- Opowiadanie: drakaina - Powrót Gilberta Legranda

Powrót Gilberta Legranda

Kolejne opowiadanko z znanej części czytelników serii.

 

Przepraszam za kilka powtórzeń – usunę je po ogłoszeniu wyników. Tekst powstawał w biegu, co było spowodowane życiowymi perturbacjami, więc nie bardzo zdążyłam go porządnie przeczytać. Starałam się, żeby był jak najbardziej dopracowany mimo to, bardzo zależało mi na nieodłożeniu go ad acta. Wszelkie wytknięcia usterek przyjmę na klatę ;)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Powrót Gilberta Legranda

– „W dniu 15 marca 1859 w Montauban człowiek twierdzący, że nazywa się Gilbert Legrand, został aresztowany za podawanie się za rzeczonego Gilberta Legranda, na podstawie zeznań żony, Florence Legrand, która w podejrzanym nie rozpoznała męża”. – Adam na wszelki wypadek odczytał na głos leżącą przed nim notatkę policji z departamentu Tarn et Garonne, po czym podniósł wzrok. – Że co?

Inspektor Vidocq wzruszył ramionami.

– Że to. Człowiek ten wtargnął, jak określiła to madame, do małżeńskiej sypialni, twierdząc, że jest jej mężem. Jak zajrzysz dalej, zobaczysz główny argument: „Przecież chyba rozpoznałabym człowieka, z którym spędziłam ponad pół życia!”

Nie dało się zaprzeczyć, było to dość przekonujące.

– W czym więc problem? – zapytał Adam, nadal skołowany.

Vidocq podsunął mu paterę z ciastkami.

– Poczęstuj się. Problem w tym, że rzekomy Gilbert Legrand, nieprzypominający ani trochę żadnego portretu Gilberta Legranda, zna każdy możliwy szczegół z życia i zwyczajów Gilberta Legranda.

– Jak rozumiem, żony to nie przekonuje.

– Nie.

– Rozumiem też, że pańskim zdaniem mam się tym zająć.

– A kto?

Ptysie wyglądały kusząco. Po chwili wewnętrznej walki Adam sięgnął po ciastko.

– Nie wydaje mi się…

Inspektor przerwał mu ruchem ręki.

– Legrand zniknął cztery lat temu. Uznano go za zaginionego, prawdopodobnie nieżyjącego, choć formalnie nie zostało to jeszcze potwierdzone.

Adam spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– I pan nie uważa, że to jest po prostu historia o spryciarzu, który się pod niego podszywa?

– Nie – odparł Vidocq lakonicznie.

 

***

 

Montauban okazało się typowym dla południa Francji miastem, w którym dominowała czerwona cegła, rzeka toczyła leniwe wody pod średniowiecznym mostem, a słońce grzało mocno, mimo że była dopiero wczesna wiosna.

Komisarz André Gaillard czekał na Adama w kawiarence przy rynku.

– Pan nie jest policjantem – skonstatował natychmiast, krzywiąc się lekko.

– Nie – przyznał Adam. – Jestem konsultantem biura inspektora Vidocqa. Jeśli to pana pocieszy, nie mam pojęcia, dlaczego akurat mnie tu przysłał.

Gaillard wzruszył ramionami.

– Pewnie wiedział, co robi. Mój ojciec pracował z nim… w dawnych czasach.

Adam przyjrzał się komisarzowi: był to człowiek koło czterdziestki, a więc szanowny papa musiał należeć do pierwszych agentów inspektora.

– Znali się jeszcze z galer – dodał Gaillard. – Jestem jednym z tych ludzi, którzy Vidocqowi zawdzięczają wszystko.

Wyciągnął z przyniesionej do kawiarni teczki kilka kartek i podał je Adamowi. Widniała na nich historia życia Gilberta Legranda. Urodzony w pobliskim Tarbes, studiował prawo w Tuluzie, ożenił się z Florence Collot, córką sędziego z Montauban. Teść załatwił mu posadę w biurze prokuratora. Jedna córka, od kilku lat zamężna w Tuluzie. Regularne wpłaty na towarzystwo dobroczynne. Niecałe cztery lata temu pan Legrand wyszedł z domu i więcej go w Montauban nie widziano. Po prawdzie, nie widziano go również nigdzie indziej. Do akt dołączona była fotografia, do której Gilbert Legrand pozował wraz z małżonką. Wyglądał zwyczajnie, co idealnie pasowało do jego życiorysu.

Godzinę później Adam Cardelli został wpuszczony do celi, w której przebywał samotnie aresztant. „Nie chcemy go trzymać ze zwykłymi kryminalistami” – wyjaśnił mu Gaillard. – „Bo w sumie nikt nie wie, czy on coś złego zrobił”.

Na widok wchodzących mężczyzna zerwał się z pryczy i zrobił wielkie oczy.

– Pan… baron…? – wybełkotał.

Gaillard zerknął na Adama z ukosa. Adam wzruszył ramionami.

– Zostawi nas pan samych? – zapytał komisarza.

– Jak pan sobie życzy. W razie kłopotów proszę krzyczeć albo uderzać laską w kraty.

Adam potaknął, ale stojący przed nim człowiek nie sprawiał wrażenia, jakby miał zamiar rzucić się na kogokolwiek z pięściami.

Odczekał, aż kroki komisarza ucichły na korytarzu, po czym spojrzał gniewnie na wpatrzonego w niego mężczyznę.

– Monsieur Royer, co pan tu robi, na litość boską?

 

***

 

– Nazywam się Gilbert Legrand, naprawdę – odpowiedział Augustin Royer po dłuższej chwili milczenia.

Adam westchnął, usiadł na przyniesionym przez młodego adepta policyjnego fachu nieco sfatygowanym krześle i wskazał rozmówcy pryczę.

– Może mi pan to wyjaśnić? – zapytał uprzejmie.

Royer-Legrand miał minę zbitego psa.

– Pan oczywiście pamięta ten nieszczęsny incydent podczas wieczoru artystycznego… – powiedział cicho.

Adam prychnął. Royer miał być wschodzącą gwiazdą literackiej sceny Paryża. Najważniejsze periodyki zamieściły recenzje jego powieści poetyckiej; ponoć zyskała ona przychylność samego Victora Hugo. Niewielki nakład debiutu rozszedł się szybciej niż świeże bagietki w niedzielny poranek i w pewnym momencie modne damy nie rozprawiały o niczym innym, mimo że żadna nie czytała arcydzieła. Autor bywał widywany tu i ówdzie, a w końcu dostał zaproszenie do jednego z popularnych salonów, gdzie miał zaprezentować fragmenty powieści. Tam właśnie spotkał go Adam.

– To się zaczęło kilka lat wcześniej – powiedział z westchnieniem Royer.

– To?

– Wie pan, naprawdę nie sądziłem, że efekt może być aż tak… piorunujący.

Gość salonu zaczął lekturę dzieła, które na ucho Adama było dziwacznym bełkotem stanowiącym popłuczyny po romantycznym stylu modnym w czasach jego dzieciństwa. Kiedy doszedł do opisu mrocznego, burzowego wieczoru, za oknami pałacyku rozpętała się nawałnica. Oczywiście, na wiosnę nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że powiewy wiatru zgasiły wszystkie świece, a nawet lampy naftowe. Dwie panie zemdlały i wieczór przerwano.

Potem zaś autor zapadł się pod ziemię, a Adam na próżno poszukiwał choćby jednego egzemplarza powieści.

– Co zaczęło się wcześniej?

Royer ukrył twarz w dłoniach.

– Byłby pan łaskaw za mnie poręczyć? Bardzo źle się tu rozmawia. – Powiódł wzrokiem po brudnych ścianach ciemnego pomieszczenia.

Adam zastanawiał się przez chwilę. Tak naprawdę nic o tym człowieku nie wiedział. To mógł być sprytny oszust, który najpierw wprowadził w błąd paryską socjetę, a teraz knuł niezrozumiałą intrygę.

Niemniej jedno świadczyło na korzyść podejrzanego: trudno było sobie wyobrazić, po co miałby podszywać się pod urzędnika w prowincjonalnym mieście. Z tego, co Adamowi zdążył opowiedzieć komisarz Gaillard, pani Legrand nie była pięknością ani dziedziczką fortuny, jej mąż zaś nie posiadał znaczącego majątku czy godnej pozazdroszczenia pozycji. Royer musiałby być przestępcą, który potrzebuje się ukryć w nierzucającym się w oczy miejscu… Ale po co miałby się pchać do sypialni kobiety, która z pewnością uzna go za intruza?

– Dobrze – powiedział Adam. – Poproszę komisarza, żeby warunkowo zwolnił pana z aresztu.

 

***

 

Godzinę później Royer zaprowadził go na nadrzeczne bulwary, gdzie drzewa właśnie okrywały się wiosenną zielenią.

– Nienawidziłem życia urzędnika – oznajmił, kiedy usiedli na ławce. – Każdą minutę wolnego czasu poświęcałem na pisanie. Szufladę w urzędzie miałem pełną wierszy. Rymy, które wychodziły spod mojego pióra, uważałem za doskonałe, ale kiedy pokazałem je koledze, uznał, że są co najwyżej poprawne. Zawziąłem się wtedy i postanowiłem wydać książkę.

Przez chwilę Royer wpatrywał się w spokojny nurt rzeki.

– Po co panu ta cała zabawa? – zapytał Adam. – Madame Legrand zapewne zdążyła opłakać męża, a pan…

– Zabawa? – zapytał. – Pan też mi nie wierzy? Gilbert Legrand to ja. Augustin Royer nie istnieje.

Z tym ostatnim Adam nawet byłby w stanie się zgodzić. Niedługo po zniknięciu autora różne ważne osobistości wystosowały listy do redakcji, odcinając się od rzekomych pochwał. Pan Hugo wyraził wręcz oburzenie faktem, że ktoś powołał się na jego opinię, nie zasięgając jej u źródła. Podobnie jak damy z towarzystwa, pisarz przyznał, że powieści nie widział na oczy.

A jednak Adam osobiście był świadkiem lektury dzieła, zakończonej niechlubnym incydentem. Czyżby wszyscy obecni wówczas w salonie stali się ofiarami sprytnego prestidigitatora? Czy może…

Wzdrygnął się i zerknął na rozmówcę z ukosa. Royer, czy Legrand, nie wyglądał na człowieka parającego się czarną magią.

– Czy ta pańska powieść w ogóle istniała? – zapytał. Nie miał pojęcia, co właściwie chce mu opowiedzieć człowiek siedzący koło niego na ławce. Przyglądał mu się, od kiedy wyszli z prefektury, usiłując dopatrzeć się w rysach choćby cienia podobieństwa do oglądanej niedawno fotografii.

Ale Legrand sprawiał wrażenie niewysokiego i korpulentnego, podczas gdy Royer przewyższał Adama o pół głowy i wyglądał jak ktoś, kto uprawia dla przyjemności wszelkie modne sporty. Rysy na fotografii nie były bardzo dobrze widoczne, ale jakkolwiek aresztant nadal miał ten sam zniechęcony wyraz twarzy, co godzinę temu, kiedy Adam zobaczył go po raz pierwszy, był to inny rodzaj rezygnacji niż ta, która biła z postawy i miny mężczyzny na zdjęciu.

– Tak – mruknął Royer czy Legrand, czy jakkolwiek naprawdę się ten mężczyzna nazywał. – W całych trzydziestu egzemplarzach. Na więcej nie było mnie stać. – Zawiesił głos. – Zwłaszcza że doszły też inne wydatki – dodał niechętnie.

Adam uniósł pytająco brwi. Rozmówca łypnął na niego spode łba.

– Nie domyśla się pan? – zapytał.

To, co przyszło Adamowi przed chwilą na myśl, wydawało się zbyt fantastyczne.

– Pan wykupił cały nakład?

– Mniej więcej – odparł Royer. – Wtedy jeszcze… – Zamilkł.

Coś w jego głosie, ale i w tym, jak urwał zdanie, podpowiedziało Adamowi, że może jednak jest w tej historii coś dla biura cesarskiego inspektora do spraw specjalnych.

– Wtedy jeszcze? – powtórzył.

Odpowiedziało mu ponure westchnienie. Royer ukrył twarz w dłoniach.

– Pan mi nie uwierzy.

Adam uśmiechnął się.

– Proszę dać mi szansę.

 

***

 

Royer – a może jednak Legrand? – rozsnuł przed Adamem opowieść. O tym, jak znudzony pracą zapragnął robić coś innego. O tym, że nie miał dość odwagi, by naprawdę porzucić dotychczasowe życie. Że pisanie okazało się znaczniej trudniejsze, niż przypuszczał. W związku z czym nierzadko zamiast sięgać po pióro, wymyślał jedynie fragmenty nienapisanych opowieści.

– I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego – oznajmił. – Wie pan, na przykład siedziałem kiedyś w biurze, słuchałem wyjątkowo namolnego petenta, i wyobrażałem sobie, że na środku pokoju zieje dziura prowadząca aż do środka ziemi. A ja zaraz po pracy schodzę tam na dół i oglądam niezwykłe dziwy… Wie pan, ludzi żyjących w głębi wulkanów, podziemne rośliny i zwierzęta, skarby, o jakich nie śniło się królom.

Odchrząknął i spojrzał na rozmówcę przepraszająco. Adam nie miał pojęcia, co złego – a tym bardziej dziwnego – miałoby być w urozmaicaniu sobie nudnej pracy szalonymi fantazjami.

– Akurat wtedy przez pokój przechodził referent z wielką teką akt – ciągnął tymczasem Royer. – I wie pan co? Potknął się tak, jakby w tym właśnie miejscu, o którym myślałem, była dziura.

Adam z trudem powstrzymał się od pytania, czy nieszczęsny urzędnik przeleciał na drugą stronę globu. Zamiast tego uniósł brwi, udając wielkie zainteresowanie wypadkiem.

– A wie pan, tam ani dywanu nie ma, ani żadna klepka parkietu się nie obluzowała, sprawdziłem – dodał Royer. – Ale zgoda, ma pan rację. To nic nadzwyczajnego.

Znów zapadło milczenie. Adam wpatrywał się w spokojny nurt rzeki, całkowicie obojętnej na to, co myślą i mówią siedzący na jej brzegu ludzie.

– Potem zacząłem sobie wyobrażać, zazwyczaj wieczorem, kiedy nie mogłem zasnąć, kryminalne sprawy, podobne do tych z biura. Czytałem trochę powieści i pomyślałem, że z moim doświadczeniem mógłbym spróbować szczęścia w czymś takim. Wie pan, przez moje ręce przechodziły akta tylu przestępstw…

 

***

 

Zgodnie z umową Adam odprowadził Royera do aresztu na godzinę piętnastą, po czym ruszył na przechadzkę po mieście.

Historia opowiedziana mu przez podejrzanego była dziwaczna, ale mogła też stanowić sprytne zmyślenie. Rzekomy Legrand utrzymywał, że ilekroć wymyślał jakieś przestępstwo, wkrótce podobne akta lądowały na jego biurku. Z początku uznawał to za zbieg okoliczności, ale kiedy z gazety dowiedział się o wyjątkowo perfidnym włamaniu, niemalże identycznym z tym, co wymyślił na potrzeby nieistniejącej powieści w odcinkach, przestraszył się nie na żarty.

– Wie pan – powiedział cicho – dobrze, że wymyślałem kradzieże i oszustwa. Co by było, gdybym wyobraził sobie morderstwo?

Te słowa sprawiły, że Adam postanowił dać tej opowieści kredyt zaufania.

– Monsieur Cardelli? – Zdyszany komisarz Gaillard dobiegł do niego w pobliżu głównego placu miasta. – I jak tam nasz podejrzany? Dowiedział się pan czegoś?

Adam pokręcił głową.

– Nic z tego na razie nie rozumiem – odparł. – Najchętniej porozmawiałbym z szanowną małżonką, a także może kimś z jego biura.

Gaillard chrząknął niepewnie. Adam uniósł ze zdumieniem brwi.

– Uważa pan, że to niestosowne? Istnieją jakieś inne powody, dla których nie powinienem tego robić?

Policjant przystanął i wbił wzrok w ziemię.

– Wie pan… To cztery lata, pan rozumie… Poza tym… – Zagryzł wargę.

– Poza tym? – zapytał Adam.

Czekał na odpowiedź długo. Komisarz przez chwilę przesuwał czubkiem buta kamyki leżące na ulicy, potem poprawił zatkniętą za pas pałkę, wreszcie odchrząknął.

– Zniknięcie pana Legrand przeszło, no, prawie niezauważone.

Adam milczał w nadziei, że dowie się czegoś więcej.

– Biuro prokuratora nabrało wody w usta. Wie pan, to zięć sędziego okręgowego… No dobrze, pewnie powinien pan tam powęszyć – zakończył z rezygnacją. – Powiem tylko tyle: powodzenia.

Zanim Adam zdążył się zastanowić nad wszystkim, co właśnie usłyszał, policjant zniknął za rogiem.

 

***

 

Następnego dnia wcześnie rano Adam udał się do biura prokuratora i ku swemu zdumieniu został natychmiast poproszony do głównego gabinetu. Pan Mercadier okazał się nienagannie ubranym mężczyzną w sile wieku, z włosami lekko przyprószonymi siwizną i jowialnym wyrazem twarzy, niepasującym do prokuratorskiej surowości.

– Słyszałem, że przysłano pana z Paryża z powodu tego nieszczęsnego incydentu – powiedział, wstając zza biurka i podając Adamowi rękę. – Z biura inspektora do spraw specjalnych… – Skrzywił się lekko. – Ale nie wygląda mi pan na policjanta.

– Jestem konsultantem biura. Adam Cardelli. – Uścisnął podaną mu rękę.

– Cardelli… – Prokurator wpatrywał się w niego z uwagą. – Słyszałem, oczywiście, pańskie nazwisko, chociaż…

– Chodzi zapewne mojego ojca – przerwał mu Adam, przyzwyczajony do takich reakcji. – Ale to dawna sprawa.

– Ach, oczywiście, tak. – Po minie prokuratora widać było, że rozpaczliwie usiłuje sobie przypomnieć, czym zasłużył się, lub wręcz przeciwnie, rodzic rozmówcy. – Proszę siadać, zaraz każę przynieść kawę… – Uniósł dzwonek; po chwili w drzwiach pojawił się sekretarz, a niedługo potem na biurku stanęły dwie filiżanki.

Adam rozglądał się po gabinecie, ale było to idealne biuro urzędnika państwowego, pozbawione jakichkolwiek osobistych elementów.

– Chciałbym…

– Pan Legrand – przerwał mu Mercadier – był wzorowym urzędnikiem. To już ponad cztery lata, a ja wciąż nie potrafię uwierzyć, że mógł… Taki skandal. – Prokurator załamał ręce.

– Skandal? – zdziwił się Adam.

– No wie pan, szanowany członek społeczności, przykładny mąż i ojciec, znikający w biały dzień, rozpływający się wręcz w powietrzu? Przyzna pan chyba, że to zakrawa na skandal?

„Rozpływający się w powietrzu”. Adam obracał w myślach te słowa. Przed powrotem do aresztu nie zdołał z rzekomego Legranda wydobyć całej historii, ale czuł, że za opowiastką o przestępstwach jakoby wywoływanych przez jego literackie fantazje kryje się coś więcej.

– Wie pan, ludzie robią różne dziwne rzeczy – odparł ostrożnie. – Jeśli pan Legrand nie był zadowolony z kariery…

– A czegóż on miał chcieć więcej! – wybuchnął prokurator, ale szybko się zmiarkował i spojrzał na Adama przepraszająco. – Proszę zrozumieć, sędzia Collot wydał za niego córkę, załatwił mu dobrą posadę, a raz nawet zapłacił im za pobyt w Biarritz, bo Florence bardzo chciała tam pojechać…

Spokojny żywot prowincjonalnego przedstawiciela klasy średniej – pomyślał Adam. – Dzień za dniem to samo. Nuda. Rutyna.

– Czy on był typem marzyciela?

Prokurator spojrzał na Adama ze zdumieniem.

– Ależ, drogi panie, cóż to za pomysły? To był najbardziej przyziemny człowiek, jakiego znałem. Urzędnik idealny, powiem panu. Punktualny, rzeczowy, uprzejmy. Gdyby przyznawano medal za przeciętność, ten człowiek pewnie by go dostał!

Adam mimo woli uśmiechnął się, ale potem przypomniał sobie opowieść Royera o wymyślanych w biurze przestępstwach.

– Pan Legrand oczywiście nie miał wrogów, prawda? – Westchnął. – Ani znanych w mieście kochanek. Żona, jak rozumiem, też prowadziła się bez zarzutu.

Prokurator wzruszył ramionami.

– Nikt im do sypialni nie zaglądał – odparł, po czym skrzywił się lekko. – Niefortunnie to zabrzmiało, zważywszy ostatnie okoliczności, co?

Adam milczał.

– Rozmawiałem z Florence po tym zniknięciu, oczywiście. – Pan Mercadier podjął wątek. – Była załamana. Tak, załamana. Rozumie pan, prawda? Gdyby on umarł, zginął, zastrzelił się… No, wdowa to wdowa, szacunek się jej należy. Ale takie zniknięcie?

Wzrok prokuratora powędrował za okno, skąd dochodziły zwykłe odgłosy ulicy. Adam milczał nadal, mając nadzieję, że przedłużająca się cisza sprowokuje prokuratora.

– Pan się widział z aresztantem? – zapytał w końcu.

Mercadier skrzywił się.

– Poza wyglądem nie widzi pan nic, co przeczyłoby jego pretensjom, zgadza się? – podpowiedział.

– To jest oszust. Bardzo sprawny, ale oszust – oznajmił prokurator.

Drobne gesty człowieka, który dotychczas zachowywał całkowity spokój i był w pełni rozluźniony, podpowiadały, że wreszcie udało się trafić w czuły punkt. Dłonie położone nieco zbyt zdecydowanie na blacie biurka. Wzrok bezwiednie wędrujący ku drzwiom. Ledwie wyczuwalne napięcie, kilka kropli potu tuż nad kołnierzykiem.

Przewidywalnie, pan Mercadier wyciągnął chusteczkę i przetarł czoło.

– Wczesne upały – zauważył uprzejmie Adam. Odpowiedziało mu pełne wdzięczności spojrzenie.

 

***

 

– Mercadier… – Royer siedział na pryczy w celi, zajadając kanapkę z suszoną wołowiną i serem z Rocamadour, przyniesioną przez Adama. – Zawsze uważałem go za uczciwego człowieka, choć bardzo mocno skupionego na własnej karierze. Rozumie pan: panicznie bał się wszystkiego, co mogłoby mu zaszkodzić. Jednym słowem: nudziarz. I drugim słowem: nie sądzę, żeby wdał się w romans z moją żoną.

Adam obserwował go równie uważnie jak wcześniej prokuratora.

Royer był opanowany, jakby nie przejmował się własną sytuacją, choć ta nie była szczególnie wesoła.

– On pana odwiedził w areszcie.

– Owszem. Zasypał mnie dziesiątkami pytań o najróżniejsze biurowe sprawy, z którymi mogłem mieć do czynienia. A także o takie, których nie miałem prawa znać. Jakby mnie sprawdzał.

Adam prychnął.

– Dziwi to pana?

Siedzący na pryczy mężczyzna skurczył się w sobie. To zachowanie było całkowicie nietypowe dla człowieka, którego Adam poznał w Paryżu i z którym rozmawiał wczoraj. Przez krótką chwilę można było odnieść wrażenie, że spod tej fasady wyjrzał zaginiony Gilbert Legrand.

– Wie pan – powiedział cicho – z początku to nawet było zabawne, ale potem…

 

***

 

Adam od kwadransa stał na ulicy, wpatrując się w okna mieszkania, które zajmowała pani Legrand. Nie obserwował. Po prostu stał i nie mógł się zdecydować, żeby wejść do środka.

Opowieść Royera była nieskładna, ale jasno wynikało z niej jedno: Gilbert Legrand, jeśli ten człowiek rzeczywiście nim był, bardzo nie chciał być Gilbertem Legrandem, urzędnikiem w biurze prokuratora. I pewnego dnia przestał nim być.

– To był zwykły dzień – powiedział zmęczonym głosem. – Florence akurat była u rodziny w Tuluzie, miała wrócić w południe. Reszta dnia jak co dzień. Śniadanie czekało na mnie w spiżarni, a odprasowane ubranie na wieszaku. Służącej dałem już wcześniej wolne przedpołudnie. Kiedy wstałem, czułem się trochę dziwnie, ale że wieczorem do samotnej kolacji wypiłem nieco więcej wina niż zwykle, nie przejmowałem się tym zanadto. Spacer do biura zazwyczaj wystarczał, żeby odgonić zaspanie.

Tamtego dnia, jak twierdził, Gilbert Legrand nie udał się do biura. Nie poszedł tam, ponieważ przestał istnieć. Tak właśnie określił to aresztant.

– Spojrzałem w lustro – wyjaśnił – i nie zobaczyłem tam siebie. Z odbicia patrzył na mnie zupełnie obcy człowiek. Ten. – Wstał i dramatycznym gestem wskazał na swoje ciało.

Usiadł z powrotem i ukrył twarz w rękach.

Konkluzja wydawała się oczywista, ale Adam wahał się przez chwilę, zanim zadał następne pytanie.

– Nigdy wieczorem ani w biurze nie marzył pan o tym, żeby stać się kimś innym? – Odchrząknął, lekko zażenowany.

– Nie mógłbym powiedzieć, że takie myśli mi się nie zdarzały – przyznał Royer, nie podnosząc głowy. – Ale chciałem być znanym poetą albo choćby na przykład podróżnikiem. To moje życie miało wyglądać inaczej, a nie ja sam. Nie miałem nawet odpowiednich ubrań na ten wzrost! – wybuchnął.

Jeśli wierzyć dalszej opowieści, w przykrótkich spodniach i zbyt ciasnym surducie, mając w kieszeni całą gotówkę, jaka była w domu, udał się na stację kolei.

– Nie mogłem iść do banku w Montauban, bo urzędnicy mnie tam znali. Zamierzałem początkowo złożyć dyspozycję wypłaty w innym mieście, ale… Skoro już zniknąłem, nie chciałem zostawiać śladów…

Kamienica była jak większość domów w tym mieście – z czerwonej cegły, oświetlanej teraz przez złote promienie chylącego się ku zachodowi słońca. Lekki wiatr kołysał gałęziami rosnącego przy ulicy drzewa, tak że co jakiś czas refleksy światła odbijały się od czystych szyb.

– Pan szanowny czegoś tu szuka? – Słowa były uprzejme, ale ton dość obcesowy.

Adam odwrócił się i zobaczył przed sobą niskiego mężczyznę w ubraniu typowym dla konsjerża.

– Przyszedłem do pani Legrand – odpowiedział.

Tamten rzucił mu spojrzenie spode łba.

– Nie wygląda mi pan na następnego kandydata na męża – oznajmił z przekąsem, przyglądając się uważnie ubraniu Adama. – Na policję też nie…

– Poniekąd jestem z policji – odparował Adam.

– Taki z pana policjant jak z tamtego jej mąż – zawyrokował niezrażony stróż. – Niech pan idzie. Pierwsze piętro po lewej.

 

***

 

Otworzyła niemłoda służąca. Zanim jednak Adam zdążył się przedstawić i wyłuszczyć sprawę, w drzwiach na prawo stanęła kobieta w podobnym wieku.

– Pan jest tym baronem z policji. – Zabrzmiało to jak stwierdzenie, nie pytanie.

Adam uniósł lekko brwi, zaskoczony.

– Mercadier dał mi znać, że przysłali kogoś z Paryża. Niech pan wejdzie. Francine, podaj herbatę. Chyba że woli pan kawę. Czekolada się skończyła, nie spodziewałam się gości.

Zwyczajność salonu doskonale korespondowała z wszystkim, z czym dotychczas Adam zetknął się w tej sprawie – za wyjątkiem aresztanta. Meble sprzed kilku dekad, zapewne z czasu, kiedy państwo Legrand się pobrali. Na kominku równy rządek fotografii oprawionych w niezbyt drogie i niezbyt ozdobne ramki. Jedna pusta – zapewne po fotografii, którą Adam oglądał w aktach. Ususzony bukiet ślubny pod szklanym kloszem. Olejny pejzaż na ścianie. Wnętrze niewiele się różniące od dziesiątków mieszczańskich domów w tym mieście i w mnóstwie podobnych miast we Francji, a może i w Europie.

Nuda. Rutyna. W głowie Adama zadźwięczały własne myśli.

– Pan oczywiście chce posłuchać o tym, co zdarzyło się dziesięć dni temu.

– Nie – odparł. – Bardziej interesuje mnie to, co zdarzyło się cztery lata temu. Wtedy, kiedy wróciła pani do domu, a męża nie było.

Uniosła brwi ze zdziwieniem.

– A co się miało wtedy zdarzyć? – zapytała. – Gilbert zazwyczaj wracał dopiero koło siedemnastej, potem siadaliśmy do obiadu…

– Czyli zorientowała się pani, że coś jest nie tak, tego samego wieczora?

Pani Legrand mieszała w zamyśleniu herbatę, choć cukier musiał się już dawno rozpuścić.

– W zasadzie tak, aczkolwiek zdarzało się, że Gilbert wyjeżdżał do Tuluzy, Cahors, Agen albo którejś mniejszej miejscowości w sprawach biurowych. Zazwyczaj oczywiście wiedziałam o takich planach, ale tym razem nie było mnie w domu kilka dni, więc założyłam, że może zapomniał zostawić wiadomość.

Jej ton wskazywał na to, że panu Legrand nie zdarzało się zapominać o takich sprawach.

– Dopiero kiedy następnego dnia przyszedł do mnie Charles Dejean, zaniepokojony nieobecnością Gilberta… Dopiero wtedy dotarło do mnie, że jego nie ma.

Bardzo powolnym ruchem odłożyła łyżeczkę, ale nie wzięła do ręki filiżanki, tylko wpatrywała się w złocisty napój.

– I wie pan co – powiedziała cicho – ja wtedy jakoś tak dziwnie poczułam, że jego naprawdę nie ma. Nieodwołalnie. Że on nigdy nie wróci.

Adam przypomniał sobie jeden szczegół opowieści Royera.

– Czy z domu coś zniknęło? – zapytał.

Pokręciła głową.

– Gdyby tak było, pewnie podejrzewałabym rabunek… Wie pan, że Gilbertowi coś się stało podczas napadu… On czasem przy kolacji opowiadał trochę o tych procesach, które przygotowywał. No więc może bym tak pomyślała, ale nie, nie zginęło nic, co bym zauważyła.

Być może Legrand trzymał w domu gotówkę, o której nie wiedziała żona. Z jakichś konkretnych powodów czy nie ufał całkowicie bankom?

Urzędnik Legrand nie sprawiał wrażenia człowieka posiadającego mroczne tajemnice. Niemniej Royer to zupełnie inna sprawa. Który z nich był prawdziwy? I dlaczego tym wszystkim tak bardzo przejmował się prokurator?

Odpowiedź na to ostatnie pytanie wydawała się oczywista: skoro pan Mercadier tak bardzo dbał o swoją opinię, potencjalny skandal związany z jednym z jego wzorowych urzędników musiał spędzać mu sen z powiek. Czy jednak można było przyjąć to za pewnik? Florence Legrand bardzo łatwo uwierzyła, że mąż nie wróci. A prokurator był wyraźnie zaniepokojony pojawieniem się Royera.

– Wiem, że moje następne pytanie może wydać się niezbyt uprzejme – powiedział Adam, starając się nadać głosowi spokojny ton. – Ale czy czuła się pani kiedykolwiek źle w małżeństwie? – Niemal natychmiast pokręciła głową, ale Adam nie dał jej dojść do głosu, zanim nie skończył. – Nie chodzi mi o kłótnie czy zdrady… – Spojrzała na niego z oburzeniem. – Raczej coś takiego jak znudzenie. A może on się tak czuł?

Przez moment rozmówczyni miała minę taką, jakby zamierzała wyrzucić go za drzwi, nie zważając na tytuły i powiązania z policją. Potem jednak jej rysy złagodniały. Lekko nerwowym ruchem wygładziła suknię.

– Jak się pan zapewne domyśla, to nie było małżeństwo z miłości. – Zaśmiała się krótko, chrapliwie. – Byłam najmłodszą z trzech sióstr, więc ojciec chciał mnie w miarę dobrze wydać za mąż za kogoś, kto nie będzie miał wielkich oczekiwań co do posagu. A Gilbert chyba liczył na pomoc teścia w karierze. Kiedy Juliette, nasza córka, dorosła i wyszła za mąż, żyliśmy właściwie obok siebie, choć żadnemu z nas nie przyszłoby do głowy rozstanie.

– Dlaczego?

Wzruszyła ramionami.

– Po tylu latach? Jak miałabym sobie ułożyć życie?

Z Mercadierem? – przemknęło przez myśl Adamowi. Gdzieś na dnie tej opowieści czaiło się coś, czego nie był w stanie na razie uchwycić.

– Czy prokurator jest żonaty? – zapytał na wszelki wypadek.

– Owdowiał kilka lat temu.

To by pasowało, ale Adam coraz mniej wierzył w to, że pani Legrand wraz z prokuratorem uknuli zniknięcie urzędnika. W takiej sytuacji naturalne byłoby, żeby kochankowie się pobrali, załatwiwszy uprzednio uznanie męża za zmarłego. Przez cztery lata mieli na to dość czasu. Hipoteza, jakkolwiek atrakcyjna i pasująca do niepokoju Mercadiera, wydawała się zbyt banalna.

Chyba że prokurator tak bardzo bał się o swoją opinię…

Nie, to nie miało sensu. Ktoś, kto tak dba o reputację, nie zaryzykuje wysoce niezgodnego z prawem posunięcia dla romansu, który najwyraźniej nie był dość ognisty. Jeśli w ogóle istniał.

No i ta dziwna opowieść Royera o przebudzeniu w innym ciele.

– Wybaczy mi pani, jeśli zadam jej to oczywiste, niedyskretne pytanie…?

– Czy miałam kochanka? – przerwała, nawet się nie rumieniąc.

Adam potaknął.

Zaśmiała się, tym razem nieco weselej niż poprzednio.

– Dalibóg, są chwile, kiedy żałuję, że nie miałam. – Wbiła w niego wzrok. – Niech pan się nie da zwieść pozorom zwykłego, ułożonego mieszczańskiego życia. My też miewamy uczucia, więc nie powiem, moje serce niejednokrotnie uderzało żywiej na widok przystojnego mężczyzny. Ale że w młodości lubiłam czytać powieści, to zadowalałam się imaginacją.

Wstała i podeszła do okna, przez które do pokoju wpadało złote światło słońca przefiltrowane przez kołyszące się na wietrze liście.

– Wie pan – powiedziała bardzo cicho – zanim wyszłam za mąż, marzyłam o tym, że zdąży zjawić się rycerz w lśniącej zbroi albo choćby romantyczny poeta, który porwie mnie do krainy cudów. – Odwróciła się z powrotem do Adama. – Ale życie nie jest powieścią, panie baronie. Przekonałam się o tym, a nawet się z tym pogodziłam. Naprawdę.

 

***

 

Komisarz Gaillard spoglądał na Adama znad grzybów i boczku w winie, specjalności tutejszej kuchni, którą obaj zamówili w „najlepszej tawernie w mieście”.

– Żadne z nich trojga nie wydaje mi się kandydatem na ponure historie ze zdradą małżeńską w tle – oznajmił w końcu policjant, kiedy już przetrawił wszystko, co Adam miał mu do powiedzenia. – Natomiast ten Royer to podejrzana persona, za przeproszeniem pańskim.

Adam zastanawiał się, jak bardzo otwarty umysł ma komisarz. I czy jest gotów wysłuchać teorii, która w tej chwili narzucała się jako oczywista – pod warunkiem, że miało się doświadczenie pracy w biurze do spraw specjalnych.

Teoria była następująca: w panu Legrand, człowieku bez właściwości, obudził się dziwaczny talent magiczny, pozwalający mu przekształcać własne marzenia – czy rojenia, bo sumienny urzędnik wymiaru sprawiedliwości raczej nie marzył o zwiększeniu przestępczości w departamencie – w rzeczywistość. W pewnym momencie musiał pomarzyć o jeden raz za dużo – albo zbyt zuchwale. Pomarzyć zbyt mocno o tym innym życiu, jakie chciałby prowadzić. O byciu kimś innym. A złośliwy los zrozumiał to życzenie opacznie.

Teoria była niestety zbyt szalona, żeby przedstawić ją w tej formie twardo stąpającemu po ziemi policjantowi. Zerknął z ukosa na Gaillarda.

– Czy w pańskiej karierze zdarzyły się jakieś sprawy, których nie był pan w stanie wyjaśnić racjonalnie? – zapytał niewinnie, badając teren.

Policjant wzruszył ramionami.

– No, jakieś drobiazgi pewnie tak, ale żeby coś takiego jak to… Wie pan, ja myślę, że ten Royer spotkał się gdzieś z Legrandem i poznał jego historię…

– A zadał sobie pan pytanie, po co to wszystko? – przerwał mu Adam.

Gaillard rozłożył bezradnie ręce.

– Ludzie różne dziwne rzeczy wymyślają. – Jego mina wskazywała, że sam nie bardzo wierzy w tak proste wyjaśnienie.

Adam postanowił zajść go z drugiej flanki.

– Inspektor Vidocq kieruje biurem do spraw specjalnych, prawda?

Komisarz potaknął, przyglądając się rozmówcy nieco podejrzliwie.

– Zastanawiał się pan kiedykolwiek, jakie to są sprawy?

Gaillard podrapał się nerwowo po brodzie.

– Spiski, zamachy, jakieś tajne państwowe kwestie – zaczął niepewnie.

Adam uśmiechnął się.

– To też, ale tylko. To również te sprawy, które trudno jest wyjaśnić racjonalnie. Wymagające nieco innej perspektywy, przyjęcia, że nie wszystko w świecie dzieje się zgodnie z rozumem.

Czuł na sobie wzrok człowieka, który nie do końca wierzy w to, co właśnie usłyszał. Nagle twarz Gaillarda rozjaśniła się.

– Pan uważa, że oni się jakoś zamienili, znaczy, że Royer naprawdę pamięta życie Legranda?

– Tak – odparł Adam. Nie było to bardzo dalekie od jego podejrzeń. – Tak mniej więcej myślę.

Policjant zasępił się.

– Jak to wyjaśnić ludziom? – zapytał trzeźwo.

– Nie wiem – przyznał szczerze Adam. – I nie wiem, co z tą całą sytuacją zrobić.

– A ten Royer, on jest niebezpieczny?

– Nie sądzę.

W każdym razie nie tak, jak zapewne pan myśli.

Jeśli teoria była prawdziwa, pozostawało jeszcze jedno pytanie: po co Legrand wrócił do domu po czterech latach?

Rano odwiedził raz jeszcze aresztanta, ale nie dowiedział się wiele więcej. Początkowo Legrand-Royer żył z zabranych z domu pieniędzy, chwilami przymierając głodem na wynajmowanych poddaszach. Czasem zarobił kilka franków na pomocy w pisaniu podań. Prawie nie spotykał się z ludźmi, cały czas poświęcał literaturze. Po dwóch latach powieść była gotowa i wtedy ruszył na podbój Paryża.

Życie bardzo szybko zweryfikowało jego nadzieje i marzenia. Redakcje wydające powieści w odcinkach nie zachwyciły się jego dziełem. Wydawcy popatrywali podejrzliwie na powieść napisaną poetyckim językiem i częściowo rymowaną. „To się nie sprzeda” – było zdaniem, które słyszał niemal co dzień. W końcu jeden drukarz wzruszył ramionami i oznajmił, że jeśli klient zapłaci, to on wyda wszystko.

– Dwa tygodnie później stałem na ulicy z paczką książek i ostatnimi sou w kieszeni. Udało mi się przekonać kilku księgarzy, żeby wzięli te egzemplarze, które potem wykupiłem przez podstawionych uliczników. I wtedy wpadłem na genialny pomysł…

Genialny pomysł polegał na zatrudnieniu się – pod kolejnym nazwiskiem – w jednej z ważnych redakcji.

– Nawet pan sobie nie wyobraża, jak się czułem, kiedy dotykałem recenzji i listów tych wszystkich wielkich pisarzy – powiedział z rozmarzeniem. – Byłem tylko gońcem, ale cała korespondencja przechodziła przez moje ręce. Czasami zostawałem po godzinach pracy, żeby głaskać te podpisy. Czułem się tak, jakby ich moc przepływała do mnie, dodawała mi siły.

A potem do redakcji zaczęły przychodzić listy chwalące arcydzieło pióra nikomu dotychczas nieznanego autora. Royer zaś w wolnym czasie obchodził paryskie księgarnie, dopytując o własną powieść, pokazując recenzje i dziwiąc się, że nikt o niej nie słyszał. W kilku miejscach usłyszał, że było coś takiego, ale sprzedało się na pniu.

– Zdołałem zainteresować sobą literacki światek, ale marzyłem wciąż tylko o tym, żeby zaprezentować dzieło.

Oczywiście i to marzenie się spełniło, o czym Adam wiedział aż za dobrze.

– Panie baronie? – Głos Gaillarda wyrwał go z zamyślenia. – Dobrze się pan czuje?

– Dałby pan spokój z tytułami – mruknął Adam w zamyśleniu. Coś nie dawało mu spokoju. Coś w tej historii się nie zgadzało. I nie miało to bynajmniej związku z powodami, dla których Royer postanowił z powrotem zostać Legrandem, choć te również pozostawały tajemnicą. – Nic z tego nie rozumiem – dodał. – Jeśli mam rację, to on przecież mógł mieć wszystko!

Komisarz wpatrywał się w niego z lekkim niepokojem.

– Wie pan – powiedział – ta sprawa chyba za bardzo pana pochłania, a nie wiem, czy jest tego warta.

– Każda zagadka jest warta rozwiązania – odparł sentencjonalnie Adam. – Tylko niektóre sprawiają wrażenie, jakby nie dało się ich rozwiązać, nie będąc…

Kim? – zapytał sam siebie. Royer nie był w świetle prawa przestępcą. No, może groziła mu grzywna za rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji w prasie. Dobry adwokat wybroniłby go jednak, utrzymując, że zrobił to dla żartu. O ile Adam zdołał się zorientować, Royer jedynie nakręcił modę na swoją powieść, dalsze dyskusje toczyły się już spontanicznie.

– On mógł mieć wszystko – powtórzył. – Czego tylko zapragnął.

Gaillard sprawiał wrażenie, jakby nadal nic nie rozumiał. Adam czuł się podobnie.

 

***

 

Po powrocie do hotelu jak zwykle usiłował wszystko poukładać, spisując na kartkach powiązania pomiędzy poszczególnymi aktorami tego dramatu – a może farsy. Małżeństwo Legrandów trudno było uznać za nieudane – było po prostu zwyczajne. Prokurator niewątpliwie miał coś do ukrycia, ale mogło to się nijak nie łączyć ze sprawą. Może co najwyżej tak, że gdyby Royer istotnie posiadał wiedzę Legranda, mógłby przypomnieć światu o czymś, o czym Mercadier wolał zapomnieć. Jeśli coś takiego istniało – napomniał sam siebie. – To tylko domysły.

Gdyby w tym wszystkim był trup Legranda, pierwsza nasuwająca się hipoteza byłaby taka, że prokurator usunął niewygodnego pracownika. Gdyby w tym wszystkim był romans między przełożonym a całkiem atrakcyjną żoną podwładnego – hipoteza byłaby podobna. Ale najwyraźniej żadnej z tych dwóch rzeczy nie było.

Adam kładł się spać przekonany, że powinien wrócić do Paryża i powiadomić inspektora o istnieniu spraw, których wyjaśnić się nie da. Nie bez znalezienia się w głowach zaangażowanych w nie osób. A może i z nim.

 

***

 

Pierwszą rzeczą, jaką zauważył po przebudzeniu, było dojmujące poczucie nieodpowiedniości.

Lustro potwierdziło to poczucie. Z jego tafli spoglądał na Adama dobrze znany mu z fotografii człowiek, Gilbert Legrand.

Zaskoczenie było tak ogromne, że panika powoli torowała sobie drogę do jego myśli. Myśli, które, jak skonstatował z ulgą, należały do niego, Adama Cardellego. Chwilowo znajdującego się w obcym ciele starszawego, korpulentnego urzędnika.

Pierwszą reakcją było założyć na siebie cokolwiek, wymknąć się z hotelu i zaszyć w jakimś miejscu, gdzie nikt go nie zobaczy. Kiedy to sobie uświadomił, zrozumiał, co musiało dziać się w głowie Gilberta Legranda cztery lata temu, na widok własnego odbicia w lustrze. Jakkolwiek urzędnik prokuratorski mógł nie lubić swojej nijakiej powierzchowności (chwilowo mojej powierzchowności – pomyślał z goryczą), przemiana w przystojnego Royera musiała go najpierw przerazić. Dopiero potem zauważył w niej okazję do zmiany życia.

W przeciwieństwie do Legranda Adam jednak nie zamierzał pozostawać w tym ciele. Nie chciał nic zmieniać w swoim życiu, które było wygodne i zadowalające.

Następna myśl była jak uderzenie obuchem.

Skoro on znajdował się w ciele oryginalnego Legranda, to gdzie był baron Cardelli? Zapewne rozmawiał teraz z komisarzem Gaillardem i wychodził na wolność, żegnany przeprosinami i zapewnieniami, że nikt nie ma pojęcia, jak temu oszustowi Royerowi udało się wymknąć, zamykając go równocześnie w areszcie…

Był zły. Zły, że dał się tak łatwo omotać.

Wiedział, że nie może wyjść z pokoju, ponieważ jeśli nawet zdoła się wymknąć niedostrzeżony, nikt nie wyda mu z powrotem klucza. Hotelarze mają dobrą pamięć do twarzy. Pożałował, że nie zabrał z sobą własnego służącego… Nie, to byłoby jeszcze gorsze. Jacques uparcie odmawiał zauważania czegokolwiek niezwykłego w świecie. W rozwiązaniu tej niezręcznej sytuacji mógł Adamowi pomóc tylko jeden człowiek.

Napisał na kartce parę słów, zadzwonił po obsługę i wymawiając się bólem głowy zawołał z sypialni, że telegram do wysłania leży na stoliku, a śniadanie mają mu przynieść do apartamentu.

Pozostawało mu jedynie czekać, aż Vidocq przyjedzie do Montauban. Co oznaczało – do następnego dnia. Adam zjadł bułkę i wypił pyszną czekoladę, po czym w braku innych pomysłów wrócił do sypialni, gdzie zakopał się w pierzynie, starając się zapomnieć o dziwacznym poczuciu nieswojego ciała.

 

***

 

Obudziły go głosy na korytarzu. I nagły łomot do drzwi.

W pierwszej chwili myślał, że odsiecz w postaci inspektora przybyła, ale uświadomił sobie, że nie przespał raczej całej doby. Nie był głodny.

Owinął się za długim szlafrokiem i wyszedł do salonu, skąd słychać było, co się dzieje za drzwiami.

– Pan baron wyraźnie powiedział, że nie życzy sobie żadnych gości za wyjątkiem… – mówił błagalnym tonem ten sam człowiek z obsługi hotelowej, z którym Adam wcześniej rozmawiał.

– Niech pan nas zaliczy do wyjątków – odparł niewątpliwie komisarz Gaillard. – To pilna sprawa.

Brakuje mi tylko aresztowania przez policję – pomyślał.

– Nie mogę… – W głosie pracownika hotelu słychać było przerażenie.

Adam otworzył drzwi i skrył się za nimi.

– Proszę wejść, panie komisarzu – powiedział.

Uświadomił sobie, że nie ma się czego obawiać: jeśli wyprowadzą go stąd w kajdankach, to reputacja pana Cardellego nie ucierpi – w gazetach zapewne ukaże się wzmianka o tym, że jakiś szaleniec włamał się do jego pokoju hotelowego…

W salonie pojawił się Gaillard w towarzystwie innego mężczyzny. Kiedy ten drugi zdjął cylinder i opuścił kołnierz płaszcza, Adam cofnął się o krok.

Patrzył prosto w twarz samemu sobie.

 

***

 

Następnego popołudnia w salonie pani Florence Legrand zgromadziło się dziwaczne towarzystwo. Za stołem siedzieli wyglądający jak jej zaginiony małżonek Adam Cardelli oraz wyglądający jak Adam Gilbert Legrand, który jeszcze dzień wcześniej był Augustinem Royerem. Komisarz Gaillard stał w kącie z miną osoby, która dowiedziała się, że ziemia jest jednak płaska, przyjęła to do wiadomości, ale nadal usiłuje poukładać sobie wszystko w głowie. Czekano na dwie ostatnie osoby.

Kiedy tu przyjechali, madame wyglądała tak, jakby na widok Adama miała zostać tknięta apopleksją, ale wyjaśnienia przyjęła nader spokojnie.

– Cóż, może życie przypomina jednak czasem powieści – powiedziała.

Dało się jednak wyczuć, że pod fasadą opanowania pani Legrand skrywa przerażenie i niepewność. Nie był tylko pewny, czego lękała się bardziej: dziwnego zdarzenia, które postawiło świat na głowie, czy perspektywy powrotu do życia sprzed czterech lat.

Adam nadal miał też wrażenie, że coś się nie zgadza, postanowił jednak zaczekać z wątpliwościami do rozmowy w pełnym gronie. Vidocq, który przyjechał pierwszym pociągiem, po wysłuchaniu dotychczasowych opowieści miał własną teorię, ale nie podzielił się nią na razie z nikim. Nie powiedział też, kogo jeszcze zamierza przyprowadzić na to spotkanie.

Kwadrans później do salonu wmaszerował inspektor, a z nim pan Mercadier. Pani Legrand wydała stłumiony okrzyk. A prokurator na widok Adama zbladł i usiadł ciężko na wolnym krześle przy stole.

Vidocq zatarł ręce.

– Doskonale, jesteśmy w komplecie – oznajmił, łypiąc na paterę z ciastkami i owocami.

– Nie rozumiem… – zaczął Mercadier, ale inspektor uciszył go ruchem ręki.

– Zaraz wszyscy zrozumiemy – odparł lekko. – Taką mam w każdym razie nadzieję. Bardzo proszę – skinął na Legranda wyglądającego jak Adam – pan raczy wyspowiadać się jako pierwszy, bo to od pana wszystko się zaczęło.

Mercadier zrobił wielkie oczy.

– Od pana barona? – zapytał z niedowierzaniem.

– Nie – odparł Legrand. – Ode mnie. Nazywam się Gilbert Legrand, byłem urzędnikiem w pańskim biurze.

Jego opowieść zasadniczo zawierała to wszystko, co Adam już wiedział. Nikt nie przerywał, wszyscy siedzieli jak zaczarowani. Florence wachlowała się serwetką.

Legrand skończył wyznaniem, że po katastrofie, jaką okazała się prezentacja powieści, postanowił spróbować, czy życzenie powrotu do dawnego życia przyniesie pożądane skutki i tak znalazł się znów w Montauban.

– Niestety, jak już wszyscy wiemy, to też skończyło się katastrofą.

Kiedy zamilkł, wszyscy mieli miny, jakby chcieli zacząć mówić, ale Vidocq nie dopuścił nikogo do głosu. Niczym mistrz ceremonii stanął u szczytu stołu i nadal wpatrując się w pełną paterę, oznajmił:

– Mój drogi przyjaciel i współpracownik, pan baron Cardelli, podobnie zresztą jak sam główny zainteresowany, wyciągnął z tej opowieści słuszny wniosek: pan Legrand został obdarzony dziwaczną umiejętnością. Jego pomysły literackie przyjmują realny kształt, kiedy bardzo intensywnie o nich myśli.

Adam potaknął, choć bardziej od wywodu Vidocqa intrygowało go to, że inspektor nie sięgnął jeszcze po ani jedno ciastko. Specjalnie przecież poprosił Gaillarda, żeby zapewnił specjalnemu gościowi odpowiednią strawę.

– Drogi Adam – inspektor podjął przemowę – zauważył jednak również, że w tej jakże celnej hipotezie coś się nie zgadza. Po pierwsze pan Legrand marzył, owszem, o karierze i sławie pisarskiej, pragnął nawet odmiany życia, ale nie zastanawiał się przy tym nad swoim wyglądem. To, co wydarzyło się w jego życiu, nie odpowiadało jego skrytym życzeniom, ale może odpowiadało rojeniom kogoś innego?

Inspektor utkwił wzrok w pani Legrand, która poruszyła się niepewnie.

– Madame? Proszę powiedzieć, że nie zdarzało się pani marzyć o tym, że w pani… – Vidocq odchrząknął – …salonie siedzi przystojny, szarmancki mężczyzna, którego nigdy nie chwyci podagra i który nie posiada szuflady pełnej szlafmyc?

Rycerze w lśniącej zbroi i romantyczni poeci – przypomniał sobie Adam.

Madame siedziała sztywno i nie odpowiadała. Mercadier miał nietęgą minę.

– Widzę, że trafiłem – oznajmił Vidocq. – A teraz niech pani spróbuje przypomnieć sobie, czy nie wyraziła takiego życzenia niedługo przed tym, jak jej małżonek zniknął?

Pani Legrand spuściła wzrok. Na jej twarz powoli wypełzał rumieniec.

– Jak państwo wiedzą, niedługo przez zniknięciem Gilberta pojechałam do Tuluzy, odwiedzić rodzinę. Jednego wieczora siedziałyśmy z dwiema moimi siostrami i wtedy… – Spojrzała przepraszająco na Adama, po czym przeniosła wzrok na prawdziwego Legranda. – Wtedy pozwoliłam sobie powrócić do młodzieńczych marzeń. Clarisse owdowiała niedługo po ślubie, Marie rozważała właśnie rozwód. Żadnej z nas naprawdę nie ułożyło się w życiu tak, jak sobie wyobrażałyśmy. Zaczęłyśmy więc wspominać młode lata, czytane powieści i porywy serca na myśl o romantycznych bohaterach.

– Przyczynek do szkodliwości romansów – mruknął Vidocq.

– Powiedziałam wtedy coś takiego, pamiętam to całkiem dobrze, bo Marie śmiała się, a Clarisse zganiła mnie za głupotę… Że nie miałabym nic przeciwko temu, gdybym w domu zastała kogoś, kto wygląda zupełnie inaczej niż mój mąż. Najlepiej poetę, który powita mnie wierszem i płatkami róż.

Mercadier słuchał tego z półotwartymi ustami i ledwie zauważył, że inspektor wbił w niego wzrok.

– Pańska kolej, panie prokuratorze.

– Ja nie mam z tym nic wspólnego – zaczął, ale zmitygował się. – To znaczy… Ale to niemożliwe…

– Czego pan sobie życzył w tym okresie, kiedy zniknął Gilbert Legrand?

– Wielu rzeczy – powiedział wymijająco. Inspektor zgromił go spojrzeniem. – No dobrze. – Westchnął ciężko. – Dwóch rzeczy. – Nieszczęśnik powiódł wzrokiem po zebranych, zatrzymując się na dłużej na Florence. – Po pierwsze, żeby madame Legrand rozwiodła się z mężem i wyszła za mnie za mąż.

Rozległ się ogólny jęk zaskoczenia.

– Ale nie posunąłbym się do myśli o zniknięciu Gilberta, gdyby nie jeszcze jedna rzecz. – Tym razem spojrzał prosto w oczy Adamowi, zapominając o zamianie ról, czy raczej postaci. – Na mniej więcej miesiąc przed tym wypadkiem udało mi się zatuszować sprawę… pewnej poważnej nieuczciwości jednego z moich bezpośrednich podwładnych. Człowieka, którego sam rekomendowałem do biura, któremu ufałem bezgranicznie. Załatwiłem mu awans do Paryża, byle ewentualna afera wybuchła z dala od mojego biura. – Umilkł.

– Obawiał się pan jednak – podpowiedział Vidocq – że najrzetelniejszy z pańskich urzędników wyśledzi tę sprawę, ale nie miał pan pomysłu, jak przenieść go w inne miejsce, nie tracąc przy tym z oczu jego atrakcyjnej żony?

Mercadier skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę.

– Zgadł pan.

Florence Legrand patrzyła na niego z nieudanym zdumieniem. Adam powziął pewność, że wszelkie marzenia o romansie pozostawały domeną prokuratora. Ten zaś jak zwykle przede wszystkim obawiał się o swoją reputację, więc nie podjął żadnych kroków.

– Zatem to nie życzenia pana Legranda się spełniają – oznajmił triumfalnie Vidocq – ale życzenia innych, które jakoś go dotyczą. Albo coś w tym rodzaju – mruknął – szczegółowe wyjaśnienie musi poczekać.

– A te przestępstwa, które prowokowałem? – Legrand odezwał się po raz pierwszy. – I burza podczas prezentacji powieści?

Vidocq machnął ręką.

– Całe rano poświęciłem na przekopanie się przez akta spraw, o których mi pan opowiedział. We wszystkich przypadkach wcześniejszy modus operandi przestępców był podobny. Pan raczej przechwytywał ich plany i wyobrażał sobie jako literaturę, a potem widząc je w aktach, powziął pan błędne pojęcie o przyczynach i skutkach.

Na twarzy Legranda malowało się lekkie rozczarowanie. Adam z zainteresowaniem obserwował jego mimikę, zastanawiając się, czy sam tak samo wyraża uczucia, czy też Legrand, a i Royer, kryjący się teraz za jego twarzą, nadają jej odmienny wyraz.

– Ta burza zaś… – odezwał się. – Obawiam się, że wywołała ją któraś z dam, marząca o niezwykłych zdarzeniach, jakie obiecywała pańska powieść…

Twarz niedoszłego autora rozjaśniła się na moment.

– Może jednak jest dla tej mojej pisaniny jakaś przyszłość – oznajmił.

Adam pomyślał, że ma inny pomysł na odmianę życia pana Legrand czy też pana Royera, ale Vidocq sięgnął tymczasem po ciasteczko. A więc jednak świat nie wyszedł całkowicie z normy.

– Pozostaje nam ostatnia zagadka – oznajmił inspektor – mianowicie nagła zamiana wyglądu między baronem Cardellim a panem Legrandem.

Przez chwilę wszyscy milczeli. Nagle spod ściany dobiegło nieśmiałe chrząknięcie. Wzrok Adama powędrował ku Gaillardowi i uświadomienie przyszło w chwili, kiedy policjant się odezwał.

– O ile mnie pamięć nie myli, pan mówił coś o niemożliwości zrozumienia pewnych spraw, dopóki człowiek nie znajdzie się w skórze zainteresowanego. A zważywszy, jak bardzo to spełnianie życzeń trafia, za przeproszeniem, obok…

– Brawo! – Inspektor zaklaskał. – Będzie z pana niezły policjant!

 

***

 

Pozostało jeszcze jedno zadanie.

– Myślę, że teraz wszyscy powinni się zdeklarować, czego pragną i mieć nadzieję, że tym razem los okaże się dla tych życzeń łaskawy – oznajmił Vidocq. Rozejrzał się po zebranych. – Choć może lepiej będzie, jeśli ja zrobię to za państwa. Adam niewątpliwie chce wrócić do swojego wyglądu.

Adam potaknął.

– Co zapewne nie jest marzeniem pana Legranda… A zatem pan Legrand musi stać się na powrót Royerem. Co pozostawia madame Florence słomianą wdową, ale nietrudno będzie sprawić, by wkrótce pojawiły się niepodważalne dowody na to, że jej mąż nie żyje. To uspokoi sumienie pana prokuratora, a pani jako wdowa będzie mogła spełnić jego marzenie, jeśli oczywiście sama nie ma nic przeciwko temu. – Na jej ustach błąkał się nieodgadniony uśmieszek. Mercadier otarł czoło chusteczką i poprawił kołnierzyk, jakby szykował się do oświadczyn. – Wszyscy zadowoleni.

Legrand odchrząknął.

– Może i wolę być Royerem, ale Royer przecież nie istnieje…

Jego mina wyraźnie mówiła: „i nie ma grosza przy duszy”.

– Myślę, że jesteśmy w stanie temu zaradzić. – Adam wyłuszczył swój plan.

 

***

 

Augustin Royer rozglądał się po biurze z zaciekawieniem.

– Naprawdę uważa pan, że nadaję się do tej pracy?

Vidocq zerknął na stojącego pod ścianą Adama.

– Adam najwyraźniej tak uważa, a i ja przyznam jedno: pański talent jest tak dziwaczny, że biuro nie może przejść obok niego obojętnie.

Royer skinął głową.

– Ale w wolnych chwilach będę mógł dalej pisać powieść? Chciałbym naprawić wrażenie, które…

Vidocq i Adam popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednocześnie:

– Może jednak lepiej nie?

Koniec

Komentarze

Jak ty się wpisałaś w ten limit tak idealnie, to ja nie wiem, ale podziwiam :O

Przeczytałem z przyjemnością. Pomysł na opowiadanie po trosze zwariowany, a po trosze zabawny, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że mocno wciągający.

Dziękuję, Straferze :)

 

Kam – celowałam w równe 50k, ale dałam sobie spokój ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bo podczas każdego punktowania, ktoś musi być pierwszy ;)

Rewelacyjne pastele! To jeśli chodzi o klimat.

Z każdym Twoim opowiadaniem jest lepiej.

Pomysł przewrotnie wdzięczny (albo wdzięcznie przewrotny). Tak mniej więcej od połowy nie miałem jednak wątpliwości, gdzie finalnie trafi główny bohater i dlaczego do ówczesnego Archiwum X, co także jest bardzo porządnym pomysłem na Universum.

Hmmm, w Dniu Kobiet powiem jeszcze coś a propos – że czuć w tym opowiadaniu kobiecą rękę, i dobrze.

Tak czy siak – klik.

 

Przeczytałam, świetne.

Cieszę się, że się podoba, zwłaszcza że z różnych życiowych powodów było pisane na akord i ledwie, ledwie zdążyłam…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ładne :)! Właśnie – ładne, w takim trochę staroświeckim, oldskulowym stylu!

Może jak dla mnie trochę zbyt powoli się rozwija, ale jak już się wciągnąłem, to lektura to była prawdziwa, nieskrępowana przyjemność. Jak te ptysie Vidocqa :P. Sam pomysł – znakomity, przez to, że właśnie taki oldskulowy. Marzenia stające się rzeczywistością? No przecież już było… Ano było, ale nie w takiej misternej, wycyzelowanej formie.

Dobra, nachwaliłem się, ale uwag też mam kilka:

– „W dniu 15 marca 1859 w Montauban” – a nie zabrakło tu słowa “roku”?;

– “Do akt dołączona była fotografia” – no niby może być, ale moim zdaniem lepszą immersję uzyskałabyś, stosując dagerotypy;

– “w której przebywał samotnie aresztant” – tu wolałbym albo “samotnie przebywał” albo “samotny aresztant”;

– “To się zaczęło kilka lat wcześniej” – zbijało mnie z tropu, jak czasem ni stąd, ni zowąd przeskakiwałaś od wspomnień do chwili obecnej i z powrotem, niczym tego nie sygnalizując;

– “ale jakkolwiek aresztant(…) – Tak – mruknął Royer czy Legrand, czy jakkolwiek” – jak na tak rzadkie słowo, za dużo “jakkolwieków” obok siebie;

– “niemalże identycznym z tym, co wymyślił” – tu wolałbym “jakie wymyślił”;

– “A czegóż on miał chcieć więcej!” – jak dla mnie to jest pytanie; to Ci się powtarza i dalej, że pytań nie kończysz pytajnikami;

– “żeby odgonić zaspanie” – “senność” byłaby lepsza;

– “A Gilbert chyba liczył na pomoc teścia w karierze” – córka tak mówi o ojcu? teść? może “liczył na pomoc drogiego papy” czy coś w tym stylu;

– “To też, ale tylko.” – zabrakło “nie”;

– “Adam nadal miał też wrażenie” – tutaj mam wrażenie nadmiarowości – “nadal” i “też”: oba są potrzebne?;

– “Człowieka, którego sam rekomendowałem do biura, (…) z dala od mojego biura” – trochę “biura” za dużo.

 

No w każdym razie – bardzo smaczny ten Twój ptyś :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki, Staruchu, za miłe słowa i klika :)

 

Kilka powtórzeń sama zauważyłam – tekst powstawał w biegu z przyczyn obiektywnych i nieprzyjemnych, sama nie bardzo go miałam czas przeczytać ,więc mam je już odznaczone w kopii roboczej i poprawię, jak tylko znów będzie wolno… Dzięki za wskazanie innych, niezauważonych :)

 

no niby może być, ale moim zdaniem lepszą imersję uzyskałabyś, stosując dagerotypy;

Wiem, że ludzkości tak się kojarzy, ale w późnych latach ‘50 to już nie musi być dagerotyp, który nie pozwala na uzyskiwanie większej liczby odbitek i jest dość drogi w związku z tym. Z tego okresu pochodzą już łatwo powielane fotografie (nabyłam kiedyś za całe 5 euro album na targu staroci, miodzio…).

 

zbijalo mnie z tropu, jak czasem ni stąd, ni zowąd przeskakiwałaś od wspomnień do chwili obecnej i z powrotem, niczym tego nie sygnalizując

Bo w mocno spersonalizowanej narracji to Adam wspomina coś, co było nieco wcześniej albo rozmówca wywołuje takie wspomnienie. Lubię taką technikę narracyjną i mam nadzieję przyzwyczaić do niej fantastów. Nie jestem zwolenniczką linearności ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Spokojny żywot prowincjonalnego przedstawiciela klasy średniej – pomyślał Adam. – Dzień za dniem to samo. Nuda. Rutyna.

To zdanie wydaje mi się zbędne. Wszystko wynika z kontekstu. Początek opowiadania aż kipi spokojem prowincjonalnego miasteczka.

Adam mimo woli uśmiechnął się, ale potem przypomniał sobie opowieść Royera o wymyślanych w biurze przestępstwach.

Odwróciłbym szyk.

– Pan Legrand oczywiście nie miał wrogów, prawda?

– Niefortunnie to zabrzmiało, zważywszy ostatnie okoliczności, co?

– Była załamana. Tak, załamana. Rozumie pan, prawda?

– Poza wyglądem nie widzi pan nic, co przeczyłoby jego pretensjom, zgadza się?

To są fragmenty dialogu Adama z prokuratorem. Praktycznie co druga kwestia jest pytaniem z sugestią odpowiedzi? Strasznie dużo tego nagromadziłaś w jednym miejscu. Czy to jest zamierzone?

Drobne gesty człowieka, który dotychczas zachowywał całkowity spokój i był w pełni rozluźniony, podpowiadały, że wreszcie udało się trafić w czuły punkt.

Lepiej byłoby zostawić tylko opis tych drobnych gestów, a konkluzję zostawić czytelnikowi do wyciągnięcia.

zajadając kanapkę z suszoną wołowiną i serem z Rocamadour

Więcej tego typu detali. One robią klimat. Nie wiem jak wygląda ser Rocamadour, ale aż czuję “smród” tego sera.

Po prostu stał i nie mógł się zdecydować, żeby wejść do środka.

żeby → czy

– To był zwykły dzień – powiedział zmęczonym głosem. – Florence akurat była u rodziny w Tuluzie, miała wrócić w południe.

Tu jest pewna niekonsekwencja. Rozpoczynasz sekcję od tego jak Adam zastanawia się, czy odwiedzić Florence, a potem bez ostrzeżenia przechodzisz do retrospekcji jego rozmowy z Gilbertem.

– Nigdy wieczorem ani w biurze nie marzył pan o tym, żeby stać się kimś innym? –

Wieczór określa porę, a biuro miejsce. To “ani” między nimi mi nie pasuje.

albo choćby na przykład podróżnikiem.

Jedno z tych słów bym wywalił.

Jeśli wierzyć dalszej opowieści, w przykrótkich spodniach i zbyt ciasnym surducie, mając w kieszeni całą gotówkę, jaka była w domu, udał się na stację kolei.

Przemyśl to zdanie. Brzmi trochę jakby opowieść była w przykrótkich spodniach.

Z jakichś konkretnych powodów czy nie ufał całkowicie bankom?

Coś tu poszło nie tak.

Który z nich był prawdziwy? I dlaczego tym wszystkim tak bardzo przejmował się prokurator?

Czy to nie powinno być kursywą?

 – To też, ale [+nie] tylko.

Chwilowo znajdującego się w obcym ciele starszawego, korpulentnego urzędnika.

Dlaczego “chwilowo”? Sugerujesz w ten sposób, że to się zmieni. Wykluczasz tym samym opcję, że Adam zostanie w nieswoim ciele na zawsze.

 Komisarz Gaillard stał w kącie z miną osoby, która dowiedziała się, że ziemia jest jednak płaska, przyjęła to do wiadomości, ale nadal usiłuje poukładać sobie wszystko w głowie. Czekano na dwie ostatnie osoby.

Specjalnie przecież poprosił Gaillarda, żeby zapewnił specjalnemu gościowi odpowiednią strawę.

Ciastko jako “strawa”? :/

zauważył jednak również, że w tej jakże celnej hipotezie coś się nie zgadza.

przecinki? 

 

To tyle, jeżeli chodzi o uwagi do tekstu. Wrócę jeszcze z ogólnym komentarzem. Na razie klikam bibliotekę.

 

Dzięki, Chrościsko :)

 

Wszelkie poprawki ogarnę we właściwym, pokonkursowym czasie; zważywszy tryb kończenia tekstu i przycinania go do limitu, i tak jest ich niewiele :/

 

Dlaczego “chwilowo”? Sugerujesz w ten sposób, że to się zmieni. Wykluczasz tym samym opcję, że Adam zostanie w nieswoim ciele na zawsze.

Bo to jest narracja z punktu widzenia bohatera, który będzie tak zakładał, choćby miało to być zaklinanie rzeczywistości… Ale przemyślę sformułowanie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jest to opowiadanie napisane w bardzo typowym dla Ciebie stylu. Takie, w którym nawet jakby pozmieniać imiona postaci oraz miejsca, oczywiste by było, że napisała go Drakaina.

Napisane bardzo poprawnie, żeby nie powiedzieć, że sterylnie. Fabuła przemyślana, od początku podajesz tajemnicę, którą bohater ma rozwiązać, i rozwiązuje ją stopniowo przez całe opowiadanie.

Swoją drogą, całkiem przyjemny kryminał Ci wyszedł.

Co do francuskości Twojej Francji, to nawet nie będę o tym wspominał. Wszystko, co piszesz biorę za dobrą monetę i wierzę Ci, że w tamtych czasach i w tamtych miejscach, tak właśnie życie wyglądało.

 

Początek bardzo leniwy, powolny, rzekłbym nawet nudnawy. Długo każesz czytelnikowi czekać, aż zagadka się stanie intrygująca. Zastanawiałem się, czy jest to efekt zamierzony, pokazanie rutyny, powtarzalności i nudy prowincjonalnego miasteczka?

Jeżeli tak, to w moim przypadku odniosłaś Pyrrusowe zwycięstwo. Oddałaś ten klimat skutecznie, ale jednocześnie zanudziłaś mnie jako czytelnika i nieco zniechęciłaś do opowiadania.

Aż zatęskniłem za agresją Wiktorii z prologu #prayfornorton, za którą ją potępiłem. Niechby, chociaż kelnerka w kawiarence przy rynku rozbiła czajniczek z herbatą. Albo na bulwarach nad rzeką, pudelek spacerującej madame obszczekał Adama. A tu nic:

rzeka toczyła leniwe wody pod średniowiecznym mostem

drzewa właśnie okrywały się wiosenną zielenią.

Royer wpatrywał się w spokojny nurt rzeki.

Komisarz przez chwilę przesuwał czubkiem buta kamyki leżące na ulicy

Wzrok prokuratora powędrował za okno, skąd dochodziły zwykłe odgłosy ulicy

Drugą kwestią, która sprawia, że nie potrafię się zanurzyć w Twój świat, są głowni bohaterowie. Zarówno Adam, jak i Vidocq, wydają mi się miałcy, mało męscy, obcy. Nie potrafię wejść w ich skórę. Pamiętam z komentarzy Twoich wcześniejszych opowiadań, że piszesz je często na podstawie oryginalnych pamiętników i że tacy Ci mężczyźni wówczas byli. Nie przeczę, że masz rację, ale nie zmienia to faktu, że dla mnie jako czytelnika, są mentalnie zbyt odlegli. Jakby brakowało im testosteronu.

Czytając o nich, czuję się jakbym oglądał klasykę kina lat 60-tych. Wiem, że oglądam filmowe arcydzieło, którym zachwycały się pokolenia krytyków, ale nie zmienia to taktu, że takie kino mnie nie pociąga i nie potrafię się w nim odnaleźć.

Spośród wszystkich Twoich opowiadań najlepiej wspominam to “Zimę”. Tam akcja działa się również w XIX w., ale postaci, drobna polska szlachta, były swojskie, namacalne, potrafiłem się wśród nich odnaleźć i zatopić w opowieść. Tak więc wychodzę z założenia, że to nie styl nie jest problemem, a właśnie konkretni bohaterowie.

 

Dużo bardziej mi się podobała druga część opowiadania. Jak już splotłaś odpowiednią ilość nitek i wątków postaci, zagadka mnie zaciekawiła i czytałem z przyjemnością.

Sam pomysł na fabułę dobry. Fajny twist ze zmianą wyglądu Adama. Zakończenie sympatyczne.

Podsumowując, pomimo powyższych krytycznych uwag, tekst oceniam pozytywnie. Zastrzeżenia zaś wynikają głównie z moich preferencji i upodobań, a nie z wad opowiadania.

 

Moja ocena: 5.0/6.

Jakby brakowało im testosteronu.

Widzisz, ja mam alergię na bohaterów z testosteronem. Mam dość policjantów z wszystkich możliwych kryminałów, którzy frustrację zalewają alkoholem, gadają o kurwach i kurwami rzucają oraz nadużywają przemocy. Mam dość tak rozumianej “męskości” bohaterów literackich. Nie znoszę jej u jej “wysokich” źródeł, jak Hemingway, nie cierpię w literaturze średnich lotów (np. Lowry), nienawidzę we współczesnym kryminale – jest tam już tak do niemożności sprana i wyeksploatowana, że dla mnie właśnie nudna

Może jest to jeden z powodów, dla których wybrałam czasy, kiedy savoir-vivre miał się dobrze. Co nie jest tylko wymysłem osób stęsknionych za takim światem, ale znajduje sporo potwierdzenia w źródłach właśnie. (Ostatnio czytałam bardzo fajny tekst o tym, że francuskich żołnierzy zachęcano, a nawet dyscyplinowano do wyrażania się kulturalnie, a wyzwiska wobec żołnierzy ze strony oficerów – cecha charakterystyczna np. Wellingtona – były bardzo źle widziane, nawet karane). A zatem kreacja jest dość zamierzona, zwłaszcza w tej serii “urban fantasy”.

Mam też dość babrania się przez kryminały w bebechach i rozkoszowania opisywaniem najniższych warstw społecznych (o których autorzy mają zazwyczaj marne pojęcie, więc wychodzi to sztucznie i płasko), dlatego piszę raczej o sprawach rozgrywających się w okolicach klasy średniej, choć debiutanckie opowiadanie na tym forum miało innego głównego bohatera. Nie wykluczam zagłębienia się raz jeszcze w prozę naturalistyczną i napisania opowiadania w klimatach “Germinala” Zoli, ale to musi poczekać na odpowiedni pomysł (mam jeden, ale nie do tej serii).

 

PS. To skądinąd bardzo ciekawe, bo Twoi bohaterowie nie są przecież typowo “testosteronowi”…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Widzisz, ja mam alergię na bohaterów z testosteronem. Mam dość policjantów z wszystkich możliwych kryminałów, którzy frustrację zalewają alkoholem, gadają o kurwach i kurwami rzucają oraz nadużywają przemocy. Mam dość tak rozumianej “męskości” bohaterów literackich.

Myślę, że mamy zupełnie inne pojęcie tego, co rozumiemy poprzez testosteron.

To nie frustracja ani chamstwo, ani przemoc.

 

Miałem tu na myśli pewne cechy osobowości: zdecydowanie, pewność siebie, skłonność do rywalizacji, przebojowość, wyrazistość, pokonywanie własnych słabości.

 

To skądinąd bardzo ciekawe, bo Twoi bohaterowie nie są przecież typowo “testosteronowi”…

Nie są i nie będą.

Typowa “testosteronowatość” to tylko otoczka, jak słusznie zauważyłaś, dość zużyta. Chodzi mi o siłę umysłu. O to, że taki “policjant” właśnie w obliczu problemów nie popadnie we frustrację i nie będzie się zapijał na umór, a weźmie się w garść i przetrwa kryzys.

No widzisz, czyli jednak się zgadzamy, choć cieszę się, że wyartykułowałam to powyższe credo ;)

 

Czyli myślę, że u mnie to trochę kwestia epoki, ale też świadomy wybór – Adam ma być taki trochę sprawiający wrażenie niezdecydowanego, bo mam w zanadrzu kilka tekstów, w których tak nie jest (z opublikowanych zalążek tego jest w “Noir”, aczkolwiek może nie dość mocno podkreślony) – i odmienne działanie ma być ich ważnym elementem. Uważam, że fajniej jest, jeśli bohater robi coś, czego się po nim nie spodziewamy, a biografie moich bohaterów są rozpisane na wiele tekstów… Co oczywiście jest wadą, jeśli czyta się je w oderwaniu od innych – jestem świadoma tej słabości.

 

Miałem tu na myśli pewne cechy osobowości: zdecydowanie, pewność siebie, skłonność do rywalizacji, przebojowość, wyrazistość, pokonywanie własnych słabości.

Ale dlaczego to ma być cecha męskości i testosteron? Mam wrażenie, że część z tych cech posiadam na przykład ja, a jestem mimo wszystko kobietą… I czy mężczyzna, który jest inny, naprawdę przestaje być mężczyzną?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Właśnie. A czy Adam lub Vidocq mają jakieś żony/kochanki/przyjaciółki?

Zawsze są sami. Zawsze traktują kobiety bardzo “profesjonalnie” i szarmancko. Nie pokazują po sobie tego, że któraś wpadła im w oko. Nie oceniają ich przez pryzmat “atrakcyjności”.

Może to właśnie o to chodzi? Czegoś mi w nich brakuje, co nie do końca potrafię zdefiniować.

 

Pamiętam, że w którymś z opowiadań pojawiały się wątki pachnących liścików, ale wciąż było to bardziej kulturalne i poprawne zachowanie, niż pełnokrwiste uczucie.

 

EDYTA:

 I czy mężczyzna, który jest inny, naprawdę przestaje być mężczyzną?

Nie, nie przestaje, ale trudniej go zrozumieć o ile się nie wywnętrza. A Twoi bohaterowie zwykle snują rozważania nad sprawami, z którymi przyszło im się parać, niż nad własnymi uczuciami.

 

Ale dlaczego to ma być cecha męskości i testosteron? Mam wrażenie, że część z tych cech posiadam na przykład ja, a jestem mimo wszystko kobietą…

Możesz to uznać za niefortunny skrót myślowy.

czy Adam lub Vidocq mają jakieś żony/kochanki/przyjaciółki?

To jest niestety brzemię uniwersum… W jednym tekście, który pewnie długo nie ujrzy światła dziennego, choć jest prawie skończony (ale jest długą i skomplikowaną fabularnie powieścią, którą po doświadczeniach forumowych muszę mocno przemyśleć), pada odpowiedź na to pytanie.

W opowiadaniach – zwłaszcza limitowanych objętościowo – nie bardzo jest na to miejsce, podobnie jak na wywnętrzanie. Zwłaszcza że istnieje ryzyko pojawienia się marudy z drugiej strony barykady, która (maruda) zapyta, po co wrzucam niezwiązany z główną fabułą wątek prywatny, skoro nic on nie wnosi do opowiadania ;)

Ale może dobra wiadomość: przygotowuję właśnie dla Fantazmatów zbiór mikropowieści i opowiadań z dokładnie tego cyklu (z forumowych będzie tam tylko “Jeśli wykluczysz możliwe” i Legrand), gdzie postaram się upchnąć nieco więcej informacji o życiu prywatnym bohaterów, bo będzie na to miejsce, a i ciągłość fabularna tego się domaga.

 

No i przyznam, że nie miałabym nic przeciwko temu, żeby czytelnicy powzięli na jakimś etapie wątpliwości co do preferencji zwłaszcza Adama ;) Planuję opowiadanie z tego typu kwestią obyczajową w tle, więc coś takiego mogłoby być przydatne. A Adam ma powody do pewnego rodzaju “wycofania” i introwertyczności. Wiem, że te wszystkie wyjaśnienia nijak nie usprawiedliwiają niedociągnięć i niedopowiedzeń wynikających z uniwersumowości tych historyjek, mam nadzieję, że zbiorek to choć trochę wynagrodzi – forum jest przecież głównie areną sparingową i poligonem doświadczalnym…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No i przyznam, że nie miałabym nic przeciwko temu, żeby czytelnicy powzięli na jakimś etapie wątpliwości co do preferencji zwłaszcza Adama ;)

Ha… interesujące.

 

Wiem, że te wszystkie wyjaśnienia nijak nie usprawiedliwiają niedociągnięć i niedopowiedzeń wynikających z uniwersumowości tych historyjek, mam nadzieję, że zbiorek to choć trochę wynagrodzi – forum jest przecież głównie areną sparingową i poligonem doświadczalnym…

Wygląda na to, że może niepotrzebnie w krótkich formach opierasz się na tych samych postaciach i uniwersum. Ewidentnie jest to materiał na rozbudowaną powieść, a serwując nam jedynie urywki większej całości, zawsze czegoś brak.

– Na ostatnią chwilę.

– Na styk w limicie znaków.

– Na bardzo dobrym poziomie . :)

 

Ode mnie krótko.

Nie będzie piania z zachwytu nad tekstem, bo też (przynajmniej dla mnie) nie było jego rolą wzbudzenie podziwu nad pomysłem czy treścią. Dla mnie to nie ten typ opowiadania.

Od przedstawionej przez Ciebie propozycji oczekiwało się:

– Ciekawego problemu/ intrygującej zagadki.

– Poszukiwania odpowiedzi, które nie znuży czytelnika (a wręcz spotęguje początkową ciekawość).

– Rozwiązania, które nie zepsuje odbioru tekstu (czyli nie będzie zbyt sztampowe).

W Twoim opowiadaniu znalazłem w zasadzie wszystko.

Pomysł wydał mi się bardzo ciekawy. Droga do rozwiązania chyba trochę zbyt długa. Chociaż w takich przypadkach nigdy nie wiem, czy uznać to za wadę. Bo ta zbyt długa droga może oznaczać równie dobrze “przeciągnięty” początek, jak i moją skrajną ciekawość odpowiedzi (czyli zwykłą niecierpliwość). O rozwiązaniu złego słowa nie napiszę.

W sumie bardzo przyjemne opowiadanie.

 

 

 

Wygląda na to, że może niepotrzebnie w krótkich formach opierasz się na tych samych postaciach i uniwersum

Nie jestem w stanie pisać tylko powieści, bo i umieścić je gdzieś jest trudniej… Opowiadaniami chcę zbudować sobie nazwisko, żeby potem było łatwiej z innymi formami. Poza tym po co wprowadzać inne postacie do opowiadań o tym samym “Archiwum X”, jak ktoś to słusznie nazwał?

Dobra, jedna, napisana w 1/3 powieść, ma już chętnego wydawcę, ale to jest powieść o m.in. ojcu Adama… Opowiadania, które będą w Fantazmatowych antologiach, a i w Creatio Fantastica, też akurat są z czasów wcześniejszych, choć uniwersum to samo i bohaterowie są z sobą powiązani.

“Zima” też jest z uniwersum – tam cameo appearance ma nienazwany ojciec Adama oraz nazwany ojciec jego sekretarza, który pojawia się w Dragonezie i w “Jeśli wykluczysz…”

 

CM – bardzo dziękuję, polecam się na przyszłość :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Chyba za późno w tekście pada nazwisko Adama… Ponadto – czemu komisarz rozmawia z Adamem w kawiarni, a nie w komisariacie, prezydium policji? Dziwne.

Jeszcze wrócę.

Pozdrówka.

Bo sprawa jest dziwna i nietypowa – ot tak. A poza tym świat nie zawsze był tak sformalizowany, jak jest dzisiaj… ;) No i RODO nie było, więc można sobie przy kawce i croissancie pogwarzyć o innych…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wtedy chyba tak było, ale mentalność policjantów chyba jednak była podobna do dzisiejszej, tym bardzie, że Adam jednak przybywa z misją urzędową. Ale to była Francja, a poza tym jest to szczegół.

Ciekawy tekst, dobry pomysł. Jednakowoż trochę się ciągnie. Powiedziałbym, że jest trochę za dużo smaczków, a za mało dramatyzmu. I chyba brakuje, jako kontrapunktu, rysu posępności.

Ale napisany jest bardzo dobrze.

Pozdrówka.

Nieoczekiwana zmiana miejsc?

Sympatyczny tekst, chociaż oparty na nie całkiem nowych ideach. Skojarzyło mi się z jakimś oglądanym w dzieciństwie polskim filmem, w którym ojciec i syn zamienili się miejscami.

Postacie znane, ciastka niezmienne, zagadka nowa.

– To też, ale tylko.

No i celowanie w limit szlag trafił. ;-)

Babska logika rządzi!

Limit tak naprawdę to wyszedł przypadkiem, a szlag go trafił, jak wykryłam powtórzenia ;)

Dzięki, anyway, za wyłapanie tej paskudnej pozostałości po skrótach…

 

Jeśli chodzi o inspiracje, to akurat takiego filmu nie kojarzę, natomiast w bardzo dalekim tle jest znana historia ze znacznie wcześniejszych czasów, za to dziejąca się mniej więcej w tamtej okolicy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Świetne opowiadanie, trzyma się klimatu epoki. Intryga rozwija się z wolna, ale jednocześnie pozostawia czytelnika w niepewności. Cały czas miałem niejasne przeczucie, albo wrażenie iż znajdzie się logiczne wytłumaczenie, może to z powodu, iż kiedyś oglądałem film pod tytułem “Powrót Martina Guerre“ 

Samo zaś zakończenie było świetne i jednocześnie zaskakujące. jestem na tak :) 

Dobre, detektywistyczne opowiadanie. Nie wiem, dlaczego jeszcze nie znalazło się w bibliotece. Z przyjemnością kliknę.

Co mi się podoba:

*czystość narracji,

*podobieństwo do klasyki (Christie),

*zagadka, której sens odsłaniasz.

 

Jeśli chodzi o opinie przedpiśców, to dla mnie nie toczy się (na początku) zbyt wolno, lecz ok:) Zastanawiam się, czy nie jest to aby związane z internetowym czytaniem?

Porównanie do „człowieka bez właściwości” – bardzo dobre.

 

Jeśli chodzi o minusy to chciałabym/ marzyłabym o:

* pogłębieniu postaci,

* tła – lecz, przez inne zmysły niż wzrok, silniej i mocniej, niż to obecnie jest.

 

Drobiazgi zauważone, wyrzuciłabym, lecz to może być moja maniera (nadmiarowa):

‚ Po co panu ta cała zabawa? – dodałabym „była”

‚ Najchętniej porozmawiałbym z szanowną małżonką, a także może (+z ) kimś z jego biura. 

, skonstatował natychmiast, krzywiąc się lekko

‚ Adam westchnął, usiadł… na przyniesionym przez młodego adepta policyjnego fachu nieco sfatygowanym krześle i wskazał rozmówcy pryczę – gospodarzem w celi był Legrand?, więc może niepotrzebne?

‚ Oczywiście, na wiosnę nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że powiewy wiatru zgasiły wszystkie świece, a nawet lampy naftowe

. choć bardzo mocno

‚ ja wtedy jakoś tak dziwnie poczułam

‚ najlepszej tawernie w mieście” – tawernie?

 

Gratulacje, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

MPJ – brawo za jakże słuszne skojarzenie z Martinem Guerre – ta historia (autentyczna z XVI w. i z właśnie tych okolic, choć trochę bardziej na południe) była oczywiście daleką inspiracją :) Tytuł oczywiście też z tego

 

Asylum – dzięki za uwagi, uwzględnię, jak już będzie wolno

 

przez inne zmysły niż wzrok

To może być trudne, bo ja jestem radykalnym wzrokowcem i mimo że bez muzyki żyć nie potrafię, najwyraźniej wzrokowość rzuca mi się na pisanie… Postaram się nad tym popracować, ale możesz ewentualnie rzucić konkretami – czego brakuje? zapachów? dźwięków? czegoś jeszcze innego?

 

Idę sobie kliknąć tę bibliotekę jako użytkownicy ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Każdy jest wzrokowcem przez edukację – trening, a co do uwag to “feel free”, nie są istotne; kocham pewien rodzaj elegancji i prostoty, natomiast zmysłów rzeczywiście brakuje, chociaż nie mam pojęcia, czy w opowiadaniach to możliwe i jak to zrobić. Daj mi czas, na zerknięcie do zbiorów współczesnych opowiadań:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Każdy jest wzrokowcem przez edukację

Ale różni ludzie w różnym stopniu. Zaobserwowałam, że jak oglądamy filmy z przyjaciółką, to ona patrzy na nazwiska w obsadzie (które w przypadku aktorów drugoplanowych zazwyczaj mi nic nie mówią oraz nie kojarzę nazwiska z wyglądem) i oznajmia “o, tego faceta widziałyśmy w tym i tym”, a potem w środku filmu ja krzyczę “o, tego faceta widziałyśmy, zaraz ci powiem, w czym”, bo rozpoznaję twarz (przyjaciółka nie) i muszę tylko z pamięci wywołać odpowiedni obraz, żeby skojarzyć dokładnie, w czym to było (włącznie z epizodami). To jednak świadczy o odmiennym typie pamięci i ważności bodźców…

Audiobooki dla mnie praktycznie nie istnieją – nie potrafię się skupić na treści, piny i inne ciągi liczb widzę, a nie pamiętam abstrakcyjnie, dwa wydania książki z innym układem stron to dla mnie dwie odmienne lektury itd.

Ale zacznę ćwiczyć np. opisywanie zapachów, w końcu akurat gdzie jak gdzie, ale we Francji ich różnorodność jest olbrzymia…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opowiadanie bardzo mi się podobało, również dlatego, że miałam wielką ochotę przeczytać coś hmm… spokojnego. Wyjątkowo odpowiadało mi, że akcja toczy się niespiesznie, a ja mogę koncentrować się na kolejnych postaciach i powoli stopniowo zapoznawać się z intrygą. To dało mi dużo możliwości, jeśli chodzi o domysły. 

Gdzieś w komentarzach padło już nazwisko Christie. Miałam takie samo skojarzenie.

Ciekawe opowiadanie, takie do poczytania dla odprężenia. Akcja toczy się niespiesznie i składa się z kulturalnych rozmów przy herbatce i ciasteczkach. Sprawa też nie jest jakaś wielce kryminalna, właściwie nikt nie popełnił nawet przestępstwa. Taki Poirot, tylko bez trupa ;) Czytało się przyjemnie, chociaż ja gustuję jednak w bardziej intensywnych kryminałach.

Kolejne opowiadanie ze znanymi bohaterami, dziejące się w czasach też dobrze już znanych, tyle że tym razem mamy do czynienia z sytuacją wymykająca się rozumowi – spełnianie się marzeń, magiczna wędrówka osobowości do innych powłok cielesnych i wynikłe stąd zagadki i komplikacje. Podoba mi się, że opowiadasz tę historię niespiesznie, zdobisz ją detalami, ale umiarkowanie – ot tak, aby raz jeszcze wrócić do minionych czasów, poczuć klimat epoki…

 

– Le­grand znik­nął czte­ry lat temu. –> Literówka.

 

– Nie wy­glą­da mi pan na na­stęp­ne­go kan­dy­da­ta na męża – oznaj­mił z prze­ką­sem, przy­glą­da­jąc się uważ­nie ubra­niu Adama. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

pani Le­grand skry­wa prze­ra­że­nie i nie­pew­ność. Nie był tylko pewny… –> Jak wyżej,

 

Flo­ren­ce Le­grand pa­trzy­ła na niego z nie­uda­nym zdu­mie­niem. –> Czy mam rozumieć, że pani Legrand nieudolnie udała zdumienie?

Proponuję: Flo­ren­ce Le­grand pa­trzy­ła na niego z nie­uda­wanym zdu­mie­niem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze napisane, fabuła złożona, przemyślana i spójna. Plus za domknięcie wszystkich wątków. Niemniej jako całość niespecjalnie mi podeszło. Pewnie to głownie kwestia gustu, ale tak czy inaczej postaram się napisać, co mi nie pasowało, może moje uwagi coś wniosą.

Odniosłem wrażenie, że opowiadanie jest przede wszystkim łamigłówką intelektualną (to chyba redundancja, ale to w celu podkreślenia ;)), natomiast brakuje w nim emocji. Bohaterowie niby są w niezłych tarapatach, ale nie czuje się tego. Nie ma zwrotów akcji, wszystko dzieje się spokojnie, a śledztwo posuwa się do przodu gładko, bez problemów i zagrożeń.

 

Royer był opanowany, jakby nie przejmował się własną sytuacją, choć ta nie była szczególnie wesoła.

Zbędne są takie wyjaśnienia typu “choć ta nie była szczególnie wesoła”, jest to oczywiste z kontekstu.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Fajne, podobało mi się :)

Można powiedzieć, że kolejnymi opowiadaniami z serii wyrobiłaś sobie pewną markę :) Jak zawsze czuć klimat, jak zawsze wyraźne postacie i zagadka w tle. W tym wypadku bardzo intrygująca, oparta o pytanie: “a co gdybym mógł być kimś innym?” Odpowiedź na końcu spodziewana, ale nadal satysfakcjonująca. Jednak czułem, że brakuje mi trochę w tekście jakiegoś czerwonego śledzia. Adam idzie bowiem prosto do rozwiązania, analizuje każde zdanie, a ewentualne zmyłki (jak np. romans żony i prokuratora) szybko zostają wyjaśnione. Dosyć prostolinijne.

Literacko tekst dobrze opowiedziany, klimatyczny. Solidnie przygotowany i zrealizowany koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Z przyjemnością wróciłam do Twojego uniwersum. Początek przykół moją uwagę. Pomimo dość szybkiego domyślenia się istoty problemu i tak czytałam dalej ciekawa jak się wszystko ułoży. Zakończenie pasuje, choć przez myśl przemknął mi na nie inny pomysł. W ciekawy i platyczny sposób prowadzisz akcje, z lekkim żartem, co lubię.

 

[…] niedługo przez zniknięciem Gilberta – chyba przed zniknięciem?

 

Powodzenia:)

I’m back after a not-so-commercial break, więc hurtowo:

 

NWM – bardzo dziękuję za tę “markę” :) Co do śledzia – limit, panie… Ale ponieważ opowiadanie powędruje do zbiorku, który przygotowuje się dla Fantazmatów, akurat w tym tekście zamierzam trochę tego i owego dołożyć ponad konkursowe ramy, więc może i rybka się zmieści ;) Takoż emocje, o które upomniał się Bardzozły Wilk przemyślę w wersji publikowanej.

 

MoniqueM, Anet, Reg, Rosso – dzięki za miłe słowa!

 

Wszelkie wasze poprawki oczywiście uwzględnię w odpowiednim czasie.

 

Bio-Hazardzie – mnie właśnie znudziły “intensywne” kryminały; nie wiem wprawdzie, jakich autorów cenisz szczególnie, ale Larsson mnie zniesmaczył, podobnie jak np. Krajewski – nie czym innym jak nadmiarem. I celowo postanowiłam pisać w innym stylu, a akurat na dodatek to opowiadanie jest z bardziej “pogodnej” i zahaczającej o urban/rural fantasy (ale nie paranormal romance) serii, parakryminalnej właściwie. Niemniej mam w zanadrzu też prawie skończoną powieść z tymi samymi bohaterami, gdzie fabuła jest zawikłana, mroczna, oparta na autentycznej i wyjątkowo paskudnej i do dziś niewyjaśnionej zbrodni… Ale porównanie z Poirotem mnie cieszy :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niemniej mam w zanadrzu też prawie skończoną powieść z tymi samymi bohaterami, gdzie fabuła jest zawikłana, mroczna, oparta na autentycznej i wyjątkowo paskudnej i do dziś niewyjaśnionej zbrodni

Chętnie przeczytam :)

Lubię Twoje opowiadania z tej serii, Drakaino. O ile wątki z “czarnym” zdecydowanie mnie nie przekonują, o tyle jak ich nie ma, to zwykle jestem bardzo zadowolona ;)

 

„Jak zajrzysz dalej, zobaczysz główny argument: „Przecież chyba rozpoznałabym człowieka, z którym spędziłam ponad pół życia!”[+.]

 

„…nadal miał ten sam zniechęcony wyraz twarzy, co godzinę temu, kiedy Adam zobaczył go po raz pierwszy, był to inny rodzaj rezygnacji niż ta, która biła z postawy i miny mężczyzny na zdjęciu.

– Tak – mruknął Royer czy Legrand, czy jakkolwiek naprawdę się ten mężczyzna nazywał. – W całych trzydziestu egzemplarzach. Na więcej nie było mnie stać. – Zawiesił głos. – Zwłaszcza że doszły też inne wydatki – dodał niechętnie.”

 

„Historia opowiedziana mu przez podejrzanego była dziwaczna, ale mogła też stanowić sprytne zmyślenie. Rzekomy Legrand utrzymywał, że ilekroć wymyślał jakieś przestępstwo, wkrótce podobne akta lądowały na jego biurku. Z początku uznawał to za zbieg okoliczności, ale kiedy z gazety dowiedział się o wyjątkowo perfidnym włamaniu…”

 

Ogólnie mam wrażenie, że są tu fragmenty, gdzie „ale” pojawia się dość często.

 

„– Chodzi zapewne [+o] mojego ojca – przerwał mu Adam”

 

„Adam milczał nadal, mając nadzieję, że przedłużająca się cisza sprowokuje prokuratora.

– Pan się widział z aresztantem? – zapytał w końcu.

Mercadier skrzywił się.

– Poza wyglądem nie widzi pan nic, co przeczyłoby jego pretensjom, zgadza się? – podpowiedział.

– To jest oszust. Bardzo sprawny, ale oszust – oznajmił prokurator.”

Kto „podpowiedział”? Bo z kontekstu wynika, że Mercadier, to on był ostatnim podmiotem. Ale prokurator wypowiada następną kwestię. Brak dookreślenia podmiotu.

 

„…pod warunkiem, że miało się doświadczenie pracy w biurze do spraw specjalnych.” – Co to jest doświadczenie pracy?

 

„– To też, ale tylko.” – Ale nie tylko?

 

„…było coś takiego, ale sprzedało się na pniu.

– Zdołałem zainteresować sobą literacki światek, ale marzyłem wciąż tylko o tym…”

 

„– Dałby pan spokój z tytułami – mruknął Adam w zamyśleniu. Coś nie dawało mu spokoju.”

 

„– Wie pan – powiedział – ta sprawa chyba za bardzo pana pochłania, a nie wiem, czy jest tego warta.

– Każda zagadka jest warta rozwiązania – odparł sentencjonalnie Adam. – Tylko niektóre sprawiają wrażenie…”

 

„Jeśli coś takiego istniało – napomniał sam siebie. – To tylko domysły.”

Brak dookreślenia podmiotu. Napomniał sam siebie Adam. Jego imię nie pada od samego początku akapitu/fragmentu.

 

„Zaskoczenie było tak ogromne, że panika powoli torowała sobie drogę do jego myśli.” → Zaskoczenie było tak ogromne, że panika torowała sobie drogę do jego myśli powoli.

 

„Dało się jednak wyczuć, że pod fasadą opanowania pani Legrand skrywa przerażenie i niepewność. Nie był tylko pewny, czego lękała się bardziej: dziwnego zdarzenia, które postawiło świat na głowie, czy perspektywy powrotu do życia sprzed czterech lat.”

W tym drugim zdaniu brak jest dookreślenia podmiotu. Kto nie był pewny?

 

„A więc jednak świat nie wyszedł całkowicie z normy.” – Mam wątpliwości co do zwrotu „wychodzenie z normy”. Czy aby na pewno jest to poprawne?

 

 

Krótkie podsumowanie: to, że tak dobrze czujesz się w klimatach, po których poruszasz się od dawna, wspaniale procentuje. Widać, że wiesz, co piszesz, masz plan, znasz swoich bohaterów i realia itp., więc z każdą nową historią tym łatwiej prawdopodobnie odmalować Ci kolejny pomysł, kolejną fabułę. Pomysł zawarty tutaj jest ciekawy, udatnie przedstawiony, pozostawia dreszczyk zaciekawienia, “co będzie dalej”, a przy tym opowiadanie daje radę jako osobna całość. Lubię to. Gratuluję też powodzenia w konkursie ;)

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, bardzo Ci dziękuję :) Teraz, pokonkursowo, mogę sobie pozwolić na odrobinę osobistych wyznań: tekst wymyśliłam wcześniej, ale pisałam głównie w okresie, kiedy dowiedziałam się, że prawdopodobnie będę musiała iść do szpitala, deadline zaś był w dniu, kiedy okazało się, że na pewno (jestem już z powrotem w domu). Nie wierzyłam, że je skończę, ale nieskończenie byłoby w tej sytuacji poddaniem się i porażką, a tego nie chciałam. Niemniej przykrawanie do limitu i ostatnie poprawki (bez szans na żadne, choćby pozaportalowe betaczytanie – rybak powinien się zachwycić) były już przy na pewno i już w weekend zauważyłam sporo błędów (między innymi nieszczęsne brakujące “nie” ;))

 

Wszystkie poprawki wprowadzę asap, pewnie jutro, póki co zasypiam jak skowronek, a budzę się jak sowa :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka