- Opowiadanie: Irka_Luz - Przepowiednie frau Frigg

Przepowiednie frau Frigg

Fan­ta­sty­ki tyle w tym, ile kot na­pła­kał, choć dzie­ją się różne dziw­ne rze­czy. Poza tym trak­tu­ję te ko­ci­ska przy­szło­ścio­wo, więc kto wie...

Opo­wia­da­nie w for­mie krót­kie­go (ja­kieś 300 słów) szor­ta uka­za­ło się wcze­śniej na innym por­ta­lu i nawet ksią­żecz­kę dzię­ki niemu wy­gra­łam.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Przepowiednie frau Frigg

 

We­te­ry­narz za­dzwo­nił póź­nym po­po­łu­dniem.

– Mam dla pani sy­jam­ską kotkę. Za darmo! – oznaj­mił z za­do­wo­le­niem.

– Super – ucie­szy­ła się. – Maj nie bę­dzie się nu­dził.  

Nie­speł­na dwa ty­go­dnie wcze­śniej Magda przy­gar­nę­ła sy­jam­skie­go kota, no­szą­ce­go imię egip­skie­go boga Ma­ahe­sa (zdrob­nia­le Maj) i od razu pro­si­ła we­te­ry­na­rza, żeby roz­glą­dał się za to­wa­rzysz­ką dla niego.  Nie są­dzi­ła, że le­karz ode­zwie się tak szyb­ko i że za­ofe­ru­je jej kotkę tej samej rasy. W końcu sy­jam­czy­ki nie są aż takie po­pu­lar­ne i zwy­kle trze­ba za nie słono za­pła­cić. A tu pro­szę!

Zwie­rzak na­le­żał do dzie­więć­dzie­się­cio­pię­cio­let­niej sta­rusz­ki, któ­rej bar­dzo za­le­ża­ło na ode­bra­niu kota naj­póź­niej na­stęp­ne­go dnia. Wy­ma­ga­ło to tro­chę za­cho­du i odro­bi­ny kłamstw, któ­ry­mi Magda ura­czy­ła szefa, aby wcze­śniej wyjść z pracy, ale udało jej się do­grać ter­min spo­tka­nia.

– Maj, bę­dziesz miał dziew­czy­nę – po­in­for­mo­wa­ła sy­jam­czy­ka, kiedy za­koń­czy­ła serię roz­mów te­le­fo­nicz­nych.

Kocur ze­sko­czył zgrab­nie z ostat­niej półki re­ga­łu z książ­ka­mi. Nie przy­po­mi­nał już tego za­bie­dzo­ne­go stwo­rze­nia, które wy­la­zło z rowu i pra­wie wpa­ko­wa­ło się pod koła jej nis­sa­na. Za­dzi­wia­ją­co szyb­ko do­szedł do sie­bie. Jesz­cze tro­chę za mało ważył, ale we­te­ry­narz prze­strze­gał, żeby go nie prze­kar­miać. Re­gu­lar­ne po­sił­ki same za­ła­twią spra­wę.

Na­stęp­ne­go dnia po po­wro­cie z pracy Magda wy­cią­gnę­ła z piw­ni­cy trans­por­ter. Na widok pla­sti­ko­wej klat­ki Ma­ahes wsko­czył na naj­wyż­szą ze ścien­nych półek, które za­mon­to­wa­ła spe­cjal­nie dla niego. Jego oskar­ży­ciel­ski wzrok wy­wier­cał jej dziu­rę w gło­wie. Naj­wy­raź­niej nie czuł się jesz­cze cał­kiem u sie­bie.

– Daj spo­kój, fu­trza­ku, to nie dla cie­bie, ty zo­sta­jesz – prze­ko­ny­wa­ła.

W od­po­wie­dzi usły­sza­ła draż­nią­ce ucho pro­te­sty. Skala dźwię­ko­wych moż­li­wo­ści jej pu­pi­la była więk­sza niż kotów in­nych ras i wy­wo­ły­wa­ła gęsią skór­kę.

– Wrócę za ja­kieś dwie go­dzi­ny, mam na­dzie­ję, że wtedy mi po­dzię­ku­jesz – po­in­for­mo­wa­ła sy­jam­czy­ka. Za­mknę­ła drzwi, mo­dląc się w duchu, żeby kot za bar­dzo nie zde­mo­lo­wał miesz­ka­nia.

 

Pół go­dzi­ny póź­niej zna­la­zła się w sa­lo­nie Si­grid Fi­scher. Sie­dzia­ła z sy­jam­ską kotką na ko­la­nach, po­pi­ja­jąc lu­ro­wa­tą her­ba­tę z kru­chej fi­li­żan­ki. Miesz­ka­nie pach­nia­ło sta­ro­ścią, spe­cy­ficz­ną mie­szan­ką kurzu, naf­ta­li­ny, sta­rych dawno nie­uży­wa­nych rze­czy i nie­do­my­te­go ciała. Pa­so­wa­ło też do wła­ści­ciel­ki: cięż­kie dę­bo­we meble wy­peł­nio­ne por­ce­la­no­wy­mi bi­be­lo­ta­mi, sta­ro­świec­kie dy­wa­ny w orien­tal­ne wzory, a w oknach pie­czo­ło­wi­cie udra­po­wa­ne fi­ra­ny i za­sło­ny, które za­trzy­my­wa­ły świa­tło i zbie­ra­ły kurz. Je­dy­nym ukło­nem w stro­nę no­wo­cze­sno­ści był fotel z re­gu­lo­wa­nym elek­trycz­nie pod­nóż­kiem, na któ­rym spo­czy­wa­ła sta­rusz­ka. Była ubra­na w li­lio­wą bluz­kę z ża­bo­tem i czar­ne spodnie, miała krót­kie siwe, dość gęste włosy, per­ło­we kol­czy­ki w uszach i ró­żo­wą szmin­kę na ustach.

Kotka była młod­sza od Maja, drob­niej­sza od niego i miała ja­śniej­sze fu­ter­ko. Rów­nież no­si­ła imię rodem z egip­skiej mi­to­lo­gii – Ba­stet. Wy­da­wa­ła się ide­al­ną part­ner­ką dla Ma­ahe­sa. Jed­nak sta­rusz­ka uda­wa­ła się do szpi­ta­la tylko na – jak to okre­śli­ła jej opie­kun­ka – prze­gląd ge­ne­ral­ny. Nic jej nie do­le­ga­ło oprócz, rzecz jasna, sta­ro­ści. Magda przy­je­cha­ła z prze­ko­na­niem, że za­bie­rze kotkę na stałe, tym­cza­sem wy­glą­da­ło na to, że frau Fi­sher po­trze­bu­je kogoś, kto zaj­mie się zwie­rzę­ciem pod­czas jej nie­obec­no­ści. Po­czu­ła się odro­bi­nę oszu­ka­na i go­rącz­ko­wo za­sta­na­wia­ła się, jak wy­brnąć z tej sy­tu­acji, nie ob­ra­ża­jąc jed­no­cze­śnie wie­ko­wej damy.

– Chęt­nie za­opie­ko­wa­ła­bym się pani kotką, ale Maj sporo prze­szedł i nie chcia­ła­bym mu do­da­wać ko­lej­nej trau­my – tłu­ma­czy­ła. Star­sza ko­bie­ta pa­trzy­ła na nią bez zro­zu­mie­nia. – Wróci pani ze szpi­ta­la i bę­dzie chcia­ła od­zy­skać Ba­stet, a…

Si­grid zbyła ją mach­nię­ciem ręki.

– Dzie­cin­ko, ja już nie wrócę. Zna­le­zie­nie domu dla Ba­stet to ostat­nie za­da­nie, jakie mi po­zo­sta­ło. Zwle­ka­łam tak długo, bo chcia­łam zna­leźć mojej ko­cha­necz­ce na­praw­dę dobry dom. A wiem, że ura­to­wa­łaś kota An­na­lie­se, Panie świeć nad jej duszą, więc mojej ślicz­nej bę­dzie u cie­bie do­brze.

Tym razem to Magda po­czu­ła się za­gu­bio­na i za­sta­na­wia­ła się, o czym wła­ści­wie frau Fi­scher mówi. Do­pie­ro, kiedy do roz­mo­wy wtrą­ci­ła się opie­kun­ka, która do­trzy­my­wa­ła to­wa­rzy­stwa star­szej pani, spra­wa nieco się roz­ja­śni­ła. Oka­za­ło się, że Ma­ahes na­le­żał wcze­śniej do dłu­go­let­niej przy­ja­ciół­ki Si­grid, dla­te­go żywo in­te­re­so­wa­ła się jego losem.

– Ach teraz ro­zu­miem – po­wie­dzia­ła Magda. –  A pani pew­nie prze­no­si się do domu opie­ki?

– Ależ skąd! – obu­rzy­ła się sta­rusz­ka. – Wi­dzisz, moja droga, ja umrę za trzy dni, dwu­dzie­ste­go paź­dzier­ni­ka…  

Magda za­krztu­si­ła się her­ba­tą.

– Was bitte? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

Sta­rusz­ka wy­raź­nie się oży­wi­ła. I za­czę­ła opo­wia­dać jak to jako młoda dziew­czy­na od­wie­dzi­ła pewną ko­bie­tę, która po­tra­fi­ła każ­de­mu prze­po­wie­dzieć przy­szłość i podać datę śmier­ci. Magda zo­ba­czy­ła, jak opie­kun­ka prze­wra­ca ocza­mi, pew­nie już setki razy sły­sza­ła tę hi­sto­rię.

 

Słowa frau Fi­scher wy­wo­ła­ły u Magdy falę wspo­mnień. Miała dwa­dzie­ścia lat, kiedy po­zna­ła Romka i była to mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia. Jego ro­dzi­na szyb­ko ją za­ak­cep­to­wa­ła i trak­to­wa­ła jak córkę, co bar­dzo sobie ce­ni­ła, bo wła­ści­wie nie miała już ni­ko­go. Mama zmar­ła krót­ko przed jej osiem­na­sty­mi uro­dzi­na­mi, a oj­ciec szyb­ko po­cie­szył się w ra­mio­nach innej ko­bie­ty i przed­kła­dał nową ro­dzi­nę nad wła­sne dziec­ko. Szcze­gól­nie mocno za­przy­jaź­ni­ła się ze Sta­ni­sła­wą, bab­cią Romka i ta zna­jo­mość prze­trwa­ła ka­ta­stro­fę. Wiel­ka mi­łość skoń­czy­ła się bo­wiem spek­ta­ku­lar­ną klapą. Na dwa ty­go­dnie przed ślu­bem jej by­ły-nie­do­szły, jak go póź­niej na­zy­wa­ła, zo­stał aresz­to­wa­ny za han­del nar­ko­ty­ka­mi.

Przy­jaźń Magdy ze Sta­ni­sła­wą wy­ni­ka­ła za­pew­ne z tego, że świet­nie się uzu­peł­nia­ły. Bab­cia lu­bi­ła wspo­mi­nać, wy­cią­gać stare al­bu­my ze zdję­cia­mi i snuć opo­wie­ści o dawno zmar­łych krew­nych i wła­snej prze­szło­ści. A Magda uwiel­bia­ła tych opo­wie­ści słu­chać.  Jedna z nich do­ty­czy­ła wła­śnie wi­zy­ty u wróż­ki, do któ­rej Sta­ni­sła­wa wy­bra­ła się w mło­do­ści. Usły­sza­ła, że za pół roku umrze i ta prze­po­wied­nia spra­wi­ła, że po­sta­wi­ła swoje życie na gło­wie.

Sta­sia po­cho­dzi­ła z War­sza­wy, w chwi­li wy­bu­chu wojny miała dwa­na­ście lat. Oj­ciec, wy­kła­dow­ca na uni­wer­sy­te­cie, zo­stał zmo­bi­li­zo­wa­ny i ru­szył gdzieś w Pol­skę wal­czyć z Niem­ca­mi. Nie wró­cił i ro­dzi­na nie miała po­ję­cia, co się z nim stało. Matka zwią­za­ła się z ru­chem oporu, ale sta­ra­ła się trzy­mać dzie­ci z dala od tej dzia­łal­no­ści. Nie uchro­ni­ło to jed­nak córki. W 1943 roku Sta­sia tra­fi­ła na ła­pan­kę i w kon­se­kwen­cji zna­la­zła się w oko­li­cach Han­o­we­ru, gdzie ty­ra­ła w go­spo­dar­stwie rol­nym. Nie wie­dzia­ła nawet, czy matka do­sta­ła jakąś in­for­ma­cję o jej losie. Na­pi­sa­ła list do domu, ale od­po­wie­dzi nie otrzy­ma­ła. Po woj­nie oka­za­ło się, że nikt z jej bli­skich nie prze­żył. Dzię­ki po­mo­cy Czer­wo­ne­go Krzy­ża do­wie­dzia­ła się, że oj­ciec zgi­nął jesz­cze w trak­cie kam­pa­nii wrze­śnio­wej, a matka i brat w po­wsta­niu war­szaw­skim. Po­sta­no­wi­ła nie wra­cać do kraju, w któ­rym pa­no­szy­li się ko­mu­ni­ści.

Po pro­roc­twie wróż­ki zmie­ni­ła zda­nie, chcia­ła umrzeć w oj­czyź­nie. Po­wrót nie był w owych cza­sach pro­stą spra­wą, mi­nę­ły pra­wie trzy mie­sią­ce, zanim zna­la­zła się w kraju. Opo­wia­da­ła póź­niej, że nie­wie­le pa­mię­ta z tego okre­su, jakby miała to całe pół roku ocze­ki­wa­nia na śmierć wy­ma­za­ne z ży­cio­ry­su.

– To było pie­kło. Już i tak byłam w dołku, bo do­pie­ro co do­wie­dzia­łam się, że stra­ci­łam całą ro­dzi­nę, a tu nagle coś ta­kie­go. Chcia­łam po pro­stu uło­żyć sobie życie, mieć męża, dzie­ci, w końcu odro­bi­nę na­dziei. Co można zro­bić, gdy czło­wie­ko­wi zo­sta­ło tylko pół roku życia? Dzi­siaj można wszyst­ko sprze­dać i ru­szyć w po­dróż do­oko­ła świa­ta, ale wtedy nikt nie miał pie­nię­dzy, nie mie­li­śmy gdzie miesz­kać, co jeść. Niby wojna się skoń­czy­ła, ale wokół pa­no­wał jeden wiel­ki chaos – wspo­mi­na­ła.

Magda dzi­wi­ła się, że Sta­sia tak łatwo uwie­rzy­ła w prze­po­wied­nię.

– A wiesz, teraz to ja się sama sobie dzi­wię – od­po­wie­dzia­ła – ale wtedy było ina­czej. Wojna robi z ludź­mi dziw­ne rze­czy.

Sta­ni­sła­wa tłu­ma­czy­ła, że lu­dzie szu­ka­li na­dziei w dro­bia­zgach, w ma­łych zna­kach, które – jak im się wy­da­wa­ło – wi­dzie­li do­oko­ła sie­bie. Jeśli dzi­siaj znaj­dę choć­by naj­mniej­szy ka­wa­łe­czek mięsa w zupie, to prze­ży­ję, jeśli on, ona, coś… Śmierć była za­wsze tak bli­sko, taka re­al­na.

– Dzi­siaj lu­dzie rzad­ko mają do czy­nie­nia ze śmier­cią, dla nas widok trupa nie był ni­czym nie­zwy­kłym. Każdy wie­dział, że jutro może spo­tkać go to samo – wspo­mi­na­ła.

Na wi­zy­tę u wróż­ki na­mó­wi­ła ją młoda Niem­ka, z którą Sta­ni­sła­wa się za­przy­jaź­ni­ła. Czuła się wtedy taka sa­mot­na i za­gu­bio­na, że nie prze­szka­dza­ła jej na­ro­do­wość nowej zna­jo­mej. Dziew­czy­na była w jej wieku, ale poza tym sta­no­wi­ła prze­ci­wień­stwo Stasi. Wy­da­wa­ła się pewna sie­bie i stale snuła ja­kieś plany, jakby chcia­ła wy­przeć ze swo­je­go życia wszel­ką przy­pad­ko­wość. Za wszel­ką cenę pra­gnę­ła po­znać datę swo­jej śmier­ci. Nic wię­cej. Sta­sia po­szła z nią bez prze­ko­na­nia, ale i też bez obaw, prze­ży­ła wojnę i wy­da­wa­ło jej się, że w naj­bliż­szym cza­sie już nic jej nie grozi. Póź­niej znie­na­wi­dzi­ła Niem­kę za po­mysł zaj­rze­nia w przy­szłość.

Sta­sia wró­ci­ła do Pol­ski w 1949 roku, w kraju pa­no­wał sta­li­nizm pełną gębą i oczy­wi­ście na­tych­miast za­in­te­re­so­wa­ło się nią UB. Na szczę­ście jej hi­sto­ria brzmia­ła naj­wy­raź­niej tak ab­sur­dal­nie, że nawet taj­nia­cy uzna­li, że ta­kiej dur­nej przy­kryw­ki nikt by nie wy­my­ślił i dali jej spo­kój.

Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a Sta­sia rze­czy­wi­ście za­koń­czy­ła­by życie dnia prze­po­wie­dzia­ne­go. Sa­mo­cho­dów było wów­czas w Pol­sce jak na le­kar­stwo, a jed­nak udało jej się z jed­nym spo­tkać i przy oka­zji po­znać mi­łość swego życia. Jarek je­chał z ce­gła­mi na bu­do­wę, kiedy zza ster­ty gru­zów wy­bie­gła jakaś dziew­czy­na. Pro­sto pod koła cię­ża­rów­ki. Za­ha­mo­wał i był pe­wien, że zdą­żył, ale kiedy wy­siadł z szo­fer­ki, zo­ba­czył ją le­żą­cą tuż przed autem. Nie za­uwa­żył jed­nak krwi ani żad­nych ran, a po­kle­pa­na po twa­rzy ko­bie­ta nagle otwo­rzy­ła oczy. Sta­sia była w tym dniu tak prze­ra­żo­na, że wi­dząc nad­jeż­dża­ją­cą cię­ża­rów­kę po pro­stu ze­mdla­ła.

Ślub odbył się pół roku póź­niej, naj­pierw w urzę­dzie stanu cy­wil­ne­go, a potem przy­się­gli sobie jesz­cze raz, w obec­no­ści księ­dza.

Magda jesz­cze przez wiele lat re­gu­lar­nie spo­ty­ka­ła się ze Sta­ni­sła­wą, kon­takt urwał się do­pie­ro, gdy wy­je­cha­ła do Nie­miec. Pięć lat temu star­sza przy­ja­ciół­ka zmar­ła, a ona nie zdo­ła­ła nawet po­je­chać na po­grzeb, czego długo nie mogła sobie wy­ba­czyć.

 

Frau Fi­scher aż się pa­li­ła, żeby opo­wie­dzieć swoją hi­sto­rię, ale opie­kun­ka nie po­zwo­li­ła jej dojść do słowa.

– Si­grid, ko­cha­nie, naj­pierw za­ła­twi­my for­mal­no­ści, a potem opo­wiesz… – Po­da­ła Mag­dzie umowę, na mocy któ­rej kotka rasy sy­jam­skiej zmie­ni­ła wła­ści­cie­la.

– Jest pani pewna? – za­py­ta­ła Magda.

– Ależ oczy­wi­ście.

Wraz z opie­kun­ką znio­sły pudło z rze­cza­mi Ba­stet do sa­mo­cho­du.

– Oba­wiam się, że bę­dzie pani mu­sia­ła wy­słu­chać tej hi­sto­rii – ostrze­gła opie­kun­ka, kiedy wra­ca­ły.

Magda kiw­nę­ła głową, w grun­cie rze­czy chcia­ła się do­wie­dzieć, jak wy­glą­da­ło spo­tka­nie z wróż­ką w przy­pad­ku frau Fi­scher.

Sta­rusz­ka cze­ka­ła nie­cier­pli­wie.

– Pani mi nie wie­rzy – za­czę­ła, kiedy tylko Magda za­ję­ła miej­sce w fo­te­lu – ale ta ko­bie­ta nigdy się nie my­li­ła…

Frau Fi­scher po­szła do wróż­ki ze stra­chu. Wojna spra­wi­ła, że stale bała się śmier­ci. W mia­stecz­ku był ważny węzeł ko­le­jo­wy, więc pod ko­niec wojny zo­sta­ło kilka razy zbom­bar­do­wa­ne. Bomby nie za­wsze tra­fia­ły w cel, gi­nę­ła rów­nież lud­ność cy­wil­na. Zda­rza­ło się, że trupy le­ża­ły na uli­cach ca­ły­mi dnia­mi. Młoda Si­grid żyła w prze­ko­na­niu, że bę­dzie na­stęp­na. Wojna się skoń­czy­ła, ale strach nie minął.

– Chcia­łam po pro­stu wie­dzieć, ina­czej ba­ła­bym się przez całe życie – tłu­ma­czy­ła.

– A nie oba­wia­ła się pani, że usły­szy bar­dzo bli­ską datę?

– O tak, bałam się, ale stwier­dzi­łam, że le­piej już wie­dzieć. Nawet za­sta­na­wia­łam się, co chcia­ła­bym zro­bić, gdyby zo­sta­ło mi nie­wie­le życia.

– A co można zro­bić, gdy czło­wie­ko­wi zo­sta­ło pół roku życia, szcze­gól­nie w tam­tym cza­sie. Prze­cież w po­dróż do­oko­ła świa­ta by się pani nie wy­bra­ła? – do­cie­ka­ła Magda, mając w pa­mię­ci opo­wie­ści Sta­ni­sła­wy.

Sta­rusz­ka za­śmia­ła się chra­pli­wie, aż kotka za­strzy­gła usza­mi.

– Dzi­siaj, to się mło­dzi ni­czym nie przej­mu­ją, robią, co chcą. Wtedy było ina­czej, mu­sia­łam wie­dzieć, na co mogę sobie po­zwo­lić. Gdyby zo­sta­ło mi kilka mie­się­cy życia, nie mu­sia­ła­bym się przej­mo­wać, co mówią o mnie lu­dzie – tłu­ma­czy­ła. Magda spoj­rza­ła na nią z za­sko­cze­niem, stara ko­bie­ta uśmie­cha­ła się fi­lu­ter­nie. – Tak, tak, męż­czyź­ni, przy­jem­no­ści za­ka­za­ne po­rząd­nym dziew­czy­nom.

Magda ga­pi­ła się na nią z otwar­ty­mi usta­mi. Nie mie­ści­ło jej się w gło­wie, że roz­mów­czy­ni po­szła do wróż­ki, żeby spraw­dzić, czy może się pusz­czać. Zaraz jed­nak zro­bi­ło jej się głu­pio, bab­cia miała sporo racji.

Opo­wieść pły­nę­ła dalej. Frau Fi­scher przy­go­to­wa­ła dwa plany na życie. Pierw­szy za­kła­dał, że ma przed sobą co naj­mniej trzy­dzie­ści lat, zgod­nie z nim za mąż (miała już upa­trzo­ne­go chło­pa­ka), uro­dzi­ła dwój­kę dzie­ci i pra­co­wa­ła jako sprze­daw­czy­ni. Drugi, w któ­rym zo­sta­ło jej tylko kilka mie­się­cy, spro­wa­dzał się do tego, że uży­wa­ła życia. Ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze byli tacy przy­stoj­ni i na do­da­tek mieli wszyst­kie te luk­su­so­we to­wa­ry, o któ­rych zwy­kli Niem­cy mogli tylko po­ma­rzyć…

Kiedy do­wie­dzia­ła się, że do­ży­je pra­wie setki, za­krę­ci­ła się wokół upa­trzo­ne­go chło­pa­ka i nie­speł­na rok póź­niej była już mę­żat­ką. Nie łą­czy­ła jej z mężem wiel­ka mi­łość, a przy­naj­mniej ona nie była w nim za­ko­cha­na.

– Wojna przy­nio­sła nam za dużo emo­cji, chcia­łam po pro­stu spo­ko­ju – tłu­ma­czy­ła.

A wy­bra­nek to gwa­ran­to­wał, był spo­le­gli­wy, opa­no­wa­ny, a jed­no­cze­śnie złota rącz­ka, ze smy­kał­ką do me­cha­ni­ki, co razem wzię­te za­pew­nia­ło mu przy­zwo­itą pracę, za przy­zwo­ite pie­nią­dze. Dwa lata po ślu­bie przy­szedł na świat ich syn. Opo­wieść sta­rusz­ki stra­ci­ła w tym mo­men­cie roz­pęd. Wy­raź­nie było widać, że o swoim dal­szym życiu nie za­mie­rza opo­wia­dać.

– A co z tą pani ko­le­żan­ką? – za­py­ta­ła Magda. – Z tą, z którą po­szła pani do wróż­ki – do­pre­cy­zo­wa­ła, wi­dząc jej za­gu­bio­ne spoj­rze­nie. Ko­bie­ta znowu się oży­wi­ła.

– A na wschód wy­je­cha­ła. Tam gdzieś pew­nie umar­ła. Ilse, podaj mi pro­szę album – zwró­ci­ła się do opie­kun­ki. – Nie­ste­ty, ona miała przed sobą tylko pół roku życia…

Sta­rusz­ka traj­ko­ta­ła dalej, a Mag­dzie dreszcz prze­biegł po ple­cach.

„To prze­cież nie­moż­li­we…” – po­my­śla­ła.

Usi­ło­wa­ła sobie przy­po­mnieć, jak Sta­ni­sła­wa na­zy­wa­ła swoją nie­miec­ką zna­jo­mą. Tym­cza­sem opie­kun­ka wrę­czy­ła sta­rusz­ce sta­ro­świec­ki album fo­to­gra­ficz­ny, taki z czar­ny­mi, gru­by­mi kart­ka­mi, na które na­kle­ja­ło się zdję­cia.

– O tutaj, widzi pani, tu je­ste­śmy na zdję­ciu ze Stas­sie. – Frau Fi­scher po­stukała ar­tre­tycz­nym pal­cem w czar­no-bia­łą fo­to­gra­fię.

Magda spoj­rza­ła i zdę­bia­ła. Prze­czu­cie jej nie my­li­ło, to była Sta­sia, nieco młod­sza niż na swoim ślub­nym zdję­ciu, które jej kie­dyś po­ka­za­ła, ale nie­wąt­pli­wie ona.

– A jak się na­zy­wa­ła?

– No­wac­ky. Stas­sie No­wac­ky – od­po­wie­dzia­ła sta­rusz­ka bez za­sta­no­wie­nia. – Tak, tak, pa­mięć, to ja mam lep­szą niż nie­je­den młody – po­chwa­li­ła się.

Wszyst­ko się zga­dza­ło; zdję­cie, na­zwi­sko. Na do­da­tek znie­nac­ka po­ja­wi­ło się jej w gło­wie wspo­mnie­nie Sta­ni­sła­wy, mó­wią­cej: „Zygi”. Już chcia­ła po­wie­dzieć frau Fi­scher, że jej Stas­sie miała dłu­gie i dobre życie, ale nie zdą­ży­ła. Przy­je­cha­ła ka­ret­ka, która miała za­wieźć sta­rusz­kę do szpi­ta­la i zro­bi­ło się za­mie­sza­nie.

 

Opie­kun­ka po­ma­ga­ła frau Fi­scher za­ło­żyć płaszcz i buty, a Magda usi­ło­wa­ła za­pa­ko­wać Ba­stet do trans­por­te­ra, ale kotka prze­stra­szy­ła się gwaru i do­sta­ła szału. Wy­rwa­ła się i za­czę­ła jak sza­lo­na bie­gać po miesz­ka­niu; wsko­czy­ła na szafę, stam­tąd na ko­mo­dę, za­li­czy­ła pa­ra­pet, wy­lą­do­wa­ła na opar­ciu fo­te­la… śmi­ga­ła po po­ko­ju, wrzesz­cząc wnie­bo­gło­sy. Ze­bra­ny w miesz­ka­niu tłu­mek ludzi mógł się tylko uchy­lać przed jej ru­chli­wym ciał­kiem. W końcu wy­ha­mo­wa­ła na ko­la­nach frau Fi­scher, która w mię­dzy­cza­sie klap­nę­ła na sofę.

– Scheiße – za­klął jeden z sa­ni­ta­riu­szy, otrze­pu­jąc się z ko­cich kła­ków.

Sta­rusz­ka za­cho­wa­ła spo­kój.

– Och, ko­cha­nie, aleś mi urzą­dzi­ła po­że­gna­nie – za­chwy­ci­ła się. Przy­tu­li­ła zwie­rza­ka, szep­cząc mu coś do uszka, a potem od­da­ła go nowej wła­ści­ciel­ce.

– Niech pani po­cze­ka, aż wyjdę. Ilse póź­niej za­mknie miesz­ka­nie i przy­wie­zie mi klu­cze – za­rzą­dzi­ła i wy­ma­sze­ro­wa­ła z sa­ni­ta­riu­sza­mi.

Magda ostroż­nie po­ło­ży­ła kotkę na fo­te­lu.

– Na­pi­je­my się kawy – za­pro­po­no­wa­ła opie­kun­ka – a tym­cza­sem ta dzi­ku­ska się uspo­koi.

– Ro­bi­ła to już wcze­śniej?  

– Nigdy nie wi­dzia­łam ta­kie­go cyrku.

Pod­czas gdy Ilse przy­go­to­wy­wa­ła kawę, Magda roz­ło­ży­ła trans­por­ter, wło­ży­ła do niego po­dusz­kę kotki, a potem samą Ba­stet. Kotka wy­da­wa­ła się za­do­wo­lo­na. Zwi­nę­ła się w kłę­bek i zmru­ży­ła oczy.

Ko­bie­ty prze­szły na ty. Magda do­wie­dzia­ła się, że Ilse była nie tyle opie­kun­ką, co ge­sel­l­scha­fts­da­me, damą do to­wa­rzy­stwa. Przy­cho­dzi­ła do frau Fi­scher dwa razy w ty­go­dniu, żeby po­ga­dać, po­czy­tać jej, albo za­grać z nią w jakąś grę. Cza­sa­mi ro­bi­ła za­ku­py, albo coś za­ła­twia­ła, ale ge­ne­ral­nie sta­rusz­ka była wciąż sa­mo­dziel­na i czę­sto śmi­ga­ła po mie­ście ze swoim bal­ko­ni­kiem.

– Długo ją znasz?

– Le­d­wie dwa mie­sią­ce i zaraz na po­cząt­ku za­po­wie­dzia­ła mi, że za­trud­nia mnie na krót­ko, bo w po­ło­wie paź­dzier­ni­ka umrze – za­śmia­ła się Ilse.

W końcu Magda uzna­ła, że czas się zbie­rać. Kotka nie pro­te­sto­wa­ła, kiedy za­łożyła górną część trans­por­te­ra, za­czę­ła do­pie­ro w sa­mo­cho­dzie. Magda ga­da­ła do niej przez całą drogę, oczy­wi­ście po pol­sku.  Ma­ahes do­sko­na­le ro­zu­miał, co się do niego mówi, Ba­stet też bę­dzie mu­sia­ła się na­uczyć. Nie miała za­mia­ru szpre­chać we wła­snych czte­rech ścia­nach.

„Tyle lat nas Niem­cy ger­ma­ni­zo­wa­li, to ja teraz spo­lo­ni­zu­ję nie­miec­kie koty, czy im się to po­do­ba, czy nie!” – po­my­śla­ła.

 

We­szła do domu, po­sta­wi­ła trans­por­ter na pod­ło­dze i zdję­ła po­kry­wę. Kotka pod­nio­sła się i za­sty­gła z unie­sio­ną przed­nią łapką, jakby za­sta­na­wia­ła się, czy ma wyjść, czy też gło­śno do­ma­gać się po­wro­tu do domu. Wy­su­nę­ła pysz­czek do przo­du, wchła­nia­jąc ota­cza­ją­ce ją wonie. Za ple­ca­mi Magdy coś pac­nę­ło, to Ma­ahes ze­sko­czył z półki z książ­ka­mi. Szedł ostroż­nie w kie­run­ku kotki, jak na fil­mie w zwol­nio­nym tem­pie. Ba­stet już go wy­czu­ła, jej ciał­ko na­pię­ło się za­uwa­żal­nie. Do­pie­ro teraz Magda za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy koty się w ogóle do­ga­da­ją. Stały na wprost sie­bie, od­da­lo­ne o ja­kieś dzie­sięć cen­ty­me­trów i wę­szy­ły. Ma­ahes dał krok do przo­du i sy­jam­czy­ki zde­rzy­ły się no­ska­mi. Kotka cof­nę­ła głowę, ale cie­ka­wość wzię­ła górę, bo za­czę­ła ob­wą­chi­wać ko­cu­ra. Wła­ści­ciel­ka ukuc­nę­ła przy nich.

– Maj, po­zwól, że ci przed­sta­wię Ba­stet. Ba­stet, to jest Maj – przed­sta­wi­ła sobie sy­jam­czy­ki. – O rany, prze­cież wy się już wła­ści­wie zna­cie!  

Do­pie­ro teraz sko­ja­rzy­ła, że skoro obie sta­rusz­ki się znały i od­wie­dza­ły, to zwie­rza­ki znają już przy­naj­mniej swoje za­pa­chy. Tylko czy to pa­mię­ta­ją i czy przy­pad­kiem nie były o sie­bie za­zdro­sne?

Po­sta­no­wi­ła dać im chwi­lę têtê à têtê, po­zbie­ra­ła czę­ści trans­por­te­ra, zło­ży­ła do kupy i wy­szła, żeby za­nieść go do piw­ni­cy. Kiedy wró­ci­ła, koty ta­rza­ły się po pod­ło­dze. W pierw­szej chwi­li wy­stra­szy­ła się i chcia­ła in­ter­we­nio­wać, ale szyb­ko zdała sobie spra­wę, że to przy­ja­ciel­ska za­ba­wa. Dała im jesz­cze chwil­kę na fi­glo­wa­nie, a potem za­wo­ła­ła na małe co nieco. Nie była to pora kar­mie­nia, ale uzna­ła, że nic tak nie zbli­ża, jak wspól­ny po­si­łek. Ma­ahes przy­biegł na­tych­miast, kiedy za­wo­ła­ła „Je­dzon­ko!”, Ba­stet tuż za nim. Magda uśmiech­nę­ła się.

„Szyb­ko się dziew­czy­na uczy” – po­my­śla­ła

Po­sta­wi­ła mi­secz­kę kotki obok tej na­le­żą­cej do Ma­ahe­sa i oba sy­jam­czy­ki do­sta­ły por­cję tuń­czy­ka. Przez chwi­lę z przy­jem­no­ścią ob­ser­wo­wa­ła, jak schlud­nie jedzą, a potem po­sta­no­wi­ła za­dbać o sie­bie. Z kub­kiem kawy uło­ży­ła się na sofie i za­czę­ła czy­tać, co jakiś czas kątem oka spraw­dza­jąc, co wy­czy­nia­ją koty. A te za­pa­ła­ły do sie­bie go­rą­cym uczu­ciem, to ba­rasz­ku­jąc wspól­nie, to wy­li­zu­jąc sobie na­wza­jem fu­ter­ko.

W pew­nym mo­men­cie Ma­ahes zo­sta­wił swoją to­wa­rzysz­kę i pod­szedł do sofy. Oparł się przed­ni­mi łap­ka­mi o sie­dze­nie, jakby nie był pewny, czy iść dalej. Odło­ży­ła czyt­nik i po­gła­ska­ła go. Wsko­czył na sofę, a potem na nią i zbli­żył łepek do jej twa­rzy, mru­cząc głę­bo­ko. Za­sko­czył ją, miesz­kał tu już od dwóch ty­go­dni, ale wła­ści­wie ani razu nie przy­szedł się przy­tu­lić. Ow­szem, po­zwa­lał się po­gła­skać, ale nic poza tym. Sza­no­wa­ła to i cze­ka­ła, aż się prze­ła­mie. Kot do­tknął łapką jej po­licz­ka, wy­glą­da­ło to, jakby chciał jej po­dzię­ko­wać.

– Och, Maj, ty głupi ko­cu­rze, to jest teraz twój dom. Nie mu­sisz się mar­twić, nie wy­rzu­cę cię – mó­wi­ła, głasz­cząc kota. Trwa­li tak przez chwi­lę, aż przy­bie­gła Ba­stet, która też chcia­ła swoją por­cję piesz­czot. Po­gła­ska­ła ją.

– No dobra, koty, po­czy­ta­my. – Wzię­ła książ­kę i za­czę­ła czy­tać na głos.

Ma­ahes wsko­czył na opar­cie sofy, a Ba­stet umo­ści­ła się na jej brzu­chu.

 

Mi­nę­ły dwa dni, Magda cie­szy­ła się na wolny week­end z sy­jam­czy­ka­mi. W pią­tek po­ło­ży­ła się późno, bo oglą­da­ła ulu­bio­ny pro­gram „Ga­li­leo Big Pic­tu­res”. W środ­ku nocy obu­dzi­ło ją wycie, pół­przy­tom­na ze­rwa­ła się z łóżka i za­pa­li­ła świa­tło. Wciąż za­spa­na my­śla­ła, że włą­czył się czuj­nik prze­ciw­po­ża­ro­wy, ale to kotka darła się, jakby ją kto ze skóry ob­dzie­rał.

„Dzię­ki Bogu, że nie mam są­sia­dów!” – po­my­śla­ła.

 Wy­stra­szy­ła się; może Ba­stet zja­dła coś, czego nie po­wi­nna i stru­ła się, ale ko­cu­ro­wi nic nie do­le­ga­ło, a prze­cież jadły to samo. Do­tknę­ła noska, był wil­got­ny i chłod­ny, jak po­wi­nien być, a mimo to zwie­rzak za­wo­dził i miała wra­że­nie, że bar­dzo cier­pi. Spoj­rza­ła na zegar, wska­zy­wał drugą w nocy. Nie wie­dzia­ła, co robić, kli­ni­ka we­te­ry­na­ryj­na była za­mknię­ta, we­te­ry­na­rze nie mieli żad­nych noc­nych dy­żu­rów, a pry­wat­ne­go nu­me­ru do dok­to­ra Plümera nie miała. Nagle kotka się uspo­ko­iła, przez chwi­lę le­ża­ła cicho, a potem za­czę­ła sobie wy­li­zy­wać fu­ter­ko na brzu­chu. Przy­glą­da­ła jej się przez chwi­lę, ale nic się nie dzia­ło. W końcu wzię­ła ją na ręce i przy­tu­li­ła. Ma­ahes cały czas plą­tał jej się pod no­ga­mi.

– Prze­stra­szy­łaś mnie – mó­wi­ła do niej. W końcu po­ło­ży­ła zwie­rzę na po­dusz­kę. – Nie wiem, jak wy, ale ja idę spać – oznaj­mi­ła sy­jam­czy­kom i ru­szy­ła w stro­nę sy­pial­ni.

Na ple­cach czuła kocie spoj­rze­nia. Sy­pial­nia była dla nich miej­scem za­mknię­tym, nie miała ocho­ty dzie­lić z nimi łóżka. Oczy­wi­ście pro­te­sto­wa­ły, ale była nie­ugię­ta. Nie­ste­ty, po dziw­nym ataku Ba­stet tro­chę zmię­kła i zo­sta­wi­ła uchy­lo­ne drzwi. Zga­si­ła świa­tło i po­ło­ży­ła się. Po chwi­li usły­sza­ła cichy stu­kot łapek i koty wsko­czy­ły na łóżko.

– Tylko dzi­siaj – za­zna­czy­ła. – Mam na­dzie­ję, że nie będę tego ża­ło­wać – mruk­nę­ła jesz­cze do sie­bie.

Po upior­nej nocy li­czy­ła, że pośpi dłu­żej, ale już o ósmej obu­dził ją te­le­fon. Ode­bra­ła, klnąc na czym świat stoi. Dzwo­ni­ła Ilse.

– Frau Fi­scher zmar­ła dzi­siaj w nocy. Dwu­dzie­ste­go paź­dzier­ni­ka – po­in­for­mo­wa­ła bez wstę­pów.

– O kurwa! – wy­rwa­ło się Mag­dzie, a aku­rat to pol­skie prze­kleń­stwo zna więk­szość Niem­ców.

– Le­ka­rze byli za­sko­cze­ni, nie spo­dzie­wa­li się tego, bo w grun­cie rze­czy nic jej nie do­le­ga­ło.

– To jaka jest przy­czy­na śmier­ci?

– Za­trzy­ma­nie akcji serca, le­karz po­wie­dział, że była po pro­stu stara, a sta­rym lu­dziom takie rze­czy się zda­rza­ją. Myślę, że sama sobie tę śmierć wy­kra­ka­ła. Tak się na­sta­wi­ła, że rze­czy­wi­ście umar­ła – od­po­wie­dzia­ła Ilse.

Magda za­sta­na­wia­ła się, co by było, gdyby zdą­ży­ła opo­wie­dzieć frau Fi­scher o Stasi. Czy wie­dza, że prze­po­wied­nie wróż­ki się nie spraw­dza­ją, ura­to­wa­ła­by jej życie? I czy w ogóle by­ła­by wdzięcz­na za tę opo­wieść? Tego już się nie dowie. Już miała za­koń­czyć roz­mo­wę, kiedy jej wzrok padł na prze­cią­ga­ją­ce się w po­ście­li sy­jam­czy­ki.

– Cze­kaj! – za­wo­ła­ła, bo coś ją tknę­ło. – Nie wiesz przy­pad­kiem, o któ­rej sta­rusz­ka zmar­ła?

– Gdzieś koło dru­giej w nocy. Dla­cze­go py­tasz?

Po­pa­trzy­ła na Ba­stet, wy­glą­da­ła na ab­so­lut­nie zdro­we­go kota. Czyż­by wy­czu­ła śmierć swo­jej frau­chen, czy to była przy­czy­na jej noc­nych pro­ble­mów?

– Nic ta­kie­go, byłam po pro­stu cie­ka­wa.

Ogar­nę­ła się tro­chę, na­kar­mi­ła koty, wy­pi­ła kawę i po­sta­no­wi­ła mimo wszyst­ko za­dzwo­nić do dok­to­ra Plümer. Ba­stet wy­glą­da­ła wpraw­dzie jak okaz zdro­wia, ale strze­żo­ne­go pan Bóg strze­że. Opi­sa­ła le­ka­rzo­wi za­cho­wa­nie kotki.

– Je? – za­py­tał.

– Bez pro­ble­mu – od­po­wie­dzia­ła, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak kotka wci­na­ła wą­tro­bia­ne klu­secz­ki z ro­so­łem.

– Myślę, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Jest u pani krót­ko, więc może za­tę­sk­ni­ła za po­przed­nim domem. Jeśli coś bę­dzie się dzia­ło, pro­szę dzwo­nić. – Podał jej numer ko­mór­ki.

– Wie pan, dok­to­rze, może to śmiesz­ne, ale czy mogła wy­czuć śmierć frau Fi­scher? – za­py­ta­ła i opo­wie­dzia­ła mu, czego do­wie­dzia­ła się od Ilse.

Le­karz mil­czał przez chwi­lę.

– No cóż, wła­ści­wie po­wi­nie­nem po­wie­dzieć, że to bzdu­ry, ale pra­cu­ję w tym za­wo­dzie już dość długo i nie takie rze­czy wi­dzia­łem.

 

Magda po­szła na po­grzeb frau Fi­scher. Wła­ści­wie sama nie wie­dzia­ła, dla­cze­go to robi, prze­cież spo­tka­ła sta­rusz­kę tylko raz. Mimo to czuła, że po­win­na. Była to naj­smut­niej­sza ce­re­mo­nia po­grze­bo­wa, na ja­kiej kie­dy­kol­wiek była. Ża­łob­ni­ków było do­kład­nie je­de­na­stu. Nawet ksiądz wy­da­wał się zdzi­wio­ny tak nikłą fre­kwen­cją i na­praw­dę się po­sta­rał, uro­czy­stość trwa­ła ponad trzy go­dzi­ny, czyli pie­kiel­nie długo, jak na nie­miec­kie stan­dar­dy. Na po­grze­bie była też Ilse i ko­bie­ty po­sta­no­wi­ły pójść razem na kawę.

– Rany, ależ to było przy­gnę­bia­ją­ce – wes­tchnę­ła Magda, kiedy zło­ży­ły za­mó­wie­nie. – Czy ona nie miała żad­nych krew­nych? Co z tym jej synem?

Opie­kun­ka Si­grid po­zna­ła ją le­piej, a czego sta­rusz­ka sama jej nie opo­wie­dzia­ła, do­po­wie­dzie­li są­sie­dzi. Oka­za­ło się, że frau Fi­scher nie miała w życiu szczę­ścia. Jej oj­ciec zgi­nął pod Sta­lin­gra­dem, a matka zmar­ła krót­ko po ślu­bie córki. Rów­nież jej wła­sne mał­żeń­stwo za­koń­czy­ło się tra­ge­dią. Mąż i syn Si­grid zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym w la­tach sześć­dzie­sią­tych. Auto pro­wa­dził syn, zbyt szyb­ko, nie zdo­łał wy­ha­mo­wać, kiedy na wio­dą­cą przez las drogę wy­bie­gła nagle sarna. Potem zmar­ła jesz­cze jakaś jej zna­jo­ma.

– Za­tru­ła się cza­dem, czy coś ta­kie­go. Lu­dzie za­czę­li gadać, że Si­grid przy­no­si pecha i po­wo­li się od niej od­su­wa­li – opo­wia­da­ła Ilse. – A ostat­nio, no cóż, resz­ta jej zna­jo­mych już albo nie żyje, albo prze­nio­sła się do domów opie­ki. Mam wra­że­nie, że ona z utę­sk­nie­niem cze­ka­ła, aż na­dej­dzie ten jej dzień – za­koń­czy­ła.

Magda po­ki­wa­ła głową.

– A wiesz, ja zna­łam tę ko­le­żan­kę, z którą po­szła do wróż­ki. Mało mnie szlag nie tra­fił, kiedy po­ka­za­ła zdję­cie – po­wie­dzia­ła i za­czę­ła opo­wia­dać hi­sto­rię Sta­ni­sła­wy.

– O, kur­czę, ale zbieg oko­licz­no­ści – sko­men­to­wa­ła Ilse.

Sie­dzia­ły przez chwi­lę w mil­cze­niu. Magda za­czę­ła się za­sta­na­wiać, co po­ra­bia­ją koty i miała ocho­tę wra­cać do domu. Roz­wa­ża­ła, jak za­koń­czyć to spo­tka­nie.

– A ona dalej przyj­mu­je. To zna­czy nie ona, ale pew­nie jakaś babka z jej ro­dzi­ny, bo na­zwi­sko ma to samo i nawet wglą­da do­kład­nie tak, jak ją Si­grid opi­sy­wa­ła…

– Kto? – za­py­ta­ła za­sko­czo­na Magda.

– No, ta wróż­ka. I ma swój salon tutaj na Mit­tel­straße. My­śla­łam, czy by się do niej nie wy­brać. Już raz tam nawet byłam, ale stchó­rzy­łam i ucie­kłam – wy­ja­śni­ła Ilse.

– Zwa­rio­wa­łaś? – Magda pa­trzy­ła na nią ze zdu­mie­niem. – Nie wi­dzisz, jak tacy szar­la­ta­ni nisz­czą innym życie?

Ilse zda­wa­ła się jej nie sły­szeć.

– Każe się na­zy­wać frau Frigg – mó­wi­ła.

Magda par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Frau Frigg, nie­złe. Do­brze, że Sta­sia wró­ci­ła do Pol­ski, bo tam się nią Rod za­opie­ko­wał – mruk­nę­ła do sie­bie. – Ja tam się do żad­nej wróż­ki nie wy­bie­ram – do­da­ła zde­cy­do­wa­nie. – I już iść zbie­rać, koty cze­ka­ją.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Jest tu jakiś pomysł, ale dość szablonowy, a nie nadałaś mu mocnego indywidualnego piętna. Jeśli Frau Frigg ma być nordycką Friggą, to obawiam się, że będzie to kompletnie nieczytelne dla większości odbiorców, no i ja sama też niekoniecznie łapię, dlaczego akurat Frigga miałaby być wieszczką. To bogini małżeństwa, więc powinna dbać o rodzinę pani Fischer ;) Jakaś Frau Norn może ;) Albo masz w tym ukrytą myśl, której nie sposób wyczytać z tekstu.

A ten niestety mnie rozczarował. Zwłaszcza po udanej “Zabawce bogów”. Mam nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys i niedługo przeczytam coś, co znów będę mogła pochwalić :) Bo wiem, że stać Cię na więcej!

 

Największą wadą opowiadania jest kolosalny infodump w części o pani Stanisławie (a historia Sigrid też jest przedstawiona infodumpowo). Blok tekstu wyjaśniającego zamiast akcji czy choćby przemyśleń bohaterki. Zero napięcia, okropnie sztampowa historia. Plus bardzo naiwne (i też infodumpowe) sformułowania historyczne, jak z niezbyt dobrego wypracowania szkolnego. Mam, co więcej, wrażenie, że cała powojenna historia pani Stasi tak naprawdę niczemu nie służy. Na dodatek taka kompozycja sprawia, że w chwili, kiedy jest mowa o wróżce w życiu Frau Fischer, czytelnik doskonale wie, o co chodzi i znika choćby cień suspense’u, a i zainteresowanie dalszą fabułą maleje eksponencjalnie. A na koniec nie bardzo wiem, o czym to miało być – fabularnego materiału jest tu na szorcik. I koty też nie bardzo wiem, po co? Są w tym, co jest w fabule, w najlepszym razie ozdobnikiem.

 

Przyznam, że nie wzbudził we mnie sympatii ten antyniemiecki rys głównej bohaterki (to o szprechaniu itede). Strasznie stereotypowy, po co jedzie akurat do Niemiec, skoro urodzona tyle po wojnie ma jakieś anse? Przyznaję, że na mój odbiór mogą się narzucać skomplikowane i tragiczne polsko-niemieckie historie mojej własnej rodziny (z mnóstwem dobrych Niemców w tle albo i rolach głównych), ale ogólnie nie przepadam za taką polaczkowatą niechęcią do wszystkiego, co obce i tu bohaterka zaliczyła u mnie spadek sympatii. A z tą germanizacją… cóż, obraz zaboru pruskiego został bardzo mocno zideologizowany w II RP i jeszcze mocniej w PRL i oczywiście trwa, ale też uwiera i też mi spłyca bohaterkę.

 

Wykonanie też nie powala – może trzeba było dać ten tekst na betalistę? Narracja jest naiwna, niewciągająca, mało dynamiczna. Przyznam, że brnęłam przez niezbyt długi tekst dość opornie.

 

Frau wszędzie dużą literą – taka ortografia ;)

 

fotel z regulowanym elektrycznie podnóżkiem, na którym spoczywała staruszka

Po pierwsze jakoś mi to spoczywanie na fotelu nie brzmi, po drugie wychodzi na to, że staruszka spoczywała na podnóżku

 

miała krótkie siwe, ale dość gęste włosy

Tu też mi coś zgrzyta, jakiś cień non sequitur. Bo właściwie dlaczego “ale”? I raczej “krótkie, siwe…”

 

Kotka była młodsza od Koko

Kto to jest Koko? Poprzednio był Maj…

 

Was bitte?

Nie z przecinkiem? Nie znam na tyle dobrze niemieckiego, ale tak by mi się wydawało. No i powinno być kursywą. I nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat to po niemiecku? Tak, sama wtrącam często francuskie słowa, ale zazwyczaj albo zwroty grzecznościowe, albo specyficzne terminy, które nie bardzo mają polski odpowiednik, a dodają kolorytu lokalnego. Tu natomiast wrażenie jest takie, jakby bohaterka nagle przeszła na niemiecki, do tej pory rozmawiając w jakimś innym języku. A w sumie na dodatek to wszystko chyba jednak w Polsce, więc tę Frau Niemkę warto by jakoś inaczej przedstawić.

 

ojciec szybko pocieszył się w ramionach innej kobiety i przedkładał nową rodzinę nad własne dziecko

Strasznie to stereotypowe i na dodatek ten zaimek “własne” jakoś mi zgrzyta, bo ewidentnie to nie tylko “pocieszenie w ramionach”, ale kolejny związek, więc w jakiś sposób ta druga rodzina też stała się jego rodziną. To tylko kwestia sformułowania, bo ogólny zamysł rozumiem.

 

Dzięki pomocy Czerwonego Krzyża[-,] dowiedziała się

Postanowiła nie wracać do kraju, w którym panoszyli się komuniści.

Strasznie to naiwnie sformułowane, nieliteracko i w ogóle jakoś tak dziwnie.

 

Po diagnozie szarlatanki

Dlaczego szarlatanki, skoro jej uwierzyła? Szarlatan to inaczej oszust. Albo nagle w tekście celowo ląduje narrator wszechwiedzący, który czytelnikowi mówi “patrz, jaka durna baba, uwierzyła oszustce”, albo powinnaś użyć innego słowa. I diagnoza też średnio pasuje.

 

Stasia wróciła do Polski w 1949 roku, w kraju panował stalinizm pełną gębą

Stalinizm na dobre zaczął się w 1948, ale niech będzie, że już pełną gębą, natomiast nie pasuje to do tego, że dopiero co się dowiedziała, że straciła całą rodzinę. Prawdopodobnie wiedziała to już w 1945/6 roku, czyli co najmniej trzy lata wcześniej.

 

Na szczęście jej historia brzmiała najwyraźniej tak absurdalnie, że nawet tajniacy uznali, że takiej durnej przykrywki nikt by nie wymyślił i dali jej spokój.

Co to za historia? Ta o przepowiedni? Niby można się domyślić, ale to, co istotne w tym fragmencie, tak bardzo rozmywa się w źle napisanym infodumpie, że tracimy to z oczu.

 

 dostała kociokwiku

kociokwik

1. pot. «stan psychiczny człowieka zdenerwowanego»

2. pot. «stan zamieszania lub chaosu»

3. zob. kac w zn. 1.

 

napieło się

Literówka

 

têtê á têtê

nie będę robić wykładu o akcentach francuskich, ale → tête-à-tête

 

– No dobra, koty, poczytamy. – Wzięła czytnik i zaczęła czytać na głos.

Maahes wskoczył na oparcie sofy, a Bastet umościła się na jej brzuchu.

Na brzuchu sofy?

 

oglądała ulubiony niemiecki program „Galileo Big Pictures”.

Po co podkreślenie, że niemiecki?

 

Jej ojciec zginął gdzieś pod Stalingradem

Chodzi o bitwę, nie o to, że powędrował do Rosji i słuch po nim zaginął gdzieś w tamtych okolicach

 

– Zwariowałaś?

Niemiecki jest wciąż dość formalny (choć już mniej niż dawniej), więc nie jestem pewna, czy one tak od razu na ty.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ooo, opowiadanie o kotach! Jak znajdę trochę czasu na pewno przeczytam i tu wrócę! ;)

Nie znam kontekstów, więc ocenie z perspektywy czytelnika, który szukał przyjemnego opowiadania na poniedziałkowe popołudnie…

Nie zawiodłem się. Tekst mało dynamiczny, ale wątek zaciekawił. Historie postaci były wystarczająco interesujące, żebym nie zwrócił uwagi na infodumpy wspomniane przez przedmówcę. Przepłynąłem wręcz przez tekst (z małą, niezależną ode mnie przerwą). Nie czułem napięcia, lecz kilka razy szczerze uśmiechnąłem się do ekranu. Spodobały mi się splecione wątki, mimo że motyw dawnej przyjaźni dwóch bohaterek niespecjalnie zaskoczył. 

Nie jestem pewien czy wszystko dobrze zrozumiałem, ale koty też były spoko (bycie dumnym posiadaczem psa zabrania mi użycia innego przymiotnika). 

Sposób w jaki Stanisława uniknęła śmierci był genialny. Niby prosty, ale rzeczy proste czasem okazują się najlepsze. 

Wytchnąłbym jakiś błąd, ale nie zauważyłem, wybacz. 

Bardzo dobre opowiadanie, jeśli celuję się w coś spokojniejszego. Trafiłem w sam raz… poniedziałkowe popołudnie udane. 

Cieplutkie pozdrowienia Irko i powodzenia w dalszych pracach ;)! 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Aleś ty surowa Drakaino. Spodziewałam się, że ten opek będzie gorzej oceniony niż poprzedni, ale takiego kubła zimnej wody nie przewidziałam. ;)

Może i dobrze, przynajmniej nie będę się unosić w przestworzach, bo sprowadziłaś mnie z powrotem na ziemię. Większość twoich uwag uwzględnię od razu, w kilku wypadkach muszę po prostu pomyśleć, jak to zmienić.

 

no i ja sama też niekoniecznie łapię, dlaczego akurat Frigga miałaby być wieszczką

Ponieważ znała przeznaczenie, choć nie mogła go odwrócić. Szczerze mówiąc pomysł z frau Frigg wpadł mi do głowy w ostatnim momencie. Niech czytelnik sam wybierze, w co chce wierzyć. Jeśli uzna, że nordycka bogini przepowiada przyszłość w niemieckim miasteczku, ucieszę się. Jeśli uzna, że to tylko żart autorki, żonglownie nazwiskami, nie będę płakać. Otagowałam opka jako “inne”, napisałam we wstępie, że fantastyki w nim jest tyle, co kot napłakał, a koty nie płaczą.

 

Największą wadą opowiadania jest kolosalny infodump w części o pani Stanisławie

Opowiadanko bazuje na wspomnieniach Magdy oraz frau Fischer, w tej sytuacji trudno uniknąć infodumpów, ale może masz rację i za dużo tego.

 

Przyznam, że nie wzbudził we mnie sympatii ten antyniemiecki rys głównej bohaterki (to o szprechaniu itede).

A tuś mnie kompletnie zaskoczyła i uważam, że odrobinę przesadzasz. Czy jeśli mieszkam w Niemczech, to we własnym domu mam mówić po niemiecku. Jeden z niemieckich polityków z CSU miał taki pomysł i został wyśmiany nawet przez swoich partyjnych kolegów. Nie widzę w Magdzie żadnego antyniemieckiego rysu, ma niemieckich znajomych, w żadnym momencie nie powiedziała niczego nieprzychylnego o Niemcach. Fakt, że jej się germanizacja w kontekście kotów skojarzyła, świadczy tylko o tym, że nie traktuje naszej wspólnej historii z zacięciem martyrologicznym.

 

Wykonanie też nie powala – może trzeba było dać ten tekst na betalistę?

Może i trzeba było, ale ja mam z betą drobny problem. Uważam, że jeśli już ktoś decyduje się popracować nad moim tekstem, to jestem mu winna pełne zaangażowanie i stałą obecność, a to – z uwagi na moją pracę – jest niemożliwe. Nie jestem nawet w stanie się z kimś umówić, że któregoś tam dnia jestem dostępna, bo zwyczajnie nie wiem, czy będę.

 

Frau wszędzie dużą literą – taka ortografia ;)

A w tym wypadku to miałam zagwozdkę. Masz oczywiście rację, w języku niemieckim rzeczowniki piszemy z dużej litery i zdania pisane po niemiecku są poprawne. Mam natomiast wątpliwości w wypadku pojedyńczych słów niemieckich, wplatanach w polskie zdania. Z dużej, czy z małej? Uznałam, że skoro piszę po polsku, będę stosować polską gramatykę, czyli rzeczowniki z małej.

 

fotel z regulowanym elektrycznie podnóżkiem, na którym spoczywała staruszka

Po pierwsze jakoś mi to spoczywanie na fotelu nie brzmi, po drugie wychodzi na to, że staruszka spoczywała na podnóżku

W tekście tego tak bardzo nie wiedać, ale jak wyjęłaś to zdanie, to rzeczywiści wychodzi na to, że staruszka spoczywała na podnóżku. Pomyślę, co z tym zrobić, podobnie jak z sofą i brzuchem. Co do spoczywania, chyba zostawię, jak jest.

 

miała krótkie siwe, ale dość gęste włosy

Tu też mi coś zgrzyta, jakiś cień non sequitur. Bo właściwie dlaczego “ale”? I raczej “krótkie, siwe…”

W tym wieku to zarówno panie, jak i panowie mają raczej niewiele włosów, stąd “ale”, ale zaraz to “ale” zlikwiduję.

 

Was bitte?

Nie z przecinkiem?

Nie z przecinkiem.

 

Tu natomiast wrażenie jest takie, jakby bohaterka nagle przeszła na niemiecki, do tej pory rozmawiając w jakimś innym języku. A w sumie na dodatek to wszystko chyba jednak w Polsce, więc tę Frau Niemkę warto by jakoś inaczej przedstawić.

Praktycznie wszyscy bohaterowie noszą niemieckie nazwiska i imiona, jest wspomniana niemiecka nazwa ulicy, jest informacja o tym, że Magda wajechała do Niemiec i nie zdołała przyjechać na pogrzeb Stanisławy, Magda ogląda w telewizji niemiecki program, momentami wplatam w tekst niemieckie zdania. Jak mam jeszcze dać do zrozumienia, że rzecz dzieje się w Niemczech?

 

Dlaczego szarlatanki, skoro jej uwierzyła? Szarlatan to inaczej oszust. Albo nagle w tekście celowo ląduje narrator wszechwiedzący, który czytelnikowi mówi “patrz, jaka durna baba, uwierzyła oszustce”, albo powinnaś użyć innego słowa. I diagnoza też średnio pasuje.

A tutaj to osobiście w swojego opka wlazłam. Rzecz w tym, że z powodów osobistych nie cierpię wszelkiej maści wróżek, znachorów, bioenergoterapeutów itd. Generalnie jednak masz rację, poprawię.

 

Stalinizm na dobre zaczął się w 1948, ale niech będzie, że już pełną gębą, natomiast nie pasuje to do tego, że dopiero co się dowiedziała, że straciła całą rodzinę. Prawdopodobnie wiedziała to już w 1945/6 roku, czyli co najmniej trzy lata wcześniej.

Miałabyś rację, gdyby rodzina Magdy zginęła na przykład w obozie, czy innym miejscu, w którym prowadzono buchalterię, ale nie w przypadku kampanii wrześniowej i powstania warszawskiego. To trwało dużo dłużej.

 

 dostała kociokwiku

kociokwik

1. pot. «stan psychiczny człowieka zdenerwowanego»

2. pot. «stan zamieszania lub chaosu»

3. zob. kac w zn. 1.

Tu też jestem zaskoczona. Wiele razy słyszałam moich znajomych opowiadających o kociokwiku ich kotów, sama tak mówiłam, ba, nawet w książkach się z tym określeniem w odniesieniu do kotów spotkałam, a to, cholera, babol. Poprawię. ;)

 

 

Niemiecki jest wciąż dość formalny (choć już mniej niż dawniej), więc nie jestem pewna, czy one tak od razu na ty.

Przeszły na ty wcześniej, jest wspomniane w tekście.

 

I koty też nie bardzo wiem, po co? Są w tym, co jest w fabule, w najlepszym razie ozdobnikiem.

Jak napisałam we wtępie, traktuję koty przyszłościowo. To znaczy mam kilka pomysłów na opki z Maahesem i Bastet. Najpierw jednak te kociska muszą się jakoś pojawić i właśnie się pojawiają.

 

Przyznaję, że zmieniałam koncepcję opka chyba z pięć razy, w tym imiona kotów (stąd zresztą ten nieszczęsny Koko w tekście), losy bohaterek i tak dalej. Wszystko to pewnie nie wpłynęło korzystnie na tekst. Obiecuję, że następnym razem się poprawię. ;)

 

Realuc, zapraszam. :)

 

MaSkrol, dziękuję za ciepłe słowa i cieszę się, że ci się spodobało.

W 1939 r. Polska nie skapitulowała… Poszczególne oddziały i punkty oporu tak, ale Polska jako państwo nie.

A to trzeba wiedzieć.

Pozdrówka.

RogerRedeye, wiem, to był skrót myślowy. Jeśli masz jakąś propozycję, jak to inaczej ująć, chętnie skorzystam. Zakończenie dzałań wojennych brzmi jak z podręcznika, wojna jako taka też się nie skończyła, innych pomysłów nie mam.

Nie wrócił po zakończeniu walk. Nie wrócił po ostatecznym zakończeniu walk.

Proste.

Roger, no nie takie proste. Mam

 

Ojciec, wykładowca na uniwersytecie, został zmobilizowany i ruszył gdzieś w Polskę walczyć z Niemcami. Nie wrócił po kapitulacji i rodzina nia miała pojęcia, co się z nim stało.

Jak wrzucę jeszcze po zakończeniu walk, to tego walczenia będzie za dużo. Ponieważ jednak ta kapitulacja najwyraźniej w oczy kłuje, będzie tak:

 

Ojciec, wykładowca na uniwersytecie, został zmobilizowany i ruszył gdzieś w Polskę walczyć z Niemcami. Nie wrócił i rodzina nia miała pojęcia, co się z nim stało.

No i znakomicie…

Przeczytałem. Sympatyczne opowiadanie, tyle, że mocno się ciągnie. Przydałyby się skróty. Myślę, że śmiało można zdjąć jedną stronę, a to wyjdzie tekstowi na zdrowie.

Pozdrówka.

Skracanie zawsze wychodzi tekstom na zdrowie. Zobaczę, co da się zrobić. Cieszę się, że jesteś usatysfakcjonowany rozwiązaniem problemu kapitulacji. I dziękuję za ciepłe słowa.

Irko, nie wiem, czy Cię to pocieszy, ale mnie ta kapitulacja kompletnie nie rzuciła się w oczy jako błąd – nie pamiętam już oczywiście, jak to było, kiedy czytałam, ale jeśli tak, jak zacytowałaś w komentarzu, to absolutnie nie czepiałabym się – nie myślałabym, że chodzi o całą Polskę, ale właśnie o konkretny oddział. A Roger znany jest z tego, że lubi się do upadłego czepiać bardzo szczegółowych szczegółów ;) Taka jego czytelnicza uroda…

 

A co do mojej surowości – cóż, byłaś obiecującą debiutantką, więc po prostu spodziewałam się dorównania poziomem debiutowi…

 

Z Friggą nie przekonałaś mnie w 100%, ale tak w 85 tak, więc nie jest źle. Aczkolwiek nadal nie wiem, czy Twoje wyjaśnienie da się wyczytać z tekstu. Chyba nie.

 

Opowiadanko bazuje na wspomnieniach Magdy oraz frau Fischer, w tej sytuacji trudno uniknąć infodumpów

Nietrudno. Lepsze są np. retrospekcje. Wprowadzasz po prostu scenę z przeszłości, podajesz informacje bardziej skąpo – nie musimy znać bardzo dokładnie życiorysu żadnej z pań, żeby zrozumieć ich skomplikowaną relację. Może nawet lepiej byłoby, gdyby więcej pozostało w domyśle.

 

Co do szprechania – mnie to uderzyło, więc napisałam. Może oprócz rodzinnych historii mam też za dużo do czynienia z Polakami siedzącymi gdzieś za granicą i narzekającymi na kraj, gdzie siedzą (najmniej z emigracją brytyjską). Nie żeby jakoś non stop, ale ponieważ sama lubię jak najbardziej zżywać się z krajem, gdzie jestem, może mam na to alergię ;) Z kolei moi naprawdę bliscy znajomi są bardzo zżyci z krajami, w których mieszkają i taka refleksja – co robić, czego nie robić, w ogóle by im przez myśl nie przeszła, mimo że w domach mówią po polsku (w tym jedna para polsko-francuska w Lyonie). Więc może to, że ona w ogóle myśli o germanizacji i języku po prostu zabrzmiało mi sztucznie.

 

Uważam, że jeśli już ktoś decyduje się popracować nad moim tekstem, to jestem mu winna pełne zaangażowanie i stałą obecność

Możesz na wstępie zaznaczyć, że to będzie powolna beta, bo tak masz z pracą i sytuacją życiową. Ludzie są wyrozumiali :)

 

Jak mam jeszcze dać do zrozumienia, że rzecz dzieje się w Niemczech?

No właśnie już nie musisz :) Piszesz to wprost, choć mogłabyś zaznaczyć wcześniej, to fakt.

 

A tutaj to osobiście w swojego opka wlazłam.

I to akurat jest z literackiego punktu widzenia błąd :) Narrator wszechwiedzący jest niemodny, można go oczywiście zastosować, ale lepiej z elementem autoironii i z dobrym pomysłem na taką formę.

 

nie w przypadku kampanii wrześniowej i powstania warszawskiego

Nie jestem specjalistką od XX w., to wręcz mój najsłabszy historyczny punkt, ale jednak wydaje mi się, że to były radykalne przypadki. Upierać się jednak nie będę, ale ponieważ zwróciło moją uwagę jako coś, co nie wydawało mi się całkiem spójne w tekście, to oczywiście zaznaczyłam :)

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sympatyczne opowiadanko. Nic wielkiego, ale czyta się przyjemnie. Mnie tam się polonizacja niemieckich kotów spodobała. A niech mówią “miał”, a nie “miau”. ;-)

Przydałoby się więcej fantastyki, ale od biedy ujdzie.

Opiekunka pomagała frau Fischer ubrać płaszcz i buty,

Ojjj. Ubrań ani butów się nie ubiera. Popraw, zanim tu Reg przyjdzie, bo każe Ci klęczeć na grochu.

Babska logika rządzi!

Drakaino droga, bardzo sobie cenię twoje opinie i tak mi się milutko po tej “obiecującej debiutantce” zrobiło. Zdawałam sobie sprawę, że opek jest słabszy niż poprzedni, ale w gruncie rzeczy nie żałuję, że go tu wrzuciłam, bo przynajmniej wiem, co sknociłam. Obiecuję poprawę na przyszłość. :)

 

Co do szprechania – mnie to uderzyło, więc napisałam. Może oprócz rodzinnych historii mam też za dużo do czynienia z Polakami siedzącymi gdzieś za granicą i narzekającymi na kraj, gdzie siedzą

 Wspólną historię mamy taką, jaką mamy, a na dodatek tak nam te dzieci z Wrześni do głów kładli, że trudno o tym nie pamiętać, stąd myślę, że Magda takie, a nie inne skojarzenia mogła mieć. Schprechen, to po niemiecku po prostu mówić, gdybym napisała “szczekać” (a wierz mi widziałam taki kwiatek) to byłaby to antyniemieckie. Wiem, że teraz to już mykam (mäkeln – marudzić, czepiać się), ale sama od lat mieszkam w Niemczech i z każdym rokiem coraz bardziej mi się tu podoba i ta antyniemieckość trochę mnie zabolała.

 

Finkla, uff zdążyłam poprawić. Nie wiem, czy moje biedne kolana przeżyłyby klęczenie na grochu. ;)

Cieszę się, że ci się spodobało, fakt, że się je przyjemnie czyta najzupełniej mnie zadawala. A kocury niech się polskiego uczą. ;)

Ech, gdybyśmy tylko potrafili spojrzeć na politykę germanizacyjną w choćby minimalnie szerszym ujęciu – ale zdaję sobie sprawę, że długie dziesięciolecia (w sumie stulecie) “polityki historycznej” w tym względzie są nie do odrobienia. To był element szerszego procesu tworzenia się od połowy XIX w. państw ściśle narodowych. Owszem, był krótki czas, kiedy do głosu doszli antypolscy politycy, ale w pruskim establishmencie było też sporo polityków ugodowych, promujących de facto podobne (w praktyce, choć niekoniecznie teorii) rozwiązania jak autonomia galicyjska i dużą swobodę kulturową. Ale w II RP i PRL to ostre stawianie problemu było potrzebne, więc o pewnych aspektach po prostu się milczało…

Ale sorry, bo wpadam w offtop ;) Gdyby pozostało na sprechaniu, a darowałabyś sobie tę publicystyczną germanizację, pewnie bym na to tak mocno nie zareagowała. Nawet żartobliwe “a masz za dzieci z Wrześni” byłoby mniej nachalne.

Btw mój niemiecki jest słaby (zwłaszcza zważywszy korzenie z obu stron rodziny), ale coś tam rozumiem ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nawet żartobliwe “a masz za dzieci z Wrześni” byłoby mniej nachalne.

Tyle że tu nie chodzi o żaden “odwet”. Jakolwiek głupio to brzmi, gadanie do “niemieckiego” zwierzaka po polsku jest problematyczne. Zwierzęta (w szczególności psy, choć koty też) są przyzwyczajone do pewnych słów, tonacji, sama nie wiem czego dokładnie i trudno im się przestawić. Nie reagują na komendy, są zagubione, a to zawsze oznacza problemy.

Żartowałam i bohaterka też mogłaby żartować ;) Może tego mi też w tym tekście brakuje – lekkości. On jest strasznie na poważną nutę, także w warstwie formalnej – takiej statecznej opowieści z dużą ilością informacji…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niestety, Irko, tym razem doznałam sporego rozczarowania. Spodziewałam się opowiadania, w którym Koty odegrają istotną rolę, a okazały się jedynie pretekstem do snucia dość wątłej opowiastki o wróżce i spełniających się lub nie, przepowiedniach, a to zupełnie nie moje klimaty. Mogę zaakceptować wróżkę, która ubrała Kopciuszka, wyczarowała jej karocę i wysłała na bal; z przyjemnością przeczytam o proroctwach Pytii, ale nie potrafię podejść ze zrozumieniem do osób, które współcześnie odwiedzają panie wieszczące im przyszłość.

 

kiedy do roz­mo­wy wtró­ci­ła się… –> Literówka.

 

– Wi­dzisz moja droga, ja umrę za trzy dni, 20 paź­dzier­ni­ka… –> – Wi­dzisz moja droga, ja umrę za trzy dni, dwudziestego paź­dzier­ni­ka

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Nie wró­cił i ro­dzi­na nia miała po­ję­cia… –> Literówka.

 

wokół pa­no­wał jeden wiel­ki chaos – wpo­mi­na­ła. –> Literówka.

 

– Scheiße – zaklął jeden z sanitariuszy, otrzepując się z kocich kłaków. –> Kotka biegała po pokoju i wskakiwała na meble; nie biła się z nikim, inny kot jej nie podrapał, więc dlaczego sanitariusz otrzepywał się z kocich kłaków? Skąd one się wzięły?

 

ale uzna­ła, że nic tak zbli­ża, jak wspól­ny po­si­łek. –> Pewnie miało być: …ale uzna­ła, że nic tak nie zbli­ża, jak wspól­ny po­si­łek.

 

zja­dła coś, czego nie po­wi­nie­na i stru­ła się… –> …zja­dła coś, czego nie po­wi­n­na i stru­ła się

 

we­te­ry­na­rze nie miali żad­nych noc­nych dy­żu­rów… –> Literówka.

 

nu­me­ru do dok­to­ra Plümer nie miała. –> …nu­me­ru do dok­to­ra Plümera nie miała.

 

Myślę, że sama sobie tę śmierć sama wy­kra­ka­ła. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

za­dzwo­nić do dok­to­ra Plümer. –> …za­dzwo­nić do dok­to­ra Plümera.

 

Była to naj­smut­nie­sza ce­re­mo­nia po­grze­bo­wa… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, miło cię widzieć, mimo że tym razem się nie spodobało. Mam parę pomysłów na historie z tą dwójką kotów i obiecuję, że w następnych opkach będzie więcej i kotów i fantastyki. To opowiadanko będę chyba musiała też jeszcze raz napisać. ;)

Przepraszam za literówki. Pierwszy raz w życiu zrobiłam sobie tipsy i teraz przeszkadza mi to cholerstwo. W klawisze nie trafiam, jakoś podwójnie mi te litery wychodzą i w ogóle to kitu się z tym czuję.

 Poprawiłam oczywiście prawie wszystko. Mam tylko jedną wątpliwość

 

numeru do doktora Plümer nie miała. –> …numeru do doktora Plümera nie miała.

Dziwnie mi to brzmi. Może dlatego, że tę końcówkę -er wymawia się jak “a”.

 

Mogę zaakceptować wróżkę, która ubrała Kopciuszka, wyczarowała jej karocę i wysłała na bal; z przyjemnością przeczytam o proroctwach Pytii, ale nie potrafię podejść ze zrozumieniem do osób, które współcześnie odwiedzają panie wieszczące im przyszłość.

Mam tak samo, ale one niestety istnieją, dlaczegóż więc by ich nie wykorzystać. Tym bardziej, że jak widać w opku, nic dobrego z takich wizyt nie wychodzi.

 

Kotka biegała po pokoju i wskakiwała na meble; nie biła się z nikim, inny kot jej nie podrapał, więc dlaczego sanitariusz otrzepywał się z kocich kłaków? Skąd one się wzięły?

Osobiście byłam świadkiem takiego kociego napadu i musiałam się później otrzepywać z kocich kłaków. Sama nie mam pojęcia dlaczego.

 

Drakaino, obiecuję, że za jakiś czas zrobię kotom lifting i postaram się, żeby nie było tak strasznie poważnie. ;)

 

 

No super, napisałem taki piękny komentarz i wszystko mi się skasowało, a niech to… Ło Boże! :(

:)

Przepraszam Cię, Irka, ale tak czy siak “piąteczka” poleciała. :)

O, ślicznie dziękuję. :)

przygarnęła syjamskiego kota, noszącego imię

Nie dałabym tu przecinka (to określenie kota). Poza tym – z tego zdania wynika, że kot miał tak na imię, zanim go przygarnęła. Ale z dalszego ciągu – że znalazła go na ulicy i nie mogła wiedzieć, jak się wabi.

 zdrobniele

Zdrobniale, aniele ;)

 Wymagało to (…) odrobinę kłamstw

Odrobiny.

 Następnego dnia po powrocie z pracy, Magda

Nie dawałabym tu przecinka.

 Jego oskarżycielski wzrok wywiercał jej dziurę

Hmm.

 W odpowiedzi usłyszała drażniące ucho protesty, skala dźwiękowych możliwości jej pupila wywoływała gęsią skórkę.

Jakoś dziwnie to brzmi.

 Tyle tylko, że staruszka udawała się do szpitala tylko na

Dwa razy "tylko".

 oprócz rzecz jasna starości

"Rzecz jasna" wygląda mi na wtrącenie.

 Koko sporo przeszedł

Przed chwilą nazywał się Maj?

 poczuła się zagubiona i nie rozumiała

Zdublowana informacja.

 Okazało się, że Maahes należał wcześniej

Ale jakim sposobem one mogą o tym wiedzieć?

 Ach teraz rozumiem – stwierdziła Magda.

Ach, teraz rozumiem. I nie stwierdziła. “Stwierdzić” oznacza asercję.

 Widzisz moja droga

Widzisz, moja droga. Przed zwrotem do kogoś stawia się przecinek.

 datę jego śmierci.

Zaimek możesz wyciąć.

 niedowierzeniem

Niedowierzaniem.

 Hannoveru

Myślę, że lepiej to zapisać w spolszczeniu. W tym akapicie jest kilka zdań z rymami gramatycznymi – można by ich uniknąć.

 okresu, (…) z życiorysu.

Jak wyżej.

 Na wizytę u wróżki namówiła ją młoda Niemka, z którą Stanisława się zaprzyjaźniła.

Aa, i stąd te wspomnienia. Ale trochę to był przeskok na początku.

 wyprzeć ze swojego życia jakąkolwiek przypadkowość

Może jednak "wszelką przypadkowość".

 rzeczywiście zakończyłaby życie dnia przepowiedzianego

Dałabym raczej "przepowiedzianego dnia", troszkę mniej górnolotnie.

 wybiegła jakaś postać

Ooj, postać.

 wysiadł z szoferki, zobaczył ją leżącą

Odrobinę niejasne.

 krwi, ani żadnych ran

Nie dawałabym przecinka.

 nie zdołała nawet pojechać na pogrzeb

Hmm.

jak to wyglądało w przypadku frau Fischer.

Jak co wyglądało?

 Frau Fischer poszła do wróżki ze strachu.

Zgrabne – ta sama osoba widziana oczami własnymi i kogoś innego wygląda zupełnie inaczej. Duży plus.

 Dzisiaj to się młodzi

Dzisiaj, to się młodzi.

Gdyby zostało mi kilka miesięcy życia nie musiałabym

 Gdyby zostało mi kilka miesięcy życia, nie musiałabym.

 zakazane dla porządnej dziewczyny

Raczej: zakazane porządnym dziewczynom.

 wyszła w nim za mąż

W planie? Plan mógł coś przewidywać, albo planująca mogła coś zamierzać.

 spolegliwy

Dla porządku: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/spolegliwy;9008.html

 zagubione spojrzenie

Hmm.

 Niestety ona

Niestety, ona.

czarnymi grubymi kartkami

Tu jednak dałabym przecinek, to określenia równorzędne.

 poklepała artretycznym palcem w czarno-białą fotografię

Klepanie nie bardzo mi tu brzmi. Postukała może?

 Tak, tak pamięć to ja mam lepszą niż niejeden młody

Tak, tak, pamięć, to ja mam lepszą, niż niejeden młody.

 kochanie, aleś mi urządziła pożegnanie

Rym.

nie protestowała, kiedy zakładała

Znowu rym. Ja rozwiązałabym to tak: nie protestowała przy zakładaniu.

 spolonizuję niemieckie koty czy im się to podoba

Spolonizuję niemieckie koty, czy im się to podoba. :D

 wchłaniając otaczające ją wonie

Mam wrażenie, że obiecujesz tu więcej, niż chcesz dać.

 Kiedy wróciła koty

Kiedy wróciła, koty.

 tej, należącej

Bez przecinka.

 co jakiś czas, kątem oka

I tu też.

 zapałały do siebie gorącym uczuciem, to baraszkując wspólnie

Chyba bym to podzieliła.

 Och Maj

Och, Maj.

 Bastet, które

Która. Ale można by to przeformułować bez których.

 ulubiony program „Galileo Big Pictures”.

Product placement :P Ale serio, jeśli to ma wskazywać na miejsce akcji, to nie wyszło. Telewizja nadaje na cały świat.

 Nie wiedziała co robić

Nie wiedziała, co robić.

 doktora Plümer

Doktora Plümera.

 po dziwnym ataku Bastet trochę zmiękła

Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby Bastet zmiękła.

 Za chwilę usłyszała

Po chwili. "Za chwilę" to w tym kontekście kolokwializm.

 Odebrała klnąc

Odebrała, klnąc.

 czy w ogóle podziękowałaby za tę opowieść?

Brzmi to jakoś obco. Angielsko?

 Wie pan doktorze

Wie pan, doktorze.

 Mimo tego

Mimo to.

 wydawał się być zdziwiony

Anglicyzm. Wydawał się zdziwiony.

 nikłą frekwencją

To nie szkoła. PWN dopuszcza frekwencję w tym kontekście, ale mnie ona zgrzyta ze względu na etymologię.

 długo jak na

Długo, jak na.

 na wiodącą przez las drogę, wybiegła

Bez przecinka.

 O kurcze

O, kurczę.

wgląda

Literówka.

 Rod zaopiekował

Jaki "Rod"?

 wybieram – dodała zdecydowanie. – I muszę się zbierać

Powtórzenie.

 

No, dobrze, a dalsza część? Mam wrażenie, że to dopiero ćwierć opowiadania, rozstawiłaś figury na planszy – i już koniec? Nawet się człowiek nie zdążył przywiązać… Nawet nie zaczęłaś porządnie fabuły.

W kwestii szarlatanów, cóż – Twoje animozje to jedno, a technika to drugie i w tym miejscu zgadzam się po prostu z drakainą. Jeśli chcesz napisać coś anty-znachorskiego, to do pióra, ale nie może to być załatwione dialogiem, w którym jedna postać mówi drugiej, że oni są okropni. Wyobraź sobie np. bohatera uczulonego na pyłek wierzby. Jeśli opowiadanie dzieje się w październiku, ta informacja może się pojawić tylko w dialogu, i równie dobrze możesz ją pominąć. Ale w kwietniu uczulenie na pyłek wierzby może mieć bezpośredni wpływ na fabułę (wyobraź sobie rozmowę o pracę z chusteczką przy nosie). I tak samo ze znachorami – pokaż mi, w jaki sposób są okropni.

Miał :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Witaj, Tarnino, cieszę się, że wpadłaś. Dziękuję za kota, jest słodki i mogłabym się na niego gapić godzinami.

Większość poprawek już naniosłam, tylko nad rymami muszę trochę pomyśleć.

 

 Jego oskarżycielski wzrok wywiercał jej dziurę

Hmm.

Dlaczego hmm?

 

 Koko sporo przeszedł

Przed chwilą nazywał się Maj?

To dlatego, że ślepa jestem. To chyba już czwarta wersja opka i w jednej z poprzednich koty nosiły inne imiona. Przeglądałam parę razy i byłam pewna, że poprawiłam we wszystkich miejscach. Chyba muszę udać się do okulisty. ;)

 

 Okazało się, że Maahes należał wcześniej

Ale jakim sposobem one mogą o tym wiedzieć?

Tak to jest, kiedy zaczyna się pisać od środka. Mam, na razie tylko w głowie, opka, w którym Magda spotyka Maja. Zabiera go do weterynarza, a tam okazuje się, że kot ma wszczepionego czipa i na dodatek weterynarz go zna.

 

 Hannoveru

Myślę, że lepiej to zapisać w spolszczeniu. W tym akapicie jest kilka zdań z rymami gramatycznymi – można by ich uniknąć.

Hmm, rzecz dzieje się w Niemczech, dlatego przyjęłam niemiecką pisownię.

 

 wybiegła jakaś postać

Ooj, postać.

Ups, zmieniłam. :)

 

Frau Fischer poszła do wróżki ze strachu.

Zgrabne – ta sama osoba widziana oczami własnymi i kogoś innego wygląda zupełnie inaczej. Duży plus.

Dziękuję.

 

 spolegliwy

Dla porządku: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/spolegliwy;9008.html

Ze Śląska pochodzę. ;)

 

 ulubiony program „Galileo Big Pictures”.

Product placement :P Ale serio, jeśli to ma wskazywać na miejsce akcji, to nie wyszło. Telewizja nadaje na cały świat.

Ale program niemiecki.

 

 doktora Plümer

Doktora Plümera.

Reg mi już na to zwróciła uwagę. Po niemiecku er wymawia się, jak a, dlatego nie brzmi mi to najlepiej. Skoro jednak jesteś już drugą osobą, która mi to wytyka, poprawię. :)

 

Rod zaopiekował

Jaki "Rod"?

Ten od Rodzanic.

https://bogowieslowianscy.pl/rod/

 

W kwestii szarlatanów, cóż – Twoje animozje to jedno, a technika to drugie i w tym miejscu zgadzam się po prostu z drakainą.

Obie macie rację. Nie jest rzeczą mądrą włazić osobiście do opka, dlatego poprawiłam i obiecuję uważać w przyszłości.

 

No dobra, biję się w pierś i przyznaję, że schrzaniłam tego opka koncertowo. Skatiować nie zamierzam, bo komentarz drakainy powinien tu pozostać na zawsze, tak dla mnie, jak i dla potomności. Jak mi kiedy palma zacznie odbijać, to sobie poczytam. ;) Kiedy się uporam z Hermesem, to wrócę do kotów. Może nawet tego opka napiszę na nowo.

 

Pytanko mam, zauważyłaś, że rzecz dzieje się w Niemczech, czy faktycznie tego nie widać?

Dlaczego hmm?

Hmm, bo nie bardzo mi to brzmi. "Wywiercanie" PWN dopuszcza, ale dla mnie jest jakieś takie nie teges.

 Tak to jest, kiedy zaczyna się pisać od środka.

Albo, kiedy się człowiek spieszy, kurczę :)

 Hmm, rzecz dzieje się w Niemczech, dlatego przyjęłam niemiecką pisownię.

Ale piszesz po polsku i bohaterka jest Polką.

 Ale program niemiecki.

Ale oglądać można go wszędzie.

 Ten od Rodzanic.

… ale na to nic nie wskazywało wcześniej.

 zauważyłaś, że rzecz dzieje się w Niemczech, czy faktycznie tego nie widać?

Zauważyłam, acz nie od razu – dopiero gdzieś w jednej trzeciej, chyba. Dokładnie nie pomnę.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hmm, bo nie bardzo mi to brzmi. "Wywiercanie" PWN dopuszcza, ale dla mnie jest jakieś takie nie teges.

Pomyślę.

 

Albo, kiedy się człowiek spieszy, kurczę :)

To też. :)

 

Ale piszesz po polsku i bohaterka jest Polką.

Tyż racja, poprawione.

 

 

 

… ale na to nic nie wskazywało wcześniej.

Ech, pomysł z ostatniej chwili.

 

Pięknie się to twoje pocieszanie, z sygnaturką zgrało. :)

He, he, nawet o tym nie pomyślałam :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka