historii.

Szpachla, szpachla i jeszcze raz szpachla!

Być cząstką jednej z jego teraźniejszości, intrygując wizja… Ekstatyczna na swój sposób, jak i straszna. Ten Ben siedzi mi w głowie i niestety trochę przez jego pryzmat patrzyłem na ten tekst, a to nie tak powinno być.

Ten Ben i mi siedzi w głowie. Pod postacią obawy, że już nic lepszego nie napiszę. :/

 

Raczej zachwycił, do tego stopnia że w pewnym sensie zawstydził marzenia, wizje światotwórcze (cholera, przed lektura miałem tak wąskie horyzonty ;-) ) Na pewno mnie też zainspirował.

Jak zainspirował, to spełnił swoje zadanie.

W ogóle to, że czytacie tekst jeden raz, a potem drugi albo i trzeci to dla mnie największy komplement.

 

Najlepszą i czasem najgorszą cechą Twoich tekstów jest to, że nie warto ich czytać na raty. Albo przynajmniej ja nie umiem, bo tracę wtedy naprawdę sporo. Większość tekstów tutaj to drogi, czasem kręte, czasem proste, niekiedy kończące się urwiskiem, albo bez wyjścia, ale drogi. Ten tekst to dla mnie bardziej labirynt, albo drogi na stykających się czasem powierzchniach, w pewnym sensie równoległe i powiązane, gdzie nawet czas nie zawsze raczy płynąć. Piszą (i sam też piszesz), że nie ma tu zbyt wielu warstw znaczeniowych, a jedynie symbolizm. Się zobaczy ;-)

Ale żeś mnie pochwalił, aż człowiek znów walczy z pokusa sięgnięcia po jeden z pomysłów szalonych, niecodziennych, niestandardowych i zobaczenia, co z tego wyjdzie.

Ale żeś mnie pochwalił, aż człowiek znów walczy z pokusa sięgnięcia po jeden z pomysłów szalonych, niecodziennych, niestandardowych i zobaczenia, co z tego wyjdzie.

 

Życie jest zbyt krótkie, by walczyć z pokusami, jest o wiele później niż myślisz, a żałuje się najbardziej tych rzeczy, których się nie zrobiło, tych pokus, którym się nie uległo, tych cyrografów, których się nie podpisało – więc marsz w tej chwili ulec tej pokusie, a nie marudzić!!

Następnym razem to już w trakcie bety wygłaszaj takie opinie. :P

Tyś w gorącej wodzie kąpany, compadre, i nie dałeś mi się oswoić z opowiadaniem, tylko rachu-ciachu i na żer spragnionej społeczności :)

 

Ty nie… chociaż nie? Przecież pisałes, że zbędne sceny i za dużo w opowiadaniu wszystkiego.

Owszem, za dużo, ale nie słów, lecz motywów. Gdyby te motywy nie rozwadniały interpretacji, nie mógłbym się do niczego przykleić, bo językiem operujesz na poziomie, który jest dla mnie niedostępny. Kiedy ja próbuję tak jak Ty, z nieba rozlega się głos “Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę”, a ja żadnej drużyny nie mam ;) Jedyna scena, która jest zbędna, to ta z kobietą i dzieckiem, ale nie jest przegadana per se, tutaj przegadany (zmusiłeś mnie do użycia tego słowa, Twoja wina:P) jest motyw zejścia do kina, bo tym przegadaniem jest samo spotkanie. Oczywiście wiesz, drogi Gekikaro, że to są moje subiektywne odczucia względem Twojego tekstu i nadal nie musisz się do nich odnosić.

 

Ten Ben i mi siedzi w głowie. Pod postacią obawy, że już nic lepszego nie napiszę.

To ja Cię pocieszę, że światotwórczo to opowiadanie jest lepsze od Bena. Na poziomie interpretacji nie ma o czym gadać, bo Ben kasuje Księżycowych Księciuniów jak SOP rządowe limuzyny ;)

Known some call is air am

Tyś w gorącej wodzie kąpany, compadre, i nie dałeś mi się oswoić z opowiadaniem, tylko rachu-ciachu i na żer spragnionej społeczności :)

Panie, to nie te czasy co się pisało dwa opowiadania miesięcznie i można było poczekać. :P

Wiem, byłem zbyt w gorącej wodzie kąpany. :(

 

Owszem, za dużo, ale nie słów, lecz motywów. Gdyby te motywy nie rozwadniały interpretacji, nie mógłbym się do niczego przykleić, bo językiem operujesz na poziomie, który jest dla mnie niedostępny.

Czy ja wiem. Mój styl nie jest jakiś kwiecisty i błyskotliwy.

 

Jedyna scena, która jest zbędna, to ta z kobietą i dzieckiem, ale nie jest przegadana per se, tutaj przegadany (zmusiłeś mnie do użycia tego słowa, Twoja wina:P) jest motyw zejścia do kina, bo tym przegadaniem jest samo spotkanie.

Z drugiej strony bez tego dotarliby na miejsce tak… zbyt prosto.

Oczywiście, to moja opinia, przecież o opiniami sie tu wymieniamy.

 

To ja Cię pocieszę, że światotwórczo to opowiadanie jest lepsze od Bena. Na poziomie interpretacji nie ma o czym gadać, bo Ben kasuje Księżycowych Księciuniów jak SOP rządowe limuzyny ;)

Miałem na mysli sume wszystkich składowych. :)

Wszystkie teraźniejszości Księżycowego Księcia i będzie sumarycznie się zgadzać ;)

Known some call is air am

Dziś znowu zasiadam do drugiego czytania, może teraz się uda…

Pod postacią obawy, że już nic lepszego nie napiszę. :/

A to już zależy tylko od Ciebie (i ewentualnie od stopnia sfokusowania projectmanagera ;-) )

Ale żeś mnie pochwalił, aż człowiek znów walczy z pokusa sięgnięcia po jeden z pomysłów szalonych, niecodziennych, niestandardowych i zobaczenia, co z tego wyjdzie.

Masz szalony pomysł i czas, przelej go na papier, z chęcią przeczytam ;-)

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć!

Mission accomplished. Dzieci zasnęły, żonę bolała głowa, mogłem więc delektować się twoim opowiadaniem. Po drugim czytaniu wrażenia podobne jak po pierwszym, ocenę podtrzymuję i pewnie zgłoszę do piórka.

Przed drugim czytaniem „zapomniałem” (na ile to możliwe) o Benie i zbrojny w podpowiedzi z komentarzy pogrążyłem się w lekturze. Pomogło. Jak dla mnie tekst jest zbyt skomplikowany, by wszystko złapać za pierwszym razem, ale ja takie lubię raz na jakiś czas. Dla mnie to zaleta.

Bardzo dużo symboli i nawiązań, warstw znaczeniowych tez widzę kilka. Za pierwszym razem umknęła mi pełnia wizji antyapokaliptycznej (tryumf „wyznawców” smoka pod szyldem niewiasty obleczonej w słońce, i narrator bezgłośnie recytujący pod sufitem, który nie zdążył powiedzieć czegoś Johnowi). Koniec świata, który staje się też początkiem, ale bez zbawienia, jedynie toczące się koło. Sweet! Ładnie pokazujesz, co się zmienia a co nie ????

Celny opis czasów przełomu, gdy nieliczni uciśnieni starają się przetrwać w podzielonym świecie, lawirując wśród ludzi-bestii i wilków najeźdźców. Sztuka im tarczą, radio nadzieją, Księżycowy Książę… kompasem, wzorem, może nawet zbawicielem? Tym bardziej boli piąta scena. Jest taka ludzka.

Po zmianach tekst jest łatwiejszy w interpretacji imho (choć pisze to po drugim czytaniu, i po przeglądnięciu opinii innych, więc mój punkt widzenia zapewne jest już skazany, no i tekst mi się podoba). Rola Blake’a jest wyraźnie zaznaczona, wcześniej była tylko zarysowana. Wprowadziłeś też (chyba) jakieś zmiany w opisie zwiadowców, bo w kilku miejscach akcentujesz ich cechy charakterystyczne.

Sięgając wyobraźnia dalej, to wprowadziłeś nowy, lepszy święty granat ręczny ???? Brakowało tylko królika, ale był nosorożec (nie dosyć, że większy, to jeszcze ma róg). Ciekawie pokazujesz tu też sztukę (szeroko pojętą), która choć ulotna i przemijająca, to jednak zostawia ślady, i jak pokazuje historia, nie jeden mur (lub strop) już przemogła. Kolejny niby banał, ale sprytnie wprzęgnięty.

 

@Outta

 

Z zainteresowaniem przeczytałem Twój komentarz, i postanowiłem się podzielić kilkoma spostrzeżeniami:

A potem spotykamy niewiastę z martwym dzieckiem – i za cholerę nie potrafię pojąć po co. (…) U Ciebie, niestety, tego celu nie znajduję.

Dla mnie to jedno z pierwszych nawiązań (anty)apokaliptycznych, zapowiedź trybunały, pod niewiastą obleczoną w słońce, gdzie ci, którzy dopiero przed chwila wyszli spod bata, oddany nie wiadomo przez kogo strzał nazywają sprawiedliwością.

Jest więc męczennikiem, niezależnie od tego co nim kierowało. Co zaś do Książąt, to zostali zbagatelizowani. Ale ciało smoka było twardym dowodem, empirycznym. Książęta już nie. Poza tym łatwiej za wzór stawiać męczennika niż jakąkolwiek ideę. Tak to odczytuję :)

Ja to widzę tak: Smok jest dobrym bohaterem, bo już go nie ma. Nie żyje. Władza lubi martwych bohaterów. A książęta pozostają zagadką, no i nie zginęli, mogą mieć więc wolę, plany, albo o zgrozo – ambicję – by dopchać się do koryta, a więc są potencjalnym zagrożeniem. I trzeba szykować się do walki z nim. Czyli choćby kwestionować ich istnienie, kwestionując tym samym ich wpływ na bieg zdarzeń. I tak pomalutku zwycięzcy piszą historię.

 

Podsumowując, dało mi to sporo frajdy, i skłoniło do niejednej refleksji. I zmotywowało. Chciałbym umieć tak pisać, może się kiedyś nauczę… Jakbym miał takie rzeczy czytać codziennie przez 8h to by mi pewnie głowa wybuchła, ale raz na jakiś czas gimnastyka dla umysłu zacna. No i fantastyki tu moc.

 

Z kwesii edycyjnych:

W czym gorsze jest piękno zwycięskiej bitwy od urody dziewki wymalowane na płótnie? -> W czym gorsze jest piękno zwycięskiej bitwy od urody dziewki wymalowanej na płótnie?

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Mission accomplished. Dzieci zasnęły, żonę bolała głowa, mogłem więc delektować się twoim opowiadaniem. Po drugim czytaniu wrażenia podobne jak po pierwszym, ocenę podtrzymuję i pewnie zgłoszę do piórka.

Jak to dobrze, że Twoją żonę ta głowa rozbolała. 

Oby wpadło tu więcej takich czytaczy. :D

 

Wprowadziłeś też (chyba) jakieś zmiany w opisie zwiadowców, bo w kilku miejscach akcentujesz ich cechy charakterystyczne.

He, a właśnie nie! Po prostu tym razem już nie skupiłeś się na światotworstwie, tylko na postaciach. 

Jak już pisałem – nie zwykłem eksponować cech postaci, ledwie je zarysowuję i wiem, że dla wielu to wada, lub wręcz niedostatek warsztatu. Podobne głosy krytyki pojawiają się np. w kierunku Philipa K. Dicka i nie można powiedzieć, by były nieuzasadnione, lecz mnie takie postaci pasują. I kiedy o nich czytam, i kiedy o nich piszę. 

 

Bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa, których już z wrodzonej skromności cytować nie będę. :P

Podobają mi się twoje interpretacje i cenię to, że z tekstu można coś wyciągnąć (i to różne rzeczy, roznie na niego patrząc), bo jeszcze nie raz obiorę podobnie eksperymentalny kierunek, żeby mi to pisanie całkiem nie skostnialo. 

Pozdrawiam! 

Oświadczam, że tę ocenę 1 wystawił mój komputer, złośliwie i bez uzgodnienia ze mną (tzw. missclick); erg, już ją usunęłam. A ja tu wrócę z dłuższym komentarzem, na pewno nie odpowiadającym ocenie 1 :)

Widać twój komputer to ukryta opcja wilcza. :P

żeby tylko nie wyszło, że nie tylko komputer opcja wilcza, ale i dziadek ninedin na wilczej żółtej łodzi podwodnej służył ;-)

Jimie, o to bym ninedin ani jej dziadka nie podejrzewał, ale wszystko się wyjaśni, kiedy wróci tu z komentarzem – może uda się jej rozruszać ten wątek, bo jak ka razie to opowiadanie przeczytało siedem osób poza betujacymi. :) 

W końcu przybywam po becie i powtórzę, co na niej pisałem.

Nie zdziwiłbym się, gdybym takie opowiadanie przeczytał w antologii czy w czasopiśmie, bo jest po prostu świetnie napisane.

Świat wypełniony poezją, malarstwem – towarzyszącymi im emocjami, które utrzymują resztki ludzkości przy zdrowych zmysłach. Armia nazistowskich wilków (choć nie rozumiem, dlaczego znów biedne wilki są tak niesprawiedliwie przedstawiane ;) ) jako przeznaczenie dla tracących wrażliwość niedobitków. Tekst, jak widać po komentarzach, można interpretować na wiele sposobów i to sprawia, że zapada w pamięć. Do tego wybitne momenty jak wspomniany już przykład z granatem czy, dla mnie, pierwsza scena.

Może naprawdę co odróżnia nas od zwierząt to jakaś wyższa kultura, ginąca pod zalewem Big Brotherów i tasiemcowatych seriali z fabułą dla średnio rozgarniętego małża.

Co do zarzutów do “holowoodzkowatości” to częściowo się zgodzę, ale, czy to aż tak zmienia postrzeganie tekstu? Dla mnie z pewnością nie przysłoniło jego zalet.

Pozdrawiam

Nie zdziwiłbym się, gdybym takie opowiadanie przeczytał w antologii czy w czasopiśmie, bo jest po prostu świetnie napisane.

A ja się cieszę, że grono zadowolonych się powiększa. :)

I w ogóle, że grono komentujących się powiększa, chociaż my już się z becie spotkaliśmy. Ale widziałem, że krar mi zrobił reklamę w wątku zgłoszeniowym więc może i przybędzie czytaczy. 

 

Na razie nie mam ambicji wysyłać żadnych opowiadań do druku, na razie zbieram pomysły, szukam, próbuję… ale taka fantastycznoawangardowa (chociaż może ta awangarda to taka przez małe a, ale przecież z formą trochę poeksperentowalem) to by był ciekawy pomysł. 

 

Co do zarzutów do “holowoodzkowatości” to częściowo się zgodzę, ale, czy to aż tak zmienia postrzeganie tekstu? Dla mnie z pewnością nie przysłoniło jego zalet.

A w ogóle czemu to traktować jako zarzut? Wyobraź to sobie tak, jak Jim, czyli na deskach teatru. Ale to by było doświadczenie! 

(ma to też drugie dno, to jest zawsze piszę teksty kameralne, z niewielką ilością aktorów, często punkt kulminacyjny dzieje się wręcz w głowie postaci – chciałem odejść od tego schematu, w stronę estetyki Michaela Baya :P)

 

Hej :)

Ale to było świetne. Nie czytałam Twoich poprzednich tekstów, więc nie mogę się do nich odnieść, ale to opowiadanie bardzo mi się spodobało. Przede wszystkim świat, który jest mocno abstrakcyjny, a mimo to taki… nie mogę znaleźć słowa. Prawdziwy? Chociaż wszystko jest właściwie w pewnym sensie metaforą (ta broń przyrośnięta do rąk, zezwierzęceni, wilki), to całość “trzyma się kupy”, wszystko funkcjonuje, i opowiadanie czytane dosłownie też się broni. Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić, o co mi chodzi.

A jak już przypomniałam sobie o tej broni, to muszę zauważyć, że to świetny pomysł. Nadaje opowiadaniu taki absurdalny charakter, pokazuje, żeby nie brać tego dosłownie.

Bardzo spodobał mi się też klimat opowiadania, zwłaszcza fragmenty dziejące się w teatrze. Najbardziej w pamięć zapadła mi scena, jak na początku dyskutują w teatrze i grają w karty. 

Bohaterowie opowiadania nie wybijają się na pierwszy plan, ale to dobrze. Mają wyznaczoną rolę w historii i ją realizują, chociaż pewnie nie zapamiętam ich na długo. Ale to nie szkodzi, ponieważ gdyby byli zbyt charakterystyczni, mogliby przesłonić historię, a tak pozwalają jej właściwie wybrzmieć.

No i zakończenie, chociaż tu mam na myśli ostatnią scenę, a nie moment, kiedy pojawia się smok. Ten nomen t też był dobry, ale nie zapadł mi aż tak w pamięć. W każdym razie, to zakończenie jest takie… przejmujące. Muszę jeszcze przemyśleć, jakie dokładnie niesie przesłanie, ale grunt, że ma w sobie to “coś”. Nie potrafię dokładnie określić, co to jest, ale grunt, że “wchodzi” głęboko w czytelnika i nie chce wyjść.

Pozdrawiam :)

Ale to było świetne

Bardzo mi miło. :) 

 

Nie czytałam Twoich poprzednich tekstów, więc nie mogę się do nich odnieść, ale to opowiadanie bardzo mi się spodobało.

Normalnie bym marudzil (:P), ale w sumie to chyba dobrze w tej sytuacji, bo w kilku przypadkach wpłynęło na odbiór, bo było całkiem innym tekstem niż poprzedni. 

 

Bardzo spodobał mi się też klimat opowiadania, zwłaszcza fragmenty dziejące się w teatrze. Najbardziej w pamięć zapadła mi scena, jak na początku dyskutują w teatrze i grają w karty. 

Te scenę mam mocno zapisaną w wyobraźni, pisanie jej było wielką frajdą. :) 

 

Muszę jeszcze przemyśleć, jakie dokładnie niesie przesłanie, ale grunt, że ma w sobie to “coś”. Nie potrafię dokładnie określić, co to jest, ale grunt, że “wchodzi” głęboko w czytelnika i nie chce wyjść.

Zapamietywalnosc to dla mnie bardzo ważny wyznacznik jakości, więc pozostaję z nadzieją, że tekst zapisze się w pamięci na dłużej. 

 

Pozdrawiam! 

Tekst bardzo ambitny i bez dwóch zdań nie w pełni przeze mnie zrozumiany, przez wzgląd na niedostateczną znajomość poezji ;)

Bardzo spodobał mi się epilog i sąd nad Fenrirem Stormwolfem, kiedy to role niejako odwracają się i to oskarżony na krótki moment staje się oskarżycielem.

Uważam, że tag “absurd” był tutaj jak najbardziej na miejscu. Całość nasuwa mi trochę skojarzenia z Nosorożcem Ionesco, gdzie również została poruszona tematyka zezwierzęcenia i walki o zachowanie człowieczeństwa – czyli coś, co z Twojego tekstu chyba najbardziej wybija. Zakończenie mocno sugeruje bezsens wszystkiego, wynika to zarówno z nazwy Epilogu, jak i z końcowego cytatu.

Przypadła mi do gustu zabawa narracją i formą. Język bardzo na plus, bardzo patetyczny, obrazowy, poetycki.

Lektura była trudna. Mimo ograniczających mnie braków, nie żałuję poświęconego jej czasu. Ciekawy pomysł, ciekawa realizacja. 

 

Surrealizm. Przed nim zezwierzęceni najbardziej się trwożą, on najsilniejszą odrazę wzbudza wśród wilków.

Przy tym fragmencie drgnął mi kącik ust, przyznaję :P

 

Pzdr,

Amon

Amonie, wielcem zaszczycon, że Twoje boskie oko padło na mój tekst i to właśnie ten, który jest dosyć niestandardowy. :) 

A jeszcze bardziej cieszę się, że tekst przypadł ci do gustu. 

Co do tagu absurd, to tagi zawsze są i były dla mnie sprawą drugorzędną. W ogóle słaby jestem w szufladkowaniu swoich tekstów – a przynajmniej niektórych ze swoich tekstów – więc niech każdy sobie sam uzna, czy w tekście absurd jest, czy go nie ma, czy może nie ma go, choć niby jest, czy może jest, choć niby go nie ma, albo jest ingo nie ma jednocześnie. 

Przypadła mi do gustu zabawa narracją i formą. Język bardzo na plus, bardzo patetyczny, obrazowy, poetycki.

A to mnie cieszy po trzykroć. :) 

 

Swoją drogą, im dłużej od napisania tego tekstu, tym bardziej jestem zadowolony z tego jak wygląda, a zwykle doświadczam sytuacji odwrotnej. Myślę, że ciężko mi będzie napisać coś równie nietypowego i jakościowego, czyli obawiam się tendencji zniżkowej w kolejnych miesiącach, dlatego każdy komentarz i każde odwiedziny mnie cieszą, bo nie zapowiada się, żebym przez długi czas był z jakiegoś tekstu zadowolony. :P

Pozdrawiam 

Gekikaro, doceniam pomysł na to szczególne opowiadanie i zgrabne wplecenie do niego wypowiadanych fragmentów dzieł dawnych poetów, co, jak zrozumiałam, w opisywanej rzeczywistości zapewnia ludziom możliwość pozostania ludźmi, a jednocześnie nie mogę powiedzieć, że takie pożenienie prozy, poezji i dramatu, że o innych dziedzinach kultury i sztuki nie wspomnę, przypadło mi do gustu. Owszem przeczytałam bez przykrości, bo rzecz jest napisana całkiem nieźle, ale powstrzymam się od jakiejkolwiek oceny, jako że nie mogę się przyznać, że wszystko należycie pojęłam.

 

ochro­nę temu miej­scu. Przy­naj­mniej tak twier­dzi John, kiedy opo­wia­da o tym miej­scu… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

co na za­wsze za­cho­wam w pa­mię­ci a przy­naj­mniej do­pó­ki, do­pó­ty nie za­cznie mnie… ―> …co na za­wsze za­cho­wam w pa­mię­ci, a przy­naj­mniej do­pó­ty, do­pó­ki nie za­cznie mnie

 

na po­łu­dnio­wym od­cin­ku Lete…tszszszszsz…kontr­ofen­sy­wa sprzy­mie­rzo­nych…tszszsz…mia­sta od­cię­te od za­opa­trze­nia…tszszszszszsz…wsta­je świt…tszszszszszszsz… ―> Czy tu celowo poskąpiłeś spacji po wielokropkach?

 

Pa­ra­jąc się swoim fa­chem, nie raz prze­mie­rza­li… ―> Pa­ra­jąc się swoim fa­chem, nieraz prze­mie­rza­li

Zakładam, że przemierzali wiele razy.

 

Ko­bie­ta za to, jeśli aku­rat prze­ry­wa jej napad kasz­lu, nuci ko­ły­san­kę. ―> Tu chyba miało być: Ko­bie­ta za to, jeśli aku­rat nie prze­ry­wa jej napad kasz­lu, nuci ko­ły­san­kę.

 

ŚROD­KO­WY SĘ­DZIA

(ude­rza młot­kiem w opar­cie tronu) ―> Raczej: (ude­rza młot­kiem w poręcz tronu)

Chyba ze sędzia odwracał się, aby walnąć młotkiem w tę część tronu, którą miał za plecami.

Uwaga dotyczy także uderzeń młotka w oparcie w dalszym ciągu tekstu

 

sę­dzia po pra­wej za­ci­ska dło­nie na opar­ciach tronu) ―> Tron ma jedno oparcie i znajduje się ono za plecami siedzącego; mam wrażenie, że zaciśnięcie dłoni na oparciu jest i mało możliwe, i mało wygodne.

Pewnie miało być: …sę­dzia po pra­wej za­ci­ska dło­nie na poręczach tronu)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dzięki za wizytę i garść uwag. Cieszę się, że tem razem nie była to garść pokaźnych rozmiarów. :) 

Brak spacji po wielokropkach zamierzony, resztę już poprawiłem. 

 

Gekikaro, doceniam pomysł na to szczególne opowiadanie i zgrabne wplecenie do niego wypowiadanych fragmentów dzieł dawnych poetów, co, jak zrozumiałam, w opisywanej rzeczywistości zapewnia ludziom możliwość pozostania ludźmi

Dobrze rozumiesz. :) 

 

a jednocześnie nie mogę powiedzieć, że takie pożenienie prozy, poezji i dramatu, że o innych dziedzinach kultury i sztuki nie wspomnę, przypadło mi do gustu

Tak to już bywa z małżeństwem, że nie zawsze nam odpowiada. :P

Rozumiem, zresztą znam już trochę twoje gusta, więc nawet mógłbym napisać, że się spodziewałem, ale przecież nie każdy musi lubić to samo. Ostatnio trochę rozmijam się z twoimi gustani, ale mam nadzieję, że w końcu się zrehabilituje, pisząc coś, co ci się w całości spodoba. :) 

No właśnie, Gekikaro, nie wszyscy lubimy to samo. Jednakowoż uważam, że ważne jest, by pisanie sprawiało Ci przyjemność, tak jak mniemam, że było w tym przypadku. 

A ja, no cóż, poczekam na coś, co mi się spodoba. A może w międzyczasie zmieni mi się gust… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech, Geki, Geki, no ja pitolę tak się nie robi. Ledwie żeśmy głosowali nad Twoim opkiem i nawet Piórko Ci dali, a Ty co robisz? No, wrzucasz tekst, który jest jeszcze lepszy. Nie mogłeś dla przyzwoitości odczekać jeszcze przynajmniej z miesiąc? Na dodatek tkwi ten Twój książe w nominacjach bez wymaganych pięciu głosów. I co ja mam teraz niby zrobić?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka