- Opowiadanie: ninedin - Zapach chłopaka

Zapach chłopaka

EDIT:

17.05.2019: PO­PRAW­KI
- solidne ko­rek­ty in­ter­punk­cji, za­pi­su itd.
- drob­ne po­praw­ki sty­li­stycz­ne
- kilka uwag wzmac­nia­ją­cych i pod­kre­śla­ją­cych mo­ty­wa­cję bo­ha­te­rów.

Czy­tel­ni(cz)kom-ko­men­ta­tor(k)om dzię­ku­ję za uwagi, były nie­zwy­kle po­moc­ne.

Im­pe­rium Ro­ma­num, rok 728 ab urbe con­di­ta, za (ósme­go) kon­su­la­tu Au­gu­sta i (dru­gie­go) Ty­tu­sa Sta­ty­liu­sza Tau­ru­sa, czyli po na­sze­mu – 26 p.n.e

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zapach chłopaka

W mojej ka­rie­rze we­stal­ki ze­tknę­łam się już z bo­ga­mi, upio­ra­mi i du­cha­mi przod­ków, ale cza­sa­mi myślę, że naj­bar­dziej kło­po­tli­wą isto­tą, z jaką przy­szło mi się zmie­rzyć, jest moja sio­stra Klu­en­tia. 

Pod ko­niec mie­sią­ca Ju­niu­sa po raz ko­lej­ny wy­mu­si­ła na mnie spo­tka­nie. Usi­ło­wa­łam się wy­łgać, tłu­ma­cząc jej, że zbli­ża się świę­to i będę miała mnó­stwo ro­bo­ty. Moje knu­cie na nie­wie­le się zdało: Klu­en­tia jak za­wsze po­sta­wi­ła na swoim.

– Spra­wa jest taka – za­czę­ła moja sio­stra. – Be­tu­cja, wiesz, ta, co jej matka była ku­zyn­ką szwa­gra mo­je­go męża…

Z tru­dem stłu­mi­łam ziew­nię­cie. Dzień był dusz­ny i mę­czą­cy: od paru dni cały Rzym z utęsknieniem wyglądał solidnej letniej burzy.

– Awito – po­wie­dzia­ła moja sio­stra ze znie­cier­pli­wie­niem, – Czy ty mnie w ogóle słu­chasz? Rzad­ko cię o coś pro­szę…

– Aku­rat – mruk­nę­łam, ale na szczę­ście Klu­en­tia nie usły­sza­ła.

– … więc może tym razem byś ła­ska­wie zro­bi­ła to dla mnie, co?

– Ale co? – za­py­ta­łam, zgu­biw­szy kom­plet­nie wątek.

– Ale zro­bisz? Ja wiem, że…. – urwa­ła i po­pa­trzy­ła na mnie z po­tę­pie­niem. – Na Obie Bo­gi­nie, Awito, ty mnie kom­plet­nie nie słu­cha­łaś, praw­da?

Ski­nę­łam głową.

– No, to krót­ko a kon­kret­nie – wes­tchnę­ła Klu­en­tia. – Uła­ska­wisz syna Au­lu­sa Azy­niu­sa, jak go skażą przez tę dziew­czy­nę, praw­da?

 

***

 

– Klu­en­tio – po­wtó­rzy­łam po raz szó­sty. – Nie ma ta­kie­go prawa. Uwierz mi.

– Jak nie ma? – za­py­ta­ła Klu­en­tia zi­ry­to­wa­nym tonem. – Przed chwi­lą ci mó­wi­łam, że Be­tu­cja mi wczo­raj po­wie­dzia­ła, że jej sy­no­wi w szko­le re­to­ra po­wie­dzie­li, że tak jest. Wiesz, ile oni płacą za te lek­cje? Na pewno taki retor by nie kła­mał, nie za takie staw­ki.

Za­mknę­łam oczy, po­li­czy­łam po grec­ku do dzie­się­ciu i bez­gło­śnie we­zwa­łam na pomoc Pa­tien­tię, bo­gi­nię cier­pli­wo­ści i nie­za­słu­żo­ne­go cier­pie­nia.

– Nie. Ma. Ta­kie­go. Prawa – po­wtó­rzy­łam. – To, że re­to­rzy każą swoim stu­den­tom pisać szkol­ne ćwi­cze­nia o wy­du­ma­nych qu­asi-praw­nych pro­ble­mach, to jedno. To, że w rze­czy­wi­sto­ści o karze za gwałt na dzie­wi­cy nikt nie po­zwo­li za­de­cy­do­wać samej zgwał­co­nej, to dru­gie, i, na bogów, chyba oczy­wi­ste. O tych spra­wach de­cy­du­je pater fa­mi­lias.

Klu­en­tia wes­tchnę­ła.

– Słu­chaj – po­wie­dzia­ła po­jed­naw­czo – ja nie wąt­pię, że młody Azy­niusz jest pierw­szej klasy bał­wa­nem: co go pod­ku­si­ło za­kra­dać się po nocy do domu córki Ty­tu­sa An­niu­sza, uda­wać jej na­rze­czo­ne­go i brać dziew­czy­nę siłą? To są dumni lu­dzie: stara, bo­ga­ta ro­dzi­na, wpły­wo­wy oj­ciec.  Dziew­czy­na na pewno jest wście­kła i chce eg­ze­ku­cji, a nie wia­do­mo, co zro­bią sę­dzio­wie…

– Ależ wia­do­mo – prze­rwa­łam jej. – Wia­do­mo, czego nie zro­bią. Nie po­zwo­lą za­de­cy­do­wać dziew­czy­nie. Po­wta­rzam ci jesz­cze raz, nie ma ta­kie­go prawa.

– A odkąd to ty je­steś taki praw­nik, co? – za­py­ta­ła moja sio­stra ura­żo­nym tonem. – Ale dobra, niech ci bę­dzie. Tylko… gdyby go ska­za­li, obo­jęt­nie we­dług ja­kie­go prawa, to go uła­ska­wisz?

 

***

 

– A cze­muż to pani Klu­en­tia ko­niecz­nie chce ra­to­wać tego chło­pa­ka? – za­py­ta­ła moja nie­wol­ni­ca Syra, roz­pla­ta­jąc mi wie­czo­rem war­ko­cze.

– Nie je­stem pewna – po­wie­dzia­łam. Czu­łam, że muszę obgadać z kimś całą spra­wę, a Syra, którą zna­łam, od kiedy mia­ły­śmy po pięć lat, była naj­lep­szą kan­dy­dat­ką. – Tłu­ma­czy­ła męt­nie, że któ­raś ciot­ka chło­pa­ka jest przy­ja­ciół­ką ku­zyn­ki ja­kiejś za­ufa­nej przyjaciółki na­szej ro­dzi­ny, czy coś. To by oczywiście oznaczało, że officium domaga się od naszej rodziny wsparcia ich w kłopotach, ze względu na prawa przyjaźni i gościnności.

– I akurat pani Kluentia tak by się tym przejęła? – spytała Syra powątpiewająco. Nie skarciłam jej za ton, choć może powinnam: jej uwagi na temat mój, mojej siostry i innych osób, które powinna otaczać szacunkiem, bywają mocno niestosowne. Cóż, może to dlatego lubię obgadywać z nią moje problemy.

– Po­dej­rze­wam – przyznałam – że moja siostra po pro­stu chce się wydać za sta­re­go Azy­niu­sza. Nie­daw­no owdo­wiał, ma ponoć spory ma­ją­tek w La­cjum. Wy­glą­da na jej ty­po­wy obiekt mał­żeń­skich łowów. Ja zresz­tą wcale nie chcę tego smar­ka­cza uła­ska­wiać. Nawet nie po­win­nam tego pla­no­wać: jako we­stal­ka mam, ow­szem, prawo łaski dla ska­zań­ca, ale musiałabym go spotkać przypadkowo, a nie zaplanować to wszystko…

Wolałam nie myśleć o tym, że takie zachowanie mogłoby poważnie obrazić boginię. Gniew mojej patronki był naprawdę ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam.

– A wra­ca­jąc do tego Azy­niu­sza – zmie­ni­łam temat. – Co my w ogóle o nim wiemy?

– O ojcu czy synu? – za­py­ta­ła Syra, się­ga­jąc po gąbkę na­mo­czo­ną w mleku, którą prze­tar­ła mi twarz.

– Synu, synu – wes­tchnę­łam. – W końcu to o niego cho­dzi.

Syra wie­dzia­ła o nim co nieco z plo­tek. Nie było tego wiele: ładny, bo­ga­ty, ze­psu­ty. Naj­wy­raź­niej rów­nie znu­dzo­ny, jak całe jego po­ko­le­nie: ge­ne­ra­cja mło­dzień­ców bez po­my­słu na życie – Rzym  za­mknął prze­cież wrota świą­ty­ni Ja­nu­sa i za­koń­czył wojny, a żeby iść w po­li­ty­kę, trze­ba stać na­praw­dę bli­sko dworu prin­cep­sa.

– Cóż, coś tam wiemy. Jutro z rana wy­ślij wia­do­mość do sta­re­go Azy­niu­sza, że chcę z nim po­roz­ma­wiać o synu – za­ko­men­de­ro­wa­łam.

 

***

 

Po­ra­nek przy­niósł jed­nak same roz­cza­ro­wa­nia. Burza nie na­de­szła: cięż­kie, pełne kurzu po­wie­trze nadal wi­sia­ło nad mia­stem jak velum roz­cią­gnię­te nad wi­dow­nią te­atru w sło­necz­ne dni. Zmę­czo­na upa­łem, ma­rzy­łam tylko o desz­czu, który spłu­cze wszech­obec­ny kurz i przy­nie­sie choć odro­bi­nę ochło­dy.

Nie mia­łam jed­nak wyj­ścia: zgod­nie z obiet­ni­cą spo­tka­łam się z Azy­niu­szem-oj­cem. Jako we­stal­ka mu­sia­łam za­cho­wać ostroż­ność w kon­tak­tach z ob­cy­mi męż­czy­zna­mi, umó­wi­łam się więc w miej­scu pu­blicz­nym: na forum, nie­da­le­ko wej­ścia do no­we­go bu­dyn­ku Se­na­tu.

Za­uwa­ży­łam Azy­niu­sza od razu, sku­lo­ne­go w odro­bi­nie cie­nia, rzu­ca­ne­go przez ra­chi­tycz­ną so­sen­kę. Oka­zał się star­szym panem, wy­so­kim i chu­dym. Na spo­tka­nie ze mną wy­stro­ił się w ewi­dent­nie dawno nie­no­szo­ną togę – wi­dzia­łam, jak nie­wy­god­nie mu w cięż­kiej weł­nie w ten upal­ny dzień i jak co chwi­lę dys­kret­nie po­pra­wia fałdy stro­ju.

– Czci­god­na dzie­wi­co… – za­czął. Prze­rwa­łam mu.

– Chodź­my – wska­za­łam na wej­ście do por­ty­ku. – Bę­dzie tro­chę chłod­niej.

– A teraz słu­cham – po­wie­dzia­łam, kiedy tylko ja, Syra i lekko za­dy­sza­ny Azy­niusz we­szli­śmy do środ­ka. Uko­śne cie­nie ko­lumn kła­dły się na mar­mu­ro­wą pod­ło­gę pod na­szy­mi sto­pa­mi. – O co do­kład­nie cho­dzi?

Azy­niusz pod­niósł wzrok na mnie.

– Mój syn… – za­czął i urwał. Wes­tchnął cięż­ko, po czym kon­ty­nu­ował:

– Mój naj­młod­szy syn, Ma­niusz, ma kło­po­ty.

– A i ow­szem – prze­rwa­łam mu. – I to spore. Stu­prum cum vi, gwałt na dzie­wi­cy-cór­ce współ­o­by­wa­te­la. Kło­po­ty, za­iste. O ile wiem, w tym mie­ście gwał­ci­cie­li dzie­wic ka­rze­my śmier­cią.

Opu­ścił wzrok, ale nie dość szyb­ko, żeby ukryć przede mną za­łza­wio­ne oczy.

– Uła­ska­wisz go, czci­god­na? – za­py­tał. – Pani Klu­en­tia coś wspo­mi­na­ła…

Krew mnie oczy­wi­ście za­la­ła, że Klu­en­tia już zdą­ży­ła mu Hades wie czego na­obie­cy­wać w moim imie­niu.

– A niby czemu – wy­ce­dzi­łam – ka­płan­ka Westy, pa­tron­ki czy­sto­ści, bo­gi­ni-dzie­wi­cy, mia­ła­by uła­ska­wić gwał­ci­cie­la? Po co mia­ła­bym pomóc mu wy­łgać się od śmier­ci? Mam takie prawo, to praw­da. Gdy­bym go spo­tka­ła pro­wa­dzo­ne­go na eg­ze­ku­cję, mo­gła­bym uwol­nić go od kary śmier­ci. Tylko dla­cze­go mia­ła­bym to zro­bić?

Nie od­po­wie­dział mi, tylko schy­lił głowę jesz­cze niżej.

– I nie macie nawet cie­nia na­dziei – za­py­ta­łam – że sąd go uwol­ni od winy?

Po­krę­cił głową.

– Ja wiem, że mój syn jest winny – po­wie­dział cicho.

– Ro­zu­miem – syknęłam. – Unie­win­nie­nie by­ło­by mo­ral­nie nie w po­rząd­ku. Ale uwol­nie­nie go od kary prze­ze mnie już nie jest

– Od kary, nie od winy – wy­szep­tał. – To co in­ne­go.

– Aha – mruk­nę­łam. – Co in­ne­go. Azy­niu­szu, sam nie wie­rzysz, że on się zmie­ni. Po co go uwal­niać? Ry­zy­ko­wać, że znowu to zrobi – bo zrobi, praw­da?

Ski­nął bez słowa.

– No to, dla­cze­go? – spy­ta­łam, nie spo­dzie­wa­jąc się od­po­wie­dzi.

– Bo to mój syn – od­parł cicho.

I niby dla­te­go ja go mam uła­ska­wić, po­my­śla­łam.

– Zo­ba­czę, co się da zro­bić – po­wie­dzia­łam ofi­cjal­nym tonem. – Do­wiem się, jak spra­wa wy­glą­da i wtedy za­de­cy­du­ję.

Od­wró­ci­łam się, ski­nę­łam na Syrę i wy­szły­śmy z cie­nia por­ty­ku w bez­li­to­sne słoń­ce rzym­skie­go dnia w środ­ku lata.

 

Po po­wro­cie do Domu We­sta­lek, kiedy usia­dłam w atrium z kub­kiem chłod­ne­go wina z mio­dem i wodą, nie wy­trzy­ma­łam.

– Ja już nie mam cier­pli­wo­ści! – jęk­nę­łam – Na li­to­ści­wą He­ka­te, co mnie pod­ku­si­ło, żeby w ogóle roz­ma­wiać z tą jędzą, moją sio­strą, i to w spra­wie ja­kie­goś skoń­czo­ne­go osła! W interesie panny, która jest pewnie na tyle w nim zadurzona, że sama go wpuściła! Prze­cież je­że­li go uwol­nię, to on po­czu­je się bez­kar­ny i bę­dzie go­to­wy za­kraść się do ko­lej­nej pierw­szej na­iw­nej!

Urwa­łam i na­tych­miast po­czu­łam się głu­pio z po­wo­du tego wy­bu­chu. Syra pa­trzy­ła na mnie ze swoim ty­po­wym uśmiesz­kiem.

‑ Moja pani ma dziś nie­do­bry dzień, jak widzę. Dla sie­bie i dla ludzi – po­wie­dzia­ła, a ja oczy­wi­ście usły­sza­łam w jej gło­sie iro­nię.

– Ja cię na­praw­dę po­win­nam sprze­dać – mruk­nę­łam po­nu­ro – tak jak mi Virgo Ma­xi­ma za­wsze radzi. A przy­naj­mniej – wy­chło­stać rózgą. Od­pusz­czę ci tylko dla­te­go, że za dwa dni są Ca­pra­ti­nia i ob­ra­zi­ła­bym bogów, ka­rząc cię tuż przed świę­tem nie­wol­nic. Co tym razem? 

– Ależ nic – od­po­wie­dzia­ła gład­ko, a potem do­da­ła: – Je­że­li nie chcesz go uła­ska­wiać, pani, to go nie uła­ska­wisz. Je­steś we­stal­ką. Sy­tu­acja jest cał­ko­wi­cie w two­ich rę­kach. Wy­da­wa­ło­by się, że w tej sy­tu­acji po­czu­jesz się jak trium­fa­tor­ka… nie jak ofia­ra.

– A co to niby ma zna­czyć? – prych­nę­łam.

– Pani – Syra ukło­ni­ła się po­kor­nie, – jako we­stal­ka je­steś wy­bran­ką bo­gi­ni. Od two­jej de­cy­zji za­le­ży i życie tego chło­pa­ka, i honor tej dziew­czy­ny, że o spo­ko­ju ducha ojca nie wspo­mnę. Wszyst­ko za­le­ży od cie­bie. Nie wiem, czemu uwa­żasz, że ktoś może cię tu do cze­goś zmu­sić.

Jasne, to zu­peł­nie w stylu Syry, po­uczyć mnie, jakby to ona była panią, a ja jej słu­żą­cą. Ona sobie czasami na­praw­dę na za dużo po­zwa­la.

– Azy­niusz na cie­bie liczy, pani – po­wie­dzia­ła – ale też się cie­bie boi. Przyj­mie wszyst­ko, co zro­bisz, jako wolę bogów.

– Nie uspra­wie­dli­wiaj ich, ani ta­tu­sia, ani synka – mruk­nę­łam. – Ani mi się waż.

– Ależ ja ich nie bro­nię, pani – od­po­wie­dzia­ła, znowu z tym swoim iry­tu­ją­cym uśmiesz­kiem. – Ja się tylko za­sta­na­wiam, czego się moja pani w tym wszyst­kim boi: bogów czy ludzi?

 

Ku mo­je­mu zdzi­wie­niu Klu­en­tia, kiedy opo­wie­dzia­łam jej po­ran­ną hi­sto­rię, nie krę­ci­ła nosem i nie na­rze­ka­ła na moje za­cho­wa­nie wobec swo­je­go pro­te­go­wa­ne­go. Wy­słu­cha­ła mnie ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi.

– Ech, tak po­dej­rze­wa­łam, że w roz­mo­wie to on cię nie prze­ko­na – mruk­nę­ła i na wię­cej ko­men­ta­rzy o Azy­niu­szu se­nio­rze nie dała się na­mó­wić.

– A co z tą dziew­czy­ną? – za­py­ta­łam po chwi­li. – Z ofia­rą? Jak ona się na­zy­wa, Annia?

– A co ma być? – Klu­en­tia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ra­czej na pewno go skażą, praw­da? To uwal­nia ją od wszel­kich oskar­żeń o adul­te­rium, bo skoro on się do­pu­ścił gwał­tu, to ona jest nie­win­na: może wyjść za mąż, zo­stać matką, ma­tro­ną… A że on potem bę­dzie miał szczę­ście i w dro­dze na eg­ze­ku­cję spo­tka li­to­ści­wą we­stal­kę, to już nie jej spra­wa. Tyle. A co się stało, to się nie od­sta­nie.

Chyba że bogowie wściekną się na nas za to wszystko i wtedy dopiero zobaczymy, pomyślałam.

– Ską­d­inąd, gdzie on jest? Nasz uwo­dzi­ciel dzie­wic? – za­py­ta­ła Klu­en­tia, ewi­dent­nie pró­bu­jąc zmie­nić temat. 

– Nie mam po­ję­cia – przy­zna­łam. – Syro?

– Do­wiem się, pani – od­po­wie­dzia­ła na­tych­miast. – Po­dej­rze­wam, że u pre­to­ra, uwię­zio­ny.

– Je­że­li tak – zde­cy­do­wa­łam, – to ja się oso­bi­ście po­fa­ty­gu­ję do pre­to­ra Ne­wiu­sza i wy­py­tam o całą spra­wę.

 

– Nie ma ta­kiej spra­wy, czci­god­na ku­zyn­ko – po­wie­dział Kwin­tus Ne­wiusz.

Mu­sia­łam mieć mocno zdu­mio­ną minę, bo pre­tor po­ki­wał głową i po­wie­dział jesz­cze raz, po­wo­li:

– Nikt z ro­dzi­ny Ga­ju­sza An­niu­sza nie zgło­sił żad­nej po­dob­nej skar­gi. Nic nie wiem o lo­sach i ewen­tu­al­nych prze­stęp­stwach mło­de­go Azy­niu­sza

– Na­praw­dę? – za­py­ta­łam, nieco zdu­mio­na. – Moja sio­stra wy­da­wa­ła się ab­so­lut­nie pewna, że do­szło do prze­stęp­stwa…

– Nam w urzę­dzie nic o tym nie wia­do­mo – po­wtó­rzył Ne­wiusz. – A ja oso­bi­ście nie sądzę, żeby gwał­ty i skan­da­le były pro­ble­mem, któ­rym po­win­na zaj­mo­wać się ka­płan­ka Westy. Nikt nic nie zgła­szał: w tej sy­tu­acji po­zo­sta­je zo­sta­wić spra­wę bogom.

 

Zła i roz­cza­ro­wa­na wró­ci­łam do Domu We­sta­lek i jesz­cze nie zdą­ży­łam usiąść, kiedy we­szła Syra, nio­sąc ta­blicz­ki z li­stem.

– Przy­szło dziś rano – wy­ja­śni­ła. – Po­dej­rze­wam, że to w spra­wie Azy­niu­sza.

Po­cią­gnę­łam za sznu­rek i otwar­łam ta­blicz­ki.

– Mówi ci coś na­zwi­sko Ga­jusz Okta­wiusz Ligur? – spy­ta­łam. – Bo ktoś taki w bar­dzo wy­szu­ka­nym stylu prosi mnie o spo­tka­nie.

 

Cóż było robić? Na­stęp­ne­go dnia wy­bra­łam się do domu mojej sio­stry na umó­wio­ne spo­tka­nie z Okta­wiu­szem Li­gu­rem..

Kiedy tylko we­szłam, nasz gość ze­rwał się na równe nogi i za­krzyk­nął dra­ma­tycz­nie:

– Spra­wie­dli­wo­ści!

Klu­en­tia i ja po­pa­trzy­ły­śmy na niego z za­in­te­re­so­wa­niem. Gajus Okta­wiusz Ligur spoj­rzał na nas bła­gal­nie z wy­so­ko­ści swo­ich sze­ściu stóp wzro­stu i po­wtó­rzył:

– Bła­gam o spra­wie­dli­wość, czci­god­na dzie­wi­co.

Po­krę­ci­łam głową; nadal nic a nic nie ro­zu­mia­łam.

– Chwi­la – moja sio­stra ode­zwa­ła się, zanim zdą­ży­łam otwo­rzyć usta i przy­znać się do swo­jej igno­ran­cji. – Od spra­wie­dli­wo­ści są sę­dzio­wie, ewen­tu­al­nie bo­go­wie. A co mamy do tego my?

– Och! – wy­krzyk­nął Ga­jusz Okta­wiusz; mia­łam wra­że­nie, że chło­pak nie po­tra­fi mówić, a wy­łącz­nie de­kla­mo­wać. – Tak, roz­cho­dzi się o bogów. I o krzyw­dę. O krzyw­dę, za­iste, i ob­ra­zę bogów. Zna­czy, o moją na­rze­czo­ną.

Mia­łam ocho­tę skwi­to­wać go jakąś sar­ka­stycz­ną uwagą – a bo­go­wie wie­dzą, po kil­ku­na­stu la­tach bycia pod­wład­ną obec­nej Virgo Ma­xi­ma wie­dzia­łam do­kład­nie, jak to zro­bić – ale po­pa­trzy­łam na jego gład­ką twarz dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ka, na wzrok wbity we mnie z niemą na­dzie­ją, i zło­śli­wo­ści uwię­zły mi w gar­dle. W oczach tego chło­pa­ka naj­wy­raź­niej byłam wy­bran­ką bo­gi­ni i mo­głam uwol­nić go wszel­kich trosk. Oczy­wi­ście, jed­no­cze­śnie na sam widok tego cie­lę­ce­go za­ufa­nia omal mnie krew nie za­la­ła. Ulu­bie­ni­ca bogów, aku­rat!

– O na­rze­czo­ną? – za­py­ta­łam, sta­ra­jąc się brzmieć ła­god­nie i cier­pli­wie. – A kto to jest i co się jej stało?

 – Ma­niusz Azy­niusz się stał – po­wie­dział gro­bo­wym gło­sem Ga­jusz Okta­wiusz.

Przy­su­nę­łam sobie krze­sło i zakomederowałam:

– Pro­szę mi wszyst­ko opo­wie­dzieć.

 

Je­że­li po­mi­nąć re­to­rycz­ne wy­krzyk­nie­nia i ozdob­ni­ki, opo­wieść przed­sta­wia­ła się na­stę­pu­ją­co: nasz Okta­wiusz był od dawna za­rę­czo­ny z ofia­rą całej spra­wy, Annią. Stary An­niusz był eks-pre­to­rem i zna­nym do­bro­czyń­cą. Po dłu­gich na­ci­skach obiecał w końcu  cór­kę-je­dy­nacz­kę za żonę Okta­wiu­szowi, ale z usta­le­niem daty ślubu się nie spie­szył.

– I wtedy, o czci­god­na dzie­wi­co i wiel­ce sza­cow­na ma­tro­no, wtedy to wła­śnie na dro­dze mego szczę­ścia sta­nął ten – ten, nie oba­wiam się tak go na­zwać, ten okrut­nik, ten Bu­zy­rys, Aj­gi­stos za­iste, który… który…

Urwał, schy­lił głowę; za­milkł na dłuż­szą chwi­lę, zanim do­koń­czył swoją wy­uczo­ną lek­cję:

– …który spro­wa­dził nie­szczę­ście i upa­dek na dom An­niu­szów, a na moje życie – ru… ruinę.

Za­mil­kłam na takie dic­tum: nie bar­dzo wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć chło­pa­ko­wi, który musi ucie­kać się do cy­ta­tów z czy­ta­nek re­to­ra, żeby opo­wie­dzieć o tym, co go spo­tka­ło.

Sy­tu­ację ura­to­wa­ła, jak zwy­kle, moja sio­stra.

– Dobra – po­wie­dzia­ła zde­cy­do­wa­nie. – A teraz jasno, krót­ko i bez mi­to­lo­gii. Co się kon­kret­nie zda­rzy­ło?

– On go zabił – wy­mam­ro­tał Ga­jusz Okta­wiusz, a kiedy Klu­en­tia skrzy­wi­ła się, jakby ją zęby bo­la­ły, do­pre­cy­zo­wał – Ma­niusz Azy­niusz. Zabił.

– Ale KOGO, na bogów! Mówże wresz­cie kon­kret­nie! – prych­nę­ła.  

– No prze­cież Ty­tu­sa An­niu­sza! – krzyk­nął chło­pak i tro­chę nas obie, po praw­dzie, za­mu­ro­wa­ło. 

 

 

Klu­en­tia wes­tchnę­ła cięż­ko; jej wzrok spo­tkał się z moim. Ga­jusz Okta­wiusz sie­dział wpa­tru­jąc się we wła­sne sple­cio­ne dło­nie. Od dłuż­szej chwi­li usi­ło­wa­ły­śmy jakoś nadać sens temu, co nam opo­wie­dział.

– Jesz­cze raz – po­wie­dzia­łam, siląc się na spo­kój. – Ma­niusz Azy­niusz po­sta­no­wił uwieść Annię, tak? Za­kradł się do niej nocą w Świę­to Po­chod­ni, po­da­jąc się za cie­bie. Kiedy go roz­po­zna­ła, za­czę­ła krzy­czeć i się wy­ry­wać, na­past­nik ze­rwał się do uciecz­ki, a oj­ciec Annii rzu­cił się jej na pomoc. Po­pchnię­ty przez ucie­ka­ją­ce­go, za­to­czył się na ścia­nę, za­słabł i już nie wstał?

Okta­wiusz po­ki­wał głową.

– Tra­fio­ny gro­mem Jo­wi­szo­wym – po­twier­dził.

– A była burza? – spy­ta­ła moja sio­stra z za­in­te­re­so­wa­niem.

Za­pa­dła dłuż­sza cisza.

– Do­brze – po­wie­dzia­łam z wes­tchnie­niem. – Tra­fio­ny me­ta­fo­rycz­nym gro­mem, Tytus An­niusz sko­nał. A teraz chcia­ła­bym wie­dzieć, czemu przy­cho­dzisz z tym do mnie.

– Bo od­ma­wiam wiary w ka­lum­nie, rzu­ca­ne na dzie­wi­cę Westy przez ludzi bez ho­no­ru! – wy­krzyk­nął. – Czyż nie dał nam Bru­tus przy­kła­du, że oj­ciec po­wi­nien nawet mie­czem karać synów, któ­rzy sprze­nie­wie­rzą się pra­wom oj­czy­zny?

Zna­czy, po­my­śla­łam, tłu­ma­cząc sobie z Okta­wiu­szo­we­go na nasze, naj­pierw po­szedł po spra­wie­dli­wość do sta­re­go Azy­niu­sza. Wo­la­łam nie pytać, co tam za­szło, ale to tam za­pew­ne do­wie­dział się jakoś o za­bie­gach wokół uzy­ska­nia uła­ska­wie­nia od we­stal­ki. No pięk­nie, tylko tego mi trze­ba, żeby lu­dzie plot­ko­wa­li, że udzie­lam łask bo­gi­ni na za­mó­wie­nie.

Klu­en­tia mil­cza­ła.

– A co z Annią? – za­py­ta­ła w końcu.

– Moja na­rze­czo­na po­zo­sta­je w naj­głęb­szej ża­ło­bie – od­po­wie­dział Okta­wiusz, wra­ca­jąc na zna­jo­me te­ry­to­rium. – Nie­zdol­na do po­dzie­le­nia się swoim cier­pie­niem z kim­kol­wiek. Prze­la­na krew…. – za­czął, spoj­rzał na Klu­en­tię, urwał i po­pra­wił się – zna­czy, okrut­na śmierć Ty­tu­sa An­niu­sza woła o po­mstę do bogów, a zbrod­niarz…

– Jasne – prze­rwa­ła mu moja sio­stra. – Ro­zu­mie­my. Zbrod­niarz, spra­wie­dli­wość, ze­msta i tak dalej, ro­zu­mie­my. Tylko: primo, gdzie jest Azy­niusz? Czy któ­re­kol­wiek z was wie, gdzie go szu­kać?

Okta­wiusz po­krę­cił głową.

Se­cun­do – kon­ty­nu­owa­ła Klu­en­tia – po­dej­rze­wam, że nie ma żad­nych szans, żeby kto­kol­wiek po­waż­nie uznał Azy­niu­sza za za­bój­cę. Gwałt to co in­ne­go, tu go ra­czej na pewno skażą, ale mor­der­stwo? Nie­ko­niecz­nie. I bę­dzie­cie się mu­sie­li z tym po­go­dzić. 

Okta­wiusz chciał coś po­wie­dzieć, ale Klu­en­tia mach­nę­ła ze znie­cier­pli­wie­niem ręką, co go na­tych­miast uci­szy­ło. Ja w sumie też chcia­łam coś po­wie­dzieć – kon­kret­nie za­py­tać, odkąd to z niej taki praw­nik – ale mia­łam dość roz­sąd­ku, żeby nie prze­ry­wać. Za­po­mnia­łam, że Klu­en­tia w roli kró­lo­wej roz­sta­wia­ją­cej wszyst­kich po ką­tach po­tra­fi być nie­zwy­kle sku­tecz­na – a prze­cież wi­dzia­łam ją w tej roli do­sta­tecz­nie czę­sto, kiedy była jesz­cze żoną se­na­to­ra! Je­że­li ktoś zdoła zmu­sić Okta­wiu­sza do otrzą­śnię­cia się i wy­grze­ba­nia z pa­mię­ci ja­kichś przy­dat­nych in­for­ma­cji, to ona.

– Wiem, wiem, oczy­wi­ście, że to z winy tego dra­nia star­sze­go pana grom Jo­wi­szo­wy tra­fił – po­wie­dzia­ła moja sio­stra z wes­tchnie­niem. – Nie mam żad­nych wąt­pli­wo­ści, że mo­ral­nie jest winny, ale py­ta­nie, czy aku­rat za to spra­wie­dli­wo­ści przy­pad­kiem nie będą mu mu­sie­li wy­mie­rzyć bo­go­wie.

– Albo my sami! – za­krzyk­nął Ga­jusz Okta­wiusz. – Jak Ore­stes, po­msz­czę ojca… eee…. ojca mojej na­rze­czo­nej – do­koń­czył zde­cy­do­wa­nie ci­szej, rzu­ca­jąc ukrad­ko­we spoj­rze­nie na Klu­en­tię.

 

 

Jakiś czas póź­niej, ode­sław­szy na­sze­go do­mo­ro­słe­go mści­cie­la z wy­mu­szo­nym przy­rze­cze­niem na Con­cor­dię, że na razie da­ru­je sobie ore­ste­so­wa­nie, usia­dły­śmy z Klu­en­tią, żeby pod­su­mo­wać spra­wę.

– Do tej pory – stwier­dzi­ła moja sio­stra, kiedy służ­ba po­da­ła nam na prze­ką­skę figi w mio­dzie – roz­ma­wia­ły­śmy wy­łącz­nie z tłu­mem po­śred­ni­ków.

– Za­tro­ska­ny tato na­past­ni­ka – po­ki­wa­łam głową.

– I za­tro­ska­ny na­rze­czo­ny ofia­ry – do­da­ła Klu­en­tia.

Ob­li­za­łam palce z miodu.

– Dalej chcesz, żebym uła­ska­wi­ła Azy­niu­sza? – za­py­ta­łam.

Klu­en­tia się­gnę­ła po figę i ugry­zła ka­wa­łek. Nie spusz­cza­łam z niej oczu, kiedy powoli jadła owoc. Niech wie, że ja wiem, że to de­lek­to­wa­nie się słodyczą figi to nic in­ne­go jak uniki. 

– No wiesz – po­wie­dzia­ła w końcu. – Obie­ca­łam jego ojcu. Trochę jakby mu… przyrzekłam? To bar­dzo po­rząd­ny czło­wiek, choć strasz­ny sa­fan­du­ła. Jego ro­dzi­na od­da­ła mi kie­dyś przy­słu­gę, i zo­bo­wią­za­łam się, że…

Aha, tu cię mam, po­my­śla­łam. Przy­słu­ga za przy­słu­gę, obie­can­ki, kom­bi­no­wa­nie i za­ła­twia­nie za ple­ca­mi męża i ro­dzi­ny roz­ma­itych mniej lub bar­dziej le­gal­nych spra­wek – o, w tym moja sio­stra była świet­na; pół Rzymu coś jej za­wdzię­cza­ło i w razie po­trze­by umia­ła zmo­bi­li­zo­wać na swoje usłu­gi całe le­gio­ny osób, od se­na­to­rów do nie­wol­ni­ków, któ­rych w życiu bym o sto­sun­ki z nią nie po­są­dza­ła.

– Czyli jesteś związana przyrzeczeniem, i to wobec bogów – westchnęłam.

Kluentia pokiwała głową. No pięknie.

– Nie ma wyjścia – mruknęłam. – Trzeba tę sprawę rozwiązać.

– To co? – za­py­ta­ła Klu­en­tia. – Dzie­li­my się ro­bo­tą? Ty się pró­bu­jesz do­wie­dzieć, gdzie jest prze­stęp­ca, a ja roz­sy­łam słu­żą­cych po mie­ście, żeby mieli oczy otwar­te, i za­ła­twiam spo­tka­nie z panną młodą w ża­ło­bie.

 

Klu­en­tia za­bra­ła się do swo­je­go za­da­nia ze spraw­no­ścią bo­skie­go Ju­liu­sza szy­ku­ją­ce­go się do pod­bo­ju Galii. Już na­stęp­ne­go dnia we­zwa­ła mnie, żeby po­roz­ma­wiać o wy­ni­kach.

– Wej­ście do tego domu to jest istna wyprawa w przeszłość! – po­wie­dzia­ła moja sio­stra dra­ma­tycz­nym tonem, roz­sia­da­jąc się wy­god­nie i przywołując ulubionego niewolnika, który już czekał z ogromnym wa­chla­rzem z piór w dłoni. W czasy Ka­to­na – do­da­ła po­nu­ro. – Niby za­moż­ny dom, ale wszyst­ko do bólu skrom­ne i su­ro­we. Czło­wiek czuje się nie­pew­nie, że w ogóle ma buty na no­gach, bo oni tam po daw­ne­mu boso cho­dzą! W do­dat­ku teraz ża­ło­ba jak za sta­rych cza­sów, pie­tas wobec zmar­łych przod­ków wraca w każ­dej roz­mo­wie, bra­ta­nek w prze­pi­so­wej czar­nej todze, a panna… – Klu­en­tia urwa­ła i za­żą­da­ła wody z mio­dem.

– Co panna? – za­py­ta­łam ze znie­cier­pli­wie­niem.

– A panna to na moje oko stra­ci­ła rozum z roz­pa­czy – od­par­ła. – Wszyst­kim opo­wia­da, jak to naśle na mor­der­cę Furie. Na zmia­nę przeklina i pła­cze, raz sie­dzi za­mknię­ta go­dzi­na­mi, raz miota się z krzy­kiem po całej willi. Okta­wiu­szo­wi ponoć za­po­wie­dzia­ła, że ma się jej na oczy nie po­ka­zy­wać, póki nie za­bi­je dra­nia, który ją na­pa­sto­wał i za­mor­do­wał jej ojca. Za­po­wie­dzia­ła, że je­że­li do ze­msty nie doj­dzie, to stary An­niusz oso­bi­ście wyj­dzie z grobu i wy­mie­rzy spra­wie­dli­wość im obu: Azy­niu­szo­wi za mord i gwałt, a Okta­wiu­szo­wi za opie­sza­łość i tchó­rzo­stwo. Bied­na dziew­czy­na, strasz­nie cier­pi – ale jest tak wście­kła, że oso­bi­ście wo­la­ła­bym nie wcho­dzić jej w drogę. 

– Roz­ma­wia­łaś z nią? – spy­ta­łam.

– Ow­szem – Klu­en­tia ski­nę­ła głową. – Je­stem pewna, że całe Okta­wiu­szo­we od­gry­wa­nie mści­cie­la wynika z żądań Annii. Może my le­piej jak naj­szyb­ciej znajdź­my tego Azy­niu­sza?

Ukry­łam twarz w dło­niach. Krę­ci­ło mi się już w gło­wie od tych wszyst­kich zemst, oskar­żeń i se­kre­tów. Z dru­giej jed­nak stro­ny… z dru­giej stro­ny mia­łam po­czu­cie, że je­że­li w imie­niu bo­gi­ni się nie wtrą­cę i tego wszyst­kie­go nie ukró­cę, to rzecz nie skoń­czy się na jed­nym tknię­tym apo­plek­sją star­szym panu. Wcale nie wie­dzia­łam, czy chcę uła­ska­wić Azy­niu­sza – ale na pewno wie­dzia­łam, że chcę go zna­leźć, za­żą­dać wy­ja­śnień i wresz­cie zro­bić z tym wszyst­kim po­rzą­dek.

– Po­słu­chaj – po­wie­dzia­łam. – Muszę jutro rano być w świą­ty­ni, mam obo­wiąz­ki, ale gdy­byś coś wie­dzia­ła, wy­ślij mi po­słań­ca, do­brze?

– O ile się cze­goś do­wiem – za­strze­gła się moja sio­stra. – Choć, po praw­dzie, tak długo go­ni­my w pięt­kę, że w końcu los musi oka­zać nam tro­chę życz­li­wo­ści.

 

Los oka­zał nam życz­li­wość w spo­sób, któ­re­go nie prze­wi­dzia­łam.

– Awito, po po­łu­dniu przyj­dą spad­ko­bier­cy, od­czy­tać ostatnią wolę – oświad­czy­ła moja prze­ło­żo­na. Nie było w tym nic dziw­ne­go: za­moż­ni oby­wa­te­le chęt­nie de­po­no­wa­li testamenty w świą­ty­ni Westy. – Ubierz się i czesz się po­rząd­nie, nie tak, jak zwy­kle, i bądź gotowa im to­wa­rzy­szyć.

Młody męż­czy­zna, który przy­szedł po te­sta­ment, nie był mi znany. Do­pie­ro kiedy się przed­sta­wił, zro­zu­mia­łam, że mam przed sobą spad­ko­bier­cę Ty­tu­sa An­niu­sza.

– Współ­czu­ję ro­dzin­nej tra­ge­dii – po­wie­dzia­łam.

– Tak, cios był nie­zwy­kle bo­le­sny – po­ki­wał głową. – Naj­gor­sze to, że po śmier­ci wuja moja ku­zyn­ka nie po­tra­fi… – urwał.

Mil­cza­łam, dając mu czas na opa­no­wa­nie myśli.

– Ona nie może prze­stać roz­pa­czać – po­wie­dział w końcu. – A ja, jako nowy pater fa­mi­lias, już nie wiem, co robić.

– Nad­mier­na ża­ło­ba szko­dzi i jest ob­raź­li­wa dla bogów – za­su­ge­ro­wa­łam.

Młody An­niusz spoj­rzał na mnie z wdzięcz­no­ścią.

– Czci­god­na dzie­wi­co – za­py­tał nie­pew­nie – czy nie ze­chcia­ła­byś po­wie­dzieć tego oso­bi­ście na­szej dro­giej Annii?  

 

– Oczy­wi­ście, że on nie żyje – po­wie­dzia­ła z prze­ko­na­niem Annia. Blada, z pod­krą­żo­ny­mi oczy­ma, nie usia­dła ani na mo­ment, choć na no­gach trzy­mał ją głów­nie gniew..

– Mój oj­ciec wró­cił jak heros z za­świa­tów, żeby za­cią­gnąć dra­nia do Tar­ta­ru. Na­le­ża­ło mu się, za mor­der­stwo ojca i za mnie. Bę­dzie tam cier­piał, mam na­dzie­ję, na wieki – do­da­ła mści­wie.

Klu­en­tia po­kle­pa­ła ją po ręce i po­ki­wa­ła współ­czu­ją­co głową.

– Nie będę o nim mówić – Annia po­krę­ci­ła głową. – Chcę tylko, żeby do­stał za swoje. Zruj­no­wał nam życie. I ja wiem do­brze, co tam lu­dzie mówią za moimi ple­ca­mi, ale ja go nie wpu­ści­łam, ja tylko chcia­łam po­mó­wić z na­rze­czo­nym. Tak, nocą, bez przy­zwo­it­ki, ale… – urwa­ła, za­gry­zła wargi i po chwi­li mil­cze­nia kon­ty­nu­owa­ła:

– Niech go po­ka­rzą bo­go­wie, nic mnie już nie ob­cho­dzi. Nie chcę żad­nej ludz­kiej spra­wie­dli­wo­ści, ja już nigdy…

– Głu­po­ty wy­ga­du­jesz, dziew­czy­no – wtrą­ci­ła się Klu­en­tia. – Oczy­wi­ście, że chcesz. Co wię­cej, po­trze­bu­jesz i do­sta­niesz. Co, chcesz mieć pro­ble­my z po­wo­du adul­te­rium? Jak nie, to mu­sisz po­wal­czyć. Nie łudź się, bo­go­wie nie przyj­dą i nie po­świad­czą w są­dzie two­jej nie­win­no­ści…  

Annia spoj­rza­ła na nią długo, z upo­rem.

– Po­świad­czy­li przed wie­ka­mi nie­win­ność we­stal­ki Klau­dii Kwin­ty, po­świad­czą i moją – po­wie­dzia­ła w końcu z głę­bo­kim prze­ko­na­niem.

Ojoj, masz dziew­czy­no kło­po­ty, po­my­śla­łam.

– Co wy wszy­scy, dzie­cia­ki, macie z tym po­rów­ny­wa­niem się do mi­tycz­nych he­ro­sów z prze­szło­ści! – huk­nę­ła Klu­en­tia. – Raz by­ście zro­zu­mie­li, że nie je­ste­ście nikim wyjątkowym, a od razu by­ło­by wszyst­kim le­piej. Sądy są od tego, nie bo­go­wie, prze­cież bo­gi­ni nie bę­dzie tu przy­ła­zić z góry Idy na za­wo­ła­nie każ­dej smar­ku­li! No już, już, nie ma się o co ob­ra­żać, młoda damo…

Zo­sta­wi­łam Annię z moją sio­strą – niech się kłócą, może dziew­czy­nie do­brze zrobi, jak się na kimś wy­zło­ści, a Klu­en­tii na pewno mała awan­tu­ra nie za­szko­dzi – i ru­szy­łam po­roz­ma­wiać z na­rze­czo­nym.

 

– Och, pe­wien je­stem, że ten zbrod­niarz wciąż jest wśród ży­wych! – wy­krzyk­nął w od­po­wie­dzi na moje py­ta­nie Okta­wiusz Ligur. Nie mia­łam żad­nych wąt­pli­wo­ści, że gdy­bym spy­ta­ła w jej obec­no­ści, za­pew­ne po­twier­dził­by wer­sję na­rze­czo­nej. Spryt­nie jed­nak przy­dy­ba­łam go osob­no. – Sły­sza­łam, że ponoć zba­ła­mu­cił jakąś służącą i ukry­wa się u niej. Ale niech się nie łudzi, po­msta spad­nie na niego, jak spa­dła na wszyst­kich oj­co­bój­ców i gwał­ci­cie­li….

Pa­trząc po tych mi­tycz­nych, nie­ko­niecz­nie spa­dła, po­my­śla­łam sar­ka­stycz­nie, ale nie za­mie­rza­łam wda­wać się z tym smarkaczem w de­ba­ty, czy to o retoryce, czy, broń­cie bo­go­wie, o mitologii. Tak na­praw­dę ma­rzy­łam, żeby cała awan­tu­ra z za­gi­nię­ciem Azy­niu­sza oka­za­ła się zwy­kłą ludz­ką spraw­ką – nie chcia­łam nawet do­pusz­czać do sie­bie myśli, że mo­gło­by być ina­czej.

 

Kilka dni póź­niej For­tu­na w końcu na­praw­dę się do nas uśmiech­nę­ła.

– Młody Okta­wiusz i jacyś jego to­wa­rzy­sze – po­wie­dzia­ła Syra, kiedy zbu­dzi­ła mnie wcze­snym ran­kiem – zła­pa­li Azy­niu­sza w ta­wer­nie na Za­ty­brzu i pla­nu­ją go uka­rać. Oso­bi­ście.

– Ja im dam oso­bi­ście! – wark­nę­łam, zła na tego bez­myśl­ne­go bał­wa­na, któ­re­go mia­łam ura­to­wać, i na tego dru­gie­go, który po­sta­no­wił ze­mstą zruj­no­wać sobie życie, a przy oka­zji mocno utrud­nić je na­rze­czo­nej.

– Mu­si­my się po­spie­szyć – do­da­łam. – Im różne rze­czy mogą przyjść do głowy.

 

Po­nie­waż kom­bi­na­cja upal­nej po­go­dy i wą­skich ulic w dziel­ni­cy trans Ti­be­rim ozna­cza­ła, że w po­wo­zie mogę utknąć na dłuż­szy czas, ka­za­łam za­nieść do się do cau­po­ny w lek­ty­ce. Oka­za­ło się to o tyle do­brym po­my­słem, że dzię­ki temu nasz do­mo­ro­sły mści­ciel i jego to­wa­rzy­sze nie za­uwa­ży­li, że nad­cią­gam.

Na miej­scu za­sta­łam scenę iście  te­atral­ną. Przed cau­po­ną stała w bo­jo­wej pozie grupa mło­dzień­ców z Okta­wiu­szem na czele – da­ła­bym głowę, że wła­śnie wy­gło­sił do nich pło­mien­ną mowę. Parę kro­ków od nich na ziemi ku­li­ła się jakaś po­stać w dłu­gim płasz­czu na­cią­gnię­tym na głowę, a mię­dzy nią a ata­ku­ją­cy­mi stała młoda ko­bie­ta w po­tar­ga­nej palli i z wło­sa­mi w nie­ła­dzie.

– Nie rób­cie mu krzyw­dy, na Obie Bo­gi­nie! To mój uko­cha­ny mąż! – łkała.

Uzna­łam, że to ide­al­ny mo­ment, żeby in­ter­we­nio­wać.

– A cóż to tu się wy­pra­wia? – za­py­ta­łam, wy­sia­da­jąc z lek­ty­ki i ge­stem każąc Syrze za­cze­kać w środ­ku.

Moje po­ja­wie­nie się miało dra­ma­tycz­ny efekt. Okta­wiusz zba­ra­niał; jego ko­le­dzy za­sty­gli w bez­ru­chu. Łka­ją­ca ko­bie­ta rzu­ci­ła mi się do stóp. Tylko klę­czą­ca po­stać z osło­nię­tą głową nie ru­szy­ła się ze swego miej­sca.

– Co wy tu wszyscy robicie? – spy­ta­łam. – Kto cię zwol­nił z przy­się­gi, Okta­wiu­szu? Kim jest ten ktoś na ziemi i o co, na bogów, ty z kolei szlo­chasz, ko­bie­to? 

Jesz­cze przez krót­ki mo­ment była cisza, a potem wszy­scy za­czę­li mówić po kolei.

– Ale prze­cież…

– To jego żona?

– Jaka żona?

– Spra­wie­dli­wo­ści!

– Ale Okta­wiusz po­wie­dział..

– Myśmy przy­szli się mścić….

– Ten łaj­dak Azy­niusz…

– No, tylko że Okta­wiusz…

– Li­to­ści, na bogów!

– Mor­der­ca!

– No, ale ona…

– Cisza! – krzyk­nę­łam w końcu, zde­spe­ro­wa­na, i zwró­ci­łam się do ko­bie­ty. Jej strój był w fa­tal­nym sta­nie, a twarz brud­na od łez, ale i strój, i buty były ra­czej z nich droż­szych. W tej chwi­li jed­nak, roz­czo­chra­na i usmar­ka­na, wy­glą­da­ła dość ża­ło­śnie.

– Za­cznij­my od cie­bie – po­wie­dzia­łam zde­cy­do­wa­nym tonem.

– To mój…– za­czę­ła, ale prze­rwa­ła, po­cią­gnę­ła nosem i po­wie­dzia­ła cicho – Na­zy­wam się Furia Phila, z Ostii, i je­stem jego… No, żoną. Pra­wie.

– Jego? – mach­nę­łam ręką w kie­run­ku po­sta­ci na ziemi.

– Tak, Azy­niu­sza – po­twier­dzi­ła.

Wtedy sie­dzą­cy po­wo­li pod­niósł się z ziemi i wy­pro­sto­wał, zsu­wa­jąc z głowy rąbek płasz­cza. Cał­kiem przy­stoj­ny, choć w tej chwi­li po­si­nia­czo­ny i za­krwa­wio­ny, wy­glą­dał na ja­kieś dwa­dzie­ścia parę lat i robił wra­że­nie śmier­tel­nie prze­ra­żo­ne­go.

– Ale daj­cie mi już spo­kój, do­brze, pa­no­wie? – po­wie­dział bła­gal­nie. – Bo ja nie je­stem żaden Ma­niusz Azy­niusz, przy­się­gam.

 

– Serio – po­wtó­rzył po raz ko­lej­ny rze­ko­my Azy­niusz, wy­cie­ra­jąc twarz rąb­kiem wła­sne­go płasz­cza. – Je­stem pro­stym wy­zwo­leń­cem, słu­żą­cym pana Azy­niu­sza. Mówią mi La­gi­skus.

Chłop­cy nie chcie­li dać się prze­ko­nać. Okta­wiusz, ow­szem, uwie­rzył, jak tylko się le­piej przyj­rzał i prze­sta­ło go zwo­dzić po­do­bień­stwo syl­wet­ki i ko­lo­ru wło­sów, ale i tak krzy­czał coś o karze dla oszu­stów i wspól­nic­twie. Furia Phila za­sła­bła i teraz po­wo­li do­cho­dzi­ła do sie­bie, usa­dzo­na przez Syrę w cie­niu. La­gi­skus zaś usi­ło­wał się na wszel­kie spo­so­by wy­krę­cić od kary.

– No, więc było tak – wy­ja­śniał po raz ko­lej­ny mię­dzy ko­lej­ny­mi ły­ka­mi wody, któ­rej na­bie­rał pro­sto w ręce ze stud­ni na po­dwó­rzu cau­po­ny. – Mój pan wy­brał mnie, bom po­dob­ny wzro­stem i tro­chę, nie chwa­ląc się, z gęby też; za­trud­ni­łem się u niego ze trzy lata temu. Teraz kazał mi się ukryć tu w karcz­mie, a jak­bym wy­cho­dził, za­kła­dać jego płaszcz. Nawet za­pła­cił za mnie, nie­sły­cha­na rzecz. Pew­nie się bał – po­pa­trzył oskar­ży­ciel­sko na Okta­wiu­sza, – że znowu jakiś rap­tus może mu przyjść mordę obić i na wszel­ki wy­pa­dek wolał, żeby spo­tka­ło to mnie. A co do tej tu pani… – za­milkł i spu­ścił głowę z wes­tchnie­niem.

– Co do tej tu pani? – za­py­ta­łam.

– No… ja po­wiem tak. By­li­śmy w Ostii z panem i tam on ją sobie przy­gru­chał. Ona gdzieś z jakąś ciot­ką czy kimś miesz­ka­ła. Panu się spodo­ba­ła. Obie­cał, że jak się tylko roz­wie­dzie z mał­żon­ką w Par­te­no­pe, to ją nie­zwłocz­nie po­ślu­bi. Ze sześć dni do niej cha­dzał. Ciot­ka spała, a pan tym­cza­sem hyc, i już był w sy­pial­ni; tylko stara słu­żą­ca wie­dzia­ła, no i ja, bom stał na stra­ży. No, tyle, że mu się znu­dzi­ło. Po­wie­dział pani Furii, że do domu po­je­dzie z żoną roz­wód za­ła­twiać i że wróci. Ale mnie głu­pie­mu się przy tej słu­żą­cej coś wy­psnę­ło, że je­dzie­my do Rzymu, a nie do żad­nej Par­te­no­pe. Jak się pani wy­bra­ła nas szu­kać, to po nitce do kłęb­ka do­szła – i zna­la­zła.

– Co to była za ma­ska­ra­da z tym płasz­czem? – spy­ta­łam.

La­gi­skus spu­ścił głowę jesz­cze niżej.

– Bo pan kazał… – urwał. Jego wzrok po­biegł w kie­run­ku sie­dzą­cej pod oliw­ką Furii.

– Pan kazał? – po­wtó­rzy­łam.

– Ech – wes­tchnął La­gi­skus, po­cie­ra­jąc sińce i ska­le­cze­nia na twa­rzy. – Pan miał pe­wien plan. Jego to chyba Priap prze­klął, czy co: trzy dni z jedną babą nie wy­trzy­ma, ale bez baby to już po dwóch go skrę­ca, a jak się na jakąś za­weź­mie, to nie od­pu­ści: ona musi być jego.

– I co z tą Furią? – prze­rwa­łam mu.

– No więc ona przy­je­cha­ła, tak? I dalej pana ści­gać, że kiedy roz­wód, że ślub trza pla­no­wać, że ona nie od­pu­ści, bo przy­się­gał na Ta­la­sju­sza, że ją po­ślu­bi…

Czy lu­dzie mo­gli­by da­ro­wać sobie przy­się­ga­nie na bogów, po­my­śla­łam z iry­ta­cją, zwłasz­cza je­że­li nie mają za­mia­ru tych przy­siąg do­trzy­mać? Mia­łam szcze­rą na­dzie­ję, że bo­go­wie za­ślu­bin, wesel i mał­żeń­stwa, z Ta­la­sju­szem na czele, są teraz ko­lek­tyw­nie a mocno wku­rze­ni na na­sze­go uwo­dzi­cie­la – po­dob­nie, ską­d­inąd, jak Con­cor­dia i resz­ta bogów zgody i po­ko­ju na Okta­wiu­sza.

– … no, ale pan wcale nie miał za­mia­ru się żenić. Uła­go­dził ją i po­wie­dział, żeby się na jego koszt za­trzy­ma­ła w obe­rży ka­wa­łek stąd. Wmó­wił jej, że bę­dzie się w dzień oczysz­czał z tego kłam­stwa przed bo­ga­mi, a no­ca­mi przy­cho­dził śpie­wać pod jej oknem, jak to ją kocha. Na­łgał przy tym, że po trzech dniach wezmą ślub. No i niby cho­dził i śpie­wał, tylko że… – spu­ścił głowę i znowu zer­k­nął w kie­run­ku Furii. – To nie był pan, pod tymi drzwia­mi. Po to mi był zo­sta­wił płaszcz, żeby się owi­nąć, twarz tro­chę za­kryć, nawet mimo że zwy­kle to już ciem­no było, jak przy­cho­dzi­łem. Ja cał­kiem ład­nie śpie­wam, na­praw­dę, w sumie chyba le­piej od niego…

Furia z ję­kiem osu­nę­ła się na zie­mię.

– Taki wstyd… – wy­szep­ta­ła, kiedy po­de­szłam bli­żej. – Wpusz­cza­łam ko­chan­ka, oszu­ka­łam cio­cię, jak głu­pia uwie­rzy­łam w ten roz­wód! Na do­da­tek jesz­cze po­je­cha­łam za uwo­dzi­cie­lem i dałam mu  na­brać… Mu­sisz mnie mieć za kom­plet­ną idiot­kę, czci­god­na.

– Twoja głu­po­ta nie uspra­wie­dli­wia jego per­fi­dii i kłamstw – mruk­nę­łam. – Ale fakt, kło­po­tów to sobie na­ro­bi­łaś, dziew­czy­no.

Furia ukryła twarz w dłoniach.

– Kim ty wła­ści­wie je­steś? – spy­ta­łam. – I skąd?

– Z Ostii – po­cią­gnę­ła nosem. – Już ze czte­ry lata, jak mnie oj­ciec po­słał, żebym z ciot­ką za­miesz­ka­ła. Cio­cia ma spół­kę z są­sia­dem, han­dlu­je winem, a że ona coraz go­rzej widzi, to ja… – urwa­ła.

Za­moż­na panna, po­my­śla­łam, z szan­sa­mi na nie­zły posag. Nie­brzyd­ka, wbrew po­zo­rom pew­nie nie­głu­pia, a przy­naj­mniej – ob­rot­na. Jakim cudem tej dziew­czy­nie, oby­tej z ludź­mi i ze świa­tem, za­wró­cił w gło­wie taki Azy­niusz?

Za­py­ta­łam o to i do­sta­łam naj­smut­niej­szą od­po­wiedź na świe­cie. Przy­pad­ko­we spo­tka­nie, kilka kom­ple­men­tów rzu­co­nych oso­bie, która na co dzień pew­nie roz­ma­wia­ła ra­czej o ka­dziach i rocz­ni­kach, jeden czy drugi tekst za­wo­do­we­go uwo­dzi­cie­la – i już.

– No i się za­ko­cha­łam. To głu­pie, praw­da? – za­py­ta­ła smut­no, a ja po­ki­wa­łam głową.

– Głu­pie i nie­bez­piecz­ne – po­twier­dzi­łam. – Wi­dy­wa­no cię z nim, praw­da? Żeby unik­nąć oskar­że­nia o adul­te­rium, bę­dziesz teraz mu­sia­ła być ostroż­na. Naj­le­piej w ogóle jak naj­szyb­ciej znajdź sobie męża, żeby uciąć wszel­kie plot­ki. Twoja ciot­ka nie zna ja­kichś wdow­ców, z któ­ry­mi mo­gła­by cię wy­swa­tać? To pew­nie nie bę­dzie zbyt przy­jem­ne – po­pa­trzy­łam na nią długo, – ale za to… roz­sąd­ne.

– Ale ja nie chcę – po­wie­dzia­ła ci­chut­ko Furia; od­wró­ci­ła wzrok, wbiła spoj­rze­nie w zie­mię

– Jasne – prze­rwa­łam jej, zanim zdą­ży­ła coś dodać. – Na twoim miej­scu też bym wo­la­ła wy­ma­rzyć sobie ślicz­ne­go Ado­ni­sa, który by mnie wiel­bił. Ado­nis jednak, o ile mnie pa­mięć nie myli, do wiel­bie­nia miał bo­gi­nię, a ty, moja droga, je­steś tylko dziew­czy­ną, i to w kło­po­tach.

Furia długo mil­cza­ła, sie­dząc ze spusz­czo­ną głową, krę­cąc w pal­cach rąbek palli.

– To już chyba wolę umrzeć – od­po­wie­dzia­ła w końcu.

– Nie, wcale nie wolisz – po­wie­dzia­łam tonem, który miał uciąć wszel­ką dal­szą dys­ku­sję.

Furia Phila po­pa­trzy­ła na mnie tak nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem, że nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak skrzy­wić się ze znie­cier­pli­wie­niem i zo­sta­wić ją w spo­ko­ju.

 

Syra po­de­szła do mnie i ge­stem wska­za­ła na La­gi­sku­sa.

– O co cho­dzi? – spy­ta­łam.

– Ten tam mówi, że Azy­niusz zdą­żył się już znu­dzić i Annią, i Furią, ergo po­sta­no­wił za­po­lo­wać na ko­lej­ną ofia­rę – po­wie­dzia­ła cicho, zer­ka­jąc w kie­run­ku sie­dzą­cej nie­da­le­ko Furii Phi­lii.

Westo nie­śmier­tel­na, po­my­śla­łam.

– I tak sam z sie­bie to wy­znał? – spy­ta­łam.

– Prze­ku­pi­łam go – przy­zna­ła Syra. – Ponoć Azy­niusz uwziął się na jakąś słu­żą­cą, nie­wol­ni­cę…

Nie słu­cha­łam dalej.

– La­gi­ku­sie! – za­wo­ła­łam. – Chodź no tu na­tych­miast i gadaj, o co cho­dzi z tą nową ofia­rą!

 

Oka­za­ło się, że naj­now­szym obiek­tem uczuć Azy­niu­sza była nie­wol­ni­ca Furii. Stąd też wziął się cały po­mysł z prze­bie­ran­ką.

 – No, ja niby mia­łem uda­wać pana, a on mnie – wy­ja­śnił La­gi­skus. – Że niby ja, zna­czy on, chce się z nią żenić, bo ja je­stem wy­zwo­leń­cem, wie­cie, pani, i żeby ona ła­twiej uwie­rzy­ła, bo jakby pan jej się oświad­czył, to pew­nie by uzna­ła, że kpi…

– Czy jest tu ktoś, kto nie kła­mie? – jęk­nę­łam. – Albo do­trzy­mu­je przy­siąg na bogów?

– Zna­czy, ja je­stem uczci­wy czło­wiek! – ob­ru­szył się La­gi­skus. – Tyle, że pan gro­ził, że mnie wy­chło­sta, jak się nie zgo­dzę, a rózgi to ja, przy­znam, nie lubię, za dużo nią w dzie­ciń­stwie ob­ry­wa­łem…

– Do­brze, do­brze – mach­nę­łam ręką. – Co to za słu­żą­ca?

– A to mu­si­cie panią Furię pytać – La­gi­skus mach­nął ręką w kie­run­ku sie­dzą­cej na cem­bro­wi­nie dziew­czy­ny. – Ja ją uwo­dzi­łem, nie słu­żą­cą. Wiem tylko, że ta nie­wol­ni­ca ma na imię Dio­na­ja i że pani nie­daw­no ją ku­pi­ła.

– I my­ślisz, że Azy­niusz dalej bę­dzie się krę­cił wokół niej? – za­py­ta­łam.

– Tak po­dej­rze­wam – ski­nął głową.

– Ni­cze­go wię­cej się nie do­wie­my, pora do domu – stwier­dzi­łam, po czym ro­zej­rza­łam się i spro­sto­wa­łam:

– Tyle, że naj­pierw muszę roz­pę­dzić to zgro­ma­dze­nie Ore­ste­sów.

Udało mi się w końcu ode­słać Okta­wiu­sza i ko­le­gów do domu, choć mu­sia­łam użyć au­to­ry­te­tu bo­gi­ni, by tego do­ko­nać. La­gi­sku­so­wi ka­za­łam udać się do mojej sio­stry, a my z Syrą ru­szy­ły­śmy do Domu We­sta­lek. Rano trze­ba wstać jak naj­wcze­śniej i po­je­chać do Ostii, do domu Furii. Kiedy w końcu wpa­dłam na trop Azy­niu­sza, chcia­łam go zna­leźć za wszel­ką cenę.

 

W domu Furii – a ra­czej jej ciot­ki – za­sta­ły­śmy chaos i za­mie­sza­nie. Po­dej­rze­wam, że w nor­mal­nych wa­run­kach go­spo­dy­ni, star­sza wdowa po ekwi­cie, bar­dziej by się prze­ję­ła moją wi­zy­tą, ale dzi­siaj głowę za­przą­ta­ło jej co in­ne­go.

– Nie­wol­ni­ca nam ucie­kła – wy­ja­śni­ła stara słu­żą­ca, która wy­szła po­roz­ma­wiać z nami przed domem. – Pani wła­śnie po­je­cha­ła do wspól­ni­ka, ludzi ze­brać na poszukiwania.

– Która nie­wol­ni­ca? – spy­ta­łam, mając bar­dzo złe prze­czu­cia.

– A taka, nowa, Dio­na­ja ją wo­ła­li – wy­ja­śni­ła. – Panna Furia, jej wła­ści­ciel­ka, po­sła­ła po ja­kichś przy­ja­ciół, mło­dych ludzi, żeby też po­mo­gli.

Okta­wiusz, po­my­śla­łam. Tylko nie to. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła­bym zna­leźć Dio­na­ję i Azy­niu­sza, zanim do­pad­nie ich nasz do­mo­ro­sły mści­ciel i jego banda.

Przyj­rza­łam się ko­bie­cie. Ile w tym domu mogło być służ­by? Czy przy­pad­kiem to wła­śnie nie była za­ufa­na stara słu­żą­ca, która wie­dzia­ła o schadz­kach i ro­man­sie?

– A na­rze­czo­ny panny Furii? – za­py­ta­łam. – Nie bywał tu aby ostat­nio?

– Nie – po­krę­ci­ła głową, po czym do­da­ła:

– I po co go szu­kać? Po mo­je­mu, to po­lazł gdzieś na łąki i nimfy go za­bra­ły. Ot, zgu­bił się, a one przy­szły, po­czu­ły za­pach chło­pa­ka i tyle go wi­dzie­li.

 

 

Na po­szu­ki­wa­niach upły­wa­ły ko­lej­ne dni. Oczy­wi­ście, ani ja, ani moja sio­stra nie nada­wa­ły­śmy się na łow­czy­nie na­gród i po­szu­ki­wacz­ki zbie­głych nie­wol­ni­ków. Czu­łam się zresz­tą nie­swo­jo, kiedy my­śla­łam o Dio­nai: za uciecz­kę gro­zi­ły jej su­ro­we kary, pod­czas gdy Azy­niusz, który ją do tego na­mó­wił, za­pew­ne wy­mi­ga się grzyw­ną…

– O ile żyje, a nie leży za­tłu­czo­ny wi­dła­mi w rowie gdzieś pod Ostią – mruk­nę­ła Syra. Nic jej na to nie od­po­wie­dzia­łam, choć za­sta­na­wia­łam się, czy nie ma racji.

 

Ani Dio­nai, ani Azy­niu­sza nie udało się zna­leźć przez dobre dzie­sięć dni. W tym cza­sie kil­ka­krot­nie wi­dzia­łam się z Furią Phi­lią – i to przy dru­giej czy trze­ciej wi­zy­cie zwró­ci­łam uwagę na starą słu­żą­cą, tą samą, z którą roz­ma­wia­ły­śmy pierw­sze­go dnia.

Jej słowa o Okta­wiu­szu i nim­fach przez kilka dni nie da­wa­ły mi spo­ko­ju. Skąd jej to przy­szło do głowy? I po co wła­ści­wie mi to po­wie­dzia­ła? Byłam ka­płan­ką; od dzie­ciń­stwa uczo­no mnie szu­kać zna­ków od bogów w ota­cza­ją­cym nas świe­cie.  Czy to, co po­wie­dzia­ła stara słu­żą­ca, było takim zna­kiem?

Prze­wra­ca­jąc się w ko­lej­ną bez­sen­ną noc na łóżku w Domu We­sta­lek, zde­cy­do­wa­łam. Na­stęp­ne­go dnia po­je­cha­łam do Ostii, ale za­miast wejść do re­pre­zen­ta­cyj­nej czę­ści domu, uda­łam się pro­sto do kwa­ter służ­by.

Stara ko­bie­ta – nagle zda­łam sobie spra­wę, że nie znam jej imie­nia – cze­ka­ła na mnie przed wej­ściem.

– Na­resz­cie – po­wie­dzia­ła. – Może po tym wszyst­kim wresz­cie bę­dzie­my mieć z tobą spo­kój.

Ski­nę­ła na mnie i po­pro­wa­dzi­ła mnie w głąb ogro­du, ścież­ką, któ­rej dotąd nie wi­dzia­łam. Nie mia­łam po­ję­cia, dokąd idę. Czu­łam tylko, jak grunt robi się coraz wil­got­niej­szy, a niebo nade mną – cięż­sze i brze­mien­ne desz­czem.

– Po co… – za­schło mi w gar­dle, urwa­łam. – Po co mnie tu pro­wa­dzisz?

Po­pa­trzy­ła na mnie długo, ba­daw­czo. Nagle wy­da­ła mi się dziw­na, nie­ludz­ka – z tymi oczy­ma zie­lo­ny­mi jak woda, głę­bo­ki­mi jak to je­zio­ro pod Par­te­no­pe, co się przez nie scho­dzi w za­świa­ty. Jak mo­głam są­dzić, że jest stara? Teraz wy­da­wa­ła się młod­sza ode mnie.

– Żeby wresz­cie z tym skoń­czyć – po­wie­dzia­ła, a ja w tym mo­men­cie wie­dzia­łam już na pewno, że nie jest czło­wie­kiem. – Ty je­steś jak kleszcz, we­stal­ko: ucze­pi­łaś się tej spra­wy i nie pusz­czasz.

– Nie.. – urwa­łam, za­schło mi nagle w gar­dle. Prze­łknę­łam ślinę i do­koń­czy­łam: – Nie mo­żesz mnie zabić. Bo­go­wie…

– Bo­go­wie! – prych­nę­ła. – Ty mi głu­pot o bo­gach nie wci­skaj, ko­bie­to. Nie masz mi nic do po­wie­dze­nia. Ani ty, ani ten chłop­taś od „po­msz­czę jak Ore­stes”, ani wasz pre­tor, ani cała resz­ta z was: nie macie nic do po­wie­dze­nia, ani mnie, ani Annii, ani tej dziew­czy­nie z Ostii, co się na­zy­wa­ła jego żoną. Wiesz, kiedy go po­sta­no­wi­łam zabić? Kiedy mnie nie po­znał.

Spoj­rza­łam na nią nic nie ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

– Spo­tkał mnie nie tak dawno, na tań­cach ku czci nimf – po­wie­dzia­ła. – Za­czął mnie cza­ro­wać,  opo­wia­dać, jak to bo­go­wie stwo­rzy­li mnie do bycia damą, a nie wie­śniacz­ką… Po­ta­ki­wa­łam i za­sta­na­wiam się, kiedy sobie przy­po­mni, że już mnie kie­dyś spo­tkał i nie pierw­szy raz uwo­dził.

Pa­trzy­łam na nią jak za­cza­ro­wa­na. Po­wo­li za­czy­na­ło do mnie do­cie­rać, jaki ro­dzaj spra­wie­dli­wo­ści spo­tkał Azy­niu­sza.

– Ty je­steś Dio­na­ja – po­wie­dzia­łam.

Ski­nę­ła głową.

– To było parę lat temu, nie­da­le­ko stąd – mó­wi­ła dalej. – Zna­lazł mnie na łące nad stru­mie­niem, gdzie spa­łam po noc­nych tań­cach z sio­stra­mi. Był wtedy młody, uro­dzi­wy, a ja mia­łam głowę pełną opo­wie­ści o pięk­nych śmier­tel­ni­kach. Po­szłam z nim, bo mi obie­cał mi­łość i wier­ność i opie­kę – nie­śmier­tel­ne dziew­czy­ny nie za­wsze są wiele mą­drzej­sze od śmier­tel­ni­czek, mo­żesz mi wie­rzyć. Zo­sta­łam z nim przez naj­lep­sze dzie­sięć dni w moim życiu. Po­wie­dzia­łam mu to i obie­ca­łam, że go nigdy nie opusz­czę. Ale on… naj­pierw pró­bo­wał odejść, ale ja cią­gle go znaj­do­wa­łam, bo nie ro­zu­mia­łam, że już mnie nie chce. W końcu miał dość. Nie wie­dział, kim byłam, głu­piec, i my­ślał, że jak za­pła­ci pi­ra­tom, żeby mnie schwy­ta­li i wy­wieź­li, to mnie po­wstrzy­ma. Nie po­wstrzy­ma­ło. Wró­ci­łam na ląd, choć nie mia­łam już po­wro­tu do sióstr i do oj­ca-rze­ki. Ukry­łam się wśród ludzi, pró­bu­jąc jakoś żyć. I choć mo­głam się mścić, da­ro­wa­łam, za bar­dzo go cią­gle ko­cha­łam. Nie­śmier­tel­ne dziew­czy­ny też tak mie­wa­ją, wiesz?

Wzdry­gnę­łam się, czu­jąc ból i smu­tek w jej gło­sie.

– A potem – mó­wi­ła dalej Dio­na­ja, nie­wol­ni­ca, nimfa – on wró­cił. Wró­cił tu i nawet mnie nie po­znał. Minął mnie na łące, uda­wa­łam pa­ster­kę: po­słał mi ca­łu­sa i je­chał dalej swoją drogą. Wi­dzia­łam go tu, przy tym domu; uda­łam nową nie­wol­ni­cę i – cze­ka­łam. Wie­dzia­łam, że przyj­dzie – i że wtedy to tu go za­bio­rę.

Ro­zej­rza­łam się po ba­gni­stej łące do­oko­ła. Wy­obra­zi­łam sobie, że gdzieś tam, w błot­ni­stej wo­dzie, leży Azy­niusz, jego uro­dzi­wa nie­gdyś twarz na­puch­nię­ta od wody, zie­lo­ne nitki wo­do­ro­stów wple­cio­ne we włosy, wodne stwo­rze­nia cią­gną­ce z da­le­ka, by po­ży­wić się jego cia­łem… Za­dy­go­ta­łam.  

– Ano, leży – po­wie­dzia­ła tamta, jakby czy­ta­ła mi w my­ślach. – A ty już teraz wszyst­ko wiesz, we­stal­ko. Mam dość two­je­go wtrą­ca­nia się. Nie bój się, nie zro­bię ci krzyw­dy, nie chcę sporu z twoją bo­gi­nią. Chcę tylko, żebyś dała temu spo­kój. Wra­caj do ludzi i zrób coś, żeby nikt go wię­cej nie szu­kał, zro­zu­mia­łaś?

Zła­pa­ła mnie za rękę i po­cią­gnę­ła ze sobą, z po­wro­tem do ludzi.

Szły­śmy po nie­pew­nej ścież­ce pod ciem­nie­ją­cym znowu nie­bem, a głosy zło­śli­wych ba­gien­nych nimf kle­ko­ta­ły wokół mnie. Spa­dły pierw­sze kro­ple, a potem niebo znowu się otwo­rzy­ło i lunął cięż­ki, cie­pły deszcz.

Ośle­pio­na ulewą usi­ło­wa­łam zna­leźć drogę wśród trzcin. Błoto chlu­po­ta­ło mi wokół nóg, po­wie­trze cuch­nę­ło zgni­li­zną i mułem, a ja cią­gle sły­sza­łam głosy ba­gien­nych nimf, jak chra­pli­we krzy­ki wron na je­sien­nych po­lach:

– Kara, kara, kara dla pychy! Bo­go­wie pa­trzą, we­stal­ko, pa­trzą i pa­mię­ta­ją!

Dio­na­ja szła obok mnie bez słowa. Nie wiem, czy też sły­sza­ła te głosy, od któ­rych krę­ci­ło mi się w gło­wie. Po­dej­rze­wa­łam, że tak; choć ode­szła, cią­gle była jedną z nich. Nie ode­zwa­ła się już ani sło­wem – do­pie­ro kiedy usły­sze­li­śmy wo­ła­nie moich to­wa­rzy­szy, od­krzyk­nę­ła, że je­ste­śmy tu i już idzie­my. Od­da­ła mnie w ręce Syry i ode­szła w kie­run­ku domu; tylko ja wie­dzia­łam, że do niego nie wróci.

 

Nie byłam pewna, czy spra­wie­dli­wo­ści stało się za­dość, czy chcę mieć z tym coś jesz­cze wspól­ne­go, czy to w ogóle dobry po­mysł – ale w końcu, na­stęp­ne­go dnia, ka­za­łam się za­wieźć do domu sta­re­go Azy­niu­sza.

Przy­jął mnie w nie­wiel­kim ogro­dzie, blady i zmę­czo­ny. Spoj­rzał na mnie z nie­zno­śną na­dzie­ją w oczach.

– Zna­leź­li­ście mo­je­go syna, pani? Uła­ska­wisz go? – za­py­tał.

Na­bra­łam tchu, za­ci­snę­łam na mo­ment zęby – mia­łam za­miar skła­mać, choć tylko tro­chę, a bar­dzo tego nie lubię –  i po­wie­dzia­łam z prze­ko­na­niem:

– Nie.

A potem, wi­dząc roz­pacz i nie­wia­rę na jego twa­rzy, do­da­łam.

– Two­je­go syna nie ma już wśród ży­wych. Nimfy go sobie upodo­ba­ły. Po­rwa­ły go i za­cią­gnę­ły do swego świę­te­go źró­deł­ka. Nie ma win­nych. Nic śmier­tel­ni­kom do bo­skich wy­ro­ków.

– Ni… nimfy? – za­py­tał.

– Tak – po­wie­dzia­łam.

– Jest wśród nich? Nie­śmier­tel­ny? – za­py­tał drżą­cym gło­sem stary Azy­niusz.

Bo­gi­ni, wy­bacz mi, po­my­śla­łam, po czym ski­nie­niem głowy po­twier­dzi­łam.

– I już go nie zo­ba­czy­my? – spy­tał.

– Nie – po­wie­dzia­łam. Przy­naj­mniej tu nie kła­ma­łam.

 

Wy­szłam stam­tąd ści­ga­na ci­chym od­gło­sem pła­czu star­ca i ka­za­łam za­wieźć się do Domu We­sta­lek.  

Koniec

Komentarze

Naradzimy się.

Babska logika rządzi!

My, Jurki, postanowiliśmy, że nie będziemy się czepiać tej minuty spóźnienia (Ave Jury!).

A który Rzym; czasy Romulusa i Remusa, republika, imperium?

Babska logika rządzi!

W tym tekście nie ma zbyt wielu wskazówek chronologicznych (zauważyłam wzmiankę o podboju Galii przez Cezara), ale o ile wiem, seria o Awicie dzieje się w czasach wczesnoaugustowskich czyli tak naprawdę na przełomie republiki i cesarstwa (bo ten okres to w sumie ani jedno, ani drugie, zwłaszcza na samym początku).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Znaczy, chciałabym wiedzieć, jak się wtedy państwo rzymskie nazywa.

Babska logika rządzi!

Formalnie od 27 p.n.e. Imperium Romanum.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wciągnęła mnie ta historia, byłam autentycznie ciekawa, jak się skończy to zamieszanie. Wprowadzenie elementu fantastycznego na samym końcu, było świetnym pomysłem. Wiedziałam, że coś takiego musi się pojawić i oczekiwanie na to coś pobudzało moje zainteresowanie.

Westalka w roli detektywa też się sprawdziła. Pasuje mi pierwszoosobowa narracja. W ogóle wszystko mi się podoba. Naawet gdybym chciała pomarudzić, to nie mam na co. :)

 

Ubierz się i czesz się porządnie, nie tak, jak zwykle, i staw się, by im towarzyszyć.

A tu ci się chyba “u” zgubiło.

Drodzy jurorzy, kłaniam się nisko i dziękuję za wyrozumiałość. Zaraz też wyedytuję datę i miejsce: Imperium Romanum, rok 728 ab urbe condita, za (ósmego) konsulatu Augusta i (drugiego) Tytusa Statyliusza Taurusa, czyli po naszemu – 26 p.n.e.

Jestem wielkim fanem książek Saylora i bardzo chcialbym poczytać więcej historii o Awicie. Ładna i tkliwa historia, a przy tym sprawnie poprowadzony wątek śledztwa i płynne, dowcipne, wpadające w ucho dialogi.

Bardzo żywe to opowiadanie, taka dziewczyna z ikrą, albo chłopak do tańca i do różańca. Podobało mi się bardzo!

Początek boski. Postacie sióstr i drugoplanowe słyszę, widzę, siedzę im w głowach i odczuciach. 

Zakończenie zgodne z początkiem, acz nieprzewidywalne, no dla mnie. 

A, i jeszcze jedno imiona – chylę czoła, w punkt.

Zaczytywałam się Saylorem, a może napiszesz ciąg dalszy? 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Bardzo ładne! Świetne oddanie realiów. Jedno mi tylko zazgrzytało – po co się w ogóle zajmować sprawą wstrętnego typka? Bo siostra prosi? Bo ojciec rozpacza? Bohaterka powinna powiedzieć: “oczywistość winy jest rażąca, koniec dyskusji”. No, ale wtedy nie byłoby tak świetnego opowiadania. Bardzo fajne!

Jedno mnie tylko uwierało – widać, że tekst wrzucony na ostatnią chwilę. Mnóstwo redakcyjnych babolków :/.

Jak wrócę z rowerka, to wypunktuję.

Na razie tyle!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Powiem szczerze: myślę, że tam jest więcej baboli, niż ustawa przewiduje. Było tak: nie napisałam nic literackiego od pół roku. Tekstów naukowych, do podręcznika, biurokracji – owszem, na tony. Ale fikcji jakoś nie mogłam. To opowiadanie – też pisane nie od początku – to była moja mała wojenka samej że sobą. Nie liczę na miejsce w konkursie, ale deadline był mi potrzebny, inaczej nie skończyłabym poprawiać tego tekstu przez najbliższe dwa lata. Z pokorą przyjmuję więc krytykę, jest całkowicie zasłużona.

E tam, od razu krytykę ;). Tylko pośpiech jest widoczny. No to zapodaję:

– “może po prostu chcieć się wydać” – tu mi zgrzytnęły dwa bezokoliczniki; może “chce się wydać”;

– “A niby czemu – wycedziłam, –” -taka konstrukcja zdarza się u ciebie często, ale zdaje się, że przecinka nie powinno tam być, jeśli dobrze rozumiem to – https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-kwestii-dialogowych;10140.html ;

– “Ja już nie mam cierpliwości! – jęknęłam” – a tu brakuje kropeczki po “jęknęłam”;

– “powiedział Kwintus Newiusz..” – tu znowu kropeczka nadliczbowa;

– “przestępstwach młodego Azyniusza” – tu brak kropeczki na koniec zdania;

– “Ale KOGO, na bogów!” – jeśli to pytanie, to zabrakło mi pytajnika;

– “że na razie daruje sobie Orestesowanie” – tu, “na czuja” napisałbym “orestesowanie”; ale posiłkuję się tylko dalekim podobieństwem do “Janosik – janosikowanie”; nie wiem, czy mam rację;

– “W czasy Katona. – dodała” – tu kropka zbędna;

– “obywatele chętnie deponowali w świątyni West” – ale co deponowali? testamenty? majątki?;

– “Ubierz się i czesz się porządnie” – tu wolałbym: “uczesz”;

– “choć na nogach trzymał ją głównie gniew..” – kropka za dużo;

– “macie z tym porównywaniem się do mitycznych herosów z przeszłości!” – to też pytanie raczej -czyli pytajnik;

– “Słyszałam, że ponoć zbałamucił jakąś chłopkę” – ale to mówi Oktawusz, tak? więc “słyszałem”;

– “a twarz brudna od łez” – to tak trochę w ciemno, ale łzy to w sumie woda, tak? to jak mogą brudzić? pewnie twarz była zakurzona, a łzy wyryły w kurzu ślady, ale zanadto to skróciłaś;

– To mój…–” – tu brak spacji;

– “pociągnęła nosem i powiedziała cicho – Nazywam się” – tu mi czegoś zabrakło po “cicho”;

– “A co do tej tu pani….–” – tu się w ogóle coś sypnęło: i kropek nadmiar, i spacji brak;

– “wbiła spojrzenie w ziemię” – brakuje kropki na koniec;

– “kręcąc w palcach rąbek palli” – to od nazwy “palia”, prawda? jeśłi tak, to “palii” moim zdaniem;

– “A taka, nowa, Dionaja ją wołali” – tu wolałbym bez tego przecinka: “taka nowa”;

– “tą samą” – raczej “tę samą”, zgodnie z tym: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/te-sama-cene;10995.html ;

– “się jego ciałem..” – znowuż niewłaściwa liczba kropek;

– “niewiarę na jego twarzy, dodałam.” – tu po “dodałam” powinien być dwukropek, moim zdaniem.

 

Nie było tak źle, to wszystko babolki wynikające z nieodleżenia. Nic, co byłoby rażące czy wpływające na odbiór tekstu. Spoko :)!

Jak tylko poprawisz, kliknę z czystym sumieniem bibliotekę, bo to bardzo fajny tekst!

 

Aha, ale mam jeszcze pytanko. Piszesz: “czyż nie dał nam Brutus przykładu, że ojciec powinien nawet mieczem karać synów” . O czym mówisz? Znany mi jest z historii jeden Brutus, a on akurat na “ojca” miecz wyciągnął, a nie na synów. Przybliżysz?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Re:: poprawki. Niech się tylko konkurs skończy! Bardzo dziękuję za pomoc, przyda się. Re: Brutus. Brutus starszy, ten, który doprowadził do obalenia monarchii i powstania Republiki, już jako konsul tejże dowiedział się o spisku mającym przywrócić monarchię. Wśród przywódcow spisku byli wszyscy jego synowie – nic dziwnego, Brutus był siostrzencem króla, którego obalił, chłopaki widzieli własny interes w powrocie monarchii. Brutus jednak zasady kochał bardziej niż rodzinę i synów skazał na śmierć.

A widzisz, to się muszę o tym akurat Brutusie douczyć blush.

Dzięki wielkie!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ze źródeł: I księgę Liwiusza "Dziejów Rzymu od założenia miasta" i Plutarcha "Żywot Brutusa" polecam :)

Przeczytałam.

– A niby czemu – wycedziłam[-,] – kapłanka Westy, patronki czystości, bogini-dziewicy, miałaby ułaskawić gwałciciela?

– I nie macie nawet cienia nadziei – zapytałam[-,] – że sąd go uwolni od winy?

Powtarza się przecinek w tym miejscu.

Przysunęłam sobie krzesło i zadekretowałam:

Zadekretowałam?

– Ale ja nie chcę – powiedziała cichutko Furia; odwróciła wzrok, wbiła spojrzenie w ziemię[+.]

– Nie..

Albo jedna kropka, albo trzy.

Skinęła głową/

Wyobraziłam sobie, że gdzieś tam, w błotnistej wodzie, leży Azyniusz, jego urodziwa niegdyś twarz napuchnięta od wody, zielone nitki wodorostów wplecione we włosy, wodne stworzenia ciągnące z daleka, by pożywić się jego ciałem..

Nie bardzo rozumiem, czemu westalka tak długo zajmuje się ułaskawieniem w sprawie, która się nie toczy.

sweet sweet Tulipan chciałoby się zaśpiewać. Bardzo udane skrzyżowanie serialu Tulipan z Kolombo w damskiej postaci i osadzone w Imperium Romanum. Przezabawne opowiadanie pomimo, że końcówka wcale nie jest wesoła. Ja bardzo dobrze się bawiłem i uśmiałem się co niemiara. A w głowie wciąż pobrzmiewa sweet sweet Tulipan.

Kraj jest, wyraźnie zaznaczony, nie dałoby się przenieść akcji do innego. Dobrze wykorzystujesz ichnie prawo, religię, westalkę…

Element fantastyczny niby też jest, ale w postaci deus ex machina. Właściwie zgodnie z duchem czasu, ale nie przepadam za tym rozwiązaniem.

Fabuła mnie zaciekawiła, chciałam się dowiedzieć, jak to w końcu będzie z tym podrywaczem-gwałcicielem. Potrafiłaś mnie zaangażować.

Bohaterowie bardzo ładnie zbudowani – każdy inny, mają własne charaktery, coś tam sądzą na temat innych postaci. Ten aspekt świetny.

Znajomością tematu też punktujesz. Widać, że to Twoja działka i potrafisz wprowadzić czytelnika w świat Imperium Romanum tak, żeby nie czuł się zagubiony.

Westalka prowadząca śledztwo – to mi się wydaje oryginalne, nigdy o czymś takim nie słyszałam. O tym, że miały prawo ułaskawić skazańca, też chyba nie, masz więc plusik za wartości edukacyjne.

Widać pośpiech w wykonaniu – jeden zaimek zamiast drugiego, gdzieś tam brakuje kropki na końcu zdania, miejscami błędy w zapisie dialogów… Przecinki nie powinny pojawiać się przed myślnikami.

Babska logika rządzi!

To ja, w końcu przy komputerze (pisanie komentarzy z komórki = zło).

 

@Wisielec: bardzo dziękuję i ogromnie miło mi to słyszeć. Też lubię powieści Stevena Saylora (ba, o jednej nawet pisałam trochę w swojej pracy naukowej!), a że przy okazji strasznie mi się marzyła fantasy w Rzymie, ale taka, która się oprze na _typowym dla tej kultury_ myśleniu, zaczęłam się bawić w pisanie opowiadań o westalce, która rozwiązuje problemy, nie zawsze stricte kryminalne. Ot, takie urban(um) fantasy, gdzie w założeniu magia działa tak, jak Rzymianie wierzyli, że działa (czyli inaczej niż zazwyczaj w fantasy), bogowie i ich potomkowie pojawiają się wśród ludzi itd.

 

@ Asylum: bardzo mi miło, że się podobało. Ta historia w sumie już ma zarówno ciąg dalszy, jak i jeden tekst dziejący się wcześniej. Pierwszy tekst o tych postaciach ukazał się swego czasu w fanzinie i był do niedawna moją jedyną publikacją, jak chodzi o fikcję. Jako że ukazał się jakieś 6 lat temu, a zin ściągnęło od tamtej pory jakieś 60+ osób, postaram się wersję mocno poprawioną (ją TRZEBA poprawić) tego pierwszego wrzucić tu kiedyś dla chętnych do czytania. 

 

@ Staruch: dziękuję, a ponieważ jest już po konkursie, idę poprawiać.

 

@ Staruch, Anet: mam wrażenie, że macie rację, że motywację bohaterki za słabo widać. Ona, w mojej głowie, nie przepada za swoimi obowiązkami jako westalki i – jakkolwiek bywa nieco marudna i lubi sobie ponarzekać – tak naprawdę chętnie znajduje sobie dodatkowe obowiązki. Do tego dochodzi jeszcze pewien koncept związany z rzymską obyczajowością: officium. Oznacza on poczucie obowiązku, związane (głównie, acz nie tylko) z powiązaniami rodzinnymi: jak cię ktoś z Twojej, albo plus minus formalnie zaprzyjaźnionej rodziny prosi o przysługę, to nie należy odmawiać, moralnym obowiązkiem jest zrealizowanie tego, bo jak nie, to i społeczność, i czasem nawet bogowie mogą mieć nam za złe. Przy przeróbkach opowiadania uwzględnię wzmocnienie motywacji postaci.

 

@jurorzy: Ogromnie dziękuję i za uwzględnienie w konkursie, i za nagrodę! Nie spodziewałam się i jest mi bardzo, bardzo miło.

koncept związany z rzymską obyczajowością: officium

O proszę. I to by bardzo pięknie wyjaśniało działania bohaterki. Może jeszcze później to rozwiniesz? Tak to bywa – autorom się coś wydaje oczywiste, a ciemny lud czytający nie łapie ;).

A poza tym – nie za ma co ;)!

 

EDIT: Dopiero teraz zerknąłem do wątku z wynikami. GRATULACJE!!!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Cześć, Ninedin!

 

– fabuła idzie jak po sznurku; omijasz nudne sceny, serwujesz czytelnikowi samą esencję historii – ciachanie scen trochę filmowe, ale też nadaje dynamiki i życia tekstowi, który w streszczeniu wcale nie brzmi porywająco – dobra robota

– pojawiły mi się skojarzenia z kryminałami Agathy Christie – jak najbardziej pozytywne, bo mimo klasycznego (nomen omen) tematu, byłaś w stanie zainteresować i wkręcić czytelnika w historię

– motywacje bohaterów solidne i przekonujące – a to ważne, bo w twojej historii to właśnie motywacje napędzają fabułę i decydują o kierunku zdarzeń

– lokacja oddana w sposób przekonujący i wiarygodny, podobał mi się klimat starożytnego Rzymu i to, jak subtelnie pokazałaś rolę westalki w tym świecie (tym bardziej interesujące dla mnie, współczesnego czytelnika, jako że podobnego stanowiska obecnie nie posiadamy)

– podium było i u mnie, i w konkursie – gratuluję!

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Nic nie zapowiadało, że prośba niejakiej Kluentii, szukającej u siostry-westalki protekcji w sprawie chutliwego młodzieńca, który dopuścił się zniewolenia niewinnej panny, przerodzi się w całkiem interesujące śledztwo, obfitujące w szereg nieprzewidzianych zdarzeń i zaskakujących zwrotów. Rzecz została opisana w sposób zajmujący i z niewątpliwym znawstwem tematu, więc nic dziwnego, że Zapach chłopaka czytałam z przyjemnością, która jednakowoż byłaby większa, gdyby opowiadanie nie zawierało tak wielu usterek.

 

– … więc może tym razem byś ła­ska­wie zro­bi­ła to dla mnie, co? –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

– Awito – po­wie­dzia­ła moja sio­stra ze znie­cier­pli­wie­niem, – Czy ty mnie w ogóle słu­chasz? –> Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

– Awito – po­wie­dzia­ła moja sio­stra ze znie­cier­pli­wie­niem – czy ty mnie w ogóle słu­chasz?

 

– Ale zro­bisz? Ja wiem, że…. –> Zbędna kropka po wielokropku. Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

– A niby czemu – wy­ce­dzi­łam, – ka­płan­ka Westy… –> Zbędny przecinek przed półpauzą.

 

– I nie macie nawet cie­nia na­dziei – za­py­ta­łam, – że sąd go uwol­ni od winy? –> Jak wyżej.

 

‑ Moja pani ma dziś nie­do­bry dzień… –> Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

– Pani – Syra ukło­ni­ła się po­kor­nie, – jako we­stal­ka… –> Zbędny przecinek przed półpauzą.

 

– Azy­niusz na cie­bie liczy, pani – po­wie­dzia­ła, – ale też… –> Jak wyżej.

 

– Je­że­li tak – zde­cy­do­wa­łam, – to ja… –> Jak wyżej.

 

na umó­wio­ne spo­tka­nie z Okta­wiu­szem Li­gu­rem.. –> Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli miał być wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Przy­su­nę­łam sobie krze­sło i za­de­kre­to­wa­łam: – Pro­szę mi wszyst­ko opo­wie­dzieć. –> Na czym polega rzeczone zadekretowanie?

 

Prze­la­na krew…. – za­czął… –> Zbędna kropka po wielokropku.

 

okrut­na śmierć Ty­tu­sa An­niu­sza woła o po­mstę do bogów, a zbrod­niarz…. –> Jak wyżej.

 

Klu­en­tia się­gnę­ła po figę i ugry­zła ka­wa­łek. Nie spusz­cza­łam z niej oczu. –> Z Kluentii czy z figi?

 

i zo­bo­wią­za­łam się, że…. – Zbędna kropka po wielokropku.

 

ogrom­nym wa­chla­rzem z piór, – to jest… –> Zbędny przecinek przed półpauzą.

 

– Ubierz sięczesz się po­rząd­nie, nie tak, jak zwy­kle, i staw się, by im to­wa­rzy­szyć. –> Lekka siękoza. Literówka.

 

nie ma się o co ob­ra­żać, młoda damo…. –> Albo kropka, albo wielokropek.

 

jak spa­dła na wszyst­kich oj­co­bój­ców i gwał­ci­cie­li…. –> Jak wyżej.

 

nie za­mie­rza­łam wda­wać się z tym sztu­ba­kiem w de­ba­ty… –> Nie wydaje mi się, aby sztubak miał rację bytu w tym opowiadaniu.

 

o co, na bogów, ty z kolei szlo­chasz, ko­bie­to? –> Czy można płakać o coś?

 

Ale Okta­wiusz po­wie­dział.. –> Wielokropkowi brakuje jednej kropki.

 

– Myśmy przy­szli się mścić…. –> Zbędna kropka po wielokropku.

 

i je­stem jego…. No, żoną. –> Jak wyżej.

 

po­pa­trzył oskar­ży­ciel­sko na Okta­wiu­sza, – że znowu… –> Zbędny przecinek przed półpauzą.

 

– … no ale pan wcale nie miał za­mia­ru się żenić. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

– To już chyba wolę umrzeć – od­po­wie­dzia­ła w końcu.

– Nie, nie wo­lisz – po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Do­brze, dobrze – mach­nę­łam ręką. Co to za słu­żą­ca?

– A to mu­si­cie panią Furię pytać – La­gi­skus mach­nął ręką… –> Jak wyżej.

 

a my z z Syrą ru­szy­ły­śmy do Domu We­sta­lek. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ośle­pio­na od ulewy… –> Raczej: Ośle­pio­na ulewą

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, bardzo dziękuję. Poprawki Twoje i Starucha będą bardzo pomocne. Mam chwilowo mały koszmar w pracy, ale w ciągu najbliższych dni powinnam się wyrobić z wprowadzeniem niezbędnych korekt.

Bardzo proszę, Ninedin.

I życzę, aby mały koszmar w pracy zniknął, nim, nie dajcie bogowie, zdąży przerodzić się w większy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

doczekać się na solidną letnią burzę

Raczej: doczekać się burzy.

może tym razem byś łaskawie zrobiła to dla mnie

Kolokwialne, ale to nie szkodzi, buduje postać.

ty mnie kompletnie nie słuchałaś

Jak wyżej.

No to krótko a konkretnie

No, to krótko, a konkretnie.

Na pewno taki retor by nie kłamał, nie za takie stawki.

^^ Nothing ever changes :)

niewolnica Syra

To nie jest komentarz, tylko dygresja – dlaczego niewolnica zawsze ma na imię Syra?

powiedziałam powoli

Aliteracja.

muszę przegadać z kimś całą sprawę

Może jednak "obgadać"?

prawo łaski dla skazańca, ale ono powinno być skutkiem przypadkowego spotkania

To nie jest mętne, ale trochę nie teges.

odrobinę ochłody

Aliteracja.

Jako westalka, musiałam

Nie dawałabym tu przecinka.

skulonego w odrobinie cienia, rzucanego przez rachityczną sosenkę

Hmm. Tak sobie wybrał taki skraweczek? ;)

No to dlaczego?

No, to dlaczego?

jako westalka, jesteś wybranką

Tu też nie dałabym przecinka.

Ona sobie naprawdę na za dużo czasami pozwala.

Trochę się szyk poplątał.

Przyjmie wszystko, co zrobisz, za wolę bogów.

Jako wolę bogów.

poranną historię

Hmm.

Rzekomą ofiarą?

Jak rzekomą, skoro wszyscy wiedzą, że młody to zrobił?

Newiusz..

Kropki się rozmnożyły.

zadekretowałam

Hmm, może bez przesady :)

zapytać, odkąd to z niej taki prawnik

^^

Orestesowanie

To zrobiłabym raczej małą literą, ale pewność mam tylko na 90%.

nic innego jak uniki

Nic innego, jak uniki.

No wiesz

No, wiesz.

w życiu bym o stosunki z nią nie posądzała

Szyk troszkę nie teges.

zacznie wachlować ją ogromnym wachlarzem z piór

Hmm.

wyklina i płacze

Wyklina się kogoś.

ma za przyczynę żądanie

Troszkę nienaturalne.

nikim specjalnym

Anglicyzm. Wyjątkowym.

Słyszałam

Hem, hem. Literówka. ;)

ojcobójców

Ale ojcobójca to taki, co zaciukał własnego ojca?

debaty retoryczne

Chyba lepiej by było "o retoryce" (i "o mitologii").

No tylko że Oktawiusz

No, tylko, że Oktawiusz.

No ale ona

No, ale ona.

No więc było

No, więc było.

No tyle że

No, tyle, że.

nadzieję, że (…) byli teraz kolektywnie

Są wkurzeni – consecutio temporum u nas nie obowiązuje.

kolektywnie a mocno

Kolektywnie, a mocno.

no ale

No, ale.

Tyle że

Tyle, że.

No ja

No, ja.

Tyle że

Tyle, że.

A to musicie

A, to musicie.

Tyle że

Tyle, że.

podczas gdy

Podczas, gdy.

nic nie rozumiejącym wzrokiem

Ooj…

Skinęła głową/

Palec Ci się omsknął.

nie miałam już powrotu

Nienaturalne.

Wyszłam stamtąd, ścigana

Tu nie dałabym przecinka.

 

Kurczę, fajne, tylko… na początku jest śmiesznie, wesoło, a funny thing happened on the way to the forum, mimo ciężkiej tematyki. A potem taki nagły zwrot. Sama nie wiem, co o tym myśleć.

Tak czy siak, przyzwoity kryminał, choć fantastyka w zasadzie pełni rolę przyprawy.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki, Tarnino! Chyba mam już komplet porad poprawkowych, mogę je wprowadzać!

Masz też pingwina ^^

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Pingwin jest piękny i dobry, dziękuję za pingwina.

Moje pierwsze skojarzenie – “Wiek zdrady”. Słaby film, ale mam do niego nostalgiczny stosunek. Twój Rzym oraz cała zagadka przywodzi mi właśnie na myśl klimat z tego filmu. Klimat codzienności tego okresu, nie zaś niezwykłości. To dla mnie zaleta, bo w jakiś sposób mogę się przenieść w tamten czas, a nie myśleć o pompatycznych treściach, jakie z reguły wyłaniają się z kart takich tekstów.

Jest jednak rzecz rzecz, która mi trochę psuje fabułę. To fantastyczne rozwiązanie sprawy. Dosłowna “deus ex machina”. Przez to poczułem zawód – śledztwo, miast doprowadzić do jakiejś konkluzji, nagle się urywa. Zapewne kwestia limitu, ale mimo to uczucie braku satysfakcji po rozwiązaniu zagadki pozostało. Po prostu przydałaby się tu jakaś kulminacja.

Wykonanie techniczne z chrobotało. Nie raz i nie dwa widziałem dwie kropki na zakończenie zdania. Czy za tym coś stało, czy to chochliki, które się zakradły przez niesforną klawiaturę ;)

Podsumowując: nietuzinkowy koncert fajerwerków, dający poczuć codzienność starożytnego Rzymu. Paradoksalnie przeszkadza mu nagły, fantastyczny koniec.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

POPRAWIŁAM złe przecinki, złe kropki i zły styl. Jeszcze raz dziękuję za wszystkie porady :)

 

 

@Tarnina

niewolnica Syra

To nie jest komentarz, tylko dygresja – dlaczego niewolnica zawsze ma na imię Syra?

 

Bo imiona niewolnikom nader często nadawano od pochodzenia (ich samych albo ich rodziców), a niewolników ze Wschodu, czyli z prowincji Syrii, było zdecydowanie dużo. Stąd Syrus i Syra jako częste imiona :)

Nowa Fantastyka