- Opowiadanie: zygfryd89 - Dziewczynka bez księżyca

Dziewczynka bez księżyca

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Dziewczynka bez księżyca

Isenia nigdy nie nauczyła się patrzeć w niebo bez strachu. Dlatego podczas obozowania przy brzegu długiego i wąskiego jeziora, które w myślach nazywała mieczem, postanowiła policzyć księżyce odbite na tafli wody.

Wymknęła się cicho, nie budząc pozostałych. Przysłoniła oczy dłonią i ruszyła w stronę brzegu. Kilka małych stworzeń z cieni czmychnęło przed nią w popłochu. Nie spotkała żadnego większego, godnego imienia. Oczywiście był półświata, lecz jego nazwała już dawno temu. Wyłaniał się zza południowego horyzontu i zakrywał kawałek nieboskłonu, od kiedy pamiętała.

Dotarła do brzegu, odważyła się nawet postawić trzy kroki na zrujnowanym moście. Kiedyś musiał być piękny. Teraz wyglądał niczym dwa wyciągnięte ku sobie palce, które nigdy się nie zetkną. Smutne.

Mając dobry widok na odbite niebo, zaczęła liczyć księżyce. Odmalowały się na wodzie w postaci kolorowych, poszarpanych słupów światła. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. A więc wszystkie. Odetchnęła z ulgą i spojrzała w górę, gdzie odnalazła jasnofioletowy, wiszący nisko dysk. Ten był jej. Zawsze uważała, że jest najładniejszy ze wszystkich.

Z jeziora wyskoczył szary kształt, tak duży, że mógłby połknąć Isenię w całości. Zanurkował w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się środek mostu.

Dziewczynka ani drgnęła. Nie zdążyła zobaczyć szczegółów zwierzęcia poza jednym – miał spore oczy.

– Nazwę cię szarakiem wielkookim – zdecydowała.

Stworzenie kręciło się tuż pod powierzchnią wody, jakby szykowało się do ataku.

– Pięć księżyców, wielkooki! – krzyknęła. – Pięć! Oku nas chroni!

Kiedy zeszła z mostu, zwierzę odpłynęło, pewno zawiedzione. Kolorowe księżyce falowały na powierzchni jeziora.

***

Isenia nigdy nie widziała, jak księżyc gaśnie. Po prostu w pewnym momencie ktoś zauważał, że jednego brakuje. Wkrótce miał zniknąć kolejny, co wszyscy wyczytywali z zachowania Loretty.

Loretta była z nich najstarsza i jako jedyna pamiętała świat przed zmianą. Kiedy miewała mniej szalone okresy, czasami o nim opowiadała. Na niebie świeciło wówczas słońce, dysk dziesięć razy jaśniejszy od najjaśniejszego księżyca. Robił on ze światem coś, co nazywała dniem. Ludzi było wówczas mnóstwo i wcale nie musieli wędrować. Isenia zastanawiała się, jak to jest poznać obcego człowieka. Kogoś, kogo nie znasz od urodzenia. Zapytała raz Lorettę, jak to dawne, jaśniejsze niebo mieściło księżyce tych wszystkich ludzi, a ona tylko się roześmiała.

Oczywiście, brali też pod uwagę, że Loretta wszystko to sobie wymyśliła, gdyż była zdrowo stuknięta.

– Kiedyś wezmę go w dłoń – powiedziała do Xaru, wskazując na swój zielony księżyc. To było niedługo po spotkaniu wielkookiego, gdy zostawili za sobą jezioro i ruszyli w dalszą drogę. – Zrobię z nim tak. – Zaczęła udawać, że coś podrzuca.

– Jeszcze upuścisz i potrzaskasz. A wtedy pójdziesz do Oku – ostrzegł Xaru zupełnie poważnie. Isenia jednak wiedziała, że chłopak nabija się z Loretty.

Ta jednak się nie przejęła i wciąż słodko bredziła:

– Oku wtedy powie: „Gdybym wiedział, jaka jesteś piękna, już dawno pieprznąłbym pięścią w niebo i zrzucił twój księżyc.” I weźmie mnie za żonę.

– Po pierwsze – Randyl odezwał się ostrym tonem, jak to miał w zwyczaju – nie wiadomo, czy to on gasi księżyce. Po drugie, nie będę tolerował braku szacunku dla Oku. „Pieprznąłbym”? Naprawdę?

– Weźmie za żonę – powtórzyła Loretta tak cicho, że przywódca grupy jej nie usłyszał.

Isenia nie wiedziała, ile w Oku jest z człowieka, ale jeśli choć odrobinę, może rzeczywiście Loretta by mu się spodobała. Przypominała jeden z tych posągów dawnych bogiń i wyglądała bardzo młodo. Jak długo żyła, nikt nie wiedział. Tata Iseni, nim zgasł jego księżyc, opowiadał, że za jego młodości Loretta wyglądała zupełnie jak teraz.

Od jakiegoś czasu jej szaleństwo się pogłębiało, a to znaczyło, że wkrótce na niebie zostaną cztery księżyce.

Randyl narzucał mordercze tempo marszu, jakby próbował uciec przed wiszącym nad nimi niebem. Isenię, najmłodszą z grupy, wiele kosztowało, by nie odstawać od reszty. Na obozowaniach kładła się obolała i zasypiała niemal natychmiast.

Od kiedy zostawili za sobą miecz, szli wyłącznie przez gęsty las, pełen wąwozów, stromych zboczy i ukrytych wśród roślinności strumieni. Przy jednym z koryt spotkali zwierzę z fioletowych cieni. Niemal połowa jego sylwetki składała się z falującej, purpurowej mgły; pozostała z ogromnego cielska pokrytego brunatną sierścią. Chłeptało wodę dwoma głowami, a gdy usłyszało kroki, czmychnęło między drzewa. Isenia nazwała je dwugłowym żłopaczem.

Kiedy chwilę później przyszło im pokonywać kolejne strome wzniesienie, Ut znów starł się z Randylem.

– Omińmy to, do cholery, przecież Trop skoryguje drogę – mówił. Był starszy od przywódcy i o połowę wątlejszy. Nigdy nie przeoczył żadnego skrótu czy ułatwienia.

Isenia również nie miała ochoty się wspinać, lecz nie odważyła się poprzeć Uta. Loretta i Xaru też nie.

Randyl ani myślał zejść z wyznaczonej trasy. Kłótnia był długa, gwałtowna i towarzyszyła im, póki nie wdrapali się na szczyt.

Isenia słyszała raz, jak Ut pyta Lorettę:

– Myślisz, że on naprawdę widzi ten Trop? Może tylko udaje, że wie, którędy iść?

Dziewczynka aż wzdrygnęła się na tę herezję. To była jedna z podstawowych prawd, na której opierali absolutnie wszystko. Przewodzący jest pobłogosławiony darem Tropu. Widzi drogę prowadzącą do Asanio.

Isenia uwielbiała fantazjować o Asanio, miejsca, do którego zmierzała całe życie.

Podobno żyje się tam tak, jak przed zmianą.

Podobno księżyce tam nie znikają. A może w ogóle ich nie ma i wcale nie trzeba przez to iść do Oku.

Podobno nie żyją tam żadne ze stworzeń z cieni.

I, tego była pewna, nie trzeba tam wędrować.

Podczas tamtej rozmowy Loretta zapewniła, że ufa Randylowi. Ut zadał jednak kolejne pytanie, przez które Isenia długo płakała:

– A co jeśli tam nie ma żadnego Asanio?

Z czasem uznała, że to niemożliwe, by Oku tak z nimi pogrywał. Muszą iść przed siebie i mieć nadzieję, że zdążą znaleźć cel swej wędrówki, nim zgaśnie ostatni księżyc.

Na szczycie wzniesienia natknęli się na ruiny samotnego zameczku. Ostały się same mury, pełne dziur i nierówności, przypominające olbrzymie szaro-zielone zęby. Las otaczał je ciasno ze wszystkich stron.

Randyl zarządził obozowanie. Rozpalili ognisko. Zjedli kolację. Ułożyli posłania. Pięć księżyców krążyło nad ich głowami w swym ostatnim wspólnym tańcu.

***

Isenia nigdy nie widziała Oku. Jego istnieniu jednak nikt nie mógł zaprzeczyć.

Szedł za nimi od zawsze. Czuła jego obecność. Czasem, gdy budziła się w środku obozowania, mogłaby przysiąc, że słyszy kroki. A raz czy dwa zdawało jej się, że dostrzega jakiś ruch w oddali, dokładnie w miejscu, gdzie byli jeszcze niedawno.

Często zastanawiała się, jak to będzie, kiedy zgaśnie jasnofioletowy księżyc i będzie musiała ofiarować Oku swoje życie.

Pozostali spali w cieniu szczerbatego muru, kiedy Isenia zaczęła wspinaczkę po jednym z kamiennych zębów. Dotarła na szczyt bez trudu i rozejrzała się po okolicy.

Na północy, dokąd prowadził ich Trop, ujrzała morze, a przy nim skąpane w ciemności miasto. Na południu miała rewelacyjny widok na półświata. Większość jego sylwetki zakrywała krzywizna ziemi, tak był daleko. I wędrował na wschód, oddalał się od nich. Poczuła dziwny smutek. Był zdecydowanie najciekawszym stworzeniem, które kiedykolwiek ujrzała.

Oku powinien być gdzieś na południu. Przeczesywała las wzrokiem i przyuważyła kilka podejrzanych cieni. Może ten…

Kątem oka wychwyciła jakąś zmianę na niebie. Z szybko bijącym sercem podniosła wzrok i zaczęła liczyć. Raz. Dwa. Trzy. Cztery.

Cztery.

Jej księżyc wciąż świecił. Brakowało jasnoczerwonego.

Kiedy spojrzała w dół, dostrzegła plamę czerni pojawiającą się i znikającą pomiędzy drzewami. Zamazała się, gdy łzy napłynęły dziewczynce do oczu.

– Nienawidzę cię – wyszeptała.

Wróciła do obozu najciszej, jak potrafiła. Spojrzała na drzemiącego Uta. Niech prześpi w spokoju swoje ostatnie obozowanie, pomyślała. To może zaczekać.

***

Isenia często przypominała sobie spojrzenia ludzi idących na śmierć.

Ci, którzy odeszli, gdy była bardzo mała, przypominali cienie o zamazanych twarzach, zgasłe w jej pamięci, zupełnie jak ich księżyce.

Ojca za to zapamiętała bardzo wyraźnie. Odszedł do Oku spokojnym krokiem, uśmiechając się smutno. Mała Isenia płakała i chciała pobiec za nim, lecz Tez ją przytrzymała i pokazała niebo, jakby chciała powiedzieć: „Spójrz, to kwestia czasu, nim do niego dołączysz”.

Ale to Tez straciła księżyc jako następna, a gdy to się stało, była tak oszalała ze strachu, że Randyl, Ut i Has musieli przywiązać ją do drzewa.

Kolejny bez księżyca pozostał Has. Próbował się targować, grozić, a na końcu błagał na kolanach Randyla, swego brata, by posłał kogoś innego. Gdy nic nie wskórał, rzucił się z murów, po których wędrowali. Pozostali bali się, że Oku uzna to za złamanie porozumienia, lecz wszystko zostało po staremu. Tylko księżyców zrobiło się pięć.

Zbudził ją głos Loretty.

– O, nie ma.

Isenia rozejrzała się po obozie, ziewając głośno. Xaru wciąż chrapał, pozostali musieli wstać już jakiś czas temu. I dopiero teraz zauważyli.

Ciekawe, czy jak będzie starsza, też nie będzie tak często spoglądać do góry?

Ut długo przeczesywał wzrokiem niebo. Poczekał, licząc, że jego czerwony dysk wyłoni się zza półświata, choć wszyscy wiedzieli, że trajektoria tego akurat globu nie sięgała tak bardzo na południe.

Gdy dotarło do niego, że został bez księżyca, usiadł przy ognisku, blady i drżący.

– Zjedzmy śniadanie – zaproponował Randyl. To była jedna z tych krótkich chwil, gdy przeistaczał się z bezwzględnego przywódcy we współczującego ojca grupy. – Nie musimy się spieszyć.

Xaru i Isenia poszli zapolować na skoczulce, po drodze zebrali też trochę grzybów i owoców. Mieli również sporo zapasów, dlatego posiłek przerodził się w małą ucztę.

Jedli powoli, a Ut najwolniej. Pozostali obdarowywali go spojrzeniami pełnymi współczucia i żalu, ale też niepewności. Człowiek w jego położeniu mógł się posunąć do wszystkiego.

Isenia lubiła Uta. Pamiętała, jak kiedyś nazwał ją „naszą małą przyszłością”, często bronił przed morderczym tempem marszu, a raz zdarzyło mu się nawet podarować jej polne kwiaty, choć nakazał, by ukryła je przed Lorettą.

– Pa, wujku – powiedziała, gdy ją objął, szykując się na ostatnią drogę.

Kiedy przyszedł czas, rozebrał się do samej bielizny. Wszystko, co miał, oddał grupie. Co prawda kilka rzeczy zgubił, jak miał w zwyczaju, jednak Randyl ani się o tym nie zająknął.

Gdy był gotów, ruszył w dół wzgórza. Odprowadzili go wzrokiem, aż zniknął między drzewami.

– Dziwne, nie myślałem, że pójdzie z własnej woli – powiedział Randyl.

Jesteś podły, pomyślała Isenia. Oby twój księżyc zgasł następny. Na głos nie powiedziała jednak ani słowa.

Zaczęli zbierać się do drogi, nasłuchując krzyku Uta.

Niektórzy krzyczeli. A to łamało morale grupy niczym silny wiatr młode drzewa. Iseni do tej pory brzęczał w uszach wrzask, który wydał jej ojciec. Była niemal pewna, że usłyszała w nim swoje imię. Jakby w ostatniej chwili chciał przekazać jej coś ważnego.

Ut nie krzyczał. Może był dzielny. A może Oku wybrał mu łagodną śmierć.

Ruszyli na północ, w stronę nadmorskiego miasta. Cztery księżyce krążyły nad ich głowami.

***

Isenia nigdy nie widziała statku. Bywało, że wędrowali brzegiem morza, lecz natrafiali jedynie na wydmy, strome klify i samotne, maleńkie wioski rybackie, gdzie próchniały porzucone łodzie.

Wybrzeże u stóp miasta usłane było wrakami. Niektóre leżały na plaży, celując w niebo masztami, inne pochłonęło morze i ich kadłuby niemal w całości przykrywały fale. Kilka znalazło się tak daleko od wody, że musiała je tam przenieść jakaś niezwykła potęga.

Loretta stwierdziła, że kiedyś, podczas zmiany, musiała się tu odbyć wielka bitwa.

Nim Randyl zarządził obozowanie, przeszukali dwa statki. W środku znaleźli głównie wilgotne drewno, mnóstwo ludzkich szczątków i małe, lubiące ciemność stworzonka z szarych cieni, które na ich widok czmychały w stronę morza. Xaru chciał przywłaszczyć sobie zardzewiały miecz, lecz Randyl wybił mu to z głowy.

Kiedy zasiedli przy ognisku, powspominali Uta, a później Loretta z przejęciem zaczęła opowiadać, jak to było, gdy statki wypływały w morze. Isenia spojrzała na rozjaśnione księżycami fale i pomyślała, że może to tam jest Asanio. Wyobraziła sobie, że Trop każe im popłynąć na jednym z tych drewnianych trupów.

Randyl szybko sprowadził ją na ziemię.

– Gdy zwiniemy obóz, pójdziemy w miasto – zdecydował.

Miasto – pochłonięte przez las skupisko murów, budynków i kikutów wież – wyglądało jak szaro-zielony labirynt i pięło się im dalej od brzegu.

– Tu mógł rządzić jakiś król, prawda? – zapytał Xaru. – Może znajdziemy wino i miód.

Isenia znała legendę o winie i miodzie, na które kiedyś natrafili jej przodkowie. Ale szczerze mówiąc, bardziej ucieszyłaby się z nowych butów. Xaru tymczasem fantazjował dalej, jak miał w zwyczaju, rozpościerając przed nimi wizję wspaniałości, które czekają w mieście, aż nagle zamilkł z oczami pełnymi łez.

Loretta objęła go czule i zaczęła coś nucić pod nosem.

Isenia jeszcze nigdy nie widziała, by Xaru płakał. Zawsze był tym, który się uśmiecha i nigdy nie poddaje. Choć niemal osiągnął wiek męski i przerósł Uta, teraz wyglądał jak zrozpaczone dziecko w objęciach starszej siostry.

Nieoczekiwanie przypomniała sobie dawny sen. We śnie tym zgasł księżyc Xaru, a on poszedł go poszukać, znalazł i zawiesił z powrotem na niebie.

Isenia spojrzała na Randyla, gotowa wysłuchać reprymendy o mazgajeniu się i jego zgubnych skutkach, przywódca jednak siedział nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w mieście.

– Coś tam jest – wyszeptał.

Wszyscy wlepili spojrzenia w odległy punkcik światła.

***

Isenia czasem zastanawiała się, czy gdzieś na świecie żyją inni ludzie. Jeśli nawet, musieli być bardzo daleko, pod innym niebem. Inaczej zauważyłaby ich księżyce. Jednak gdzieś głęboko tliła się w niej irracjonalna nadzieja, że światło, które zauważyli, jest znakiem od człowieka, a nie pozostałością po burzowym pożarze, jak twierdził Randyl.

Przewodzący z jakiś względów nie palił się do sprawdzenia tego fenomenu. Szli w jego kierunku, bo tak ponoć nakazywał Trop, lecz często kluczyli, przeszukiwali wiele budowli, robili też zaskakująco częste i długie postoje.

Gdy nad miastem rozszalała się ulewa, na twarzy Randyla pojawiła się ulga.

Lecz deszcz ustał, a światło wciąż wabiło. Więc szli, zanurzając się coraz bardziej w trzewia miasta.

Odkryli wielką świątynię, gdzie monumentalny posąg stał pod dziurawą kopułą. Znali tę boginię z wielu innych wizerunków i złożyli do niej modły, choć nawet nie znali jej imienia. W warowni władcy miasta natknęli się na pięknie zdobiony tron z jasnego kamienia, na którym siadali po kolei, by przekonać się, jak bardzo jest niewygodny. Przypominająca labirynt, na wpół zalana biblioteka sprawiła, że Isenia zaczęła żałować, że nie umie czytać. I że nie ma osoby, która mogłaby ją nauczyć.

Kiedy ciężkie chmury po raz kolejny zakryły księżyce, Randyl postanowił obozować w jednej z wież. Rzadko spali pod dachem, więc z zapałem i w całkiem niezgorszych humorach rozgościli się w komnacie przy szczycie i ułożyli do snu.

***

Isenia czasem miewała koszmary.

Zbudziła się, roztrzęsiona i zapłakana. Chwilę trwało, nim zrozumiała, że nie ma się czego bać. A śniła – jak miała w zwyczaju – o istocie z białych cieni czającej się w pobliżu. Tym razem krążyła wokół wieży, w której obozowali.

Świat po zmianie przejęło we władanie pięć rodzajów stworzeń – z szarych, czerwonych, fioletowych, niebieskich i zielonych cieni. Oku chronił Isenię i jej towarzyszy przed wszystkimi. Przynajmniej dopóki dotrzymywali porozumienia.

Istniała jednak legenda starsza nawet od Loretty. Według niej żył jeszcze jeden rodzaj potworów – z białych cieni, a Oku nie miał nad nimi władzy. Dziewczynka była pewna, że to bujda wymyślona, by straszyć małe dzieci, lecz w snach sprawa wyglądała inaczej.

Podrapała się po swędzącej ręce. Na skórze wyczuła niewielką wypukłość. Dziwne. Jutro pokaże Randylowi.

A skoro już się przebudziła, postanowiła to wykorzystać.

Uwielbiała te skradzione chwile samotności, gdy mogła robić, co tylko zapragnęła. Wspięła się na szczyt wieży po kamiennych schodach i natychmiast zaparło jej dech w piersiach. Miasto było wszędzie wokół i wyglądało niczym zastygła na wieki ogromna bitwa niezliczonych cieni. Zastanowiła się, ilu ludzi musiało pracować, by to wszystko zbudować, i nie potrafiła sobie tego wyobrazić.

Przybyła tu jednak w konkretnym celu. Miała nadzieję, że z takiej wysokości dostrzeże Asanio. Szukała jakichś przejaśnień na horyzoncie, czegoś, co świadczyło, że gdzieś tam, daleko, kończy się wieczna noc. Nic nie znalazła. Ciemne, deszczowe chmury pokrywały szczelnie niebo. Jedyna jasność pochodziła z migoczącego punktu. Był już naprawdę blisko.

Do szczytu podfrunął ptak, machając skrzydłami z czerwonych cieni. Znała ten gatunek, nazwała go kiedyś karmazynowym długopiórcem. Gdy wylądował na murze, podeszła bardzo powoli.

Zawsze je płoszyła, ale może tym razem… Wyciągnęła rękę…

Dziobnął ją z taką siłą, że poczuła okropny, zupełnie nieznany ból. Na jej dłoni pojawiła się kreska krwi.

Uciekła do wnętrza wieży, wyciągnęła z worka chustę i mocno przycisnęła do bolącej rany. Wskoczyła do posłania. W jej głowie kotłowały się bardzo paskudne myśli.

***

Isenia nigdy wcześniej nie dostrzegała, jak wiele istot z cieni żyje na świecie. Maleńkie insekty zaczęły kąsać ich ciała, mniejsze i większe bestie nie czmychały już w popłochu, niektóre wręcz warczały lub ujadały i tylko kwestią czasu wydawało się, aż któraś zaatakuje. Ptaszyska nieustannie krążyły nad pod głowami wędrowców i nawet półświata jakby zaczął obracać się w ich stronę; na szczęście był tak daleko, że na razie nie musieli się nim martwić.

– Idź pogadać z Oku – Xaru poprosił Randyla. Ten jako przewodzący miał możliwość rozmowy z chroniącą ich istotą. Ponoć wybrał się do niej tylko raz, gdy objął przywództwo. Iseni nie było wtedy na świecie. – Spytaj, czemu przestaje nas bronić.

Randyl do Oku się nie wybrał, choć Isenia widziała, jak głęboko się nad czymś zastanawia. Miała wrażenie, że mężczyzna domyśla się czegoś, co pozostałym umyka.

Coraz bardziej przerażeni i coraz szybszym krokiem szli prosto w stronę światła.

***

Isenia nigdy wcześniej nie widziała płonącego wzgórza. Wyrastało spomiędzy okolicznych ruin i pięło się stromo, łaskocząc niebo ognistym wierzchołkiem. Trop poprowadził ich kamiennymi, okalającymi wzniesienie schodami.

Randyl szedł przodem, dzierżąc niewielką włócznię z grotem pokrytym czerwienią. Istoty z cieni krwawiły tak samo jak ludzie, lecz tylko z cielesnej części. Jak dotąd nie zaatakowało ich nic większego od skoczulca.

Szczyt okazał się płaski, zwieńczonym kopulastą budowlą z kamienia, przed którą płonęło największe ognisko, jakie Isenia widziała w życiu. Miało wysokość pięciu dorosłych ludzi i zdawało się, jakby rozpalono je jeszcze przed zmianą.

Ktoś ustawił przed ogniem posąg dziewczynki. Najbardziej niesamowity, jaki Isenia widziała w życiu. Nagle posąg obrócił ku nim głowę.

Randyl otrząsnął się jako pierwszy, podszedł powoli z uniesioną bronią, obejrzał dokładnie. Żywa istota. Ale żadnych cieni. Człowiek. Była bardzo mała, młodsza od Iseni, chudziutka, z burzą ciemnych włosów na głowie. Miała na sobie białą sukienkę, jeden z tych wspaniałych strojów, o których Isenia zawsze marzyła, lecz nie nadawały się na wędrówkę. Być może tak ubierali się w Asanio.

– Gdzie jest twój księżyc, dziecko? – zapytała Loretta.

Mała nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się do nich i czekała.

Xaru doszedł do wniosku, że jest bardzo podobna do tamtej bogini, której posąg krył się pod strzaskaną kopułą. Randyl musiał podnieść go z ziemi, bo oddawał dziewczynce pokłony tak żarliwie, że w każdej chwili mógł rozbić sobie głowę.

Próbowali porozumieć się z dziewczynką, lecz nie znała ich mowy, a może w ogóle nie potrafiła mówić. Poczęstowali ją wodą i jedzeniem. Przyjęła je z uśmiechem.

Przywódca w końcu odciągnął ich na bok i zaczął rozmyślać:

– Nie mam pojęcia, kto to. – Iskry z ogniska lądowały na jego nosie, gdy patrzył na dziewczynkę. – Może wyszła z tej dziwnej rotundy, trochę czuć stamtąd czarną drogą, ale cholera wie. Czarna droga w budynku? Nigdy takiej nie widziałem. W każdym razie tego nie sprawdzimy. Zastanówmy się, co zrobić z tym dzieciakiem. Mamy kilka możliwości. Na przykład możemy ją tu zostawić.

Isenia rzadko widziała, by Randyl radzi się innych. To znaczyło, że naprawdę nie był pewien, co zrobić.

– Nie ma księżyca – odezwał się Xaru. – Oku idzie naszym śladem. Zostawimy ją, to… No wiecie…

Przywódca nie wydawał się przejęty tą perspektywą i wyliczał dalej:

– Możemy ją sami oddać Oku. – Xaru pobladł. Loretta i Isenia spuściły wzrok. – Albo zabierzemy ze sobą.

– To możemy? – zapytała ostrożnie Isenia. – Czy Oku nie… Przecież ona nie ma księżyca…

– Przypomnijcie sobie dokładne słowa porozumienia – rzekł Randyl. – Oku, powiedział: „Będę was chronił przed istotami z szarych, czerwonych, fioletowych, niebieskich i zielonych cieni. Za to wy wyślecie do mnie jedną osobę za każdym razem, gdy zgaśnie księżyc”.

– Nie zgasł! – zawołał z ulgą Xaru. – Nie musimy jej wysyłać!

Ale kiedyś zgaśnie, pomyślała Isenia. Pięć osób i cztery księżyce. Czy jeśli zniknie kolejny z globów, Randyl wyśle dziewczynkę zamiast któregoś z nich? Isenia słyszała legendy o przodkach, którzy zamieniali się księżycami. Starcy odchodzili, choć ich księżyce wisiały, bo chcieli odciążyć grupę. Rodzice poświęcali się za dzieci. Mężowie za żony, a żony za mężów. Oku nie interesowało, czy ten, którego dostał w swe łapska, jest tym samym, którego księżyc zgasł. Nie powinien więc być zły, gdy sprezentują mu dziewczynkę. Oczywiście zakładając, że przestanie się gniewać za to, o co się gniewa w tej chwili.

– Będziemy tu obozować – powiedział Randyl, patrząc na miasto. – Dobre miejsce na obronę. Trzeba wystawić… taką osobę, która nie będzie spała, tylko czuwała. Albo lepiej dwie. Zmieniające się. A przed śniadaniem pójdę porozmawiać z Oku i zapytam, co tu się właściwie dzieje. Kiedy wrócę, może już będę wiedział, co zrobić z dziewczynką.

***

Isenia czasem rozmawiała z Xaru, gdy wszyscy pozostali spali. Tym razem nie musieli się kryć, bowiem razem strzegli obozu.

– Myślisz, że ona przyszła czarną drogą? – zapytała.

– Nie wiem. – Xaru spojrzał na śpiącą u boku Loretty dziewczynkę, a potem ze strachem przeniósł spojrzenie na kopulastą budowlę. Też to czuł.

– Nie myślałeś czasem, żeby tam pójść? Popatrzeć? Nie daleko, kawałek. Może dałoby się zobaczyć, do czego któraś prowadzi?

– Nie – odparł. – Za żadne skarby.

To, co nazywali czarnymi drogami, spotykali rzadko, acz regularnie. Najczęściej były to ścieżki wydeptane nie wiadomo przez kogo, prowadzące nie wiadomo dokąd. Zazwyczaj nikły w gęstym lesie, czasem pośród kamienistych wzgórz lub przykrytych listowiem jarów. Nigdy jednak nie natknęli się na taką, która prowadziłaby w głąb budowli wzniesionej przez człowieka.

Isenia nie słyszała, by ktokolwiek kiedykolwiek podążył czarną drogą. Gdy tylko zbliżali się do jednego z takich miejsc, czuli silny niepokój, jakby jakaś niewidzialna siła robiła wszystko, by poszli sobie precz. Dziewczynka słyszała różne legendy tłumaczące, czym są czarne drogi. Najbardziej wierzyła w tę mówiącą, że wszystkie prowadzą do nienazwanego, przerażającego miejsca, przeciwieństwa Asanio.

– Jeśli nauczymy ją mówić – odezwał się z nadzieją Xaru – może kiedyś opowie nam, skąd się tu wzięła.

***

Isenia nigdy nie widziała, by Randyl się bał. Aż do tej chwili. Prawie mu współczuła.

Jedli śniadanie, a ponad wzgórzem krążyło przynajmniej tuzin skrzydlatych istot z cieni. Isenia spoglądała na nie z niepokojem, lecz żadna nie odważyła się zbliżyć. Może bały się ognia.

Randyl skończył posiłek pierwszy i oddalił się od nich bez słowa.

– Idzie do tyłu – powiedziała Loretta. – Jak rak.

Isenia nie wiedziała, czym jest rak, lecz cofanie się budziło w niej pulsujący lęk. Całe życie wędrowała przed siebie. Kto się cofa, natrafia na Oku.

– Jeśli wróci z dobrymi wieściami – powiedział Xaru do dziewczynki – będziemy musieli wybrać ci imię.

Mała milczała, uśmiechając się nieśmiało. Była taka cicha. Dzieci nie powinny być tak ciche.

Z góry widzieli, jak Randyl znika pomiędzy drzewami porastającymi dawną ulicę.

Isenia zawsze miała go takiego zapamiętać. Drżącego ze strachu, z uniesioną ręką na znak, że chce rozmawiać.

Kilka uderzeń serca później usłyszeli krzyk, ucięty jak nożem, a później zapadła cisza. Jedynie ogień trzaskał wesoło, jakby nie zdawał sobie sprawy, co właśnie się zdarzyło.

Siedzieli i czekali, choć sami nie wiedzieli na co.

– Oku go zabił? – zapytała cicho. Nikt jej nie odpowiedział.

Co tam się stało? Czy ich też zabije? Wyobraziła sobie resztę życia jako nieustaną ucieczkę przed Oku, który z bezlitosnego opiekuna staje się krwiożerczym monstrum.

Z miejsca, gdzie zniknął Randyl, wyłoniła się ludzka sylwetka i zaczęła powoli wspinać się na wzgórze. Przez chwilę Isenia była pewna, że to Randyl, lecz gdy się zbliżył, zrozumiała.

Ut stanął przed nimi, wyciągnął zakrwawiony nóż i zaczął go czyścić.

– Chcę wam teraz wszystko wyjaśnić – powiedział łagodnie, a kiedy dostrzegł nowego członka grupy dodał: – Wy chyba też macie mi sporo do opowiedzenia.

Usiadł przed nimi i uśmiechnął się smutno.

– Pierwsza rzecz i najważniejsza – powiedział wskazując palcem krążące nad nimi istoty. – Tym nie musicie się martwić. Randyl nie żyje. Wkrótce Oku dostanie jego ciało. Nasze porozumienie zostanie przywrócone.

– Z-zabiłeś go? – wyjąkał Xaru.

– Musiałem. Chyba wszyscy się zgodzimy, że to on powinien odejść, nie ja.

– Ale to twój księżyc zgasł! – zaprotestowała Loretta.

– Tak. Ale nasz przywódca coś mi kiedyś obiecał. Dawno temu, tuż po tym, jak jego brat rzucił się z murów, Randyl miał już dość. Powiedział mi, że pójdzie do Oku i zostawi mi przywództwo, gdy tylko zgaśnie kolejny księżyc. Nieważne który.

Isenia w to nie uwierzyła. Randyl nie był osobą, która łatwo by się poddała. Chyba że udawał?

– Dlatego – kontynuował Ut – gdy mnie oszukał, gdy oszukał nas wszystkich, musiałem wziąć sprawę w swoje ręce.

– I co teraz? – zapytał Xaru, patrząc na Uta ze słabo skrywanym obrzydzeniem.

– Teraz pójdziemy dalej. Czy ktoś widzi Trop?

Isenia zaczęła się rozglądać, choć nie wiedziała, czego szukać. Randyl nigdy nie wyjaśnił, czym właściwie jest Trop.

Nikt z nich nie przyznał się, że dostrzegł coś, co mogłoby wskazywać drogę.

– Może pojawi się z czasem – powiedział Ut. – Na razie ja poprowadzę. Zejdziemy ze wzgórza. Ale najpierw powiedzcie mi, co to za dziecko? I czemu obozujecie przy czarnej drodze?

– Ma na imię Dzień – wyszeptała Loretta, blada jakby ktoś wyrzeźbił jej oblicze w kawałku kredy. – Pójdzie z nami.

***

Isenia zawsze uważała, że to Ut powinien przewodzić grupie i wszystko wskazywało na to, że miała słuszność.

Nim opuścili miasto, oddali się ostatniemu, spontanicznemu szabrowaniu. Nowy przywódca pozwolił im zabrać, co tylko chcieli, więc Isenia zaprzyjaźniła się z pięknie wyrzeźbionym drewnianym konikiem, a także wzbogaciła o kilka zupełnie niepraktycznych ubrań. Xaru uzbroił się w poręczną pałkę, wyglądającą jak kość olbrzyma. Długo szukali stroju, w który mogliby przyodziać Dzień, aż w końcu natrafili na dom, gdzie kiedyś mieszkała gromadka dzieci.

Za murami Ut ogłosił, że objawił mu się Trop, i poprowadził ich wygodnym, szerokim traktem. Wędrowali wolniej, robili też częstsze i dłuższe postoje. Istoty z cieni przestały ich nękać, wszystko wskazywało więc na to, że Oku zaakceptował obecny stan rzeczy.

Oczywiście Isenia czuła, że to, co Ut zrobił Randylowi, nie było właściwe, lecz kim była, by osądzać dorosłych? Loretta również zachowywała się, jakby nic się nie wydarzyło, lecz w spojrzeniach, którymi obdarowywała mężczyznę, czaiły się strach i niepewność. Xaru natomiast zupełnie przygasł i zmarkotniał. Jedynie chwile, gdy bawił się z Dzień, przywoływały cień uśmiechu na jego twarzy.

Szybko przyzwyczaili się do obecności dziewczynki, zwłaszcza że była zacnym towarzyszem drogi. Nie męczyła się, nie płakała, nie marudziła. Milczała, porozumiewając się gestami. A kiedy spoglądała w niebo, zdawało się, że zna mechanizm rządzący ich rzeczywistością.

Isenia zastanawiała się, czy księżyc dziewczynki z czasem pojawi się na niebie, tak jak to miało miejsce przy narodzinach nowego człowieka. Lecz czas mijał, a wysoko nad nimi świeciły wciąż cztery globy – jasnofioletowy Iseni, szary Xaru, zielony Loretty i błękitny Randyla. A może wszystkie cztery należały już do Uta…

Ut bardzo się starał, by pokazać, że jest lepszym przywódcą od swego poprzednika. Rozmawiał z nimi. Poddawał sprawy pod głosowanie. Pytał. Ale tylko ich trójkę. Dzień traktował z dystansem. Jak coś, co doczepiło się tylko na chwilę, i do czego nie warto się przywiązywać. Jak coś bez księżyca.

***

Isenia nigdy nie widziała podobnej budowli. Wysoką, drewnianą bryłę wzniesiono na planie kwadratu, a do jednej ściany doczepiono cztery ramiona. Wiało, więc obracały się, zataczając olbrzymie koło. Całość kojarzyła się dziewczynce z ogromnym, ślamazarnym owadem.

Loretta, zapytana co to takiego, odrzekła, że nie ma pojęcia i nigdy czegoś podobnego nie widziała. A potem długo milczała, jakby zawstydzona.

Wciąż wędrowali tym samym traktem. Otaczały ich pola zbóż mieniące się w świetle księżyców, rozległe aż po horyzont; od czasu do czasu natrafiali na dawne wioski, wynurzające się z tego złocistego morza niczym wyspy.

Rozbili obóz w cieniu drewnianej budowli, po czym zabrali się za zwiedzanie wioski. Znaleźli szkielety ludzi i koni, szczątki dawnych pojazdów i zardzewiałe narzędzia. Drewnianego kolosa zostawili sobie na koniec. W środku pełno było dziwnych mechanizmów, po których Ut zorientował się, że mielono tu kiedyś ziarno.

– Ziarno – powtórzyła Dzień. Jakiś czas temu zaczęła mówić, lecz chyba nie znała własnych słów, gdyż powtarzała usłyszane.

Isenia ucieszyła się z chwili odpoczynku. Jednak nie trwała ona długo, gdyż Dzień koniecznie musiała przywitać się za stworzeniami, które buszowały pośród kłosów i były zbyt nieśmiałe, by się pokazać. Dziewczynki pobiegły na pole, a Xaru dołączył do nich.

Zabawne, trójnożne istoty z zielonych cieni Isenia nazwała wstydliwymi buszownikami. Ganiali je, aż opadli z sił. Były tak szybkie, że jedynie Xaru zdołał jednej dotknąć.

W pewnej chwili chłopiec zapatrzył się przed siebie, a potem powiedział do Iseni ściszonym, drążącym głosem:

– Tak się zastanawiam… Co by się stało, gdybyśmy się rozdzieli? Za kim poszedłby Oku?

– Rozdzieli? Ale tak na zawsze? – Nigdy nie myślała, że to w ogóle możliwe. – A to nie byłoby złamanie porozumienia? Co ty znów wymyśliłeś?

Opowiedział jej.

***

Isenia nigdy nie wspinała się na coś równie chybotliwego. Wiatrołapacz, jak nazwała drewnianego owada, trzeszczał i klekotał, a kiedy mocniej zawiało, lekko się przechylał. Dziewczynka cały czas miała wrażenie, że zawali się pod jej ciężarem. Raz deska, za którą chciała chwycić, oderwała się od lica budowli i spadła w ciemność.

Isenia odetchnęła, kiedy dotarła na szczyt. Ręce miała zdarte i pełne drzazg.

Za czasów Randyla wymknięcie się z obozu było czymś zakazanym. Ut jednak pozwalał im na tyle, że wcale się nie bała, że ją przyuważy. Bez tego dodatkowego dreszczyku wspinaczka mogłaby okazać się nudna, na szczęście wiatrołapacz okazał się sporym wyzwaniem. I wynagrodził jej trud niezwykłym widokiem, raz po raz zasłanianym przez leniwie wędrujące drewniane skrzydła.

Pola rozciągały się wszędzie wokół, pofałdowane i poprzecinane rzeczkami. W oddali północnego horyzontu strzegła budowla, która musiała być wiatrołapaczem z innej, odległej wioski. Na południu półświata uparcie dreptał w sobie tylko znanym kierunku.

Nigdzie nie widziała Oku. Pewnie krył się pośród łanów razem ze wstydliwymi buszownikami.

Pomyślała o tym, co powiedział jej Xaru i posmutniała. Asanio nigdy jeszcze nie wydawało jej się tak odległe.

Stała jeszcze chwilę, obserwując siadające na szczycie ptaki z czerwonych i szarych cieni. Niektóre widziała po raz pierwszy, lecz nie miała nastroju, by wymyślać im nazwy.

Już miała schodzić, gdy dostrzegła wdrapującą się na górę Lorettę. Wspinała się sprawnie, a kiedy dotarła na szczyt, wcale nie wyglądała na zmęczoną.

– Tak sobie pomyślałam, że tutaj nas nie podsłucha – powiedziała szeptem kobieta.

Usiadły. Dach budowli był zimny i śmierdział mokrym drewnem.

– Kiedy nauczyłaś się tak wspinać? – zapytała z podziwem Isenia.

– W młodości – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. – Posłuchaj, Isenio, bo mam ci do powiedzenia kilka ważnych rzeczy. A niedługo zgaśnie kolejny księżyc.

– Co? Już? Ale przecież ty… Nie jesteś teraz szalona! – Prawdę mówiąc, już od dłuższego czasu Loretta wręcz normalniała w oczach. Przestała gadać bzdury, patrzyła i zachowywała się przytomnie. Często wspominała o świecie przed zmianą.

– To właściwy czas, żeby zachować trzeźwy umysł. – Loretta spojrzała w górę. Jej zielony dysk wisiał blisko jasnofioletowego Iseni. – Czuję, że niebo przygotowuje się do zmiany. – Milczała chwilę, jakby zbierała w sobie odwagę. – Pamiętam, że kiedy je pierwszy raz zobaczyłam, te wszystkie księżyce, tę czerń i ogrom, płakałam ze szczęścia, aż wypłakałam małe jezioro. Wyszłam z niewyobrażalnej ciemności i zobaczyłam taki cud, więc nic dziwnego, że odbił się na mojej duszy i uczynił wrażliwą. Świeciły tak jasno…

Isenia zaczęła myśleć, że pomyliła się co do Loretty. Daleko było jej do normalności.

– Okłamałam was – wyznała kobieta. – Nigdy nie widziałam żadnego słońca. Urodziłam się w bardzo ciemnym miejscu. Wędrowaliśmy, ja i ludzie, których już dawno nie ma. Pamiętasz niedźwiedzi zamek? Był tam loch, do którego bałam się wejść. Wcześniej żyłam właśnie w takich lochach, lecz były dużo większe, jak dziesięć tysięcy podziemnych miast. Nie wiem, kto je zbudował i po co. Może dla nas? Wędrowaliśmy tunelami, wspinaliśmy się po ceglanych ścianach i przeciskaliśmy się przez szczeliny wąskie na łokieć. Jedliśmy szczury, a całym światłem, którym dysponowaliśmy, był mały płomyk zapalany tylko czasami. Nikt z nas nie wiedział, że istnieje świat wyżej, z niebem i księżycami. Oszalałam, bo to było nieuniknione. Jak wszyscy. Na szczęście nie oślepłam, jak większość.

– Czy tam… za wami też szedł Oku?

– Nie – odparła drżącym głosem. – Coś innego. Nie chcę o tym mówić. – Zrobiła długą pauzę. – Odeszłam od nich, bo… Byłam niegodna. Chyba tchórzliwa. Uciekłam i wyszłam na powierzchnię! Zobaczyłam niebo! Było na nim… dwadzieścia pięć księżyców! Dwadzieścia pięć! Oczywiście, wtedy nie miałam pojęcia, co to jest. Znaleźli mnie, a było ich dokładnie dwadzieścioro pięcioro. Kiedy wzeszedł mój księżyc, dwudziesty szósty i zielony, mówili, że nigdy nie widzieli narodzin dorosłej kobiety.

– Dwadzieścia sześć – powtórzyła Isenia i spojrzała na niebo z wyrzutem.

– Był tam twój prapradziadek i praprababcia. I prapradziadek Xaru. I prababcia Uta. I wielu innych. – Rozmarzyła się. – Bardzo mi się tu spodobało. Lasy pełne smakowitych istot z cieni, ciepłe jeziora, ogniska wielkie jak pół człowieka! Cała rzeczywistość spięta elegancką umową z Oku, porozumieniem uczciwym i przejrzystym. Mój drugi etap wędrówki do Asanio pokochałam tak mocno, jak nienawidziłam pierwszy.

Isenia próbowała przetrawić wszystko, co usłyszała.

– W takim razie skąd wiesz o tych wszystkich rzeczach? O statkach, zamkach, królach?

– Oni to wiedzieli. Jeden z nich, najstarszy, pamiętał świat przed zmianą. Pozostali urodzili się później, lecz mieli rodziców i dziadków, którzy przekazali im bardzo wiele. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o słońcu i dniu, nie mogłam uwierzyć. Jeszcze jaśniej? Myślałam o tym bez przerwy. Ale już pogodziłam się z tym, że nie zobaczę żadnego dnia, póki nie uwolnię się od księżyca. – Zrobiła kolejną przerwę, długą na trzy obroty skrzydeł wiatrołapacza. – One trochę ciemnieją przed zgaśnięciem. Ja to widzę, bo odbiły mi się na duszy. A może po prostu moje oczy działają inaczej? Zawsze, gdy traciły jasność, uciekałam w głąb siebie, bo bałam się bólu i łez. Łatwo było wskrzesić tamtą Lorettę z ciemność, zbyt szaloną, by rozpaczać za towarzyszami. Ale i tak zawsze trochę bolało. Kochałam ich wszystkich. Pamiętam uśmiech twojej matki, gdy na niebie pojawił się twój księżyc. Powiedziała, że urodziłaś się tak późno, po tak długiej wędrówce, iż z pewnością zobaczysz Asanio. Niech jej słowa się spełnią. To wszystko… – Zatoczyła dłonią łuk. – Myślę, że chodzi o to… Żeby postępować właściwie. Chronić się wzajemnie i wspierać. Nie wbijać noża w plecy, jak zrobił to Ut. Źle się stało, że on został przywódcą.

– Tak naprawę nim nie jest – odezwała się Isenia. – To Xaru widzi Trop. Zobaczył go już w mieście. Milczy, bo się boi. Od wielu obozowań idziemy w złym kierunku.

– Drogę zawsze można skorygować. Skorygować Uta będzie trudniej. Szkoda mi go, naprawdę. Pamiętam, jak wzeszedł jego księżyc. Jak wziął sobie żonę i urodziło im się dziecko. Nie wiedziałaś o tym, prawda? Tych tematów się nie porusza. Żona odeszła pierwsza. Potem zgasł księżyc ich córki. Myślę, że Ut do dziś bardzo obwinia się za to, że nie starczyło mu odwagi, by pójść zamiast niej do Oku. Stał się martwy w środku. Nie myśl, że poświęci się dla ciebie czy Xaru, skoro nie zdołał zrobić tego dla własnego dziecka. Będzie walczył o Asanio.

Isenia milczała bardzo długo.

– Który księżyc ciemnieje? – zapytała w końcu Lorettę.

Nie odpowiedziała.

W milczeniu spoglądały na ostatnie świecące globy, znikające regularnie za kręcącymi się skrzydłami wiatrołapacza.

***

Isenia nigdy nie wybaczyła Loretcie braku pożegnania.

Dziewczynka otworzyła oczy. Obóz pogrążony był w ciszy, skrzydeł wiatrołapacza nie muskał nawet najmniejszy ruch powietrza. Dzień spała tuż obok, Ut nieco dalej. Xaru patrzył w dal z oczami pełnymi łez.

Zrozumiała natychmiast i podniosła wzrok.

Raz. Dwa. Trzy.

Trzy.

Brakowało zielonego.

Później Xaru wyznał Iseni, że widział Lorettę, gdy ta wymykała się dokądś z obozu. Być może poniosła go wyobraźnia, ale przysięgał, że się uśmiechała, a w dłoni trzymała coś świecącego. Podrzuciła to raz czy dwa. Było okrągłe i zielone.

***

Isenia zawsze myślała, że księżyce przepadają z jakiegoś powodu, w kolejności, którą ktoś skrupulatnie zaplanował. Po odejściu Loretty była skłonna uwierzyć, że Oku naprawdę co pewien czas postanawia pieprznąć pięścią w niebo i niekiedy coś spadnie.

Ut wygłosił pożegnalną przemowę, która wyszła mu zaskakująco pięknie, a później ruszyli, milczący i nieobecni niczym skrawek nieba, gdzie powinien teraz świecić zielony glob. Xaru płakał. Co gorsza, na jednym z postojów Isenia ujrzała, jak szepcze do kogoś, choć obok nikogo nie było. Zaczęła podejrzewać, że chłopiec traci zmysły.

Na kolejnym obozowaniu, w wiosce, którą widziała ze szczytu wiatrołapacza, powtórzyła mu wszystko, czego dowiedziała się od Loretty. Xaru przyjął to spokojnie, a potem popadł w wyjątkowo podły nastrój.

– Musimy wrócić na drogę do Asanio – powiedział. – Powiem Utowi, że widzę Trop. Może mnie potem zabić. Chyba lepiej zginąć od jego noża niż iść, iść i nigdy nie dojść do Asanio. Jak… Loretta.

Kiedy jednak podjęli wędrówkę, trakt skręcił na zachód, nakierowując ich niemal dokładnie na Trop. Pola zbóż zaczęły ustępować dzikim łąkom, przykrytym kolorowym kocem kwiatów. Minęli ponure zamczysko, którego nie zdecydowali się spenetrować. Ut nie obawiał się stojących na murach postaci – prawdopodobnie rzeźb udających obrońców, ani czegoś, co głośno jęczało zza murów – to tylko kolejna istota z cieni. Nie weszli za mury, gdyż gdzieś za nimi swą upiorną niemą pieśń grała czarna droga.

– Czy księżyc zgasł tak szybko, bo nie poszliśmy za Tropem? – Xaru zapytał Isenię podczas obozowania nad brzegiem niewielkiego stawu.

– Nie wiem – odparła. – Może Loretta by wiedziała?

– Chyba zapytam – oznajmił.

– Lorettę? – zapytała przerażona. – Xaru, ona poszła do Oku.

– Nie ją. Jego.

***

Isenia zawsze chciała zadać to pytanie:

– Jaki on jest?

Siedzieli w trójkę na łące, gdzie krwistoczerwone kwiaty nadawały okolicy wygląd miejsca, gdzie niedawno zaszlachtowano olbrzyma wielkości półświata. Uta nie było w pobliżu. Szukał pożywienia na kolację.

– Potężny – odparł Xaru. Wymknął się na spotkanie z istotą podczas ostatniego obozowania. – Trudny do opisania. Gdy na mnie popatrzył, poczułem się nagi. I taki mały, że mógłby mnie zdeptać i nawet by nie zauważył. Bałem się.

– Jak wygląda?

– Nie mogę powiedzieć.

Isenia westchnęła. Znów to samo. Przywódcy i ich tajemnice.

– O co go zapytałeś?

– Najpierw, kim jest Dzień. Odpowiedział, że dla każdego kimś innym.

Dzień podniosła oczy, usłyszawszy swoje imię, ale szybko znów zajęła się zabawą drewnianym konikiem. Isenia miała jednak wrażenie, że mała słucha uważnie.

– Kimś innym? Co to niby ma znaczyć?

– Nie mam pojęcia. Potem spytałem, czy możemy uciec od Uta i wędrować w trójkę. Odparł, że nie. Towarzysz odchodzi od grupy tylko, gdy zgaśnie księżyc.

– Nie może być za łatwo, co?

– Chciałem też wiedzieć, co zrobi, gdy Ut wyśle do niego Dzień. Stwierdził, że porozumienie będzie trwać.

– Oku to musi chyba lubić tego Uta…

– No i na końcu zadałem mu pytanie, czy księżyc Loretty zgasł szybko, bo nie poszliśmy za Tropem.

– I co?

– Powiedział, że… nie wie.

– Jak to nie wie? A kto ma wiedzieć?

– Randyl dobrze podejrzewał – przypomniał sobie Xaru. – To nie Oku gasi księżyce.

***

Isenia kilkakrotnie przyłapywała Xaru na rozmowie z jakąś niewidzialną istotą. Zawsze robił to w ukryciu przed Utem, lecz dziewczynami nie przejmował się w ogóle.

Oczywiście, nie zdradził, co to ma znaczyć. Miała go serdecznie dość.

Trakt, którym podróżowali, stał się wąski i pełen wybojów, aż w końcu zaczął przegrywać batalię z otaczającą roślinnością. Gdy raz na dłużej znikł im z oczu, Ut obrał kurs na północny zachód, a to znaczyło, że powrócą na wybrzeże.

Dwa obozowania później Isenia wymknęła się w nocy, by stanąć samotnie nad krawędzią klifu i spoglądać na czarną otchłań morza. Naliczyła przynajmniej tuzin wysp o stromych zboczach, wyglądających jak głowy morskich olbrzymów. Nad nimi wisiały trzy księżyce. To dziwne, pomyślała. Jest ich coraz mniej, lecz świat wcale nie wydaje się ciemniejszy. A przecież nie świecą jaśniej niż kiedyś.

– On chce, żebyśmy poszli na północny wschód – wyszeptał głos z ciemności.

Isenia aż podskoczyła. A gdy tylko uspokoiła się na tyle, że zrzucenie Xaru w przepaść przestało być kuszącą perspektywą, zapytała:

– On? Trop?

– Woli, żeby go nazywać Kierunkiem.

– To jest… jakaś myśląca istota? – Zawsze wyobrażała sobie Trop jako coś w rodzaju maleńkiego ognika, który płonie na horyzoncie.

– W pewnym sensie. Nie powinienem mówić za wiele. Jest bardzo płochliwy. Randyl nigdy się do niego nie zbliżył. Nawet nazywał go niewłaściwie. A mi chyba idzie dobrze.

Z morza wyłoniła się bestia z fioletowych cieni, ryba wielkości małej wyspy. Zniknęła pod wodą, nim Isenia zdążyła nadać jej imię.

– Ut chyba podejrzewa, że widzę Kierunek – powiedział Xaru. – Pewnie stawiał na Lorettę, ale teraz, gdy odeszła… Zawsze, kiedy obiera trasę, patrzy na mnie, jakby czekał, czy coś zrobię. Dlaczego nie zapyta? Nie chce do Asanio?

– Po co ma pytać? – odparła. – Poczeka, aż pogasną wszystkie trzy księżyce, wyganiając do Oku mnie, ciebie i Dzień, i w końcu dostanie w swoje łapy Tro… Kierunek. I drogę do Asanio.

Xaru wydawał się wstrząśnięty, że ktoś powiedział to na głos.

– To co robimy? Powinienem się przyznać?

– Nie – postanowiła.

Wielka ryba wynurzyła się ponownie, tym razem bliżej brzegu i pozostała na powierzchni nieco dłużej. Isenia przez chwilę myślała, jaką nadać jej nazwę, ale wszystkie wydawały jej się głupie i dziecinne.

***

Isenia nigdy nie widziała, by istoty z cieni tworzyły tak wielkie stada.

Klif przerodził się w łagodny stok, a na nim niezliczone posągi z jasnego kamienia strzegły sobie tylko znanych tajemnic. Niektóre pochylały się ku ziemi niczym starcy, inne leżały przewalone, lecz większość zachowała się w dobrym stanie. Wszystkie były do siebie podobne – miały trzy twarze zwrócone w różne części świata. Jedna wydawała się dzika i okrutna, druga łagodna i mądra, a trzecia tajemnicza i dziwna.

Isenia mogłaby przysiąc, że gdy Dzień je zobaczyła, na jej twarz wkradł się pełen politowania uśmiech.

Pomiędzy figurami gromadziły się istoty z szarych cieni. Były smukłe i stąpały z gracją na czterech długich nogach. Siwa mgła spowijała ich grzbiety i ogony, przez co wyglądały, jakby nieustannie się tliły. Podczas jednego z postojów Isenia naliczyła sześćdziesiąt osobników. Część z nich polowała w morzu, łowiąc ryby długimi pyskami, inne włóczyły się jakby bez celu.

Jakoś wtedy musiał zgasnąć księżyc. Isenia zauważyła to dopiero, gdy ruszyli w dalszą drogę.

Raz. Dwa. Jej jasnofioletowy wciąż dzielnie ozdabiał niebo. Nieco dalej wisiał szary Xaru. Zniknął błękitny Randyla.

Ut szedł przodem i chyba niczego nie zauważył, więc Isenia przyłożyła palec do ust i kazała Xaru spojrzeć w górę. Chłopiec zbliżył dłoń do pałki zwisającej u pasa.

Dzień zrobiła się poważna, jakby czegoś wyczekiwała. Patrzyła to na Xaru, to na Isenię, którzy szli z zaciśniętymi zębami i dłońmi za milczącym przywódcą.

– Tu zrobimy postój – zarządził mężczyzna.

Iseni nie podobało się to miejsce. Zbyt wiele oczu – kamiennych i zwierzęcych – obserwowało ją ze zbyt wielu stron.

– Zaczęły na nas patrzeć – szepnął do niej Xaru, wskazując przemykające wkoło istoty z cieni.

Ut usiadł przed ich trójką i wlepił wzrok w Dzień. Patrzył na nią długo, a wyraz twarzy sugerował, że w jego umyśle toczy się niemała bitwa. Dziewczynka nie uciekała wzrokiem, niewzruszona tak, że w pojedynku na spojrzenia mogłaby pokonać wszystkie okoliczne posągi. W końcu to Ut spuścił głowę, jakby zawstydzony.

– Xaru – odezwał się, nie patrząc mu w oczy. – Pójdziesz do Oku.

Chłopiec wzdrygnął się.

– Jako przywódca – kontynuował Ut – muszę czasem podejmować takie trudne decyzje. Uznałem, że najlepiej dla grupy będzie…

– To ty zostałeś bez księżyca – przerwała mu Isenia.

– Mamy się licytować na te głupie kółka? – zapytał poirytowany. – One już nie mają żadnego znaczenia. Może i mój zgasł. Ale Dzień też nie ma swojego. Ani ty.

– Co? – wydukała, zszokowana. Podniosła wzrok. Glob wciąż wisiał, piękny jak jasnofioletowy kwiat.

– Twój księżyc zgasł dawno temu – powiedział do niej Ut. – Ojciec zostawił ci swój i poszedł do Oku. Ciesz się, że miałaś takiego odważnego rodzica. Nie wszystkim jest to dane.

Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Ut wyciągnął nóż, a Xaru sięgnął po pałkę. Rzucili się na siebie jak dwie istoty z cieni i potoczyli w dół zbocza. Dzień odsunęła się przytomnie.

Isenia ruszyła za nimi.

Widziała blask księżyców w ostrzu, które Ut uniósł nad głowę leżącego chłopca. Xaru zdołał złapać jego dłonie, czubek noża znieruchomiał pół łokcia od jego twarzy.

Gdzie upuścił swoją pałkę?

Isenia znalazła ją i podniosła. Okrążyła jeden z posągów, podeszła cicho od tyłu i z całej siły grzmotnęła Uta w tył głowy.

Xaru zrzucił go z siebie, zdołał przechwycić nóż i przez krótką chwilę miał swoją okazję.

– Dźgnij go! – krzyknęła Isenia.

Ale Xaru się zawahał. Ut, kiedy tylko oprzytomniał i stwierdził, że żaden nóż nie tkwi w jego piersi, zerwał się na nogi i uciekł w dół zbocza. Widzieli jego sylwetkę pojawiająca się i znikającą pomiędzy posągami, aż w końcu przepadł w ciemności.

Isenia usiadła i ukryła twarz w dłoniach. Ze wszystkich stron przyglądały jej się istoty z szarych cieni.

***

Isenia czasem miewała koszmary, lecz ten był pierwszym, który opowiedziała na głos.

We śnie tym trójgłowe posągi przyglądały się, jak Dzień rozpala wielkie ognisko. Usiedli przy nim wszyscy.

Dziewczynka bez księżyca zapytała, co by uczynili, gdyby spotkali istotę z białych cieni.

– Zabiłbym ją – odpowiedział Randyl.

– Ona zabiłaby ciebie – odparła Dzień.

– Walczyłbym – zdecydował Ut.

– Przegrałbyś.

– Kto powiedział, że byłaby groźna? – zapytała Loretta. – Podeszłabym i próbowała się z nią dogadać.

– Bałabyś się.

– Ja… – zaczął niepewnie Xaru – zapytałbym, co mam robić.

– O, to ciekawe. – Dzień uśmiechnęła się.

– Nie jestem pewna – odezwała się Isenia. – Kiedyś pewnie bym ją nazwała.

– Jak? – dopytywała.

– Musiałabym najpierw zobaczyć.

– Przecież już widziałaś – stwierdziła Dzień. – Jest tu.

Isenia zaczęła nerwowo rozglądać się po okolicy. Spojrzała w niebo i w morze. Każda kamienna twarz była podejrzana, a wykuto ich tak wiele.

Usłyszała trzask w ogniu. Coś się w nim rodziło. Jakiś kształt, biały i znajomy. Zaczęła krzyczeć.

Tak właśnie znalazł ją Xaru. Przytulił i poczekał, aż się wypłakała, a potem wydusił z niej treść snu.

– W tym śnie powiedziałem, że kogoś bym zapytał? – upewnił się i zamyślił.

Było to drugie obozowanie od zniknięcia Uta. Oddalili się od morza, kierując na wschód, jak nakazywał Trop. A siwogrzywe istoty z cieni szły w ślad za nimi, coraz bardziej śmiałe i agresywne.

Stado mogło liczyć ponad sto osobników; Isenia oceniła na oko, zbyt przerażona, by policzyć. Były wszędzie. Podczas odpoczynku spali na malutkiej wyspie pośród morza cienistych drapieżników.

Iseni nieustannie chciało się płakać. Byli tylko dziećmi pozostawionymi samymi sobie. Szli, szukając Uta, choć przypominało to wypatrywanie na niebie zgasłego księżyca. A z każdym ich krokiem zbliżała się chwila, kiedy będą musieli wybrać spośród siebie ofiarę dla Oku.

– Zapytać – powtórzył chłopiec nieprzytomnie. – Zapytać można… Czemu nie.

I odszedł na chwilę porozmawiać z powietrzem. Isenia była trochę zła. A co jeśli to teraz Ut postanowi poderżnąć im gardła? Zastanowiła się, czy istoty z cieni by ich ostrzegły. Na razie leżały spokojnie.

Xaru wrócił i zaczął szeptać, by nie zbudzić Dzień:

– Kierunek nas do niego zaprowadzi. Przywódca może go o to poprosić. Nieraz zdarzało się, że trzeba było odnaleźć zagubionych towarzyszy.

Isenia trawiła przez chwilę jego słowa, po czym skinęła głową.

Zabrali to, co potrzebne – liny, których używali, by w deszczowe dni powiesić koce nad posłaniami, białą pałkę Xaru oraz nóż Uta.

Zakradanie się z setką wygłodniałych potworów u boku nie należało do rzeczy łatwych. Pomyślała, że nawet półświata zrobiłby to lepiej. Co gorsza Trop poprowadził ich przez pełną łąk równinę, na której trudno było się ukryć. Minęli zaledwie jedno drzewo, z pewnością najbardziej samotne na świecie.

– Czujesz? – zapytał Xaru.

Zbliżali się do czarnej drogi. Isenia zwalczyła nagłą chęć zawrócenia, myśląc o potworach z cienia patrzących w ciemności na śpiącą Dzień. Nie pozwoli, by Oku ją zabrał.

Na szczęście Trop w końcu doprowadził ich na miejsce. Xaru podszedł ostrożnie, a dziewczynka za nim. Ujrzeli Uta śpiącego w trawie.

– Chyba… trzeba go mocno walnąć – wyszeptała. – Jak skoczulca. Przecież biłeś je nie raz…

Widząc, że Xaru znów się waha, wzięła od niego pałkę i uderzyła.

Związanego, nie bez trudu, zaciągnęli pod samotne drzewo. Z głowy Uta sączyła się krew, a on sam nie dawał znaków życia, lecz Isenia i tak przywiązała go mocno i sprawdziła więzy. Przypomniała sobie Tez, którą zostawili kiedyś Oku, gdy zgasł jej księżyc. Nawet drzewo było podobne. Wtedy mała Isenia płakała nad okrucieństwem, którego była świadkiem.

Dopiero w drodze do obozu wszystkie dobre wspomnienia uderzyły w nią równie mocno, jak ona uderzyła Uta. Podarował mi polne kwiaty, pomyślała bliska płaczu. Xaru milczał, ręce mu się trzęsły, a pałkę przekładał z dłoni do dłoni, jakby go parzyła. Istoty z cieni nie odstępowały ich ani na krok.

Obudzili Dzień i zwinęli obóz. Postanowili, że przejdą nieopodal drzewa, by mieć pewność, że Oku znajdzie Uta.

Choć starali się zachować dystans, i tak ich zobaczył. Krzyczał, choć słabo i jakby bez nadziei. Xaru udawał, że nic nie słyszy i patrzył w drugą stronę. Dzień spojrzała na Uta ze smutkiem i zrozumieniem. Jedynie Isenia zatrzymała się na dłużej.

– Pa, wujku – powiedziała, choć pewnie i tak jej nie usłyszał.

Gdy byli już nieco dalej, odwróciła się po raz ostatni, na bardzo krótką chwilę. Później tłumaczyła sobie, że musiało jej się przywidzieć. To było niedorzeczne. Ale jakaś mniej racjonalna część Iseni jeszcze długo rozmyślała, dlaczego na ciele Uta dało się dostrzec smużki białych cieni.

***

Isenia nigdy nie miała w ustach czegoś równie pysznego. Miód był słodki jak marzenie i pozostawiał przyjemny posmak. Wino za to nie przypadło jej do gustu – kwaśne i cierpkie, przypominało płynny ogień.

Gliniane i szklane butle zajmowały całą łukowatą ścianę wieży, ciasno ustawione na drewnianych półkach. Było to najniższe piętro niezasypane przez piasek. Stojący na stole kaganek zapłonął po raz pierwszy od lat, przemieniając cienie Iseni, Xaru i Dzień w czarne, olbrzymie bestie.

Kiedy odnaleźli wieżę, wyglądającą jakby palec zatopionego w piasku olbrzyma, mieli za sobą ponad sto obozowań bez Uta. Przez cały ten czas Trop prowadził ich na wschód, co budziło w Iseni bardzo złe przeczucia, bowiem gdzieś tam znajdowała się martwa kraina. Dziewczynka słyszała, że z nieba pada tam piasek, istot z cieni jest niewiele, a księżyce wydają się jaśniejsze niż gdziekolwiek indziej.

I rzeczywiście, z każdym obozowaniem roślinność mizerniała, drzew było coraz mniej, a kamienisty grunt tu i tam przeradzał się w wychodnie skał. Teren się wznosił, choć tak łagodnie, że na pierwszy rzut oka nie dało się tego zauważyć.

Pamiętała, jak zobaczyli piasek, zalegający cienką warstwą, nawiany z położonych wyżej terenów. Z każdym krokiem było go więcej i więcej. Aż raz spadł z nieba. Rozwiesili koce i schronili się pod nimi, choć i tak ziarenka weszły im w każdą część ciała.

Loretta pewnie umiałaby wyjaśnić, dlaczego piach pochłonął tę część świata, lecz oni nie mieli pojęcia. Raz natrafili na miasto zasypane niemal do wysokości murów. Innym razem na świątynię, w której znana im już bogini, przysypana po piersi, sprawiała wrażenie przyczajonego drapieżnika. Dzień uśmiechnęła się na ten widok.

Na szczęście oprócz piasku padał też deszcz, więc od czasu do czasu natrafiali na niewielkie oazy wyglądające jak oczy piaskowych gigantów. Jedli istoty z cieni, małe i płochliwe, skradające się pośród wydm i rachitycznych roślin.

Nigdy by nie pomyślała, że to w takim miejscu znajdą wino i miód.

Zabrali spore zapasy, a potem ucztowali w cieniu wieży. Dzień piła najmniej, a i tak usnęła pierwsza. Isenia czuła, że kręci jej się w głowie, lecz z nieznanych przyczyn dobry humor nie chciał jej opuścić. Xaru był również wesolutki, zupełnie jak za dawnych czasów.

– Rozwinąłem koc, ale wtedy on się obudził… – chłopiec bełkotał jakąś zabawną historyjkę tak długo, że przestała go słuchać. Spojrzała w górę. Może rzeczywiście księżyce są jaśniejsze, pomyślała.

Po pewnym czasie wydało jej się, że na niebie dostrzega zarys czegoś, czego nie powinno tam być. Jakby murów i wież. Zamki? Zdziwiła się. Tak wysoko?

Xaru wstał i natychmiast stracił równowagę. Chwyciła go pewnie. Spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem i pocałował. Pozwoliła mu. To było równie słodkie jak miód, mimo ziaren piasku drapiących kąciki ust.

Zawsze widziała, że ona i Xaru są sobie pisani. Byli najmłodsi i wystarczająco daleko spokrewnieni. Rozumiała, że jeśli zakochają się w sobie wystarczająco mocno, na świecie pojawi się kolejny mały członek grupy, a na niebie zajaśnieje nowy księżyc. Nie znała szczegółów tej magii, ale była gotowa się nauczyć.

Xaru nie wyglądał zbyt pewnie, więc ułożyła go do snu i sama położyła się tuż obok.

Gdy spali, jego księżyc zgasł.

***

Isenia często rozmyślała nad tym, co uczynią, gdy na niebie zostanie jeden księżyc. Miała nadzieję, że zdarzy się to w odległej przyszłości, w końcu grzecznie trzymali się wskazań Tropu.

Ale i tak zgasł. Poczuła, jakby ktoś zdzielił ją w twarz.

– To nie ma sensu – powiedziała do Dzień, która właśnie się obudziła i zauważyła zmianę na niebie. – Całe to pieprzone chodzenie. – Gniew narastał w niej, przykrywał całą jak piasek tę krainę. Zaczęła uderzać w ziemię pięściami, aż zbudziła Xaru.

Nie wydawał się zbyt przytomny, lecz mimo to zdołał ją trochę uspokoić.

– Co teraz? – zapytała.

– Pójdziemy – powiedział dziwnie spokojnie. – Dalej, jak pokazuje Trop.

– We… dwoje? – To Xaru był przywódcą. To jego księżyc zgasł. Miał prawo zdecydować.

– Wszyscy.

– Piasek – powiedziała Dzień, a oni spojrzeli na nią zdziwieni. – Piasek – powtórzyła, wskazując niebo.

Isenia długo miała rozpamiętywać tę ostatnią wspólną wędrówkę, gdy burza piaskowa uderzyła z siłą końca świata. Powinni byli się gdzieś schronić, lecz szli, a Xaru na czele. Ziarna dostawały się do oczu i ust, otaczający ich świat przepadł, a mimo to chłopiec jakby wiedział, dokąd iść.

Zastanawiała się, co zrobi. Wiedziała, że nie chce stać się taki jak Ut, lecz jednocześnie bardzo boi się spotkania z Oku. Xaru jednak nie zamierzał nikogo posyłać na śmierć ani składać w ofierze samego siebie. Później Isenia zastanawiała się czy to, co uczynił, było tchórzliwą ucieczką czy najodważniejszą rzeczą, jaką widziała w życiu.

Zrozumiała, co chce zrobić, gdy tylko poczuła lekkie muśnięcie, jakby płynna czerń prześlizgnęła jej się po skórze.

– Nie! – wykrzyczała.

Xaru zatrzymał się.

– To nie złamie umowy – powiedział jej drżącym głosem. – Kierunek tak twierdzi. Zdziwił się, że to zauważyłem, ale to tak rzucało się w oczy…

– Co? – zapytała.

– Zawsze, kiedy gasł księżyc, kawałek dalej pojawiała się czarna droga. Już po odejściu Loretty wydało mi się to podejrzane, ale po Utcie byłem pewien. Ktoś daje nam wybór. – Chyba się uśmiechnął, choć przez zasłonę na twarzy nie była pewna. – Chodź, zobaczymy, co tam będzie.

Z każdym krokiem czuła czarną drogę mocniej, jakby atakowała po kolei każdy ze zmysłów. Isenia chciała tylko jednego – obrócić się i uciec w drugą stronę. Czy to właśnie czarną drogą przybyła do nich Dzień? A wcześniej Loretta? Ta druga znalazła tu lepsze życie…

Dotarli do kwadratowej wieży wyrastającej ze stożka piasku. W jednej ścianie zionęła dziura, jakby coś wielkiego wygryzło sobie drogę na zewnątrz. Stanęli przed nią w trójkę. Isenia widziała schody pnące się w górę.

– To tu – powiedział niepotrzebnie.

Spojrzał na Isenię. Chciał, by poszła z nim, widziała to w jego oczach. Nie zdobył się jednak, by zapytać.

A ona nigdzie się nie wybierała. Jej księżyc wciąż świecił.

Pocałował ją na pożegnanie ustami pełnymi piasku i rzucił, że może spotkają się kiedyś w Asanio. Później przytulił Dzień.

Ruszył schodami w górę i zniknął jej z oczu. Wieża była niewysoka i Isenia pomyślała, że szybko powinien dotrzeć na szczyt. Co potem? Ciekawiło ją to tak bardzo, że mimo przerażenia i odrazy weszła do środka. Gdy spojrzała w górę, zauważyła, że schody pną się dużo wyżej niż powinny w tak niewielkiej budowli.

Zabrała Dzień z dala od wieży i rozbiły obóz. Burza minęła i ostatni księżyc znów zajaśniał pośród chmur. Przypominał ciekawskie oko.

Podczas odpoczynku śniła o Xaru, który ruszył schodami do nieba, by powiesić na nim swój utracony księżyc.

***

Isenia nigdy nie widziała piękniejszego stworzenia.

Była jeszcze zaspana, gdy dostrzegła go niedaleko obozu. Długi niczym włócznia, pewnie stojący na krępych nogach. I świecił. Całe jego ciało przypominało jasny płomień, tak inny od cienistych istot, jak tylko można sobie wyobrazić. Na głowie połyskiwało coś, co wyglądało jak róg. Isenia zrozumiała, że służy on do wskazywania drogi.

Zerwała się i na chwilę zapomniała o bólu z powodu odejścia Xaru. Podeszła do stworzenia i wyciągnęła rękę. Uciekł szybko, poruszając się pięknie i nienaturalnie – niemal wijąc się w powietrzu.

– Wracaj, Tropie – zawołała głośno, lecz nie zareagował.

To nic, pomyślała. Z czasem go oswoję. Jak to zrobił Xaru.

Spojrzała w górę i zastanowiła się, gdzie jest teraz jej przyjaciel. Widziała tylko ciemne niebo z samotnym księżycem.

Gdy zebrały się do drogi, Trop poprowadził je dalej na wschód. Wiele obozowań później piasek pod ich stopami zaczął ustępować żółtej trawie i zobaczyły rozległą dolinę. Szły w dół, mijając martwe wioski, aż natrafiły na największą rzekę, jaką Isenia widziała w życiu. Trop wskazał im most, a następnie skorygował kierunek marszu nieco na południe.

Patrząc na malejącą kamienną budowlę, pomyślała, że mogłaby tam poczekać na Oku, gdyby chciała z nim porozmawiać. Xaru dowiedział się w ten sposób wielu ciekawych rzeczy. Iseni nie udało się jednak zebrać dość odwagi.

Z Tropem też nie szło jej dobrze. Kilkakrotnie próbowała się do niego zbliżyć, lecz chyba robiła coś źle, bo czmychał przed nią jak skoczulec przed ogniem. A przecież do Xaru nawet się odzywał. W końcu obraziła się na niego i do odwołania zawiesiła swoje wysiłki.

Więc po prostu szła przed siebie. Kiedyś uwielbiała obozowania, lecz teraz wolała wędrówki. Nieco na prawo wciąż widziała półświata, a Dzień bez przerwy uczyła się nowych słów. Dziewczynce coraz lepiej przychodziło zdobywanie pożywienia i rozbijanie obozu.

Gdy mała zasypiała, nowa przywódczyni oczami wyobraźni widziała śmiejącego się do ognia Xaru, poważnego Randyla, rozmyślającego Uta czy szczebioczącą coś bezsensownego Lorettę. Raz, gdy Isenia zapłakała szczególnie głośno, Dzień zbudziła się i przytuliła ją czule.

***

Isenia rzadko widywała swój księżyc, od kiedy zagłębiły się w prastary las. Jasnofioletowy glob wpadał czasem w jakąś szczelinę w liściach i gałęziach, lecz zawsze szybko umykał niczym spłoszone zwierzę.

Sam las był cichy i ogromny, pełen drzew tak wysokich, że bałaby się na nie wspiąć, i osobliwych stworzeń z cieni. Mijały ogromne, przypominające słupy dziwadła, poruszające się tak wolno, że można je było wziąć za rośliny. Widziały skaczące po drzewach istoty z fioletowych cieni i pełzające po ziemi stworzenia z cieni niebieskich.

Na początku natrafiały na ślady człowieka – ruiny małych wiosek, wykarczowaną polanę, kładkę na strumykiem. To było jednak wiele obozowań temu. Teraz pozostał tylko las i Isenia zastanawiała się, czy jest pierwszą osobą, która tu zawędrowała.

– Zielone niebo – powiedziała raz do Dzień, zmęczona wypatrywaniem swego jasnofioletowego globu. – Może już doszłyśmy do Asanio? – Jak miała poznać miejsce, w którym nigdy nie była?

– Asanio – powtórzyła. To było jedno z jej ulubionych słów.

Na obozowaniach spały blisko siebie. Każdy odgłos w tak cichym miejscu brzmiał jak grzmot, więc Isenia budziła się często. Oku nas chroni, myślała wtedy i próbowała zasnąć. Ale skoro nie widziała księżyca od tak dawna, skąd miała wiedzieć, że wciąż tam wisi?

Gdy nie odpoczywały, wędrowały w tempie, którego nie powstydziłby się Randyl. Trop wskazywał wschód. Isenia doszła do wniosku, że to on swym blaskiem oświetla im drogę, inaczej las byłby ciemny jak loch.

Minęło pięćdziesiąt, potem sto obozowań. Las wydawał się nie mieć końca. Isenia miała wrażenie, że spędzi w nim resztę życia.

***

Isenia nigdy nie widziała stworzenia poruszającego się z taką gracją. Miało cienkie, długie skrzydła, na których tańczyły szare cienie, i włochate, delikatne ciało. Szybowało, powoli zniżając lot. Zatoczyło nad ich obozem trzy okrążenia, każde mniejsze od poprzedniego.

Dzień spała, lecz Isenia nie mogła zmrużyć oka. Pomyślała, że chciałaby mieć skrzydła, tak jak ta istota. Może wtedy wzniosłaby się ponad ten cholerny las…

Skrzydlate stworzenie wylądował na Dzień i ukąsiło ją. Dziewczynka zbudziła się z krzykiem.

Isenia zadziałała szybko. Złapała w dłoń nóż Uta i przybiła drania za skrzydło do drzewa.

Spojrzała w górę. Wiedziała, co to znaczy. Już tak dawno nie widziała swojego księżyca.

Dzień patrzyła na nią, jakby doskonale rozumiała, co się dzieje.

Isenia starannie wybrała drzewo, a potem zaczęła się wspinać. Korę miało suchą i szorstką, a gałęzie raniły w dłonie. Dziewczynka jeszcze nigdy nie wspinała się tak wysoko. Istoty z cienia żyjące w koronie drzewa nie czmychały na jej widok.

Znalazła się tak blisko nieba, że z żyjących istot chyba tylko półświata sięgał wzrokiem dalej. Las otaczał ją ze wszystkich stron po horyzont. Na ciemnym niebie nie świecił żaden księżyc.

I tak nie był mój, pomyślała, schodząc. Zastanowiła się, jak wyglądał glob, który zajaśniał w dniu jej narodzin.

Dzień czekała na nią z nieodgadnioną miną. Zwinęły obóz, lecz nie podjęły wędrówki.

Isenia wiedziała, co musi zrobić. Już od dawna. Ciekawe, czy ta mała zrozumie?

– Posłuchaj, Dzień – zaczęła. Ze wzroku dziewczynki wyczytała, że słucha uważnie i rozumie bardzo wiele. – Tam za nami idzie Oku.

– Oku – powtórzyła. – Tam.

– Zgasł księżyc. – Wskazała niebo.

– Nie ma – pojęła dziewczynka.

– Więc Oku czeka – powiedziała, czując, że wilgotnieją jej oczy. Myślała o krainie zielonego nieba. Gdzie żyje się jak przed zmianą. Gdzie księżyce nie znikają, nie ma żadnych istot z cieni, a ludzie nie muszą wędrować. – Czeka.

***

Oku czekał przy niewielkim stawie. Po zielonej wodzie płynęły leniwie liście, a niebo zerkało przez wyrwę w koronach drzew. Na powierzchni zbiornika nie odbijał się żaden księżyc.

Oku nie wiedział, która do niego przyjdzie. Mógł tylko mieć nadzieję.

Stracił już tak wielu, a kiedyś naprawdę wierzył, że zdoła ich wszystkich doprowadzić do Asanio.

Był ich Opiekunem. Wcielał się w budzącą grozę bestię i rozkazywał istotom z cieni. W tym ciele przebywał najczęściej, choć najmniej je lubił. Bali się go. Wciąż musiał uważać, by go nie zauważyli, choć sam nieustannie ich obserwował.

Oku był też Kierunkiem i w tym ciele czuł się zdecydowanie lepiej. Przejmował istotę ze światła, bez niego pustą niczym skorupa, i wskazywał swym podopiecznym drogę. Kolejni przywódcy podziwiali go i szanowali, a on karmił tym swą próżność, choć nie przystawało to istocie jego rodzaju. Cóż, każdy ma prawo do wad.

Oku był również Ułamkiem. Jednym z wielu. Rzadko wracał do ciała, z którego się narodził, istoty wielkiej jak pół świata, kroczącej od zawsze donikąd. Ale gdy to robił, widział niezliczone krainy i wszystkich poddanych próbie. Czasem spotykał tam też pozostałe Ułamki, a niekiedy inne, potężniejsze istoty.

Czekał. Kolejne liście przyklejały się do lustra wody. Niech to będzie Isenia, pomyślał. Niech przyniesie księżyc ojca. Czuł, że się rozczaruje i w jego oczach pojawiły się łzy.

Ostatnio często płakał.

Przypomniał sobie ciało Randyla, zakrwawione, z pustymi oczami spoglądającymi w niebo. Odbijał się w nich blask błękitnego księżyca, a mimo to były martwe.

Oku uronił nad nim kilka łez i obiecał, że wróci.

Po raz drugi zapłakał, gdy przyszła do niego Loretta, lecz były to łzy radości. Kobieta trzymała w dłoniach swój zielony księżyc. Znał ją tak długo, lecz spotkali się po raz pierwszy. Uśmiechała się. Była piękna.

– Znalazłam to na ziemi, idąc do ciebie – powiedziała, podrzucając niewielką, świecącą kulkę.

– Chyba wiesz, co to jest? – przemówił.

Skinęła głową.

Oku zabrał ją do Asanio.

Po raz trzeci zapłakał, gdy na swojej drodze napotkał związanego Uta. Mężczyzna drżał i szarpał się, błagał, a na końcu zapiszczał jak zwierzę.

Oku rozszarpał mu twarz.

Potem wrócił do Randyla, trzymając w dłoni skradziony błękitny glob. Dawny przywódca otworzył oczy. Niewiele rozumiał, a Oku wcale mu się nie dziwił.

– To twoje – powiedział, zwracając mu księżyc. – Twój klucz.

I zabrał go do Asanio.

Oku nigdy już nie spotkał Xaru. Gdy stawał się Ułamkiem, widział chłopca w oddali, wysoko na firmamencie, w świecie gór-twierdz. Czas płynął szybciej im bliżej nieba, toteż tam musiał pędzić niczym strzała. Od innych Oku dowiedział się, że Xaru trafił do dużej grupy, która szybko uczyniła go jednym ze swoich. Ludzie rodzili się i umierali, skakali w czeluści lub mordowali się wzajemnie, a twierdze z piaskowca kruszały, zasypując ziarnami światy poniżej. Xaru wciąż wędrował ze swą grupą, wiekowy obcy z innego świata, o wielkiej wiedzy, łagodnym spojrzeniu i słowie, które łagodziło największe rany na duszy. Kiedyś przyjdzie jednak pora, by Xaru chwycił w dłonie swój klucz do Asanio. I tylko od niego zależy, czy znów odwiesi go z powrotem.

Na powierzchni stawu krople deszczu rysowały malownicze okręgi. Oku czekał. W końcu przyszła do niego. W dłoni trzymała jasnofioletowy księżyc.

Oku ze łzami uklęknął przed nią.

– Wstań – powiedziała ta, którą nazywali Dzień. – Skończyło się.

Za szybko, pomyślał Oku. Wiedział, że grupa wymierała i jej czas był policzony, lecz wciąż mogli wędrować przez co najmniej pokolenie. Bogini przyszła jednak do niego i postanowiła przyspieszyć próbę. Gdyż nie była pewna. Gdyż musiała sama sprawdzić. Działo się to tak rzadko, że Oku nigdy nie brał takiej możliwości pod uwagę. Ale stało się. Sprawdziła grupę osobiście. Wiedział, że nie powinien czuć gniewu wobec istoty tak wspaniałej, ale nie mógł się powstrzymać. Gdyby chociaż pozwoliła mu się raz odezwać do Iseni, gdy był Kierunkiem… Biedna dziewczyna…

Bogini podarowała mu jasnofioletowy księżyc. Oku wrzucił go do stawu.

***

Isenia nigdy nie dotarła do Asanio.

Kiedy została sama, ruszyła na południowy wschód, gdyż tam ostatni raz widziała Trop. Jej świetlisty przewodnik zniknął i nie rozumiała dlaczego. Jak miała znaleźć drogę?

Czuła, że popełniła błąd, wysyłając Dzień do Oku. Gdy zamykała oczy, widziała smutną twarz Xaru, rozczarowane spojrzenie Loretty, pełny gniewu grymas Randyla. Jedynie Ut patrzył na nią ze zrozumieniem.

– On odejdzie, ale umowa została dotrzymana – powiedziała jej towarzyszka, nim zniknęła między drzewami. – Żadna z istot cieni cię nie zaatakuje.

Isenia patrzyła na nią, zszokowana, niezdolna zrobić choćby krok. Zresztą, co niby miała uczynić? Dzień odeszła, a ona mogła tylko się zastanawiać, kim naprawdę była ta dziewczynka.

Pewna, że zapowiadane odejście dotyczy Tropu, poszła spotkać się z Oku. Zbierała odwagę dwa obozowania, ale w końcu była przywódczynią. Miała prawo.

Oku również przepadł. Została sama.

Więc szła. Przez niekończący się las.

Raz wspięła się na wysokie drzewo. Zieleń była wszędzie. Gdzieś za nią półświata wciąż kroczył przed siebie, a Isenia mogła by przysiąc, że rzucił jej spojrzenie, choć przecież nie mógł jej widzieć.

Na obozowaniach wyjmowała drewnianego konika i stawiała koło posłania. Mówiła do niego, lecz nigdy nie odpowiadał, dlatego przezwała go Trop. Był tak samo bezużyteczny. Raz w gniewie cisnęła nim między drzewa, lecz chwilę później wróciła i przeprosiła. Jego malowane oczy patrzyły bez żadnego wyrazu. Nie było w nich żalu.

Obozowała, szła i obozowała. Istoty z kolorowych cieni uciekały przed nią w popłochu.

Dotarłszy na sporą polanę, dziewczynka bez księżyca w końcu mogła spojrzeć w niebo. Było ciemne i puste.

Koniec

Komentarze

Bardzo interesujący świat. Podoba mi się pomysł z księżycami. Oryginalny, świeży i okrutny.

Przyjemnie wędrowało się z całą grupą, udało Ci się wzbudzić moją ciekawość.

Bohaterowie zróżnicowani.

Ale jak ten świat działa – skąd księżyce biorą się na niebie, gdzie właściwie jest Asanio, dlaczego trzeba wędrować… Tu zostaje spore pole do pokazywania i zwiedzania.

Przy końcówce coś się posypało – niby wyjaśniasz, ale niezbyt wiele i ostatecznie zakończenie pozostaje raczej otwarte niż zamknięte. Nie wiem, w jaki sposób dziewczyny zadecydowały, która z nich idzie do Oku. A cosik mi się widzi, że to może mieć znaczenie.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo. Nie spodziewałem się pierwszego czytelnika tak szybko :)

 

[spoiler]

w jaki sposób dziewczyny zadecydowały, która z nich idzie do Oku. A cosik mi się widzi, że to może mieć znaczenie

Hmm… wydaje mi że jedna po prostu wysłała drugą. Na tym właśnie polegał błąd i dramat Iseni. 

I kolejna dziewczyna. Klikałbym za sam tytuł ;)

A, nie ma na co czekać… ;-)

Babska logika rządzi!

I kolejna dziewczyna. Klikałbym za sam tytuł ;)

Wtedy była dziewczyna, a teraz dziewczynka. Trzeba dbać o zróżnicowane tytuły :)

Bardzo dobry tekst.

Kupiłeś mnie przede wszystkim kreacją świata – udało się stworzyć naprawdę unikalną rzeczywistość. Gratuluję wyobraźni. Pomysł z księżycami, wieczną nocą, Kierunkiem, Asanio, Oku, czarnymi ścieżkami i kolorowymi cieniami – to jest to, co buduje ciekawy obraz świata, przy pomocy wielu pomniejszych elementów (np. półświat, dosłowne i zabawne nazywanie zwierząt, fajne opisanie wiatraka czy historia Loretty).

Kolejnym plusem są bohaterowie – część stworzonych wyraźnie po to, by czytelnik im kibicował, część wręcz przeciwnie. Relacje w grupie wydają się przemyślanie, szczególnie motyw z zachowaniem Uka przypadł mi do gustu.

I ogólnie – klimat  (z jednej strony trochę baśniowy i fascynujący, z drugiej oparty na smutku i niepewności) przyciąga do tekstu i zwyczajnie wciąga czytelnika w opowieść.

Jedyne, co nie do końca mnie przekonało, to trochę mało wyjaśnień w zakończeniu. (UWAGA, SPOILERY) Chętnie dowiedziałbym się więcej o zakończeniu historii Xaru, a przede wszystkim o tym, jaki konkretnie motyw miała Dzień i dlaczego to ona przyniosła ostatni księżyc. Pewnie da się to wyczytać z tekstu, ale mi się niestety to nie do końca udało.

Nie jestem też przekonany do rozpoczynania każdego fragmentu od imienia Iseni i powtarzaniu, że nigdy wcześniej / po raz pierwszy coś robiła / widziała. Ale to może dlatego, że trochę zdążyło mnie to znudzić, bo pojawiało się często. Domyślam się jednak, że części czytelników ten zabieg przypadnie do gustu.

Ale mimo tych małych uwag i tak tekst uważam po prostu za świetny. Odpowiedni nastrój, ciekawi bohaterowie, narracja oparta na postrzeganiu świata przez dziewczynkę i – przede wszystkim – kreacja świata sprawiły, że opowiadanie naprawdę mnie wciągnęło.

 

EDIT: Co do zakończenia – teraz dopiero zobaczyłem komentarze i widzę, że podałeś wyjaśnienie zakończenia. Rzeczywiście, można było się domyślić, choć ja osobiście rozważałem kilka możliwości (może za bardzo zacząłem kombinować; było trzeba przyjąć najprostszą wersję).

 

PS. Dobry ruch z podaniem PDF, EPUB i MOBI przy tekście o takiej długości.

Perrux, dzięki za komentarz. Cieszę się, że wśród plusów wymieniłeś rzeczy, na których mi zależało, by spodobały się czytelnikowi.

A inne formaty dodaję od zawszę, chwila roboty, a ułatwia życie czytelnikom. Wiem, bo sam przerabiam tutejsze opowiadania na .MOBI.

Bardzo intrygujące. Pomysł i klimat oryginalne, trzymają w napięciu. Trochę mi brak wskazówek (końcówka pozostała niejasna, czemu właściwie Isenia została sama i błądziła?), ale wizja jest tak plastyczna, że kliknąć bibliotekę musiałam :)

Fajne :)

Przynoszę radość

Bellatrix, dzięki za wizytę. Widzę, że również uznajesz końcówkę za niejasną. [spoiler] Dlaczego Isenia została sama i błądziła? Ponieważ wysłała dziewczynkę do Oku, zamiast sama do niego pójść. Tym samym nie przeszła próby i straciła swój księżyc, który był “kluczem” do Asanio. Da się to wyczytać z tekstu czy dałem ciała? :)

 

Anet, dzięki.

Że księżyc był kluczem – da się. Ale jak one to ustaliły – trzeba zgadywać. Może Isenia wysłała Dzień, może ona sama się zgłosiła, może grały w marynarza… W innych przypadkach pokazujesz, jak to się rozgrywało (i różnie bywało), a w ostatnim nabrałeś wody w usta.

Babska logika rządzi!

Lekko zmodyfikowałem ostatni fragment. [spoiler] W miejscu, gdzie Isenia czuła, że popełniła jakiś błąd jest teraz – Czuła, że popełniła błąd, wysyłając Dzień do Oku. Mam nadzieję, że teraz będzie jaśniej dla kolejnych czytelników.

O, teraz lepiej. IMO.

Babska logika rządzi!

Cześć, Zygfrydzie. :)

Jesteś moim piątkowym dyżurnym opkiem i bardzo z tego radam. Zgłoszę do biblio i Piórka, bo chociaż opko dla mnie ma jedną wadę, o której Ci pisałam to i tak jest niezwykle ciekawe.

Pozwolę sobie przekleić fragment swojego komentarza jako uzasadnienie (dla ciekawskich dodam, że był moimi pierwszymi słowami, zaraz po przeczytaniu), więc bez skrupułów skarżę i nominuję. 

 

Z komentarza:

„…Piękna opowieść utkana z cieni i półcieni w mroku rozpraszanym tylko przez blask zmniejszającej się liczby księżyców. W klimacie podobna dla mnie do „Ann In w grobowcach świata” Olgi Tokarczuk.

Bohaterem i głównym narratorem jest dziewczynka – Isenia (nie dziecko, z uwagi na epizod z Xaru, ciekawe jaki okres czasu obejmuje opowiadanie, miałam wrażenie, że mam do czynienia z dzieckiem, gdyby założyć, że obozowania zakładali codziennie, ze dwa – trzy lata góra). Poznajemy ją, gdy wędruje z czterema towarzyszami niedoli, zmierzając do mitycznego Asanio, niewiele wie o naturze świata i swoich towarzyszach. Wędrówka jest też opisem dojrzewania Iseni. Świat, który przemierza grupa towarzyszy odsłaniasz kawałek po kawałku wraz ze zdarzeniami. Świat jest zaludniony dziwnymi postaciami i tajemnicami do odkrycia, chciałam dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi.

Zdecydowanie na plus język opowiadania, dopasowany i do postaci, i opowieści, zwłaszcza że pamiętam „Sylwestrowy autobus” oraz opowiadanie pisane chyba na Słuchowisko. 

Twój sposób opowiadania wciąga też przez fabularność. Kroczysz po literach i co rusz jako czytelnik jestem zaskakiwana. Nie mam wrażenia przyspieszania (akcyjności), ponieważ historia rozwija się płynnie. Dobrze dawkujesz informacje pozyskiwane przez Isenię, kontrolujesz jako Autor jej punkt widzenia i wiedzy, byłam pod wrażeniem…”

 

A teraz kilka słów po czasie, który upłynął. Słowa bym nie skreśliła ze swoich komentarzy, ale silniej upierałabym się odnośnie zakończenia i nieskończoności zaproponowanej przez Ciebie symboliki. Wielość możliwych odniesień powoduje, że nie pamiętam już tekstu. Pamiętam bardzo dobrze pierwszą scenę, potem kolejne zdarzenia, chociaż jedne silniej, inne bardziej ogólnikowo, natomiast nie wiem, wciąż tego nie wiem, o czym było opowiadanie. Co chciałeś powiedzieć, znaczy Twoi bohaterowie, znaczy ich los, wybory? I z tym mam problem. Nie mamy tu kłopotu z brakiem, lecz wielością, która rozpływa się w bogactwie. Mam stosunkowo dużą tolerancję na wieloznaczność i, tzw. zawieszenie, ale poruszasz tak spraw w trakcie, że zakończenie zdaje się niesatysfakcjonujące, bo rozwiązuje tylko wątek Iseni, a inne stały się w trakcie ciekawsze. 

A może jest to kłopot pojawiający się wtedy, kiedy stworzony świat jest tak prawdziwy, że zaczynasz w niego wierzyć, choć jest odmienny od naszego i ma z nim niewiele punktów stycznych? Wtedy chciałbyś dalszego ciągu.

Muszę przeczytać wreszcie „Dziewczynę z perłą”, jeszcze tego nie zrobiłam. NF papierowe leżą na stosiku i czekają. Eh. 

 

pozdrawiam serdecznie :-)

piątkowa Asylum w niedzielny wieczór

 

PS. Znaczy zgłoszę do Piórka za dwa dni, gdyż muszę odczekać. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hm, muszę szczerze przyznać, że jesteś jednym z moich ulubionych autorów, których było mi przyjemność poznać na portalu fantastyki. Przede wszystkim bardzo lubię Twój sposób pisania – plastyczny, obrazowy, nie za szybki i nie za wolny.

Tym razem też się nie zawiodłam. Świat, który opisałeś pochłonął mnie i zafascynował. Zabrałeś mnie do innej rzeczywistości na ramionach świetnie wykreowanych bohaterów. Czytałam od początku do końca z zapartym tchem… :)

Odnośnie zakończenia… Zbyt otwarte? Nie wiem. Tak to sobie wymyśliłeś. Mnie się bardzo podobało. Oczywiście klikam bibliotekę. 

I zgłaszam do piórka :)

 

Ps. Za dwa dni…

Modyfikacja ostatniego fragmentu według mnie na plus – teraz dużo łatwiej będzie złożyć całą opowieść w całość (szczególnie wyjaśnia się motywacja Dzień, jej konkretny cel w dołączeniu do grupy). Teoretycznie (gdyby Ci na tym zależało) mógłbyś próbować bardziej subtelnie umieścić podpowiedź, ale raczej wątpię, żeby komuś to dosłowne wyjaśnienie z ostatniego fragmentu przeszkadzało.

Po przemyśleniu zgłosiłem do piórka – jeden z najlepszych tekstów pod względem budowania świata, klimatu i relacji bohaterów, jakie ostatnio tu czytałem.

Ha – zajrzałam z grzeczności, by się odwzajemnić za lekturę mojego tekstu a tu takie dobre opowiadanie. Lubię takie – z odmienionym światem, który ma jednak swoje zasady. Brawa z klimat,  płynną narrację, pomysły i to, że nie wiadomo było, jak się skończy. 

Zasługuje na miejsce w jakiejś drukowanej antologii. 

Bardzo ciekawe opowiadanie, z niesamowitym światem i atmosferą. Koniec bardzo przejmujący. Czytałem z przyjemnością.

 

Tylko dwie rzeczy na które się natknąłem:

Długo szukali stroju, w który mogliby przywdziać Dzień, aż w końcu natrafili na dom, gdzie kiedyś mieszkała gromadka dzieci.

– Wydaje mi się, że właściwym słowem byłoby: “przyodziać”.

Zbliżali się do czarnej drogi. Isenia zwalczyła nagłą chęć zawrócenia, myśląc o potworach z cienia (+,) patrzących w ciemności na śpiącą Dzień.

PS. Całość bardzo mi się skojarzyła z okładką zbioru opowiadań Lovecrafta: “Przyszła na Sarnath zagłada”. https://vesper.pl/262-large_default/przyszla-na-sarnath-zaglada-opowiesci-niesamowite-i-fantastyczne-oprawa-miekka.jpg

Dzięki za wszystkie komentarze.

Jesteś moim piątkowym dyżurnym opkiem i bardzo z tego radam.

Asylum, fajny zbieg okoliczności :)

 

 

Oczywiście klikam bibliotekę. 

I zgłaszam do piórka :)

Ps. Za dwa dni…

Katia, dzięki :) Coś mi się obiło o uszy, że są nowe procedury. Trzeba zapamiętać…

 

 

Ha – zajrzałam z grzeczności, by się odwzajemnić za lekturę mojego tekstu a tu takie dobre opowiadanie.

Beatrycze, dzięki, zwłaszcza że mój tekst jest sporo dłuższy :)

 

 

Filip, rzeczywiście przyodziać bardziej pasuje. Zmieniłem. Przyszła na Sarnath zagłada może kiedyś przeczytam, bo wcześniej wydany zbiór, Zgroza w Dunwich, zrobił na mnie spore wrażenie.

 

Bardzo dobry tekst. Stoi pomysłową kreacją świata i nastrojem, jaki dzięki oszczędnej, ale lekko poetyckiej prozie udaje ci się wykreować. Nie przeszkadzają mi niedopowiedzenia, moim zdaniem w obecnej postaci tekst jest jasny. Jest też, tak naprawdę, bardzo smutny – opowiadasz nam, jeżeli dobrze odczytałam Twoje intencje, historię dziewczynki, która zrobiła coś złego i głupiego, co na zawsze zamknęło przed nią szansę na osiągnięcie tego, o czym marzyła, bo tak się nauczyła od dorosłych, którzy wcześniej pokazali jej, jak to może działać i jak się łamie pakt zawarty z bóstwem. Podejrzewałam, że Dzień może być boginią, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo to nie o tego rodzaju twisty chodziło w twojej opowieści. Bardzo efektownie grasz tu odwracaniem tropów klasycznej fantastyki (gdzie okazałoby się zapewne, że nie ma żadnego Oku), plastycznie i barwnie budujesz świat i niespiesznie, spokojnie nas przez niego prowadzisz. Fajny przypadek, że tekst literacko stonowany, spokojny, ładnie napisany jednocześnie stoi tak naprawdę światotwórczym pomysłem. Podobało mi się.

Dziękuję za opinię :)

I w sumie paradoksalnie dla dziewczynki lepiej by było, gdyby ojciec sie za nią nie poświęcił, bo wtedy zostałaby “zbawiona” a tak to nie. 

Ale cóż, kto powiedział, że bogowie są dobrzy i sprawiedliwi. Niby ta bogini nagradza za szlachetność, ale przecież się ludźmi bawi. 

Podobało się. Ciekawy świat i minimum określeń do jego opisania – ta oszczędność przypadła mi do gustu. Bohaterowie, choć pozornie tylko nakreśleni, szybko stają się charakterystyczni. Świat wiecznej nocy i niepewnego przeznaczenia, czasu życia odmierzanego przez księżyce – świetne pomysły. Naprawdę poruszające są momenty, w których ktoś z grupy musi odejść do Oku… Opowiadanie, mimo długości, wciągające i wcale tych 70k znaków się nie czuło. Żal mi Uta, ale już tak mam, że żal mi tych najgorszych.

Piękna historia.

 

EDIT: I taka refleksja jeszcze. Niby ci, którzy dotarli do Asanio, osiągnęli “raj”, ale czy mogli się nim cieszyć wiedząc, w jakim położeniu pozostawili swoich towarzyszy drogi?

Bardzo ładne opowiadanie. 

Przede wszystkim dobrze wykreowany świat, nienachalne, ale obrazowe opisy. Bardzo podobały mi się nazwy zwierząt i sposób, w jaki je przedstawiłeś. Ładny pomysł z wiszącymi na niebie księżycami, różnymi światami i umową z Oku. Na początku trudno mi było zżyć się ze wszystkimi bohaterami, ale im dalej w tekst, tym lepiej. Jest tu trochę niedopowiedzeń, trochę do poskładania i poniekąd otwarte zakończenie. Mi to za bardzo nie przeszkadza, bo mimo tej niewiedzy uważam lekturę za w pełni satysfakcjonującą. 

Silva, SaraWinter, dziękuję za komentarze :) 

Krótko mówiąc świetny tekst. Piękny świat, zaciekawił mnie od samego początku. Opowiadanie z perspektywy dziecka tylko potęguje niezwykłość i tajemniczość świata wielu księżyców. Do tego istoty utkane z kolorowych cieni, wieczna noc, jedyny słuszny trop i nieosiągalny cel, a to wszystko opisane plastycznym językiem. Bajka. Bardzo ładnie wykorzystany motyw wędrówki, pozornie brutalny układ zawarty z Oku, byłem usatysfakcjonowany, gdy zrozumiałem, na jakiej zasadzie on działa, choć domyślać zacząłem się wcześniej, niż to opisałeś. Bohaterowie przemyślani, każdy ma coś charakterystycznego (i nie mam na myśli księżyca ;) ). Czytało się bardzo przyjemnie. Szczególnie końcówka mi się spodobała bo szczerze kibicowałem Isenie, byłem wręcz pewien, że postąpi słusznie. Aż mi się jej szkoda zrobiło. Inna sprawa, że delikatne granie na emocjach to również duży atut tekstu. Z narzekania to w pewnym momencie tekst zaczął mi się dłużyć, jakoś odkąd zaczęli wędrować we trójkę, ale nie potrafię sprecyzować dlaczego. Technicznie bardzo dobrze, wiem, że to będzie czepialstwo, ale szkoda nie dopracować opowiadania, a wyłapałem parę szczegółów:

 

Smutny widok.

Mając dobry widok na odbite niebo, zaczęła liczyć księżyce.

Za blisko siebie słowo “widok” występuje trochę.

 

Literówki:

Isenia nigdy wcześniej nie wiedziała płonącego wzgórza.

Lortta, zapytana co to takiego,

Były tam loch

Znaleźli mnie, a był ich dokładnie dwadzieścioro pięcioro

nigdy nie wiedzieli narodzin

na swoje drodze

Wiedział, że grupa wymierała i jej czas była policzony, lecz wciąż mogli wędrować pewien czas.

Tu coś się posywało.

pełny gniewy grymas Randyla

W takim razie skąd wiesz, o tych wszystkich rzeczach?

Nie pasuje mi tu przecinek.

ta wymykała dokądś się z obozu.

Dziwnie to brzmi, dałby “się” po “wymykała”.

głupie i dzienne.

Tak miało być? Czy dziecinne?

niezdolna zrobić choćby kroku.

Dziwnie to brzmi.

EDIT: Jeszcze jeden plus, tytuł przyciąga uwagę i świetnie wypełnia się w końcówce.

Herox002, dzięki wielkie, zwłaszcza za wszystkie wskazane poprawki. Już poprawione.

“Iskry z ogniska lądowały na jego nosie”

– i nie reagował, nie parzyły, jeśli działo się tak co chwile, to co z włosami?

 

“Nie powinien się więc być zły”

“pomyliła się do Loretty”

“Kiedyś przyjedzie jednak pora”

– drobne błędy.

 

"– To nie złamie umowy – powiedział jej drżącym głosem. – Trop tak twierdzi"

Wcześniej wolał mówić "Kierunek".

 

"Z każdym krokiem czuła czarną drogę mocniej, jakby atakował po kolei każdy ze zmysłów."

atakowała

 

Dobra, generalnie na tyle lubię czytać Twoje teksty, że spodziewałem się znacznie więcej :P

To jest dobre opowiadanie, sprawnie napisane, z drugim dnem. W dodatku tajemnica tego świata jest tak wprasowana w jego treść, że jako czytelnik cały czas krążyłem wokół domysłów, a rozwiązanie “jak diabeł z pudełka” nie psuje kompozycji, ani odbioru. Jest dobre, jest drukowalne, a jednak chciałoby się więcej. I zastanawiałem się przez chwilę czy to efekt własnie porównywania dobrego z jeszcze lepszym, ale chyba jednak nie do końca.

W ogóle to tak się zastanawiam, przypominając sobie teksty o szamanach i o bogach-rekinach (bo to były Twoje teksty? dobrze kojarzę?) – czy to jest to samo uniwersum, choć na innej płaszczyźnie? bo zauważyłem, że w bardzo ciekawy sposób przedstawiasz bogów w swoich opowiadaniach i jest w tym pewna spójność.

Swoją droga ta płaszczyznowość świata, ciągłe poddawanie niezrozumiałej próbie… No, solidne to. Aż trochę dziwne, że jeszcze nikomu powyżej nie skojarzyło się z Hiobem.

Przyznam, ze się głowiłem, czy to jest świat podobny do naszego, ale postapo, a jeśli tak, to czy niezrozumiałe zjawiska mają podłoże technologiczne czy magiczne, ale właściwe wyjaśnienie jest bardzo dobre. Jak również to, że nadal pozostawia część niedomówioną.

Satysfakcja czytelnicza – spora. Czy piórkowo… Jeszcze nie wiem.

 

Wilku, dziękuję za komentarz.

Skojarzyło się, @Wilku, ale o wszystkim pisać nie sposób. wink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zygfrydzie, ale jak z tym uniwersum? :D 

O rety, miałem się rozpisać, a zapomniałem :P

Pisząc o bogach-rekinach, masz na myśli “Dziewczynę z perłą zamiast oka” z NF? W każdym razie nie, to nie jest jedno uniwersum. Takie smaczki w różnych utworach jednego pisarza są świetne i bardzo lubię, jak King czy Sanderson łączą swoje dzieła, ale ja nigdy nie sądziłem, że ktoś będzie aż tak wnikał w moje opowiadania, żeby takie rzeczy wyłapywać. Więc nie łączyłem swoich tekstów w żadne uniwersa.

Choć może nie do końca, opowiadania o Nocnym Radiu dzieją się w jednym uniwersum, bo to seria. To znaczy będą się dziać, jak skończę drugie, mam nadzieję że niedługo, bo mam już 45k znaków. No i w pierwszym Nocnym Radiu było małe nawiązanie do Autobusu Sylwestrowego, więc jak ktoś chce, to może założyć, że Autobus... jeździ w świecie Nocnego Radia.

No i może kiedyś napiszę coś w świecie “Dziewczyny z perłą zamiast oka”, bo to moje ulubione opowiadanie. Ale będzie to coś w podobnym klimacie. Tylko pomysł musi się pojawić.

 

Autobus sylwestrowy… jej to Twój :D Pamiętam ten tekst po latach. Bardzo klimatyczny.

Piękna opowieść. Taki gaimanowski styl nadaje jej iście baśniowy klimat.

Beatrycze_Nowicka pisze:

Zasługuje na miejsce w jakiejś drukowanej antologii. 

I ja się pod tym podpisuję. Opowieść wciągnęła mnie bardziej, niż niejedno opowiadanie z takich właśnie antologii.

Mr Windy, dzięki za odwiedziny. Rety, trzy opowiadania jednego dnia, mam nadzieję, że Ci się nie przejadłem :)

mam nadzieję, że Ci się nie przejadłem

zygfryd89, nic z tych rzeczy. A “Dziewczynka bez księżyca” to najlepsze co ostatnio czytałem i nie mówię tylko o forum. :)

Technicznie jest bardzo dobrze.

Świat – postapo fantasy – to rewelacja. Dobrze rozkładasz kolejne ujawnianie jest skrawków na te 70k znaków, plus jeszcze z początku dawkujesz same elementy, by nie utopić czytelnika. Przez to ani razu nie czułem się przytłoczony terminami, ilością bohaterów czy nazwami własnymi.

Sami bohaterowie porządni. Nie rzucili mnie na kolana, ale są wyraźni. Kto ma być sympatyczny – jest sympatyczny. Kogo mam nie lubić – tego nie lubię. Dobrze więc wszystko wyważyłeś.

Sama treść wpada w pamięć. Raz już wspomnianą kreacją świata, ale też lekko zarysowanym, nienachalnym drugim dnem. A przynajmniej czymś, co jako takowe odczytałem :) Zakończenie trochę na tym tle wypada… zwyczajnie. W sensie oczekiwałem, że coś przysłowiowo “wybuchnie”, tymczasem kończysz bardzo spokojnie. Ma to swoje plusy, pasuje do nieśpiesznego klimatu tekstu, ale zabrakło mi osobiście mocniejszego akcentu.

Tak więc bardzo dobry koncert fajerwerków. Widowiskowe światotwórstwo :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, dziękuję za wizytę.

Nowa Fantastyka