- Opowiadanie: drakaina - Zbrodnia i kara

Zbrodnia i kara

Di­sc­la­imer (pew­nie i tak nikt nie prze­czy­ta): cho­ciaż jest tu cień za­gad­ki kry­mi­nal­nej, to nie o nią cho­dzi ;)

 

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zbrodnia i kara

– Pro­szę się uspo­ko­ić, panie ba­ro­nie – po­wie­dział fleg­ma­tycz­nie sę­dzia Ro­us­set, się­ga­jąc po cy­ga­ro.

Adam za­ci­skał i roz­pro­sto­wy­wał palce, wpa­tru­jąc się przez okno w sto­ją­cą na dzie­dziń­cu ka­ret­kę wię­zien­ną. Od­wró­cił się, pod­szedł do biur­ka i rąb­nął pię­ścią w blat, aż cy­ga­ra wy­sko­czy­ły ze skrzy­necz­ki.

– Jeśli pośle pan na gi­lo­ty­nę nie­win­ną ko­bie­tę – syk­nął, a sę­dzia skrzy­wił się nie­znacz­nie – do­wie­dzą się o tym naj­wyż­sze czyn­ni­ki.

Ro­us­set przy­ci­na­ł cy­ga­ro.

– Miał pan trzy dni na przed­sta­wie­nie do­wo­dów nie­win­no­ści. Ten czas minął dzi­siaj, a ra­czej minie za czte­ry go­dziny, kiedy ogło­szę wyrok.

Adam usi­ło­wał pro­te­sto­wać.

– Ten pro­ces cią­gnie się już za długo – uciął Ro­us­set chłod­no, za­pa­la­jąc cy­ga­ro. – Do zo­ba­cze­nia o czter­na­stej.

 

Wdowa Jo­ur­dan sie­dzia­ła w celi z tą samą obo­jęt­ną miną, którą po­ka­zy­wa­ła w są­dzie. Nie zy­ska­ła tym przy­chyl­no­ści dzien­ni­ka­rzy ani wia­ry­god­no­ści w oczach praw­ni­ków, włącz­nie z przy­dzie­lo­nym z urzę­du ad­wo­ka­tem. Oskar­żo­na z ka­mien­ną twa­rzą twier­dzi­ła, że nie miała nic wspól­ne­go ze śmier­cią męża, jed­no­cze­śnie zaś ze­zna­nia – skła­da­ne z rów­nym spo­ko­jem – od­ma­lo­wa­ły po­ży­cie jako pasmo kłót­ni, spo­rów, wza­jem­nych zło­śli­wo­ści i prze­mo­cy. Prze­ko­na­nie o jej winie było po­wszech­ne.

– Wie pan – po­wie­dzia­ła na widok Adama – wy­star­czy, że pan mi uwie­rzył. Ja i tak bez niego nie mam życia.

Ostat­nie zda­nie zbiło go z tropu. Śle­dził pro­ces nie­mal­że od po­cząt­ku, od kiedy wzmian­ka w pa­ry­skiej ga­ze­cie przy­wio­dła go do Va­len­ce, co więc prze­ga­pił?

– Może pani po­wtó­rzyć?

Ona jed­nak po­grą­ży­ła się już w ro­dza­ju mo­dli­twy czy me­dy­ta­cji, a jej wzrok zda­wał się błą­dzić po od­le­głych kra­inach, nie­do­stęp­nych ludz­kim oczom.

 

– Tak po­wie­dzia­ła? – Pani Fa­vier, są­siad­ka, nie kryła zdu­mie­nia. – Może „przez niego”?

Adam po­krę­cił głową.

– Wie pani, jak myślę o pro­ce­sie – od­parł – to ona spra­wia­ła wra­że­nie przy­gnę­bio­nej. Zre­zy­gno­wa­nej. Jakby nie­szczę­ście przy­gnio­tło ją i po­zba­wi­ło siły ży­cio­wej.

Dzier­ga­na pod­czas roz­mo­wy ser­wet­ka za­trze­po­ta­ła w rę­kach Marie Fa­vier. Ko­bie­ta odło­ży­ła szy­deł­ko i kłę­bek do ko­szycz­ka, po czym z tru­dem wy­pro­sto­wa­ła palce.

– Ar­tre­tyzm – mruk­nę­ła, ale Adam czuł, że to nie ból sta­wów spo­wo­do­wał nagłe znie­chę­ce­nie do ro­bót­ki.

– Je­że­li wie pani co­kol­wiek, co mo­gło­by pomóc…

Pa­trzy­ła na niego ze smut­kiem.

– Étien­ne za­słu­żył na karę za to, jak trak­to­wał żonę – ode­zwa­ła się w końcu – ale mó­wi­łam już, że ona nie po­zo­sta­wa­ła mu dłuż­na. Ja tam nie po­sła­ła­bym jej na sza­fot, nawet jeśli go za­dźga­ła, bo za­słu­ży­ła na tro­chę spo­ko­ju… – Urwa­ła, wpa­tru­jąc się nie­pew­nie w roz­mów­cę.

Adam roz­po­starł na ko­la­nie wy­mię­tą kart­kę i przez chwi­lę na niej gry­zmo­lił, usiłując połączyć fakty i domysły.

– „Bez niego nie mam życia” – po­wtó­rzył usły­sza­ne pół go­dzi­ny wcze­śniej słowa. – Ro­zu­mie pani coś z tego?

Ma­da­me Fa­vier wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Pa­mię­ta pan, że ponoć jak się po­zna­li, to była wiel­ka mi­łość. No więc potem darli koty, bo coś się nie uło­ży­ło, ale może teraz jej jesz­cze go­rzej, jak nie ma z kim ich drzeć? Może za­bi­ła go, bo nie mogła wy­trzy­mać, a teraz…

Adam bęb­nił pal­ca­mi w kart­kę. Nie­uchwyt­ny szcze­gół nie dawał mu spo­ko­ju. „Nie mam życia?” – my­ślał. „A może nie ma we mnie życia?” Nie prze­pra­sza­jąc roz­mów­czy­ni wy­biegł z po­ko­ju, po czym wró­cił z żoną stró­ża. Kon­sjerż­ka gde­ra­ła, ale nie mogła od­mó­wić współ­pra­cow­ni­ko­wi pa­ry­skiej po­li­cji otwar­cia drzwi.

Trzy mie­sią­ce temu do­zor­ca zna­lazł pana Jo­ur­dan w ka­łu­ży krwi, z roz­cię­tą ostrym na­rzę­dziem szyją. Ade­li­ne klę­cza­ła obok ciała bez ruchu. Na pod­ło­dze leżał rzeź­nic­ki nóż. Sę­dzia Ro­us­set miał rację – spra­wa ro­bi­ła wra­że­nie oczy­wi­stej, a pro­ces cią­gnął się długo, bo żona nie przy­zna­wa­ła się do winy. W no­tat­ce pra­so­wej Adama za­in­try­go­wa­ło jed­nak co in­ne­go: opis cał­ko­wi­tej bier­no­ści oskar­żo­nej. Wy­da­ło mu się to krzy­kiem roz­pa­czy.

Wo­dził teraz wzro­kiem po skrom­nie ume­blo­wa­nym po­ko­ju, aż wresz­cie do­strzegł to, czego szu­kał. Na ko­min­ku stały fo­to­gra­fie w ram­kach z po­ma­lo­wa­ną na złoto gip­so­wą de­ko­ra­cją.

– To jest pani Jo­ur­dan, zga­dza się?

Obie ko­bie­ty po­tak­nę­ły.

– Kiedy?

Kon­sjerż­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, a pani Fa­vier zmarsz­czy­ła brwi.

– Ta ko­ron­ka – za­czę­ła nie­pew­nie, wska­zu­jąc na koł­nie­rzyk – to moja ro­bo­ta. Za­chwy­ci­ła Ade­li­ne, więc do­sta­ła ją w pre­zen­cie uro­dzi­no­wym. W sierp­niu, nie­ca­łe dwa mie­sią­ce przed… – Zmru­ży­ła oczy i pod­nio­sła dłoń do ust.

„A więc do­strze­gła to, co ja” – po­my­ślał Adam.

Z por­tre­tu spo­glą­da­ła ko­bie­ta w śred­nim wieku, pod­czas gdy wdowa Jo­ur­dan już trzy ty­go­dnie temu, kiedy po raz pierw­szy zo­ba­czył ją na sali są­do­wej, spra­wia­ła wra­że­nie osoby znacz­nie star­szej. We­dług akt spra­wy pani Jo­ur­dan uro­dzi­ła się w roku 1807, a więc nie miała jesz­cze pięć­dzie­się­ciu lat. Pod­czas gdy ko­bie­ta z celi, którą przed chwi­lą od­wie­dził, mo­gła­by być jej matką.

– Kiedy przy­szła tu po­li­cja… Czy któ­raś z pań przy tym była?

– No prze­cież mój ich we­zwał – mruk­nę­ła kon­sjerż­ka, a pani Fa­vier spu­ści­ła wzrok. Adam po­dzię­ko­wał w my­ślach lo­so­wi za wścib­skie są­siad­ki.

– A zatem obie panie wi­dzia­ły, jak wy­glą­da­ła pani Jo­ur­dan tam­te­go dnia, praw­da?

– Zwy­czaj­nie – od­par­ła żona stró­ża. – Tylko, ina­czej niż w tym są­dzie, była prze­ra­żo­na. I cała we krwi.

Marie Fa­vier wa­chlo­wa­ła się dło­nią.

– Mój Boże – po­wie­dzia­ła cicho. – Ona się tak po­sta­rza­ła przez to oskar­że­nie? Bo pan ma to na myśli, praw­da? – Nagle, zanim Adam zdą­żył od­po­wie­dzieć, zro­bi­ła wiel­kie oczy. – Chyba że ktoś ją pod­mie­nił?

Adam zer­k­nął na ze­ga­rek. Zo­sta­ły mu nie­speł­na trzy go­dzi­ny, żeby roz­wi­kłać za­gad­kę i oca­lić życie uwię­zio­nej, kim­kol­wiek była.

 

Było oczy­wi­ste, że dzien­ni­ka­rze zo­sta­ną w mie­ście do ogło­sze­nia wy­ro­ku, a może i do eg­ze­ku­cji, któ­rej się po­wszech­nie spo­dzie­wa­no, toteż Adam nie cze­ka­jąc na do­roż­kę udał się szyb­kim kro­kiem do Hôtel de la Poste.

– Pan About pro­sił, żeby mu nie prze­szka­dzać – oznaj­mił uprzej­mie ale sta­now­czo chudy re­cep­cjo­ni­sta.

– Pilna spra­wa po­li­cyj­na – mruk­nął Adam, za­bie­ra­jąc re­jestr gości.

Chwi­lę póź­niej bez pu­ka­nia wpa­ro­wał do po­ko­ju numer dwa­na­ście.

– Mó­wi­łem, żeby… – roz­legł się gniew­ny głos, na­le­żą­cy do po­chy­lo­ne­go nad biur­kiem wy­so­kie­go męż­czy­zny.

– Myślę, że ze­chce pan po­roz­ma­wiać – od­parł Adam, sa­do­wiąc się. – Adam Car­del­li z biura ce­sar­skie­go in­spek­to­ra do spraw spe­cjal­nych.

Dzien­ni­karz od­wró­cił się gwał­tow­nie, strą­ca­jąc ka­ła­marz.

– Czemu za­wdzię­czam… – za­czął, ale Adam prze­rwał mu ru­chem ręki.

– Wy­ja­śnię po dro­dze.

– Za trzy go­dzi­ny sąd wyda wyrok – za­pro­te­sto­wał About. – Do tego czasu muszę mieć tekst, chcę być pierw­szy w biu­rze te­le­gra­fu…

– Za nie­ca­łe trzy go­dzi­ny – spro­sto­wał Adam. – A jeśli mam rację, to wszyst­ko, co pan na­pi­sał… i co na­pi­sa­li pań­scy kon­ku­ren­ci… bę­dzie można wy­rzu­cić do kosza.

 

– Za­łóż­my, że wdowa Jo­ur­dan nie po­peł­ni­ła mor­der­stwa. – Dzien­ni­karz nie spra­wiał wra­że­nia prze­ko­na­ne­go. – Ale co ma do tego…?

– Jeśli pan mi nie po­mo­że, nie zdążę ura­to­wać tej ko­bie­ty.

To About był au­to­rem no­tat­ki, która tak po­ru­szy­ła Adama.

– Pan wie, że wszyst­ko świad­czy prze­ciw­ko pani Jo­ur­dan, a nagłe po­sta­rze­nie się nie jest nie­moż­li­we…

– Ad­wo­kat nie kiw­nie pal­cem w spra­wie od­wo­ła­nia. Trze­ba opóź­nić wyrok.

Dzien­ni­karz prze­wró­cił ocza­mi.

– Jeśli pan się myli, moja ka­rie­ra…

– Poda pan mnie jako swoje po­zor­nie wia­ry­god­ne źró­dło.

Coś mu­sia­ło być w tonie jego głosu czy też spoj­rze­niu, bo About wyjął z kie­sze­ni kart­kę, którą Adam wrę­czył mu w dro­dze, prze­biegł raz jesz­cze wzro­kiem tekst, rzu­cił Ada­mo­wi po­nu­re spoj­rze­nie i wes­tchnął cięż­ko.

Adam zda­wał sobie do­sko­na­le spra­wę, że gra ry­zy­kanc­ko, ale nie miał wy­bo­ru.

We­szli do biura te­le­gra­fu razem, po czym udali się do osob­nych sta­no­wisk. Spi­su­jąc szy­fro­wa­ną wia­do­mość dla wi­ce­mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści, Adam my­ślał tylko o tym, czy re­dak­cja ga­ze­ty łyk­nie przy­nę­tę, czy wy­dru­ku­je sen­sa­cyj­ny do­da­tek spe­cjal­ny. Jeśli wszyst­ko do­brze pój­dzie, przed czter­na­stą na biur­ku sę­dzie­go znaj­dą się de­pe­sze, które dadzą im nie­zbęd­ny czas na dzia­ła­nie.

Kazał dzien­ni­ka­rzowi cze­ka­ć na od­po­wie­dzi, a sam wró­cił do wię­zie­nia.

Ade­li­ne Jo­ur­dan sie­dzia­ła w ta­kiej samej po­zy­cji, w ja­kiej zo­sta­wił ją ponad dwie go­dzi­ny wcze­śniej, ze wzro­kiem utkwio­nym w nie­okre­ślo­nym punk­cie w prze­strze­ni. Adam ode­słał straż­ni­ka na ko­niec ko­ry­ta­rza, za­mknął za sobą drzwi i po­chy­lił się nad ko­bie­tą.

– Kim pani na­praw­dę jest? – wy­szep­tał.

Przez chwi­lę zde­spe­ro­wał, po­nie­waż sku­lo­na na krze­śle po­stać ani drgnę­ła. Ale po cią­gną­cych się jak wiecz­ność mi­nu­tach bar­dzo po­wo­li unio­sła głowę.

– Na­zy­wam się Ade­li­ne Jo­ur­dan, z domu Vil­lard. Nie za­bi­łam męża. Nigdy bym go nie za­bi­ła.

Po­wie­dzia­ła to obo­jęt­nym tonem, jak wy­uczo­ną lek­cję.

– W takim razie kto? – za­py­tał z roz­pa­czą Adam. Py­ta­nie to padło kil­ka­krot­nie w trak­cie pro­ce­su, ale pani Jo­ur­dan za­wsze mil­cza­ła jak za­klę­ta. – Pani coś wie, praw­da? Kogo pani kryje?

Po raz pierw­szy, od kiedy ją po­znał, do­strzegł w jej oczach cień oży­wie­nia.

– Do­bra­li­śmy się jak w korcu maku.

Zro­bił wiel­kie oczy, nic nie ro­zu­mie­jąc. Gdyby mąż ją za­ata­ko­wał, po­win­na wy­ja­wić to na roz­pra­wie. Nie mieli dzie­ci, więc nie chro­ni­ła ni­ko­go bli­skie­go.

– Teraz mogę już tylko umrzeć.

Adam chwy­cił ją za ra­mio­na i po­trzą­snął drob­ną po­sta­cią, kru­chą jak por­ce­la­no­wa fi­gur­ka.

– Nie! – krzyk­nął.

Za drzwia­mi roz­le­gły się kroki straż­ni­ka. Adam wy­chy­lił się z celi i dał znak, że wszyst­ko w po­rząd­ku. Kiedy spoj­rzał znów na panią Jo­ur­dan, do­strzegł na jej po­licz­kach cień ru­mień­ca. Prze­tarł oczy z nie­do­wie­rza­niem. Chwi­lę póź­niej miał jed­nak przed sobą znów obo­jęt­ne, blade ob­li­cze przed­wcze­śnie po­sta­rza­łej ko­bie­ty.

– Za­łóż­my, że jest pani istot­nie wdową Jo­ur­dan – po­wie­dział.

– Je­stem nią – od­par­ła.

Adam za­ci­snął po­wie­ki.

– Za­łóż­my, że wszyst­kie pani ze­zna­nia były praw­dzi­we.

– Były praw­dzi­we.

Otwo­rzył oczy.

– Niech mi pani w takim razie wy­ja­śni, dla­cze­go śmierć czło­wie­ka, który stwo­rzył pani pie­kło na ziemi, tak bar­dzo panią przy­bi­ła?

Re­ak­cja roz­mów­czy­ni cał­ko­wi­cie zbiła go z tropu. Pani Jo­ur­dan śmia­ła się. Gorz­ko, nie­mal­że przez łzy, ale był to nie­wąt­pli­wie śmiech.

– Nie wy­star­czy panu – za­py­ta­ła w końcu – że uwie­rzył pan w moją nie­win­ność? Musi pan drą­żyć dalej? Czy jak mnie skażą i za­bi­ją, da pan spo­kój? A może mam się przy­znać dla świę­te­go spo­ko­ju? Pań­skie­go, praw­ni­ków…

Spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

– W tej chwi­li w Pa­ry­żu kilka osób otwie­ra de­pe­sze. Dzię­ki nim może uda się ura­to­wać pani życie i opi­nię.

Za­śmia­ła się znów, ale tym razem krót­ko i chra­pli­wie.

– Dla­cze­go pan wie­rzy, ale tylko czę­ścio­wo? Po­wie­dzia­łam prze­cież wszyst­ko.

Za­mru­gał po­wie­ka­mi. Co to była za gra? Przy­po­mniał sobie fo­to­gra­fię.

– Bez niego nie ma pani życia – po­wtó­rzył po­wo­li. – Dla­te­go sta­rze­je się pani w przy­spie­szo­nym tem­pie?

Była szyb­ka. Znacz­nie szyb­sza niż spo­dzie­wał­by się po kru­chej sta­rusz­ce, na którą wy­glądała. Zanim zdą­żył spa­ro­wać atak laską, po­czuł na gar­dle szpo­nia­ste palce. „Jak pan Jo­ur­dan” – po­my­ślał, przy­po­mi­na­jąc sobie szcze­gó­ły za­bój­stwa.

Coś ka­za­ło mu po­zo­stać nie­ru­cho­mym, choć wie­dział, że jeśli ko­bie­ta nie zwol­ni uści­sku, za chwi­lę za­cznie mu bra­ko­wać od­de­chu, a wtedy nie zdąży się obro­nić ani we­zwać po­mo­cy.

Nie do­strze­gał już pani Jo­ur­dan: całe pole wi­dze­nia wy­peł­ni­ła mu dzi­wacz­na twarz o pta­sich ry­sach, wy­gię­tych w gry­ma­sie roz­pa­czy i zło­ści.

 

Za­mru­gał i uj­rzał nad sobą nie­wąt­pli­wie ludz­kie ob­li­cze, znacz­nie teraz po­dob­niej­sze do oglą­da­ne­go na fo­to­gra­fii. Leżał na ziemi, a pani Jo­ur­dan po­chy­la­ła się, wpa­trzo­na w niego ze zdu­mie­niem.

– To nie pan – wy­szep­ta­ła.

– Nie ja? – za­py­tał chra­pli­wie, usi­łu­jąc się pod­nieść i ob­ma­cu­jąc obo­la­łe gar­dło. Na fu­la­rze i koł­nie­rzy­ku wy­czuł lepką wil­goć.

Ko­bie­ta po­mo­gła mu usiąść na pry­czy, sama zaś przy­kuc­nę­ła na pod­ło­dze. Po jej twa­rzy pły­nę­ły łzy.

– Po­zwo­li mi pan umrzeć? – za­py­ta­ła. – Nie mogę się przy­znać do cze­goś, czego nie zro­bi­łam, ale nie chcę być… tym, co pan wi­dział.

Adam po­krę­cił głową.

– Jeśli na­praw­dę chce pan coś dla mnie zro­bić, to wy­tro­pi pan za­bój­cę, przy­ła­pie na innej zbrod­ni i do­pro­wa­dzi przed sąd.

– Dla­cze­go…?

– Dla­cze­go omal pana nie za­bi­łam? – we­szła mu w słowo – po­nie­waż my­śla­łam, że przy­szedł pan po mnie, jak po mo­je­go męża. A ja nie chcę umie­rać tak jak on. W mę­czar­niach.

Ele­men­ty ukła­dan­ki za­czy­na­ły wska­ki­wać na miej­sce.

– Ja nie po­win­nam żyć – po­wie­dzia­ła bar­dzo cicho Ade­li­ne. – Bez Étien­ne’a nie opa­nu­ję tego, co jest we mnie. Taka się uro­dzi­łam i on też. Te kłót­nie, złość…

– Były uda­wa­ne? Ale po co?

Po­krę­ci­ła prze­czą­co głową.

– To, czym po czę­ści je­ste­śmy, ma taką na­tu­rę. Jest agre­syw­ne, za­bor­cze, wiecz­nie wal­czą­ce ze wszyst­ki­m wokół. Oboje mie­li­śmy też ludz­kich przod­ków, więc dzię­ki tym kłót­niom mo­gli­śmy nor­mal­nie żyć. Kar­mi­li­śmy nimi te… har­pie cza­ją­ce się w nas. Sama nie dam rady, to bę­dzie chcia­ło się mścić. – Spu­ści­ła oczy. – Jest coś jesz­cze – do­da­ła cicho. – Nie po­tra­fi­my kła­mać. W są­dzie jed­nak nikt nie za­py­tał, czy go ko­cha­łam.

Adam przy­po­mniał sobie jej ze­zna­nia. Nigdy nie mó­wi­ła sama o krzyw­dach do­zna­nych od męża, tylko od­po­wia­da­ła na py­ta­nia. „Tak, kłó­ci­li­śmy się”. „Tak, krzy­cze­li­śmy”. „Tak, zda­rza­ło nam się pobić”.

– Kim jest za­bój­ca?

– My­śli­wym, który po­lu­je na takie isto­ty jak my, nawet jeśli pró­bu­ją po pro­stu żyć w spo­ko­ju. Uważa, że w ten spo­sób oczysz­cza świat z po­two­rów. – Przez jej twarz prze­mknął gry­mas bólu. – Nie wi­dzia­łam jego twa­rzy. Nie wiem, czemu zabił tylko jego.

„Żeby panią wro­bić, do­dat­ko­wo upo­ko­rzyć” – po­my­ślał Adam.

Jeśli plan się po­wie­dzie, może wy­star­czy czasu, by wy­tro­pić łowcę.

 

Widok wcho­dzą­ce­go na salę roz­praw sę­dzie­go po­zba­wił Adama na­dziei. About dał mu wcze­śniej znak, że w Pa­ry­żu za­in­te­re­so­wa­no się spra­wą, ale od­po­wiedź naj­wy­raź­niej nie zdą­ży­ła do­trzeć do Ro­us­se­ta. Gam­bit nie wy­szedł.

„Może to i le­piej” – wma­wiał sobie Adam, wspo­mi­na­jąc roz­mo­wę w celi. Nie po­tra­fił jed­nak po­go­dzić się z od­czy­ty­wa­nym wła­śnie wy­ro­kiem.

W chwi­li, kiedy padły słowa „na karę śmier­ci”, roz­po­znał łowcę. Do­strzegł ob­li­cze pło­ną­ce zim­nym ogniem trium­fu, twarz opraw­cy, który zdo­łał osta­tecz­nie upo­ko­rzyć ofia­rę. W tym olśnie­niu chciał prze­rwać prze­mo­wę sę­dzie­go, ale na­po­tkał wzrok pani Jo­ur­dan. Ona też wie­dzia­ła, lecz nie zmie­ni­ła de­cy­zji. Nie­mniej ry­zy­kow­na gra Adama zy­ska­ła wła­śnie drugą szan­sę. On sam zro­zu­miał zaś, dla­cze­go Ade­li­ne nie zgi­nę­ła, ale sta­nę­ła przed sądem.

 

Chłod­nym, mgli­stym świ­tem w dniu eg­ze­ku­cji, kiedy z placu do­bie­ga­ły jesz­cze krzy­ki ga­wie­dzi, Adam cze­kał z na­bi­tym pi­sto­le­tem w ulicz­ce wio­dą­cej ku są­do­wi i za­gro­dził drogę męż­czyź­nie zbli­ża­ją­ce­mu się szyb­kim kro­kiem od stro­ny miej­sca stra­ceń.

– Pan… baron? – za­py­tał sę­dzia Ro­us­set. – Pan osza­lał?

– Zdo­by­łem do­wo­dy na jej nie­win­ność. Ale ona nie chcia­ła żyć. Nie po tym wszyst­kim, co pan zro­bił. A teraz po­je­dziemy do Pa­ry­ża, gdzie wszy­scy już…

Jed­nym szyb­kim ru­chem sę­dzia wy­trą­cił mu broń z ręki. Po­głos wy­strza­łu po­niósł się za­uł­kiem, a wy­su­nię­te z laski Ro­us­se­ta ostrze ugo­dzi­ło w stopę Adama. Szty­let ze­śli­zgnął się po płasz­czu i ugo­dził go w ramię.

– Nie po­zo­sta­wia mi pan wy­bo­ru – syk­nął łowca. – Spryt­ne za­gra­nie, nie do­my­śli­łem się, że te oszczer…

Dal­sze słowa uto­nę­ły w prze­raź­li­wym skrze­ku. Z mgły ukształ­to­wa­ły się dwa cie­nie o dzi­wacz­nych pta­sich kształ­tach i szpo­nia­stych ła­pach. Sę­dzia nie zdą­żył nawet krzyk­nąć.

 

Adam Car­del­li uty­ka­jąc pod­szedł do sto­li­ka i ski­nął głową po­chy­lo­ne­mu nad ga­ze­tą Ed­mondowi Abo­uto­wi.

– Dobra ro­bo­ta – po­wie­dział, stu­ka­jąc pal­cem zdro­wej ręki w pierw­szą stro­nę.

– Pro­szę mi tylko po­wie­dzieć – od­parł dzien­ni­karz, po­ma­ga­jąc mu usiąść – skąd pan wie­dział?

Adam od­po­wie­dział krzy­wym uśmie­chem. Kilka go­dzin wcze­śniej to samo py­ta­nie zadał mu wi­ce­mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści.

– Nie wie­dzia­łem. Li­czy­łem na to, że w ob­li­czu po­dej­rzeń Ro­us­set złoży re­zy­gna­cję albo przy­naj­mniej od­ro­czy po­sie­dze­nie.

– To się nie udało.

– Nie – od­parł Adam. – Po­nie­waż to on był mor­der­cą, o czym nie mo­głem wie­dzieć. Tym wy­ro­kiem po­zbył się je­dy­ne­go świad­ka, który mógł go roz­po­znać.

About przez chwi­lę wpa­try­wał się w tekst, który sam na­pi­sał.

– Sko­rum­po­wa­ny sę­dzia za­ata­ko­wał współ­pra­cow­ni­ka po­li­cji, do tego czło­wie­ka sza­no­wa­ne­go w to­wa­rzy­stwie. Atak miał miej­sce w dniu eg­ze­ku­cji ko­bie­ty nie­słusz­nie ska­za­nej przez sę­dzie­go, a współ­pra­cow­nik po­li­cji wcze­śniej od­krył po­wią­za­nia sę­dzie­go ze świa­tem prze­stęp­czym. – About wo­dził pal­cem po ilu­stra­cji to­wa­rzy­szą­cej ar­ty­ku­ło­wi. – To nawet bym pew­nie łyk­nął, ale ten ka­wa­łek, że przy­pad­ko­wi prze­chod­nie go spło­szy­li? – Po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. – Pan coś przede mną ukry­wa, ale niech tak zo­sta­nie, po­li­cja musi mieć swoje se­kre­ty.

Adam wzdry­gnął się nie­znacz­nie na wspo­mnie­nie wid­mo­wych har­pii, które do­słow­nie roz­szar­pa­ły Ro­us­se­ta. Deszcz zmył z bruku reszt­ki krwi.

– Jesz­cze jedno mnie nur­tu­je. – Z za­du­my wy­rwał go głos dzien­ni­ka­rza. – Oni ska­ka­li sobie do gar­deł, a to sę­dzia za­mor­do­wał oboje.

“Łowca, który wy­ko­rzy­stał sę­dziow­ską togę, by znę­cać się nad jedną z ofiar” – po­my­ślał Adam.

– W do­mo­wym za­ci­szu dzie­ją się różne rze­czy – od­parł z uda­wa­ną obo­jęt­no­ścią. Nie po­tra­fił prze­stać my­śleć o tym, że wszy­scy, włącz­nie z panią Jo­ur­dan się my­li­li, Ro­us­set zaś zabił ludzi, a uwol­nił po­two­ry. – Psy i koty się gryzą, ale potem śpią razem w fo­te­lu swo­jej pani.

Tak, pewne rze­czy muszą po­zo­stać se­kre­tem biura do spraw spe­cjal­nych.

Koniec

Komentarze

Nie wciągnąłem się. To chyba kwestia sprinterskiego tempa tekstu osadzonego w trudnych, niekoniecznie moich ulubionych realiach XIX-wiecznej Francji. Bohaterowie także specjalnie nie zapadli mi w pamięć. Szkoda, że motywacje Adama nie zostały lepiej wyjaśnione.

 

Strona techniczna jest poprawna.

 

Co przegapił, choć śledził proces niemalże od początku – od kiedy wzmianka w paryskiej gazecie przywiodła go do Valence?

Jesteś pewna, czy znak zapytania jest tam odpowiedni? Ja inaczej sformułowałbym to zdanie.

 

Konsjerżka gderała …

Ona była żoną konsjerża, a nie konsjerżką per se. Trochę mi nie pasuje więc to określenie.

 

Było oczywiste, że dziennikarze będą czekać do ogłoszenia wyroku, a pewnie i do egzekucji, której się powszechnie spodziewano

No to trochę by poczekali. Wątpię, aby wyrok został wykonany od razu po wyjściu z sali sądowej.

 

Dziękuję za wizytę :)

 

Wiesz, z tym czekaniem to jest problem – nie zdołałam znaleźć w artykułach na temat kary śmierci we Francji w tym czasie konkretów, ile czasu mijało od wyroku do egzekucji. W jednym z najsłynniejszych procesów był to miesiąc (to wiem akurat z akt tego konkretnego procesu), ale tam było wielu podejrzanych, kilku skazanych, odwołania, gigantyczne niejasności itd. W innym słynnym, ale późniejszym – 20 dni. Podejrzewam, że w przypadkach prowincjonalnych procesów bez rozgłosu i bez większych wątpliwości ten czas był krótszy, zwłaszcza że w tym przypadku nawet mój bohater skapitulował, więc nikt nie starał się o kasację albo prawo łaski. (Tu w sumie coś mi przyszło do głowy, co może jeszcze zmienię, bo byłoby fajniejsze… Ale to wymaga pogłówkowania z limitem). Zapewne sędzia wyznaczał termin, bo właśnie nie znalazłam, żeby był on ustawowy. Za ancien regime’u był obowiązek wykonania kary do 48 godzin od odmowy łaski, ale pytanie co, jeśli skazany się o nią nie ubiegał?

 

Konsjerżka zostaje, bo żona dozorcy też zazwyczaj pracowała… O dozorcach w XIX w. mam zresztą odrębną książkę :D Ale dzięki za pozostałe uwagi, bo wygładziłam pewne rzeczy jeszcze.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Witaj, drakaino!

 

Zacznę od garści uwag (mogą to być tylko moje widzimisię, ale może coś się przyda):

 

"– Ten proces już ciągnie się za długo – (…)"

Brakuje flow w tym zdaniu. Zmieniłbym szyk na:

"– Ten proces ciągnie się już za długo"

albo wyciął "już":

"– Ten proces za długo się ciągnie -"

 

"Adam rozpostarł na kolanie wymiętą kartkę i gryzmolił coś na niej przez chwilę."

Z tym zdaniem też nie płynie się do samego końca, może:

"Adam rozpostarł na kolanie wymiętą kartkę i przez chwilę coś na niej gryzmolił."

 

"Sędzia Rousset miał rację - sprawsprawiała wrażenie oczywistej, (…)"

To źle brzmi :c

 

"Znacznie szybsza niż spodziewałby się po kruchej staruszce, którą się wydawała. Zanim zdążył zasłonić się laską, poczuł na gardle szponiaste palce."

 

"Pogłos wystrzału poniósł się zaułkiem, a z laski Rousseta wysunęło się ostrze, wbijając się w stopę Adama. Sztylet ześlizgnął się po płaszczu i ugodził go w ramię."

 

Z komentarzem wrócę, tymczasem, klik.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nie "wytłuściłeś" jednego "się", Mytrixie. Przeczytane

Dziękuję, Mytrixie, za klika, wszystkie uwagi uwzględnione :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmm… przedmowa nastawiła mnie na tekst o odpowiednim nastroju, tymczasem wcale nie wydał mi się ponury. Generalnie niestety w nawale akcji nastrój gdzieś się budzi. Ponieważ tempo jest, jak określił Piotr, "sprinterskie", w ogóle nie czuć, że Adamowi wciąż kurczy się czas na uratowanie wdowy. Jej śmierć na koniec (bo chyba dobrze rozumiem, że ostatecznie ją zgilotynowano?), także nie wzbudziła we mnie żadnych uczuć. Morderca w finale wyciągnięty dość deusexmachinowo, co stawia sens całego wcześniej przeprowadzonego procesu śledczego pod znakiem zapytania (naprawdę, aż tak nad sobą nie panował, że widać było na pierwszy rzut oka, iż to on? Przecież sędzia mógł się po prostu cieszyć, że męczący proces wreszcie dobiegł końca). Dodatkowo jego motywacje pozostają zasadniczo niewyjaśnione. Dobrze, był łowcą oczyszczającym świat z potworów. Ale dlaczego za takiego się uważał, jak rozpoznawał potwory? Poza tym sędzia prowincjonalny nie mógł się chyba ot tak rozbijać po kraju w poszukiwaniu ludzkiej zwierzyny łownej?

Podsumowując, wydaje mi się, że ścieśniając opowiadanie do konkursowego limitu zrobiłaś mu krzywdę :(

Kurczę, a myślałam, że to nie jest deusexmachinowe po pierwszej scenie… Fakt, na ekspozycję zabrakło miejsca (trzeba było walczyć o dłuższy ogon kota…), ale celowo tak skonstruowałam początek, żeby potem było oczywiste, że on od początku ma złe zamiary. Bo tu zamysł jest taki, że on nie poluje na ofiary przy pomocy sądu, ale jak mu się zdarzyła para “potworów”, to postanowił jedną z ofiar dodatkowo upokorzyć wrobieniem w morderstwo, gdzie mógł ustawić proces – taki rodzaj sadyzmu, ale i krycie samego siebie. Może jeszcze coś pozmieniam, żeby to stało się bardziej oczywiste.

 

Edyta: dopisałam w zakończeniu drobiazg, który trochę to wszystko tłumaczy…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Gdyby to opowiadanie było opublikowane na portalu anonimowo, od razu domyśliłabym się, że jesteś autorką ;)

Lubię takie klimaty, połączenie fantastyki z kryminałem. Umieszczenie opowiadania w czasach, kiedy śledztwo zależało od zdolności detektywa, a nie wynalazków typu daktyloskopia, daje duże możliwości autorowi. Myślę, że dobrze je wykorzystałaś. Zagadka mnie wciągnęła i rozwiązywałam ją razem z Adamem. Przeczuwałam, że coś z oskarżoną kobietą jest nie tak, sygnalizują to wskazówki w tekście – tak, jak w rasowych kryminałach. Natomiast postać Adama nie bardzo przypadła mi do gustu. Moim zdaniem, Vidoq był znacznie ciekawszy i bardziej rozbudowany. Jednak doceniam konstrukcję i dobrze napisaną historię. Ode mnie klik.

ANDO, dziękuję :) Adam jest jednak moim głównym bohaterem w tej konkretnej serii urban fantasy z połowy wieku – mam ciągle opory z pisaniem o prawdziwej postaci, której dałam nowe życie (bo Vidocq zmarł w 1857 roku w słusznym wieku). Muszę się w jakimś tekście przyłożyć do kreacji tej postaci, bo rzeczywiście na małym limicie wiele nie zdołam powiedzieć. Na pocieszenie – w tomie, który jest w przygotowaniu w Fantazmatach, będą teksty dłuższe, gdzie jest więcej o jego życiu, rodzinie i innych dziwnych rzeczach.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Krótkie limity kryminałom nie służą, bo trzeba zbudować/pokazać klimat, zagadkę, motywacje postaci, zbrodnię, śledztwo, poszlaki, karę itd. itp. I jeszcze element fantastyczny – w przypadku fantastyki.

Warsztatowo jest gitra, ale… brakuje całej otoczki, dużo rzeczy po łebkach, sprint i deus-ex machinowość.

 

Jestem na nie. Take your time, if you want to amuse me.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ech, rozważam skatiowanie, a przynajmniej wycofanie z konkursu (co chwilowo zrobię), i rozwinięcie w dłuższy tekst (co i tak zapewne nastąpi, niezależnie od dalszych losów, ponieważ historyjka pasuje do zbioru fantazmatowego…). Wydawało mi się, że ponieważ nie o kryminał tu chodzi, to sprawa się tłumaczy, ale najwyraźniej nie. A nie ukrywam, że sama też wolałabym to rozszerzyć fabularnie :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kliczek się prawie z urzędu należy. Wrócę z uzasadnieniem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

O, tym razem magiczny klik nie zadziałał. Widać, że z tym opowiadaniem coś jest nie tak :P

Drakaino, lekturze Twojej Zbrodni i kary tradycyjnie już towarzyszyła przyjemność, jednak nie ukrywam, że powoli do przypadków, w których Adam Cardelli dochodzi prawdy, zaczyna wkradać się też pewne znużenie, swoista rutyna. Opowiadania te, tocząc się według ustalonego schematu, stają się coraz bardzo przewidywalne. Ot, jest zbrodnia/ zagadka kryminalna/ niewyjaśnione zdarzenie ― Adam wszystkiego docieknie, wszystko rozwiąże i wyjaśni.

Ale jeśli powstaną kolejne opowiadania i tak chętnie je przeczytam. ;)

 

Coś mu­sia­ło być w jego tonie głosu czy też spoj­rze­niu… ―> Raczej: Coś mu­sia­ło być w tonie jego głosu czy też spoj­rze­niu

 

z wzro­kiem utkwio­nym… ―> …ze wzro­kiem utkwio­nym

 

Nie wi­dział już pani Jo­ur­dan: całe pole wi­dze­nia wy­peł­ni­ła mu… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Nie dostrzegał już pani Jo­ur­dan: całe pole wi­dze­nia wy­peł­ni­ła mu… Lub: Nie wi­dział już pani Jo­ur­dan: całą przestrzeń wy­peł­ni­ła mu

 

Za­mru­gał po­wie­ka­mi i uj­rzał nad sobą… ―> Może wystarczy: Za­mru­gał i uj­rzał nad sobą

Czy można mrugać inaczej, nie powiekami?

 

– Dla­cze­go omal pana nie za­bi­łam? – Wsko­czy­ła mu w słowo. – Po­nie­waż my­śla­łam, że przy­szedł pan po mnie, jak po mo­je­go męża. A ja nie chcę umie­rać tak jak on. W mę­czar­niach.

Ele­men­ty ukła­dan­ki za­czy­na­ły wska­ki­wać na miej­sce. ―> Nie brzmi to zbyt dobrze.

Proponuję: – Dla­cze­go omal pana nie za­bi­łam? – weszła mu w słowo – po­nie­waż my­śla­łam, że przy­szedł pan po mnie, jak po mo­je­go męża.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, trochę taki jest schemat kryminału i nic się na to nie poradzi… Jest zagadka, którą rozwiązuje detektyw ;) Ale ponieważ też widzę pewne powtórzenia, chciałam, żeby tu zagadka była kwestią drugoplanową, a moralne aspekty bycia potworem czy też walki z potworami pierwszoplanową, ale limit jednak trochę tę ideę zabił – może nie powinnam była tego wrzucać w konkurs. Zrezygnowałam też z ogólnego happy endu, żeby ten schemat nieco odmienić, dać Adamowi smak porażki. Niemniej biorę sobie uwagi do serca. A techniczne już poprawione.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No cóż, tak bywa, że coś jest pisane według schematu, a jednak czeka się na kolejne części serii. I ja, choć marudzę, też czekam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Drakaina, na Twoim miejscu nie usuwałabym tego opowiadania. Moim zdaniem, tekst będzie się wyróżniał spośród innych propozycji na konkurs. Nie uważam, że rozwiązania są typu deux-ex-machina. Za to dostrzegłam typowe dla kryminału, wskazówki do rozwiązania zagadki i “podkręcanie” ciekawości czytelnika, np:

„A więc dostrzegła to, co ja” – pomyślał Adam.

Oczywiście, gdyby w opowiadaniu występowało więcej postaci, szukanie mordercy byłoby dłuższe i bardziej zawiłe. Ale w tekście o tym rozmiarze to raczej niewykonalne.

Znając Twój warsztat i dotychczasowe opowiadania, myślę, że spokojnie napiszesz do Fantazmatów nowy tekst z kolejną zagadką kryminalną.

Ciekawe wykorzystanie hasła konkursowego, choć nie wiem, czy wystarczające. Nie mnie to jednak oceniać, bo generalnie bardzo mi się podobało tak jak jest. Tekst mnie wciągnął, bo jest i zagadka kryminalna, ciekawi bohaterowie, a co najważniejsze warsztat na wysokim poziomie. Lubię te Twoje dziewiętnastowieczne klimaty. Może rzeczywiście limit skrzywdził nieco tekst, ale i tak jest okej. Doklikam. :)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Przeczytane. :) Odwrócony standardowy schemat tego “dobrego” i “złego”, jeśli oczywiście tak to można określić.

Pozwalam sobie wkleić tu wiersz z wątku bibliotecznego, ponieważ ktoś z moich lożowych kolegów bawi się w takie komentowanie, a ono przepadnie w pomroce dziejów, jeśli się tego nie uwieczni. (Mam pewne podejrzenia, kto to…)

 

Użytkownicy

mężczyzna | 04.10.19, g. 21:13

 

W ciemnej tej celi

Na zgniłym posłaniu

Se wdowa Jourdan kopyrta 

 

Pikawa jej stawa 

W tem wolnem konaniu 

Lecz co ją przykuło do wyrka? 

 

Nie starość to raczej

Ni wyrok możliwy 

Coś złego się czai w tem mroku 

 

Niezwykłe to śledztwo

I sekret straszliwy 

Przybywaj nam mądry Vidoqu! 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciekawe!

Cały czas w jednym uniwersum, to mi się podoba :). Ale zagadka jakaś mało intrygująca tym razem. Za to sam koncept – “kochali się tak, że az musieli się tłuc” godny większego rozwinięcia.

I tym razem, o dziwo, mam trochę uwag:

– “Dlaczego omal pana nie zabiłam? – weszła mu w słowo – ponieważ myślałam” – czy po “słowo” nie powinno być kropki, a “ponieważ” nie powinno być z wielkiej litery?;

– “To nawet bym pewnie łyknął” – to “łyknął” mi tu zazgrzytało;

– co pisze Adam na kartce? bo przecież nie treść depeszy, nie znając jeszcze wszystkich faktów?

 

A poza tym – czytało się bezproblemowo i z zaciekawieniem.

Jak zwykle dobra robota :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

– “Dlaczego omal pana nie zabiłam? – weszła mu w słowo – ponieważ myślałam” – czy po “słowo” nie powinno być kropki, a “ponieważ” nie powinno być z wielkiej litery?;

To jest zmienione wg wskazówek Reg…

 

Adam pisze po prostu notatki, fakt, że przez limit trochę to fabularnie zawisło. Mam parę znaków zapasu, może doprecyzuję.

 

Dzięki za opinię! Zagadka tu jest najmniej ważna, chodziło raczej o te układy emocjonalne

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

– “Dla­cze­go omal pana nie za­bi­łam? – we­szła mu w słowo – po­nie­waż my­śla­łam” – czy po “słowo” nie po­win­no być krop­ki, a “po­nie­waż” nie po­win­no być z wiel­kiej li­te­ry?

Staruchu, to jest kontynuacja wypowiedzi pani Jourdan, dlatego zasugerowałam małą literę. Odniosłam wrażenie, że skoro przerwała Adamowi i weszła mu w słowo, to mówi to wszystko szybko, jednym tchem, rzec można, ciurkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Mam jak Reg – OK, tekst w porządku, ale nic nie urywa. Pewnie to przez limit. Chętnie dowiedziałabym się więcej o naturze tych stworów i opętania. Dlaczego wdowa nie odstawiała cyrków w sądzie, tylko się po cichutku starzała? Co się stało z potworami po śmierci nosicieli?

I jak Adam na to wpadł? W sensie, że wdowa jest niewinna? Jaka notatka poszła do gazet?

Wszystko tak bardzo skrótowo potraktowane.

Babska logika rządzi!

Finklo, coraz bardziej widzę, że trzeba było tę historię zostawić na inną okazję – ale do zbioru w Fantazmatach ją wydłużę i przeredaguję, więc tam będzie wszystko wyjaśnione. Niemniej pokrótce:

– natura – zakładam, że państwo J. są potomkami takich stworów i mają w sobie ich naturę

– dlaczego po cichutku? – bo ona nie chciała żyć w obawie, że bez męża harpia nią zawładnie, zwłaszcza gdyby zaczęła się z kimś kłócić

– potwory po śmierci nosicieli “uniezależniły się”, ale jako rodzaj upiorów

– w kwestii notatki jest powiedziane, że jego uwagę zwróciła jej całkowita bierność. Jako ktoś wyczulony na wszystko, co niezwyczajne, pojechał obczaić sprawę na miejscu i wsiąkł ;)

 

Dzięki za uwagi, przy redagowaniu tego tekstu do zbiorku będę o nich pamiętała

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nic nowego nie dodam od siebie, co nie byłoby już tu wspomniane. Pomysł ma potencjał, czekam na rozbudowaną wersję w Fantazmatach. :) 

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Drakaino, od Ciebie trzeba się uczyć!

To chyba jedyne opowiadanie na tym portalu, które mnie naprawdę wciągnęło (poza moimi :v). Było tuż przed imprezą rodzinną, mama wkurzona wołała, żebym pomogła zastawić stół, a ja siedziałam i czytałam. Nie zauważyłam, żeby ściśnięcie do limitu coś tu zepsuło. Tekst jest świetny, nawet mimo mojej awersji do kryminałów. Naprawdę porządna literatura.

Parę razy coś mi zgrzytnęło, ale to takie pierdoły:

Jakoś nie pasowało mi imię Adam. Wiem, że to nie jest tylko polskie imię, ale jestem już do niego przyzwyczajona i mi trochę spowszedniało. A w opowiadaniu? Rousset, Marie Favier, Adeline, Jourdan, Étienne i nagle Adam?

proces ciągnął się długo, bo żona nie przyznawała się do winy.

Tu wydało mi się to za proste, ale rozumiem, nie to jest najważniejsze.

toteż Adam nie czekając na dorożkę udał się szybkim krokiem do Hôtel de la Poste.

Tu znalazłam błąd interpunkcyjny, po Adam i po dorożkę powinny być przecinki.

Sonato, bardzo dziękuję! Miło czytać takie uwagi.

 

Spieszę wyjaśnić:

Jakoś nie pasowało mi imię Adam.

To jest główny bohater całego cyklu opowiadań (na portalu dokładnie z tej serii są jeszcze oba moje piórkowe opowiadania – “jeszcze” podwójnie, bo niedługo znikną, jako że znajdą się w Fantazmatowym zbiorku), a także szerszego uniwersum, do którego należy więcej moich tekstów. Adam jest pół Neapolitańczykiem, ćwierć Francuzem, ćwierć Hiszpanem, a imię ma po polskim przyjacielu ojca… O jego dziadkach jest “Gdy rozum śpi”… – a w sumie wszystko z uniwersum, co jest na portalu, zostało ułożone chronologicznie w tym wątku:

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/22549

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zapoznać się z resztą cyklu.

Przyjemne opowiadanie, napisane bardzo sprawnie, choć w kilku miejscach zgrzytał mi szyk zdań. Historia przywołała mi na myśl Penny Dreadful, ten sam klimat. Nie wiem tylko czy udało ci się zbudować odpowiednie napięcie przed finałem, który wydał mi się taki jakiś… Ok.

Mimo sprawnego warsztatu i dobrze wymyślonej intrygi również przeszkadzało zbyt szybkie tempo akcji. Zatracił się przez to klimat. Do tego od samego początku czułem się wrzucony w istniejące już uniwersum, a opowiadanie wygląda jak część cyklu, jedną z przygód, bohatera. Dlatego też choć czytało mi się przyjemnie, to jednak opowiadanie nie powaliło.

Drakaino, masz bardzo charakterystyczny styl, który mnie osobiście trochę przygniata.

Samo opowiadanie niestety nie przypadło mi do gustu. Od początku zapowiadało się ciekawie, ale po drodze klimat sflaczał. Ale nie uważam, bym straciłam czas czytając ten tekst. Podziwiam warsztat. 

Saro, bywa ;) Niemniej byłabym wdzięczna za rozwinięcie kwestii przygniatającego stylu, bo pisząc coraz więcej do druku, chciałabym uniknąć przygniatania czytelników, a nie wiem, jakie konkretnie elementy czy cechy to sprawiają?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“Wdowa Jourdan siedziała w celi z tą samą obojętną miną, którą pokazywała w sądzie. Nie zyskała tym przychylności dziennikarzy ani wiarygodności w oczach prawników, włącznie z przydzielonym z urzędu adwokatem. Oskarżona z kamienną twarzą twierdziła, że nie miała nic wspólnego ze śmiercią męża, jednocześnie zaś zeznania – składane z równym spokojem – odmalowały pożycie jako pasmo kłótni, sporów, wzajemnych złośliwości i przemocy. Przekonanie o jej winie było powszechne.”

 

O, na przykład ten fragment mnie przygniótł. Dłuuugie zdania, za którymi mój mózg ledwo nadążył. To znaczy, szybciej czytałam niż mogłam sobie wyobrazić te sytuacje: bo mamy tu kobietę w celi, kobietę w sądzie otoczoną przez dziennikarzy i prawników, mamy jednocześnie opis sytuacji, w której przydzielają jej prawnika. Literki do przodu, wyobraźnia z tyłu. I to po jednym zdaniu. Czasem przy takim czymś trzeba się cofnąć,  by nic nie umknęło, a to zakłóca płynność tekstu. 

Ale z drugiej strony ciężko się czepiać, bo sztuką jest w krótkim tekście zawrzeć wiele treści, a to też się ceni. 

 

“Ona jednak pogrążyła się już w rodzaju modlitwy czy medytacji, a jej wzrok zdawał się błądzić po odległych krainach, niedostępnych ludzkim oczom.”

 

A tu dość poetycko, jakby ktoś śpiewał.

 

Możliwe, że chodzi też o słownictwo i język, które u Ciebie są bardzo bogate i dojrzałe, ale czasem też bardzo wyniosłe. Z jednej strony dobrze, z drugiej nie każdemu podejdzie. 

Nie jestem pewna, czy w miarę klarownie to wyjaśniłam. :(

 

Ale moim zdaniem bym się nie sugerowała. Zależy też do jakiej grupy odbiorców chcesz dotrzeć.

A “Czy ktoś widział psa czarnego” bardzo mi się podobało, mimo stylu. ;)

 

Przyjemny, solidnie napisany tekst, ale czegoś mi w nim zabrakło. Jakoś tak łatwo i szybko wszystko poszło, pewnie przez konkursowy limit. Przydałyby się jakieś inne poszlaki, w jakiś sposób zapowiadające harpią tożsamość wdowy. Np. skoro po śmierci męża zamieszkująca go harpia w zasadzie wyrwała się na wolność, to czemu przez miesiąc nic nie było o niej słychać? Nie taki straszny ten potwór? I albo mi coś umknęło, albo nie do końca wyjaśnione zostało to przyspieszone starzenie wdowy. Generalnie jednak, jak to zwykle u ciebie bywa, kawał dobrej roboty :D 

Byłam pewna, że zamieściłam komentarz, ale uczyniłam to chyba we śnie, co więcej nawet widziałam Twoją odpowiedź. Przeczytałam krótko po zamieszczeniu opka przez Ciebie, poniżej komentarz, który napisałam “na gorąco”.

“Miałam nie czytać piesokotów, zanim nie zamieszczę/skończę swojego, choć kto to wie, jak będzie, ale nie wytrzymałam, bo tytuł ciągle mnie dźga.

Dla mnie dobre! drukowalne i silniej przebija Adam, jakim jest, a dla mnie to jest czytelniczo ważne. O zatrzymaniu napiszę na końcu.

Jest suspens, intrygujący, a rozwiązanie nieoczywiste. Logiczne. Duża przyjemność z czytania, jak przy Christie. 

Dalej będę przyczepiać się do opisów, a raczej ich niedomiaru, bo je lubię, a kiedy w dodatku wiem, że Ty wiesz i nie dajesz, to tym bardziej mi żal. Są tu ludzie, ich rozumiem, zagadka – super, lecz „krajobrazu” brakuje. Więzienia, ubrań. No, pocieszałam się pomiędzy wierszami: detalami procesu wydawniczego (gazet), konsjerżki (tu, zdecydowanie masz rację! nie zmieniaj) i w ogóle sposobem odnoszenia się do siebie ludzi – tam i wtedy, to było klimatyczne:-) i wychodzi Ci bez pudła, moim zdaniem. Z czasem egzekucji, tak na czuja, myślę że masz rację. To nie były miesiące, bardziej dni (do trzech maksymalnie), zwłaszcza kiedy sprawa wydawała się oczywista i „publiczna”.

Ok, to przejdę do zatrzymań, lecz sprawdź po swojemu:

‚odparł Adam, sadowiąc się. – Adam Cardelli z biura cesarskiego inspektora do spraw specjalnych.

pierwsze Adam usunęłabym, bo potem się przedstawia, natomiast przy sadowiąc się brakuje mi na czym, ale to bardziej stylistyczne, czy jak to inaczej nazwać (nie potrafię, więc wybacz). Kiedy wyobrażam sobie tę sytuację, to w zasadzie wiemy, że jest zdeterminowany, spotyka się z niechęcią i albo stoi jak głaz, albo odsuwa krzesło/fotel i rozsiada się na nim, pokazując, że nie ruszy się bez uzyskania odpowiedzi. W każdym razie zerknij”.

pzd srd, a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki, Asylum! Cieszę się, że trafiło :) Brak opisów – tu akurat winny limit, a i tak ramce zostawiłam trochę przymiotników… Ja się zasadniczo lepiej czuję w nieco dłuższych formach, tak ok. 40-60k, gdzie mogę dawać więcej charakterystyki, aczkolwiek za jeden z moich najlepszych tekstów uważam “Zimę” ze “Snów Umarłych 2019”, która jest krótka, ale ma dużo “namacalności”, opisów, zmysłów itd.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeuroczy tekst. Przypomniały mi się “Tajemnice Paryża” z Jeanem Marais.

No, przyznam, że to dla mnie komplement, bo do Eugeniusza Sue i jemu podobnych nieco zakurzonych pisarzy (oraz, oczywiście, pamiętnikarzy), sięgam po inspiracje, jeśli chodzi o realia i nastrój :) Dziękuję.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytane, podobało się, choć przypuszczam, że limit nie wyszedł mu na dobre. Ale i tak trzymasz klimacik, wszystko jest logiczne i spójne, a rozwiązanie zagadki zaskakuje. :)

Zebrałam już Twoje opki z tej serii i zamierzam poczytać po kolei.

Lubię czytać Twoje zagadki kryminalne, chyba z tych samych powodów co Ando, oraz przez wplecenie w nie nadprzyrodzonych sił. Cieszę się również, że to Francja, co dodaje kolorytu opowieściom. Dodam jeszcze, że ja akurat lubię odkrywać tajemnice z Adamem.

 

Powodzenia w konkursiesmiley

Tekst jest bardzo dobry warsztatowo, każde zdanie jest dobrze przemyślane, co widać szczególnie na początku. Ciekawy pomysł z harpią, która popadła w apatię po śmierci ukochanego prawdopodobnie po to, by nie skrzywdzić kogoś innego w nagłym wybuchu

Fladrifie – miód na moje serce! Dostajesz nagrodę specjalną za rozszyfrowanie motywacji jej ludzkiej “nosicielki”!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Też poczułam, że limit skrzywdził ten tekst :( zabrakło mi szerzej odmalowanego tła, zagłębienia się w szczegóły, w bohaterów – co pozwoliłoby zanurzyć się w historii, która sama w sobie jest przeciekawa i daje niesamowite pole do szkicowania nietypowo emocjonalnych portretów.

I chyba też trochę się pogubiłam w fabule. Niemniej jednak końcowy twist z prawdziwą naturą małżeństwa zaskakuje i satysfakcjonuje. No i czytanie Cię to sama przyjemność, tylko tym razem z niedosytem.

Po tak wielu dyskusjach, pozostaje mi tylko napisać, że przeczytałem z wielką przyjemnością. Wciągające i klimatyczne.

Miodna lektura. Świetnie zbudowany, atmosferyczny świat, niemal jakbym przeniósł się do Drugiego Cesarstwa:) Bardzo lubię taką literaturę.

Moim zdaniem fabuła trochę zbyt skompresowana, zbyt szybko się wszystko okazuje, trzeba mocno uważać.

– Wie pan – powiedziała na widok Adama – wystarczy, że pan mi uwierzył. Ja i tak bez niego nie mam życia.

Dlaczego Adam nie wziął pod uwagę powodów ekonomicznych? Szczególnie, że denat i oskarżona nie mieli dzieci. Czy po francusku to zdanie nie przywołuje takich skojarzeń, jak po polsku?

Dziennikarz odwrócił się gwałtownie, strącając kałamarz.

Strącił i… nic? Nie zaklął, nie podniósł go, atrament się rozlał, a on dalej gada? Czy za czasów Napoleona III strącane kałamarze były tak powszechne, że nie wzbudzały żadnych emocji?

Coś kazało mu pozostać nieruchomym, choć wiedział, że jeśli kobieta nie zwolni uścisku, za chwilę zacznie mu brakować oddechu, (…).

Rozumiem, że funkcjonariusze biura cesarskiego inspektora spraw specjalnych byli bardzo dobrze wyszkoleni w trzymaniu emocji na wodzy, ale to coś musiało być naprawdę przekonujące, skoro stłumił instynktowną chęć obrony;) A może właśnie wyszkolenie kulało, i niezbyt potrafili się bronić? Jakby nie patrzył, bardziej przemówiłoby do mnie unieruchomienie przez strach lub element nadnaturalny.

Jednym szybkim ruchem sędzia wytrącił mu broń z ręki. Pogłos wystrzału poniósł się zaułkiem,

Nie znając zasady działania pistoletów kapiszonowych (bo zakładam że taki, nie skałkowy, mieli na stanie w biurze inspektora) można się nie domyśleć, że upadając na bruk, najpewniej wypali.

– Skorumpowany sędzia zaatakował współpracownika policji, do tego człowieka szanowanego w towarzystwie.

Cudowne zdanie :) Kwintesencja drobnomieszczaństwa. Autentyk z epoki, czy pomysł własny?

 

Przyjemna lektura, dzięki!

 

Dzięki, Skurczu Oskrzeli ;)

 

W zasadzie zgadzam się z uwagami, zwłaszcza że po części (zwłaszcza kałamarz…) wynikają z jednego problemu: limitu. Skądinąd, co do kałamarza – pewnie były tak powszechne, że i strącanie było czymś dość zwyczajnym, ale prawda, zakląć pod nosem powinien :D Skądinąd u mnie jest Napoleon II, a nie III (ten występuje w niektórych tekstach w tle jako członek rodziny cesarskiej), ale tego akurat w tych opowiadaniach nie widać.

 

Autentyk z epoki, czy pomysł własny?

Both. Czytam tak dużo pamiętników z epoki, że pewne rzeczy stają się drugą naturą… No i trochę znam takich klimatów jeszcze z opowieści dziadków, aczkolwiek to oczywiście z dwudziestolecia. I nie, to nie tylko drobnomieszczaństwo, tylko od niego wzwyż ;)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wpadam z trochę spóźnionym komentarzem, ale właśnie zabrałam się do uzupełniania braków w czytaniu tekstów o pieskach i kotkach :) “Zbrodnia i kara” z pewnością wyróżnia się ciekawym pomysłem, świetnym warsztatem i dobrze zbudowanym klimatem. Podobnie jak resztę tekstów z Twojego uniwersum, tak i ten przeczytałam z przyjemnością. Czekam na wersję rozbudowaną i życzę powodzenia w konkursie :)

Nowa Fantastyka