- Opowiadanie: SzyszkowyDziadek - Paradoks hipnotyczny

Paradoks hipnotyczny

No cóż, po ta­gach widać, że tekst jest bar­dzo w moim stylu. :)

 

Opo­wia­da­nie uka­za­ło się w mar­co­wym nu­me­rze Sil­ma­ri­sa.

Motyw nar­ko­ty­zo­wa­nia się lu­dol­fi­ną (inne okre­śle­nie licz­by pi) po­ja­wił się prze­lot­nie jako żart w moim wcze­śniej­szym opo­wia­da­niu “Lam­piar­nia”.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Paradoks hipnotyczny

Ta­blicz­ka błysz­cza­ła no­wo­ścią. Dawid Go­łę­biew­ski wes­tchnął z nie­sma­kiem, gdy prze­czy­tał napis:

 

Gu­staw Pająk

hip­no­ty­zer, te­ra­peu­ta uza­leż­nień

po­to­mek na­uko­wy sa­me­go Me­sme­ra.

 

Dawid wes­tchnął po­now­nie, bar­dzo chciał osten­ta­cyj­nie oka­zać za­że­no­wa­nie Gu­sta­wo­wą ta­blicz­ką, ale, nie­ste­ty, sie­dział sam w po­cze­kal­ni i nie miał dla kogo robić przed­sta­wie­nia. Męż­czy­zna krę­cił się na krze­śle i raz po raz zer­kał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła osiem­na­sta, a hip­no­ty­zer nadal nie wy­chy­lił się z ga­bi­ne­tu. Ile można cze­kać?

– Od kiedy to Me­smer miał dok­to­ran­tów – Dawid prych­nął pod nosem i otwo­rzył skó­rza­ną wa­liz­kę. Jakby za­że­no­wa­nia na dzi­siej­szy wie­czór było mało, za­czął prze­glą­dać listy otrzy­ma­ne od ama­to­rów. Każ­de­go mie­sią­ca do­sta­wał ko­re­spon­den­cję od ko­lej­nych na­iw­nia­ków peł­nych na­dziei, że roz­wią­żą mo­nu­men­tal­ny ma­te­ma­tycz­ny pro­blem. Nigdy nie cho­dzi­ło o jakiś pod­rzęd­ny, ma­lut­ki le­ma­cik, tylko za­wsze o teo­re­tycz­ne­go Be­he­mo­ta w ro­dza­ju po­ło­że­nia liczb pierw­szych czy roz­wią­za­nia rów­nań cie­czy. Ama­to­rów nie­stru­dze­nie wie­rzą­cych, że ich cha­łup­ni­cze, tępe na­rzę­dzia, które nigdy nawet nie stały obok for­mal­nych de­fi­ni­cji, osią­gną coś, czego ma­te­ma­ty­cy nie roz­gryź­li przez ty­sią­ce lat.

– Co tym razem? – spy­tał na głos Dawid, przy­zwy­cza­jo­ny do mó­wie­nia do sie­bie. Rzu­cił okiem na pierw­szy z li­stów. – Try­sek­cja kąta? Która to już z kolei… Na­stęp­ne było twier­dze­nie Fer­ma­ta, a potem pro­blem Col­lat­za. Wszyst­kie wiel­kie, słyn­ne i stare.

– Wszyst­kie błęd­ne – stwier­dził ma­te­ma­tyk, gnio­tąc ko­lej­ny list. Mógł­by ich nawet nie prze­glą­dać, ale to było jego gu­il­ty ple­asu­re, coś, jak oglą­da­nie złych fil­mów.

Dawid wyjął ostat­nią ko­per­tę, tro­chę grub­szą od po­przed­nich.

– A to co za bzdu­ry? – Skrzy­wił się. Tym razem pro­blem do­ty­czył dzie­dzi­ny badań Go­łę­biew­skie­go. I nie był taki an­tycz­ny. Dawid szyb­ko prze­kart­ko­wał no­tat­ki i spoj­rzał na ostat­nią stro­nę z wnio­ska­mi.

– Co za beł­kot – stwier­dził, gdy nagle drzwi do ga­bi­ne­tu skrzyp­nę­ły i do po­cze­kal­ni wszedł jakiś prysz­cza­ty na­sto­la­tek o dzi­wacz­nej fry­zu­rze w kształ­cie spo­rej kuli.

– Do wi­dze­nia – po­wie­dział po krót­kim wa­ha­niu.

Ma­te­ma­tyk spoj­rzał znad no­ta­tek. Do­strzegł coś spe­cy­ficz­ne­go w oczach na­sto­lat­ka. Ale nie po­tra­fił tego spre­cy­zo­wać. Prysz­cza­ty nie­śmia­ło ski­nął głową i wy­szedł z miesz­ka­nia.

– Do wi­dze­nia – od­parł Dawid z tro­chę opóź­nio­nym za­pło­nem. – Pew­nie ko­lej­ny ćpun – dodał szep­tem. Potem wstał i za­pu­kał do drzwi ga­bi­ne­tu rze­ko­me­go ucznia ucznia ucznia i tak dalej sa­me­go Me­sme­ra.

Salę hip­no­zy przy­ozdo­bio­no za­ku­rzo­ny­mi księ­ga­mi na temat ma­gne­ty­zmu zwie­rzę­ce­go oraz kil­ko­ma ża­ba­mi, dla któ­rych czas sta­nął w miej­scu dzię­ki zna­ko­mi­tym wła­sno­ściom for­ma­li­ny.

Sam Wiel­ki Gu­staw Pająk sie­dział w pur­pu­ro­wej sza­cie na fio­le­to­wym fo­te­lu. Lub na od­wrót. Me­sme­ry­sta bawił się wła­śnie war­ko­czy­ka­mi im­po­nu­ją­cej brody.

– Mogę już wejść? – spy­tał Go­łę­biew­ski.

– Pew­nie, wchodź, stary. Wi­dzia­łeś? Spra­wi­łem sobie nową ta­blicz­kę.

– Tak, wi­dzia­łem. Ale czemu wci­skasz lu­dziom kit z tym Me­sme­rem? Wiesz w ogóle, kto to jest po­to­mek na­uko­wy?

– Oj tam, oj tam – stwier­dził fi­lo­zo­ficz­nie Gu­staw. – Prze­pra­szam, że mu­sia­łeś tyle cze­kać, ale mia­łem klien­ta.

– Ćpuna.

– Tak, to zna­czy czło­wie­ka w oko­wach na­ło­gu. Ćpun to takie brzyd­kie słowo. Nie po­wi­nie­neś tak mówić, mam ci przy­po­mnieć twoją prze­szłość?

Dawid prze­łknął ślinę. Nie lubił swo­jej prze­szło­ści. Nie, żeby pałał jakąś szcze­gól­ną sym­pa­tią do te­raź­niej­szo­ści.

– Co to za pa­pie­ry? – spy­tał hip­no­ty­zer, prze­ry­wa­jąc ciszę, jesz­cze zanim stała się nie­zręcz­na.

– To? Takie tam ba­zgro­ły od fanów. Cza­sem czy­tam, żeby się do­war­to­ścio­wać.

– Nie obraź się, ale je­steś tro­chę aro­ganc­ki.

– A od kiedy to wada? Ale serio, te listy są bez­na­dziej­ne. Lu­dzie myślą, że zro­bią try­sek­cję kąta, choć już ze dwie­ście lat mi­nę­ło od do­wo­du nie­wy­ko­nal­no­ści!

– Fa­scy­nu­ją­ce – stwier­dził Gu­staw i nie­zbyt za­fa­scy­no­wa­ny krę­cił młyn­ka wa­ha­deł­kiem jak pro­wi­zo­rycz­nym jojo.

– Ale to jesz­cze nic. Ten ostat­ni list to już prze­sa­da. Jakiś koleś myśli, że roz­wią­że pro­blem pa­ra­dok­su hip­no­tycz­ne­go na czte­rech stro­nach!

– To prze­cież twoja dział­ka.

– Tak, zresz­tą twoja też.

– Ja je­stem prak­ty­kiem – ob­ru­szył się Gu­staw.

– Niech ci bę­dzie. Jeśli do­brze zro­zu­mia­łem, wnio­ski, do któ­rych do­szedł autor listu, to po­praw­nie prze­pro­wa­dzo­ny pa­ra­doks hip­no­tycz­ny…

– Tak?

– Uni­ce­stwi cały wszech­świat w wy­bu­chu lo­gicz­nej oso­bli­wo­ści!

– A po ludz­ku?

– Wszyst­ko zje ab­surd. Świat skoń­czy się nie hu­kiem, ale wiel­kim WTF. Spo­koj­nie, to jakaś pseu­do­nau­ka. Z tego, co przej­rza­łem, nie po­wo­łał się nawet na twier­dze­nie Go­łę­biew­skie­go!

Bro­dacz po­pra­wił się w fo­te­lu i od­chrząk­nął.

– W ja­kiej spra­wie wła­ści­wie chcia­łeś się ze mną wi­dzieć? Znowu je­steś w oko­wach…?

– Nie, cho­dzi wła­śnie o ten pa­ra­doks hip­no­tycz­ny – od­parł Dawid. – Po­trze­bu­ję po­mo­cy prak­ty­ka – dodał za­wsty­dzo­nym tonem.

– Ka­mień z serca. Nie obraź się, ale z tymi wa­szy­mi teo­ria­mi za­wsze byłem na ba­kier. Co to wła­ści­wie jest pa­ra­doks hip­no­tycz­ny?

– Ależ to bar­dzo pro­ste. – Dawid uśmiech­nął się i podał hip­no­ty­ze­ro­wi przed­miot przy­po­mi­na­ją­cy wi­zy­tów­kę.

Gu­staw zmarsz­czył czoło, nie miał ocho­ty na za­gad­ki.

– Zda­nie z tyłu jest fał­szy­we – prze­czy­tał napis na kar­tecz­ce. Potem ją od­wró­cił. – Zda­nie z przo­du jest praw­dzi­we.

– I co o tym są­dzisz? Czy zda­nie z przo­du jest praw­dzi­we?

Me­sme­ry­sta ziew­nął i rzu­cił kart­kę na sto­lik.

– Znam to – skwi­to­wał. – Wiem, co to pa­ra­doks. Nie łapię jed­nak, co ma do tego hip­no­za. Nie wiem, po co wy, ja­jo­gło­wi, rzu­ci­li­ście się na ba­da­nie mocy su­ge­stii post­hip­no­tycz­nej.

– Bo wy, prak­ty­cy, nie ro­zu­mie­cie jej po­ten­cja­łu! Ostat­nie ba­da­nia po­twier­dzi­ły ist­nie­nie pola psio­nicz­ne­go, choć po­cząt­ko­wo też nikt w to nie wie­rzył!

– Po­twier­dzi­ły, ale tylko teo­re­tycz­nie.

– W swoim cza­sie. Do wy­two­rze­nia sta­bil­nej te­le­pa­tii po­trze­ba chyba pięć­dzie­się­ciu te­ra­elek­tro­no­wol­tów. Mają zbu­do­wać Zder­zacz Po­lter­ge­istów pod Chi­na­mi.

– Łapać duchy za pie­nią­dze po­dat­ni­ków…

– Niby tak, ale chiń­skich po­dat­ni­ków, więc co cię to ob­cho­dzi?

– Psio­ni­ka, te­le­pa­tia, po­lter­ge­isty i inne cu­deń­ka. Su­ge­stia post­hip­no­tycz­na to co in­ne­go. – Gu­staw nie krył obu­rze­nia, że ktoś pró­bu­je szka­lo­wać jego zawód i drogę ży­cio­wą. – Wma­wiasz czło­wie­ko­wi w oko­wach na­ło­gu…

– Ćpu­no­wi?

– Wma­wiasz jeń­co­wi uza­leż­nie­nia, że he­ro­ina śmier­dzi i szast-prast! Po wyj­ściu z mo­je­go ga­bi­ne­tu nawet nie spoj­rzy na strzy­kaw­kę! Nie ma w tym żad­nej magii.

– Chyba tro­chę uprasz­czasz.

– Tro­szecz­kę.

– Ale mo­de­le ma­te­ma­tycz­ne hip­no­zy i psio­ni­ki wy­ka­zu­ją nie­spo­ty­ka­ne po­do­bień­stwo! To coś wię­cej niż ana­lo­gia. Teo­re­tycz­nie po­win­no się dać wmó­wić czło­wie­ko­wi w tran­sie, że po­tra­fi latać, i ten wy­le­ci ci z ga­bi­ne­tu!

– Teo­re­tycz­nie…

– Do le­wi­ta­cji po­trze­ba od trzy­stu do pię­ciu­set te­ra­elek­tro­no­wol­tów. Za­leż­nie od pre­fe­ro­wa­ne­go mo­de­lu. Ale pa­ra­doks po­wi­nien być osią­gal­ny w zwy­kłych wa­run­kach!

Gu­staw znie­cier­pli­wio­ny po­stu­kał w sto­lik.

– Wy­tłu­ma­czysz mi w końcu, co mam za­su­ge­ro­wać za­hip­no­ty­zo­wa­ne­mu? Jaki to ma być pa­ra­doks? Naj­le­piej w prak­ty­ce.

– Jasne. Mam nawet ochot­ni­ka do za­hip­no­ty­zo­wa­nia.

– Kogo?

– Sie­bie. Stę­sk­ni­łem się już tro­chę za wa­ha­deł­kiem.

 

***

 

– Ro­bisz się senny i ocię­ża­ły – po­le­cił Wiel­ki Gu­staw.

Dawid sie­dział w tym cza­sie w fo­te­lu i po­tul­nie robił się ocię­ża­ły i senny. Nie od­ry­wał wzro­ku od srebr­ne­go me­da­li­ka, który wahał się w tę i we w tę, jak na wa­ha­deł­ko przy­sta­ło.

– Je­steś coraz bar­dziej zmę­czo­ny, gdy za­trzy­mam wa­ha­deł­ko, za­mkniesz oczy i zu­peł­nie się roz­luź­nisz.

Me­da­lik wahał się jesz­cze chwi­lę w coraz krót­szych okre­sach po­mię­dzy w tę i we w tę. Aż w końcu za­trzy­mał się, za­wie­szo­ny w po­wie­trzu jak na­pię­ty stry­czek. Po­wie­ki Da­wi­da opa­dły, a resz­ta Da­wi­da uto­nę­ła w ob­ję­ciach sza­le­nie wy­god­ne­go fo­te­la.

– Znaj­du­jesz się na pla… – Gu­staw urwał. Ostat­nio za czę­sto za­bie­rał hip­no­ty­zo­wa­nych na plażę. Przy­da­ło­by się ja­kieś uroz­ma­ice­nie. – Je­steś na pu­sty­ni. I wszę­dzie wokół masz żółty pia­sek. Wiatr smaga cię po twa­rzy.

Po opi­sa­niu fik­cyj­ne­go kra­jo­bra­zu hip­no­ty­zer po­wtó­rzył jesz­cze kilka ty­po­wych fra­ze­sów o wiot­kich mię­śniach i kon­cen­tra­cji na wy­da­wa­nych ko­men­dach. Gdy pa­cjent pły­wał już głę­bo­ko w tran­sie, Gu­staw chrząk­nął i sta­rał się przy­po­mnieć sobie pa­ra­dok­sal­ną ko­men­dę. By ni­cze­go nie prze­krę­cić, miał ją nawet spi­sa­ną.

– Gdy pstryk­nę pal­ca­mi, wy­bu­dzisz się. A teraz, pro­szę cię, słu­chaj uważ­nie. Gdy usły­szysz na­stę­pu­ją­cy dźwięk…

Gu­staw za­stu­kał w sto­lik.

– Gdy usły­szysz ten dźwięk, chciał­bym, żebyś nie wy­ko­ny­wał tego po­le­ce­nia. Ro­zu­miesz? – spy­tał Gu­staw, który sam nie­wie­le z tego ro­zu­miał. – Gdy usły­szysz takie stu­ka­nie, nie wy­ko­nuj po­le­ce­nia, które wła­śnie wy­ma­wiam! Jeśli zro­zu­mia­łeś, po­ki­waj głową.

Dawid po­słusz­nie po­ki­wał głową, a gdy roz­legł się dźwięk pstry­ka­nia, otwo­rzył oczy. Ma­te­ma­tyk przez chwi­lę mru­gał i za­sta­na­wiał się, dla­cze­go czuje pia­sek mię­dzy zę­ba­mi. W końcu ode­zwał się roz­e­mo­cjo­no­wa­nym tonem.

– I jak? – spy­tał.

– Zaraz się do­wie­my. – Hip­no­ty­zer za­stu­kał w drew­nia­ny blat.

I wtedy to wła­śnie nie stało się ab­so­lut­nie nic. Chwi­lę cze­ka­li w mil­cze­niu. Ale Dawid tylko sie­dział i tyle.

Nic się nie wy­da­rzy­ło.

– Chyba nic.

– Nic?

– Ano. Idę się napić.

 

***

 

Knaj­pę na­zy­wa­no „Ku­kuł­czym Gar­dłem” z co naj­mniej trzech po­wo­dów. Po pierw­sze, ścia­ny zdo­bił sze­reg ze­ga­rów, z któ­rych do­kład­nie o dzie­więt­na­stej wy­strze­li­wa­ły drew­nia­ne imi­ta­cje pta­ków i gło­śnym ja­zgo­tem oznaj­mia­ły po­czą­tek happy hours. Dru­gim po­wo­dem był ja­sno­czer­wo­ny wy­strój, po­dob­no in­spi­ro­wa­ny ko­lo­rem ku­kuł­cze­go gar­dła, które to, także po­dob­no, po­sia­da­ło hip­no­ty­zu­ją­ce wła­sno­ści. Ar­cy­dzie­ło ewo­lu­cji wy­ko­rzy­sty­wa­ne przez pi­skla­ki do ro­bie­nia w bam­bu­ko przy­bra­nych ro­dzi­ców.

No i jesz­cze szyld z eks­pli­cyt­nym na­pi­sem „Ku­kuł­cze Gar­dło”.

Dawid nie spo­dzie­wał się, co praw­da, że eks­pe­ry­ment z pa­ra­dok­sal­ną su­ge­stią przy­nie­sie re­zul­tat przy pierw­szym po­dej­ściu. Jed­nak go­rycz po­raż­ki po­zo­sta­wa­ła nie­przy­jem­ny po­smak, który ma­te­ma­tyk pró­bo­wał przy­ćmić go­rycz­ką piwa. Gdy kil­ka­na­ście ku­ku­łek wy­do­sta­ło się na wol­ność ze swo­ich drew­nia­nych kla­tek, za­mó­wił ko­lej­ne dwie szklan­ki. Dwie, gdyż to­wa­rzy­stwa do­trzy­my­wa­ła mu po­zna­na kwa­drans wcze­śniej ko­bie­ta.

Lidia Kwie­cień wy­glą­da­ła nie­sa­mo­wi­cie wręcz ste­reo­ty­po­wo, jak emo, utrzy­mu­ją­ca dość za­ognio­ne sto­sun­ki z ży­ciem i świa­tem. Uwagę Da­wi­da zwró­ci­ły naj­pierw włosy sple­cio­ne w dwa war­ko­cze i ufar­bo­wa­ne na ciem­ny fio­let, kol­czyk w nosie oraz po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie. Jesz­cze pół biedy, gdyby były czar­ne. Ale na czer­ni znaj­do­wa­ły się czasz­ki i pisz­cze­le. Jak dzie­się­cio­stat­ko­wa flota pi­rac­kich okrę­tów.

Oczy­wi­ście, po­zo­ry cza­sa­mi mylą, ale tym razem po­zo­ry grały uczci­wie.

– No, to wra­ca­jąc do te­ma­tu pod­ci­na­nia żył – tłu­ma­czy­ła Lidia. – To wbrew po­wszech­nym mitom trze­ba ciąć wzdłuż żyły, żeby od­nieść sku­tek. Jak na­tniesz w po­przek, to tylko się po­ka­le­czysz. No, chyba że o to cho­dzi. Albo o aten­cję.

Lidia za­de­mon­stro­wa­ła raz jesz­cze z wy­ko­rzy­sta­niem pod­kład­ki pod kufel w roli ży­let­ki.

– Po­zio­mo, żeby się zabić. A pio­no­wo dla zwró­ce­nia uwagi? – upew­nił się Go­łę­biew­ski i upił ko­lej­ny łyk piwa. Spraw­dził przy oka­zji, czy szklan­ka pe­sy­mist­ki nie jest pusta, choć­by do po­ło­wy.

– Bar­dzo do­brze – po­chwa­li­ła ko­bie­ta.

– A można ciąć po­mię­dzy? Na ukos pod róż­ny­mi ką­ta­mi. Można by wtedy mie­rzyć swój na­strój w ra­dia­nach.

Pudło. Her­me­tycz­ny żart nie tra­fił i prze­le­ciał co naj­mniej pół metra od tar­czy. Dawid po­czuł się jak kre­tyn. Po­dob­nie, gdy pró­bo­wał po­de­rwać dziew­czy­nę na dow­cip o nie­skoń­czo­nej licz­bie ma­te­ma­ty­ków za­ma­wia­ją­cych piwo.

– Nie pa­mię­tam, co to ra­dia­ny – wy­tłu­ma­czy­ła się Lidia. – Ale chyba wolę mie­rzyć na­strój w pro­mi­lach. I po­dob­no to ja je­stem ste­reo­ty­po­wa!

– No bo tro­chę je­steś… – wtrą­cił Dawid, pa­trząc na jej twarz, na któ­rej blada cera kon­tra­sto­wa­ła z czar­ną szmin­ką.

– I kto to mówi? Nie wiesz, co mówią o ty­po­wych ma­te­ma­ty­kach?

– Nie. Co niby mówią o ty­po­wych ma­te­ma­ty­kach?

– No, że są po­je­ba­ni.

Dawid przy­jął oso­bli­wy kom­ple­ment z uśmie­chem i wdzięcz­no­ścią.

– Wiesz, mam nawet swoją ama­tor­ską teo­rię ma­te­ma­tycz­ną – za­czę­ła nie­pew­nie Lidia.

– Śmia­ło. Za­wsze chęt­nie wy­słu­cham ama­to­rów – skła­mał Dawid.

– Na­zy­wam to teo­rią ujem­ne­go to­tal­ne­go szczę­ścia. Cho­dzi o to, że jeśli przyj­mie­my, że celem etyki jest mak­sy­ma­li­za­cja sumy szczę­ścia ludz­ko­ści oraz, pa­trząc na wojny, głód, cier­pie­nie, no­wo­two­ry czy ostat­nie nie­le­gal­ne eks­pe­ry­men­ty psio­nicz­ne na więź­niach, stwier­dzi­my, że ta suma jest ujem­na… mocno na mi­nu­sie, to lep­szą opcją jest jej wy­ze­ro­wa­nie.

– Jak to?

– Spo­koj­nie, nie cho­dzi mi o ma­so­we lu­do­bój­stwo.

– Tylko o ma­so­wą ste­ry­li­za­cję? – Dawid prze­łknął ślinę i bar­dzo za­pra­gnął zmie­nić temat.

– Nie, głup­ta­sie. Gdyby dało się jakoś po cichu i bez­bo­le­śnie uśpić świat. Spra­wić, że ot tak znik­nie… Gdyby, po­wiedz­my, Bóg przez przy­pa­dek wy­łą­czył wszyst­ko ja­kimś ma­gicz­nym pstrycz­kiem-elek­trycz­kiem. Zga­sił świa­tło. To może by­ło­by to mo­ral­nie uza­sad­nio­ne.

– Chyba mnie nie prze­ko­nasz. Zresz­tą, to takie gdy­ba­nie. Nie wy­da­je mi się, by dało się uści­ślić etykę. A przy­naj­mniej nic do­bre­go by z tego nie wy­szło.

– No może. A czym do­kład­niej się zaj­mu­jesz?

– Ma­te­ma­tycz­ny­mi mo­de­la­mi psio­ni­ki i hip­no­zy.

Lidia skrzy­wi­ła się.

– Mam na­dzie­ję, że nie po­ma­ga­łeś w ba­da­niach CIA – po­wie­dzia­ła i przy sło­wie „ba­da­nia” mach­nę­ła w po­wie­trzu cu­dzy­słów.

– Nie, w życiu. Pra­cu­ję obec­nie nad roz­wią­za­niem tak zwa­ne­go pa­ra­dok­su su­ge­stii post­hip­no­tycz­nej. – Dawid już chciał wy­ja­śnić to­wa­rzysz­ce, o co cho­dzi, ale gdy ta bez skrę­po­wa­nia ziew­nę­ła, zmie­nił plany. – Ale ostat­nio bez re­zul­ta­tów. Cza­sem myślę, że naj­lep­szy okres na­uko­wy mam już za sobą. Od roku nic nie udo­wod­ni­łem, upa­dłem tak nisko, że nawet szu­kam po­mo­cy w wy­ni­kach do­świad­czal­nych!

– Skan­dal. Może stra­ci­łeś in­spi­ra­cję?

– Może. Kie­dyś na­praw­dę od­no­si­łem suk­ce­sy, po­tra­fi­łem pra­co­wać ca­ły­mi dnia­mi nad jed­nym pro­ble­mem, a teraz…

– Jak ona miała na imię?

– Kto?

– In­spi­ra­cja.

– To głu­pie, ale… miała na imię am­fe­ta­mi­na.

– Bar­dzo ładne imię – stwier­dzi­ła Lidia. – Rzu­ci­łeś ją?

– Tak, to był bar­dzo tok­sycz­ny zwią­zek. Nie było łatwo, po­sze­dłem do kum­pla, który zaj­mu­je się hip­no­zą. Gu­staw wmó­wił mi po kilku se­sjach, że amfa śmier­dzi jak ore­ga­no. A ja nie­sa­mo­wi­cie brzy­dzę się ore­ga­no.

– Gu­staw? Gu­staw Pająk? Po­to­mek na­uko­wy sa­me­go Me­sme­ra?

Dawid prze­wró­cił ocza­mi, dopił piwo i jesz­cze raz nimi prze­wró­cił.

– Bła­gam, z tym Me­sme­rem to takie hasło re­kla­mo­we. Skąd go znasz?

– Po­wiedz­my, że po­mógł kilku moim kum­plom w tok­sycz­nych związ­kach… Nie tę­sk­nisz cza­sem za in­spi­ra­cją? Jest pewna nowa sub­stan­cja, która mo­gła­by ci pomóc. Można ćpać na okrą­gło i być w kółko na haju.

Męż­czy­zna wahał się tylko przez chwi­lę. Obie­cał kie­dyś, że skoń­czy z używ­ka­mi, gdy omal nie wy­wa­li­li go przez nie z uczel­ni. Ale nie­przy­jem­ny in­cy­dent zdą­żył już na tyle za­trzeć się w pa­mię­ci, że Dawid po­sta­no­wił zła­mać przy­rze­cze­nie. Tylko raz. Na próbę.

– Jak ma na imię ta nowa in­spi­ra­cja? – spy­tał.

– Lu­dol­fi­na.

– To bar­dzo ładne imię.

 

***

 

Gu­staw miał opory, by te­sto­wać pa­ra­dok­sal­ną su­ge­stię na swo­ich pa­cjen­tach. Ale Dawid się upie­rał, bła­gał, że to prze­cież nie­szko­dli­we i dla dobra nauki. Hip­no­ty­zer długo roz­wa­żał wszyst­kie za i prze­ciw, ale osta­tecz­nie zde­cy­do­wał się pomóc sfru­stro­wa­ne­mu przy­ja­cie­lo­wi. Przede wszyst­kim dla­te­go, że był pe­wien, że żadna za­gad­ka pa­ra­dok­su nie ist­nie­je. Że pod wpły­wem su­ge­stii po pro­stu nic się nie dzie­je. Że gdyby po­pro­sić lo­so­we­go prze­chod­nia o trza­śnię­cie ob­ro­to­wy­mi drzwia­mi, ten ktoś po pro­stu spoj­rzy na cie­bie jak na de­bi­la i sobie pój­dzie. A poza tym nic się nie sta­nie.

Po prze­te­sto­wa­niu pa­ra­dok­su na kilku pa­cjen­tach po­now­nie nic się nie wy­da­rzy­ło. Dawid jed­nak nie chciał w to uwie­rzyć. W końcu wszyst­kie mo­de­le ma­te­ma­tycz­ne zga­dza­ły się co do ist­nie­nia ukry­te­go po­ten­cja­łu su­ge­stii post­hip­no­tycz­nej za­pę­dzo­nej w kozi róg. Gu­staw za­uwa­żył, że jego przy­ja­ciel za­cho­wu­je się tro­chę po­dej­rza­nie, odkąd wy­szedł uto­pić smut­ki w „Ku­kuł­czym Gar­dle”. Jed­nak hip­no­ty­zer są­dził, że przy­czy­ną jest wy­pa­le­nie za­wo­do­we kum­pla. I do­sko­na­le to ro­zu­miał.

Od ja­kie­goś czasu hip­no­tycz­na te­ra­pia od­wy­ko­wa, w któ­rej się spe­cja­li­zo­wał, przy­no­si­ła coraz gor­sze skut­ki. Pod­skór­nie bał się, że osią­gnął już szczyt ka­rie­ry za­wo­do­wej i teraz czeka go tylko jazda w dół. A może po pro­stu się ze­sta­rzał.

Gu­staw z wiel­kim smut­kiem stwier­dził, że jego ulu­bio­ne wa­ha­deł­ko za­czę­ła po­że­rać rdza.

– Na­praw­dę nie wiem, czemu te­ra­pia tak długo trwa – po­wie­dział do pa­cjen­ta o ku­li­stej fry­zu­rze, który od­wie­dzał ga­bi­net już chyba po raz dwu­dzie­sty.

– Nie szko­dzi, może już za­wsze będę uza­leż­nio­ny. Nawet teraz za­czy­nam tę­sk­nić za lu­dol­fi­ną.

– Nie ro­zu­miem, dla­cze­go hip­no­za nie dzia­ła, dla­cze­go su­ge­stia nie trzy­ma. Nie wiem, z ja­kie­go gówna robią tę waszą lu­dol­fi­nę.

– Po­dob­no z od­pad­ków po ba­da­niach nad te­le­ki­ne­zą. Pew­nie pan sły­szał… CIA czy inne FBI.

– Tak, coś mi się obiło o uszy. Wła­śnie z nie­wol­ni­ka­mi lu­dol­fi­ny mam naj­więk­szy pro­blem. Mogę panu zadać jesz­cze jedno py­ta­nie?

– Tak, jeśli to coś po­mo­że.

– Od razu po­znam jeńca lu­dol­fi­ny po źre­ni­cach, per­fek­cyj­nie, nie­na­tu­ral­nie okrą­głych. Ale te wasze fry­zu­ry to chyba nie jest żaden objaw?

– Nie, to tylko ry­tu­ał.

– Ry­tu­ał? – za­nie­po­ko­ił się Gu­staw.

– Na­le­ża­łem do Ko­ścio­ła Lu­dol­fi­ni­stów.

– Do czego? Bo chyba nie do­sły­sza­łem. – Hip­no­ty­zer na­chy­lił się w stro­nę pa­cjen­ta, przy­bli­ża­jąc swoje wło­cha­te i ba­daw­cze ucho.

– Ko­ścio­ła Lu­dol­fi­ni­stów. Pró­bo­wał pan kie­dyś…?

– Nigdy w życiu nie mia­łem nawet pa­pie­ro­sa w ustach – obu­rzył się me­sme­ry­sta i z dumą po­gła­dził brodę.

– Gdyby pan zo­ba­czył te wizje… Jak z in­ne­go świa­ta. Jak z lep­sze­go, pięk­niej­sze­go miej­sca. Wie­rzy­my… Wie­rzy­łem, że lu­dol­fi­na to klucz do raju. Że na lu­dol­fi­no­wym haju spo­ty­kasz się ze stwór­cą.

Hip­no­ty­zer wes­tchnął i wyjął z kie­sze­ni płasz­cza jakiś żół­ta­wy przed­miot.

– Co to?

– Order z ziem­nia­ka – od­parł Gu­staw i prze­ka­zał na­gro­dę w ręce zdzi­wio­ne­go pa­cjen­ta. – Za naj­lep­szą ra­cjo­na­li­za­cję i sa­mo­oszu­ki­wa­nie się. Nar­ko­ty­ki to uciecz­ka.

– Niech pan już nie gada, tylko mnie za­hip­no­ty­zu­je. W końcu za to płacę, nie za pie­prze­nie głu­pot! – krzyk­nął nar­ko­man i ci­snął kar­to­flem w stro­nę sło­ika ze spre­pa­ro­wa­ną żabą.

Gu­staw od­chrząk­nął i od­po­wie­dział spo­koj­nym tonem:

– Oba­wiam się, że to nic nie da. Nadal pan wie­rzy w te ba­nia­lu­ki?

– Wy­pra­szam sobie. Gdyby pan wi­dział tę dżun­glę spi­ra­li…! To nie mogło być z tego świa­ta.

– Ale było. Nawet wiem, z któ­re­go miej­sca tego świa­ta – stwier­dził Wiel­ki Gu­staw i wska­zał na głowę. – Czy nadal widzi pan w strzy­kaw­ce z lu­dol­fi­ną coś świę­te­go? Jak… nie wiem… re­li­kwię?

– Bar­dziej jak sa­kra­ment.

– W po­rząd­ku, a czy w rzu­ce­niu tego gówna widzi pan coś grzesz­ne­go?

– Po­nie­kąd. Nie po­win­no się re­zy­gno­wać z klu­cza do raju. To nie­wdzięcz­ność.

– Bingo! – ryk­nął hip­no­ty­zer i kla­snął w dło­nie. Od­głos trium­fu roz­niósł się po całym ga­bi­ne­cie.

– Ale, że co? – Pa­cjent nie ukry­wał kon­ster­na­cji.

Wy­buch ra­do­ści te­ra­peu­ty zdzi­wił go jesz­cze bar­dziej niż ziem­nia­cza­ny medal.

– Su­ge­stia hip­no­tycz­na to nie żadne ho­kus-po­kus. Nie mo­żesz zmu­sić czło­wie­ka do zro­bie­nia, co tylko za­pra­gniesz! Sły­sza­łem kie­dyś hi­sto­rię o ja­kimś hip­no­ty­ze­rze, który w trak­cie po­ka­zu na sce­nie wpro­wa­dził w trans ko­bie­tę z wi­dow­ni i kazał jej się ro­ze­brać na dźwięk pstryk­nię­cia pal­ca­mi.

– I co? – spy­tał zdę­bia­ły lu­dol­fi­ni­sta, nie ro­zu­mie­jąc, do ja­kie­go mo­ra­łu zmie­rza ta aneg­do­ta.

– Po pstryk­nię­ciu pal­ca­mi ko­bie­ta dała mu w twarz ku ucie­sze pu­bli­ki!

– No i? Jaki to ma zwią­zek?

– Nie można zmu­sić kogoś do zro­bie­nia cze­goś nie­mo­ral­ne­go. Cze­goś, co ten ktoś uważa za złe. Nie mo­żesz za­su­ge­ro­wać zła­ma­nia czy­je­goś pry­wat­ne­go ko­dek­su. Czy kie­dy­kol­wiek sły­szał pan, żeby ktoś kogoś zabił pod wpły­wem hip­no­zy?

Pa­cjent za­prze­czył ru­chem głowy.

– No wła­śnie! To nie­wy­ko­nal­ne lub bar­dzo trud­ne. I dla­te­go nie po­tra­fię obrzy­dzić panu lu­dol­fi­ny. Bo uważa ją pan za świę­tość!

– Czyli nie po­mo­że mi pan?

– Mogę tylko do­ra­dzić zmia­nę wy­zna­nia.

 

***

 

Dawid po­now­nie od­na­lazł wenę. Miała zie­lon­ka­wy, ja­skra­wy kolor, rzad­ką kon­sy­sten­cję i dum­nie spo­czy­wa­ła na li­ście sub­stan­cji za­ka­za­nych. Pre­zen­to­wa­ła się wręcz ma­gicz­nie w po­rów­na­niu z to­por­nym bia­łym pu­drem am­fe­ta­mi­ny, któ­rej to jed­nak Dawid za­wdzię­czał swój suk­ces na­uko­wy i godną po­dzi­wu mno­gość opu­bli­ko­wa­nych ar­ty­ku­łów z dzie­dzi­ny psio­ni­ki teo­re­tycz­nej.

Lu­dol­fi­na wspo­ma­ga­ła Da­wi­da w inny spo­sób: za­miast zwięk­szać pro­duk­tyw­ność, sta­no­wić ro­dzaj aka­de­mic­kie­go do­pin­gu, wpro­wa­dza­ła w ro­dzaj dzi­wacz­ne­go, sur­re­ali­stycz­ne­go transu.

– To jak na­zy­wa­cie te wizje? – spy­ta­ła Lidia, zgi­na­jąc pa­pie­ro­sa w po­piel­nicz­ce. Wy­glą­da­ło, jakby ła­ma­ła mu krę­go­słup.

– Co? – spy­tał Dawid, który był na tyle ospa­ły, że nie do­sły­szał py­ta­nia.

– To, co widzi się po wstrzyk­nię­ciu lu­dol­fi­ny. Te mi­ra­że, wi­tra­że i inne takie…

– A, to. Ma­te­ma­ty­cy na­zy­wa­ją takie ob­ra­zy frak­ta­la­mi. W ogóle te całe wizje są jakby z in­ne­go świa­ta. Wiesz, nie­któ­rzy, może nawet więk­szość moich ko­le­gów z pracy wie­rzy, że ma­te­ma­tycz­ne byty ist­nie­ją na­praw­dę jak pla­toń­skie idee. W ja­kimś abs­trak­cyj­nym ko­smo­sie. A co, jeśli lu­dol­fi­na to do­słow­nie moja in­spi­ra­cja?

– Nie obraź się, ale ga­dasz jak ci sek­cia­rze z bul­wia­sty­mi fry­zu­ra­mi.

– A co, jeśli to drzwi do tam­te­go świa­ta?

– Ja­kie­go świa­ta? Cy­fe­rek?

– Nie tylko. Idei, ana­lo­gii, figur, do­wo­dów…

– A czy w takim świe­cie ist­nie­je cier­pie­nie? – prze­rwa­ła Lidia.

Da­wi­da zu­peł­nie zbiło z tropu to py­ta­nie. Nie wie­dział, co po­wie­dzieć.

– Bo jeśli nie ist­nie­je – kon­ty­nu­owa­ła ko­bie­ta, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. – A na do­brze na­oli­wio­nym świe­cie nie po­win­no ist­nieć cier­pie­nie, to chęt­nie bym tam ucie­kła. W ogóle chęt­nie bym ucie­kła. Gdzie­kol­wiek.

Dawid ob­ra­cał w dłoni strzy­kaw­kę z li­mon­ko­wym pły­nem.

 

***

 

– Na razie bez żad­nych efek­tów. Nic się dzie­je.

Gu­staw prze­cha­dzał się wzdłuż ga­blot ze spre­pa­ro­wa­ny­mi pła­za­mi. Omia­tał dywan bur­gun­do­wym płasz­czem.

– Je­steś pe­wien, że do­brze for­mu­ło­wa­łeś su­ge­stię? – upew­niał się Dawid. Ukrad­kiem spraw­dził swoje od­bi­cie w szy­bie. Jesz­cze rano bujał w lu­dol­fi­no­wych ob­ło­kach, ale zde­cy­do­wa­nie wolał za­cho­wać to w ta­jem­ni­cy przed hip­no­ty­ze­rem-te­ra­peu­tą.

– Tak, prze­cież mi ją po­dyk­to­wa­łeś. Każę im wy­ko­nać po­le­ce­nie po­le­ga­ją­ce na nie­wy­ko­ny­wa­niu po­le­ce­nia, które wła­śnie wy­ma­wiam.

– I co?

– I nic.

– No cóż. Ale ostat­nio coś ru­szy­ło w teo­rii. Jakoś le­piej mi się pra­cu­je.

– To bar­dzo cie­ka­we. Wła­śnie za­uwa­ży­łem, że już nie ła­zisz taki sfru­stro­wa­ny. Coś się zmie­ni­ło? – za­py­tał Gu­staw i spoj­rzał przy­ja­cie­lo­wi pro­sto w oczy. Dawid po­czuł, że za chwi­lę za­pad­nie się pod zie­mię.

– Nie, to zna­czy… Za­czą­łem bie­gać. To pew­nie to. A wra­ca­jąc do te­ma­tu pa­ra­dok­su, to…

– Po­win­ni­śmy znowu spró­bo­wać na tobie – stwier­dził nagle Gu­staw i wziął do ręki rdze­wie­ją­ce wa­ha­deł­ko.

– Znowu na mnie?

– No bo wiesz, ci moi klien­ci to prze­cież zwy­kłe ćpuny. Sam tak mó­wi­łeś – po­wie­dział Gu­staw i wska­zał na fo­te­le.

Przy­ja­cie­le usie­dli na­prze­ciw­ko sie­bie.

– Pew­nie znowu się nie uda – za­czął Go­łę­biew­ski, ale hip­no­ty­zer prze­rwał mu ge­stem.

– Ale nie za­szko­dzi spró­bo­wać. Dla dobra nauki. Praw­da?

– W po­rząd­ku – pod­dał się Dawid i po­kor­nie wle­pił wzrok w wa­ha­deł­ko.

W tę i we w tę. I znowu w tę. A potem we w tę.

– Bę­dziesz teraz od­po­wia­dał na moje py­ta­nia. Do­brze? – roz­ka­zał Wiel­ki Gu­staw.

Dawid, który oczy­ma zwie­dzio­nej hip­no­zą wy­obraź­ni, wi­dział teraz pu­styn­ny kra­jo­braz, po­ki­wał głową.

– Do­sko­na­le.

Gu­staw zer­k­nął na kart­kę ze spi­sa­ną tre­ścią pa­ra­dok­sal­nej su­ge­stii, ale teraz jej nie po­trze­bo­wał.

– Jak się na­zy­wasz?

– Na­zy­wam się Dawid Go­łę­biew­ski – od­parł Dawid Go­łę­biew­ski, pa­trząc zza za­mknię­tych po­wiek, jak wiatr roz­sy­pu­je pia­sek z wydm.

– Czy w ostat­nim cza­sie bra­łeś ja­kieś nar­ko­ty­ki?

– Tak.

– Co?

– Lu­dol­fi­nę.

Gu­staw uśmiech­nął się pod nosem, choć nie do­wie­dział się ni­cze­go no­we­go. Ide­al­nie okrą­głe źre­ni­ce wy­da­ły Da­wi­da jesz­cze przed prze­słu­cha­niem.

– Skąd ją mia­łeś?

– Od Lidii.

– Ja­kiej Lidii?

– Lidii Kwie­cień.

– Znam ją. – Przy­po­mniał sobie na głos hip­no­ty­zer. – Chyba kie­dyś nawet była u mnie na te­ra­pii… To ta, co ubie­ra się na czar­no i przy­po­mi­na trupa w ma­ki­ja­żu?

– Tak – po­twier­dził Dawid, któ­re­go świa­do­mość spę­dza­ła wła­śnie wcza­sy w Egip­cie.

– Pa­mię­tam tę dziew­czy­nę. Wi­dzia­łem ją kie­dyś w „Ku­kuł­czym Gar­dle”. Jakaś świr­nię­ta emo. Pew­nie ma na tyłku wy­ta­tu­owa­ne­go Scho­pen­hau­era.

– Nie ma – po­wie­dział Dawid.

– Co? Skąd ty to… To nawet nie było py­ta­nie! – krzyk­nął Gu­staw i pstryk­nął pal­ca­mi tuż przy uchu Da­wi­da.

Silny po­wiew zdmuch­nął pu­sty­nię i rzu­cił męż­czy­znę z po­wro­tem w oschłe ob­ję­cia rze­czy­wi­sto­ści.

– I jak? – spy­tał ma­te­ma­tyk, gdy już otrzą­snął się z transu. – Spraw­dzasz pa­ra­doks?

– Czy w ostat­nim cza­sie bra­łeś ja­kieś nar­ko­ty­ki? – za­py­tał po­now­nie Gu­staw.

Dawid zmarsz­czył czoło i otwo­rzył usta. Gapił się jak idio­ta jesz­cze przez chwi­lę. Do­pie­ro potem się ode­zwał.

– Nie. Skąd ci to przy­szło do głowy?

– To cie­ka­we, bo mi­nu­tę temu mó­wi­łeś coś in­ne­go.

– Co?! – Dawid gwał­tow­nie wstał z fo­te­la. – Prze­słu­chi­wa­łeś mnie? Pod hip­no­zą? W tran­sie? Je­steś z ja­kie­goś pie­przo­ne­go CIA? To w ogóle jest le­gal­ne? My­śla­łem, że je­ste­śmy kum­pla­mi.

– Bo je­ste­śmy. I wła­śnie dla­te­go się o cie­bie mar­twię.

– Po­słu­chaj, rzu­ci­łem amfę…

– Nie mówię o am­fe­ta­mi­nie. Od kiedy wstrzy­ku­jesz sobie ten zie­lo­ny syf?

– Wiesz, co to lu­dol­fi­na? – spy­tał Dawid, kie­ru­jąc się w stro­nę wyj­ścia.

– Oczy­wi­ście, że wiem! Je­stem te­ra­peu­tą, do cho­le­ry! Od kiedy to bie­rzesz?

– Mia­łeś już oka­zję mnie dzi­siaj prze­słu­chać!

– Wiesz, że mogę ci pomóc. Tak jak kie­dyś.

– Ale ja nie po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy! Dzię­ki lu­dol­fi­nie znów widzę ma­te­ma­ty­kę tak wy­raź­nie, jak wcze­śniej! Ja ją do­słow­nie widzę! Ro­zu­miesz? To jak brama do świa­ta idei…!

Gu­staw wes­tchnął z po­li­to­wa­niem i wło­żył rękę do kie­sze­ni płasz­cza.

– W takim razie, mam coś dla cie­bie.

– Tylko spró­buj dać mi ten swój order z kar­to­fla, a na­praw­dę do­sta­niesz w ryj! – krzyk­nął Dawid i wy­szedł z ga­bi­ne­tu me­sme­ry­sty.

Drzwi trza­snę­ły z hu­kiem, pra­wie zrzu­ca­jąc ta­blicz­kę.

 

***

 

Lu­bi­li ucie­kać. Ale Dawid nie miał pew­no­ści, czy wspól­ne nar­ko­ty­ko­we sesje z Lidią umac­nia­ją ich zwią­zek. Cho­ciaż uży­wa­niu jed­nej strzy­kaw­ki trud­no od­mó­wić ro­man­ty­zmu, co naj­wy­żej asep­ty­ki, sam trans nie był wspól­nym do­świad­cze­niem. Nar­ko­tyk otwie­rał ko­chan­kom wrota do świa­ta bez cier­pie­nia, jed­nak każde z nich wkra­cza­ło do kra­iny abs­trak­cji przez inne wej­ście. Nawet lu­dol­fi­no­we ha­lu­cy­na­cje nie mają trybu mul­ti­play­er.

Dawid oba­wiał się, że zwięk­sze­nie dawki to nie naj­lep­szy po­mysł. Lecz męż­czy­zna nigdy nie grze­szył aser­tyw­no­ścią i po­kor­nie wbił igłę w przed­ra­mię. Za­głę­bi­ła się w żyle jak kłuj­ka ko­ma­ra i wlała w Da­wi­da mie­sza­ni­nę po­pio­łu, skru­szo­ne­go szkła, mlecz­ka ma­ko­we­go i od­pad­ków psio­nicz­nych.

Ist­niał jesz­cze jeden powód ule­gło­ści Da­wi­da. Po ty­go­dniach pracy pod na­tchnie­niem psy­cho­de­li czuł, że jest już bli­sko teo­re­tycz­ne­go roz­wią­za­nia pa­ra­dok­su hip­no­tycz­ne­go. Od suk­ce­su dzie­lił go tylko jeden cie­niut­ki wzór. Po­trze­bo­wał for­mu­ły i mu­siał ją zna­leźć. A naj­le­piej zo­ba­czyć na wła­sne oczy.

Świat za­czął drżeć, wi­ro­wać. Krę­cić coraz szyb­sze i coraz bar­dziej fi­ne­zyj­ne pi­ru­ety.

Da­wi­do­wi zda­wa­ło się, że widzi pu­sty­nię. Wy­glą­da­ła bar­dzo zna­jo­mo, choć nie miał po­ję­cia dla­cze­go. Wiatr po­ry­wał dro­bin­ki pia­sku z wydm i prze­no­sił kilka me­trów dalej. A świat nadal się krę­cił, po­kry­wa­jąc wizję coraz bar­dziej po­plą­ta­ny­mi spi­ra­la­mi.

Gdy wiatr skoń­czył swoje wie­ko­pom­ne dzie­ło, Dawid uj­rzał przed sobą wrota. Otwo­rzył je i zna­lazł się w po­miesz­cze­niu, któ­re­go kształt przy­po­mi­nał wnę­trze ostro­słu­pa. Pi­ra­mi­dy…

Spoj­rzał na po­chy­lo­ną trój­kąt­ną ścia­nę, ale za­miast hie­ro­gli­fów zo­ba­czył zna­jo­me sym­bo­le teo­rii psio­ni­ki. Osta­tecz­ny model su­ge­stii post­hip­no­tycz­nej. Swo­je­go na­uko­we­go Świę­te­go Gra­ala.

Ale świat nadal drżał i nie prze­ry­wał tańca. Pia­sek spa­dał na głowę po­dróż­ni­ka, bryła mogła w każ­dej chwi­li się za­wa­lić. Znacz­ki na ścia­nie sta­wa­ły się coraz bar­dziej mgli­ste. Przy moc­niej­szym wstrzą­sie kilka z nich wy­sko­czy­ło i za­czę­ło mknąć w kie­run­ku wyj­ścia. Dawid nie na­dą­żał ich łapać. Sym­bo­le ucie­kły na dobre. Nie­dłu­go potem ostro­słup za­padł się pod wpły­wem trzę­sie­nia ziemi.

Męż­czy­zna za­mru­gał. Tym razem znaj­do­wał się w pro­sto­pa­dło­ścia­nie. Zu­peł­nie swoj­skim. Nie­przy­zwo­icie wręcz pro­za­icz­nym. Dawid leżał na łóżku w sy­pial­ni. Zgiął rękę i spoj­rzał na ze­ga­rek. Per­cep­cja nadal drża­ła, nad­ludz­kim wy­sił­kiem przy­wo­łał zmy­sły do po­rząd­ku i od­czy­tał za­ma­za­ny cy­fer­blat. Od wzię­cia lu­dol­fi­ny mi­nę­ły trzy go­dzi­ny.

Po pra­wej le­ża­ła Lidia, nadal w sta­nie transu. De­li­kat­nie po­ru­sza­ła koń­ców­ka­mi pal­ców. Dawid uśmiech­nął się. Sły­szał kie­dyś w ja­kimś do­ku­men­cie o zwie­rza­kach do­mo­wych, że po­dob­nie robią koty, gdy im się coś śni. Po­my­ślał, że gdyby Lidia była kotem, na pewno mia­ła­by czar­ne umasz­cze­nie. I ce­lo­wo prze­bie­ga­ła­by drogę wszyst­kim prze­chod­niom.

Wtedy przy­po­mniał sobie pi­ra­mi­dę i dowód. Wy­strze­lił z po­ście­li jak po­cisk i po­gnał w po­szu­ki­wa­niu cze­goś do pi­sa­nia. Zna­lazł jakiś czar­ny mazak, ale ni­g­dzie nie wi­dział pa­pie­ru. Pró­bo­wał li­czyć od­de­chy, żeby uspo­ko­ić drżą­ce dło­nie. Świa­do­mość nadal mi­go­ta­ła. Dawid czuł, że wspo­mnie­nie sym­bo­li na ścia­nie coraz bar­dziej blak­nie. W końcu po­biegł do stołu, zrzu­cił obrus z za­sta­wą na pod­ło­gę i za­czął od­twa­rzać z pa­mię­ci wi­dzia­ne znacz­ki.

Gdy skoń­czy­ło się miej­sce na stole, prze­niósł ob­li­cze­nia na szaf­ki i lo­dów­kę. Na lo­dów­ce pi­sa­ło się naj­trud­niej. Dawid omi­jał sla­lo­mem na­klej­ki i ma­gne­sy i ko­pio­wał na wpół za­tar­te wizje.

Nie­ste­ty, kuch­nia nie była zbyt po­jem­na i ma­te­ma­tyk mu­siał wy­ko­rzy­stać także pod­ło­gę.

Do­pie­ro gdy skoń­czył, runął na swoje ostat­nie za­pi­ski i za­snął.

Po prze­bu­dze­niu z roz­cza­ro­wa­niem stwier­dził, że prze­spał ko­lej­ne pięć go­dzin. Ro­zej­rzał się i zo­ba­czył swoje sza­lo­ne no­tat­ki.

Jęk­nął.

No­tat­ki nie były try­wial­ne.

Nie były nawet błęd­ne.

Były zu­peł­nym, po­zba­wio­nym sensu beł­ko­tem. Po­sta­wio­ne na chy­bił-tra­fił znacz­ki jak w li­stach, które Dawid otrzy­my­wał od ama­to­rów.

Tak bar­dzo nie chciał przy­jąć do wia­do­mo­ści, że jego in­spi­ra­cja mogła sta­no­wić je­dy­nie pla­ce­bo. Nic wię­cej. Lu­dol­fi­na nie otwie­ra­ła żad­nych drzwi do świa­ta ma­te­ma­ty­ki. Już prę­dzej do świa­ta tok­sy­ko­lo­gii.

Do­pie­ro wtedy zo­rien­to­wał się, że za­miast ma­za­ka użył do no­ta­tek szmin­ki Lidii.

Lidii. Po­gnał do sy­pial­ni.

Ko­bie­ta wy­glą­da­ła jesz­cze bla­dziej, niż zwy­kle. Koń­ców­ki pal­ców już nie drża­ły jak u ko­cia­ka. W ogóle się nie po­ru­sza­ły. Dawid pod­biegł do łóżka, omal nie na­dzie­wa­jąc się na le­żą­cą na pod­ło­dze igłę.

„Można ćpać na okrą­gło i być w kółko na haju” – przy­po­mniał sobie słowa wy­po­wie­dzia­ne przez Lidię w dniu, w któ­rym po raz pierw­szy się spo­tka­li. Słowa bar­dzo da­le­kie od praw­dy. Przy­pu­dro­wa­ne bez­wstyd­nie jak hasło re­kla­mo­we.

– Obudź się, pro­szę. – Dawid do­tknął po­licz­ka Lidii.

Ale lu­dol­fi­no­wa księż­nicz­ka nie po­słu­cha­ła. Dawid z tru­dem po­wstrzy­mał na­ra­sta­ją­cą pa­ni­kę i spraw­dził puls.

Lidia jesz­cze żyła.

 

***

 

Gdy przy­wiózł ją do szpi­ta­la, nadal nie od­zy­ska­ła przy­tom­no­ści. Le­ka­rze na OIOM-ie wy­py­ty­wa­li o szcze­gó­ły jak na ja­kimś prze­słu­cha­niu. Przy­po­mniał sobie mi­mo­cho­dem, jak na­uczy­ciel przy­ła­pał go na pa­le­niu traw­ki, gdy miał pięt­na­ście lat.

– Czy na­le­ży do Ko­ścio­ła Lu­dol­fi­ni­stów? – za­py­tał dok­tor w zie­lo­nym far­tu­chu.

– Nie.

– Sły­szał pan o nich? Tych z wło­sa­mi w kształ­cie ko­pu­ły?

– Mó­wi­łem już, że nie na­le­ża­ła do żad­nej sekty. Czemu to takie ważne?

– Oni wie­rzą, że dzię­ki lu­dol­fi­nie zo­ba­czą niebo. A nie­któ­rzy nie chcą spę­dzać w raju tylko wa­ka­cji.

– Nie ro­zu­miem, co pan su­ge­ru­je.

– W takim razie za­py­tam wprost. Czy Lidia Kwie­cień chcia­ła po­peł­nić sa­mo­bój­stwo?

– Nie – od­parł szyb­ko Dawid. I przed ocza­mi sta­nę­ły mu wszyst­kie bez­po­śred­nie roz­mo­wy z Lidią o śmier­ci, cię­ciu żył pod od­po­wied­nim kątem i nie­ist­nie­ją­cym świe­cie jako lep­szym od świa­ta z cier­pie­niem. Ale my­ślał, że to tylko taka poza. Tylko taka nie­win­na emo-ety­kiet­ka. – Tak – zmie­nił zda­nie.

– Czyli?

– Po pro­stu jej po­móż­cie.

Cze­kał. Skar­cił się, gdy myśli au­to­ma­tycz­nie wę­dro­wa­ły w stro­nę ma­te­ma­tycz­nych pro­ble­mów. Nie teraz, nie w ta­kiej chwi­li. Od­ga­niał się od men­tal­nych na­trę­tów, jakby prze­no­si­ły ma­la­rię. Stwier­dził, że naj­wyż­sza pora na de­toks. Także od pracy na­uko­wej. Nadal od­czu­wał ból po tym, jak zdra­dzi­ła go in­spi­ra­cja o bar­wie li­mon­ki.

Dawid sku­pił się na ty­ka­niu ścien­ne­go ze­ga­ra. Tik i tak. Tik, a potem po­now­nie tak.

Po trzech ty­sią­cach tików i o jeden mniej­szej licz­bie taków, po­zwo­li­li mu wejść.

W skrom­nym szpi­tal­nym po­ko­ju do­mi­no­wał kolor zgni­łej zie­le­ni. Lidia le­ża­ła z głową opar­tą o ścia­nę i tępo pa­trzy­ła przed sie­bie.

– Jak się czu­jesz?

– Je­stem roz­cza­ro­wa­na.

 

***

 

– Rzu­ci­łeś to?

– Od ty­go­dnia je­stem czy­sty. Je­ste­śmy – po­pra­wił się Dawid i objął ra­mie­niem Lidię.

– Je­stem z was dumny. To kto idzie na pierw­szy ogień? – spy­tał Gu­staw i wska­zał drzwi z nie­skrom­ną ta­blicz­ką. – W takim razie, za­pra­szam – dodał, gdy ko­bie­ta zgło­si­ła się na ochot­nicz­kę. – Czego się naj­bar­dziej brzy­dzisz? Nie wiem, czy Dawid ci mówił, ale on nie znosi ore­ga­no. Te­ra­pia bę­dzie po­le­gać na sko­ja­rze­niu z po­mo­cą su­ge­stii hip­no­tycz­nej lu­dol­fi­ny z czymś ohyd­nym. Zatem, czego nie cier­pisz?

– Nie cier­pię cier­pie­nia – od­par­ła Lidia. Mó­wi­ła serio, ale zda­niem Gu­sta­wa za­brzmia­ła ra­czej ko­micz­nie, w stylu smer­fa Ma­ru­dy.

– A może coś mniej abs­trak­cyj­ne­go?

– W sumie, to nie lubię bro­ku­łów.

– Do­sko­na­le. Zatem, pro­szę się roz­go­ścić.

Go­łę­biew­ski zo­stał w po­cze­kal­ni i gdy tylko za­mknę­ły się drzwi ga­bi­ne­tu, za­czę­ło mu się nu­dzić. Z przy­zwy­cza­je­nia wyjął z wa­liz­ki nowe listy od ma­te­ma­tycz­nych la­ików.

 

***

 

Lidia sie­dzia­ła w fo­te­lu wśród pod­ręcz­ni­ków hip­no­zy i zwie­rzę­cych eks­po­na­tów. Ale jej zmy­sły bu­ja­ły w ob­ło­kach hip­no­tycz­ne­go transu.

– Gdy się wy­bu­dzisz, bę­dziesz prze­ko­na­na, że lu­dol­fi­na śmier­dzi jak bro­ku­ły. Ro­zu­miesz?

– Tak – po­twier­dzi­ła Lidia, któ­rej per­cep­cja wła­śnie nur­ko­wa­ła w chmu­rze z waty cu­kro­wej.

Na sto­li­ku nadal le­ża­ła treść pa­ra­dok­sal­nej su­ge­stii. Gu­staw za­sta­na­wiał się przez mo­ment, sku­biąc brodę. W końcu obie­cał Da­wi­do­wi, że bę­dzie ją te­sto­wać na każ­dym klien­cie.

– Gdy usły­szysz na­stę­pu­ją­cy dźwięk…

Hip­no­ty­zer za­stu­kał w drew­no.

– Gdy usły­szysz takie stu­ka­nie, chciał­bym, żebyś nie wy­ko­ny­wa­ła tego po­le­ce­nia. Ro­zu­miesz? Gdy usły­szysz takie stu­ka­nie, nie wy­ko­nuj po­le­ce­nia, które wła­śnie wy­ma­wiam! Jeśli zro­zu­mia­łaś, po­ki­waj głową.

Lidia ski­nę­ła.

 

***

 

Dawid zdzi­wił się, że ktoś jest na tyle na­tręt­ny, by wy­sy­łać dwa razy ten sam list. Z braku lep­sze­go za­ję­cia po­sta­no­wił przej­rzeć rze­ko­me „Ele­men­tar­ne roz­wią­za­nie pro­ble­mu pa­ra­dok­su hip­no­tycz­ne­go”. Od razu za­uwa­żył, że nowa wer­sja ma bar­dziej roz­bu­do­wa­ny wstęp:

„Bar­dzo prze­pra­szam za uciąż­li­wość, ale pil­nie muszę się z panem skon­tak­to­wać. Przy­zna­ję, że je­stem sa­mo­ukiem i nie mam for­mal­ne­go wy­kształ­ce­nia ma­te­ma­tycz­ne­go. Wiem, że moje ar­gu­men­ty są bar­dzo nie­ści­słe, jed­nak wnio­ski, do któ­rych do­sze­dłem, są zbyt ważne, by je zi­gno­ro­wać. Po pierw­sze, od­kry­łem przy­czy­nę nie­po­wo­dzeń w ba­da­niach do­świad­czal­nych. Ist­nie­nie mo­ral­nej blo­ka­dy…”.

Ma­te­ma­tyk prze­sko­czył na ko­niec pracy, gdzie znaj­do­wa­ło się pod­su­mo­wa­nie wnio­sków. Lecz uj­rzał tam te same apo­ka­lip­tycz­ne bzdu­ry, co wcze­śniej.

Po tym, jak lu­dol­fi­na oka­za­ła się fał­szy­wym pa­ste­rzem, Dawid tro­chę spo­kor­niał. I z więk­szą życz­li­wo­ścią pod­cho­dził do ama­tor­skich no­ta­tek. Tak bar­dzo nu­dzi­ło mu się w po­cze­kal­ni, że po­sta­no­wił po­szu­kać, gdzie autor listu po­peł­nił błąd. Ana­li­zo­wał li­nij­ka po li­nij­ce, tłu­ma­cząc w gło­wie in­tu­icyj­ne ar­gu­men­ty laika na for­mal­ną de­duk­cję. Serce biło mu coraz szyb­ciej, gdy zbli­żał się do ostat­nich aka­pi­tów, ale nadal nie przy­dy­bał po­mył­ki.

Wszyst­ko się zga­dza­ło.

Naj­pierw po­czuł za­zdrość, a potem wbiegł jak opa­rzo­ny do ga­bi­ne­tu hip­no­ty­ze­ra.

 

***

 

Gdy Dawid wpa­ro­wał do środ­ka, Gu­staw wła­śnie stu­kał w sto­lik, dając sy­gnał do uru­cho­mie­nia pa­ra­dok­su.

Ocze­ki­wał, że jak za­wsze nic się nie wy­da­rzy.

Ale wtedy coś się stało. Nawet bar­dzo się stało.

Lidia sie­dzia­ła spo­koj­nie i cicho się śmia­ła, gdy wokół świat do­sta­wał głu­paw­ki.

Wa­ha­deł­ko wy­le­cia­ło z ręki Gu­sta­wa i po­szy­bo­wa­ło w stro­nę stosu ksią­żek na temat zwie­rzę­ce­go ma­gne­ty­zmu. Na­stęp­nie prze­kształ­ci­ło się w jojo i za­czę­ło wy­wi­jać w po­wie­trzu ósem­ki.

Ra­cjo­nal­ne fun­da­men­ty ko­smo­su ro­ze­rwa­ły się, wpusz­cza­jąc przez szcze­li­nę de­mo­ny sza­leń­stwa.

Sto­lik po­czął ste­po­wać, a po­nie­waż z czte­re­ma no­ga­mi szło mu to ra­czej śred­nio, do­ko­nał am­pu­ta­cji za po­mo­cą kart­ki.

Obłęd wy­cie­kał coraz szer­szym stru­mie­niem, pusz­cza­ły za­wo­ry roz­sąd­ku.

Żaba w for­ma­li­nie zmie­ni­ła się w kró­le­wi­cza w for­ma­li­nie.

Stało się jesz­cze ze sto in­nych rze­czy i każda mniej sen­sow­na od po­przed­niej.

Dawid naj­pierw po­my­ślał, że może nadal widzi lu­dol­fi­no­we ha­lu­cy­na­cje. Ale szyb­ko zro­zu­miał, że to coś dużo gor­sze­go. Był świad­kiem po­wsta­nia lo­gicz­nej oso­bli­wo­ści, która po­że­ra­ła świat ze sma­kiem, po­cząw­szy od ga­bi­ne­tu hip­no­ty­ze­ra. Non­sens wy­pły­wał z każ­de­go za­kąt­ka. Przed­mio­ty prze­kształ­ca­ły się jedne w dru­gie, a gdy stę­że­nie ab­sur­du prze­kra­cza­ło po­ziom kry­tycz­ny, po pro­stu zni­ka­ły. Cicho i bez­bo­le­śnie, jakby Bóg zga­sił je ma­gicz­nym pstrycz­kiem-elek­trycz­kiem.

Tak jak prze­wi­dział to list. Pa­ra­dok­sal­na su­ge­stia nisz­czy­ła lo­gicz­ne fun­da­men­ty wszech­świa­ta, wy­sy­sa­jąc sens z każ­de­go na­po­tka­ne­go obiek­tu. Jakby jakiś sztu­bak nie­roz­trop­nie po­dzie­lił przez zero, zanim jesz­cze do­wie­dział­by się, że tak nie wolno.

Lidia nadal chi­cho­ta­ła, nie przej­mu­jąc się spe­cjal­nie, że za­miast nóg ma wiel­ką ka­ła­mar­ni­cę.

– Prze­stań! – krzyk­nął Gu­staw, zu­peł­nie nie ro­zu­mie­jąc, co się wokół niego dzie­je. – Prze­stań to robić…!

– Co robić? – spy­ta­ła Lidia.

– Prze­stań… uni­ce­stwiać świat! – roz­ka­zał Dawid, a potem zmie­nił się w mumię i znik­nął zdmuch­nię­ty non­sen­sem.

– Nie mogę prze­stać.

– Czemu? – spy­ta­ła trasz­ka, która jesz­cze przed chwi­lą była hip­no­ty­ze­rem Gu­sta­wem Pa­ją­kiem.

– Bo to nie­mo­ral­ne!

Koniec

Komentarze

Skądś znam ten tekst… ;-)

Bardzo odlotowe połączenie absurdu i logicznej matematyki. A do tego jeszcze hipnoza, żeby utrzymać sprzeczności w kupie. I kropelka fizycznego sosu.

Naprawdę jestem pod wrażeniem, że można napisać tak absurdalny i logiczny tekst. Strzelby Czechowa wypalają w dużym hukiem. Smaczki na okrągło.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wizytę, Finklo. Logicznego absurdu nie mogło u mnie zabraknąć, uwielbiam takie połączenia. Dobrze, że wszystkie strzelby wypaliły z hukiem. :) 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jak to zwykle u ciebie, SzyszkowyDziadku, absurdu w opowiadaniu jest w bród, a i wiedzy matematycznej nie brakuje. A choć nie wszystkie jej tajniki dotarły do mojej zgoła nie matematycznej wyobraźni, to sens historii pojęłam i wyznaję, że lektura Paradoksu hipnotycznego sprawiła mi ogromną przyjemność. ;D

 

Która to już z kolei…Na­stęp­ne było… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Hip­no­ty­zer za­stu­kał o drew­nia­ny blat. –> Hip­no­ty­zer za­stu­kał w drew­nia­ny blat.

 

Knaj­pę na­zy­wa­no „Ku­kuł­czym gar­dłem”… –> Knaj­pę na­zy­wa­no „Ku­kuł­czym Gar­dłem”

Ten błąd pojawia się jeszcze trzykrotnie w dalszej części opowiadania.

 

naj­pierw włosy zwią­za­ne w dwa war­ko­cze… –> …naj­pierw włosy splecione w dwa war­ko­cze

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg, za wizytę, klika bibliotecznego i uwagi. Dobrze, że sens historii mimo absurdu i matematycznego skrzywienia autora można pojąć. :) Poprawiłem, co trzeba.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bardzo się ciesze, Dziadku, że uwagi okazały się przydatne. ;)

Dodam jeszcze, że absurd lubię, matematykę natomiast… ech, przemilczę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo podobało mi się to opowiadanie, Szyszkowy Dziadku. Nie jestem żadnym specem od matematyki, a śmiało można powiedzieć, że to moja achillesowa pięta, ale Twój tekst podawał ją w sposób na tyle przystępny, że postanowiłam po prostu dać się nieść wyobraźni, choć pewnie nie zawsze wszystko rozumiałam. Podsumowując, fajną przygodę przeżyłam w Twoim absurdalnie logicznym świecie i dziękuję Ci za nią! :)

Dodam jeszcze, że absurd lubię, matematykę natomiast… ech, przemilczę. ;)

Cóż, Reg, świat byłby niesamowicie nudziarskim miejscem, gdybyśmy wszyscy lubili te same rzeczy. ;)

 

Dzięki, Rosebelle, za klika i komentarz. Miło, że dałaś się ponieść wyobraźni w absurdalnie logicznym świecie. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Niewątpliwie, Dziadku, niewątpliwie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak zwykle, przeczytałam Twój tekst z ogromną przyjemnością :) Bardzo lubię ten rodzaj absurdu, który serwujesz w swoich opowiadaniach, umiejętnie łącząc go w tej historii nie dość, że z fantastyką, to jeszcze z matematyką i hipnozą. Zapewne do mnie też nie dotarły wszystkie matematyczne smaczki, tak czy inaczej, lektura twojego opowiadania okazała się wyjątkowo satysfakcjonująca :) 

Bardzo dziękuję za komentarz i nominację. Cieszę się, że ten kolaż matematyki, hipnozy i fantastyki Ci się spodobał. :) 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jak to u Ciebie – mieszanina absurdu, dziwnych wizji oraz pomysłów. Mam wrażenie, że tutaj znacznie większą część utworu zajmuje tłumaczenie różnych teorii matematycznych, co w pewnym momencie nuży. Jednak już końcówka jest genialna. To zorientowanie Dawida o bezsensie, to zawiedzenie swoją “weną”. No i postać Pająka – jakże trafnie dobrane nazwisko :)

Podsumowując: cały Twój koncert fajerwerków. Trochę za mocno przegadany z początku, ale reszta na właściwym miejscu i we właściwych proporcjach.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dobre.

Nieźle napisane, ciekawe smaczki. Mimo, że do mnie również nie wszystko dotarłam, czytałam z przyjemnością.

Udało Ci się połączyć absurd z logiką, a to, przynajmniej wg mnie, proste nie jest. Ciekawie wykreowani bohaterowie, nawet stereotypowa Lidia. 

Podobało się.

NWM, dzięki za wizytę. Cenna uwaga z tym przegadaniem, w tym tekście faktycznie sporo miejsca musiałem poświęcić rozmowom o mniej lub bardziej abstrakcyjnych teoriach, żeby odpalić szaleństwo w końcówce. Też lubię postać hipnotyzera, zwłaszcza jego profesja nadawała się do kreacji takiego trochę oldschoolowego ekscentryka. :) Czemu Pająk to trafne nazwisko?

Saro, dzięki, fajnie, że się spodobało. Szczerze, to mnie zdecydowanie łatwiej pisze się teksty absurdalno-logiczne niż realistyczno-obyczajowe. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Wpadłem z rewizytą i pewną nadzieją jaka obiecywał tytuł – i nie zawiodłem się. Potoczysta akcja, świetne dialogi, jednym słowem samoczytający się tekst :) Zaś co do treści… jest mi bliską koncepcja wpływu myśli na zachowanie się materialnego świata, a przecież koncepty matematyczne to także “produkty” myśli (choć może bardziej Myśli). Paradoks postrzegam jako coś “psującego” nieskazitelną logikę więc przypisanie im destrukcyjnego potencjału jest jak najbardziej na miejscu. Również wpływ halucynogenów na fincjonowanie świata jest mi bliski – patrz “Fideina”

Pozdrawiam serdecznie!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo dziękuję za interesujący komentarz. :) To bardzo ciekawe pytanie, czy koncepty matematyczne są wytworem ludzkich myśli czy istnieją niezależnie. Albo inaczej czy matematykę wynajdujemy czy odkrywamy. W tym tekście też w jednym miejscu wspominałem o tym drugim poglądzie (platonizmie matematycznym) i ludolfina miała być drzwiami do tego świata (albo tak się kolesiowi wydawało, bo narkotyk okazał się przereklamowany :)). Swoją drogą bardzo lubię esej Wignera “Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych”, który częściowo dotyczy tego tematu i jest jednym z lepszych argumentów na rzecz “odkrywania” matematyki.

Fajnie, że przekonuje Cię destrukcja świata przez paradoks. Inspirowałem się tu częściowo żartami/memami, gdzie podzielenie przez zero miałoby stworzyć czarną dziurę i zniszczyć świat. ;)

“Fideinę” wkrótce planuję odwiedzić. :)

Również pozdrawiam!

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję za link do bardzo ciekawego artykułu. Szczególnie spodobały mi się myśli”

jest trudno uwierzyć, że nasza potęga myśli została doprowadzona przez darwinowski proces naturalnej selekcji, do doskonałości, którą zdaje się posiadać.

oraz

stosowność języka matematyki do formułowania praw fizyki jest cudownym darem, którego ani nie rozumiemy, ani nań nie zasługujemy.

(choć tu wydaje mi się, że chodzi o stosowalność)

 

W Polsce o dylemacie czy matematykę odkrywamy czy wynajdujemy najczęściej mówi ks. prof. Michał Heller, kosmolog. Opowiada się za tą pierwszą opcją, a ja w ślad za Nim także :) Zrewanżuję się linkiem do artykułu “czy świat jest matematyczny” Hellera związanego z tym tematem: http://www.obi.opoka.org.pl/zfn/022/zfn02201Heller.pdf

Tak ciekawostka: S. Lem (ateista) w Summa technologiae porównywał matematyków do krawców szyjących różne ubrania nie inteeresując sie czy będą komukolwiek przydatne. Gotowe ubrania wędrują do ogromnego magazynu, gdzie buszują fizycy i wybierają sobie te, które mogą okazać się przydatne.

Podobnie wyraża się ks. Michał Heller w jednym z wywiadów:

Matematyka jest wielką strukturą struktur. Poszczególne podręczniki opisują tylko ich fragmenty, ale one wszystkie są ze sobą powiązane. Matematycy, którzy nie zajmują się fizyką, zachwycają się pięknem tych struktur. Muszę wyznać, że wchodzenie w świat matematyki jest niesamowitym przeżyciem. Jest to superpoezja połączona z koniecznością i z wolnością. Niektóre z tych struktur pasują do rzeczywistego świata, ale chyba nie wszystkie. Matematyka jest nieskończenie obszerniejsza od Wszechświata. Mogę wymyślać nieskończenie wiele struktur matematycznych, ale tylko niewielka ich część jest używana w fizyce. Reszta to sztuka dla sztuki.

Porozumienie ponad podziałami? :)

Będąc na studiach kilka razy uczestniczyłem w spotkaniach z ks. Hellerem. Ktoś z publiczności zapytał go kiedyś o Lema. Heller odpowiedział, że świetnie się z nim rozmawia pod warunkiem że on mówi :)

Jeszcze a propos platonizmu i unicestwienia wszechświata: niebawem chcę tu zamieścić opowiadanie-humoreskę “Anihilacja Wszechświata”, więc już dziś zapraszam :)

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hellera podziwiam, może już powinnam napisac podziwiałam, ale jeszcze tego nie wiem. Kontestacja matematyki zdaje mi się w tym przypadku przesadzona. Przydatność “tu i teraz” nie jest rozstrzygającym kryterium, gdy  akcent pada na użyteczność. Potrzebność – dla mnie – to kryterium w nauce “czystej” powinno wypaść z oceny.

Matematyki się nie odkrywa, a jeśli to w innym znaczeniu. W fizyce jest fifty-fifty, tak sądzę i zależy od obszaru zainteresowania.

Buntuje się przeciwko twierdzeniu, że matematyka to “sztuka dla sztuki” i dziwię się, że Heller to powiedział, bo przecież wiedział już że…

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo fascynująca lektura, komentarzy również :)

Lubię zarówno absurd, jak i matematykę, ale pierwsze w teorii, a drugie w praktyce.

W opowiadaniu jest sytuacja odwrotna, choć nadzwyczaj przyjemna.

Tsole, dzięki za ciekawy artykuł. Najbardziej spodobały się początkowe eksperymenty myślowe o niematematycznym świecie “rozrywanym sprzecznościami” i zerojedynkowym nieprzewidywalnym świecie. :) Hellera widziałem kiedyś na jednym wykładzie popularnonaukowym, ciekawy człowiek.

Podoba mi się ta metafora Lema o krawcach i matematykach-teoretykach. Bardzo trafna. :)

Jeszcze a propos platonizmu i unicestwienia wszechświata: niebawem chcę tu zamieścić opowiadanie-humoreskę “Anihilacja Wszechświata”, więc już dziś zapraszam :)

Już tytuł ciekawy, także na pewną wpadnę z wizytą. :)

 Ja co do całej dyskusji odkrywania bądź wynajdowania matematyki nie mam wyklarowanego poglądu. Samo abstrakcyjne piękno czystej matematyki pcha w stronę takiego bardziej “magicznego” traktowania matematyki. Z drugiej strony chłodno-racjonalne podejście w stylu “shut up and calculate!” też ma swój specyficzny urok.

 

Asylum, wydaje mi się, że w tym kontekście “sztuka dla sztuki” nie miała znaczenia negatywnego. Bo też mi jakoś nie pasuje do Hellera takie podejście. Zwłaszcza, że czysta matematyka w pewnym sensie jest “sztuką dla sztuki”. Wielu matematykom (na przykład mnie ;)) to w ogóle nie przeszkadza. A inni wręcz się tym szczycą. A co sądzisz o tekście?

 

Wojenko, dzięki za wizytę i komentarz. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tak, Szy, mam nadzieję, że jest tak, jak napisałeś, tj. brak wydźwięku negatywnego. Generalnie mi to nie przeszkadza, lecz w sytuacji, gdy atakuje mnie produktywność, efektywność, przełożenie (natychmiast) na wyniki przeliczalne w pieniądzach to staję się złym wilkiem i zjadałabym wszystkie “Kapturki”. Wolna myśl, rozważania bezsensowne mają dla mnie wartość, nieporównywalną z tymi dotyczącymi produktów kierowanych dla mnie, aby umilić mi życie.

Nie czytałam, jutro to zrobię, pewnie dopiero późnym wieczorem. Boję się, bo o hipnozie mam zdanie. E tam, w każdym razie jutro coś skrobnę:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jak najbardziej, Asylum, popieram swobodę i wolność myśli niepraktycznych. Niech wznoszą się nieskrępowane jak motyle. :)

Z komentarzami przed czytaniem trzeba uważać, bo mogłaś się tu nadziać na spojlery. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Asylum, nie wiem o jakiej kontestacji matematyki tu mówisz w kontekście cytata z Hellera, bo tam jest oczywista jej afirmacja: “Matematycy, którzy nie zajmują się fizyką, zachwycają się pięknem tych struktur. Muszę wyznać, że wchodzenie w świat matematyki jest niesamowitym przeżyciem. (…) Matematycy, którzy nie zajmują się fizyką, zachwycają się pięknem tych struktur. Muszę wyznać, że wchodzenie w świat matematyki jest niesamowitym przeżyciem.” W innych miejscach przyrównuje matematykę do poezji, pod kątem piękna wlaśnie (podobny motyw jest też w eseju Wignera linkowanym przez Szy.

Matematyki się nie odkrywa

A ja uważam że tak. Hilbert skonstruował przestrzeń wykorzystującą liczby zespolone do opisania rzeczywistości kwantowej w świecie, w którym funkcjonuje ona od 13 miliardów lat! Czy to znaczy, że liczby zespolone zostały przez człowieka WYMYŚLONE, czy raczej ODKRYTE?

W książce “Uchwycić przemijanie” Heller zastanawia się dlaczego świat daje się „matematyzować” i jakie są granice matematyzowalności świata. Puentuje rzecz zdaniem: fizycy śnią sen o ostatecznej unifikacji fizyki w jednej matematycz­nej strukturze. Przedstawiając w skrócie dokonania (m.in. mała unifikacja Weinberga-Salama, próby superunifikacji, kwan­towa teoria grawitacji), próbuje zakreślić granice ma­tema­tyzacji, które mogą wynikać z twierdzenia Gödla. Że­gnając się z czytelnikiem podrzuca mu subtelną hipotezę o „polu racjonalności” pozwalającym zrozumieć, dlaczego Wszech­świat daje się badać przy użyciu matematyki, która przecież jest produktem ludzkiej myśli.

Polecam.

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Szy, świetne opowiadanie:) Podobało mi się szukanie matematycznego ujęcia, sposób w jaki powiązałeś tego właśnie Grala z hipnozą, cierpieniem i moralnością. Zabawne i jakże przewrotne.

Gdybym miała napisać, co najbardziej ujmowało podczas czytania to pewne przeciwstawianie, rodzaj dystansu, może oglądu rzeczywistości i za każdym razem uśmiechało się, bo takie rzeczy uwielbiam, na przykład: 

Nie lubił swojej przeszłości. Nie, żeby pałał jakąś szczególną sympatią do teraźniejszości.

czy inne

Chociaż używaniu jednej strzykawki trudno odmówić romantyzmu, co najwyżej aseptyki,

Czy czegoś mi brakowało? Opowiadanie wydaje mi się jakby zimne. Zastanawiałam się przez co. Może chodzi o brak emocji, klimatu, może dystans, który służy absurdowi jednocześnie utrudnia zbudowanie wyrazistszej emocjonalnej osnowy? Zajrzałam również do "Lampiarni" i ona jest cieplejsza, pewnie przez bohaterów i relację. W "Paradoksie hipnotycznym" budujesz postaci dalekie, schematyczne, w centrum jest gorący bezcielesny paradoks, osobliwość logiczna, a do niej trudno się przywiązać, współczuć i kibicować.

Niemniej to bardzo dobre opowiadanie, najlepsze które przeczytałam w tym miesiącu.

 

Tsole, dzięki, bardzo precyzyjnie wyjaśniłeś. I ja spróbuję, acz nie wiem, czy uda się to wystarczająco jasno. 

Uderzyło mnie powiedzenie "sztuka dla sztuki", poezja i stawianie na piedestale fizyki jako tej, która opisuje świat, a matematyka o tyle jest potrzebna (użyteczna), o ile udaje się ją wykorzystać jako narzędzie do rozwiązywania fizycznych zagwozdek, sprzeczności i niedokładności (lemowski sklep z matematycznymi narzędziami). Ja myślę trochę inaczej (argumenty sam przytoczyłeś, Hilbert, Gödel") to matematyka jest królową nauk i opisuje świat na poziomach jeszcze nieznanych innym naukom, które dokonują przybliżeń, mniej lub bardziej udanych. Dzięki niej możemy popatrzeć na świat niejako spoza naszych zmysłów.

 

Poruszyłeś jeszcze bardzo frapujący mnie temat: odkrywanie, czy wymyślanie? Może gdzieś tam "wisi" w przestrzeni supermarket Boga z gotowymi ideami. :) Nie mam zdania, a może pytanie jest źle postawione. Przypomniała mi się twym momencie ostatnia część sagi o Enderze "Dzieci umysłu" i koncepcja aiua".

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mi ten chłód akurat nie przeszkadzał, wręcz pasował do tematu.

Dla mnie matematyka jest właśnie taka chłodna, zdystansowana ale sprawiedliwa. Paradoksu też nie nazwałabym gorącym, ale raczej bezwzględnym. Ale to moje odczucia.

Asylum, dzięki za solidny komentarz i nominację. Lubię też te zdania/przeciwstawienia, które zacytowałaś. Zapamiętam uwagę o chłodnym klimacie. “Lampiarnia” w założeniu miała być tekstem mniej absurdalnym i większy nacisk był położony na opis relacji z osobą uzależnioną (zastanawiające, że ten motyw pojawił się także w “Robaczywym mieście”, jakoś mnie widocznie fascynuje :)) W “Paradoksie” jednak ważniejszy od relacji był sam… cóż… paradoks. Może można było te niteczki prowadzące do zakończenia poprowadzić wiarygodniej, bardziej “ludzko”, sam nie wiem.

Wojenko, tak, jest coś chłodnego w bezwzględnej logice matematyki. Z drugiej strony jest też ciepła i przyjazna. Chłodna i ciepła… Może po prostu jest paradoksalna. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

I ja nie wiem, Szy, czy można było poprowadzić nitki bardziej wiarygodnie, ale ludzko chyba tak. Bohaterowie męscy słabo się od siebie odróżniają, postać dziewczyny chyba jest najmocniej zakreślona, lecz kiedy przeczytałam stereotypowo i emo to zadrżałam. Jak to, stereotypowo, niemożliwe, to przebranie, bardzo dramatyczne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ciekawe uwagi, dzięki, Asylum. To jest tak, że mam dużą słabość do kreacji postaci przejaskrawionych, ekscentrycznych i stereotypowych, pasują mi do klimatu absurdu. Bohaterowie męscy mieli się od siebie różnić nie tylko profesją, ale przyjmuję, że mogłem zrobić to lepiej. :)

No cóż, emo bohaterka pasowała mi do takiej hiperpesymistycznej filozofii, niezbędnej do odpalenia paradoksu. Bohater też podejrzewał, że to tylko poza i etykietka. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Kurcze nie wiem, jak to się robi w opowiadaniach, a już absurdalnych – pewnie w ogóle, ale popatrz schemat masz i rys, każdego z nich też,  kręcą ich rożne rzeczy, są inni. Glownego bym pewnie zostawiła bz, ale Pająka ciutkę podkręciłabym. No, a emo jest ciekawa i prawdziwa, w gruncie rzeczy, lecz (dla mnie) przez użycie słowa “stereotypowy” zgasiłeś ją. Wydaje mi się, że chodzi o drobiazgi, użycie tego lub innego słowa przy opisie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No tak, na dobór słów trzeba uważać, język nie zawsze giętki, a diabeł tkwi w szczegółach. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ile diabłów na końcu szpilki się zmieści? :D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zależy od objętości diabła i jak gęsto je upchać. :D

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

A od wielkości szpilki nie? ;-)

Babska logika rządzi!

Dla uproszczenia przyjąłem średni rozmiar damskiego obuwia. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Hi, ułatwiłeś sobie, Szy – rozmiar obuwia, czy szpilki, bo to nie jest jedno i to samo:D 

#teamFinkla w kwestii obcasa:)))

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A ja, głupia, myślałam, że to chodzi o taki mały metalowy gwoździk używany w krawiectwie… ;-)

Babska logika rządzi!

Lubie fantasy, bitwy, smoki, i bezdusznych, siwych łowców potworów, którzy okazują się bardziej empatyczni niż ¾ naszego społeczeństwa. Nie myślałem że takie teksty mnie zainteresują ale przyznaję … jest moc. Aż mi się odechciewa pisać gdy widzę ten poziom :D

Aż mi się odechciewa pisać gdy widzę ten poziom :D

Marcu, czyżbyś miał zamiar mnie rozczarować?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Marcu, czyżbyś miał zamiar mnie rozczarować?

Nie, nie … Nic z tych rzeczy. To tylko takie chwilowe zwątpienie. Opowiadanie już powstaje :). W sumie to dwa, bo zarzuciłem pierwotny pomysł i zacząłem od nowa następny.

W takim razie cierpliwie poczekam na efekty Twoich pomysłów. ;)

 

Dziadku, wybacz offtop.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Marcu, dzięki za komentarz. A co do zwątpienia, to cóż, trzeba ćwiczyć, pisać i ćwiczyć, no i nie możesz rozczarować Reg. :D

Dziadku, wybacz offtop.

Nie szkodzi, zawsze jakiś ruch pod opowiadaniem. :) 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobry tekst, sto procent Szyszkowego Dziadka w Szyszkowym Dziadku. Fragment o mierzeniu nastroju w radianach mnie zachwycił. Zakończenie również w twoim stylu, można się było spodziewać czegoś podobnie pojechanego.

Dzięki, Zygfrydzie. Tak, tekst bardzo w moim stylu, dzięki za docenienie fragmentu o radianach. :) To w sumie też paradoks, czy to nadal niespodzianka, jeśli spodziewasz się niespodziewanego. :D

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Niespodziewane do kwadratu. ;-)

Babska logika rządzi!

To dobrze, chyba że niespodziankowość się kasuje jak minus przy podnoszeniu do kwadratu. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

To już zależy, czy czytelnicze oczekiwania niespodziewaności i Twoje zaskakujące rozwiązanie mają te same znaki. ;-)

Babska logika rządzi!

:D No tak, najgorzej, gdy oczekiwania czytelnika okażą się biec równoległym torem do zamierzeń autora. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

W skrócie – wyszło połączenie absurdu z logiką, otoczone sprawnym piórem i sporą liczbą smaczków. Bardzo przyjemna lektura i satysfakcjonujące zakończenie. Zgodzę się z NWM, że może trochę za dużo opisów teorii matematycznych. Ale z naciskiem na TROCHĘ, bo mimo wszystko udało się utrzymać niezłe tempo prowadzenia historii. Dobra robota ;)

Dzięki, Perruksie, miło, że się spodobało. :) No z tymi teoriami to miałem zagwozdkę, jak to skomponować, żeby nie przytłoczyć ekspozycją czytelnika. Do odpalenia zakończenia potrzebowałem aż trzech zasad: ultrapesymistycznej teorii Lidii, moralnej blokady sugestii posthipnotycznej i wreszcie samego paradoksu. Fajnie, że mimo to udało się utrzymać niezłe tempo. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Opowiadanie z rodzaju tych, co to zostają w głowie na dłużej :) Taki poziom absurdu w tekstach zdecydowanie mieści się w kręgu moich preferencji. Na dodatek zostało starannie dopracowane, logicznie skonstruowane, pomysł z ludolfiną super, oczywiście motyw cierpienia, ucieczki w narkotyki i meta tej drogi znana w życiu i oklepana w literaturze, ale kogo to obchodzi? :D

Krótko: zgłaszam, gdzie trzeba :)

I tylko jedno takie, ciekawskie pytanie.

Lecz mężczyzna nigdy nie grzeszył asertywnością

Z kontekstu nie łapię, czy “mężczyzną” w zdaniu jest Dawid, czy generalizujesz, podciągając pod podmiot ogół facetów? :D

 

 

Dzięki, Aryo. Za komentarz i zgłoszenie, akurat brakowało piątego głosu do nominacji. :) Zdanie dotyczyło Dawida, nie ośmieliłbym się tak generalizować na ogół facetów. Chyba istnieją jacyś asertywni. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Cóż, chyba niewiele więcej mogę dodać do dyskusji – jak zwykle szalenie udany miks absurdu, matematyki i czarnego humoru. Ten ostatni może tym razem nieco bardziej typowy niż na przykład w “Robaczywym mieście” (chyba głównie przez mocno memiczną postać Lidii :P), chociaż przyznaję, że ujął mnie motyw z mierzeniem nastroju w radianach. Za to najbardziej podobała mi się ludolfina (będę musiała przeczytać “Lampiarnię”) i zakończenie – to już zupełny odjazd, coś pięknego. :D

W zasadzie nie mam zastrzeżeń, może tyle, że przy takim zagęszczeniu pomysłów i żartów było blisko pewnego przesytu; ale z drugiej strony budzi zachwyt, z jaką lekkością i swobodą tworzysz z tych wszystkich składników opowiadanie.

Niniejszym życzę opierzenia.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Dzięki, Czarna Peleryno. Z tym opowiadaniem miałem pewne obawy, czy tych żonglowanych wątków, pomysłów nie będzie za dużo. W “Robaczywym mieście” też wykorzystałem sporo pomysłów, ale wszystkie miały wspólne źródło w głównym pomyśle na robaki. W Paradoksie te związki są mniejsze i właśnie wątek narkotyku ma wszystko spajać. Dlatego fajnie, że ludolfina się spodobała. :) No i, że spodobało się odjechane zakończenie. :D

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Generalnie nie przepadam za żenieniem nauki i hmm… paranauki. Ty jednak przykryłeś to małżeństwo kołderką absurdu tak puchową i jednocześnie tak pięknie zdobioną perełkami humoru, że miałam wrażenie, iż stale puszczasz do mnie oko. To sprawiło, że się odprężyłam i przeczytałam Twoje opko z dużą przyjemnością. :)

Humor pierwsza klasa. Fryzury wyznawców ludolfiny, stepujący stół, czy podkładka pod kufel, pełniąca rolę pokazowego noża – naprawdę świetne. A przy tym Twoje opko jest tak przemyślane, wszystko tu jest na swoim miejscu, wszystko ładnie jedno z drugiego wynika. Udowadniasz, że logika wcale nie jest przeciwnikiem wyobraźni, a wręcz przeciwnie może ją wzbogacać.

No i zakończenie też świetne.

A, i dziękuję bardzo za bonusika w postaci artykułu Wignera. :)

Dzięki, Irko. Fajnie, że to specyficzne małżeństwo pod kołderką się spodobało. Bardzo lubię sięgać po absurdalne i szalone pomysły, ale też dużą wagę przykładam do planowania fabuły, żeby wszystkie wątki się mocno spinały i zachodziły na siebie i potem wychodzą z tego takie paradoksalne absurdalno-logiczne twory. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziadku, cóż mogę rzec – to tak bardzo Twoje, że jakbyś publikował jako Anonim, to z zamkniętymi oczami mogłabym obstawiać, kto jest Autorem :D

Subtelny humor, spora dawka absurdu i jeszcze większa matematyki :) Napisane jak zawsze sprawnie, ze zdaniami-perełkami godnymi Pratchetta.

 

Podobało mi się, chociaż zbyt wiele fraktali i “ścisłości” spowodowały, że poczułam się, jakbym sama wzięła ludolfinę… Chyba jednak do mnie lepiej prosto ;)

Dzięki za wizytę, Iluzjo. :) Tak, tekst bardzo w moim stylu. Jeśli wezmę udział w anonimowym konkursie będę musiał unikać swoich ulubionych tematów, żeby lepiej ukryć tożsamość. :D

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Z tą oczywistością autorstwa nie ryzykowałbym, skojarzyło mi się z jeszcze z “Instrukcją obsługi drzwi…” Skonecznego ;)

 

Matematyka i logika w bardzo atrakcyjnym, popowym wydaniu – lubię takie od czasów profesora Iwo Gąsowskiego z “Szatana z siódmej klasy”. Soczyste postaci (nie zgodzę się, że Lidia zbyt stereotypowa – taka musiała być, żeby wszystko zagrało w finale), bardzo też fajnie na poziomie języka, prowadzenia narracji – dużo perełek w didaskaliach (“spytała Lidia, zginając papierosa w popielniczce. Wyglądało, jakby łamała mu kręgosłup.”), dużo zabawy frazeologizmami (“Oczywiście, pozory czasami mylą, ale tym razem pozory grały uczciwie.”). Świetny dialog w “Kukułczym Gardle”. Solidna konstrukcja – przeplatanie scen, wykorzystanie postaci drugoplanowych (ćpun z kopulastą fryzurą).

 

Potknąłem się na drobnych błędach, nieścisłościach:

 

– (…) Jakiś koleś myśli, że rozwiąże problem paradoksu hipnotycznego na czterech stronach!

– To przecież twoja działka.

– Tak, zresztą twoja też.

– Ja jestem praktykiem – obruszył się Gustaw.

 Z tego fragmentu wynika, że Gustaw wie, co to “paradoks hipnotyczny”. Chwilę później przyznaje się do swojej niewiedzy. Może lepiej zręczniej byłoby “paradoksu związanego z hipnozą”?

 

– Gdy usłyszysz takie stukanie, nie wykonuj polecenia, które właśnie wymawiam! Jeśli zrozumiałeś, pokiwaj głową.

Dawid posłusznie pokiwał głową, a gdy rozległ się dźwięk pstrykania, otworzył oczy.

 

Nigdzie tu nie wspominasz, że Gustaw, pstrykając, równocześnie zastukał. Długo podejrzewałem, że po prostu hipnotyzer coś sknocił w tym momencie.

 

Końcówka, po uwzględnieniu etycznych koncepcji Lidii, porażająco logiczna!

Dzięki za wizytę, Coboldzie. :)

Z tego fragmentu wynika, że Gustaw wie, co to “paradoks hipnotyczny”. Chwilę później przyznaje się do swojej niewiedzy. Może lepiej zręczniej byłoby “paradoksu związanego z hipnozą”?

Chodziło mi o to, że Gustaw słyszał wcześniej to pojęcie, wiedział, że hipnoza jest badana przez jajogłowych teoretyków. Natomiast, nie wie, co dokładnie oznacza paradoks hipnotyczny. 

Nigdzie tu nie wspominasz, że Gustaw, pstrykając, równocześnie zastukał. Długo podejrzewałem, że po prostu hipnotyzer coś sknocił w tym momencie.

Kolejność jest taka, że Gustaw najpierw stuka w stolik, by wypowiedzieć paradoksalną sugestię (gdy usłyszysz takie stukanie zrób to i to), potem wybudza zahipnotyzowanego za pomocą pstryknięcia palcami. A potem, gdy tamten jest już zbudzony stuka znowu, żeby uruchomić posthipnotyczną sugestię.

 

Cieszę się, że tekst spodobał się zarówno na poziomie konstrukcji, jak i języka. Ciekawe porównanie z opowiadaniem Skonecznego, faktycznie widzę podobieństwa, jeśli chodzi o łączenie absurdu z nauką. No i Skoneczny fajne rzeczy pisze, także tym bardziej cieszy takie skojarzenie. :) W tym opowiadaniu właśnie najbardziej jestem zadowolony ze sceny w “Kukułczym Gardle” i zakończenia. W zasadzie całe to opowiadanie zostało zbudowane na pomyśle na odjechane zakończenie, w którym kluczową rolę odegra filozofia moralna Lidii.

Też lubiłem postać matematyka z “Szatana z siódmej klasy”. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Kolejność jest taka, że Gustaw najpierw stuka w stolik, by wypowiedzieć paradoksalną sugestię (gdy usłyszysz takie stukanie zrób to i to), potem wybudza zahipnotyzowanego za pomocą pstryknięcia palcami. A potem, gdy tamten jest już zbudzony stuka znowu, żeby uruchomić posthipnotyczną sugestię.

 

Teraz rozumiem pełnię paradoksu (no tak, bo to jest zdanie traktujące o samym sobie). Wcześniej myślałem, że chodzi o konflikt dwóch poleceń – polecenia wybudzenia i polecenia nie spełniania poleceń ;)

Dokładnie tak, chodziło o urzeczywistnienie czysto logicznego paradoksu w stylu:

“Zdanie na dole prawdziwe”

“Zdanie na górze jest fałszywe”

Trochę kombinowałem, jak to przedstawić, żeby wyszło klarownie. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Porównałbym Twój paradoks z czymś jeszcze prostszym:

 

“To zdanie jest nieprawdziwe”

 

;)

Racja, dwa razy oszczędniej. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

potomek naukowy samego Mesmera.

Ooo, już wiem, że będzie fajnie :D

Dawid westchnął ponownie, bardzo

Hmm. Rozdzieliłabym to jednak.

Mężczyzna kręcił się

A jest tam ktoś inny?

Jakby zażenowania na dzisiejszy wieczór było mało, zaczął przeglądać listy otrzymane od amatorów.

Hmm?

narzędzia, które nigdy nawet nie stały obok formalnych definicji, osiągną coś

Czy narzędzia osiągają, czy ich użytkownicy, posługując się nimi?

Dostrzegł coś specyficznego w oczach

To znaczy?

kilkoma żabami, dla których czas stanął w miejscu dzięki znakomitym własnościom formaliny

heart

ze dwieście lat minęło od dowodu niewykonalności

Może raczej: dowód ma dwieście lat.

przeprowadzony paradoks hipnotyczny

Jak, u licha, chcesz "przeprowadzić" paradoks?

Świat skończy się nie hukiem, ale wielkim WTF.

heart

Potwierdziły, ale tylko teoretyczne.

Teoretycznie.

modele matematyczne hipnozy i psioniki wykazują niespotykane podobieństwo!

Podobnie jak modele płynu i magnetyzmu, ale co tam :)

pływał już głęboko w transie

Hmm.

rozemocjonowanym tonem

Ooj.

gorycz porażki pozostawała

Pozostawiła.

wyglądała niesamowicie wręcz stereotypowo, jak emo, utrzymująca dość zaognione stosunki z życiem i światem

Yyy??

na czerni znajdowały się czaszki

Hmm.

wbrew powszechnym mitom

Mit w tym kontekście to właśnie opinia powszechna, choć fałszywa.

żeby odnieść skutek

Skutek odnosi czynność cięcia, nie tnący.

czy szklanka pesymistki nie jest pusta, choćby do połowy.

heart

Można by wtedy mierzyć swój nastrój w radianach.

heart

celem etyki jest maksymalizacja sumy szczęścia ludzkości

Błąd merytoryczny, pewnie ze strony bohaterki, ale czuję się w obowiązku i tak dalej. Primo: etyka to teoretyczne badanie moralności, nie sama moralność (tak, jak liczby nie są matematyką, tylko matematyka badaniem liczb i innych takich). Secundo – Lidia przytacza konkretną teorię etyczną (utylitaryzm) – są inne.

ot tak zniknie

Ot, tak zniknie.

Nie wydaje mi się, by dało się uściślić etykę.

Matematyk nie miał zajęć z filozofii?

upadłem tak nisko, że nawet szukam pomocy w wynikach doświadczalnych!

Za matematykę! Oby nigdy nie znalazła praktycznego zastosowania :)

miał opory, by testować

Hmm. Może jednak "przed testowaniem"?

Że pod wpływem sugestii po prostu nic się nie dzieje.

Dobra, ale on Dawidowi wcale nie dał żadnej sugestii! Powiedział "nie wykonuj mojego polecenia" i żadnego nie dał. Czy to właśnie ten paradoks?

perfekcyjnie, nienaturalnie okrągłych

heart

Nie można zmusić kogoś do zrobienia czegoś niemoralnego.

Good point. Tylko po co gość chodzi na terapię, w takim razie?

której to jednak

Po co Ci "to"?

topornym białym pudrem

Topornym?

naprawdę jak platoniczne idee

Naprawdę, jak platońskie idee. Platoniczna jest miłość.

Pewnie ma na tyłku wytatuowanego Schopenhauera.

heart

Drzwi trzasnęły z hukiem, prawie zrzucając tabliczkę.

To nie drzwi ją zrzuciły.

przez inne wejście

A może "innym wejściem"?

wyglądała jeszcze bladziej

Chyba jednak "była jeszcze bledsza".

natrętów, jakby przenosiły malarię

Natręci przenosili.

zabrzmiała raczej komicznie

Nie ona zabrzmiała, tylko jej głos.

smakuje jak brokuły

Przecież to się bierze dożylnie?

zauważył, że nowa wersja miała

Ma – c.t.

ludolfina okazała fałszywym pasterzem

A gdzie "się"?

postanowił poszukać, gdzie autor listu popełnił błąd

Kolokwialne: sprawdzić, gdzie autor…

wypuszczając przez szczelinę demony szaleństwa.

Wypuszczając?

 

No, co tu jeszcze rzec? Jest inteligentnie, jest zabawnie, jest szyszkowo :)

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Chociaż używaniu jednej strzykawki trudno odmówić romantyzmu, co najwyżej aseptyki, sam trans nie był wspólnym doświadczeniem.

Sformułowanie “trudno odmówić komuś czegoś” znaczy ni mniej, ni więcej, że ktoś odznacza się tą cechą, której właśnie trudno mu odmówić. W Twoim zdaniu używanie jednej strzykawki uznajesz więc za romantyczne, a co najwyżej aseptyczne, co w pierwszym przypadku jest mocno dyskusyjne, a w drugim jest po prostu bez sensu.

Proponuję: Chociaż używaniu jednej strzykawki trudno odmówić romantyzmu, choć aseptyki już bardzo łatwo, to (…).

 

Spojrzał na pochyloną trójkątną ścianę, ale zamiast hieroglifów zobaczył znajome symbole teorii psioniki. Ostateczny model sugestii posthipnotycznej. Swojego naukowego Świętego Graala.

Ale świat nadal drżał i nie przerywał tańca.

 

Trzymasz tekst w ryzach i dobrze mu to wychodzi. Nie dominuje tutaj niedorzeczność, oprócz oczywiście efektownego finału, część logiczna z kolei jest bardzo… logiczna, lecz pozwalasz laikowi podążać za sposobem myślenia matematyka. “Paradoks” nie zmęczył mnie tak jak Solipsyści; uważam go wręcz za taką trochę popową stronę Twojej twórczości. ;)

Historia wciąga, postaci rozsądna liczba i są prowadzone w interesujący sposób. Zwroty akcji, dobre dialogi. Cóż, chwalić nie potrafię chyba zbyt kwieciście, więc powiem jeszcze, że bardzo mi się podobało i życzę powodzenia na koniec roku!

Nowe komentarze, wyśmienicie. No to lecimy z tematem. :)

narzędzia, które nigdy nawet nie stały obok formalnych definicji, osiągną coś

Czy narzędzia osiągają, czy ich użytkownicy, posługując się nimi?

Użytkownicy, ale to skrót myślowy.

przeprowadzony paradoks hipnotyczny

Jak, u licha, chcesz "przeprowadzić" paradoks?

Nazwa “paradoks hipnotyczny” jest tutaj używana zamiennie jako sama teoria i jego doświadczalna realizacja. No i to dialog, bohater nie stara się być zbyt precyzyjny.

modele matematyczne hipnozy i psioniki wykazują niespotykane podobieństwo!

Podobnie jak modele płynu i magnetyzmu, ale co tam :)

 Albo równanie ciepła i wycena opcji. Podobieństwo modeli hipnozy i psioniki jest jakby to ująć jeszcze niespotykańsze. ;) Bohater potem nawet podkreśla, że “to coś więcej niż analogia”.

celem etyki jest maksymalizacja sumy szczęścia ludzkości

Błąd merytoryczny, pewnie ze strony bohaterki, ale czuję się w obowiązku i tak dalej. Primo: etyka to teoretyczne badanie moralności, nie sama moralność (tak, jak liczby nie są matematyką, tylko matematyka badaniem liczb i innych takich). Secundo – Lidia przytacza konkretną teorię etyczną (utylitaryzm) – są inne.

 

Można jeszcze dodać Tertio – Lidia mówi o sumie szczęścia jako czymś “mocno na minusie”, co nie ma sensu, jeśli nie ustali się jednostek i czym właściwie jest tu 0, tak jak mówić o ujemnej temperaturze i nie wspomnieć czy chodzi o Celsjusze czy Fahrenheity. Masz rację, że bohaterka popełnia tu kilka błędów. Nie jest ani matematyczką ani filozofką, więc bym jej wybaczył. ;) Chociaż z Secundo można dyskutować. Lidia zaczyna wypowiedź od “jeśli przyjmiemy, że celem etyki…”, to jest przyjmuje utylitaryzm jako aksjomat i z niego sobie dalej wnioskuje.

Nie wydaje mi się, by dało się uściślić etykę.

Matematyk nie miał zajęć z filozofii?

Hmm… tak po prawdzie to ja nie miałem. ;) No i na temat uściślania etyki jeden matematyk powie jedno, inny drugie, zależnie od światopoglądu/religii/sympatii do scjentyzmu/itd…

Dobra, ale on Dawidowi wcale nie dał żadnej sugestii! Powiedział "nie wykonuj mojego polecenia" i żadnego nie dał. Czy to właśnie ten paradoks? 

Tak, to jest ten paradoks, dokładniej opisany we fragmencie “Każę im wykonać polecenie polegające na niewykonywaniu polecenia, które właśnie wymawiam.”. Sugeruje mu, żeby się nie sugerował…

Nie można zmusić kogoś do zrobienia czegoś niemoralnego.

Good point. Tylko po co gość chodzi na terapię, w takim razie?

Dobre pytanie. Może mieć jakieś zewnętrzne powody, niezwiązane z jego religią i kodeksem moralnym, typu presja bliskich. Może chcieć rzucić narkotyk, mimo, że uznaje odwyk od ludolfiny za grzech.

naprawdę jak platoniczne idee

Naprawdę, jak platońskie idee. Platoniczna jest miłość.

Ups. Słuszna uwaga. :)

Dzięki za sążnisty tarninowy komentarz i dużo serduszek pod zdaniami. Fajnie mieć fankę. ;)

 

Dzięki, Jasna Strono. :)

Sformułowanie “trudno odmówić komuś czegoś” znaczy ni mniej, ni więcej, że ktoś odznacza się tą cechą, której właśnie trudno mu odmówić.

Zgadza się, ale potem sformułowanie “co najwyżej” oznacza “jak już to”, czyli, że jak już czegoś odmówić, to aseptyki. Czyli jest romantyczne, ale nie jest aseptyczne.

Super, że wyszło zrozumiale, logicznie i popowo. Ciekawe z tymi Solipsystami, bo wydawało mi się, że na poziomie samego pomysłu Paradoks jest znacznie bardziej abstrakcyjny. Może to kwestia dozowania, w Solipsystach absurd był na stałym wysokim poziomie, a tu z kolei jest niski, a potem eksploduje w finale. Nie trzeba kwieciście, grunt, że się podobało. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nie jest ani matematyczką ani filozofką, więc bym jej wybaczył. ;)

No, skoro Ty byś wybaczył :)

Można jeszcze dodać Tertio

Można.

Chociaż z Secundo można dyskutować.

Też można :)

Hmm… tak po prawdzie to ja nie miałem. ;)

Ja na politechnice miałam, ale przyznam, że pamiętam z nich fatalną dykcję profesora, jego skłonność do wyciągania jednej, wybranej koleżanki na środek jako ilustracji twierdzenia, i to, że odbywały się o siódmej, ku wielkiej radości wszystkich zainteresowanych :D

Sugeruje mu, żeby się nie sugerował…

Devious…

heart

 

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Bardzo dobry tekst. 

Na pewno ze względu na pomysł, na całe to dążenie do absurdu poprzez logikę. Rzecz, zdałoby się, mocno zakrecona, ale zdołałeś ją przestawić w sposób lekki i jasny, wciągający dla czytelnika, który niekoniecznie się choć trochę na tym zna. Ale pomysł to nie wszystko – Twój tekst robią przede wszystkim bohaterowie (każdy jest na swój sposób charakterystyczny i trudny do zapomnienia, wnosi do tekstu coś ważnego, nie jest jedynie dekoracją) oraz miejsca (to samo – Kukułcze gardlo, gabinet Gustawa Pająka – wszystko to oryginalne i niosące pewną dawkę potrzebnych informacji poprzez sam opis) Do tego jakże istotne drobiazgi, które zauważył wcześniej Cobold, jak choćby motyw z gaszeniem papierosa – taki a nie inny opis tej czynności mówi więcej o wykonującej ją osobie, niż cały akapit charakterystyki. 

Do tego dobra kompozycja i świetnie napisane dialogi – mimo, że to one pchają akcję, tekst nie sprawia wrażenia przegadanego, nie ma też tam paplania dla sztuki, gadaniny umieszczonej tylko po to, by autor mógł popisać się swym uchem do dialogów. 

Oczywiście tekst mógł być krótszy, niczego konkretnego przy tym nie tracąc. Ale nie musi. W ogóle przeciwny jestem krojeniu tekstów tylko dlatego, że się da, chyba, że chodzi o początkującego. Ktoś, kto umie pisać, ma jakieś tam doświadczenie i wprawę, powinien móc się należycie wypisać. Tekst tylko na tym zyskuje. 

Opowiadanie nie jest żadnym przełomowym dziełem, ale ma wszystko, co dobry tekst mieć powinien – ciekawy, oryginalny pomysł, dobrze skonstruowanych bohaterów (trochę stereotypowi są, ale tylko trochę, na tyle, by bez potrzeby rozpisywania się na ich temat uwiarygodnić ich działania i motywacje) oraz znakomity, odpowiednio oszczędny styl. Okej, spektakularnej fabuły brak. Ale w takim tekście, który stanowi twórcze rozwinięcie pewnego pomysłu, pewnej koncepcji (trochę taka fantastyka w starym stylu – bierzemy istniejący motyw – jakąś teorię, twierdzenie, koncepcję – przenosimy dosłowne skutki ich zastosowania do realnego świata i patrzymy co się stanie :-)) fabularne tłisty i fajerwerki nie są potrzebne. 

Zatem – bardzo dobra robota, zasługuje na piórko. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czytałem kilka opowiadań Twojego autorstwa, które bardziej mi się podobały. Miały lepszy pomysł, lepszych bohaterów i bardziej atrakcyjny akcent matematyczny. Cóż jednak z tego, skoro jako samodzielne opowiadanie Paradoks broni się nadzwyczaj dobrze? ;)

Podobało mi się. Właściwie przez cały czas – od interesującego początku, po odjechaną końcówkę. Na początku trochę mnie ona zdziwiła, ale wystarczyło trochę nad tekstem pomyśleć, by wszystko złożyło się do kupy – nieźle.

Duże też plusy za uporządkowaną konstrukcję, dobrą kontrolę tempa i lekkość narracji. Mając te elementy, napisałbyś dobry tekst nawet na znacznie słabszej podstawie. Bo po prostu dobrze by się go czytało. Z zainteresowaniem.

W Paradoksie brakło mi chyba czegoś widowiskowego. Elementu, który zostałby ze mną na dłużej, bo kilka dni od przeczytania, choć treść naturalnie pamiętam, złotymi zgłoskami zapisuje się właściwie tylko końcowy odlot Lidii. Słowem – niska kultowość.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tarnino, ja mogłem na uniwerku sobie wybrać filozofię jako przedmiot odchamiający, ale jakby to miało tak wyglądać, jak opisujesz, to nie ma czego żałować. :D

Dzięki, Thargone. Super, że aż tyle elementów, detali w opowiadaniu Ci zagrało. Miałem pewne wątpliwości, czy ten tekst nie jest za długi jak na coś powstałego głównie pod jeden pomysł na zakończenie, także cieszy, że nie odebrałeś tekstu jako przegadany. :)

Witam Hrabiego. Cieszę się, że tekst się spodobał, pomimo, że wypadł słabiej na tle moich innych opowiadań. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Znowu mam problem, SzyszkowyDziadku, podobny do Dzwoneczka. Czytam opowiadanie i czuję się tak, jakby licealista oddał mi wypracowanie z filozofii; jakby ktoś nie do końca wnikliwie przeczytał pewne sprawy z filozofii, pomieszał wszystko nieco bez sensu i uważał, że mnie tym kupi. No mimo najszczerszych chęci za nic na świecie nie mogą mnie wciągnąć te dialogi, nie jestem też w stanie strawić tego absurdu. Podobnie rzecz ma się z poruszoną tematyką uzależnień – jakby pisane było to powierzchownie, przez kogoś, kto z tymi uzależnieniami nie miał wiele wspólnego.

Nie mówię, że ty się nie znasz na tym, o czym piszesz, bo najmniejszego pojęcia nie mam i może jesteś specem; chodzi mi jedynie o to, że opisujesz rzeczy-filary swojego tekstu w sposób w moim odczuciu spłycony, ograbiony z głębi, więc nie wiem do końca, po co to wszystko. Chyba dla efektu, którego ja nadal nie mogę odczuć. Trochę (tylko trochę) przypomina mi to pisanie Skonecznego, ale jego teksty wywracają mi mózg na lewą stronę, a jego absurd mnie powala.

Prawdopodobnie, sądząc po znanych mi twoich tekstach, taki masz styl i jak widać, bardzo się innym podoba. Ja jednak nadal nie jestem kupiona ;) Ale ja jestem naprawdę <zużyta> przez teksty filozoficzne i okołofilozoficzne. Potrzeba mi nie więcej, a czego innego.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

No cóż, trudno. :) Co do powierzchowności poruszanych tematów to… w zasadzie się zgadzam. To jest, że ten tekst w pewnym sensie został napisany dla “efektu”, to jest efektownego (może nawet efekciarskiego) finału. Także rozumiem, że nie na każdego taki efekt podziała.

Napisałem kiedyś tekst “Lampiarnia”, który tematycznie wypada blisko Paradoksu, jeśli chodzi o wątki filozofii i uzależnień, ale jednak bardziej subtelnie i alegorycznie. I pamiętam, że “Lampiarnia” bardzo Ci się podobała, w związku z tym nie tracę nadziei, że jeszcze kiedyś zostaniesz kupiona jakimś moim tekstem. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dawno mnie tu nie było z komentarzem… To (mini) nadrabiam.

 

"Paradoks hipnotyczny" to sprawnie napisany tekstem z pogranicza SF i groteski. Językowo jest OK, z częstymi momentami premium ("Lubili uciekać. Ale Dawid nie miał pewności, czy wspólne narkotykowe sesje z Lidią umacniają ich związek. Chociaż używaniu jednej strzykawki trudno odmówić romantyzmu, co najwyżej aseptyki, sam trans nie był wspólnym doświadczeniem. Narkotyk otwierał kochankom wrota do świata bez cierpienia, jednak każde z nich wkraczało do krainy abstrakcji przez inne wejście. Nawet ludolfinowe halucynacje nie mają trybu multiplayer"). Żarty nie są nachalne, ale bywają przyjemnie błyskotliwe/absurdalne (Zderzacz Poltergeistów pod Chinami; "A można ciąć pomiędzy? Na ukos pod różnymi kątami. Można by wtedy mierzyć swój nastrój w radianach"). Przy czym jednocześnie to, co tu uznaję za zaletę, w nadmiarze może zamienić się w wadę. Chodzi mi o tą “łatwość pisania", potoczystość frazy – która jednocześnie sprawia, że sceny dialogów (zwłaszcza na początku) wydają się przegadane, watowane. Fabuła bowiem jest tutaj pretekstowa i nie wystarcza IMHO nawet na taką, niedługą przecież objętość. Przydałoby się też pomyśleć nad trochę lepszą konstrukcją, zwłaszcza początku (teraz ta ekspozycja jest za długa i za mało dobitna, nie buduje suspensu); to nie jest “efekt wow", po którym wiesz, że nie odkleisz się od tekstu już do końca. I nad urozmawiceniem scenerii tych dialogów – najlepsza scena to wg mnie ta, kiedy tło dla "gadających głów" zmienia się w "Kukułcze Gardło" i świat na drugim planie nabiera detali i barw. Choć logiczna osobliwość w końcówce też ma swoje momenty ;-)

 

 

 

Dzięki za rozbudowany komentarz, MC. :) Tak podejrzewałem, że początkowa ekspozycja wyszła długo i nie do końca intrygująco (bo jednak kończy się tym, że nic się dzieje). Chyba faktycznie lepiej umiem w dialogi niż w scenografię i opisy. Będę zwracał na to uwagę przy pisaniu kolejnych tekstów. Cieszę się, że spodobała się warstwa językowa i humor, fragment o radianach był już tu wymieniany przez kilku czytelników. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Trafiłem tutaj, bo zaczynam przegląd tekstów piórkowych, chcę zobaczyć co w nich takie jest i spróbować wyciągnąć trochę wniosków i prawdę mówiąc, tutaj jest wszystko czego do szczęścia potrzeba. Zabójczo intrygujący tekst, przepełniony abstrakcją i jest do tego tak piekielnie logiczny. 

Całkowicie kupił mnie wątek z moralnością. Właściwie każda niepozorna rozmowa w tekście była ważną informacją. Bardzo mi się to podoba.

Wiem, że mój komentarz niewiele już wniesie, ale miałem potrzebę napisania czegoś.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Każdy komentarz coś wnosi, no i raduje autora, zwłaszcza, gdy jest tak pozytywny. Tak, te rozmowy o moralności w opowiadaniu były kluczem do zakończenia, by nadać jak najwięcej sensu wybuchowi bezsensu. Dzięki, że wpadłeś, jak najbardziej warto przeglądać teksty piórkowe. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nowa Fantastyka