- Opowiadanie: Tarnina - Mrówka Russella

Mrówka Russella

Napisałam. Uznałam, że zakończenie jest marne i odłożyłam. Odkopałam. Zmieniłam zakończenie.

CM, Gekikara, oidrin i Sonata pomogli wyszlifować miejsce łączenia. Enjoy!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Mrówka Russella

– Jesteś tego warta – zamruczała zmysłowo panienka w telewizorze. Russell jednocześnie zatęsknił za kobietą i pogratulował sobie, że żadna nie wydaje jego krwawicy na szampon z odżywką.

Poskrobał się końcem ołówka za uchem. Sąsiedzi już dawno przeszli na komputery, ale on wolał swoją księgowość prowadzić ręcznie. Komputer miał, a co, przyjemna zabawka. Tylko równie dobrze można by przybić rachunki do słupa ogłoszeniowego w miasteczku. Ci, których to najbardziej obchodziło, pewnie i tak wiedzieli, że gospodarstwo jest pod kreską. Mimo dopłat i nienajgorszej pogody nawet sporo pod kreską. Po dożynkach nie będzie Russella stać na linę, żeby się powiesić.

Upił łyk piwa. Ciepłe, uh. Telewizor piał, zachwalając niską cenę czegoś nikomu do niczego niepotrzebnego. Lodówka zabuczała.

– Racja – mruknął Russell. Ze sterty papierzysk zaścielającej kuchenny stół wykopał jedną ręką pilota.

– …zabija owady…

Pstryk.

– …są wśród nas! Panie…

Pstryk.

– … iiii… goool! Proszę państwa…

Pstryk.

– Przypadek?

Na tym kanale przynajmniej nie było wrzasków, które by go rozpraszały. Zajął się rachunkami, co jakiś czas, kiedy zabrakło mu pary, zerkał w telewizor. Docierało do niego piąte przez dziesiąte. Rozczochrany człowiek, szczerzący się jak zwycięzca loterii. Okropne rysunki zielonych ufoków na tle pastylkowatego spodka i kolorowych pasm gazy. Naukowcy twierdzą. Machu Picchu. Stonehenge. A tymczasem ceny nawozów, ceny skupu i dopłaty. Ogryzając ołówek, Russell zapatrzył się na zdjęcia wygniecionych w zbożu kół. Przyglądał się obojętnie, jak ludzie z aparatami fotograficznymi chodzą po polu, unosząc wysoko nogi w gumiakach i zbierając z ziemi jakieś drobiazgi, żeby się nimi w grupkach pozachwycać. Turyści, pomyślał. A gdyby tak zmienić działalność? Agroturystyka… ale nie, kto przyjedzie do miasteczka na końcu wszechświata, za trzema świńskimi farmami i hodowlą drobiu? Co takiego miała ziemia Russella, czego nie było gdzie indziej? Albo przynajmniej zdarzało się rzadko?

Turyści na ekranie ustąpili miejsca srebrnemu spodkowi z rządkiem kolorowych lampek na krawędzi.

– Czy służą im one jako drogowskazy? Co na to sceptycy? Rozmawiamy z Llewellynem O'Flahertym, który na swoim polu w Llanfair Dyffryn Clwyd…

Russell bawił się ołówkiem, patrząc na Walijczyka (w gumiakach), demonstrującego siedzenie z huśtawki, czyli deskę na sznurku. Potem na ekran wrócili rozentuzjazmowani turyści.

 

W biurze szeryfa poranki bywały senne. Przychodziło się o świcie, rytualnie zaparzało kawę, a potem przeglądało jakieś papiery. Douglas Brown, stróż prawa od dwudziestu lat z hakiem, był solidnym, spokojnym człowiekiem, który zasapałby się po pięciu minutach pościgu za złoczyńcą i nigdy, ale to nigdy nie fantazjował o rewolwerach w samo południe. Nawet teraz.

– Panie Harris – powiedział, bardzo powoli i wyraźnie. – Proszę usiąść, wziąć głęboki wdech i jeszcze raz wszystko opowiedzieć.

Russ Harris był ostatnią osoba, którą szeryf posądzałby o skłonność do histerii. Zgarniając go, wrzeszczącego wniebogłosy, z głównej ulicy, Brown już układał sobie w głowie wykład o niezdatności alkoholu do rozwiązywania problemów – ale Russ nie śmierdział piwem ani whiskey. W balonik co prawda nie dmuchnął, bo do tego musiałby przestać się miotać po biurze jak kojot w klatce. Może to coś z, jak oni to nazywają, „mikrobrowaru”, pomyślał szeryf. Nowe wynalazki… wszystkiego się można po nich spodziewać.

– UFO! – wrzasnął Harris, przystając na chwilę. – Normalnie UFO! Tak, o, fruwało!

Pokiwał wyciągniętą dłonią.

– I świeciło, i piszczało, i w ogóle!

– Panie Harris – zaczął szeryf. Potem westchnął i chwycił roztrzęsionego farmera za ramiona. – Russ, synu, weź się w garść. No, już, nie muszą tego słyszeć w Honolulu. Usiądź, zanim ja cię posadzę za zakłócanie porządku.

I pchnął go na drewniane obrotowe krzesło. Młody objął się ramionami, dygocząc, ale siedział mniej więcej prosto, gapiąc się wielkimi oczami to na imitujące parkiet linoleum, to na szeryfa. Brown pokręcił głową. Jego młodsza siostra chodziła z Russem do szkoły, byli w kółku dramatycznym. Co to za hobby dla chłopca? Nie wyrabia charakteru, ani trochę.

– No, to spiszemy teraz zeznania – zaproponował. Russ zerknął na niego spod rozwichrzonej czupryny. Szeryf siadł za biurkiem, otworzył szufladę i zaczął przerzucać formularze. Który powinien wyjąć?

– Wujku!

Szuflada zatrzasnęła się głośno.

– Do licha, Jenny! Coś ci chyba mówiłem?

Jego siostrzenica, zamiast wybrać kółko dramatyczne, taniec czy coś w tym rodzaju, wkręciła się prośbą i podstępem do szkolnej gazetki. W ramach zajęć pozalekcyjnych biegała po mieście w gwizdniętej ojcu fedorze z kawałkiem brystolu wciśniętym za otok, i zbierała najgłupsze plotki. Oto, jakie są skutki, kiedy pozwala się dzieciom robić, co chcą.

Wpadła do biura, ściskając w ręku ten, tam, smartfon. Zanim szeryf się obejrzał, podtykała przesłuchiwanemu smart-zabawkę pod nos.

– Parę słów dla lokalnej prasy? – rzuciła gładko.

– Idź się bawić gdzie indziej – burknął szeryf.

Ale Russ usiadł prosto, gapiąc się na dziewczynkę.

– Prasy? – powtórzył.

– Lincoln High Courier. – Jenny powiedziała to takim tonem, jakby reprezentowała co najmniej New York Timesa. Russ przestał się wysilać na pozycję „jakby kij połknął”, opadł trochę na krześle, ale wydał się szeryfowi spokojniejszy. Może tego mu było trzeba, wstrząsu. Ta cała psychologia, to nie na głowę staroświeckiego gliny.

Farmer odchrząknął. Głośno i wyraźnie powiedział – Nad moim polem ukazało się UFO.

Brown słuchał niestworzonej historyjki jednym uchem, zapisując ważniejsze punkty w notesie. Nie było tego dużo.

– I wtedy nie wytrzymałem i pobiegłem do miasteczka – zakończył Russ. Jenny kiwnęła głową, aż kapelusz spadł jej na nos.

Szeryf przejął inicjatywę.

– Czyli widziałeś nad swoim polem latający spodek? Ze światełkami dookoła – ten szczegół przewinął się parę razy, ale Brown nie miał pojęcia, czemu jest taki ważny – który wirował, robił kółka, a potem zaczął świecić na pole laserami. Tak?

Farmer przytaknął. Znowu się spiął, zacisnął ręce na kolanach, więc szeryf przybrał ton, jakim zwykle rozmawiał ze starszymi paniami, którym koty zwiały na drzewo.

– Zrobił coś jeszcze? Ukradł cokolwiek?

– … nie.

– No, to nie moja sprawa – podsumował Brown, odsuwając notes na skraj biurka. Zerknął spod oka na bladego, wymemłanego Russa i zakonotował sobie, żeby zwrócić uwagę komuś z rady parafialnej.

– Zmykaj już, Jenny – powiedział, wstając. – Panie Harris, proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze.

W akompaniamencie wyświechtanych formułek posterował Russa za drzwi.

 

Owszem, szeryf Brown czytywał gazety, ogólnokrajowe i lokalne – tabelę rozgrywek baseballu miał w małym palcu. Codziennie w porze lunchu zaglądał do kiosku na rogu, żeby pogawędzić z właścicielką, kupić prasę i bułeczkę. I nigdy dotąd nie zderzył się przy wejściu z turystą.

– Bardzo przepraszam – powiedział turysta, podpychając na nosie okulary, jakie za czasów młodości Browna nazywano „antykoncepcyjnymi”. Potem omal nie wgniótł szeryfa we framugę olbrzymią, wypchaną wojskową torbą i poszedł ulicą, gapiąc się na mapę, którą trzymał w ręku, zamiast na drogę. Miał za długie włosy.

Szeryf otrząsnął się i pchnął drzwi.

– Dzień dobry – powiedział. Kioskarka uśmiechnęła się promiennie.

– Jak miło pana widzieć.

– Stało się coś?

Oparł łokcie o ladę. Sklep wyglądał jak zwykle, masa gazet na stojakach, chociaż była w nich jakaś dziwna monotonia.

– To już piąty miastowy pytał mnie dzisiaj o drogę na farmę Harrisa. – Sprzedawczyni wydęła wargi. – Wszystko przez to, o. – Wychyliła się, żeby pokazać palcem okładki pism. Na wszystkich była ta sama fotografia, przedstawiająca… dywan? Chyba dywan, z abstrakcyjnym wzorkiem przecinających się kół.

– To on już nie sieje pszenicy? – spytał Brown, a kioskarka spojrzała na niego, marszcząc czoło.

Brzęknął dzwoneczek u drzwi.

– Dzień dobry. – Młody człowiek uginał się pod ciężarem aparatu zawieszonego na szyi. – Czy mogłaby mi pani wskazać…

– Prosto główną ulicą, za miasto, za fermą drobiu skręcić w prawo i dalej jak strzelił.

Turysta (bo kim mógł być?) podziękował i wyszedł.

Szeryf tymczasem odczytywał tytuły gazet. „Krąg w zbożu – miejscowy rolnik w szoku.” „Dzień Niepodległości?” „Czy jesteśmy gotowi?”

 

– Pan potrzyma. – Hipis wcisnął szeryfowi w ręce jakiś stelaż z drutu, powyginanego w chińskie dziewięć. Brown domyślił się, że to hipis, bo włosy młodzieńca sięgały ramion, chociaż spod skórzanej kurtki wyglądała dość czysta koszula w kratkę.

W ogóle tłum kręcący się wokół farmy Harrisa przywoływał wspomnienia Woodstock, wielobarwny i umiarkowanie rozszumiany. Brakowało wprawdzie błota, ale nie padało od tygodnia. Tu i ówdzie stały nawet volkswageny „ogórki” malowane metodą eksplozji w magazynie farby.

Taki ładny dzień, sam bym się wybrał pod namiot, pomyślał szeryf, automatycznie wypowiadając formułkę – Czy ma pan pozwolenie właściciela na przebywanie na jego terenie?

Hipis spojrzał znad blaszanych pudeł, które właśnie łączył kablem. Zarejestrował mundur, odznakę, kapelusz, zrobił wielkie oczy i zaczął się klepać po kieszeniach.

– Proszę. – Wyciągnął do Browna rękę z wymiętym kawałkiem papieru. Po chwili żonglerki drucianym… czymś, szeryf zdołał tę kartkę wziąć i rozprostować. Była połówką normalnego wydruku komputerowego, głoszącą: „Pozwolenie na badania z użyciem” – tu na wykropkowanej linii widniał niemożliwy do rozszyfrowania gzygzoł – „dnia …, w godzinach…” – tak, to się zgadzało – „udziela właściciel, R. Harris.”

– Wszystko w porządku? – Hipis przestąpił z nogi na nogę.

– Na to wygląda – bąknął szeryf i oddał mu kwit.

– Bo wie pan, ja już parę kręgów badałem, ale to pierwszy raz takie rygory.

– Hmm?

– W innych stanach nie ma takiego prawa – wyjaśnił hipis, po czym wyszczerzył się przepraszająco.

– Ach, tak. Rozumiem. Tego. Nie przeszkadzam.

Obrócił się na pięcie i omal nie wpadł na stertę pudeł, które zachwiały się niebezpiecznie w objęciach krótko ostrzyżonej dziewczyny. Bąknął coś, zanim wmieszał się w tłum, przytrzymując kapelusz. Miał nieprzyjemne uczucie, że został wykorzystany, ale zupełnie nie wiedział, jak zacząć objeżdżać Russella. W dodatku cały czas musiał uważać, żeby kogoś nie uderzyć łokciem.

– Au!

– Przepraszam… Jenny?

– Wujku? – Dziewczynka podepchnęła rondo kapelusza wyżej na czoło, żeby odsłonić oczy. Stojący za jej plecami patykowaty chłopak popatrywał to na niebo, to na trzymany w rękach mały czarny przedmiot, a raz czy dwa zerknął też na szeryfa.

– Co ty tu robisz?

– Zbieram materiały. Pan Harris pozwolił nam wejść, tylko mamy narobić dobrych zdjęć.

Szeryf zmierzył ją przeciągłym spojrzeniem spod uniesionych brwi.

– To jest mój kamerzysta, Tom. – Jenny zrobiła krok w bok, odsłaniając chłopca. Miał minę zaaferowaną i nieobecną jednocześnie, a czarny przedmiot po bliższym przyjrzeniu okazał się joystickiem, takim od gry wideo.

– Kręcimy z drona – uzupełniła z dumą Jenny.

– Czy… czy matka o tym wie?

Ktoś go trącił, przechodząc, ale Brown był skupiony na przygważdżaniu siostrzenicy wzrokiem. Dziewczynka przytaknęła sztywno.

– A co tak dokładnie jej powiedziałaś, hmm? Że robisz reportaż dla szkolnej gazety? Wspomniałaś, że gnieciesz się w tłumie obcych ludzi? Którzy tu przyjechali, bo ktoś ich okłamał, i ty też miałaś w tym udział? Co? Mówię do ciebie, młoda damo!

Chmura przysłoniła słońce, rzucając szary cień na policzki Jenny. Mała objęła się ramionami, patrząc nieruchomo w punkt nad ramieniem szeryfa. Czyli coś wreszcie do niej dotarło, dzięki Bogu.

– Wracaj natychmiast do domu – rozkazał Brown, umiarkowanie zadowolony. Nagle zrobiło mu się zimno. Odruchowo potarł jedną ręką o drugą.

Obozowy zgiełk przycichł jakby.

– Mój dron! – Falset chłopca, tego Toma, przeszył ciszę.

– Mój dron!

Oczy Jenny zrobiły się wielkie jak spodki. Może jednak przesadził?

– Hej, mała – powiedział Brown, wyciągając do niej rękę – wiesz, że chcę jak najlepiej…

– Wujku… za tobą.

Brown obejrzał się przez ramię, stwierdził, że niebo jest łupkowo szare i unosi się na nim krąg jakby choinkowych lampek, akurat nad polem Harrisa, po czym spojrzał Jenny poważnie w oczy.

– Słuchaj…

Chwileczkę. Lampek?

 

Russell podliczał przy stole w kuchni wpływy i wydatki. Jak na razie te drugie obejmowały prąd, pół ryzy papieru i może toner, bo ten, który miał, powinien jeszcze starczyć na jakiś czas. Zastanawiał się właśnie, czy zaliczkę za udzielenie wywiadu pismu „Tajemnice Wszechświata” można zapisać jako przychód od razu, czy lepiej zaczekać, aż wpłacą całą sumę, gdy nagle trzasnęły drzwi. Mruknął coś, nie podnosząc głowy. Słyszał sapanie Tommy'ego, ale z doświadczenia wiedział, że ludzie, zwłaszcza ci poniżej trzydziestki, zwykle szybko tracą rezon w obliczu demonstracyjnego zapracowania. Zgarbił się nad stołem.

– Psz… psz pana…

– Jestem zajęty – burknął, niezbyt ostro. Dzieciak robił niezłe zdjęcia.

– Przy… przylecieli…

– Mhm. Kto taki? Co mają wypisane na burcie?

– Nie… nie widziałem…

Russell westchnął, odkładając ołówek. Lista redakcji, które zawiadomili z Jenny, pewnie trafiła już na sam spód góry papierzysk.

– To zobacz. Co tak ciemno? Burza idzie?

Typowe, pomyślał, w najgorszym możliwym momencie. Wszyscy zwieją do miasteczka, żeby ich nie zmyło… Podszedł do okna, przeciągając się po drodze. Niebo było ciemnoszare, jak ołowiana blacha. Na którą ktoś świeci tymi śmiesznymi kolorowymi laserami z kiosku, może przez bibułkę, bo widać było proste jak szprychy koła smugi kolorów, fioletu, zieleni, lalkowatego różu…

Punkt oślepiającej jasności zapłonął na skraju pola widzenia i zaczął się rozszerzać. Russell jęknął.

 

W pierwszym odruchu szeryf zasłonił sobą Jenny i przytrzymał ją mocno za rękę. Z zadartą głową obserwował, jak białe świetlne kółko rośnie, jak pojawiają się w nim czarne punkty, jakby ziarenka maku na bajglu, a potem stają się coraz większe i większe, większe od człowieka i z czegoś, co zasłania światło, stają się przedmiotami, matowobiałymi, obłymi cosiami. Trzema.

Nie dotknęły gruntu, ale nad nim zawisły, może o dłoń nad powierzchnią ziemi.

Zapadła głęboka cisza.

Pierwszy dźwięk zabrzmiał jak stworzenie świata. Pum, pom, pim, pom, pum.

Szeryf obejrzał się na długowłosego osobnika w koszuli w kratkę, który trzymał przed sobą jeden z tych nieszczęsnych smartfonów i odtwarzał z niego melodyjkę raz po raz, od początku, da capo.

– Ty, ale co ty im mówisz właściwie? – zapytał ktoś zza pleców szeryfa.

– Witajcie! – Dziewczyna z kucykiem odepchnęła chuderlaka na bok, żeby paść przed kosmitami na kolana i wyciągnąć ręce. Wzbiła przy tym chmurę pyłu, który zakręcił Brownowi w nosie.

– Witajcie! – krzyknęła znowu.

Lewitujące… szeryf pomyślał o piłkach futbolowych i poczuł się trochę jak idiota, ale lepsze porównanie nie przyszło mu do głowy. Lewitujące piłki futbolowe zakołysały się lekko.

Znów rozbrzmiało pięć tonów, właściciel grającego urządzonka zdołał je otrzepać z piasku i uruchomić od nowa. Szeryf czuł, jak Jenny ściska jego dłoń.

 

– Nie pójdę – powiedział pan Harris. – Nie pójdę! – I cofnął się głębiej pod stół, podkurczając kolana. Mała siostrzyczka Toma też czasem tak robiła, ale chłopak nie przypuszczał, żeby mogło mu się udać wywabić dorosłego z kryjówki słodkimi piankami, a innego sposobu nie znał. Zawsze szło mu lepiej z komputerami, niż z ludźmi.

– To pana pole – przypomniał, ale gospodarz tylko szarpnął się w tył i huknął głową o spód stołu, aż zadzwoniły szklanki.

– Przylecieli do mnie – jęczał. – Po co mi to było? Czego oni chcą?

– No, tak pan się raczej nie dowie – powiedział Tom, wyobrażając sobie, że rozmawia z siostrzyczką.

– Nie chcę wiedzieć!

Chłopak wyjrzał kontrolnie przez okno. Statek był tam, gdzie przed chwilą, kosmici też. Dwaj naukowcy pchali przez podwórko tablicę na kółkach, która co rusz utykała w piachu, a trzeci biegał dookoła, gubił mazaki, zawracał po nie i niespecjalnie pomagał. Dorośli. Jak przyjdzie co do czego, w ogóle nie ma z nich pożytku. Tom wziął głęboki, kojący nerwy wdech, zanim usiadł po turecku koło stołu.

– Trzeba do nich wyjść – powiedział spokojnie.

– Dlaczego?

W tym miejscu zabrakło chłopcu konceptu. To nie było oczywiste? Chociaż musiał przyznać, że jak tak się zastanowić… Ale trudno, trzeba i tyle. Jak babcia to zawsze robi?

Usiadł prosto. Odchrząknął.

– Młoda damo… – zaczął i ugryzł się w język. Potem, trochę mniej pewnie, powiedział – To nasi goście i masz wyjść, bo tak wypada, jasne?

Odzewu nie było. Chyba bez pianek się nie obejdzie.

 

Trzy jajowate cosie skończyły odmierzać krąg w zbożu i ustawiły się na jego obwodzie, w równych odstępach.

– Chcę zobaczyć! – Jenny, przytrzymywana w miejscu żelaznym uściskiem, robiła bokami, szarpała i podskakiwała. Nic z tego, przemknęło szeryfowi przez głowę. Oczy miał zajęte śledzeniem lewitujących kosmicznych piłek. Kto by pomyślał, jak się plecie to życie…

Któryś hipis jęknął. Kosmiczne jaja ruszyły w kółko, najpierw powoli, potem coraz szybciej, szybciej, szybciej, jak na karuzeli.

Wiatr miotnął piachem w oczy stróża prawa. Opętańczy wizg przeszył mu uszy. Oślepiony, pchnął siostrzenicę na ziemię. Nie zdążył nawet pomyśleć, że to koniec.

 

Jeśli wylądujemy na jakiejś wiedźmie, to nie będę chodził w czerwonych lakierkach, postanowił Tom solennie. Dom telepał się na boki, wiatr ogłuszał. Chłopak przylgnął do podłogi jak gekon zawinięty w rzepy, głowę osłonił ramieniem, zacisnął zęby. W tym punkcie skończyły mu się pomysły. Przez chwilę miał ochotę wstać i zginąć mężnie, ale uznał, że nie warto.

I nagle, jakby nożem uciął, zapadła cisza.

Tom opuścił rękę. Cisza. Ostrożnie otworzył oczy.

Pokój wypełniało mętne dzienne światło. Pan Harris leżał, zwinięty w kłębek, pod stołem, a kiedy Tom trącił go w łokieć, zwinął się tylko ciaśniej. Dygotał. Nie, zdecydowanie nie należało się po nim spodziewać niczego konstruktywnego.

Lepiej wstać. Rozprostować przykurczone nogi. I może rozejrzeć się za dronem, chociaż Tom nie bardzo wierzył, że go odzyska.

Oparł się o parapet i wyjrzał. Na zewnątrz naukowcy leżeli w piachu, niektórzy zaczynali się gramolić na nogi, otrzepywać ubrania, mrugać jak sowy. Szeryf tkwił nieruchomo na ziemi.

Niebo było czyste i błękitne. Ani śladu spodka… i kręgu w zbożu też. Pszenica stała na baczność, jak gdyby nigdy nic.

Tom gwizdnął pod nosem. Jeżeli udało się cokolwiek sfilmować, to będzie bomba.

 

– Jesteśmy gotowi do skoku w nadprzestrzeń – zameldował Trr-it. Kapitan skinął czułkami.

– Uwaga, załoga – nadał. – Skaczemy za pięć. Cztery. Trzy.

– Chyba, żeby znowu była robota – mruknął Ve-rr, a Trr-it fuknął.

– Nie zaczynaj.

Ve-rr zawsze marudził po skończonej pracy, co zaczynało Trr-ita nużyć. O co mu chodziło?

– Prymitywne planety – ciągnął Ve-rr – zero szacunku dla otoczenia. Na wszystkim muszą pisać te dyrdymały. I żeby to chociaż było coś miłego, jakieś „zapraszamy was”, albo nawet „kocham Rr-ta”… Czy oni robią jakieś zawody, kto wypisze gorsze świństwo?

Trr-it już stroszył sygnalizatory, żeby odpowiedzieć, ale przerwał mu skok w nadprzestrzeń.

Wracali do domu.

Koniec

Komentarze

Bardzo fajne opowiadanie! Stopniowo wchodzimy w temat i widzimy go z innych perspektyw (innych niż zazwyczaj i barwnie pokazanych). Trzyma w napięciu do końca, innowacyjne zakończenie z wyprostowaną pszenicą…

Jak dla mnie, końcówkę (skok w nadprzestrzeń i dalej) można by pominąć, bo mi ono jakoś totalnie nie pasuje do klimatu reszty.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Mmm, tyle, że końcówka tak jakby objaśnia, po co te ufoki tam przyleciały… ^^ No, nic, miło, że się spodobało.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hej. Mi “po co przylecieli” wyjaśnia zdanie:

Pszenica stała na baczność, jak gdyby nigdy nic.

Zrozumiałem to tak, że ktoś / coś przyleciało po prostu wyprostować pszenicę… i potem zniknęło, i tyle. Jak dla mnie dodatkowe objaśnienie tłumaczące, kto i dlaczego to zrobił trochę nie pasuje, i odbiera urok tajemnicy, ale to tylko moje skromne zdanie.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

OK, sympatyczne opko, ale bez szału.

Dla mnie końcówka jest niejasna, dopóki nie przeczyta się komentarzy i nie sprawdzi linka. Wolałabym się dowiedzieć, co tam kosmici wyczytali. Czy dokładnie to samo, co napisała mrówka Putnama, czy coś analogicznego?

Rozumiem, że naprostowali pszenicę, ścierając napis. Dlaczego? Gdyby byli chętni do dialogu, odcisnęliby własne kręgi w odpowiedzi.

Babska logika rządzi!

Fragment z bety – Czytało się przyjemnie, taki styl amerykańskiego sf, że aż chce się zmienić tapetkę na pulpicie na Trust no one. Zakończenie zaskakujące, postaci nakreślone na znanych schematach, ale fajne w odbiorze. W Twoim pisaniu zwykła codzienność nabiera zawsze interesujących odcieni, więc o czym by nie było, dobrze się wchłaniasmiley.

Kliku, kilk, bo tak trzeba.

Czytało się wyśmienicie! :-) Klimat amerykańskiego miasteczka pięknie oddany. Coraz częściej myślę, że mogłoby zdarzyć się wszędzie. Wszystko staje się tak do siebie podobne. 

 

Zdam Ci relację z mojego odczytania. Sprytny pomysł zaowocował przylotem prawdziwych kosmitów. Ciekawe, czym ich ściągnął, czy były to tylko kręgi, co dla nich znaczyły i co z tą pszenicą, ktora stanęła na sztorc. Jak widzisz, mocno mnie zaciekawiło i wciągnęło! Zakończenie było dla mnie trochę mgliste, zwłaszcza że niepotrzebnie miotałam się od Putnama do Russela. Próbowałam zgłębić związek. 

Połączyło mi się przez tytuł i odjechało w stronę Russela, a mrówka powróciła dopiero do mnie w zakończeniu, kiedy dociekałam jak je rozgryźć. Ta mrówka stała się dodatkiem opowiadającym o intencjonalności i możliwości jej odczytania – nadania znaczenia. Ktoś może coś napisać, powiedzieć, nie mając nic na myśli bądź zupełnie co innego, dla drugiego zaś bazgranina będzie jednoznacznie wiązała się z czymś. Stanie się komunikatem. Twój pomysł bardzo interesujący, choć może za słabo wybrzmiewa.

Dlaczego mi w tego Russela poszło? 

Trzy powody: pierwszy oczywisty; drugi związany z rozpoczęciem opowiadania – bohater liczy, kalkuluje, co potwierdzało przypuszczenie; trzeci – osobiste skojarzenia i zainteresowanie „lenistwem”, czyli esej, stary ale jary głos w sprawie „Pochwała lenistwa”. Można się z nim zgadzać bądź nie, ale wywraca świat do góry nogami. Sam zresztą Russel powiadał: „Nigdy nie umierałbym za swoje przekonania, bo mogę się mylić”. 

Jednym słowem szukałam osady, sukcesu (wystąpił i biznes zaczął się kręcić), trochę brakowało mi co prawda nieszczęścia i zguby, do której taka eksploatacja i pęd powinien prowadzić, ale za to pojawili się mądrzy kosmici, ktorzy zlikwidowali pomysł u jego zarania. Tak więc widzisz odleciałam i wtedy przeszłam do komentarzy.

 

Fajne opko, i Ty pisz, o warsztacie już nie wspomnę. Cieszę się, że zamieściłaś. :-)

Skarżę, czym prędzej, zanim mnie znowu ktoś nie wyprzedzi. 

 

A, co by się czegoś „czepnąć”, bo jakże inaczej, niech tradycji stanie się zadość, raczej „przy akompaniamencie”, bo „w” chyba z inglisz, ale głowy sobie za to odciąć nie damwink

W akompaniamencie wyświechtanych formułek

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zabawne, takiego zakończenia się nie spodziewałam :)

Rozumiem, że Russelowi udało się stworzyć coś w rodzaju HWDP w języku obcych. No tak, usuwanie tego z pól pszenicy musi być jeszcze trudniejsze, niż w murów. Choć jak nie chcą takich wybryków, to powinni nam podrzucić słownik, czy coś ;)

Podobała mi się przedsiębiorczość Toma, mam nadzieję, że mimo wszystko mu się opłaciło, bo wyżyć z rolnictwa naprawdę nie jest tak łatwo.

Kliczek ode mnie :)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Gdyby byli chętni do dialogu, odcisnęliby własne kręgi w odpowiedzi.

Ale nie byli, przylecieli sprzątnąć grafitti, tyle. Ulubiona_emotka_Baila.

Dlaczego mi w tego Russela poszło? 

Mam prostsze wyjaśnienie – ja pierwsza się rąbnęłam :)

raczej „przy akompaniamencie”, bo „w” chyba z inglisz, ale głowy sobie za to odciąć nie dam

Not sure, either.

Rozumiem, że Russelowi udało się stworzyć coś w rodzaju HWDP w języku obcych.

Yup ^^

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Posyłam do Biblioteki, komentarz będzie :)

http://altronapoleone.home.blog

Łojejuśku, dzięki ^^

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Szefowo, a tag “humor” to gdzie? :-)

Jak ja mam później szukać tych lekkich tekstów, jak mi się kryjecie z tym humorem w tagach? ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cholibka, zapomniałażem. Już dolepiam :)

 

ETA: Chociaż nie, wiesz co? To jest bardzo poważny tekst. Śmiertelnie poważny. Taki poważny, że… taki poważny, że…

Bardzo poważny.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

No wiesz? Humoru się wstydzisz? XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nie wstydzę się. Dobra, niech tam. Masz ten tag :P

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dziękuję. Właśnie Twoje szanse na piórko dla tego tekstu spadły do zera. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ożeż, Ty podstępny podstępco. Ty :P

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Kto alienem wojuje, Quetzalcoatla dostaje. ;-)

 

data:image/jpeg;base64,/9j/4AAQSkZJRgABAQAAAQABAAD/2wCEAAkGBxERERUTExMTFRUXGRgXFxgYFRcVFxoaGhkYGBgYGBgaHSggGBolGxcXIjEiJSkrLi4uFx8zODMtNygtLisBCgoKDg0OGxAQGy4mICYwLS0tLS0tLS0tLS4tLS0tLSstNS0tLS0tLS0tLS0tLS0tLS0tLS0tLS0tLS0tLS0tLf/AABEIARAAuQMBIgACEQEDEQH/xAAbAAABBQEBAAAAAAAAAAAAAAAAAQIEBQYDB//EAD4QAAIBAgQEAQkGBQQCAwAAAAECAAMRBBIhMQVBUWEiBhMycYGRobHRGCNSVJPBBxRCcvAVYpLhgvEzotL/xAAaAQEAAwEBAQAAAAAAAAAAAAAAAQIEAwUG/8QAKxEAAgIBBAECBQQDAAAAAAAAAAECEQMEEiExQRMiBVFhcZEygaGxQlLB/9oADAMBAAIRAxEAPwDw9tzEvFfcxsAW8LxIQBbwvEhAFvC8SKogBeF4+tSKGzCxhQol2CqLk7QBl4XisCDYxsAW8LxI8obXsbdYA28LxIQBbwvEhAFvC8SEAW8LxIQBbwvEhAHPuY2OfcxsAIQhACEWSsDw6rWPgUnvyghtLlkSKJep5NuursB2yuT8hLHCYCkNVpqe5LMQf7eUsonGWeK65Kjh1dXUJVW4Gita4HYnpLGlwtUqK6XVlIOU6hhzsfVLipRdbZlYDewS2nqsTOrYnCsuucH/AGj9tpO5ddmaWZ9xKjivkz5yrnpEZGN2HNL63tzW/SU+M8ncTSOtMkcipBB9U1dFKLsL16gOw0C2vtuP3hjKFekMl3ZOV7EXHSx0ItKJc0THPJcGFOEcC5BFjY3BBHf1SYgagQtQXpuL9QQeanrNLSxIdWR1W50ueR78/XOmHwNMoaNRbDkL3tfmp+Ms00dHqP8AZGP4ngjSbqp1U9RIYE3XE+B/c+b1NvQPMH8J7f8AUxuFzB7BbnYqefUESOPB1xZVNEeJJeNw2WzLqjajt2MiyDqnYkIQgkIQhACEIQBz7mNjn3MbACLFVSdBNXwrgdKkA2IYecbVaV9fb3kNlJzUVbKTh3CnqFSVIQ65rW0G9pqKVcUlCoWVR0uP/ZnOri7E2Hqub+wdhJvC+HtWfNUByDXpfsO0muLZjy5N3L6Fo0Hdc5VsvK51PtPWdKdfzfohAQNyCQOyKNPbeSeL4lnPmaQLfittb8N+XeR8NRY1fvLZU1sDpmtpc7afMSU1t5M3fLOBepUa/iuTa+U3Nui8hGVqCE2JIbmfqLamSsXjgoK0730BYDYD+lenc947h/DnqqGNPKh2JUnNz0hNRXPBZJvlIhU+HKwsHLHply+4G95Y4XEEIadT7xdhfRrdD6uRjhw1QBkp1KgJyhjfKTyCn2GSa/DGppndHpC4HjANz2/qMr6sfJMoTfh/gocRTCvfKWW2oa509YPLrJhoK6Zqd7WF0JzW7qd7TpScBtdjoeWvI23BnGs5pkVEtobED56fES9srdkvC41SMrjQ+Fje4tyMoOIcOU1WbZ1Niev4X949ovLKuFNmUaHcdDH1MPmAqDVSMp6qRyPVe/qlKRMHsdop8Vg1clDoGvb/AGte5+PLvM5j+HvSPiGnIjYzfVcCK1Inaqmx/EBqL9ensle4VxkcC5Go/cSeTviz0YWElcQwppVGXp8uUiwbk7CEIQSEIQgDn3MbHPuYimxvALfCkUArb1m9G+yA7H+75S7wWESnTzs2ao+rPe9hY6KTv65UcKwHnXD1difCObfRRNFhMJ94Cw0XULysPR+NtJNJK2Y88/FhwzhZYl2ACrvm05X90tVxeZwubKm55E+3lOOPrhAtInlnfuTrY+2camGcDM1hm2vv7uXthq1b89GNvdyydVxyqMtMWFt9vd9YcL4VVr1CguCurE7IOpHUnYbyX5OcLRj52o6IqnQPu7DqN8gPvtK7yh8sv5JzTwdXPc3qMyg3c3zEHfU202E4Sy7W4Y+ZfwbMGkTW6fX9lnWpUMNh/vKopVUIvTcXzX1Jb8V737bSl4v/ABHFWn5k0gQpFmQ5QbbEDlMLxXitXEuXqsWY/D1SFKrBfM+WbY1BVBG1xX8RsRVpClURGUbEeE6ejtzHaWCfxKNXDNQxFMFyuUVBqfWRyOk85iyz0+N+C3qSPccL5QYDFYPMwpmqFsVICtmtobzPHBZEp1M4IcAXG4PccxPMFa00nk/5YVsMvmz46f4TY29V5SOKWO9rv6M55YRyqnw/mafFYdbkLfTewOlxv6pyw2LNG4bxo2/USNg+NpWZ3QNpYFSdwRY+ySDYdxyOzDsR85rXS3I8qUHFuLJ+FKDx0jmGxF9R2IldxSmPSA2Nx+4jKWFJGendSN9dRfUXHT6R9SuWvdSD/WvI8swkfpdlUqdooeJ4a9UX9FkK377j5TO16RRip5Ta1qd1IPKxHrFz8pScV4Y7VaQA1qKCP+WX3i4hdG7Dk8MoISRjqarUZV2BIv1toT7SJHkGoIQhAHPuY2OfcxBANx5L4IGi1epe1rC+lwOQHIX98m1K5JLW1Ow68h7PpISNaigvoFUD/OssaNHNov4SbjewHL4e+TGN22eVlfubYmEp56gZrZnNz062HsE0CcNJZamW4IY3LWNl9KzG4UchpKjD+Eqqi7my300JNrDv9Zof4gYqpRw2pSimUqqqQah02vsB2F5m1WV7oxj5O+k06y3KXSPN/LDyh85UdKdGnRF7HKcxNu9h7ZlSYpMSdoRUVSN7diQhCWICEIQAhCEA7YXENTYMpsR/lj1E1/AsT/NKyghaq65b6MthtfoeXfeYqSeH0KjuBTvm5EaW9vKTbRyy41JG+wtRrkWsfRPvsfiItZilW42J8QOulxcSn4RxEuCr384uhvz13PQ3l9iVWqobZgCH62A3lpJcM86UXCVMh10IVxa9r5bHpe2+2s74xclTDbHKFH/I6/Kci5ZivMj6An5GdQ3nGpKD4r2J6AHMD7iZD4pMjowXF6Bp16ink7D4kj4ESHLryqUtiqrAaXv7LAX94lLKnqQdxQQhCC459zEAivuZL4TSzVB21hEN0rNHUqAhQNlA99pe4eqaNEsLZmAC+69zKBaRPh5n4Xl/xTDEIFGuVAPhl+cvLpRPMyU2kWfDsGvn6HiyqbEtcDVQWvc8/pK7+JmMw4pBUL1WJt5xiW9x2Hslh5IY6k2Tz2XLTupLbWynK37TPfxTxrVHpkJkp65ARlJA0BA6bzBO3nSfg9DR8YX9zAwhCbDoEIQgBCEncN4Y9ckUypYahS1mP9t9D74IbS5ZChOuIw702KupVhuCLGXHCuAGvQZ19IHQcj2lZTUVbOmPHLI6jyU+Ew7VHCruf8ue09H8m+DpSUMB6idyfxfSZzyM4YWqMWFreH3b/sJvaI3PfT1DQfI++Vkzy9Zld7EZ3C4BVxNe4Fmc29qhvmZYDDhTUFtCq2PZjYicK1ZfPEnbNy7WH7SY9YurHKVtl33tfU9pM5JNRvwc5Ysrh6jXt45K3CUx55eihm917SOrNTqIR/uHtOn090nU6ZpnzjaAqVA5m/TpIGKU+Am484117C4F/wD7TsmnIpErOMUb0ajW1JHuUzKMLT0Hyhw/hZRotggvubDX/wBzDcQH3hHTSUu+TfppXGiNCEINI59zLPgXpH2fOVjbmSeG4jI46HQyV2UmrizZtT0dh+G3q6f52l7w+qK1MX5oFPYgm/xsZUcHqK6VKTcxcHnYa+8RaWbD1Qdcu/Yqd/qPVDVqvKPLmr48k/yZw4NZ1ZgniU5jawIDHW+4uBKr+K/nqlSnWqLkUjKi9t89+jW0BsQLbSzLGm/nV0DBbHoyEkG3rkj+IanG4Sniefoqg8RzbsT/AJoJkyWssZvro9DRSThKPk8lhFIiTUdwhCEAWT+AVCuJokb51HvNj8CZXyZwiqEr0nOyupPsIvDKz/Sz0rinCaWJUo1sw9FxYsvbuL8pF8ncOaVLzZ3DMD6x0lnoKjCwIIDDtyJB9xkdlyVGF97OPkZi1KbgW+A5tufY32uB2ApBGrMBbX42v8514hiTSQBdXbwoO/M+obzjSrgOyHdnW3fQH9oxTnqtU3sTTp+z0299x/4w57caZSGiep+ITi+k239hcBg1pjq/Mnqdd53WsoJLkC58I3JtzsNTG1L+gp15t+EHcnuek6YTDLTFwPadWP0nPTwbe+Rr+O6rGoLTQ8d1/RC4j94wYXsLLYqV31vqOdvhImLbz1emq7aAHsNSfgfcJ1x2ILP2B9l/8+UXhCA1yx5LZe/X3D5z0I0ots+fSdXXRw8oh4730UAAdzqf2mI4jQtrzucx6E7D3TdV8MK1RndrU1N/207m0yHlFXUkKgsguR1N+ct0kjTpX4KWEISDeOfcxBFfcxsA2XB6wcB00tcG/I7D2GWdKqWXzW/Nb6EHcWPTSZzyRqgGqp2Kg+0MP+posTQK5WBO7WPqN7e0H4yy5+55uaNTo7pVIXKbkdOYI5j6Sw8n+IhcyMqsGU2B5HYlZCckHxrflcaX+jTklU5gVtnX0Tbe21x1lJ1ki00c8cnCVxMt5YcEGFreBi9NgGVrddSD0PaUFp6lW4hhsSPM4lGoo1yxS5Ge1lcDcdwN9J51xPh7UWtcMuhDC9iDqOW/aUhuXtl2epGakrsgwi2hOhYlcMpU3qBarFVO5AvaaDH+SgputqnhJ1JGoHXTcbTNYWqEYMVVh0bYzfnHpUpKGBC2BWx0ta1rHsdpSVnDJKUZxa5XlEvh3nKSIKpDhRlzj8J/EOosInFsQhUAN4l2I6c9YcJot5t3fPkylaeuXM1xrbmAL3O0tfJjg1NmLuhIBuhYFkPYjtuTMby0nuNWXS445o5MLp90yo/0jGJT/mGpPlFmzHU7aG3SJhsaBTFvS9EX5W9Jj2Jm44txEU0NGkQXK+mDdADuCL9OUz1Lyfo1Edwr0VC82uhyi5a51CE6W7G05RnvS3rg0LN6cp+m/e/4OSMlNMzHw73O7H8XftIdTG1KxtTXKv4j85WVqjZx5zxWNtPRsNNO0vHZVHiIA5Abe7nOubJKPCRGg+F4ZL1c0r/fg54fCIo1u1uZ29YElKgAzN7B2326mR6NZamx2/p2PrMdWoodDcn1kmcMeTbK53Zu1uilqMahp3FR8/UzPHuKql9Bc7KLaDrMbWqFiSdzNV5V8Lw9MFs7iodQt81/fsJkp6eOanG0eQ9K9O9j7CEIS5A59zGxz7mNgHXD12Q3U2JFviD8wJvcLxFa9JUJsbBl7hrqwHdW/aeezoKzWAudDcdj2kpnHLhWQ9ERmBAGoI23FxqdOY5+2NbUk5bW1BB0+GolP5OcWaoSrHxqMytzNu3M2PtE0gdWs4Fr6OBtrpfsbxuS4PPyQcHTK2o1ySee9vmBz/eCqpWxykctLi37g72PedjhczZQcpB0Pfoexj1wRZbpa4J8N/EBfUdxv6pKlxTFpGY49wcKM9JCPxAG4HcKRe3tMz09Qo4uw83VU+HQEgEgct9xaVHF/J7D1NabCm51tr5tv/z6uUrf0NOLU17Z/kzHCK9AXSurZSQcymxBHXqJoKdbD5ctF1IF/Ccyv1/q39hmUfCuHNO3iBtaabhXks4y1GKtzCg8+pPO0z5VFduj2cEsjj7Ibq/Jta4FSq+U5qSHKhvcMABYD/YpJHciSqVV1uFd1BuCAdNd9OXslecYqgL4UsNiQbRoxBe4DeAbsNCT+FbfOck8b9p5WfTaxXmlx4q+fwWPDMMlV2W/gQBnA567eveVvDvK1sRVfDOn3TJqthYAgWtpcEZhY3N7d5acHx6UHNkJXKosoH9LZtjvzkOu2HSoxw9KoGOwYLp2Wwvl1PpE25CcZpub4v5G7QvHHFU2k/NlB5ssLHmBf/qXKcMQD0Q3ckhvpI54bTItmYNyIJCA9AOkhtjcTTupYEKbXZM3vIIm/JmjLlHlw0ubI9kePKu1a+ZOxXDhYlFYMNR4h/2ZVV+JGkmZnOX2XY/hB5nqeU58U8qfNjLlZnI2PhT4atMZj8fUrNmc3PLkAOgGwE5qPqdo36fFk03c+fkm/wCQ4hjXrVGdzcn4DkB2kWLEndJLhEyk5O2EIQkkDn3MbHPuY2AEIQgDkcg3Ghmp8nOPnMFqH29Rzv3mUigyGrKTxqapm5rVilUn0rH/AJKdtfVz7SxZ8ymqt/S1tuLgWYe3SefJj6gy6+joPV09U0vAeLqzZDoGHz3HrB1Etfkx5cDStF1Wf+YQcqg0G2vUX5g7yApIIVxY7A3t8YAGm5B02I6ddO2ssq6B1DWzA+lpfXr2l4+1/Q4dENMEUd3VQahSykjTMD7r2+UteD4euaQzqM1nLZdB4fFqBzy327ReE4qpSzCkwDEDRlDBgNt+Y/eXOKr4l6VLEUqxvZhbzYC0qwBWpTqgD0SCCCdxPP1OKcptcHt6H4jDFip9ozVbzyV73XzGXbmTb3k3lz5N8Iq1kUBSq6i7AjfoNyZTYbj3Fnr06TKiF7sD5pVGRWIZ7/h0Os2/HM9M4evRrVWV1GVr+jUvYgaWF77GcJY5RVOv2PRjm9ecXHjl1fK6DDYXBpSqNdXenoUclWIuASg9V/dOtPDYUoHFOsQ1wtwxW+o32OoPulbVFsURiVVjmyOALWJt4xl/qH1nfimP/lkFGhnLu33aFjUyFtLi+7HUge2cXxwmTm00JU5K33fijh5ROhcKqqpUWYLa1yRZdOYHzlHSuzVDoRfKR1sPnJNfBVEYIxyllzXvdje9/Ud7ynqU2ov4SQD7j/3NGLA3jpPswy+I44aqNp1FNfe/+FH5XcOy2YDb5H6GZKa7yi4nXCjVbf26zJu1zczbihOEdsiuoy4sst+PpjYQhOhwCEIQBz7mNjn3MbACEIQAhCEAI+nUKkEaEG4jIQDe8O4hSxlNUPhrIP8AkB0+km4Kk6g2NnXUjqvXvsZ5zRrMjBlNiDcGb3hXFw4Wpex2I+Y/eRTfB5+fDs5j0SDicrK4W6tfTuPSTX3iTKuIIXzlJ3CVLB7Ej0fRFQc7G4166yI2GWotQDl4lI7X/aQqVcoSOVRdQPxbXHQ6CxnTbfPyM656PQalSlUwFMvUpriaShCLgO9F2LopG+nb95T/AM64pmn5whCc2XMMubkbdbxuG8pMiim4pnKAQW3K8txp6tbTsnllQF7U0OXViCSAOpypYTxs/qOfR9hoJwjhSirX1o0eNxtGqqYwqQwpgNf0S+3h63tv0v1nnHEOJu1YYgG5R1deQNmux9trdhacuK+WC1GCZh5rPmygk2BPiux3HbppG1KYBenpoSf/ABY6H32mnTYryXk7aMmsm4Ybg/Kv7fI2nlHlxeGGIoHS+/NCTcqwGoIa/sMyHF8a9Ok3nLErqjdTzUyNRxlSlRqGi9mylatM6hl5Er07jUEeuZ6vx16tA0qvjI9FtLj19fXGHHODpdJkZYYZ4/euWrTJGJ4muIoOCMrjXsddbTOxYk3N2YIQUeEEIQkFwhCEAc+5jY59zGwAhCEAIQhACEIQBZceTbguaZNs2q/3D/qU0fSqFSCDYjnBWUdyo9GoVcq06gt6JDDkSDZvbONbAMUNQf0aW7WBJlZ5GuavnUYnUKQehuQT7hNJTrAYc67sV/5W/aWUvl2eXki4SoreKUcyK3sPqYAj95jKOKagaiDUMCjA8xfSboNnogbXyqPUpOv7Tz7Hveox7n6SHyqZr0c2m6ON5c4fi5bEI52sEI7EAH42PslJFBkLuzW23Fx8Ms+MYgrXfKbW8J/f5ysiuxJJOpMbD5dkRVJIWJCEEhCEIAQhCAOfcxsc+5jYAQhCAEIQgBCEIAQhO2EwzVGCqLk/DuTyEB8F75LsQrhbhnITN0G+nf6TSUyHbzWyg/EghfaN/We0i8LwQoIutzy2GYn1a5fn74iVWz33YsXPcjYfC0slyeZkluk2iXTumRSNVVQR3vd/ifhMFxNLVXAIIzNa3S9x85t+IMVpvW08Nwf7iL/v8RPP2N5MklR30ifLEhCEobAhCEAIQhACEIQAhCEAc+5jY59zGwAhCEAIQhACEIogD6KBmAJCjqdpteEcLp00DeKxFy5XcdFBma4HhruGZMyjroL/ALzZPXeoDmsABZQu3+WllwY9TP8AxRHr4i5ApqbtoGbUnlpyHqEe+CNIkE6lfmTYX6n95JpBQyMV0UG3S/8Ah+Ez3GvKDxkU7Fubcr7DKO0mqM8IubqIcf4mAj0OZyMT/uBuQfZMtHO5JuTcmNlW7dno44KCpBCEJBcIQhACEIQAhCEAIQhAHPuY2OfcxsAIQhACEIQByqSbDWaDhfAAVLVbg8luB7SdxKfBYrzRzZFZv6cwuB3tsT65Oq+UeJYWL6f2qPkIVeTlkU3xE0lGulMhVyjYWtc/2qO8diuM4elmUku/9WXYf7Qesw64hwS2Y3N9eeu85Ew+TktMr5ZccS8oq1YnXKtrBRoAPr3lOYkINEYqKpBCEILBCEIAQhCAEIQgBCEIAQhCAOfcxs9mP8AMR+do/pv9YfZ/xH52j+m31gHjMJ7N9n/EfnaP6bfWH2f8R+do/pt9YB4zCezfZ/xH52j+m31h9n/EfnaP6bfWAeMwns32f8R+do/pt9YfZ/xH52j+m31gHjMJ7N9n/EfnaP6bfWH2f8R+do/pt9YB4zCezfZ/xH52j+m31h9n/EfnaP6bfWAeMwns32f8R+do/pt9YfZ/xH52j+m31gHjMJ7N9n/EfnaP6bfWH2f8R+do/pt9YB4zCezfZ/xH52j+m31h9n/EfnaP6bfWAeMwns32f8R+do/pt9YfZ/xH52j+m31gHjMJ7N9n/EfnaP6bfWH2f8R+do/pt9YB4zCezfZ/xH52j+m31h9n/EfnaP6bfWAe28X4l5gKcubMbXJKquhN2axsNLe2QqnGaiVal0DUlWixIYeHzmYG2nj2HSWmNwS1QAxcAfhqOl/XlIuPXOX+lUcrLl0ZUQgEjwp6AGulu0A5/wCqjSyG5rNRGvNQ5v6vB8ZV8N47iHOGz00C1aD1nOfYIaAzDw9Kp8PxlueEUfOCpZswc1B43yhiCpbLfLchjyjKXA6C5MocebJyfeVNAct0Hi/+M5F8Ho6bQCBR8qA1J6vmamUUjWXRhmUWIUllAViCNATz6SXiOLsjojUwpbW7PZRqBYNlsW7aTpS4HQVGpgPkZSmQ1KhUKeSqWsg9Vp2xnDadUgvnNreEVHVTY3GZQbNr1EArqHGaviDUgWNZ6VOz2vlzHxeHwgBd9Z0o8cNQotOleo3ncylgoXzT+ae7WN/GbDTXUyTU4NRYsSH8TZ9Kjiza+JLN4Cbm5W17xDwShlQBWXJmysruj+Mhnu6kMcxAJudSAYBFwPGWfE1qFszJUA6ZKZo0XuT/AFHM7bfCTMRj2FUUkTO2XM12ygLe3Q3PaL/pFHMXykMWz5gzA3yLT3vsVRQRsbQqcKpHKfGCgyhhUdWtvZmDXYeu8Aj0uM5nUebIRqjUlfNu6hibrbQeBtb8pDw3lI7rTIw5vVomugNQaouTNc20P3iWHPNytLOnwmitTzgU5gSwGZioZhYsEvlDEE6gX1PWFHhFFPN5VI81SagnibSm2S676n7tNTrp3MA7U8YrUhWF8pQONNbEZtutpx4Hxeli6K1qWbI17ZhlOmm0lYagtNFRRZVUKo30AsB7hOgFtoBVcOrVTUxFNnByFchygWzIG5b2JkOjjcU2EqFSXqrXemCqrcomI82SFJC5vNgn1yyw/CKSO9RTVzVBZr1qpB0AuAWsCANCNRGYbgdGmjohrAO2Zvv6xOYsWJDFrqSSb2teAQsTj6n8o9SnVbPSJz56ahrixKMo0GhGo6yRxzEVaaB0qWY2C08obzjnl1A9W287VOB0GpGiQ4RiWa1WoGYncs4bM3tPKJW4HRcoxNbMilVIr1VNjvchvEe51gFbxLi9elU8QYL5yggQU7qy1GRGbzltCGc6X/pHWJS4zWWuiVLjPVrUyhSyoqCo9NxUt4sy0wTr/UdrS5q8Mpu6u2dipBANRygI2bJfLmHW14LwukKhqEMzeK2Z3cLm9LIrEhL9gIBQ8N8oKirnxBspoip4gqgm4H3ZG6ajVrHUR+C8o/uqhqVaJfzpppZlCC+oub2sBfXnaXOB4PRom6KfRyDM7OFX8Khicq6DQdBO9DBU0zZVAzNmbncnnrttAIfk1jzXw1Oozq7EeIra1xvtt6paThgsIlFBTQWVdhqfiZ3gH//Z

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ooooo… ^^

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Fajne, tak po prostu, a do tego czuć amerykański klimat, który tak się kojarzy z UFO :). Wszyscy bohaterzy na swoim miejscu, akcja rozwija się płynnie, a styl też przyjemny. Wszystko na plus ;) 

Dzięki :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jakich to się filozoficznych ciekawostek można dowiedzieć… teraz rozumiem “niezbędność” epilogu z kosmitami (pomimo, że odzier temat z tajemniczości). Więcej takich opowiadań!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Postaram się ^^

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Fajnie się czytało, czuć amerykański klimat. Chociaż mimo wszystko wydaje mi się, że sam pomysł mógłby lepiej sprawdzić się w formie szorta – tekst w pewnym momencie zaczął mnie trochę nużyć, bo poza kilkoma ostatnimi akapitami wykorzystałaś wyłącznie dobrze znane obrazy.

Ale całość na plus – w pierwszej chwili nie zrozumiałem zakończenia, ale po chwili do mnie dotarło. I uśmiechnąłem się :)

Ha, ha, dziękować :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Bardzo ładnie napisane od strony technicznej. Zdania lekkie, dopieszczone, z humorem. Jest dużo lepiej niż w Twoich wcześniejszych tekstach, gdzie ta forma była przeładowana, przytaczała i męczyła. Przynajmniej mnie.

Tutaj pod tym względem jest super.

Samo opowiadanie jest takie lekko-zabawne. Z Tarninowym humorem.

I jeżeli taki był Twój cel, to spełnia założenia.

Choć lekko-zabawnymi tekstami trudno zwojować świat. Dlaczego?

Bo takie teksty nie zostają na długo w pamięci.

Spójrzmy co my tu mamy, jeżeli chodzi o treść:

<SPOILER>

Mamy kilka barwnych postaci, nieco humoru sytuacyjnego, i historię gdzie plajtujący księgowy próbuje zarobić na naiwności ufologów, i niechcący przywołuje ufo, które to jest bardzo wrażliwe na kosmiczne wulgaryzmy.

</SPOILER>

Tak, chyba niczego istotnego nie pominąłem.

 Podsumowując, mamy tu przyjemny język, nieco humoru, i lekturę lekką zarówno w stylu jak i treści.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Oj tam, oj tam. Ważne, że śmiechłeś :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Powiem tak (Anet, wybacz;) – fajne! :)

Bezproblemowe kilka minut spędzone w miłej atmosferze. Na lekturze dowcipnej i z podtekstem.

Ideowo się jednak z mrówką nie zgadzam. To nie ona wychodziła Churchilla, tylko mózgi obserwatorów sobie go niczym u Rorschacha z jej drobienia memetycznie wykoncypowały.

Bo zasadniczo sprzeciwiam się tezie, że jeśli posadzimy nieskończoną liczbę małp przy klawiaturach i damy im nieskończoną ilość czasu na bębnienie w klawisze, to w końcu któraś napisze od nowa całą Biblię albo i Hamleta. A nawet formularz podatkowy Pit 37 z objaśnieniami.

Nie ma takiej opcji! Bo prędzej albo klawiaturę połamie i zapaskudzi, albo przegryzie kabel i zejdzie w trybie nagłym, albo w końcu pójdzie do innych małp robić zadymę o ładniejszy monitor.

pozdr. :)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Bezproblemowe kilka minut spędzone w miłej atmosferze. Na lekturze dowcipnej i z podtekstem.

 Ideowo się jednak z mrówką nie zgadzam

A, tylko, że mrówka nie opowiada się po żadnej ze stron. Putnam, jeśli dobrze pamiętam, trochę tu mąci (te eksperymenty z Bliźniaczą Ziemią…)

 Nie ma takiej opcji! Bo prędzej albo klawiaturę połamie i zapaskudzi, albo przegryzie kabel i zejdzie w trybie nagłym, albo w końcu pójdzie do innych małp robić zadymę o ładniejszy monitor.

Yup. Tutaj się zgadzam w zupełności.

heart

 Fajne :)

Mogę umrzeć szczęśliwa XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Mogę umrzeć szczęśliwa XD

Ale jeszcze nie teraz ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nie znacie dnia ani godziny. Ulubiona_emotka_Baila.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tak czy inaczej żyjesz, więc miałam rację ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Fajny, dowcipny tekst, nie raz nie dwa uśmiechnąłem się pod nosem. 

Bohaterowie bardzo ,,amerykańscy", nie sposób ich nie lubić. Dobroduszny farmer-kombinator, moralny glina, dla którego każdy, kto nie strzyże się na krótko, jest hipisem, wszędobylska dziewczynka z detektywistycznym zacięciem… Ju-Es-Ej!

Przyznam, że nie zetknąłem się dotychczas z koncepcją ,,mrówki Putnama", ale jej znajomość nie jest niezbędna. Jak dla mnie puenta również na plus.

 

A, taka sprawa, że zrobiłem jedno ,,hmmm" podczas lektury.

…masa gazet na stojakach, chociaż była w nich jakaś dziwna monotonia.

Niby poprawnie i logicznie, no ale tak jakoś coś… nie gra. Może przesadzam :p

 

Niby poprawnie i logicznie, no ale tak jakoś coś… nie gra. Może przesadzam :p

Może i faktycznie zrobiłabym to teraz inaczej – ale już nie będę zmieniać. Dzięki!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nadrabiam zaległości w czytaniu. :)

Ogólnie, zgadzam się z przedpiścami. Fajny, humorystyczny tekst, kilka razy się uśmiechnęłam. Zwróciłam uwagę na dokładne dopracowanie settingu, nawet w szczegółach. Czuć klimat Teksasu.

Przyznam, że nie domyśliłam się sama, o co chodziło z tytułową mrówką, ale komentarze wszystko wyjaśniły.

Dziękować. A ja ciągle mam Twoją Alę Niezgódkę w kolejce i nie mogę do niej dotuptać… ale dotuptam.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, czekam z niecierpliwością. :)

Przebudowałam swoje myślenie o pisaniu i krytyce.

… ale dotuptam.

Na świętego Hieronima,

jak jest czas, albo go ni ma,

to na koniec listopada,

albo wpadam, albo nie wpadam. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nie wiedziałem, że te rymowanki mają taką moc sprawczą. ;-)

To może i do mnie uda mi się Ciebie ściągnąć? :D

 

Tydzień po świętym Alfredzie,

jak czas bedzie lub nie bedzie,

to gdy przyjdzie święta Ada,

albo wpadam albo nie wpadam.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ty wredna… XD

To było tak precyzyjnie perfidne i podłe, że nie wiem, czy Ci gratulować precyzji czy poprzysięgać krwawą zemstę. :D

Przyznaj się, specjalnie wybrałaś jak najkoślawszy tekst. ;-)

Ale nie ma tak łatwo. Masz:

 

Na świętego Celestyna,

jak jest komć, albo go nie ma,

to, gdy nerwy tracą mnisi,

wdowi tekst się w korku kisi!

 

A za “Upiora” i tak się zemszczę! XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nowa Fantastyka