- Opowiadanie: Chrościsko - Od poczęcia do naturalnej śmierci

Od poczęcia do naturalnej śmierci

Opowiadanie dystopijne bardzo krótkiego zasięgu. Przedstawia przerysowaną wizję niedalekiej przyszłości, wynikającą z obserwacji współczesnej sytuacji społecznej.

Purystów autor ostrzega, że jedyny element fantastyczny, jaki tu występuje, to drobna zmiana w konstytucji, a dystopijna wizja jest pochodną dostosowania wymiaru sprawiedliwości do tej zmiany.

 

Utwór inspirowany niedawnymi wydarzeniami. Aby wybrzmiał tak, jak należy, autor świadomie zrezygnował z futurystycznych gadżetów.

 

Za krytyczne uwagi do tekstu autor dziękuję pewnej przesympatycznej miłośniczce cynamonu.

 

Opowiadanie jest dostępne również w formie audiobooka. Czyta Oczytany Kameleon: https://youtu.be/Tr3Tj96WrjI

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Od poczęcia do naturalnej śmierci

 

„Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci”.

Art. 38. Konstytucji RP po nowelizacji z dnia 25.04.2025 r.

 

Leżymy w jagodzinach, tuż przy szlaku, gdzieś pod Czarnym Kotłem Jagniątkowskim. Wrześniowe słońce jakby zapomniało, że nadchodzi jesień. Nie musieliśmy nawet brać kurtek. Aga, szczęśliwa jak chyba nigdy wcześniej, podciągnęła koszulkę, pozwalając promieniom muskać swój lekko zaokrąglony brzuch.

Zazdrosny o słońce sam kładę na nim dłoń.

– Oczy ci się śmieją – rzuca ot tak, ni to do mnie, ni to do siebie.

– A tobie usta – odpowiadam równie beztrosko. – Z prawej strony bardziej.

– Jak to z prawej bardziej? – Poważnieje na krótki moment, a potem śmiejemy się oboje. Tak samo jak dawniej, w młodości, tylko teraz jakby głębiej, dojrzalej, z większą świadomością ulotności chwili.

Słońce widocznie też jest zazdrosne. Chowa się za granatowymi chmurami, które nadeszły znienacka, a nim zabrzmi pierwszy grzmot, jesteśmy już na nogach, w biegu.

Do „Odrodzenia” docieramy kompletnie przemoczeni i zziębnięci. Koszulki można wykręcać, te zapasowe w plecaku też są zupełnie mokre.

Zamawiam Agnieszce gorącą herbatę, sobie biorę grzańca. Zapach cynamonu, goździków i wina unosi się znad kubka.

– Ładnie pachnie – napomyka półgębkiem.

Wiem, że go uwielbia.

– Chcesz łyczka?

– Nie powinnam… przecież wiesz – mówi z wahaniem.

– Bardziej ci zaszkodzi, jak się rozchorujesz.

Aga wyciąga mi z kubka plasterek pomarańczy zabarwiony burgundem i zatapia w nim swoje pełne usta. Aż przechodzą mnie ciarki. Kilka chwil pod suchym dachem od razu przywraca nam humor i dobre samopoczucie. Podobnie jak niewygodne drewniane łóżka i ciepła pościel, ale to już później, wieczorem, gdy zazdrosne słońce nie patrzy.

Szczęście opuszcza nas nazajutrz, w Przesiece, gdzieś na wysokości wodospadu – tam przy zwalonych świerkach. Aga najpierw blednie, a potem łapie się za podbrzusze. Dobrze, że samochód jest niedaleko. Jadę powoli, ostrożnie, jakbym wiózł nitroglicerynę albo mleko w otwartych kankach. Ręce drżą mi na kierownicy. Czasem spoglądam ukradkiem na siedzenie pasażera po czym szybko odwracam wzrok.

Droga przed nami tonie w mgle. Co jakiś czas wyłaniają się z niej widmowe ciężarówki, tnące gęsty opar światłem reflektorów. Tuż za Bolkowem, koło zjazdu z nowej es trójki, wiemy już, że nie ma na co czekać.

Wracam do domu sam, późną nocą i tylko na chwilę. Wyciągam ze schowka torbę, idę do garderoby, pakuję dwie pidżamy, bieliznę, szlafrok. Po prawdzie to nie mam pojęcia, czego może jeszcze potrzebować. Wiem – skarpety – przecież zawsze marzną jej stopy. Biorę też ręcznik i kosmetyki, jedzenie kupię po drodze albo z rana.

Jest w tym pakowaniu coś złowrogiego. Jakbym się z nią żegnał, tak byle szybko, byle jak, na odwal się. Nie tak to powinno wyglądać. Odganiam od siebie złe myśli.

Świdnicki szpital to wielki moloch. Nie wiedzieć czemu nazwano go Latawcem. Może fundatorzy chcieli, by dobrze się kojarzył. Z dzieciństwem, radością, a nie cierpieniem i śmiercią. Ja tych radosnych podobieństw dostrzec nie potrafię, szczególnie teraz, w półmroku, na oddziale patologii ciąży. Możliwe, że to przez kraty w oknach.

Aga leży podpięta do kroplówki, trzyma dłonie na brzuchu jakby za wszelką cenę chciała uchronić tlące się tam życie. Jej zapłakana twarz nie pozostawia jednak złudzeń. Kiedy mnie dostrzega, rozkleja się jeszcze bardziej.

– To moja wina – łka. Nie jest w swej rozpaczy sama. Z rogu sali, z bliźniaczego łóżka, dochodzi pochlipywanie innej kobiety.

Nazajutrz spotykam się z adwokatem. Przegląda dokumentację medyczną, zadaje kilka pytań, kurtuazyjnie pyta o zdrowie Agnieszki. Każe być dobrej myśli, ale próżno doszukać się w nim entuzjazmu. Jestem świadomy tego, czego mi nie mówi.

Kiedy wypisują Agę do domu, policja czeka już z nakazem aresztowania. Sądy wciąż bywają jeszcze opieszałe, ale nie prokuratura. Nie w sprawach karnych dotyczących dzieci.

 

„Kto nieumyślnie powoduje śmierć człowieka, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.

Art. 155. Kodeksu karnego

 

Siedzę na korytarzu tuż obok elektronicznego wyświetlacza z wokandą. Ławka jest twarda i niewygodna. Usiłuję wyłowić chociaż strzępki słów z sali obok, ale drzwi są dobrze wygłuszone. Słyszę jedynie stukot szpilek o kamienną posadzkę. Sekretarka w czarnym żakiecie przechodzi tędy już trzeci raz. Czekam. Mimowolnie podążam za nią wzrokiem przy niemej dezaprobacie spoglądającej z cokołu Temidy.

– Świadek Dariusz Kęcki proszony na salę – wzywa mnie protokolantka.

Pierwsze co dostrzegam, to wilgotne od łez oczy Agnieszki i dłoń z chusteczką przy nosie. Towarzyszy jej mecenas w todze z zielonym, niedbale przekrzywionym żabotem. Trudno wyczytać cokolwiek z jego twarzy. Za to oblicze prokuratora skrywa niewiele. Razi zapalczywością.

– Pouczam świadka o obowiązku mówienia prawdy, za składanie fałszywych zeznań grozi odpowiedzialność karna do ośmiu lat pozbawienia wolności. – Sędzia ma siwe proste włosy upięte w kok i protekcjonalny ton. – Czy zrozumiał pan treść pouczenia?

– Zrozumiałem.

– Proszę podać imię i nazwisko, wiek oraz zawód.

Odpowiadam oszczędnie i staram się trzymać emocje na wodzy, choć na widok ławy oskarżonych dygoczą mi ręce.

– Czy podtrzymuje pan oświadczenie o uznaniu ojcostwa dziecka oskarżonej Agnieszki Kęckiej, poczętego w trzecim tygodniu kwietnia bieżącego roku, zgodnie z dokumentem aktu poczęcia sporządzonym przez lekarza ginekologa Alicję Zając?

– Tak.

– Czy wnioskował pan o przyznanie świadczenia socjalnego z tytułu poczęcia dziecka w ramach programu „Nowe życie”?

– Tak. Otrzymaliśmy pełną kwotę.

Sędzia wypytuje mnie też o znajomość z Agą, o nasze relacje, przebieg ciąży. Chwilę później głos zabiera prokurator.

– Czy oskarżona informowała pana, że już w pierwszym trymestrze rozpoznano u niej cytomegalię, a jej ciąża miała status podwyższonego ryzyka?

– Tak, wiedzieliśmy o tym. Byłem razem z nią u doktor Zając.

– Czy pamięta pan, jakie były zalecenia?

– Dużo odpoczynku, suplementacja witaminowa, ograniczenie aktywności fizycznej.

– Coś jeszcze?

– Nie pamiętam – oznajmiam po dłuższej chwili. Przypominam sobie jeszcze kilka wytycznych, ale nie sądzę, by wspominanie o nich mogło pomóc.

– Czy lekarka informowała o zakazie spożywania alkoholu oraz powstrzymaniu się od kontaktów seksualnych?

– Nie pamiętam szczegółów. To było jeszcze na pierwszej wizycie, później wyniki się poprawiły.

– Wysoki sądzie, wnoszę o włączenie do akt sprawy kopii diagnozy lekarskiej wystawionej przez doktor Zając, gdzie takie zalecenia zostały spisane. – Prokurator jest dość młody i kipi z niego ambicja. Pod nosem ma lekki wąsik. Marszczy go irytująco za każdym razem, gdy stawia pytanie. Obawiam się, że już wiem do czego zmierza.

– Oskarżona trafiła na oddział patologii ciąży siódmego września. Zdiagnozowano u niej abortus in tractu, a po nieskutecznej akcji ratunkowej lekarz stwierdził zgon dziecka. Proszę opisać, jak do tego doszło. Co robili państwo dzień wcześniej?

– Byliśmy na wycieczce w Karkonoszach. Aga czuła się świetnie, miała dobry humor, na nic się nie skarżyła.

– W górach? Pomimo zaleceń lekarskich o powstrzymaniu się od forsownej aktywności fizycznej?

– To nie była żadna forsowna aktywność – odpowiadam rozdrażniony. – Zwykły spacer po lesie. Aga jest wysportowana, w dobrej kondycji, kilka kilometrów to nie jest dla niej wysiłek. Za to ciągłe leżenie w łóżku tylko ją dołowało. Potrzebowała tego. Świeżego powietrza, odrobiny normalnego życia. Pani doktor nie oponowała, mówiła, że zagrożenie było w pierwszym trymestrze.

– Wysoki sądzie, proszę o włączenie do akt sprawy zapisu pozycji GPS z telefonu oskarżonej. Wynika z niego, że siedmiokilometrowy odcinek z Kotła Jagniątkowskiego do Schroniska PTTK Odrodzenie oskarżona pokonała w niespełna godzinę. Dołączam też opinię biegłego, przewodnika sudeckiego, według której przeciętnemu turyście zajmuje to dwie godziny. Nie jest możliwe, aby pokonać ten odcinek bez forsowania się w tak krótkim czasie, zwłaszcza kobiecie w ciąży.

– Burza nadeszła. Mieliśmy stać i czekać, aż nas piorun trafi? Czy marznąć w deszczu?

– Sąd poucza świadka o nie zabieraniu głosu bez zezwolenia – przerywa mój wrzask sędzia. – Panie prokuratorze, proszę kontynuować.

Mecenas chowa twarz w dłoniach. Aga kwili niczym dziecko.

– Czy oskarżona piła alkohol lub współżyła płciowo przed utratą dziecka? – Wąsik prokuratora staje się personifikacją drwiny.

Odmawiam dalszych zeznań, powołując się na małżeńską relację z oskarżoną. Sędzia wyraża zgodę, jednak prokuratora niewiele to już obchodzi. Trzyma w ręku badania szpitalne Agnieszki: analizę moczu, w którym wykryto ślady metabolitów alkoholu, oraz wymaz pochwy z obecnością nasienia.

Po złożeniu zeznań zostaję na sali. Rozprawa nie trwa już długo. Gdy obrona wygłasza mowę końcową, wyłączam się, dochodzą mnie tylko jej strzępki:

– Cytomegalia często powoduje uszkodzenie płodu… śmierć dziecka następuje z przyczyn naturalnych… nie można obarczać winą oskarżonej…

Do życia przywraca mnie dopiero wyrok i dźwięk sędziowskiego młotka:

– Raport z autopsji nie daje wystarczających podstaw, by przychylić się do tezy obrony – uzasadnia sędzia. – Sąd Rejonowy w Świdnicy w VI Wydziale Karnym uznaje Agnieszkę Kęcką za winną popełnienia zarzucanego jej czynu z artykułu 155 kodeksu karnego i skazuje ją za to na karę trzech lat pozbawienia wolności.

 

„Wolność człowieka podlega ochronie prawnej. Ograniczenia wolności mogą być ustanawiane tylko wtedy, gdy nie naruszają wolności innych osób”.

Art. 31. Konstytucji RP po nowelizacji z dnia 25.04.2025 r.

 

Pierwszą przepustkę Aga dostaje po czterech miesiącach. Dwa wcześniejsze wnioski zostały odrzucone, dopiero teraz, gdy ciotka Lidka się rozchorowała, dyrektor wyraził zgodę. Trzy dni, nie więcej.

Od rana mknę przez lubuskie lasy. W Krzywańcu jestem dwie godziny przed czasem, siedzę w samochodzie i wpatruję się w paskudne betonowe płyty zwieńczone spiralami kolczastego drutu. Jej obecny dom, kurwa mać.

Gdy w końcu otwierają się ciężkie drzwi, a potem jeszcze stalowa furta, Agnieszka wychodzi. Spojrzenie ma nieobecne, ręce zwisają bezradnie. Wiem, że na pewno gdzieś tam jest, głęboko w sobie. Czeka. Podchodzę do niej, obejmuję ją, przytulam. Przywiera do mnie, zaciska palce na moich ramionach z siłą imadła i tkwimy tak, stojąc pod wieżą strażniczą pięć minut, dziesięć, całą wieczność.

W drodze mówimy niewiele, a jeżeli już, to tylko ja. Czuję się jak na pogrzebie, kiedy przyjacielowi umarł ktoś bliski. Chciałbym wyrazić żal, pocieszyć, ale żadne słowa nie wydają się odpowiednie, więc zostaje tylko milczenie.

Dopiero wieczorem, w domu, Aga budzi się z letargu:

– Dłużej tak nie wytrzymam – mówi głosem nijakim jak szary płot z przerdzewiałej siatki.

Przytakuję jej. Cóż więcej mogę rzec, przecież też to czuję, też to widzę. Opiekę psychiatryczną ma tylko z nazwy.

– Wyciągnij mnie stamtąd. Proszę.

Oboje wiemy, że jest tylko jedno wyjście. Adwokat je odradzał, ale cóż nam pozostało. Przecież gorzej już być nie może. Tę pustkę trzeba zapełnić.

– Jesteś pewna? – pytam, patrząc jej w oczy. Chwyta mnie za rękę. Wyuczony odruch? A może jednak do mnie wraca.

Idziemy na górę. Wolno, jakby tych kilka schodów miało dać nam jeszcze czas do namysłu. Aga kładzie się na łóżku i zastyga w bezruchu, patrząc w sufit.

– Na pewno? – pytam raz jeszcze. Mam wrażenie, że ona nie rozumie. Że to wszystko jest jakieś chore. Bo jest.

– Tak – odpowiada po bardzo długiej chwili. Jakby moje słowa, nim do niej dotarły, przemierzyły dalekie kraje.

Dotykam jej. Jest ciepła i miękka, jak zawsze. Znajoma dłoń bezwiednie wędruje wzdłuż moich pleców. Nie ma w tym krzty czułości. Po prostu tak trzeba. Gdzieś, kiedyś komórki zapamiętały ten ruch i teraz go odtwarzają.

Rozpinam bluzę, zdejmuję spodnie i stanik w kolorze tiramisu. Czuję się przy tym, jakbym robił coś bardzo złego. Mam w oczach łzy, ale ona ich nie widzi. Widzi sufit, a na nim swoją stratę odtwarzaną raz po raz jak film.

Unosi lekko biodra, kiedy ściągam jej figi. Też brązowe, jak kawa oprószona czekoladą.

– Aga! – Próbuję oderwać ją od seansu. Bezowocnie.

Jej ciało fizycznie zdążyło już wrócić do siebie. Brzuch ma jeszcze kilka fałdek, biodra odrobinę szersze niż kiedyś, za to na twarzy jest chyba chudsza niż zwykle. A może to tylko złudzenie, przez te podkrążone oczy i bladą cerę. Staram się o tym nie myśleć. Całuję ją w obojczyk, a potem niżej, tam gdzie ma znamię. Nie reaguje, leży tylko jak kłoda. Nawet nie potrafię się złościć. Jest mi jej tak bardzo żal.

Muszę to zrobić. Nie ma innej drogi. Przytulam się do niej, gładzę brzuch i uda, całuję piersi, tak jak setki razy wcześniej. Teraz jednak znajome ciało nie odpowiada, buntuje się, podobnie jak moje.

Rozsuwam jej nogi, szeroko, wręcz wulgarnie. Nie pomaga. Zamykam oczy i przywołuję obrazy z przeszłości, kiedy się śmiała, mruczała, nawet kiedy spała ze szczęściem wypisanym na twarzy.

Szepczę jej do ucha. Opowiadam sprośności, proponuję te wszystkie rzeczy, które uwielbiała, a nawet te, których nigdy nie odważyła się spróbować. Nie oponuje. Jedyne na co ją stać, to lekkie muśnięcie dłoni w geście przyzwolenia.

Chwilę później jest już po wszystkim. Czuję do siebie wstręt i pogardę.

 

„W stosunku do skazanej kobiety ciężarnej oraz osoby skazanej samotnie sprawującej opiekę nad dzieckiem sąd może odroczyć wykonanie kary na okres do 3 lat po urodzeniu dziecka”.

Art. 151. § 1. Kodeksu karnego wykonawczego

 

Kiedy tylko lekarz więzienny wypisuje akt poczęcia, mecenas wnosi o odroczenie kary dla Agnieszki. Sąd wydaje decyzję elektronicznie, w trybie przyspieszonym. Dziecko nie może pokutować za przewiny matki. Nazajutrz znów pędzę przez lubuskie bory, tym razem z nadzieją. Wiem, odroczenie to nie to samo co uniewinnienie, ale na razie tyle dobrego. Najważniejsze żeby nie była sama, by zamiast rozpamiętywać stratę, mogła się skupić na tym, co nadejdzie.

Aga mówi niewiele, wciąż jest apatyczna, widzę jednak, że jest lepiej. Lekko zarumieniła się na twarzy. Przez całą podróż trzyma dłoń na podbrzuszu. Jeszcze się nie uśmiecha, ale nie jest taka przeraźliwie smutna. Czuję, że wkrótce wyjdzie ze swojej samotni.

Ciąża od początku jest zagrożona. Choć lekarz z Latawca wyraźnie zabraniał starania się o kolejne dziecko przez najbliższy rok, podjęliśmy ryzyko. Właściwie to ja podjąłem, z pełną świadomością konsekwencji. Agnieszkę trudno było posądzać o jasność umysłu.

W domu chucham na nią jak na delikatny kryształ. Jak na skorupkę gadziego jaja, którą może wgnieść nawet lekki dotyk. Dbam o nią, o nich, najlepiej jak potrafię.

Na próżno.

 

„§ 1. Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

§ 2. Jeżeli na sprawcy ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.

Art. 160. Kodeksu karnego

 

W Latawcu czuję się, jakbym miał deja vu. Zostaję przy niej całą noc. Płaczemy razem. W tym wspólnym żalu tworzy się między nami więź, którą trudno opisać. Intymność stokroć przekraczającą najsubtelniejszy fizyczny kontakt.

Nie myślę jeszcze o konsekwencjach, wszystko ma swój czas i miejsce.

Po południu na chwilę jadę do domu. Biorę prysznic, chcę się trochę zdrzemnąć, ale i tak nie mogę zasnąć. Gdy wracam do szpitala, Agi już tam nie ma.

– Zabrała ją policja – informuje mnie pani w sekretariacie. – Została przeniesiona na oddział ginekologiczno-położniczy do zakładu karnego w Grudziądzu – doczytuje z dokumentacji.

Dzwonię do adwokata.

– Prokuratura wszczęła postępowanie przeciwko pana żonie pod zarzutem narażenia człowieka na niebezpieczeństwo utraty życia. Jednocześnie sąd uchylił decyzję o odroczeniu kary. Do czasu rozprawy pani Agnieszka pozostanie w izolacji.

– Co jej grozi?

– Od trzech miesięcy do pięciu lat, jeżeli zostanie uznana winną.

Trawię przez chwilę te informacje. Mecenas jakby czekał na pytanie, które ja boję się zadać. W końcu lituje się nade mną:

– Jakie są szanse? To zależy, co zezna i jaką linię obrony przyjmiemy. Sędziowie zwykle nie pobłażają matkom wykorzystującym ciążę do unikania kary. Tym bardziej w tym przypadku, gdy ryzyko istniało od samego początku i byliście go świadomi. Przynajmniej pan.

Udaję, że nie słyszę zarzutu pod moim adresem. To nie jest dobry czas na moralne dysputy i tłumaczenie własnych uczynków.

– Przecież sam pan widział, w jakim była stanie. Jest chora, ma silną depresję. Jak można ją o cokolwiek oskarżać?

– Ma pan rację. Artykuł trzydziesty czwarty kodeksu karnego dość jasno to precyzuje. Jeśli będziemy chcieli udowodnić niepoczytalność pani Agnieszki, jest duża szansa na uniewinnienie.

– To udowodnijmy!

Tym razem mecenas milczy. Słyszę, jak stuka palcami o coś twardego.

– Gdzie więc tkwi problem? – pytam.

– W panu – odpowiada adwokat, gdy już jest pewny, że skupił całą moją uwagę. – Artykuł osiemnasty kodeksu karnego.

 

„Odpowiada za sprawstwo nie tylko ten, kto wykonuje czyn zabroniony sam albo wspólnie i w porozumieniu z inną osobą, ale także ten, kto kieruje wykonaniem czynu zabronionego przez inną osobę lub wykorzystując uzależnienie innej osoby od siebie, poleca jej wykonanie takiego czynu”.

Art. 18. § 1. Kodeksu karnego

 

Dylemat jest tylko pozorny. Albo Agnieszka dostanie kolejnych kilka lat za świadome poczęcie dziecka, którego życie i zdrowie było od początku zagrożone, albo tę karę odbędę ja, za nakłanianie jej do tego i współudział.

Wybór, przynajmniej dla mnie, wydaje się prosty. Jak wszystko pójdzie dobrze, to oboje wyjdziemy w tym samym czasie i zaczniemy nowe życie. Razem.

Na rozprawie widzę znajome twarze. Prokurator Wysocki irytujący wąsik zamienił na przystrzyżoną bródkę, spojrzenie ma jednak równie zapalczywe jak ostatnio. Decyduję się zeznawać. Mówię prawdę i tylko prawdę. Mecenas od początku jest nieco sceptyczny, jeszcze przed rozprawą sugerował, by się nie narażać, że opinie biegłych psychiatrów powinny wystarczyć, ja jednak chcę mieć pewność, że Aga nie zostanie skazana. A może podświadomie sam oczekuję kary? Może tego właśnie chcę – dzielić jej los?

Prokurator przedstawia wytyczne Ministerstwa Zdrowia o minimum sześciomiesięcznej przerwie po poronieniu późnym, a także lekarskie zalecenia dla tego konkretnego przypadku o minimalnej rocznej przerwie od kolejnych prób zajścia w ciążę. Przedstawia też opinię biegłego psychiatry, sugerującą u Agnieszki depresję symulowaną oraz pełną poczytalność. Sąd daje jednak wiarę moim zeznaniom.

– Nie popełnia przestępstwa, kto, z powodu choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego lub innego zakłócenia czynności psychicznych, nie mógł w czasie czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem – orzeka sędzia.

Kamień spada mi z serca. Prokurator jest wściekły, to jego pierwsza przegrana sprawa od dwóch lat. Wychodząc z sali, raczy mnie spojrzeniem, które mrozi krew w żyłach.

 

Bez niej dom wydaje się przeraźliwie pusty. Wstaję zwykle koło południa, właściwie tylko po to, by sprawdzić, czy czeka na mnie awizo. Tak dzień po dniu. Wezwanie z prokuratury jednak nie przychodzi, za to zjawa się policja o szóstej nad ranem. Jestem zaspany, nie do końca rozumiem, co się dzieje. Myślałem, że o tej porze aresztuje się tylko mafiosów i polityków. Policjantów też to zdaje się dziwić, ale takie dostali wytyczne. Muszę wyglądać żałośnie, bo nawet pozwalają mi się ubrać. Potem wiozą do aresztu śledczego, gdzie prokurator Wysocki osobiście przedstawia mi zarzuty:

– W toku prowadzonego śledztwa zostaje pan zatrzymany pod zarzutem seksualnego wykorzystania bezradności Agnieszki Kęckiej zgodnie z artykułem 198 kodeksu karnego. Będę domagać się najwyższego wymiaru kary.

 

„Kto, wykorzystując bezradność innej osoby lub wynikający z (…) choroby psychicznej brak zdolności tej osoby do rozpoznania znaczenia czynu lub pokierowania swoim postępowaniem, doprowadza ją do obcowania płciowego (…) podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”.

Art. 198. Kodeksu karnego

Koniec

Komentarze

No, jest to bez wątpienia dobre opowiadanie. Ładnie napisane i pobudza główkę i serduszko. Rzeczywiście fantastyki niewiele, ale przyszłość jest więc dla mnie git.

 

Sprawnie (przynajmniej w mojej opinii, ale ja się na prawie znam tyle ile muszę, żeby nie wylądować w więzieniu) przedstawione i wymyślone meandry prawnicze przyszłości niedalekiej. 

 

Co do minusów, to jak czytałem, to wpadłem nagle i niespodzianie na koniec. Myślałem, że coś się jeszcze dziać będzie. Choć oczywiście zakończenie ma sens, ale w pewnym sensie po prostu powtarza to, co już wiemy.

 

W ogólności klawe.

 

Ukłony

 

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Anonim dziękuje za miłe słowa.

Co do minusów, to czy na pewno powtarza się to, co wiemy?

 

<spoiler>

Główny bohater, a z nim czytelnik, spodziewa się przecież innych zarzutów niż te, które zostają są mu postawione. Kara grozi mu również nieporównywalnie surowsza.

</spoiler>

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Och masz rację moje głupie przeoczenie (cytaty z kodeksów przelatywałem tylko wzrokiem…na przyszłość czytać będę uważniej), kajam się za to.

Ale różnica 5 a 8 lat nie wydała mi się aż tak szokująca, może stąd to wynikło.

 

No czyli w takim razie obcinam minusy i zostają tylko plusy:)))

 

Ukłony

 

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Mocny, bardzo dobrze napisany i bardzo aktualny tekst. Wyraźny i trzeźwy głos po stronie rozsądku. Fantastyki tu tyle co kot napłakał, ale nie mam zamiaru narzekać. Fantastyka krótkiego zasięgu, zaangażowana, tym właśnie się zajmuje – ostrzega, rozwija współczesne, niepokojące zajwiska i pokazuje do czego mogą doprowadzić. Także w bardzo niedalekiej przyszłości. A tutaj mamy pokazany pierwszy krok ku dystopii, systemu prawnego totalitaryzmu, bardzo realistyczną wizję postępującego absurdu, dotykającego świat tak nam znajomy i jeszcze zwyczajny.

Nie mam również zamiaru narzekać na obyczajowość opowiadania, która jest tutaj w pełni uzasadniona. Uświadamia nam przy okazji, jak blisko jesteśmy sytuacji opisanej w tekście. 

Klikam bibliotekę, zostawiam komentarz wstępny, bo poważnie zastanawiam się nad nominacją lożowską. Oczywiście anonimom ona prawnie nie przysługuje ;) i liczę na odanonimowanie. Nie cierpię anonimów i nie rozumiem powodów ukrywania się na portalu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, bardzo się cieszę, że odebrałeś ten tekst, właśnie tak, jak autor chciał, aby został odebrany. Tym bardziej że słyniesz właśnie z upodobana do fantastyki czystej i nierozwodnionej. Choć tekst spełnia wszystkie główne założenia dystopii, to autor miał tutaj pewne obawy, czy nie jest jednak zbyt współczesny. Na szczęście niesłuszne.

Dziękuję bardzo za merytoryczny komentarz.

 

Anonimowość w założeniu od początku miała być i jest tymczasowa. Autor obiecuje się za kilka dni ujawnić, na razie zależy mu jednak, by chociaż tych kilka pierwszych komentarzy było możliwie najbardziej obiektywnych, bez piętna czy też handicapu, jakie daje rozpoznawany nick.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Anonimie, zdruzgotałeś mnie.

Opisałeś coś, co się w głowie nie mieści, a jednocześnie – jeśli w jakiś sposób nie powstrzyma się tych, którzy jako żywo dążą do wprowadzenia zmian, które w Twoim opowiadaniu dokonały się 25 kwietnia 2025 roku – już niebawem może stać się straszną rzeczywistością.

Dobrze, że napisałeś ten tekst, szkoda tylko, że tu, na portalu, dotrze do stosunkowo niewielkiej liczby czytelników, podczas gdy, moim zdaniem, zasługuje na szerokie rozpowszechnienie.

Na razie udaję się do klikarni, a za dwa dni odwiedzę nominowalnię.

 

ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci.” ―> …ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

gdzieś na wy­so­ko­ści wo­do­spa­du – tam przy wy­so­kich świer­kach. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

śmierć dziec­ka na­stę­pu­ję z przy­czyn na­tu­ral­nych… ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zajrzałam za namową Regulatorki, ale to co przeczytałam nie przypadło mi do gustu. Nie dlatego, że źle napisane, ale najgorsze jest, to że coś takiego kiedyś w przyszłości może stać się prawdziwe. Przerażająca wizja i również wywarła na mnie ogromne wrażenie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Reg,

dziękuję za uwagi, dobre słowo i nawet promocję na SB. To bardzo miłe. Poprawki do tekstu już zostały naniesione.

Anonim przyznaje, że przez chwilę rozważał wysłanie opowiadania gdzieś w szeroki świat, ale nie bardzo wiedział gdzie, więc ostatecznie zwyciężył sentyment do portalu.

 

Morgiano,

fajnie, że wpadłaś. Autor prywatnie widzi przyszłość w jaśniejszych barwach i nie sądzi, aby opisana tu rzeczywistość się kiedykolwiek ziściła. 

Tekst został napisany raczej ku przestrodze oraz by skłonić do refleksji. 

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

"Podobnie jak niewygodne drewniane łóżka i ciepła pościel, ale to już później, wieczorem, gdy zazdrosne słońce nie patrzy."

– czy zachowanie czasu teraźniejszego we wzmiance o czasie przyszłym jest celowe? Bo trochę dekoncentruje, ale być może w wersji mówionej miałaby tu być intonacja "poetycka"?

 

"Borę prysznic"

Literówka.

 

"oddział ginekologiczno położniczy"

Czy tu nie powinien być myślnik?

 

Mocne, ponure, uderzające. Co tu mówić, materiał, z którego można by zrobić etiudę filmową, gdyby to rozpisać w formie scenariusza. Bo też napisane tak, że nie tyle sugeruje jakąś stronę, co pokazuje możliwe konsekwencje. Rzuciło mi się w oczy, że w niektórych miejscach chyba celowo uproszczone, by unikać dygresji (wątek o stanie psychicznym), chyba słusznie, bo umknęłoby sedno, czyli właśnie wspomniane możliwe konsekwencje dla jednostek.

Dobrze, ze ten tekst powstał, dobrze, ze został opublikowany.

Co do fantastyczności – co prawda mimo dystopijności (kurde, ta dystopijność, to się nam tu ociera o stan obecny) i mimo tego, że osobiście uważam social-fiction za odmianę fantastyki, to tu chyba jednak ta linia między obyczajówką a fantastyką nie została przekroczona. Co nie zmienia zdania, które napisałem powyżej: dobrze, ze tekst powstał. Bo ma spory potencjał do dawania do myślenia.

 

Edit: ostatni klik ode mnie.

Bardzo proszę, Anonimie, i z żalem wyznaję, że i ja nie mam pojęcia, w jaki sposób opowiadanie mogłoby dotrzeć do szerszego grona odbiorców.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mocny i bardzo aktualny tekst. Nie będę się powtarzać po mr.marasie i Reg, bo musiałbym napisać to samo. Piszesz, że uważasz tę wizję za mało prawdopodobną. Obyś miał rację, bo ja aż takim sceptykiem co do kolejnych pomysłów miłościwie nam panujących nie jestem.

Chcę jeszcze tylko dodać, że w bardzo realistyczny sposób oddałeś rozpacz rodziców (a szczególnie chyba stupor matki) nad stratą dziecka. I wierz mi, bo wiem co piszę. Był taki czas, sześć lat temu z hakiem, kiedy spędziłem kilka najstraszniejszych tygodni mojego życia na oddziale patologii noworodka w Zabrzu. Nie znam drugiego miejsca, w którym smutek kumuluje się w takim stopniu jak tam. Każde wejście po schodach, brudną klatką schodową a potem obskurnym korytarzem do poczekalni, jest jak wyprawa na Mount Everest ludzkiej rozpaczy i bezsilności, podszytej – często głupią i naiwną – nadzieją. Tyle chciałem powiedzieć.

 

Poniżej kilka uwag, zanim pójdę do biblioteki z poleceniem.

 

Sąd wydaję decyzję elektronicznie, w trybie przyspieszonym.

Literówka.

 

W Latawcu czuję się, jak bym miał deja vu.

Jeszcze jedna.

 

Borę prysznic, chcę się chwilę zdrzemnąć, ale i tak nie mogę zasnąć.

I ostatnia.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Anonim = Chrościsko, idę o zakład. Mam cztery mocne przesłanki za tą identyfikacją.

 

Komentarz napiszę później, bo jakkolwiek uważam, że tekst porusza bardzo ważne sprawy i zgadzam się stuprocentowo z jego wymową, jako literatura mnie nie zachwycił, choć jest napisany bardzo sprawnie, co nie dziwi, jeśli mam rację co do autorstwa, no i wyjściowy pomysł (zmiana jednego artykułu konstytucji) ma bardzo dobry, Ale teraz nie mam siły spisywać wszystkich uwag.

PS. Ocena nie ma nic wspólnego z identyfikacją, którą wymyśliłam sporo po lekturze, mam na to świadka ;)

http://altronapoleone.home.blog

Anonim = Chrościsko, idę o zakład. Mam cztery mocne przesłanki za tą identyfikacją.

Najmocniejszą przesłanką chyba jest ta informacja na głównej ;)

No, tak. Nie zaglądam na główną, a zaczęłam pisać komentarz ewidentnie dość równocześnie z wpadnięciem tekstu do Biblio, bo z początku planowałam od razu pisać długi, ale mi nie wyszło :(

Przesłanki były następujące (zapomniałam czwartej, jak się przypomni, dopiszę):

1) Karkonosze i ich szczegółowa znajomość

2) Chro pytał w wątku pomocowym o zapis małą albo wielką literą oddziałów szpitalnych

3) wypowiedź o odanonimowaniu, wskazująca na użytkownika ze znanym nickiem

Bonusowo: przekonanie, że osiem kilometrów w godzinę w terenie górskim to pikuś dla kogoś z kondycją, ale nie ultramaratończyka.

http://altronapoleone.home.blog

Popsuliście całą zabawę ;). Ech, było nie pytać o te szpitale publicznie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

U mnie pierwsza myśl była o innym autorze (znanym na portalu z warsztatu), ale potem własnie pomyślałem o Chro – podejście do tematu anonimowości, miasta z Dolnego Śląska i te osiem kilometrów :-) 

Wilku, a ten inny autor to kto?

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Na priva Ci rzucę, będziesz pozytywnie zaskoczony :-)

Chro, sam popsułeś zabawę, dając tagi i fragment reprezentacyjny. Ja bym nie zauważyła, bo nie zaglądam na główną, ale chyba sporo osób tak. I też z początku podejrzewałam innych, potem mi się te szczegóły dodały do siebie

http://altronapoleone.home.blog

Nie sądziłem, że Anonim trafi do Biblio po 12h. I gratuluję spostrzegawczości jak na fankę kryminałów przystało :).

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nie sądziłem, że Anonim trafi do Biblio po 12h

Przy takim tytule, zgodnym z nim temacie i porządnym wykonaniu Anonim miał to raczej w kieszeni ;)

Swoje “plusy ujemne” obiecuję wrzucić niedługo.

http://altronapoleone.home.blog

– Chcesz łyczka?

– Nie powinnam… przecież wiesz – mówi z wahaniem.

– Bardziej ci zaszkodzi, jak się rozchorujesz.

Już nie lubię bohaterów.

 

Wracam do domu sam, późną nocą i tylko na chwilę. Wyciągam ze schowka torbę, idę do garderoby, pakuję dwie pidżamy, bieliznę, szlafrok. Po prawdzie to nie mam pojęcia, czego może jeszcze potrzebować. Wiem – skarpety – przecież zawsze marznie w stopy. Biorę też ręcznik i kosmetyki, coś do jedzenia kupię po drodze, albo z rana.

Który miesiąc?

Przy każdej ciąży już kilka tygodni przed terminem mieliśmy torbę do szpitala przygotowaną. I trochę więcej było w niej rzeczy. :P

 

Rozpinam bluzę, zdejmuję spodnie i stanik w kolorze tiramisu. Czuję się przy tym, jakbym robił coś bardzo złego. Mam w oczach łzy, ale ona ich nie widzi. Widzi sufit, a na nim swoją stratę odtwarzaną raz po raz jak film.

Rozumiem zamysł.

Małżonkowie przeżyli tragedię, tym większą, że jeszcze Aga trafiła przez to do więzienia. Jednak nie jestem w stanie kupić tego, że seks stal się dla nich nieprzyjemny, ani, że nie tak nagle zniknęła chęć posiadania potomstwa. Mówię to na podstawie własnych doświadczeń (moja żona też poroniła jedną ciążę).

 

Przedstawia też opinię biegłego psychiatry, sugerującą u Agnieszki depresję symulowaną oraz pełną poczytalność. Sąd daje jednak wiarę moim zeznaniom.

Trudno mi uwierzyć, że sąd zbagatelizował opinię biegłego.

 

Przede wszystkim tekst jest świetnie napisany, pięknie opisujesz świat i emocje bohaterów. Biblioteka niewątpliwie zasłużona.

Niestety, nie umiałem się nim cieszyć. Przede wszystkim dlatego, że spożywanie alkoholu w jakiejkolwiek ilości przez kobiety w ciąży budzi moje głębokie oburzenie. Nie jestem w stanie z takimi bohaterami się utożsamić. 

Dalej, pewne elementy – szczególnie scena seksu – dla mnie przesadzone. Oczywiście, wiem, że celowo, by pokazać tragizm sytuacji, by pokazać depresję kobiety (bo to z depresji wynika jej niechęć), ale tu przechodzimy do punktu trzeciego…

… walory propagandowe. Choć uważam za słuszne poglądy, jakie tekst ma propagować, to nie lubię propagandy wszelakiej, a nie potrafiłem (i wina jest tu tylko i wyłącznie we mnie jako czytelniku) oderwać tekstu od obecnej sytuacji w naszym pięknym kraju, a rola manifestu przysłoniła mi tu wszelkie inne walory tego opowiadania. 

A ten czas, w którym rozpoczyna się ta opowieść, wcale już nie jest taki odległy… Opowiadanie dzieje się w przyszłości, więc fantastyczne jest na pewno, co nie zmienia faktu, że jest też po prostu naturalistyczne. I to bardzo. Interesujące, jak szybko można opowieścią zareagować na to, co zaczyna się wyrabiać u nas. Ale to w literaturze też jest nierzadkie. vide “Kariera Nikodema Dyzmy”.

Bardzo dobrze przedstawiony problem, wcale nie taki wydumany, dobrze zarysowane sylwetki bohaterów i osób drugoplanowych, bardzo sprawnie poprowadzona narracja. Finał smutny, ale też realistyczny. I prawdopodobny.

Więcej niż dobry język opowieści.

W sumie tekst bardzo zasłużenie piorunem trafił do biblioteki, ale chyba jest też i piórkowy. I ciekawe, czy ta przepowiednia nieodległej przyszłości się sprawdzi. Niewykluczone…

Pozdrówka.

Tekst bardzo mi się spodobał. Nawiązanie do najlepszych tradycji pozytywistycznych, literatura jako środek dydaktyczny raczej niż polemiczny; od razu przypomina się Dickens i jego wystąpienie przeciw karze więzienia za odziedziczone długi. Autor nie narzuca wniosków, pozwalając czytelnikom wyciągnąć je samodzielnie, co także nader korzystnie wpływa na odbiór. Również wolałbym zobaczyć to opowiadanie w miejscu nie tak niszowym – kto wie, może jeden z ogólnopolskich portali na O podjąłby się publikacji (nie piszę wyraźniej, gdyż bardzo nie lubię posądzeń o kryptoreklamę)?

Pokusiłem się o szczegółową ekspertyzę górską. Jeżeli słusznie interpretuję gdzieś pod Czarnym Kotłem Jagniątkowskim jako okolice Rozdroża pod Jaworem, do Odrodzenia byłoby około 6 kilometrów (i 300 metrów sumy podejść). Czas przejścia przewidywany dla inwalidy narządu ruchu zwyczajnego turysty to rzeczywiście około 2 godzin, natomiast każdy przewodnik wie, że można (i sam potrafi) zrobić to w godzinę bez istotnego wysiłku. Oczywiście, biegłego przewodnika można przekupić albo zastraszyć, może wreszcie programowo nie lubić ludzi, ale w środowisku byłby bezwarunkowo skończony. Całkiem na marginesie, z tego miejsca uciekałbym przed burzą raczej do Jagniątkowa – prawie dwukrotnie bliżej.

Główni bohaterowie nie są postaciami jednoznacznymi; picie alkoholu w ciąży sprawia mimo wszystko, że trudno odczuwać do nich sympatię. Świadome narażanie swojego przyszłego dziecka na niepełnosprawność umysłową to bardzo ciężka odpowiedzialność. Nie jestem jednak przekonany, czy powinna to być rzeczywiście odpowiedzialność karna – już i tak nazbyt częste są sytuacje, w których pacjenci nie mówią lekarzom całej prawdy, gdyż obawiają się doniesienia do prokuratury. Ogółem, klimat prawny otaczający medycynę jest obecnie nieakceptowalny i wpływa doprawdy ujemnie na jakość opieki zdrowotnej. Mam tutaj na myśli także, owszem – przede wszystkim, nazbyt łatwe pociąganie lekarzy do odpowiedzialności. Nawiasem mówiąc, wykrycie śladów alkoholu we krwi po jednym łyku wypitym dobę wcześniej jest niemal wykluczone.

Czytałem kiedyś, że podobne do opisanego prawo obowiązywało (lub nadal obowiązuje – nie jestem na bieżąco) w niektórych państwach Ameryki Łacińskiej. W wypadku rozwijania opowiadania mógłby to być wątek wart zbadania, chociażby dla ustalenia prawdopodobnych reakcji społecznych. Trzeba by jednak wziąć pod uwagę, że Polacy mimo wszystko są specyficzni, przez wszystkie analogie całkiem od innych inni (Waligórski), co utrudnia przewidywanie powszechnego odbioru danej sytuacji prawnej. Zdawałoby mi się na przykład, że przyrost naturalny powinien w takim przypadku drastycznie spaść, ale mogę się bardzo mylić.

Dziękuję za dającą do myślenia lekturę i szczerze kibicuję próbom udostępnienia jej szerszej publiczności.

Cześć!

Niezły tekst na ważny temat. Zahacza o politykę, ale bardzo niewiele, koncentruje się na ludziach i na tym, jak wpływa na nich opisana sytuacja. Pokazujesz bezduszność systemu i dramat ludzi doświadczających bardzo trudnej sytuacji. Najgorsze w opku (najlepsze) jest to, że opisywana w nim dystopijna rzeczywistość może się stać się kiedyś naszym udziałem, i nie jest to raczej powód do radości. Takie trochę strach się bać. Fantastyki niewiele, ale jakoś się nie dziwię, wszak temat niezbyt zachęcający do fantazjowania (IMHO).

Możliwe, że to przez kraty w oknach.

Pojechałaś/eś, dosadne. Brrr, kraty na patologii ciąży, tam i tak bywa smutno bez krat. Bardzo smutna i sugestywna wizja.

 

Zgrzytnęło mi kilka rzeczy przyczynowo-skutkowych, ale to drobnostki w pewnym sensie:

 

Generalnie, mąż w sprawie żony ani odwrotnie zeznawać chyba nie musi, takie prawo (i tego prawa raczej nikt nie planuje zmieniać) Nie rozumiem, dlaczego mężczyzna składa zeznania (wiem, jest to potrzebne do fabuły, ale jest to niecodzienne). Mąż milczy, żona zasłania się szokiem i traumą po poronieniu, jeszcze kobieta jest sędzią… pozamiatane. No i sędzina nie informuje o tym świadka – grube zaniedbanie. Obrońca nie reaguje!? Co by o polskich sądach nie powiedzieć, to akurat takich procedur pilnują.

– Wysoki sądzie, proszę o włączenie do akt sprawy zapisu pozycji GPS z telefonu oskarżonej. Wynika z niego, że ośmiokilometrowy odcinek z Kotła Jagniątkowskiego do Schroniska PTTK Odrodzenie oskarżona pokonała w niespełna godzinę.

GPS w trakcie burzy, w górach to może być poszlaka, i to słaba. W mieście, jak jest pełno stacji referencyjnych, to może tak, ale nie w takim terenie.

Osiem kilometrów w górach w mniej niż godzinę, w 5 lub 6 m-c pierwszej ciąży. Szacun, może niech się jakąś biegając forumowiczka wypowie.

(…) analizę moczu, w którym wykryto śladowe ilości alkoholu oraz wymaz pochwy z obecnością nasienia.

Od kiedy to śladowe ilości alkoholu są dowodem na cokolwiek. Zwłaszcza, że w przypadku alkoholu etylowego o są chyba związki świadczące o jego obecności, a nie sam alkohol, i trzeba sporo wypić, by to wyszło. To może być poszlaka, tak, ale biorąc pod uwagę, że dziewczyna przez niecała godzinę biegła będąc w ciąży, to raczej słaba, no i nie wypiła za wiele… Ponownie, rozumiem, w jakim celu tak to pokazujesz – jest to potrzebne do fabuły, ale jest to IMHO brzmi to niecodziennie.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

 

Morgiano,

fajnie, że wpadłaś. Autor prywatnie widzi przyszłość w jaśniejszych barwach i nie sądzi, aby opisana tu rzeczywistość się kiedykolwiek ziściła. 

Tekst został napisany raczej ku przestrodze oraz by skłonić do refleksji. 

 

Chrościsko, no nie wiem. Bardziej martwię się o te kobiety, co są w ciąży z wadami płodu. Jak dla mnie to bardzo realna wizja…

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dobrze, skoro generał Drakamemnon mnie już przejrzał, to daruję sobie dalszą anonimowość.

Wracając do tekstu, bardzo Wam wszystkim dziękuję za mnóstwo komentarzy, i tych pozytywnych, i tych krytycznych.

 

Wilku, poprawki naniosłem. 

Kwestia czasu teraźniejszego i przyszłego: generalnie narracja jest w teraźniejszym, we wspomnianym przez ciebie zdaniu jest krótki przeskok czasowy i od razu powrót do teraźniejszości. Nie dopatrywałbym się tu elementów poetyckich, raczej skrót. Całe opowiadanie jest pisane dość “oszczędnie”, minimalistycznie jeżeli chodzi o objętość, więc ten zabieg wpisuje się w styl. Czy jest to błąd, nie wiem.

Podobnie jak wątek stanu psychicznego Agnieszki, nie wnikałem, by nie przesłaniać istoty opowiadania i nie rozmywać głównego przekazu.

 

Outta, również poprawki naniosłem.

Też miałem okazję spędzić noc na oddziale patologii ciąży (właśnie we wspomnianym Latawcu), i choć w przypadku mojej żony na szczęście wszystko dobrze się skończyło, to miejsce wywarło na mnie ogromne wrażenie. Płacz kobiet niemal w każdej sali, i to taki cichy, w samotności, w ciemnościach pośrodku nocy. Do tego pozorna znieczulica lekarzy. Piszę pozorna, bo chyba jest to jedyny sposób, by mogli sobie z tym poradzić, pracując na co dzień w takim miejscu.

To było ponad dziesięć lat temu, a wciąż to pamiętam jak dziś.

 

Drakaino, czekam z niecierpliwością na tak na plusy ujemne, jak i na minusy dodatnie.

 

Zdradzę Wam też sekret, że tajemniczą miłośniczką cynamonu jest Bella. ;)

 

Gekkikaro, bohaterowie z pewnością nie są kryształowi i nie mieli tacy być. Gdyby byli, tekst by na tym stracił.

Który miesiąc?

Przy każdej ciąży już kilka tygodni przed terminem mieliśmy torbę do szpitala przygotowaną. I trochę więcej było w niej rzeczy. :P

Piąty miesiąc (poczęcie kwiecień, wizyta w szpitalu wrzesień), więc kwestia przygotowania torby będzie tu kwestią indywidualną, a przy pewnej niefrasobliwości, jaką bohaterzy prezentują, całkowicie uzasadnioną. Aż zapytałem żony jak to było u niej. Spakowała się w dziewiątym miesiącu :), a o brak odpowiedzialności posądzać jej nie mogę.

 

Jednak nie jestem w stanie kupić tego, że seks stal się dla nich nieprzyjemny

Ale w tej scenie nie jest napisane, że był nieprzyjemny. Jest pokazane, że Aga jest kompletnie wyłączona i nieobecna, Darek zaś czuje się jakby ją wykorzystywał i jest mu z tym źle. Taki był zamysł, kwestia odbioru przez czytelnika to już insza inszość. 

Trudno mi uwierzyć, że sąd zbagatelizował opinię biegłego.

Czy zbagatelizował? Mamy opinie biegłego, jako jeden z dowodów, przeciw zeznaniom świadka. Mamy też czynnik ludzki w postaci sędziego, który orzeka. Sprawa jest niejednoznaczna, wyrok może być dwojaki. Frustracja prokuratora wskazuje, że spodziewał się wygranej sprawy, sędzia jednak orzekł inaczej.

 

Niestety, nie umiałem się nim cieszyć. Przede wszystkim dlatego, że spożywanie alkoholu w jakiejkolwiek ilości przez kobiety w ciąży budzi moje głębokie oburzenie. Nie jestem w stanie z takimi bohaterami się utożsamić. 

Tekst miał skłaniać do refleksji, a nie zestawiać czyste dobro, z czystym złem. Niechaj będzie tu i łyżka dziegciu.

 

nie potrafiłem (i wina jest tu tylko i wyłącznie we mnie jako czytelniku) oderwać tekstu od obecnej sytuacji w naszym pięknym kraju, a rola manifestu przysłoniła mi tu wszelkie inne walory tego opowiadania. 

Przy obecnej temperaturze sporu politycznego jest to chyba naturalne, że teksty ocierające się o ten spór będą traktowane z dystansem. Obawiałem się troszkę tego.

 

RogerRedeye, dzięki za miłe słowa.

Interesujące, jak szybko można opowieścią zareagować na to, co zaczyna się wyrabiać u nas. Ale to w literaturze też jest nierzadkie.

Żyjemy tym, co się dzieje wokół nas. To nas inspiruję. Czasem uciekamy od tego w światy fantastyczne, a czasem mamy ochotę stawić temu czoła. 

 

 Ślimaku Zagłady,

Również wolałbym zobaczyć to opowiadanie w miejscu nie tak niszowym – kto wie, może jeden z ogólnopolskich portali na O podjąłby się publikacji

Na razie niech zostanie tutaj. Skoro już postanowiłem spalić tekst, to będę konsekwentny. :)

 

Pokusiłem się o szczegółową ekspertyzę górską. Jeżeli słusznie interpretuję gdzieś pod Czarnym Kotłem Jagniątkowskim jako okolice Rozdroża pod Jaworem, do Odrodzenia byłoby około 6 kilometrów (i 300 metrów sumy podejść). Czas przejścia przewidywany dla inwalidy narządu ruchu zwyczajnego turysty to rzeczywiście około 2 godzin, natomiast każdy przewodnik wie, że można (i sam potrafi) zrobić to w godzinę bez istotnego wysiłku.

Dystans i czas został precyzyjnie dobrany z pewną świadomością, tak by jednocześnie był realny dla osoby wysportowanej, a jednocześnie dość forsowny jeżeli mówimy o kobiecie w ciąży.

Dla mojej żony, której zdarza się amatorsko biegać po górach, pokonanie tego odcinka marszobiegiem zajęłoby około godziny. Podobny czas mógłby uzyskać zaprawiony przewodnik, idąc bardzo forsownym marszem. I to właśnie przewodnik zeznaje, że wysiłek był forsowny, bo lekkim spacerem, co początkowo sugeruje świadek, zajęłoby to 2 h. W mojej ocenie przewodnik mówi prawdę, a akurat w tym temacie czuję się mocny. :)

Do określania czasu marszu w górach jest kilka metod, najpopularniejsza to Reguła Naismitha, czyli 12 min/1 km + 10 min/100 m przewyższeń, czyli w tym przypadku klasyczny trekking tego odcinka to 1 h 40 min.

 Czytałem kiedyś, że podobne do opisanego prawo obowiązywało (lub nadal obowiązuje – nie jestem na bieżąco) w niektórych państwach Ameryki Łacińskiej.

Zaintrygowałeś mnie. Nie wiedziałem.

 

Krar85

Pojechałaś/eś, dosadne. Brrr, kraty na patologii ciąży, tam i tak bywa smutno bez krat. Bardzo smutna i sugestywna wizja.

Moja żona rodziła w Świebodzicach. Tam nie było krat, ale za to był widok z okna na cmentarz. :)

Generalnie, mąż w sprawie żony ani odwrotnie zeznawać chyba nie musi,

Masz rację, nie musi zeznawać, ale może.

Mąż zeznaje, bo uważa, że jego zeznania pomogą oczyścić żonę z zarzutów. Jak sytuacja wymyka się spod kontroli, to zgodnie z prawem dalszych zeznań odmawia. 

GPS w trakcie burzy, w górach to może być poszlaka, i to słaba. W mieście, jak jest pełno stacji referencyjnych, to może tak, ale nie w takim terenie.

Jako osoba biegająca po górach i korzystająca z tego typu gadżetów zapewniam Cię, że GPS nawet w czasie burzy w 90% przypadków sobie poradzi. Stacje referencyjne używa się w geodezji przy bardzo precyzyjnych pomiarach (oraz kiedyś gdy GPS był jeszcze w powijakach), współcześnie dla zwykłego GPSa w zegarku czy telefonie wystarczą satelity, a już w tej chwili mamy powszechny dostęp do amerykańskich i rosyjskich, ruszył właśnie europejski Galileo. Nie zapominaj też, że akcja dzieje się w przyszłości za kilka lat.

Nie ma tutaj problemu.

Co do biegania po górach podobnie, nie ma tu nieścisłości, patrz odpowiedź dla Ślimaka.

Od kiedy to śladowe ilości alkoholu są dowodem na cokolwiek. To może być poszlaka

Jest poszlaką, jedną z wielu.

 

Dzięki za uwagi :).

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Są ważne względy formalne nominowania do “piórka”, bo, prawda, od komentarza muszą, panie dzieju – dobrodzieju, upłynąć dwa dni, ale naturalnie powtórzę nominację w środę.

Tak, żyjemy czasem obecnym,i trzeba na nią literacko reagować. Dzięki takowej konstatacji Dołęga Mostowicz napisał powieść życia, ale też potem dostał potężne lanie od oficerów obozu, który opisywał, a bynajmniej nie był to obóz prawicowy.

Pozdrówka.

Krar,

Osiem kilometrów w górach w mniej niż godzinę, w 5 lub 6 m-c pierwszej ciąży.

Z tymi czasami w górach to są dwie rzeczy. Jedna – czy to realny czas dla wysportowanej kobiety. Chro biega po górach, więc pewnie niejedno widział (a na metach biegów górskich tez nieraz widać, ze kobiety często dużo szybciej dochodzą do siebie). Drugi – co innego możliwość, a co innego czy zdrowe. Bo owszem część biegaczek ćwiczy w trakcie ciąży, ale technika i umiar stają się wtedy ważniejsze niż zwykle – chociażby ze względu na to, że miednica będzie miała inną stabilność.

 

Bardzo dziękuję, Rogerze. Taka nominacja zawsze cieszy, zwłaszcza gdy człowiek ma kryzys twórczy i chwyta za “pióro” po trzech miesiącach posuchy.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

@Chrościsko, @wilk

 

Z ośmioma kilometrami w mniej niż godzinę chodziło mi stricte o osobę w ciąży. Szacun, łojenie prawie jak w woju ;-)

 

@Chrościsko

 

Patologia ciąży z widokiem na cmentarz… masakra.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Jestem świeżynką na tym portalu, ale zdążyłem już usłyszeć, że się znasz na górach – właśnie dlatego pomyślałem, że będziesz zainteresowany dyskusją w tym zakresie.

Co do reguły Naismitha, korzystam z niej chętnie, ale trochę inaczej – mnożę mianowicie sumę podejść przez 8 i dodaję do kilometrażu. W rezultacie otrzymuję coś, co nazywam KPN (kilometry przeliczeniowe Naismitha). W tym konkretnym przypadku 6 kilometrów i 0,3 kilometra sumy podejść daje 6+0,3*8=8,4 KPN. Przy założeniu tempa 5 KPN/h daje to rzeczywiście, z niezłą dokładnością, 1:40 h. Taka metoda przeliczeń jest dla mnie wygodniejsza od klasycznej (dwanaście minut na kilometr i dziesięć na sto metrów wzwyż), bo łatwiej ją dostosować do zmian tempa, a rezultaty daje bardzo podobne. Istotnie, większość map turystycznych zakłada prędkość rzędu 4-5 KPN/h.

Zauważyłem pewną rozbieżność danych z opowiadania (ośmiokilometrowy odcinek) z tym, co widzę na mapie (Rozdroże pod Jaworem – Odrodzenie 6 km + 300 m w górę, jak powyżej). Jeżeli więc przyjęte przeze mnie dane mapowe są w miarę zgodne z prawdą, nijak nie mogę się zgodzić z zeznaniami biegłego: pokonanie tego odcinka w godzinę bez istotnego wysiłku jest możliwe dla umiarkowanie sprawnego górołaza. Dla porównania, z własnych doświadczeń: tego lata w 1:05 h przeszedłem z centrum Kudowy do wejścia w Błędne Skały czerwonym szlakiem – 7 km + 500 m w górę i z pewnością nie był to “bardzo forsowny marsz” (najwyżej nieco forsowny). Dla mnie więc – a dla Ciebie jako biegacza górskiego lub dla profesjonalnego przewodnika tym bardziej! – 6 km + 300 m w górę w ciągu godziny to żadne wyzwanie, to niewiele więcej niż spacer.

Jak wiele zmienia to, że omawianą turystką jest kobieta w ciąży? Tego, na dobrą sprawę, nie wiem. Czytałem niedawno o kobiecie w dziewiątym miesiącu, która przebiegła milę w 5:15; czytałem też o wielu takich, które z trudem dochodziły z łóżka do toalety. To jednak nie ma na dobrą sprawę żadnego znaczenia – biegły, chyba że przekupiony lub szantażowany, powinien zeznać zgodnie z prawdą, iż 6 km lekko pod górę w godzinę to dla sprawnego turysty tempo spokojnego marszu. 8 km w tym czasie robiłoby większe wrażenie, ale według mapy to raczej nie było 8 km.

Na razie podtrzymuję przypuszczenie, że przewodnik, który niezgodnie z prawdą stwierdziłby przed sądem – w sprawie grożącej więzieniem! – że pokonanie takiego odcinka szybciej niż w 2 h to nierozsądnie skrajny wysiłek, spotkałby się z całkowitym ostracyzmem środowiska górskiego. Ponieważ jednak najwyraźniej znasz to środowisko lepiej ode mnie, uwierzę, jeżeli stwierdzisz, że jest inaczej.

Pozdrawiam serdecznie,

całkiem szybki Ślimak Zagłady

Jak nie znoszę aktualnej publicystyki pod płaszczykiem literatury, to tu muszę przyznać, że opowiadanie jest naprawdę dobrze napisane.

Ślimaku, pozwól, że raz jeszcze zacytuje słowa prokuratora cytującego opinię przewodnika:

Dołączam też opinię biegłego, przewodnika sudeckiego, według której przeciętnemu turyście zajmuje to dwie godziny. Nie jest możliwe, aby pokonać ten odcinek spacerowym tempem w tak krótkim czasie.

Przewodnik zgodnie z prawdą podaje dwa fakty:

Czas przejścia przeciętnego turysty (czyli według drogowskazów) wynosi 2 h (co sam słusznie sprawdziłeś na mapie).

Spacerowym tempem nie da się tego odcinka pokonać poniżej godziny. Co też jest prawdą.

Nie widzę więc powodów, dla których miałby go spotkać ostracyzm środowiska górskiego.

Co więcej, w tekście nie ma podanej precyzyjnej lokalizacji a jedynie ogólne: “tuż przy szlaku, gdzieś pod Czarnym Kotłem Jagniątkowskim”, które może równie dobrze oznaczać Rozdroże pod Śmielcem lub Trzecią Drogę, co jest bliższe 8 km dystansowi zmierzonemu przez GPS.

 

Podsumowując, nie czepiałbym się tutaj tego tak drobiazgowo, bo jest to napisane na tyle ogólnie, że pozostawia jeszcze miejsce na różne interpretacje.

 

Coboldzie, miło, że wpadłeś.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dobra historia, sprawnie napisana, a temat – aktualny i ważny. Podoba mi się mroczny klimat i lekko kafkowskie zakończenie. Natomiast główna bohaterka, która w 5 mscu ciąży żwawym tempem spacerując po górach podchrupuje nasączane alkoholem pomarańcze, czy co tam było w tym grzańcu – raczej czynią ją lekkomyślną. I jeszcze burza?  Trochę dla mnie to niespójne, bo założenie miało pewnie być, że czepiają się bzdur, idiotyzmów, byle dowieść swego, a moim zdaniem dziewczyna po prostu zachowuje się głupio, zwłaszcza jeśli rzeczywistość jaka ją otacza jest tak represyjna. Jej mąż jej w tym sekunduje. Ale to może takie moje skrzywienie, że ciąża jest nieprzewidywalna i nigdy nie wiadomo, co się stanie. Ludzie różnie do tego podchodzą. 

Adelajdo

Natomiast główna bohaterka, która w 5 mscu ciąży żwawym tempem spacerując po górach podchrupuje nasączane alkoholem pomarańcze, czy co tam było w tym grzańcu – raczej czynią ją lekkomyślną.

I masz rację. Choć ja bym raczej użył słowa niefrasobliwa lub niedojrzała. :)

bo założenie miało pewnie być, że czepiają się bzdur, idiotyzmów, byle dowieść swego, a moim zdaniem dziewczyna po prostu zachowuje się głupio,

No właśnie nie do końca. Założenie było takie, aby opowiadanie było możliwie wiarygodne. A żeby takie było, sąd nie może skazywać ludzi bezpodstawnie. Sąd ma działać w ramach przyjętego prawa, dlatego właśnie główni bohaterowie nie mogą być kryształowi.

To nie chodzi ukazanie patologii w sądach, a o skutki potencjalnych zmian w prawie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

W porządku, dziękuję za cierpliwą odpowiedź i serdecznie przepraszam, jeżeli odebrałeś moje pytania jako “drobiazgowe czepianie się”. W żadnym razie nie chciałem krytykować Twojego zamysłu literackiego; już kilkakrotnie zaznaczyłem przecież, że opowiadanie cenię bardzo wysoko. Konkretna lokalizacja górska nie ma chyba wielkiego znaczenia, zawsze można wybrać odcinek, który spełni założone warunki. Zupełnie nie o to chodzi w całej historii, nieprawdaż?

Skoro jednak słyszałem, że jesteś biegaczem górskim, spodziewałem się, że mogę spytać Cię o interpretację autorską tego konkretnego fragmentu i sprawi Ci to nawet przyjemność. Nie spodziewałem się bowiem, że wkładasz w usta owego fikcyjnego biegłego własną opinię – przeciwnie, sądziłem, że było właśnie Twoim zamiarem, aby znającym się na rzeczy wydała się rażąco błędna. Pojmując oczywiście “spacerowe tempo” jako takie, które nie doprowadza do niebezpiecznego wycieńczenia.

Jeszcze raz zaznaczę, że nie chciałbym wydać się surowym krytykiem – naprawdę polubiłem sposób, w jaki skonstruowałeś tę wizję, w jaki przemawiasz do czytelnika i przedstawiasz mu przestrogę. Zainteresowałem się wątkiem karkonoskim, gdyż był dla mnie jednym z bardziej zajmujących w tekście.

Z górskim pozdrowieniem!

Przybyłem, zachęcony polecanką Reg. :>

Ach, Chro, ależ słowna wirtuozeria dobywa się z tego pierwszego, sielskiego fragmentu historii małżonków. Uderzasz celnymi sformułowaniami w bardzo intymne struny mojego serca i po komentarzach powyżej wnioskuję, że wielu czytelników także zostało połechtanych w tym ich czułym miejscu. Gdyby wpychać się tam nachalnie, mogłoby to budzić jakiś wewnętrzny sprzeciw, ale ani przez chwilę nie poczułem, że tracisz kontrolę nad siłą nacisku, jaki chciałeś wywrzeć. Wszystko to jednak dotyczy tylko tego ciepłego, początkowego fragmentu.

W momencie, gdy okazuje się, że ciąża była od początku zagrożona, gdy przestrzegano ich, że współżycie może być ryzykowne, gdy pojawia się tam cytomegalia (która w populacji jest dość powszechna i u zdrowej kobiety nie stanowi aż takiego zagrożenia dla płodu, chyba że matka ma np. problemy z odpornością, więc znów jakiś czynnik ryzyka), no i wjeżdża ten lekkomyślnie sączony alkohol, żeby się “rozgrzać” (z tyłu głowy mam FAS, mogący się rozwinąć nawet po spożyciu niewielkiej ilości alkoholu przez matkę), to niestety, ale trudno mi jest współczuć tej parze. Nie są bez winy.

Jasne, opowiadanie jest komentarzem dla coraz większych absurdów, o jakich coraz częściej słyszymy z mediów. Z jednej strony przerysowanie służy podkreśleniu tych absurdów, ale z drugiej, nawet zakładając hegemonię konserwatywnych rządów w naszym kraju przez kolejną dekadę, to odniosłem wrażenie, że zabrnąłeś w tej penalizacji wszystkiego nieco za daleko.

To chyba coś, co zarzucano mojej ostatniej publikacji tutaj (wybacz prywatę) – nieustannie podbijany dramat przestaje robić robotę, czyni w pewnym momencie część czytelników obojętnymi. To opowiadanie byłoby dla mnie idealne, gdyby zakończyło się na zamknięciu żony w więzieniu lub na przepustce/zakończeniu odbywania kary. Z naciskiem na fakt, że majaczy gdzieś możliwość skazania, ale to wszystko wydaje się nierealne, wręcz niedorzeczne, do momentu, aż się zwyczajnie ziszcza. Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, by w kilka lat prawo zmieniło się tak drastycznie. Choć z drugiej strony, jako osoba, której to opowiadanie mogłoby bezpośrednio dotyczyć, być może nie dopuszczam do siebie pewnych możliwości, nie doceniam kreatywności rządzących. I jest to refleksja potwornie upiorna.

Cześć :)

Opowiadanie dobrze mi się czytało, jedyny zgrzyt miałam na początku, do tej sceny, gdzie Agnieszka pije. Ta scena trochę za dużo zdradza z dalszych wydarzeń, już od początku wiedziałam, że ona poroni ciążę itd. 

Na szczęście dalej jest coraz lepiej. Przede wszystkim spodobały się mi opisy rozpraw, było widać, że wiesz, o co chodzi, a jednocześnie laik może się wszystkiego domyśleć. W dodatku te sceny mają w sobie mnóstwo dynamiki i napięcia. Tylko jedna uwaga – sędzina to żona sędziego, na kobietę – sędziego mówi się sędzia. :)

Całość została naprawdę zgrabnie napisana, minimalistyczny styl pasuje do sytuacji. Za plus uznaję na pewno to, że nie wybielasz czynów bohaterów, przez co cała historia jest dużo bardziej prawdziwa. W ogóle bohaterowie Ci się udali, nie są ani dobrzy, ani źli a w dodatku każdy z nich ma swój charakter. 

Pozdrawiam :)

Na plus bieżący temat, który rozpatrujesz z odpowiednim dystansem. Napisane porządnie i wiarygodnie od strony obyczajowej. Mógłbym gdzieś zacytować po zdaniu od MrB i Drakainy, jednak powiem inaczej.

Pozwolę sobie na małą prywatę, ale to w stosunku do Ciebie, nie z każdym byłbym tak szczery. Pamiętam, że masz czterdzieści lat. I coś mi się zdaje, że nie masz dzieci. Wyraźnie bowiem widzę w Twoich tekstach fascynację kobietą/partnerką. Bohaterów dziecięcych sobie nie przypominam, albo są tłem, jak tutaj. Tak, ja wiem, to stracona ciąża, ciężko zrobić z niej bohatera, ale utratę dziecka, można już pokazać, zbudować odpowiednio bohaterkę po takiej stracie. Tu tego nie ma, stąd też moje spostrzeżenia o dzieciach. Twoi bohaterowie wydają się być skupieni na sobie lub na partnerze. Mimo ciąży, nie nazwałbym ich nawet przez moment rodziną. Nie budują sobą takiego obrazu. Są parą.

Ok. To jest dobry tekst, taki do przeczytania, ale ja tu trudności i bólu tworzenia nie widzę. Nie zostawiłeś tu cząstki siebie. Porządnie ująłeś bieżący temat, to powtórzyć warto. Kumari, to jedno dziecko, które u Ciebie pamiętam, tam coś zostawiłeś. I to coś zostało ze mną. A to wyżej? To dobre pisanie jest. Dla jednych aż tyle, dla mnie tylko tyle.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No, co tu kryć, tekst z bardzo mocnym przesłaniem.

Tak, mnie też obiło się o uszy, że coś podobnego (kobiety, które poroniły, często lądują w więzieniu) funkcjonuje gdzieś w Ameryce Południowej. Bodajże w Salwadorze. Czyli jest możliwe… Chociaż nic nie słyszałam, żeby ojciec też ponosił odpowiedzialność karną za niewskazaną ciążę. Patriarchat nie przepada za takimi rozwiązaniami. Ale fajnie to wygląda fabularnie – buduje ciekawy dylemat moralny.

Dla mnie to socjoSF – przestrzegająca przed czymś, co wcale nie jest wykluczone.

Bohaterowie nie są szlachetni jak jednorożce i to im dobrze robi. Znaczy, na odbiór postaci literackiej, w życiu gorzej.

Jeśli wyszli w góry tak na lekko, nie brali kurtek, to po co im zapasowe koszulki?

Alkohol. Też mi się wydaje dziwne, że po takim czasie, po niewielkiej ilości, w moczu można cokolwiek wykryć.

I nie demonizowałabym tego łyczka wina. Alkohol to prosta substancja, łatwa do wytworzenia, a więc dość popularna. Sfermentowane owoce, te rzeczy. Podobno nawet w jogurcie jest odrobina.

Będę na TAK, czyli. Bo nie mam wątpliwości, że tekst zostanie nominowany. Zawsze to jakaś metoda zwiększania potencjału czytelniczego. ;-)

Babska logika rządzi!

Cześć,

 

do mnie tekst nie przemówił. Nie da się ukryć, że już po samej przedmowie można wywnioskować jaka idea będzie przyświecała opowiadaniu. A owa idea nie pozostawia pola na domysły czy interpretacje, tekst jest jednowymiarowym komentarzem do politycznych i społecznych wydarzeń. 

 

Było niedawno opowiadanie na portalu, które pod płaszczykiem fantastyki mówiło bardzo negatywnie o protestach w Polsce i o tym, że Unia Europejska narzuca nam swoje wartości. Twoja historia przypomina mi tamten tekst, poprzez ideologiczne zaangażowanie, tylko oczywiście Twój tekst napisany jest z odwrotnej perspektywy. Tamto opowiadanie autor usunął, bo w komentarzach zalała go fala krytyki.

 

Twoje opowiadanie jest bardzo dobrze napisane. Pokazujesz, pozwalasz niemal dotknąć, poczuć, zobaczyć, aż ciarki człowieka przechodzą. Przez to czuję się, paradoksalnie, wodzony za nos, mam poczucie, że grasz na moich emocjach, co wywołuje we mnie bunt. Dodatkowo bardzo nie lubię, kiedy bohaterka (bohater) znajdują się w sytuacji bez wyjścia, kiedy fabuła jest tworzona, żeby ich tyrać, niszczyć, pogrążać. Z tego powodu nie czytam skandynawskich kryminałów, a tutaj poczułem właśnie jakbym czytał skandynawski kryminał. 

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Dobrze napisany, skomponowany, ale raczej nie dystopijny tekst. Jest rodzajem ostrzeżenia, przypisem do obecnej sytuacji. Cholernie fajnie, że go napisałeś i zamieściłeś tu na portalu, choć gdzie indziej z pewnością też by go przytulili i nie z uwagi na temat lecz klarowne opko, co chciałabym podkreślić. Wolałabym, aby nie w sieci lecz na papierze (czyli i tu, i tu), ale jest jak jest i nie może być inaczej.

 

Dla mnie, w gruncie rzeczy tekst jest delikatny. Z literackiego pktu widzenia asylum (tej pożal się boże, zgłębiającej arkana) ma pewne wady, ale teraz nie będę o tym rozprawiała, ponieważ chcę się dopisać się do nominacji. A o tamtych może kiedyś, pod innym i w innych okolicznościach.

 

Za co chcę nominować (a za dwa to dni  będzie):

*konsekwentnie poprowadzona opowieść,

*sceny bez zarzutu,

*bohatyrowie i ich dylematy jw.,

*zbędnych słów – brak albo musiałabym się bardzo czepiać jak pijany płotu 

 

Serdecznie pozdrawiam! :-)

 

PS. Całkowity zakaz aborcji obowiązuje na świecie w takich krajach południowoamerykańskich jak Salwador, Nikaragua, do niedawna Chile czy Gwatemala. Tam represje są najsilniejsze (choć nie znam, w każdym razie za mało z Afryki i innych miejsc). Salwador – od 1998, 2-8lat,kara więzienia też dla lekarza; Nikaragua – od 2006 całkowity zakaz aborcji, nowelizacja kodeksu karnegoi więzienie dla kobiety; Chile - całkowity zakaz aborcji od 1989, w 2017 udało się wprowadzić nowe prawo.

Linki:

Salwador_przypadek siedemnastu

Chile_Belen

 

I bardzo niekontrowersyjny, doceńcie, że sprzed lat (musiałam się naszukać), jest ze Znaku odnośnie naszych miejscowych spraw i mega poprawny.

https://www.miesiecznik.znak.com.pl/porzucmy-wadliwe-prawo/

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

[Disclaimer: ten komentarz zaczęłam pisać zaraz po przeczytaniu, ale z różnych przyczyn potrzebowałam, żeby się uleżał, a w międzyczasie parę osób napisało podobne rzeczy, jakie mi się w głowie po lekturze lęgły. Dziś w zasadzie mogłabym podpisać się pod tym, co napisał BasementKey, zwłaszcza o graniu na emocjach, ale ponieważ wczoraj napisałam prawie wszystko to, co będzie poniżej, to wklejam, żeby czas nie był zmarnowany. Przepraszam za chaos, nie kleiła mi się narracja tego komentarza.]

 

No to teraz ja na odmianę ponarzekam. Nie na temat i jego wagę, ale na stronę literacką tekstu. Nie stylistyczną czy językową, bo tu w zasadzie nie ma się czego czepiać. Raczej: fabularną, światotwórczą, dotyczącą postaci.

 

Bo tak: niewątpliwie w założeniu jest to mocny głos w ważnej sprawie. I nie dziwi mnie, że tak jest odbierany. Głos w sprawie, w której, żeby było jasne, stuprocentowo zgadzam się z Już-Nie-Anonimem. I wizja tu przedstawiona jest wizją straszną, nie całkowicie niemożliwą (vide San Salvador, Asylum dała linki). Tekst bardzo sprawnie operuje kwestiami prawnymi, ten myk z pokazaniem, że zmiana jednego paragrafu wystarczy, żeby wprowadzić autentyczne piekło na ziemi – to świetny, mocny zabieg publicystyczny. To mógłby także być doskonały punkt wyjścia dla dobrego opowiadania, bo to jeden z takich pomysłów, których człowiek autorom zazdrości. Problem jednakowoż głównie w tym, że całość operuje czymś, czego wyjątkowo nie lubię: bierze mnie na zakładnika słuszną sprawą, podczas gdy strona literacka jak dla mnie mocno kuleje.

 

Anonim przyznaje, że przez chwilę rozważał wysłanie opowiadania gdzieś w szeroki świat, ale nie bardzo wiedział gdzie, więc ostatecznie zwyciężył sentyment do portalu.

 

No właśnie. Uważam, że ten tekst pasowałby jako fabularyzowany felieton do Wysokich Obcasów, Przekroju, Polityki – bo jak dla mnie w obecnej formie to nie jest literatura, tylko, jako już zasugerowałam, publicystyka. I w publicystyce mniej albo wcale nie przeszkadzałoby mi to wszystko, co przeszkadzało mi w opowiadaniu czyli literaturze. Zwłaszcza uproszczenia i elementy nielogiczne. Pal diabli, że bohaterowie są krystalicznie pozytywni (te wady, które Autor podkreśla w komentarzach, to nie są tak naprawdę poważne wady, ale raczej drobne ludzkie słabostki i głupota, ale to zasadniczo dobrzy z kościami ludzie, którym zły los dokopuje, po trochu na ich własne życzenie) – to byłabym w stanie zaakceptować w obrębie konwencji, ale inne elementy fabuły wydały mi się zbyt naiwne.

 

Mamy tu teoretycznie dystopię (raczej tylko kilka jej elementów), ale jeśli cokolwiek to dystopię niezwykle bliskiego zasięgu, co gorsza (dla nas, nie dla tekstu). Jej główne założenie: karanie kobiet za poronienie, jest realizowane w kilku krajach świata, więc to nawet nie bardzo fantastyka (imho to jest w ogóle czysta obyczajówka, bez fantastyki). I tak, trzeba o tym głośno i mocno pisać. Ale czy to oznacza, że mamy zrezygnować z prawdopodobieństwa w szczegółach i z innych elementów literackości, jeśli w założeniu piszemy opowiadanie, a nie fabularyzowany felieton?

Jeszcze w kwestii dystopii: tak, jest tu paskudny świat. Ale w klasycznej dystopii fabuła zasadza się na tym, że jest bohater, jednostkowy lub zbiorowy, który buntuje się przeciwko systemowi i usiłuje go rozsadzić od środka. W tekstach dawniejszych mu to nie wychodzi, ostatnio podobno już często wychodzi, ale nie mam z tym większego lekturowego doświadczenia. Tu tego nie ma, są bohaterowie w zasadzie całkowicie biernie poddający się machinie, co najwyżej usiłujący zmniejszyć bolesność tego, jak mielą ich jej tryby. Czyli jest świat przedstawiony bez typowej fabuły. Czyli obyczajówka. Co więcej, ten świat przedstawiony też tylko trochę jest dystopijny, bo dla trzymania się gatunku tu aż by się prosiło, żeby istniała jakaś policja ciążowa, jakiś monitoring tych kobiet, jakieś poczucie osaczenia. Bo w zasadzie skąd czynniki instytucjonalne wiedzą, że doszło do poczęcia? Czy każda kobieta ma obowiązek stawiać się co miesiąc u ginekologa, żeby sprawdzić, czy nie jest w ciąży? W takim wypadku powinien zresztą istnieć potężny czarny rynek pigułek „dzień po”. W solidnej dystopii jakiś Wielki Brat śledziłby poczynania par i np. kontrolował wahania hormonalne itd. Co zresztą dałoby nam fantastykę pełną parą. A tak jest raczej wizja oparta na istniejących już przesłankach – taka obyczajówka pokazująca, jak niewiele nam brakuje do piekła. A jeszcze w kwestii fantastyczności: antyutopia czy dystopia jest już dziś postrzegana raczej jako mainstream (Orwell, Atwood, mnóstwo innych).

No i muszę zgodzić się z Gekikarą, że „rola manifestu” wybija się tu na pierwszy plan i mam wręcz wrażenie, że Autor odpuścił sobie kreację ciekawszej fabuły, ciekawszych bohaterów – co byłby w stanie bez trudu zrobić – wiedząc albo czując, że sam temat plus sprawność techniczna wystarczy, by opowiadanie odniosło spektakularny sukces.

 

Ale mój główny problem polega na tym, że nie kupiłam fabularnie prawie niczego w zachowaniu głównych bohaterów: oni przecież wiedzą, w jakim świecie żyją, więc mnożenie czynników zagrożenia jest, delikatnie mówiąc, niefrasobliwe. Jeśli Agnieszka nie jest w stanie wytrzymać leżąc w łóżku (choć przecież dziecka chce, a mnóstwo kobiet w takiej sytuacji jest na tyle zdeterminowane, że wytrzymuje pół roku albo i dłużej leżenia), to czemu nie chodzić na spacery, po co od razu długa wycieczka w góry? W normalnym świecie – okej, ale w świecie, gdzie każde potencjalne zagrożenie dla ciąży ma poważne konsekwencje? Nie kupuję tłumaczeń bohaterów, są zbyt uproszczone fabularnie, są zbytnią narrative device. Już pomijam fakt, że gdyby „przewinienia” były drobniejsze, a monitoring zachowań większy, to świat przedstawiony byłby straszniejszy. Bo wyobraźmy sobie, że bohaterka wychodzi do parku na spokojny spacer, i postanawia przez parę minut pobiegać, a przy niej wyrasta policjant, zabraniający jej tego albo wręcz donoszący do właściwych czynników. Oczywiście, Autor napisał, że chciał, żeby było prawdopodobnie – ale idąc w rzekome prawdopodobieństwo działań sądu, nie uwzględnił prawdopodobieństwa działań bohaterów.

 

No i sporo kwestii szczegółowych, dla których z góry nie przyjmuję potencjalnego wytłumaczenia uproszczeniem dla podkreślenia tezy. Część z nich wymienili już przedpiścy, ale powtórzę.

1) Jeśli w przypadku zagrożenia ciąży trzeba leżeć, to zasadniczo nie leży się plackiem w domowym łóżku, ale w szpitalnym (mam przyjaciółkę, która leżała pół roku, a wcale nie jest ani szczególnym dzieciolubem, ani anti-choice, wręcz przeciwnie, po prostu ma wysokie poczucie odpowiedzialności za swoje decyzje, a na dziecko zdecydowała się świadomie), a w takim świecie można by sobie wręcz wyobrazić, że kobiety są siłą do szpitali zabierane, że jest jakaś policja ciążowa, która je tam doprowadza i pilnuje, a nie zostawia się ich w domach. Ewentualnie – np. jedynie pobyt w szpitalu z zagrożoną ciążą może dać szanse na uznanie poronienia za naturalne i brak konsekwencji, co oczywiście sprawia, że każda rozsądna kobieta w zagrożonej ciąży leci do szpitala, żeby zwiększyć swoje szanse na obronę. W każdym razie – sytuacja, w której ona by miała leżeć miesiącami w łóżku w domu – mało prawdopodobna.

2) Takoż nieprawdopodobna wydaje mi się obecność alkoholu po wielu godzinach od tego, jak bohaterka zjadła kawałek pomarańczy ze śladową ilością tegoż alkoholu.

3) Już o tym, że skoro mieli nie uprawiać seksu podczas tej zagrożonej ciąży, to naprawdę jest wiele sposobów na to, żeby czynniki totalitarne nie dostały dowodów do ręki.

4) “Ośmiokilometrowy odcinek (…) pokonała w niespełna godzinę” – tu panowie biegacze uważają, że to możliwe, ale nigdzie nie jest powiedziane, że bohaterka jest wyczynowcem. Doczytałam, że osiem kilometrów na godzinę to prędkość człowieka, który trenuje chód sportowy – i podejrzewam, że jest to prędkość osiągana w zwykłym terenie, a tu mamy góry. Imho to duży wysiłek nawet dla silnej, młodej i mającej ogólnie dobrą kondycję osoby – a bohaterka nie jest ultramaratończykiem [z pierwszej wersji komentarza: autor za to chyba owszem]. Niemniej zauważmy, że ona ma dodatkowe obciążenie: ciążę i to zagrożoną, która organizm musi osłabiać, oraz to, że przez ostatnie miesiące się nie ruszała. Nie widzę jej pokonującej osiem kilometrów w godzinę w trudnym terenie – a jeśli tego dokonała, to nie miała szans się nie sforsować.

5) Musieli mieć cholerne szczęście (które okazało się pechem), że z tą przepustką wstrzelili się w dni płodne, a w stresie im wszystko za pierwszym razem wyszło tak, że doszło do zapłodnienia.

6) Uwaga do wspomnianego wcześniej elementu bardziej fantastycznego niż dystopia i braku jego wyjaśnienia w tekście: jak się rejestruje te zapłodnienia? Kiedy? Skoro to jest możliwe, to reszta aparatu przymusu (oprócz wiadomego prokuratora) wygląda dość mizernie.

 

Co do fabuły szerzej. Załóżmy, że są młodzi i głupi, zawalili za pierwszym razem, sparzyli się. I co robią? Dokładnie to, czego nie powinni w totalitarnym systemie (o ile nie są aktywistami, którzy robią to celowo, a nie są, wręcz przeciwnie – chcą się ratować): znów naruszają reguły, znając potencjalne konsekwencje. I to znowu jest narrative device, do przyjęcia w publicystyce, ale w literaturze niekoniecznie. Bo to służy jedynie pokazaniu, że dziwnie nam przypominający pewne osoby prokurator i tak koniec końców z nimi wygra. Czyli znowu: element publicystyczny, nie literacki. Podobnie te wszystkie pięć wymienionych powyżej absurdów byłabym w stanie łyknąć w celowo przerysowanym tekście publicystycznym, ale nie w opowiadaniu, które jest pisane tak, żeby brzmieć boleśnie realistycznie. Na tych paru kwestiach moje zawieszenie niewiary niestety spadło z hukiem z kołka.

 

http://altronapoleone.home.blog

Ja tu wpadnę jeszcze raz z komentarzem, na razie melduję tylko, że przeczytałam. Rzeczywiście, w obliczu ostatnich wydarzeń trudno mi uznać tekst za fantastykę. 

 

I coś mi się zdaje, że nie masz dzieci.

Darconie, czemu uważasz posiadanie dzieci za istotne w analizie tego opowiadania? Pytam z uprzejmej ciekawości, bo mnie to zaskoczyło.

 

Bohaterów dziecięcych sobie nie przypominam, albo są tłem, jak tutaj.

“Siódme urodziny” :) A w Dewonie jest też wypracowanie napisane przez dziecko.

 

Mam jeszcze tylko taką uwagę na świeżo, że historia świetnie wpisywałaby się w konwencję klasycznego weirdu, bo klimatem podobna jest do Procesu Kafki, tylko… cholera, tylko jest zbyt realistyczna.

 

 

Edycja. Zmieniłam słowo z “tekst” na “historia” w ostatnim zdaniu, by uniknąć nieścisłości.

www.facebook.com/mika.modrzynska

klimatem podobny jest do Procesu Kafki

Chyba czytałam inny “Proces” Kafki :D Tam jest atmosfera surrealistycznego, onirycznego absurdu i osaczenia przez to, że nie wiadomo, o co bohater jest oskarżony, dlaczego jest oskarżony, wszystko się rozmywa, nie ma żadnych konkretów. Tu mamy arcyklarowne przepisy i ich realizację. Koszmarne przepisy i koszmarną realizację, ale wszystko jest przewidywalne, w przeciwieństwie do Kafki. I mam wrażenie, że o to właśnie chodzi: o biurokratyczne, technokratyczne piekło, w którym wszystko jest zapisane w paragrafach, wszystko jest mierzalne, wszystko da się opisać. Można co najwyżej toczyć walkę na paragrafy – ale racjonalną walkę. U Kafki nie ma konkretów, nie ma nawet sformułowania winy. To, że z naszego ludzkiego punktu widzenia prawo z tekstu Chro jest straszne i bezsensowne, że bohaterowie są uwikłani w koszmarną sytuację, nie robi z tekstu weirdu. Weirdu to tu nie ma za grosz, jest ostry realizm (nie do końca udany, ale ewidentnie w zamierzeniu taki właśnie).

http://altronapoleone.home.blog

Ok, to precyzując moje słowa: wiem, że tekst chro nie jest weirdem. Chciałabym zobaczyć to opowiadanie napisane jako weird.

Mam nadzieję, że teraz wyraziłam się wystarczająco jasno.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Odczucia podobne do BasementKey i Drakainy.

 

Była agitka w jedną stronę, została zakrzyczana i usunięta, jest agitka w drugą stronę, dostaje nominacje do piórka? Pomijając, że ta pierwsza przynajmniej siliła się na oryginalny język (bo świat przedstawiony jest dla mnie w obu tekstach podobnie nieprawdopodobny (albo prawdopodobny, zależy jak na to spojrzeć)).

Ludzie czytają literaturę współczesną dlatego, że jest skonstruowana ciekawie pod względem formalnym, ten tekst jest napisany nudno-poprawnie, i dlatego, że pokazuje prawdziwe zjawiska z niespotykanej perspektywy; rzuca światło na coś, co przed odbiorcą do tej pory było ukryte. Ja tu żadnej nowej myśli nie dostrzegam. Dla mnie to jest taki trochę tekst pod publikę, to znaczy wierzę, że wyrażasz w nim swoje przekonania i bardzo możliwe, że miałeś autentyczną potrzebę ten tekst z siebie wyrzucić, ale równocześnie historia skonstruowana jest w ten sposób, by odbiorca musiał Ci w całości przyklasnąć i to przyklasnąć z otuchą.

Literacko tak jak pisałem, nudno-poprawnie, przejrzyście na wylot, tylko że czasem pojawia się wrażenie kiczu, jak z tym brzuszkiem i Heliosem chowającym się za chmurką. Fabularnie też najprościej jak można, bo czytelnik zna w zasadzie całą historię, gdy kończy czytać przedmowę. Popieram zarzut Drakainy co do tego, że zachowania bohaterów są niespójne z logiką świata przedstawionego, popieram zarzut BasemenKey o wymuszeniu emocjonalnym. I to chyba by było tyle.

Może doprecyzuję na koniec, że nie uważam tego tekstu za zły, raczej przeciętnie dobry, no i polityczny, prawdopodobnie w gorszym znaczeniu tego słowa. Nie uważam go na pewno za czołówkę forum (ani za lepszy niż inne Twoje nieopierzone teksty).

 Pozdrawiam

leniwy2daj link, proszę, do tej agitki w drugą stronę. Z chęcią bym ją przeczytała! I nie, nie po to, aby krytykować, przyjrzałbym się jej bardziej z literackiego punktu widzenia.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ślimaku,

teraz to ja mam poczucie, że Cię uraziłem tym „drobiazgowym czepianiem się”. Nie miał być to absolutnie przytyk do Ciebie, a raczej niefortunne podsumowanie wypowiedzi.

Jeżeli jesteś ciekaw interpretacji autorskiej to służę:

Po pierwsze nie było moim zamiarem, aby opinia przewodnika była podrasowana na potrzeby prokuratora. W świetle mojego doświadczenia przewodnik nie skłamał. Sam prokurator zaś, choć w opowiadaniu jest „tym złym”, to w mojej wizji nie jest typem, który dopuści się oszustwa, by wygrać sprawę. On jest uczciwy, jest profesjonalny, jest chorobliwie ambitny. Jest też zero-jedynkowy. Jego Biblią jest litera prawa, a on jest jej fanatykiem. Tylko to się dla niego liczy. Prowadzi krucjatę zgodnie z tym, w co wierzy. A wierzy w prawo i nie kwestionuje prawa, on je wypełnia, najlepiej jak potrafi i w zgodzie z nim. Można go posądzić o brak empatii, o zapalczywość, o bezduszność, ale nie o nieuczciwość.

Jest troszkę jak kat z opowiadania „Szósty kręg szyjny”. Jak lubisz fantasy, to zapraszam.

Wracając jeszcze do samego meritum i czasu przejścia tego odcinka.

Dane wyjściowe w opowiadaniu mówią o 8 km i 300m przewyższeń i pokonanie takiego odcinka zajęłoby w realu orientacyjnie:

35 min biegu na max dla elity biegowej męskiej

40 min biegu na max dla elity biegowej żeńskiej

60 min biegu lekkiego dla przeciętnej kobiety w średnim wieku biegającej regularnie 3 dni w tygodniu

1h 15min lekkiego marszobiegu lub forsownego marszu

1h 30min trekking bez odpoczynku

>2h tempem spacerowym lub trekking z odpoczynkami.

 

Oluta,

Tylko jedna uwaga – sędzina to żona sędziego, na kobietę – sędziego mówi się sędzia. :)

O widzisz, tego nie wiedziałem. To formułowanie sędzia zawsze mnie drażniło i wydawało się nienaturalne. Dzięki za komentarz.

 

MrBrightside,

masz wiele racji w tym co piszesz, bohaterowie bynajmniej nie są bez winy. Gdyby byli, wówczas byłoby to opowiadanie o opresyjnym wymiarze sprawiedliwości. Tu jednak idea była inna.

Z jednej strony przerysowanie służy podkreśleniu tych absurdów, ale z drugiej, nawet zakładając hegemonię konserwatywnych rządów w naszym kraju przez kolejną dekadę, to odniosłem wrażenie, że zabrnąłeś w tej penalizacji wszystkiego nieco za daleko.

Zbyt dalekie zabrnięcie w penalizacji jest tu podyktowane próbie sprostania wymaganiom gatunku dystopii, gdzie przerysowanie jest jedną z cech gatunku. Gdyby opowiadanie miało lżejszy wymiar, byłoby bardziej dramatem obyczajowym niż dystopią.

 

Darconie,

Pozwolę sobie na małą prywatę, ale to w stosunku do Ciebie, nie z każdym byłbym tak szczery. Pamiętam, że masz czterdzieści lat. I coś mi się zdaje, że nie masz dzieci. Wyraźnie bowiem widzę w Twoich tekstach fascynację kobietą/partnerką.

Lubię takie personalne wycieczki, więc chętnie odpowiem. Mam dwójkę dzieci i żonę, tradycyjna rodzina. Z pewnością mam dłuższy staż jako ojciec niż jako amator pisarstwa. Nie mylisz się jednak, że wolę pisać o kobietach niż o dzieciach. Fascynację kobietą łatwo mi sobie uzmysłowić, jest po części dyktowania biologicznie, atrakcyjna, wreszcie sam proces opisywania relacji w związku czy też aktów seksualnych zwyczajnie sprawia mi przyjemność. Czasem nawet myślę, że powinienem pisać romansidła, choć moja małżonka zwykle kręci nosem, twierdząc, że nie moje teksty są za mało puchate dla przeciętnej czytelniczki romansów, że nie unoszę happy endów, i że bohaterom brakuje głębi.

W przypadku relacji dziecko-rodzic jest to całkiem inny ciężar gatunkowy, inne rejestry, inne emocje, a sama sfera seksualna jest zablokowana, „no go”, tabu, po prostu. Jako ojciec dwóch córek to tabu jest u mnie dość silne, może kiedyś przyjdzie czas, by się z tym uporać na papierze, ale to już będzie zupełnie inne pisanie. Na razie nie czuję takiej potrzeby.

Skoro jesteśmy przy prywacie, a widzę, że ta strona psychologiczna mojej fascynacji cię żywo interesuje, to zdradzę Ci skąd ona się bierze.

Jestem z zawodu marynarzem, często mnie w domu nie ma przez kilka tygodni, mam więc dużo czasu, by zatęsknić za żoną i docenić ją. I po każdym rozstaniu zakochać się od nowa. Ona też to wie, też dba o to, aby było dobrze i chyba dlatego to się nam wciąż udaje. Życie nie daje nam wystarczająco dużo czasu, by się sobą znudzić.

 

Finklo,

Jeśli wyszli w góry tak na lekko, nie brali kurtek, to po co im zapasowe koszulki?

Planowali nocleg w schronisku, więc mieli strój na przebranie się na drugi dzień.

Alkohol. Też mi się wydaje dziwne, że po takim czasie, po niewielkiej ilości, w moczu można cokolwiek wykryć.

Przyznam się, że nie jestem ekspertem. Sprawdzałem, że metabolity alkoholu utrzymują się w moczu przez kilka dni, a nie jak we krwi przez kilka godzin. Ale ilościowo na ile to jest wykrywalne to nie znalazłem.

Będę na TAK, czyli. Bo nie mam wątpliwości, że tekst zostanie nominowany. Zawsze to jakaś metoda zwiększania potencjału czytelniczego. ;-)

Bardzo mi miło :)

 

Basement Key,

przyjmuję zarzuty. Szkoda, że odczytałeś je jako jednowymiarowe, bo życzyłbym sobie, by jednak takie nie było. Ale cóż, liczyłem się i z taką ewentualnością. Dzięki za odwiedziny.

 

Asylum,

pięknie dziękuję za nominację oraz za linki do artykułów. Aż mi teraz wstyd, że nie dotarłem do tych tekstów przed pisaniem.

Z literackiego pktu widzenia asylum (tej pożal się boże, zgłębiającej arkana) ma pewne wady, ale teraz nie będę o tym rozprawiała, ponieważ chcę się dopisać się do nominacji.

Śmiało, pisz. Nominacja przecież nie oznacza bezkrytycznego podejścia do tekstu, a ukrywanie wad nie sprawi, że znikną.

 

Drakaino,

takiego komentarza, nawet pełnego krytyki, nie sposób nie docenić. Dziękuję za poświęcony czas i bardzo dokładne opisanie wad tekstu.

W kwestii emocji to myślę, że jesteśmy skrajnie niekompatybilni. Moje teksty zwykle są dla Ciebie w tej mierze przesadzone, Twoje dla mnie na odwrót – zbyt w emocje ubogie, chłodne. Jedynie Kumari wydaje jawić się wyjątkiem, gdzie spotkaliśmy się na chwilę. Myślę jednak, że ten nasz brak kompatybilności to nic złego. Piszemy tak, jak lubimy, czujemy, i każdy znajdzie grupę docelową, która to doceni.

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem Twoje słowa, zwłaszcza te niuanse gatunkowe, bo to są rejony, w które się do tej pory nie zagłębiałem. Cobold również zasugerował, że więcej w tym publicystyki niż literatury.

bo dla trzymania się gatunku tu aż by się prosiło, żeby istniała jakaś policja ciążowa, jakiś monitoring tych kobiet, jakieś poczucie osaczenia.

Gdyby głównym celem było napisanie wzorcowej dystopii, to owszem, to co proponujesz na pewno by tekst do tego wzorca przybliżyło. Oddaliłoby nas jednocześnie od współczesności, świat stałby się bardziej futurystyczny, obcy, fikcyjny. Mój zamysł był jednak inny. Ten świat miał być możliwie do naszego podobny, na tyle by tylko jedna niewielka zmiana prawa nas od tej dystopii dzieliła. To był pomysł na grozę. Balansowanie na krawędzi realizmu.

Bo w zasadzie skąd czynniki instytucjonalne wiedzą, że doszło do poczęcia? Czy każda kobieta ma obowiązek stawiać się co miesiąc u ginekologa, żeby sprawdzić, czy nie jest w ciąży? W takim wypadku powinien zresztą istnieć potężny czarny rynek pigułek „dzień po”

Widzę to analogicznie do tego jak ma to miejsce w przypadku aktów urodzenia: kobieta rodzi -> lekarz wypisuje dokument poświadczający narodziny -> rodzic przedkłada ten dokument w urzędzie stanu cywilnego, deklarując swoje ojcostwo -> urzędnik sporządza akt urodzenia.

Nie mamy policji tropiącej nielegalne urodziny, a cały proces mieli maszyna biurokratyczna.

W świecie tu przedstawionym ten proces rozpoczyna się szybciej, w momencie gdy lekarz ginekolog stwierdza ciążę. Dalej jest analogicznie -> deklaracja ojcostwa -> urząd stanu cywilnego.

Nie potrzeba tu aparatu opresyjnego ze strony państwa. Wszak wszyscy żyją normalnie, jak dotychczas. Czarny rynek pigułek? Ukrywanie poczęć? Bardzo możliwe i pewnie naturalne zjawisko w takich okolicznościach, ale nie o tym traktuje ten tekst. Tu nie ma słowa o aborcji czy nawet antykoncepcji, bo nie tego typu dylematy moralne są jego istotą.

Autor odpuścił sobie kreację ciekawszej fabuły, ciekawszych bohaterów – co byłby w stanie bez trudu zrobić – wiedząc albo czując, że sam temat plus sprawność techniczna wystarczy, by opowiadanie odniosło spektakularny sukces.

Autor odpuścił kreację bardziej rozwiniętej fabuły z zupełnie innego powodu. Mam ostatnio jakiś kryzys twórczy, bardzo mało piszę albo wcale. Mam wrażenie, że pisanie dla pisania jest bez sensu. Warto tylko pisać wtedy, go ma się coś do powiedzenia. Ten tekst to pierwsza rzecz, którą napisałem chyba od trzech miesięcy. Pierwszy raz, przyszło mi do głowy coś, co uznałem za warte napisania. Nie mniej wewnętrzna potrzeba minimalizmu i oszczędności w słowach pozostała. Zabrakło tu takiego literackiego cynizmu, by pomysł wyeksploatować bardziej, rozwinąć. Ograniczyłem się tylko do samego meritum. Nie, Drakaino, wcale nie spodziewałem się spektakularnego sukcesu. Bardziej ostracyzmu za poruszanie tematyki zarezerwowanej dla polityków i ich propagandzistów. Co się częściowo potwierdza, patrząc choćby na komentarz Leniwego2.

Choć uczciwie przyznam, że po przeczytaniu ostatecznej wersji spodobało mi się to, co miałem przed sobą, i czułem satysfakcję z końcowego efektu.

“Ośmiokilometrowy odcinek (…) pokonała w niespełna godzinę” – tu panowie biegacze uważają, że to możliwe, ale nigdzie nie jest powiedziane, że bohaterka jest wyczynowcem.

Jej mąż zeznaje przed sądem, że jest wysportowana i wydolna kondycyjnie. Wyczynowcem być nie musi. Patrz odpowiedź dla Ślimaka. Ciąża w 5 miesiącu to dopiero ledwie zaokrąglony brzuszek, a hormony są naturalnym dopingiem. Owszem, jest to forsowne, ale nie niemożliwe.

5) Musieli mieć cholerne szczęście (które okazało się pechem), że z tą przepustką wstrzelili się w dni płodne, a w stresie im wszystko za pierwszym razem wyszło tak, że doszło do zapłodnienia.

Z własnego doświadczenia wiem, że to też jest możliwe.

 

Polemizujesz, czy jest to publicystyka, obyczajówka, czy dystopia. I słusznie, bo nie jest to jednoznaczne. Przyznam, że pisząc, miałem na uwadze głównie przekaz, a kwestia gatunkowa była drugorzędna. Miałem wątpliwości, czy NF to właściwie miejsce dla tego tekstu, ale definicja dystopii zdawała się tu pasować.

 

Kam,

Chrościsko w weirda nie bardzo potrafi. Dewon był jedyną próbą i po dziś dzień nie wiem, co o niej sądzić.

 

Leniwy2,

Rozumiem zarzuty. A czy mógłbym prosić Cię, byś wymienił konkretne elementy, które sprawiły, że odczytałeś tekst jako polityczny manifest? Nie piszę to, by kwestionować Twoją ocenę, ani Cię prowokować, a z ciekawości.

 

Na koniec jeszcze pytanie do wszystkich. Czy jest tutaj ktoś, dla kogo przedstawiony proces i jego konsekwencje wydały się sprawiedliwe? Podobne pytanie dla osób o poglądach pro-life, które takiego zapisu w konstytucji by chciały: czy przedstawiony system prawny jest dla Was do zaakceptowania? A jeżeli nie, to który element byście zmienili, by uniknąć patologii?

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Asylum, tamten tekst został skatiowany, ale nie masz czego żałować. (A niniejsze opowiadanie postaram się dziś wieczorem skomentować.)

Właśnie potwierdziłem swoją nominację, więc na pewno wrócę z uzasadnieniem ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Oddaliłoby nas jednocześnie od współczesności, świat stałby się bardziej futurystyczny, obcy, fikcyjny. Mój zamysł był jednak inny. Ten świat miał być możliwie do naszego podobny, na tyle by tylko jedna niewielka zmiana prawa nas od tej dystopii dzieliła. To był pomysł na grozę. Balansowanie na krawędzi realizmu.

Sęk w tym, że to jest realizm w różnych miejscach świata. Dlatego uważam, że w tym tekście nie ma fantastyki, a nawet nie jest on porządną dystopią. To obyczajówka, która powinna była trafić do czasopisma podobnego do tych, o których wspomniałam. Skądinąd byłoby to mocno prestiżowe. Oczywiście dokonałabym przed publikacją takiego fabularyzowanego felietonu drobnych zmian, ba, nawet może bym jeszcze mocniej fabułę uprościła.

 

Widzę to analogicznie do tego jak ma to miejsce w przypadku aktów urodzenia: kobieta rodzi -> lekarz wypisuje dokument poświadczający narodziny -> rodzic przedkłada ten dokument w urzędzie stanu cywilnego, deklarując swoje ojcostwo -> urzędnik sporządza akt urodzenia.

Ale taka analogia nie ma sensu. Narodziny są łatwo uchwytnym w czasie momentem czy procesem, który dość trudno ukryć przed otoczeniem, choć, jak wiemy, nie jest to niemożliwe. O moment “poczęcia” nawet lekarze się kłócą; o ile wiem, część naukowców uważa, że “poczęcie” jest terminem pozbawionym sensu, ale tu musieliby się wypowiedzieć specjaliści, więc wątku ciągnąć nie będę. Natomiast nie widzę wykonywalności nakazu rejestracji poczęć bez aparatu przymusu. Bo bez takowego i bez obowiązku meldowania się u ginekologa co miesiąc nie stwierdzisz, że kobieta jest we wczesnej ciąży, jeśli ona i mąż będą chcieli to ukryć. Ba, znam wiele przypadków, kiedy nawet w piątym miesiącu kobiety są tak szczupłe, że mało kto podejrzewa je o ciążę. Szef mojej Mamy podejrzewał ją, jak była w miesiącu piątym (ale po odmowie wspólnego wyjazdu na narty, a nie wyglądzie), a potem podejrzenia odwołał, bo pod swetrem zaokrąglenia widać nie było, czuła się świetnie i nic poza tym nie-wyjazdem nie wskazywało na ciążę. Ergo w tak opisanym przez Ciebie systemie kobiety po prostu powinny nie rejestrować ciąż i nie chodzić na badania, bo bez badań nikt im nic nie udowodni. Przez tysiąclecia kobiety obchodziły się bez USG, nawet dziś słyszymy o przypadkach, kiedy o ciąży otoczenie, a nawet zainteresowana dowiaduje się, kiedy rodzi, więc wieszczyłabym odwrót od nowoczesności pod tym względem, byle nie iść do więzienia. Plus ukrywanie ciąż i plagę mordowania po kryjomu noworodków. Plus plagę donosów i tak dalej.

 

Zabrakło tu takiego literackiego cynizmu, by pomysł wyeksploatować bardziej, rozwinąć]

Może szkoda. Bo imho to nie byłby cynizm, ale szacunek dla tematu i znakomitego pomysłu, który zasługuje na więcej niż potraktowanie go fabułą prostą jak budowa cepa i bohaterami bez właściwości. Jeśli cokolwiek by mi cynizmem zajeżdżało (ale to nie ja użyłam jako pierwsza tego słowa!), to wrzucenie publicystyki jako literatury, bo i tak się obroni ciężarem tematu ;)

 

Z własnego doświadczenia wiem, że to też jest możliwe.

Tak, ja też mam wśród znajomych przypadek zejścia się rozlecianego małżeństwa po imprezie sylwestrowej i ciąży z tego wynikłej (małżeństwo zresztą ostatecznie się i tak rozleciało), ale jakkolwiek to się oczywiście zdarza w życiu, w literaturze trąci to zanadto narrative device. W moralitecie, jakim mógłby być fabularyzowany felieton – proszę bardzo. W realistycznym opowiadaniu zbyt to wygodne dla autora.

 

W kwestii emocji to myślę, że jesteśmy skrajnie niekompatybilni. Moje teksty zwykle są dla Ciebie w tej mierze przesadzone

Ten akurat nie jest jakoś nadmiernie emocjonalny w warstwie narracyjnej. (A najbardziej z wszystkich Twoich tekstów lubię “Kumari”, która emocjonalnie jest wściekle rozbuchana, ale tam to jest element kreacji literackiej i pasuje). Chodzi mi o szantaż emocjonalny w takim sensie: nie będziesz krytykował tekstu, który mówi o sprawach ważnych, z którymi na dodatek się zgadzasz. I kiedy piszę pod wieloma tekstami, nie tylko Twoimi, że czuję się zakładniczką emocji w nich zawartych, niekoniecznie dotyczy to narracyjno-fabularno-stylistycznego “wysokiego C”, ale raczej właśnie tego, że autor podaje mi ważny temat w sposób, który nie odpowiada mi literacko, ale czuję dyskomfort, bo krytykuję od strony artystycznej coś, co mówi o sprawach ważnych. Na tej zasadzie z punktu widzenia wolności wypowiedzi broniłabym rzeczy dla mnie estetycznie nieatrakcyjnych, jak sztuka Kozyry czy wyklęta teatralna “Klątwa”. Niemniej gdybym miała z tego napisać recenzję oddającą moje wrażenia estetyczne, nie pozostawiłabym na tym suchej nitki ;)

 

PS. Podobnie jak ktoś z przedmówców też uważam, że jest coś nie do końca okej z sytuacją, kiedy manifest (nazwany wcześniej agitką) ze strony, z którą się większość portalowiczów (ze mną włącznie) nie zgadza, zostaje skatiowany z powodu krytyki, a takiż manifest ze strony, z którą się zgadzamy, jest fetowany. Literatura powinna być oceniana jako literatura. Nawet w pozytywistycznej noweli “z tezą” mamy utwory słabe, jak “Janko Muzykant” i znakomite, jak “Kamizelka”. Ergo każdą słuszną bądź niesłuszną ideę można ubrać w literacki kształt dobry, niedobry i przeciętny. W Twoim wyznaniu, że po raz pierwszy uznałeś, że masz coś ważnego do powiedzenia, pobrzmiewa właśnie taka manifestowość i odsunięcie warstwy artystycznej na drugi plan, jakby sam temat miał usprawiedliwiać niedostatki. To nigdy nie jest dobre dla sztuki.

http://altronapoleone.home.blog

Ergo w tak opisanym przez Ciebie systemie kobiety po prostu powinny nie rejestrować ciąż i nie chodzić na badania, bo bez badań nikt im nic nie udowodni.

I pokazywałoby to jedynie kolejną patologię powstałą na skutek zastosowania nowego prawa.

 

 Natomiast nie widzę wykonywalności nakazu rejestracji poczęć bez aparatu przymusu.

Ja widzę, poważny prorodzinny socjal już od momentu rejestracji poczęcia.

 

Podobnie jak ktoś z przedmówców też uważam, że jest coś nie do końca okej z sytuacją, kiedy manifest (nazwany wcześniej agitką) ze strony, z którą się większość portalowiczów (ze mną włącznie) nie zgadza, zostaje skatiowany z powodu krytyki, a takiż manifest ze strony, z którą się zgadzamy, jest fetowany.

O wspomnianej wcześniejszej “agitce” nie miałem pojęcia, więc trudno mi tu odnosić się do tego. Nie odpowiadam też za odbiór tekstu przez czytelników.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Ja widzę, poważny prorodzinny socjal już od momentu rejestracji poczęcia.

Ale nic o tym nie piszesz… Skoro tak kreujesz świat, to powinno to być zaznaczone. Choć ja tam jednak się obawiam, że to by mogło nie wystarczyć, w momencie kiedy kary za poronienie są tak wysokie, a jednak wczesne naturalne poronienie to sprawa dość częsta.

 

I pokazywałoby to jedynie kolejną patologię powstałą na skutek zastosowania nowego prawa.

Imho z punktu widzenia dystopii bardzo ciekawą…

 

O wspomnianej wcześniejszej “agitce” nie miałem pojęcia, więc trudno mi tu odnosić się do tego.

To już oczywiście nie był zarzut do tekstu czy autora, ale refleksja natury ogólnej.

http://altronapoleone.home.blog

Choć ja tam jednak się obawiam, że to by mogło nie wystarczyć, w momencie kiedy kary za poronienie są tak wysokie, a jednak wczesne naturalne poronienie to sprawa dość częsta.

Ale pisanie o karze “za poronienie” jest jednak generalizacją. Kara tu nie jest za jakiekolwiek poronienie, a jedynie za takie, które podpada pod nieumyślne spowodowanie śmierci.

 

Ciekawostka. We współczesnym kodeksie karnym jest też osobny paragraf za “dzieciobójstwo”, czyli spowodowanie śmierci dziecka przez matkę w trakcie porodu. Grozi za to do 5 lat.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nie, wyraz”sędzina” oznacza zarówno kobietę-sędzię, jak i żonę sędziego. Prawdą jest, że jest teraz rzadko stosowany, ale funkcjonował, i to już za czasów słusznie minionych. 

“Doktorowa” zaś to niewątpliwie żona doktora, podobnie jak rejentowa. Ale wyraz “rejent” wyszedł był już z użycia. 

To tak gwoli językoowej ścisłości. Link → http://doroszewski.pwn.pl/haslo/s%C4%99dzina/

Mr. Marasie, bardzo trafna decyzja.

Pozdrówka.

Hej, Chrościu. Myślałem, że mnie objedziesz, że wtykam nos i takie tam.

Skoro jesteśmy przy prywacie, a widzę, że ta strona psychologiczna mojej fascynacji cię żywo interesuje,

Ale to już się chyba przekonałeś, że interesuje mnie przede wszystkim drugi człowiek. ;) Tak jak i w literaturze.

Jestem z zawodu marynarzem, często mnie w domu nie ma przez kilka tygodni, mam więc dużo czasu, by zatęsknić za żoną i docenić ją. I po każdym rozstaniu zakochać się od nowa.

To też wiele wyjaśnia. :) I moje przypuszczenia nie były takie błędne. Musisz przyznać, że masz tu wizerunek górala, który zna góry od podszewki i jeszcze biega w ultramaratonach. Więc pierwsza myśl, jaka ci przychodzi do głowy, myśląc o zawodzie, to na pewno nie jest marynarz. :)

W przypadku relacji dziecko-rodzic jest to całkiem inny ciężar gatunkowy, inne rejestry, inne emocje, a sama sfera seksualna jest zablokowana, „no go”, tabu, po prostu. Jako ojciec dwóch córek to tabu jest u mnie dość silne, może kiedyś przyjdzie czas, by się z tym uporać na papierze, ale to już będzie zupełnie inne pisanie.

Rozumiem. Sam pracuję głównie z mężczyznami, a jest ich sporo. I jeśli chodzi o dzieci, to spotkałem się ze wszelkimi konfiguracjami. Od braku, poprzez jedno, dwa, czy nawet ósemkę. To, co zwróciło moją uwagę, to fakt pewnych trudności, nazwijmy to, komunikacyjnych, w przypadku (tylko i aż) dwóch córek. Praktycznie każdy z tych kolegów skarżył się na rozmijające się wspólne wcześniej drogi, najczęściej gdzieś od wieku dojrzewania. Tam gdzie spotkałem się z mieszanym rodzeństwem to nie było/jest tak wyraźne.

Chciałem się tu jeszcze porozwodzić na temat rodzicielstwa, ale w końcu to nie opowiadanie o tym, więc przystopuję na powyższym.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ale pisanie o karze “za poronienie” jest jednak generalizacją. Kara tu nie jest za jakiekolwiek poronienie, a jedynie za takie, które podpada pod nieumyślne spowodowanie śmierci.

Przy tak sformułowanym prawie i tak zaciętym prokuratorze (czy prokuratorii, bo chodzi mi o urząd, nie konkretnego człowieka), każda kobieta będzie się bała, że cokolwiek zrobiła, może pod to podpaść.

http://altronapoleone.home.blog

Popieram Drakainę. Zawsze pozostają wątpliwości. Żadna normalna kobieta w ciąży nie chce uszkodzić płodu, ale to mogą być drobne decyzje – przynieść ze sklepu ciężkie zakupy, czy zrezygnować z tego, na co akurat ma ochotę? Czekać na windę, która właśnie uciekła na samą górę, i ryzykować stresujące spóźnienie czy iść śliskimi schodami? Przyjąć od znajomego śmierdzącą papierosami kurtkę czy marznąć? Jeśli ktoś uprze, to udowodni, że każda z tych decyzji była szkodliwa…

Babska logika rządzi!

Czyli kolejny paradoks. Zmieniamy prawo, by chronić dzieci, a skutek wychodzi taki, że w efekcie nie ma kogo chronić.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Ustawodawstwo jest pełne takich paradoksów. Życie w sumie też. Taka na przykład samotna matka jest bardzo starannie chroniona. Skutek jest taki, że nikt jej nie chce wynająć mieszkania i musi przepłacać…

Babska logika rządzi!

Hej, Chrościsko.

Jest tutaj mnóóóóstwo komentarzy, więc oczywiście się powtórzę, ale nie chciałabym pozostawiać przeczytanego tekstu bez komentarza.

Jest ciężko. W taki dobry, gustowny sposób, bo klimat wypływa z przedstawionej sytuacji bardzo bliskiej naszej przyszłości. Nie leje się deszcz, nie ma mgły ani specjalnego ukazywania świata jako ten straszny i okropny – jasne, robisz to, ale co innego jest oddawać rzeczywistość w jak najgorszym świetle, a co innego przedstawiać bardzo możliwą przyszłość. To pierwsze dołuje i sprawia, że odechciewa się żyć. To drugie sprawia, że chce się walczyć o lepsze jutro.

Dlatego właśnie opowiadanie niesamowicie mi się podoba, choć wole “weselsze” teksty. Zrobiłeś fantastyczną robotę.

Obyczajowość zawsze na plus jeśli dobrze się czyta.

Mój jedyny zarzut, który właśnie mi przyszedł do głowy (zaczęłam myśleć, czy jest coś złego) to może pokusiłabym się o trochę głębsze opisanie emocji bohaterów? Bo emocjonalność w twoim tekście wynika raczej z samej sytuacji. A i jeszcze początek mnie zupełnie nie zachęcił, ale po przeczytaniu całości jest jak najbardziej na miejscu i wręcz piękny. Tylko najpierw trzeba tę całość przeczytać ;)

 

Powodzenia w dalszym pisaniu. Ja za to długo będę wracać tutaj myślami.  

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

“Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. To bardzo pasuje do punktu wyjścia tego opowiadania…

http://altronapoleone.home.blog

Podobnie jak niektórzy żałuję, że opowiadanie pojawiło się właśnie tutaj, na portalu, a nie gdzieś, gdzie miałoby szansę na większe zasięgi. Trudno jednak, cieszmy się tym, co mamy.

Choć bardzo obawiałam się tego po początkowych akapitach, w moim odczuciu tekst nie jest mocny – w takim sensie, że nie “wali” po głowie (jak, dla przykładu, Rok 1984). Jest subtelny, smutny, spokojny. To, moim zdaniem, jego zaleta. Brutalne obrazki mają to do siebie, że im ich więcej, tym mniejsza siła oddziaływania, bo czytelnik się przyzwyczaja. Po komentarzach widziałam, że część osób odebrała tekst mimo wszystko jako drastyczny. Chyba ostatnio czytam za dużo okropnych rzeczy, jednak jak dla mnie tutaj, co prawda, nie jest wesoło, ale mogło być dużo gorzej (polecam zapoznać się z linkami od Asylum, a już na pewno tym pierwszym! Obowiązkowo!). W końcu bohaterowie mogli mieć już jedno dziecko pod opieką… Wtedy dopiero zrobiłoby się tragicznie, a takie historie się, niestety, zdarzają w rzeczywistości, choć – jeszcze? – nie u nas.

Bohaterowie to zwykli ludzie ze zwykłymi, ludzkimi słabościami, których jedyną winą jest to, że mieli pecha. Podobnie jak Finkla, nie demonizowałabym tamtej pomarańczy. Zasadniczo dziwi mnie deklarowanie niechęci do postaci tylko z tytułu tego, że popełnią jakiś błąd, zamiast być chodzącymi ideałami, którym nie można nic zarzucić.

Napisane więcej niż dobrze. Długości tekstu się nie odczuwa, czyta się lekko, chciałoby się powiedzieć: przyjemnie, ale w tym wypadku, niestety, nie można. Wizja zbyt przytłaczająca i zbyt bliska. A to i tak w wersji light.

Padł zarzut, że agitka polityczna. Padły argumenty, że inny tekst został skrytykowany, a ten dostaje nominacje. Powiem (napiszę) tak: pisarz to ktoś, kto musi charakteryzować się trafnym wyciąganiem wniosków z rzeczywistości, celnym przewidywaniem zachowań, mieć też w sobie pewną empatię, rozumieć konsekwencje pewnych zdarzeń. Tutaj to jest. Opowiadanie pokazuje wyłącznie skutki ingerowania prawa w życie osobiste jednostki, konkretnie w przebieg ciąży. Jaki inaczej miałoby to wyglądać, żeby nie być “agitką”? A tamten tekścik, o którym wspomniano – no niestety, charakteryzował się płytkością przemyśleń i bardzo naiwną interpretacją otaczającego świata.

Za dwa dni zajrzę do wątku z nominacjami.

 

EDIT: drakaina przede mną wspomniała o paragrafie na każdego człowieka – bardzo trafnie, bo na pewnym etapie pisania tego komentarza również wspominałam ten cytat.

silva – mnie np. bohaterka denerwowała nie dlatego, że je tę pomarańczę, ale że jest tak niefrasobliwa we wszystkim co robi w tej ciąży, jakby w jej świecie nie było machiny prokuratorsko-sądowniczej. Ale o tym pięknie napisała Drakaina. Nie chodzi tu o ludzkie słabości do końca, tylko o to, że sama się podkłada co i rusz. Ja bym tu chciała trochę bardziej coś jak M. Atwood – za wszystko można stracić głowę, a Oczy zawsze patrzą. Mimo to opowiadanie mi się podobało, rzeczywiście można by je podesłać do redakcji Wysokich Obcasów, a nuż…? 

Chrościsko, zaczynam podziwiać Twoje tytaniczne starania, aby odpowiedzieć każdemu zainteresowanemu czytelnikowi. Opisana przez Ciebie sprawa sądowa kojarzyła mi się z czymś jeszcze i właśnie sobie przypomniałem, z czym: http://www.wycinki.olejow.pl/?p=9761. Opisany tam proces jest w pewnym sensie podobny: uderza kontrast pomiędzy sumiennym, nowoczesnym podejściem trybunału apelacyjnego a archaicznym kodeksem, z jakiego jest obowiązany korzystać. Zdumiewa z kolei, że zagrożenie homoseksualizmu wyższą karą niż kazirodztwa – które w dowolnym spójnym systemie etycznym jawi się jako zupełne pomieszanie pojęć i wartości – nasi przodkowie przed 140 laty przyjmowali, jak widać, bez zastrzeżeń.

Co do sportretowanego przez Ciebie prokuratora, nie miałem większych zastrzeżeń – sumiennie wykonywał swoje obowiązki. Podobnie kata z “Szóstego kręgu”, który już jakiś czas temu przeczytałem z zainteresowaniem, przyjąłem nawet jako postać pozytywną; zrobiło na mnie bardzo korzystne wrażenie, że nie uznawał się kompetentnym, aby korzystać ze swojego tradycyjnego prawa. Natomiast biegły… nie, jeżeli nawet można bronić formalnej prawdziwości jego słów, bez dwóch zdań powinien był sformułować je tak, aby bardzo silnie podkreślić relatywizm prędkości w górach, istnienie (choćby wąskiej) grupy ludzi zdolnych do dwukrotnego cięcia czasów szlakowych bez mierzalnego wysiłku. Góry to przede wszystkim wolność, a on bezpośrednio i z rozmysłem ugodził w wolność górołażenia innego górołaza. To jest imperatyw. Gdybyśmy byli znajomymi górskimi i on także był naszym znajomym, uszanowałbym to, że wciąż utrzymujesz z nim kontakt, ale dla mnie stałby się trupem.

Skoro już włożyłeś wysiłek w stworzenie takiej ładnej tabelki z czasami, czuję się poniekąd zobowiązany, aby odpowiedzieć swoją prywatną tabelką. 8 km, 300 m przewyższeń, mój czas w realu:

zapewne <50 min, jeżeli pobiegłbym aż do skrajnego wycieńczenia (nie próbowałem);

1 h 5-10 min średnio forsownego marszu (naturalne tempo dla kilkugodzinnej wycieczki na lekko);

1 h 20 min swobodnego marszu (naturalne tempo dla całodniowej wycieczki na lekko);

1 h 30-45 min oszczędnego marszu (naturalne tempo dla wielodniowej wycieczki na ciężko).

To moje amatorskie możliwości, chyba nie ma na co narzekać, ale nie wątpię, że profesjonalny skyrunner będzie te czasy postrzegał jako… cóż, ślimacze. Z pewnością zdarzają się też bardziej utalentowani ode mnie amatorzy, a nawet amatorki.

Ogólnie, po namyśle dochodzę do wniosku, że dobry adwokat miałby duże szanse wyciągnąć dziewczynę z tego ambarasu. Spożycie tak niewielkiej ilości alkoholu, jakkolwiek naganne by nie było, najprawdopodobniej okazałoby się klinicznie niewykrywalne, a już na pewno nieodróżnialne od możliwych zakłóceń tła (przejrzały owoc, naturalna produkcja organizmu). Co do (umiarkowanego) wysiłku w górach oraz stosunków płciowych, powstrzymywanie się od takich czynności miałoby sens w kontekście ciąży zagrożonej przez odklejanie się łożyska, ale CMV? Przez litość, co ma piernik do wiatraka? Oczywiście, lekarka prowadząca ciążę mogłaby to zalecić, ale następnie dałoby się wykazać, że zalecenie było bezpodstawne w świetle obowiązujących standardów ginekologicznych. Rzecz prosta, w żaden sposób nie osłabia to wymowy opowiadania – nie każdy może sobie pozwolić na adwokata…

Nowelizacja artykułu 31. w zaproponowanym przez Ciebie brzmieniu mogłaby okazać się brzemienna w konsekwencje – łatwo dałoby się dowodzić, że conditio sine qua non wolności narodzonego już dziecka stanowi swobodny kontakt z obojgiem rodziców i to dłużej niż do trzeciego roku życia. Oczywiście, nie takie buble prawne już u nas widywano. Co się natomiast tyczy wysuniętych przez Drakainę powyżej zastrzeżeń, osobiście znam znakomitą panią doktor medycyny, która własną zagrożoną ciążę przeleżała jednak w domowym łóżku. Ona wprawdzie znajdowała się pod prywatną opieką innego świetnego lekarza.

Odnośnie pozostałych zastrzeżeń szczegółowych z tamtego wątku, wypada chyba się zgodzić, ale nie wydaje mi się, aby wpływały one zbyt ujemnie na wartość całego tekstu. Nie przejmowałbym się natomiast przesadnie uwagami o treści, którą można sprowadzić do słów “to tępa agitka”. W żadnym razie nie napisałeś tępej agitki – napisałeś opowiadanie, które w miarę wiarygodnie (z dokładnością do wadliwych szczegółów) oddaje prawdopodobne konsekwencje teoretycznie możliwej zmiany prawa, nie opowiadając się jednoznacznie po żadnej ze stron, nie wartościując. Jeżeli czytelnik w przewadze czuje się postawiony po stronie narratora i Agi, zmuszony do współczucia im, jest to oczywiście efekt punktu prowadzenia narracji – ależ narracja z perspektywy rozpaczliwie trzymającego się życia pięciomiesięcznego płodu byłaby dopiero ekwilibrystyką! Owszem, podobnie jak Ty byłbym ciekaw, czy znajdzie się odbiorca, który uzna sankcje dotykające bohaterów za zasłużone, choć chyba nie na tym portalu należałoby go szukać, jeżeli w ogóle. Nie wierzę natomiast w możliwość zmodyfikowania omawianego systemu tak, aby uniknąć patologii. Z dystopią nie można się układać. Jeżeli podasz dystopii mały palec, to wciągnie Cię całego i siorbnie z zadowoleniem.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

No dobra, przychodzę dodać łyżkę dziekciu do tej baryłki miodu.

Zacznę od bohaterów i samej historii. Nie polubiłam ich, wręcz przeciwnie, wydają mi się nieodpowiedzialnymi egoistami. Nie da się ich zachowania wyjaśnić młodym wiekiem, bo:

a potem śmiejemy się oboje. Tak samo jak dawniej, w młodości, tylko teraz jakby głębiej, dojrzalej, z większą świadomością ulotności chwili.

 Moje dwie koleżanki były w zagrożonej ciąży i wiem, jak na siebie chuchały i jak bardzo uważały. Nie wyobrażam sobie, żeby któraś z nich wybrała się na taki spacer, nie wyobrażam sobie żeby zdecydowały się znaleźć na zadupiu, gdzie nie ma gdzie się schronić przed deszczem, a w razie W karetka ma minimalne szanse dojazdu.

Jeszcze mnie podoba mi się facet. Decyduje się zeznawać i przerywa w momencie pytań o alkohol i seks, czym właściwie tylko potwierdził podejrzenia. Nie próbuje bronić Agi, wziąć na siebie części winy. A w sumie sam ją do tego łyka alkoholu zachęcał. Tu zresztą pojawia mi się jeszcze coś mroczniejszego, ale o tym później.

Co właściwie bohater robił przez te cztery miesięce, które Aga spędziła za kratami? Szukał jakiejś możliwości wyjścia z sytuacji? Nie, nie robił nic. W końcu, w którymś momencie dostałaby przepustkę, więc dlaczego nie szukał możliwości wywiezienia jej za granicę i szukania azylu w jakimś bardziej liberalnym kraju? Oczywiście, można się domyślać, że w przypadku wprowadzenia takiego prawa, Polska musiałaby zamknąć granicę i odebrać paszporty wszystkim kobietom w wieku prokreacyjnym, ale zawsze istnieje jakaś opozycja, ludzie uciekali z PRL-u, uciekają z innych krajów i jakoś im się udaje. Tymczasem on nie robi nic, nie szuka możliwości, nie sonduje, jest kompletnie bierny. A kiedy Aga wychodzi na przepustę, robi najgłupszą rzecz, ryzykuje także jej życiem.

Właściwie to cały czas się zastanawiałam, dlaczego on nie siedzi na ławie oskarżonych, razem z żoną, oskarżony o współudział. Pal diabli picie, mógł się nie przyznać, ale do seksu trzeba dwojga. Wiedział, że żona jest w ciąży. Uznał ojcostwo w akcie poczęcia, więc nie mógł nie wiedzieć. I badania DNA łatwo by dowiodły, z kim miała stosunek. Możliwe, że chciałeś tutaj pokazać sposób, w jaki sposób ta władza postrzega kobiety, jako istoty niższe, sprawczynie całego zła na ziemi, taki średniowieczno-biblijny wizerunek. Ale nie znalazłam w tekście żadnego takiego momentu, który by mnie do tego przekonał, żadnego mrugnięcia okiem do czytelnika. Przeciwnie, jej samotność na ławie oskarżonych jest Ci zwyczajnie potrzebna do przeciągnięcia fabuły. Nawet zakończenie nie wybrzmiewa w ten sposób. Prokuratora pokazujesz jako młodego, ambitnego, który od dwóch lat nie przegrał żadnej sprawy, a po porażce patrzy na bohatera morderczym wzrokiem. Czyli nie ma tutaj zemsty systemu, za stanięcie po stronie kobiety, a raczej prywatna vendetta młodego wilczka.

Nie kupuję bohaterów, ich zachowania. Nie zasłużyli na to, co ich spotkało, ale ich historii nie kupuję.

 

Jest jeszcze druga stron medalu. Tego opka nie da się czytać w oderwaniu od aktualnych wydarzeń w Polsce. Mam wrażenie, że to Twoja odpowiedź na wyrok Trybunału Konstytucyjnego. I tu mam jeszcze więcej wątpliwości. Przeczytałam cytat ze znowelizowanej Konstytucji i pierwszą moją myślą było: jakim cudem?

Obecna władza jest arogancka, przekonana o własnej wyższości moralnej ze wszystkimi tego skutkami dla obywateli, gardzi ludźmi. Zgarnia tyle władzy, ile się da, nagina prawo do granic możliwości. To jednak nie zmienia faktu, że to nie są jacyś obcy, którzy spadli z nieba, albo jacyś oni przysłani zza wschodniej granicy. To nie ta bajka. To są ludzie, których Polacy wybrali w wolnych i demokratycznych wyborach i w taki sam sposób mogą ich władzy pozbawić.

Tymczasem Ty chcesz mnie przekonać, że po tym wszystkim, co się w Polsce w tym roku zdarzyło, ta ekipa wygra wybory? Zresztą nie tylko to. Zmiana konstytucji nie jest taka prosta. Potrzebne jest 2/3 głosów w obecności minimum połowy posłów, następnie w Senacie potrzebna jest bezwzględna większość i znowu głosować musi minimum połowa senatorów. To daje 307 posłów przy pełnej frekwencji i 51 senatorów (przy pełnej frekwencji). Na dodatek, ponieważ zmiana dotyczy rozdziału II Konstytucji, wystarczy, że zbierze się 92 posłów, którzy wystąpią do marszałka z wnioskiem o referendum w sprawie zmian i takie referendum musi się wówczas odbyć.

Więc jakim cudem im się to udało? Zamach zrobili? Władzę przejęli? Opozycję internowali, a posłów zamknęli w więzieniu? Zafundowali nam jakieś połączenie przewrotu majowego ze stanem wojennym? W jaki sposób doszło do tego, że nagle znaleźliśmy się w dystopii?

 

Czytałam Twoje opko i cały czas miałam skojarzenia z opowiadaniem Dicka Przedludzie, bo mimo że oba teksty stoją na przeciwnych ideologicznych biegunach tego samego problemu, łączy je zadziwiająco wiele.

 

Po pierwsze: opowiadanie Dicka powstało w reakcji na wyrok Sądu Najwyższego w sprawie Roe vs Wade, które dało Amerykankom szerszy dostęp do aborcji. Twoje opko jest odpowiedzią na werdykt Trybunału Konstytucyjnego, który to prawo ogranicza. Oba są mocną, emocjonalną reakcją. Obaj nie tylko płyniecie na fali emocji, ale je podkręcacie.

 

Po drugie: w obu opkach rozwiązania prawne zostają doprowadzone do takiego absurdu, że właściwie nie ma już pola do dyskusji. U Dicka władza uznaje, że człowiek nabywa duszę wówczas, gdy jest w stanie pojąć artmetykę i określa ten wiek na 12 lat. Przed 12 rokiem życia mamy do czynienia z Przedludźmi, którzy nie mają ochrony prawnej i podlegają aborcji (czytaj: można ich zabić).

U Ciebie ochrona życia zaczyna się już od poczęcia, nienarodzonym dzieciom jest wystawiany Akt poczęcia, a kobiety, które poroniły, traktowane są jak pospolici przestępcy i muszą się liczyć z wyrokiem pozbawienia wolności, jeśli tylko sąd uzna, że nie były dostatecznie ostrożne.

Oczywiście dysproporcja jest tutaj widoczna, ale powiedzmy sobie szczerze przeciwnicy aborcji mają po prostu łatwiej. Słowa o bezbronnych dzieciach w brzuszkach mam, które są zabijane w bezwzględny sposób przez owe mamy zawsze będą robiły większe wrażenie. Niemniej jednak co do zasady podobieństwo jest.

 

Po trzecie: w obu opkach ludziom dzieje się krzywda. U Dicka chodzi o zabijane dzieci, u Ciebie o kobiety, które prosto ze szpitala, po traumie jaką jest poronienie, trafiają za kraty.

 

Po czwarte: w obu opkach mamy do czynienia z pełną marazmu akceptacją status quo. U Dicka co prawda jest Ian Best, który marzy o tym, aby wziąć syna i uciec do Kanady, ale na marzeniach się kończy. Zresztą marzy zazwyczaj po kilku głębszych. Jest też Ed Gantro, który wsiada do ciężarówki aborcyjnej razem ze swoim synem, twierdząc, że stracił duszę. Jego protest kończy się raczej satyrycznie; stacje telewizyjne mają zabawny materiał, ludzie ze schroniska, do którego ich przywieziono pewnie stracą pracę. Fakt, udało mu się ocalić syna i dwójkę innych chłopców, ale na całokształt sytuacji nie ma to praktycznie żadnego wpływu

U Ciebie nie ma nawet tego. Opisujesz historię dwójki ludzi w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. Tak głębokim, że facet nawet nie szuka innej pomocy, poza adwokatem. Właściwie poza nimi dwoma i prawnikami, nikogo więcej w tym opku nie ma. Nikt nic nie próbuje zmieniać, o nic walczyć.

Wrażenie marazmu w obu przypadkach pogłębia skąpe przedstawienie świata. W obu opkach czytelnik dostaje jedynie wąski wycinek rzeczywistości. Nie wie, czy ktoś przeciwko tym sytuacjom protestuje, czy jest jakaś opozycja, jak wygląda życie w tych dystopiach poza kwestiami aborcji, czy ochrony życia poczętego.

 

Po piąte: autorzy nie wyjaśniają, jak doszło do tego, że demokratycznie wybrana władza ustanowiła tak restrykcyjne prawo, które jednocześnie wydaje się nie do obalenia. A skoro niczego nie można zmienić, to właściwie nie ma już demokratycznej władzy i nie wiadomo, co, u licha, się z nią stało.

Ty ograniczasz się po prostu do cytatów ze znowelizowanej konstytucji. U Dicka matka tłumaczy synowi, że to Kongres (czyli demokratycznie wybrane gremium) uchwalił taką ustawę i właściwie niewiele więcej się dowiadujemy. Dick co prawda mętnie wspomina o przeludnieniu i bilionach ludzi na świecie, ale biorąc pod uwagę, że rzecz dzieje się na typowym amerykańskim przedmieściu z domkami, trudno to traktować poważnie. Tym bardziej, że prawo dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych.

Jednocześnie w obu przypadkach czytelnik ma wrażenie, że jest tu opozycja – ta niedobra władza kontra ci biedni ludzie, którzy niczego zrobić nie mogą.

 

Właściwie oba opowiadania różnią się tylko subtelnością przedstawienia swoich racji. Ty starasz się, żeby historia mówiła za Ciebie. Dick się w takie subtelności nie bawi. Wkłada w usta swoich bohaterów teksty, których nie powstydziliby się najbardziej zagorzali przeciwnicy aborcji.

Niemniej jednak uważam, że oba opowiadania są w istocie tekstami propagandowymi. Taka oddolna propaganda. Rozumiem przez to emocjonalny tekst, powstały w określonej sytuacji społeczno-politycznej, mający wzbudzić w czytelniku określone uczucia, a tym samym skłonić do zajęcia określonego stanowiska. A najbardziej irytujące w tego typu tekstach jest to, że jeśli ktoś wyrazi się o nich krytycznie, ryzykuje, że zostaną mu nijako z automatu przypisane określone poglądy, które niekoniecznie wyznaje. I stąd też taka, a nie inna forma komentarza.

W moim odczuciu dobra literatura potrzebuje dystansu, także literatura zaangażowana. Ba, zwłaszcza literatura zaangażowana. Tu natomiast nie widzę dystansu, nie widzę refleksji, widzę za to gorącą głowę. Sorry, ale NIE.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ok, jest nominacja, a w kontekście bieżących wydarzeń głosowanie może wyglądać niemal jak deklaracja polityczna. Może, ale mam nadzieję nie wygląda, bo nie powinno być.

Temat jest ważny, przekaz mądry, a opowiadanie wyważone, tu nie ma dwóch zdań.

Wszystkimi kończynami podpisuję się pod tym, że opowiadanie powinno dotrzeć do wielu osób i szkoda, ze wylądowało w wąskim gronie, a nie w szerszym – ale o tym napiszę jeszcze dalej.

Osobną sprawą jest jednak to, że piórka są wyróżnieniem za tekst. Przekaz jest jego częścią, ale nie jedynym wyznacznikiem. Stąd o ile z przekazem się zgadzam, to mam wątpliwości co do piórka.

Za to broniłbym tekstu przed częścią zarzutów, które się pojawiły.

Bo tak:

Czy jest stronniczy? Wbrew pozorom nie. No bo ten tekst w zasadzie nie odnosi się do oceny aktualnych wydarzeń i wiadomego wyroku. Tekst skupia się na pewnych pomysłach prawnych (istniejących, w 2016 był projekt ustawy z takim zapisem) i ich możliwych konsekwencjach. Konsekwencjach, które mogą się okazać przerażające dla obu stron dyskusji (dla jednych z założenia, dla drugich na zasadzie „efektów ubocznych”) i trzeba o nich krzyczeć, krzyczeć głośno, bo te konsekwencje nie są sprawą „polityczną”, są na zupełnie innym poziomie i mogą dotknąć wszystkich, bez względu na stronę światopoglądową.

Z drugiej strony jak przeglądnąłem komentarze, nie zauważyłem, żeby ktoś wspomniał o pewnym bardzo ważnym wątku tego tekstu. Może przegapiłem? W każdym razie o ile były już głosy o skutkach, były głosy o niefrasobliwości matki, to nie zauważyłem żeby ktoś zwracał uwagę na niefrasobliwość ojca. A przecież tu gdzieś między wierszami widać trochę efektu uległości, a trochę tez tego, że sam bohater faktycznie czuje swoją winę. W sumie znamienne (i bardzo smutne) jak łatwo pozostać przy krytykowaniu kobiety, jednocześnie pomijając, że nawet jeśli ona się forsowała, to on inicjował zachowania sprzeczne z zaleceniami lekarskimi.

(EDIT: widzę, ze trzy minuty wcześniej pojawił się komentarz Irki poruszający ten wątek)

I w sumie nawet nie wiadomo co zrobić, żeby czytelnicy bardziej zauważali ten element, a jednocześnie nie uczynić tego wątku topornym i “agitkowym”, ani żeby nie stał się dominujący względem reszty poruszanych tematów.

Była wzmianka o publicystyce… Nie widzę nic złego w tym, żeby literatura nawiązywała do problemów, też bieżących. Problem byłby wtedy, gdyby to było toporne. Ale nie jest. I tak naprawdę jeśli nie liczyć postaci prokuratora (pomińmy dyskusję, czy realnej, imho tak, ktoś inny może powiedzieć, że nie), to tekst jest bardzo wyważony, nie odnoszący się do idei, jak już pisałem wcześniej, odnosi się jedynie do skutków.

Dalej będę bronić wiarygodności tego, czy w ciąży niektóre kobiety zachowują się ryzykownie. Cóż, nie żyjemy w świecie idealnym. Oprócz kobiet rozsądnych są też te niefrasobliwe. Albo te uległe jak w tekście. Albo np. takie, które są w stanie sięgać po papierosy.

Co do biegania w czasie ciąży… Przy bieganiu w górach pewnie by wyszedł wspomniany problem z miednicą, ale tez z np. stawami (większy ciężar ciała na nierównym gruncie), Pewnie musiałby się wypowiedzieć lekarz. Czysto anegdotycznie: znam biegaczki, które w czasie ciąży stosowały umiarkowane treningi, ale właśnie, krótkie, lekkie i na terenie płaskim. Osobna sprawa, ze to nie tylko wpływ na dziecko, ale też na ciało kobiety (mięśnie dna miednicy).

Swoją drogą może 2025 jest rokiem przesadzonym, ale wizja już nie. Ludzie przywykają do wszystkiego, przepisy na początku stosowane łagodniej, z czasem mogą być stosowane ostrzej. Tym bardziej do ostrzeżenia…

Powyżej padły sugestie, ze szkoda, ze tekst nie został opublikowany gdzie indziej. Zgadzam się z tym. Nie tylko dlatego, że tekst nie jest „fantastyczny”. Kwestia zasięgu i dyskusji. Padły sugestie „Wysokich Obcasów”. Pytanie czy tam nie są głównie ludzie przekonani? Była też sugestia „portalu na O”. Nie wiem czy chodziło o Onet (wątpię, by tam przeszło) czy Ofemini (tu już prędzej, choć grupa bardzo “profilowana”). Może warto pomyśleć o Noizz? Tam i zasięg jest i redakcja przyjazna na takie tematy, ale jednocześnie odbiorcy mimo skrętu w kierunku liberalnym, nadal dość różni, żeby opowiadanie dało paru odbiorcom do myślenia? W sumie pomimo publikacji tu pomyśl o „Wysokich Obcasach” i Noizzie. A jeśli nie zdecydujesz się, to dla odmiany pomyśl o podrzuceniu linka paru większym profilom lifestylowym.

Pod kątem nominacji niestety brakuje mi w tym tekście i „wow” i zapamiętywalności i nawet fantastyki, choć jednocześnie trzymam kciuki za maksymalny możliwy zasięg i mocno zachęcam do prób przebicia się z tekstem w miejsca zasięgowe. W tym konkretnym przypadku pewnie jest szansa pomimo publikacji tu.

Bo tekst jest ważny i już.

Bo ma więcej wątków, niż padło w komentarzach.(Oprócz wspomnianej już pominiętej roli bohatera, można np. wspomnieć o tym, jak marnie system podchodzi do wątku depresji (gdzieś powyżej padło czy zostałoby to zbagatelizowane… no więc to naprawdę jest traktowane „różnie”). A takich elementów jest w tym tekście jeszcze kilka.

 

Pół dnia myślałam nad sensownym komentarzem, ale lepiej niż Wilk tego nie wyrażę, także tylko się podpiszę pod powyższą opinią i od siebie dodam krótko: dobrze, że to napisałeś Chrościsko. 

Pytanie pada, czy faktycznie to jest miejsce dla tego tekstu oraz czy czas jest odpowiedni (chociaż wiadomo, że nieprzypadkowy). Kiedy ciężko oddzielić temat od emocji, to może szybko dojść do dostrzegania w nim agitacji (dla mnie to nie jest agitka, tu popieram też słowa Silvy), a szkoda żeby tak ważny temat padł pod ciosem upolitycznienia. Pytanie czy byłby tak samo postrzegany, gdybyś go napisał w, dajmy na to, sierpniu? To też jest przykre, że pochylamy się nad problemem dopiero teraz, gdy “wybił”, choć wcale nie jest nowy, a opisane sytuacje, wraz z towarzyszącymi im emocjami, chciałabym móc nazwać przerysowanymi. Choć czyta się to smutno, dzięki. 

@Asylum Tamta “agitka” jest już na forum nieobecna, ale jeśli kojarzysz pewnego użytkownika z zamiłowaniem do drabbelków i instrumentów strunowych, to pewnie wiesz, że zdarza mu się popełniać teksty naprawdę ciekawe pod względem formalnym. Tamten utwór do jego czołówki, w moim odczuciu, również nie należał, ale wspominam przez analogię.

 

@Chrościsko Nie odbieram opowiadania jako manifest polityczny, ale jako literaturę zaangażowaną już tak. Głównie przez kontekst jego powstania (opisany w przedmowie) oraz dlatego, że w moim odczuciu świat przedstawiony w utworze, to taki zrealizowany, dość tendencyjny argument równi pochyłej (wyrok trybunału odebrał część praw aborcyjnych > trybunał pozbawi obywateli wszystkich praw aborcyjnych albo i gorzej (gdzie oczywiście to co dzieje się teraz w Polsce to absurd goniący za absurdem, ale jedno z drugiego empirycznie nie wynika)). A ten argument jest polityczny, bo jedna ze stron politycznego konfliktu się nim posługuje.

 

@Silva

Padły argumenty, że inny tekst został skrytykowany, a ten dostaje nominacje.

To akurat nie argumenty, tylko obserwacje.

Powiem (napiszę) tak: pisarz to ktoś, kto musi charakteryzować się trafnym wyciąganiem wniosków z rzeczywistości, celnym przewidywaniem zachowań, mieć też w sobie pewną empatię, rozumieć konsekwencje pewnych zdarzeń. Tutaj to jest.

W Twojej ocenie jest, w mojej nie ma dostatecznie. Jakie płyną z tego tekstu wnioski na temat rzeczywistości, oprócz tautologii rodzaju “cierpienie jest złe”, “karanie ludzi za czyny, na które nie mieli wpływu, lub mieli tak znikomy, że prawie żaden, jest złe”? Jakie prognozy, oprócz “jak jedno prawo zabrali, to inne może też”? Jak pisałem w oryginalnym komentarzu, ogromnej głębi ani wyjątkowej precyzji w tym konkretnym tekście nie widzę.

Jaki inaczej miałoby to wyglądać, żeby nie być “agitką”?

Mogłoby nie powstawać jako bezpośrednia konsekwencja obecnych zdarzeń, ujmować tematy, które porusza w sposób oryginalny (a nie ten przewijający się w debacie publicznej) i być ciekawe formalnie, to tak na początek. Wewnętrzna spójność świata przedstawionego też in plus.

A tamten tekścik, o którym wspomniano – no niestety, charakteryzował się płytkością przemyśleń i bardzo naiwną interpretacją otaczającego świata.

I dla mnie przemyślenia oraz interpretacje płynące z powyższego opowiadania są podobnie niegłębokie. Z tą różnicą, że “tamten tekścik” był po prostu trochę ciekawszy pod względem stylistycznym (ale nie wiem, może na forum pisarskim już nie należy rozmawiać o tym, jak coś jest napisane).

Pytanie czy byłby tak samo postrzegany, gdybyś go napisał w, dajmy na to, sierpniu?

Myślę, że byłby. I rok temu i dwa lata temu też. A tu jest przecież więcej rzeczy do przemyślenia, bo np. w przypadku poronień nawykowych wina może leżeć po stronie stanu zdrowia mężczyzny (Naukowy Bełkot miał o tym ciekawy materiał). W rodzinach przemocowych może być jeszcze inny powód. I wtedy przy takich przepisach może być różnie. A mimo to obie (!) strony sporu dyskutują w kontekście przepisów aborcyjnych, choć ten problem karania w takich przypadkach kobiet byłby z nimi zupełnie niezwiązany (mimo że twórca przepisu myślał własnie pod tym kątem).

 

Pewnie masz rację Wilku. Mnie chodziło o to, że aktualnie, gdy temat wrze jeszcze bardziej, niż wcześniej, może nie być warunków do merytorycznej dyskusji, bo wśród politycznych nastrojów zapomina się o tym jak wielowątkowy i złożony jest to problem – o czym sam piszesz.

Z jednej strony pomyślałam sobie, że takie teksty, które ledwie liznęły temat, mogą irytować, bo traktują problem powierzchownie; z drugiej – są potrzebne, bo prowokują do myślenia i rozmowy, czego mamy dowód. Tylko żeby to do czegoś prowadziło, musi zaistnieć ten drugi krok, ta potrzeba dyskusji i dostrzeżenie, że sam tekst jest pretekstem, dopiero pierwszym popchnięciem myśli w danym kierunku, a nie pełną analizą problemu.

takie teksty, które ledwie liznęły temat, mogą irytować, bo traktują problem powierzchownie; z drugiej – są potrzebne, bo prowokują do myślenia i rozmowy

I właśnie dlatego uważam, że jest nie jest to opowiadanie, ale fabularyzowany felieton, którego miejsce jest w szerokoprofilowym medium. Nawet jeszcze uprościłabym na potrzeby felietonu fabułę i szczegóły, żeby wizja lepiej wybrzmiała.

http://altronapoleone.home.blog

Lano Vallen,

dzień dobry, miło Cię poznać, bo chyba nie mieliśmy jeszcze okazji wymienić komentarzy :).

 

Mój jedyny zarzut, który właśnie mi przyszedł do głowy (zaczęłam myśleć, czy jest coś złego) to może pokusiłabym się o trochę głębsze opisanie emocji bohaterów? Bo emocjonalność w twoim tekście wynika raczej z samej sytuacji. A i jeszcze początek mnie zupełnie nie zachęcił, ale po przeczytaniu całości jest jak najbardziej na miejscu i wręcz piękny. Tylko najpierw trzeba tę całość przeczytać ;)

Wszystko muszę przemyśleć jeszcze na chłodno, z dystansu, jak już emocje opadną, a wtedy pomyślę nad poprawkami. Ten początek też mnie troszkę gryzie, miał być sielankowy, w przeciwieństwie do reszty, ale możesz mieć rację, podobnie jak leniwy2, że tam kilka nutek brzmi w niewłaściwej tonacji.

Powodzenia w dalszym pisaniu. Ja za to długo będę wracać tutaj myślami.

Dziękuję, bardzo mi miło.

 

Silvo,

Podobnie jak niektórzy żałuję, że opowiadanie pojawiło się właśnie tutaj, na portalu, a nie gdzieś, gdzie miałoby szansę na większe zasięgi. Trudno jednak, cieszmy się tym, co mamy.

A ja coraz bardziej się z tego faktu cieszę. Na myśl o lawinie hejtu, którą mógłby wyzwolić, ciarki mnie przechodzą.

Tutaj, choć portalem co niektórzy straszą swoje dzieci, jest kultura, a dyskusja nawet jak ostra, to przede wszystkim jest merytoryczna. To da się zdzierżyć… ale w szerokim świecie? Komudagate to byłby mały Pikuś.

Dziękuję za dobre słowo i nominację, zwłaszcza mimo kontrowersji.

 

Ślimaku,

zaczynam podziwiać Twoje tytaniczne starania, aby odpowiedzieć każdemu zainteresowanemu czytelnikowi.

To stara, dobra, Finklowa szkoła :), choć w tym przypadku powoli zaczyna mnie to przerastać.

 

Irko,

przede wszystkim zacznę od komplementu. Mam wrażenie, że odkąd zasiadłaś w Loży, jakość Twoich komentarzy sukcesywnie wzrasta. Przynajmniej w odniesieniu do moich tekstów.

Choć umorusałaś mnie tym dziegciem po czubek głowy, nijak gniewać się nie mogę, bo dużo Twych spostrzeżeń jest trafnych.

W kwestii bohaterów ich nonszalancja była niezbędna, by uwiarygodnić działania systemu sprawiedliwości. Sympatia do bohaterów nie była tu kluczowa, kluczowa była ich historia. Podobnie jak zarzut odnośnie bierności męża po zamknięciu żony. To nie jest James Bond ani Hollywood, to najzwyklejszy w świecie człowiek, szary zwyczajny. Szarzy i zwyczajni ludzie nie włamują się do więzień i nie uciekają za granicę z żonami w depresji. Szarzy ludzie czekają grzecznie na odbycie kary… lub robią głupstwa, gdy sprawa ich przerasta.

Właściwie to cały czas się zastanawiałam, dlaczego on nie siedzi na ławie oskarżonych, razem z żoną, oskarżony o współudział. Pal diabli picie, mógł się nie przyznać, ale do seksu trzeba dwojga.

Seks to tylko jeden z wielu elementów, które przesądziły o winie. Cała reszta, czyli wspomniany alkohol, forsowny wysiłek oraz samo poronienie obarczały jego żonę, dlatego też oskarżono ją.

Kwestia patriarchalnego systemu, którą poruszasz, jest bardzo ciekawa, choć akurat nie kierowałem się tym przy pisaniu.

Tego opka nie da się czytać w oderwaniu od aktualnych wydarzeń w Polsce. Mam wrażenie, że to Twoja odpowiedź na wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Po części, ale nie do końca. Sam wyrok Trybunału jakoś mnie specjalnie nie zbulwersował, bo rozumem, że dla człowieka wierzącego może być zgodny z sumieniem, a jeśli sędzia wierzy, to może mieć to w pływ na jego interpretację prawa. Jeżeli mnie coś zbulwersowało, to raczej cynizm przy wyborze czasu jego ogłoszenia oraz przeświadczenie, że nie była to autonomiczna decyzja trybunału.

Tak więc nie tyle sam wyrok mnie skłonił do napisania, co wyrok skłonił do przemyśleń w tym temacie. Kwestia tu poruszona, a mianowicie dlaczego dziecko poczęte nie dysponuje pełnią praw obywatelskich, skoro są tacy, którzy uznają, że należy je chronić już odpoczęcia, nie dawała mi spokoju już wcześniej.

Przeczytałam cytat ze znowelizowanej Konstytucji i pierwszą moją myślą było: jakim cudem?

IMHO to nieistotne jakim cudem. To dystopia, mamy tu w założeniu system opresyjny, to jest nasz punkt wyjścia. Nie jest istotne, jak do niego doszło.

Zresztą, scenariuszy jak do tego mogłoby dojść, można napisać bezliku. Zmiany ordynacji wyborczej, zamach stanu, wzrost poparcia dla Konfederacji i zawarcie “konstytucyjnej koalicji ponad podziałami”. Przecież, żeby daleko nie szukać, projekt takiej zmiany w Konstytucji był już procedowany za czasów Marka Jurka, i to przy dużo mniej konserwatywnym parlamencie niż obecnie. Ale jak napisałem, nie to jest istotne. To tylko jasno i klarownie zdefiniowany punkt wyjścia.

 

Na koniec pięknie dziękuje za obszerny komentarz, natomiast pozostałych użytkowników proszę o cierpliwość. W miarę możliwości postaram się odpisać każdemu z Was.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

To stara, dobra, Finklowa szkoła :), choć w tym przypadku powoli zaczyna mnie to przerastać.

Bo to trzeba systematycznie, a nie tak hurtowo, z doskoku. ;-p

Babska logika rządzi!

Bo to trzeba systematycznie, a nie tak hurtowo, z doskoku. ;-p

Ale w pracy nie ma jak, a spać też trzeba, zostają 3 h pomiędzy 12 a 15 :) 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

No, tylko nikomu nie wmawiaj, że te 3 h to finklowa szkoła. Ja staram się publikować przed weekendem. :-)

Babska logika rządzi!

Finklowa szkoła to jest wtedy, gdy Ty zaczynasz pisać komentarz, a tu już odpowiedź Finkli się pojawia ;-)

To już kwantowa szkoła. ;-)

Babska logika rządzi!

I dostałem zjebkę od pani profesor :(.

Proszę pani, ale ja się naprawdę uczyłem.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

A zauważyłeś, że Finkla wyłapuje ciągi znaków “finkl” w komentarzach? Od razu przybywa ;-)

Chro, dzieciaku, Ty jeszcze zjebki nie widziałeś. Bardzo dobrze, trzy z dwoma. ;-)

Wilku, nic o mnie beze mnie! ;-)

Babska logika rządzi!

Proszę pani, ale jak to w weekend? Maras podpowiadał, że w czwartek.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nie można jednocześnie chodzić do szkoły finklowej i marasowej. Chyba że się weźmie w piątek wolne. ;-)

Babska logika rządzi!

przede wszystkim zacznę od komplementu. Mam wrażenie, że odkąd zasiadłaś w Loży, jakość Twoich komentarzy sukcesywnie wzrasta. Przynajmniej w odniesieniu do moich tekstów.

Na pewno są zdecydowanie dłuższe ;)

 

IMHO to nieistotne jakim cudem. To dystopia, mamy tu w założeniu system opresyjny, to jest nasz punkt wyjścia. Nie jest istotne, jak do niego doszło.

No i tu się właśnie nie zgadzamy. Twoje opko jest odbierane w dwojaki sposób, albo tak, jak ja je odebrałam, albo na zasadzie: co ta niedobra władza nam szykuje, to jest prawdopodobne, w tym kierunku sprawy idą. I przy takim odbiorze pytanie, jak do tego doszło jest jak najbardzie zassadne. Bo przed czym mamy się chronić, przed czym właściwie nas ostrzegasz? Jak możemy do tego nie dopuścić?

 

 

Seks to tylko jeden z wielu elementów, które przesądziły o winie. Cała reszta, czyli wspomniany alkohol, forsowny wysiłek oraz samo poronienie obarczały jego żonę, dlatego też oskarżono ją.

Kwestia patriarchalnego systemu, którą poruszasz, jest bardzo ciekawa, choć akurat nie kierowałem się tym przy pisaniu.

Wybrali się na tę wycieczkę razem. To on zaproponował jej alkohol, z jego porcji wzięła tę pomarańczę. Jeśli już trzymać się reguł Twojego świata, był winny jak diabli.

SSzczerze mówiąc miałam nadzieję, że Twoja odpowiedź w kwestii, jak to nazwałeś, systemu patriarchalnego będzie inna, bo akurat ta część historii zabolała mnie mocno. To, że zostawiłeś ją na ławie oskarżonych samą, to jak mąż kalkulował, że wyjdą w tym samym czasie i będą mogli sobie ułożyć życie, podczas gdy dla mnie jest jasne, że ona się z tego nie podniesie. Nawet ostateczna kwalifikacja czynu męża tak naprawdę jest pokazaniem niższego statusu kobiety. Ona tu jest cały czas przedmiotem, ubezwłasnowolnioną, chorą istotą. Pod koniec czytelnik może wręcz odnieść wrażenie, że to mąż zapłacił więcej. Zabrałeś jej człowieczeństwo dla fabuły i nawet tego nie zauważyłeś. Cholera, to zabolało.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ja głównie do komentarza @leniwy2, bo innych nie zdążyłam przeczytać, dopiero jestem w sieci.

 

@leniwy2, w takim razie szkoda, że go nie ma, bo z chęcią przyjrzałabym się temu opku od strony formy, zabiegów stylistycznych.

Z tą różnicą, że “tamten tekścik” był po prostu trochę ciekawszy pod względem stylistycznym (ale nie wiem, może na forum pisarskim już nie należy rozmawiać o tym, jak coś jest napisane).

Jak widzisz są różne komentarze i nie ma bicia w jeden bęben, więc może nie jest z nami tak źle, jak sądzisz. :P xd

 

W takim razie rozmawiajmy, lecz weźmy trochę w nawias sam produkt, gdyż wtedy musiałabym zmienić kryteria oceny. Szukalibyśmy najlepszych cech wytworu dla "zniewolonego człowieka w wolnym rynku". Oj, spodobało mi się to sformułowanie coraz częściej ostatnio powtarzane przez światłych ekonomistów, a jak w Financial Timesie przeczytałam artykuł o konieczności zastanowienia się nad gwarantowanym dochodem to ze dwa razy go czytałam, bo myślałam, że nie rozumiem, coś mi umyka.

Zatem gadajmy o pisaniu, sztuce.

 

Prawdę powiedziawszy niewiele spotkałam na forum opowiadań (co nie znaczy, że na zewnątrz one są), w których autor z pełną świadomością wykorzystuje formę, zapis i nie stanowi on – nazwijmy go – „wypadkiem przy pracy”. 

Dla mnie forma jest czymś więcej niż foremką do ciasta: małą, dużą, mniej lub bardziej fantazyjną czy wymyślną. W zdecydowany sposób winna wpływać na smak potrawy i drażnić nasze kubki, dostarczając innego, głębszego zestawu wrażeń, zachęcać do kontaktu, coś wrzucać.

Przy czym, nie mówimy tu o „sztuce dla sztuki”, bo ona z kolei sama dla siebie również ma dla mnie niezbyt wiele sensu. Sztuka od dawien dawna służy człowiekowi za rodzaj narzędzia odzwierciedlającego ludzki świat. Tę funkcję pełni wchodząc z relację z potencjalnym odbiorcą, niejako rozmawiając z nim. Jest dialog. Jeśli go nie ma, gdy odbiorcę dzieło ani grzeje, ani ziębi, cóż, możemy optymistycznie myśleć, że: „nie trafił w swój czas, wyprzedza go (przy czym warunek świadomego oglądu i chęci przekazania go przez autora pozostaje w mocy)”, lub bardziej realistycznie (prawdopodobnie) – coś nie zagrało albo w dziele, albo w odbiorcy. W każdym razie na linii pomiędzy nimi. Piękno, brzydota nie istnieje bez konstatacji tegoż.

Aby być dobrze zrozumianą, mówimy o rozmowie toczącej się pomiędzy odbiorcą i każdym dziełem, a nie tylko – w tym przypadku – o tzw. literaturze wysokiej, średniej, niskiej, do zabawy, dla przyjemności do rozmyślań, ponieważ nie dzielę literatury w ten sposób, lecz zwyczajnie – na dobrą i złą, ciekawą i nic nowego, poruszającego, niezbyt poradną i sprawną. Dobry tekst wciąga, angażuje i nie chodzi mi o efekt „literatury zaangażowanej”. Może lepiej zobrazuje mój sposób myślenia odniesienie się do innej dziedziny sztuki. Puszka Campbella czy kwadrat Malewicza są sztuką czy nie? Jeśli tak – dlaczego, a jeśli nie – również dlaczego? 

 

Jeszcze dwie myśli:

* ‘Jakie płyną z tego tekstu wnioski na temat rzeczywistości, oprócz tautologii rodzaju “cierpienie jest złe”, “karanie ludzi za czyny, na które nie mieli wpływu, lub mieli tak znikomy, że prawie żaden, jest złe”’

Hmm, w pierwszym przypadku chciałabym Ci powiedzieć, że podstawą myśli cywilizacji zachodnio-chrześcijańskiej ciągle jeszcze jest uszlachetnianie człowieka przez cierpienie.

W drugim, że na ustalaniu wpływu większego lub znikomego opiera się zachodnie prawodawstwo (vide czynniki łagodzące, niepoczytalność, niewinność dopóki mi nie udowodnią, kwestia odpowiedzialności zbiorowej), ale sprawa nie jest tak prosta i oczywista jak napisałeś z uwagi na społeczne oczekiwania i kontekst, poziom trudności przy określaniu winy/niewiny oraz przyglądając się zdarzeniom historycznym.

*’Mogłoby nie powstawać jako bezpośrednia konsekwencja obecnych zdarzeń, ujmować tematy, które porusza w sposób oryginalny (a nie ten przewijający się w debacie publicznej) i być ciekawe formalnie, to tak na początek. Wewnętrzna konsekwencja świata przedstawionego też in plus.’

Dla mnie nie ma niczego złego w zabieraniu głosu, opowiadaniem, które dotyka toczące się aktualnie spory. Sprawa jest. Chro przedstawił określoną sytuację i nie opowiada się po żadnej ze stron. Zwróć uwagę na to, jak silnie tekst jest wyprany z wszystkich możliwych ocen i ewaluacji zdarzeń. Jako opowiadanie z tezą odbieramy je my, czytelnicy, opowiadając się po którejś ze stron bądź na kontinuum: tak… niemożliwe… nie, zwracając uwagę na realizm określonych rozwiązań.

Nie bardzo wiem, co masz na myśli używając słowa „oryginalny”, bo jeśli przerobienie na sensację, thriller, zagadkę detektywistyczną, romans gejowski (zakładając że w przyszłości i mężczyżni będą rodzić), grecką tragedię to raczej nie, dla mnie byłby to właśnie prymitywny zabieg, zresztą spotykałam się już z nim na forum i gdzie indziej. Dla mnie oryginalność i w tym przypadku moc polega na jak największej prostocie i wypreparowaniu treści ze słów osądzających którąkolwiek z postaci, pokazanie dylematu.

„Zabawa formą”, hmm, tu częściowo się zgodzę, lecz raczej nie byłaby raczej zabawą, lecz poszukiwaniem najlepszych środków wyrazu, aby uwypuklić dylemat, problem z takim postawieniem sprawy – rozwiązaniem, a nie którekolwiek ze stanowisk.

Odnośnie „konsekwencji przedstawionego świata”, wydaje mi się, że stosunkowo łatwo podstawiamy do równania te wartości liczbowe, które dobrze znamy i są nam bliskie.

 

Eksperymenty formalne? Ciekawi mnie, co sądzisz o „Drachu”, albo nie, dajmy coś innego, krótkie opowiadanie „Królik” Adrian Markowski z "13 opowiadań o króliku". Ma niecałe półtorej strony, a znaków niespełna tysiąc osiemset. Więcej na pewno nie, raczej dużo mniej. Traktowało o zwyczajności i na pierwszy rzut oka przekaz wydawał się jasny jak w mordę, ale kurcze dwie i pół godziny o nim dyskutowałam. Warstw odkryliśmy wiele, bo co osoba to prorok, a każda opinia była uzasadniona. Autor zagrał słowem i taką formą, kondensatem interpretacji, że na długo je zapamiętam, ale nie bez znaczenia była rozmowa o nim, konfrontacja zdań, opinii.

 

pozdrawiam serdecznie i sorry za długi post.

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć Chrościsko

Najsilniejszą emocją jaką odczułem czytając tekst była niemoc w starciu z systemem i jego prawem. Prawo mówi tak. Prokurator ma gadane, ma argumenty które brzmią wiarygodnie, choć nie muszą takie być. Koniec. Wyrok zapadł. Wizja, że mógłbym się znaleźć w sytuacji, w której za bardzo nie mam nic do powiedzenia, jest w pewien sposób zatrważająca.

Generalnie mocne. Podobnie jak Gekikara nie polubiłem głównego bohatera po scenie z grzańcem, bo też mam awersję względem takiego postępowania, ale nie spowodowało to, abym miał zarzucić tekst. Bohatera nie trzeba lubić. Co do bohaterki – bardzo dotarł do mnie sposób, w jaki pokazałeś poważne zmiany po pierwszej części odsiadki.

Polityczność tekstu i jego nawiązanie do obecnych wydarzeń – z reguły takie teksty nie mają wyczucia w formie przekazania, często stanowią nieprzemyślany upust emocji, a czytelnik dostaje do przetrawienia tonę źle skonstruowanych bzdur. Tutaj tego nie spotkałem. Wręcz przeciwnie – ta forma naprawdę mi się podobała. Jakkolwiek kontrowersyjnie by nie było, widzę w tym tekście głęboki przekaz i ostrzeżenie, a to jest dla mnie najważniejsze.

Aspekty techniczne tekstu mnie, jako początkującego, mocno zainspirowały. 

Poszukiwanie minusów byłoby mocno wtórne – przeczytałem i przyjąłem Twój tekst w takiej formie i mi się bardzo podobało, więc poszukiwanie czegoś na minus byłoby na siłę z mojej strony albo byłoby to sugerowane czymś z komentarzy, analizowanych po przeczytaniu tekstu.

Pozdrawiam!

Przy takiej tematyce nie mogło zabraknąć sowy.;)

Opowiadanie dobrze się czytało, jak zwykle przykuwasz uwagę czytelnika od pierwszej linijki i trzymasz napięcie do końca. Ciekawy pomysł na dystopię i przeplatanie tekstu fragmentami stylizowanymi na przepisy prawne. Opowiadanie niewątpliwie bardzo dobre warsztatowo i kompozycyjnie.

Teraz pomarudzę. ;) Kobieta w zagrożonej ciąży raczej nie poszłaby w góry, ale początkowa sielankowa scena dobrze kontrastuje z resztą tekstu.

IMO, bohaterowie zbyt mało troszczą się o dzieci (ciąże), a za dużo o siebie, dlatego trudno ich polubić i im kibicować. Zabrakło głębszego pokazania uczuć pary wobec straty, chociaż w scenie seksu podejmujesz taką próbę. Absurd systemu widziałabym raczej jako dodatkowy gwóźdź do trumny w ciężkiej sytuacji.

Przypomniałam sobie Twoje opowiadanie o krasnoludach, które bardziej mnie poruszyło.

Podsumowując, lektura satysfakcjonująca, ale emocjonalnie nie powaliła na łopatki. Jednak może właśnie taki był zamysł autora, żeby skupić się na problemach prawnych.

pozdrawiam serdecznie i sorry za długi post.

Nie no Asylum, nie ma za co przepraszać, ale jeśli pozwolisz, odniosę się głównie do tych fragmentów posta, które najbardziej domagają się odpowiedzi.

Prawdę powiedziawszy niewiele spotkałam na forum opowiadań (co nie znaczy, że na zewnątrz one są), w których autor z pełną świadomością wykorzystuje formę, zapis i nie stanowi on – nazwijmy go – „wypadkiem przy pracy”. 

Dla mnie forma jest czymś więcej niż foremką do ciasta: małą, dużą, mniej lub bardziej fantazyjną czy wymyślną. W zdecydowany sposób winna wpływać na smak potrawy i drażnić nasze kubki, dostarczając innego, głębszego zestawu wrażeń, zachęcać do kontaktu, coś wrzucać.

Jeśli w pełni zgodzić się z Twoją definicją, to rzeczywiście niewiele można znaleźć takich opowiadań na forum (choć chyba jakieś są). Z drugiej strony forma nie musi być narzędziem zastosowanym całkowicie świadomie, by tekst był ciekawy pod względem stylistycznym (może być czymś w rodzaju wizytówki autora vide chociażby Bernhard). Takich tekstów jest na forum więcej, ale powyższego do nich nie zaliczam (a zaliczam na przykład “Poniemieckie piękno…” mackazolnowskiego, skoro już o nim rozmawialiśmy).

Przy czym, nie mówimy tu o „sztuce dla sztuki”, bo ona z kolei sama dla siebie również ma dla mnie niezbyt wiele sensu. Sztuka od dawien dawna służy człowiekowi za rodzaj narzędzia odzwierciedlającego ludzki świat. Tę funkcję pełni wchodząc z relację z potencjalnym odbiorcą, niejako rozmawiając z nim.

Nie wiem dokładnie co rozumiemy pod terminem “sztuka dla sztuki”. “Ulisses” to sztuka dla sztuki?

Hmm, w pierwszym przypadku chciałabym Ci powiedzieć, że podstawą myśli cywilizacji zachodnio-chrześcijańskiej ciągle jeszcze jest uszlachetnianie człowieka przez cierpienie.

W drugim, że na ustalaniu wpływu większego lub znikomego opiera się zachodnie prawodawstwo (vide czynniki łagodzące, niepoczytalność, niewinność dopóki mi nie udowodnią, kwestia odpowiedzialności zbiorowej), ale sprawa nie jest tak prosta i oczywista jak napisałeś z uwagi na społeczne oczekiwania i kontekst, poziom trudności przy określaniu winy/niewiny oraz przyglądając się zdarzeniom historycznym.

Ja nie upieram się, że te konkretnie konkluzje z powyższej lektury muszą płynąć, ale płynąć mogą. Zacytuję może ponownie Silvę: “pisarz to ktoś, kto musi charakteryzować się trafnym wyciąganiem wniosków z rzeczywistości, celnym przewidywaniem zachowań, mieć też w sobie pewną empatię, rozumieć konsekwencje pewnych zdarzeń. Tutaj to jest.”

Osobiście nie widzę tych wyjątkowo celnych obserwacji ani głębi, na którą powołuje się duża część komentujących i mam po prostu nadzieję (piszę to bez ironii), że ktoś mi je wskaże. Bo na moje oko nie ma tu niczego, co nie zostałoby powiedziane już dawno i bardziej dobitnie (zarówno jeśli chodzi o tematy dystopijne, jak i obecny polityczny spór).

Dla mnie nie ma niczego złego w zabieraniu głosu, opowiadaniem, które dotyka toczące się aktualnie spory. Sprawa jest. Chro przedstawił określoną sytuację i nie opowiada się po żadnej ze stron. Zwróć uwagę na to, jak silnie tekst jest wyprany z wszystkich możliwych ocen i ewaluacji zdarzeń. Jako opowiadanie z tezą odbieramy je my, czytelnicy, opowiadając się po którejś ze stron bądź na kontinuum: tak… niemożliwe… nie, zwracając uwagę na realizm określonych rozwiązań.

Sama przesłanka tekstu, jest częściowym opowiedzeniem się za jedną ze stron, a przynajmniej za sposobem argumentacji jednej ze stron. Nie potrzeba też żeby autor wystawiał jakieś bezpośrednie oceny ani zajmował określone stanowisko, bo odbiorca wyciąga wnioski sam, na podstawie tego, co w utworze przeczytał (w utworze nad którym autor ma kompletną kontrolę).

Ale zboczyliśmy trochę. Dla mnie to, że opowiadanie może być interpretowane jako stronnicze jest najmniej ważnym zarzutem pod jego adresem.

Nie bardzo wiem, co masz na myśli używając słowa „oryginalny”, bo jeśli przerobienie na sensację, thriller, zagadkę detektywistyczną, romans gejowski (zakładając że w przyszłości i mężczyżni będą rodzić), grecką tragedię to raczej nie, dla mnie byłby to właśnie prymitywny zabieg, zresztą spotykałam się już z nim na forum i gdzie indziej.

Możliwe, że już o tym pisałem na forum, ale jeśli chodzi o prozę zaangażowaną społecznie, bardzo szanuję opowiadania Flannery O’Connor. Zwłaszcza “Sztucznego Murzyna” i “Pelargonię” (która jest chyba dostępna za darmo w internecie). Bardzo zachęcam Cię do zapoznania się z tym drugim (albo nawet lepiej pierwszym jeśli masz możliwość), bo wtedy nie musiałbym wyjaśniać tego, co rozumiem pod terminem oryginalności (ale pokrótce niesztampowość i gęstość świata przedstawionego, obu tych rzeczy tutaj mi brakuje). 

Dla mnie oryginalność i w tym przypadku moc polega na jak największej prostocie i wypreparowaniu treści ze słów osądzających którąkolwiek z postaci, pokazanie dylematu.

Takie postępowanie miałoby zasadność, gdyby w tekście zawarte były jakieś trudne, prawie niezrozumiałe dla odbiorcy treści, ale jak już wspominałem, ja tu tak złożonych obserwacji nie widzę. “Rok 1984” i “Nowy Wspaniały Świat”, żeby pozostać w kręgu dystopijnym, potrafią przekazywać głębokie prawdy o działaniu społeczeństwa, bez sprowadzania fabuły do roli cienia/szkieletu.

Eksperymenty formalne? Ciekawi mnie, co sądzisz o „Drachu”, albo nie, dajmy coś innego, krótkie opowiadanie „Królik” Adrian Markowski z "13 opowiadań o króliku".

“Dracha” akurat nie lubię, bo ogólnie średnio trawię Twardocha, ale opowiadaniem mnie zaciekawiłaś, na pewno się zapoznam.

Pozdrawiam

IMO, bohaterowie zbyt mało troszczą się o dzieci (ciąże), a za dużo o siebie,

W pierwszej chwili myślałem, że prawie nikt tego nie zauważył, ale po przybywających komentarzach widzę, że nie jestem sam. Oczywiście bohaterowie są jacy są, taka wola i prawo Autora. Znam takich ludzi też w życiu, choć nie podzielam takiego światopoglądu. Stąd też opowiadanie brzmi wiarygodnie, z tym Chrościsko nie ma problemów, ale przez te różnice –

lektura satysfakcjonująca, ale emocjonalnie nie powaliła na łopatki

A osobiście wolę te powalające w Twoim wykonaniu, Chro.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Cześć, Chrościsko! 

 

Poprzednie komentarze przeczytałam dość pobieżnie, więc możliwe, że się po kimś powtórzę. 

 

Szczerze mówiąc, nie wiem, co mam myśleć o tym opowiadaniu. Czytało się je trochę jak jakiś artykuł w gazecie, a ostatnio historii różnych ciąż w Internecie można było poczytać sporo. Tutaj jest w formie opowiadania, ale mi do pełnej satysfakcji czegoś brakuje. 

Doceniam, że przedstawiłeś temat subtelnie, tzn. pokazujesz problem, ale nie narzucasz czytelnikowi swojej opinii, nie bardzo możemy zgadywać, po czyjej stronie jest Autor. To mi się bardzo podoba. Dajesz powód do przemyśleń, ale niczego wprost nie sugerujesz. To jest super. Nie każdy tak potrafi.

 

Warsztatowo dobrze. Płynnie się czytało (prócz tych prawniczych formułek, ale co zrobisz, inaczej przecież nie można ;)) 

 

Emocjonalnie nie powaliło. Wydaje mi się, że nie chciałeś przedramatyzować i to się udało. Dlatego nie mam pojęcia, dlaczego mnie to nie chwyciło za serce. :<

 

Wizja przyszłości w tym kraju nieciekawa. 

<pakuje walizki> ;)

 

Pozdrawiam! 

Irko,

co ta niedobra władza nam szykuje, to jest prawdopodobne, w tym kierunku sprawy idą. I przy takim odbiorze pytanie, jak do tego doszło jest jak najbardziej zasadne. Bo przed czym mamy się chronić, przed czym właściwie nas ostrzegasz? Jak możemy do tego nie dopuścić?

Nie uważam, że ta „niedobra władza nam to szykuje” w takim właśnie wymiarze. To jest obraz celowo przerysowany w celu uwypuklenia problemu. Tekst miał zadanie skłonić do przemyśleń, a nie do naprawiania świata. Odpowiedzi na postawione pytania ma odnaleźć czytelnik sam, w swoim sumieniu po lekturze. Gdybym wskazał jak do tego doszło, tekst stałbym się jeszcze bardziej upolityczniony, bo trzeba by wskazać paluchem kto tę konstytucję zmienił, kto ten system wprowadził, kto jest tym złym, a przez to istota opowiadania zeszłaby na plan dalszy.

To on zaproponował jej alkohol, z jego porcji wzięła tę pomarańczę. Jeśli już trzymać się reguł Twojego świata, był winny jak diabli.

Masz częściowo rację, znając całą wersję ich historii. Ale prokurator całej prawdy nie zna. W zeznaniach żadne z nich o tym nie wspomniało, prokurator dysponuje tylko poszlaką z badań moczu, która wskazuje na jej winę, ale nie ma żadnej poszlaki ani dowodu, że to on ją do tego nakłonił. Dlatego prokurator nie postawił go w stan oskarżenia, bo materiał dowodowy w jego przypadku był uboższy.

Druga sprawa, to kwestia nakłaniania do popełnienia czynu zabronionego, nie jest tożsama z popełnieniem tego czynu. Przypomina mi to odwrotną scenę z raju. Adam zjadł owoc, ale całe zło spadło na Ewę, bo to ona go nakłoniła. Coś w tym jest z tym patriarchatem, o którym wspomniałaś. Jednak rozpatrując tamten przypadek, to jednak winę za zjedzenie zakazanego owocu, ponosi Adam, bo Ewa mu tego owocu do gardła nie wcisnęła, decyzję podjął sam.

Podobnie tutaj, winę za spożycie alkoholu (patrz „nieumyślne spowodowanie śmierci”) ponosi ostatecznie Agnieszka, bo to była jej decyzja i jej uczynek. Darek w tym przypadku może co najwyżej odpowiadać za „nakłanianie do czynu skutkującego nieumyślnym spowodowaniem śmierci”, a to jednak nawet na system opresyjny nieco za mało.

Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że Twoja odpowiedź w kwestii, jak to nazwałeś, systemu patriarchalnego będzie inna, bo akurat ta część historii zabolała mnie mocno. To, że zostawiłeś ją na ławie oskarżonych samą, to jak mąż kalkulował, że wyjdą w tym samym czasie i będą mogli sobie ułożyć życie, podczas gdy dla mnie jest jasne, że ona się z tego nie podniesie. Nawet ostateczna kwalifikacja czynu męża tak naprawdę jest pokazaniem niższego statusu kobiety. Ona tu jest cały czas przedmiotem, ubezwłasnowolnioną, chorą istotą. Pod koniec czytelnik może wręcz odnieść wrażenie, że to mąż zapłacił więcej. Zabrałeś jej człowieczeństwo dla fabuły i nawet tego nie zauważyłeś. Cholera, to zabolało.

Teraz to Ty szantażujesz mnie emocjonalnie, a myślałem, że tylko autor ma na to monopol ;).

A tak poważniej to kwestia współwiny Darka była dla mnie jasna od początku. To, że na ławie oskarżonych ona siedzi sama, jest po to, by wzmocnić przekaz. Tekst ma bardzo prostą strukturę niebezpodstawnie. Komunikaty miały być jasne, czytelne i mocne, a przede wszystkim odniesieniu do poprzedzającego je paragrafu. Wprowadzenie od razu dwójki oskarżonych wprowadziłoby dodatkowy dylemat, więc istota przekazu, by się rozmyła. Dlatego postanowiłem kwestię współwiny wprowadzić dopiero w drugiej części tekstu. Tam jest jasne, że winę ponoszą obydwoje, co wynika z rozmowy z adwokatem.

Co do odebrania Agnieszce człowieczeństwa to jest to w mojej ocenie nadinterpretacją. Jej choroba jest skutkiem wydarzeń, ważnym elementem, bo pokazuję, że jej niefrasobliwość nie była celowa, że ona tego dziecka chciała, że przeżywa to wszystko bardzo mocno. Mimo tego stanu ona jest świadoma tego, co robi. Spójrz, że choć pozornie on jest inicjatorem kolejnej ciąży, to jednak ona w istocie podejmuje decyzję. On jej ulega, bo nie potrafi udźwignąć sytuacji, bo czuje się winny, bo zrobi każdą głupotę byle tylko jej ulżyć. To zaś, że wyeksponowane są jego emocje i jego punkt widzenia, jest pochodną przyjętej narracji, która jest prowadzona z punktu widzenia mężczyzny.

Zarzucasz mi najpierw, że go nie obwiniłem, a potem, że w końcowym rozrachunku zapłacił więcej. Troszkę się to wyklucza. Gdybym chciał być konsekwentny w mojej wizji, to prokurator powinien go na koniec oskarżyć i o gwałt i o nieumyślne spowodowanie śmierci, co było dla mnie oczywiste. Zdecydowałem się to jednak uprościć, by nie rozmywać zakończenia i pozostać w zgodzie z przyjętą konwencją (jeden paragraf – jeden problem).

Wracając jeszcze do kwestii bierności bohaterów, oni wewnętrznie akceptują ten system od strony moralnej (pełnie człowieczeństwa dziecka od momentu poczęcia), dlatego się z nim potulnie godzą. Wyobraź sobie, że prowadząc samochód po lampce wina potrąciłaś kogoś i on zmarł, lub – co gorsza – w wypadku zginęło dziecko. Sąd skazał Cię za to na więzienie. Wiesz, że źle zrobiłaś, poczuwasz się do winy, jest Ci z tym tak źle, że przestajesz ogarniać, co się dzieje wokół. Czy będziesz uciekać za granicę i burzyć system z tego powodu, czy pokornie przyjmiesz karę?

 

Wilku,

dziękuję za komentarz. Do kwestii winy męża odniosłem się powyżej. Publikacja w innym miejscu, myślę o tym, choć bez jakiegoś większego parcia. Niech najpierw tutaj poleży, a ja nabiorę dystansu.

 

Koimeodo,

ale masz ślicznego amonita w awatarze. Dzięki za miłe słowa.

Tylko żeby to do czegoś prowadziło, musi zaistnieć ten drugi krok, ta potrzeba dyskusji i dostrzeżenie, że sam tekst jest pretekstem, dopiero pierwszym popchnięciem myśli w danym kierunku, a nie pełną analizą problemu.

I dokładnie taka idea przyświecała jego powstaniu.

 

Leniwy2,

dzięki za uzupełnienie wypowiedzi.

 

Sagitt,

Polityczność tekstu i jego nawiązanie do obecnych wydarzeń – z reguły takie teksty nie mają wyczucia w formie przekazania, często stanowią nieprzemyślany upust emocji, a czytelnik dostaje do przetrawienia tonę źle skonstruowanych bzdur. Tutaj tego nie spotkałem.

Jakkolwiek to nie zabrzmi w obliczu kontrowersji, jakie tekst wywołuje, to starałem się, aby na żadnym etapie opowiadania nie zakwestionować „człowieczeństwa” dziecka. A także stosować właśnie to słowo, a nie „płód” czy „embrion”, które te człowieczeństwo mogłyby podważyć.

Ani bohaterowie, ani prokuratura, ani obrona nie podnoszą tej kwestii jako wątpliwej. Kwestii, która współcześnie przez środowiska lewicowe bywa jednak podważana. To był po części mój sposób na wyważenie tekstu. Owszem, system jest przedstawiony w sposób negatywny, analogie do współczesności są, opisana historia koncentruje się na kwestii dramatu rodziców, a nie dramatu samego dziecka, ale ta jedna kluczowa kwestia światopoglądowa jest tu poszanowana.

 

ANDO,

cześć sówko,

IMO, bohaterowie zbyt mało troszczą się o dzieci (ciąże), a za dużo o siebie, dlatego trudno ich polubić i im kibicować.

Ale czy to też nie jest znamienne? Dystopijny jest obraz systemu prawnego, ale i pokolenia, które w nim żyje. Dyskutowałem kilka dni temu z chorwackim kolegą, który wysnuł tezę, że jedną z cech naszego pokolenia jest egoizm. Może coś w tym jest.

Przypomniałam sobie Twoje opowiadanie o krasnoludach, które bardziej mnie poruszyło.

To zdradzę Ci, że mam napisane jeszcze dwa niepublikowane prequele tamtego opowiadania. Jedno o miłości, która spala świat, a drugie o mroku, nawet trochę puchate ;). Jak się odleżą, to może je tu zamieszczę.

 

Darconie,

ja też wolę kiedy okazują się powalające… żeby jeszcze to było takie proste.

 

Saro,

przemknęło tu już kilka teorii, czemu nie chwyciło za serce. Możliwe, że przez niefrasobliwość bohaterów, z którymi czytelnik nie chce się identyfikować, możliwe, że przez przyjętą minimalistyczną formę, a może 20k to za mało, by odpowiednio zbudować nastrój. Nie wiem. Czytam uważnie, co piszecie i myślę nad tym. 

 

EDYTA:

W odpowiedzi na Wasze uwagi wprowadziłem kilka drobnych poprawek w tekście. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Po lekturze komentarzy Irki spostrzegłem wyraźną nieścisłość w opowiadaniu, którą pewnie już kilka osób zauważyło (nie roszczę tu sobie monopolu), ale jeszcze nikt jasno nie wypunktował. Mianowicie: jest niestety wysoce nieprawdopodobne, aby pomiędzy dwoma państwami – z których jedno z pewnością chętnie przygarnia uchodźców politycznych z drugiego – był otwarty szlak górski wzdłuż granicy! Kilka kroków i prosisz o azyl u Petrovej boudy… Obawiam się, że jest to bardzo głęboko osadzona wada konstrukcyjna, której raczej nie da się wyeliminować bez obszernych przeróbek. Z drugiej strony – nie rzuca się w oczy, nie wpływa więc rażąco na jakość historii, nie ma się czym nadmiernie przejmować.

Przy okazji widzę, że omawiany odcinek skrócił się do 7 kilometrów. Sygnalizuję tylko, że zauważyłem zmianę – i tak już chyba napisałem o wątku karkonoskim nieproporcjonalnie wiele w stosunku do reszty. W każdym razie dziękuję (chyba nie tylko w swoim imieniu) za zaangażowanie w interakcje z czytelnikami.

To jest obraz celowo przerysowany w celu uwypuklenia problemu. Tekst miał zadanie skłonić do przemyśleń, a nie do naprawiania świata. Odpowiedzi na postawione pytania ma odnaleźć czytelnik sam, w swoim sumieniu po lekturze. Gdybym wskazał jak do tego doszło, tekst stałbym się jeszcze bardziej upolityczniony, bo trzeba by wskazać paluchem kto tę konstytucję zmienił, kto ten system wprowadził, kto jest tym złym, a przez to istota opowiadania zeszłaby na plan dalszy.

Do jakich przemyśleń? Jakie pytania? Czy Ci się to podoba, czy nie, zająłeś określone stanowisko, opowiedziałeś się po jednej ze stron. I jest to wyraźnie widoczne w komentarzach. Być może, gdyby opko ukazało się w innym czasie, mógłbyś twierdzić co innego, ale w momencie, gdy na ulicach protestują kobiety, a Ty zaostrzasz i tak ostre prawo jeszcze bardziej, odbiór jest jednoznaczny. Wszedłeś w sam środek tomatiny i liczysz na to, że pozostaniesz czysty. Tak się nie da. Literatura to nie filozofia, pokazujesz tragedię ludzi, dajesz im imiona, życiorysy, czytelnicy mogą się z nimi identyfikować, współodczuwać ich emocje, przeżywać ich tragedię i nie możesz w tej sytuacji mówić, że to tylko teoretyczne rozważania filozoficzno-prawne. Nie możesz twierdzić, że szukasz tylko odpowiedzi na jakieś etyczne pytanie, bo operujesz na żywym materiale. Nie wspomnę już o tym, że przerysowałeś tak mocno, że właściwie nie ma pola do dyskusji.

Poza tym, co znaczy pełnia praw obywatelskich? Konserwatyści, którzy zaostrzenia praw aborcyjnych, chcieliby także wprowadzenia kary śmierci. A śmierć na krześle elektrycznym na pewno nie jest naturalną śmiercią. Skoro więc można prawnie ograniczyć koniec życia człowieka, to można też ograniczyć jego początek. W Polsce życie od poczęcia jest chronione ustawą aborcyjną, to prawda dopuszcza ona przerwanie ciąży w określonych wypadkach, ale z drugiej strony kara śmierci, o której nieraz mówili konserwatywni politycy też życie istoty ludzkiej by ograniczała. A to oznacza, że prawna ochrona i pełnia praw obywatelskich nie są tożsame z bezwzględną ochroną życia człowieka, że istnieją wyjątki.

 

Masz częściowo rację, znając całą wersję ich historii.

On mógł się przyznać, nie zrobił tego, zostawił ją samą.

 

Druga sprawa, to kwestia nakłaniania do popełnienia czynu zabronionego, nie jest tożsama z popełnieniem tego czynu.

Bez względu na to czy chodzi o współsprawstwo (w tym wypadku byłby to seks), podżeganie, czy pomocnictwo (sprawa alkoholu mogłaby być zakwalifikawana i tak i tak) karę wymierza się w granicach przewidzianych dla sprawstwa, co defacto oznacza, że oba przestępstwa traktowane są na równi.

 

Przypomina mi to odwrotną scenę z raju. Adam zjadł owoc, ale całe zło spadło na Ewę, bo to ona go nakłoniła. Coś w tym jest z tym patriarchatem, o którym wspomniałaś. Jednak rozpatrując tamten przypadek, to jednak winę za zjedzenie zakazanego owocu, ponosi Adam, bo Ewa mu tego owocu do gardła nie wcisnęła, decyzję podjął sam.

Tak czy siak winna zawsze bardziej kobieta :/

 

Teraz to Ty szantażujesz mnie emocjonalnie, a myślałem, że tylko autor ma na to monopol ;).

To nie jest emocjonalny szantaż, tylko autentaczne odczucie czytelnicze. Specjalnie nie pisałam o tym zbyt dosadnie w pierwszym komentarzu, bo miałam nadzieję, że jednak się mylę.

 

Co do odebrania Agnieszce człowieczeństwa to jest to w mojej ocenie nadinterpretacją. Jej choroba jest skutkiem wydarzeń, ważnym elementem, bo pokazuję, że jej niefrasobliwość nie była celowa, że ona tego dziecka chciała, że przeżywa to wszystko bardzo mocno. Mimo tego stanu ona jest świadoma tego, co robi. Spójrz, że choć pozornie on jest inicjatorem kolejnej ciąży, to jednak ona w istocie podejmuje decyzję. On jej ulega, bo nie potrafi udźwignąć sytuacji, bo czuje się winny, bo zrobi każdą głupotę byle tylko jej ulżyć. To zaś, że wyeksponowane są jego emocje i jego punkt widzenia, jest pochodną przyjętej narracji, która jest prowadzona z punktu widzenia mężczyzny.

Uff, to jest rzeczywiście narracja z punktu widzenia mężczyzny :/ Pozwól, że ja Ci opowiem tę historię z punktu widzenia kobiety.

Aga dowiaduje się, że jest w ciąży. Jest przeszczęśliwa, cieszy się, że zostanie matką, dziecko jest chciane i niecierpliwie wyczekiwane. Niestety szybko się okazuje, że ciąża jest zagrożona, Aga bierze zwolnienie, całe dnie spędza w domu, starając się oszczędzać ze wszystkich sił. Po którejś wizycie, lekarka mówi, że najgorsze minęło, mimo tego nadal powinna się oszczędzać, żadnego seksu, żadnego wisiłku fizycznego, żadnego alkoholu. Aga nadal siedzi w domu, ale zaczyna dostawać kręćka i suszy Darkowi głowę, żeby ją gdziś zabrał, bo dłużej już nie wytrzyma.

Kto wymyślił wycieczkę w góry, jeśli Aga to czy Darek protestował – tego nie wiemy. W każdym razie zabiera ją w góry, mimo że zna zalecenia lekarki.

Dopada ich burza, zmokli, facet zamawia jej herbatę, a sobie grzańca. No tak, on może pić, więc czemu nie. Aga nawet go nie prosi o łyka, tylko spogląda łakomym wzrokiem, to on proponuje jej alkohol. Ba, kiedy ona słabo oponuje mówi:

– Bardziej ci zaszkodzi, jak się rozchorujesz.

Uprawiają seks. Kto zainicjował – nie wiemy, ale na pewno Darek miał na to ochotę już wcześniej. Kto wie, gdyby nie zazdrosne słońce, które pokarało ich burzą, do stosunku doszło by wcześniej. Darek wie, że nie powinni.

Droga powrotna, Aga czuje, że coś jest nie tak. Jest tak bardzo źle, że obawia się utraty dziecka. Wyrzuca sobie tę wycieczkę. Jednocześnie dociera do niej, że może trafić do więzienia i to ją przeraża. Zaraz jednak wyrzuca sobie, że myśli o sobie, podczas gdy jej dziecko może umrzeć. I tak przez całą drogę do szpitala.

Aga traci dziecko. Z jednej strony już się tego spodziewała, ale i tak jest w szoku, bo przecież pani doktor powiedziała, że już jest lepiej, że najgorsze minęło, bo przecież czuła się dobrze. Straciła dziecko, to boli. Zaczyna zastanawiać się, w którym miejscu coś poszło nie tak, analizuje swoje zachowanie. Jest winna. Jednocześnie strach przed więzieniem jest coraz potężniejszy, skoro sama czuje się winna, to na pewno trafi do więzienia. Ale nie chce tam trafić. Cały czas uważała, tylko raz chciała zwyczajnie cieszyć się życiem. Przecież świeże powietrze nie może być złe. Cały czas jednak jakiś głosik w jej głowie szepcze: jesteś zła, zabiłaś swoje dziecko.

Aga trafia do aresztu śledczego (właściwie dlaczego?), jest odizolowana od męża, od najbliższych. W jej głowie walczą ze sobą strach przed więzieniem i poczucie winy. Jest w takim stanie, że momentami nienawidzi swojego nienarodzonego dziecka i zaraz potem za te uczucia nienawidzi siebie. Nie ma nic do roboty, pomiędzy kolejnymi przesłuchaniami, czy wizytami adwokata siedzi i gapi się w ścianę, po raz enty rozpatruje wydarzenia, sekunda po sekundzie, obraz po obrazie. W którymś momencie na pewno w jej głowie rozbrzmiał głos męża: Bardziej ci zaszkodz, jak się rozchorujesz. Stara się wyrzucić to wspomnienie z głowy. To ona jest winna, a może po prostu Darek jest jej jedyną nadzieją.

Aga siedzi na ławie oskarżonych. Do sali wchodzi Darek. Zeznaje! Zasłania się niepamięcią. Odmawia zeznań w momencie pytań o seks i alkohol. Aga czuje, że sędzina patrzy na nią w tym momencie z potępieniem. W głowie rozbrzmiewa jej głos męża: Bardziej ci zaszkodzi, jak się rozchorujesz. Czuje panikę; mąż ją zdradził, zostawił ją samą. Aga kocha męża, więc zaraz żałuje tych myśli. On na pewno ma jakiś plan, wyciągnie ją z tego, nie pozwoli, żeby poszła do więzienia. Jakiś głosik w jej głowie szepce: Ale ty zasłużyłaś na więzienie.

Aga ląduje w więzieniu, spirala wewnętrznego oskarżania się, strachu nasila się. Dodatkowo nie daje jej spokoju postępowanie męża. Może gdyby przed sądem opowiedział wszystko, dostałaby mniejszy wyrok. Te myśli natychmiast uruchamiają poczucie winy, bo to przecież ona jest matką, ona jest odpowiedzialna. Motyw nienawiści do nienarodzonego dziecko pojawia się w jej myślach coraz częściej, potęgując poczucie winy. Brak sensownego zajęcia, kraty w oknach, pogarda strażniczek tylko nasilają depresję. U Agi pojawiają się myśli samobójcze. Spotyka się z psychologiem, raz w tygodniu, ale najczęściej zanim zdoła pokonać gulę w gardle i coś z siebie wykrztusić, czas spotkania mija.

Aga wychodzi na przepustkę, widzi, że Darek przyjechał, więc rodzi się w niej nadzieja, że mąż coś wymyślił. Przecież musi być jakiś sposób. Niestety Darek nie zrobił nic, nawet nie szukał jakiejś szansy. Patrzy na męża, a w głowie słyszy: Bardziej ci zaszkodzi, jak się rozchorujesz. Patrzy na niego, jak na obcego człowieka, czuje niechęć i zastanawia się, dlaczego podczas śledztwa nie opowiedziała, jak dokładnie wyglądała ta wycieczka. Dlaczego właściwie oskarżyli tylko ją, przecież seks uprawiali we dwoje. Tymczasem on patrzy na nią zbolałym wzrokiem, ale jest wolny. Nie ma pojęcia czym jest więzienie, nie ma pojęcia, co dzieje się w jej głowie.

Aga widzi tylko jedną możliwość, przełamuje niechęć do człowieka, który był jej mężem i mówi, o co chodzi. Może nawet po cichu liczy, że on się nie zgodzi, że w jakiś magiczny sposób się przebudzi i zacznie coś robić, żeby wyrwać ją z tego piekła. Lądują w łóżku.

Aga jest w ciąży, wychodzi. Przez moment ma nawet nadzieję, ale traci dziecko, ląduje w więzieniu. To, co przeżywała wraca z większą siłą. Teraz jest podwójną zabójczynią. Obojętnie patrzy, jak mąż tym razem bierze winę na siebie, wyrok nie ma dla niej znaczenia, przecież i tak trafi z powrotem do więzienia. Jest tylko kwestią czasu, kiedy podejmie próbę samobójczą, lub/i wyląduje w szpitalu psychiatrycznym.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

leniwy2,

W Twojej ocenie jest, w mojej nie ma dostatecznie. Jakie płyną z tego tekstu wnioski na temat rzeczywistości, oprócz tautologii rodzaju “cierpienie jest złe”, “karanie ludzi za czyny, na które nie mieli wpływu, lub mieli tak znikomy, że prawie żaden, jest złe”? Jakie prognozy, oprócz “jak jedno prawo zabrali, to inne może też”? Jak pisałem w oryginalnym komentarzu, ogromnej głębi ani wyjątkowej precyzji w tym konkretnym tekście nie widzę.

Dla mnie ten tekst spisuje się dobrze jako przestroga przed ingerencją prawa w najbardziej prywatne kwestie życia obywateli (ale o tym chyba już wspominałam); ukazuje też, że poruszony problem nie dotyczy tylko kobiet, a również mężczyzn – niby oczywiste, ale mało jest takiej perspektywy, a może co niektórych bardziej przyciągnie. Ja tu widzę też refleksję o tym, z jaką łatwością kilka zapisów może zniszczyć czyjeś życie.

By oddać uczciwość, można stwierdzić, że wystarczyłoby przeczytać prawdziwe historie jak te z Salwadoru i dojść do tych samych wniosków. Tutaj jednak zaliczam na plus wspomnianą perspektywę oraz fakt, że dotyczy naszego podwórka.

Mogłoby nie powstawać jako bezpośrednia konsekwencja obecnych zdarzeń, ujmować tematy, które porusza w sposób oryginalny (a nie ten przewijający się w debacie publicznej) i być ciekawe formalnie, to tak na początek. Wewnętrzna spójność świata przedstawionego też in plus.

Chyba nie wiem, co masz na myśli pisząc o sposobie, w jaki temat aborcji jest ujęty w debacie publicznej. To znaczy, piszesz, że autor jest mało oryginalny – ale chyba potrzebuję tu dokładniejszego uściślenia.

Natomiast co do wewnętrznej spójności świata. Tutaj, przyznam, po komentarzach autora zaczęło mi zgrzytać… Zwłaszcza po tym fragmencie:

Jakkolwiek to nie zabrzmi w obliczu kontrowersji, jakie tekst wywołuje, to starałem się, aby na żadnym etapie opowiadania nie zakwestionować „człowieczeństwa” dziecka. A także stosować właśnie to słowo, a nie „płód” czy „embrion”, które te człowieczeństwo mogłyby podważyć. (…) To był po części mój sposób na wyważenie tekstu.

No, bądź co bądź myślałam, że czytam dystopię, a tu się okazuje, że być może nie. Mamy kraty w oknach oddziału patologii ciąży, drakońskie prawo, świat, w którym płód i zarodek na każdym etapie nazywane są dzieckiem – i zasadniczo wszystko się kleiło; logiczne, że w kraju, w którym za początek życia człowieka uznaje się moment poczęcia, tak właśnie funkcjonuje język. Tyle, że autor przyznał, że to nie element dystopii, a sposób, aby zachować status quo i nie “podpaść” czytelnikom. I teraz mam dysonans – bo może niektóre z pozostałych elementów to też tylko sposób na balansowanie po linie, zamiast budowania wizji świata przyszłości…

Zasadniczo, chyba zaczyna przemawiać do mnie komentarz drakainy.

Jak dla mnie, takie prawo nie budzi odrazy, wydaje mi się że są bardziej kontrowersyjne przepisy. Wróć! Konsekwencje wyroków sądowych (np. dylemat dawców narządów itp.). Ogólnie to chciałbym poruszyć dwie niesprzężone ze sobą sprawy. Po pierwsze, wyobraźmy sobie że w opowieści jest mama, tata i chore dziecko (już narodzone dla wszelkiej jasności) i podczas wycieczki po górach wszyscy mokną. W schronisku WSZYSCY piją grzance. Potem atak choroby i zgon dziecka. Jaki byłby wyrok w takiej sprawie, a jak odebrała by to opinia publiczna? Dwa. Płód ludzki jest określeniem osobnika człowieka współczesnego, w określonej fazie rozwoju. Jest pokolenie rodzicielskie (n2) ---> gamety (n1) ----> pokolenie potomne (2n). Po połączeniu się gamet powstaje zygota która jest już osobnikiem ludzkim i tego nie da się przeskoczyć. Chyba że ktoś chcę przeskakiwać biologię molekularną… Dziękuję że mogłem się wypowiedzieć. Ufff.

dalej @leniwy2 i przepraszam cię, @Chro, za offtop. Jeśli nie chcesz – napisz, proszę, bo i tak dyskusja będzie się ciągnęła przy innych opkach. Nie da rady jej zakończyć, trza by było się spotkać on live, wtedy byłoby łatwiej niż klikać w tyle liter i nabijać ci komentarze.

 

@leniwy2

Nie mam intencji przekonania ciebie i właściwie, gdy piszę te słowa, próbuję bardziej zwerbalizować swoje stanowisko.

Z drugiej strony forma nie musi być narzędziem zastosowanym całkowicie świadomie, by tekst był ciekawy pod względem stylistycznym (może być czymś w rodzaju wizytówki autora vide chociażby Bernhard)."

Dla mnie, formę nadajemy świadomie, a styl jest czymś innym, choć te zbiory niewątpliwie mają część wspólną, nie są rozłączne. Określony styl bardziej lub mniej pasuje do foremek. Czasem zdarza się, że autorzy potrafią to przeskoczyć, choć i tak zawsze odciskają swoje piętno na tekście. Chyba nie da rady wyskoczyć z tego co ulubione, łatwe i dla nas interesujące. Chodzi mi o dobór słów, pewne przyzwyczajenia, wejście lub nie w bohaterów, mniejszą lub większą fizyczność, metaforyczność, dystans, sposób opowiadania historii.

Tak, styl jest swego rodzaju wizytówką autora, i Bernhard ma ją, i Maciek też skłania się do konkretnego, pokazuje nam go. A kiedy o "Poniemieckim pięknie…" rozmawialiśmy?

Ulisses” to sztuka dla sztuki?

Nie, nie jest, ponieważ to był potężny eksperyment i protest song w tamtym czasie. Silnie wpłynął na sposób pisania. Zapytasz, czy mi się podobał – eh, niekoniecznie, ale w końcu dostrzegłam jego wartość, lecz sama – w życiu – bym do tego nie doszła. Palcem trzeba było mi pokazać i skontrastować z innymi. 

W tekście musi o coś chodzić, autorowi musi o coś chodzić, z czymś się bierze za bary, inaczej to ulotna fraszka, krotochwila. Czasem nie chodzi o treść, lecz o nią ubraną inaczej, co zmienia nam perspektywę.

"nie ma tu niczego, co nie zostałoby powiedziane już dawno i bardziej dobitnie (zarówno jeśli chodzi o tematy dystopijne, jak i obecny polityczny spór)."

Wyrównujesz jak walec świeżo położony asfalt. ;-) W zasadzie całe nasze gadanie, idee, historia są tylko przypisem albo do Platona, albo do Arystotelesa. ^^ Jednak wszystko dzieje się w określonej sytuacji, kontekście historycznym i mamy żywych ludzi, ich reakcje. Chro ten tekst zaplanował i to widać. Najlepsze opowiadania na forum nie są dla mnie najlepszymi na świecie i nie tym się kieruję, podobnie jak nie tylko swoim gustem. Co doceniam – napisałam.

Sama przesłanka tekstu, jest częściowym opowiedzeniem się za jedną ze stron, a przynajmniej za sposobem argumentacji jednej ze stron.

Nie, nie zgodzę się z tym, chyba że sam fakt napisania tego opka wskazywał na zajęcie jakiejś pozycji, ale moim zdaniem to nie wystarczy, bo… zresztą dawaj przykłady. Ja tego nie zauważyłam, ale może jestem stronnicza.

Odbiorca wyciąga swoje wnioski i dyskutuje z tekstem.

Tak jest – odpowiem jak żołnierz. Może go "ściąć" i wtedy znowu mamy kontinuum od "agitka… tekst jest tendencyjny… chciałbym, aby był napisany inaczej…"

"bardzo szanuję opowiadania Flannery O’Connor. Zwłaszcza “Sztucznego Murzyna” i “Pelargonię”.'

Tak. :-) Flannery jest dla mnie odkryciem tego pandemicznego, paskudnego czasu, choć on nadchodził, to było jasne. Czytałam ją. Opowiadania są dobre, bo właśnie przemyślane (może mam na tym punkcie hopla?), ale z racji zainteresowań bardziej ujęło mnie to, co pisała o "pisaniu" ("Misterium i Maniery…"). Była tam jak żywa, cholernie dobry wybór jej odczytów przez przyjaciół. Wiesz, że latem  została oskarżono o rasizm i zdjęto w na uniwerku w Marylandzie upamiętniającą ją tablicę. Wyjaśnienie Rektora – nie odzwierciedla „jezuickich wartości Loyoli". "Ale jak to możliwe" – zastanawiało się wielu ludzi – że pobożna katoliczka została tak łatwo usunięta przez swój Kościół? Bardzo łatwe, niestety z różnych powodów, ale odchodzę od tematu.

“Rok 1984” i “Nowy Wspaniały Świat”, żeby pozostać w kręgu dystopijnym, potrafią przekazywać głębokie prawdy o działaniu społeczeństwa, bez sprowadzania fabuły do roli cienia/szkieletu."

Bo to opowiadanie, poza tym te prawdy warto odnajdować w innych, bliższych nam kontekstach, gdyż naprawdę znacząco różnią się od niepokojów tamtejszych i eksplorują inne obszary. Teraz i wtedy jest czymś innym.

 

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Irko,

Do jakich przemyśleń? Jakie pytania? Czy Ci się to podoba, czy nie, zająłeś określone stanowisko, opowiedziałeś się po jednej ze stron.

Pytanie, które sobie stawiam to: „gdzie jest granica?”. Granica pomiędzy prawem do życia dziecka, a odpowiedzialnością matki (czy też rodziców). Biorę na warsztat tezę „że życie zaczyna się od poczęcia” z całym dobrodziejstwem inwentarza, po czym testuję ją w ekstremalnych warunkach. Sprawdzam, czy się wybroni. A potem czytam i myślę nad tym, co napisałem; czytam, co Wy myślicie. I szukam odpowiedzi, który element zawiódł, że doszło do sytuacji, która nas oburza. Czy problem jest u podstawy, w założonej tezie, czy może na dalszym etapie? Egzekucja prawa? Wadliwy kodeks karny? Brak empatii u sędzi? Niezastosowanie okoliczności łagodzących?

Może jednak problemu nie ma? Może tak właśnie wygląda sprawiedliwość? Czy gdyby matka lub ojciec zabił własne dziecko w wypadku samochodowym, czy powinien zostać ukarany tak samo? Przecież też nie chciał. Przecież też śmierć dziecka jest wystarczająco bolesna.

Irko, choć opowiadanie sugeruje, że mam w tym temacie wyrobiony osąd, to przyznam się, że to nie jest do końca prawda. Wciąż nie wiem, gdzie tę granicę należy postawić, dlatego szukam odpowiedzi, w taki właśnie sposób.

Pamiętasz swój komentarz do „Nagich pośród szkła”? Tam była podniesiona kwestia „leczenia przestępców seksualnych” i zarzucałaś mi, że lawiruję wokół tematu, że unikam określonego stanowiska. Tutaj zaś pretensję masz o to, że to stanowisko zająłem.

 

Pozwól, że ja Ci opowiem tę historię z punktu widzenia kobiety.

Bardzo mnie poruszył ten fragment, który napisałaś. Naprawdę. Świetnie napisane, świetnie oddane emocje. Cały dzień nad tym myślałem, a raczej noc, bo pracuję teraz w nocy.

Myślałem na początku: co jest ze mną nie tak? Bo widzisz, już tak prywatnie, ja bym chyba postąpił w sądzie tak samo, jak mój bohater. I wcale nie chodzi o to, że nie chciałbym się poświęcić dla własnej żony. Z poświęceniem nie miał tym problemu (przynajmniej tak mi się wydaje), ale w tej konkretnej sytuacji chłodna kalkulacja podpowiada, że dla nich jako dla małżeństwa lepiej jest się nie przyznawać, bo przyznanie się, niewiele jej pomoże, a jemu na pewno za szkodzi.

 

Wróćmy do dylematu:

 

  1. Nie przyzna się, to może ją skażą, a może uniewinnią, nie wiadomo jeszcze, jaka będzie decyzja sędziego, i nie wiadomo, jakie prokuratura ma dowody (dla sądu odmowa zeznań nie może być traktowana jako przyznanie się).
  1. Przyzna się, to nie dość, że potwierdzi jej winę, to jeszcze siedzieć pójdą obydwoje.

Patrząc z punktu widzenia ich jako dwóch odrębnych jednostek, lojalności i sprawiedliwości, to razem nabroili, razem powinni odpowiadać, razem ponieść karę. Taki też komunikat dochodzi z Twojej narracji. Agnieszka ma poczucie, że została przez niego porzucona, że ją zawiódł, że to jest niesprawiedliwe, że ona siedzi, a on nie.

Jeżeli jednak spojrzymy na to pragmatycznie, z punktu widzenia ich jako całości (rodziny), to nie lepiej, aby tylko jedno siedziało, niż oboje? Jego przyznanie się do winy niewiele jej nie pomoże. I tak zostanie skazana. A przecież żyć trzeba, pewnie gdzieś tam mają dom, kredyt, zobowiązania, rachunki do płacenia… kto się tym zajmie, jeśli oboje trafią do więzienia? Wiem, że to strasznie nieromantyczna wizja, i jeżeli się tej drugiej osobie nie ufa, to szlag mógłby człowieka trafić, bo wychodzi, że facet ją wystawił, wykpił się, egoista jeden i ma w dupie.

Gdyby odwrócić sytuację i to ja bym się znalazł na ławie oskarżonych, nie chciałbym, aby moja żona się przyznawała. Po co mają karać nas dwójkę? Dla mnie jest oczywiste, że ona by to zrobiła, gdyby było trzeba, tylko po co?

Co więcej, byłem święcie przekonany, że moja żona myśli tak samo. Że to zaufanie między nami jest wystarczające, że nie musimy tego sobie udowadniać. Ale może jednak nie? Może jej nie znam? Może to Ty masz rację, a ja jestem ślepy i głuchy?

Napisałem do niej. Nakreśliłem jej teoretyczny dylemat i zapytałem jej, czy wolałaby, bym się nie przyznał i pozostał wolny a ona dostałaby surowszy wyrok; czy przyznał się i byśmy siedzieli oboje, solidarnie, ale może nieco krócej.

– Najważniejsze, żeby jedno zostało z dziećmi – odpisała.

– A gdybyśmy nie mieli dzieci?

– Lepiej by jedno poszło do więzienia niż dwoje.

Mam nadzieję, że rozumiesz, co staram się powiedzieć. Twoja narracja z punktu widzenia kobiety jest bardzo poruszająca. W tej narracji kobieta bardzo potrzebuje wsparcia, i to takiego symbolicznego, w tym przypadku poczuwania się do współwiny i wspólnego odbywania kary. Z Twoich słów wynika, że to ją boli. Że ma poczucie niesprawiedliwości. I gdybym znalazł się w podobnej sytuacji, to wiedząc o tym, możliwe, że bym się przyznał, nawet gdyby to było bez sensu z pragmatycznego punktu widzenia. Ale tylko w przypadku, gdyby jej stan był taki, jak opisałaś, a ja bym o tym wiedział.

W przeciwnym razie zwyciężyłby pragmatyzm. Wydaje mi się, że to przychodzi z wiekiem. Ja żyje w związku od wielu lat i osiągnęliśmy już ten etap, że zaufanie bierze się za pewnik, że nie trzeba go sobie udowadniać, wówczas w sprawach ważnych priorytetem jest dobro wspólne, a nie dobro jednostkowe.  W tym przypadku po prostu: „damage control”. Po co mamy siedzieć obydwoje, skoro może tylko jedno.

 

Nie mniej bardzo Ci dziękuję, za ten komentarz. Dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak ta narracja czytana w środku nocy.

 

Tomaszu,

Po pierwsze, wyobraźmy sobie że w opowieści jest mama, tata i chore dziecko (już narodzone dla wszelkiej jasności) i podczas wycieczki po górach wszyscy mokną. W schronisku WSZYSCY piją grzance. Potem atak choroby i zgon dziecka. Jaki byłby wyrok w takiej sprawie, a jak odebrała by to opinia publiczna?

Bardzo ciekawy przykład.

 

“Płód” to nie jest do dla mnie kontrowersyjnym słowem. Jednak u niektórych wywołuje ono negatywne odczucia, więc wolałem go unikać. No i jak wspomniała SIlva, jest spójne z przyjętymi założeniami.

 

Asylum, Leniwy2,

dyskutujcie sobie do woli i nie przeszkadzajcie sobie. Śledzę Waszą dyskusję i jest mi ona miła. :)

 

Silvo,

Mamy kraty w oknach oddziału patologii ciąży, drakońskie prawo, świat, w którym płód i zarodek na każdym etapie nazywane są dzieckiem – i zasadniczo wszystko się kleiło; logiczne, że w kraju, w którym za początek życia człowieka uznaje się moment poczęcia, tak właśnie funkcjonuje język. Tyle, że autor przyznał, że to nie element dystopii, a sposób, aby zachować status quo i nie “podpaść” czytelnikom.

Ale przecież jedno drugiego nie wyklucza, a zawsze lepiej, jak ta równowaga jest jednak zachowana.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Fakt, że ciekawie powędrowała dyskusja – ja (kilkanaście lat małżeństwa) też podchodzę do hipotetycznego problemu jak żona Chro – z mężem tworzę “team” – i nie chciałabym, żeby mąż się poświęcał bez sensu. Więcej. W przypadku wyboru ‘któreś z nas musi iść do więzienia’ – wolałabym pójść ja niż wysłać męża (z powodów finansowych ale i psychologicznych). Ale. Jak sobie próbuję wyobrazić początki małżeństwa – to faktycznie, duża szansa, że jednak bym chciała takiego ‘dowodu’ solidarności. Pytanie, na jakim etapie związku są bohaterowie.

Pytanie, na jakim etapie związku są bohaterowie.

Nie jest to szczegółowo określone. Z jednej strony niefrasobliwość i dopiero pierwsze dziecko wskazuje na młodość, z drugiej to macierzyństwa już świadomie chcą, jest też zdanie na początku wskazując na dość długi staż, więc raczej są gdzieś pośrodku.

 

Dodam jeszcze, że wspomniane przeze mnie i Bellę zaufanie pewnie mogłoby prysnąć, gdyby zaczął się jakiś poważny kryzys.

wolałabym pójść ja niż wysłać męża (z powodów finansowych ale i psychologicznych).

A te psychologiczne powody to ciekawe, rozwiń, proszę. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Rozwinę Ci na priv, jeśli Cię to zaciekawiło :)

Jak dla mnie tekst jednak zbyt wyraźnie przypomina „ładnie ubrany” głos w aktualnej dyskusji politycznej. Chociaż też nie jest tak, że całkowicie nie przypadło mi do gustu – w końcu czytało się nieźle, a całość wywołuje pewne emocje. Po prostu nie przepadam za felietonami politycznymi przebranymi w beletrystykę (bez znaczenia, czy zawierają poglądy konserwatywne, czy liberalne).

Czy problem jest u podstawy, w założonej tezie, czy może na dalszym etapie? Egzekucja prawa? Wadliwy kodeks karny? Brak empatii u sędzi?

Moim zdaniem, próbując obiektywnie spojrzeć na przedstawiony przez Ciebie świat, największym problemem są trzy wskazane na koniec czynniki (przy czym brak empatii dotyczy też prokuratora). No bo przecież dzisiaj za względnie poważne przestępstwa dostaje się karę w zawieszeniu lub grzywnę, bo karanie w teorii powinno mieć jakiś sens i cel.

Niestety, Chrościsko, dla mnie wyklucza. (Ech, i dlatego uważam, że autor nie powinien się tłumaczyć ze swoich zamysłów…) Z prostego powodu – odebrałam tekst podobnie jak drakaina, że mamy tu do czynienia z dystopią, a właściwie dystopijką; nie przeszkadzała mi pewna szczątkowość przedstawionego świata, bo w końcu to tylko krótkie opowiadanie. Tymczasem z Twoich objaśnień coraz wyraźniej widać, że żadnej dystopii tutaj nie ma – dystopia z założenia krytykuje pewne zjawiska, celowo je przerysowując, dla Ciebie natomiast (jeśli dobrze rozumiem) owo przerysowanie jest tylko punktem wyjścia do rozmyślań, czy taka sytuacja jest akceptowalna.

Twierdzisz, że szukasz “granicy”. To po co pisać o kratach w oknach na oddziale patologii ciąży? Opisujesz świat, w którym zdesperowane kobiety gotowe są uciekać oknem ze szpitala, byleby nie być zmuszonymi do “odleżenia” ciąży i do porodu, po czym sądzisz, że refleksją czytelnika być może będzie “tak, powinniśmy trzymać takie kobiety pod kluczem, bo przecież chcą przekroczyć >>granicę<<”? Mam mocne podejrzenia, że jednak nie przemyślałeś konsekwencji, jakie niosą ze sobą założenia, na których oparłeś świat opowiadania. I wzmianka, że sam język potraktowałeś z perspektywy dzisiejszej, nie biorąc pod uwagę opisywanej rzeczywistości, jest ku temu mocną przesłanką.

Widzę też, że chybiłam z interpretacją. Zakładałam, że przedstawiony obraz dystopii krytykuje ingerencję prawa, tymczasem okazuje się, że mamy do czynienia z rozważaniami, w jaki sposób prawo powinno tę kwestię regulować. Co wydaje mi się zupełnie nie wynikać z tekstu i biorąc pod uwagę, że oskarżono Cię o stronniczość, raczej nie tylko ja tak to odczytałam.

Silvo,

to zerknijmy na definicję dystopii, najprostszą, choćby z Wikipedii:

 

“Dystopia (st.gr. δυσ – zły; τόπος – miejsce) – utwór fabularny z dziedziny literatury fantastycznonaukowej, przedstawiający czarną wizję przyszłości, wewnętrznie spójną i wynikającą z krytycznej obserwacji otaczającej autora sytuacji społecznej. Dystopia przyjmuje pesymistyczny osąd zastanego świata, fantastyczna wizja jest zazwyczaj jego hiperboliczną konstatacją…”

 

Te kraty w oknach to właśnie czarna wizja, przerysowana. Całość zaś wynika z krytycznej obserwacji sytuacji społecznej.

Jak dla mnie z definicji dystopia ma nawiązywać do współczesnych problemów społecznych, więc do niej nawiązuję.

Gdy Orwell pisał “1984” trwała już Zimna Wojna, a Związek Sowiecki miał się nieźle, spór kapitalizm vs komunizm trwał w najlepsze, a propaganda i inwigilizacja w ZSRR niewiele się różniła od rzeczywistości Orwellowskiej. Czy to znaczy, że nie miał prawa o tym pisać, bo przecież zwolennicy komunizmu mogliby mu zarzucić stronniczość?

 

Miej też na uwadze, że w tych ostatnich komentarzach odnoszę się już częściowo, nie tyle do tekstu, a do własnych prywatnych przemyśleń, już po jego napisaniu. 

 

Ech, i dlatego uważam, że autor nie powinien się tłumaczyć ze swoich zamysłów…)

Ech, tu Ci mogę tylko przyklasnąć. :)

 

Perruxie, dzięki za komentarz i odpowiedź na postawione pytanie.

Przy okazji jeszcze jedna uwaga, cytaty z kodeksu karnego w tekście są rzeczywiste, współczesne, niezmienione. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Czy to znaczy, że nie miał prawa o tym pisać

Chyba nikt (nie śledziłam komentarzy bardzo szczegółowo, bo pochłaniały mnie choćby dyskusje pod własnym tekstem, a i zarabiać trzeba :P) nie odmawia Ci prawa do pisania o tym. Ale np. ja – i chyba nie tylko ja – mam zastrzeżenia np. do wspomnianej w definicji spójności świata. Oraz do kreacji literackiej, a nie do faktu poruszania tematu.

http://altronapoleone.home.blog

(Nie chcę przeszkadzać w dyskusji, także tylko szeptem się wtrącę, bo po prostu nie lubię pomijać zwykłej, ludzkiej uprzejmości: dziękuję za komplement, Chro :))

Jeszcze odnośnie kodeksu karnego – tutaj temat jest na tyle złożony, że wolałbym się w niego nie wgłębiać. Ogólnie stworzenie takiego prawa, które nie pozostawi nadgorliwym jednostkom możliwości szkodliwej dla społeczeństwa interpretacji, a jednocześnie nie będzie zbiorem bardzo szczególowych przypadków, to nie jest prosta sprawa. Odnoszę wrażenie, że trochę niepokoi Cię brak definicji "człowieka" w prawie, a w konsekwencji zastosowanie całego kodeksu karnego także do płodu. I oczywiście Twoje przemyślenia pod tym względem mają sens.

Szkoda jednak, że nie zdecydowałeś się osadzić akcji bardziej "z boku", w abstrakcyjnym lub odległym świecie. To według mnie nadałoby dystans i zepchnęłoby temat polityki na dalszy plan.

Jak wcześniej pisałem, "nie przepadam za" tego typu tekstami. Co nie oznacza, że uważam je za obiektywnie bezwartościowe ;)

W każdym razie, według mnie nawet jeśli problem leży po stronie światopoglądu czy początkowej tezy, w przypadku Twojego świata to fanatyzm oraz brak zdrowego rozsądku i empatii przyniosły najgorsze skutki dla bohaterów. Społeczny kompromis skutkujący uszczegółowieniem prawa mógłby zlikwidować najgorsze skutki istniejącej patologii.

Myślałem na początku: co jest ze mną nie tak? Bo widzisz, już tak prywatnie, ja bym chyba postąpił w sądzie tak samo, jak mój bohater. I wcale nie chodzi o to, że nie chciałbym się poświęcić dla własnej żony. Z poświęceniem nie miał tym problemu (przynajmniej tak mi się wydaje), ale w tej konkretnej sytuacji chłodna kalkulacja podpowiada, że dla nich jako dla małżeństwa lepiej jest się nie przyznawać, bo przyznanie się, niewiele jej pomoże, a jemu na pewno za szkodzi.

Wiesz, łatwo snuć takie rozważania, sidząc wygodnie na sofie, a nawet w robocie na nocnej zmianie, ale kiedy masz do czynienia z prawdziwą tragedią, pragmatyzm najczęściej diabli biorą.

Tu dodatkowo mamy do czynienia z sytuacją szczególną. Ona właśnie straciła dziecko, nie ma nawet możliwości przeżyć żałoby, bo zaraz zbierają ją do pudła. A ona wydaje się średnio stabilna już na sali sądowej. W momencie, kiedy wychodzi na przepustkę przypomina już zombi. Rozumiem, że nie mogli się kontaktować, że adwokat nieprawdziwie opisywał jej stan, ale zabrakło mi tu czegoś, jakiejś wymiany spojrzeń między nimi na sali sądowej, jakiegoś niemego porozumienia.

 

Pamiętasz swój komentarz do „Nagich pośród szkła”? Tam była podniesiona kwestia „leczenia przestępców seksualnych” i zarzucałaś mi, że lawiruję wokół tematu, że unikam określonego stanowiska. Tutaj zaś pretensję masz o to, że to stanowisko zająłem.

To nie jest zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Spójrz na komentarze. Właśnie w taki sposób Twoje opko zostało odebrane.

 

Irko, choć opowiadanie sugeruje, że mam w tym temacie wyrobiony osąd, to przyznam się, że to nie jest do końca prawda. Wciąż nie wiem, gdzie tę granicę należy postawić, dlatego szukam odpowiedzi, w taki właśnie sposób.

I tu jest pies pogrzebany. Teraz rozumiem. Z reguły jest tak, że – oprócz tego, co widzi własnymi oczętami – człowiek wyrabia sobie opinię na pewne tematy czytając (oglądając). Ma z jednej strony publicystykę (telewizyjne programy), która przekazuje mu fakty, a z drugiej literaturę (filmy), które pokazują mu jakiś problem od strony ludzkiej. I taka właściwie jest rola literatury: opowiadać historie, pokazywać pewne sytuacje. One mogą po prostu ciekawymi opowieściami, ale mogą też mieć określony cel, pokazywać punkt widzenia autora na jakąś kwestię.

Ty próbujesz postawić literaturę na głowie. Masz moralny dylemat, wtłaczasz go w opowieść i oczekujesz, że ktoś pomoże Ci go rozwiązać. Tak się nie da. To zwyczajnie nie funkcjonuje. I pokazuje to zawówno to, jak i IMO poprzednie opko. Po pierwsze czytelnik nie wiem, że masz moralny dylemat, że nie zajmujesz określonego stanowiska. Jest przyzwyczajony do tradycyjnego rozumienia literatury i nie dostrzega Twoich pytań. Odbiera Twoje opko w taki, a nie inny sposób.

A i Ty sam nie ułatwiasz czytelnikowi zrozumienia swoich intencji. Powiedziałabym wręcz, że wprowadzasz go w błąd.W przedmowie informujesz nas, że przedstawiasz dystopię krótkiego zasięgu. Już samo słowo dystopia ma pejoratywny wydźwięk:

Dystopia (st.gr. δυσ – zły; τόπος – miejsce) – utwór fabularny z dziedziny literatury fantastycznonaukowej, przedstawiający czarną wizję przyszłości, wewnętrznie spójną i wynikającą z krytycznej obserwacji otaczającej autora sytuacji społecznej.

Jednocześnie ograniczasz do minimum świat przedstawiony i stosujesz wszystkie te zabiegi, o których wspomniałam w pierwszym komentarzu, porównując Twoje opko do opka Dicka. Nic więc dziwnego, że czytelnik odbiera Twoje opko jak opowiedzenie się po jednej ze stron.

 

Na takim podejściu cierpi też sama historia, która zwyczajnie się nie klei, jeśli jej się dokładnie przyjrzeć i bohaterowie, których poświęcasz. Tak skupiasz się na przedstawieniu nurtującego Cię problemu, że zapominasz, że Twoi bohaterowie są ludźmi. Wtłaczasz ich historię w ramy paragrafów, licząc, że w ten sposób zwrócisz uwagę na problem, że on wybrzmi, jak piszesz w poprzedniej odpowiedzi na mój komentarz. Nie wybrzmiewa, ludzie widzą jasne przesłanie (najlepszym tego dowodem komentarz Silvy powyżej). Trochę to wygląda tak, jakbyś próbował wcisnąć do pudełka przedmiot, który zwyczajnie jest za duży, żeby się w nim zmieścić. Jest na tyle elastyczny, że udaje Ci się go jakoś upchać, ale co rusz jakaś część zaczyna wyłazić. Bo ludzi nie da się wtłoczyć w paragrafy, ludzkie historie są na to zbyt skomplikowane.

W rezultacie Twoja historia rozłazi się na wszelkie możliwe sposoby, pojawiają się w czyytelniczym odbiorze wątki, które w ogóle nie przyszły Ci do głowy. Podsumuję to jeszcze raz. Na ławie oskarżonych powinni zasiąść oboje. Seks uprawiali wspólnie, on wiedział, że kobieta jest w ciąży i znał zalecenia lekarza, nie zmusiła go do tego. Posadziłeś ją na ławie oskarżonych samą, bo mąż potrzebny był Ci w drugiej części, ale jednocześnie nie pomyślałeś o tym, jak ta samotność może być odebrana przez kobiety. System, który pokazałeś zrobił się w tym momencie nie tylko opresyjny, ale zwyczajnie paskudny. Kobieta jest w tym systemie postrzegana jako sprawczyni całego zło, jak biblijna Ewa.

Dalej, ten wyrok jest bardzo wysoki. Widełki są od trzech do pięciu lat, Aga dostaje trzy. Wyobraź sobie, że następna sprawa na wokandzie jest z tego samego paragrafu i też dotyczy kobiety, która poroniła. Jest jednak pewna różnica. To osoba, która ma już piątkę dzieci, z czego trójka została jej już odebrana z powodu przemocy. Oskarżona nie ma pojęcia, kto jest ojcem nie tylko utraconego dziecka, ale też wszystkich poprzednich. Jest znana policji z kradzieży i oszustw. Do szpitala trafiła mając 1,5 promila alkoholu we krwi. A poronienie skwitowała: Przynajmniej jedna gęba do wykarmienia mniej. Sąd może jej dać maksymalnie 5 lat, Aga dostała trzy. Czy nie wydaje Ci się, że ta dysproporcja jest w gruncie rzeczy niewielka? Choćby z tego względu wyrok Agi jest po prostu za wysoki. Albo jest kolejnym dowodem na to, co elegancko nazwałeś systemem patriarchalnym i czego nawet nie zauważyłeś.

I w tej sytuacji tym bardziej razi bierność męża, który przez cztery miesiące pobytu Agi w więzieniu nie zrobił nic. Nie próbował szukać pomocy, możliwości ucieczki. Czy on jeszcze nie dostrzegł, jak opresyjny jest ten system? Nie widzi, gdzie żyje? Nie ma żadnych dylematów? Możliwe, że ma, ale tak bardzo starałeś się skupić na przedstawieniu własnego dylematu, że zupełnie Ci umknęło, jak może być odebrane zachowanie męża i nawet nie próbowałeś przedstawić toku jego rozumowania. Może jakakolwiek forma oporu jest niemożliwa, ale nie pokazałeś tego świata, czytelnik tego nie wie. Wyszła Ci z niego, sorry, ale świnia. Szczególnie biorąc pod uwagę jego wcześniejsze zachowanie na sali sądowej, fakt nie wzięcia odpowiedzialności. Bo ja się tu jednak będę upierała przy swoim. Umieściłeś ich w dystopii, a próbujesz rozumować jak gdyby byłby to normalny świat. I nie bierzesz pod uwagę jej depresji.

 I dalej, jesteśmy w mocno patriarchalnej dystopii, która traktuje kobiety w taki, a nie inny sposób, Aga przekonała się już o tym na własnej skórze. Nie pokazujesz jej pobytu w więzieniu, nie oddajesz jej głosu, żeby mogła o tym opowiedzieć. Czy oni w ogóle rozmawiali na ten temat? Ale już po samym procesie, czytelnik będzie miał wizję tego, jak może być traktowana. I nie jest to przyjemna wizja. A to, że po tym wszystkim, co przeszła, decyduje się na takie, a nie inne rozwiązanie, tak a nie inaczej się zachowuje, IMO, dopuszcza moją interpretację z poprzedniego komentarza. Co oczywiście powoduje, że do niego pałam jeszcze mniejszą sypmpatią.

I tutaj rozumiem, że Twój dylemat moralny dotyczy jej pomysłu wyrwania się na wolność.

Pytanie, które sobie stawiam to: „gdzie jest granica?”. Granica pomiędzy prawem do życia dziecka, a odpowiedzialnością matki (czy też rodziców). Biorę na warsztat tezę „że życie zaczyna się od poczęcia” z całym dobrodziejstwem inwentarza, po czym testuję ją w ekstremalnych warunkach.

Warunki są faktycznie ekstremalne. Ale tak naprawdę nie bierzesz pod uwagę tego, w jakim systemie ją umieściłeś, bo znowu, nie zauważasz jak bardzo ten system nienawidzi kobiet, w jaki sposób je postrzega. Jej zachowania w tym konkretnym systemie nie można postrzegać w taki sam sposób, jak w naszm systemie. Bo co ona, do cholery, ma zrobić?

Z kolei poświęcenie Darka podczas drugiego procesu wydaje się nie mieć uzasadnienia w jego wcześniejszym zachowaniu. Skąd nagle taka zmiana? Co się w nim nagle obudziło? Nie tłumaczysz tego. Właściwie spójność psychologiczna bohatera ma tu drugorzędne znaczenie, bo tak naprawdę liczy się kolejny paragraf. Tego, że waląc mu taki, a nie inny paragraf, upokarzasz defacto kobietę też chyba nie zauważyłeś. Co widzę w zakończeniu? Palan, który w jakiś czarodziejski sposób zmienił się w świętego dostaje wyższy wyrok niż kobieta. A ponieważ autor niespecjalnie wyesponował tragedię kobiety, mam wrażenie, że biedny facet jest tutaj tym bardziej pokrzywdzonym. Tak to niestety wygląda z mojego czytelniczego punktu widzenia.

 

Czy literatura jako szukanie odpowiedzi na moralne dylematy autora może się w ogóle sprawdzić? W moim odczuciu nie, głównie dlatego, że autor nie ma feedbecku. Tutaj, na portalu, jesteś w szczególnej sytuacji, bo go masz. Wyobraź sobie jednak, że Twoje opko trafia do antologii. Nie masz możliwości wyjaśnienia swojego stanowiska, odpowiedzi na wątpliwości czytelników, którzy na dodatek nie znają innych Twoich tekstów, nie znają Ciebie. Sam sobie odpowiedz, jaki może być odbiór.

Osobiście, gdybym chciała przedstawić dylemat moralny, próbowałabym przedstawić możliwie najpełniej różne historie – Agi i Darka, oskarżonej, o której wspominałam wyżej, jeszcze kilka innych. Starałabym się stopniować odpowiedzialność, żeby czytelnik zobaczył, że nie tylko ci źli mogą zostać ukarani, że może się to przytrafić praktycznie każdemu. Jak pisała Finkla, jedna chwila nieuwagi, irytacja z powodu windy, która właśnie odjechała i można się znaleźć w więzieniu. Dodatkowo wyszłabym z innego założenia. Raczej historii alternatywnej niż dystopii. To znaczy do zmiany Konstytucji doszło już wcześniej, wtedy nikt jeszcze nie myślał, że może być tak wykorzystana. Uniknął być w ten sposób pytania, które zadałam w pierwszym komentarzu. Generalnie jednak takie traktowanie literatury nie wydaje mi się trafne.

 

Edytka: w międzyczasie pojawiło się sporo komentarzy, których nie widziałam. Powtarzam się.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Chrościsko, no właśnie:

(…) wynikającą z krytycznej obserwacji otaczającej autora sytuacji społecznej. Dystopia przyjmuje pesymistyczny osąd zastanego świata (…)

Nie zarzucam stronniczości, a raczej odwrotnie, uznaję, że właśnie jej – jak się okazuje – brak kłóci mi się z samą konstrukcją opowiadania. Z jednej strony, mogę interpretować opowiadanie na swój sposób, ale też mam wrażenie, jakbym przeczytała inny tekst niż ten, który wyjaśniasz w swoich komentarzach. I komentarz Irki rzuca tutaj duża światła na tę sprawę.

zy literatura jako szukanie odpowiedzi na moralne dylematy autora może się w ogóle sprawdzić? W moim odczuciu nie, głównie dlatego, że autor nie ma feedbecku. Tutaj, na portalu, jesteś w szczególnej sytuacji, bo go masz. Wyobraź sobie jednak, że Twoje opko trafia do antologii. Nie masz możliwości wyjaśnienia swojego stanowiska, odpowiedzi na wątpliwości czytelników, którzy na dodatek nie znają innych Twoich tekstów, nie znają Ciebie. Sam sobie odpowiedz, jaki może być odbiór.

Jestem podobnego zdania, pisarz, autor beletrystyki, powinien wiedzieć, co chce czytelnikowi przekazać. Nawet jeśli to może wzbudzić wątpliwości czy sprzeciw. Powinien być świadomy, co pisze. Pisanie “nie wiem, co myślę i właściwie nie mam zdania” nie przekonuje mnie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wizja niepokojąca, brutalna i wyjątkowo przykra dla każdej kobiety, która kiedykolwiek była w ciąży. Nie chcę się tu wypowiadać na tematy okołopolityczne, ale Twoja wizja wywołuje drżenie niepokoju, bo wydaje się być podejrzanie bliska – przesadzona, jasne, ale jednak… Rozumiem, że chciałeś tu podkreślić niesprawiedliwość prawa, silny aparat opresji itp., jednak jak na mój gust bohaterka, która przecież powinna znać realia, sama się prosiła o to, co ją spotkało. Zagrożona od początku ciąża, a ona popyla po górach? I zjada nasączone alkoholem pomarańcze, a może nawet pije tę herbatkę z prądem? W sumie czy tak nikła ilość alkoholu pozwala się potem wykryć we krwi? Serio pytam, bo nie wiem, nie znam się.

Ogólnie powiem tak, ładnie operujesz słowami i Twoje opowiadanie robi wrażenie. Podkreśliłabym jednak tę całą niesprawiedliwość i straszność rzeczywistości w taki sposób, żeby bohaterowie naprawdę zrobili wszystko najlepiej, jak się dało, a państwo i tak im zrobiło, co chciało, po swojemu, bo tak. Wydźwięk byłby silniejszy. A tak to bohaterowie sami się podkładają, na kilka sposobów.

 

„– Jak to z prawej bardziej? – poważnieje na krótki moment, a potem śmiejemy się oboje.” – Poważnieje wielką literą.

 

„Wiem – skarpety – przecież zawsze marznie w stopy.” – Raczej: zawsze marzną jej stopy.

 

„…coś do jedzenia kupię po drodze[-,] albo z rana.

Jest w tym pakowaniu coś złowrogiego.

 

Z doświadczenia dzieciatej kobiety: baby na ogół na parę tygodni przed porodem szykują „torbę szpitalną” w której mają najpotrzebniejsze rzeczy, właśnie na wypadek, by była gotowa, gdyby poród zaskoczył (a zawsze zaskakuje ;)

 

„Nie wiedzieć czemu[-,] nazwano go Latawcem.”

 

„Po złożeniu zeznań[-,] zostaję na sali.”

 

„Podchodzę do niej, obejmuje ją, przytulam.” – obejmuję

 

„– Jesteś pewna – pytam, patrząc jej w oczy.” – Skoro pyta, to potrzeba znaku zapytania.

 

„Aga kładzie się na łóżko i zastyga w bezruchu, patrząc w sufit.” – Raczej na łóżku.

 

„…wciąż jest apatyczna, ale widzę, że jest lepiej. Lekko zarumieniła się na twarzy. Przez całą podróż trzyma dłoń na podbrzuszu. Jeszcze się nie uśmiecha, ale już nie jest taka przeraźliwie smutna. Czuję, że wkrótce wyjdzie ze swojej samotni.

Ciąża od początku jest zagrożona. Lekarz z Latawca wyraźnie zabraniał starania się o kolejne dziecko przez najbliższy rok, ale podjęliśmy ryzyko.

 

„Po południu na chwilę jadę do domu. Biorę prysznic, chcę się chwilę zdrzemnąć, ale i tak nie mogę zasnąć.”

 

„…sugerował, by jednak się nie narażać, że opinie biegłych psychiatrów powinny wystarczyć, ja jednak chcę mieć pewność…”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cześć. Na wstępie zaznaczę, że nie czytałem pozostałych komentarzy. Niestety opowiadanie nie przypadło mi do gustu, jak dla mnie jest ono zbyt dosłowne.

 

Piękno literatury dystopijnej polega na tym, że podejmuje trudne tematy posługując się elementami fantastycznymi i hiperbolą. Fikcyjny świat, borykający się z wyolbrzmionymi problemami stanowi krytykę naszej rzeczywistości. Dzięki temu dzieło nawet po latach pozostaje aktualne i uniwersalne w swym przesłaniu. Skłaniając do myślenia, unika zbyt bezpośredniego powiązania z aktualną sytuacją polityczną i pozwala oszukać cenzorów.

 

To opowiadanie jest subtelne jak cios pięścią w nos. Bolą mnie te wstawki z kk i kkw. Tytuł jest dobry. Pierwszy cytat jest dobry. I tyle by wystarczyło. Dalsze wstawki z konstytucji itd. są zupełnie zbędne, sprawiają że tekst jest ciężkostrawny. Główny zarzut, że tutaj został przedstawiony problem. Nie bohaterowie, nie ich relacje. Problem. Dlatego jest to dla mnie bardziej fabularyzowany manifest polityczny niż opowiadanie.

 

Adwokat państwa Kęckich został im chyba przyznany z urzędu albo jest po ciężkiej imprezie. Mam nadzieję, że jego nieudolność i brak przygotowania klientów jest zamierzona.

 

Dowody się kupy nie trzymają. Wykrycie tak śladowej ilości alkoholu to już sci fi. Więcej promili by miała po zjedzeniu “Pawełka”. GPS w górach w czasie burzy? No ale czepianie się wynika właśnie z tego, że tkwimy jednak w naszej polskiej rzeczywistości.

 

Kwestii prawnych nie będe komentował bo musiałbym to brać zbyt poważnie i byłoby to nudne. Odeślę Cię tylko do formuły Radbrucha, może Cię zainteresuje. 

 

Jadę powoli, ostrożnie, jakbym wiózł nitroglicerynę albo mleko w otwartych kankach. Ręce drżą mi na kierownicy. Czasem spoglądam ukradkiem na siedzenie pasażera po czym szybko odwracam wzrok.

Droga przed nami tonie w mgle. Co jakiś czas wyłaniają się z niej widmowe ciężarówki, tnące gęsty opar światłem reflektorów. Tuż za Bolkowem, koło zjazdu z nowej es trójki, wiemy już, że nie ma na co czekać.

Z krawiącą ciężarną to się jedzie na sygnale, a nie powoli i ostrożnie. Skąd wiedzą, że nie ma na co czekać? W sensie na dziecko? Ludzie tracący bliskich tak nie reagują. Kierowca tym bardziej skupiłby się na dotarciu do szpitala, żeby mieć jakieś zadanie, poczucie że coś robi. Skąd pewność?

 

Scena seksu obrzydliwa. 

 

Wyszło dość mocno krytycznie. Teraz pozytywy. Opisywana sytuacja jak najbardziej ma sens i może skłaniać do refleksji. Rodzice faktycznie wykazali się lekkomyślnością i w przedstawionym systemie prawnym mogliby zostać pociągnięci do odpowiedzialności. I faktycznie nie jest to odległa wizja, politycy już dyskutowali nad koniecznością wprowadzenia kar za picie alkoholu w ciąży. Czy słusznie? Można się kłócić. Zachęcam, żeby nie robić tego na forum miłośników fantastyki. Pozdrawiam

Ojej. Nie czytałam powyższej dyskusji, wiec wybaczcie, jeśli coś powtórzę, ale chciałabym się wypowiedzieć o samym tekście. Nie mam jednak ochoty wchodzić w politykę i dyskusję o słuszności decyzji bohaterów – ten komentarz to jedynie zapis moich wrażeń po lekturze. :)

 

Mam poczucie, że tekst przeszył mnie na wskroś. Jest do bólu aktualny i, co chyba najgorsze, wywołuje u mnie wrażenie, że to może się wydarzyć. Nie jest to w żaden sposób zarzut do opowiadania – jest ono naprawdę dobre, zgrabnie napisane i niesie ze sobą potworny bagaż emocjonalny opakowany w fabularne pudełko. Jak na tak trudny temat, naprawdę świetnie rozegrane.

Najbardziej skupiłam się na samych w sobie bohaterach, co chyba dość logiczne. Nie uważam, że postępują logicznie, ale też nietrudno mi wyobrazić sobie, że emocje zwyczajnie biorą górę, że strach wygrywa. Ich bezradność jest tak naprawdę trzonem tej historii, posunęłabym się do stwierdzenia, że może nawet jej tematem.

Zdecydowanie lepiej jest tu zarysowana postać narratora, o Adze wiemy stosunkowo niewiele – że była w ciąży, że ją to cieszyło, że uwielbia góry. Ale jej charakter możemy oceniać tak naprawdę przez pryzmat tego, jak widzi ją mąż. Gdy zaczęłam o tym myśleć, wydało mi się nieco dziwne, że z tej perspektywy postanowiłeś opowiedzieć tę historię. Wydaje się, że w takim wypadku kobieta jest bardziej poszkodowana i to co ma do powiedzenia ma większe znaczenie (swoją drogą często się to przewija przy całej dyskusji o aborcji). Po zastanowieniu, dochodzę do wniosku, że perspektywa mężczyzny jest całkowicie uzasadniona. Bo jak pokazać apatię z pierwszej osoby? Jak pokazać dramat dwóch osób z perspektywy tej, która siedzi zamknięta w więzieniu? Dzięki takiemu doborowi narratora tekst jest historią tragedii rodziny, a nie jednostki, więc ostatecznie uważam, że to dobry wybór.

O reszcie wiele powiedzieć nie umiem. Uważam, że szczegóły fabularne w opowiadaniach takich jak to mają mniejsze znaczenie niż sedno historii i przyznaję, nie zwróciłam na nie wielkiej uwagi, raczej zalana mnóstwem emocji.

Reasumując, zaskakująco udany tekst na taki temat. Dystopia, której idzie się przestraszyć. 

Zostaw ten żyrandol.

@Asylum

Dla mnie, formę nadajemy świadomie, a styl jest czymś innym, choć te zbiory niewątpliwie mają część wspólną, nie są rozłączne.

Możliwe, że to nieporozumienie na poziomie semantyki. Pisząc “forma” mam na myśli stylistykę + konstrukcję utworu. O macku rozmawialiśmy a propos drugiego politycznego tekstu.

W tekście musi o coś chodzić, autorowi musi o coś chodzić, z czymś się bierze za bary, inaczej to ulotna fraszka, krotochwila. Czasem nie chodzi o treść, lecz o nią ubraną inaczej, co zmienia nam perspektywę.

Zgoda ;p

Wyrównujesz jak walec świeżo położony asfalt. ;-) W zasadzie całe nasze gadanie, idee, historia są tylko przypisem albo do Platona, albo do Arystotelesa. ^^ Jednak wszystko dzieje się w określonej sytuacji, kontekście historycznym i mamy żywych ludzi, ich reakcje. Chro ten tekst zaplanował i to widać. Najlepsze opowiadania na forum nie są dla mnie najlepszymi na świecie i nie tym się kieruję, podobnie jak nie tylko swoim gustem. Co doceniam – napisałam.

I tu też się zgadzam, ale nie do końca. Oczywiście, teksty forumowe oceniam inną miarą, w pierwszym komentarzu wspominałem zresztą, że nie uważam powyższego opowiadanie za złe. Ale w tym samym kontekście nie uważam go za wybitne (piórkowe), zwłaszcza pod względem czysto literackim. 

Nie, nie zgodzę się z tym, chyba że sam fakt napisania tego opka wskazywał na zajęcie jakiejś pozycji, ale moim zdaniem to nie wystarczy, bo… zresztą dawaj przykłady. Ja tego nie zauważyłam, ale może jestem stronnicza.

Zacytuję siebie i Irkę jeśli pozwolisz:

“Nie odbieram opowiadania jako manifest polityczny, ale jako literaturę zaangażowaną już tak. Głównie przez kontekst jego powstania (opisany w przedmowie) oraz dlatego, że w moim odczuciu świat przedstawiony w utworze, to taki zrealizowany, dość tendencyjny argument równi pochyłej (wyrok trybunału odebrał część praw aborcyjnych > trybunał pozbawi obywateli wszystkich praw aborcyjnych albo i gorzej (gdzie oczywiście to co dzieje się teraz w Polsce to absurd goniący za absurdem, ale jedno z drugiego empirycznie nie wynika)). A ten argument jest polityczny, bo jedna ze stron politycznego konfliktu się nim posługuje.”

 

“Do jakich przemyśleń? Jakie pytania? Czy Ci się to podoba, czy nie, zająłeś określone stanowisko, opowiedziałeś się po jednej ze stron. I jest to wyraźnie widoczne w komentarzach. Być może, gdyby opko ukazało się w innym czasie, mógłbyś twierdzić co innego, ale w momencie, gdy na ulicach protestują kobiety, a Ty zaostrzasz i tak ostre prawo jeszcze bardziej, odbiór jest jednoznaczny. Wszedłeś w sam środek tomatiny i liczysz na to, że pozostaniesz czysty. Tak się nie da. Literatura to nie filozofia, pokazujesz tragedię ludzi, dajesz im imiona, życiorysy, czytelnicy mogą się z nimi identyfikować, współodczuwać ich emocje, przeżywać ich tragedię i nie możesz w tej sytuacji mówić, że to tylko teoretyczne rozważania filozoficzno-prawne.”

Była tam jak żywa, cholernie dobry wybór jej odczytów przez przyjaciół. Wiesz, że latem  została oskarżono o rasizm i zdjęto w na uniwerku w Marylandzie upamiętniającą ją tablicę.

Pisarka antyrasistowska oskarżona o rasizm, ciekawy mamy świat ostatnio :(

 

@Silva

Dla mnie ten tekst spisuje się dobrze jako przestroga przed ingerencją prawa w najbardziej prywatne kwestie życia obywateli (ale o tym chyba już wspominałam); ukazuje też, że poruszony problem nie dotyczy tylko kobiet, a również mężczyzn – niby oczywiste, ale mało jest takiej perspektywy, a może co niektórych bardziej przyciągnie. Ja tu widzę też refleksję o tym, z jaką łatwością kilka zapisów może zniszczyć czyjeś życie.

Może za dużo obracam się w środowiskach lewicujących, ale ja te przestrogi i obserwacje słyszę co drugi dzień w rozmowach “przy stole”. Od literatury mam nadzieję dostać coś, czego słucham trochę rzadziej.

By oddać uczciwość, można stwierdzić, że wystarczyłoby przeczytać prawdziwe historie jak te z Salwadoru i dojść do tych samych wniosków.

Pełna zgoda, w dodatku czytałabyś o tragediach, które rzeczywiście się wydarzyły, a nie o takich, które mają (dość nikłą) szansę się zdarzyć.

Chyba nie wiem, co masz na myśli pisząc o sposobie, w jaki temat aborcji jest ujęty w debacie publicznej. To znaczy, piszesz, że autor jest mało oryginalny – ale chyba potrzebuję tu dokładniejszego uściślenia.

Wszystko co jest zawarte w tym opowiadaniu słyszałem podczas protestów. Nie widzę w nim oryginalnej myśli.

I teraz mam dysonans – bo może niektóre z pozostałych elementów to też tylko sposób na balansowanie po linie, zamiast budowania wizji świata przyszłości…

Dlatego warto na pierwszym miejscu oceniać teksty pod kątem literackim, a potem ideologicznym.

@leniwy2

Mamy pozwoleństwo Chro, to jeszcze odpowiem, ale mam nadzieję, że będziemy mogli również rozmawiać pod innymi opkami, naturalnie jeśli będzie o czym i przy chęciach. ;-)

Możliwe, że to nieporozumienie na poziomie semantyki. Pisząc “forma” mam na myśli stylistykę + konstrukcję utworu. 

Możliwe. Dla mnie, konstrukcja musi być żelazna w każdej formie, więc traktuję ją oddzielnie. U Autora w głowie musi być pod tym względem porządnie, a reszta może fruwać.

Oczywiście, teksty forumowe oceniam inną miarą

Ja chyba już nie, gdy zdałam sobie sprawę, że na zewnątrz wybieram według określonego klucza, nie czytam w zasadzie tego, co leci, więc byłoby to niesprawiedliwe wobec tekstów forumowych. Szczególnie starannie wybieram na zewnątrz opowiadania i powieści. 

Zacytuję siebie i Irkę jeśli pozwolisz:

Hi, hi, czyli dobrze – wywołuje reakcje, czyż literatura, sztuka nie ma do nich prowokować, że zapytam przewrotnie? Czy nie ma być żywa i do dyskusji? Czy nie jest tego warta, gdy nie jedzie kolejką jednotorową według takich bądź innych przekonań, lecz przestawia wybór określonych rozwiązań i pewną możliwą do zaistnienia sytuację i pyta – a co w tym przypadku?

Właściwie w podobny sposób podchodzą bioetycy, gdy zastanawiają się nad trudną, kontrowersyjną sprawą: wymyślają historie (naturalnie różne inne rzeczy też robią, ale to w tym momencie pomijam). Warunek jest jeden – postawienie pytania, a nie publicystyka i opki "publicystyczne" opowiadające się za napiętnowaniem lub rozgrzeszeniem, a dla mnie tu tego nie ma, za to jest w naszych głowach – powtórzę się.

Tu mamy tylko i aż pewną historię z możliwej bliskiej przyszłości (a co jeśli…), a że na czasie – nic złego, dobrze. Dlaczego mam czytać o wyimaginowanych dylematach, problemach opisanych estetycznie, subtelnie, wymyślnie. Człowiek jest szkieletem obleczonym mięśniami z pompą ssąco-tłoczącą, workiem pełnym mnóstwa koegzystujących ze sobą organizmów (symbiontów) i dysponuje  świadomością. Dlaczego sztuka ma być wykwintnym obiadem w eleganckiej restauracji? Dlaczego ma pozostać sennym pięknym marzeniem. Bo inaczej jest be, jeśli porusza życiowe sprawy? Przypominam, są też koszmary i sprawy istotne wynikające z warunków w, których żyjemy.

Irka pisze, że zaangażowanie (opowiadanie się) widoczne jest w komentarzach. Tak, widoczne, bo przedstawienie bliskiej możliwej sytuacji porusza. Bliżej jest tego “mięsa” i różne mamy zdania na temat tego, czym jest literatura. Ja np. nie odnajduję się w obecnym panteonie prawicy i lewicy, dla mnie to cholernie przestarzałe pojęcia i nijak niczego nie opisują świata od dawna. Nie ma jeszcze pojęć, stanowisk określających obecne zagwozdki, życie nie jest zero-jedynkowe.

Właśnie, dla mnie, to opko jest właśnie teoretycznymi rozważaniami filozoficzno-prawnymi. Dyskusją. Nie o fikcyjnym alkoholizmie, biednych dzieciach skazanych na przemoc w rodzinie i wymyślnych chorobach. One są gdzieś tam, a większość jako taka ma z nimi mały kontakt. Dla mnie literatura jest również rodzajem filozofowania, zresztą sama filozofia powstała z powodu dążenia ludzi do ujęcia w jakiś sposób fenomenu świata i człowieka, samego siebie.

 

Pozdrawiam serdecznie ^^

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Może za dużo obracam się w środowiskach lewicujących, ale ja te przestrogi i obserwacje słyszę co drugi dzień w rozmowach “przy stole”. Od literatury mam nadzieję dostać coś, czego słucham trochę rzadziej.

Wszystko co jest zawarte w tym opowiadaniu słyszałem podczas protestów. Nie widzę w nim oryginalnej myśli.

Pełna zgoda, w dodatku czytałabyś o tragediach, które rzeczywiście się wydarzyły, a nie o takich, które mają (bardzo nikłą) szansę się zdarzyć.

Na tej podstawie można stwierdzić, że właściwie spora część literatury może iść do kosza. Wszystko się już wydarzyło, o wszystkim wszystko zostało powiedziane, po co pisać – wystarczy poszukać, a się znajdzie. Można mieć takie podejście, ale ja to widzę bardziej jednostkowo, personalnie. Ktoś chce opowiedzieć historię – opowiada ją. Może mnie ona poruszyć albo nie. I na tej podstawie oceniam tekst. Jeżeli moje odczucia uznajesz za jakąś kategorię ideologiczną – no to trudno. Moja opinia pozostaje taka, że jest to kawałek poruszającego, dobrze napisanego tekstu. Szkoda tylko, że odebrałam go inaczej, niż autor miał w zamyśle.

Na tej podstawie można stwierdzić, że właściwie spora część literatury może iść do kosza. Wszystko się już wydarzyło, o wszystkim wszystko zostało powiedziane, po co pisać – wystarczy poszukać, a się znajdzie. Można mieć takie podejście, ale ja to widzę bardziej jednostkowo, personalnie. Ktoś chce opowiedzieć historię – opowiada ją.

@Silva – ale tutaj nie ma żadnej historii. To opowiadanie jest jak… opowiadanie erotyczne. Tylko bez erotyki. Zmierza do określonego celu, nie zważając na inne elementy i czerpie podnietę z paragrafów a nie cielesności. 

 

Oczywiście, że przekaz jest ważny, ale to jest przedstawione tak dosadne, że aż boli. I po co tyle cytatów paragrafów? Brr, aż mi się studia przypomniały. Nie można napisać: “jest pan oskarżony o współudział”? Każdy zrozumie, o co chodzi. 

 

Pod względem prawnym też się kupy nie trzyma. Życzę powodzenia w wykazaniu związku przyczynowo skutkowego między spożyciem dwóch kropli grzańca 12% a poronieniem. Jeżeli autor nie jest karnistą i nie chce edukować prosty lud (a raczej studentów) to lepiej sięgać po bardziej abstrakcyjne czasy i światy, a dzieło stanie się bardziej uniwersalne. 

 

Na koniec jeszcze pytanie do wszystkich. Czy jest tutaj ktoś, dla kogo przedstawiony proces i jego konsekwencje wydały się sprawiedliwe? Podobne pytanie dla osób o poglądach pro-life, które takiego zapisu w konstytucji by chciały: czy przedstawiony system prawny jest dla Was do zaakceptowania? A jeżeli nie, to który element byście zmienili, by uniknąć patologii?

@Chrościsko – Jak mamy uznać proces i konsekwencja za sprawiedliwe, skoro je przedstawiłeś jako skrajnie niesprawiedliwe? Słodka rodzinka nie robi nic złego, zachodzą zjawiska losowe, pozbawieni są wszelkiej pomocy prawnej, uwziął się na nich prokurator… Brakuje Dartha Vadera i czerwonych mieczy świetlnych – żebyśmy na pewno wiedzieli którzy to ci źli. 

Czy taki taki system prawny mógłby zostać wprowadzony? Oczywiście, że tak. Jeżeli uznamy, że dzieci należą do państwa i jego rolą jest ich ochrona to ma to sens. Tylko zamiast biednej rodzinki podstaw panią w 8 miesiącu ciąży, która nałogowo pije wódkę, w konsekwencji trwale upośledzając dziecko. Czy sprawiedliwe byłoby ukaranie takiej osoby?

Opowiadanie będzie zbierało plusiki, bo jest jest zgodne z poglądami politycznymi czytelników. A tak samo można napisać antyutopie o negatywnych i przejaskrawionych konsekwencjach swobodnego dostępu do aborcji.

Dawid Majerski – pozwól, że sama będę oceniać, czy dopatrzyłam się w opowiadaniu historii, czy nie. Więcej na zarzuty tego typu nie będę odpisywać, bo robi się śmietnik pod opowiadaniem.

Hm, po tej burzy komentarzy aż trudno powiedzieć coś wnoszącego powiew świeżości do tematu, jednak spróbuję. Może też nie być świeżo, ale trudno.

W warstwie konstrukcyjno-fabularnej i językowej tekst mnie – laikowi w dziedzinie prawa karnego – przypadł do gustu. Dystopia skonstruowana ze strzępów naszej rzeczywistości, że aż przechodzą ciarki. Interesująca jest męska perspektywa na ten, jakby nie było przez naszą fizyczność, zawsze bardziej kobiecy problem. Partnerska do przesady postawa bohatera nasuwa wiele wątpliwości i pytań, które warto sobie zadać w kontekście podobnego wydarzenia, żeby zrozumieć złożoność problemu. Realizm psychologiczny wycofanej i zaszczutej w tym wszystkim kobiety też wypada wiarygodnie.

Czy ten tekst nie mialby szansę dotrzeć do większej ilości osób na innej platformie? Pewnie tak. Ale o ważnych rzeczach trzeba mówić, gdziekolwiek uważamy za słuszne. Tak zaczynają się prawdziwe rewolucje.

Pozdrawiam!

Irko

dziękuję raz jeszcze za bardzo obszerny komentarz. Pozwól, że nie będę się już kontynuował dalszej polemiki, bo chyba temat został już wyczerpany.

Chociaż nie. Pozwolę sobie jeszcze na wyjaśnienia w jednej kwestii, a mianowicie: brak rozbudowanego świata, brak informacji, jak doszło do takiego stanu prawnego, brak dopracowania psychologicznego bohaterów.

Żeby sprostać tym kryteriom, opowiadanie musiałoby być objętościowo 2-3 krotnie dłuższe. To byłaby już zupełnie inna literatura, podczas gdy w założeniu ten tekst miał być krótki, dosadny, prosty. Te założenia wymogły taką właśnie formę, wymogły wiele niedopowiedzeń i skrótów. Tobie tego tutaj ewidentnie zabrakło i Twoim świętym prawem czytelnika jest na to narzekać. Jednak nie można wymagać od krótkiej formy, by miała głębię minipowieści. Przyjęcie tej formy narzuca nam pewnie ramy, których przeskoczyć nie potrafimy lub nie chcemy.

 

Perruxie,

Szkoda jednak, że nie zdecydowałeś się osadzić akcji bardziej "z boku", w abstrakcyjnym lub odległym świecie. To według mnie nadałoby dystans i zepchnęłoby temat polityki na dalszy plan. 

Na pewno odbiór byłby wówczas zupełnie inny, ale tekst mógłby też stracić pazur i zamienić się w mdłą utopię, która już nikogo nie rusza.

 

Darconie,

Jestem podobnego zdania, pisarz, autor beletrystyki, powinien wiedzieć, co chce czytelnikowi przekazać.

Ale dlaczego? Nie może poszukiwać? Przecież co pisarz to inna motywacja, inna historia. Po co kogokolwiek ograniczać? Mamy pisać tylko po to, by wtłaczać czytelnikom jedyny słuszny przekaz?

Spójrz, jak odmiennie ten tekst został odebrany przez różne osoby. Dla jednych to manifest polityczny, dla innych przestroga przed tym, co nadchodzi, dramat małżeństwa wobec bezwzględnej machiny, a dla Irki to wręcz szowinistyczny tekst o uprzedmiotowieniu kobiety w patriarchalnym świecie (przepraszam Cię Irko za hiperbolę i spłycenie Twojego komentarza, mam nadzieję, że się nie pogniewasz)… 

Mnie, Darconie, bardzo się podoba, że ta sama historia jest odczytywana tak różnie. I to, co ja sobie myślałem w trakcie pisania jest zupełnie nieistotne. Bo to nie jest podręcznik, ani materiał propagandowy, ani kazanie, które ma wskazywać jedyną słuszną drogę.

 

Jose,

bardzo dziękuje za poprawki. Obiecuję, że naniosę korekty jak najszybciej. 

Rozumiem, że chciałeś tu podkreślić niesprawiedliwość prawa, silny aparat opresji itp., jednak jak na mój gust bohaterka, która przecież powinna znać realia, sama się prosiła o to, co ją spotkało. Zagrożona od początku ciąża, a ona popyla po górach? I zjada nasączone alkoholem pomarańcze, a może nawet pije tę herbatkę z prądem?

 No bohaterka z tych super odpowiedzialnych to nie jest. Gdyby była, to pewnie nic złego by się nie wydarzyło.

Co do alkoholu to próbka była z nie z krwi a z moczu. Metabolity alkoholu utrzymują się w moczu do 80 godzin po spożyciu. Takie analizy są stosowane na przykład do monitorowania abstynencji. Jakie to są ilości, to przyznam się, że nie wiem, bo nie udało mi się dotrzeć do takich szczegółów. Tekst jednak jest futurystyczny, więc założyłem progres technologii w tej dziedzinie.

 

Dawidzie,

dzięki za komentarz. Nie spodobało się, szkoda.

Dalsze wstawki z konstytucji itd. są zupełnie zbędne, sprawiają że tekst jest ciężkostrawny. Główny zarzut, że tutaj został przedstawiony problem.

Taki miałem pomysł na ten tekst. Wokół tego pomysłu powstała całość. Chodziło mi o zestawienie jednej “futurystycznej” zmiany w konstytucji ze współczesnymi przepisami kodeksu karnego, niezmienionymi ani na jotę.

Zdawałem sobie sprawę, że może wyjść przyciężko, ale taki miałem pomysł na ten tekst.

 

Dowody się kupy nie trzymają. Wykrycie tak śladowej ilości alkoholu to już sci fi. Więcej promili by miała po zjedzeniu “Pawełka”. GPS w górach w czasie burzy?

No bo to jest sci-fi, krótki zasięg, ale jednak :).

Co do GPS-a w czasie burzy, to jednak się mylisz. Zdarzało mi się biegać w czasie deszczu (burzy) po górach i GPS w zegarku sobie radził. Stwierdzone w praktyce.

Nie mniej masz rację, że w realnym sądzie pewnie by ich adwokat wybronił… jednak tu jest dystopia, więc pozwoliłem sobie na hiperbolę.

Z krawiącą ciężarną to się jedzie na sygnale, a nie powoli i ostrożnie. Skąd wiedzą, że nie ma na co czekać? W sensie na dziecko?

Nie wiemy, czy krwawi. Widzimy tylko, że trzyma się za brzuch, że się źle czuje, i że coś poszło nie tak. Reszta jest niedopowiedziana. Może właśnie zaczęła krwawić w samochodzie.

NB. Wiozłem swego czasu żonę do szpitala w środku zimy i, wierz mi, perspektywa wylądowania w rowie i niedowiezienia jej do szpitala bardzo studziła rozgrzaną głowę.

Scena seksu obrzydliwa.  

Nie o piękno w niej chodziło, bynajmniej.

Oczywiście, że przekaz jest ważny, ale to jest przedstawione tak dosadne, że aż boli. I po co tyle cytatów paragrafów?

Dosadność tekstu jest pochodną prostoty formy.

Dla kogoś, kto nie jest prawnikiem, nie są to kwestie oczywiste, co grozi i za jakie przestępstwo. Cytaty spełniają tu też określoną rolę, mają wzmacniać przekaz, uwiarygadniać go, wzmagać wrażenie opresyjności systemu prawnego.

Tylko zamiast biednej rodzinki podstaw panią w 8 miesiącu ciąży, która nałogowo pije wódkę, w konsekwencji trwale upośledzając dziecko. Czy sprawiedliwe byłoby ukaranie takiej osoby?

Osądy zostawiam czytelnikom. Chodź przykład ciekawy :).

A tak samo można napisać antyutopie o negatywnych i przejaskrawionych konsekwencjach swobodnego dostępu do aborcji.

Kusisz :)

 

Verus,

Gdy zaczęłam o tym myśleć, wydało mi się nieco dziwne, że z tej perspektywy postanowiłeś opowiedzieć tę historię.

Pisanie ma w sobie coś z aktorstwa. Trzeba się wcielić w kreowaną postać i zrobić to wiarygodnie. Nie wiem, czy potrafiłbym wiarygodnie oddać emocje kobiety w takiej sytuacji, dlatego wybrałem narrację męską. 

Dziękuję za miłe słowo.

 

Oidrin,

Partnerska do przesady postawa bohatera nasuwa wiele wątpliwości i pytań, które warto sobie zadać w kontekście podobnego wydarzenia, żeby zrozumieć złożoność problemu.

Partnerska?… raczej świnia, która się nie przyznała do winy. ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

 No bohaterka z tych super odpowiedzialnych to nie jest. Gdyby była, to pewnie nic złego by się nie wydarzyło.

A gdyby się jednak wydarzyło, to byłoby (imho) znacznie ciekawiej. Bo przecież naturalne poronienia, zwłaszcza w przypadku zagrożonych ciąż, zdarzają się nader często. I gdyby ona tylko poszła na spacer, zjadła coś, co może dać fałszywy wynik (albo i prawdziwy, ale niemający nic wspólnego ze spożyciem alkoholu, jak choćby wspomniany przez kogoś batonik), nie uprawiała “zwykłego” seksu, ale np. została podejrzana przez sąsiada podczas erotycznych wygibasów z mężem, ale innego rodzaju. Albo coś, co zobaczył sąsiad, nie miałoby z nią nic wspólnego (wygłodzony mąż z prostytutką albo koleżanką z pracy). Gdyby autentycznie była niewinna, ale machina państwowa za każdą cenę starała się jednak udowodnić, że coś zrobiła nie tak. Powtórzę: dla mnie ciekawsze i bardziej dystopijne.

 

Jakie to są ilości, to przyznam się, że nie wiem, bo nie udało mi się znaleźć takich szczegółów. Tekst jednak jest futurystyczny, więc założyłem progres technologii w tej dziedzinie.

Myślę, że postęp technologii nie zmieni tych ilości ;) A tak wynika z drugiego zdania.

http://altronapoleone.home.blog

Silvo,

Szkoda tylko, że odebrałam go inaczej, niż autor miał w zamyśle.

Ale autorowi się to bardzo podoba, jak go odebrałaś. To, co on zamyślał jest nieistotne. Znaczenie ma to, co czuje czytelnik.

 

Drakaino,

Gdyby autentycznie była niewinna, ale machina państwowa za każdą cenę starała się jednak udowodnić, że coś zrobiła nie tak.

Wtedy ten tekst byłby odbierany jeszcze bardziej tendencyjnie, bo tu jednak ta sympatia do bohaterów jest doprawiona goryczą.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dla mnie nie goryczą, ale wkurzem… I, prawdę mówiąc, z bohaterami jakoś szczególnie nie sympatyzowałam – są jak dla mnie dość papierowi i za mało właśnie budzący sympatię, żebym miała ich na pierwszym planie w tym tekście. Dla mnie na pierwszym planie jest problem, teza (nawet jeśli w zamierzeniu jej nie ma), a nie postacie. Dajesz im deklaratywne cechy: kochają górskie wycieczki, są zwyczajni, lubią to i tamto. Ale to nie robi z nich ludzi z krwi i kości, z którymi jako czytelnik bym się utożsamiała, którym jako osobom bym kibicowała. Są dla mnie raczej nośnikami treści, a nie ludźmi.

http://altronapoleone.home.blog

są jak dla mnie dość papierowi i za mało właśnie budzący sympatię, żebym miała ich na pierwszym planie w tym tekście.

Czy ta papierowość nie jest pochodną krótkiej objętości? Czy sympatyczni bohaterowie nie rozmemłaliby tego tekstu? A może chodzi o to, że oni są tacy właśnie lekkomyślni i niedojrzali. Tak jednocześnie winni i niewinni.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Wiesz, mam wrażenie, że mniej chodzi o to, jacy są jako ludzie, a bardziej o to, jak ich napisałeś. Bo dla mnie, a sądząc po komentarzach, dla wielu innych czytelników też, oni są mało ważni w tym tekście. Są nośnikami idei, treści, narrative devices, a nie bohaterami, z którymi się utożsamiasz, kibicujesz im itd. Nie potrafiłam się przejąć ich losem jako ludzi, bo za mało o nich wiem, nie czuję ich, więc te mnożone nieszczęścia trochę na nich wiszą jak na wieszaku. To wszystko zresztą jest trudno uchwytne, bo to nie tak, że każdego bohatera muszę znać z jego przeszłością i teraźniejszością, nie, nie. Mogę go mieć narysowanego kilkoma kreskami, prawie nic o nim nie wiedzieć, a przejąć się jego losem. Mogę mieć wyłącznie charakterystykę pośrednią i drżeć o bohatera. Tu tego zabrakło, oni służą pokazaniu czegoś, a nie żyją.

Pozwolę sobie z uporem maniaka wrócić do Twojego opowiadania, które naprawdę lubię. Kumari. Tam masz bohaterów ledwie zarysowanych, charakteryzowanych i przedstawianych przez to, co i jak robią. Ale oni żyją, nawet ci poboczni. Tu są etykietki, a nie ludzie. “Lekkomyślna młoda kobieta”, “wredny prokurator” i tak dalej.

http://altronapoleone.home.blog

@Asylum

Tu mamy tylko i aż pewną historię z możliwej bliskiej przyszłości (a co jeśli…), a że na czasie – nic złego, dobrze. Dlaczego mam czytać o wyimaginowanych dylematach, problemach opisanych estetycznie, subtelnie, wymyślnie. Człowiek jest szkieletem obleczonym mięśniami z pompą ssąco-tłoczącą, workiem pełnym mnóstwa koegzystujących ze sobą organizmów (symbiontów) i dysponuje  świadomością. Dlaczego sztuka ma być wykwintnym obiadem w eleganckiej restauracji? Dlaczego ma pozostać sennym pięknym marzeniem. Bo inaczej jest be, jeśli porusza życiowe sprawy? Przypominam, są też koszmary i sprawy istotne wynikające z warunków w, których żyjemy.

Problem w tym, że ja osobiście nie widzę tu ani subtelności ani mięsa. Niech opowiadanie porusza życiowe sprawy, ale jeśli robi to w sposób wtórny i literacko nieciekawy to nie będę go uznawał za wybitne, a przeciętne lub dobre. Mam wrażenie, że trochę już się kręcę w kółko w tej dyskusji, przypomnę Ci, że mój punkt startowy to: “uważam, że to opowiadanie jest dobre, ale nie piórkowe”.

Właśnie, dla mnie, to opko jest właśnie teoretycznymi rozważaniami filozoficzno-prawnymi. Dyskusją. Nie o fikcyjnym alkoholizmie, biednych dzieciach skazanych na przemoc w rodzinie i wymyślnych chorobach. One są gdzieś tam, a większość jako taka ma z nimi mały kontakt. Dla mnie literatura jest również rodzajem filozofowania, zresztą sama filozofia powstała z powodu dążenia ludzi do ujęcia w jakiś sposób fenomenu świata i człowieka, samego siebie.

No to pytam się po raz wtóry, co z tego filozofowania i dyskusji wynika. Ja widzę tylko banały, ale chętnie usłyszę przykład. Nie rozumiem też, czemu opowiadanie filozoficzne musi być nudno napisane.

 

@Silva

 

Na tej podstawie można stwierdzić, że właściwie spora część literatury może iść do kosza. Wszystko się już wydarzyło, o wszystkim wszystko zostało powiedziane, po co pisać – wystarczy poszukać, a się znajdzie.

No i masz tu całkowitą rację. Większość literatury (zwłaszcza gatunkowej) mogłaby iść do kosza i kultura nie ucierpiałaby na tym znacząco. 

Ale jeśli tekst ma jakieś wyższe aspiracje to tak też będę go oceniał (pod względem oryginalności/trafności myśli weń przekazanych).

Jeżeli moje odczucia uznajesz za jakąś kategorię ideologiczną – no to trudno. Moja opinia pozostaje taka, że jest to kawałek poruszającego, dobrze napisanego tekstu.

A to wybacz. Miałem wrażenie, że zmieniłaś opinię o tekście, kiedy przeczytałaś komentarz, w którym autor nie wypowiedział się w sposób całkowicie zgodny z Twoim światopoglądem.

Ale dlaczego? Nie może poszukiwać? Przecież co pisarz to inna motywacja, inna historia. Po co kogokolwiek ograniczać? Mamy pisać tylko po to, by wtłaczać czytelnikom jedyny słuszny przekaz?

(…)

Mnie, Darconie, bardzo się podoba, że ta sama historia jest odczytywana tak różnie. I to, co ja sobie myślałem w trakcie pisania jest zupełnie nieistotne. Bo to nie jest podręcznik, ani materiał propagandowy, ani kazanie, które ma wskazywać jedyną słuszną drogę.

A gdzie ja napisałem, że pisarz wskazuje jedyną słuszną drogę? A tym bardziej coś o podręczniku czy propagandzie. Pisarz powinien być świadomy tego, co robi, co pisze. Pisarz to indywidualista, ekshibicjonista intelektualny i po części egocentryk, każdy. Publikuje, bo chce coś przekazać innym, wychodzi przed szereg. Mało tego, czy tego chce, czy nie, jest też liderem. W końcu mówi ludziom, jak według niego wygląda świat. Jak p o w i n i e n wyglądać świat, mówi co jest dobre, a co według niego złe. Nawet jeśli będzie owijał to w wątpliwości, dwuznaczności, metafory i pierdylion innych środków stylistycznych.

Czytając powyższy tekst wiedziałem dokładnie, co chcesz powiedzieć i jakie jest Twoje zdanie. I to jest ok, taki jest właśnie pisarz beletrystyki. Wskazuje swój światopogląd, swoją drogę, a inną sprawą jest, czy słuszną, czy nie. Ale jest to j e g o. A teraz Ty, w swoich komentarzach, gdzieś tam błądzisz, zastanawiasz się i mam wrażenie, starasz się dopasować do każdego rozmówcy. A to mi się podoba znacznie mniej. Jeśli coś piszesz, mniej do cholery odwagę stać za tym, nie wszyscy muszą zaakceptować co napisałeś, a Ty nie musisz akceptować wszystkich. Zastanawiam się, czy za chwilę nie przeczytam “to właściwie nie moje”.

To, co on [Autor] zamyślał jest nieistotne.

A właśnie, kurwa, że jest.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

@leniwy2

Zostańmy w blokach startowych. Mięsa widzieć i czuć nie będziesz, bo mięso to człowiek, odbiorca, a nie opko. :-) 

a widzę tylko banały, ale chętnie usłyszę przykład.

Nominację uzasadniłam, w dyskusji z Tobą podałam argumenty, a nie konkretne zdania. Idziemy w myśli, a nie wskazywanie ładnych zdań. Bawić słowami można się różnie, a i potrzeby mamy inne. ;-)

Na deser – Banksy. Sztuka li to czy banał? ;-)

 

Pozdrawiam serdecznie i może do następnego spt  pod innym opkiem ;-)

 

PS. Proszę o docenienie, że nie wstawiłam muralu Banksy’ego mocniejszego. wink

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przeczytałem całe opowiadanie i muszę powiedzieć, że zrobiło na mnie wrażenie z tym, jak niedaleko nam do tego scenariusza przyszłości. 

Od poczęcia do naturalnej śmierci czytało się bardzo dobrze, moim zdaniem jest tu dobrze nakreślony problem, a mianowicie jeśli chodzi o wybór i wolność człowieka całkowicie zlikwidowane przez prawo. Sytuacja, w której znajdują się oboje protagonistów moim zdaniem jest dosyć absurdalna, dodatkowo cytowane fragmenty z kodeksu karnego tylko dopełniają takiej atmosfery, co trochę mi przypomina Proces Kafki, a sama sytuacja z ciężarną Agą i skutkami nieudanego porodu do Pamiętnika Podręcznej, gdzie kobiety nie mają praktycznie żadnych praw. 

"Kiedy płonie ogień w sercu, razem z nim tworzy dusza." / "Nie będę kłamał, nie wyrządzał krzywdy, aby chronić pokój i niewinnych - motto prawdomówców"

Drakaino,

a czy przypominasz sobie jakieś opowiadanie, w którym główny bohater nie wywoływał sympatii czytelnika. Wkurzał, irytował i nie było w nim nic fajnego, a tekst się mimo to wybronił.

Zastanawia mnie, czy sympatia czytelnika do bohatera jest elementem koniecznym, czy raczej z tych “nice to have”.

 

Darconie

A gdzie ja napisałem, że pisarz wskazuje jedyną słuszną drogę? A tym bardziej coś o podręczniku czy propagandzie.napisałeś, że autor powinien wiedzieć, co chce czytelnikowi przekazać.

Wybacz uproszczenie, ale zarówno podręczniki jak i propaganda tym się głównie charakteryzują, że autor doskonale wie co czytelnikowi przekazać. Stąd moje skojarzenie.

Każesz mi upierać się przy swoim, więc się upieram. Nie liczą się zamiary i chęci autora, a efekt końcowy. 

A teraz Ty, w swoich komentarzach, gdzieś tam błądzisz, zastanawiasz się i mam wrażenie, starasz się dopasować do każdego rozmówcy. A to mi się podoba znacznie mniej. Jeśli coś piszesz, mniej do cholery odwagę stać za tym, nie wszyscy muszą zaakceptować co napisałeś, a Ty nie musisz akceptować wszystkich.

I to jest bardzo ciekawe spostrzeżenie. Gdybyś wziął mnie na kozetkę i wypytał o to, skąd u mnie taka właśnie postawa, to wiele ciekawych rzeczy mógłbyś się dowiedzieć… ale, wystarczy już tej prywaty w komentarzach.

A właśnie, kurwa, że jest.

Darconie, czy próbujesz właśnie mnie sprowokować? :)

Zawróć z tej drogi. Nie wszystko jest warte tego, by się o to spierać.

 

Proroku,

dziękuję za odwiedziny i komentarz.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

czy przypominasz sobie jakieś opowiadanie, w którym główny bohater nie wywoływał sympatii czytelnika. Wkurzał, irytował i nie było w nim nic fajnego, a tekst się mimo to wybronił.

Ależ ja ani przez moment nie twierdziłam, że bronią się tylko bohaterowie budzący sympatię czytelnika! Nie podkreśliłam tego, ale przecież wśród najbardziej broniących się jako postacie literackie bohaterów jest ogromna rzesza typów antypatycznych, wrednych, czarnych charakterów itd. Nie chodzi ani o to, jacy są, ani jak dokładnie są opisani, chodzi o to, żeby byli z krwi i kości.

W Twoim opowiadaniu usiłujesz wzbudzić sympatię czytelnika do bohaterów, niemniej gdyby zamiast być jeszcze bardziej niewinni byli antypatyczni i irytujący, to gdyby ta kreacja była wiarygodna i dobrze napisana, też mieliby szanse wzbudzić zainteresowanie i współczucie. Oczywiście to byłoby trudne, ale nie niemożliwe.

http://altronapoleone.home.blog

Temat zacny. Wykonanie bardzo dobre– lubię ten rytm, całość zdaje się wygrywać melodię, wrażenie potęguje refren paragrafów i zdań nieprzeładowanych. Bohaterowie tak zwyczajnie ludzcy jak na nasze standardy, że aż komiczni, irytujący w swej konstrukcji. To może być zaletą, jak i pokaźną wadą… No ale pomysł udany mroczny taki jak lubię, co prawda inspiracja raczej oczywista, aczkolwiek każdy potrzebuje jakieś. Co do fantastyki to dystopie tę autor oparl jedynie na wątku zmian legislacyjnych… No niby przyszłość ale mało to satysfakcjonujące. Można by akcje wrzucić w ramy jakiejś spolczesnej bananowej reppubliki, terazniejszej lub przyszłej i też byłoby zacznie jako dramat obyczajowy, bo takie jest sedno opka-mimo wszystko to nie Kawka i jego absurd. Nie ma tej magii kompletnej nierealności. Na nominacje jako opko socjo s-f mnie nie przekonuje-mam zawyżone standardy gatunkowe ;) No ale dobrze że jest dobrze. Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny:)

Dziękuję pięknie za komentarz panie Czwartkowy Dyżurny. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Jakoś przypadkowo tu trafiłem, przeczytałem i przyznam szczerze, że choć technicznie dobrze się czytało (i kwestii technicznych nie będę komentował, szczególnie że sam jestem pod ich względem fatalny cheeky ), to samo opowiadanie mi się nie podobało, a jako że zostało powszechnie ozłocone, i jestem literackim nikim, to ego autora nic nie grozi, więc będę bezpośredni.

Podstawowy problem polega na tym, że od samego początku było wiadomo o co w nim chodzi, i do samego końca już niczym mnie nie zaskoczyło, przez co czytając, dosyć szybko poczułem, że tracę czas i ta strata nigdy nie została wynagrodzona. Prezentuje przerysowania raczej popularne w dyskusjach w komentarzach na Onecie, i nie mam co do zasady niczego przeciwko prezentowaniu przerysowanych dystopii, ale pod warunkiem, że mają jakiś swój unikalny twist, coś co nie jest po prostu ładnym ubraniem w słowa, dosyć popularnych idei i opinii. Pisanie według jednego klucza od początku do końca, to przepis na intelektualną nudę, chyba że ktoś lubi czytać ładne słowa dla ładnych słów, albo uzyskać walidację swoich własnych poglądów. Ci którzy są emocjonalnie zaangażowani w jego przesłanie, są naturalnie zachwyceni, ale uważam że to nie jest dobra widownia, i przez swój brak oryginalności, oraz ociężałość intelektualną, nie zostanie zapamiętane na zbyt długo, choć na fali emocji parę nagród tu i ówdzie może zdobyć.

Żeby zakończyć optymistycznie, przypomnę tylko, że w tej beczce dziegdziu jest łyżka miodu: technicznie jest całkiem imponująco.

Łukasz Zaroda

Lukenie, autor stara się trzymać swoje ego w ryzach, czego na tym portalu można się dość szybko nauczyć :). Dzięki za komentarz. Tekst jest, jaki jest, u jednych się wybroni, u innych nie. Fajnie, że wpadłeś. NB. W odwiedzinach zwykle nie ma przypadków, są tylko mniej lub bardziej chwytliwe tytuły. Choć w naszych kilkbajtowych czasach, to wcale nie musi być pozytyw.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Jak dla mnie tekst przerażający. Wydaje się być niezwykle rzeczywisty. Zbyt rzeczywisty. Mam wrażenie, że wiele nam do tego nie brakuje. Tekst wywołuje emocje i zapada w pamięć.

Z tego, co już pisano, również uważam, że końcówka mogłaby być minimalnie bardziej rozbudowana, ale poza tym bardzo nieźle :)

Dziękuję za komentarz, silvanie. Końcówka podobnie jak cały tekst jest dość minimalistyczna. Gdyby ją rozbudować, tekst mógłby zyskać na głębi, ale jednocześnie stracić na mocy. Coś za coś.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

To nie będzie długi komentarz. Wszak uzasadnianie TAK-ów jest zazwyczaj prostsze niż wyjaśnienie i tłumaczenie lożowskiego NIE.

Najpierw przedstawię swoje stanowisko w skrócie, potem być może je rozwinę, jeśli wyda się to konieczne ; ). Ale w głębszą polemikę z powyższymi komentarzami nie mam zamiaru wchodzić (zresztą tylko część z nich przeskanowałem), zwłaszcza z tymi mocno na NIE. Wiem, dlaczego nominowałem, jestem na TAK i zdania nie zmienię.

Zacznę od podstawy, czyli wykonania. To po prostu bardzo dobrze napisany tekst. Warsztatowo, językowo, stylistycznie (dobrze, że zmieniłeś tego efekciarskiego Heliosa, Chrościsko). Powściągliwy, oszczędny styl, w który tylko gdzieniegdzie wplatasz jakieś lajtowe metafory czy porównania i ozdobniki (w stylu: Wrześniowe słońce jakby zapomniało, że nadchodzi jesień), świetnie pasuje do dynamiki opowiadanej historii, jej atmosfery i wymowy. Nawet pewna sprawozdawczość narracji, nie obniża moim zdaniem walorów literackich (a punktowanie historii paragrafami i artykułami z KK to prosty ale bardzo udany zabieg). I zupełnie, szczerze mówiąc, nie rozumiem zarzutów dotyczących poziomu literackości tego opowiadania. Przejrzysty, lapidarny momentami język, służy do budowania dobrych i prostych zdań, formułowania trafionych myśli i sformułowań, klarownych opisów w kilku słowach osadzających czytelnika i bohaterów w środowisku i wydarzeniach. Prowadzi nas przez opowiadaną historię gładko i sprawnie. Tu nie ma zgrzytów i potknięć, jest w zasadzie czysto, bez fałszów, choć też bez fajerwerków i fontann, a tekst trzyma równy poziom językowy i warsztatowy od początku do końca. I jest to odpowiednio wysoki poziom, w żaden sposób nieobniżający mojej oceny piórkowej. Taki poziom warsztatu i języka mi wystarczy. Ale sam warsztat i sprawne pióro nie wystarczą do piórka. 

I tutaj dochodzi element, który zaważył na moim TAK-u. To jest tekst o czymś, to jest tekst poruszający jakiś problem, to tekst, w którym o coś chodzi. W pierwszym komentarzu napisałem: „Mocny, bardzo dobrze napisany i bardzo aktualny tekst. Wyraźny i trzeźwy głos po stronie rozsądku. Fantastyki tu tyle, co kot napłakał, ale nie mam zamiaru narzekać. Fantastyka krótkiego zasięgu, zaangażowana, tym właśnie się zajmuje – ostrzega, rozwija współczesne, niepokojące zjawiska i pokazuje, do czego mogą doprowadzić. Także w bardzo niedalekiej przyszłości. A tutaj mamy pokazany pierwszy krok ku dystopii, systemu prawnego totalitaryzmu, bardzo realistyczną wizję postępującego absurdu, dotykającego świat tak nam znajomy i jeszcze zwyczajny. Nie mam również zamiaru narzekać na obyczajowość opowiadania, która jest tutaj w pełni uzasadniona. Uświadamia nam przy okazji, jak blisko jesteśmy sytuacji opisanej w tekście". I mogę to śmiało powtórzyć po kilku tygodniach i powtórnej lekturze. Zająłeś stanowisko, Chro, pokazałeś socjologiczno-futurologiczny pazurek, podejmując ważny (i aktualny) temat społeczny. Napisałeś dystopię bardzo realistyczną i konkretną w przekazie. Ale nie agitkę. Agitki już na portalu widziałem. Prostackie, toporne, nawet z nazwiskami polityków, walące jedyniesłusznym przekazem jak obuchem. Tutaj tego nie ma. Oczywiście Twoje podejście do tematu jest mi bliższe ideologicznie i to również może mieć pewien wpływ na mój pozytywny odbiór (pociesza mnie jednak fakt, że gdyby to np. Rrybak siedział w Loży, to dostałbyś pewnie z miejsca siarczyste NIE bez zagłębiania się w kwestie warsztatowe). Poza tym podczas lektury zupełnie nie czułem się manipulowany, nie stosowałeś na mnie żadnej socjotechniki ani wulgarnej i prostackiej propagandy. Masz swoje wątpliwości (bez sensu i niepotrzebnie tłumaczysz się i lawirujesz w komentarzach), coś tam sugerujesz, przed czymś ostrzegasz, ale to jest dosyć subtelne, po namyśle wcale nie takie niejednoznaczne, jak się niektórym wydaje.

Zamiast walić po łbach kilofem totalitarnego państwa rodem z Orwella, Huxleya czy Atwood, wymieniasz zaledwie jeden malutki element, jeden trybik w naszej rzeczywistości i obracając go w dłoni przed moim nosem, pokazujesz do czego może ta podmiana doprowadzić w skrajnej formie. Tak właśnie. Jeden element, jeden paragraf, jeden szczegół. Przy okazji uświadamiasz czytelnikowi, że biletem do świata dystopii, której trzeba się bać, może być taki detal. A przecież na co dzień właśnie w ten sposób działa na nasze życie polityka i to dokładnie robią z nami politycy. Małymi kroczkami, małymi zmianami, kierują nas ku swoim celom. A te małe zmiany, poskładane w całość, odmieniają codzienność i rzeczywistość, a wtedy robi się nieprzyjemnie. A paragrafy i ustawy włażą w nasze życie. Czyż nie tak właśnie gotuje się żaby?

Na koniec zapytam jeszcze gorliwych krytyków powyższego opowiadania: ile mamy na naszym fantastycznym portalu tekstów naprawdę o czymś, naprawdę dotykających konkretu, pytających o coś ważnego? I nie mówię tutaj o pseudopsychologicznych bajaniach o ofiarach molestowania lub kumulacji wymyślnych tragedii osobistych, tylko o tematach i pytaniach niewygodnych, ale niewydumanych. Ile mamy tekstów korzystających z możliwości jakie daje fantastyka do ekstrapolowania od zjawisk współczesnych do ich możliwych konsekwencji dla naszej przyszłości? Ten tekst podejmuje taką (udaną) próbę, a to jest, sami przyznacie, dosyć ambitne i rzadkie ostatnio zastosowanie fantastyki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, Marasie, za wyczerpujące uzasadnienie. Aż szkoda, żeś się z tej Loży w przyszłym roku wykręcił.

Pozwól, że już nie będę się odnosił do Twojego komentarza, bo chyba wszystko zostało wcześniej napisane.

Napiszę tylko, że mimo wszystko żałuję, że Rybak nie miał okazji się wypowiedzieć, co sądzi na temat tego tekstu. I w przeciwieństwie do Ciebie, wcale nie jestem pewny, czy byłby tak kategorycznie na NIE. Rybak, mimo swoich dość zasadniczych poglądów, wielokrotnie potrafił jednak oddzielić fikcję od rzeczywistości. Jest też Rybak wrogiem totalitaryzmów i ekstremizmów wszelakich, a to opowiadanie przecież nie kwestionuje fundamentów moralnych, godzi raczej właśnie w ekstremę, w zbyt dosłowne zasad moralnych wdrażanie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Ja będę na NIE, ale nie ze względu na literackie niedoróbki. Tekst uważam za dobrze napisany, sprawny literacko, jak zwykle u Ciebie, konsekwentny. Swoje NIE uzasadniam faktem, że inaczej niż Mr Maras uważam, że tekst nie spełnia kryteriów bycia tekstem fantastycznym. Sama kiedyś nominowałam niefantastyczny tekst, przeszłam po tej nominacji przez sporo dyskusji i doszłam do wniosku, że będę się konsekwentnie trzymać założenia “Jeśli nie widzę w tekście fantastyki, to go nie wyróżniam NA PORTALU FANTASTYCZNYM”. Twój tekst porusza ważne problemy, w to nie wątpię, i to w nim zdecydowanie doceniam – ale dla mnie (z racji np. tego, co wiem o sytuacji kryminalizacji poronień w niektórych krajach, głównie w Ameryce Pd.) nie jest nawet fantastyką bliskiego zasięgu, tylko pewną ekstrapolacją, przeniesieniem zjawiska. To jest główna składowa mojej decyzji. 

Ninedin, dzięki za uzasadnienie decyzji.

All is clear. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Na koniec zapytam jeszcze gorliwych krytyków powyższego opowiadania: ile mamy na naszym fantastycznym portalu tekstów naprawdę o czymś, naprawdę dotykających konkretu, pytających o coś ważnego?

Jako gorliwa krytyczka odpowiem: mało. Niemniej to jeszcze nie powód, żeby tekst, który ma mnóstwo literackich wad i niedociągnięć, promować do nagrody i tak dalej, jakby był arcydziełem. Wielokrotnie podkreślałam, że miejsce tego tekstu, ze względu na jego publicystyczny charakter, jest w opiniotwórczym medium, a nie antologii fantastyki, i podtrzymuję to zdanie. Jeśli ktoś napisze świetny literacko tekst z mocnym przesłaniem – zagłosuję na tak. Byle miał w sobie również fantastykę, bo więcej nie popełnię błędu głosowania na obyczajówkę ;)

Ogólnie nie przepadam za pisaniem literatury po to, żeby zawrzeć w niej ważną myśl. Wolę jak ktoś pisze literaturę i przy okazji, niemalże mimochodem, zawiera w niej ważną myśl. Może po części sprawiły to doświadczenia czytelnicze z powieścią, która za pierwszą lekturą, jak miałam naście lat, zrobiła na mnie kolosalne wrażenie – “Kantyczką dla Leibowitza”. Minęły lata i odkryłam, że ta powieść jest wielką manipulacją, że stawia bardzo mocno pewne tezy, z którymi na dodatek się nie do końca (albo i miejscami całkowicie) nie zgadzam, że literatura jest tam nośnikiem autorskiej tezy. Nadal uważam, że ta powieść jest świetnie napisana, a jednak to, jak bardzo tam “o coś chodzi” przytłoczyło mi całość, bo jest nachalne. Tu też.

 

PS. Jak dla mnie ideałem tekstu, który zupełnie mimochodem przemycił ważną myśl, tu na portalu była “Śmieciarka”. I naprawdę nie przeszkadzała mi tam zaimkoza ;)

 

http://altronapoleone.home.blog

Ogólnie nie przepadam za pisaniem literatury po to, żeby zawrzeć w niej ważną myśl. Wolę jak ktoś pisze literaturę i przy okazji, niemalże mimochodem, zawiera w niej ważną myśl.

Hmm, zastanawiam się jak ja do tego podchodzę. Jednak nie zgodziłabym się z tym “mimochodem”, tj. że Autor przypadkiem o to zahacza, eksponuje, a warsztat podstawowy jest warunkiem, że może mu się to udać. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie, niekoniecznie “przypadkiem”, choć mniemam, że czasem i tak bywa ;) Autor może mieć zamiar opowiedzieć o czymś ważnym, ale wolę, żeby to wyzierało gdzieś z fabuły, z relacji między bohaterami, a nie krzyczało z całego tekstu. I żeby tekst, jego warstwa literacka, nie był temu podporządkowywany. Taka “Dżuma” jest wielka, bo Camus nie mówi nam na każdym kroku, że opowiada o rzeczach ważnych, jego bohater jest herosem nie dlatego, że postanowił nim być, ale dlatego, że pozostaje sobą. I tak dalej.

http://altronapoleone.home.blog

Byłam na nie, ponieważ uważam opowiadanie – podobnie jak cobold – za publicystykę pod płaszczykiem literatury.

Warstwa publicystyczna jest świetna, dotyczy ważnych wydarzeń, pokazuje, jak zmiana jednego kruczka może przewrócić do góry świat tylu osób, a przy tym realna i w realny sposób niepokojąca.

 

Jako literatura ten tekst się dla mnie nie broni, bo nie jest wiarygodny. Używasz swoich bohaterów jak marionetek, zmuszasz fabułę do podążania wyznaczonym szlakiem bez poszanowania sensu i logiki.

Jaka kobieta w zagrożonej ciąży robiłaby osiem kilometrów w godzinę po górach i próbowała wina? Może parę by się znalazło. Może parę miałoby równie nieodpowiedzialnych partnerów.

Ale…

Jaka kobieta zrobiłaby obie te rzeczy, wiedząc, w jakim kraju żyje i co jej za to grozi?! Mózgu bozia poskąpiła? Nie, to autor wywalił logikę przez okno, bo tak mu pasowało do fabuły.

Wykrywanie alkoholu po takiej ilości i po takim czasie to kolejna ściema, na której sie potknęłam. Jak mam emocjonować czy martwić się losem bohaterów, skoro autor raz po raz dobitnie pokazuje, że to tylko bajka, w której trzeba przymknąć oko na logikę?

No więc opowiadanie jako literatura nie kupuje mnie kompletnie. Jako publicystyka bardzo fajne, podoba mi się.

 

Opowiadanie jest świetnie napisane, język czarujący, zdania celne i krótkie; świetnie wyważony dynamika i tempo tekstu, prowadzące do tragicznego finału. Podobały mi się również przerywniki – fragmenty konstytucji. Czytałam z przyjemnością.

www.facebook.com/mika.modrzynska

świadomością ulotności

Ościste.

 Aga najpierw blednie, a potem łapie się za podbrzusze.

Facet, ale w plasterku pomarańczy z grzanego wina alkoholu jest tyle, co kot napłakał. Nie wygłupiaj się.

 Czasem spoglądam ukradkiem na siedzenie pasażera po czym szybko odwracam wzrok.

Czasem spoglądam ukradkiem na siedzenie pasażera, po czym szybko odwracam wzrok.

Po prawdzie to nie mam pojęcia

Po prawdzie, to nie mam pojęcia. Nie brzmi mi to za dobrze.

Nie wiedzieć czemu nazwano go Latawcem.

Nie wiedzieć, czemu, nazwano go Latawcem.

 trzyma dłonie na brzuchu jakby

Trzyma dłonie na brzuchu, jakby.

 Nie jest w swej rozpaczy sama.

Idiom. Nie jesteś sam w swojej rozpaczy, jeśli ją z kimś dzielisz. W sensie, nie jest sama, bo mąż też rozpacza, ale rozpacz zupełnie obcej kobiety – to osobna rozpacz.

 Jej zapłakana twarz nie pozostawia jednak złudzeń.

Hmm.

 próżno doszukać się w nim entuzjazmu

Hmm.

 Sądy wciąż bywają jeszcze opieszałe

Sądy wciąż jeszcze bywają opieszałe.

 niemej dezaprobacie spoglądającej z cokołu Temidy

Niejasne.

 Pierwsze co dostrzegam

Pierwsze, co dostrzegam.

 Trudno wyczytać cokolwiek z jego twarzy.

Trudno cokolwiek wyczytać z jego twarzy.

 Razi zapalczywością.

Wycięłabym. Less is more.

Sędzia ma (…) protekcjonalny ton.

Ton może mieć głos, ale nie osoba.

 Odpowiadam oszczędnie

Można odpowiadać zwięźle, ale nie oszczędnie.

 gdzie takie zalecenia zostały spisane

Nie takie, tylko te. Wymienione, może.

 Pod nosem ma lekki wąsik.

Lekki?

 już wiem do czego zmierza

Już wiem, do czego zmierza.

 kilka kilometrów

Aliteracja.

 Za to ciągłe leżenie w łóżku

Ze skrajności w skrajność…

 poucza świadka o nie zabieraniu głosu bez zezwolenia

Nawet w sądach tak nie mówią.

 przerywa mój wrzask

Nic na to nie wskazuje.

 kwili niczym dziecko

Jak dziecko.

 Wąsik prokuratora staje się personifikacją drwiny.

Wąsiki nie są osobami.

 wyraża zgodę, jednak

Nie dałabym głowy za "jednak".

 nijakim jak

Powtórzony dźwięk.

w kolorze tiramisu

A skąd słodycze w tej sytuacji? Wydaje mi się raczej gorzka, jeśli w ogóle ma jakiś smak.

 odroczenie to nie to samo co uniewinnienie

To nie to samo, co uniewinnienie.

 Najważniejsze żeby

Najważniejsze, żeby.

chucham na nią jak na delikatny kryształ

Dziwna metafora.

 skupił całą moją uwagę

Nie reifikowałabym uwagi.

 za świadome poczęcie dziecka, którego życie i zdrowie było od początku zagrożone

Missin' the bloody point. Ja wiem, że prawo jest, jak to nazwał Gaiman, tępym narzędziem, że wymiar sprawiedliwości składa się z analnie zafiksowanych, bezdusznych idiotów (i beryla), ale próbujesz tak usilnie, że przebijasz ścianę. I tyle.

 spojrzenie ma jednak równie zapalczywe

Nie jestem przekonana, że spojrzenie może być zapalczywe.

 

Ponieważ z tezą się nie zgadzam, nie będę udawała, że jestem obiektywna – ale będę się starać.

 

Stylistycznie i emocjonalnie ładnie w pierwszej części, po wyroku już mniej (patrz też: łzawy kicz). Fabuła jawnie zrobiona pod tezę i przerysowana do granic śmieszności, którą przekracza w scenie łóżkowej. Po tej scenie emocje w tekście przestały do mnie przemawiać.

 

Jeżeli chcesz podyskutować o tezie – proszę bardzo. Kontrtekstu raczej teraz nie napiszę, ze względu na całkowitą bezpłodność pisarską.

 nie kupiłam fabularnie prawie niczego w zachowaniu głównych bohaterów: oni przecież wiedzą, w jakim świecie żyją, więc mnożenie czynników zagrożenia jest, delikatnie mówiąc, niefrasobliwe.

Otóż to. Wszystko, co napisała w tym poście drakaina, jest całkowicie zasadne.

 Bardziej ostracyzmu za poruszanie tematyki zarezerwowanej dla polityków i ich propagandzistów. Co się częściowo potwierdza, patrząc choćby na komentarz Leniwego2.

Ostracyzmu nie widziałeś. Od pisarza wymaga się jednak troszkę więcej, niż od polityka. Nie?

Podobne pytanie dla osób o poglądach pro-life, które takiego zapisu w konstytucji by chciały: czy przedstawiony system prawny jest dla Was do zaakceptowania?

To nie system, to interpretacja. A tej nie zmienisz zapisem w konstytucji. Nie ma tak łatwo, trzeba myśleć.

 Bo imho to nie byłby cynizm, ale szacunek dla tematu i znakomitego pomysłu, który zasługuje na więcej niż potraktowanie go fabułą prostą jak budowa cepa i bohaterami bez właściwości. Jeśli cokolwiek by mi cynizmem zajeżdżało (ale to nie ja użyłam jako pierwsza tego słowa!), to wrzucenie publicystyki jako literatury, bo i tak się obroni ciężarem tematu ;)

Tak.

W Twoim wyznaniu, że po raz pierwszy uznałeś, że masz coś ważnego do powiedzenia, pobrzmiewa właśnie taka manifestowość i odsunięcie warstwy artystycznej na drugi plan, jakby sam temat miał usprawiedliwiać niedostatki. To nigdy nie jest dobre dla sztuki.

I znów tak.

miałam skojarzenia z opowiadaniem Dicka Przedludzie

Ja nie, a je znam. I uważam, że strajk "włoski" (malicious compliance) to i tak wszystko, co w takiej sytuacji można zrobić.

Wkłada w usta swoich bohaterów teksty, których nie powstydziliby się najbardziej zagorzali przeciwnicy aborcji.

Cytat: To, co łączy oba przypadki, to całkowita bezbronność ofiar, mordowany organizm nie ma żadnej szansy ani możliwości obrony. I nie cytat – pamiętacie może gimnazjum? Którego ludność dzieliła się na "fajnych" i resztę? To ja należałam do reszty, a Wy chyba nie. I to jest sedno sprawy. Człowiek nam przeszkadza – zabijmy go. Las złośliwie rośnie tam, gdzie chcemy postawić kolejne centrum handlowe? Wyciąć. Człowiek jest przecież koroną stworzenia. Człowiek brzmi dumnie. Człowiek odmienia.

 W moim odczuciu dobra literatura potrzebuje dystansu, także literatura zaangażowana. Ba, zwłaszcza literatura zaangażowana. Tu natomiast nie widzę dystansu, nie widzę refleksji, widzę za to gorącą głowę.

Tu jestem skłonna się zgodzić.

 Jako literatura ten tekst się dla mnie nie broni, bo nie jest wiarygodny. Używasz swoich bohaterów jak marionetek, zmuszasz fabułę do podążania wyznaczonym szlakiem bez poszanowania sensu i logiki.

I to jest dobre podsumowanie. Ładne kolory, ale kształtów brak.

I gif. Bo musi być gif.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

I to jest dobre podsumowanie. Ładne kolory, ale kształtów brak.

Hi, hi, każda jest zaangażowana w pewnym stopniu. Czym jest piękno? Co jest kolorem, a co kształtem. Impresjoniści to kolor czy kształt? Surrealiści to forma czy barwa? A Sienkiewicz, no cóż szkoda że musiał tak o tym pisać, acz przygody przednie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Kam, Tarnino,

dziękuję za Wasze uwagi.

 

Tarninę z góry przepraszam za zwłokę we wdrażaniu poprawek, ale przez najbliższy miesiąc pewnie nie zajrzę do żadnego innego tekstu za wyjątkiem tego jedynego, nad którym właśnie pracuję.

Zbyt dobrze żre, by ryzykować dystrakcję.

Tarnina zrozumie i wybaczy.

 

Za Tarninowe cięgi zaś wielcem rad. W polemikę zapewne wchodzić już nie będę, bo nie sposób napisać argumentów, które by wcześniej w tej dyskusji nie padły. 

Szczęśliwego Nowego Roku!

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

każda jest zaangażowana w pewnym stopniu

Oczywistą więc rzeczą, że i rozwiązanie fabuły z samej fabuły wypływać powinno, a nie jak w Medei przez środek mechaniczny i jak w Iliadzie rzecz się ma ze sprawą odpłynięcia.

Arystoteles, Poetyka

 Czym jest piękno?

https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/piekno;3957085.html Uzupełniając – zasadniczo piękno powinno być bezinteresowne, dawać się zauważyć i docenić niezależnie od przesłania utworu (i tego, czy odbiorca się z nim zgadza, bo istnieją dobre artystycznie utwory, z którymi się nie zgadzamy).

 Zbyt dobrze żre, by ryzykować dystrakcję. Tarnina zrozumie i wybaczy.

Rozumie doskonale, bo ma podobnie. Ech.

 Za Tarninowe cięgi zaś wielcem rad.

Służę.

nie sposób napisać argumentów, które by wcześniej w tej dyskusji nie padły

Prawdę rzeczesz.

 Szczęśliwego Nowego Roku!

Nie zapeszajmy… ;)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

:)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Tak sobie wróciłem dziś do tego opowiadania, nie wiem w sumie czemu…

Zdaje się, że opowiadanie, oprócz tego, że zostało znakomicie napisane, jest jednak profetyczne… A to jest naturalnie wielką zaletą.

Pozdrówka.

Opowiadanie jest dostępne również w formie audiobooka w interpretacji Oczytanego Kameleona:

 https://youtu.be/Tr3Tj96WrjI

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Dzięki, Anet :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Napisałam te kontrę. W tej chwili mam wrażenie, że jest do dziupli, ale jestem tak zalatana, że nie wiem, co olać jako pierwsze. A kiedyś, to taką kontrę napiszę, że się normalnie przewrócisz. Już niedługo. Parę dni. Może tygodni…

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Tarnino, dzięki za link. Już pomału ogarniam życie, więc za kilka dni na pewno odwiedzę i przeczytam :).

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Już pomału ogarniam życie

 

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Miałam wprawdzie w szkole nauczycielkę biologii (praktykantkę), która twierdziła, że rozgwiazdy są taksonem wymarłym, ale nie miałam takiej, która by mówiła, że ludzie rozmnażają się przez pączkowanie.

 

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Cześć!

 

Piękne opowiadanie, smutne i jednocześnie przerażające. Genialnie pokazałeś relacje i walkę ludzi, którzy próbują zmierzyć się z absurdalną rzeczywistością wykreowaną przez bezduszne akty prawne, a raczej przez tych, którzy je tworzą. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dziekuję :). Cieszę się, że się spodobalo.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

No tak. Dołujące.

Nowa Fantastyka