- Opowiadanie: drakaina - Powrót Gilberta Legranda

Powrót Gilberta Legranda

Ko­lej­ne opo­wia­dan­ko z zna­nej czę­ści czy­tel­ni­ków serii.

 

Prze­pra­szam za kilka po­wtó­rzeń – usunę je po ogło­sze­niu wy­ni­ków. Tekst po­wsta­wał w biegu, co było spo­wo­do­wa­ne ży­cio­wy­mi per­tur­ba­cja­mi, więc nie bar­dzo zdą­ży­łam go po­rząd­nie prze­czy­tać. Sta­ra­łam się, żeby był jak naj­bar­dziej do­pra­co­wa­ny mimo to, bar­dzo za­le­ża­ło mi na nie­od­ło­że­niu go ad acta. Wszel­kie wy­tknię­cia uste­rek przyj­mę na klatę ;)

Edit: po­praw­ki wpro­wa­dzo­ne.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Powrót Gilberta Legranda

– „W dniu 15 marca 1859 roku w Mon­tau­ban czło­wiek twier­dzą­cy, że na­zy­wa się Gil­bert Le­grand, zo­stał aresz­to­wa­ny za po­da­wa­nie się za rze­czo­ne­go Gil­ber­ta Le­gran­da, na pod­sta­wie ze­znań żony, Flo­ren­ce Le­grand, która w po­dej­rza­nym nie roz­po­zna­ła męża”. – Adam na wszel­ki wy­pa­dek od­czy­tał na głos le­żą­cą przed nim no­tat­kę po­li­cji z de­par­ta­men­tu Tarn et Ga­ron­ne, po czym pod­niósł wzrok. – Że co?

In­spek­tor Vi­do­cq wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Że to. Czło­wiek ten wtar­gnął, jak okre­śli­ła to ma­da­me, do mał­żeń­skiej sy­pial­ni, twier­dząc, że jest jej mężem. Jak zaj­rzysz dalej, zo­ba­czysz głów­ny ar­gu­ment: „Prze­cież chyba roz­po­zna­ła­bym czło­wie­ka, z któ­rym spę­dzi­łam ponad pół życia!”.

Nie dało się za­prze­czyć, było to dość prze­ko­nu­ją­ce.

– W czym więc pro­blem? – za­py­tał Adam, nadal sko­ło­wa­ny.

Vi­do­cq pod­su­nął mu pa­te­rę z ciast­ka­mi.

– Po­czę­stuj się. Pro­blem w tym, że rze­ko­my Gil­bert Le­grand, nie­przy­po­mi­na­ją­cy ani tro­chę żad­ne­go por­tre­tu Gil­ber­ta Le­gran­da, zna każdy moż­li­wy szcze­gół z życia i zwy­cza­jów Gil­ber­ta Le­gran­da.

– Jak ro­zu­miem, żony to nie prze­ko­nu­je.

– Nie.

– Ro­zu­miem też, że pań­skim zda­niem mam się tym zająć.

– A kto?

Pty­sie wy­glą­da­ły ku­szą­co. Po chwi­li we­wnętrz­nej walki Adam się­gnął po ciast­ko.

– Nie wy­da­je mi się…

In­spek­tor prze­rwał mu ru­chem ręki.

– Le­grand znik­nął czte­ry lata temu. Uzna­no go za za­gi­nio­ne­go, praw­do­po­dob­nie nie­ży­ją­ce­go, choć for­mal­nie nie zo­sta­ło to jesz­cze po­twier­dzo­ne.

Adam spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– I pan nie uważa, że to jest po pro­stu hi­sto­ria o spry­cia­rzu, który się pod niego pod­szy­wa?

– Nie – od­parł Vi­do­cq la­ko­nicz­nie.

 

***

 

Mon­tau­ban oka­za­ło się ty­po­wym dla po­łu­dnia Fran­cji mia­stem, w któ­rym do­mi­no­wa­ła czer­wo­na cegła, rzeka to­czy­ła le­ni­we wody pod śre­dnio­wiecz­nym mo­stem, a słoń­ce grza­ło mocno, mimo że była do­pie­ro wcze­sna wio­sna.

Ko­mi­sarz André Ga­il­lard cze­kał na Adama w ka­wia­ren­ce przy rynku.

– Pan nie jest po­li­cjan­tem – skon­sta­to­wał na wstę­pie, krzy­wiąc się lekko.

– Nie – przy­znał Adam. – Je­stem kon­sul­tan­tem biura in­spek­to­ra Vi­do­cqa. Jeśli to pana po­cie­szy, nie mam po­ję­cia, dla­cze­go aku­rat mnie tu przy­słał.

Ga­il­lard wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Pew­nie wie­dział, co robi. Mój oj­ciec pra­co­wał z nim… w daw­nych cza­sach.

Adam przyj­rzał się ko­mi­sa­rzo­wi: był to czło­wiek koło czter­dziest­ki, a więc sza­now­ny papa mu­siał na­le­żeć do pierw­szych agen­tów in­spek­to­ra.

– Znali się jesz­cze z galer – dodał Ga­il­lard. – Je­stem jed­nym z tych ludzi, któ­rzy Vi­do­cqo­wi za­wdzię­cza­ją wszyst­ko.

Wy­cią­gnął z przy­nie­sio­nej do ka­wiar­ni tecz­ki kilka kar­tek i podał je Ada­mo­wi. Wid­nia­ła na nich hi­sto­ria życia Gil­ber­ta Le­gran­da. Uro­dzo­ny w po­bli­skim Tar­bes, stu­dio­wał prawo w Tu­lu­zie, oże­nił się z Flo­ren­ce Col­lot, córką sę­dzie­go. Teść za­ła­twił mu po­sa­dę w biu­rze pro­ku­ra­to­ra w Mon­tau­ban. Jedna córka, od kilku lat za­męż­na. Re­gu­lar­ne wpła­ty na to­wa­rzy­stwo do­bro­czyn­ne. Nie­ca­łe czte­ry lata temu pan Le­grand wy­szedł z domu i wię­cej go w mie­ście nie wi­dzia­no. Po praw­dzie, nie wi­dzia­no go rów­nież ni­g­dzie in­dziej. Do akt do­łą­czo­na była fo­to­gra­fia, do któ­rej Gil­bert Le­grand po­zo­wał wraz z mał­żon­ką. Wy­glą­dał zwy­czaj­nie, co ide­al­nie pa­so­wa­ło do jego ży­cio­ry­su.

Go­dzi­nę póź­niej Adam Car­del­li zo­stał wpusz­czo­ny do celi, w któ­rej prze­by­wał sa­mot­ny aresz­tant. „Nie chce­my go trzy­mać ze zwy­kły­mi kry­mi­na­li­sta­mi” – wy­ja­śnił mu Ga­il­lard. – „Bo w sumie nikt nie wie, czy on coś złego zro­bił”.

Na widok wcho­dzą­cych męż­czy­zna ze­rwał się z pry­czy i zro­bił wiel­kie oczy.

– Pan… baron…? – wy­beł­ko­tał.

Ga­il­lard zer­k­nął na Adama z ukosa. Adam wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Zo­sta­wi nas pan sa­mych? – za­py­tał ko­mi­sa­rza.

– Jak pan sobie życzy. W razie kło­po­tów pro­szę krzy­czeć albo ude­rzać laską w kraty.

Adam po­tak­nął, ale sto­ją­cy przed nim czło­wiek nie spra­wiał wra­że­nia, jakby miał za­miar rzu­cić się na ko­go­kol­wiek z pię­ścia­mi.

Od­cze­kał, aż kroki ko­mi­sa­rza uci­chły na ko­ry­ta­rzu, po czym spoj­rzał gniew­nie na wpa­trzo­ne­go w niego męż­czy­znę.

– Mon­sieur Royer, co pan tu robi, na li­tość boską?

 

***

 

– Na­zy­wam się Gil­bert Le­grand, na­praw­dę – od­po­wie­dział Au­gu­stin Royer po dłuż­szej chwi­li mil­cze­nia.

Adam wes­tchnął, usiadł na przy­nie­sio­nym przez mło­de­go adep­ta po­li­cyj­ne­go fachu nieco sfa­ty­go­wa­nym krze­śle i wska­zał roz­mów­cy pry­czę.

– Może mi pan to wy­ja­śnić? – za­py­tał uprzej­mie.

Roy­er-Le­grand miał minę zbi­te­go psa.

– Pan oczy­wi­ście pa­mię­ta ten nie­szczę­sny in­cy­dent pod­czas wie­czo­ru ar­ty­stycz­ne­go… – po­wie­dział cicho.

Adam prych­nął. Royer miał być wscho­dzą­cą gwiaz­dą li­te­rac­kiej sceny Pa­ry­ża. Naj­waż­niej­sze pe­rio­dy­ki za­mie­ści­ły re­cen­zje jego po­wie­ści po­etyc­kiej; ponoć zy­ska­ła ona przy­chyl­ność sa­me­go Vic­to­ra Hugo. Nie­wiel­ki na­kład de­biu­tu roz­szedł się szyb­ciej niż świe­że ba­giet­ki w nie­dziel­ny po­ra­nek i w pew­nym mo­men­cie modne damy nie roz­pra­wia­ły o ni­czym innym, mimo że żadna nie czy­ta­ła ar­cy­dzie­ła. Autor bywał wi­dy­wa­ny tu i ów­dzie, a w końcu do­stał za­pro­sze­nie do jed­ne­go z po­pu­lar­nych sa­lo­nów, gdzie miał za­pre­zen­to­wać frag­men­ty po­wie­ści. Tam wła­śnie spo­tkał go Adam.

– To się za­czę­ło kilka lat wcze­śniej – po­wie­dział z wes­tchnie­niem Royer.

– To?

– Wie pan, na­praw­dę nie są­dzi­łem, że efekt może być aż tak… pio­ru­nu­ją­cy.

Gość sa­lo­nu za­czął lek­tu­rę dzie­ła, które na ucho Adama było dzi­wacz­nym beł­ko­tem sta­no­wią­cym po­płu­czy­ny po ro­man­tycz­nym stylu mod­nym w cza­sach jego dzie­ciń­stwa. Kiedy do­szedł do opisu mrocz­ne­go, bu­rzo­we­go wie­czo­ru, za okna­mi pa­ła­cy­ku roz­pę­ta­ła się na­wał­ni­ca. Oczy­wi­ście, na wio­snę nie by­ło­by w tym nic dziw­ne­go, tyle że hu­ra­ga­no­we po­wie­wy wia­tru po­przew­ra­ca­ły meble i zga­si­ły wszyst­kie świe­ce, a nawet lampy naf­to­we. Dwie panie ze­mdla­ły i wie­czór prze­rwa­no.

Potem zaś autor za­padł się pod zie­mię, a Adam na próż­no po­szu­ki­wał choć­by jed­ne­go eg­zem­pla­rza po­wie­ści.

– Co za­czę­ło się wcze­śniej?

Royer ukrył twarz w dło­niach.

– Byłby pan ła­skaw za mnie po­rę­czyć? Bar­dzo źle się tu roz­ma­wia. – Po­wiódł wzro­kiem po brud­nych ścia­nach ciem­ne­go po­miesz­cze­nia.

Adam za­sta­na­wiał się przez chwi­lę. Tak na­praw­dę nic o tym czło­wie­ku nie wie­dział. To mógł być spryt­ny oszust, który naj­pierw wpro­wa­dził w błąd pa­ry­ską so­cje­tę, a teraz knuł nie­zro­zu­mia­łą in­try­gę.

Nie­mniej jedno świad­czy­ło na ko­rzyść po­dej­rza­ne­go: trud­no było sobie wy­obra­zić, po co miał­by pod­szy­wać się pod urzęd­ni­ka w pro­win­cjo­nal­nym mie­ście. Z tego, co Ada­mo­wi zdą­żył opo­wie­dzieć ko­mi­sarz Ga­il­lard, pani Le­grand nie była pięk­no­ścią ani dzie­dzicz­ką for­tu­ny, jej mąż zaś nie po­sia­dał zna­czą­ce­go ma­jąt­ku czy god­nej po­zaz­drosz­cze­nia po­zy­cji. Royer mu­siał­by być prze­stęp­cą, który po­trze­bu­je się ukryć w nie­rzu­ca­ją­cym się w oczy miej­scu… Ale po co miał­by się pchać do sy­pial­ni ko­bie­ty, która z pew­no­ścią uzna go za in­tru­za?

– Do­brze – po­wie­dział Adam. – Po­pro­szę ko­mi­sa­rza, żeby wa­run­ko­wo zwol­nił pana z aresz­tu.

 

***

 

Go­dzi­nę póź­niej Royer za­pro­wa­dził go na nad­rzecz­ne bul­wa­ry, gdzie drze­wa wła­śnie okry­wa­ły się wio­sen­ną zie­le­nią.

– Nie­na­wi­dzi­łem życia urzęd­ni­ka – oznaj­mił, kiedy usie­dli na ławce. – Każdą mi­nu­tę wol­ne­go czasu po­świę­ca­łem na pi­sa­nie. Szu­fla­dę w urzę­dzie mia­łem pełną wier­szy. Rymy, które wy­cho­dzi­ły spod mo­je­go pióra, uwa­ża­łem za do­sko­na­łe, ale kiedy po­ka­za­łem je ko­le­dze, uznał, że są co naj­wy­żej po­praw­ne. Za­wzią­łem się wtedy i po­sta­no­wi­łem wydać książ­kę.

Przez chwi­lę Royer wpa­try­wał się w spo­koj­ny nurt rzeki.

– Po co panu ta cała za­ba­wa? – za­py­tał Adam. – Ma­da­me Le­grand za­pew­ne zdą­ży­ła opła­kać męża, a pan…

– Za­ba­wa? – za­py­tał. – Pan też mi nie wie­rzy? Gil­bert Le­grand to ja. Au­gu­stin Royer nie ist­nie­je.

Z tym ostat­nim Adam nawet byłby w sta­nie się zgo­dzić. Nie­dłu­go po znik­nię­ciu au­to­ra różne ważne oso­bi­sto­ści wy­sto­so­wa­ły listy do re­dak­cji, od­ci­na­jąc się od rze­ko­mych po­chwał. Pan Hugo wy­ra­ził wręcz obu­rze­nie fak­tem, że ktoś po­wo­łał się na jego opi­nię, nie za­się­ga­jąc jej u źró­dła. Po­dob­nie jak damy z to­wa­rzy­stwa, pi­sarz przy­znał, że po­wie­ści nie wi­dział na oczy.

A jed­nak Adam oso­bi­ście był świad­kiem lek­tu­ry dzie­ła, za­koń­czo­nej nie­chlub­nym in­cy­den­tem. Czyż­by wszy­scy obec­ni wów­czas w sa­lo­nie stali się ofia­ra­mi spryt­ne­go pre­sti­di­gi­ta­to­ra? Czy może…

Wzdry­gnął się i zer­k­nął na roz­mów­cę z ukosa. Royer, czy Le­grand, nie wy­glą­dał na czło­wie­ka pa­ra­ją­ce­go się czar­ną magią.

– Czy ta pań­ska po­wieść w ogóle ist­nia­ła? – za­py­tał. Nie miał po­ję­cia, co wła­ści­wie chce mu opo­wie­dzieć czło­wiek sie­dzą­cy koło niego na ławce. Przy­glą­dał mu się, od kiedy wy­szli z pre­fek­tu­ry, usi­łu­jąc do­pa­trzeć się w ry­sach choć­by cie­nia po­do­bień­stwa do oglą­da­nej nie­daw­no fo­to­gra­fii.

Ale Le­grand spra­wiał wra­że­nie nie­wy­so­kie­go i kor­pu­lent­ne­go, pod­czas gdy Royer prze­wyż­szał Adama o pół głowy i wy­glą­dał jak ktoś, kto upra­wia dla przy­jem­no­ści wszel­kie modne spor­ty. Rysy na fo­to­gra­fii nie były bar­dzo do­brze wi­docz­ne, ale wpraw­dzie aresz­tant nadal miał ten sam znie­chę­co­ny wyraz twa­rzy, co go­dzi­nę temu, kiedy Adam zo­ba­czył go po raz pierw­szy, był to inny ro­dzaj re­zy­gna­cji niż ta, która biła z po­sta­wy i miny męż­czy­zny na zdję­ciu.

– Tak – mruk­nął Royer czy Le­grand, czy jak­kol­wiek na­praw­dę się ten męż­czy­zna na­zy­wał. – W ca­łych trzy­dzie­stu eg­zem­pla­rzach. Na wię­cej nie było mnie stać. – Za­wie­sił głos. – Zwłasz­cza że do­szły też inne wy­dat­ki – dodał, krzy­wiąc się.

Adam uniósł py­ta­ją­co brwi. Roz­mów­ca łyp­nął na niego spode łba.

– Nie do­my­śla się pan? – za­py­tał.

To, co przy­szło Ada­mo­wi przed chwi­lą na myśl, wy­da­wa­ło się zbyt fan­ta­stycz­ne.

– Pan wy­ku­pił cały na­kład?

– Mniej wię­cej – od­parł Royer. – Wtedy jesz­cze… – Za­milkł.

Coś w jego gło­sie, ale i w tym, jak urwał zda­nie, pod­po­wie­dzia­ło Ada­mo­wi, że może jed­nak jest w tej hi­sto­rii coś dla biura ce­sar­skie­go in­spek­to­ra do spraw spe­cjal­nych.

– Wtedy jesz­cze? – po­wtó­rzył.

Od­po­wie­dzia­ło mu po­nu­re wes­tchnie­nie. Royer ukrył twarz w dło­niach.

– Pan mi nie uwie­rzy.

Adam uśmiech­nął się.

– Pro­szę dać mi szan­sę.

 

***

 

Royer – a może jed­nak Le­grand? – roz­snuł przed Ada­mem opo­wieść. O tym, jak znu­dzo­ny pracą za­pra­gnął robić coś in­ne­go. O tym, że nie miał dość od­wa­gi, by na­praw­dę po­rzu­cić do­tych­cza­so­we życie. Że pi­sa­nie oka­za­ło się znacz­niej trud­niej­sze, niż przy­pusz­czał. W związ­ku z czym nie­rzad­ko za­miast się­gać po pióro, wy­my­ślał je­dy­nie frag­men­ty nie­na­pi­sa­nych opo­wie­ści.

– I wtedy za­czę­ło się dziać coś dziw­ne­go – oznaj­mił. – Wie pan, na przy­kład sie­dzia­łem kie­dyś w biu­rze, słu­cha­łem wy­jąt­ko­wo na­mol­ne­go pe­ten­ta, i wy­obra­ża­łem sobie, że na środ­ku po­ko­ju zieje dziu­ra pro­wa­dzą­ca aż do środ­ka ziemi. A ja zaraz po pracy scho­dzę tam na dół i oglą­dam nie­zwy­kłe dziwy… Wie pan, ludzi ży­ją­cych w głębi wul­ka­nów, pod­ziem­ne ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, skar­by, o ja­kich nie śniło się kró­lom.

Od­chrząk­nął i spoj­rzał na roz­mów­cę prze­pra­sza­ją­co. Adam nie miał po­ję­cia, co złego – a tym bar­dziej dziw­ne­go – mia­ło­by być w uroz­ma­ica­niu sobie nud­nej pracy sza­lo­ny­mi fan­ta­zja­mi.

– Aku­rat wtedy przez pokój prze­cho­dził re­fe­rent z wiel­ką teką akt – cią­gnął tym­cza­sem Royer. – I wie pan co? Po­tknął się tak, jakby w tym wła­śnie miej­scu, o któ­rym my­śla­łem, była dziu­ra.

Adam z tru­dem po­wstrzy­mał się od py­ta­nia, czy nie­szczę­sny urzęd­nik prze­le­ciał na drugą stro­nę globu. Za­miast tego uniósł brwi, uda­jąc wiel­kie za­in­te­re­so­wa­nie wy­pad­kiem.

– A wie pan, tam ani dy­wa­nu nie ma, ani żadna klep­ka par­kie­tu się nie ob­lu­zo­wa­ła, spraw­dzi­łem – dodał Royer. – Ale zgoda, ma pan rację. To nic nad­zwy­czaj­ne­go.

Znów za­pa­dło mil­cze­nie. Adam wpa­try­wał się w spo­koj­ny nurt rzeki, cał­ko­wi­cie obo­jęt­nej na to, co myślą i mówią sie­dzą­cy na jej brze­gu lu­dzie.

– Potem za­czą­łem sobie wy­obra­żać, za­zwy­czaj wie­czo­rem, kiedy nie mo­głem za­snąć, kry­mi­nal­ne spra­wy, po­dob­ne do tych z biura. Czy­ta­łem tro­chę po­wie­ści i po­my­śla­łem, że z moim do­świad­cze­niem mógł­bym spró­bo­wać szczę­ścia w czymś takim. Wie pan, przez moje ręce prze­cho­dzi­ły akta tylu prze­stępstw…

 

***

 

Zgod­nie z umową Adam od­pro­wa­dził Roy­era do aresz­tu na go­dzi­nę pięt­na­stą, po czym ru­szył na prze­chadz­kę po mie­ście.

Hi­sto­ria opo­wie­dzia­na mu przez po­dej­rza­ne­go była dzi­wacz­na, ale mogła też sta­no­wić spryt­ne zmy­śle­nie. Rze­ko­my Le­grand utrzy­my­wał, że ile­kroć wy­my­ślał ja­kieś prze­stęp­stwo, wkrót­ce po­dob­ne akta lą­do­wa­ły na jego biur­ku. Z po­cząt­ku uzna­wał to za zbieg oko­licz­no­ści, kiedy ked­nak z ga­ze­ty do­wie­dział się o wy­jąt­ko­wo per­fid­nym wła­ma­niu, nie­mal­że iden­tycz­nym z tym, jakie wy­my­ślił na po­trze­by nie­ist­nie­ją­cej po­wie­ści w od­cin­kach, prze­stra­szył się nie na żarty.

– Wie pan – po­wie­dział cicho – do­brze, że wy­my­śla­łem kra­dzie­że i oszu­stwa. Co by było, gdy­bym wy­obra­ził sobie mor­der­stwo?

Te słowa spra­wi­ły, że Adam po­sta­no­wił dać tej opo­wie­ści kre­dyt za­ufa­nia.

– Mon­sieur Car­del­li? – Zdy­sza­ny ko­mi­sarz Ga­il­lard do­biegł do niego w po­bli­żu głów­ne­go placu mia­sta. – I jak tam nasz po­dej­rza­ny? Do­wie­dział się pan cze­goś?

Adam po­krę­cił głową.

– Nic z tego na razie nie ro­zu­miem – od­parł. – Naj­chęt­niej po­roz­ma­wiał­bym z sza­now­ną mał­żon­ką, a także może z kimś z jego biura.

Ga­il­lard chrząk­nął nie­pew­nie. Adam uniósł ze zdu­mie­niem brwi.

– Uważa pan, że to nie­sto­sow­ne? Ist­nie­ją ja­kieś inne po­wo­dy, dla któ­rych nie po­wi­nie­nem tego robić?

Po­li­cjant przy­sta­nął i wbił wzrok w zie­mię.

– Wie pan… To czte­ry lata, pan ro­zu­mie… Poza tym… – Za­gryzł wargę.

– Poza tym? – za­py­tał Adam.

Cze­kał na od­po­wiedź długo. Ko­mi­sarz przez chwi­lę prze­su­wał czub­kiem buta ka­my­ki le­żą­ce na ulicy, potem po­pra­wił za­tknię­tą za pas pałkę, wresz­cie od­chrząk­nął.

– Znik­nię­cie pana Le­grand prze­szło, no, pra­wie nie­zau­wa­żo­ne.

Adam mil­czał w na­dziei, że dowie się cze­goś wię­cej.

– Biuro pro­ku­ra­to­ra na­bra­ło wody w usta. Wie pan, to zięć sę­dzie­go okrę­go­we­go… No do­brze, pew­nie po­wi­nien pan tam po­wę­szyć – za­koń­czył z re­zy­gna­cją. – Po­wiem tylko tyle: po­wo­dze­nia.

Zanim Adam zdą­żył się za­sta­no­wić nad wszyst­kim, co wła­śnie usły­szał, po­li­cjant znik­nął za ro­giem.

 

***

 

Na­stęp­ne­go dnia wcze­śnie rano Adam udał się do biura pro­ku­ra­to­ra i ku swemu zdu­mie­niu zo­stał na­tych­miast po­pro­szo­ny do głów­ne­go ga­bi­ne­tu. Pan Mer­ca­dier oka­zał się nie­na­gan­nie ubra­nym męż­czy­zną w sile wieku, z wło­sa­mi lekko przy­pró­szo­ny­mi si­wi­zną i jo­wial­nym wy­ra­zem twa­rzy, nie­pa­su­ją­cym do pro­ku­ra­tor­skiej su­ro­wo­ści.

– Sły­sza­łem, że przy­sła­no pana z Pa­ry­ża z po­wo­du tego nie­szczę­sne­go in­cy­den­tu – po­wie­dział, wsta­jąc zza biur­ka i po­da­jąc Ada­mo­wi rękę. – Z biura in­spek­to­ra do spraw spe­cjal­nych… – Skrzy­wił się lekko. – Ale nie wy­glą­da mi pan na po­li­cjan­ta.

– Je­stem kon­sul­tan­tem biura. Adam Car­del­li. – Uści­snął po­da­ną mu rękę.

– Car­del­li… – Pro­ku­ra­tor wpa­try­wał się w niego z uwagą. – Sły­sza­łem, oczy­wi­ście, pań­skie na­zwi­sko, cho­ciaż…

– Cho­dzi za­pew­ne o mo­je­go ojca – prze­rwał mu Adam, przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kich re­ak­cji. – Ale to dawna spra­wa.

– Ach, oczy­wi­ście, tak. – Po minie pro­ku­ra­to­ra widać było, że roz­pacz­li­wie usi­łu­je sobie przy­po­mnieć, czym za­słu­żył się, lub wręcz prze­ciw­nie, ro­dzic roz­mów­cy. – Pro­szę sia­dać, zaraz każę przy­nieść kawę… – Uniósł dzwo­nek; po chwi­li w drzwiach po­ja­wił się se­kre­tarz, a nie­dłu­go potem na biur­ku sta­nę­ły dwie fi­li­żan­ki.

Adam roz­glą­dał się po ga­bi­ne­cie, ale było to ide­al­ne biuro urzęd­ni­ka pań­stwo­we­go, po­zba­wio­ne ja­kich­kol­wiek oso­bi­stych ele­men­tów.

– Chciał­bym…

– Pan Le­grand – prze­rwał mu Mer­ca­dier – był wzo­ro­wym urzęd­ni­kiem. To już ponad czte­ry lata, a ja wciąż nie po­tra­fię uwie­rzyć, że mógł… Taki skan­dal. – Pro­ku­ra­tor za­ła­mał ręce.

– Skan­dal? – zdzi­wił się Adam.

– No wie pan, sza­no­wa­ny czło­nek spo­łecz­no­ści, przy­kład­ny mąż i oj­ciec, zni­ka­ją­cy w biały dzień, roz­pły­wa­ją­cy się wręcz w po­wie­trzu? Przy­zna pan chyba, że to za­kra­wa na skan­dal?

„Roz­pły­wa­ją­cy się w po­wie­trzu”. Adam ob­ra­cał w my­ślach te słowa. Przed po­wro­tem do aresz­tu nie zdo­łał z rze­ko­me­go Le­gran­da wy­do­być całej hi­sto­rii, ale czuł, że za opo­wiast­ką o prze­stęp­stwach ja­ko­by wy­wo­ły­wa­nych przez jego li­te­rac­kie fan­ta­zje kryje się coś wię­cej.

– Wie pan, lu­dzie robią różne dziw­ne rze­czy – od­parł ostroż­nie. – Jeśli pan Le­grand nie był za­do­wo­lo­ny z ka­rie­ry…

– A cze­góż on miał chcieć wię­cej?! – wy­buch­nął pro­ku­ra­tor, ale szyb­ko się zmiar­ko­wał i spoj­rzał na Adama prze­pra­sza­ją­co. – Pro­szę zro­zu­mieć, sę­dzia Col­lot wydał za niego córkę, za­ła­twił mu dobrą po­sa­dę, a raz nawet za­pła­cił im za pobyt w Biar­ritz, bo Flo­ren­ce bar­dzo chcia­ła tam po­je­chać…

Spo­koj­ny żywot pro­win­cjo­nal­ne­go przed­sta­wi­cie­la klasy śred­niej – po­my­ślał Adam. – Dzień za dniem to samo. Nuda. Ru­ty­na.

– Czy on był typem ma­rzy­cie­la?

Pro­ku­ra­tor spoj­rzał na Adama ze zdu­mie­niem.

– Ależ, drogi panie, cóż to za po­my­sły? To był naj­bar­dziej przy­ziem­ny czło­wiek, ja­kie­go zna­łem. Urzęd­nik ide­al­ny, po­wiem panu. Punk­tu­al­ny, rze­czo­wy, uprzej­my. Gdyby przy­zna­wa­no medal za prze­cięt­ność, ten czło­wiek pew­nie by go do­stał!

Adam mimo woli się uśmiech­nął, ale potem przy­po­mniał sobie opo­wieść Roy­era o wy­my­śla­nych w biu­rze prze­stęp­stwach.

– Pan Le­grand oczy­wi­ście nie miał wro­gów? – Wes­tchnął. – Ani zna­nych w mie­ście ko­cha­nek. Żona, jak ro­zu­miem, też pro­wa­dzi­ła się bez za­rzu­tu.

Pro­ku­ra­tor wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nikt im do sy­pial­ni nie za­glą­dał – od­parł, po czym skrzy­wił się lekko. – Nie­for­tun­nie to za­brzmia­ło, zwa­żyw­szy ostat­nie oko­licz­no­ści.

Adam mil­czał.

– Roz­ma­wia­łem z Flo­ren­ce po tym znik­nię­ciu, oczy­wi­ście. – Pan Mer­ca­dier pod­jął wątek. – Była za­ła­ma­na. Tak, za­ła­ma­na. Ro­zu­mie pan, praw­da? Gdyby on umarł, zgi­nął, za­strze­lił się… No, wdowa to wdowa, sza­cu­nek się jej na­le­ży. Ale takie znik­nię­cie?

Wzrok pro­ku­ra­to­ra po­wę­dro­wał za okno, skąd do­cho­dzi­ły zwy­kłe od­gło­sy ulicy. Adam mil­czał nadal, mając na­dzie­ję, że prze­dłu­ża­ją­ca się cisza spro­wo­ku­je pro­ku­ra­to­ra.

– Pan się wi­dział z aresz­tan­tem? – za­py­tał w końcu.

Mer­ca­dier skrzy­wił się.

– Poza wy­glą­dem nie widzi pan nic, co prze­czy­ło­by jego pre­ten­sjom, zga­dza się? – pod­po­wie­dział Adam.

– To jest oszust. Bar­dzo spraw­ny, ale oszust – oznaj­mił pro­ku­ra­tor.

Adam ob­ser­wo­wał drob­ne gesty czło­wie­ka, który do­tych­czas za­cho­wy­wał cał­ko­wi­ty spo­kój i był w pełni roz­luź­nio­ny. Dło­nie po­ło­żo­ne nieco zbyt zde­cy­do­wa­nie na bla­cie biur­ka. Wzrok bez­wied­nie wę­dru­ją­cy ku drzwiom. Le­d­wie wy­czu­wal­ne na­pię­cie, kilka kro­pli potu tuż nad koł­nie­rzy­kiem.

Prze­wi­dy­wal­nie, pan Mer­ca­dier wy­cią­gnął chu­s­tecz­kę i prze­tarł czoło.

– Wcze­sne upały – za­uwa­żył uprzej­mie Adam. Od­po­wie­dzia­ło mu pełne wdzięcz­no­ści spoj­rze­nie.

 

***

 

– Mer­ca­dier… – Royer sie­dział na pry­czy w celi, za­ja­da­jąc ka­nap­kę z su­szo­ną wo­ło­wi­ną i serem z Ro­ca­ma­do­ur, przy­nie­sio­ną przez Adama. – Za­wsze uwa­ża­łem go za uczci­we­go czło­wie­ka, choć bar­dzo sku­pio­ne­go na wła­snej ka­rie­rze. Ro­zu­mie pan: pa­nicz­nie bał się wszyst­kie­go, co mo­gło­by mu za­szko­dzić. Jed­nym sło­wem: nu­dziarz. I dru­gim sło­wem: nie sądzę, żeby wdał się w ro­mans z moją żoną.

Adam ob­ser­wo­wał go rów­nie uważ­nie jak wcze­śniej pro­ku­ra­to­ra.

Royer był opa­no­wa­ny, jakby nie przej­mo­wał się wła­sną sy­tu­acją.

– On pana od­wie­dził w aresz­cie.

– Ow­szem. Za­sy­pał mnie dzie­siąt­ka­mi pytań o naj­róż­niej­sze biu­ro­we spra­wy, z któ­ry­mi mo­głem mieć do czy­nie­nia. A także o takie, któ­rych nie mia­łem prawa znać. Jakby mnie spraw­dzał.

Adam prych­nął.

– Dziwi to pana?

Sie­dzą­cy na pry­czy męż­czy­zna skur­czył się w sobie. To za­cho­wa­nie było cał­ko­wi­cie nie­ty­po­we dla czło­wie­ka, któ­re­go Adam po­znał w Pa­ry­żu i z któ­rym roz­ma­wiał wczo­raj. Przez krót­ką chwi­lę można było od­nieść wra­że­nie, że spod tej fa­sa­dy wyj­rzał za­gi­nio­ny Gil­bert Le­grand.

– Wie pan – po­wie­dział cicho – z po­cząt­ku to nawet było za­baw­ne, ale potem…

 

***

 

Adam od kwa­dran­sa stał na ulicy, wpa­tru­jąc się w okna miesz­ka­nia, które zaj­mo­wa­ła pani Le­grand. Nie ob­ser­wo­wał. Po pro­stu stał i nie mógł pod­jąć de­cy­zji, żeby wejść do środ­ka.

Opo­wieść Roy­era była nie­skład­na, ale jasno wy­ni­ka­ło z niej jedno: Gil­bert Le­grand, jeśli ten czło­wiek rze­czy­wi­ście nim był, bar­dzo nie chciał być Gil­ber­tem Le­gran­dem, urzęd­ni­kiem w biu­rze pro­ku­ra­to­ra. I pew­ne­go dnia prze­stał nim być.

– To był zwy­kły dzień – po­wie­dział zmę­czo­nym gło­sem. – Flo­ren­ce aku­rat była u ro­dzi­ny w Tu­lu­zie, miała wró­cić w po­łu­dnie. Resz­ta dnia jak co dzień. Śnia­da­nie cze­ka­ło na mnie w spi­żar­ni, a od­pra­so­wa­ne ubra­nie na wie­sza­ku. Słu­żą­cej dałem już wcze­śniej wolne przed­po­łu­dnie. Kiedy wsta­łem, czu­łem się tro­chę dziw­nie, ale że wie­czo­rem do sa­mot­nej ko­la­cji wy­pi­łem nieco wię­cej wina niż zwy­kle, nie przej­mo­wa­łem się tym za­nad­to. Spa­cer do biura za­zwy­czaj wy­star­czał, żeby od­go­nić za­spa­nie.

Tam­te­go dnia, jak twier­dził, Gil­bert Le­grand nie udał się do biura. Nie po­szedł tam, po­nie­waż prze­stał ist­nieć. Tak wła­śnie okre­ślił to aresz­tant.

– Spoj­rza­łem w lu­stro – wy­ja­śnił – i nie zo­ba­czy­łem tam sie­bie. Z od­bi­cia pa­trzył na mnie zu­peł­nie obcy czło­wiek. Ten. – Wstał i dra­ma­tycz­nym ge­stem wska­zał na swoje ciało.

Usiadł z po­wro­tem i ukrył twarz w rę­kach.

Kon­klu­zja wy­da­wa­ła się oczy­wi­sta, ale Adam wahał się przez chwi­lę, zanim zadał na­stęp­ne py­ta­nie.

– Nigdy nie ma­rzył pan o tym, żeby stać się kimś innym? – Od­chrząk­nął, lekko za­że­no­wa­ny.

– Nie mógł­bym po­wie­dzieć, że takie myśli mi się nie zda­rza­ły – przy­znał Royer, nie pod­no­sząc głowy. – Ale chcia­łem być zna­nym poetą albo na przy­kład po­dróż­ni­kiem. To moje życie miało wy­glą­dać ina­czej, a nie ja sam. Nie mia­łem nawet od­po­wied­nich ubrań na ten wzrost! – wy­buch­nął.

Jeśli wie­rzyć dal­szej opo­wie­ści, były urzęd­nik w przy­krót­kich spodniach i zbyt cia­snym sur­du­cie, mając w kie­sze­ni całą go­tów­kę, jaka była w domu, udał się na sta­cję kolei.

– Nie mo­głem iść do banku w Mon­tau­ban, bo urzęd­ni­cy mnie tam znali. Za­mie­rza­łem po­cząt­ko­wo zło­żyć dys­po­zy­cję wy­pła­ty w innym mie­ście, ale… Skoro już znik­ną­łem, nie chcia­łem zo­sta­wiać śla­dów…

Ka­mie­ni­ca była jak więk­szość domów w tym mie­ście – z czer­wo­nej cegły, oświe­tla­nej teraz przez złote pro­mie­nie chy­lą­ce­go się ku za­cho­do­wi słoń­ca. Lekki wiatr ko­ły­sał ga­łę­zia­mi ro­sną­ce­go przy ulicy drze­wa, tak że co jakiś czas re­flek­sy świa­tła od­bi­ja­ły się od czy­stych szyb.

– Pan sza­now­ny cze­goś tu szuka? – Słowa były uprzej­me, ale ton dość ob­ce­so­wy.

Adam od­wró­cił się i zo­ba­czył przed sobą ni­skie­go męż­czy­znę w ubra­niu ty­po­wym dla kon­sjer­ża.

– Przy­sze­dłem do pani Le­grand – od­po­wie­dział.

Tam­ten rzu­cił mu spoj­rze­nie spode łba.

– Nie wy­glą­da mi pan na na­stęp­ne­go kan­dy­da­ta na męża – oznaj­mił z prze­ką­sem, przy­pa­tru­jąc się uważ­nie ubra­niu Adama. – Na po­li­cję też nie…

– Po­nie­kąd je­stem z po­li­cji – od­pa­ro­wał Adam.

– Taki z pana po­li­cjant jak z tam­te­go jej mąż – za­wy­ro­ko­wał nie­zra­żo­ny stróż. – Niech pan idzie. Pierw­sze pię­tro po lewej.

 

***

 

Otwo­rzy­ła nie­mło­da słu­żą­ca. Zanim jed­nak Adam zdą­żył się przed­sta­wić i wy­łusz­czyć spra­wę, w drzwiach na prawo sta­nę­ła ko­bie­ta w po­dob­nym wieku.

– Pan jest tym ba­ro­nem z po­li­cji. – Za­brzmia­ło to jak stwier­dze­nie, nie py­ta­nie.

Adam uniósł lekko brwi, za­sko­czo­ny.

– Mer­ca­dier dał mi znać, że przy­sła­li kogoś z Pa­ry­ża. Niech pan wej­dzie. Fran­ci­ne, podaj her­ba­tę. Chyba że woli pan kawę. Cze­ko­la­da się skoń­czy­ła, nie spo­dzie­wa­łam się gości.

Zwy­czaj­ność sa­lo­nu do­sko­na­le ko­re­spon­do­wa­ła z wszyst­kim, z czym do­tych­czas Adam ze­tknął się w tej spra­wie – za wy­jąt­kiem aresz­tan­ta. Meble sprzed kilku dekad, za­pew­ne z czasu, kiedy pań­stwo Le­grand się po­bra­li. Na ko­min­ku równy rzą­dek fo­to­gra­fii opra­wio­nych w nie­zbyt dro­gie i nie­zbyt ozdob­ne ramki. Jedna pusta – za­pew­ne po fo­to­gra­fii, którą Adam oglą­dał w ak­tach. Usu­szo­ny bu­kiet ślub­ny pod szkla­nym klo­szem. Olej­ny pej­zaż na ścia­nie. Wnę­trze nie­wie­le się róż­nią­ce od dzie­siąt­ków miesz­czań­skich domów w tym mie­ście i w mnó­stwie po­dob­nych miast we Fran­cji, a może i w Eu­ro­pie.

Nuda. Ru­ty­na. W gło­wie Adama za­dźwię­cza­ły wła­sne myśli.

– Pan oczy­wi­ście chce po­słu­chać o tym, co zda­rzy­ło się dzie­sięć dni temu.

– Nie – od­parł. – Bar­dziej in­te­re­su­je mnie to, co zda­rzy­ło się czte­ry lata temu. Wtedy, kiedy wró­ci­ła pani do domu, a męża nie było.

Unio­sła brwi ze zdzi­wie­niem.

– A co się miało wtedy zda­rzyć? – za­py­ta­ła. – Gil­bert za­zwy­czaj wra­cał do­pie­ro koło sie­dem­na­stej, potem sia­da­li­śmy do obia­du…

– Czyli zo­rien­to­wa­ła się pani, że coś jest nie tak, tego sa­me­go wie­czo­ra?

Pani Le­grand mie­sza­ła w za­my­śle­niu her­ba­tę, choć cu­kier mu­siał się już dawno roz­pu­ścić.

– W za­sa­dzie tak, acz­kol­wiek zda­rza­ło się, że Gil­bert wy­jeż­dżał do Tu­lu­zy, Ca­hors, Agen albo któ­rejś mniej­szej miej­sco­wo­ści w spra­wach biu­ro­wych. Za­zwy­czaj oczy­wi­ście wie­dzia­łam o ta­kich pla­nach, ale tym razem nie było mnie w domu kilka dni, więc za­ło­ży­łam, że może za­po­mniał zo­sta­wić wia­do­mość.

Jej ton wska­zy­wał na to, że panu Le­grand nie zda­rza­ło się za­po­mi­nać o ta­kich spra­wach.

– Do­pie­ro kiedy na­stęp­ne­go dnia przy­szedł do mnie Char­les De­je­an, za­nie­po­ko­jo­ny nie­obec­no­ścią Gil­ber­ta… Do­pie­ro wtedy do­tar­ło do mnie, że jego nie ma.

Bar­dzo po­wol­nym ru­chem odło­ży­ła ły­żecz­kę, ale nie wzię­ła do ręki fi­li­żan­ki, tylko wpa­try­wa­ła się w zło­ci­sty napój.

– I wie pan co – po­wie­dzia­ła cicho – ja wtedy jakoś tak dziw­nie po­czu­łam, że jego na­praw­dę nie ma. Nie­odwo­łal­nie. Że on nigdy nie wróci.

Adam przy­po­mniał sobie jeden szcze­gół opo­wie­ści Roy­era.

– Czy z domu coś znik­nę­ło? – za­py­tał.

Po­krę­ci­ła głową.

– Gdyby tak było, pew­nie po­dej­rze­wa­ła­bym ra­bu­nek… Wie pan, że Gil­ber­to­wi coś się stało pod­czas na­pa­du… On cza­sem przy ko­la­cji opo­wia­dał tro­chę o tych pro­ce­sach, które przy­go­to­wy­wał. No więc może bym tak po­my­śla­ła, ale nie, nie zgi­nę­ło nic, co bym za­uwa­ży­ła.

Być może Le­grand trzy­mał w domu go­tów­kę, o któ­rej nie wie­dzia­ła żona. Miał jakiś powód czy po pro­stu nie ufał ban­kom?

Urzęd­nik Le­grand nie spra­wiał wra­że­nia czło­wie­ka po­sia­da­ją­ce­go mrocz­ne ta­jem­ni­ce. Nie­mniej Royer to zu­peł­nie inna spra­wa. Który z nich był praw­dzi­wy? I dla­cze­go tym wszyst­kim tak bar­dzo przej­mo­wał się pro­ku­ra­tor?

Od­po­wiedź na to ostat­nie py­ta­nie wy­da­wa­ła się oczy­wi­sta: skoro pan Mer­ca­dier tak bar­dzo dbał o swoją opi­nię, po­ten­cjal­ny skan­dal zwią­za­ny z jed­nym z jego wzo­ro­wych urzęd­ni­ków mu­siał spę­dzać mu sen z po­wiek. Czy jed­nak można było przy­jąć to za pew­nik? Flo­ren­ce Le­grand bar­dzo łatwo uwie­rzy­ła, że mąż nie wróci. A pro­ku­ra­tor był wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­ny po­ja­wie­niem się Roy­era.

– Wiem, że moje na­stęp­ne py­ta­nie może wydać się nie­zbyt uprzej­me – po­wie­dział Adam, sta­ra­jąc się nadać gło­so­wi spo­koj­ny ton. – Ale czy czuła się pani kie­dy­kol­wiek źle w mał­żeń­stwie? – Nie­mal na­tych­miast po­krę­ci­ła głową, ale Adam nie dał jej dojść do głosu, zanim nie skoń­czył. – Nie cho­dzi mi o kłót­nie czy zdra­dy… – Spoj­rza­ła na niego z obu­rze­niem. – Ra­czej coś ta­kie­go jak znu­dze­nie. A może on się tak czuł?

Przez mo­ment roz­mów­czy­ni miała minę taką, jakby za­mie­rza­ła wy­rzu­cić go za drzwi, nie zwa­ża­jąc na ty­tu­ły i po­wią­za­nia z po­li­cją. Potem jed­nak jej rysy zła­god­nia­ły. Lekko ner­wo­wym ru­chem wy­gła­dzi­ła suk­nię.

– Jak się pan za­pew­ne do­my­śla, to nie było mał­żeń­stwo z mi­ło­ści. – Za­śmia­ła się krót­ko, chra­pli­wie. – Byłam naj­młod­szą z trzech sióstr, więc oj­ciec chciał mnie w miarę do­brze wydać za mąż za kogoś, kto nie bę­dzie miał wiel­kich ocze­ki­wań co do po­sa­gu. A Gil­bert chyba li­czył na pomoc w ka­rie­rze. Kiedy Ju­liet­te, nasza córka, do­ro­sła i wy­szła za mąż, ży­li­śmy wła­ści­wie obok sie­bie, choć żad­ne­mu z nas nie przy­szło­by do głowy roz­sta­nie.

– Dla­cze­go?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Po tylu la­tach? Jak mia­ła­bym sobie uło­żyć życie?

Z Mer­ca­die­rem? – prze­mknę­ło przez myśl Ada­mo­wi. Gdzieś na dnie tej opo­wie­ści cza­iło się coś, czego nie był w sta­nie na razie uchwy­cić.

– Czy pro­ku­ra­tor jest żo­na­ty? – za­py­tał na wszel­ki wy­pa­dek.

– Owdo­wiał kilka lat temu.

To by pa­so­wa­ło, ale Adam coraz mniej wie­rzył w to, że pani Le­grand wraz z pro­ku­ra­to­rem uknu­li znik­nię­cie urzęd­ni­ka. W ta­kiej sy­tu­acji na­tu­ral­ne by­ło­by, żeby ko­chan­ko­wie się po­bra­li, za­ła­twiw­szy uprzed­nio uzna­nie męża za zmar­łe­go. Przez czte­ry lata mieli na to dość czasu. Hi­po­te­za, jak­kol­wiek atrak­cyj­na i pa­su­ją­ca do nie­po­ko­ju Mer­ca­die­ra, wy­da­wa­ła się zbyt ba­nal­na.

Chyba że pro­ku­ra­tor tak bar­dzo bał się o swoją opi­nię…

Nie, to nie miało sensu. Ktoś, kto tak dba o re­pu­ta­cję, nie za­ry­zy­ku­je wy­so­ce nie­zgod­ne­go z pra­wem po­su­nię­cia dla ro­man­su, który naj­wy­raź­niej nie był dość ogni­sty. Jeśli w ogóle ist­niał.

No i ta dziw­na opo­wieść Roy­era o prze­bu­dze­niu w innym ciele.

– Wy­ba­czy mi pani, jeśli zadam jej to oczy­wi­ste, nie­dy­skret­ne py­ta­nie…?

– Czy mia­łam ko­chan­ka? – prze­rwa­ła, nawet się nie ru­mie­niąc.

Adam po­tak­nął.

Za­śmia­ła się, tym razem nieco we­se­lej niż po­przed­nio.

– Da­li­bóg, są chwi­le, kiedy ża­łu­ję, że nie mia­łam. – Wbiła w niego wzrok. – Niech pan się nie da zwieść po­zo­rom zwy­kłe­go, uło­żo­ne­go miesz­czań­skie­go życia. My też mie­wa­my uczu­cia, więc nie po­wiem, moje serce nie­jed­no­krot­nie ude­rza­ło ży­wiej na widok przy­stoj­ne­go męż­czy­zny. Ale że w mło­do­ści lu­bi­łam czy­tać po­wie­ści, to za­do­wa­la­łam się ima­gi­na­cją.

Wsta­ła i po­de­szła do okna, przez które do po­ko­ju wpa­da­ło złote świa­tło słoń­ca prze­fil­tro­wa­ne przez ko­ły­szą­ce się na wie­trze li­ście.

– Wie pan – po­wie­dzia­ła bar­dzo cicho – zanim wy­szłam za mąż, ma­rzy­łam o tym, że zdąży zja­wić się ry­cerz w lśnią­cej zbroi albo ro­man­tycz­ny poeta, który po­rwie mnie do kra­iny cudów. – Od­wró­ci­ła się z po­wro­tem do Adama. – Ale życie nie jest po­wie­ścią, panie ba­ro­nie. Prze­ko­na­łam się o tym, a nawet się z tym po­go­dzi­łam. Na­praw­dę.

 

***

 

Ko­mi­sarz Ga­il­lard spo­glą­dał na Adama znad grzy­bów i bocz­ku w winie, spe­cjal­no­ści tu­tej­szej kuch­ni, którą obaj za­mó­wi­li w „naj­lep­szej bras­se­rie w mie­ście”.

– Żadne z nich troj­ga nie wy­da­je mi się kan­dy­da­tem na po­nu­re hi­sto­rie ze zdra­dą mał­żeń­ską w tle – oznaj­mił w końcu po­li­cjant, kiedy już prze­tra­wił wszyst­ko, co Adam miał mu do po­wie­dze­nia. – Na­to­miast ten Royer to po­dej­rza­na per­so­na, za prze­pro­sze­niem pań­skim.

Adam za­sta­na­wiał się, jak bar­dzo otwar­ty umysł ma ko­mi­sarz. I czy jest gotów wy­słu­chać teo­rii, która w tej chwi­li na­rzu­ca­ła się jako oczy­wi­sta – pod wa­run­kiem, że miało się do­świad­cze­nie z biu­rem do spraw spe­cjal­nych.

Teo­ria była na­stę­pu­ją­ca: w panu Le­grand, czło­wie­ku bez wła­ści­wo­ści, obu­dził się dzi­wacz­ny ta­lent ma­gicz­ny, po­zwa­la­ją­cy mu prze­kształ­cać wła­sne ma­rze­nia – czy ro­je­nia, bo su­mien­ny urzęd­nik wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści ra­czej nie ma­rzył o zwięk­sze­niu prze­stęp­czo­ści w de­par­ta­men­cie – w rze­czy­wi­stość. W pew­nym mo­men­cie mu­siał po­ma­rzyć o jeden raz za dużo – albo zbyt zu­chwa­le. Po­ma­rzyć zbyt mocno o tym innym życiu, jakie chciał­by pro­wa­dzić. O byciu kimś innym. A zło­śli­wy los zro­zu­miał to ży­cze­nie opacz­nie.

Teo­ria była nie­ste­ty zbyt sza­lo­na, żeby przed­sta­wić ją w tej for­mie twar­do stą­pa­ją­ce­mu po ziemi po­li­cjan­to­wi. Zer­k­nął z ukosa na Ga­il­lar­da.

– Czy w pań­skiej ka­rie­rze zda­rzy­ły się ja­kieś spra­wy, któ­rych nie był pan w sta­nie wy­ja­śnić ra­cjo­nal­nie? – za­py­tał nie­win­nie, ba­da­jąc teren.

Po­li­cjant wzru­szył ra­mio­na­mi.

– No, ja­kieś dro­bia­zgi pew­nie tak, ale żeby coś ta­kie­go jak to… Wie pan, ja myślę, że ten Royer spo­tkał się gdzieś z Le­gran­dem i po­znał jego hi­sto­rię…

– A zadał sobie pan py­ta­nie, po co to wszyst­ko? – prze­rwał mu Adam.

Ga­il­lard roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

– Lu­dzie różne dziw­ne rze­czy wy­my­śla­ją. – Jego mina wska­zy­wa­ła, że sam nie bar­dzo wie­rzy w tak pro­ste wy­ja­śnie­nie.

Adam po­sta­no­wił zajść go z dru­giej flan­ki.

– In­spek­tor Vi­do­cq kie­ru­je biu­rem do spraw spe­cjal­nych, praw­da?

Ko­mi­sarz po­tak­nął, przy­glą­da­jąc się roz­mów­cy nieco po­dejrz­li­wie.

– Za­sta­na­wiał się pan kie­dy­kol­wiek, jakie to są spra­wy?

Ga­il­lard po­dra­pał się ner­wo­wo po bro­dzie.

– Spi­ski, za­ma­chy, ja­kieś tajne pań­stwo­we kwe­stie – za­czął nie­pew­nie.

Adam uśmiech­nął się.

– To też, ale nie tylko. To rów­nież te spra­wy, które trud­no jest wy­ja­śnić ra­cjo­nal­nie. Wy­ma­ga­ją­ce nieco innej per­spek­ty­wy, przy­ję­cia, że nie wszyst­ko w świe­cie dzie­je się zgod­nie z ro­zu­mem.

Czuł na sobie wzrok czło­wie­ka, który nie do końca wie­rzy w to, co wła­śnie usły­szał. Nagle twarz Ga­il­lar­da roz­ja­śni­ła się.

– Pan uważa, że oni się jakoś za­mie­ni­li, zna­czy, że Royer na­praw­dę pa­mię­ta życie Le­gran­da?

– Tak – od­parł Adam. Nie było to bar­dzo da­le­kie od jego po­dej­rzeń. – Tak mniej wię­cej myślę.

Po­li­cjant za­sę­pił się.

– Jak to wy­ja­śnić lu­dziom? – za­py­tał trzeź­wo.

– Nie wiem – przy­znał szcze­rze Adam. – I nie wiem, co z tą całą sy­tu­acją zro­bić.

– A ten Royer, on jest nie­bez­piecz­ny?

– Nie sądzę.

W każ­dym razie nie tak, jak za­pew­ne pan myśli.

Jeśli teo­ria była praw­dzi­wa, po­zo­sta­wa­ło jesz­cze jedno py­ta­nie: po co Le­grand wró­cił do domu po czte­rech la­tach?

Rano od­wie­dził raz jesz­cze aresz­tan­ta, ale nie do­wie­dział się wiele wię­cej. Po­cząt­ko­wo Le­grand-Roy­er żył z za­bra­nych z domu pie­nię­dzy, chwi­la­mi przy­mie­ra­jąc gło­dem na wy­naj­mo­wa­nych pod­da­szach. Cza­sem za­ro­bił kilka fran­ków na po­mo­cy w pi­sa­niu podań. Pra­wie nie spo­ty­kał się z ludź­mi, cały czas po­świę­cał li­te­ra­tu­rze. Po dwóch la­tach po­wieść była go­to­wa i wtedy ru­szył na pod­bój Pa­ry­ża.

Życie bar­dzo szyb­ko zwe­ry­fi­ko­wa­ło jego na­dzie­je i ma­rze­nia. Re­dak­cje wy­da­ją­ce po­wie­ści w od­cin­kach nie za­chwy­ci­ły się jego dzie­łem. Wy­daw­cy po­pa­try­wa­li po­dejrz­li­wie na po­wieść na­pi­sa­ną po­etyc­kim ję­zy­kiem i czę­ścio­wo ry­mo­wa­ną. „To się nie sprze­da” – było zda­niem, które sły­szał nie­mal co dzień. W końcu jeden dru­karz wzru­szył ra­mio­na­mi i oznaj­mił, że jeśli klient za­pła­ci, to on wyda wszyst­ko.

– Dwa ty­go­dnie póź­niej sta­łem na ulicy z pacz­ką ksią­żek i ostat­ni­mi sou w kie­sze­ni. Udało mi się prze­ko­nać kilku księ­ga­rzy, żeby wzię­li te eg­zem­pla­rze, które potem wy­ku­pi­łem przez pod­sta­wio­nych ulicz­ni­ków. I wtedy wpa­dłem na ge­nial­ny po­mysł…

Ge­nial­ny po­mysł po­le­gał na za­trud­nie­niu się – pod ko­lej­nym na­zwi­skiem – w jed­nej z waż­nych re­dak­cji.

– Nawet pan sobie nie wy­obra­ża, jak się czu­łem, kiedy do­ty­ka­łem re­cen­zji i li­stów tych wszyst­kich wiel­kich pi­sa­rzy – po­wie­dział z roz­ma­rze­niem. – Byłem tylko goń­cem, ale cała ko­re­spon­den­cja prze­cho­dzi­ła przez moje ręce. Cza­sa­mi zo­sta­wa­łem po go­dzi­nach pracy, żeby gła­skać te pod­pi­sy. Czu­łem się tak, jakby ich moc prze­pły­wa­ła do mnie, do­da­wa­ła mi siły.

A potem do re­dak­cji za­czę­ły przy­cho­dzić listy chwa­lą­ce ar­cy­dzie­ło pióra ni­ko­mu do­tych­czas nie­zna­ne­go au­to­ra. Royer zaś w wol­nym cza­sie ob­cho­dził pa­ry­skie księ­gar­nie, do­py­tu­jąc o wła­sną po­wieść, po­ka­zu­jąc re­cen­zje i dzi­wiąc się, że nikt o niej nie sły­szał. W kilku miej­scach usły­szał, że było coś ta­kie­go, nie­mniej sprze­da­ło się na pniu.

– Zdo­ła­łem za­in­te­re­so­wać sobą li­te­rac­ki świa­tek, ale ma­rzy­łem wciąż tylko o tym, żeby za­pre­zen­to­wać dzie­ło.

Oczy­wi­ście i to ma­rze­nie się speł­ni­ło, o czym Adam wie­dział aż za do­brze.

– Panie ba­ro­nie? – Głos Ga­il­lar­da wy­rwał go z za­my­śle­nia. – Do­brze się pan czuje?

– Niech pan sobie da­ru­je ty­tu­ły – mruk­nął Adam w za­my­śle­niu. Coś nie da­wa­ło mu spo­ko­ju. Coś w tej hi­sto­rii się nie zga­dza­ło. I nie miało to by­naj­mniej związ­ku z po­wo­da­mi, dla któ­rych Royer po­sta­no­wił z po­wro­tem zo­stać Le­gran­dem, choć te rów­nież po­zo­sta­wa­ły ta­jem­ni­cą. – Nic z tego nie ro­zu­miem – dodał. – Jeśli mam rację, to on prze­cież mógł mieć wszyst­ko!

Ko­mi­sarz wpa­try­wał się w niego z lek­kim nie­po­ko­jem.

– Wie pan – po­wie­dział – ta spra­wa chyba za bar­dzo pana po­chła­nia, a nie wiem, czy jest tego warta.

– Każda za­gad­ka jest warta roz­wią­za­nia – od­parł sen­ten­cjo­nal­nie Adam. – Tylko cza­sa­mi ma się wra­że­nie, jakby nie dało się ich roz­wią­zać, nie będąc…

Kim? – za­py­tał sam sie­bie. Royer nie był w świe­tle prawa prze­stęp­cą. No, może gro­zi­ła mu grzyw­na za roz­po­wszech­nia­nie nie­praw­dzi­wych in­for­ma­cji w pra­sie. Dobry ad­wo­kat wy­bro­nił­by go jed­nak, utrzy­mu­jąc, że zro­bił to dla żartu. O ile Adam zdo­łał się zo­rien­to­wać, Royer je­dy­nie na­krę­cił modę na swoją po­wieść, dal­sze dys­ku­sje to­czy­ły się już spon­ta­nicz­nie.

– On mógł mieć wszyst­ko – po­wtó­rzył. – Czego tylko za­pra­gnął.

Ga­il­lard spra­wiał wra­że­nie, jakby nadal nic nie ro­zu­miał. Adam czuł się po­dob­nie.

 

***

 

Po po­wro­cie do ho­te­lu jak zwy­kle usi­ło­wał wszyst­ko po­ukła­dać, spi­su­jąc na kart­kach po­wią­za­nia po­mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi ak­to­ra­mi tego dra­ma­tu – a może farsy. Mał­żeń­stwo Le­gran­dów trud­no było uznać za nie­uda­ne – było po pro­stu zwy­czaj­ne. Pro­ku­ra­tor nie­wąt­pli­wie miał coś do ukry­cia, ale mogło to się nijak nie łą­czyć ze spra­wą. Może co naj­wy­żej tak, że gdyby Royer istot­nie po­sia­dał wie­dzę Le­gran­da, mógł­by przy­po­mnieć świa­tu o czymś, o czym Mer­ca­dier wolał za­po­mnieć. Jeśli coś ta­kie­go ist­nia­ło – na­po­mniał sam sie­bie Adam. – To tylko do­my­sły.

Gdyby w tym wszyst­kim był trup Le­gran­da, pierw­sza na­su­wa­ją­ca się hi­po­te­za by­ła­by taka, że pro­ku­ra­tor usu­nął nie­wy­god­ne­go pra­cow­ni­ka. Gdyby w tym wszyst­kim był ro­mans mię­dzy prze­ło­żo­nym a cał­kiem atrak­cyj­ną żoną pod­wład­ne­go – hi­po­te­za by­ła­by po­dob­na. Ale naj­wy­raź­niej żad­nej z tych dwóch rze­czy nie było.

Adam kładł się spać prze­ko­na­ny, że po­wi­nien wró­cić do Pa­ry­ża i po­wia­do­mić in­spek­to­ra o ist­nie­niu spraw, któ­rych wy­ja­śnić się nie da. Nie bez zna­le­zie­nia się w gło­wach za­an­ga­żo­wa­nych w nie osób. A może i z nim.

 

***

 

Pierw­szą rze­czą, jaką za­uwa­żył po prze­bu­dze­niu, było doj­mu­ją­ce po­czu­cie nie­od­po­wied­nio­ści.

Lu­stro po­twier­dzi­ło to po­czu­cie. Z jego tafli spo­glą­dał na Adama do­brze znany mu z fo­to­gra­fii czło­wiek, Gil­bert Le­grand.

Za­sko­cze­nie było tak ogrom­ne, że pa­ni­ka to­ro­wa­ła sobie drogę do jego myśli po­wo­li. Myśli, które, jak skon­sta­to­wał z ulgą, na­le­ża­ły do niego, Adama Car­del­le­go. Obec­nie znaj­du­ją­ce­go się w obcym ciele star­sza­we­go, kor­pu­lent­ne­go urzęd­ni­ka.

Pierw­szą re­ak­cją było za­ło­żyć na sie­bie co­kol­wiek, wy­mknąć się z ho­te­lu i za­szyć w ja­kimś miej­scu, gdzie nikt go nie zo­ba­czy. Kiedy to sobie uświa­do­mił, zro­zu­miał, co mu­sia­ło dziać się w gło­wie Gil­ber­ta Le­gran­da czte­ry lata temu, na widok wła­sne­go od­bi­cia w lu­strze. Jak­kol­wiek urzęd­nik pro­ku­ra­tor­ski mógł nie lubić swo­jej ni­ja­kiej po­wierz­chow­no­ści (mojej po­wierz­chow­no­ści – po­my­ślał z go­ry­czą), prze­mia­na w przy­stoj­ne­go Roy­era mu­sia­ła go naj­pierw prze­ra­zić. Do­pie­ro potem za­uwa­żył w niej oka­zję do zmia­ny życia.

W prze­ci­wień­stwie do Le­gran­da Adam jed­nak nie za­mie­rzał po­zo­sta­wać w tym ciele. Nie chciał nic zmie­niać w swoim życiu, które było wy­god­ne i za­do­wa­la­ją­ce.

Na­stęp­na myśl była jak ude­rze­nie obu­chem.

Skoro on znaj­do­wał się w ciele ory­gi­nal­ne­go Le­gran­da, to gdzie był baron Car­del­li? Za­pew­ne roz­ma­wiał teraz z ko­mi­sa­rzem Ga­il­lar­dem i wy­cho­dził na wol­ność, że­gna­ny prze­pro­si­na­mi i za­pew­nie­nia­mi, że nikt nie ma po­ję­cia, jak temu oszu­sto­wi Roy­ero­wi udało się wy­mknąć, za­my­ka­jąc go rów­no­cze­śnie w aresz­cie…

Był zły. Zły, że dał się tak łatwo omo­tać.

Wie­dział, że nie może wyjść z po­ko­ju, po­nie­waż jeśli nawet zdoła się wy­mknąć nie­do­strze­żo­ny, nikt nie wyda mu z po­wro­tem klu­cza. Ho­te­la­rze mają dobrą pa­mięć do twa­rzy. Po­ża­ło­wał, że nie za­brał z sobą wła­sne­go słu­żą­ce­go… Nie, to by­ło­by jesz­cze gor­sze. Ja­cqu­es upar­cie od­ma­wiał za­uwa­ża­nia cze­go­kol­wiek nie­zwy­kłe­go w świe­cie. W roz­wią­za­niu tej nie­zręcz­nej sy­tu­acji mógł Ada­mo­wi pomóc tylko jeden czło­wiek.

Na­pi­sał na kart­ce parę słów, za­dzwo­nił po ob­słu­gę i wy­ma­wia­jąc się bólem głowy za­wo­łał z sy­pial­ni, że te­le­gram do wy­sła­nia leży na sto­li­ku, a śnia­da­nie mają mu przy­nieść do apar­ta­men­tu.

Po­zo­sta­wa­ło mu je­dy­nie cze­kać, aż Vi­do­cq przy­je­dzie do Mon­tau­ban. Co ozna­cza­ło – do na­stęp­ne­go dnia. Adam zjadł bułkę i wypił pysz­ną cze­ko­la­dę, po czym w braku in­nych po­my­słów wró­cił do sy­pial­ni, gdzie za­ko­pał się w pie­rzy­nie, sta­ra­jąc się za­po­mnieć o dzi­wacz­nym po­czu­ciu nie­swo­je­go ciała.

 

***

 

Obu­dzi­ły go głosy na ko­ry­ta­rzu. I nagły łomot do drzwi.

W pierw­szej chwi­li my­ślał, że od­siecz w po­sta­ci in­spek­to­ra przy­by­ła, ale uświa­do­mił sobie, że nie prze­spał ra­czej całej doby. Nie był głod­ny.

Owi­nął się za dłu­gim szla­fro­kiem i wy­szedł do sa­lo­nu, skąd sły­chać było, co się dzie­je za drzwia­mi.

– Pan baron wy­raź­nie po­wie­dział, że nie życzy sobie żad­nych gości za wy­jąt­kiem… – mówił bła­gal­nym tonem ten sam czło­wiek z ob­słu­gi ho­te­lo­wej, z któ­rym Adam wcze­śniej roz­ma­wiał.

– Niech pan nas za­li­czy do wy­jąt­ków – od­parł nie­wąt­pli­wie ko­mi­sarz Ga­il­lard. – To pilna spra­wa.

Bra­ku­je mi tylko aresz­to­wa­nia przez po­li­cję – po­my­ślał.

– Nie mogę… – W gło­sie pra­cow­ni­ka ho­te­lu sły­chać było prze­ra­że­nie.

Adam otwo­rzył drzwi i skrył się za nimi.

– Pro­szę wejść, panie ko­mi­sa­rzu – po­wie­dział.

Uświa­do­mił sobie, że nie ma się czego oba­wiać: jeśli wy­pro­wa­dzą go stąd w kaj­dan­kach, to re­pu­ta­cja pana Car­del­le­go nie ucier­pi – w ga­ze­tach za­pew­ne ukaże się wzmian­ka o tym, że jakiś sza­le­niec wła­mał się do jego po­ko­ju ho­te­lo­we­go…

W sa­lo­nie po­ja­wił się Ga­il­lard w to­wa­rzy­stwie in­ne­go męż­czy­zny. Kiedy ten drugi zdjął cy­lin­der i opu­ścił koł­nierz płasz­cza, Adam cof­nął się o krok.

Pa­trzył pro­sto w twarz sa­me­mu sobie.

 

***

 

Na­stęp­ne­go po­po­łu­dnia w sa­lo­nie pani Flo­ren­ce Le­grand zgro­ma­dzi­ło się dzi­wacz­ne to­wa­rzy­stwo. Za sto­łem sie­dzie­li wy­glą­da­ją­cy jak jej za­gi­nio­ny mał­żo­nek Adam Car­del­li oraz wy­glą­da­ją­cy jak Adam Gil­bert Le­grand, który jesz­cze dzień wcze­śniej był Au­gu­sti­nem Roy­erem. Ko­mi­sarz Ga­il­lard stał w kącie z miną czło­wie­ka, który do­wie­dział się, że zie­mia jest jed­nak pła­ska, przy­jął to do wia­do­mo­ści, ale nadal usi­łu­je po­ukła­dać sobie wszyst­ko w gło­wie. Cze­ka­no na dwie ostat­nie osoby.

Kiedy tu przy­je­cha­li, ma­da­me wy­glą­da­ła tak, jakby na widok Adama miała zo­stać tknię­ta apo­plek­sją, ale wy­ja­śnie­nia przy­ję­ła nader spo­koj­nie.

– Cóż, może życie przy­po­mi­na jed­nak cza­sem po­wie­ści – po­wie­dzia­ła.

Dało się jed­nak wy­czuć, że pod fa­sa­dą opa­no­wa­nia pani Le­grand skry­wa prze­ra­że­nie i nie­pew­ność. Nie po­tra­fił­by tylko zgad­nąć, czego lę­ka­ła się bar­dziej: dziw­ne­go zda­rze­nia, które po­sta­wi­ło świat na gło­wie, czy per­spek­ty­wy po­wro­tu do życia sprzed czte­rech lat.

Adam nadal miał po­nad­to wra­że­nie, że coś się nie zga­dza, po­sta­no­wił jed­nak za­cze­kać z wąt­pli­wo­ścia­mi do roz­mo­wy w peł­nym gro­nie. Vi­do­cq, który przy­je­chał pierw­szym po­cią­giem, po wy­słu­cha­niu do­tych­cza­so­wych opo­wie­ści miał wła­sną teo­rię, ale nie po­dzie­lił się nią na razie z nikim. Nie po­wie­dział też, kogo jesz­cze za­mie­rza przy­pro­wa­dzić na to spo­tka­nie.

Kwa­drans póź­niej do sa­lo­nu wma­sze­ro­wał in­spek­tor, a z nim pan Mer­ca­dier. Pani Le­grand wy­da­ła stłu­mio­ny okrzyk. A pro­ku­ra­tor na widok Adama zbladł i usiadł cięż­ko na wol­nym krze­śle przy stole.

Vi­do­cq za­tarł ręce.

– Do­sko­na­le, je­ste­śmy w kom­ple­cie – oznaj­mił, ły­piąc na pa­te­rę z ciast­ka­mi i owo­ca­mi.

– Nie ro­zu­miem… – za­czął Mer­ca­dier, ale in­spek­tor uci­szył go ru­chem ręki.

– Zaraz wszy­scy zro­zu­mie­my – od­parł lekko. – Taką mam w każ­dym razie na­dzie­ję. Bar­dzo pro­szę – ski­nął na Le­gran­da wy­glą­da­ją­ce­go jak Adam – pan raczy wy­spo­wia­dać się jako pierw­szy, bo to od pana wszyst­ko się za­czę­ło.

Mer­ca­dier zro­bił wiel­kie oczy.

– Od pana ba­ro­na? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie – od­parł Le­grand. – Ode mnie. Na­zy­wam się Gil­bert Le­grand, byłem urzęd­ni­kiem w pań­skim biu­rze.

Jego opo­wieść za­sad­ni­czo za­wie­ra­ła to wszyst­ko, co Adam już wie­dział. Nikt nie prze­ry­wał, wszy­scy sie­dzie­li jak za­cza­ro­wa­ni. Flo­ren­ce wa­chlo­wa­ła się ser­wet­ką.

Le­grand skoń­czył wy­zna­niem, że po ka­ta­stro­fie, jaką oka­za­ła się pre­zen­ta­cja po­wie­ści, po­sta­no­wił spró­bo­wać, czy ży­cze­nie po­wro­tu do daw­ne­go życia przy­nie­sie po­żą­da­ne skut­ki i tak zna­lazł się znów w Mon­tau­ban.

– Nie­ste­ty, jak już wszy­scy wiemy, to też skoń­czy­ło się ka­ta­stro­fą.

Kiedy za­milkł, wszy­scy mieli miny, jakby chcie­li za­cząć mówić, ale Vi­do­cq nie do­pu­ścił ni­ko­go do głosu. Ni­czym mistrz ce­re­mo­nii sta­nął u szczy­tu stołu i nadal wpa­tru­jąc się w pełną pa­te­rę, oznaj­mił:

– Mój drogi przy­ja­ciel i współ­pra­cow­nik, pan baron Car­del­li, po­dob­nie zresz­tą jak sam głów­ny za­in­te­re­so­wa­ny, wy­cią­gnął z tej opo­wie­ści słusz­ny wnio­sek: pan Le­grand zo­stał ob­da­rzo­ny dzi­wacz­ną umie­jęt­no­ścią. Jego po­my­sły li­te­rac­kie przyj­mu­ją re­al­ny kształt, kiedy bar­dzo in­ten­syw­nie o nich myśli.

Adam po­tak­nął, choć bar­dziej od wy­wo­du Vi­do­cqa in­try­go­wa­ło go to, że in­spek­tor nie się­gnął jesz­cze po ani jedno ciast­ko. Spe­cjal­nie prze­cież po­pro­sił Ga­il­lar­da, żeby za­pew­nił spe­cjal­ne­mu go­ścio­wi ulu­bio­ne przy­sma­ki.

– Drogi Adam – in­spek­tor pod­jął prze­mo­wę – za­uwa­żył jed­nak rów­nież, że w tej jakże cel­nej hi­po­te­zie coś się nie zga­dza. Po pierw­sze pan Le­grand ma­rzył, ow­szem, o ka­rie­rze i sła­wie pi­sar­skiej, pra­gnął nawet od­mia­ny życia, ale nie za­sta­na­wiał się przy tym nad swoim wy­glą­dem. To, co wy­da­rzy­ło się w jego życiu, nie od­po­wia­da­ło jego skry­tym ży­cze­niom, ale może od­po­wia­da­ło ro­je­niom kogoś in­ne­go?

In­spek­tor utkwił wzrok w pani Le­grand, która po­ru­szy­ła się nie­pew­nie.

– Ma­da­me? Pro­szę po­wie­dzieć, że nie zda­rza­ło się pani ma­rzyć o tym, że w pani… – Vi­do­cq od­chrząk­nął – …sa­lo­nie sie­dzi przy­stoj­ny, szar­manc­ki męż­czy­zna, któ­re­go nigdy nie chwy­ci po­da­gra i który nie po­sia­da szu­fla­dy peł­nej szlaf­myc?

Ry­ce­rze w lśnią­cej zbroi i ro­man­tycz­ni poeci – przy­po­mniał sobie Adam.

Ma­da­me sie­dzia­ła sztyw­no i nie od­po­wia­da­ła. Mer­ca­dier miał nie­tę­gą minę.

– Widzę, że tra­fi­łem – oznaj­mił Vi­do­cq. – A teraz niech pani spró­bu­je przy­po­mnieć sobie, czy nie wy­ra­zi­ła ta­kie­go ży­cze­nia nie­dłu­go przed tym, jak jej mał­żo­nek znik­nął?

Pani Le­grand spu­ści­ła wzrok. Na jej twarz po­wo­li wy­peł­zał ru­mie­niec.

– Jak pań­stwo wie­dzą, nie­dłu­go przez znik­nię­ciem Gil­ber­ta po­je­cha­łam do Tu­lu­zy, od­wie­dzić ro­dzi­nę. Jed­ne­go wie­czo­ra sie­dzia­ły­śmy z dwie­ma moimi sio­stra­mi i wtedy… – Spoj­rza­ła prze­pra­sza­ją­co na Adama, po czym prze­nio­sła wzrok na praw­dzi­we­go Le­gran­da. – Wtedy po­zwo­li­łam sobie po­wró­cić do mło­dzień­czych ma­rzeń. Cla­ris­se owdo­wia­ła nie­dłu­go po ślu­bie, Marie roz­wa­ża­ła wła­śnie roz­wód. Żad­nej z nas na­praw­dę nie uło­ży­ło się w życiu tak, jak sobie wy­obra­ża­ły­śmy. Za­czę­ły­śmy więc wspo­mi­nać młode lata, czy­ta­ne po­wie­ści i po­ry­wy serca na myśl o ro­man­tycz­nych bo­ha­te­rach.

– Przy­czy­nek do szko­dli­wo­ści ro­man­sów – mruk­nął Vi­do­cq.

– Po­wie­dzia­łam wtedy coś ta­kie­go, pa­mię­tam to cał­kiem do­brze, bo Marie śmia­ła się, a Cla­ris­se zga­ni­ła mnie za głu­po­tę… Że nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko temu, gdy­bym w domu za­sta­ła kogoś, kto wy­glą­da zu­peł­nie ina­czej niż mój mąż. Naj­le­piej poetę, który po­wi­ta mnie wier­szem i płat­ka­mi róż.

Mer­ca­dier słu­chał tego z pół­otwar­ty­mi usta­mi i le­d­wie za­uwa­żył, że in­spek­tor wbił w niego wzrok.

– Pań­ska kolej, panie pro­ku­ra­to­rze.

– Ja nie mam z tym nic wspól­ne­go – za­czął, ale zmi­ty­go­wał się. – To zna­czy… Ale to nie­moż­li­we…

– Czego pan sobie ży­czył w tym okre­sie, kiedy znik­nął Gil­bert Le­grand?

– Wielu rze­czy – po­wie­dział wy­mi­ja­ją­co. In­spek­tor zgro­mił go spoj­rze­niem. – No do­brze. – Wes­tchnął cięż­ko. – Dwóch rze­czy. – Nie­szczę­śnik po­wiódł wzro­kiem po ze­bra­nych, za­trzy­mu­jąc się na dłu­żej na Flo­ren­ce. – Po pierw­sze, żeby ma­da­me Le­grand roz­wio­dła się z mężem i wy­szła za mnie za mąż.

Roz­legł się ogól­ny jęk za­sko­cze­nia.

– Ale nie po­su­nął­bym się do myśli o znik­nię­ciu Gil­ber­ta, gdyby nie jesz­cze jedna rzecz. – Tym razem spoj­rzał pro­sto w oczy Ada­mo­wi, za­po­mi­na­jąc o za­mia­nie ról, czy ra­czej po­sta­ci. – Na mniej wię­cej mie­siąc przed tym wy­pad­kiem udało mi się za­tu­szo­wać spra­wę… pew­nej po­waż­nej nie­uczci­wo­ści jed­ne­go z moich bez­po­śred­nich pod­wład­nych. Czło­wie­ka, któ­re­go sam re­ko­men­do­wa­łem, któ­re­mu ufa­łem bez­gra­nicz­nie. Za­ła­twi­łem mu szyb­ko awans do Pa­ry­ża, byle ewen­tu­al­na afera wy­bu­chła z dala od mo­je­go biura. – Umilkł.

– Oba­wiał się pan jed­nak – pod­po­wie­dział Vi­do­cq – że naj­rze­tel­niej­szy z pań­skich urzęd­ni­ków wy­śle­dzi tę spra­wę, ale nie miał pan po­my­słu, jak prze­nieść go w inne miej­sce, nie tra­cąc przy tym z oczu jego atrak­cyj­nej żony?

Mer­ca­dier skrzy­wił się, jakby ugryzł cy­try­nę.

– Zgadł pan.

Flo­ren­ce Le­grand pa­trzy­ła na niego z nie­uda­wa­nym zdu­mie­niem. Adam po­wziął pew­ność, że wszel­kie ma­rze­nia o ro­man­sie po­zo­sta­wa­ły do­me­ną pro­ku­ra­to­ra. Ten zaś jak zwy­kle przede wszyst­kim oba­wiał się o swoją re­pu­ta­cję, więc nie pod­jął żad­nych kro­ków.

– Zatem to nie ży­cze­nia pana Le­gran­da się speł­nia­ją – oznaj­mił trium­fal­nie Vi­do­cq – ale ży­cze­nia in­nych, które jakoś go do­ty­czą. Albo coś w tym ro­dza­ju – mruk­nął – szcze­gó­ło­we wy­ja­śnie­nie musi po­cze­kać.

– A te prze­stęp­stwa, które pro­wo­ko­wa­łem? – Le­grand ode­zwał się po raz pierw­szy. – I burza pod­czas pre­zen­ta­cji po­wie­ści?

Vi­do­cq mach­nął ręką.

– Całe rano po­świę­ci­łem na prze­ko­pa­nie się przez akta spraw, o któ­rych mi pan opo­wie­dział. We wszyst­kich przy­pad­kach wcze­śniej­szy modus ope­ran­di prze­stęp­ców był po­dob­ny. Pan ra­czej prze­chwy­ty­wał ich plany i wy­obra­żał sobie jako li­te­ra­tu­rę, a potem wi­dząc je w ak­tach, po­wziął pan błęd­ne po­ję­cie o przy­czy­nach i skut­kach.

Na twa­rzy Le­gran­da ma­lo­wa­ło się lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Adam z za­in­te­re­so­wa­niem ob­ser­wo­wał jego mi­mi­kę, za­sta­na­wia­jąc się, czy sam tak samo wy­ra­ża uczu­cia, czy też Le­grand, a i Royer, kry­ją­cy się teraz za jego twa­rzą, na­da­ją jej od­mien­ny wyraz.

– Ta burza zaś… – ode­zwał się. – Oba­wiam się, że wy­wo­ła­ła ją któ­raś z dam, ma­rzą­ca o nie­zwy­kłych zda­rze­niach, jakie obie­cy­wa­ła pań­ska po­wieść…

Twarz nie­do­szłe­go au­to­ra roz­ja­śni­ła się na mo­ment.

– Może jed­nak jest dla tej mojej pi­sa­ni­ny jakaś przy­szłość – oznaj­mił.

Adam po­my­ślał, że ma inny po­mysł na od­mia­nę życia pana Le­grand czy też pana Roy­era, ale Vi­do­cq się­gnął tym­cza­sem po cia­stecz­ko. A więc jed­nak świat nie sta­nął cał­ko­wi­cie na gło­wie.

– Po­zo­sta­je nam ostat­nia za­gad­ka – oznaj­mił in­spek­tor – mia­no­wi­cie nagła za­mia­na wy­glą­du mię­dzy ba­ro­nem Car­del­lim a panem Le­gran­dem.

Przez chwi­lę wszy­scy mil­cze­li. Nagle spod ścia­ny do­bie­gło nie­śmia­łe chrząk­nię­cie. Wzrok Adama po­wę­dro­wał ku Ga­il­lar­do­wi i uświa­do­mie­nie przy­szło w chwi­li, kiedy po­li­cjant się ode­zwał.

– O ile mnie pa­mięć nie myli, pan mówił coś o nie­moż­li­wo­ści zro­zu­mie­nia pew­nych spraw, do­pó­ki czło­wiek nie znaj­dzie się w skó­rze za­in­te­re­so­wa­ne­go. A zwa­żyw­szy, jak bar­dzo to speł­nia­nie ży­czeń tra­fia, za prze­pro­sze­niem, obok…

– Brawo! – In­spek­tor za­kla­skał. – Bę­dzie z pana nie­zły po­li­cjant!

 

***

 

Po­zo­sta­ło jesz­cze jedno za­da­nie.

– Myślę, że teraz wszy­scy po­win­ni się zde­kla­ro­wać, czego pra­gną i mieć na­dzie­ję, że tym razem los okaże się dla tych ży­czeń ła­ska­wy – oznaj­mił Vi­do­cq. Ro­zej­rzał się po ze­bra­nych. – Choć może le­piej bę­dzie, jeśli ja zro­bię to za pań­stwa. Adam nie­wąt­pli­wie chce wró­cić do swo­je­go wy­glą­du.

Adam po­tak­nął.

– Co za­pew­ne nie jest ma­rze­niem pana Le­gran­da… A zatem pan Le­grand musi stać się na po­wrót Roy­erem. Co po­zo­sta­wia ma­da­me Flo­ren­ce sło­mia­ną wdową, ale nie­trud­no bę­dzie spra­wić, by wkrót­ce po­ja­wi­ły się nie­pod­wa­żal­ne do­wo­dy na to, że jej mąż nie żyje. To uspo­koi su­mie­nie pana pro­ku­ra­to­ra, a pani jako wdowa bę­dzie mogła speł­nić jego ma­rze­nie, jeśli oczy­wi­ście sama nie ma nic prze­ciw­ko temu. – Na jej ustach błą­kał się nie­od­gad­nio­ny uśmie­szek. Mer­ca­dier otarł czoło chu­s­tecz­ką i po­pra­wił koł­nie­rzyk, jakby szy­ko­wał się do oświad­czyn. – Wszy­scy za­do­wo­le­ni.

Le­grand od­chrząk­nął.

– Może i wolę być Roy­erem, ale Royer prze­cież nie ist­nie­je…

Jego mina wy­raź­nie mó­wi­ła: „i nie ma gro­sza przy duszy”.

– Myślę, że je­ste­śmy w sta­nie temu za­ra­dzić. – Adam wy­łusz­czył swój plan.

 

***

 

Au­gu­stin Royer roz­glą­dał się po biu­rze z za­cie­ka­wie­niem.

– Na­praw­dę uważa pan, że na­da­ję się do tej pracy?

Vi­do­cq zer­k­nął na sto­ją­ce­go pod ścia­ną Adama.

– Adam naj­wy­raź­niej tak uważa, a i ja przy­znam jedno: pań­ski ta­lent jest tak dzi­wacz­ny, że biuro nie może przejść obok niego obo­jęt­nie.

Royer ski­nął głową.

– Ale w wol­nych chwi­lach będę mógł dalej pisać po­wieść? Chciał­bym na­pra­wić wra­że­nie, które…

Vi­do­cq i Adam po­pa­trzy­li po sobie i od­po­wie­dzie­li jed­no­cze­śnie:

– Może jed­nak le­piej nie?

Koniec

Komentarze

Jak ty się wpisałaś w ten limit tak idealnie, to ja nie wiem, ale podziwiam :O

Przeczytałem z przyjemnością. Pomysł na opowiadanie po trosze zwariowany, a po trosze zabawny, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że mocno wciągający.

Dziękuję, Straferze :)

 

Kam – celowałam w równe 50k, ale dałam sobie spokój ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bo podczas każdego punktowania, ktoś musi być pierwszy ;)

Rewelacyjne pastele! To jeśli chodzi o klimat.

Z każdym Twoim opowiadaniem jest lepiej.

Pomysł przewrotnie wdzięczny (albo wdzięcznie przewrotny). Tak mniej więcej od połowy nie miałem jednak wątpliwości, gdzie finalnie trafi główny bohater i dlaczego do ówczesnego Archiwum X, co także jest bardzo porządnym pomysłem na Universum.

Hmmm, w Dniu Kobiet powiem jeszcze coś a propos – że czuć w tym opowiadaniu kobiecą rękę, i dobrze.

Tak czy siak – klik.

 

Przeczytałam, świetne.

Cieszę się, że się podoba, zwłaszcza że z różnych życiowych powodów było pisane na akord i ledwie, ledwie zdążyłam…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ładne :)! Właśnie – ładne, w takim trochę staroświeckim, oldskulowym stylu!

Może jak dla mnie trochę zbyt powoli się rozwija, ale jak już się wciągnąłem, to lektura to była prawdziwa, nieskrępowana przyjemność. Jak te ptysie Vidocqa :P. Sam pomysł – znakomity, przez to, że właśnie taki oldskulowy. Marzenia stające się rzeczywistością? No przecież już było… Ano było, ale nie w takiej misternej, wycyzelowanej formie.

Dobra, nachwaliłem się, ale uwag też mam kilka:

– „W dniu 15 marca 1859 w Montauban” – a nie zabrakło tu słowa “roku”?;

– “Do akt dołączona była fotografia” – no niby może być, ale moim zdaniem lepszą immersję uzyskałabyś, stosując dagerotypy;

– “w której przebywał samotnie aresztant” – tu wolałbym albo “samotnie przebywał” albo “samotny aresztant”;

– “To się zaczęło kilka lat wcześniej” – zbijało mnie z tropu, jak czasem ni stąd, ni zowąd przeskakiwałaś od wspomnień do chwili obecnej i z powrotem, niczym tego nie sygnalizując;

– “ale jakkolwiek aresztant(…) – Tak – mruknął Royer czy Legrand, czy jakkolwiek” – jak na tak rzadkie słowo, za dużo “jakkolwieków” obok siebie;

– “niemalże identycznym z tym, co wymyślił” – tu wolałbym “jakie wymyślił”;

– “A czegóż on miał chcieć więcej!” – jak dla mnie to jest pytanie; to Ci się powtarza i dalej, że pytań nie kończysz pytajnikami;

– “żeby odgonić zaspanie” – “senność” byłaby lepsza;

– “A Gilbert chyba liczył na pomoc teścia w karierze” – córka tak mówi o ojcu? teść? może “liczył na pomoc drogiego papy” czy coś w tym stylu;

– “To też, ale tylko.” – zabrakło “nie”;

– “Adam nadal miał też wrażenie” – tutaj mam wrażenie nadmiarowości – “nadal” i “też”: oba są potrzebne?;

– “Człowieka, którego sam rekomendowałem do biura, (…) z dala od mojego biura” – trochę “biura” za dużo.

 

No w każdym razie – bardzo smaczny ten Twój ptyś :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki, Staruchu, za miłe słowa i klika :)

 

Kilka powtórzeń sama zauważyłam – tekst powstawał w biegu z przyczyn obiektywnych i nieprzyjemnych, sama nie bardzo go miałam czas przeczytać ,więc mam je już odznaczone w kopii roboczej i poprawię, jak tylko znów będzie wolno… Dzięki za wskazanie innych, niezauważonych :)

 

no niby może być, ale moim zdaniem lepszą imersję uzyskałabyś, stosując dagerotypy;

Wiem, że ludzkości tak się kojarzy, ale w późnych latach ‘50 to już nie musi być dagerotyp, który nie pozwala na uzyskiwanie większej liczby odbitek i jest dość drogi w związku z tym. Z tego okresu pochodzą już łatwo powielane fotografie (nabyłam kiedyś za całe 5 euro album na targu staroci, miodzio…).

 

zbijalo mnie z tropu, jak czasem ni stąd, ni zowąd przeskakiwałaś od wspomnień do chwili obecnej i z powrotem, niczym tego nie sygnalizując

Bo w mocno spersonalizowanej narracji to Adam wspomina coś, co było nieco wcześniej albo rozmówca wywołuje takie wspomnienie. Lubię taką technikę narracyjną i mam nadzieję przyzwyczaić do niej fantastów. Nie jestem zwolenniczką linearności ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Spokojny żywot prowincjonalnego przedstawiciela klasy średniej – pomyślał Adam. – Dzień za dniem to samo. Nuda. Rutyna.

To zdanie wydaje mi się zbędne. Wszystko wynika z kontekstu. Początek opowiadania aż kipi spokojem prowincjonalnego miasteczka.

Adam mimo woli uśmiechnął się, ale potem przypomniał sobie opowieść Royera o wymyślanych w biurze przestępstwach.

Odwróciłbym szyk.

– Pan Legrand oczywiście nie miał wrogów, prawda?

– Niefortunnie to zabrzmiało, zważywszy ostatnie okoliczności, co?

– Była załamana. Tak, załamana. Rozumie pan, prawda?

– Poza wyglądem nie widzi pan nic, co przeczyłoby jego pretensjom, zgadza się?

To są fragmenty dialogu Adama z prokuratorem. Praktycznie co druga kwestia jest pytaniem z sugestią odpowiedzi? Strasznie dużo tego nagromadziłaś w jednym miejscu. Czy to jest zamierzone?

Drobne gesty człowieka, który dotychczas zachowywał całkowity spokój i był w pełni rozluźniony, podpowiadały, że wreszcie udało się trafić w czuły punkt.

Lepiej byłoby zostawić tylko opis tych drobnych gestów, a konkluzję zostawić czytelnikowi do wyciągnięcia.

zajadając kanapkę z suszoną wołowiną i serem z Rocamadour

Więcej tego typu detali. One robią klimat. Nie wiem jak wygląda ser Rocamadour, ale aż czuję “smród” tego sera.

Po prostu stał i nie mógł się zdecydować, żeby wejść do środka.

żeby → czy

– To był zwykły dzień – powiedział zmęczonym głosem. – Florence akurat była u rodziny w Tuluzie, miała wrócić w południe.

Tu jest pewna niekonsekwencja. Rozpoczynasz sekcję od tego jak Adam zastanawia się, czy odwiedzić Florence, a potem bez ostrzeżenia przechodzisz do retrospekcji jego rozmowy z Gilbertem.

– Nigdy wieczorem ani w biurze nie marzył pan o tym, żeby stać się kimś innym? –

Wieczór określa porę, a biuro miejsce. To “ani” między nimi mi nie pasuje.

albo choćby na przykład podróżnikiem.

Jedno z tych słów bym wywalił.

Jeśli wierzyć dalszej opowieści, w przykrótkich spodniach i zbyt ciasnym surducie, mając w kieszeni całą gotówkę, jaka była w domu, udał się na stację kolei.

Przemyśl to zdanie. Brzmi trochę jakby opowieść była w przykrótkich spodniach.

Z jakichś konkretnych powodów czy nie ufał całkowicie bankom?

Coś tu poszło nie tak.

Który z nich był prawdziwy? I dlaczego tym wszystkim tak bardzo przejmował się prokurator?

Czy to nie powinno być kursywą?

 – To też, ale [+nie] tylko.

Chwilowo znajdującego się w obcym ciele starszawego, korpulentnego urzędnika.

Dlaczego “chwilowo”? Sugerujesz w ten sposób, że to się zmieni. Wykluczasz tym samym opcję, że Adam zostanie w nieswoim ciele na zawsze.

 Komisarz Gaillard stał w kącie z miną osoby, która dowiedziała się, że ziemia jest jednak płaska, przyjęła to do wiadomości, ale nadal usiłuje poukładać sobie wszystko w głowie. Czekano na dwie ostatnie osoby.

Specjalnie przecież poprosił Gaillarda, żeby zapewnił specjalnemu gościowi odpowiednią strawę.

Ciastko jako “strawa”? :/

zauważył jednak również, że w tej jakże celnej hipotezie coś się nie zgadza.

przecinki? 

 

To tyle, jeżeli chodzi o uwagi do tekstu. Wrócę jeszcze z ogólnym komentarzem. Na razie klikam bibliotekę.

 

Dzięki, Chrościsko :)

 

Wszelkie poprawki ogarnę we właściwym, pokonkursowym czasie; zważywszy tryb kończenia tekstu i przycinania go do limitu, i tak jest ich niewiele :/

 

Dlaczego “chwilowo”? Sugerujesz w ten sposób, że to się zmieni. Wykluczasz tym samym opcję, że Adam zostanie w nieswoim ciele na zawsze.

Bo to jest narracja z punktu widzenia bohatera, który będzie tak zakładał, choćby miało to być zaklinanie rzeczywistości… Ale przemyślę sformułowanie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jest to opowiadanie napisane w bardzo typowym dla Ciebie stylu. Takie, w którym nawet jakby pozmieniać imiona postaci oraz miejsca, oczywiste by było, że napisała go Drakaina.

Napisane bardzo poprawnie, żeby nie powiedzieć, że sterylnie. Fabuła przemyślana, od początku podajesz tajemnicę, którą bohater ma rozwiązać, i rozwiązuje ją stopniowo przez całe opowiadanie.

Swoją drogą, całkiem przyjemny kryminał Ci wyszedł.

Co do francuskości Twojej Francji, to nawet nie będę o tym wspominał. Wszystko, co piszesz biorę za dobrą monetę i wierzę Ci, że w tamtych czasach i w tamtych miejscach, tak właśnie życie wyglądało.

 

Początek bardzo leniwy, powolny, rzekłbym nawet nudnawy. Długo każesz czytelnikowi czekać, aż zagadka się stanie intrygująca. Zastanawiałem się, czy jest to efekt zamierzony, pokazanie rutyny, powtarzalności i nudy prowincjonalnego miasteczka?

Jeżeli tak, to w moim przypadku odniosłaś Pyrrusowe zwycięstwo. Oddałaś ten klimat skutecznie, ale jednocześnie zanudziłaś mnie jako czytelnika i nieco zniechęciłaś do opowiadania.

Aż zatęskniłem za agresją Wiktorii z prologu #prayfornorton, za którą ją potępiłem. Niechby, chociaż kelnerka w kawiarence przy rynku rozbiła czajniczek z herbatą. Albo na bulwarach nad rzeką, pudelek spacerującej madame obszczekał Adama. A tu nic:

rzeka toczyła leniwe wody pod średniowiecznym mostem

drzewa właśnie okrywały się wiosenną zielenią.

Royer wpatrywał się w spokojny nurt rzeki.

Komisarz przez chwilę przesuwał czubkiem buta kamyki leżące na ulicy

Wzrok prokuratora powędrował za okno, skąd dochodziły zwykłe odgłosy ulicy

Drugą kwestią, która sprawia, że nie potrafię się zanurzyć w Twój świat, są głowni bohaterowie. Zarówno Adam, jak i Vidocq, wydają mi się miałcy, mało męscy, obcy. Nie potrafię wejść w ich skórę. Pamiętam z komentarzy Twoich wcześniejszych opowiadań, że piszesz je często na podstawie oryginalnych pamiętników i że tacy Ci mężczyźni wówczas byli. Nie przeczę, że masz rację, ale nie zmienia to faktu, że dla mnie jako czytelnika, są mentalnie zbyt odlegli. Jakby brakowało im testosteronu.

Czytając o nich, czuję się jakbym oglądał klasykę kina lat 60-tych. Wiem, że oglądam filmowe arcydzieło, którym zachwycały się pokolenia krytyków, ale nie zmienia to taktu, że takie kino mnie nie pociąga i nie potrafię się w nim odnaleźć.

Spośród wszystkich Twoich opowiadań najlepiej wspominam to “Zimę”. Tam akcja działa się również w XIX w., ale postaci, drobna polska szlachta, były swojskie, namacalne, potrafiłem się wśród nich odnaleźć i zatopić w opowieść. Tak więc wychodzę z założenia, że to nie styl nie jest problemem, a właśnie konkretni bohaterowie.

 

Dużo bardziej mi się podobała druga część opowiadania. Jak już splotłaś odpowiednią ilość nitek i wątków postaci, zagadka mnie zaciekawiła i czytałem z przyjemnością.

Sam pomysł na fabułę dobry. Fajny twist ze zmianą wyglądu Adama. Zakończenie sympatyczne.

Podsumowując, pomimo powyższych krytycznych uwag, tekst oceniam pozytywnie. Zastrzeżenia zaś wynikają głównie z moich preferencji i upodobań, a nie z wad opowiadania.

 

Moja ocena: 5.0/6.

Jakby brakowało im testosteronu.

Widzisz, ja mam alergię na bohaterów z testosteronem. Mam dość policjantów z wszystkich możliwych kryminałów, którzy frustrację zalewają alkoholem, gadają o kurwach i kurwami rzucają oraz nadużywają przemocy. Mam dość tak rozumianej “męskości” bohaterów literackich. Nie znoszę jej u jej “wysokich” źródeł, jak Hemingway, nie cierpię w literaturze średnich lotów (np. Lowry), nienawidzę we współczesnym kryminale – jest tam już tak do niemożności sprana i wyeksploatowana, że dla mnie właśnie nudna

Może jest to jeden z powodów, dla których wybrałam czasy, kiedy savoir-vivre miał się dobrze. Co nie jest tylko wymysłem osób stęsknionych za takim światem, ale znajduje sporo potwierdzenia w źródłach właśnie. (Ostatnio czytałam bardzo fajny tekst o tym, że francuskich żołnierzy zachęcano, a nawet dyscyplinowano do wyrażania się kulturalnie, a wyzwiska wobec żołnierzy ze strony oficerów – cecha charakterystyczna np. Wellingtona – były bardzo źle widziane, nawet karane). A zatem kreacja jest dość zamierzona, zwłaszcza w tej serii “urban fantasy”.

Mam też dość babrania się przez kryminały w bebechach i rozkoszowania opisywaniem najniższych warstw społecznych (o których autorzy mają zazwyczaj marne pojęcie, więc wychodzi to sztucznie i płasko), dlatego piszę raczej o sprawach rozgrywających się w okolicach klasy średniej, choć debiutanckie opowiadanie na tym forum miało innego głównego bohatera. Nie wykluczam zagłębienia się raz jeszcze w prozę naturalistyczną i napisania opowiadania w klimatach “Germinala” Zoli, ale to musi poczekać na odpowiedni pomysł (mam jeden, ale nie do tej serii).

 

PS. To skądinąd bardzo ciekawe, bo Twoi bohaterowie nie są przecież typowo “testosteronowi”…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Widzisz, ja mam alergię na bohaterów z testosteronem. Mam dość policjantów z wszystkich możliwych kryminałów, którzy frustrację zalewają alkoholem, gadają o kurwach i kurwami rzucają oraz nadużywają przemocy. Mam dość tak rozumianej “męskości” bohaterów literackich.

Myślę, że mamy zupełnie inne pojęcie tego, co rozumiemy poprzez testosteron.

To nie frustracja ani chamstwo, ani przemoc.

 

Miałem tu na myśli pewne cechy osobowości: zdecydowanie, pewność siebie, skłonność do rywalizacji, przebojowość, wyrazistość, pokonywanie własnych słabości.

 

To skądinąd bardzo ciekawe, bo Twoi bohaterowie nie są przecież typowo “testosteronowi”…

Nie są i nie będą.

Typowa “testosteronowatość” to tylko otoczka, jak słusznie zauważyłaś, dość zużyta. Chodzi mi o siłę umysłu. O to, że taki “policjant” właśnie w obliczu problemów nie popadnie we frustrację i nie będzie się zapijał na umór, a weźmie się w garść i przetrwa kryzys.

No widzisz, czyli jednak się zgadzamy, choć cieszę się, że wyartykułowałam to powyższe credo ;)

 

Czyli myślę, że u mnie to trochę kwestia epoki, ale też świadomy wybór – Adam ma być taki trochę sprawiający wrażenie niezdecydowanego, bo mam w zanadrzu kilka tekstów, w których tak nie jest (z opublikowanych zalążek tego jest w “Noir”, aczkolwiek może nie dość mocno podkreślony) – i odmienne działanie ma być ich ważnym elementem. Uważam, że fajniej jest, jeśli bohater robi coś, czego się po nim nie spodziewamy, a biografie moich bohaterów są rozpisane na wiele tekstów… Co oczywiście jest wadą, jeśli czyta się je w oderwaniu od innych – jestem świadoma tej słabości.

 

Miałem tu na myśli pewne cechy osobowości: zdecydowanie, pewność siebie, skłonność do rywalizacji, przebojowość, wyrazistość, pokonywanie własnych słabości.

Ale dlaczego to ma być cecha męskości i testosteron? Mam wrażenie, że część z tych cech posiadam na przykład ja, a jestem mimo wszystko kobietą… I czy mężczyzna, który jest inny, naprawdę przestaje być mężczyzną?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Właśnie. A czy Adam lub Vidocq mają jakieś żony/kochanki/przyjaciółki?

Zawsze są sami. Zawsze traktują kobiety bardzo “profesjonalnie” i szarmancko. Nie pokazują po sobie tego, że któraś wpadła im w oko. Nie oceniają ich przez pryzmat “atrakcyjności”.

Może to właśnie o to chodzi? Czegoś mi w nich brakuje, co nie do końca potrafię zdefiniować.

 

Pamiętam, że w którymś z opowiadań pojawiały się wątki pachnących liścików, ale wciąż było to bardziej kulturalne i poprawne zachowanie, niż pełnokrwiste uczucie.

 

EDYTA:

 I czy mężczyzna, który jest inny, naprawdę przestaje być mężczyzną?

Nie, nie przestaje, ale trudniej go zrozumieć o ile się nie wywnętrza. A Twoi bohaterowie zwykle snują rozważania nad sprawami, z którymi przyszło im się parać, niż nad własnymi uczuciami.

 

Ale dlaczego to ma być cecha męskości i testosteron? Mam wrażenie, że część z tych cech posiadam na przykład ja, a jestem mimo wszystko kobietą…

Możesz to uznać za niefortunny skrót myślowy.

czy Adam lub Vidocq mają jakieś żony/kochanki/przyjaciółki?

To jest niestety brzemię uniwersum… W jednym tekście, który pewnie długo nie ujrzy światła dziennego, choć jest prawie skończony (ale jest długą i skomplikowaną fabularnie powieścią, którą po doświadczeniach forumowych muszę mocno przemyśleć), pada odpowiedź na to pytanie.

W opowiadaniach – zwłaszcza limitowanych objętościowo – nie bardzo jest na to miejsce, podobnie jak na wywnętrzanie. Zwłaszcza że istnieje ryzyko pojawienia się marudy z drugiej strony barykady, która (maruda) zapyta, po co wrzucam niezwiązany z główną fabułą wątek prywatny, skoro nic on nie wnosi do opowiadania ;)

Ale może dobra wiadomość: przygotowuję właśnie dla Fantazmatów zbiór mikropowieści i opowiadań z dokładnie tego cyklu (z forumowych będzie tam tylko “Jeśli wykluczysz możliwe” i Legrand), gdzie postaram się upchnąć nieco więcej informacji o życiu prywatnym bohaterów, bo będzie na to miejsce, a i ciągłość fabularna tego się domaga.

 

No i przyznam, że nie miałabym nic przeciwko temu, żeby czytelnicy powzięli na jakimś etapie wątpliwości co do preferencji zwłaszcza Adama ;) Planuję opowiadanie z tego typu kwestią obyczajową w tle, więc coś takiego mogłoby być przydatne. A Adam ma powody do pewnego rodzaju “wycofania” i introwertyczności. Wiem, że te wszystkie wyjaśnienia nijak nie usprawiedliwiają niedociągnięć i niedopowiedzeń wynikających z uniwersumowości tych historyjek, mam nadzieję, że zbiorek to choć trochę wynagrodzi – forum jest przecież głównie areną sparingową i poligonem doświadczalnym…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No i przyznam, że nie miałabym nic przeciwko temu, żeby czytelnicy powzięli na jakimś etapie wątpliwości co do preferencji zwłaszcza Adama ;)

Ha… interesujące.

 

Wiem, że te wszystkie wyjaśnienia nijak nie usprawiedliwiają niedociągnięć i niedopowiedzeń wynikających z uniwersumowości tych historyjek, mam nadzieję, że zbiorek to choć trochę wynagrodzi – forum jest przecież głównie areną sparingową i poligonem doświadczalnym…

Wygląda na to, że może niepotrzebnie w krótkich formach opierasz się na tych samych postaciach i uniwersum. Ewidentnie jest to materiał na rozbudowaną powieść, a serwując nam jedynie urywki większej całości, zawsze czegoś brak.

– Na ostatnią chwilę.

– Na styk w limicie znaków.

– Na bardzo dobrym poziomie . :)

 

Ode mnie krótko.

Nie będzie piania z zachwytu nad tekstem, bo też (przynajmniej dla mnie) nie było jego rolą wzbudzenie podziwu nad pomysłem czy treścią. Dla mnie to nie ten typ opowiadania.

Od przedstawionej przez Ciebie propozycji oczekiwało się:

– Ciekawego problemu/ intrygującej zagadki.

– Poszukiwania odpowiedzi, które nie znuży czytelnika (a wręcz spotęguje początkową ciekawość).

– Rozwiązania, które nie zepsuje odbioru tekstu (czyli nie będzie zbyt sztampowe).

W Twoim opowiadaniu znalazłem w zasadzie wszystko.

Pomysł wydał mi się bardzo ciekawy. Droga do rozwiązania chyba trochę zbyt długa. Chociaż w takich przypadkach nigdy nie wiem, czy uznać to za wadę. Bo ta zbyt długa droga może oznaczać równie dobrze “przeciągnięty” początek, jak i moją skrajną ciekawość odpowiedzi (czyli zwykłą niecierpliwość). O rozwiązaniu złego słowa nie napiszę.

W sumie bardzo przyjemne opowiadanie.

 

 

 

Wygląda na to, że może niepotrzebnie w krótkich formach opierasz się na tych samych postaciach i uniwersum

Nie jestem w stanie pisać tylko powieści, bo i umieścić je gdzieś jest trudniej… Opowiadaniami chcę zbudować sobie nazwisko, żeby potem było łatwiej z innymi formami. Poza tym po co wprowadzać inne postacie do opowiadań o tym samym “Archiwum X”, jak ktoś to słusznie nazwał?

Dobra, jedna, napisana w 1/3 powieść, ma już chętnego wydawcę, ale to jest powieść o m.in. ojcu Adama… Opowiadania, które będą w Fantazmatowych antologiach, a i w Creatio Fantastica, też akurat są z czasów wcześniejszych, choć uniwersum to samo i bohaterowie są z sobą powiązani.

“Zima” też jest z uniwersum – tam cameo appearance ma nienazwany ojciec Adama oraz nazwany ojciec jego sekretarza, który pojawia się w Dragonezie i w “Jeśli wykluczysz…”

 

CM – bardzo dziękuję, polecam się na przyszłość :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Chyba za późno w tekście pada nazwisko Adama… Ponadto – czemu komisarz rozmawia z Adamem w kawiarni, a nie w komisariacie, prezydium policji? Dziwne.

Jeszcze wrócę.

Pozdrówka.

Bo sprawa jest dziwna i nietypowa – ot tak. A poza tym świat nie zawsze był tak sformalizowany, jak jest dzisiaj… ;) No i RODO nie było, więc można sobie przy kawce i croissancie pogwarzyć o innych…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wtedy chyba tak było, ale mentalność policjantów chyba jednak była podobna do dzisiejszej, tym bardzie, że Adam jednak przybywa z misją urzędową. Ale to była Francja, a poza tym jest to szczegół.

Ciekawy tekst, dobry pomysł. Jednakowoż trochę się ciągnie. Powiedziałbym, że jest trochę za dużo smaczków, a za mało dramatyzmu. I chyba brakuje, jako kontrapunktu, rysu posępności.

Ale napisany jest bardzo dobrze.

Pozdrówka.

Nieoczekiwana zmiana miejsc?

Sympatyczny tekst, chociaż oparty na nie całkiem nowych ideach. Skojarzyło mi się z jakimś oglądanym w dzieciństwie polskim filmem, w którym ojciec i syn zamienili się miejscami.

Postacie znane, ciastka niezmienne, zagadka nowa.

– To też, ale tylko.

No i celowanie w limit szlag trafił. ;-)

Babska logika rządzi!

Limit tak naprawdę to wyszedł przypadkiem, a szlag go trafił, jak wykryłam powtórzenia ;)

Dzięki, anyway, za wyłapanie tej paskudnej pozostałości po skrótach…

 

Jeśli chodzi o inspiracje, to akurat takiego filmu nie kojarzę, natomiast w bardzo dalekim tle jest znana historia ze znacznie wcześniejszych czasów, za to dziejąca się mniej więcej w tamtej okolicy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Świetne opowiadanie, trzyma się klimatu epoki. Intryga rozwija się z wolna, ale jednocześnie pozostawia czytelnika w niepewności. Cały czas miałem niejasne przeczucie, albo wrażenie iż znajdzie się logiczne wytłumaczenie, może to z powodu, iż kiedyś oglądałem film pod tytułem “Powrót Martina Guerre“ 

Samo zaś zakończenie było świetne i jednocześnie zaskakujące. jestem na tak :) 

Dobre, detektywistyczne opowiadanie. Nie wiem, dlaczego jeszcze nie znalazło się w bibliotece. Z przyjemnością kliknę.

Co mi się podoba:

*czystość narracji,

*podobieństwo do klasyki (Christie),

*zagadka, której sens odsłaniasz.

 

Jeśli chodzi o opinie przedpiśców, to dla mnie nie toczy się (na początku) zbyt wolno, lecz ok:) Zastanawiam się, czy nie jest to aby związane z internetowym czytaniem?

Porównanie do „człowieka bez właściwości” – bardzo dobre.

 

Jeśli chodzi o minusy to chciałabym/ marzyłabym o:

* pogłębieniu postaci,

* tła – lecz, przez inne zmysły niż wzrok, silniej i mocniej, niż to obecnie jest.

 

Drobiazgi zauważone, wyrzuciłabym, lecz to może być moja maniera (nadmiarowa):

‚ Po co panu ta cała zabawa? – dodałabym „była”

‚ Najchętniej porozmawiałbym z szanowną małżonką, a także może (+z ) kimś z jego biura. 

, skonstatował natychmiast, krzywiąc się lekko

‚ Adam westchnął, usiadł… na przyniesionym przez młodego adepta policyjnego fachu nieco sfatygowanym krześle i wskazał rozmówcy pryczę – gospodarzem w celi był Legrand?, więc może niepotrzebne?

‚ Oczywiście, na wiosnę nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że powiewy wiatru zgasiły wszystkie świece, a nawet lampy naftowe

. choć bardzo mocno

‚ ja wtedy jakoś tak dziwnie poczułam

‚ najlepszej tawernie w mieście” – tawernie?

 

Gratulacje, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

MPJ – brawo za jakże słuszne skojarzenie z Martinem Guerre – ta historia (autentyczna z XVI w. i z właśnie tych okolic, choć trochę bardziej na południe) była oczywiście daleką inspiracją :) Tytuł oczywiście też z tego

 

Asylum – dzięki za uwagi, uwzględnię, jak już będzie wolno

 

przez inne zmysły niż wzrok

To może być trudne, bo ja jestem radykalnym wzrokowcem i mimo że bez muzyki żyć nie potrafię, najwyraźniej wzrokowość rzuca mi się na pisanie… Postaram się nad tym popracować, ale możesz ewentualnie rzucić konkretami – czego brakuje? zapachów? dźwięków? czegoś jeszcze innego?

 

Idę sobie kliknąć tę bibliotekę jako użytkownicy ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Każdy jest wzrokowcem przez edukację – trening, a co do uwag to “feel free”, nie są istotne; kocham pewien rodzaj elegancji i prostoty, natomiast zmysłów rzeczywiście brakuje, chociaż nie mam pojęcia, czy w opowiadaniach to możliwe i jak to zrobić. Daj mi czas, na zerknięcie do zbiorów współczesnych opowiadań:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Każdy jest wzrokowcem przez edukację

Ale różni ludzie w różnym stopniu. Zaobserwowałam, że jak oglądamy filmy z przyjaciółką, to ona patrzy na nazwiska w obsadzie (które w przypadku aktorów drugoplanowych zazwyczaj mi nic nie mówią oraz nie kojarzę nazwiska z wyglądem) i oznajmia “o, tego faceta widziałyśmy w tym i tym”, a potem w środku filmu ja krzyczę “o, tego faceta widziałyśmy, zaraz ci powiem, w czym”, bo rozpoznaję twarz (przyjaciółka nie) i muszę tylko z pamięci wywołać odpowiedni obraz, żeby skojarzyć dokładnie, w czym to było (włącznie z epizodami). To jednak świadczy o odmiennym typie pamięci i ważności bodźców…

Audiobooki dla mnie praktycznie nie istnieją – nie potrafię się skupić na treści, piny i inne ciągi liczb widzę, a nie pamiętam abstrakcyjnie, dwa wydania książki z innym układem stron to dla mnie dwie odmienne lektury itd.

Ale zacznę ćwiczyć np. opisywanie zapachów, w końcu akurat gdzie jak gdzie, ale we Francji ich różnorodność jest olbrzymia…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opowiadanie bardzo mi się podobało, również dlatego, że miałam wielką ochotę przeczytać coś hmm… spokojnego. Wyjątkowo odpowiadało mi, że akcja toczy się niespiesznie, a ja mogę koncentrować się na kolejnych postaciach i powoli stopniowo zapoznawać się z intrygą. To dało mi dużo możliwości, jeśli chodzi o domysły. 

Gdzieś w komentarzach padło już nazwisko Christie. Miałam takie samo skojarzenie.

Ciekawe opowiadanie, takie do poczytania dla odprężenia. Akcja toczy się niespiesznie i składa się z kulturalnych rozmów przy herbatce i ciasteczkach. Sprawa też nie jest jakaś wielce kryminalna, właściwie nikt nie popełnił nawet przestępstwa. Taki Poirot, tylko bez trupa ;) Czytało się przyjemnie, chociaż ja gustuję jednak w bardziej intensywnych kryminałach.

Kolejne opowiadanie ze znanymi bohaterami, dziejące się w czasach też dobrze już znanych, tyle że tym razem mamy do czynienia z sytuacją wymykająca się rozumowi – spełnianie się marzeń, magiczna wędrówka osobowości do innych powłok cielesnych i wynikłe stąd zagadki i komplikacje. Podoba mi się, że opowiadasz tę historię niespiesznie, zdobisz ją detalami, ale umiarkowanie – ot tak, aby raz jeszcze wrócić do minionych czasów, poczuć klimat epoki…

 

– Le­grand znik­nął czte­ry lat temu. –> Literówka.

 

– Nie wy­glą­da mi pan na na­stęp­ne­go kan­dy­da­ta na męża – oznaj­mił z prze­ką­sem, przy­glą­da­jąc się uważ­nie ubra­niu Adama. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

pani Le­grand skry­wa prze­ra­że­nie i nie­pew­ność. Nie był tylko pewny… –> Jak wyżej,

 

Flo­ren­ce Le­grand pa­trzy­ła na niego z nie­uda­nym zdu­mie­niem. –> Czy mam rozumieć, że pani Legrand nieudolnie udała zdumienie?

Proponuję: Flo­ren­ce Le­grand pa­trzy­ła na niego z nie­uda­wanym zdu­mie­niem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze napisane, fabuła złożona, przemyślana i spójna. Plus za domknięcie wszystkich wątków. Niemniej jako całość niespecjalnie mi podeszło. Pewnie to głownie kwestia gustu, ale tak czy inaczej postaram się napisać, co mi nie pasowało, może moje uwagi coś wniosą.

Odniosłem wrażenie, że opowiadanie jest przede wszystkim łamigłówką intelektualną (to chyba redundancja, ale to w celu podkreślenia ;)), natomiast brakuje w nim emocji. Bohaterowie niby są w niezłych tarapatach, ale nie czuje się tego. Nie ma zwrotów akcji, wszystko dzieje się spokojnie, a śledztwo posuwa się do przodu gładko, bez problemów i zagrożeń.

 

Royer był opanowany, jakby nie przejmował się własną sytuacją, choć ta nie była szczególnie wesoła.

Zbędne są takie wyjaśnienia typu “choć ta nie była szczególnie wesoła”, jest to oczywiste z kontekstu.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Można powiedzieć, że kolejnymi opowiadaniami z serii wyrobiłaś sobie pewną markę :) Jak zawsze czuć klimat, jak zawsze wyraźne postacie i zagadka w tle. W tym wypadku bardzo intrygująca, oparta o pytanie: “a co gdybym mógł być kimś innym?” Odpowiedź na końcu spodziewana, ale nadal satysfakcjonująca. Jednak czułem, że brakuje mi trochę w tekście jakiegoś czerwonego śledzia. Adam idzie bowiem prosto do rozwiązania, analizuje każde zdanie, a ewentualne zmyłki (jak np. romans żony i prokuratora) szybko zostają wyjaśnione. Dosyć prostolinijne.

Literacko tekst dobrze opowiedziany, klimatyczny. Solidnie przygotowany i zrealizowany koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Z przyjemnością wróciłam do Twojego uniwersum. Początek przykół moją uwagę. Pomimo dość szybkiego domyślenia się istoty problemu i tak czytałam dalej ciekawa jak się wszystko ułoży. Zakończenie pasuje, choć przez myśl przemknął mi na nie inny pomysł. W ciekawy i platyczny sposób prowadzisz akcje, z lekkim żartem, co lubię.

 

[…] niedługo przez zniknięciem Gilberta – chyba przed zniknięciem?

 

Powodzenia:)

I’m back after a not-so-commercial break, więc hurtowo:

 

NWM – bardzo dziękuję za tę “markę” :) Co do śledzia – limit, panie… Ale ponieważ opowiadanie powędruje do zbiorku, który przygotowuje się dla Fantazmatów, akurat w tym tekście zamierzam trochę tego i owego dołożyć ponad konkursowe ramy, więc może i rybka się zmieści ;) Takoż emocje, o które upomniał się Bardzozły Wilk przemyślę w wersji publikowanej.

 

MoniqueM, Anet, Reg, Rosso – dzięki za miłe słowa!

 

Wszelkie wasze poprawki oczywiście uwzględnię w odpowiednim czasie.

 

Bio-Hazardzie – mnie właśnie znudziły “intensywne” kryminały; nie wiem wprawdzie, jakich autorów cenisz szczególnie, ale Larsson mnie zniesmaczył, podobnie jak np. Krajewski – nie czym innym jak nadmiarem. I celowo postanowiłam pisać w innym stylu, a akurat na dodatek to opowiadanie jest z bardziej “pogodnej” i zahaczającej o urban/rural fantasy (ale nie paranormal romance) serii, parakryminalnej właściwie. Niemniej mam w zanadrzu też prawie skończoną powieść z tymi samymi bohaterami, gdzie fabuła jest zawikłana, mroczna, oparta na autentycznej i wyjątkowo paskudnej i do dziś niewyjaśnionej zbrodni… Ale porównanie z Poirotem mnie cieszy :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niemniej mam w zanadrzu też prawie skończoną powieść z tymi samymi bohaterami, gdzie fabuła jest zawikłana, mroczna, oparta na autentycznej i wyjątkowo paskudnej i do dziś niewyjaśnionej zbrodni

Chętnie przeczytam :)

Lubię Twoje opowiadania z tej serii, Drakaino. O ile wątki z “czarnym” zdecydowanie mnie nie przekonują, o tyle jak ich nie ma, to zwykle jestem bardzo zadowolona ;)

 

„Jak zajrzysz dalej, zobaczysz główny argument: „Przecież chyba rozpoznałabym człowieka, z którym spędziłam ponad pół życia!”[+.]

 

„…nadal miał ten sam zniechęcony wyraz twarzy, co godzinę temu, kiedy Adam zobaczył go po raz pierwszy, był to inny rodzaj rezygnacji niż ta, która biła z postawy i miny mężczyzny na zdjęciu.

– Tak – mruknął Royer czy Legrand, czy jakkolwiek naprawdę się ten mężczyzna nazywał. – W całych trzydziestu egzemplarzach. Na więcej nie było mnie stać. – Zawiesił głos. – Zwłaszcza że doszły też inne wydatki – dodał niechętnie.”

 

„Historia opowiedziana mu przez podejrzanego była dziwaczna, ale mogła też stanowić sprytne zmyślenie. Rzekomy Legrand utrzymywał, że ilekroć wymyślał jakieś przestępstwo, wkrótce podobne akta lądowały na jego biurku. Z początku uznawał to za zbieg okoliczności, ale kiedy z gazety dowiedział się o wyjątkowo perfidnym włamaniu…”

 

Ogólnie mam wrażenie, że są tu fragmenty, gdzie „ale” pojawia się dość często.

 

„– Chodzi zapewne [+o] mojego ojca – przerwał mu Adam”

 

„Adam milczał nadal, mając nadzieję, że przedłużająca się cisza sprowokuje prokuratora.

– Pan się widział z aresztantem? – zapytał w końcu.

Mercadier skrzywił się.

– Poza wyglądem nie widzi pan nic, co przeczyłoby jego pretensjom, zgadza się? – podpowiedział.

– To jest oszust. Bardzo sprawny, ale oszust – oznajmił prokurator.”

Kto „podpowiedział”? Bo z kontekstu wynika, że Mercadier, to on był ostatnim podmiotem. Ale prokurator wypowiada następną kwestię. Brak dookreślenia podmiotu.

 

„…pod warunkiem, że miało się doświadczenie pracy w biurze do spraw specjalnych.” – Co to jest doświadczenie pracy?

 

„– To też, ale tylko.” – Ale nie tylko?

 

„…było coś takiego, ale sprzedało się na pniu.

– Zdołałem zainteresować sobą literacki światek, ale marzyłem wciąż tylko o tym…”

 

„– Dałby pan spokój z tytułami – mruknął Adam w zamyśleniu. Coś nie dawało mu spokoju.”

 

„– Wie pan – powiedział – ta sprawa chyba za bardzo pana pochłania, a nie wiem, czy jest tego warta.

– Każda zagadka jest warta rozwiązania – odparł sentencjonalnie Adam. – Tylko niektóre sprawiają wrażenie…”

 

„Jeśli coś takiego istniało – napomniał sam siebie. – To tylko domysły.”

Brak dookreślenia podmiotu. Napomniał sam siebie Adam. Jego imię nie pada od samego początku akapitu/fragmentu.

 

„Zaskoczenie było tak ogromne, że panika powoli torowała sobie drogę do jego myśli.” → Zaskoczenie było tak ogromne, że panika torowała sobie drogę do jego myśli powoli.

 

„Dało się jednak wyczuć, że pod fasadą opanowania pani Legrand skrywa przerażenie i niepewność. Nie był tylko pewny, czego lękała się bardziej: dziwnego zdarzenia, które postawiło świat na głowie, czy perspektywy powrotu do życia sprzed czterech lat.”

W tym drugim zdaniu brak jest dookreślenia podmiotu. Kto nie był pewny?

 

„A więc jednak świat nie wyszedł całkowicie z normy.” – Mam wątpliwości co do zwrotu „wychodzenie z normy”. Czy aby na pewno jest to poprawne?

 

 

Krótkie podsumowanie: to, że tak dobrze czujesz się w klimatach, po których poruszasz się od dawna, wspaniale procentuje. Widać, że wiesz, co piszesz, masz plan, znasz swoich bohaterów i realia itp., więc z każdą nową historią tym łatwiej prawdopodobnie odmalować Ci kolejny pomysł, kolejną fabułę. Pomysł zawarty tutaj jest ciekawy, udatnie przedstawiony, pozostawia dreszczyk zaciekawienia, “co będzie dalej”, a przy tym opowiadanie daje radę jako osobna całość. Lubię to. Gratuluję też powodzenia w konkursie ;)

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, bardzo Ci dziękuję :) Teraz, pokonkursowo, mogę sobie pozwolić na odrobinę osobistych wyznań: tekst wymyśliłam wcześniej, ale pisałam głównie w okresie, kiedy dowiedziałam się, że prawdopodobnie będę musiała iść do szpitala, deadline zaś był w dniu, kiedy okazało się, że na pewno (jestem już z powrotem w domu). Nie wierzyłam, że je skończę, ale nieskończenie byłoby w tej sytuacji poddaniem się i porażką, a tego nie chciałam. Niemniej przykrawanie do limitu i ostatnie poprawki (bez szans na żadne, choćby pozaportalowe betaczytanie – rybak powinien się zachwycić) były już przy na pewno i już w weekend zauważyłam sporo błędów (między innymi nieszczęsne brakujące “nie” ;))

 

Wszystkie poprawki wprowadzę asap, pewnie jutro, póki co zasypiam jak skowronek, a budzę się jak sowa :/

 

Edyta: poprawki z wszystkich uwag wprowadzone (w 99%, bo z czymś tam jednak niedużym się nie zgodziłam).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opowiadanie trzyma poziom reszty historii z uniwersum. Podkreślany przez innych powolny rozwój akcji uważam w tym przypadku za zaletę, bo pozwala czytelnikowi jeszcze bardziej chłonąć, jak zwykle u Ciebie świetny, klimat opowieści. Być może rzeczywiście przydałoby się więcej przeszkód na drodze do rozwiązania zagadki, ale podejrzewam, że przeszkodą dla przeszkód był limit.

– Czy prokurator jest żonaty? – zapytał na wszelki wypadek.

– Owdowiał kilka lat temu.

To pytanie mi trochę zgrzytnęło. Oczywiście, jest ono zgodne z tokiem myślenia Adama, ale pani Legrand nie siedziała przecież w jego głowie. Tak oderwane od dotychczasowego wątku rozmowy pytanie musiała uznać za co najmniej dziwne, albo wręcz za bezczelne sugerowanie, że jest/była kochanką prokuratora. Oczywiście Adam za chwilę i tak to zasugeruje, ale wcześniej grzecznie spyta czy może. Przez to ten fragment mi tym bardziej nie gra, bo skoro już zrobił zawoalowaną sugestię, to po cóż jeszcze dopytuje, czy może to zrobić?

 

Drugim zastanawiającym mnie epizodem była zamiana twarzy pod koniec. Na początku myślałem, że Legrand zrobił to w celu ucieczki, ale potem oddał się w ręce policji. Po cóż więc dokonał zamiany? Żeby udowodnić Adamowi, że nie zmyśla?

 

Gratuluję sukcesu w konkursie! :)

Dzięki, Światowiderze. W kwestii ostatniego pytania: to nie Legrand dokonał zamiany, ale Adam. A parę razy podkreślam, że to działa lekko chaotycznie, więc nie tylko on został Legrandem, ale zamienili się. W wersji dłuższej – do Fantazmatowego zbioru – takie rzeczy zostaną dopowiedziane, tu, jak zgadłeś, trochę szczegółów zjadł limit.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W kwestii ostatniego pytania: to nie Legrand dokonał zamiany, ale Adam. A parę razy podkreślam, że to działa lekko chaotycznie, więc nie tylko on został Legrandem, ale zamienili się.

Racja, w sumie jest to wyjaśnione w tekście. Tak to jest, jak się komentuje parę dni po przeczytaniu ;)

Drakaino, czytało się po prostu przyjemnie, chociaż fabuła nie jest nadzwyczajna, historie powiązane z biurem do spraw specjalnych Vidocq-a są po prostu sympatyczne, podobnie jak ich bohaterowie. Może trochę nazbyt cukierkowate, ale niekoniecznie mi to przeszkadza.

 

 

– Jak się pan zapewne domyśla, to nie było małżeństwo z miłości. – Zaśmiała się krótko, chrapliwie.

To “chrapliwie” nie pasuje mi do spokojnej damy z klasy średniej, ale to raczej subiektywna opinia.

 

 

Uświadomił sobie, że nie ma się czego obawiać: jeśli wyprowadzą go stąd w kajdankach, to reputacja pana Cardellego nie ucierpi (…)

Nie miało być “Cardelliego”?

 

 

W razie kłopotów proszę krzyczeć albo uderzać laską w kraty.

Nie wiem jakiej wielkości była cela, ale nie lepiej bić aresztanta?

 

Jeszcze ciekawi mnie kiedy Gilbert Legrand rozwinął w sobie tą niezwykłą umiejętność paranormalną myślenia życzeniowego, wnioskując z fragmentu “ojciec chciał mnie w miarę dobrze wydać za mąż za kogoś, kto nie będzie miał wielkich oczekiwań co do posagu”, powiedziałbym że mógł ją posiadać od zawsze.

A i czy twój Vidocq lubi tabakę oraz, czy grzybki z boczkiem w winie to rzeczywiście specjalność francuskiej kuchni? Tzn. są smaczne?

 

 

Dzięki, Krikosie, za inspirujące pytania (zwłaszcza to o początki myślenia życzeniowego – chyba uwzględnię to w wersji dłuższej).

 

Z biciem aresztanta – Francja to nie Anglia i przemoc fizyczna oraz kary cielesne nie były już od pół wieku w modzie. Nie znaczy to, że ich całkiem nie stosowano, oczywiście, ale w wojsku zostały zniesione za rewolucji/Napoleona, w tym samym czasie zniesiono przemoc w szpitalach psychiatrycznych, a i kodeks postępowania policji (nie twierdzę, że bezwzględnie przestrzegany) był bardziej restrykcyjny. Policjant nie zaproponuje też czegoś takiego dżentelmenowi, choć zakładam, że każdy by się oprócz wzywania pomocy również bronił ;)

 

Może trochę nazbyt cukierkowate

Tylko ta konkretna seria (”urban fantasy”), gdzie zasadniczo unikam wątków politycznych i wymyślam fabuły właśnie dość lekkie. W szufladzie jest sporo tekstów znacznie mroczniejszych, ale jedno to duża powieść, a pozostałe chyba lepiej wydać razem, bo wtedy wątek historyczno-polityczny może będzie zrozumiały…

 

czy twój Vidocq lubi tabakę

To jest bardzo dobre pytanie, poproszę o następne ;) Staram się być bardzo wierna epoce, ale są takie elementy życia, których nie chciałabym promować i wszelkie wyroby tytoniowe do nich należą (jestem radykalną przeciwniczką palenia). Zapewne gdzieś w tle się pojawią, podobnie jak polowania, bo należą do kolorytu epoki, ale nie będę z nich robiła centralnych elementów świata przedstawionego i charakterystyki bohaterów.

 

czy grzybki z boczkiem w winie to rzeczywiście specjalność francuskiej kuchni

Konkretnie kuchni tego właśnie regionu, gdzie rozgrywa się akcja (nie ma czegoś takiego jak ogólna “kuchnia francuska”) :) Niestety, nie miałam okazji posmakować, choć w Montauban i pozostałych występujących w opowiadaniu miastach byłam, może przy następnej okazji… Bo jak o tym przeczytałam, to bardzo mi się spodobało i chętnie skosztuję.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Cóż mogę powiedzieć. Znasz już bardzo dobrze to rzemiosło, Drakaino i znasz również wiele literackich chwytów. Opisy, didaskalia, dialogi, tworzące klimat i budujące świat detale – to wszystko jest tutaj na wysokim poziomie i na pewno na portalu jesteś jedną z osób z najbardziej wyrobionym piórem. To, co nieco szwankuje, to kompozycja i… fabuła. Bo pomysły masz, i to nic, że są zazwyczaj Twoim rozwinięciem lub wariacją na znane w kulturze tematy (wszak zamiana osobowości to żadne novum, ale tutaj zaproponowałaś całkiem nowe przyczyny tego zjawiska).

Osadzając je w "swojej" epoce, swoim świecie i wśród znanych nam (i lubianych) bohaterów, nadajesz im osobisty szlif i błysk. Może brakuje w tym wszystkim odrobiny szaleństwa i nie ma tutaj wielkich zaskoczeń czy twistów, a "atmosfera" jest zazwyczaj letnia, co objawia się nie tylko oszczędnie dozowanymi emocjami (także emocjami bohaterów), ale także bierze się z ogólnie sielskiej atmosfery Twoich opowieści. W zasadzie brakuje tym historiom nieco dramaturgii i pazura.

A ja kolejny raz zapytam, gdzie w tych sprawnych i świetnie napisanych historiach napięcie, tajemnica, tragedia, na miarę wykreowanych bohaterów głównych?

W powyższym opowiadaniu wysyłasz do rozwikłania zagadki Adama. I chyba pamiętając wcześniejsze uwagi i zarzuty czytelników pytających: a gdzie tu dochodzenie, przecież sprawa sama się rozwiązuje, gdzie meandry śledztwa, kluczenie, zbieranie dowodów, fałszywe tropy? tym razem dorzuciłaś kilka momentów, w których Adam niby dedukuje, niby rozważa sytuację i niby waha się nad odpowiedziami czy tropami. Jednak tak naprawdę sprawę rozwiązuje dopiero Vidocq, który nie brał udziału w "śledztwie", nie dedukował, nie zastanawiał się, tylko przyjechał, skonfrontował uczestników wydarzeń i… rozwikłał tajemnicę.

Moim zdaniem, Twoja sytuacja zaczyna trochę przypominać sytuację Ochy i jej świata fantasy z lubianymi na portalu postaciami. Przykro to pisać, ale niestety w pewnym momencie zaczęli zwyczajnie dreptać w miejscu według sprawdzonego schematu: pojawiają się w nowej, nieco sielskiej lokacji, natrafiają na jakąś tajemnicę, kręcą się po okolicy i zagadka się rozwiązuje przy niewielkim ich udziale. Owszem, z zainteresowaniem czytamy kolejne opowiastki czy scenki z ich udziałem, bo lubimy bohaterów, wyczekujemy wielkiego BUM!, chcemy wiedzieć o co chodzi z ta magią, ale wiadomo, że gdzieś tam czai się powieść, która ma przybliżyć świat i pokazać więcej, sporo wyjaśnić, czymś zaskoczyć itd. 

Kolejny raz dostajemy zatem opowiadanie pisane "na" i "pod" konkurs, w którym to opowiadaniu nieco brakuje powera, jakiejś bardziej wyrafinowanej fabuły, porządnie zagmatwanej akcji. Brakuje super zagadki, mega uniesień i extra emocji. I przede wszystkim, nie ma też antagonisty na miarę oczekiwań. Ba! Nie ma wcale antagonisty! Jest za to fajnie i ciepło opisana Francja. Czy to wystarczy? Oczywiście na pewnych płaszczyznach tak, tylko po co tworzyć takiego bohatera, jak Vidocq czy Adam, jeśli mają uczestniczyć w lekkich, łatwych i przyjemnych perypetiach na prowincji? A przy okazji przyznam szczerze, że takich podobieństw z Ochą znajduję więcej: podobne delikatne tchnięcie magii w wykreowanych światach, równie sympatyczni bohaterowie, a nawet zbliżone pomysły (np. zamiana osobowości). Problem w tym, że w pewnym momencie te opowieści, bardzo dobrze napisane, miłe w lekturze, zdają się lekko wyblakłe. Bo nie ma w nich ostrzejszych barw, a zwłaszcza czerwieni…

Mój drugi zarzut dotyczył kompozycji. Powiem krótko: snujesz swoją opowieść, dorzucasz postaci jedna po drugiej, bez pospiechu rozwijasz akcję i w zasadzie dopiero na koniec wykonujesz mały zwrot, który nie wynika nawet z działania głównego bohatera, bo na scenę wkracza Vidocq, Adam sam pada ofiarą badanego zjawiska, a główny "winowajca" nie jest nawet zły, podstępny tylko… bierny. I wszyscy okazują się ofiarami czegoś, co wynika skądś i jakoś. Tylko nie dowiadujemy się niestety, dlaczego i jak.

Sprawa kolejna – mylące "retrospekcje". Kiedy Adam coś robi współcześnie i wspomina w myślach o jakiejś rozmowie, czytelnik gubi się, bo postacie z przeszłości gadają swoje, a autor zapomniał to wyróżnić, podkreślić lub poinformować czytelnika, że oto teraz mamy fragment przeszłej rozmowy, którą wspomina Adam.

A teraz o kwestiach technicznych. Warsztat naprawdę na poziomie, tylko czasem trafiają się zdania, w których upchanych jest za dużo słów. Przykłady:

Adam westchnął, usiadł na przyniesionym przez młodego adepta policyjnego fachu nieco sfatygowanym krześle i wskazał rozmówcy pryczę.

 

– nie da się skrócić tego "młodego adepta policyjnego fachu"?

Rysy na fotografii nie były bardzo dobrze widoczne, ale wprawdzie aresztant nadal miał ten sam zniechęcony wyraz twarzy, co godzinę temu, kiedy Adam zobaczył go po raz pierwszy, był to inny rodzaj rezygnacji niż ta, która biła z postawy i miny mężczyzny na zdjęciu.

 

– zdanie długie i bardzo złożone. Tylko zgrzyta nieco i trzeszczy. No i Adam nie zobaczył go po raz pierwszy, bo widział go kilka lat wcześniej.

 

Z początku uznawał to za zbieg okoliczności, kiedy kednak z gazety dowiedział się o wyjątkowo perfidnym włamaniu, niemalże identycznym z tym, jakie wymyślił na potrzeby nieistniejącej powieści w odcinkach, przestraszył się nie na żarty.

 

– literówka w "jednak".

Nie bez znalezienia się w głowach zaangażowanych w nie osób. A może i z nim.

 

– tego nie rozumiem.

 

Specjalnie przecież poprosił Gaillarda, żeby zapewnił specjalnemu gościowi ulubione przysmaki.

 

– specjalnie specjalnemu?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, Marasie, za odwiedziny :)

 

Tak, przyznaję, ta seria opowiadań jest miła i nie jest o złych ludziach. Jedna de facto mikropowieść z tej serii ma mroczne tło, ale ona będzie dostępna dopiero w tomie, który właśnie przygotowuje się w Fantazmatach.

Powody są dwa:

1) po pierwsze ja osobiście mam totalnie dość bebechowatych, niby mrocznych, a tak naprawdę obrzydliwych historii, niby odkrywających straszliwe pokłady ludzkiego zła, a tak naprawdę to już banalnych, zwłaszcza jeśli występuje w nich detektyw, który życiową frustrację zagłusza alkoholem i dziwkami;

2) po drugie przygodę z pisaniem o Vidocqu i Adamie zaczęłam od niewydanej powieści, która jest długa, mroczna i oparta na wyjątkowo odrażającej zbrodni (prawdziwej), a na dodatek fabularnie zawiła – więc może potrzebowałam oddechu od tamtej historii, która nie wiem, kiedy i jak ujrzy światło dzienne.

A właściwie jest też trzeci powód: jak umieszczałam tu opowiadania bardziej mroczne, to cieszyły się mniejszym wzięciem. Wprawdzie “Kroki Komandora” znalazły się w dziesiątce Legendy, ale to “Gilbert” zajął pierwsze miejsce w konkursie ;)

 

Co do kwestii kompozycyjnych: limit. W wersji, która pójdzie do zbioru opowiadań, pewne wątki zostaną dopracowane, uzupełnione itd. Ale zakładam, że ta publikowana wersja będzie miała jakieś 70k.

 

Co do emocjonalności zaś: może po prostu nie potrafię (nie chcę?) pisać krzykliwie o emocjach? Jestem wbrew pozorom introwertyczką i Adam ma to zapewne po mnie. Oraz – patrz punkt 1 powyżej.

 

Niemniej z ciekawością czytałam Twoje uwagi, bo dają do myślenia na przyszłość :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jakoś umknął mi ten tekst w nawale nominacji i dopiero teraz się za niego zabrałem :-) 

I o ile nie lubię pisać, że zgadzam się z przedpiścami, bo rodzi się we mniej nieprzyjemne wrażenie lenistwa stosowanego – tekst przeczytałem, ale wysilić sie i napisać oryginalny komentarz to już mu sie nie chciało – to w tym przypadku właściwie nie mogę inaczej; mój komentarz byłby niemal toczka w toczkę z panamarasowym. 

Zarówno jeśli chodzi o wyrobienie pióra, o profesjonalny poziom (co zaznaczałem już przy okazji komandorskiego kroku) jak i dbałość o detale (o klimacie epoki niestety ma co wspominać, to wiadomo) – zgadzam się z Marasem w stu procentach. Co do tego, że w tekście trochę brak pazura, "powera" – w zasadzie też. Z tym że nie do końca uważam to za wadę.

Faktycznie, gdyby tekstowi dodać nieco czerni i czerwieni, a nie poprzestawać na ciepłych pastelach, byłby lepszy fabularnie, emocjonalnie, a może i nawet literacko. Ale z pewnością straciłby na fajności. Czasami dobrze jest przeczytać tekst jasny i łagodny, gdzie nie widać złych ludzi i złych intencji, gdzie nikomu nie dzieje się poważniejsza krzywda, a przestępstwa (kradzieże i oszustwa, żadnych morderstw) są tylko sądowymi aktami w tle. Gdzie niesamowitość i nietypowość kryminalnej zagadki nie wiąże się z czyimś cierpieniem i nikt nie musi być ukarany. Oczywiście gdyby wszystkie Twoje teksty z Vidocqiem były takie, to kręciłbym nosem, głownie za marnowanie potencjału postaci. Ale nie są. 

Tutaj jest miejsce na jedyny w zasadzie zarzut – Vidocq przyjeżdża i od razu wie co jest grane. Cóż, limity. Trudno. 

Ale poza tym… Okej, nie jest to tekst wybitny, nietuzinkowy, specjalny, czy co tam jeszcze. Ale bardzo dobry, a co najważniejsze – niezmiernie przyjemny w lekturze. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Rysy na fotografii nie były bardzo dobrze widoczne, ale wprawdzie aresztant nadal miał ten sam zniechęcony wyraz twarzy, co godzinę temu, kiedy Adam zobaczył go po raz pierwszy, był to inny rodzaj rezygnacji niż ta, która biła z postawy i miny mężczyzny na zdjęciu.

Zdanie-potworek, które trudno mi było zrozumieć. Może by zamienić “wprawdzie” na “chociaż”?

 

Vidocq, który przyjechał pierwszym pociągiem

Vidocq machnął ręką.

– Całe rano poświęciłem na przekopanie się przez akta spraw, o których mi pan opowiedział.

Czyli albo olał przeglądanie akt, albo pociąg to kolejna sprawa dla wydziału spraw nadzwyczajnych, bo z Paryża na południe Francji w XIX wieku jedzie się niczym pendolinem. :p

 

 

Podobało mi się! Chyba paradoksalnie pisanie pod presją czasu wyszło temu opowiadaniu na dobre, bo odniosłem wrażenie, że nie miałaś już kiedy wyłuszczać historycznych faktów, czy dostawiać kolejnych elementów scenografii, a zamiast tego postawiłaś na mięcho, czyli akcję. Misię!

Wątek fantastyczny rewelacyjny, a jego wyjątkowość tylko podbił twist w końcówce. W ogóle muszę pochwalić za zarzucanie wędki i podtrzymywanie napięcia, bo po dwóch pierwszych fragmentach byłem już kupiony i zwyczajnie chciałem wiedzieć, o co tu chodzi i jak to się skończy. Moim zdaniem jednak nadużywasz tutaj nieco formuły cliffhangerów, są do siebie podobne i, paradoksalnie, efektu ekscytującego wyczekiwania, przynajmniej u mnie, nie udało się utrzymać na jednakowo wysokim poziomie do końca.

Ponadto – skracałbym. Postać Adama ma tendencję do podsumowywania faktów i wyciągania wniosków w narracji. O ile bazuje to na jakichś nowych informacjach, o których np. wspomina tylko mimochodem, to fajnie to wygląda. Ale jeśli mówi o czymś, co wydarzyło się przed chwilą i co raczej jasno wynika z ciągu zdarzeń, powiązań między postaciami, etc., to raczej tracisz w tej chwili cenne znaki, które na pewno mogłabyś spożytkować lepiej.

Właściwie jedyna rzecz, która mi się naprawdę nie podobała, to postać Vidocqa. Raz że to zarozumiały buc, dwa że ta jego słabość do ciastek wydała mi się wciśnięta bardzo na siłę i nie wiem czemu próbujesz definiować tę postać właściwie tylko za pomocą tej cechy, i wreszcie trzy – przyjechał z drugiego końca kraju, rozwiązał całą sprawę w jeden wieczór, popisując się swoją zajebistością, koniec. Ja rozumiem, że to bohater łączący teksty Twojego uniwersum, ale jego obecność w finale uważam za zbędną. Adam dałby radę rozwiązać sprawę samodzielnie, a wystarczyłoby, że Vidocq zerkałby na paterę z owocami przy zlecaniu sprawy i więcej się nie pojawiał.

 

PS. Wyguglałem sobie tego Vidocqa i na Wikipedii stoi, że zmarł w 1857, tymczasem czas akcji opowiadania to 1859. :x

MrB – dziękuję!

 

Akurat sceny z Vidocqiem najbardziej ucierpiały na limicie i ostatniej chwili – w wersji do druku będą nieco bardziej rozwinięte. Po prostu nie miałam czasu lepiej rozłożyć proporcji między początkiem a końcówką… Ale jeśli odebrałeś V. jako buca, to może i nieźle, bo ja bym chciała, żeby on w sumie wyszedł na człowieka nieprzewidywalnego. Co do ciastek – cóż, pamiętniki…

 

Dzięki za wszelkie uwagi, przydadzą się w ostatecznej redakcji!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zaskoczyłaś mnie tą transfiguracją Adama – użycie takiego motywu wymaga pewnego rodzaju dystansu do swojego bohatera i do swojego pisania, dystansu o który Cię nie podejrzewałem. No, przynajmniej nie widziałem go w Twoich wcześniejszych opowiadaniach (może z wyjątkiem tego z freudowskim żartem). Uśmiechnąłem się.

W ogóle odnoszę wrażenie, że zrobiłaś duży krok do przodu, jeśli chodzi o sposób prowadzenia narracji – jest płynnie, czytelnie, konsekwentnie, w tempie dostosowanym do dynamiki fabuły. Zwróciłem uwagę na to, jak powtarzasz pewne spostrzeżenia Adama, reasumujesz fakty – to świadczy o dojrzałej świadomości tego, że Odbiorca z reguły czyta mniej uważnie, niż się to autorowi może wydawać. Podobały mi się detale: kanapka z wołowiną i serem skądś tam, ta scena z wpatrywaniem się w zawartość filiżanki – niewymuszone, niekonieczne, a przecież budujące tkankę Twojego świata.

Uważaj na podmioty domyślne i opuszczone didaskalia. Potknąłem się np. tutaj:

Adam potaknął, ale stojący przed nim człowiek nie sprawiał wrażenia, jakby miał zamiar rzucić się na kogokolwiek z pięściami.

Odczekał, aż kroki komisarza ucichły na korytarzu, po czym spojrzał gniewnie na wpatrzonego w niego mężczyznę.

– Monsieur Royer, co pan tu robi, na litość boską?

No bo po pierwszym zdaniu nie wiadomo, kto jest podmiotem w kolejnym i kto wypowiada kwestię.

W pewnym momencie wprowadzasz retrospekcję, zaczynającą się od słów „Rano odwiedził raz jeszcze aresztanta”. Fragment ten jest tak długi, że moment powrotu do „teraźniejszości”  jest mało czytelny. Chyba lepiej byłoby to rozbić na osobne epizody.

A tego nie zrozumiałem:

Całe rano poświęciłem na przekopanie się przez akta spraw, o których mi pan opowiedział. We wszystkich przypadkach wcześniejszy modus operandi przestępców był podobny. Pan raczej przechwytywał ich plany i wyobrażał sobie jako literaturę, a potem widząc je w aktach, powziął pan błędne pojęcie o przyczynach i skutkach.

Nad tym tekstem wahałam się najdłużej.

Motyw zmiany ciał zasadniczo znany, chociaż dodałaś mu nowy element. Bohaterowie znani, ogólnie maławo nowości w tym tekście.

No, ale sytuacja małżonki przedstawiona miodnie. Jak sobie człowiek coś takiego wyobrazi – przychodzi obcy facet i twierdzi, że jest mężem. A do tego całkiem przystojny… Interesujące przeżycia. ;-)

Talent męża też ciekawy.

Wszystko podane jak zwykle bardzo sprawnie i francusko.

Jestem na TAK, czyli, acz ledwo-ledwo.

 

Babska logika rządzi!

Wracam z komentarzem piórkowym.

Jak pisałem – od strony technicznej i konstrukcyjnej tekst bez zarzutu. Motyw z zamianą ciał dobry. To co mi przeszkadzało, czyli brak czerwonych śledzi lub łatwe ich rozpracowywanie, nie jest jakoś szczególnie kujące w oczy, a i limit ma na to wpływ. Czytadło więc przyjemne, dobrze doprawione, z każdym elementem na swoim miejscu. Stąd jestem na TAK.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie wiem, czy Cię tym zaskoczę czy nie, ale… podobało mi się. Nawet bardzo :)

Opowiadanie jest długie, ale wcale się nie ciągnie. Zainteresowanie wzbudzasz już pierwszymi zdaniami opowiadania i hak ten skutecznie trzyma uwagę przez następnych kilka, kilkanaście akapitów.

Opisy są oszczędne, ale celne – nie rozwadniasz akcji, zamiast tego skutecznie malując wykreowany świat.

Tempo nie jest zbyt szybkie, jednak konsekwentne, dzięki czemu nie miałem wrażenia, że błądzisz, wahasz się. Wszystko fajnie zmierzało do wymyślonego przez Ciebie zakończenia.

Które to… powinno mi się nie podobać. Bo nie wyjaśniasz, a Count wyjaśnienia lubi ;p

Mimo wszystko jednak i tajemnicza zdolność Legranda dobrze wpasowała mi się w tę opowieść. Próba wyjaśniania jej zapewne zaszkodziłaby tekstowi, spłyciła go. Ograniczona objętość też nie ułatwiała sprawy – złe rozłożenie akcentów mogłoby zepsuć rytm.

Stworzyłaś frapujący kryminał z elementem fantasy i zrobiłaś to z wdziękiem.

 

Do czego mógłbym się przyczepić? W sumie nie wiem. Niby motyw zamiany nienowy, ale też nieprzesadnie zmęczony, mnie tam pasuje.

Nie czytałem wszystkich opowiadań z serii, niemniej pamiętam, że ludzie narzekali na niemrawość Vidocqa, który, jakby nie patrzeć, jest Twoim czołowym bohaterem. Niby konsekwentnie wpierdziela ciastka, ale i tym razem jego obecność nie wzbudziła we mnie żadnych szczególnych emocji. Nie wyróżnia się na tle świetnego Royera oraz interesującego Adama. Z pewnością jest to również spowodowane jego drugoplanowością, ale tak zgłaszam, coby nie umknęło ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Councie, bardzo Ci dziękuję za hrabiowskie błogosławieństwo i miłe słowa :)

 

Vidocqa, który, jakby nie patrzeć, jest Twoim czołowym bohaterem

I tak, i nie. W opowiadaniach z pierwszej połowy XIX wieku – tak. Ale w tym cyklu, z którego są oba piórka, on jest już w zasadzie poza swoją realną biografią i jest raczej w tle, a głównym bohaterem jest Adam, który od V. jest diametralnie różny pod każdym możliwym względem. I to w zasadzie jest seria główna (ukaże się też pierwsza jako tom opowiadań), a te wcześniejsze chronologicznie opowiadania to na razie luźne zabawy.

Kiedy zaczynałam przygodę z Vidocqiem jako bohaterem literackim (od na razie niewydanej powieści), nie czułam się – i w sumie nadal się nie czuję – na siłach pisać o geniuszu kryminalistyki. Dlatego na głównego bohatera wybrałam sobie człowieka, który do całej tej roboty trafia przypadkiem, wbrew swojej pozycji społecznej, i jest w tym ciągle lekko zagubiony. Potem zaczęłam pisać de facto półhumoreski o samym Vidocqu – nie bardzo poważne sprawy, gdzieś w kryzysowych momentach jego kariery.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Vidocq jest bardzo ciekawą postacią – przypomniało mi się właśnie, że muszę obejrzeć najnowszy film o nim, “Władca Paryża” (ten poprzedni oglądałem i bardzo mi się podobał, wiem, że jeszcze jest stary serial). Bardzo podoba mi się pomysł pokazania takiego duetu bohaterów Vidocq-Adam – ukłon w stronę licznych detektywistycznych duetów z Holmesem i Watsonem na czele. Chętnie przeczytałbym cały zbiór opowiadań w podobnym klimacie. Jednak o ile mnie nie raziły nieścisłości historyczne, wiele osób zwraca na to dużą uwagę – osadzenie fabuły w konkretnej epoce i miejscu wymaga potężnego researchu. Trzymam kciuki na przyszłość!

Wow. Prawie padłam z wrażenia na widok (ha ha) nicka.

 

Co do “Władcy Paryża” – polecam. Jest zupełnie inny od filmu z 2001, a starych seriali jest nawet kilka.

 

Chętnie przeczytałbym cały zbiór opowiadań w podobnym klimacie.

To się akurat już robi w Fantazmatach :)

 

o ile mnie nie raziły nieścisłości historyczne

Byłabym wdzięczna za wskazanie konkretów, skoro je dostrzegasz, bo takie sformułowanie – nie mówiąc o tej uwadze o riserczu – bez konkretów brzmi protekcjonalnie. Od razu zaznaczam: Vidocq żyje dłużej niż w realu celowo i ma powody.

Epoką zajmuję się zawodowo (naukowo), a i tak risercz robię do każdego opowiadania potężny (no dobra, tu dotyczył głównie lokalnych kulinariów), więc swoich świadomych wyborów będę bronić jak niepodległości, choć coś oczywiście mogło mi umknąć albo wejść “z automatu”. Zaznaczam jednak, że w całym uniwersum, do którego należy ta seria, świat jest nieco alternatywny (inne “drugie cesarstwo”, inna historia od ok. 1830; widać to bardziej np. w “Komecie”). Jedyną nieścisłością historyczną, jaką tu świadomie i celowo popełniłam, jest obecność w Paryżu (a nie na wyspie Jersey) Victora Hugo, ale to wiąże się z alternatywnością historii.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No więc wykonanie pozwolę sobie skwitować wyrażającym satysfakcję uśmiechem, bo czyta się po prostu dobrze, płynnie i bez zgrzytów. Jak na tekst napisany na kolanie… to nie powiedziałbym, że to tekst pisany na kolanie. Jest po prostu dobrze, no.

Natomiast z fabułą już zdecydowanie gorzej, bo o ile pomysł wyjściowy miałaś zwyczajnie świetny, o tyle, moim zdaniem, rozwinięcie (osobliwie finał) już mocno zawodzi.

Pomijam już to, że Adam przez cały tekst snuje się z kąta w kąt i zasadniczo wyciąga wciąż te same wnioski tylko w różnych kombinacjach, ale już fakt, że wyciągał zeznania od Legranda po kawałku, przez kilka posiedzeń i ileśtam dni – mimo że właściwej opowieści od A do Z było tak naprawdę na kilka, góra kilkanaście minut monologu – w moich oczach jest już bardzo niewiarygodny. Rozumiałbym jeszcze, gdyby informacje faktycznie trzeba było od niego (czy też od innych bohaterów dramatu) wyciągać siłą, jakoś go łamać, zachęcać, zdobywać zaufanie czy cokolwiek. Ale nie. Owszem, są jakieś próby uzasadnienia takiego rozwlekania, ale dla mnie wszystko i tak wygląda, jakbyś po prostu grała na czas, by… no i właśnie nie wiem, po co. Jedyny wniosek, jaki mi się nasuwa, to potrzeba udeptania sobie miejsca na pełnoprawne opowiadanie, a nie szorta. Generalnie jest więc mocno, a przy tym zupełnie tym razem niepotrzebnie przegadany ten tekst. Nie wygląda to – przynajmniej dla mnie – fajnie ani naturalnie. Nie podsyca to też ciekawości co do rozwiązania zagadki (bo ta chwyciła już na początku) ani nie utrzymuje zainteresowania samą historią. Nie mogę powiedzieć, że te powolne dokładanie cegiełek i ciągłe dywagacje Adama na temat zdrad, romansów, motywów i przemilczeń jakoś specjalnie nużyły (no, może trochę), ale w pewnym momencie zacząłem zadawać sobie pytanie: po co? Zwłaszcza, że nie prowadziło to ani Adama, ani fabuły do przodu praktycznie w ogóle.

Tutaj za startup posłużył poniekąd losowy a dziwny przypadek zamiany ciał, który na nowo pobudził moje zainteresowanie sprawą – byłem autentycznie ciekaw, jak to rozwiążesz – i faktycznie pchnął opowieść do przodu, ale, jak się okazało, w dość nieciekawym dla mnie kierunku i jednak za szybko, przynajmniej w porównaniu z całą resztą opowieści (brak balansu).

Wygląda to tak: przez cztery piąte opowiadania (albo i gorzej) Adam snuje się jak, za przeproszeniem, smród po gaciach i nic wiele się nie dzieje, a potem PYK!, nagły zwrot akcji (zamiana ciał), bynajmniej nie będący efektem “śledztwa” (cudzysłów, bo dla mnie to jednak nie do końca adekwatne słowo), przyjeżdża V. i już: szybkie, brzydko infodumpowe, a przy tym totalnie niesatysfakcjonujące i do pewnego stopnia niejasne/nielogiczne zakończenie a’la Vidocq ex Machina. Takie trochę na odwal się, bym rzekł może nawet.

Nie kupuję tego, że Vidocq na podstawie informacji i domysłów, nie przeprowadzając zasadniczo żadnego własnego śledztwa wyciągnął jedynie słuszne wnioski i na ich podstawie powyciągał od wszystkich zainteresowanych zeznania, które idealnie pasowały do jego teorii. Nie kupuję również tego, że pruderyjna kura domowa i robiący ze strachu o własną karierę urzędniczyna (swoją drogą raczej nie typ przystojnego poety, o jakim marzyła szacowna małżonka, więc te swaty też mnie nie przekonują) praktycznie bez zająknięcia przyznali się do swoich małych grzeszków i sekrecików – i to jeszcze w obecności Legranda, którego te grzeszki dotyczyły – jakby byli zahipnotyzowani. Do tego naprawdę brzydkie spłaszczenie wątków z przestępstwami, które Gilbert sobie rzekomo wyobrażał, bo – mam wrażenie – ni jak nie dało się ich dopasować do całego konceptu, co zauważyłaś po prostu zbyt późno, by dało się/chciało Ci się je wycinać z tekstu albo zmieniać, i przepis na rozczarowujące zakończenie mamy gotowy.

Ponadto, jak już wspomniałem, jest w tym wszystkim grosik nielogiczności, bo skoro “talent” tytułowego bohatera działa na opak i spełnia życzenia innych pod jego adresem (przy czym jednak nie łapię, jak to się ma do szumu wokół tej jego powieści, bo tam sam Legrand był autorem powstałej kreacji; nic w tekście nie świadczy o tym, by było inaczej), to jednak ta zamiana ciał mi nie pasuje. No, w każdym razie nie do końca, bo jeśli przyjąć, że była to manifestacja życzenia Adama odnośnie tego “wchodzenia w cudzą skórę”, to jednak tyczyła jego samego i była zbyt ogólnikowa, bym bez mrugnięcia okiem to po prostu kupił. Przynajmniej w wersji podanej przez policjanta, ponieważ w tekście ten urwany fragment, chyba jedyny jaki można powiązać z tematem:

“– Każda zagadka jest warta rozwiązania – odparł sentencjonalnie Adam. – Tylko czasami ma się wrażenie, jakby nie dało się ich rozwiązać, nie będąc…

Kim? – zapytał sam siebie.”

mnie nie przekonuje, bo całość wygląda, jakby wtedy Adam nie dokończył zdania, tylko zamyślił się już nad czymś innym, więc te sakramentalne słowa nie padły. Dlatego też nie zrozumiałem tego wyjaśnienia i musiałem szukać w tekście potwierdzenia tych domysłów policjanta, co już samo w sobie jest niefajne, bo znaczy, że nie zagrało to tak jak powinno. Co gorsza, zasadniczo tego potwierdzenia nie znalazłem. Tutaj po prostu zdajesz się na dobrą wolę czytelnika (”Albo coś w tym rodzaju – mruknął(.)(s)(S)zczegółowe wyjaśnienie musi poczekać.”), a tej trochę mi jednak brakuje, bo cała intryga – choć pomysł miałaś naprawdę zacny – jest jednak pozszywana zbyt grubymi nićmi i ze zbyt mocno naciągniętego momentami materiału.

Inna kwestia, że Legrand powinien mieć w życiu totalnie, ale to totalnie przerąbane; odbijając się od rzeczywistości jak piłeczka w pinballu; każda myśl czy słowo pod jego adresem, czy też w jakikolwiek sposób z nim związane, powinny wywracać mu życie do góry nogami. Wciąż i wciąż. Kiedy zaginął, jego żona chciała, jak stoi w tekście, żeby się znalazł, mniejsza o to, czy żywy. (Dlaczego się więc nie znalazł?) W przeciągu tych kilku lat inni też na pewno mieli jakieś swoje życzenia w związku z jego osobą, często pewnie sprzeczne. A nie daj Boże, żeby biedak kogoś obraził albo, niechby, zastąpił komuś drogę albo szturchnął w karczmie, w rezultacie czego zostałby obdarowany życzeniem w stylu: „Niech cię szlag!”, „Idź do diabła!”, „Pies cię…!”^^

Generalnie zmierzam do tego, że facet powinien umrzeć najdalej po tygodniu od chwili, gdy ujawniła się ta jego moc, a zwariować – po trzech dniach. Tymczasem jakoś nic podobnego w opowiadaniu nie widać. Są tylko przypadki, można by rzec, wybiórcze. I ta wybiórczość też nieco razi.

 

Szkoda, że limity, terminy i inne takie, bo to chyba przez nie nie udźwignęłaś swojego, było nie było, rewelacyjnego pomysłu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu, za elaborat ;) Nie ze wszystkim się zgadzam, oczywiście, ale nie będę polemizować szczegółowo. To, z czym się zgadzam, i tak zamierzałam rozwinąć w wersji bezlimitowej (do zbioru wydawanego w Fantazmatach). Np. kwestię przestępstw – ten kawałek, napisany inaczej, ścięłam do limitu. A jakie były okoliczności kończenia tego tekstu, wiesz, więc pozostaje mi tylko cieszyć się, że większości czytelników to wszystko, o czym piszesz, nie przeszkadzało :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka