- Opowiadanie: CM - Kukła boga

Kukła boga

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kukła boga

I

 

Dzwon!

 

Stara dobra komedia!

 

Zabawne!

 

Humor na jedno pierze!

 

Świetne!

 

Stał, wsłuchany w tajemniczy głos. Drżał. Za sobą miał tylko mrok. Przed nim, po przeciwległych stronach krainy, ciągnęły się dwie ściany ognia. Spojrzał w górę. Zamiast nieba wisiała tam czarna otchłań. Przecinał ją wąski pas księżycowy, który ostatnim jak gdyby tchnieniem rzucał słabe światło na to mroczne miejsce.

Quetzalcoatl spróbował się ruszyć. Nie mógł. Cały był jakby z kamienia.

– Gdzie my jesteśmy? – szepnął drżącymi wargami.

Tak mu się zdawało. W rzeczywistości słowa uwiędły mu w gardle.

Sługa odczytał pytanie z przelęknionej twarzy pana. Milczał jednak. Nie znajdował żadnej odpowiedzi.

Dzwon!

Głos brzmiał osobliwie. Nie był to krzyk. Raczej pełna emocji barwa wypełniona to ekscytacją, to znów nutą rozczarowania. Dochodził z góry. Co mogło tam być? Nie wiedzieli.

Grzmot!

Jedno potężne uderzenie i ściany ognia wystrzeliły ku górze. Z otchłani zaczął siąpić czarny deszcz. Zamiast kropli spadały drobne kryształki, które natrafiwszy na przeszkodę rozpadały się, uderzając delikatną wiązką mroźnego powietrza.

Dzwon!

 

Humor jest!

 

Szlag trafia suspens!

 

Lekko i przyjemnie!

 

Czar prysł!

 

Quetzalcoatl wysunął stopę. Później drugą. Zupełnie jak dziecko stawiające pierwsze kroki. Głos paraliżował. Strach tańczył na wnętrznościach to zaciskając się wokół żołądka, to znów uderzając napływem gorąca.

– Gdzie my jesteśmy do jasnej cholery? – zapytał, znów szeptem, jakby bał się, że ktoś go usłyszy.

– Nie wiem – odparł sługa. I on z trudem wyrzucał z siebie słowa. – Trzeba… Trzeba iść.

– Dokąd?

– Jest tylko jedna droga.

Spod ziemi wypływał szary dym. Nie wznosił się jednak wyżej niż na poziom kolan. Szli powoli. Jak w transie. Płomienie raz po raz wystrzeliwały ku górze. Co dziwne, nie czuło się gorąca. Jakby wszystko było jedynie imaginacją.

Zza piekielnych ścian wyzierały pożerane przez ogień chałupy. Quetzalcoatl pojął od razu. Imperium Azteków. Zgliszcza imperium.

Dzwon!

 

Bardzo fajne!

 

Lekki klimat!

 

Syndrom gadających głów!

 

Wyszło świetnie!

 

Przyszło mu na myśl, że może to kraina upadłych bogów. Gdzie właściwie trafiają tacy jak on? I co oznacza ten piekielny głos?

Chciał biec. Wyrwać się jak najszybciej z tego marszu odkupienia. Spojrzał na sługę. Obaj przyspieszyli, czując jak rosnący strach pcha ich ciała do ucieczki.

Z płomieni wyłoniła się sylwetka człowieka. Była jasnoszara. Niematerialna. Krążyła nerwowo, spoglądając w czarną otchłań. Quetzalcoatl znał ten obraz. Montezuma II wyglądający powrotu boga.

Zamiast niego przybędzie Cortés, przynosząc kres wielkiemu imperium.

Montezuma był duchem. Nie istniał! A jednak kiedy podszedł do Quetzalcoatla, spoglądając mu prosto w oczy, ten zaczął się trząść. Bezwzględny był ów wzrok gasnącej nadziei.

Dzwon!

 

Fajna jakość!

 

Cudownie lekka!

 

Zaczęło nudzić!

 

Swobodne podejście!

 

Quetzalcoatl poczuł szarpnięcie.

– Panie, trzeba uciekać – powiedział Ciapek nie szeptem, lecz z determinacją.

Ton ów pobudził Pierzastego Węża. Biegł, poganiany przez sługę, unikając wzrokiem płomieni. Zza ścian ognia wyłaniały się kolejne sylwetki – Aztekowie rozbijani przez wojsko Cortésa. Stopy biegnących zatapiały się w martwych ciałach, a choć były to jedynie duchy, Quetzalcoatl czuł przeszywający strach za każdym razem, gdy stąpał po zakrwawionych zwłokach, które, podobnie do czarnego deszczu, czuło się jako mroźne, gęste powietrze.

Z trudem łapał oddech. Biegł, potykając się o własne nogi, aż wreszcie runął jak długi. Przez moment patrzył na twarz jednego z konających. Usta Azteka wykrzywiały się w niemym krzyku, tak pełnym bólu, że choć Quetzalcoatl nie mógł go usłyszeć, skulił się, czując cierpienie tamtego.

Sługa pomógł mu wstać. Biegli szybciej, jeszcze niezdarniej, zupełnie jak barany wiedzione na rzeź. Drogą, którą ktoś wybrał za nich. Aztekowie wyłaniali się zza ścian ognia. Było ich więcej i więcej.

Quetzalcoatl zwalniał. Jego ciało nie było przyzwyczajone do wysiłku. Przemknęło mu, że może droga nie ma końca. Że będzie tak biegł po wieki przez tę krainę potępienia.

Dzwon!

Było to ostatnie, o czym zdołał pomyśleć. Później pruł bezwiednie za sługą, niezdolny do jakichkolwiek wniosków. Uciekał, ani wiedząc przed kim bądź przed czym.

Wzmagał się deszcz. Płuca piekły, jakby palił w nich sam diabeł. Szeroko otwartymi ustami Quetzalcoatl łapał hausty powietrza.

Droga skończyła się. Przed sobą mieli krótki pas piachu, czarnego jak wszystko w tej przeklętej krainie. Dalej ciągnęła się woda.

Koniec! – pomyślał Pierzasty Wąż.

Sługa rozglądał się. Tam, po lewej. Łódź!

– Panie, wskakuj!

Quetzalcoatl ani drgnął. Siedział z pochyloną nisko głową, na przemian łapiąc i wypuszczając powietrze. Był wyczerpany.

Dzwon!

Grzmot!

Potężny huk i droga odkupienia stanęła w ogniu. Martwe duchy znikały pochłaniane przez wściekle pomarańczową kipiel. Nad krainą unosił się gęsty dym.

Ogień był prawdziwy!

– Panie, uciekajmy!

Pierzasty Wąż poderwał się, ostatnim tchnieniem dobiegając do łodzi. Odpłynęli. Upadły bóg gapił się na pożeraną przez ogień krainę. Nie mógł wiosłować. Zamiast rąk miał cholerne pióra!

 

II

 

Dzwon!

Głos ucichł. Dziesiątki kryształków ostrzeliwały zmęczone ciała. Łajba podskakiwała na wodzie, jakby to nie sługa, lecz wiatr wyznaczał kierunek podróży.

Quetzalcoatl myślał o mrocznej krainie. Otchłań dla upadłych bogów, tak? Wszystko pasowało. Tylko nie głos. Więc co?

Spod wody zaczęły wyłaniać się skały. Nagle! Nie widział ich wcześniej. Były półokrągłe i chropowate. Udało się wyminąć dwie z nich, lecz silny podmuch wiatru zepchnął ich na trzecią. Łódź wytrzymała. Zdarzyła się jednak rzecz osobliwa. Skała rozbłysła rażącą bielą, a Quetzalcoatl ujrzał na niej czarny jak noc napis: ratunek?

Nic już z tego nie rozumiał.

Dzwon!

Kolejne skały. Mocny podmuch wiatru i łódź przemknęła pomiędzy nimi. Wprost na następną. Co teraz?

Quetzalcoatl spojrzał na sługę. Jego twarz wykrzywiała się w grymasie ilekroć manewrował wiosłami. Znać było, że brakuje mu sił. Płynął wyłącznie wolą przetrwania.

Pierzasty Wąż czuł jak wzbiera w nim złość. Kręcił się, próbując za wszelką cenę nie wypaść z łodzi. Nie mógł zrobić nic więcej, bo nie miał cholernych rąk! Kto właściwie tworzy bogów? Kogo miał nienawidzić za te cholerne pióra?!

Mimo wszystko było mu trochę lżej. Złość jest jednak lepsza od strachu. Spojrzał za siebie. Skał było coraz więcej. Woda prowadziła łajbę w sobie tylko znanym kierunku. Zderzenie. A dalej?

Dzwon!

Łódź nie dawała za wygraną. Quetzalcoatl patrzył jak sługa, wyciskając z oczu łzy, walczy z własnymi mięśniami o każdy ruch. Słabł. Kilka rozpaczliwych szarpnięć i wyminęli najbliższe przeszkody. Za nimi wyłaniały się kolejne. Uderzenie. Monotonne?

Skał nie chciało być mniej. Quetzalcoatl rozpaczliwie balansował na łodzi. Obejrzał się.

– W lewo!

Łajba raz jeszcze grzmotnęła w przeszkodę. Zwrot?

– Wołałem w lewo! – krzyknął Pierzasty Wąż.

– Skręciłem – jęknął Ciapek.

Upadły bóg obejrzał się raz jeszcze.

– W moje lewo, nie twoje!

Sługa zachichotał przez łzy. Było w tym uśmiechu coś szczególnego, choć żaden z nich nie potrafił tego nazwać. Quetzalcoatl nie miał pretensji do Ciapka. To już dawno był ktoś więcej niż zwykły pomocnik.

Pogodne wyraz utrzymywał się na twarzy sługi jedynie przez chwilę. Później zastąpił go obraz rozpaczy, jakby chciał w ten sposób powiedzieć: „Panie, nie mam już sił”.

Upadły bóg odpowiedział spojrzeniem pełnym troski: „Rozumiem”. Później obejrzał się po raz ostatni. Po lądzie nie było nawet śladu.

Dzwon!

Quetzalcoatl poczuł, jak opuszczają go wszystkie siły. Sługa nadludzkim wysiłkiem wymijał przeszkody, lecz sukces ten przyjęli bez większego entuzjazmu.

Odroczenie wyroku. Nic więcej.

Krawędzie skał stały się ostre. Łódź uderzyła w jedną z nich. Nudne? Dalej wszystko potoczyło się szybko. Cel? Sens? Koniec!

 

III

 

Dzwon!

Ocknął się, słysząc znajomy dźwięk. Nie wiedział, gdzie jest. Nie rozumiał nic. Naraz błysk! Płynęli na skały. Na rozszalałej wodzie łódź uderzała w kolejne przeszkody. Tonęli.

Dlaczego więc żył?

Rozejrzał się za Ciapkiem. Sługa leżał nieopodal, plując czarnym piachem. Był tak zdumiony, jak może być tylko ten, kto przeżył własną śmierć.

Dzwon!

 

Cudna!

 

Do przemknięcia wzrokiem!

 

Ciapek wrócił!

 

Brakuje wyjaśnienia!

 

Znów ten głos! Quetzalcoatl podniósł się z grymasem i ruszył w kierunku sługi. Szedł wolno i niezdarnie. Bolały go wszystkie mięśnie. W pewnym momencie zbiegły się ich spojrzenia, tak pełne lęku, jakby tkwili w objęciach samego diabła. Obaj milczeli. Nie znajdowali żadnych słów.

Pierzasty Wąż zerknął raz jeszcze na wodę. Teraz oczywiście była już zupełnie spokojna. Szlag by ją…

Zmełł słowo w ustach i ruszył przez piach w kierunku szarej ziemi, tak suchej i twardej, że każda nierówność wbijała się w stopy niczym kamień. Wyżej unosiła się gęsta mgła. Szedł tak, aż trafił na wymalowany niezdarnie czerwony krąg. Obejrzał się. Sługa podążał dwa kroki za nim, powłócząc nogami z pochyloną nisko głową.

Niewiele myśląc, upadły bóg przekroczył granicę kręgu, nie dlatego wcale, że się nie bał – strach nie opuścił go nawet na moment. Zwyczajnie górę brała bezradność. Czuł się bezwolnym uczestnikiem zdarzeń i był z tym faktem w pełni pogodzony. Po chwili dołączył sługa.

Grzmot!

Mgła rozwiała się. Na krwistoczerwonych granicach kręgu zaczęły tańczyć płomienie. Zrazu niewielkie, rosły stopniowo, odcinając im drogę ucieczki. Później pojawił się duch.

To był Quetzalcoatl.

Dzwon!

 

Pozytywne!

 

Finał niedokręcony!

 

Szybko się kończy!

 

Przyjemny rejs!

 

Pierzasty Wąż – ten prawdziwy – spojrzał na Ciapka, a wtedy sługa zbliżył się do ściany ognia. Wystrzeliła ku górze. Nie uciekną.

Duch Quetzalcoatla nie był już sam. Dołączyły do niego dwa kolejne. W pierwszym upadły bóg rozpoznał sługę. Drugi – szczupły młodzieniec za biurkiem – wyglądał dziwnie znajomo. Jakże on… Szaman! Pamiętał! Pamiętał wszystko i z każdą chwilą dziwił się coraz bardziej. Kwadrat z migającym obrazkami. Czarny prostokąt z mnogością okienek. Próby przywrócenia starego ładu.

Spojrzał na swojego sobowtóra. Za chwilę grzmotnie głową w prostokąt, celując w okienko z napisem „enter”. Kretyn!

Na moment zapomniał o tańczących płomieniach. Myślał najintensywniej jak mógł. Kraina upadłych bogów? Nie. Na pewno nie! Głos nie pasował. Napisy na skałach też nie. Więc co? Nerwowo odtwarzał przebieg wypadków.

Kojarzył czasy po upadku imperium. Coś jeszcze? Wtedy, na drodze potępienia… Miał dziwne poczucie, że to wcale nie koniec, lecz początek. Czego? Nie miał pojęcia.

Dzwon!

Paskudny, głuchy dźwięk wyrwał go z rozważań. Spróbował zebrać myśli. Gdzie jestem? Nie, trzeba głębiej. Kim jestem? Raz jeszcze przekopywał zakamarki pamięci. Quetzalcoatl. Pierzasty Wąż o piórach kwezala. Bóg Azteków. Tak, to wie każdy. A dalej? Nic. Nic!

– Kim jestem? Gdzie my jesteśmy do wszystkich diabłów?!

Ani zdawał sobie sprawę, że wykrzyczał to na głos. Oprzytomniło go dopiero spojrzenie Ciapka. Zląkł się wtedy, oczekując reakcji duchów. Te pozostały jednak głuche na jego wrzaski, odgrywając dalej swoją scenę. Odliczanie. Duch Quetzalcoatla wpatrzony w migający kwadrat. Błąd systemu!

Dzwon!

 

Bardzo przyjemne!

 

Koniec przewidywalny!

 

Urwane!

 

Zabawna historia!

 

– Powiedz coś! – Quetzalcoatl wbił w Ciapka wzrok pełen frustracji. – Gdzie my jesteśmy?!

– Panie… – Sługa zawahał się. – My… jesteśmy u Niego.

– Kogo? Kim jest On do jasnej cholery?!

– Naszym stwórcą.

Quetzalcoatl osłupiał. Kilkukrotnie to otwierał usta, by coś powiedzieć, to zamykał znów, nie znalazłszy słów. Przez głowę przebiegały mu tysiące myśli tak chaotycznych, że nie zdołał zrozumieć choćby jednej.

– Kim jest On? – zapytał raz jeszcze. – Kto tworzy bogów?

Sługa zwiesił głowę. Teraz to on walczył z drżącymi wargami, jakby jakaś potężna siła więziła słowa w jego gardle.

– Kto tworzy bogów, Ciapku? – powtórzył Pierzasty Wąż.

– Nie jesteś bogiem, panie… – wydusił sługa z takim cierpieniem, jakby każde słowo paliło krtań.

– Co ty…?! – Quetzalcoatl urwał w pół zdania. Nie potrafił znaleźć słowa. Znał je i nie znał jak gdyby. Dlaczego?

Dzwon!

Grzmot!

Potężny huk i kolejny raz wszystko stanęło w ogniu. Duchy zniknęły. Płomienny krąg zacieśniał się. Ziemia drżała, usiłując jak gdyby wypluć coś ze swojego wnętrza. W końcu jej fragment zapadł się, ukazując podziemne schody oświetlone samotną pochodnią.

– Kim jestem?! – wołał Pierzasty Wąż.

Sługa pchnął go w kierunku schodów. Później doskoczył, umykając przed ogniem.

 

IV

 

– Kim jestem? – pytał Quetzalcoatl gasnącym głosem, jakby zaczynał wątpić, czy rzeczywiście chce znać odpowiedź.

– Panie, proszę… Nie teraz. Trzeba iść – odparł sługa, ostrożnie stawiając stopy.

Schody były strome, wyszczerbione. Należało uważać na każdy stopień. Ciapek w jednej dłoni trzymał pochodnię, drugą wspierał swojego pana. Quetzalcoatl milczał. W myślach mierzył się ze słowami sługi. Odrzucał je. Szukał argumentów. Był przecież bogiem do diabła!

Powtarzał to z coraz mniejszą wiarą. Co to za bóg, który nie zna własnej historii?

Może została mi odebrana? – rozważał. Może upadli tracą pamięć?

Ostatni stopień. Quetzalcoatl spodziewał się przejść, dróg, korytarzy. Wkroczyli jednak na wypaloną do cna, suchą trawę. Nieco dalej wznosiła się zardzewiała brama. Pierzasty Wąż spojrzał w górę. Pas księżycowy przygasał.

Dzwon!

– Kim jestem? – Upadły bóg zapytał po raz ostatni. Jego głos przepełniała bezradność.

– Ulepiono cię ze wspomnień o Quetzalcoatlu, panie. On cię ulepił. – Sługa spojrzał w górę. – Nosisz w sobie pamięć o nacji Azteków. Ich kulturze, wierzeniach, historii. Wiesz tyle, ile On w ciebie włożył. Zmierzasz tam, gdzie On cię prowadzi. Obaj zmierzamy.

Upadły bóg przysiadł na trawie. Jego twarz była obojętna. Zupełnie jakby po pierwszym uderzeniu fakty zaczęły wgryzać się w świadomość, szukając swojego miejsca.

– Więc jestem kukłą – mruknął. Trudno było ocenić czy do sługi, czy może tylko do siebie. – Kukłą boga.

– Nie, panie. Niesiesz na swych barkach pamięć o wielkiej cywilizacji. To bardzo dużo.

Sługa pomógł Quetzalcoatlowi się podnieść. Później ruszyli ku nieznanym ziemiom ukrytym za zardzewiałą bramą.

Dzwon!

Pas księżycowy zgasł. Drogę rozjaśniał im wyłącznie płomień pochodni. Jak cicho. Przez chwilę słychać było wyłącznie odgłos stawianych kroków. Później Quetzalcoatl uderzył o coś kolanem. Gdy sługa oświetlił to miejsce, ujrzeli długi przezroczysty prostokąt o gładkiej powierzchni. Pokrywała go gruba warstwa kurzu. Ciapek podszedł bliżej i przetarł dłonią szklaną płytę. Wyryto na niej słabo widoczny napis: Capitalia.

Wytężył wzrok. Próbował ustalić zawartość płyty, lecz w środku nie było nic. Położył na niej dłoń. Stała się wtedy rzecz osobliwa. Puste wnętrze wypełniła gęsta mgła, która rozrzedzała się powoli ukazując w końcu obraz krainy. Pełno było w niej bijących przepychem domów i pałaców, jakich nie widzieli nigdy wcześniej.

Każdy z nich odgradzał się od świata wysokim murem, zaś ulice porozdzielane były szeregiem granic. Nie to jednak zdumiewało najbardziej. Na obrzeżach dostrzegli ogromny plac, otoczony ze wszystkich stron uzbrojonymi w kolce kratami. Niczym w klatce, gnieździły się tam dziesiątki ludzi o twarzach bladych jak śmierć. Ich żebracze ciała pokrywały strzępki łachmanów, oczy zaś przepełniało błaganie o litość.

Wysypisko ludzi – głosił zawieszony na kratach napis.

Obraz znikł.

– Co to jest? Gdzie my jesteśmy? – pytał Quetzalcoatl.

Sługa nie odpowiedział. Przebiegł kilka kroków oglądając kolejne płyty. To były groby!

Tylko przez chwilę zastanawiał się nad znaczeniem kolejnych obrazów. Martwa historia. A wokół dziesiątki następnych!

Dzwon!

Wrócił do Quetzalcoatla, który wpatrywał się w opowieść wyświetlaną wewnątrz kolejnej płyty. Kilka stworzonek umykając przed wielkimi stopami. Rozbita grupka zmierzająca ostatkiem sił ku pierwszej, a później drugiej górze. Na trzecią docierają jedynie dwie istoty. Nie ma tam ludzi.

Okruchowie.

Obraz znikł.

– To tacy jak my? Zabił ich, prawda?! – Quetzalcoatl wbił w Ciapka wzrok furii wymieszanej z bezsilnością.

– Panie, trzeba… Trzeba iść – wydusił sługa.

– Skąd wiesz, kim jestem? Skąd wiesz o Nim? – pytał Pierzasty Wąż ignorując słowa Ciapka.

– On czasem przeze mnie przemawia.

– Dokąd nas prowadzi?

Sługa zwiesił głowę.

– Nie mam pojęcia. Wiem tyle, ile on chce mi przekazać.

Quetzalcoatl, jakby nie słysząc tych słów, pytał dalej z rosnącą wściekłością:

– Dlaczego nas utopił, a później wskrzesił?! Dlaczego nie chciał nas zwyczajnie ocalić?! Nie obchodzimy Go?!

Sługa milczał. Co miał właściwie powiedzieć?

– Może nie miał pomysłu na nasz ratunek? – zastanawiał się. – A może brakło Mu odwagi, by nas pogrzebać? Żyjemy, panie. To najważniejsze. Chodź, nie poddamy się bez walki.

Szli, obserwując kolejne płyty. Nie wszystkie wyświetlały pełne obrazy. Czasem mignęła rozmazana sylwetka. Innym razem ujrzeli skrawek świata. Z jednej z mogił wybrzmiewała muzyka.

Cmentarz zdawał się nie mieć końca. Powoli obojętnieli nawet na grozę zawieszoną nad tym miejscem. Po jakimś czasie obrazy przestały się wyświetlać. Najwyraźniej groby były puste.

– To dla kolejnych ofiar, co? – zapytał Quetzalcoatl, zupełnie spokojnie.

Było mu już wszystko jedno.

– Chyba tak. – Ciapek zawahał się. – A może niektórzy wrócili do żywych?

– Wolno mu wskrzeszać?

– Jemu wszystko wolno.

W przeciwieństwie do nas – pomyślał Quetzalcoatl i ruszył dalej.

Droga nie chciała się skończyć. Szli i szli, a przed nimi wciąż wyrastały nowe groby. Gdzieniegdzie natrafiali na szczątki martwych istot. Na jednej z płyt, już z oddali, majaczył kolorowy obraz. Pierzasty Wąż zbliżył się z obojętną miną. I zamarł.

– To przecież ja – mruknął do siebie.

Nogi ugięły się pod nim. Przemknęło mu, że to już. Że za chwilę wszystko się skończy. Jakże śmieszna zadawała mu się teraz wcześniejsza obojętność. Wszystko już jedno, tak? Co za bzdura! Przecież chciał żyć!

Górna płyta grobu odsuwała się. Trzeba uciekać!

Dzwon!

Ogień. Oczywiście, że ogień! Dwie pomarańczowoczerwone ściany sunęły ku nim z przeciwległych stron cmentarza. Upadły bóg spojrzał na sługę. Spodziewał się szybkiej reakcji, lecz ten stał wpatrzony w nadciągający ogień, jakby w końcu i on jawnie przyznał się do strachu.

Skoczyli.

Opadali długo, lecz bardzo powoli, jakby w jednej chwili ich ciała utraciły swoją wagę. Quetzalcoatl nie dziwił się temu. Niczemu, jak gdyby, nie był już w stanie się dziwić.

Spojrzał w górę. Szklana płyta zasunęła się. Po chwili zderzyły się nad nią dwie ściany ognia i wystrzeliły ku górze, tworząc potężny grzyb.

Pierzasty Wąż rozejrzał się. Przed sobą mieli długi korytarz o przezroczystej podłodze. Zamiast ścian ciągnęły się w nim rzędy luster. Zerknął na pierwsze z nich. Ujrzał siebie, siedzącego na chmurze pod postacią ducha. Resztę obrazu wypełniało państwo Azteków, równie nierzeczywiste jak on sam.

Wirtualne imperium – widniał napis na dole zwierciadła.

Kolejne lustro. I znów on. Tym razem prawdziwy, wydający komendy przed migającym kwadratem.

Quetzalcoatl – kreator światów.

Każde z luster przedstawiało sylwetkę upadłego boga. Czasem zupełnie podobną. Czasem odmienioną. Zawsze w innej scenerii.

Dotarli do ostatniego. Przedstawiało dżunglę, tańczące plemię. Dobrych kilka chwil zajęło im odszukanie na tym obrazie Quetzalcoatla.

– Spójrz, panie – powiedział Ciapek. – Miałeś być szamanem.

W innych okolicznościach sługa uśmiechnąłby się zapewne. Teraz jednak ta groteskowa wizja w ogóle go nie bawiła.

– Co znaczą te obrazy? – zapytał Pierzasty Wąż.

– To… jakby część twojego życia, której nie doświadczyłeś – wyjaśnił sługa, uciekając wzrokiem.

– I nie doświadczę, co? – dociekał upadły bóg z zaciekłością na twarzy. Jego oczy zdawały się płonąć. – Pozbawił mnie ich. Odebrał każdą z tych chwil!

– One chyba zwyczajnie nie zdołały się narodzić. Tak sądzę. Nie znam Go.

Opuścili korytarz, wypadając na zewnątrz. W mrok. Z oddali pobrzmiewał już znajomy głos.

 

V

 

Dzwon!

 

Nie wystarczyło!

 

Barwne i ciepłe!

 

Brakowało celu!

 

Nareszcie coś zabawnego!

 

Pas księżycowy nie świecił. W doskonałej ciszy usłyszałoby się każdą myśl, lecz ich głowy wypełniała przeraźliwa pustka. Byli zmęczeni.

Grzmot!

Cała seria błyskawic uderzyła w jednej chwili, nie chaotycznie, lecz z idealną precyzją. Mrok krainy rozjaśniły dwa rzędy powbijanych w ziemię pochodni. Pomiędzy nimi ciągnęła się wąska ścieżka, przypominająca drogę odkupienia. Ruszyli.

Jak można było przypuszczać, po chwili zjawiły się duchy: Quetzalcoatl i Ciapek otoczeni mroźnym puchem w dalekim kraju. Pamiętał to doskonale. Ich ostatnia podróż. Ostatnia droga?

Szedł niespiesznie, zatapiając się w aurze płonących pochodni. Raz jeszcze przemknęło mu, że zaraz wszystko może się skończyć.

Nie chciał umierać.

Dzwon!

 

Mało dynamiczne!

 

Udana komedia!

 

Niedosyt!

 

Brakuje różnorodności!

 

Quetzalcoatl przystanął, wsłuchując się w kolejne słowa.

– Ten głos… To też On?

– Nie, mój panie. To Oni – wyjaśnił sługa. – Ci, dla których nas stworzył.

– Czy Oni też nami władają? – zapytał Pierzasty Wąż, wpatrzony w odgrywaną przez duchy scenę.

Jego odpowiednik siedział na kłującym drzewku, ciągnięty na saniach przez sługę. Wyglądał na szczęśliwego. Może naprawdę był?

– Nie do końca. – Ciapek przeciągał słowa, jakby nie był pewny odpowiedzi. – Widzisz, panie, Oni są trochę jak pogoda. Żadna burza nie może uwięzić cię w domu. Ale nie będziesz chciał wtedy wyjść, prawda? Lepiej wędrować, gdy świeci słońce. Rozumiesz?

Pierzasty Wąż pokręcił głową. Nie rozumiał.

– Więc istniejemy dla Nich – powiedział Quetzalcoatl, jakby do siebie.

Znów maszerowali, podążając za swymi duchami.

– I to niezupełnie jest prawdą – odparł Ciapek w głębokim zamyśleniu, jak gdyby bał się, że ubierze myśli w złe słowa. – W ich postrzeganiu… Oni uważają, że nie istniejemy. Że nas nie ma.

– Nie istniejemy – powtórzył Pierzasty Wąż i naraz jakby wszystko w nim pękło. – A nasz strach? On też nie istnieje? Ból? Więc dlaczego mnie boli, Ciapku?! Dlaczego czuję strach?!

– Panie…

– Przecież powstaliśmy dla Nich. Czy Oni lubią nasz ból? Dlaczego podoba im się nasz strach?! Dlaczego chcą go przeżywać?!

Ciapek nie odpowiadał. Nie znajdował żadnych słów.

Dzwon!

 

Niziny głupoty!

 

Unikatowy urok!

 

Szybko się nudzi!

 

Mogło być lepiej!

 

Quetzalcoatl zamilkł. Wszystkie pytania w tej przeklętej krainie obracały się w pył. Szedł dalej, nie spuszczając wzroku z ducha, który obecnie zbliżał się do okna. Za chwilę pomyli plamę z pierwszą gwiazdką. Idiota! Spojrzał w górę. Myślał o tym jak podle postąpił z nim stwórca. Wymyślił go przecież skończonym debilem! A teraz, kiedy raz jeden naprawdę pragnął nic nie wiedzieć, On dał mu rozum. A wraz z nim świadomość i strach.

Pierzasty Wąż kroczył powoli, raz jeszcze przeżywając swoją historię. Odświętna kolacja – dziwaczny, obcy rytuał, który On z jakiegoś powodu kazał mu przeżywać. Świąteczny podarek – kolejny nieznany obyczaj, chyba jedyny, który przypadł mu do gustu.

Quetzalcoatl przyglądał się jak jego duch szarpie zębami, usiłując rozwiązać wstążkę. Nie miał rąk. Bo to takie zabawne…

Patrzył tak na tę upadlającą scenę i z każdą chwilą dostrzegał coraz więcej. Była w tej durnej postawie jakaś cudowna naiwność. Nagle przyszła mu do głowy myśl tak głupia, że aż się mimo woli uśmiechnął: idiota zna radość lepiej niż człowiek rozsądny.

Dzwon!

 

Bez wzlotów!

 

Sympatyczny i wesoły!

 

Mieszane uczucia!

 

Nie podszedł!

 

Wstążka puściła. Za chwilę skończy się cała scena i duchy znikną po raz ostatni. Co dalej? Quetzalcoatl zatrzymał się.

– Nie idę – oświadczył.

– Panie… – Ciapek spojrzał z troską. – Przecież On…

– Niech mnie zmusi! Dokąd my właściwie zmierzamy? Po co?

– Po swoją przyszłość – odparł sługa z zawahaniem. Wiedział? Zgadywał?

– Jaką przyszłość, Ciapku? Jesteśmy jak kukły! Co to za życie?!

– W każdej historii są chwile lepsze i gorsze – zaczął sługa, lecz bez przekonania. Nie, trzeba wprost. – Panie, dla takich jak my nie istnieje niebo. Nie ma życia po życiu, reinkarnacji. Śmierć nie jest przepustką do lepszych światów. Innego życia nie będzie.

Sługa spojrzał w oczy swego pana.

– Chodźmy, o wielki.

Duchy zniknęły. Droga skończyła się. Przed sobą mieli już tylko przepaść.

Dzwon!

Grzmot!

Ostatnia droga stanęła w płomieniach.

Quetzalcoatl rozejrzał się. Żadnych szans na ucieczkę.

Więc jednak…

– Dobrze było… – wyszeptał, spoglądając na sługę. Nic więcej nie potrafił wymyślić.

Ciapek skinął głową. Nie płakał. Stał, wpatrzony w czarną otchłań, nie mogąc się zdobyć na żadną reakcję.

Zerwał się wiatr. Potężne podmuchy frunęły jak gdyby pomiędzy płomieniami, spychając ich ciała ku przepaści.

Z otchłani buchnęły kłęby ognia. I jeszcze raz!

Dzwon!

Dzwon!

Pomarańczowoczerwona kipiel strzelała ku górze. Wiatr, niczym niewidzialny rzeźbiarz, układał ją w kolejne napisy.

 

Dzwon!

 

Czekając na Quetzalcoatla

 

Dzwon!

 

Stary ład

 

Dzwon!

 

Nie będzie tytułu

 

Dzwon!

 

Kukła boga

 

Ciapek spadł jako pierwszy. Quetzalcoatl zamknął oczy i wsłuchał się w ostatni krzyk sługi. Po chwili wiatr zepchnął i jego.

Opadał powoli, a było to zupełnie tak, jak gdyby zanurzał się w powietrzu.

– To ciąg!

Głos Ciapka wyrwał go z odrętwienia. Niepewnie uniósł powiekę. Niczym latający dywan wiatr niósł ich ciała nad przepaścią. Czasem słabł. Zbliżali się wtedy do kłębów ognia.

Quetzalcoatl nie uspokoił się. Przeciwnie. Rósł jego niepokój. W każdej chwili mogli przecież runąć w przepaść. Znów nie miał na nic wpływu, zdany wyłącznie na wolę stwórcy.

To nie była uczciwa kraina. On nie był uczciwy!

W pewnym momencie przypomniał sobie słowa sługi: innego życia nie będzie. Zamknął wtedy oczy, zaufał wbrew sobie i frunął, wolny jak nigdy wcześniej.

Koniec

Komentarze

Dzwon!

 

Trzymajcie się tam, chłopaki!

 

Ja Mu dam, tak Was męczyć.

 

P.S. Wybaczice poprzednie dzwony! I te, które nadejdą!

 

Przyszłam, żeby wrzucić opowiadanie do kolejki, a potem wrócić do czytania Wellsa. Wyobraź sobie, CMie, że już nie wróciłam. Chociaż od pierwszego dzwonu czułam, co się święci, to wciągnęło mnie. Ale żeby tak męczyć swoich bohaterów… zwłaszcza uchylając Quetzalcoatlowi rąbka świadomości i mądrości tylko po to, by dostrzegł własną tragedię. Ależ mi biednego szkoda. Biednych, bo Ciapka przecież także, jeszcze tak się namęczył po drodze. Gdzie to się zgłasza? Czy jest na sali jakiś kurator do spraw Ontologicznych Mniejszości? Jej, naprawdę się przejęłam. Znaczy – dobra robota.

Teraz jeszcze trochę przydzwonię: lekkie, do uśmiechnięcia, przez tekst wiosłowało się zdecydowanie łatwiej, niż Ciapkowi. I parę zgrabności językowych się trafiło, na przykład:

idiota zna radość lepiej niż człowiek rozsądny.

Ale! Może dlatego, że wszystko wiadomo od niemal samego początku, to troszkę znaków myślę, że dałoby się uciąć.

Wyszła ładna – z naszej perspektywy, bo przecież nie Pierzastego czy Ciapka – laurka. Dla Ciebie, dla nas, dla pisania. Nawet jeśli sam pomysł na zburzenie bariery między sobą samym a wykreowanymi przez siebie postaciami nie jest oryginalny – to mam wrażenie, że po prostu każdego pisarza taki eksperyment czeka. Zwłaszcza tak, wydaje się, zżytego ze swoimi postaciami. Miło było być świadkiem Twojego.

P.S. Do komentujących – kto sprawdzał, czy miał swój udział w dzwonach? ;)

Nie przeczytałam, tylko przescrollowałam bezmyślnie strukturę tekstu. Fajna, jestem za. xd 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Konstrukcyjnie ciekawe i to nie tylko ze względu na rozwiązania graficzne. wink Tragedię losu pierzastego węża oddajesz mocnym, obrazowym językiem, bez jakichśtam ckliwych wstawek zajeżdżających patosem. I to się chwali.

A tak z czepialstwa – to chyba więcej Ciapka byłoby ciekawe, bo on tu jest takim przyjemnym Sancho Pansą do Twojego Don Kichota. I z tym wężem, to ale on miał też nogi? Bo poruszał się trochę bardziej jak człowiek, a na tych Indianach to znam się mało XD

Więcej tu nie trzeba, gdyż ładne, zgrabne i złożone jak matrioszka. A że lanczyk jest i kluski stygną, więc zgłaszam, gdzie trzeba i pozdrawiam.

Nir, hej!

Dziękować za ekspresową wizytę i komentarz rozpoznawczy. Tekst ominęła tym razem audiencja u królowej Bety, więc ni cholery nie wiedziałem, jakich opinii oczekiwać. :)

Teraz jestem nieco spokojniejszy.

Kajam się za oderwanie od Wellsa. ;) Świetny pisarz.

Ale żeby tak męczyć swoich bohaterów… zwłaszcza uchylając Quetzalcoatlowi rąbka świadomości i mądrości tylko po to, by dostrzegł własną tragedię.

Ale spójrz na to z innej strony. Jeśli jeszcze kiedyś wróci, będzie miał już rozum. Można powiedzieć, że te męczarnie to forma inwestycji długoterminowej. ;-)

Inna rzecz, że nie wszystkie inwestycje się zwracają.

Gdzie to się zgłasza? Czy jest na sali jakiś kurator do spraw Ontologicznych Mniejszości?

Pół roku temu chciałem wytoczyć podobne oskarżenie wobec Kam i okazuje się, że takie literackie kreacje są zupełnie bezbronne. Z dumą oświadczam, że nikt mi nic nie może zrobić…

…przynajmniej mam taką nadzieję. ;-)

Jej, naprawdę się przejęłam. Znaczy – dobra robota.

Jej, fajnie. Bardzo mi przyjemnie. Abstrahując od tego, jakimi środkami do tego doszedłem. :D

Ale! Może dlatego, że wszystko wiadomo od niemal samego początku, to troszkę znaków myślę, że dałoby się uciąć.

To akurat u mnie standard. :-)

Choć tu było o tyle trudniej, że jednak musiałem jakoś wypełnić przestrzeń pomiędzy kolejnymi wstawkami “komentatorskimi”, których było dość sporo, stąd nie oszczędzałem zbyt mocno na znakach.

Albo zwyczajnie za fajnie mi się pisało, żeby się hamować ze znakami. :D

Miło było być świadkiem Twojego.

Wiesz, dla mnie to jest o tyle fajna sprawa, że gdyby nie istnienie tych dwóch bohaterów, nigdy bym sobie nie mógł na taki pomysł pozwolić, bo zwyczajnie nie miałbym na kim go budować. A taka zabawa to faktycznie ciekawe doświadczenie. Polecam! :-)

P.S. Do komentujących – kto sprawdzał, czy miał swój udział w dzwonach? ;)

Weź Ty im tego nawet nie sugeruj. :D

Jak ktoś zacznie sprawdzać, to mogę być biedny. A niektórzy bardzo zdziwieni. ;-)

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas i ekspresowy, obszerny komentarz. :-)

P.S. Nie chce mi się skakać po tekstach, więc napiszę tutaj: Po długich naradach komisja w składzie CM, jego ego i samouwielbienie orzekła, że w wyjątkowych przypadkach “niezłe” może być synonimem “fajne”*.

*Na przykład w takich, kiedy autorowi komentarza nie chce się szukać synonimów. ;-)

 

Asylum, fajnie, że struktura nie przeszkadza, bo już mi się zdarzało obrywać za takie akcje. :D

 

Oidrin, cześć!

Tobie również dziękuję za komentarz.

I to się chwali.

Dziękować.:)

Wiesz, z tym Ciapkiem to jest tak, że jakoś nie mogę się przemóc, żeby wypchnąć sługę bardziej na pierwszy plan. On jest jak Morris przy królu Julianie. :D

I z tym wężem, to ale on miał też nogi?

Dziękuję za to pytanie. :D

Tylko czekałem, kto mnie nim pierwszy ustrzeli. ;-)

Wiesz, to jest tak, że Quetzalcoatl jest przedstawiany w różny sposób. Raz przedstawia się go rzeczywiście jako węża, innym razem widnieje na obrazach jako bóg z rękami i nogami (i jeszcze innymi dziwnymi rzeczami, których nawet nie potrafię nazwać).

Ja lubię “rządzić” we własnych opowiadaniach, dlatego kiedy pierwszy raz wymyślałem sobie Quetzalcoatla, stwierdziłem, że będzie to bóg “autorski” i dałem mu tylko nogi. Rąk został pozbawiony, żeby… CM miał na czym budować humor w opowiadaniu, bo to z założenia był bohater humorystyczny, tylko tutaj próbowałem zrobić woltę, szukając odświeżenia postaci.

Bo poruszał się trochę bardziej jak człowiek, a na tych Indianach to znam się mało XD

Napisałbym Ci, jak ja się znam, ale wtedy wyjdzie, jak CM się przykłada do researchu. XD

Jeszcze raz dziękuję za szybkie odwiedziny i komentarz.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzień doberek.

No struktura tekstu, faktycznie ciekawa ;) Płynnie się czytało, przynajmniej ja na błędy się nie natknąłem, ale… słaby i tak jestem w ich wyłapywaniu. 

Czytałem kiedyś Twój jakiś tekst, ale tylko jeden, więc wydaje mi się, że nie wszystko tutaj wyłapałem. Ostatnie napisy, to pewnie tytuły Twoich innych opowiadań. 

Mimo wszystko dla mnie tekst na plus. Przyznam, że narrację fajnie prowadzisz. 

Krótki komentarz, bo czas mnie goni, ale myślę że klik trochę zrekompensuje ;p Niedługo pewnie przyleci.

Pozdrowionka! 

 

 

On jest jak Morris przy królu Julianie. :D

Trafne porówanie.wink

 

Wiesz, to jest tak, że Quetzalcoatl jest przedstawiany w różny sposób. Raz przedstawia się go rzeczywiście jako węża, innym razem widnieje na obrazach jako bóg z rękami i nogami (i jeszcze innymi dziwnymi rzeczami, których nawet nie potrafię nazwać).

Intrygujące, zwłaszcza ta ostatnia część. Czyżby miał jakieś dziwne wypustki Cthulhu style? Aż sobie poszerzę horyzonta o tę wizję.

 

Napisałbym Ci, jak ja się znam, ale wtedy wyjdzie, jak CM się przykłada do researchu. XD

Ekhm, bo wyobraźnia to podstawa, tak? smiley Reszta to już tak zwane luźne źródła inspiracji. I poza literaturą faktu – licencia poetica for life. XD

 

Gdybym miała sobie wybrać któryś dzwonek, pewnie stanęłoby na “pozytywne”.

Hmmm, wszystko już sam sobie napisałeś, to co będziemy się produkować. ;-)

Interesujące podejście do zburzenia ściany. Nie przypominam sobie umieszczania reakcji publiczności wewnątrz dzieła.

Ciapek i Q. sympatyczni, jak zwykle.

Babska logika rządzi!

Wracam już ze zwyczajnym komentarzem. 

Czytając Twoje opowiadanie nieodmiennie myśli kierowały się w stronę Hemingwaya; powieści, której motto zaczerpnął od metafizycznego poety Johna Donne’a.

„Dlatego nigdy nie pytaj, komu bije dzwon; bije on tobie”. Przypomniały mi się też rozważania głównego bohatera na zakończenie książki:

„Pomyśl o łyku chłodnej wody. Dobrze. To będzie właśnie takie. Jak łyk chłodnej wody. Kłamiesz. To będzie po prostu nicość.”

W drugiej warstwie (otchłani, rozpaczy) skojarzenia popłynęły do Czarnego Lądu, wojen burskich i całej tej beznadziejnej sytuacji (obozów, kontekstu, potem wyzwolenia i dalej, ciekawa rozmowa Jagielskiego z Kapuścińskim). Nie będę już wyjaśniała, gdyż to odległe powiązanie, wieloaspektowe, bardziej przez klimat i położenie Q&C.

 

Wracając jednak do Twojego opowiadania. Pewnie to pożegnalny list od Ciapka i Q. Żegnasz się z nimi w tym momencie, chociaż cień nadziei pozostawia podmuch wiatru, bo kto tam wie, co podczas lotu może im się przytrafić. Fajny tworzą duet. Fajnie byłoby przeczytać zbiór opowiadań o nich.

Ładnie napisane, płynnie, widać flow! Czasem można by coś tam dopieścić, lecz w zasadzie byłoby to czepialstwo. 

W każdym razie misię! :-) Czytało się bardzo dobrze. O strukturze już napisałam. Trochę hermetyczne przez nawiązanie do Wigilii, lecz moim zdaniem jej pojawienie się jest uzasadnione. 

W opku odnajduję kilka warstw związanych z Twoim pisaniem i jego rozwojem: zabawne-smutne; poważnie przez hiperbolę i przymrużenie oka; rejestracja rzeczywistości i dystans do niej. 

 

Z zatrzymań – moim zdaniem – do wygładzenia. 

Dwa razy pojawia się pewna konstrukcja:

gdy jego błędny wzrok utkwił w oczach Pierzastego Węża

Zerknij, coś nie tak.

Na moment jego wzrok utkwił w twarzy jednego z konających.

Może wprost napisać. wink

piachu czarnego jak wszystko w tej przeklętej krainie.

Po „piachu” dałabym przecinek, bo nie da rady przeczytać, trzeba zrobić pauzę.

 

Skarżę :-) A jeśli miano skarżypyty do mnie przylgnie, wiedz, że Twoja to sprawka. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

NearDeath, cześć!

Dziękuję za poświęcony czas i opinię.

Zdaję sobie sprawę, że ten tekst może być (i pewnie jest) hermetyczny, więc tym bardziej doceniam, że chciało Ci się go przeczytać. :)

Dziękuję za dobre słowo i wniosek o klika.

 

Oidrin:

Intrygujące, zwłaszcza ta ostatnia część. Czyżby miał jakieś dziwne wypustki Cthulhu style? Aż sobie poszerzę horyzonta o tę wizję.

Oto i on:

Quetzalcoatl – Wikipedia, wolna encyklopedia

 

Ekhm, bo wyobraźnia to podstawa, tak? smiley

U mnie to podstawa, fundamenty, podłogi, ściany i dach. XD

W tym tekście, to nawet wymieniając na końcu przy dzwonach tytuły swoich wcześniejszych opowiadań potrafiłem się walnąć, bo próbowałem pisać z pamięci. ;-)

 

Powitał i niezmordowanych Finklów.

Dziękuję za szybkie odwiedziny, komentarz i klika.

Gdybym miała sobie wybrać któryś dzwonek, pewnie stanęłoby na “pozytywne”.

Cholera, jakbym wiedział, że będziecie sobie wybierać, to bym przekopiował tylko te najlepsze. ;-)

Hmmm, wszystko już sam sobie napisałeś, to co będziemy się produkować. ;-)

Ej, to nieuczciwe! Co ja będę kopiował następnym razem, hę? ;)

Interesujące podejście do zburzenia ściany. Nie przypominam sobie umieszczania reakcji publiczności wewnątrz dzieła.

Postawiłem na brawurę i burzyłem ścianę nośną. :D

Ciapek i Q. sympatyczni, jak zwykle.

Podejrzewam, że oni nawet w roli seryjnych morderców wypadliby sympatycznie. ;-)

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas.

 

Asylum, powitać!

Tobie również dziękuję za szybkie odwiedziny i obszerną opinię.

Fajny tworzą duet. Fajnie byłoby przeczytać zbiór opowiadań o nich.

A to bardzo miłe. Dziękuję w ich imieniu. :)

W każdym razie misię! :-)

Bardzo się cieszę. :-)

Trochę hermetyczne przez nawiązanie do Wigilii, lecz moim zdaniem jej pojawienie się jest uzasadnione. 

Tutaj z góry wiedziałem, że będzie problem. Cały paradoks tego tekstu polega na tym, że z jednej strony mógł (w takiej formie) powstać tylko dzięki wcześniejszym częściom, z drugiej strony z powodu konstrukcji on w zasadzie musiał być hermetyczny. Coś za coś. Jak to w życiu. ;)

Brakujący przecinek zaraz wstawię, pozostałe dwa zdania obiecuję poprawić w weekend, kiedy uzyskam dostęp do mózgu niesfatygowanego pracą. ;-)

Skarżę :-) A jeśli miano skarżypyty do mnie przylgnie, wiedz, że Twoja to sprawka. xd

Ja to czekam, co powie ten szczęśliwiec, który wcielając się w Użytkowników będzie musiał logować się w sumie cztery razy, żeby te wszystkie kliki mi przyznać.

Pewnie znowu mi jakiegoś zeżrą. ;-)

Jeszcze raz dziękować za poświęcony czas. Mam nadzieję, że będzie okazja się jakoś odwdzięczyć w najbliższym czasie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ej, to nieuczciwe! Co ja będę kopiował następnym razem, hę? ;)

Znajdziesz coś ładnego z offtopu. ;-p

Użytkownicy. Wiesz, jeśli są tak wredni, jak powiadasz, mogą zaczekać, aż Ci się nazbierają kliki od piórkowiczów i przyjść dopiero na gotowe…

Babska logika rządzi!

Nieco męcząca okazała się dla mnie nieco Kukła boga. A choć jednocześnie muszę docenić Twoją wyobraźnię i obrazy ukazane w czasie wędrówki Qu­et­zal­co­atla i Ciapka, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała historia jest trochę przydługa. Miałam też odczucie powtarzalności pewnych fragmentów – i nie chodzi mi o uderzenia dzwonu. Mimo wszystko czytało się nieźle, pewnie dlatego, że lubię i Qu­et­zal­co­atla, i Ciapka. ;)

 

Zza pie­kiel­nych ścian wid­nia­ły po­że­ra­ne przez ogień cha­łu­py. ―> Zza pie­kiel­nych ścian wyzierały po­że­ra­ne przez ogień cha­łu­py. Lub: : Za pie­kiel­nymi ścianami wid­nia­ły po­że­ra­ne przez ogień cha­łu­py.

 

Po­god­ne ob­li­cze utrzy­my­wa­ło się na twa­rzy sługi je­dy­nie przez chwi­lę. Póź­niej za­stą­pił je obraz roz­pa­czy… ―> Masło maślane – twarzoblicze znaczą to samo.

Proponuję: Po­god­ny wyraz utrzy­my­wa­ł się na twa­rzy sługi je­dy­nie przez chwi­lę. Póź­niej za­stą­pił go obraz roz­pa­czy

 

Zmiął słowo w ustach i ru­szył przez piach… ―> Zmełł słowo w ustach i ru­szył przez piach

Słów nie można pognieść.

 

Dwie po­ma­rań­czo­wo-czer­wo­ne ścia­ny… ―> Dwie po­ma­rań­czo­woczer­wo­ne ścia­ny

 

Po­ma­rań­czo­wo-czer­wo­na ki­piel strze­la­ła ku górze. ―> Po­ma­rań­czo­woczer­wo­na ki­piel strze­la­ła ku górze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

będzie okazja się jakoś odwdzięczyć w najbliższym czasie.

O, zapamiętam te słowa i będę egzekwowała bezwzględnie. Szafot versus coś gorszego, zostawię opcje. xd

 

Cały paradoks tego tekstu polega na tym, że z jednej strony mógł (w takiej formie) powstać tylko dzięki wcześniejszym częściom,

Tak, masz rację, ale to nośny koncept z mojego punktu widzenia. Też tracę “serce” do swoich tekstów, ale czasami myślę, że nie warto ich porzucać, bo nie ma w nich ostatecznej kropki. Tu, moim zdaniem tak jest, ale nie musi być już i tylko, niech poleży i poczeka na swoją kolejkę. :-) Ups, dzisiaj, chyba ze czterdzieści minut czekałam na wyjazd z parkingu, słuchałam podcastu, zablokowałam takiego jednego, który chciał się wcisnąć na rympał, bez mijanki, ale i tak widzę, że wracamy do starych kolein. Stare-jare. Pandemia nie przełoży się bezpośrednio na reakcje. Trzeba czasu.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zaczniemy od Finklów:

Użytkownicy. Wiesz, jeśli są tak wredni, jak powiadasz, mogą zaczekać, aż Ci się nazbierają kliki od piórkowiczów i przyjść dopiero na gotowe…

Nie spodziewam się najazdu piórkowiczów na ten tekst, więc mogą się przeliczyć. ;)

Inna rzecz, że mnie to ich czekanie nawet na rękę. Nawet jeśli przyjdą na gotowe, to nazbiera im się przez ten czas wniosków o klika dla innych tekstów. I koniec końców na jedno wyjdzie. ;-)

 

Reg, dzień dobry!

Dziękuję za poświęcony czas i komentarz.

Kajam się za lekkie wymęczenie. Już tak to jest z tym moim pisaniem, że zawsze z czymś przestrzelę. :)

Z powtarzalnością faktycznie trochę przesadziłem. Sporo obrazów jest dosyć zbieżnych. Można tu było poszukać większej różnorodności.

Jeszcze raz dziękuję za szybkie odwiedziny. Błędy wysprzątane. :)

 

No i Asylum:

O, zapamiętam te słowa i będę egzekwowała bezwzględnie. Szafot versus coś gorszego, zostawię opcje. xd

Pamiętaj, że to ma też swoje wady: gdzie bajka na Z(A)MIANĘ, hę?! XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Jak zwykle, CM-ie, miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy eksperyment z formą. Tym razem dzwon bije dla Pierzastego Węża i Ciapka. Podobało mi się to nawiązanie, tworzy klimat. Pamiętam Twoje opowiadanie gwiazdkowe z tymi samymi bohaterami. Tamten tekst wydał mi się o wiele bardziej zabawny, ale temat był zupełnie inny. Przy pisaniu o rzeczach ostatecznych nieco poważniejszy ton wydaje się uzasadniony. Ogólnie, satysfakcjonująca lektura. Widzę że w wątku bibliotecznym czeka już komplet klików.

Dzień dobry-wieczór! :)

 

Kurdeć, znowu nie zdążyłam zabibliotekować. xD

Bardzo fajny tekst, CM-ie. Zaczęło się dość osobliwie, rzekłabym, ale te gromy i dzwony wplatane w narrację bardzo mi podeszły. Sama podróż Quetzalcoatla (tak, skopiowałam to imię z tekstu xD) i jego sługi przedstawiona została bardzo obrazowo, a przy kilku zdaniach, zwłaszcza tych wypoiwiedzianych przez Ciapka, zatrzymałam się. Ładne. Bardzo ładne. Nietypowe to opowiadanie, a i w trakcie lektury dziwiłam się, co ten CM, zawsze wszystko wprost, a tu nie, weź się czytelniku zastanów, o co mu chodzi. ;) Bo od początku jasne nie jest, ale dalej się wyjaśnia. Dodam jeszcze, że bohaterowie wyraziści, scenerie barwne, ale nie przerysowane. W punkt wyważone. 

Do Biblioteki już nie ma co polecać, więc co tam. Dam pierwszą na forum ocenę . :)

 

 

ANDO, hej!

 

Dziękować za odwiedziny i komentarz.

Ano tym razem poważniej. Chciałem jakiegoś odświeżenia dla tych bohaterów, a przy okazji fajnie tak przeskoczyć do zupełnie innej konwencji. Zwłaszcza takiej, w której łatwiej mi się pisze, ;-)

Przy pisaniu o rzeczach ostatecznych nieco poważniejszy ton wydaje się uzasadniony.

Jak znam siebie, to i na tym spróbuję kiedyś budować humor. ;-)

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas. Fajnie, że lektura satysfakcjonująca.

 

Saro, powitał!

 

Tobie również dziękuję za poświęcony czas i opinię.

Kurdeć, znowu nie zdążyłam zabibliotekować. xD

Ja to przy tekstach innych przerabiam bez przerwy. ;-)

Bardzo fajny tekst, CM-ie.

Bardzo się cieszę. Od razu weekend zaczyna się lepiej. :)

Zaczęło się dość osobliwie, rzekłabym, ale te gromy i dzwony wplatane w narrację bardzo mi podeszły.

Tutaj też się cieszę, bo napchałem tego w diabły i trochę. Podejrzewam, że jedna czwarta tekstu to dzwony, grzmoty i poprzeklejane komentarze. ;-)

Sama podróż Quetzalcoatla (tak, skopiowałam to imię z tekstu xD)

Wy to się naprawdę prosicie o te dwadzieścia tekstów o Quetzalcoatlu. XD

A jeszcze Wam za karę dorzucę jego brata bliźniaka: Tezcatlipoca. ;-)

Ładne. Bardzo ładne.

Dziękować raz jeszcze.

Nietypowe to opowiadanie, a i w trakcie lektury dziwiłam się, co ten CM, zawsze wszystko wprost, a tu nie, weź się czytelniku zastanów, o co mu chodzi. ;) Bo od początku jasne nie jest, ale dalej się wyjaśnia.

Nie będę nawet ukrywał… walczyłem jak mogłem, żeby na początku było niejasne. ;-)

Wiedziałem, że tekst będzie podzielony na pięć “stacji” i gdybym wyłożył wszystko od razu, opowiadanie najdalej w połowie zaczęłoby pewnie nużyć. Ono nawet w takiej formie jest przeciągnięte, więc gdybym odkrył wszystko na początku, nie miałbym już za bardzo pretekstu, by przeprowadzić czytelnika przez całą drogę.

Do Biblioteki już nie ma co polecać, więc co tam. Dam pierwszą na forum ocenę . :)

Możesz polecić. Jak znam wstrętnych Użytkowników i tak mi pewnie jak zwykle zeżrą jakiegoś klika, więc będzie na zapas. :D

Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny.

Na koniec ta sama uwaga, co w przypadku Asylum. Mam szczerą nadzieję, że w najbliższym czasie będzie okazja się w końcu za te Twoje komentarze odwdzięczyć.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Oto i on:

Hm, sprawa tych kończyn i wypustek to trochę wyzwanie. Ale gdzie słów brakuje, może Mulder coś znajdzie.

data:image/jpeg;base64,/9j/4AAQSkZJRgABAQAAAQABAAD/2wCEAAkGBxITEhUSEhIVFRUXFRUXFRUVFRUVFRUXFxUXFxcVFRUYHSggGBolHRUVITEhJSkrLi4uFx8zODMtNygtLisBCgoKDg0OFxAPFy0fHR0rLS0tLS0tLSsrLS0tLi0tLS0tLSstLS0rLS0tLS0rLS0rLS0tLS0tLS0tLS0tNy0tLf/AABEIALoBDwMBIgACEQEDEQH/xAAbAAABBQEBAAAAAAAAAAAAAAADAAECBAUGB//EADsQAAIBAgIHBQYFAwQDAAAAAAABAgMRBCEFBhIxQVFxImGRobMTJDI0gbGCwdHh8EJSYhUzcvEUI0P/xAAYAQADAQEAAAAAAAAAAAAAAAAAAQIDBP/EAB4RAQEBAQADAQEBAQAAAAAAAAABAhEDITESQVFh/9oADAMBAAIRAxEAPwDgKbLNBlOnItUp2JoXIkiEGSGRxDDjIhCuU8XjVHJZy+wGtTklm3Yo4jSsFuvJ927xKU6kpb8+ufkKV/8ApCHCqaUqS+FbK8WVpKUnm7vqF9n3PxsQ+Hm+oGnChz8w8HZcu4FHEJ/4/YjUbe5p9ANp0cT33LNKtc5ynWaeZoYPEXIuVZ03YVbcbFmE3zfiY1OpexfoVrbzHWW+dNCMnzCRYCMw0WZVrE7iuMIRnuPdkRwBXJJkB0wCbb5kdoTGuAIVxDACbG2hNDMAW0bGp798o/j9KZjGxqf85R61PSmVn7E6+V5vTLMCtRLMDtrhi7TCA4BAhUhCEMKuPxGxHfnwMSFXPMLpPEXna+4rKS4b+YjXL/T+ch5X45lPNZk6dd8gA7XNtfbxASq9Qkp7WYzQBKMU1n5/qhoPgMofzIk4TW6z+gAOdG+4EpOLyuWFV4NW/nkNJp94AXDYnmaFCSMRxW9eBcwtRbmKzpyukwddPIuxZzeFqWnkzoqMsjm8meOrx66MOMOjJqZiHYwAhCEAOhDCAEIQgBDMQ1wBmbGp/wA5R/H6UzGZsanfOUfx+lMrP2J18rzqkixTQCmHgdtcMXIBCFMIkEKmRCvK0W+4Iylpeps0335DDmqjbd2HoNLNorIm5AE5Vsx1nvfmAHSADpvgHpPnbqVYQ7y1TpLmIxp0nvWYGaad7sOqUludg1HDN8V9ULquKvtE1dq4GWWaNKpo9pFKrh3HuCWUXNV9sLh5FeUcw9AaV+lNp3udDgat0c3PdkbeiJvZzMvLPTbxX210xwcWETOV1EIQgBCEIAQhCAEIZsa4AmxmJjNjBGvqd87R61PSmY7Zr6nP32j1qelMrP2I18rz2mWIlemWInY4lymFsCpBrBCpkZWsHwrqa1jL0+uwn3jDnrDNknIaQA0Q1Olclh4Js6DBYOLROtcVnPWVh8L3X6GlS0f/AIs18NhUmaVKklwMNeRvnxsWno98i9h9GW4eRsU4IMqRH6tafmRlywWW4yNI4B52OqlArV8PcJqwXMrzuvh7CoUszrMfo5NN2MGcErpo3zvrDWOAYmnbcaWg5vZdzHlI2dELs37w38LH1rRkGjIqqQVM5rHVKsbQ1wW0OpC4fRGxJkLjpgadxNjCbEDNjXFcjKQyJsi5EXIi5D4XUrm1qY/faPWp6UzBcja1Kl77R61PSmVme4nV9VwkCxAr0yxA6q5IuUgyBUgqHE0mZesL/wDWupqszcbXW2ozV4/qHRJ1zArl/TGA9lPJ3i84vu5FAcvRZy8FoSzOp0VF2zZzmBw0pPuOmwcNlIz8la+ONShvLsSrh0WoHNXTFuiw90VqYa9hCnkQkO2QmwNXro5LTVLZl9Tr5nLaySSa7y/H9R5PjHo03KSsb9GKikiho2hsq/Fl5M03essTg8WFUitFhUzPjTotx7grjqQuK6LcdSBbRLaFw+i7Q+0CUhNi4fU3Ig2RciDkOQrTymDcwcpkdoriOiOZtaky9+odano1Dn2zc1Gfv9DrU9GoVJ7ibfTkaYeICCDxN6wi7SCIHSQVDiaRRxGGVSTW5pF4Lo6ipKbvntcehO7yL8c7pz2LltU3GSTcXk/yMWlC7N/SGEa2mnle3iZ2FoXkGb6Pc9tTDRSSLlKa4gIw3Bv/ABsrmdaRp0sUkrby1TxMeZhUqUW7Xt+L8glXRt1eNVdH+xH5i/1XS0qq4BlM4qnUqQlbaf3Og0fjHJZvMnWeKzrrVuQmytiMSoLNmVV0y79mDffYUlp2yNiaOW1iV6kIl3/VJ2zi11RUlU9pLbazSsi8zl6z1ezicVZDjDjI6ZNSBj3EYikS2gI9wHRbjpgdoSkHD6OpD7QDaHcxcHRJSAykM2RbHwrTNjNjSZFlJSubuoj9/odano1Dnze1D+fodano1Bz6V+OXgg0UDggsTWslykFB0UHSGmoCo3vdZK9pd/Jk7DKTjmlfmidzsVi8rOx9KUFKMtzacXzKFBJM0tNYmMopf1X3GXSkRn401/xt4ONzYhQi1uMTAyyRuYaZlprln4nRKcndZMFQ0FTi77/pZ363OgixMX7qvxGRPBRS39OaDaOpraDYiS32I4J9oVpyI6Rw7kzGqRxNOXY+Hpc6epHMj7JDmuFrPWJRr1J9mcbPmBnCzZvzgktxh13eTKl6mzgVhCENJDoYdAZDCYwEQhDAEriuRsK4AnIa4hmMkWMOICMze1D+fodano1DAN/UP5+h1qejUHPovxzUUGgg+ksI6dRrwARLl6zs5V2iGAUQ5aCGlJLNiqTSV27I5vTGkZT7MbqHnL9gBY3FRqTbW5ZX594qcSlRVkaeFhfMnS8ruElY2MJMxoI0MNIx03zW3TkiUkVKEskWXLIyaqGLnZhMCru5Tp1lNS6vI09FJWsOwpRaye0ibRLELiDcxGr4qpZMxZPMv6QrcDPLiNUww7GKSQ4hADCEICMxDsYAZjMkMARYzJEWMjDMcZgRjf1D+fodano1DBsb2ofz9DrU9GoOfRfjV130bntxW9X/AFOJqVFHe/pxLWk9YcViMqlS0f7IpRj5ZvxMlxNc5Za1FyOkkv6X4hFpdf2PxRluIoxK4kXFYiU3d7uC4FTERug9hbNwLqq45I0MDLIhHDXjbwBUJOLJ1GmWqmi3hyhCdyzhZ5mNjaVr0p2CqvwKedrL9gU1Vi/hUl3O3kzPjTpYnRsJNyjeEuafnYp0Y16UuMkW46TjF2nTlHru8S7LSdC1+PLf9iu1PInSrSavLw/UetWyKqxsZfCpfVNA8VVshcPvFerK7GSK0akud+qCxrrjl5o0uLGU8kqbGJIaxKzDiHEEWMSZGwwTGsIcCMIewwAw1hxWABiJNDMZGN3UP5+h1qejUMI3tRPn6HWp6NQc+lfjlpIjYM0QaOhzAtDRJSRGCAJDxRtaN1Xr1oRnCVHt3tF1LSydvhsSwerVSpUdKNSi5KKllUvdO+6yu7Wz5XQdHDaNoKdO1s03YzdIYF5tb1vR02B0XKh2ZVKUs91Oam1ZcVwLGNwG2rr4vv3Eql44WhUsy9QqK5HSGAcW2l1RSpVLMzsa5roqUxTxLg7vdzK2AxKe814qMt6yMr6bS9PSx1Gas7Pw+w9SdKK7MYrorEJaMov+hX5rIb2FOCyWffmT6/ivYdetkZFavdk8XitpuKe7eVIm/jx/a5/Jv+QcRGKJmzAybW4JGtzXgQETcy/VTVnweMkyVirbkGjX5mevH/jXPl/1NoYkJIyaoNDWJtDADWGZIQwhYRKw1gJBoaxIQEgbuonz9DrU9GoYpuair3+h1qejUKn0r8c7sXaS45EJUHZvgmk+rv8AoybYKpLqdDmRq0ZJ7LWeS387W+49fC7CTvdNLz3PpkyFWTuud1nfkTq1nLJ+St9QCeBlUpzhODtL4ou/Jvf3ZM6GnNUoyxkNl1K/YpJRcfZ1Jt+1sm9yV0nd7zG0JoqeIqxpxulneW7Zis27/wAzOhw1Wni6tTCJ7NNRSw2wsk6W12nf+5N3FTjK1cpval3WT63/AGZ1cUcnq7tRr7Mrp9pSTuntLn3nYqIEy9LYFSW0lnx7zksbo/e47+R6GjLx2iHJ7VP6oVhzXHA05uLNShpLIuaR0DUeag0+5ZMxqGjq85bEabvz4EXLXO2xh9JqTSTu+S3mrHR02tqp2UuF8315BtA6vKgtqec3u7jRxKugnjk9lry2+o85oK1Scf8AJ/dh8kyOIjbEVP8AlL7k5GjOpxRJEIkxkdisSGSAI2GsEaIsAgpNbixTqp9wFohPK3UnWZVZ3crYkNCRNI57OXjql7OmZEm0MkIBylYbaL2Aw0Jye3e0YSlZRbvaLyya/fcacNF0VGqtqzhGinKSas3lJ2u73/M0zjs6z1vl454a5p4nQ8ouS2l2asafHPbV1Jd1idXQ6tTgmtuWInScs7WWzbL6sPx7F36ZFze1G+fodano1CjidGqNNTus5zjx3xtn5l7UX56h1qejUD88sKa7K5yTByQaaBP+eRuwASu+gmSh+bHmtwB0OE10xMIKKjTaSSu4tPLJXs7A6WtuIjUlUjGknJRTSgrdm9uO/tMwY7iUULh9dBV1kxOI2YKNOMtrayjZtpbrvmsjosDiPaQUrW4NcVJb0zi9C/79P/kdvhIr2lRWyuvsBUSwagiaSC0ln4/kNKlpXFqlTlLNvcks22+R508XKNRShKrFqW1szfG+fidnrh/8ur/I5fS7yj/OJnq++NvHn1a7nC4hVKalzSfiDqIDq1/sR+pfnFZZcS2X9cLp3BKnWbX9Xa8Sk2dFrms4dH9zAYGEkTQ9PiSSzGCgyQyWYVLLwEYbRAsW/n0BNAEZAam9LvLDAyXaQENRYdAqCzLKRh5frp8PwNjWDWItfYz604WHxM6e1sNraVnm1xTvlxy82SqY6pL2qbv7VxbvfLZltJR5IhNDJFTVK5i7/rM7zcoQltShKzTspQVlJZ8gE9LVN+zG6qurF53jJtN2z3Oy3ldoZof6qbiD47SU6sVDZhCKlKVop75Wve77jQ1GXv1DrU9GoY7Rt6kL36h1qejUHNW2D8yR/9k=

A jeszcze Wam za karę dorzucę jego brata bliźniaka: Tezcatlipoca. ;-)

 

Czo? xD 

 

Nie będę nawet ukrywał… walczyłem jak mogłem, żeby na początku było niejasne. ;-) 

 

A widzisz, ten tajemniczy początek fajnie i obrazowo napisany sprawił, że chciałam odkryć, co dalej. ;)

 

Mam szczerą nadzieję, że w najbliższym czasie będzie okazja się w końcu za te Twoje komentarze odwdzięczyć. 

 

Raczej nieprędko, ale dziękuję! wink

 

Czo? xD 

Z tego, co pamiętam z researchu (tak, ja naprawdę kiedyś zrobiłem research ;-)) Aztekowie mieli chyba z pięćdziesięciu bogów, więc arsenał mam całkiem niezły. XD

Raczej nieprędko, ale dziękuję! 

No nic, zaczekam. Albo bezczelnie wyzwę Cię na pojedynek. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No nic, zaczekam. Albo bezczelnie wyzwę Cię na pojedynek. ;-)

 

Czoo? Ooo…. OOOO…. :D:D:D

 

smiley

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Eee, ale Ty ich chyba nie wysyłasz w niebyt?!

Ach, podobało mi się, przeszedłeś samego siebie, zwaliłeś nie tylko ścianę, ale i na dodatek podłogę ;) Jeszcze nas wrzucić do opka, tego nie zdarzyło mi się oglądać. Mam nadzieję, że nie należę do tych, którzy się nad Twoimi bohaterami znęcali, obaj zawsze mi się podobali :)

Nie miałam wrażenia przydługawości, jak dla mnie było w sam raz. Mimo że nastrój był tym razem poważniejszy, tu i ówdzie skrzy się humor. Podziwiam pomysł i wykonanie.

Cholewcia, dobre to było ;)

Kliczek, oczywiście :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzień dobry Irce.

Dziękować za wizytę, poświęcony czas i komentarz.

Od razu niedziela lepsza. :-)

Dziękuję także za klika. Zwłaszcza w imieniu wstrętnych Użytkowników, którzy dzięki Tobie mają mniej przelogowywania. ;-)

Eee, ale Ty ich chyba nie wysyłasz w niebyt?!

No… Jakby to… Czy moja odpowiedź będzie miała jakieś konsekwencje? ;)

Ach, podobało mi się, przeszedłeś samego siebie, zwaliłeś nie tylko ścianę, ale i na dodatek podłogę ;)

Nawet sobie nie wyobrażasz jaka to fajna zabawa, taka masowa rozwałka. :D

Jeszcze nas wrzucić do opka, tego nie zdarzyło mi się oglądać.

Odnoszę wrażenie, że to chyba można było zrobić tylko tutaj, na portalu. A w każdym razie niewiele jest miejsc, które stwarzają takie okazje, bo jednak musi się tu złożyć parę elementów.

Mam nadzieję, że nie należę do tych, którzy się nad Twoimi bohaterami znęcali, obaj zawsze mi się podobali :)

Tych naprawdę znęcających się było w sumie nawet mniej niż potrzebowałem, więc parę razy musiałem postawić na kreatywność i uciąć dany komentarz tak, żeby wydźwięk pasował. :-)

Zwłaszcza przy “nizinach głupoty” sporo się napracowałem. ;)

Nie miałam wrażenia przydługawości, jak dla mnie było w sam raz.

I całe szczęście, bo jechałem “na wyobraźni” – bez większej kontroli nad opowiadaniem. ;)

Mimo że nastrój był tym razem poważniejszy, tu i ówdzie skrzy się humor.

Próbowałem tak zrobić, żeby on się gdzieś tam delikatnie pojawiał jako odniesie do bazowej roli tych bohaterów, którzy powstali w końcu jako humorystyczni.

Podziwiam pomysł i wykonanie.

A to sobie skopiuję na wypadek, gdybym jeszcze kiedyś chciał wciskać komentarze w jakiś swój tekst. :D

Jeszcze raz dziękować za poświęcony czas i cieszę się z pozytywnego odbioru.

Na koniec standardowa już chyba w przypadku tego opowiadania prośba: weź no coś wrzuć, żebym się mógł w końcu jakoś odwdzięczyć za te wszystkie komentarze.

I tak, wiem, że miałem okazję przy Z(A)MIANIE, ale wiesz… to trochę mało. ;-)

Zwłaszcza, że tam miałem utrudnione zadanie, ze względu na ten niebywale “błyskotliwy i inteligentny” pomysł komentowania w stylu bajkowym.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bim-bom, bam-bim-bom

Skąd wiedzieć wszystko komu bije dzwon…

 

A mnie się piosenka Kazika przypomniała :) 

 

A jeśli chodzi o sam tekst. Po pierwsze bardzo dobrze mi się czytało. Tak jakoś ładnie i zgrabnie to wyszko napisane, że od pierwszego zdania popłynęłam :) Po drugie podoba mi się struktura. Moim zdaniem pasuje do treści.

 

Odnośnie treści – oczywiście podobają mi się bohaterowie, tylko jakoś tak mi się smutno zrobiło, że to teraz dla niech bije dzwon… Ale wciąż nie tracę nadziei, że Pierzasty Wąż i Ciapek jeszcze wrócą :) Bądź co bądź, mimo tragedii kryjącej się w opowiadaniu, dodałeś tu też trochę humoru. I wyszło takie słodko-gorzkie, a to chyba mój ulubiony smak.

 

I na duży plus burzenie ścian…

 

Bim-bom, oczywiście klikam bibliotekę :)

Katiu, hej!

Dziękować za odwiedziny, poświęcony czas i komentarz.

Fajnie, że dobrze się czytało, bo sięgnąłem (trochę też pewnie testowo) po nieco rzadszą dla mnie ostatnimi czasy formę narracji. Trochę mi się chyba momentami przesadziło z krótkimi zdaniami, ale tak czy inaczej, szukałem możliwie przystępnej formy. Przystępnej również dla autora, bo to jednak łatwiej mi się pisze w ten sposób niż przy tych tekstach stricte humorystyczne. ;)

A że dzwony biją dla nich? Z jednej strony może i smutno, ale też oni przynajmniej mieli okazję się jakoś pożegnać (jeśli to faktycznie będzie ostatnia ich podróż, co na dzisiaj zakładam). Większość bohaterów zwyczajnie znika w momencie, kiedy przestają być potrzebni/kończą się na nich pomysły.

Ci to przynajmniej sobie jeszcze ruszyli w ostatnią drogę. ;-)

I wyszło takie słodko-gorzkie, a to chyba mój ulubiony smak.

U mnie już chyba ostatnimi czasy również. :-)

I na duży plus burzenie ścian…

Dziękować. :)

Bim-bom, oczywiście klikam bibliotekę :)

A tutaj poczekam, aż wpadną Użytkownicy i osobiście podziękują Ci za ocalenie od drogi przez mękę (czytaj: serii przelogowywań pod wnioski o kliki). ;-)

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Byłem, przeczytałem i – choć to nie moje klimaty – wzmocniłem swoje przeświadczenie o imponującym potencjale wyobraźni jaki drzemie we wnętrzach maszyny zwanej CM. O swobodzie w operowaniu narracją nie wspomnę bo to truizm (oj, cholercia, jednak wspomniałem!)

Pozdrowił, poszedł ale jeszcze wróci – jak nie pod ten, to pod następny tekst :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, powitał!

Dziękować za poświęcony czas, komentarz i dobre słowo. Może następnym razem lepiej wstrzelę się w Twoje klimaty. :)

Również pozdrowił, ale tym razem nigdzie nie pójdzie, bo pełni tu rolę gospodarza. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Pisząc “nie moje klimaty” miałem na myśli gatunek fantasy :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Jeszcze nas wrzucić do opka, tego nie zdarzyło mi się oglądać.

Odnoszę wrażenie, że to chyba można było zrobić tylko tutaj, na portalu. A w każdym razie niewiele jest miejsc, które stwarzają takie okazje, bo jednak musi się tu złożyć parę elementów.

Myślę, że można nie tylko tu. Ważniejszy jest dystans do siebie i swojej twórczości, a ten ma niewielu autorów :)

 

Na koniec standardowa już chyba w przypadku tego opowiadania prośba: weź no coś wrzuć, żebym się mógł w końcu jakoś odwdzięczyć za te wszystkie komentarze.

Pisze się, hi, hi, hi <śmieje się szatańsko>

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Pisząc “nie moje klimaty” miałem na myśli gatunek fantasy :)

To w sumie tak jak u mnie. Ja generalnie wolę science fiction, a piszę fantasy… bo to pierwsze mi wybitnie nie wychodzi. ;-)

Pisze się, hi, hi, hi <śmieje się szatańsko>

Ale nie planujesz szturmu w stylu Dawidjana, co? ;-)

Albo cegły o długości “Cykad”? ;-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Przyznam, że do pewnego momentu myślałem, że ten zabieg z „komentarzami” trochę tu nie pasuje, a sama historia wydawała mi się dziwna. Ale na szczęście nadeszła druga część tekstu, w której łączysz wszystkie elementy w spójną i interesującą całość. Tekstów z „burzeniem ścian” jest całkiem sporo, a Tobie udało się mimo wszystko zachować pewną świeżość.

W skrócie mówiąc: ciekawy pomysł, ciekawa realizacja. Jedyne, co osobiście mi trochę przeszkadzało, to sam opis drogi / ucieczki. Przyznam, że ten dość długi ciąg absurdalnych zdarzeń zdążył mnie trochę zmęczyć. Nie psuje to jednak pozytywnego wrażenia po przeczytaniu całości.

Zauważyłem coś jeszcze: jakiś czas temu czytałem inny Twój tekst (Ethan Crouch redivivus) i z jakiegoś powodu podczas lektury Kukły boga ten tekst nagle mi się przypomniał. Nie wiem czy podczas pisania miałeś taką świadomość, ale te opowiadania mają dość sporo cech wspólnych.

Bardzo ciekawe opowiadanie, czytałem z przyjemnością, choć zgadzam się, że gdzieś na etapie płynięcia łodzią zaczynało lekko nużyć . Ale rozkręciło się, gdy się w końcu zorientowałem o co chodziło z dzwonami i głosami. O ile motyw wplecenia autora do opowiadania oklepany, to nawiązanie do czytelników było udanym zabiegiem. Ogólnie realizacja efektowna, warsztat na najwyższym poziomie. Samą postać Quetzalcoatla zdążyłem już polubić, więc mam nadzieję na ciąg dalszy. 

Podejrzewam, że oni nawet w roli seryjnych morderców wypadliby sympatycznie. ;-)

Ciekaw jestem, czy wystarczy Ci odwagi, żeby to sprawdzić :D

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

Powitał nowych czytelników.

Bardzo mi miło, a jednocześnie trochę jestem zaskoczony, bo zakładałem, że nikt tu już nie będzie zaglądał.

No, może poza Anet…

…i Tarniną na przełomie listopada i grudnia. ;-)

 

Perruxie, cześć!

Dziękuję za poświęcony czas i komentarz.

Przyznam, że do pewnego momentu myślałem, że ten zabieg z „komentarzami” trochę tu nie pasuje, a sama historia wydawała mi się dziwna

Taki był plan, żeby wrzucić na początku lekki bajzel i kazać czytelnikowi kombinować, o co może chodzić.

Cieszę się, że pomysł i realizacja potrafiły zaciekawić. Kajam się za lekkie zmęczenie długością – poniosło mnie, pisałem bez żadnej kontroli. ;-)

Nie wiem czy podczas pisania miałeś taką świadomość, ale te opowiadania mają dość sporo cech wspólnych.

To prawda. Wiesz, to chyba przez to, że ja na co dzień takich rzeczy nie piszę, więc dla mnie to pewna nowość, którą nie zdążyłem się jeszcze znudzić. Drugi powód jest pewnie taki, że zbiegły mi się dwie dość podobne koncepcje, więc ciężko było tutaj uciec od tych wspólnych elementów.

 

Heroxie, cześć!

Tobie również dziękuję za poświęcony czas i opinię.

Fajnie, że ciekawe. Kajam się za lekkie znużenie – to na pewno ostatni raz, kiedy pisałem na samej fantazji. Teraz już zamierzam stawiać chociaż na lekką kontrolę. ;)

Dziękować za dobre słowo. Quetzalcoatl cieszy się z polubienia (co szczególnie istotne dla tych, którzy go nie polubią – na takich czeka już rytualny ołtarz ;-)).

Ciekaw jestem, czy wystarczy Ci odwagi, żeby to sprawdzić :D

Gdybym kiedyś miał jeszcze o nich pisać, to czemu nie. ;)

Pozwalałem wdowiemu chórowi śpiewać Rammsteina, więc mało jest już rzeczy, których mógłbym się obawiać. :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Pisze się, hi, hi, hi <śmieje się szatańsko>

Ale nie planujesz szturmu w stylu Dawidjana, co? ;-)

Albo cegły o długości “Cykad”? ;-)

No jak możesz w ogóle tak myśleć ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Anet, cześć!

Dawno do Ciebie nie pisałem. :D

Dziękować za poświęcony czas i komentarz.

Sympatyczne :)

Ale Anet, musiałaś się pomylić. ;-)

Zobacz, dwóch bohaterów pogrąża się w strachu, męczą się okrutnie, nie wiedzą, co ich może czekać.

Zobacz, jak do Ciebie wołają:

Przecież powstaliśmy dla Nich. Czy Oni lubią nasz ból? Dlaczego podoba im się nasz strach?! Dlaczego chcą go przeżywać?!

Spójrz, jak pytają, czy lubisz ich ból i strach. Patrzą na Ciebie pełni nadziei i wiary, a Ty im mówisz, że ich męki są dla Ciebie:

Sympatyczne :)

Anet, będzie im przykro. Czyżby Użytkownicy wypełnili mrokiem Twoje serduszko? XD

 

Irko,

No jak możesz w ogóle tak myśleć ;)

No, co? :-) Szatańsko kojarzy się z najpodlejszymi zagrywkami rodem z najmroczniejszych wizji Użytkowników…

…albo Tarniny. :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Yyyy… To żeby im nie było przykro, powinnam napisać coś w stylu: to było bardzo złe, nie polecam? :DDD

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nie, nie. Już Ci podpowiadam: ;-)

Uważaj (możesz przekleić i zedytować komentarz, nie będę miał pretensji ;-)):

 

To była niezwykle poruszająca historia. Losy bohaterów przejęły mnie dogłębnie. Ich smutna, rozpaczliwa walka, podróż przez odmalowaną z niebywałą pieczałowitością i wyobraźnią krainę wzruszała bezustannie. Kibicowałam im w ich niezwykłej wędrówce żywiąc nadzieję, że nie będzie to ich ostatnia droga. Że będzie mi dane jeszcze wielokrotnie przejmować się dziejami bohaterów, do których czuję się głęboko przywiązana.

Opowieść pochłonęła mnie bez reszty. Płynna narracja sprawiła że zatopiłam się w tekście, czytając z coraz większą ciekawością tego, co będzie dalej. Czy moi ukochani bohaterowie przeżyją.

Wiele było przytoczonych w tym tekście komentarzy, który oddają mój głęboki podziw do tego tekstu.

Świetne!

Bardzo fajne!

Wyszło świetnie!

Fajna jakość!

Ciapek wrócił!

Unikatowy urok!

Na końcu pragnę zaznaczyć, że mam głęboką nadzieję, iż nie jest to moje ostatnie spotkanie z bohaterami, bez których nie wyobrażam już sobie życia (tutaj zaczynasz ronić łzy). ;-)

 

Nie musisz dziękować. :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dobra, trochę zedytowałam. Uważaj:

 

To była okropna historia. Losy bohaterów nie przejęły mnie wcale. Ich podróż przez nudną krainę w ogóle mnie nie wzruszyła. Miałam nadzieję, że będzie to ich ostatnia droga. Że nie będzie mi dane już nigdy przejmować się dziejami bohaterów, do których nie czuję się w żaden sposób przywiązana.

Opowieść w ogóle mnie nie wciągnęła. Okropna narracja sprawiła, że potykałam się w tekście, czytając z coraz większym znudzeniem. Czy bohaterowie wreszcie umrą?

W tekście nie było ani jednego komentarza, który oddawałby mój stosunek do tego tekstu.

Okropne!

Beznadziejne!

Wyszło fatalnie!

Porażka!

Na końcu pragnę zaznaczyć, że mam głęboką nadzieję, iż jest to moje ostatnie spotkanie z bohaterami, bez których moje życie będzie piękniejsze (tutaj ronię łzy nadziei i rozpaczy) ;)

 

I jak mi poszło?

 

:DDDDDDDD

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

No, Anet, dowaliłaś. CM zaraz posądzi Cię o bycie wszystkimi Użytkownikami jednocześnie. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie no, ja jestem ta miła ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

I jak mi poszło?

Prawie bardzo dobrze. Tylko widzisz… Cierpisz na syndrom Thargona. ;)

Syndrom Thargona to taka znana przypadłość, która polega na tym, że nadużywając słów kompletnie gubisz sens wypowiedzi. Ponieważ nie masz wielkiego doświadczenia w pisaniu długich komentarzy, jest to oczywiście zrozumiałe. Na szczęście istnieje specjalna metoda leczenia zwana dietą gilotynową. ;-)

Już Ci wszystko tłumaczę:

To była okropna historia. Losy bohaterów nie przejęły mnie wcale. Ich podróż przez nudną krainę w ogóle mnie nie wzruszyła. Miałam nadzieję, że będzie to ich ostatnia droga. Że nie będzie mi dane już nigdy przejmować się dziejami bohaterów, do których nie czuję się w żaden sposób przywiązana.

Zwróć uwagę, jak natłok zbędnych słów kompletnie zabił sens wypowiedzi. Więcej nie zawsze znaczy lepiej. Trzeba bardzo uważać.

Zobacz. Połowę mniej słów, a wydźwięk jasny i czytelny. Wyrażasz swoje przejęcie i przywiązanie, co jest zupełnie oczywiste.

Dalej:

Opowieść w ogóle mnie nie wciągnęła. Okropna narracja sprawiła, że potykałam się w tekście, czytając z coraz większym znudzeniem. Czy bohaterowie wreszcie umrą?

W tekście nie było ani jednego komentarza, który oddawałby mój stosunek do tego tekstu.

Tutaj niby jest już trochę lepiej. Tych zbędnych słów jest jakby mniej. Tylko pojawia się z kolei inny problem, a mianowicie: używasz słów niezgodnie z ich faktycznym znaczeniem.

Anet, potykałam się nie jest synonimem zatapiałam się. Ja wiem, że podobnie brzmi, ale to nie to samo.

Dalej: Znudzenie nie znaczy to samo, co poruszenie. Musisz uważać! Drobny błąd i autor gotów naprawdę pomyśleć, że nie przejęłaś się losami bohaterów. Przecież niektóre z publikujących tu osób mogą nie być świadome swoich rzeczywistych umiejętności i co wtedy? Przez przypadek sprawisz komuś przykrość, niecelowo krytykując tekst, który Cię poruszył.

Trzeba uważać na słowa.

W ostatnim zdaniu masz taki specyficzny, niejednoznaczny wyraz jak stosunek. Lepiej napisać bezpośrednio: poruszenie. Nie musisz się krępować, kiedy chcesz kogoś pochwalić.

Oczywiście możesz zostawić słowo stosunek, ale w takim wypadku musisz uważać na to, co piszesz później. Zobacz:

Okropne!

Beznadziejne!

Wyszło fatalnie!

Porażka!

Nie możesz nagle, w takim momencie zacząć lamentować na to, jaką jakość miał podany Ci obiad. Zwróć uwagę, jak to (przy tym wcześniejszym zdaniu) niejednoznacznie się łączy. Jakbyś krytykowała tekst, który Cię przecież poruszył.

I ostatni fragment:

Na końcu pragnę zaznaczyć, że mam głęboką nadzieję, iż jest to moje ostatnie spotkanie z bohaterami, bez których moje życie będzie piękniejsze (tutaj ronię łzy nadziei i rozpaczy) ;)

Tu już jest nieco lepiej. Ledwie kilka niepotrzebnych słów. Jakbyś w końcu znajdowała właściwy rytm komentarza. Co prawda, dalej jest w nim trochę zbędnych wyrazów, ale jak widzisz, z dietą gilotynową łatwo się ich pozbyć.

Od razu brzmi jaśniej, prawda? :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

W sumie rzeczywiście jest za dużo słów. Wyrzuciłam jeszcze kilka zbędnych. Zostawiłam najważniejsze:

 

Okropne!

Beznadziejne!

Wyszło fatalnie!

Porażka!

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Anet, nie ładnie kłamać w opiniach. Zwłaszcza pod wpływem wina. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Rozumiem, że trudno Ci zaakceptować prawdę ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Ależ to nie jest prawda. To Użytkownicy chcą, żebyś tak myślała. Zrobili Ci pranie mózgu. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Czym? Winem? Bo jak tak, to chyba się nie doprało, trzeba powtórzyć ;)))

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Matko jedyna! Nie dosyć, że piorą mózgi, to jeszcze potrafią od tego uzależnić! Anet, uciekaj stamtąd póki nie jest za późno!!! ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dobra, dobra, wiem, o co Ci chodzi: możesz iść ze mną ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Do Użytkowników?! Nie ma mowy! Oni są gorsi niż budzik i nadgodziny razem wzięte! ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

I mają wino…

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

I wydało się, czym Użytkownicy mamią swoje wierne sługi! ;-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Skutecznie, CM, skutecznie ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Zauważyłem. ;)

Sekta Użytkowników rozrasta się w zastraszającym tempie. Swoją drogą to by w pewien sposób wyjaśniało rzadką obecność Użytkownikowych akolitów w wątku bibliotecznym. Leżą zalani w trupa i nie ma kto klikać. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzień dobry, chyba czas wrócić do życia portalowego przynajmniej częściowo, a to jest dobry tekst, od którego mogę zacząć… zapewne dlatego, żeby bym go betował, gdybym miał internet XD

– Panie, trzeba uciekać – powiedział Ciapek nie szeptem, lecz z determinacją.

Wiesz jak patrzę na takie zwroty, a tutaj jeszcze zrobiłem combo x2. Oj byłbyś bity na becie :P

Przez moment patrzył na twarz jednego z konających. Usta Azteka wykrzywiały się w niemym krzyku, tak pełnym bólu, że choć Quetzalcoatl nie mógł go usłyszeć, skulił się, czując cierpienie tamtego.

Moim zdaniem, do skasowania, bo takie wstawki czasem niszczą wydźwięk, jak teraz. :P

II

Bardzo dawno nie czytałem fragmentu tekstu, w którym emocje były oddane tak dobrze, czułem je, jakbym siedział z nimi na łodzi, genialny fragment, naprawdę.

Niewiele myśląc, upadły bóg przekroczył granicę kręgu, nie dlatego wcale, że się nie bał – strach nie opuścił go nawet na moment.

 

Sens pochodu ginął gdzieś pośród postukiwania butów, rozpływał się w załzawionych oczach, wtarty w poczerwieniałe powieki. Trumnę zgubili po drodze, ale w zasadzie nikt o niej nie myślał, i tak była pusta. Stracili coś, co nie istnieje, a jednak płakali. W ich życiu nie zmieniło się nic, a jednak serce zastąpiła wyjałowiona i zeschnięta wyrwa. Szli, bo musieli złożyć hołd nieistniejącym.

Nawet jeśli nie potrafią samodzielnie myśleć.

Nawet jeśli nie mogę tego zobaczyć.

Coś im się należało.

 

To jest CMie twoje najlepsze opowiadanie i jedno z najlepszych, jakie czytałem na tym portalu. Nie wiem, czy do tej pory czytałem krótki tekst, który tak bardzo mnie rozgniótł wewnątrz, wyrwał wnętrzności i je starł do surówki. Na przestrzeni tych tekstów, bohaterowie zostają tak pogłębieni, myślałem, że powoli kończą Ci się pomysły, a Ty po prostu otworzyłeś sobie kilkanaście innych drzwi i usypałeś parenaście dróg.

Podoba mi się jak wprowadziłeś mnie w tę historię, z początku szedłem po omacku, żeby zacząć rozumieć dokładnie w momencie, kiedy zaczęli rozumieć sami bohaterowie. Brnięcie po omacku i spojrzenie na postać nieco kojarzy mi się z moim Rairom, tylko w dużo lepszym wydaniu. Sam wiesz, że czekałem na bardziej emocjonalnego i dramatycznego Quetzalcoatla, jednak nie spodziewałem się czegoś tak dobrego.

Przypuszczam, że nie muszę się wypowiadać o narracji itp, bo już wszystko powiedzieli inni. Jedyny mały czep, to zagrywa z komentarzami, sama w sobie była dobra, ale jak na moje trochę jej za dużo.

Szkoda mi, że nie udało się zabetować, bo było kilka miejsc, gdzie bym się czepił i próbował fragment nieco wygładzić emocjonalnie, ale to naprawdę drobne rzeczy, jak usunięcie jednego słowa lub wykrzyknika.

Nie mogę już kliknąć i nie mam zbyt dużej siły sprawczej, ale poczekam te dwa dni, może akurat coś to da.

Dobra robota, pokazałeś mi swoją stronę, której nie znałem i nie spodziewałem się poznać.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dzień dobry MaSkrolowi.

Witam z powrotem w portalowym życiu. Musisz uważać, bo tu grasują wysłannicy Użytkowników i próbują szukań nowych sług w zamian za wino. :D

Będę odpowiadał trochę zdawkowo, bo mi Tarnina dowaliła komentarz, na który będę odpowiadał zapewne do końca tygodnia. ;-)

Na początek tradycyjnie dziękować za poświęcony czas i komentarz.

Wiesz jak patrzę na takie zwroty, a tutaj jeszcze zrobiłem combo x2. Oj byłbyś bity na becie :P

Akurat te zwroty bardzo mi się podobały, więc prawdopodobnie mielibyśmy powtórkę z metafor przy tekście na Kafkę – ponad sto komentarzy na becie i rozważania czytających: co tam się mogło dziać. XD

Moim zdaniem, do skasowania, bo takie wstawki czasem niszczą wydźwięk, jak teraz. :P

Trochę mi się tu nazbierało krótkich zdań w tekście, więc niektóre próbowałem na siłę rozciągać dla lepszego rytmu. Zerknę na to w weekend i zastanowię się, czy wywalić, czy zostawić.

Bardzo dawno nie czytałem fragmentu tekstu, w którym emocje były oddane tak dobrze, czułem je, jakbym siedział z nimi na łodzi, genialny fragment, naprawdę.

Bardzo się cieszę, bo jak się pewnie domyślasz, doświadczenie w takich rzeczach mam niewielkie. ;-)

To skreślone wcale faktycznie nie potrzebne. Później to wywalę.

A co do reszty, to co ja mogę napisać. Fajnie, że doceniasz ten tekst. Jak już parę razy pisałem, łatwiej się odpyskowuje na krytykę niż przyjmuje pochwały, bo wtedy przynajmniej autor wie, co napisać. XD

Podoba mi się jak wprowadziłeś mnie w tę historię, z początku szedłem po omacku, żeby zacząć rozumieć dokładnie w momencie, kiedy zaczęli rozumieć sami bohaterowie.

A przyznam Ci, że tak, jak było to planowe, tak trochę się tego bałem. Bo jednak brałem po uwagę, że czytający przy takim początku mogą wywiesić białą flagę i dać sobie spokój.

Brnięcie po omacku i spojrzenie na postać nieco kojarzy mi się z moim Rairom, tylko w dużo lepszym wydaniu.

Mnie, w miarę powstawania kolejnych tysięcy znaków, też coraz bardziej kojarzył się z Rairom. ;)

Jedyny mały czep, to zagrywa z komentarzami, sama w sobie była dobra, ale jak na moje trochę jej za dużo.

Wiem, myślałem o tym już przy pisaniu. Ale wiesz, zrobiłem research, chciałem się tym pochwalić. ;-)

Dobra robota, pokazałeś mi swoją stronę, której nie znałem i nie spodziewałem się poznać.

Bardzo dziękować. Tak, jak pisałem, odpowiadam trochę po łebkach, bo muszę się zabrać za zadanie domowe od pani T., ale humor po takiej opinii od razu lepszy. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Zmęczyłam się czytając. Chyba dlatego spodobało mi się zakończenie. Nieźle napisane :) Pozdrawiam

Nigdy się nie poddawać

I to by było na tyle jeśli chodzi o lepszy humor. XD

Zielonko, część!

Dziękować za poświęcony czas i opinię. Kajam się za Twoje zmęczenie. Co zrobić, do wszystkich nie trafię. ;-)

Torba cukierków w nagrodę za przebrnięcie przez tekst. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam z powrotem w portalowym życiu. Musisz uważać, bo tu grasują wysłannicy Użytkowników i próbują szukań nowych sług w zamian za wino. :D

Za wino zrobiłbym wszystko, ale nie zniżył się do pomocy Użytkownikom!

Będę odpowiadał trochę zdawkowo, bo mi Tarnina dowaliła komentarz, na który będę odpowiadał zapewne do końca tygodnia. ;-)

O nie, to jest równocześnie najlepsza i najgorsza rzecz na świecie, cieszysz się, ale przez łzy, to tak jakby ktoś Ci amputował nogę i dzięki temu możesz żyć, ale tej nogi już nie odzyskasz XD. Uwielbiam komentarze Tarniny.

Akurat te zwroty bardzo mi się podobały, więc prawdopodobnie mielibyśmy powtórkę z metafor przy tekście na Kafkę – ponad sto komentarzy na becie i rozważania czytających: co tam się mogło dziać. XD

Tak też myślałem xD

Trochę mi się tu nazbierało krótkich zdań w tekście, więc niektóre próbowałem na siłę rozciągać dla lepszego rytmu. Zerknę na to w weekend i zastanowię się, czy wywalić, czy zostawić.

A to prawda, przy początku jest trochę zbyt duże stężenie tych krótkich :P

A co do reszty, to co ja mogę napisać. Fajnie, że doceniasz ten tekst. Jak już parę razy pisałem, łatwiej się odpyskowuje na krytykę niż przyjmuje pochwały, bo wtedy przynajmniej autor wie, co napisać. XD

Ty to szczególnie wybitnie dobrze odpyskowujesz XD

A przyznam Ci, że tak, jak było to planowe, tak trochę się tego bałem. Bo jednak brałem po uwagę, że czytający przy takim początku mogą wywiesić białą flagę i dać sobie spokój.

Takie ryzyko, ja też się bałem przy Rairom, bo w sumie ten tekst był jeszcze bardziej skrzywiony pod tym względem XD

Mnie, w miarę powstawania kolejnych tysięcy znaków, też coraz bardziej kojarzył się z Rairom. ;)

:D

Wiem, myślałem o tym już przy pisaniu. Ale wiesz, zrobiłem research, chciałem się tym pochwalić. ;-)

A racja, tym trzeba się chwalić :P

Bardzo dziękować. Tak, jak pisałem, odpowiadam trochę po łebkach, bo muszę się zabrać za zadanie domowe od pani T., ale humor po takiej opinii od razu lepszy. :-)

Cieszę się, że zdecydowałem się przeczytać, do tego jeszcze humor poprawić :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Za wino zrobiłbym wszystko, ale nie zniżył się do pomocy Użytkownikom!

I takich ludzi nam trzeba!

Tak też myślałem xD

Ale przynajmniej powstałyby fajne migawki z bety. XD

Ty to szczególnie wybitnie dobrze odpyskowujesz XD

Robię, co mogę. :P

A racja, tym trzeba się chwalić :P

No, ba! U mnie to urasta do rangi wydarzenia! ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć. Przeczytałem, przemyślałem, niestety niezbyt dużo zrozumiałem. Może muszę jeszcze raz przeczytać a może brakowało mi jakiegoś prerekwizytu? Albo może za wysokie progi na mój prosty chłopski rozum. Dwóch gości (Pan i sługa, choć mam wątpliwości, który jest który czasem) idzie przez fantasmagorie w akompaniamencie dzwonu. Co to za dzwon, komu bije, im czy czytelnikowi, rzuć proszę jakieś światło albo wskaż kierunek o czym to jest? Czy to ma być może alegoria życia, w którym bohater nie ma na nic wpływu, tylko idzie nie wiedząc po co przed siebie, i po skoku czuje czuje się wolny jak nigdy wcześniej?

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć!

Przede wszystkim dziękuję za poświęcony czas i komentarz.

O niezrozumiałość można oczywiście winić jedynie autora. CM nie dosyć, że bardzo lubi kombinować, to w dodatku stworzył koszmarnie hermetyczny tekst. ‘

Winny jest więc oczywiście jeden*.

O czym jest tekst? A żebym to ja wiedział! XD

A tak poważnie. Widzisz, w literaturze często pojawiają się rozważania na temat człowieka. Rozważania o różnych charakterze, oparte na różnych tezach i wnioskach. Ja chciałem zrobić coś innego. Chciałem dać moim bohaterom świadomość, kim są. Że nie są w rzeczywistości bogiem i sługą, ale kreacją literacką. Takimi właśnie kukłami, którymi kieruje autor, chcąc dać czytającym jak najciekawsze przedstawienie. ;)

Żeby nie przeciągać. Dzwon to rodzaj takiego memento mori dla bohaterów. Dla nich jest to czwarta opowieść, której są bohaterami i może być ostatnia. Ich dalszy byt jest zależny wyłącznie od autora i czytelników. Sami nie mają na nic wpływu. Chciałem ich niejako wypełnić taką świadomością. Wydawało mi się to ciekawe, zwłaszcza, że dając im tę świadomość można było przemycić przy okazji parę fajnych pytań.

I tak w dużym skrócie:

– przy pierwszej stacji wędrują, mierząc się z obrazami z pierwszej opowieści – wtedy nie wiedzą jeszcze, że nie była to część ich realnego życia, ale właśnie opowieść

– w drugiej przebywają drogę, jaką musi odbyć każda postać, by historia o niej mogła się narodzić – te wszystkie pytania typu “co dalej?” “czy monotonne?” “zwrot” zna pewnie każdy autor, który próbuje napisać jakąś opowieść

– trzecia stacja to obraz drugiej opowieści o nich, gdzie mają szansę zrozumieć, kim naprawdę są

– czwarta to dalsze napełnianie ich świadomością, czym jest “życie bohatera” – właśnie bohatera, a nie realnie żyjącej istoty

– w końcu piąta stacja to droga przez trzecią opowieść o nich, kiedy są już zupełnie świadomi: kim dokładnie są, po co istnieją, a przy okazji mogą rozważyć, na ile takie istnienie ma sens.

Same głosy, które słyszą, to fragmenty komentarzy, jakie dostawałem przy wcześniejszych opowiadaniach o Quetzalcoatlu – kolejny czynnik, który wpływa na długość życia bohatera literackiego.

Daruj, że wykładam ten tekst w taki sposób, powinienem Ci to pokazać bezpośrednio w opowiadaniu, ale skoro zdecydowałeś się poświęcić czas na tę moją pisaninę, nie chcę, żebyś miał zostać na końcu z niczym. ;)

*Jedynym winnym są naturalnie klikożerni Użytkownicy. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki za wytłumaczenie, wyczerpujące (jak na moje potrzeby, jak na lekcji polskiego z pracą nad tekstem się poczułem normalnie… ). Chyba zrozumiałem, co chciałeś przekazać. Bardzo mi się spodobało stwierdzenie: “ wypełnić taką świadomością” – bo taki właśnie wg. mnie jest Q – taka kukła wypełniona świadomością.

Czyli to jest 4. opowiadanie, taka jakby, czwarta część “przygód” tych bohaterów. Przydała by się o tym jakaś krótka informacja (Prolog może, krótki, 3 zdania), dla tych, którzy nie mają świadomości istnienia poprzednich opowiadań. I może jakaś wskazówka o czym to będzie jeszcze, choćby subtelne naprowadzenie… ?

Jeszcze raz dzięki za odpowiedź!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

(jak na moje potrzeby, jak na lekcji polskiego z pracą nad tekstem się poczułem normalnie… )

Chciałem się pochwalić, że ja tu (poza tradycyjną zabawą formą) naprawdę miałem jakiś pomysł. :D

 

Wiem, mogłem dać jakiś wstęp, wyjaśnienie czy cokolwiek. Za bardzo myślałem o zabawie tematem, a za mało o czytelniku. Jak to ja. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nowa Fantastyka