- Opowiadanie: Rara_Avis - Opowieść o koszmarze w trzech częściach

Opowieść o koszmarze w trzech częściach

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Opowieść o koszmarze w trzech częściach

W tych ulicach coś jest. Przemierzając je, codziennie czuję tego wpływ. W chłodzie poranków odbijających się w szybach. W głuchym łoskocie obutych nóg o bruk. W szumie Bystrzycy. W hałasie, zgiełku dnia. Otacza mnie. Pochłania. Kreśli wciąż na nowo, wytycza granice mojego jestestwa.

To coś pradawnego, co usiłuje się wydostać. Obudziło się ze snu, gdy w VI w. zakładano miasto. Ewoluowało razem z nim stając się nieodłącznym elementem. Zostało i zza kurtyny mroku kieruje życiem, choć powinno być martwe.

Kocham to miasto. Chłonę miłość do Lublina wiedząc, że któregoś dnia będę musiała je opuścić…

Przecieram oczy i dociera do mnie, gdzie się znajduję. Siedzę na drewnianym parapecie w klubie, do którego wyciągnęła mnie Karina. Gdzieś w tłumie dostrzegam jej głowę trzęsącą się w rytm głośnej muzyki. Jest elektryzująca, przepływa przeze mnie i wzywa na parkiet.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się przede mną taca z drinkami. Uśmiecham się szeroko. Tak, ta noc będzie nasza. Kelner puszcza do mnie oczko gdy wyciągam rękę po szklankę z niebieską mieszanką. Ma czarujące dołeczki. W przydymionym pomieszczeniu jego oczy, podobnie jak włosy, wydają się kompletnie czarne. Dopasowana koszula pozwala wyobraźni na zabłądzenie w krzywizny ciała. Nic, tylko porwać go do tańca. Oblizuję usta. Muzyka ogłusza, nie pozwala się skupić. Podnoszę szklankę do ust i leniwie mrugam.

I wtedy to widzę. Na granicy świadomości włączają mi się syreny alarmowe i w końcu torują sobie drogę do wypranego przez muzykę mózgu. Wszystkie, jak jeden mąż, krzyczą: UCIEKAJ!

Przede mną nie stoi kelner. Przynajmniej nie naprawdę. Pod tą przystojną otoczką kryje się coś, co mogę śmiało określić chorym skrzyżowaniem piranii z karykaturą humanoidalnych kształtów. Wielkie, wodniste oczy wgapiają się we mnie z wychudzonej twarzy opatrzonej w uśmiech dwóch rzędów śmiercionośnych zębów. Całą swoją siłą woli zmuszam się do przełknięcia łyku niebieskiego paskudztwa.

Mrugam. Obraz znika. Znów wgapiam się w ciemnookiego posiadacza tacy, który obdarza uśmiechem kolejną dziewczynę. Wypuszczam delikatnie powietrze, które automatycznie wstrzymałam.

Rozglądam się. Muzyka wydaje się zbyt głośna, dezorientująca. Tancerze wyglądają, jakby nie mogli zejść z parkietu. Ich twarze wykrzywiają grymasy złości i przerażenia, niektóry padają bezwolni. Pomieszczenie stylizowane na murowane wydaje się teraz wnętrzem jakiejś starej krypty. Wzdrygam się.

– Nie smakuje ci? – cichy, pobudzający głos.

Obracam się, by zobaczyć jego źródło. Kelner stoi z do połowy opróżnioną tacą i przechyloną w pytającym geście głową. Przełykam ślinę.

– Jest pyszne – zapewniam. – Po prostu podziwiam widoki – mówię, zataczając ręką nad tańczącymi.

Powstrzymuję dreszcz, gdy na nich spoglądam i wracam spojrzeniem do Piranii.

– Jeśli ci nie smakuje, może podać coś innego?

– Jest pyszne – powtarzam. Na potwierdzenie łapię łyka i przełykam z uśmiechem na ustach. Napój staje mi w gardle, ale mężnie gram dalej.

Kelner przygląda mi się przez chwilę. To, co zobaczył chyba mu się podoba, bo kiwa głową i odchodzi w głąb pomieszczenia.

Drink pali w przełyku. Muszę iść do łazienki. Próbuję się poruszyć. Jednak zamiast w stronę korytarza, moje ciało rusza na parkiet. Nie. Błagam. Nie.

Włączam się w krąg tańczących i zaczynam wirować razem z nimi. Muzyka odnajduje drogę do mnie, otacza mnie. Stapiam się z nią i nie istnieje już nic innego. Ledwo rejestruję ciało naprzeciw mnie i ręce no moich biodrach. Liczy się tylko dźwięk. Poruszam się w wytyczonym rytmie, raduję się dostępem do tej tajemnicy. Wiruję. Kołyszę się. Gdy muzyka cichnie na chwilę, dopijam swój drink. Potrzebuję jeszcze. Chcę więcej.

Za barem uwija się plątanina wariacji na temat czerni, w różnych wariantach.

– Może postawić ci drinka? – odzywa się głos tuż przy moim uchu. Obracam delikatnie tułów, by popatrzyć w twarz rozmówcy. Wygląda dość pospolicie, lecz oczy w intensywnie miodowym odcieniu nadają jego twarzy intrygującego wyrazu.

-Chętnie – odkrzykuję w jego ucho.

Uśmiecha się.

– Co podać? – kelner pojawia się raptownie obok nas.

Mój nowy znajomy spogląda na mnie z pytająco uniesionymi brwiami. Podaję szklankę kelnerowi.

– Nie wiem, co to było, ale chętnie spróbuję jeszcze raz – mówię z uśmiechem.

Barman patrzy na szklankę, po czym szybkim ruchem przechwyca ją i podstawia sobie pod nos, węsząc. Marszczy brwi. Podnosi głowę i świdruje mnie wzrokiem.

– Skąd to masz?

Mrugam. Przez sekundę wydaje mi się, że widzę bardziej zwierzęcy pysk niż twarz. Zachłystuję się powietrzem.

– Dooobry piesek – mówię. Podnoszę ręce w uspokajającym geście. Powoli próbuję odsunąć się od baru. Uniemożliwia mi to tłok i stalowy uścisk, który raptownie czuję na nadgarstku. Przenoszę wzrok na sprawcę, którym okazuje się mój nowy znajomy. Oczy prawie świecą mu w ciemności. Są żółte.

– Co powiedziałaś? – pyta mocnym głosem, natarczywie.

– Pani ma już chyba dość – nowy ton w dyskusji odwraca moją uwagę od ślepi obok mnie.

Obracam się i widzę Piranię. Wykręcam się maksymalnie, gdy usiłuje przechwycić mój przegub i chowam się za nowym znajomym. Myślę, że jego barki to dobra linia obrony.

Gdy tylko zauważa osobnika przed sobą napina wszystkie mięśnie i wydaje się jeszcze większy niż przed chwilą. Pirania uśmiecha się szeroko na ten widok.

– O, Adam – rzuca od niechcenia.

– Wynoś się stąd – cedzi tamten. – Twój gatunek nie ma tu wstępu.

– Oh, czyżbyś zapomniał? – pyta pirania z błyskiem w oku. – Dziś Kupałnocka, niektóre zasady idą w niepamięć – uśmiecha się drapieżnie.

– Nie ta – odpowiada Adam z groźbą w głosie. – Wynoś się i nie wracaj, a zapomnę, że cię tu widziałem.

Pirania przekrzywia głowę, jakby zastanawiał się nad propozycją. Między brwiami tworzy mu się zmarszczka. Za chwilę jakby rozstrzygnął jakąś wewnętrzną walkę, rozpogadza się i z uśmiechem spogląda na mnie.

– Ona jest nasza.

– Nie! – piszczę.

– Tak – puszcza do mnie oczko. Podnosi palec do góry tłumacząc. – Nigdy nie pij nic od nieznajomego – poucza, – ale to już mamy za sobą, prawda skarbie?

Wciągam głośno powietrze przez zęby. Adam warczy.

– Co wy, plugawe wodne szlamojeby, podawaliście w moim klubie?!

– Czemu tak od razu po rodzinie? – pyta Pirania lekkim tonem. – Sama zadecydowała, którego drinka chce – wzruszył ramionami. – Nie moja wina, że wybrała akurat tego – mówi z naciskiem.

Z przodu dobiega mnie gniewne sapnięcie. Chwilę później zostaję wypchnięta w ramiona Piranii.

– Bierz i wynoś się stąd.

Pirania skwapliwie chwyta mnie za rękę i ciągnie do wyjścia. Mój opór nie robi na nim żadnego wrażenia. Gdy już mam krzyknąć, zakrywa mi usta dłonią.

– Będą z tobą kłopoty – wzdycha.

Po chwili czuję cios i wszystko zalewa czerń.

 

Mozolnie do mojej świadomości dociera gwar. Wybudzam się powoli, jest ciemno. Mrugam kilka razy dla wyostrzenia wzroku. Próbuję się poruszyć, na co ciało skwapliwie reaguje kilkoma miejscami bólu. No pięknie, będę mieć siniaki.

Zaczynam skupiać się na otoczeniu. W okręgu, który widzę, rozpoznaję płyty, pomniki, krzyże. Momentalnie trzeźwieję. Wspomnienia ostatniej nocy powracają do mnie z siłą wzburzonego oceanu. Chwilę zajmuje mi ich poukładanie w chronologiczną całość. Wzdrygam się, gdy ktoś podnosi mnie i przerzuca sobie przez ramię. Z tej perspektywy przez mgnienie widzę jaszczurzy ogon. Piszczę mimowolnie.

Jestem niesiona do miejsca gdzie gwar nasila się, choć ciężko rozróżnić głosy. Osobnik z ogonem bezceremonialnie rzuca mnie jak worek ziemniaków na podwyższenie. Sapię, gdy upadek odbiera mi dech. Nad głową pojawia się twarz Piranii. Uśmiecha się paskudnie. Stawia mnie na nogi, obraca, po czym usadawia na stołku.

– Moi drodzy, oto perełka tegorocznego połowu! – krzyczy w tłum falujący przede mną. – Jaką cenę proponujecie?

Stoi za prowizorycznym podium skonstruowanym z obrośniętej glonami skrzynki. Odrywam od niego wzrok i wpatruję się w tłum. Mrugam i wtedy zaczynam się naprawdę bać. Do podium przysuwa się szkaradna postać. Z dużymi, przerośniętymi nogami, wielkim łbem szczura i potężnymi mięśniami wygląda groteskowo. Zasysam ze świstem powietrze.

– Słodka jest – raczej stwierdza niż pyta.

Pirania traci zainteresowanie tłumem na rzecz monstrum przede mną.

– Doskonale wiesz biesie, że nie naruszamy towarów– zaczyna gderliwie. – Kup, a sam się przekonasz – kończy z wyrachowanym uśmiechem sprzedawcy samochodów.

Szczur nazwany biesem przypatruje mi się przez chwilę. Serce o mało co nie wyskakuje mi z piersi, gdy uśmiecha się pełnym uzębieniem.

– Może i masz rację – mówi z parodią uśmiechu, jaką można osiągnąć tylko posiadając taką szczękę. Stoi chwilę rozdymając nozdrza, po czym odchodzi zająć miejsce w tłumie przed sceną. Niepewnie wypuszczam powietrze, trzęsąc się.

Z tłumu podbiegają w naszą stronę młode dziewczyny. Gdy są bliżej zauważam, że z pleców wyrastają im półprzezroczyste, kolorowe skrzydła. Nagie, jeśli nie liczyć cieniutkich halek, chichoczą radośnie przy każdym kroku. Ich włosy przypominają fale, poruszają się zgodną kaskadą przy każdym ruchu właścicielek. Byłyby piękne, gdyby nie złośliwe uśmieszki czające się w kącikach ust.

– A może chciałabyś do nas dołączyć? – pyta jedna w chichocie koleżanek. Głos ma łagodny i szumiący, jak płynąca spokojnie woda.

– Moje drogie, znacie zasady – odzywa się Pirania. – Żadnych rozmów – przytyka palec do ust i mruga porozumiewawczo.

Moja rozmówczyni uśmiecha się słodko, choć z oczu zieje jej wyrachowanie. Obraca się w jego stronę.

– Skąd mam wiedzieć, czy jest odpowiednia dla nas, skoro nie słyszę jej głosu? – pyta niewinnie.

– Jak wszyscy tu obecni, doskonale wiesz, że wiłą może stać się tylko umarła młodo dziewczyna – mówi długowłosy mężczyzna, niepierwszej już świeżości, ubrany w długą szatę. – Wydaje ci się młoda?

Skrzydlata piękność krzywi się nieznacznie. Mam dopiero dwadzieścia sześć lat, do cholery!

W tym momencie podpływa do nas inne indywiduum. Włosy ma proste, długie do kostek i granatowe. Twarz szczupłą, w odcieniu niebieskim, z wysokim czołem i dużymi oczami. Gdy się porusza, na kostce dźwięczy jej spiralna bransoletka z kamykiem. Wygląda jak jedna wielka ostoja błękitu. Przysuwa się do mnie tak, że nasze twarze dzieli odległość dłoni. Dostrzegam pod jej skórą plątaninę drobnych żyłek.

– Chciałabyś suknię? – pyta głosem cichym jak tchnienie wiatru. Zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle się odezwała.

– Mi by się przydała – zwraca na siebie uwagę jedna ze skrzydlatych.

Niebieskooka odwraca się do eterycznej postaci mierząc ją stalowym wzrokiem.

– Wy, wiły – odzywa się, jakby wypluwała coś wyjątkowo paskudnego, – nie jesteście w stanie docenić kunsztu mojej pracy. Nic, tylko biegacie i rwiecie suknie. Nie wiecie, ile wysiłku muszę włożyć w zszycie ze sobą kropel rosy i nici pająków! – krzyczy i odkręca się w moją stronę. – Sądzę, że doceniłabyś moje dzieło – uśmiecha się ciepło. – W końcu, byłabyś bardzo pięknie ubraną duszą w Wyraju. Potrzebny nam ładny łabędź, który przyniesie spokojną wiosnę.

Wiły prychają jak rozzłoszczone kotki i zajmują miejsce obok szczura.

– Oblakinie i ich kunszt… – mruczy pod nosem ta zbesztana.

Niebieska dziewczyna uśmiecha się jeszcze raz i głaszcze mnie po policzku.

– Nadawałabyś się na posłańca wiosny. Może nie na łabędzia, ale zdecydowanie przyniosłabyś spokój – mówi i oddala się.

Patrzę za nią szeroko otwartymi oczami.

Mężczyzna w szacie sadowi się obok grupki wił głośnych jak rozgdakane kwoki.

– Doszedłem do wniosku, że i ja mogę uczestniczyć w tej licytacji. W końcu potrzebna mi żertwa na następne święto – uśmiech się krzywo.

– Nie jest aby za chuda na ofiarę? – rozbrzmiewa znajomy głos. W czeluściach wspomnień dopasowuję go do właściciela: Adam!

– Jak dobrze przygotować, to wszystko ładnie się pali – chichocze Żerca, a mi serce zamiera po raz kolejny.

Adam wzrusza ramionami i siada obok rozmówcy. Wpatruje się we mnie intensywnie, a ja zaczynam zastanawiać się, kim on jest w całej tej gromadzie. Wygląda jak każdy normalny facet, nie jest też dziwnie ubrany jak jego sąsiad. Serce ze zwolnienia przystępuje do pełnego galopu, a mnie zalewa fala gorąca.

Na ramieniu Adama widać pół materialną postać przerośniętego orła, którego oczy uważnie lustrują otoczenie.

Podbiega do mnie kolejny szkaradny okaz jak ze snu psychopaty. Nie wiem nawet, jak na tak krzywych nogach może się poruszać, o biegu nie wspominając. Jednak jest szybka, bo jest pod samym podium zanim ktoś zdąży nawet zareagować. Jej obwisłe piersi wyglądają podczas ruchu jak druga para bezwładnych rąk. Głowę ma wielką i owalną. Aż dziw, że tak wątłe ciało jest w stanie utrzymać ją w pionie.

– Tyś położna?! – krzyczy rozdzierająco.

Szybko kręcę głową. Kątem oka zauważam, że bies przysuwa się, jakby sycił się sceną.

Kobietę łapie za ramiona starszy mężczyzna, z wodorostami w długich, siwych włosach i błoną pławną między palcami. Odciąga ją, wyrywającą się i pomstującą, poza krąg światła pozostawiając po sobie mokry ślad.

– Zwariowane boginki – mruczy pod nosem Pirania. Odkręca się za siebie i wydaje kilka szczekliwych odgłosów.

Po chwili starszy mężczyzna wraca z trochę tylko niechlujnym wyglądam.

– Dziękuję za pomoc, Wodniku – mówi Pirania oficjalnym tonem skłaniając się.

Stwór delikatnie potakuje dając znak, że usłyszał i zajmuje miejsce przed eterycznymi dziewczętami. Dolatuje do mnie delikatny zapach jeziora w trakcie eutrofizacji, na który krzywią się wiły. Przełykam ślinę.

Wracam spojrzeniem do Adama i sokoła na jego ramieniu. Obaj przypatrują mi się ciekawie. Nagle czuję delikatne łaskotanie w policzek. Wiem, że nie powinnam, ale ciekawość zwycięża i przechylam głowę. Na moim ramieniu siedzi przerośnięta mysz, czarna jak noc i patrzy na mnie paciorkowatymi oczyma. Ogon zwisa jej na moim ramieniu. Porusza delikatnie wąsikami, po czym usadawia się wygodniej. Po chwili już jej nie widzę.

Odwracam się z szeroko otwartymi oczami. Pirania coś zakrzykuje, zachęca do licytacji. Adam z wytrzeszczonymi oczami pyta bezgłośnie: widziałaś? I wskazuje na moje ramię.

Z braku lepszego pomysłu przytakuję. Adam powtarza czynność wskazując na swoje ramię. Przytakuję ponownie. Mężczyzna zrywa się raptownie, a na polanie zapada cisza.

Słyszę coś jak szept wiatru w koronach drzew i czuję zapach mokrych liści. Z mroku między nagrobkami wyłania się postać humanoidalna. Twarz ma sękatą, włosy wyglądają jak pomieszanie liści i igieł, z ozdobami z szyszek. Postać zatrzymuje się i kiwa głową na powitanie Wodnikowi i sokołowi z Adamowego ramienia. Następnie usadawia się w lekkim oddaleniu od grupy i wpatruje w scenę.

Dociera do mnie zawodzący jęk. Po chwili uświadamiam sobie, że dobywa się z mojego gardła. Twarz mam pewnie całą siną i mokrą od łez. Wpatruję się w to nieludzkie zbiegowisko. W ten targ niewolników. I uświadamiam sobie, że teraz należę do nich. Do tego, który da więcej.

Pirania jakby odzyskuje rezon i krzyczy na całe gardło:

– Niesłychane! Tylko u nas, tylko dziś gościmy aż trzech prastarych! Leszy Starego Gaju, Wodnik Bystrzycy i Żmij Lublina!

Tłum porusza się, w oczekiwaniu na rozpoczęcie licytacji. W poczuciu bezsilności i beznadziei popadam w otępienie. Przypatruję się fakturze kory Leszego, przekrzywiam głowę nad błonami Wodnika i w końcu popatruję na lotki Żmija.

– Ona nas widzi – odzywa się w ciszy Wodnik bulgoczącym głosem. – Dostrzega prawdę pod czarami.

Wszystko zamiera. Odgłosy nocy, oddechy stworów przede mną, nawet ja. Każda obecna para oczu wpatruje się w mokrą istotę rzeki.

Czuję ukłucie. Opuszczam wzrok i dostrzegam brzechwę sterczącą mi z piersi. Wokół szybko zaczyna rozkwitać czerwona plama, znacząc swe granice na mojej białej koszulce. Po chwili przychodzi ból, niewyobrażalny. Na granicy słyszalności rejestruję pisk i harmider, jednak całą swą uwagę skupiam na niebieskiej strzale. Jest w niej coś magicznego, hipnotyzuje mnie. Powoli obraz zaczyna mi ciemnieć przed oczami, wzrok mi się mąci. W bólu i dezorientacji w swe chętne ramiona przyjmuje mnie ciemność. Ostatnim zrywem organizmu desperacko pragnącego żyć – drgam. Później oddaję się błogosławionej nicości.

 

Budzę się z krzykiem. Zrywam się gwałtownie i w plątaninie kołdry ląduję na podłodze. W szoku obmacuję pierś w poszukiwaniu drzewca, wgłębienia, czegokolwiek. Po kilku minutach dociera do mnie, że pierś mam całą. Z ulgi omal nie mdleję. Łapię za telefon. Ze szczęścia nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Wyświetlacz głosi:

czwartek

20 czerwca 2013

09:37

Po policzkach płyną mi łzy ulgi. To był tylko koszmar.

Drzwi do pokoju otwierają się i słyszę ciche kroki.

– Karina, nie uwierzysz co… – zaczynam z uśmiechem i zamieram na widok gościa. To nie Karina. Moje serce gubi rytm. Przede mną stoi mężczyzna o miodowych oczach, ubrany w nienaganny garnitur. Upuszczam telefon.

– Dobrze, że już się obudziłaś – zaczyna, nic sobie nie robiąc z mojej reakcji.

– Będę rzygać – oznajmiam dobitnie.

Musiałam mieć dość przekonującą minę, bo po chwili oddawałam cześć plastikowej przyjaciółce od imprez, przez większość zwanej miską, a Adam obserwował to z bezpiecznej odległości.

– Wstawaj – mówi, gdy torsje przestają na chwilę wstrząsać moim ciałem. – Twoja Dola jasno się określiła. Czas uratować ci życie. A mamy na to mało czasu! – oznajmia radośnie.

Pomyliłam się. Ten koszmar nadal trwa.

A demon pierwszego aktu ma na imię Adam.

Koniec

Komentarze

Raro_Avis, wrzucanie więcej niż jednego tekstu w tym samym dniu, nie jest dobrym pomysłem. Rozsądniej byłoby poczekać na komentarze i uwagi pod pierwszym dziełem, aby móc je ewentualnie wykorzystać w pracy nad kolejnymi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miałam nadzieję, że przeczytam opowiadanie opisujące jakiś koszmar, występujący w trzech elementach, a okazało się, że to zaledwie fragment przeżyć dziewczyny, która wypiła coś, co jej nie smakowało, potem uczestniczyła w osobliwym obrzędzie, by na koniec obudzić się we własnym łóżku. Wyjątkowo nie lubię, kiedy dziwne wydarzenia okazują się snem.

Nie bardzo wiem, Raro_Avis, co miałaś nadzieję opowiedzieć, ale zaprezentowany fragment, niestety, nie spodobał mi się i nie zachęcił do poznania dalszego ciągu tej historii.

Całości złego wrażenia dopełnia fatalne wykonanie. Przez tekst brnęłam, bez przerwy potykając się o liczne błędy i usterki, a najbardziej przeszkadzały mi  źle i nie zawsze czytelnie skonstruowane zdania, dziwne sformułowania i nie najlepsza interpunkcja.

 

Ponieważ to nie jest skończone opowiadanie, bądź uprzejma zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

 

W chło­dzie po­ran­ków od­bi­ja­ją­cych się w szy­bach. –> W jaki sposób chłód poranków odbija się w szybach?

 

Obu­dzi­ło się ze snu, gdy w VI w. za­kła­da­no mia­sto. –> Obu­dzi­ło się ze snu, gdy w VI wieku za­kła­da­no mia­sto.

 

Kel­ner pusz­cza do mnie oczko gdy wy­cią­gam rękę po szklan­kę z nie­bie­ską mie­szan­ką. Ma cza­ru­ją­ce do­łecz­ki. –> Czy czarujące dołeczki ma szklanka, czy mieszanka?

 

wy­chu­dzo­nej twa­rzy opa­trzo­nej w uśmiech dwóch rzę­dów śmier­cio­no­śnych zębów. –> Można coś opatrzyć czymś, ale nie można czegoś opatrzyć w coś. Nie wydaje mi się, aby twarz można było opatrzyć uśmiechem. Zęby się nie uśmiechają.

 

Całą swoją siłą woli zmu­szam się… –> Zbędny zaimek. Czy mogła zmuszać się cudzą wolą?

 

zmu­szam się do prze­łknię­cia łyku nie­bie­skie­go pa­skudz­twa. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Ich twa­rze wy­krzy­wia­ją gry­ma­sy zło­ści i prze­ra­że­nia, nie­któ­ry pa­da­ją bez­wol­ni. –> Literówka.

 

– Nie sma­ku­je ci? – cichy, po­bu­dza­ją­cy głos. –> Czy tu aby nie miało być: – Nie sma­ku­je ci? – pyta cichy, po­bu­dza­ją­cy głos.

 

prze­chy­lo­ną w py­ta­ją­cym ge­ście głową. –> Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

Proponuję: …prze­chy­lo­ną py­ta­ją­co głową.

 

mówię, za­ta­cza­jąc ręką nad tań­czą­cy­mi. –> Jak można zatoczyć rękę na tańczącymi?

 

Na po­twier­dze­nie łapię łyka i prze­ły­kam… –> Brzmi to fatalnie. Jak i w co łapie się łyk?

Proponuję: Na po­twier­dze­nie wypijam łyk

 

Po­ru­szam się w wy­ty­czo­nym ryt­mie… –> Wytyczony rytm chyba nie brzmi najlepiej.

 

Za barem uwija się plą­ta­ni­na wa­ria­cji na temat czer­ni, w róż­nych wa­rian­tach. –> Co się uwija za barem???

 

-Chęt­nie – od­krzy­ku­ję w jego ucho. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Bar­man pa­trzy na szklan­kę, po czym szyb­kim ru­chem prze­chwy­ca i pod­sta­wia sobie pod nos, wę­sząc. –> …szyb­kim ru­chem przechwytuje i pod­sta­wiwszy sobie pod nos, wącha.

 

– Pani ma już chyba dość – nowy ton w dys­ku­sji od­wra­ca moją uwagę… –> Jakiej dyskusji? Na razie nie zauważyłam, aby ktoś dyskutował.

 

Myślę, że jego barki to dobra linia obro­ny. –> W jaki sposób czyjeś barki mogą być linią obrony?

 

Oh, czyż­byś za­po­mniał? –> Och, czyż­byś za­po­mniał?

 

po­ucza, – ale to już mamy za sobą… –> Przed półpauzą nie stawia się przecinka!

 

– Sama za­de­cy­do­wa­ła, któ­re­go drin­ka chce – wzru­szył ra­mio­na­mi. –> – Sama za­de­cy­do­wa­ła, któ­re­go drin­ka chce.Wzru­szył ra­mio­na­mi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

że nie na­ru­sza­my to­wa­rów– za­czy­na gder­li­wie. –> Brak spacji przed półpauzą.

 

gdy uśmie­cha się peł­nym uzę­bie­niem. –> W uśmiechu można pokazać uzębienie, ale nie można uśmiechnąć się uzębieniem.

 

Z tłumu pod­bie­ga­ją w naszą stro­nę młode dziew­czy­ny. –> Masło maślane. Dziewczyny są młode z definicji.

 

Moja roz­mów­czy­ni uśmie­cha się słod­ko… –> Jaka rozmówczyni, skoro bohaterka w ogóle z nią nie rozmawiała.

 

mówi dłu­go­wło­sy męż­czy­zna, nie­pierw­szej już świe­żo­ści… –> Na czym polega nie pierwsza świeżość mężczyzny?

 

Mi by się przy­da­ła… –> Mnie by się przy­da­ła

 

coś wy­jąt­ko­wo pa­skud­ne­go, – nie je­ste­ście… –> Zbędny przecinek przed półpauzą.

 

– W końcu, by­ła­byś bar­dzo pięk­nie ubra­ną duszą w Wy­ra­ju. –> Co w tym zdaniu oznacza wyraj i dlaczego jest napisany wielką literą?

 

mi serce za­mie­ra po raz ko­lej­ny. –> …mnie serce za­mie­ra po raz ko­lej­ny.

 

Serce ze zwol­nie­nia przy­stę­pu­je do peł­ne­go ga­lo­pu… –> Że co proszę? Że co robi serce?

 

Jed­nak jest szyb­ka, bo jest pod samym po­dium… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Od­krę­ca się za sie­bie… –> Pewnie miało być: O­krę­ca/ Obraca się za sie­bie

 

Po chwi­li star­szy męż­czy­zna wraca tro­chę tylko nie­chluj­nym wy­glą­dam. –> Można mieć jakiś wygląd, ale nie można być z wyglądem.

Literówka.

 

mówi Pi­ra­nia ofi­cjal­nym tonem skła­nia­jąc się. –> Czy Pirania mówi oficjalnym tonem, czy oficjalnym tonem skłania się?

 

Na moim ra­mie­niu sie­dzi prze­ro­śnię­ta mysz, czar­na jak noc i pa­trzy na mnie pa­cior­ko­wa­ty­mi oczy­ma. Ogon zwisa jej na moim ra­mie­niu. –> Nadmiar zaimków. Powtórzenia.

 

na po­la­nie za­pa­da cisza. –> Od kiedy rzecz dzieje się w lesie?

 

W bólu i dez­orien­ta­cji w swe chęt­ne ra­mio­na przyj­mu­je mnie ciem­ność. –> Co boli ciemność i dlaczego jest zdezorientowana?

 

Zry­wam się gwał­tow­nie i w plą­ta­ni­nie koł­dry lą­du­ję na pod­ło­dze. –> Raczej: Zry­wam się gwał­tow­nie i, zaplątana w kołdrę, lą­du­ję na pod­ło­dze.

 

Łapię za te­le­fon. –> Łapię te­le­fon.

 

Wy­świe­tlacz głosi: –> Wyświetlacz może coś pokazywać, ale nie głosić.

 

ubra­ny w nie­na­gan­ny gar­ni­tur. –> Garnitur, sam w sobie, nie jest ani naganny, ani nienaganny.

Pewnie miało być: …ubra­ny w nie­na­gann­ie skrojony/ uszyty/ dopasowany gar­ni­tur.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po pierwsze, to nie jest opowiadanie tylko fragment – opowiadanie zakłada skończoną całość, tu jest zaledwie wstęp do większej historii.

 

Co do samego tekstu, to nie wywarł większego wrażenia – zgrabnie uwspółcześniłaś motyw picia/jedzenia, która łączy nasz świat z tamtym światem, ale zdanie

 

Znów wgapiam się w ciemnookiego posiadacza tacy, który obdarza uśmiechem kolejną dziewczynę.

brzmi bardzo mało elegancko – ciemnooki posiadacz tacy? nie lepiej – mężczyzna?

 

Ich twarze wykrzywiają grymasy złości i przerażenia, niektóry padają bezwolni.

Hm, ludzie mdlejący na parkiecie powinni wywołać jakąś reakcję.

 

Myślę, że jego barki to dobra linia obrony.

Ale to ładne jest i fajnie charakteryzuje bohaterkę ;)

 

Potem masz przydługawy kawałek przed licytacją – rozumiem, że chciałaś zaprezentować różne istoty fantastyczne, ale z tego taki katalog się robi.

Takie romanse mają swoich amatorów, ale nic nie urwało, a trudno oceniać całość na podstawie wstępu zaledwie. 

I would prefer not to.

Też odnoszę wrażenie, że to fragment, a nie całość.

Dlaczego błędy wskazane przez Reg jeszcze nie są poprawione?

Historia nawet mi się podobała, ale zakończenie rozczarowało. No, uratowali ją czy nie?

To Lublin jest taki stary?

Adam najpierw ma na ramieniu orła, a potem sokoła. To nie są synonimy.

Interpunkcja kuleje.

Babska logika rządzi!

Też podpinam się pod opinie tych, którzy czuli, że to fragment. Nie lubię też zagrywki ze snem – zawsze czuję, że z lekka obrabowuje mnie ona z przeżyć podczas czytania. Wiele tutaj nie straciłem, ale mimo wszystko niesmak pozostał.

Wykonanie chrobocze, co tez wypunktowały poprzednie komentarze.

Chwytaj więc przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka