- Opowiadanie: tsole - Fideina

Fideina

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

rybak, Użytkownicy IV, Finkla, katia72

Oceny

Fideina

Ciężko dysząc, zsunąłem się z Roksany i obróciłem na plecy. Odczekawszy, aż oddech się wyrówna, sięgnąłem po papierosa. Wydmuchując z namaszczeniem dym, obserwowałem jak dwie muchy na suficie usiłują nieudolnie powtórzyć to, co przed chwilą robiliśmy z Roksaną. Patrzyłem na nie z niesmakiem; nie lubię much (któż zresztą je lubi?).

– „W porządnych burdelach nie ma much” – pomyślałem. – „Diabeł wie, może już za kilka dni będę mógł zamienić tę spelunę na coś z większym szpanem?”

Nie, nie zamienię. Lubię tę małą dziwkę. Zwłaszcza, że będzie mnie stać na dodatkowe pięć dolców… Za te pięć dolców Roksana krzyczała. Cholernie mnie to podnieca. Pozwoliłem sobie na taki luksus może ze dwa razy, kiedy byłem przy forsie… a raczej wydawało mi się, że przy niej jestem. Ta prawdziwa dopiero przyjdzie. Widzę ją dokładnie tak samo, jak przerażoną gębę majora Dolthy'ego gapiącego się na swą trójpalczastą dłoń. Będzie jej tyle, że… Właściwie co będę z nią robił? Na co forsa człowiekowi, który może wszystko.

Roksana włożyła już te swoje czarne burdelowe majtki i paradowała tak po pokoju. Wyciągnęła butelkę, nalała do dwóch kieliszków: gin był wliczony w usługę. Przysiadła na skraju łóżka i sącząc swój trunek, patrzyła na mnie. Raczej przeze mnie; myślami była już zapewne przy następnym kliencie.

– Słuchaj – zagadnąłem. – Co byś zrobiła, gdybyś mogła wszystko?

– Jak to: wszystko – spytała, niechętnie odrywając się od własnych myśli.

– No, wszystko, po prostu wszystko – najtrudniej wyjaśnić rzeczy najprostsze. – Wszystkie życzenia.

– Nie trzy?

– To było w innej bajce.

– Aha, w innej. To znaczy, że ta jest twoja.

– Powiedzmy.

Roksana zastanawiała się. Patrzyłem na nią i uświadomiłem sobie nagle, że nawet nie znam jej prawdziwego imienia.

– Zawsze wymyślisz jakąś głupotę. – odparła w końcu. – A potem od starej to mnie się obrywa. Mnie tam wystarczyłoby jedno życzenie.

– Jedno?

– Tak. Żeby była tylko jedna miłość. Ta bez pieniędzy.

– Ale wymyśliłaś.

– Dosyć tego. Ubieraj się. Albo płać drugą szychtę.

– Jeszcze nie dzisiaj – mruknąłem, wkładając spodnie.

 

***

Do Roksany przygnała mnie euforia. Większość facetów w moim położeniu wybrałaby wódkę. Ja jednak wolałem tracić nadmiary radości, tudzież frustracji w miłosnych zmaganiach. Mówią, że wódka czyni cuda, dodaje pewności siebie… Mnie to nie dotyczy. Mam swoją fideinę. I choć bez wątpienia dawka, którą sobie zaaplikowałem, działała jeszcze, to przecież nie w tym należy upatrywać przyczyn mej euforii. Ta pojawiła się, niby złotowłosa anielica, gdym zbiegał po masywnych, alabastrowych schodach gmaszyska będącego siedzibą Sztabu Północnego. Zostawiwszy Dolthy'ego z trójpalczastą ręką i krówskim łajnem na biurku, nie umiałem odmówić sobie złośliwej satysfakcji. Ale przecież to jego wina: w końcu nie chciałem wiele. Te pięć, dziesięć minut, które zająłbym generałowi Hamiltonowi z pewnością nie zbawiłoby świata. Lecz to, co miałem mu do zaoferowania – owszem. Czy wszyscy adiutanci generała są na tyle tępi, żeby tego nie pojąć?

Może nie wszyscy. Ale major Dolthy z pewnością dorósł do swego nazwiska.

Ledwie wszedłem, przebiwszy się uprzednio przez niezliczone kordony jeszcze bardziej tępych strażników, wykonał od biurka ruch jednoznacznie dający do zrozumienia, że od tej chwili jedynym jego pragnieniem będzie możliwie najszybsze pozbycie się intruza. Odpowiadało mi to: w końcu traktowałem majora jako kolejną barierę na drodze do generała. Lecz zbieżność celów była iluzoryczna: o ile ja chciałem pozbyć się towarzystwa Dolthy'ego, przechodząc przez drzwi znajdujące się za jego plecami, o tyle on widział mnie znikającego w drzwiach przeciwległych – tych, przez które dopiero co wszedłem.

– Generał jest zajęty – warknął w odpowiedzi na me uprzejme, nawet trochę nieśmiałe pytanie.

– To zrozumiałe w przypadku osoby na tak znaczącym stanowisku – odrzekłem, starając się kontynuować linię pojednawczą. Wewnątrz jednak zaczęła zalewać mnie krew. – Zdaję sobie z tego sprawę, toteż nie ośmielałbym się zakłócać panu generałowi spokoju, gdybym nie miał pewności, że…

– Że sprawa jest arcyważna – przerwał mi brutalnie. – Daj pan z tym spokój. Takich arcyważnych spraw jak pańska mamy tu na pęczki. Codziennie.

– A pan, majorze, jest tu chyba od tego, aby z tych pęczków wyłuskać rodzynki. Nie mylę się, prawda? Tymczasem nie umie pan tego robić, czego ja choćby jestem najlepszym dowodem. Długo studiowałem działalność Departamentu d/s Postępu przy Sztabie Północnym. Wniosek nasuwa się tylko jeden: ktoś knoci swoją robotę. Pan, albo generał. Teraz widzę, że raczej pan – dokończyłem szyderczo.

Poskutkowało. Dolthy, purpurowy z wściekłości, zlustrował mnie uważniej i mruknął niedbale, jak gdyby to mogło zatuszować efekt mych słów:

– Z czym pan przychodzi.

– O tym będę rozmawiał z generałem Hamiltonem.

– Nie bądź pan dziecko – zirytował się. – Możesz myśleć, że jestem durniem, ale posadzono mnie tu do wstępnej selekcji i robię to bez względu na to, co o tym myślą tacy jajogłowcy jak pan!

– Teraz lepiej – odparłem z uśmiechem. Dolthy wwiercał we mnie wściekły wzrok. Wyglądał jak nastroszony kogut.

– Więc? – zapytał.

– Panu mogę powiedzieć jedynie tyle: wiem co zrobić, żeby móc wszystko.

– Jeszcze jeden wariat – mruknął Dolthy. – Wszechmogący, psiakrew! Jeśliby tak było, już dawno siedziałby pan u generała.

– Owszem. Lecz nie mogłem sobie odmówić przyjemności…

– Skończmy z tym. Mów pan serio albo zjeżdżaj.

Beznadziejny przypadek.

Skoncentrowałem się. Fideinę zażyłem tuż przed wyjściem, więc powoli zbliżałem się do maksimum możliwości. Krzesło Dolthy'ego. Lokalny, skokowy spadek entropii. Potem lokalna antygrawitacja. Minus g. Wystarczy?

Wystarczyło. Efekt był piorunujący. Dolthy najpierw poczuł, że coś parzy mu pośladki, więc zerwał się energiczne, a że znajdował się już w nieważkości, wyrżnął głową w sufit.

Pozwoliłem mu tam pozostać. Machając rozpaczliwie kończynami, przesunął się poza zasięg komina antygrawitacyjnego i runął w dół, lądując na blacie biurka.

– Nie mogę podać panu szczegółów – powiedziałem niewinnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Dolthy rozcierał potłuczony pośladek. Jego wściekłość sięgała chyba apogeum. Trudno. Chciałem po dobroci, Bóg mi świadkiem.

– Zjeżdżaj – wycharczał. – w tej chwili! Bo jeśli nie…

Nie słuchałem go. Koncentracja musi być bardzo głęboka, jeśli chce się precyzyjnie zogniskować działanie woli na efekcie, którego mechanizm też nie może być wyssany z palca: im większe odstępstwo od reguł fizyki makroświata, tym większa musi być poprzeczna amplituda prawdopodobieństwa. A fideina ma swoje ograniczenia, więc trzeba uważać. Najlepsze wyniki daje manipulacja na stałych kwantowych. Ot, choćby lokalna zmiana wartości stałej Plancka. Moment – i przedmioty z biurka Dolthy'ego zaczęły pojawiać się na blacie. Efekt tunelowy w skali makro. Patrzyłem rozbawiony, jak major rzucił się, aby zakryć ciałem pięknie wydany album Fucking on Polynesia, który pojawił się otwarty, o ile dobrze zapamiętałem, na pozycji 72. Chciałem jej kiedyś popróbować z Roksaną, ale ta mała cholera zażądała dziesięciu dolców więcej. Powiedziała, że to i tak tanio, bo za perwersję obowiązuje specjalna taryfa.

W ostatniej chwili dostrzegłem, że Dolthy, czerwony jak komunistyczna szturmówka, sięga ręką w kierunku przycisku na przedniej ściance biurka. Reorientacja koncentracji w tak zawrotnym tempie sporo mnie kosztowała. Ale udało się. Chyba głównie dlatego, że błyskawicznie zdecydowałem pozostać przy efekcie tunelowym. W momencie wkroczenia uzbrojonego strażnika byłem już piętro wyżej, wzbudzając przerażenie i konsternację jakiejś podstarzałej damulki, którą nakryłem właśnie przy zgoła nie urzędowych czynnościach… dam spokój ze szczegółami. Przeprosiwszy ją grzecznie, wyszedłem normalnie, drzwiami, zbiegłem po schodach. Na korytarzu spotkałem rozeźlonego strażnika wracającego na swój posterunek. Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem.

Przeniknąłem przez drzwi gabinetu Dolthy'ego i spytałem:

– Czy to już wystarczy, czy bawimy się dalej?

Zerwał się, jak gdyby zobaczył ducha. Jego ręka – zapewne odruchowo – znów powędrowała w kierunku przycisku, lecz opadła ciężko na blat, ciągnąc za sobą cały tułów, posłuszna nowemu, lokalnie obowiązującemu współczynnikowi w drugiej zasadzie Newtona.

– No i po co ten replay? Tak pan lubi wychodzić na durnia wobec swoich podwładnych?

Dolthy usiadł, masując rękę (łaskawie przywróciłem newtonowski współczynnik do starej, nadanej przez Stwórcę wartości). Potem wyjął chusteczkę i wytarł łysinę. Zrobiło mi się go żal. Ale cóż: za głupotę trzeba płacić.

– Więc? Jak będzie z moją audiencją u generała?

– Nie ma go – odparł tak zmęczonym głosem, że aż mu uwierzyłem. – Czemu się pan nie zgłosi do cyrku u diabła? Za duża konkurencja, co? W armii hipnotyzerzy są spaleni. Ale zapiszę pana – sięgnął po pióro. – Tylko uprzedzam: jest spora kolejka. Proszę się zgłosić za – obliczał coś w myślach – za dwa tygodnie. Wtedy uściślę termin.

Nie jestem nerwusem. Lecz teraz krew mnie zalała tak dokumentnie, że zobaczyłem jej czerwony blask pod powiekami (kto wie, może to jakieś działanie uboczne fideiny?). Mimo to zdołałem się skoncentrować. Anihilacja z transmisją energii. Dolthy'emu pióro wypadło z ręki. Trudno, aby było inaczej, skoro nie miał już tych palców, co je podtrzymywały.

– To zostawiam ci na pamiątkę, nędzny biurokrato – warknąłem ze złością. – Odzyskasz te swoje kochane, tłuściutkie paluszki, gdy będę opuszczał gabinet generała Hamiltona, nie prędzej, daję ci na to me uroczyste słowo honoru. Zapewne nie jesteś na tyle tępy, by nie wiedzieć, że będzie to możliwe jedynie wtedy, gdy tam uprzednio wejdę. A uczynię to tylko w sytuacji, gdy mnie osobiście zaanonsujesz, choć teraz już chyba nie wątpisz, że mógłbym na sto innych sposobów. Może to oduczy cię nazywać mnie hipnotyzerem. Będę tu jutro o dwunastej – skierowałem się do drzwi. Już je zamykałem, gdy szatan podsunął mi raczej nieelegancki pomysł. Uchyliłem więc drzwi i przez szparę powiedziałem:

– A to zamiast tortu.

W tym momencie na samym środku biurka Dolthy'ego pojawił się okazały, świeżutki krowi placek, który teleportowałem tu z pobliskiego pastwiska.

 

***

Generał był całkiem inny. Gdyby nie mundur, przysiągłbym, że jest astrofizykiem, tym typem dziwaka, który nawet w czas urlopu nie opuszcza wzgórza Kitt Peak. To wrażenie jakoś mnie podbudowało, choć dobrze przecież wiedziałem, jak złudna bywa ocena dokonywana jedynie na podstawie oglądu powierzchowności fizycznej.

– Słyszałem o pańskich wyczynach – wydawał się być rozbawiony. Może też nie cierpiał Dolthy'ego. – Musiało panu bardzo zależeć na spotkaniu ze mną. Albo jest pan nieprzeciętnym cholerykiem.

– I jedno i drugie – mruknąłem, niezupełnie zgodnie z prawdą. Po co ma zaraz wiedzieć o mnie wszystko.

Hamilton wskazał mi fotel. Gdy usiadłem, wyciągnął pudełko z cygarami. Odmówiłem, choć mnie skręcało, żeby zapalić. Fideina i nikotyna dają w sumie mieszankę piorunującą. A musiałem się troszkę naszprycować, pewien, że dojdzie do demonstracji.

– I co? Mógłby pan to wszystko powtórzyć dzisiaj? – Hamilton jak gdyby czytał w moich myślach.

Skinąłem głową.

– Oraz podtrzymuje pan, że to nie ma nic wspólnego z hipnotyzerką.

– Dokładnie nic.

– A z… hm… parapsychologią?

Zawahałem się. Na dzisiejsze spotkanie przygotowałem sobie trzy taktyki. A rozmowa podążała w takim kierunku, że wszystkie mogły okazać się bezużyteczne.

– Trochę – odparłem lakonicznie. Generał przestał się uśmiechać.

– Proszę pana. Żebyśmy się rozumieli. Sztuczki mnie nie interesują. Tylko podstawy. Mam nadzieję, że jest to jednoznaczne.

Aha. Więc demonstracji nie będzie. No i dobrze.

– Rozumiem. Tylko że…

– Tylko co?

– To może być… no… trochę trudne. Dla pana.

Zmarszczył brwi.

– W jakim sensie?

– W każdym. Musiałby pan być dobry we wszystkim, generale. W fizyce, psychochemii, psychoneurologii… A nawet w filozofii. I religioznawstwie.

– Może mnie pan nie docenia – mruknął, zapalając wygasłe cygaro.

– Może. Ale nawet jeśli… i tak może pan nie dać wiary.

– A to czemu?

– Widzi pan… Posłużmy się przykładem. W fizyce mieliśmy dwa przeskoki, że tak powiem, świadomościowe. To znaczy takie, które zburzyły podstawy filozoficznego pojmowania świata: kopernikańsko-newtonowski i einsteinowski. Wie pan dobrze, ile wywołały oporów. Niełatwo przełamywać paradygmaty…

– Chce mi pan dać do zrozumienia, że to pańskie… hm… odkrycie może spowodować podobne konsekwencje?

– Tak.

– Kim pan jest u diabła.

– Nie przeczytał pan na wizytówce, generale?

– Przeczytałem. Ale nie przychodzi chyba pan do mnie jako farmakolog!

– Owszem, częściowo.

Generał wstał i zaczął przechadzać się po pokoju.

– Wie pan, ile kosztuje moja minuta. Proszę więc zaczynać.

– Od podstaw?

– Od podstaw.

– Dobrze. Zna pan teorię superprzestrzeni Wheelera?

Przyjrzał mi się uważnie.

– Ależ z pana farmakolog. Dobrze. Jeden zero dla pana. Proszę spróbować. Przystępnie, jeśli to możliwe.

– Owszem, możliwe. Otóż Wheeler wraz z Everettem i Grahamem zaproponowali, bodaj jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku, własną interpretację mechaniki kwantowej, znaną jako teoria EWG. Poglądowa interpretacja tego nieskazitelnego modelu matematycznego przedstawia superprzestrzeń jako twór, w którym dowolny punkt stanowi wirtualny Wszechświat. Faktyczna rzeczywistość realizuje się w czasie poprzez sekwencyjne „aktualizowanie się” tych wirtualnych wszechświatów. Dzieje się to zgodnie z powszechną w fizyce zasadą najmniejszego działania – tutaj rozumianą, jako maksymalizacja prawdopodobieństwa. Tak jak rzeka płynie drogą minimum potencjału grawitacyjnego, tak Wszechświat toczy się w czasie poprzez realizację tych punktów superprzestrzeni, które są najbardziej prawdopodobne.

– Faktycznie zaczął pan od podstaw – mruknął generał.

– Sam pan chciał. Jeśli powiązać z teorią EWG koncepcję kolapsu wektora stanu zaproponowaną przez Walkera – spojrzałem nań wyczekująco: pokręcił głową – z tym na razie dam panu spokój – to okaże się nie całkiem bezsensowne twierdzenie, że świat NIE ZAWSZE podąża linią maksimum prawdopodobieństwa.

– A to czemu?

– Cóż, nie da się bez Walkera – westchnąłem. – W swej interpretacji mechaniki kwantowej założył on istnienie zaburzeń w wektorze stanu zdeterminowane działaniem świadomości. Wolą.

– Aha, słyszałem. Pseudofizyczne podstawy parapsychologii.

– Istotnie, pseudofizyczne, bo istnienie owych związanych ze świadomością zmiennych ukrytych jest absolutnie nieweryfikowalne fizycznie. Ale są weryfikowalne efekty…

– Doprawdy? Pozytywne efekty opisane są jedynie przez entuzjastów. Prawdziwa nauka, oparta na sceptycyzmie poznawczym…

– Właśnie, tu pan trafił! Na sceptycyzmie. Zaś efekty parapsychologiczne, jeśli tylko istotnie zależą, jak twierdzi Walker, od kolapsu wektora stanu uwarunkowanego działaniem woli – będą obserwowane jedynie przy istnieniu owego czynnika świadomości – w warunkach pozytywnego, a nie sceptycznego nastawienia do eksperymentu. Wola, wiara – rozumie pan?

– Tak, tak – wydawał się być rozczarowany. – A co z tym EWG?

– EWG stanowi doskonały grunt dla koncepcji Walkera. Przecież jasno widać, że jeśli odchylić linię „aktualizacji” Wszechświata od tej normalnej, naturalnej – czyli biegnącej zgodnie z zasadą maksimum prawdopodobieństwa – to możliwe są do pomyślenia efekty niezupełnie zgodne z prawami fizyki.

– Ach tak – ożywił się. – I tym czynnikiem powodującym odchylenie od normalnej – jak to pan ujął – linii miałaby być świadomość. Siła woli. Tak?

– Owszem.

– Zgrabna bajeczka – wydmuchnął dym przed siebie, skazując mnie na katusze.

– Też tak myślałem. Lecz uderzyła mnie pewna myśl przy czytaniu – nie zgadnie pan czego – Ewangelii. Nie jestem człowiekiem wierzącym, zawsze chcę wszystko wyjaśniać zgodnie z naturą i żywię przekonanie, że jest to możliwe. Żadnych tam cudów – rozumie pan. No, a co pan powie o cudach Jezusa?

Wzruszył ramionami.

– Nie zajmowałem się tym.

– A ja tak. Zrobiłem nawet pewną statystykę. Proszę pana, on prawie zawsze bazował na silnej wierze uzdrawianego. A jak szedł po wodzie – pamięta pan? Szymon ruszył ku niemu, lecz w pewnej chwili zwątpił – i co? Zaczął tonąć. – Czemuś zwątpił – pyta Chrystus. Gdzie indziej mówi wprost: wiara góry przenosi. Albo: gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, całkiem jak gdyby to był mierzalny parametr! Najbardziej frapujące jest jednak zdarzenie – bodaj w Nazarecie, gdzie wszyscy Go znali jako zwyczajnego śmiertelnika. – Co z niego za prorok – mówili. I cóż pisze ewangelista? Żadnego cudu nie mógł tam zdziałać – bez poparcia ich wiarą! On, Bóg – a nie mógł!

– To istotnie zastanawiające – zamyślił się generał.

– Traf chciał, że akurat wtedy pracowałem nad doktoratem… jest pan dobrze poinformowany – dodałem, widząc jak unosi brwi w geście zdziwienia. – Nie dokończyłem go. Oczywiście, dotyczył farmakologii. „Rozkład salw synaps aksodendrytycznych układu limbicznego w warunkach działania trankwilizatorów”. Ładnie brzmi, nieprawdaż? Lecz gdy wpadłem na ten trop, zorientowałem się, że to temat nie na doktorat…

– Może pan wyrażać się jaśniej?

– Proszę. Słyszał pan o tym narkomanie, co to pod wpływem środków psychotropowych wyskoczył z ósmego piętra, bo wydało mu się nagle, że jest orłem?

– Nie słyszałem. Ale co to ma do…

– Jeszcze trochę cierpliwości. Długo myślałem, czemu tamten się zabił, jeśli naprawdę uwierzył, że ma skrzydła. Wniosek był taki: albo ta cała koncepcja jest bełkotem, albo… albo jego wiary było za mało, żeby wyrosły te cholerne skrzydła. Tertium non datur. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Lecz rzecz nie jest tak prosta. Skrzydła to, wbrew pozorom, wielka sprawa. Kiedy się dobrze przyjrzymy koncepcji – nazwijmy ją Wheelera-Walkera – okaże się, że sterowanie poprzecznymi amplitudami prawdopodobieństwa w procesie aktualizacji świata wymaga tym większych nakładów woli, im bardziej wymuszane zmiany odbiegają od poziomu kwantowego. Inaczej: tym łatwiej zmienić naturę danego zjawiska, im bardziej elementarnych mechanizmów dotykamy. Toteż łatwiej było Chrystusowi przejść przez zamknięte drzwi Wieczernika – efekt tunelowy w skali makro (powtórzyłem go zresztą wobec pańskiego adiutanta) – niż temu nieszczęśnikowi sprawić sobie aktem wiary skrzydła.

– Chce pan powiedzieć, że potrzebna jest…hm… koncentracja woli na fizycznym mechanizmie zjawiska, żeby zmienić jego naturę? – patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Z ust mi pan to wyjął, generale – odpowiedziałem uprzejmie.

– I pan nauczył się to robić – ni spytał, ni stwierdził.

– Nauczył – to niewłaściwe słowo.

– Proszę nie odpowiadać zagadkami.

– Po prostu: wynalazłem środek będący swoistym wzmacniaczem woli.

– Farmaceutyczny?

– Podziwiam pańską przenikliwość.

Zignorował moją złośliwość.

– Rodzaj narkotyku?

– Można by powiedzieć, że jest to daleki krewny środków halucynogennych. Ale ma się do nich tak, jak komputer piątej generacji do liczydła.

Generał milczał wyczekująco.

– Najistotniejszą cechą fideiny – tak nazwałem ten mój „narkotyk” – jest możliwość sterowania kierunkiem i poziomem koncentracji woli. Klasyczny halucynogen nie daje tych szans. Działa probabilistycznie, albo deterministycznie, zależnie od typu. I w jednym i w drugim przypadku pozostajemy bez wpływu na rodzaj i jakość osiąganych wizji. Mając takie możliwości, mogę kierować wolę na te zjawiska, które wybiorę. Także na mechanizmy kwantowe. Ot, wszystko.

– Wszystko? Ależ nawet pan nie zaczął!

– Chciał pan podstaw.

– Chciałem od podstaw, a to jest różnica. Teraz konkrety. Receptura, skład chemiczny. Przyniósł pan pisemne opracowanie?

– Bierze mnie pan za durnia, generale. Konkrety będą, owszem. Jak podpiszemy umowę.

– W ciemno? Obawiam się, że to pan mnie ma za…

– Tak, w ciemno. To są moje warunki. Bo to jest mój wynalazek.

Generał zastanawiał się dłuższą chwilę. Potem popatrzył na mnie chłodno.

– Wie pan, co my możemy…

– Spróbujcie – rzuciłem kpiąco. – Zupełnie jakby pan nie chwycił, co ja mogę.

– Panu się wydaje, że ja nie mam przełożonych – westchnął nieoczekiwanie i podrapał się w łysinę. – To może potrwać koło tygodnia. Specjaliści ocenią te pańskie… podstawy. Od tego zależy, czy zaryzykujemy. Będziemy w kontakcie – wstał, dając mi do zrozumienia, że rozmowę uważa za skończoną. Podniosłem się również.

– Teraz pan nie może?

– Co?

– Zaryzykować. Tak na pięć, dziesięć procent. Jestem spłukany.

Myślał chwilę.

– Dobrze – powiedział w końcu. – Dolthy wypisze panu czek. Ale – dodał znacząco – pięcioma palcami!

– Jasne – roześmiałem się. – Obiecałem mu.

– Co to za czarodziej – powiedział generał, odprowadzając mnie do drzwi – który nie umie wyprodukować paru zielonych…

Pokręciłem głową.

– Niewiele pan zrozumiał, generale. Zielone są z drukarni, a nie z poziomu kwantowego.

– Żartowałem – roześmiał się. Położył rękę na klamce, lecz zatrzymał ją. – Jeszcze jedno. Czemu przychodzi pan z tym właśnie do nas?

– Myślałem, że to jasne, zwłaszcza po tym, co powiedziałem ostatnio. Dla forsy, oczywiście.

Generał patrzył na mnie wyczekująco, więc kontynuowałem: – Jaką miałem alternatywę? Chyba się pan domyśla: cyrk. Naharowałbym się jak osioł, a i tak nie zgarnąłbym nawet dwudziestu procent tego, co wezmę u was.

– Nie liczy pan na zbyt wiele?

Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.

– Może jak pan przemyśli rzecz na spokojnie, jak wypowiedzą się pańscy specjaliści – może wtedy uświadomi sobie pan, co może znaczyć dla armii umiejętność zmiany fizycznych mechanizmów zjawisk. A wtedy da pan każdą cenę.

 

***

Wyszedłem z banku naładowany zadowoleniem dokładnie tak, jak mój portfel naładowany był forsą i skierowałem się wprost do tego burdeliku o obiecującej nazwie „Uniesienie”, gdzie pracowała Roksana. Otworzyła mi sama szefowa i już od drzwi wiedziałem, że stało się coś złego. Bo tylko coś niewyobrażalnie złego jest w stanie wycisnąć z oczu tak zatwardziałego dusigrosza łzy, których niedawną obecność zdradzały czerwone, opuchłe powieki.

– Och, drogi panie Jeffrey! – załkała na mój widok, zarzucając mi ramiona na szyję. Ugiąłem się pod jej ciężarem. – Och, panie Jeffrey kochany, cóż za nieszczęście!

– Co się stało? – spytałem, starając uwolnić się z jej objęć.

– Dlaczego to zrobiła? Dlaczego?! Przecież miała tu, jak u Pana Boga za piecem!

– Na litość boską! – potrząsnąłem nią silnie. – Co się stało, pani Judyto!

– Prawda, przecież pan nic nie wie! Roksana otruła się dziś w nocy!

Przeszedłem kilka kroków i zatrzymałem się tak, jak zatrzymuje się kierowca przepuszczający na zatłoczonej ulicy mknący z wwiercającym się w uszy wizgiem syreny ambulans. Wraz ze mną zatrzymały się wszystkie myśli – zjechały na pobocze, żeby przepuścić tę jedną, nową, której bolesny ogrom każe z trudem torować sobie drogę do świadomości. Szefowa odpłynęła gdzieś wraz ze swoim zawodzącym płaczem, choć stała przecież obok, w dalszym ciągu obdarzając mnie znaczną częścią swego niemałego ciężaru.

Nie wiem, ile czasu upłynęło, nim ruszyłem dalej. Usiadłem na rokokowym krześle, dojrzałem stojącą na stole karafkę. Nalałem sobie i wypiłem. Potem zamknąłem oczy i przywołałem twarz Roksany. Jej fragmenty jęły napływać z zakamarków mózgu, leniwie jak niezdyscyplinowani żołnierze na zbiórkę. Twarz była już gotowa, gdy z przerażeniem uświadomiłem sobie, że nie pamiętam koloru oczu Roksany.

 

***

Dotąd nie wyobrażałem sobie, że może istnieć jakieś wydarzenie zdolne dokumentnie przenicować psychikę takiego twardziela jak ja. A jeśli już coś podobnego mógłbym kiedykolwiek przypuścić, to żadną miarą nie byłaby to śmierć tej małej kurewki, do której, owszem, przywiązałem się nieco, lecz przecież poza wspólnotą interesów (z mojej strony była to możliwość nienajgorszej próby zaspokajania biologicznych potrzeb samca) nic mnie z nią nie łączyło. Takie było przynajmniej do tej pory moje przeświadczenie. I może takim pozostałoby ono mimo tej samobójczej śmierci, gdyby nie wczorajsze słowa Roksany. Słowa, które połknąłem, nieświadom – jak ryba połyka robaka, nie wiedząc nic o ukrytym wewnątrz stalowym haczyku.

„Żeby była tylko jedna miłość. Ta bez pieniędzy.”

Lecz chyba nigdy nie dojrzałbym w tym zdaniu haczyka, gdyby z kolei nie owa śmierć. Roksana odeszła, niemal w ostatniej chwili – i z pewnością całkiem nieświadomie – zarzucając wędkę. Siedziałem nad butelką rumu (nic innego w barku nie znalazłem), której dno prześwitywało już złowieszczo. Bolał mnie żołądek, bo nie odczekałem należytych pięciu godzin po zażyciu fideiny, która alkoholu nie cierpiała bodaj bardziej jeszcze, niż nikotyny. Lecz ból ten był niczym w porównaniu z katuszami ducha tym dotkliwszymi, że kąsającymi znienacka rodzajem udręki całkiem obcym dotąd memu doświadczeniu.

„Żeby była tylko jedna miłość. Ta bez pieniędzy.”

Dwa krótkie, niepozorne zdania piekły jak świeżo wypalone piętno. Przewiercały świadomość w gorączkowych poszukiwaniach mej etycznej jaźni, której wszak nie było.

Nie jestem masochistą. W poszukiwaniu lekarstwa mogącego uśmierzyć ten ból olśniła mnie nagle myśl: skoro śmierć Roksany rozjuszyła we mnie ową sentencję, to tylko jedno może ją ugłaskać. Zmartwychwstanie.

 

***

Stałem w chłodzie kostnicy i wpatrywałem się w twarz Roksany. Byłem skupiony, spokojny, by nie rzec – pewien sukcesu. Olśnienie, którego doznałem, przepędziło gdzieś gnębiącą mnie sentencję, czego nie zdołała dokonać nawet półlitrowa butelka rumu. Byłem sam. Grabarz, filigranowy człowieczek o mysim spojrzeniu, dostał w łapę na tyle, żeby już siedzieć nad butelką. Miałem więc dość czasu i jeśli mi było spieszno, to pewnie z powodu owej gorączki, podniecenia, które ogarnia naukowca w chwili przeprowadzania epokowego eksperymentu. Zresztą i tak spalałem się w domu, czekając aż zatrucie alkoholem spadnie do tego stopnia, żebym mógł zażyć fideinę. Uspokajałem się argumentem, że Łazarz leżał kilka dni w skwarze Palestyny, podczas gdy Roksana dopiero dzień, do tego w chłodni.

Żeby nie być całkiem zielonym, a może też dla zajęcia czymś umysłu, odświeżyłem sobie wiadomości z fizjologii układu krążenia i – niestety już całkiem pobieżnie – z neurofizjologii mózgu. Tak czy owak wychodziło na to, że będę musiał wykroczyć poza efekty kwantowe, bo wielka była moja w tym przedmiocie ignorancja. Zresztą bezpośrednich, klarownych powiązań mechanizmów funkcjonowania sieci nerwowej z kwantowymi dotąd nauka nie wypracowała. Wziąłem zatem sporą dawkę – na granicy ryzyka. Odwróciłem wzrok od Roksany i przeprowadziłem kilka testów.

Najpierw, tak dla wprawy, sprowadziłem świeżutkie jabłko do zgniłki. Potem w drugą stronę: było trudniej, ale jakoś poszło. Podbudowany tym, spróbowałem na śniętej rybie, którą kupiłem przed godziną na straganie (jeszcze dziś mam w pamięci podejrzliwą minę handlarza, gdy zażądałem nieświeżej). Powiodło się za trzecim razem. Ryba trzaskała ogonem w kafle aż miło. Żałowałem, że nie ma tu basenu z wodą, gdzie mógłbym ją wpuścić.

Eksperyment z rybą rozjaśnił mi trochę strategię koncentracji, jaką należałoby przyjąć w przypadku Roksany. Początkowo sądziłem, że najlepiej rozpocząć od aktywizacji układu krążenia (uprzednio przywróciwszy krwi jej właściwe, „żywe” cechy) zupełnie jak przy reanimacji elektrowstrząsami. Okazało się jednak, że nawet w przypadku ryby rzecz nie jest tak prosta: obok aktywizacji centr tyłomózgowia należało wcześniej przygotować właściwe ośrodki układu autonomicznego w rdzeniu przedłużonym, a nade wszystko – uruchomić twór siatkowy regulujący i koordynujący procesy zachodzące w różnych regionach układu ośrodkowego.

Wzbogacony tymi doświadczeniami, z otuchą odwróciłem się ku Roksanie. Teraz widzę, że kierowała mną prosta naiwność. Eksperyment z rybą powinien na zdrowy rozum obudzić we mnie sceptycyzm: w końcu od ssaka na szczycie drabiny naczelnych dzieli ją biologiczna przepaść.

Patrząc później, chłodnym już okiem, nie mogłem nadziwić się mej podówczas beztrosce. Jakoś nie przyszło mi do głowy wziąć pod uwagę choćby tak elementarnej rzeczy, jak fakt powiązań układu autonomicznego z polem kojarzeniowym przednim, zlokalizowanym w kresomózgowiu, o którym rybie nawet się nie śniło.

Tymczasem otucha moja rosła: już po pięciu minutach udało mi się uzyskać pierwszy skurcz serca. Potykając się jak zepsuty, stary zegar, ruszyło ono w końcu i po następnym kwadransie miałem już pełne krążenie. Ustaliwszy tętno i ciśnienie na minimalnym poziomie, poczułem pierwsze objawy „przesterowania” koncentracji. Musiałem więc zrelaksować się, choć moment nie był najkorzystniejszy.

Odpoczywając, starałem się wytyczyć dalszą drogę. Logika nakazywała zająć się układem oddechowym; bez tlenu krew może sobie krążyć ile wlezie, nie poruszy to nawet ciepłego jeszcze nieboszczyka. Nie powinno to nastręczać trudności – w końcu ośrodek regulujący pracę układu oddechowego znajduje się tuż obok naczynioruchowego, w rdzeniu podłużnym.

Tak też postąpiłem. Po kolejnym kwadransie miałem już regularną pracę płuc. Patrzyłem pełnym tryumfu wzrokiem na podnoszące się i opadające piersi.

Wtedy Roksana usiadła. Zaskoczony, spojrzałem na jej twarz i nie mogłem opanować przerażenia. To nie była ludzka twarz. W zawrotnym tempie biegły po niej skurcze, tiki, których powtórzenia nie podjąłby się nawet zwycięzca ogólnoświatowego konkursu na miny. Przypominało to trochę oblicze na ekranie telewizora, szarpane raz po raz zniekształceniem wskutek przebicia kondensatora. Co ja plotę. Wcale nie przypominało. Tam zawsze jest jakaś prawidłowość: szarpnięcia są poziome, albo skośne, gdy „zrywa się” synchronizacja. Tutaj żadnej prawidłowości nie było. Wargi chodziły w grymasach, jedna nie wiedząc o drugiej. Nos to rozszerzał się, to kurczył, to znów wpadał w jakieś wściekłe drgawki. Policzki przebiegało mrowienie; zmarszczki płynęły przez nie z łatwością fal na tafli jeziora lizanej łagodnym zefirkiem i – o zgrozo – interferowały ze sobą w okolicach ust, modyfikując ich suwerenne grymasy.

Potem ruszyło całe ciało. Niezależnie od wszystkich tych okropności dziejących się z twarzą, głowa poczęła podrygiwać nieregularnie, niby dynia na furmance jadącej wyboistą polną drogą. Ruchów rąk opisać nie sposób. Brakuje porównania. I niech się schowają wszystkie gałęzie animowane wichurą w czas burzy.

Skóra raz po raz nadymała się w bąbelki na kształt czyraków, które znikały nagle, by nieoczekiwanie pojawić się w innym miejscu. Wyglądało to jak powierzchnia gotującego się syropu.

Jednak najbardziej niesamowity widok przedstawiały piersi. To pęczniały, rozdymały się jak balon, to kurczyły, skręcały się, podrygiwały i to bez żadnej koordynacji: prawa sobie, lewa sobie.

Zamknąłem oczy, chcąc opanować narastającą falę mdłości. Musiałem nawet w tym celu zogniskować na moment wolę.

– „Wygląda na to” – myślałem intensywnie – „że samoczynnie wystartował ośrodek ruchowy układu somatycznego. I to prawdopodobnie piramidowego, odpowiedzialnego za ruchy wyuczone. Ponieważ jednak nie pracowało kresomózgowie – zatem także pole kojarzeniowe przednie, odgrywające jak wiadomo rolę regulatora ruchów dowolnych – pola elektromotoryczne i somatoruchowe kory, pozbawione sygnałów sterujących, reagowały na szum. Gdyby udało mi się uaktywnić kresomózgowie… Ba, ale jak!”

Coś dotknęło mojej nogi. Otworzyłem oczy: ciało Roksany (jak i kiedy zeszło? spadło?) wiło się bezładnie po podłodze. Odskoczyłem jak oparzony. Opanowałem się jednak. Przecież to Roksana. Schyliłem się, żeby ją podnieść, położyć na katafalku. Gdzież tam. Wymykała mi się jak ryba. W ruchach, tak przecież chaotycznych, przejawiała się nadspodziewanie siła dorosłego mężczyzny. Po kilku bezowocnych próbach spasowałem i, usiłując nie patrzeć na przerażające podrygi trupa (osłabiało to moją koncentrację) próbowałem uaktywnić kresomózgowie.

Walczyłem tak może ze trzy kwadranse. Trup Roksany cały ten czas tańczył swój wariacki taniec. Nic nie wskórałem. Pojąwszy, że przegrałem, usiłowałem zablokować spontanicznie uruchomiony ośrodek ruchowy. Jedynym skutkiem było to, że Roksana zaczęła wyć. Nie, to nie jest właściwe słowo. Bo dźwięki wydobywające się z jej krtani nie dadzą się nazwać żadnym ludzkim określeniem. Najprawdopodobniej wystartował ośrodek Broca odpowiedzialny za skoordynowane działanie wszystkich mięśni niezbędnych do wydawania artykułowanych dźwięków. Lecz z kresomózgowia – miast właściwych sygnałów – płynął szum…

Nie dało się tego znieść. Wsadziłem palce w uszy i za wszelką cenę usiłowałem odwrócić bieg wydarzeń – to znaczy zablokować układ oddechowy i krwionośny. Bez rezultatu. Ponawiałem próby raz po raz – niestety coraz bardziej nerwowe, więc pozbawione szans. W trakcie jednej z nich poczułem (oczy trzymałem cały czas zamknięte) na policzku oddech. Odruchowo podniosłem powieki. Przede mną była twarz Roksany. Oczy naprzeciw oczu. Nie dalej, niż dziesięć centymetrów.

Oczy. Te oczy będę pamiętał do końca życia. Popełniłem potem wielki błąd, nie koncentrując się na zapomnieniu ich właśnie.

Były to, oczywiście niewidzące oczy trupa. Ale tam, w tym momencie – teraz, biorąc rzecz na rozum, wiem: to musiało być złudzenie, bądź przypadkowy grymas – dojrzałem w nich rozpacz, bezdenną rozpacz błagającą, żebrzącą o powrót: gdzie – nie umiem powiedzieć – może do życia, może na katafalk. Ani jednego, ani drugiego dać nie umiałem.

Wpadłem w panikę. Balansując na granicy „przesterowania” koncentracji bardzo o to łatwo. Wybiegłem z kostnicy, wydając ciało Roksany na pastwę losowych sygnałów mających swe źródło gdzieś w termicznych ruchach molekuł… Biegłem, biegłem… Ocknąłem się w lesie. Dobre dziesięć kilometrów za miastem, jak się okazało.

Nie wiem jak długo to mogło tam trwać. Zapewne do momentu, w którym skończyły się zapasy energetyczne organizmu. Mówiąc inaczej – do chwili, w której ciało trupa umęczyło się na śmierć…

Znacznie później dowiedziałem się, że grabarz, ten, którego przekupiłem, wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Nie dziwię się. Nawet jeśli był pijany…

Łapiąc bezskutecznie okazję w drodze powrotnej, uświadomiłem sobie, że Chrystus jednak wskrzesił Łazarza. Wypadało albo nie dać wiary Ewangelii, albo przyjąć, że miał on tak dużą wiedzę (myślę o kwantowych podstawach neurofizjologii), albo…

Pierwsze rozwalało w proch przesłanki mojej teorii, którą na tyle błyskotliwie wyłożyłem Hamiltonowi, że dał się złapać, teorii przecież zweryfikowanej empirycznie!

Drugie było niewiarygodne. Wręcz absurdalne. Chyba żeby założyć, że Chrystus rzeczywiście był Bogiem. Lecz w Boga przecież nie wierzyłem… Lub że był – jak chcą danikenowscy ufoentuzjaści – kosmitą. W te brednie też nie wierzyłem.

Pozostało to „albo”.

Odgrzebałem w pamięci ów ewangeliczny przekaz. Zaraz też spostrzegłem, że stało się tam coś, czego na próżno było szukać w przypadku innych cudów: przed wskrzeszeniem Łazarza Chrystus zapłakał.

Zapłakał. Czemu zapłakał?

Bo kochał Łazarza.

Czyżby… czyżby była jeszcze jedna, inna opcja? Koncentracja woli zmienia rzeczywistość – zgodnie z obowiązującymi mechanizmami fizycznych zjawisk, jeśli ich istota jest rozpoznana przez kontrolujący wolę umysł. To wiedziałem. Wyglądało na to, że analogiczne zmiany rzeczywistości są możliwe nawet bez wiedzy o mechanizmie – o ile koncentracji woli towarzyszy dość silne uczucie. Miłość.

Ja nie kochałem Roksany. Chęć jej wskrzeszenia wynikała przecież z jak najbardziej egoistycznych intencji.

Dotarłem do domu w stanie krańcowego wyczerpania fizycznego i psychicznego. Lecz mimo to nie uszedł mej uwadze człowiek w beżowym prochowcu, czytający gazetę na ławce, dokładnie naprzeciw mej klatki schodowej. Lecz było mi wszystko jedno. Walnąłem się na tapczan i natychmiast zasnąłem twardym, pijackim snem.

 

***

Obudziłem się następnego dnia koło południa i ledwie oprzytomniałem, skierowałem się w stronę okna. Zerknąłem zza zasłony. Był, oczywiście. Nie ten sam, inny, ale nawet dziecko nie dałoby się nabrać.

Zaparzyłem kawę, myśląc cały czas intensywnie. Radio bormotało niewyraźnie wiadomości; pogłośniłem pilotem. Nic. Ani słowa o incydencie z Roksaną. Ani słowa! To symptomatyczne. Więc są na tyle głupi, by nie przewidzieć, że to jest dla mnie sygnał: wiedzą.

Wykąpałem się i ogoliłem. Potem przeszedłem do mojego pokoiku-laboratorium. Zgarnąłem butelki i słoiki z półek, opróżniłem je do zlewu. Napełniwszy butelki octem, słoiki zaś solą, ustawiłem je z powrotem równiutko na półce.

Wyjąłem z sejfu zapas fideiny i, wymieszawszy ją z kwaśnym węglanem sodu (powoduje on rozpad jej podstawowych struktur), też wysypałem do zlewu. Zostawiłem tylko jedną dawkę – końską, ale jedną. Spaliłem całą dokumentację – recepturę i tak miałem w głowie. Zabrało mi to niemało czasu: chciałem być dokładny, więc przetrząsnąłem wszystkie książki. Mam zwyczaj zostawiania w nich własnych notatek. Przy okazji przekonałem się, że jeszcze nie zrobili żadnej rewizji.

Nabrawszy pewności, że mieszkanie oczyściłem w miarę dokładnie, usiadłem w fotelu i jąłem wertować notesik. Wybór padł na ciebie. Dlaczego? Bo nie mieściło mi się w głowie, aby mogli dotrzeć do tej libacji sprzed trzech lat, w zapadłej dziurze opodal Twin Falls, gdzie oberwałem od ciebie po gębie za to, że po pijaku przystawiałem się do twojej żony.

Pewnie, że przyszło mi do głowy, iż telefon może być na podsłuchu. Ale innego wyjścia nie miałem. Faceci zmieniali się równo co godzinę czterdzieści (jakby w wojsku pomiar czasu był dziesiętny, nie sześćdziesiątkowy) i nie spuszczali wzroku nawet z przedszkolaków, jeśli tylko przekraczały drzwi mojej klatki schodowej.

Byłeś cholernie punktualny. Kiedy, dokładnie o ósmej jeden, udając pijaka, wszcząłeś awanturę na skwerku, włożyłem szybko płaszcz i korzystając z zamieszania, które sprokurowałeś, wypadłem z bramy. Za rogiem miał stać czerwony mercury. Stał. Wskoczyłem, zapaliłem silnik i ruszyłem z impetem.

Gdzieś w połowie drogi sięgnąłem do skrytki. Był: Caracas, godzina dwudziesta pierwsza czterdzieści pięć, lot nr 407.

Wywiązałeś się co do joty. A ja nawet ci nie podziękowałem. Nawet nie spytałem, ile przeze mnie wycierpiałeś od nich. Wdzięczność godna podziwu, prawda?

Gdy przeszedłem kontrolę celną, opuściło mnie podniecenie. Byłem bezpieczny.

Czułem się jak nowożeniec. No, może lepiej – jak rozwodnik. Niespodziewanie bieg wydarzeń sprawił, że życie moje odmieniło się, lecz zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałem i zaplanowałem po odkryciu fideiny. Miałem w kieszeni niezłą sumkę – zaliczkę od Hamiltona, a w głowie recepturę mego wynalazku. Lecz wczorajsze doświadczenie z Roksaną nie tylko nauczyło mnie ostrożności; także do reszty zreorientowało mój kościec etyczny. Toteż solennie postanowiłem dziesięć razy pomyśleć, zanim podejmę znów jakąś próbę wykorzystania fideiny. Nie spodziewałem się, że już za chwilę los tak okrutnie zadrwi z mojej decyzji.

Intymny, lecz wszechobecny, górujący nad lotniskowym gwarem głos spikerki zapowiadającej mój lot przerwał me rozważania. Wstałem i włączyłem się w potok podróżnych. Przy końcu pasażu, tuż przed wyjściem na płytę lotniska oczekiwał autobus mający uwieźć nas w kierunku srebrzącego się w świetle jupiterów cygara samolotu. Właśnie tutaj dwie podążające obok mnie panie wykręciły mi ręce tak zgrabnie, że w oczach pozostałych pasażerów musiało to wyglądać na familijny uścisk. Nim się zorientowałem, skręciliśmy w boczny, całkiem pusty korytarz. Już po pierwszej próbie zaniechałem stawiania oporu; te zgrabne dziewoje znały się na rzeczach, które kojarzą się nam raczej z płcią brzydką i na dobrą sprawę jedna z nich wystarczyłaby w zupełności na mnie: zwariowanego wynalazcę, który sztukę samoobrony poznał jedynie poprzez przypadkiem obejrzane filmy z Brucem Lee.

Szliśmy ciągle pustymi korytarzami, klucząc tak, że wkrótce straciłem orientację zwłaszcza, że byłem zaabsorbowany intensywnym myśleniem, co zwykle ma miejsce u faceta kompletnie zaskoczonego rozwojem wydarzeń.

Były dwie możliwości: albo moje przeczucia o podsłuchu sprawdziły się, albo… albo zdążyli już coś wydusić z ciebie. Jak by nie było, miałem dowód namacalny na to, że Hamilton uwierzył do końca. Jeszcze wczoraj stanowiłoby to szczególny powód do poprawy samopoczucia, ale dziś…

Wyszliśmy wreszcie z dworca jakimiś bocznymi drzwiami, wprost w objęcia czarnego Cadillaca; całość w sposób dość żenujący przypominała kadry tanich sensacyjnych filmów. Cóż z tego, skoro była to bezwzględna realność.

Załamałem się. Mam silny charakter, stać mnie na upór, lecz dotyczy to zmagań intelektualnych. Stając naprzeciw przymusu bezpośredniego, do tego bez żadnych w tym względzie doświadczeń (przed Hamiltonem tylko udawałem chojraka), czułem bezsilność.

Możliwe, że popełniłem błąd; moja psychika jeszcze nie wróciła do równowagi po wczorajszym diabelskim młynie z Roksaną. Znów uległem panice, temu nieprzejednanemu wrogowi roztropności.

To był moment. Korzystając z chwilowego zamieszania przy wysiadaniu z samochodu, dobyłem ukradkiem ostatnią porcję fideiny i połknąłem ją.

Może jednak nie postąpiłem najgorzej. Bo oczywiście, pierwszą czynnością po dojechaniu na miejsce (nigdy nie dowiedziałem się, gdzie to było) rozebrali mnie do naga i zrewidowali.

Strach pomyśleć, co stałoby się ze światem, gdybym… Strach też pomyśleć, co stałoby się ze mną.

Hamilton był inteligentny. Po odkryciu tego, co wyrabiałem w kostnicy nie tylko uwierzył w prawdziwość mych słów, ale przewidział też moją moralną metamorfozę. Nie docenił jednak jej zasięgu; widać nie był w stanie pojąć, że jestem gotów posunąć się do tego stopnia, żeby zabrać tajemnicę fideiny nawet sobie.

Tak zrobiłem. Na pierwszym przesłuchaniu grałem na zwłokę: czekałem na działanie narkotyku. Gdyby mi zrobili – ale to zaraz po przyjeździe – płukanie żołądka, mieliby wszystko: skład chemiczny i mnie.

Zrobili to. Lecz za późno. Bo po około 40 minutach od doustnego zażycia kwas solny rozbija strukturę podstawowych quasihalucynogenów, których skojarzone działanie – ale dopiero we krwi – daje pożądany efekt. Zmiany te są tak nieodwracalne, że jakakolwiek próba odtworzenia składu chemicznego – bez znajomości podstaw, oczywiście – musi zakończyć się fiaskiem.

Tymczasem we krwi miałem dość fideiny, by skoncentrować wolę na ośrodku pamięci mojego mózgu. Był w tym pewien heroizm z mej strony, zwłaszcza po negatywnych wynikach prób z Roksaną; manipulacje na własnym mózgu narażały mnie na niebezpieczeństwo, w najlepszym przypadku śmierci – bo wolałbym ją od niemożliwej do przewidzenia mnogości rodzajów kalectwa umysłowego. Działałem więc ostrożnie, posuwając się trochę jak ślepiec (z trudem przypominałem sobie topografię pól korowych). Odszukawszy engramy pamięci długotrwałej, rozpocząłem proces dezintegracji struktur pre– i postsynaptycznych, cały czas kontrolując efekty tego specyficznego „kasowania” (w istocie bardzo to jest podobne do usuwania zapisu na taśmie magnetycznej poprzez porządkowanie jej elementów ferromagnetycznych).

Resekcja informacji z tzw. pamięci dawnej okazała się niewystarczająca: część wiadomości dotyczących struktury fideiny znajdowała się jeszcze w polu kojarzeniowym przednim, gdzie lokuje się pamięć „nowa”. Poruszałem się po niej szczególnie ostrożnie: zachowane tu struktury synaptyczne zdradzały własności swoistej „interferencji” informacji i właśnie teraz łatwo było zrobić z siebie debilka, a w najlepszym wypadku sklerotyka.

Półtorej godziny wytężonej koncentracji przyniosło efekt satysfakcjonujący: o fideinie wiedziałem teraz akurat tyle, co generał Hamilton.

Poszedłem na całość, wiem. Mogłem próbować blokady czasowej. Na pięć, powiedzmy, dziesięć lat. Ale: ani wiedziałem, jakimi środkami dysponuje armia (sądzę, że sam, bez fideiny poradziłbym sobie z taką blokadą, a oni tam, w sztabie też – przypuszczenie to potwierdziło się niebawem aż zanadto – nie mieli głupców za chemików), ani – jak długo generał zechce mnie gościć.

Próbował wszystkiego, trzeba mu to uczciwie przyznać. I nie wypuścił mnie, póki na sto procent nie uwierzył, że naprawdę wszystko zapomniałem.

 

***

Patrzyłem na niego wyczekująco. Bawił się niklowaną zapalniczką. Kto by pomyślał: gdyby nie ten cholerny katar, który zmusił mnie do odszukania apteki na tym zadupiu, nigdy go nie spotkałbym. Nigdy nie dowiedziałbym się, po co mu był ten bilet do Caracas, czerwony mercury i moje pijackie awantury przed jego domem.

Wyczuł pewnie moje wyczekujące spojrzenie, bo powiedział:

– To wszystko, Frank. Wiem, nie wierzysz mi. Nie dziwię się. Czasem sam nie wierzę w całą tę historię.

– Czemuś nie dał znaku … gdy cię wypuścili?

Spuścił wzrok.

– Tak. Możesz mnie mieć za gnojka. Ale… wyszedłem stamtąd… no… niezupełnie taki… rozumiesz. Mówiłem przecież, że Hamilton próbował wszystkiego. Dopiero po kilku latach… Ale nie mogłem cię znaleźć. Jakoś trafiłem tutaj – i zostałem.

– Nigdy nie próbowałeś?

– Czego?

– Przypomnieć sobie.

Roześmiał się.

– To niemożliwe, Frank. Fideina naprawdę działała.

– Ale… nie rozumiem: przecież odkryłeś ją kiedyś! Też nic wcześniej nie wiedziałeś.

– Tak – zamyślił się. Wyjął papierosa, pobawił się nim i schował z powrotem do paczki. – W odkryciu jest coś z przypadku. Źle mówię. Coś z olśnienia. Iluminacja, która nie wiadomo kiedy i jak się pojawia. Lecz myślę, że zależy też od twoich… hm… psychicznych predyspozycji. Od wiary w odkrycie. Nie darmo jest powiedziane: „szukajcie, a znajdziecie”…

Zdecydował się jednak zapalić.

– Oczywiście, wielokrotnie próbowałem ponownie odkryć fideinę. Ale chyba trochę bez przekonania. Bez tego młodzieńczego zapału, zacietrzewienia. Więc mi nie szło. Aż całkiem utraciłem wiarę w to, że mogę tego dokonać…

Milczeliśmy długo. Potem spytałem, przełamując wewnętrzny opór:

– A Bóg?

– Co – Bóg?

– No, chodzi mi o wiarę. Wierzysz teraz w Boga?

Podniósł głowę i uśmiechnął się. Całkiem tak samo, jak przed laty, w tym schronisku opodal Twin Falls, gdym mu dał w łeb za to, że się podwalał do mojej żony.

Tak samo? Co ja wygaduję. Zupełnie inaczej.

Koniec

Komentarze

Genialne! Dlaczego TAKICH opowiadań nie ma w Nowej Fantastyce? Ty, kurde, dlaczego tak mało na świecie i na tym portalu takich piep…geniuszy? Kurde, żebym płakał ze śmiechu czytając tytuł pracy naukowej głownego bohatera! Chłopie, gdzieś Ty się uchował z takim mózgiem? Klik, kurde, klik i jeszcze raz klik! Pisz więcej, bo wreszcie się bawię, jak lubię na tej półpustyni:D. Na cały gwizdek!:D Pozdr!

Dziękuję rybaku, ale z geniuszem to już przesadzasz :) Lecz cieszę się, jeśli dobrze się bawisz!

Pozdrawiam wzajemnie!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

NIE przesadzam! Jak ktoś gada metajęzykiem i potrafi zapodawać analogie między analogiami, też potrafię rozpoznać. Trudno, przepadło:D Trzeba było siedzieć cicho, albo lecieć 30-procentami mocy, dla niepoznaki:D. Hi,hi, nadzerowiec jeden:DDD

 

No to już po mnie… crying

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

A to zależy , znaczy – kto tu kot, a kto – obserwator ;D. Tak że ten …Nie ma co się mazać, ino trzeba wiencyi pisać!:)

 

Nie więcej tylko lepiej. Nie będę stachanowcem polskiej fantastyki! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dobre, tsole. Bardzo dobre. Tym razem zrobiłeś na mnie wrażenie tym no, warsztatem. To jest bardzo fajnie napisane, wystylizowane i jajeczne. Świetna robota. Jak Ci ktoś znowu zarzuci fizyczny bełkot, osobiście na niego tutaj nafukam. Klikam to jak mój tata windowsowego pasjansa.

Dzięki, Łosiot! Miło mi że dostarczyłem Ci dobrych wrażeń. Takie komentarze czyta się z wielką przyjemnością, więc i Ty mi takich wrażeń dostarczyłeś :) Osobiście uważam Fideinę za mój najlepszy produkt hard SF – “za całokształt”, ale zwłaszcza za pewien wigor, dynamikę i dramaturgię (bo myślę, że intelektualnie “Noosfera” lepsza). Dziękuje też za klika!

A ci spece od “bełkotu” niech sobie powybrzydzają, nie musimy odbierać im dobrego samopoczucia :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dobre opowiadanie, konstrukcyjnie, narracyjnie, bohaterowo. Kliknę na mur, bo czyta się wyśmienicie.

Najsampierw ponarzekam. Co Wy macie chłopaki z tymi wątkami dziewczyńskimi (Ty, Syf i inni), czy kochanie, seks jest najważniejszą sprawą na całym świecie. Przyglądam się temu tak i wspak i zdaje mi się, że i inne sprawy poruszają mnie równie mocno jak Romeo i Juliet w różnych wersjach i odsłonach.

Kiedy czytam opowiadania z wątkiem kobieco-męskim (kolejność słów w zestawieniu – przypadkowa) to myślę sobie, że ludzie zapomnieli o przyjaźni i innych bliskich relacjach. Nic tylko ta miłość romantyczna i prokreacja w tle. To ona ma dawać szczęście, być impulsem, motorem, punktem wyjścia.

Co prawda, pisałeś o wynalazku pewnego biochemika, ale i tak zeszło na to samo. Chyba dlatego bardziej podobała mi się Noosfera i nawet Chmura, chociażem tę ostatnią kontestowała.

Wiesz ostatnio słuchałam podcastu o neuronowinkach i trybach (sześciu) doznań – odczuć/uczuć/emocji. Ciekawe, czy chemicznie dałoby radę wywołać taki efekt.

U Ciebie jak zwykle królują kwanty, fajny pomysł, acz kompletnie nierealny – dla mnie, z mojego poziomu ignoranctwa – w tym momencie, ale świetnie to opisałeś:) 

pzd srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję Asylum, jesteś niezawodna. Już myślałem, że czytelników odstrasza ten pikantny początek, ale Ty dzielnie go zniosłaś, choć wybrzydzanie w tej kwestii mnie nie ominęło :) Zatem pozwolę sobie na kilka słów usprawiedliwienia.

seks jest najważniejszą sprawą na całym świecie

Tak, Asylum, mężczyźni tak mają, kobiety nie i dlatego między płciami powstają napięcia. Nie będę jednak tego tematu rozwijał, od tego są seksuolodzy, a poza tym to nie z tego powodu moje opowiadanie zaczyna się jak zaczyna. Był mi potrzebny jakiś element w narracji dla zilustrowania przemiany etycznej bohatera. Nie ma tu ani miłości romantycznej ani prokreacji tylko sprzedawany seks – mimo to tragiczna śmierć Roksany “do reszty zreorientowała kościec etyczny bohatera”.

A tak naprawdę istota opowiadania tkwi w przesłaniu, że nie tylko wiara góry przenosi – także miłość (a właściwie Miłość). I z tego powodu jest to opowiadanie SF inspirowane myślą chrześcijańską. Także i z tego, że mamy do czynienia z nawróceniem, o czym świadczy ostatnie zdanie tekstu.

fajny pomysł, acz kompletnie nierealny

No nie wiem czy kompletnie. Teoria EWG (którą wyeksploatowałem w moich opowiadaniach do granic możliwości) funkcjonuje w fizyce i to wcale nie pałęta się gdzieś po peryferiach, jak choćby pomysły Walkera, które z tą teorią tu pożeniłem – i tu właśnie w tym opku biegnie granica między nauką a fantastyką.

Raz jeszcze bardzo Ci dziękuję – za pamięć, ciekawy komentarz i klika!

Serdeczności!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dobry tekst. Fajny pomysł na wynalazek – chociaż postrzegam go bardziej jako magię niż naukę – fabuła też nie odstaje. Ciągle coś się zmienia. I do tego jeszcze przemiana protagonisty. Dużo tu zawarłeś.

Acz przecinkologie widywałam lepsze, tu masz jeszcze potencjał do poprawy.

Babska logika rządzi!

Dzięki Finkla, jestem zaskoczony mile, oczywiście pozytywnym wydźwiękiem tej minirecenzji, ale też tym, ze pojawiła się ona tak szybko, bo sygnalizowałaś, że masz sporą kolejkę.

Acz przecinkologie widywałam lepsze, tu masz jeszcze potencjał do poprawy.

Akurat w tej konkurencji nie mam ambicji się ścigać, uważam, że to pole kompetencyjne korektorów :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Mnie też się spodobało. Ciekawy pomysł i nieustępująca mu realizacja. Główny bohater też wypadł intersująco. Może nie do końca mój gatunek, to, tak czy inaczej, uważam tekst za bardzo dobry i oczywiście klikam :)

Nie, początek nie odstrasza, raczej wywróciłam oczami, że znowu to samo;), jakby nie było innych motywów z Szekspira, gdyż chyba on większość dramatów i komedii spisał.

W ogóle myślę sobie, że fantastyka (tak ogólnie rzecz ujmując) jest bardzo sterylna pod tym względem, jest seks, gwałt, przemoc i morze krwi, ale jakieś takie papierowe (naturalnie trochę przesadzam i uogólniam). Może jest to kwestia zbudowania wiarygodnej postaci. U Ciebie są ujmujący tzn. mam do nich jakiś stosunek, ponieważ są jacyś i konsekwentnie prowadzeni i lubię ich, nie lubię itd. 

Odnośnie – „mężczyźni tak mają, kobiety nie i dlatego między płciami powstają napięcia”, zrobiłeś mi dobry wieczór :DDD, który niestety już się kończy – buu. Objaśniasz mi świat:) – skąd ten cytat?

Jasne, faceci tak mają, ale nie zawsze, nie ciągle i nie jest to dla nich najważniejsze. Podobnie kobiety – teraz też tak mają. Seks jest ważną sferą życia, Życia pisanego dużą literą, z tym się zgodzę i na tym poprzestańmy. Zabieg literacki rozumiem, acz właśnie jemu się dziwię, czemu musi się zawsze tak zaczynać?

Czy „Miłość góry przenosi”? Tak, przenosi przez – musiałabym sprawdzić – ile tygodni – bo potem jest przywiązanie i głęboka relacja, naturalnie jeśli udało się ją zbudować i mamy w miarę stabilne osobowości, ponieważ dzisiaj wszystko sprzyja rozpadowi.

Z nawróceniem i inspiracją chrześcijańską – zaskoczyłeś mnie, chociaż pobrzmiewały mi w trakcie czytania jakieś głosy o poprawie, refleksji, sumieniu. Przeczytam jeszcze raz, aczkolwiek „dialogu” tu za dużo nie było, bardziej ekspiacja, chociaż może. Zobaczę, ja jestem z „sekty" dialogu:)

 

Czy kompletnie ta kwantowość i EWG jest od czapy – też tego nie wiem, więc jesteśmy w grupie, no nie, para to jeszcze nie grupa (chociaż niektórzy socjolodzy mają inne zdanie na ten temat). Masz rację, że pęta się to EWG, ale jakośpanie jej nie cierpię i coraz bardziej drażni mnie używanie słowa “kwantowy” (ostatnio) jako marketingowego sloganu w różnych sferach naszego życia. Wszystko jest kwantowane, choć nie powinno, bo takim nie jest i pewnie stąd moja alergia (przeczulenie), ale nie ma to związku z Twoim opowiadaniem.

dobranocka:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Katia72: Bardzo dziękuje za wizytę i miły komentarz, tym dla mnie cenniejszy, że od osoby niespecjalnie będącej miłośnikiem gatunku. Pozdrawiam serdecznie!

 

Asylum: 

skąd ten cytat?

Napisałem to ad hoc, jeśli nieświadomie kogoś splagiatowałem, to przepraszam :)

„Miłość góry przenosi”

Miałem tu na myśli Miłość będącą esencją chrześcijaństwa. Nie będę poszerzał tematu bo zaraz by mi jakaś homilia wyszła :) napomknę tylko, że ową “esencję” najlepiej opisał św. Paweł w pierwszym liście do Koryntian.

ja jestem z „sekty" dialogu

Ja też i to chyba widać w innych opowiadaniach. Akurat tutaj “moralne boje” bohatera dzieją się w głębi jego duszy i choć (co się okazuje pod koniec) jest jakąś formą “spowiedzi” wobec przyjaciela z dawnych lat, to jednak (w przeciwieństwie do tajemniczego spowiednika w “Noosferze”) ów przyjaciel milczy, ergo mamy do czynienia z monologiem.

drażni mnie używanie słowa “kwantowy” (ostatnio)

Mnie też :)

 

 

Silne pozdro!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

skąd ten cytat? 

Napisałem to ad hoc, jeśli nieświadomie kogoś splagiatowałem, to przepraszam :)

Nie, nie, nie to ja przepraszam:), zawiodła komunikacja. Już tłumaczę – kiedy tak objaśniałeś mi, że kobiety to… a mężczyźni to… to natychmiast uruchomiło mi się skojarzenie z książką, a właściwie esejami R. Solnit “Mężczyźni objaśniają mi świat”. Przezabawne (chociaż niekiedy to taki śmiech przez łzy), chyba ze dwa lata temu było stosunkowo głośno na temat tej książki (są tam zebrane jej eseje). Dam link do tego pierwszego, od którego się zaczęło i nie złość się, że z Krytyki Politycznej, bo tylko tam ten tekst jest “wolny”

https://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/mezczyzni-objasniaja-mi-swiat/

 

Hm, miłość, czy agape?

Kurcze nie wiem, czy jest esencją. Jestem na tak, kiedy czytam Tischnera – zwłaszcza zakochanam w filozofii dramatu i – bo krótsze;) – ostatnich jego esejach “Inny. Eseje o spotkaniu”, a potem odejście Rosenzweig i Heshel (ten niestety leży na półkach i kwiczy)

 

Masz rację, że ćmoje-boje dzieją się w duszy tego bohatera. Teraz, kiedy o tym napisałeś, zaczęłam zastanawiać się, czemu ten przyjaciel milczy i jak można byłoby to “podkręcić”, aby nie koncentrować się na miłości romantycznej – a może Roksanie nie o to chodziło?

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

aby nie koncentrować się na miłości romantycznej – a może Roksanie nie o to chodziło?

Lubię zostawiać otwarte pola w opowiadaniach. Niech czytelnik ma szansę pomyśleć, poszukać własnych interpretacji. Wedle autora Roksanie nie chodziło o miłość romantyczną. To postać mająca w założeniu przypominać troszkę Sonię ze “Zbrodni i kary” – oczywiście z dokładnością do kontekstu kulturowo-cywilizacyjnego. Tak jak Sonia ma pewną rolę w przemianie wewnętrznej Raskolnikowa, tak Roksana ma podobną (choć działa już “zza grobu”) w przemianie Jeffreya.

Ale czytelnik ma pełne prawo do własnych dociekań w tym zakresie :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Witaj, tsole! 

Zrobiłeś mi tym opowiadaniem dzień! Powtórzę, to co rybak – genialne!

Tekst jest napisany świetnie. Czytało się płynnie, piękny język.

Bardzo dobrze przedstawiłeś scenę w burdelu. Wydaje się taka rzeczywista (to tylko domysły, nie sprawdzałam ;)).

Postać Roksany bardzo ciekawa, nie uważam, żeby była papierowa, tak samo jak jej relacja z naukowcem. 

Świetny pomysł na wynalazek. Uwielbiam taką tematykę. 

 

“Teoria EWG (którą wyeksploatowałem w moich opowiadaniach do granic możliwości) funkcjonuje w fizyce i to wcale nie pałęta się gdzieś po peryferiach, jak choćby pomysły Walkera, które z tą teorią tu pożeniłem – i tu właśnie w tym opku biegnie granica między nauką a fantastyką.”

 

Znam tę teorię. Ciekawa jest też tematyka teleportacji (ty teleportowałeś krowi placek).

 

Fabuła świetna. Wciąga, nie mogłam się oderwać. Moim zdaniem dobrze, że eksperyment na Roksanie nie wypalił. Podobały mi się nawiązania do Ewangelii i wierzeń. Wszystko doskonale wyważone. 

 

“Skoncentrowałem się. Fideinę zażyłem tuż przed wyjściem, więc powoli zbliżałem się do maksimum możliwości. Krzesło Dolthy'ego. Lokalny, skokowy spadek entropii. Potem lokalna antygrawitacja. Minus g. Wystarczy?’

 

Nie rozumiem, dlaczego tu nastąpił spadek entropii. Gdybyś mógł wytłumaczyć lub podesłać link wyjaśniający. Bo ja wciąż mam w głowie “entropia układu zawsze rośnie”.

 

Oczywiście opowiadanie zdecydowanie biblioteczne!

Pozdrawiam.

Sara

Entropia może lokalnie spaść, ale kosztem dopływu energii z zewnątrz. Rośliny budują bardzo skomplikowane cząsteczki z prostych H2O i CO2. Jednak odbywa się to kosztem energii Słońca i rosnącej entropii w nim.

Babska logika rządzi!

Saro, wita w swoich progach spłoniony tsole, któremu miód wylałaś na serce swoim komentarzem blush Widzę w Tobie tyle żaru i temperamentu, że SaraSummer pasowałoby o niebo lepiej (tyle że skrót byłby hmm… mniej atrakcyjny).

Jestem mocno zakłopotany, bo choć mam o tym opowiadaniu dobrą opinię, to nie aż tak dobrą jakby z tego komentarza wynikało. Nie uchodzi więc zaprzeczyć (bo wyjdę na gbura), ale też nie uchodzi potwierdzić (bo wyjdę na pyszałka). Dziękuję więc z całego serca (tego oblanego miodem) i cóż mi pozostaje – chyba tylko ufać, że “Fideina” zachęci Cię do lektury innych moich tekstów – w szczególności Noosfery i Nivriti Stream (gdzie EWG także się pojawia). W każdym razie zapraszam i kłaniam się szarmancko :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Aha, jeszcze sprawa entropii – tu rzeczywiście rozumianej jako miara nieuporządkowania układu termodynamicznego. Szklanka napełniona letnią wodą ma dużą entropię, w każdym razie większą niż wypełniona wodą na dole zimną, na górze gorącą. Podobnie w krześle Dolthy’ego po zaserwowaniu mu lokalnego, skokowego spadku entropii cząsteczki “uporządkowały się” – na górze wysoko-, na dole niskoenergetyczne. Oczywiście, to fantastyka, skoro jednak są ponoć ludzie łamiący siłą woli łyżeczki, to chyba nie przekroczyłem jakiejś granicy absolutnego nieprawdopodobieństwa :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Pozostałe teksty mam zamiar nadrobić, czym prędzej! 

A co do entropii – rozumiem, jest ok. :)

Sara

Skoro tak, to bardzom rad. Tyle, że troszkę za Twoimi sugestiami na privie zmieniły sie moje sugestie co do kolejności. Szczegóły na privie.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ok :)

Sara

Nowa Fantastyka