- Opowiadanie: ANDO - Akademia dla niegrzecznych dziewczynek

Akademia dla niegrzecznych dziewczynek

Alternatywna historia znanej akademii, jedna z moich ulubionych książek w czasach szkolnych.

Miłego czytania. :)

 

Edit.

Poprawiłam i rozwinęłam opisy w opowiadaniu, m.in. ogrodu, przyjęcia i snu.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Akademia dla niegrzecznych dziewczynek

Nazywam się Ala Niezgódka i mam dwanaście lat. W akademii jestem od pół roku, przyjechałam radiowozem, kiedy zwinęli mnie z dachu bloku.

Tutaj trafiają same dziewczyny, niektóre są mega wkurzające, kilka w porządku, inne przypominają UFO. Nasze imiona i nazwy problemów zaczynają się na wszystkie litery alfabetu.

Pan Kłak mówi, że każdą z nas potrafi naprawić. Powtarza to, gdy siedzę w jego zarzuconym papierami gabinecie na miękkim, chociaż niewygodnym krześle.

– Nie jestem pieprzoną zabawką! – krzyczę.

Znów patrzy na mnie spokojnie, jak gdyby oglądał nowy eksponat w muzeum. Zero nerwów.

– Dlaczego chciałaś skoczyć z dachu? – dopytuje tym samym, jednostajnym głosem, poprawiając okrągłe okulary, które zjechały mu na sam czubek nosa.

– Nie zrobiłabym tego – odpowiadam.

– Tak myślałem.

Zaciskam pięści, chciałabym krzyknąć, żeby spadał, ale nie zamierzam trafić w ręce Milczących Wróżek, albo dostać dodatkowej porcji kolorowych pastylek.

Najbardziej wkurzają mnie właśnie te Wróżki. Chodzą w białych fartuchach, czasem są straszne, robią zastrzyki i zamykają nas w pustych pokojach.

Słuchają we wszystkim pana Kłaka, on rządzi w akademii. Jest wysoki, wygląda jak zapaśnik, ma wielką, czarną brodę i zmierzwione włosy tego samego koloru. Zawsze nosi dżinsy, elegancką koszulę i kolorową kamizelkę z mnóstwem kieszeni. W jednej z nich przechowuje okulary, które zakłada do czytania.

Dziewczyny z akademii często o nim rozmawiają, piszcząc głośno i przeżywając, jakby dostały przepustkę do domu. Przechwalają się, jak na nie spojrzał w czasie rozmowy i co dwuznacznego powiedział. Komentują każdy rozpięty guzik jego koszuli, wzdychają i zastanawiają się, w której się zakocha.

Tylko Diana boi się pana Kłaka, ale ją wszystko przeraża, chociaż poza tym wydaje się w porządku. Ona uważa, że szef naszej uroczej budy na ulicy Czekoladowej to rasowy czarnoksiężnik, który pożera niegrzeczne dzieci.

– Ktoś ci nawciskał bajek, nie ma takich ludzi – mówię do niej, kiedy siedzimy na trawie w ogromnym, zarośniętym ogrodzie przed akademią, przypominającym dżunglę. Stare drzewa zwieszają gałęzie, które wyglądają jak sękate ręce olbrzymów porośnięte pióropuszem liści. Pomiędzy nimi, niczym młodsi bracia, przycupnęły krzaki z niedojrzałymi jeszcze mirabelkami, a niżej zielsko rozpostarło miękki dywan. Kwiaty obłędnie pachną, świerszcze grają jak szalone, a nasze odświętne, jasne sukienki łapią nowe plamy.

Palę papierosa podwędzonego Milczącej Wróżce, puszczam kłęby dymu niczym stary Indianin. Częstuję Dianę, niezdarnie się zaciąga.

– Niektórzy są gorsi od czarnoksiężników. – Opowiada o matce, która chwali ją przed ludźmi, a w domu tłucze czym popadnie za najmniejsze przewinienie.

– Masz rację, ten Kłak jest dziwakiem, ale nie wygląda na zbója – mówię.

– A jego siostra? Nie odzywa się prawie wcale, tylko chodzi i patrzy. Podobno Kłak to wszystko tak wymyślił, żeby nic nie mówiły, i ona, i Milczące Wróżki. To ma nas wyleczyć – szepcze Diana.

– Wiesz co? Zupełnie ich nie rozumiem i czasem mam ochotę stąd zwiać. Chodź, pokażę ci dziurę w murze.

W gładkiej, białej ścianie wypatrzyłam wczoraj niewielką szparę, w sam raz, żeby się przecisnąć na wolność. Biegnę tam z nadzieją, że Diana da się namówić na wycieczkę, ale ona woli zostać.

*

Pan Kłak patrzy na mnie zatroskanym wzrokiem, kiedy kolejny raz przymusowo odwiedzam jego gabinet.

– Paliłaś. Na dodatek chciałaś uciec.

– Wcale nie! – zaprzeczam stanowczo. – Popatrzyłabym na normalny świat i wróciła do tego wariatkowa dla bogatych.

Pan Kłak marszczy czoło. Chyba przegięłam. Mam go w dupie, nie trawię dziada! Jest taki sam jak mój ojciec, niby troskliwy, a ma wywalone na wszystkich dookoła.

– Pana żona też uciekła? – dopytuję.

– Słucham?

– Jak moja mama od taty. Całymi dniami nie było go w domu, więc dała nogę z innym. Tylko o mnie zapomniała, taki szczegół. Pan też ciągle pracuje, jak mój ojciec.

Uśmiechnął się lekko.

– Nie mam żony. Ani dzieci.

– To dobrze, znaczy, dla nich. Zresztą, dla pana też, nie warto się do nikogo przywiązywać, zawsze odchodzą. Zawsze. I wtedy boli – kończę łamiącym się głosem.

– Wiem, że moja siostra, Rita, nie odejdzie – odpowiada. – Jak widzisz, zdarzają się wyjątki. Nawet jeśli coś się skończy, warto przeżyć dobre chwile. Weszłaś na dach, bo chciałaś, żeby rodzice cię dostrzegli. Żeby wciąż nie odchodzili – mówi, patrząc mi w oczy.

– E tam, gadanie! Nie potrzebuję nikogo! – Wciskam ręce w kieszenie. Cieszę się, że to koniec audiencji, bo zrobiło mi się smutno i zaczynam pociągać nosem.

Biegnę do mojej kryjówki: do składziku starych, połamanych sprzętów na końcu ogrodu. Muszę pobyć sama, z dala od dziewczyn i Kłakoterapii.

*

W składziku spotykam szpaka Mateusza. Siedzi stercie połamanych stołów i krzeseł, piętrzących się aż pod sufit. To zwierzak dyrektora, potrafi mówić i pojawia się w najmniej spodziewanych miejscach.

– itaj, icjo. – Jak zwykle, wypowiada tylko końcówki wyrazów.

– Się masz – mruczę.

Czyli z samotności nici. Szpak przekrzywia łeb i zaczyna opowieść, którą powtarzam w normalnym brzmieniu:

– Nie jestem zwykłym ptakiem, jestem księciem.

– A ja cesarzową. Podwędziłeś coś z barku pana Kłaka?

Szpak patrzy na mnie przez chwilę w milczeniu, po czym znów otwiera dziób:

– Naprawdę urodziłem się w książęcej rodzinie. Mieliśmy wszystko, czego dusza zapragnie. Ojciec zachęcał mnie do polowań i walk, zaplanował moją przyszłość. Kazał mi ćwiczyć sztukę wojenną pod okiem najlepszego wodza, żebym umiał poprowadzić armię do bitwy.

Ale ja byłem inny, lubiłem książki. Mdlałem na widok krwi, a kiedy mogłem, uciekałem z zamku, patrzyłem w niebo i marzyłem o podróżach do gwiazd. Zrozumiałem, że ta odmienność to nie tylko książki…

Ojciec martwił się moim stanem, uważał, że jestem chory i posyłał po różnych lekarzy. Pewnego dnia zjawił się doktor Paj–Chi–Wo, który wyprosił wszystkich z komnaty i powiedział do mnie:

– Prędzej czy później dowiedzą się, że jesteś inny, nie ukryjesz tego.

Podarował mi cudowną czapkę bogdychanów.

– Noś ją zawsze przy sobie. Kiedy będziesz chciał uciec, wystarczy, że założysz ją na głowę. Wtedy staniesz się zwierzęciem, o którym pomyślisz. Gdy zechcesz wrócić do ludzkiej postaci, wystarczy pociągnąć za guzik na czubku czapki.

Nadszedł dzień, gdy do zamku przyjechał nasz sąsiad, potężny król wilkołaków. Chciał sojuszu, którego potwierdzeniem miał być mój ślub z jego córką.

Nie mogłem się z nią ożenić, chociaż nigdy nie widziałem piękniejszej dziewczyny. Niestety, nie miałem nic do powiedzenia, królowie uzgodnili wszystko sami.

W noc przed uroczystością nie potrafiłem zasnąć, siedziałem na tarasie i patrzyłem w gwiazdy. Wiedziałem, że już zawsze będę musiał udawać kogoś, kim nie jestem. Wyciągnąłem z kieszeni czapkę bogdychanów i zobaczyłem, że nie ma guzika. Jeśli ją założę, już nigdy nie będę człowiekiem…

Czułem, że w zamku nikt mnie nie rozumie, nawet moi rodzice. Nie potrafiłem spełnić ich oczekiwań.

Nad ranem włożyłem czapkę na głowę i szepnąłem: „chcę być ptakiem”. Przemieniłem się w szpaka, pomknąłem w niebo.

Krótko cieszyłem się wolnością, złapali mnie źli ludzie i uwięzili w klatce. Miałem wielu właścicieli, zamknięty w ciasnym więzieniu czułem się przeraźliwie samotny. W końcu Pan Kłak kupił mnie na targu i zabrał do akademii. Gdybyś kiedyś znalazła duży, zdobiony guzik…

– Jasne, przyniosę ci – mówię, bo żal mi się zrobiło Mateusza.

*

Pan Kłak bardzo interesuje się naszymi snami. Wieczorem stawia przy łóżkach specjalne lusterka, a rano odczytuje ich zawartość. To łapacze snów. Rozbijam je regularnie, udaję, że niechcący spadają z szafki, ale pan Kłak jest wytrwały i ciągle przynosi nowe.

W moim lusterku powtarza się ten sam koszmar: sen o siedmiu drzwiach. Wędruję po dużym, pustym domu, który wygląda jak po przeprowadzce. Z salonu ktoś zabrał prawie wszystkie sprzęty, zostało tylko samotne, dziecięce łóżeczko w rogu pokoju i porzucony na podłodze ślimak do ciągnięcia na sznurku. Taki sam, jak kiedyś miałam!

– Mamo! Tato! – krzyczę, ale nikt mnie nie słyszy.

Dostrzegam drzwi, które natychmiast otwieram w poszukiwaniu rodziców. Ale wewnąrz znajduję tylko pusty, wyczyszczony z mebli pokój. Rozglądam się po tym opuszczonym miejscu, mój wzrok pada na boczną ścianę, w której pojawiają się kolejne drzwi. Szybko je otwieram, z nadzieją, że za chwilę spotkam sięz bliskimi. Ale znajduję tylko następny pokój, dokładną kopię poprzedniego. Słyszę skrzypienie i szuranie, lecz nikt się nie zjawia. Nikogo nie obchodzi, że jestem głodna i drżę ze strachu. Już wiem, co mnie czeka za kolejnymi drzwiami.

W końcu dostrzegam ich przez okno, imprezują w ogrodzie: ojciec, macocha i matka. Robią grilla i świetnie się bawią. Uradowana, zbiegam do nich.

– Już jestem! Znalazłam się! – krzyczę.

Nie zwracają na mnie uwagi, jakbym była powietrzem. Rozmawiają z gośćmi, popijają drinki.

– Mamo, tato! – wołam, łapię ich za ręce. Otrzepują się, zasłaniają jak przed natrętną muchą.

Zaczynam krzyczeć coraz głośniej, ile tchu w płucach, aż się budzę.

*

Mam dość tej całej magii pana Kłaka; kolorowe sosy, furtki do bajek, płomyki świec, wierszyki kumkających żab. Słodko, aż do porzygania. Wystarczy bajek, muszę szukać mamy. Zapytam, czy dopadła ją skleroza, że mnie zostawiła, czy miała inny powód.

Dziś rano obmyśliłam plan ucieczki. Muszę poczekać, aż wszystkie dziewczyny pójdą na kleksografię. To takie zajęcia, na których rysujemy.

Kiedy grupa znika w sali, chowam się do łazienki i wychodzę przez okno do ogrodu. Muszę uważać na Milczące Wróżki. Przekradam się do muru, do miejsca, gdzie wypatrzyłam kolejną dziurę. Już tylko krok dzieli mnie od wolności. Przeciskam się przez szparę, ulica po drugiej stronie wydaje się kompletnie wyludniona.

– Alicjo, stój! – Słyszę.

Oglądam się. Pani Rita otworzyła furtkę i krzyczy, żebym wracała. Jasne, już lecę.

Zaczynam uciekać wzdłuż muru, ona rusza za mną. Moje trampki klapią po chodniku, coraz szybciej. Mijam skwer i rząd sklepów wciśniętych w wąski pawilon. Daję nura w ulicę, która okazuje się ślepa. Chcę uciec przez podwórko, ale jakiś wyperfumowany facet w białym fartuchu łapie mnie za kołnierz.

– Puszczaj, dziadu! – krzyczę i mocno kopię go w nogę. Nie pomaga.

Rita, sapiąc, dogania mnie.

– Alicjo, jak mogłaś – mówi z wyrzutem. – Dziękuję panu – zwraca się do nieznajomego.

Ależ on ma fryzurę, jakby siedział pół dnia przed lustrem. Czarne i białe pasemka przeplatają się na jego głowie, kojarzy mi się z borsukiem.

Nagle Rita dosłownie zamiera, drętwieje niczym po zaklęciu zamieniającym w kamień. Później zaczyna się trząść, blednie i osuwa się na ziemię.

Facet z borsuczymi włosami puszcza mnie. Rzuca się ratować Ritę, klepie ją w oba policzki, próbując ocucić. Jasne, mogłabym uciec, ale jakoś tracę ochotę.

– Otwórz drzwi do salonu – mówi do mnie nieznajomy, pokazując wejście z napisem „Filip Golarz, fryzjer męski”.

Dźwiga Ritę na rękach do środka, kładzie na fotelu, jakiego nie powstydziłby się statek kosmiczny. Zakład przypomina gabinet dentysty, różni się tylko zdjęciami fryzur na ścianach. W rogu stoi szafa pełna kolorowych butelek. Aż mnie korci, żeby ponaciskać te z dozownikami.

Facet pryska Ricie w twarz kropelkami wody. Ona otwiera oczy, patrzy wokoło wzrokiem śniętego spaniela.

Dobre kilka minut zajmuje, zanim ogarnia się trochę i dzwoni po pana Kłaka. Po tym wysiłku znów przymyka powieki.

– Dlaczego masz takie dziwne włosy? – pytam faceta, testując jego nerwy.

– Lubię eksperymenty – odpowiada. – I nie znoszę nudy na głowie. A ty?

– Ja mam na głowie ważniejsze sprawy.

W drzwiach staje pan Kłak. Przez dłuższą chwilę patrzy na fryzjera, później zajmuje się siostrą.

– Rita, co ci jest? – Pochyla się nad nią.

Zdążyła już oprzytomnieć i cichym głosem zapewnia brata, że dobrze się czuje.

– Dziękuję za pomoc – mówi pan Kłak do fryzjera.

– Drobiazg – odpowiada tamten. – Jestem Filip.

– Mikołaj. – Pan Kłak długo trzyma jego dłoń w swojej. Uśmiechają się, jakby właśnie dostali wymarzony prezent urodzinowy.

– Dziękuję, że pan się nimi zaopiekował – dodaje Kłak.

– Zadzwonić po pogotowie? Ta pani mogła mieć zawał. To pana żona? – dopytuje fryzjer, siadając blisko niego.

– Siostra. Nie trzeba karetki, Rita cierpi na taką przypadłość, fobię, po prostu nie powinna wychodzić z akademii.

– Ten słynny doktorek to pan? Myślałem, że jest pan dużo starszy – mówi Filip, wciąż patrząc mu w oczy. – Podobno potrafi pan wyleczyć każdy problem.

– Pan mnie przecenia. – Uśmiecha się Kłak. – Musimy się zbierać, dziewczęta zostały same w akademii.

– Wpadnie pan na strzyżenie? – proponuje fryzjer, podając mu wizytówkę.

– Chętnie, zadzwonię, żeby umówić termin.

– Będę czekał.

Filip odprowadza nas przed zakład, pomaga Ricie wsiąść do samochodu i macha na pożegnanie z błogą miną.

– Jesteś moim największym wyzwaniem terapeutycznym, Alicjo – mówi nasz dyrektor, uśmiechając się.

*

Ruszamy z Dianą na wyprawę do ogrodu akademii, pełnego jarów i wąwozów. W plecaku mam flaszkę wódki i pudełko pigułek, które wczoraj zwędziłam z pokoju pana Kłaka. Macocha zawsze bierze na noc podobne proszki, a potem opowiada, jakie ma po nich cudowne sny.

Siadamy z Dianą w mojej nowej kryjówce, w szałasie niedaleko stawu, i zaczynamy piknik. Pijemy, przegryzając pigułkami. Gdy alkohol drażni gardło, krzywię się, Diana jeszcze bardziej, ale szybko robi nam się wesoło. Musimy uważać, żeby nie śmiać się głośno, bo Milczące Wróżki by nas nakryły.

Po kolejnym łyku Diana bredzi coś o kopaniu dołków, po czym pada na ziemię i zaczyna głośno chrapać. Ja kończę butelkę, chociaż mam wrażenie, że świat zaczyna kręcić się w kółko, a karuzela przyspiesza.

Zamykam oczy i czuję, że potrafię latać. Rozkładam ręce jak samolot, nabieram powietrza w usta. Odrywam się od ziemi, szybuję nad ulicą, prosto do psiego raju. Szaleję z radości na widok Reksa, który rok temu wpadł pod samochód. Pies poszczekuje wesoło, biegając naokoło mnie. Biorę go w ramiona i przytulam się do miękkiej sierści. Mój jedyny przyjaciel…

– Tak bardzo mi ciebie brakuje, piesku – szepczę mu do ucha. W odpowiedzi Reks merda ogonem.

Idziemy nadgryźć czekoladowy pomnik doktora Dolittle.

 

Budzę się na kozetce w pokoju szpitalnym akademii. Na łóżku obok leży Diana z podłączoną kroplówką. Milczące Wróżki każą mi wstać i zawlekają do pana Kłaka.

Dyrektor nawet w takiej chwili nie traci opanowania.

– Twoja koleżanka mogła zginąć przez te wygłupy – mówi surowym tonem. – Nie powinniśmy narażać bliskich.

– Nie mam nikogo bliskiego, odkąd zdechł Reks – wyjaśniam.

– A twoja mama? Odwiedziła cię tydzień temu.

– Macocha. Przez całe dwadzieścia minut zniosła moje towarzystwo. Ona nienawidzi mnie tak bardzo, jak kocha pieniądze taty.

– Co teraz czujesz? Smutek? Złość? – dopytuje pan Kłak.

– Skąd, luz – mruczę.

Podchodzi do mnie blisko i patrzy mi w oczy, mówiąc:

– Po co ten alkohol i pigułki? Żeby ktoś cię zauważył? Ja widzę cię nawet wtedy, kiedy zachowujesz się normalnie.

Obawiałam się tego, pan Kłak zaczyna truć bez końca. Nie lubię, kiedy zadaje takie dziwne pytania. Mam ochotę uciec przez okno, zaszyć się gdzieś, aż przestanie. Najgorsze jest to, że kiedy tak mówi, coś aż rwie w piersi i chce się płakać. Nie będę się rozklejała.

– Podejdź do stołu. Narysuj ulubioną bajkę. – Kładzie przede mną kartkę i kredki.

Wyciągam czarną, smaruję kilka kresek. Niech ma radochę, a mnie ominie kara i załapię się na deser z kolorowych galaretek na podwieczorek.

Pan Kłak przygląda się długo mojej pracy, marszczy czoło.

– Te kreski… Zapałki? Czy to dziewczynka z zapałkami? – Usiłuje zgadnąć.

– Skąd, Śpiąca Królewna – odpowiadam. – Kolce zasłoniły zamek.

*

Od czasu wizyty w zakładzie Filipa pan Kłak częściej się uśmiecha i ogólnie wygląda na bardziej zadowolonego z życia. Tak jak dzisiaj. Nadchodzi noc, dziewczyny szykują się do spania, ja wymykam się przez okno na fajkę do ogrodu.

Doskonale widzę, jak pan Kłak niecierpliwie drepcze po podjeździe. Chowam się za krzak, zanim zdąża mnie dostrzec w świetle lampionów. Zresztą, patrzy w zupełnie inną stronę, na bramę, która magicznym sposobem otwiera się, wpuszczając do akademii sportowe auto.

Samochód parkuje kilka kroków od pana Kłaka, światła gasną, a ze środka wysiada Filip.

Obaj panowie witają się klepiąc po plecach, przechodzą trochę dalej, tam gdzie krzaki zasłaniają widok z okien akademii.

– To trudne – wzdycha pan Kłak.

– Nie bój się pokazać, że jesteś inny – mówi Filip. Pierwszy go obejmuje, zaczynają całować się w usta, długo.

Oj. Wyrzucam niedopałek w suchą trawę, nawet nie trudzę się, żeby go zgasić, taka jestem przejęta.

– Daj spokój, jeszcze ktoś zobaczy – mówi pan Kłak, odsuwając się od fryzjera. – Przyjadę do ciebie, niedługo.

Ten wieczór wiele zmienia. Po pierwsze, niechcący podpalam kawałek ogrodu i w nocy odwiedzają nas strażacy. Oczywiście nie przyznaję się, ale pan Kłak i tak się domyśla.

Po drugie, od tego dnia rozmowy z nim stają się rzadsze, często wychodzi z akademii.

Dziewczyny omawiają każdy uśmiech pana Kłaka, jego nowe koszule i perfumy. Dochodzą do wniosku, że już się zakochał w którejś z nas. A to by się zdziwiły! Nie jestem ostatnią świnią, nie powiedziałam im, nawet Dianie.

*

Dni mijają, pan Kłak jest coraz lepiej ostrzyżony i chyba szczęśliwy, bo zdarza mu się nawet podśpiewywać, gdy leczy chore sprzęty.

Pewnego popołudnia zmienia się wszystko. Ale po kolei. Od rana cała akademia jest wypucowana na błysk, a w budynku rządzi dziennikarka; pstryka zdjęcia, zadaje dziwne pytania i zagląda w każdą dziurę. Wreszcie ogłasza, że koniec reportażu, ale zostaje na obiedzie, a później ciągnie pana Kłaka na spacer do ogrodu.

Nasz dyrektor nie wygląda na specjalnie zadowolonego. Wiem, bo podglądamy ich z Dianą. Ona uważa, że zaraz zaczną się całować i robić to, co na filmach. Obserwowanie tych dwojga wydawało się ciekawsze niż granie w chińczyka w akademii, ale myliłam się.

Dziennikarka i pan Kłak siedzą na ławce. Rozmawiają w nieskończoność, a nam z Dianą cierpną nogi od kucania za krzakami i wściekle tną nas komary.

– Wracamy, siku mi się chce – jęczy moja koleżanka.

– Poczekaj, jeszcze chwila – mówię, bo pod akademię podjeżdża sportowy wóz fryzjera.

Filip od razu dostrzega pana Kłaka i dziennikarkę. Biegnie do nich, widać, że się wściekł.

– To dlatego zapomniałeś o spotkaniu! – woła.

– Poznaj, pani przyjechała do nas… – Kłak próbuje ratować sytuację, ale Filip krzyczy:

– Paskudny zdrajca! Nie chcę cię znać! Popamiętasz mnie, draniu!

Po czym wsiada do auta z pokazowym trzaśnięciem drzwiami, nie odmawia też sobie ruszenia z piskiem opon.

– O co mu chodziło? – dziwi się dziennikarka.

– Długo by tłumaczyć – mruczy pan Kłak.

W tym samym momencie Diana popycha mnie i wytaczamy się z krzaków, wprost pod ich nogi.

Dziennikarka ma dziwną minę, żegna się szybko.

Pan Kłak patrzy na nas, przewraca oczami i siada na ławce.

– Miałam rację, nie wolno się do nikogo przywiązywać, zawsze odchodzą – mówię.

*

W akademii coś się psuje. Pan Kłak chodzi jak nieprzytomny, nie udają mu się ani lekcje kleksografii, ani rozmowy z nami. Milczące Wróżki przejmują rządy, wyganiają nas na cały dzień do ogrodu albo każą siedzieć w sali telewizyjnej.

Nudzę się jak stado mopsów, tęsknię nawet do rozmów z panem Kłakiem. Dobrze wiem, jak to jest, kiedy ktoś odchodzi.

Idę do gabinetu dyrektora, tego dnia pan Kłak wydaje się mniejszy i starszy niż wcześniej. Siedzi bez ruchu, wpatrzony w paczkę kolorowych piegów, które przynosił Filip.

– Nie będziemy dziś rozmawiać, Alicjo – odzywa się smutnym głosem.

Siadam na krześle obok niego. Żal mi go, naprawdę.

– Na początku zawsze boli najbardziej, ale zawsze jakoś idzie przeżyć – pocieszam go.

*

Przybyła nam jedna uczennica w akademii; Filip przyprowadził swoją bratanicę, Jagodę. Nigdy nie widziałam takiej ładnej i grzecznej dziewczynki, dosłownie chodzący ideał. Na kilometr coś tu śmierdzi, jak mówi moja macocha.

Tymczasem trwają ostatnie przygotowania do balu. W holu czekają długie stoły, przykryte białymi obrusami i prawdziwa choinka do samego sufitu, przystrojona złotymi bombkami, wielkimi jak arbuzy. Pan Kłak zaprosił tabun ludzi, wpiera nam, że to będzie bajkowe przyjęcie z okazji Gwiazdki. Unosi się pod sufitem, oplatając salę sznurami drobnych, kolorowych lampek. Pomaga mu Szpak Mateusz.

Rany, jak ja nie lubię tych świąt! Wtedy ojciec z macochą kłócą się dwa razy częściej niż zwykle. Wcześniej zamęczają mnie pytaniami, co chciałabym dostać pod choinkę. Nie wiem po co, bo i tak kupują coś innego. Kiedy macocha i mój ojciec pogodzą się, zostawiają mnie z opiekunką, a sami gdzieś znikają.

Na wspomnienie o świętach mam ochotę puścić solidnego pawia. Na dodatek pan Kłak wymyślił, że wystąpimy w idiotycznych, cukierkowych kieckach z falbanką i każe nam śpiewać piosenkę „Witajcie w naszej bajce”. To nie najszczęśliwsze życzenia świąteczne, naprawdę. W naszej bajce nie bywa kolorowo.

Nadchodzi ten wieczór. Kiedy kończymy piosenkę, goście biją brawo, chyba z radości, że nie muszą nas już słuchać. Przyjęcie rozpoczęte, magiczna orkiestra krasnoludków trzyma w rękach skrzypce i trąbki, jeden brodaty ludek usiadł przy pianinie.

Aula akademii pęka w szwach od ludzi ubranych w dziwaczne stroje. Widzę piratów, królewny, wróżki, rycerzy, potwory. Mam ochotę wywrócić tę wielgachną choinkę, żeby przestało być tak drętwo i słodko.

Pan Kłak od początku przyjęcia rozgląda się na wszystkie strony, jakby na kogoś czekał. Nietrudno zgadnąć, że chodzi o Filipa, pewnie dyrektor liczył, że pogodzą się z okazji świąt. Żyje tyle lat, a jeszcze się nie nauczył: ci, którzy odchodzą, już nie wracają. Przynajmniej nie ludzie, których chcielibyśmy zobaczyć z powrotem.

Szpak Mateusz krąży między gośćmi krzycząc:

– sołych wiąt!

My roznosimy słodycze i przekąski na półmiskach, podajemy szklanki z kolorowymi sokami. Na ścianach błyskają łańcuchy ze sreberek, tysiące lampek rozświetlają salę, po której płyną skoczne dźwięki świątecznej piosenki. Pachnie domowym makowcem i pomarańczami. Istna sielanka, przyszli nawet dziennikarze. Przysięgam, że całkiem przypadkiem zaplamiłam cukierkową kieckę polewą z lodów czekoladowych.

Nagle widzę jak pan Kłak blednie i czerwienieje na przemian, bo w progu pojawia się Filip. Ale on nie przyszedł dla naszego dyrektora. Zaraz będzie występowała jego bratanica, powie obrzydliwie nudny wierszyk o świętach.

Muzyka cichnie, Jagoda bierze mikrofon, spuszcza głowę i milczy. Pani Rita podbiega do niej.

– W tym dniu wyjątkowym… – podpowiada początek tekstu.

Jagoda robi zbolałą minę, mówiąc:

– Znacie sekrety pana Kłaka? Nie? To posłuchajcie! Wziął mnie do swojego gabinetu, zdjął mi sukienkę, a później swoją koszulę i spodnie.

Kilka szklanek rozbija się o posadzkę. Ktoś wzdycha, inny krzyczy, ale większość słucha z zapartym tchem.

Nie wytrzymuję i wypadam na środek sali.

– Przecież on woli facetów, spotykał się z twoim wujkiem! – wołam do Jagody.

Oj, chyba nie pomogłam.

Policja zjawia się szybciej niż zdążamy uprzątnąć potłuczone szkło. Zabierają bladego pana Kłaka. Mijają Filipa, który opiera się o ścianę z zaciętą miną. Wszystko idzie na żywo w telewizji.

Impreza kończy się błyskawicznie. Wychodzą goście, przyjeżdżają samochody, żeby zabrać dziewczyny do domu.

*

Dwa dni później wraca Pan Kłak, ale to koniec akademii. Podobno wstawił się za nim ktoś ważny. Tak mówi Diana, zanim odjeżdża z matką.

Kłak wygląda na trochę sponiewieranego i z nikim nie rozmawia. Mieszkamy na Czekoladowej już tylko we troje: on, jego siostra i ja. Nawet Milczące Wróżki zniknęły.

Patrzę przez okno na podjazd pokryty białym puchem. Śniegowe gwiazdki opadają na ziemię, zasypując ślady opon. Po mnie nikt nie przyjeżdża.

Na ramieniu siada mi szpak Mateusz.

– Nie znalazłam twojego guzika – mówię.

– Ezent, od oinką! – woła ptak.

Prezent dla mnie? Podbiegam, rzeczywiście, pod uginającym się od ozdób drzewkiem ktoś położył mały pakunek. Rozrywam papier, nie dowierzam. Czapka. Prawdziwa czapka bogdychanów! Szkoda, że bez guzika. Skąd Mateusz wiedział, co chciałam dostać?

Patrzę w okno, białe płatki śniegu sypią się z nieba jak oszalałe. Za kilka dni Nowy Rok. Wiem, że rodzice nie przyjadą. Gdzieś tam, daleko ode mnie, mają inną, ciekawszą bajkę.

Zakładam czapkę na głowę i szepczę:

– Chcę być ptakiem.

Razem z Mateuszem wzbijamy się do lotu.

Koniec

Komentarze

Hejka, Ando! 

Z komentarzem wrócę jutro. Chciałbym tylko zauważyć, że w tytule masz mały błąd – dla niegrzecznych* ;D

 

 

Hej, jeszcze trwają poprawki, do jutra powinna być oficjalna wersja.

 

Edit.

Poprawki naniesione, dzięki za zwrócenie uwagi, umknął mi ten błąd z tytułu.

Porwałaś się na dużą opowieść, więc siłą rzeczy musiałaś mnóstwo skracać. Ale zostały ciekawe elementy. Bardzo interesujący wątek fryzjera. Taaak, to już nie jest bajka dla dzieci…

Wiele rzeczy diametralnie odwróciłaś. Aż miałam niekiedy wrażenie, że to już parodia. Ale Twoja wola i taka wersja nadal jest ciekawa.

Babska logika rządzi!

Finklo, dzięki za klika i komentarz. Zgadza się, opowieść była długa, musiałam coś wybrać. Ostatnio oglądałam dwa reportaże– o celebrytach z pewnego klubu i o księżach, stąd wątek w zakończeniu. Chciałam zrobić wersję akademii dla dorosłych.

No hejka znów. Tym razem przybywam po przeczytaniu tekstu. 

– itaj, icjo – mówi do mnie. Wiem, że to oznacza „Witaj, Alicjo”, szpak wypowiada tylko końcówki wyrazów.

→ Szpak wypowiada końcówki wyrazów, po czym opowiada historię już pełnymi zdaniami – skąd ta Z(a)miana :D?

 

– Naprawdę urodziłem się w książęcej rodzinie. Mieliśmy wszystko, czego dusza zapragnie. Ojciec zachęcał mnie do polowań i walk, zaplanował moją przyszłość. Kazał mi ćwiczyć sztukę wojenną pod okiem najlepszego wodza, żebym umiał poprowadzić armię do bitwy.

Ale ja byłem inny, lubiłem książki. Mdlałem na widok krwi, a kiedy mogłem, uciekałem z zamku, patrzyłem w niebo i marzyłem o podróżach do gwiazd. Zrozumiałem, że ta odmienność to nie tylko książki…

→ Wydaje mi się, że nie jest to poprawny zapis dialogu, bo ciągniesz dialog od nowego akapitu. Dalej jest tak samo. Kurczę, w cytacie tego nie widać, ale dialog ze szpakiem wydaje się być dziwnie napisany. Nie ma myślników, a zdania zaczynają się od nowych akapitów.

 

Robą grilla i świetnie się bawią.

→ Literóweczka

 

Obawiałam się tego, pan Kłak zaczyna truć bez końca.

→ Wydaje mi się, że zdanie wyglądało by lepiej gdyby przez “pan” wstawić “że”. 

 

Siedzi bez ruchu, wpatrzony w paczkę kolorowych piegów, które przynosił Filip

→ Siedzi w bezruchu brzmiałoby dla mnie jednak lepiej ;p

 

– Nie znalazłam twojgo guzika – mówię.

→ Literóweczka

 

No to tak: 

Szczerze w dzieciństwie nienawidziłem Pana Kleksa i być może jest to spowodowane tym, że oglądałem tylko film. Jednak dla mnie te przeżycia okazały się tak traumatyczne, że myślałem że nie przebrnę z opowiadaniem nawiązującym do tego tytułu. 

Jednak się pomyliłem – czytało się fajnie i nieco odwrócona historia nawet przypadła mi do gustu. 

Dobra Z(a)miana! 

Może nie moje klimaty, ale historię kupuję na tyle, aby poskarżyć się o klika. 

Faktycznie… wątek z fryzjerem nieco mnie zszokował ;D 

No to co… Pozdrowienia i powodzenia w konkursie, ANDO! 

 

 

NearDeath, dziękuję za komentarz i klika. Literówki zaraz poprawię. Sposób mówienia szpaka powtórzyłam za oryginałem, tam też wypowiada same końcówki, ale opowiadanie o księciu jest normalne. W jego monologu zależało mi na czytelności, dlatego są akapity zamiast bloku tekstu.

Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało.

Pewnie doceniłabym tekst bardziej, gdybym pamiętała coś więcej z “Akademii Pana Kleksa” niż tylko sam fakt, że było coś takiego :) ale i bez tego czytało się fajnie. Podoba mi się styl, w wielu miejscach myślałam sobie, że nieźle oddaje sposób wypowiedzi takiej dwunastolatki (zwłaszcza na początku). No i do gustu mi też przypadło, że dziewczęta z akademii mają charakterki i mimo młodego wieku różne nałogi są im nieobce. Wraz z próbami ucieczek stworzyło to fajną atmosferę młodzieńczego buntu. Poza tym – ładne zakończenie. Miałam pewien problem ze smutniejszymi momentami, jak choćby z psem bohaterki, bo niezbyt dla mnie wybrzmiały – nie zdążyłam się odpowiednio zaangażować, by to poczuć.

Co do wypowiedzi szpaka w osobnych akapitach. Coś takiego jest, jak sądzę, dopuszczalne, bo widywałam to w druku. Choć tak jak NearDeatha, zdziwiło mnie, że najpierw szpak połyka końcówki, a potem mówi płynnie. Myślę, że przed jego opowieścią przydałoby się zdanie wyjaśnienia, że zapis nie będzie dosłowny. No i uważam, że można spokojnie wyrzucić tłumaczenia zdań poucinanych przez ptaka – bystrzy jesteśmy, domyślamy się, co mówi ;)

Podsumowując, przyjemna lektura, będzie pasowała do Biblioteki.

Silvo, dzięki za odwiedziny i klika. Fajnie, że opowiadanie Ci się spodobało. Pomyślę nad Twoimi wskazówkami. W wielu miejscach tekstu, np. na początku i kiedy bohater tłumaczy słowa szpaka, naśladuję styl oryginału.

No właśnie, ja już nic z oryginału nie pamiętam. Ale pewnie, jeśli tam też tak to wyglądało, to tak bym to zostawiła.

Ando, muszę przyznać, że czytając Twoje opowiadanie na przemian byłam rozbawiona i smutna. 

Poruszasz poważne tematy, ale przedstawiasz je trochę w zabawny sposób. 

Zbuntowana, zaniedbana przez rodziców dziewczyna, która wygłasza bardzo dojrzałe kwestie:

 

nie warto się do nikogo przywiązywać, zawsze odchodzą. Zawsze. I wtedy boli

 

Żyje tyle lat, a jeszcze się nie nauczył: ci, którzy odchodzą, już nie wracają. Przynajmniej nie ludzie, których chcielibyśmy zobaczyć z powrotem.

Te słowa można odnieść także do historii pozostałych bohaterów, a one wcale nie są zabawne, jakby się nad nimi zastanowić.

Piękne zakończenie;-)

klik ode mnie, pozdrawiam 

 

 

 

Olciatko, dziękuję za odwiedziny i klika.

Na Alicję silnie wpłynęło odejście matki, wszystkie wygłaszane przez nią kwestie odnoszą się do jej doświadczeń. Masz rację, że są dorosłe, bo dziewczynka musiała wcześniej dorosnąć, żeby zatroszczyć ię o siebie. Jej zachowanie jest specyficzne, za dowcipami i łamaniem reguł ukrywa swój ból, chce też zwrócić na siebie uwagę. Dołączyłam trochę psychologii do opowieści. To przeplatanie się smutku i śmiechu odzwierciedla emocje bohaterki.

 

Bardzo ciekawe połączenie klasycznej historii dla dzieci i wszystkiego, co tak z perspektywy czasu wydaje się w niej nie grać smiley. Wiadomo, o którą akademię chodzi, ale niektóre bardziej dorosłe i buntownicze motywy przypominają troszkę Umbrella Academy i podoba mi się ten nie wiem czy zamierzony smaczek. Czyta się bardzo płynnie i z niemałą przyjemnością, zwłaszcza że szpak Maciek rządzi w każdej wersji tej historii, a tutaj ma ciekawą i niebanalną dla rozwoju akcji rolę. 

Polecam, gdzie trzeba.

Aż wstyd przyznać, jak niewiele pamiętam z Akademii Pana Kleksa, nie jestem w stanie porównać Twojego opka do orginału. Czytało się bardzo dobrze, nigdzie się nie potykałam, pomysł fajny, wykonanie dobre. Bajka ewidentnie nie dla dzieci ;)

Klik :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Witajcie w kłaczej bajce,

miast słoni będą harce.

Wódeczka się rozlewa,

dym z petów chłoną drzewa.

 

Tu wszystko się zazębia,

wraz z magią kroczy głębia.

Cudny klimat bajkowy

przemyca znój życiowy.

 

Rzuć w kąt wszelkie przytyki,

sporo tu fantastyki,

zaś tekst ten, ja nie kłamię,

mit zwykłej bajki łamie.

 

Witajcie w kłaczej bajce,

miast słoni będą harce,

wódeczka się rozlewa,

dym z petów chłoną drzewa.

 

Wgłąb tekstu coraz śmielej,

trupem tabu się ściele

i czuć chęci poważne,

by kwestie wpleść odważne.

 

Cudna gra motywami,

dramat tańczy z bajkami,

a w puencie tli się słowo:

że będzie kolorowo!

 


Niedaleko cieśniny złych komci,

na portalu w klamrowej tawernie,

moi drodzy, zechciejcie mi wierzyć,

bywał gość, co marudził bezczelnie.

 

Latający malkontent to ja,

by pozrzędzić najwyższa już pora,

bo choć tekst ten wybitny ma start,

to część druga jest jakby krztę chora*.

 

Na początku, wiadomo, genialnie,

klimat bajki, a przy tym życiowo,

później BOOM, ale dalej tekst słabnie,

bo już nazbyt jest obyczajowo.

 

Latający malkontent to ja,

mnie nie straszny dla bajki wątek pierza,

byle widzieć, że po świetnym starcie,

równym tempem po głos mój opko zmierza.

 

Ten zaś tekst lekko zwolnił jak dla mnie

i po BOOMie człapie jednotorowo.

Klimat bajki i magię w kąt walnie,

za to robi się ciut zbyt życiowo.

 

Niedaleko cieśniny złych komci,

na portalu w klamrowej tawernie,

moi drodzy, zechciejcie mi wierzyć,

bywał gość, co marudził bezczelnie…

 

*W sensie: słabszy.

 

Jakby coś było niejasne w tym komentarzu, to pytaj, postaram się wyjaśnić. ;)

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Oidrin, dzięki za odwiedziny. Cieszę się, że Ci się spodobało. Nie oglądałam Umbrella Academy, moja akademia to bardziej taki prywaty ośrodek terapeutyczny dla dziewczynek z problemami.

 

Irko, dziękuję za klika. Zgadzam się, to nie jest bajka dla dzieci. ;)

 

CM, padłam po przeczytaniu Twojego komentarza. Niestety, nie umiem tak rymować, więc odpowiem zwyczajnym tekstem. Masz rację, dużo z życia, z fantastyki zaledwie realizm magiczny. W oryginale konflikt Filipa z Panem Kleksem prowadzi do rozpadu akademii, u mnie tak samo, ale z innych przyczyn. Przemyciłam trochę psychologii, niezbyt naukowo podanej, bo opowiada dziecko.

A że lubię wątki obyczajwe, pewnie wiesz. :)

Ciekawa wersja Akademii Pana Kleksa i zastosowanie jej elementów w całkiem innej funkcji. Smutna historia jest tu przedstawiona w bajkowej otoczce – taki kontrast jeszcze bardziej potęguje jej ładunek emocjonalny. Przy zakończeniu, jak zakładała tą czapkę, łezki mi trochę podleciały do oczu, acz nie na zewnątrz :) Ogólnie mi się podobało, choć w niektórych momentach miałam wrażenie, że za szybko pędzisz z opisem.

Sonato, dzięki za odwiedziny. :) Cieszę się, że Ci się podobało.

Książka jest długa, musiałam wybrać kilka wątków, skrócić, zmiksować, może stąd to wrażenie pośpiechu. Poza tym, opowiada dziecko, więc nie zwraca uwagi na te wszystkie detale, które wychwyciłby dorosły. Ale dzięki za radę, przyda się w kolejnych opowiadanich.

Chyba jak wszyscy oglądałam Pana Kleksa i chyba nawet mi się wtedy podobał (albo musiał podobać – nie pamiętam). Było tam wiele fajnych pomysłów (kolorowych i nowatorskich), ale jak dla mnie Pan kleks był przegadany i zwyczajnie mnie nudził. Zdecydowanie wolę twoją wersję – bo wzięłaś chyba najciekawsze elementy z tamtej opowieści i zgrabnie je połączyłaś. Jest ich trochę dużo, ale samo opowiadanie się nie dłuży. Co więcej, historia dziewczynki ciekawi :)

Kasjopejatales, dzięki za odwiedziny. Cieszę się, historia dziewczynki jest ciekawa. Też pamiętam ten film, obejrzałam wszystkie części.

Trudno mi się zebrać do komentarza, bo w zasadzie sam nie do końca wiem, co sądzę o tekście ;)

Na początek może to, co nie do końca mi się spodobało – a jest to niestety sam pomysł na opowiadanie. Wzięłaś pod lupę fabułę Kleksa i poprzerabiałaś ją w taki sposób, żeby w drugiej części przewrócić wszystko do góry nogami i zadziałać na emocje czytelnika. I o ile całą pierwszą część retellingu czytało się naprawdę przyjemnie (o czym więcej za chwilę), to rozwiązanie już do mnie nie trafiło. O poruszanych tematach bardzo dużo ostatnio się mówi i szczerze mówiąc nie mam już ochoty dalej o tym czytać w chwili gdy karmię wyobraźnię fantastycznymi historiami. Według mnie opowiadanie można było skończyć na kilka innych (lepszych) sposobów. Za to samo założenie czapki na koniec – świetne.

Duża część tekstu wygląda jak połączenie bajki z obyczajówką, ale absolutnie się tego nie czepiam (po prostu takie miałem odczucie). Fantastyki chyba mniej niż w oryginale, ale pojawia się i ma konkretne znaczenie.

A teraz to, co przypadło mi do gustu. Bardzo fajnie zbudowałaś bohaterkę, a spersonalizowana narracja nie zawodzi. Panujący w akademii klimat też oddany ciekawie. I przede wszystkim nie pozwalasz czytelnikowi się nudzić – cały czas atakujesz nowymi zdarzeniami i wprowadzasz nowe postacie, unikając przy tym chaosu. Fakt, może trochę za dużo wszystkiego upchnęłaś w tekst o takim rozmiarze, przez co końcówka chyba nie wybrzmiała odpowiednio i mnie nie przekonała.

Ogółem – narracja, klimat akademii i szybkie tempo to elementy, którymi ten tekst stoi. I one spowodowały, że czytało się przyjemnie. Chociaż według mnie przemycane w tekście przemyślenia nie wybrzmiały z odpowiednio dużą siłą.

Perrux, dziękuję za komentarz. W moich opowiadaniach często pojawiają się wątki obyczajowe, chyba muszę czytać więcej fantastyki. ;)

Pamiętaj, że wątki obyczajowe to nie jest jakiś problem który trzeba tępić – skoro je lubisz, to czemu z nich rezygnować ;)

Będę pamiętała. ;)

Pierwsze, najważniejsze – przytnij 16 znaków, bo o tyle wyjechałaś za limit :p

 

Strasznie mi nie podeszła ,,Akademia Pana Kleksa", sam nie wiem czemu. W ogóle do pewnego czasu z lekceważeniem traktowałem Brzechwę, jako autora infantylnych rymowanek, ale kiedyś wszedł mi w ręce jego wiersz, w którym tłumaczył swoje racje w kwestii udzielenia poparcia władzy ludowej. Nie pamiętam już, niestety, jego tytułu, nie wiem nawet czy jest do wygrzebania w odmętach internetu, ale był to kawałek świetnej poezji, zrobił na mnie duże wrażenie.

Daruj przydługi wstęp. 

 

Pisanie opowiadania z perspektywy nastolatki lub nastolatka, zwłaszcza o buntowniczej naturze, to spacer po linie, ławo runąć w śmieszność lub żenadę (nasza rodzima kinematografia służy niejednym przykładem). Tworząc Alę zdecydowanie tego uniknęłaś. Bardzo dobrze ją zbudowałaś, dziewczyna wypada autentycznie i daje się lubić, a to w przypadku nastoletniego bohatera chyba najważniejsze.

 

Dałbym głowę, że z lektury zapomniałem niemal wszystko, a czytając Twoje opowiadanie odkryłem, że jednak sporo pamiętam. Fajnie, że w sposób umiejętny, nienachalny, nawiązujesz do różnych ,,smaczków" z oryginału (łapacze snów, zbieranie piegów).

 

Podoba mi się sposób, w jaki opowiedziałaś tę historię. Tekst autentycznie mnie zaciekawił. Przyczepię się tylko do sceny na balu – jest to kulminacja historii, więc zdecydowanie bym ją rozbudował. Wiem, że z miejscem krucho, ale – w moim odczuciu, oczywiście – opowiadanie nie straciłoby, gdybyś na korzyść scen balowych uszczupliła monolog Mateusza.

Pozdrawiam!

Fajnie, że wpadłeś. :) Limit jest do mitologii, w tym konkursie do 44k. Uznałam, że tak długie opowiadanie musi być dynamiczne. Mogłabym rozbudowywać sceny, ale napisał am w nich wszystko, co chciałam. W moim odczuciu, scena kulminacyjna to ta ostatnia, z czapką, kiedy Ala dochodzi do wniosku, że rodzice po nią nie przyjadą.

Faktycznie, limit dotyczy innego konkursu, sorki :) Zasugerowałem się, widząc trzy dwójki w limicie znaków.

Ostatnia scena, swoją drogą, też dobra. Bolesna, ale pasująca do tej dość gorzkiej historii. 

Cieszę się, że Ci się spodobało. Z monologu szpaka nie chcę nic ciąć, bo jest dopełnieniem i wyjaśnieniem wątku lgbt między bohaterami.

No i masz Ci los, ja nie znam Pana Kleksa, ani książki, więc prawdopodobnie wiele smaków mi uciekło. Domyślałam się, że niektóre postaci mają pewnie swój literacki pierwowzór, jednak nie umiałam tego docenić.

Opowieść jest ciekawa, wiarygodna. Szczególnie ujęła mnie narracja zabarwiona punktem widzenia dwunastolatki, jej sposobem oglądu sytuacji, podejście, czasami słowa i zachowania. To nie było łatwe, tak podejrzewam. 

Aczkolwiek również zastanawiałam się nad tym, czy nie można byłoby tego ugryźć inaczej, przypomniał mi się się "Tajemniczy opiekun”. Niekoniecznie forma epistolarna lub pamiętnikowa byłaby lepsza, ale brakowało mi chyba takich momentów, w których Ala silnie występowałaby na pierwszym planie. Wtedy – być może – inne fragmenty pisane neutralnie dawałyby wyraźniejszy kontekst dla dorosłego czytelnika, coś jak podszewka pod przezroczystym materiałem.

A może właśnie o to chodzi – myślę głośno – dla mnie bardzo dużo się dzieje w opowiadaniu. Działanie bohaterki goni działanie. Trochę trudno było mi nadążyć za zwrotami akcji. Zaciekawiło mnie wiele rzeczy, jak wygląda ta Akademia, lekcje, Milczące Wróżki… ogród. Pewnie wszyscy to wiedzą, więc dlatego nie opisywałaś. 

Słowem przydałoby się trochę rutyny, zwyczajnego (pewnie był niezwyczajny) dnia Ali.

Same zwroty akcji podobają mi się, a scena ze snami i ze szpakiem – urocza, ale jak może domyślasz się, ja lubię takie rzeczy. Czytało się bardzo szybko i przyjemnie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dziękuję za odwiedziny i komentarz. W opowiadaniu naśladuję sposób narracji z oryginału. Zgadzam się, większość czytelników zna akademię i ogród, ale pomyślę nad uzupełnieniem opisów. Nie chciałam rozwlekać tekstu, a w książce dużo się dzieje. Cieszę się, że podobał Ci się opis snu.

Sen był najlepszy i taka naturalna, nienachalna relacja dziewczynki, bardzo prawdziwie reagowała. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Trochę rozbudowałam sen i opisy w opowiadaniu.

Cieszę się, że konstrukcja bohaterki Ci się spodobała. Z pozoru relacja Alicji wydaje się nawet śmieszna, ale jak się głębiej zastanowić, znów wyszedł tragizm (jak zwykle u mnie). Miałam taki zamysł, żeby pokazać aktualne problemy dzieci, te skrajnie trudne problemy, stąd obraz specyficznego ośrodka.

Pomyślałam, że reakcja Alicji na doznane krzywdy mogłaby być właśnie taka, jak w opowiadaniu. Takie wczesne stadium borderline, a może tylko dziecka zaniedbanego, które maskuje swoim zachowaniem doświadczany ból.

P.S. Mam nadzieję, że pan Kłak wypadł wiarygodnie jako terapeuta.

Nowa Fantastyka