- Opowiadanie: kam_mod - Straszna pani z czerwonym szalikiem

Straszna pani z czerwonym szalikiem

Ho, ho, jednorożce próbują straszyć! 

 

Podpadające pod horror opowiadanko z Histerii.

 

“To jedno z moich ulubionych opowiadań w tym numerze – autorka trzyma czytelnika w napięciu, buduje grozę niedopowiedzeniami i posępną atmosferą. Brawo.” ~ napisała Kulturacja, a puchate ego tak urosło, że zapragnęłam podzielić się historią z Wami. Szybko, póki puchatość nie wróci do normalnego poziomu. Miłej lektury <3

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Straszna pani z czerwonym szalikiem

– Wstrzymaj oddech. No, rób, co mówię. To ważne. WSTRZYMAJ ODDECH. Ona nie może nas usłyszeć.

– Już?

– Powiem ci, kiedy już. Zatkaj nos. Cicho. Ona tu idzie. Słyszysz? Stuk, stuk, stuk. Jeszcze chwilę, jeszcze moment. Dasz radę.

 

***

 

Chcę zdradzić ci sekret.

Nie wiem tylko, czy mogę ci zaufać?

 

***

 

– No, już. Możesz oddychać. Poszła sobie. Ale musisz mi obiecać, że będziesz robił, co mówię. Ona jest straszna.

– Robię! – zapewniasz mnie gorąco.

Ale w zeszłym miesiącu skończyłam już siedem lat i wiem, że nie wierzy się wszystkiemu, co mówią chłopcy. Tak powtarza mama, odkąd tata zabrał wojskowy plecak i wysokie buty, co tak głośno tupią, i zniknął. Nie wiem, gdzie jest. Nie wiem, kiedy wróci. Wszystko, co mam, to słowa mamy, a mama co chwila mówi coś innego.

Przypadkiem się dowiedziałam o tym plecaku i wciąż mam jej to za złe.

– Dzięki temu wiem też, że nie wierzy się mamom – wyjaśniam.

Patrzysz na mnie jak cielę. Nie dość, że jesteś całe pół roku młodszy, to jeszcze masz dwoje rodziców. Od niedawna mieszkamy razem, ty, twoi rodzice i moja rodzina. Dom jest duży, a odkąd tata zniknął, przenieśliśmy się wszyscy do jednego pokoju. Ale nie poznałam innych współlokatorów, tylko ciebie, Jacek.

Kicham.

– To przez ten kurz – mówisz. – Chodź do piaskownicy, tam mi powiesz sekret.

– Nie mogę. Muszę ci go pokazać. Inaczej mi nie uwierzysz.

Piwnica jest wielka, a jej kąty zapadają się w półmroku, jakby wcale nie istniały i pomieszczenie nie miało końca. Jedynym źródłem światła jest twoja latarka, która stoi między nami. Wszystko poza nią kołysze się w cieniach i znika poza zasięgiem oczu.

Ale ja uwielbiam piwnicę. Piwnica to idealne miejsce, jeśli chce się zniknąć.

Idealne miejsce, gdy mama mamrocze coś do siebie, tańcząc ze ślubną fotografią w objęciach pośrodku pokoju. Coś szumi za oknem, ale nie wiem co. Śwista i buczy, zbliża się, i zbliża, i zbliża, i czasem tylko oddala. Gramofon użycza głosu starszemu panu. To ostatnia niedziela, mówi pan. Dzisiaj się rozstaniemy, dodaje. Nie lubię takich piosenek. Są stare. Są smutne. Patrzę na mojego małego brata. Mirek ma rok i leży rozkopany na wersalce, patrząc, jak mama obraca się, a jej sukienka faluje i czerwony szal unosi się przy każdym kroku.

Mama upuszcza fotografię. Trzask. Szkło pęka.

Mirek zaczyna płakać.

Chowam się.

Chciałabym zabrać Mirka ze sobą, ale jest już za późno. Krzyk dziecka wyrywa ją z jej świata, ale wcale nie wydaje się cieszyć, że nas widzi. Chciałabym mu pomóc. Chciałabym mu pomóc, ale jest już za późno. Mama go widzi. Przebiega przez pokój po szkle i dopada do łóżka, i porywa go w ramiona. Niech wali się świat, śpiewa pan, którego nie lubię, i prawie nie słychać już tego, co buczy za oknem. Mama przytula mojego braciszka tak, że krzywa mordka Mirka znika w czerwonym szalu, i znów tańczy. Jeden obrót, drugi, trzeci, a pod jej stopami pełno jest szkła. Mama jest bosa. Jej stopy zostawiają na podłodze smugi w kolorze szala.

Uciekam do piwnicy.

Piwnica jest bezpieczna. Jeśli nie ma się lampy, trudno jest wyjść poza główne pomieszczenie, gdzie stoi piec i gdzie tata, nim zniknął, przychodził rozpalić. Ale teraz nikt go nie używa. Każde inne pomieszczenie jest wypełnione pudłami i wiaderkami ze śmieciami po kolejnych mieszkańcach domu.

– Zimno tu – skarżysz się.

Ale przecież wszędzie jest zimno, jak to w listopadzie.

– Więc co chciałaś mi pokazać? – pytasz. – Bo jak już skończysz, to wiesz, możemy iść do mojej mamy na małe co nieco. Jak poproszę, to zrobi nam leguminkę. Dzieciaki ją uwielbiają.

Osiedlowa dzieciarnia zawsze trzymała się razem i słyszałam ich kilka razy, jak odwiedzali Jacka, ale bałam się do nich wyjść. Dzieci są straszne. A ja nie chciałam, by poznali mamę.

– Leguminkę? – powtarzam z zainteresowaniem.

Od tamtej nocy, gdy mama tańczyła, a za oknem coś buczało, Mirek już nie płakał. Stał się taki jak ja, dzielny i rozsądny. Wiedział, że mamy nie można denerwować, że mama nie zawsze mówi prawdę i że są dni, kiedy trzeba się przed nią chować. Wytłumaczyłam mu to tak, jak teraz musiałam wyjaśnić Jackowi. Ale w tym domu nietrudno się było dobrze schować.

– Zobacz – mówię i łapię mojego przyjaciela za rękę. – Możesz tu tak zniknąć, że nikt cię nigdy nie znajdzie.

– Wcale nie potrzebuję się chować – odpowiadasz, podpierając się drugą ręką o kulę. Kuśtykasz, gdy prowadzę cię przez labirynt pudeł. – Już i tak wszyscy udają, że mnie nie widzą. Mama mówi, że nie chcą się gapić na moją nogę. Ale ja wolałbym, żeby się gapili.

Milczę.

– Musisz się chować, gdy słyszysz moją mamę. Ona jest niedobra.

– To tutaj?

– To dopiero pierwsze miejsce – wyjaśniam. Pomieszczenie, w którym się znajdujemy, jest ciasne i duszne, i odcięte od światła. Ściany zastawione są drewkami, które ktoś kiedyś porąbał, ale nigdy nie użył, i pudłami pełnymi śmieci. Wspinamy się na jeden karton, drugi, trzeci, i zeskakujemy w szczelinę za nimi.

– Tu przyprowadzam brata, gdy mama źle się czuje.

– Nie widziałem nigdy twojego brata.

– On mieszka tutaj tylko czasem. Boi się. Jest jeszcze malutki, wiesz? Ale nigdy nie płacze. Nigdy! Jest bardzo dzielny.

– Dlaczego nie płacze?

– Żeby mama go nie słyszała. Nasza mama nie lubi, jak ktoś płacze.

– Wasza mama nie pozwala wam płakać i nie robi wam leguminek – konstatujesz, przysiadając na pudle. Ręka, którą opierasz na kuli, potrzebuje odpoczynku. – E, to ja wolę moją mamę.

– Też wolę twoją mamę. – Wzruszam ramionami.

Mirek naprawdę nigdy nie płakał od tamtej ostatniej niedzieli. Po szalonym tańcu na szkle mama powiedziała, że zaniesie go do babci, bo sama nie może sobie z nim poradzić, mimo że nadal gwizdało za oknem i zapadał zmrok.

– A twoja babcia odchowała ósemkę chłopaków, więc może zabrać się i za niego – powiedziała, zakładając czerwony kapelusik. – Nie żeby wyszło jej to wybitnie dobrze, skoro jej syn pierwsze, co zrobił, gdy przyszli, to złapał plecak i zniknął.

Tak dowiedziałam się o plecaku.

– Oni wtedy strasznie długo nie wracali – mówię, prowadząc go w inny kąt piwnicy, za małe, skrzypiące drzwi, których nie widać wcale, jeśli się nie wie, że tu są. Mama nie wie. – Strasznie, strasznie długo i bałam się, że nie wróci już nigdy. A gdy wróciła, była sama.

A ja się mamy boję.

– Więc gdy płaczę, chowam się tutaj. – Pokazuję ciasną przegrodę. Od pieca oddziela ją cienka, koślawo postawiona ściana, w której brak kilku cegieł. Gdy się przykucnie, to można zobaczyć, co się dzieje na schodach, ale ze schodów nas nie widać. Nie da się tutaj wejść normalnie, trzeba skorzystać z tych małych drzwiczek.

Drzwiczek, których nie widać wcale, jeśli się nie wie, że tu są.

– Nadal ci zimno? – dziwię się, widząc, że drżysz. – Dobra, jak chcesz, to pójdziemy do piaskownicy. Mnie to wszystko jedno, chciałam tylko, żebyś wiedział. – Wzruszam ramionami.

– To… to… Mirek – jąkasz się, pokazując palcem na coś za moimi plecami. Odwracam się. Ledwie chodzący maluch, kołysząc się na pałąkowatych nóżkach, drepcze w naszą stronę. Wychodzę naprzeciw niemu i łapię w chwili, gdy ma się przewrócić.

Podchodzę do ciebie z bratem w rękach. Gapisz się na Mirka i wyglądasz, jakbyś się bał. Ale czego?

– To tylko Mirek – mówię, żeby cię uspokoić. – Nie martw się, czasem tu przychodzi. Tęskni za mną, sam rozumiesz. Póki moja mama nas nie znajdzie, nic nam nie będzie.

– A jeśli twoja mama nas znajdzie?

– Wtedy szybko musimy się schować – wyjaśniam jak dziecku. – Mówiłam ci przecież. Wiesz już, gdzie. Ale mama nigdy nie przychodzi do piwnicy. Zeszła do niej tylko raz w życiu. – Tak mi się wydaje, no bo kto inny schowałby Mirka do beczki w kącie, gdzie go znalazłam parę dni temu?

Mój braciszek trąca mnie w policzek.

– Przestań – mówię.

Ale on nie przestaje. Stuka mnie i szczypie, i klepie otwartą dłonią, i gdy już mam się na niego zezłościć, składa mi pięknego całusa na twarzy.

– On nie jest prawdziwy – mówisz, wpatrując się w niemal przezroczyste dłonie mojego brata.

– Wszyscy jesteśmy tak samo prawdziwi – oburzam się. – Co ty sobie myślisz? Mirkowi nic nie brakuje. Myśli i czuje, i istnieje tak samo jak ty i ja.

– Ale on nie jest prawdziwy – protestujesz.

Mirek zaczyna wyrywać mi się z rąk, więc puszczam go wolno. Gapisz się na niego jak na dziwadło z cyrku, co doprowadza mnie do szału.

– To bardzo krzywdzące, mówić o kimś, że jest nieprawdziwy, tylko dlatego, bo nie żyje – tłumaczę Jackowi. – Takie rzeczy się zdarzają.

Mój mały braciszek dopada twoich nóg.

– Agumetocki – mówi, patrząc na kulę, na której opierasz wiotkie ciało. Unosisz stopę, której dotyka mój brat i wiem, że czujesz go tak, jakby był żywy. Ale mój argument nie trafia do ciebie.

Koniec dyskusji. Gdybym miała więcej czasu, może wytłumaczyłabym ci Mirka lepiej, może byś nas zrozumiał. Przykro mi. Ale nie zdążam, bo nagle słyszymy coś nowego.

Z sufitu dobiegają drobne, szklane stuknięcia. Obcasy. Trzask drzwi. Ktoś zapala światło na schodach. Stuk, stuk, stuk. Każdy stopień zostaje naznaczony uderzeniem szpilki. Chwytam braciszka i pokazuję ci, byś wślizgnął się za piec.

– Jacek, chodź tu!

Kucamy w kurzu i drewkach. Drzwiczki, przez które się przeciskamy, wracają na miejsce ze zgrzytem i boję się, że narobiły za dużo hałasu. Ciężkie zapadki wchodzą na swoje miejsce i wiem już, że nic ich nie ruszy. Jesteśmy bezpieczni.

Mirek milczy; z rozchylonych ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Przytulam go, by dodać mu otuchy.

Kładziesz kulę na ziemi. Metal uderza o podłogę z cichym kliknięciem. Modlę się, by tego nie usłyszała. Wychylasz się, by coś zobaczyć. Właścicielka obcasów kręci się po piwnicy, przesuwa szpargały, dotyka pieca. Przez szpary w ścianie dostrzegam czerwony szal. Aniele boży, stróżu mój, recytuję w myślach. Spraw, by mama nas nie znalazła.

Wreszcie, gdy mija wieczność, kroki oddalają się. Stuk, stuk, stuk, trzaśnięcie drzwiami. Znów jesteśmy sami.

– Moja mama nie jest taka jak twoja. Nie może nas znaleźć – wyjaśniam Jackowi. – Musisz zawsze się przed nią chować, bo inaczej mogłaby zrobić nam coś złego.

– Co mogłaby zrobić? – pytasz, ale nie potrafię ci odpowiedzieć.

– Ale przecież moja mama jest tam na górze! – uświadamiasz sobie nagle. – Muszę jej powiedzieć, muszę ją chronić!

– Nie możesz tam iść – próbuję tłumaczyć. – Nie, póki ona tam jest.

Ale wcale mnie nie słuchasz. Ledwie kroki na górze cichną, wyskakujesz zza pieca i wskakujesz na pierwszy stopień. Biorę Mirka na ręce.

– Zaczekaj! – mówię, ale jesteś już na szczycie schodów i mnie nie słyszysz.

Coś się zmieniło. Czuję to wyraźnie, choć nie wiem, o co chodzi. Wszystko jest przecież takie samo. Tylko… powietrze pachnie inaczej.

Podążam twoimi śladami i wreszcie staję w drzwiach piwnicy. Cisza. Gdzie jesteś?

Mirek zaczyna się wyrywać i doskonale go rozumiem. Nasze miejsce jest w piwnicy. Puszczam go na podłogę. Natychmiast cofa się w półmrok. Staje na pierwszym stopniu, potyka się i spada w ciemność. To nie szkodzi, wiem, że nic mu nie będzie.

Boję się. Boję się, że mama znów wpadnie w złość, że znów puści piosenkę, przy której dobrze się umiera. A ja znowu wpadnę w nieskończoność, w której znajduję mojego brata w beczce ciągle i ciągle od nowa, zawsze tak samo przerażona. Ale mój nowy przyjaciel potrzebuje mnie teraz bardziej niż kiedykolwiek.

Ostatnia scena tego dnia, jaką pamiętam, była jak lustro. Pośrodku jednego odbicia stał Jacek i jego rodzice. Pośrodku drugiego – ja i moja mama.

Nie rozumiem.

Gra telewizor, a w nim polityka. Siwe głowy coś udają, ale nie słucham. Na krześle siedzi kobieta w czerwonym szalu i płacze. Szpilki leżą rozrzucone na podłodze. Pociesza ją mężczyzna siedzący na ławie naprzeciwko. Pochyla się nad nią w obronnym geście. Trzyma jej dłonie w swoich. Łzy kapią z policzków na drewnianą podłogę.

– Mamo, mamo, musisz się schować – mówisz, szarpiąc jej ramię. – Zła pani chce nas złapać. – Tato, powiedz jej. Musimy wszyscy uciekać.

Nie słuchają cię.

Z ekranu telewizora znika twarz polityka. Pojawia się starszy pan. To ostatnia niedziela, śpiewa, a mnie przechodzą ciarki. Mama lubi tę piosenkę. Boję się, że to ją zwabi.

– Jacek, zostaw ich. Musimy się schować – mówię.

Obraz w lustrze i jego odbicie zlewają się w jedno. Stoję nieruchomo, wpatrując się w kobietę, w jej czerwony szal i pochyloną głowę. Tylko piosenka pozostaje ta sama.

– Mówią, że to nie porwanie – kobieta tłumaczy mężczyźnie. – Że on tu jest.

– Gdybyś mnie posłuchała, nie marnowałabyś pieniędzy na zgadywanki jasnowidzów – mówi mężczyzna. – Gdyby Jacek tu był, już byśmy go znaleźli. Przeszukaliśmy wszystko. Latarkę mógł zostawić każdego innego dnia, nikt nie zagląda do piwnicy.

Błąd.

– Jestem tutaj – piszczy Jacek. – Spójrz, tato!

Przeszukaliście miejsca dostępne dorosłym.

Jacek wreszcie rozumie, że rodzice go nie słyszą. Spogląda na mnie. Nie wiem, co myśli, nie chcę wiedzieć, boję się i jest mi wstyd. Wyciągam rękę, którą po zawahaniu łapie. Nie ma kuli, nie potrzebuje już jej.

– Jak chcesz, możemy teraz iść do piaskownicy – proponuję, ale wtedy czerwony szal opada na ziemię.

Widzę twarz mamy i z krzykiem uciekam do piwnicy. 

Koniec

Komentarze

Klimatyczne i nawet nieco niepokojące… podoba mi się. Szczególnie zakończenie i postać samej mamy, której nie rozumiałem, później myślałem, że rozumiem i znów nie rozumiałem. 

Zabieg dosłownego wrzucenia czytelnika w bohatera, spotykam po raz pierwszy. Nie czułem tego, gubiłem się, ale to raczej kwestia przyzwyczajenia i gdyby podobny tekst był dłuższy to mogłoby zdziałać naprawdę wiele… przynajmniej tak mi się wydaje. 

Przypadkiem się dowiedziałam o tym plecaku i wciąż mam jej o to za złe.

Proszę mnie poprawić jeśli się mylę, bo żaden ze mnie ekspert, ale wydaje mi się, że to ”o” jest niepotrzebne. Brzmi jakoś tak dziwnie. 

Tekst bardzo dobry, co prawda to nie przez niego, nie będę mógł spać w nocy (większy problem czeka teraz w mojej szafie, żeby o 1:26 usiąść na krawędzi łóżka), ale motyw intrygujący i niejednoznaczny. 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dzięki za przeczytanie, MaSkrol. Miło mi, że ci się spodobało :)

 

Forma tekstu była zabawą – eksperymentem. Mam nadzieję, że dzięki temu zapadnie w pamięć i wyróżni się spośród miliona podobnych sobie horrorów.

 

Literówkę już poprawiam.

 

 

Przybij piąteczkę ode mnie potworowi z szafy!

No Kami, narracja prowadzona z punktu widzenia dziecka zdecydowanie ci służy. To twój najlepszy kawałek, z tego co czytałem, dobrze że nieprzesadnie długi, bo taka narracja po jakimś czasie zaczęła by męczyć, ale tu gra jak ta lala ;) Mała uwaga. Nie plecak wojskowy tylko wojskowy plecak ;)

Michał <3

Tęskniłam!

 

I dziękuję ślicznie, cieszę się bardzo, że się spodobało :)

Ach, znów ta narracja dziecięca – wychodzi na jaw mój niedojrzały umysł ;) A ja chcę być dorosła! 

 

Przesyłam uściski <3

Hej! Tak w ogóle to pamiętam o “Welesównie”:) Postaram się wkrótce odezwać;)

Odzywaj się bez Welesówny też, okej? :D

Przeczytałam wczoraj, ale nie miałam okazji napisać komentarza, więc wrzucam teraz. Ogólnie tekst mi się podobał, fajnie buduje nastrój, opisy przemawiają do wyobraźni. Jeśli chodzi o mnie, to dla mnie eksperyment narracyjny był trochę zbędny. Udało Ci się tę narrację prowadzić konsekwentnie, ale na mnie nie do końca to działało, nadal wyobrażałam sobie po prostu dwójkę dzieci i ta personalna narracja trochę mnie drażniła, ale nie jakoś mocno. W końcówce troszkę zagmatwałaś opisy, tak że nie do końca wiedziałam, co się właściwie dzieje i miałam problem, żeby to sobie jakoś zobrazować, ale mimo tego, zrozumiałam konkluzję opowiadania, więc nie był to jakiś duży problem. Jedna rzecz, o której myślałam dzisiaj jeszcze, to że nie do końca jest jasne, czy ta mama jest również duchem? Jeśli tak, dlaczego? Tego zabrakło. Jednak w większości opowiadań grozy dowiadujemy się czegoś o potworze, najlepsze z nich potrafią wzbudzić nawet sympatię do potwora (np. “Mama” Guillermo Del Torro). Ty byłaś blisko tego sukcesu, bo gdzieś przebija się wiadomość o tym, że Twój potwór jest w gruncie rzeczy postacią tragiczną, ale jednak zabrakło szczegółów w jego historii. Zabrakło mnie, może innym odpowiadają niedopowiedzenia. 

Pomijając tych kilka elementów, tekst bardzo mi się podobał, a wizje wirującego czerwonego szala pewnie zostaną ze mną na chwilę dłużej. :)

Pierwsza moja myśl była taka, że to opowiadanie jest do bólu… uczciwe. :)

Uczciwe dlatego, bo znalazłem tutaj wszystko to, co miałem obiecane w zapowiedzi.

Znaczy, reklamacji nie będzie. :)

Czytało się bardzo fajnie. Zamiast pisać o samym opowiadaniu, skupię się raczej na tym eksperymencie, który tutaj prezentujesz. Ja bardzo lubię takie zabawy formą, więc siłą rzeczy mocno mnie to zainteresowało.

Ogólnie pomysł na plus. Jeżeli była to tylko jednorazowa próba, uważam, że powinnaś pójść krok dalej. Na dzisiaj, przynajmniej w mojej ocenie, nie działa to jeszcze do końca tak, jak powinno, ale sama możliwość wskoczenia w buty bohatera z pozycji czytelnika zdaje się mieć naprawdę spory potencjał.

Problem tego eksperymentu polegał w moim przypadku na pewnym zderzeniu dwóch myśli. Z jednej strony, czując się niejako jednym z bohaterów Twego opowiadania, miałem własne przemyślenia i próbowałem się (pewnie trochę mimowolnie) w całej historii odnaleźć. Z drugiej, pisząc tekst, narzuciłaś mi, jako czytelnikowi-bohaterowi określone reakcje i zachowania, które nie zawsze były zbieżne z tym, co faktycznie czułem (trudno zresztą, żeby było inaczej).

Ten konflikt myśli powodował, że nie zawsze mogłem się w tej formie odnaleźć. Ja wiem, że prawdopodobnie inaczej się tego napisać nie dało. Myślałem trochę nad rozwiązaniem tego problemu, ale nic mądrego nie udało mi się wymyślić. Dlatego sugeruję tylko, że tutaj pojawia się pewien problem w odbiorze (przynajmniej u mnie, nie wiem, jak u innych). A sugeruję dlatego, że po cichu liczę na pojęcie przez Ciebie prób rozwinięcia tego eksperymentu i być może znalezienia odpowiedniego balansu między tymi dwiema myślami, o których tutaj pisałem. Mam pełną świadomość, że to zadanie może być karkołomne. Sam próbowałem się bawić w eksperyment z relacją główny bohater-narrator, więc rozumiem, że to nie łatwe. Co jednak szkodzi spróbować?

Na koniec wrócę do samego opowiadanie, bo trochę nieuczciwie zepchnąłem je na dalszy plan. Odbiór tekstu, jak pisałem, w pełni zgodny z “obietnicami”. Czytało się świetnie. Z naprawdę sporym zaciekawieniem. 

Słowem, bardzo przyjemnie spędziłem czas przy tej lekturze.

Początek i koniec czytało mi się nie najlepiej. Mam wrażenie, że narracyjnie trochę przekombinowałaś ;-) Co do początku, nie zawsze rozumiem dlaczego dane kwestie zapisujesz w formie wypowiedzi a czasami w formie narracji. Najpierw masz rozmowę, potem pytania do czytelnika (?), potem kontynuujesz rozmowę jak gdyby nigdy nic. A potem nagle po wstawce narracyjnej będącej kontynuacją rozmowy, wprowadzasz kolejną wypowiedź dialogową, która jest odpowiedzią właśnie na narrację. Innymi słowy narracja zastępuje ci część dialogową – skoro postacie do tej pory prowadzą klasyczny dialog, dziewczynka właściwie odpowiada sama sobie, bo przecież Jacek narracji nie słyszy (ta jest przeznaczona dla czytelnika).

 

Ale w zeszłym miesiącu skończyłam już siedem lat i wiem, że nie wierzy się wszystkiemu, co mówią chłopcy. Tak powtarza mama, odkąd tata zabrał wojskowy plecak i wysokie buty, co tak głośno tupią, i zniknął. Nie wiem, gdzie jest. Nie wiem, kiedy wróci. Wszystko, co mam, to słowa mamy, a mama co chwila mówi coś innego.

Przypadkiem się dowiedziałam o tym plecaku i wciąż mam jej to za złe.

Dzięki temu wiem też, że nie wierzy się mamom – wyjaśniam.

Jacek nie usłyszał dzięki czemu, bo wyjaśnienie nie znalazło się w rozmowie.

 

Co do końcówki, tutaj nie do końca przemawia do mnie lustrzane porównanie – masz jedno lustro, dwa odbicia, które widzi narratorka dodatkowo w tym samym czasie stojąca u wejścia do piwnicy i oglądająca jak Jacek szarpie rodziców. Wydaje mi się, że wiem, co chciałaś powiedzieć, ale nie do końca sposób obrazowania mnie przekonuje.

W poniższej scenie w pierwszej chwili nie wiedziałam, czy kobieta siedząca w fotelu również znajduje się w telewizorze czy poza nim.

Ostatnia scena tego dnia, jaką pamiętam, była jak lustro. Pośrodku jednego odbicia stał Jacek i jego rodzice. Pośrodku drugiego – ja i moja mama.

Nie rozumiem.

Gra telewizor, a w nim polityka. Siwe głowy coś udają, ale nie słucham. Na krześle siedzi kobieta w czerwonym szalu i płacze.

 

Patrzysz na mnie jak cielę. Nie dość, że jesteś całe pół roku młodszy, to jeszcze masz dwoje rodziców. Od niedawna mieszkamy razem, ty, twoi rodzice i moja rodzina. Dom jest duży, a odkąd tata zniknął, przenieśliśmy się wszyscy do jednego pokoju. Ale nie poznałam innych współlokatorów, tylko ciebie, Jacek.

Od tego momentu wiedziałam, że matka zabiła córkę i że bohaterami są zmarli. W ogóle miałam bardzo mocne skojarzenie z filmem “Inni” (tym z Nicole Kidman). Nie jest to wada, ale trochę za wcześnie się domyśliłam, o co chodzi ;-)

 

Dziewczynka ma niecałe siedem lat, Jacek jest pół roku młodszy. Ta wypowiedź zupełnie nie pasuje mi do sześciolatka, szczególnie fragment o dzieciakach.

– Więc co chciałaś mi pokazać? – pytasz. – Bo jak już skończysz, to wiesz, możemy iść do mojej mamy na małe co nieco. Jak poproszę, to zrobi nam leguminkę. Dzieciaki ją uwielbiają.

Kucamy w kurzu i drewkach.

No, nie wiem. Kucanie w drewkach brzmi jakoś dziwnie :-P

 

Podążam twoimi krokami

twoimi śladami albo podążam za tobą; podążać krokami raczej się nie da

 

Aniele boży, stróżu mój, recytuję w myślach.

Jako fragment modlitwy to Aniele Boży

 

Dobra, teraz to, co mi się podobało :-) Niepokojący nastrój, zakurzony, ciemny, nieco duszny. Fragment, w którym narratorka mówi, że moment z odnajdywaniem brata w beczce się powtarza, i że ją to przeraża. Motyw tańca na szkle najpierw ze zdjęciem, potem z niemowlęciem w ramionach. To, że właściwie nic/ bardzo niewiele wiemy o relacjach bohaterki i matki, matkę pokazujesz poprzez jej relacje z Mirkiem, postać ojca i emocje dziewczynki. To, że z jednej strony czerwień występuje jako jedyny kolor na tle czerni i szarości, a z drugiej strony to szal jest czerwony – czyli coś miękkiego, przytulnego – dodaje to ciekawego kontrastu w zestawieniu z charakterem matki, w jakimś sensie też rozmywa jej rysy (tak samo jak i taniec i ruch); tu znowu kontrast z potłuczonym szkłem – efekt jest taki, że obrazy są bardzo miękkie, niewyraźne, trochę senne, ale też dynamiczne.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Podobało mi się nawet bardzo. Niepokojące, niejednoznaczne. Dwie partie dialogowe, które masz na początku już wzbudzają niepokój czytelnika, bo w pierwszym momencie nie wie, gdzie się znajduje. Bardzo ciekawy pomysł. Czerwony szal jest jak dla mnie genialny, podobnie, jak wykorzystanie piosenki Fogga.

Napisałaś to w taki sposób, że do końca nie jestem pewna, co tam się właściwie stało. Matka zabiła syna, to jest oczywiste, ale kwestia pozostałej dwójki już nie do końca. Mam wrażenie, że winą matki jest w tym wypadku jedynie to, że córka jej się bała. Czy słusznie rozumuję?

Ojej, ile się was tu zleciało! Witajcie :D

 

rosebelle,

Na początek – cześć, kopę lat <3 

Narracja była eksperymentem – uwielbiam historie z unreliable narrators, właśnie dlatego, bo czytelnik wątpi w każde zdanie, analizuje, zastanawia się, w co wierzyć i główkuje. A opowiadanie urasta do zagadki.

Ach, marzy mi się posiadać kunszt del Torro. Może za kilka lat ;)

Jeśli chodzi o twoje wątpliwości, może podpowiem cytatem:

Idealne miejsce, gdy mama mamrocze coś do siebie, tańcząc ze ślubną fotografią w objęciach pośrodku pokoju. Coś szumi za oknem, ale nie wiem co. Śwista i buczy, zbliża się, i zbliża, i zbliża, i czasem tylko oddala. Gramofon użycza głosu starszemu panu.

 

Dziewczynka i jej mama żyły w innej epoce, niż Jacek i jego rodzina.

Dziękuję za przeczytanie, rosebelle :) 

 

 

CM,

Dzięki za miłe słowa – cieszę się, że tekst ci się spodobał. Zwróciłeś uwagę na fajny aspekt, dualizm narracji przeznaczonej jednocześnie do dwóch różnych odbiorców (podobny eksperyment prowadziłam w Motylach (profil, piórko), gdzie odbiorcą byli jednocześnie dziecko i dorosły – i tam wyszło mi to lepiej).

Jak jesteś ciekawy takich prób – a możesz być, skoro sam też kombinowałeś – to zajrzyj. A jeśli znasz lub napisałeś coś podobnego, to poleć, chętnie przeczytam.

Dzięki za przeczytanie :)

 

 

dogs,

ty cwaniaku, prześwietliłaś tekst na wylot i wyciągnęłaś z niego więcej niż ktokolwiek inny. Kocham cię jako czytelnika <3 

Zgadza się, że narracja była przeznaczona częściowo do Jacka, a częściowo do czytelnika, i one się wzajemnie przeplatały – miały to robić gładko, ale to wyzwanie i rozumiem, jeśli w pewnych miejscach drażniły. To trochę jak z Frankiem Underwoodem komentującym wydarzenia widzom – w zamyśle.

A już sama nie wiem jak, cholero jedna, wpadłaś na rozwiązanie zagadki aż tak szybko :D Zwłaszcza że nad i pod tobą wypowiadali się ludzie, którzy po skończonym tekście nie wiedzieli, o co chodziło z matką. Przenikliwa jesteś – i sprawiasz mi niezwykłą przyjemność, bo to cudowne mieć tak uważnego czytelnika.

Jeśli chodzi o Innych, to był pierwszy horror, jaki widziałam w życiu (miałam wtedy jakieś 10 lat i obejrzałam go o trzeciej w nocy, sama w pokoju) i prawie umarłam wtedy ze strachu. Od tamtej pory mam go w głowie jako niedościgniony ideał straszenia więc nawet się nie dziwię, jeśli skopiowałam pewne motywy – choć tu zrobiłam to nieświadomie.

Pozostałe uwagi przyjmuję i kajam się. A za miłe słowa dziękuję – znów, zauważyłaś tu dużo więcej niż większość czytelników. Szczególnie to, jak pięknie odczytałaś wybrany przeze mnie nieprzypadkowo szalik – czuję się doceniona, serio :)

Dziękuję za wizytę, dostać taki komentarz to lepsze jak wygrać w lotto :D

 

 

Irka_Luz

Dziękuję za przeczytanie, bardzo się cieszę, że ci się spodobało i że zwróciłaś uwagę na detale.

Natomiast jeśli chodzi o rozwiązanie – widzisz, pisząca tuż nad tobą dogs domyśliła się sekretu matki już w trzecim akapicie, a ty i inni nie – nie wiem, jak mam pisać, by było przejrzyściej, i czy coś zmieniać. Mam nadzieję, że wraz z nabieraniem doświadczenia będę w tym coraz lepsza. Zerknij do komentarza dogs i tu wyżej, do mojej odpowiedzi na komentarz rosebelle – mam nadzieję, że zaspokoję tym twoją ciekawość.

Dzięki za wizytę!

Kam, nic nie zmieniaj! To że odczytuję twojego opka inaczej, niż zamierzałaś, nie jest wadą, ani nie znaczy, że nie piszesz przejrzyście. Czasem po prostu czytelnik widzi to, co podpowiada mu jego, a nie autora wyobraźnia. :)

Kam,

Kocham cię jako czytelnika <3 

heartheartheart

 

 

Jeśli chodzi o Innych, to był pierwszy horror, jaki widziałam w życiu (miałam wtedy jakieś 10 lat i obejrzałam go o trzeciej w nocy, sama w pokoju) i prawie umarłam wtedy ze strachu. Od tamtej pory mam go w głowie jako niedościgniony ideał straszenia więc nawet się nie dziwię, jeśli skopiowałam pewne motywy – choć tu zrobiłam to nieświadomie.

 

Ja byłam trochę starsza jak oglądałam “Innych”, ale też film zrobił na mnie wrażenie. To był chyba pierwszy film z motywem zmarłych, którzy nie wiedzą, że umarli, jaki obejrzałam. (A o skopiowaniu nie pomyślałam :-)).

 

Tak jeszcze filmowo, to trochę mi się twój tekst skojarzył z “Sierocińcem”, choć nastrój inny. Pewnie przez motyw piwnicy i dziecięcych kryjówek :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Jak jesteś ciekawy takich prób – a możesz być, skoro sam też kombinowałeś – to zajrzyj.

Zajrzałem. :-) 

Przepraszam, że piszę tutaj, ale ponieważ udzielam odpowiedzi, to już nie chciałem skakać po opowiadaniach. 

Faktycznie tam wyszło Ci to super. Na początku chciałem się skupić głównie na konstrukcji tekstu, ale po kilku zdaniach widziałem już, że lepiej płynąć z całą historią. Do analizy budowy opowiadania zawsze przecież można wrócić. Ja mam taką (może mylną) teorię, że w tego typu zabawach trzeba odnaleźć właściwy balans między eksperymentalną formą, fabułą, a czytelnością opowiadania. Jeśli uda Ci się go znaleźć… wtedy dostajesz piórko. :-)

Jeszcze raz podkreślę, że naprawdę świetnie to w “motylach” zrobiłaś. Natomiast tutaj, również powtórzę, powinnaś podjąć dalsze próby. Ten balans o którym wspominałem, wydaje mi się niesamowicie trudny do uchwycenia. Może znajdziesz go za drugim, a może dopiero za piątym czy szóstym razem. Tak czy inaczej warto próbować, bo jest to element, który jak dla mnie może stanowić sporą wartość dodaną dla tekstu i równie dużą ciekawostkę dla czytelnika.

Sam niestety nie znam nic podobnego. Moje próby były z kolei zgoła odmienne, bo ja jak gdyby wyrzucałem na chwilę bohatera poza fabułę, żeby mógł się pokłócić ze zgryźliwym narratorem. Inna rzecz, że tak jak sam eksperyment wyszedł chyba nie najgorzej, tak samo opowiadanie koszmarnie rozjechało mi się konstrukcyjnie, co miało swoje dalsze konsekwencje. Nie polecam Ci go więc, bo ani jest ono bliskie Twoim próbom, ani tak naprawdę nie broni się za bardzo jakością.

Na koniec jeszcze raz namolnie powtórzę. Próbuj tego eksperymentu, bo warto. 

Ja będę wpadał na gotowe i sprawdzał, jak wyszło. :-)

Bardzo fajne opowiadanie, nastrojowe.

Podoba mi się opowiedzenie tej historii z perspektywy dziecka – nie wszystko jest podane wprost, zostawia pole do wyobraźni, a jednocześnie ładnie prowadzi czytelnika, nie dając mu się zgubić po drodze. Podoba mi się pokazanie szaleństwa matki w obrazkach. Podoba mi się pomysł. Podoba mi się język. Podoba mi się klimat.

Świetne.

Znam tylko pięć liter ;)

Dogs,

To był chyba pierwszy film z motywem zmarłych, którzy nie wiedzą, że umarli, jaki obejrzałam.

Już miałam pytać o tytuły… well, nope, nie będę sobie spojlerować :P

 

CM,

dzięki! Cieszę się, że Motylki ci się podobały, sama mam do nich słabość. Ach, ten balans… W ogóle wyczucie literackie to jest ciężki temat. Nie wiem, czy da się tego w ogóle nauczyć, czy wypada raczej ślepo, ale że nam się technika poprawia, to wygląda to lepiej. Też będę do ciebie wpadać :)

BTW – czy ty wiesz, że możesz już bibliotekować? I nie mówię tu o moim opowiadaniu, ale widzę, że się udzielasz w Geofantastycznych tekstach. Jakby ci tam coś wpadło w oko to bibliotekuj :)

 

Anet,

Ach, dostać taki komentarz od ciebie to jak wygrać dzień <3 Dziękuję! Nawet nie wiesz, jak mi miło, że opowiadanie skłoniło cię do zostawienia kilku słów. I nominacji. I nominacji do piórka. Naprawdę, zrobiłaś mi dzień, dziękuję <3

Wiesz, ja od dobrych kilku dni rozważam, czy mam już tajemną moc nominowania do biblioteki. I zawsze na końcu dochodzę do wniosku, że koniecznie muszę to sprawdzić… tylko jutro. :)

Z tym wyczuciem to faktycznie trudna sprawa. Odnoszę wrażenie, że wariant “na ślepo” potrafi przynieść najlepsze rozwiązania. Ma tylko jeden minus. Spróbuj to później powtórzyć. :)

Łaa, jednorożce! XD

 Chcę zdradzić ci sekret.

Przestawiłabym: Chcę ci zdradzić sekret.

 Ale w zeszłym miesiącu skończyłam już siedem lat

"Córka rzeźbiarza", jak strzelił. ^^

 kąty zapadają się w półmroku

Hmm. Może jednak w półmrok? Z drugiej strony, mówi mała dziewczynka… z trzeciej strony, dość dorośle brzmiąca. Więc nie wiem.

 pomieszczenie nie miało swojego końca

A czyj koniec miałoby mieć?

 tańcząc ze ślubną fotografią w objęciach pośrodku pokoju

Można by przeorganizować – nie jest źle, ale może być jaśniej: tańcząc pośrodku pokoju ze ślubną fotografią w objęciach.

 nie wiem co

Nie wiem, co.

 obraca się, (…) szal unosi się

Dwa "się".

 szczęśliwa, że nas widzi

Anglicyzm. Można się cieszyć, że się kogoś widzi, ale szczęście jest stanem trwalszym.

 nietrudno się było dobrze schować

Było – czy jest?

 konstatujesz

Wymyślne słownictwo, jak na siedmiolatkę.

 Nie żeby

Nie, żeby.

 Więc gdy płaczę

Więc, gdy płaczę.

 trzeba użyć tych małych drzwiczek

Anglicyzm.

 no bo kto inny

No, bo kto inny.

 składa mi pięknego całusa na twarzy

Hmm.

 wpatrując się niemal przezroczyste

Zjadłaś "w".

 dlatego, bo nie żyje

Dlatego, że. Chociaż dzieci tak mówią, ale dla porządku zaznaczam.

 opierasz wiotkie ciało

Hmm.

 mogłaby zrobić nam

Naturalniej: mogłaby nam zrobić.

 Podążam twoimi krokami

Raczej: twoim śladem. Nie można robić cudzych kroków.

 bardziej niż kiedykolwiek

Bardziej, niż kiedykolwiek.

po zawahaniu łapie

Raczej: po chwili wahania.

 

Brr. To ja pójdę poszukać mojego misia… Dobrze, że jest jasny dzień :)

 Ach, znów ta narracja dziecięca – wychodzi na jaw mój niedojrzały umysł ;) A ja chcę być dorosła!

No, trochę dorosłe te Twoje dzieci, a w każdym razie posługują się dość dorosłym słownictwem i składnią.

 Jako fragment modlitwy to Aniele Boży

Tak, właśnie.

A opowiadanie urasta do zagadki.

Hmm. Czy zagadka jest większa od opowiadania?

W sumie – dołączam do drużyny tych, którym spodobała się ta impresja. Tylko tak dalej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Kam_mod – sama sobie zrobiłaś dzień, pisząc takie opowiadanie ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Tarnino, 

 

“Córkę rzeźbiarza” przeczytam z przyjemnością, dzięki za rekomendację. Choć od Tove Jansson zawsze wolałam Astrid Lindgren :D

 

Dzięki za uwagi, część wdrożyłam. No i cieszę się, że zwróciłaś uwagę na anglicyzmy, bo mam z nimi problem i często ich nie zauważam. Większość moich tekstów w stanie surowym wygląda jakby nie była pisana po polsku :/

 

Anet,

:))

 

Ach, Tarnino i CM, dziękuję za szóstego i siódmego klika do biblioteki. Czuję się doceniona :D

 

 

Mam nadzieję, że ten dobry duch od piątego klika też się tu doturla z komentarzem ;)

Jestem pod wrażeniem!

To prawda, musiałam przywyknąć do narracji, ale szybko się wczułam. Mogę śmiało stwierdzić, że jesteś mistrzynią budowania napięcia. Niesamowity klimat. Obraz Mirka spadającego w ciemność, mama z czerwonym szalikiem. Brawo!

 

Sara

O rety, tyle miłych słów! Szalenie się cieszę, że ci się spodobało, Saro. Dziękuję :)

UWAGA, WIELGACHNY SPOILER! 

 

Fiuuu, kawał znakomitego tekstu! 

Jest groza oparta na tajemnicy, klimacie i nastroju, dokładnie tak jak lubię. A nastrój ów z kolei jest solidnie i tłusto rozsmarowany po chrupiącej pajdzie opowiadania, przy pomocy takich błyszczących sztućców jak:

Piwnica jest wielka, a jej kąty zapadają się w półmroku, jakby wcale nie istniały i pomieszczenie nie miało końca.

Albo:

Coś szumi za oknem, ale nie wiem co. Śwista i buczy, zbliża się, i zbliża, i zbliża, i czasem tylko oddala. Gramofon użycza głosu starszemu panu. To ostatnia niedziela, mówi pan. Dzisiaj się rozstaniemy, dodaje. Nie lubię takich piosenek. Są stare. Są smutne.

I jeszcze:

Z sufitu dobiegają drobne, szklane stuknięcia. Obcasy. Trzask drzwi. Ktoś zapala światło na schodach. Stuk, stuk, stuk. Każdy stopień zostaje naznaczony uderzeniem szpilki.

Zwłaszcza to drugie jest świetne. Angażuje u czytelnika zmysły inne, niż wzrok, a użycie znanej piosenki natychmiast odpala sekwencję skojarzeń, co o kilka poziomów pogłębia immersję (tak, nauczyłem się od Counta nowego słowa i teraz zapamiętale go używam :-)) Tak właśnie buduje się nastrój! 

Tekst ma właściwą długość – wystarczająco długi, by wsiąknąć w atmosferę i zastanowić się nad fabułą, i odpowiednio krótki, by nie wpaść w ględzenie. 

Kokejne fiuuu uznania za poprowadzenie fabuły. Istotnie, dość szybko zorientowałem się, że Mirek i dziewczynka to duchy, ale biorąc pod uwagę fakt, iż nie był to jedyny tłist (choć tłist to może niewłaściwe słowo – lepiej: emocjonalny sztych) jaki trzymałaś w zanadrzu, nie uważam, że nastąpiło to za wcześnie. Bo tego było więcej: nie od razu Mieczysław Fogg zazębił mi się z wojskowym plecakiem i ciężkimi butami taty, więc dość późno skojarzyłem, że dzieci tkwią w zapętlonym koszmarze od wielu lat i dopiero przybycie Jacka coś zmienia. Już pod sam koniec zrozumiałem, że Jacek też nie żyje, a sam moment, gdy daremnie stara się zwrócić uwagę rodziców, to miodzio. No, gryczany miodzio, z nutką gryzącej goryczki :-) Zatem uważam, że przynajmniej w moim przypadku owe emocjonalne prawe sierpowe zadziałały jak należy i przyjmowałem je w odpowiednim czasie. 

Zwłaszcza, że absolutnie nie traktowałem tekstu jako zagadkę, której rozwiązanie ma mi dać satysfakcję. Nie sądzę, by o to Ci chodziło w opowiadaniu :-) 

Jasne, opieranie ładunku emocjonalnego na krzywdzie dzieci to najprostszy sposób. Nie traktuję tego jednak jako wadę, bo zgrabne i sprawne poruszanie się po znanych motywach to cenna umiejętność, zwłaszcza w przypadku literatury, bądź co bądź, rozrywkowej. 

Znowu jasne, że tekst kojarzy się z Guillermo del Toro, a jeszcze bardziej z "Innymi". I również w tym nie widzę wady, bo narzekanie na ten fakt, to jak kręcenie nosem, że owszem, ta pani jest ładna, ale za bardzo kojarzy się z Nicole Kidman. 

No dobrze, skoro już pozwoliliśmy różowym jednorożcom uczciwie pohasać po soczystej łące Twojego opowiadania, czas zapędzić je do zagrody:

Pomysł z drugoosobową narracją uważam za kompletnie nietrafiony. Oczywiście taką narrację można lubić, zarówno jako autor jak i czytelnik, ale nie jest ona oczywista, nie jest dla czytelnika naturalna. Umiejętnie zastosowana pogłębia immersję (ach, jak ja lubię to słowo :-)) ale trzeba bardzo konsekwentnie, naokrągło przypominać czytelnikowi, że tekst w takiej właśnie konwencji został napisany. Inaczej czytacz bardzo szybko wpada w komfortowe koleiny trzecio lub pierwszoosobowej narracji, a momenty tej w drugiej osobie traktuje jako wybój. U Ciebie tej konsekwencji nie ma, przykładowo:

Kładziesz kulę na ziemi. Metal uderza o podłogę z cichym kliknięciem

I zaraz potem:

– Moja mama nie jest taka jak twoja. Nie może nas znaleźć – wyjaśniam Jackowi.

Takich momentów, gdy na zmianę zwracasz się do czytelnika i do Jacka jest więcej. No i cały ten zabieg z mieszaniem narracji zupełnie nic do tekstu nie wnosi, ani fabularnie, ani pod względem atmosfery. 

Dalej:

– Więc gdy płaczę, chowam się tutaj. – Pokazuję ciasną przegrodę. Od pieca oddziela ją cienka, koślawo postawiona ściana, w której brak kilku cegieł. Gdy się przykucnie, to widać, co się dzieje na schodach, ale ze schodów nas nie widać. Nie da się tutaj wejść normalnie, trzeba skorzystać z tych małych drzwiczek. Drzwiczek, których nie widać wcale, jeśli się nie wie, że tu są.

Może nie powinienem czepiać się tych widaci bo to wypowiedź siedmiolatki, ale celowe powtorzenia powinny charakteryzować się pewnym rytmem, czymś co od razu mówi czytelnikowi, że są celowe, a tutaj zamiarowości nie widać. 

To samo:

Ale wcale mnie nie słuchasz. Ledwie kroki na górze cichną, wyskakujesz zza pieca i wskakujesz na pierwszy stopień. Biorę Mirka na ręce.

Teraz odrobinę zwykłego czepialstwa:

Gra telewizor, a w nim polityka.

Wydawało mi się, że dziewczynka pochodzi z innej epoki. Plecak i buty taty wyraźnie zresztą sugerują czas okołowojenny. Skąd zatem zna koncepcję telewizora? Myślałem, że ona nie wychodzi z piwnicy, dopiero pojawienie się Jacka przerywa pętlę i zmusza ją do wyjścia.

No i wreszcie zakończenie. Myślę, że trochę niepotrzebnie namieszałaś. Te wszystkie lustra, podwójne, zlewające się odbicia zamazują obraz i nie do końca wiadomo, co się tam tak naprawdę stało. Wydaje mi się, że lepiej postawić tu na prostotę – Jacek daremnie pędzi do rodziców, co skłania Twoją bohaterkę do pognania za nim i wyrwania się z koła. Ale tam, pierwszy raz dostrzega swoją matkę nie jako zlowieszczy stukot szpilek na schodach, nie jako czerwień szalika w szczelinie drzwi, widzi jej prawdziwą twarz. Co powoduje, że przerażona znów ucieka do piwnicy. 

Muszę przyznać, że dłuższą chwilę zajęło mi zinterpretowanie zakończenia, niepotrzebnie dłuższą, bo nastrój wywołany tekstem prawie zdążył się ulotnić. Ale może to tylko ja tak wolno kojarzę, może innym nieco zagmatwana końcówka nie przeszkadzała. Tak czy owak pomyślałem sobie:

A gdyby dalej pociągnąć skojarzenia z "Innymi" – z jakichś powodów założyłem, że mama też nie żyje. Ale co gdyby, tak jak w filmie, naprawdę straszni byli żywi, a matka wciąż mieszkała w swym dawnym lokum, na wpół szalona, stara kobieta (jak ślepa babcia – medium z "Innych")? A dziewczynka (czy ona ma jakieś imię? Nie zauważyłem) po dziesiątkach lat zrywa pętlę, patrzy na starą twarz matki i uświadamia sobie co tak dokładnie się dzieje i ile czasu naprawdę minęło. Przeraża ją to tak bardzo, że z powrotem chowa się w piwnicy… 

Czad! 

 

No dobra, dość już :-) Tak naprawdę istotne jest tylko to, co napiszę poniżej. Wszystko inne możesz sobie darować:

Rewelacyjny nastrój, groza jak się patrzy, ładunek emocjonalny na wysokim poziomie, fabuła bardzo dobra, technicznie też nie ma za bardzo do czego się przyczepić. Eksperyment z narracją nieudany. 

W sumie – świetny tekst i znakomite wrażenia z lektury. Można znowu wypuszczać jednorożce. 

 

 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Oretyretyrety, thargone! Mam ochotę twój komentarz wydrukować i oprawić w ramki. O matko no. Jednorożce szaleją w sadzawce tęczy, będę im musiała zaaplikować meliskę. <3

 

Tu w sumie mogłabym skończyć, ale chcę jeszcze doprecyzować parę spraw.

Angażuje u czytelnika zmysły inne, niż wzrok, a użycie znanej piosenki natychmiast odpala sekwencję skojarzeń, co o kilka poziomów pogłębia immersję

Mówią, że angażowanie zmysłów to ważna rzecz w pisaniu, więc staram się wplatać to w moje opowiadania – fajnie że doceniłeś!

Istotnie, dość szybko zorientowałem się, że Mirek i dziewczynka to duchy, ale biorąc pod uwagę fakt, iż nie był to jedyny tłist (choć tłist to może niewłaściwe słowo – lepiej: emocjonalny sztych) jaki trzymałaś w zanadrzu, nie uważam, że nastąpiło to za wcześnie.

Taki był zamiar – czytelnik podejrzewa, że Mirek i dziewczynka to duchy, gratuluje sobie przenikliwości i skupia się na nich. A wtedy ja go zachodzę od tyłu i łup!

nie od razu Mieczysław Fogg zazębił mi się z wojskowym plecakiem i ciężkimi butami taty

Bardzo dobrze, tak miało być! Martwiłam się już, że rozstrzeliłam to za bardzo, bo niektórym czytelnikom się jednak nie zazębiło :(

Znowu jasne, że tekst kojarzy się z Guillermo del Toro

Tego pana oglądałam tylko Labirynt Fauna, polecasz coś jeszcze? z którym filmem konkretnie się kojarzy?

 

ale trzeba bardzo konsekwentnie, naokrągło przypominać czytelnikowi, że tekst w takiej właśnie konwencji został napisany. Inaczej czytacz bardzo szybko wpada w komfortowe koleiny trzecio lub pierwszoosobowej narracji, a momenty tej w drugiej osobie traktuje jako wybój. U Ciebie tej konsekwencji nie ma

Hm. Tekst miał być konsekwentny w swojej niekonsekwencji – narratorka miała opowiadać historię jednocześnie czytelnikowi i Jackowi. Skąd przeskakiwanie między narracją a wypowiedziami kierowanymi w stronę chłopca. Generalnie wyszło to tak, jak chciałam, ale czytelnikom się taki eksperyment nie podoba. No trudno, będę na pewno kombinować dalej. Chciałam tylko dać znać, że to była świadoma decyzja literacka.

Wydawało mi się, że dziewczynka pochodzi z innej epoki. Plecak i buty taty wyraźnie zresztą sugerują czas okołowojenny. Skąd zatem zna koncepcję telewizora? Myślałem, że ona nie wychodzi z piwnicy, dopiero pojawienie się Jacka przerywa pętlę i zmusza ją do wyjścia.

Tak, dobrze odgadłeś czas okołowojenny, natomiast ograniczona była do domu/podwórza (jest wzmianka na początku, że wybierali się do piaskownicy z Jackiem). W piwnicy siedzi ze strachu. Ale rozumiem, skąd to wrażenie, że jest uwięziona – też by to ładnie koncepcyjnie pasowało (nawet fajniej w sumie).

 

 

A jeśli chodzi o zakończenie, to eksperymentowałam z unreliable narrator (moje ulubione hasło ostatnio, jak twoja immersja ;)). Co tak naprawdę widziała dziewczynka? Nie wiadomo! Czy w ogóle widziała mamę? Czy mama jest duchem, czy to widok mamy Jacka, również noszącej czerwony szalik, obudził w dziewczynce wspomnienia? A może mama dziewczynki opętała mamę Jacka i go zabiła? Huhu. (Wymyślam na poczekaniu).

Myk był taki, że dziewczynka zobaczyła czerwony materiał, który obudził w niej wspomnienie z dzieciństwa i uciekła, nie sprawdzając, co widzi. Czytelnik może sobie dopowiedzieć, co zobaczyła.

 

Muszę przyznać, że dłuższą chwilę zajęło mi zinterpretowanie zakończenia, niepotrzebnie dłuższą, bo nastrój wywołany tekstem prawie zdążył się ulotnić.

Ale to takie miłe, gdy tekst zostaje z czytelnikiem na dłużej, zamiast wypadać mu z głowy pięć minut po przeczytaniu! Bardzo się mimo wszystko cieszę z takiego efektu. :)

 

Natomiast twoja końcówka to faktycznie czad! Co prawda to już zupełnie inna historia od mojej, ale równie fajna i ma doskonały strachopotencjał :D

I chyba tak się tworzy literaturę – biorąc historię i pisząc ją po swojemu. Super :)

 

Dziękuję za przeczytanie, thargone, i za cały ten piękny komentarz. To naprawdę wiele dla mnie znaczy :)

Przyznaję, że opowiadania w Histerii nie czytałam, więc zaskoczyło mnie pewne podobieństwo tematyki i motywów pomiędzy “Panią straszną” a moim babsztylem na czerwono. Ha, wielkie umysły myślą podobnie! 

Podbijając opinie rozmówców: gładko poprowadzona narracja z ciekawym odwróceniem punktów widzenia (choć momentami wychodziło to chaotycznie i musiałam wczytać się dokładniej, by rozumieć, kto tu jest kim i kto jest martwy z jakiego powodu). Bardzo subtelnie przeplatasz informacje, które czytelnik musi sobie wyłuskać, żeby zebrać obraz sytuacji. Podobało mi się oddanie punktu widzenia dziecka i swego rodzaju dziecięcego “potoku wymowy” w narracji, wyszło to fajnie i naturalnie. Podstawa do ześwirowania Bardzo Strasznej Mamy wydała mi się lekko przesadzona (a bo to pierwsza kobieta zostawiona przez męża? Nie wszystkie świrują), natomiast zaraz potem zreflektowałam się, że to tak naprawdę zależy od wrażliwości jednostki, więc wersja wydarzeń może być jak najbardziej prawdopodobna.

No, bardzo fajnie, porządna robota, znać fachowca. <klep> Klika ode masz.

Elo, Wiktor!

 

Przyznaję, że opowiadania w Histerii nie czytałam, więc zaskoczyło mnie pewne podobieństwo tematyki i motywów pomiędzy “Panią straszną” a moim babsztylem na czerwono.

Prawda? Też byłam zdziwiona.

 

Ha, wielkie umysły myślą podobnie! 

Jak stare przysłowie rzecze, zwei Dumme, ein Gedanke, kochanie moje <3

 

natomiast zaraz potem zreflektowałam się, że to tak naprawdę zależy od wrażliwości jednostki

Wiktor okazujący ślady empatii… Mogę umrzeć szczęśliwa. My job here is done. 

 

 

Za wszystkie miłe słowa strasznie dziękuję, fajnie, że dopatrzyłaś się w tekście tylu pozytywów <3 Trzymaj się cieplutko :)

“Chciałabym zabrać Mirka ze sobą, ale jest już za późno. Krzyk dziecka wyrywa ją z jej świata, ale wcale nie wydaje się cieszyć, że nas widzi. Chciałabym mu pomóc. Chciałabym mu pomóc, ale jest już za późno.”

Ogólnie, jeśli się przyjrzysz, masz bardzo dużą ale-lozę…

 

“Siwe głowy coś udają, ale nie słucham.” – Nie rozumiem tego zdania. Co może udawać głowa?

 

Ładnie operujesz klimatem, obrazy są plastyczne, pojawia się lekki niepokój i dyskomfort. Mimo tego nie przestraszyłam się ani trochę, nazwałabym to raczej… realizmem magicznym niż horrorem, w sumie. Eksperyment narratorski jest troszkę dziwny i odrobinę mi nie przypasował, przy dłuższym tekście pewnie by mnie ta forma zmęczyła, choć tu się ciekawie sprawdziła.

W końcówce całkiem mnie zgubiłaś. O ile jest absolutnie jasne, że matka zabiła Mirka i idzie się domyśleć, że na jakimś etapie zabiła również córkę, o tyle nie rozumiem, o co chodzi z tymi lustrzanymi odbiciami. No i z rodzicami Jacka. Mamy scenę, w której kobieta w szalu płacze, ktoś ją pociesza, szal sugeruje, że to matka narratorki, ale wychodzi na to, że jednak matka Jacka… ale jednak okazuje się, że to matka dziewczynki. Tak więc kupuję (bardzo) klimat, ale fabularnie błądzę w ciemności.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hej, Jose! <3

Dzięki za miłe słowa! “Realizm magiczny” – to ciekawe, nie patrzyłam na to w ten sposób. Fajnie, że pasuje ci ta osobliwa narracja w tekście, bo zbiera głównie głosy na nie :D

Zakończenie częściowo wyjaśniłam już w komentarzu do thargone’a – dziewczynce miesza się i nie wie sama, kogo widzi i przed czym ucieka. Podobno horrorom dobrze robi, jak czytelnikowi się trochę zamiesza w głowie ;)

Dziękuję za przeczytanie, trzymaj się cieplutko! :)

Klimatyczne. Kojarzy mi się z hiszpańskimi horrorami o nawiedzonych domach, zwłaszcza z “Sierocińcem”. Narracja drugoosobowa wyszła fajnie, podobnie jak opisy od strony ducha. Choć łatwo się domyślić stanów poszczególnych osób, to mimo to czekałem na ten finalny twist i jego ujawnienie.

Jeśli się do czegoś przyczepić, to do tej przewidywalności.

Podsumowując: emocjami i klimatem koncert fajerwerków stoi. Dobra lektura.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie taję, że mnie eksperyment niespecjalnie się spodobał i ta forma narracji okazała się dość irytująca. Jednakowoż historia zaciekawiła i czytałam z zainteresowaniem. Doceniam zatęchły i mroczny klimat piwniczny dominujący w opowiadaniu, bo w tym środowisku doskonale znaleźli się mali bohaterowie. Brakuje mi jednak słowa wyjaśnienia, dlaczego kobieta w czerwonym szalu uśmierciła dzieci, tak jak nie mam pojęcia, co się wydarzyło, że Jacuś do nich dołączył.

Dlaczego tytuł zapowiada kobietę z szalikiem, podczas gdy w całym opowiadaniu występuje kobieta z szalem?

 

od­po­wia­dasz, pod­pie­ra­jąc się drugą ręką o kulę. –> Podpieramy się czymś, nie o coś.

Proponuję: …od­po­wia­dasz, wspierając się drugą rękę na kuli.

 

ją­kasz się, po­ka­zu­jąc pal­cem na coś za moimi ple­ca­mi. –> …ją­kasz się, po­ka­zu­jąc pal­cem coś za moimi ple­ca­mi.

Palcem pokazuje się coś, nie na coś.

 

Wy­cho­dzę na­prze­ciw niemu… –> A może: Wy­cho­dzę mu na­prze­ciw

 

Po­chy­la się nad nią w obron­nym ge­ście. –> Gesty wykonuje się rękami, nie całym ciałem.

Może: Po­chy­la się nad nią w obron­nej pozie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo niepokojący tekst, ładnie oparty na grozie i klimacie. Wiele scen bardzo obrazowych. Narracja drugoosobowa nie należy do moich ulubionych, ale reszta zalet to nadrabia.

Bardzo, bardzo, baaaaardzo duży plus za nastrój. Scena matki tańczącej z niemowlęciem – brrr… Na pewno długo o tym nie zapomnę. Może inaczej na to patrzę jako matka, podchodzę do takich scenek bardzo emocjonalnie, ale naprawdę udało Ci się odmalować w mojej głowie przerażający obraz. No i scena z beczką :/ Brrrr…

Na początku myślałam, że bohaterka zamknie kolegę w tym pomieszczeniu, zatrzaśnie i maluch dlatego umrze. W sumie nie do końca wiadomo, co się stało, ale taka była moja pierwsza myśl ;) 

Z duchami akurat mnie nie zszokowałaś, jakoś od początku przeczuwałam, że o to chodzi, ale nic nie szkodzi, bo zdecydowanie nadrobiłaś zakurzonym, czerwonoszalikowym klimatem. 

 

Jedyne, co mi nie pasowało, to końcówka, która według mnie jest zdecydowanie zbyt niejasna, no i ta eksperymentalna forma narracji, którą wykorzystałaś. Moim zdaniem zdecydowanie lepiej by to wypaliło, gdybyś pisała w pierwszej osobie, bez zwrotów per “ty”. Zwłaszcza, że (jak ktoś już zauważył), nie zawsze byłaś w tym konsekwentna.

Z usterek technicznych – gdzieś mignęły mi powtórzenia, nawet więcej niż jeden raz. Zerknij no w wolnej chwili ;) No i ta niekonsekwencja w narracji ;)

A poza tym super – groza wyszła Ci świetnie!

 

NoWhereMan, dzięki! Cieszę się, że odnotowałeś fajerwerki :D No widzisz, ty się łatwo domyśliłeś, a połowa użytkowników pyta mnie, co się stało. Możesz sobie pogratulować przenikliwości ;)

 

Regulatorko, bardzo się cieszę, że historia zdołała cię zaciekawić – to chyba piewszy raz z moim opowiadaniem, więc bardzo mi miło i jestem dumna z tego komplementu :) Poprawki wprowadzę lada moment. A z tym szalikiem to mnie złapałaś!

 

zygfryd89, dzięki za lekturę!

 

Iluzjo <3

Nawet nie wiesz, ile radości sprawił mi twój komentarz. Fajnie, że udało mi się zagrać na uczuciach, o to w horrorach w końcu chodzi ^^ No i miło, że scena tańca zapadła w pamięć – to jedna z moich ulubionych. Eksperyment odnotowałam jako problematyczny – ale jak inaczej można się rozwijać, no nie?

Dziękuję za wizytę!

A z tym szalikiem to mnie złapałaś!

Bo był dość długi, powiewał i łatwo było go chwycić. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Najwyraźniej :D

Ech, chyba za dużo czytam fantastyki, bo za szybko odgadłam, kim jest narratorka. Wojna + dziecko w piwnicy = tylko jeden pasujący wynik. Gatunek horror to już redundancja.

Końcówka z lustrami trochę mętna.

No, ale ja nie przepadam za horrorami. Podejrzewam, że zbyt racjonalnie do nich podchodzę.

Babska logika rządzi!

A ja podpisuję się pod komentarzem Jose ^ ^.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Finklo,

Widzisz, jeden czytelnik powie, że zbyt łopatologiczne, a drugi będzie dopytywał, o co mi chodziło. Nie dogodzisz :) Dziękuję za lekturę!

 

Nevaz,

W takim razie ja podpiszę się pod moją odpowiedzią do jose. Dzięki za miłe słowa, trzymaj się cieplutko :D

“Histeria’ dobra rzecz… Bardzo wiele osób ją czyta. Co mi przypomniało, że dawno nic tam nie wysyłałem. 

Interesujący i dobrze napisany tekst.

Pozdrówka.smiley

Kam, wszystkim nigdy nie dogodzisz. Ale warto szukać złotego środka, posłuchać większości. Jednak większość też nie zawsze ma rację. :-/

Babska logika rządzi!

Chyba trzeba zdać się na własne wyczucie – jeśli głosy są podzielone, naturalnie. Jeśli wszyscy się krzywią, to nie ma co się oszukiwać, trzeba dopracować ;)

 

 

Roger, dzięki za odwiedziny i miłe słowa, pozdrawiam!

Nowa Fantastyka