- Opowiadanie: Issander - Somniteka

Somniteka

Opowiadanie stanowi połówkę dylogii z “Somnikterium”.

 

Opowiadanie uczestniczyło w konkursie „W głębi snów”.

Jeśli podoba Ci się ten temat, przekaż darowiznę na fundację Synapsis: http://synapsis.org.pl/ (przycisk „Przekaż darowiznę” na stronie fundacji).

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Somniteka

Tomasz rozejrzał się po sklepiku, upewniając się, że pomiędzy gablotami pełnymi somnikteriów nikogo nie ma. Praca ekspedienta w upchniętej w oficynie klitce miała tak wady, jak i zalety. Z jednej strony kwocie na odcinku wypłaty daleko było do zadowalającej, zwłaszcza biorąc pod uwagę alimenty, z drugiej – pragnął pracować ze snami od czasów dzieciństwa i nikogo nie obchodziło, co robi, gdy znajduje się w środku sam.

Z namaszczeniem wyciągnął spod lady ozdobne pudełko. Uśmiechnął się, wysypując na dłoń garść niewielkich, pobłyskujących kryształków. Po kolei podnosił je na wysokość oczu, oglądając mieniące się na fasetach powidoki bliskich sercu snów. Stanowiło to jego codzienny rytuał – powtarzany, by nie zapomnieć, by broń Boże ich nie utracić.

Otwarły się drzwi, zadzwonił dzwonek, klient wparował do środka. Tomasz podskoczył na krześle, ale szybko się opanował i wsypał klejnoty z powrotem do pudełka.

– Dzień dobry, jak mogę po… – zaczął, podnosząc wzrok.

– Co wy za szmelc tu sprzedajecie?! – przerwał mu starszy mężczyzna w płaszczu i kaszkiecie. Trzymał laskę, choć wcale się nie podpierał, tylko wymachiwał nią wraz z każdym energicznym gestem.

– Proszę się uspokoić i powiedzieć, o co chodzi. – Dobry, piątkowy humor Tomasza momentalnie uleciał w niebyt.

– Jak ja mam się uspokoić, kiedy takie badziewie ludziom wciskacie, hę?! Tyle pieniędzy u was wydałem, a w domu, jak otworzyłem torebkę, to nic w środku nie było! Oszuści!

– Proszę pana… Somnikteria znikają, kiedy pierwotny właściciel snu o nim zapomni i nic się nie da na to poradzić. Odpowiednią informację i sugestię, by zakupione somnikterium spożyć możliwie najszybciej, otrzymał pan wraz z zakupem. Zgodnie z polityką firmy może pan wybrać dowolne inne somnikterium nie droższe niż tamto. Proszę pokazać paragon.

– Kiedy ja nie chcę innego, chcę właśnie tamto! Takie badziewie tu macie, że nic więcej mnie nie interesuje. O, a to co? – Oczy klienta zaświeciły się na widok pudełka leżącego na ladzie. Zignorował wyciągniętą rękę sprzedawcy i sięgnął wprost do pojemnika. – Może tu będzie coś lepsze… Aua!

Tomasz był szybszy i chwycił natręta za dłoń.

– Zostaw – wycharczał grobowym tonem. – To nie jest na sprzedaż.

– Puszczaj! Puszczaj, no mówię! – Starszy mężczyzna dalej próbował sięgnąć po pudełko, lecz na próżno. Dopiero, gdy poddał się i wyrwał rękę z powrotem do siebie, żelazny uścisk Tomasza zelżał. – Ja tego tak nie zostawię! – odgrażał się w drodze do drzwi. – Ja jestem chory, a ty mnie tak traktujesz? Wszystkim opowiem, co to za firma!

– Do widzenia – mruknął sprzedawca.

– Jeszcze się zobaczymy!

 

***

 

W samochodzie panowała niezręczna cisza. Stali w korku, więc Tomasz nie mógł nawet możliwości zapomnieć o rozmowie i skupić się na jeździe.

– Pamiętałaś, żeby wszystko zabrać? – zagaił.

– Tak – odezwała się Lucyna, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Co chcesz jutro robić? Myślałem może o kinie albo kręglach…

– Nie dam rady, umówiłam się z koleżankami.

– Okej… a niedziela? – W głosie Tomasza zabrzmiała nadzieja.

– Muszę odrobić lekcje.

Kolumna samochodów ruszyła i udało im się podjechać kawałek tylko po to, by zaraz znowu stanąć w miejscu.

– To może chcesz dzisiaj obejrzeć jakiś film?

– Nie mogę, wychodzę po obiedzie. Umówiłam się z chłopakiem, a od ciebie i tak mam dalej niż od mamy.

Tomasz próbował za wszelką cenę wymyślić jeszcze coś, zanim rozmowa nieuchronnie się urwie i będzie musiał pogodzić się z porażką. Nagle dotarło do niego, co to za wymówkę przed chwilą usłyszał.

– Zaraz… nie mówiłaś mi, że masz chłopaka. Jak się nazywa?

– Tato… – jęknęła dziewczyna, wreszcie podnosząc wzrok na ojca, lecz wcale nie był to dobry znak. Tomasz znał to spojrzenie i ten ton, mówiły: daj mi wreszcie spokój.

– Chyba możesz mi chociaż powiedzieć, jak ma na imię?

– Uch. – Lucyna już miała nos z powrotem w telefonie, ale dodała cicho: – Marcin.

Tomasz spojrzał jeszcze w bok, chcąc coś powiedzieć, ale dał sobie spokój. Cały czas miał nadzieję, że córka się jakoś się przed nim otworzy, ale długie proste włosy, które teraz zupełnie przesłoniły jej pochyloną twarz, stanowiły wyraźny sygnał, że tak się nie stanie.

Całe szczęście samochody wreszcie ruszyły. Mógł skupić uwagę na jeździe.

 

***

 

– Jak ci idzie w szkole?

Tomasz przypuścił kolejny atak podczas obiadu, gdy Lucyna nie miała pod ręką telefonu-tarczy.

– W porządku.

– Dużo ci zadają? Masz jakieś kartkówki?

– Mhm.

Mężczyzna odczekał chwilę, aż córka skończy przeżuwać. Liczył, że doda coś więcej, ale tak się nie stało.

– A co u tej, no… Karoliny?

– Poszła do innego gimnazjum. Nie rozmawiałyśmy ze sobą od roku.

Tomasz pomyślał, by jeszcze raz poruszyć temat Marcina, ale ugryzł się w język. Zabawne, przeszło mu przez głowę, choć wcale nie było mu do śmiechu, jak szybko kończy się lista spraw, o które mógłbym spytać. Myślami wrócił do własnego dzieciństwa, do wszystkiego, o czym pragnął opowiedzieć rodzicom, ale nie mógł.

– Pamiętaj, że jeśli chcesz o czymś porozmawiać, to zawsze tu jestem.

– Mhm – odpowiedziała Lucyna.

 

***

 

Niewielka kuchnia wypełniła się zapachem pomidorowej. Tomasz wyłączył gaz i przełożył ugotowany ryż do misek stojących obok otwartej butelki whisky i pudełeczka z somnikteriami, po czym zalał je zupą.

Po raz ostatni sięgnął po klejnot. Wcześniej długo bił się z myślami, ale podjął decyzję. Na fasetach dostrzegł siebie oraz matkę w szpitalnym łóżku, nieruchomą i podpiętą do maszynerii. We śnie była piękna jak Śpiąca Królewna. Chyba dlatego nigdy nie zebrał się, by wyrzucić somnikterium, by zapomnieć o śnie. Wolał nie pamiętać, co z upływem czasu zrobiła z niej śpiączka. Oraz jaki miała wpływ na jego ojca.

Mężczyzna jednym haustem opróżnił szklankę z alkoholem i wrzucił przedmiot do miski z zupą. Zamieszał, żeby dobrze się rozpuścił.

– Lucyna! – zawołał. – Chodź na obiad!

 

***

 

– Tato. – Z objęć snu wyrwało go poszturchiwanie. – Tato!

– Mmm… Co?

– Tato, musimy zaraz jechać, inaczej spóźnię się do szkoły.

Dopiero teraz do Tomasza dotarło, że zasnął na kanapie. Podniósł się, mrużąc oczy.

– Ja… Ile mamy czasu?

– Dwadzieścia minut, maks.

Mężczyzna spojrzał na córkę i zwrócił uwagę na jej szkliste oczy oraz przerażony wyraz twarzy. Usiadł i objął ją ręką – ku jego zdziwieniu wcale się nie odsunęła.

– Hej… – zaczął najłagodniejszym tonem, jaki potrafił wydobyć z wyschniętego gardła. – Spokojnie, damy radę. Co się stało?

– Nic. Ja… miałam zły sen. A jak potem zobaczyłam, że leżysz na kanapie, to…

– Ćśśś… Już dobrze. – Tomasz przypomniał sobie, co zrobił poprzedniego dnia. Osiągnął cel, ale jakoś wcale się nie cieszył. Nagle zrobiło mu się niekomfortowo we wczorajszych ubraniach. – Słuchaj, nie będzie dziś śniadania. Dam ci pieniądze, żebyś coś sobie kupiła. Idź się spakować, ja wezmę szybki prysznic i jedziemy, dobra?

– Okej.

Dwadzieścia pięć minut później Lucyna otrzepała buty ze śniegu i zajęła miejsce na fotelu pasażera. Tomasz czuł się już nieco lepiej, ale i tak cieszył się z pochmurnej pogody, pomimo opadów. Przynajmniej poranne słońce nie będzie mu świecić w oczy.

– Na pewno wszystko w porządku?

– Mhm. – Tomasz ruszył gwałtownie, aż nimi szarpnęło. – Musimy się pospieszyć.

Dopóki znajdowali się poza centrum, mieli sporo miejsca na drodze. Tomasz mógł się rozpędzić.

Zbliżali się do przejścia dla pieszych, gdy światło zmieniło się na żółte. Tomasz wcisnął pedał hamulca i momentalnie stracił panowanie nad autem. Zbyt późno zdał sobie sprawę, że powinien po prostu przejechać. Samochód obrócił się bokiem na mokrym, śliskim asfalcie – przez moment, niczym w zwolnionym tempie, mężczyzna mógł przyjrzeć się przerażonej córce, jej zdającym się zaprzeczać grawitacji roztrzepanym włosom, przez moment wydawało się, że to już koniec – i zaczął koziołkować.

 

***

 

Tomasz zerwał się z kanapy, ciężko oddychając. Było jeszcze ciemno i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje. Adrenalina powoli ustępowała miejsca tępemu bólowi w skroniach.

Sen, uprzytomnił sobie. To tylko sen.

Spojrzał na zegarek. Wpół do szóstej, miał jeszcze sporo czasu. Wstał i udał się do łazienki, aby pozbyć się z ust paskudnego smaku wczorajszej whisky.

Stanął nad zlewem i spojrzał w lustro. Wyglądał paskudnie i na dodatek śmierdział. Zdał sobie sprawę, że trzyma coś w dłoni.

Somnikterium. Musiał je chwycić w odruchu, który wyrobił sobie na przestrzeni wielu lat. Zbliżył je do oczu.

Na ścianach kryształu ujrzał obrazy z wypadku: zakrwawione kończyny, zgięty metal i deszcz szklanych odłamków.

Ciekawe, jak ona się będzie czuć po podobnym śnie, który na dodatek wcisnąłeś jej bez jej wiedzy, wyrzucił sobie w myślach. Następnym razem jeszcze daj jej narkotyki, idioto.

Tomasz zacisnął pięść, wziął zamach i uderzył swoje odbicie w twarz.

 

***

 

– Smakowało ci śniadanie?

– Mhm – mruknęła Lucyna, lecz tym razem z energią i patrząc na ojca.

– Masz wszystko?

– Taak.

– To ubieraj się, taksówka zaraz będzie.

– Nie powinieneś pojechać ze mną i pójść do lekarza? – spytała dziewczyna z troską w trakcie wykonywania polecenia.

Tomasz jakoś zdołał zakleić pęknięte lustro taśmą, choć nie był pewien, czy córka do końca kupiła jego wymówkę o potknięciu i wypadku.

– Nie martw się, nic mi nie jest. Zaczekaj jeszcze – zatrzymał ją głosem, gdy była już ubrana. – Jest coś, co chciałem ci dać, zanim pójdziesz.

– Co takiego?

Tomasz sięgnął zabandażowaną dłonią do kieszeni i wyciągnął z niej somnikterium.

– To jeden z moich najlepszych snów. Ja, ty i twoja mama spędzamy czas na wycieczce, bawiąc się i podróżując. – Zrozumiałem, że dałem się ponieść własnym lękom i obawom, zamiast starać się być lepszym ojcem, chciał powiedzieć, ale zamiast tego dodał: – Zjedz je tylko, jeśli będziesz chciała. Nie musisz się śpieszyć.

– A co, jeśli do tego czasu o nim zapomnisz?

Tomasz uśmiechnął się do swojego dziecka.

– Nie ma mowy, żebym zapomniał.

 

***

 

Tomasz rozejrzał się po sklepiku, upewniając się, że pomiędzy gablotami pełnymi somnikteriów nikogo nie ma. Lubił swoją pracę. Sny zawsze były dla niego ważne, ale przede wszystkim nikogo nie obchodziło, co robił, gdy znajdował się w środku sam.

Wyciągnął telefon, włożył słuchawki do uszu i odpalił serial, który poleciła mu córka. Pamiętał swoje zdziwienie, gdy okazało się, że wcale nie jest aż tak zły. Zanim dotarł do trzeciego sezonu, zupełnie się wkręcił.

Kątem oka zauważył znajomy płaszcz i laskę. Nawet nie zdał sobie sprawy z obecności klienta. Wyciągnął słuchawki.

–…jak tak można, pytam się, jak tak można traktować klientów!

– Słucham, jak mogę panu pomóc?

Tomasz postanowił nawet się uśmiechnąć, co najwyraźniej zbiło pieniacza z tropu, bowiem zająknął się i uderzył ręką w blat, zostawiając na nim somnikterium i paragon.

Koniec

Komentarze

Znaczy, Twój bohater dorósł i ma dorosłe problemy? To chyba oznacza drugą część, a nie połówkę dylogii?

Pomysł na somnikteria ciągle fajny. OK, można ich używać i tak, można sprzedawać. Co dalej? Gangsterzy torturujący ofiary przy pomocy snów? Ciekawy świat powstaje.

Babska logika rządzi!

Dylogia, podobnie jak trylogia czy tetralogia itd. może dziać się w dużym odstępie czasowym między tomami…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmm. Racja. Chodziło mi o to, że to bardziej wygląda na drugą część niż na nie wiadomo którą połówkę.

Babska logika rządzi!

No tak, połówka to może nieszczególne określenie, zwłaszcza że z natury ścieżek A i B wynikała nierówna objętość tekstów ;)

 

A przy okazji powtórzę opinię z bety: dobrze i ciekawie budowany świat, ale w tym konkretnym tekście wolałabym więcej o samym Tomku niż o relacjach z córką.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałem, ale szczerze mówiąc niebardzo wiem co napisać. Raczej nie kupiłeś mnie tą historią, trochę to takie łzawe, jak z pamiętnika nadwrażliwej czternastolatki, a może to ja nie mam dziś dnia na takie teksty. W każdym razie składnia niektórych zdań nie pomaga narracji, a na początku drugiej sceny coś się chyba niezbyt skleiło w jednym zdaniu. Szkoda, bo takiego króciaka możnaby szybko dopieścić.

Przeczytałam z zaciekawieniem, podobnie, jak “Somnikterium”. Realistycznie oddajesz problem porozumienia rodziców z dorosłymi dziećmi.

W pierwszej części sceny były krótsze, tekst miał więcej niedopowiedzeń. W tym opowiadaniu więcej wyjaśniasz czytelnikowi. Sama nie wiem, która część jest lepsza. Podobały mi się obie.

Rzucił mi się w oczy ten fragment:

We śnie była piękna jak Śpiąca Królewna. Chyba dlatego nigdy nie zebrał się, by wyrzucić somnikterium, by zapomnieć o śnie. Wolał nie pamiętać, co z upływem czasu zrobiła z niej śpiączka.

Zdaję sobie sprawę, że trudno uniknąć tych powtórzeń/ wyrazów bliskoznacznych, żeby tekst pozostał precyzyjny, ale w tym może warto pomyśleć nad zmianą. Tym bardziej, że reszta opowiadania jest bardzo dopracowana stylistycznie.

Finklo, jak przyjdzie mi jeszcze jakiś ciekawy pomysł na przedstawienie wykorzystania somnikteriów, to pewnie napiszę trzecią część, ale gangsterów tam nie będzie – zbyt duża zmiana tonu. Zauważ, że pierwsze dwa opowiadania to obyczajówka. Light fantasy, ale jednak obyczajówka. 

ironiczny podpis

Ale wyobrażam sobie, że ktoś za pomocą albo z powodu somnikterium popełnia przestępstwo. Albo coś o indukcji snów, żeby wywoływać pożądane efekty lub np. wydobywać ludziom coś z podświadomości…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na pewno. Tu jest na przykład pokazana kwestia podania komuś somnikterium bez jego wiedzy, by wywołać zmianę w zachowaniu, co jest niemoralne, a pewnie i niezgodne z prawem – ale to nadal obyczajówka, a nie gangsterzy :)

ironiczny podpis

Tak czy siak, rozwijaj ten świat, bo ma potencjał i jest oryginalny :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Choć Somnitekę przeczytałam z przyjemnością, bo i to opowiadanie traktuje o somnikteriach i występuje w nim znany mi już bohater, mam wrażenie, że znajomość pierwszej części tej dylogii pozwoliła mi lepiej wczuć się i w klimat, i w obecne przeżycia Tomka/ Tomasza.

Oczywiście nie mam nic przeciwko rozszerzeniu dylogii do trylogii, a nawet do większej liczby kolejnych części. ;)

 

Stali w korku, więc To­masz nie mógł nawet moż­li­wo­ści za­po­mnieć o roz­mo­wie i sku­pić się na jeź­dzie. –> Pewnie miało być: …To­masz nie mógł nawet za­po­mnieć o rozmowie… Lub: …To­masz nie miał nawet moż­li­wo­ści za­po­mnieć o rozmowie…

Skoro Tomasz stał w korku, to chyba nie był skupiony na jeździe…

 

Usiadł i objął ją ręką… –> Czy mógł objąć ją inaczej, nie ręką?

 

Wstał i udał się do ła­zien­ki […] Sta­nął nad zle­wem i spoj­rzał w lu­stro. –> Zlew jest w kuchni, a skoro poszedł do łazienki, to chyba: Sta­nął nad umywalką i spoj­rzał w lu­stro

 

aby po­zbyć się z ust pa­skud­ne­go smaku wczo­raj­szej whi­sky. […] Wy­glą­dał pa­skud­nie i na dodatek… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

spy­ta­ła dziew­czy­na z tro­ską w trak­cie wy­ko­ny­wa­nia po­le­ce­nia. –> Na czym polega troska w trak­cie wy­ko­ny­wa­nia po­le­ce­nia?

Proponuję: …spy­ta­ła dziew­czy­na z tro­ską, wy­ko­nując po­le­ce­nie.

 

–…jak tak można, pytam się, jak tak można trak­to­wać klien­tów! –> Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Ładnie to napisane, ale chyba przesadziłeś z… nie wiem, banalnością? Bardzo ciekawy pomysł przedstawiasz przez użycie go w najbardziej spranym wątku obyczajowym ever. Dlaczego ciągle ktoś musi “cierpieć”, być życiowym nieudacznikiem, turlać się koszmarach i duchach przeszłości. Sen to tak potężne narzędzie, że w trzeciej części – a wiem, że tak nośnemu pomysłowi nie odpuścisz ;) – liczę na coś poważniejszego. Rusz wyobraźnię. Sen jest tutaj ogromnym i nieociosanym blokiem fantazji, który z użyciem somnikterium konsekwietnie rzeźbisz w coś potencjalnie zadziwiającego. Tylko… czy muszą być to tak przeciętne (i ograne) tematy jak problemy rodzinne?

 

Z jednej strony kwocie na odcinku wypłaty daleko było do zadowalającej, zwłaszcza biorąc pod uwagę alimenty,

Wsadzę kij w mrowisko: dlaczego to zawsze facet płaci alimenty? Może to żona go rzuciła i powinna łożyć na utrzymanie? Idźmy z duchem równouprawnienia. Ale to chyba fantastyka. ;)

Stn, odpowiem pytaniem na pytanie: czy każde opowiadanie musi być do oporu poważną i odkrywczą fantastyką? Czy obyczajówka jest z definicji zła i słaba?

Moje opowiadania mogą nie być jakieś super :) ale ostatnie, co da się im zarzucić, to że pisane są na jedną modłę. Lubię skakać po gatunkach, stylach i docelowych odbiorcach. Tu zdecydowałem się na obyczajówkę i przyjąłbym krytykę, że to słaba obyczajówka, ale nie przyjmuję do wiadomości, że sama obyczajówka to coś złego :)

 

Wsadzę kij w mrowisko: dlaczego to zawsze facet płaci alimenty? Może to żona go rzuciła i powinna łożyć na utrzymanie? Idźmy z duchem równouprawnienia. Ale to chyba fantastyka. ;)

Stan faktyczny jest taki, że w Polsce sądy niemal zawsze, jeśli pojawia się spór co do opieki nad dzieckiem, przyznają prawa matce. W związku z czym ojcowie płacą alimenty. Kto kogo rzucił nie ma znaczenia w kwestii alimentów na dziecko. Miałoby to znaczenie w kwestii alimentów dla partnera, ale te akurat w Polsce są z kolei rzadkością.

Marne to wsadzenie kija w mrowisko, bo mieszasz alimenty na dziecko z alimentami na partnera. W powyższym opowiadaniu płacenie alimentów Tomaszowi przez matkę Lucyny nie miałoby żadnego sensu, ponieważ dziecko jest z nią od poniedziałku do piątku, a weekendy spędza u ojca. Matka musiałaby zarabiać wielokrotnie więcej, by zostały zasądzone jakiekolwiek alimenty, bo sama ponosi większą część obciążeń związanych z utrzymaniem córki.

ironiczny podpis

Nie jest zła, nie jest słaba – jest tak często spotykana, że uważam ją za drogę na skróty. Bo zauważ, że problemy rodzinne dotykają każdego, wszyscy mają coś na ten temat do powiedzenia, więc temat jest nośny i przystępny. Dlaczego więc pisać ciągle, i ciągle, i ciągle o tym samym? Fantastyka ma tak wielkie możliwości w kreowaniu świata przedstawionego, w rozstawianiu pionków i plecenia wokół nich fantazyjnych struktur, narracji oraz wydarzeń, że kolejny tekst o tak codziennym problemie jak konflikt w rodzinie i podjęcie się odbudowy stosunków między rodzicem i córką jest niewystarczający. Dla mnie – i tu leży pies pogrzebany. Nie szukam w fantastyce problemów życia codziennego, takich mam w rzeczywistości wystarczająco. I od nich chciałbym się oderwać. ;)

 

O, nawet nie wiedziałem, że są rodzaje alimentów. Pewnie stąd ta niezamierzona amatorszczyzna we wkładaniu kija.

Matka musiałaby zarabiać wielokrotnie więcej, by zostały zasądzone jakiekolwiek alimenty, bo sama ponosi większą część obciążeń związanych z utrzymaniem córki.

I dlaczego nie miałoby tak być? Przynajmniej spojrzelibyśmy na problem z innej i nie tak w Polsce oczywistej strony.

 

ED: I nawet Historia twojego życia Teda Chianga mnie zmęczyła. Za chwilę spoiler. Tak świetny pomysł, tak wiele – szczególnie dla mnie – nowych informacji i okruszków wiedzy wplótł w stworzenie tamtejszych kosmitów, a wszystko spierdzielił przez próbę zarzucenia na mnie emocjonalnego szantażu związanego ze śmiercią kogoś bliskiego dla narratorki. Smutne to, co opisał. Ale czy było to opowiadaniu potrzebne? Czy jeśli dzieje się coś w życiu bohaterów złego, to zawsze musi być to tak skrajnie przedstawione? Wątpię. Koniec.

– Co chcesz jutro robić? Myślałem może o kinie albo kręglach…

– dziwne… „Myślałem, że może wybierzemy się…

– Okej… a niedziela? – W głosie Tomasza zabrzmiała nadzieja.

– A

Nagle dotarło do niego, co to za wymówkę przed chwilą usłyszał.

– niezręcznie to wyszło. „Nagle dotarło do niego znaczenie jej słów.”

Tomasz spojrzał jeszcze w bok, chcąc coś powiedzieć, ale dał sobie spokój. Cały czas miał nadzieję, że córka się jakoś się przed nim otworzy, ale długie proste włosy, które teraz zupełnie przesłoniły jej pochyloną twarz, stanowiły wyraźny sygnał, że tak się nie stanie.

Niewielka kuchnia wypełniła się zapachem pomidorowej. Tomasz wyłączył gaz i przełożył ugotowany ryż do misek stojących obok otwartej butelki whisky i pudełeczka z somnikteriami, po czym zalał je zupą.

– somnikterie? ;)

Tomasz czuł się już nieco lepiej, ale i tak cieszył się z pochmurnej pogody, pomimo opadów.

– nie kumam konstrukcji tego zdania…

Samochód obrócił się bokiem na mokrym, śliskim asfalcie – przez moment, niczym w zwolnionym tempie, mężczyzna mógł przyjrzeć się przerażonej córce, jej zdającym się zaprzeczać grawitacji roztrzepanym włosom, przez moment wydawało się, że to już koniec – i zaczął koziołkować.

– mężczyzna, czy samochód ;)

– Nie martw się, nic mi nie jest. Zaczekaj jeszcze – zatrzymał ją głosem, gdy była już ubrana.

–??? ;)

 

No nie wiem. Niby pomysł ciekawy, ale wszystko na dobrą sprawę kończy się na relacjach rodzinnych… i w efekcie pomysł pogrzebany pod toną zwykłych spraw. Podzielam opinię o możliwościach świata i uznaję chęć mieszania gatunków, ale oczywiście efektem mariaży musi być to, co w każdym innym wypadku – zachwyt czytającego ;)

Aby tekst podciągnąć, a zostawić osadzenie w obyczajówce, wkład obyczajowy musi być treściwszy, tudzież cięższy emocjonalnie :)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Otóż to. Gra w tym tekście idzie o zbyt niską stawkę, aby po lekturze nie skwitować całości wzruszeniem ramion.

Nie wymagajmy, żeby to zawsze było “śmierć albo życie”. Wtedy teksty robią się na jedno kopyto.

Babska logika rządzi!

Nie no, jasne, ale fajnie by było, gdyby bohaterowi zależało na dobrych relacjach z córką bo “coś tam”, a nie “bo tak”. Łatwiej byłoby coś do niego poczuć, wyłuskać jego problem z miliona podobnych, które każdy zna z autopsji. To że sąsiad bije żonę jest ciekawe o tyle, że może nam się tej żony zrobić żal, a sąsiada będziemy hejtowali bo postępuje źle, ale ciekawsze jest to, że sąsiad bije żonę bo obwinia ją o śmierć dziecka, albo powtarza mantrę rodzinnej kaźni, którą wyniósł z domu. Wtedy buduje nam się jakiś punkt wyjścia do opowiedzenia historii, gra toczy się o jakąś stawkę, nie hasło typu “dobro rodziny”, czy “trudne relacje z nastoletnią córką”.

Hmmm. A dzieci się nie kocha właśnie “bo tak”? Chociaż nie przeczę, wzbogacenie relacji między postaciami by nie zaszkodziło. Nie wiem tylko, co na to limit.

Babska logika rządzi!

No tak, ale bohater zachowuje się tutaj, jakby kochał przede wszystkim siebie (w ogóle przedstawiony jest jako niemalże narcystyczny nieudacznik). Zobacz, że po chwili przełomu, gdy pada:

“Zrozumiałem, że dałem się ponieść własnym lękom i obawom, zamiast starać się być lepszym ojcem”

bohater wraca do punktu wyjścia, swojej pustelni, gdzie chowa się przez światem (czyli nic się nie zmienia). A jego “staranie się” ogranicza się do oglądania serialu poleconego przez córkę – czyli nie wysilił się za specjalnie. 

Nie no, jasne, ale fajnie by było, gdyby bohaterowi zależało na dobrych relacjach z córką bo “coś tam”, a nie “bo tak”.

Ale tu masz dokładnie to. Tomaszowi zależy na relacjach z córką, ponieważ jemu samemu brakowało relacji z rodzicami:

Na fasetach dostrzegł siebie oraz matkę w szpitalnym łóżku, nieruchomą i podpiętą do maszynerii. We śnie była piękna jak Śpiąca Królewna. Chyba dlatego nigdy nie zebrał się, by wyrzucić somnikterium, by zapomnieć o śnie. Wolał nie pamiętać, co z upływem czasu zrobiła z niej śpiączka. Oraz jaki miała wpływ na jego ojca.

Właśnie dlatego podchodził do relacji z córką od złej strony – skupiał się na własnych traumach i chciał za wszelką cenę zapobiec utracie relacji, zamiast pracować nad tym, żeby ta relacja była dobra. Nie rozumiem, czemu to teraz tłumaczę, skoro jest to powiedziane wprost w tekście, wręcz miałem wrażenie, że nieco zbyt wprost – ale jak widać, jednak za mało:

Zrozumiałem, że dałem się ponieść własnym lękom i obawom, zamiast starać się być lepszym ojcem, chciał powiedzieć, ale zamiast tego dodał:

ironiczny podpis

Moim zdaniem podane fragmenty dzielą od powiedzenia tego, o czym mówimy, wprost przynajmniej trzy lata świetlne, ale to już pewnie kwestia osobistego odbioru tekstu:) Ja z pierwszego fragmentu dowiedziałem się czegoś o relacji matka-ojciec bohatera, które nie musiały przełożyć się na wypaczenie jego relacji z rodzicami. Gdzie tu dosłowność? Gdzie zaburzenie relacji rzutujące na przyszłe stosunki z własnym dzieckiem i niedojrzałość bohatera? W głębokim niedopowiedzeniu, które interpretować można dowolnie.

 

A jaki ma sens to, że nie wypowiedział tych słów na głos, do córki? Przecież to chodzi o to, że sam zdał sobie z tego sprawę.

W jaki sposób długotrwała śpiączka matki “nie musiała przełożyć się na pogorszenie (czyt. zupełny brak) relacji z rodzicami”? No, przynajmniej z jednym rodzicem?

ironiczny podpis

Czyli brak relacji z rodzicem jako motywator zaburzeń w relacjach z własnym dzieckiem. No cóż, to jest granie bardzo uproszczonym obrazem, który po prostu nie przekonuje. 

Ciekawe rozwinięcie pomysłu; wcześniej somnikteria sprawiały wrażenie jakiegoś sekretnego elementu dziecęcego świata, teraz stały się towarem sprzedawanym w sklepach, odbieram to jako symboliczną metaforę dorastania. Ładna klamra kompozycyjna, ukazująca proces leczenia własnej psychiki, duszy poprzez uwolnienie przeszłości. Fajny motyw ze snem o wypadku; to był dobry plot-twist.

 

Swoją drogą zaciekawił mnie moment, w którym podawanie somnikterium zostało przedstawione jako “krok przed” podawaniem komuś narkotyków. Skojarzyło mi się to trochę z prawdziwymi onirogenami – klasą środków psychoaktywnych, wpływających na przebieg marzeń sennych: https://en.wikipedia.org/wiki/Oneirogen 

 

Styl niestety słabszy niż w przypadku “Somnikterium” moim zdaniem, w zasadzie cały tekst jest nasycony zaimkozą zwrotną (przykład poniżej), do tego kilka sformułowań, które można by wyrazić w bardziej finezyjny sposób.

 

Sugestie poprawek:

 

– Co wy za szmelc tu sprzedajecie?! – przerwał mu starszy mężczyzna w płaszczu i kaszkiecie.

Przez ten rym całość brzmi dziwnie.

 

Zignorował wyciągniętą rękę sprzedawcy i sięgnął wprost do pojemnika. – Może tu będzie coś lepsze… Aua!

Tomasz był szybszy i chwycił natręta za dłoń.

– Zostaw – wycharczał grobowym tonem. – To nie jest na sprzedaż.

– Puszczaj! Puszczaj, no mówię! – Starszy mężczyzna dalej próbował sięgnąć po pudełko, lecz na próżno.

Powtórzenie. Sugeruję: Starszy mężczyzna dalej próbował capnąć pudełko

 

Stali w korku, więc Tomasz nie mógł nawet możliwości zapomnieć o rozmowie i skupić się na jeździe.

 

Zdanie chyba się rozjechało przy rekonstrukcji. Albo nie mógł zapomnieć, albo nie miał możliwości zapomnieć.

 

– Uch. – Lucyna już miała nos z powrotem w telefonie, ale dodała cicho: – Marcin.

Tomasz spojrzał jeszcze w bok, chcąc coś powiedzieć, ale dał sobie spokój. Cały czas miał nadzieję, że córka się jakoś się przed nim otworzy, ale długie proste włosy,

Powtórzenia, w samym tekście nawet idealnie ułożyły się pod sobą, wers za wersem ;)

 

– Poszła do innego gimnazjum. Nie rozmawiałyśmy ze sobą od roku.

Tomasz pomyślał, by jeszcze raz poruszyć temat Marcina, ale ugryzł się w język. Zabawne, przeszło mu przez głowę, choć wcale nie było mu do śmiechu, jak szybko kończy się lista spraw, o które mógłbym spytać. Myślami wrócił do własnego dzieciństwa, do wszystkiego, o czym pragnął opowiedzieć rodzicom, ale nie mógł.

– Pamiętaj, że jeśli chcesz o czymś porozmawiać, to zawsze tu jestem.

Może: Nie gadałyśmy ze sobą od roku.  Będzie bardziej pasować do młodzieżowej mowy.

 

Wolał nie pamiętać, co z upływem czasu zrobiła z niej śpiączka. Oraz jaki miała wpływ na jego ojca.

Zdanie zaczęte od “oraz” na mój gust wygląda dziwnie. Tu z kolei aż prosi się o zastosowanie powtórzenia dla podbicia przekazu; Wolał nie pamiętać, co z upływem czasu zrobiła z niej śpiączka. Nie pamiętać tego, jaki miała wpływ na jego ojca.

 

Zbliżali się do przejścia dla pieszych, gdy światło zmieniło się na żółte. Tomasz wcisnął pedał hamulca i momentalnie stracił panowanie nad autem. Zbyt późno zdał sobie sprawę, że powinien po prostu przejechać. Samochód obrócił się bokiem na mokrym, śliskim asfalcie – przez moment, niczym w zwolnionym tempie, mężczyzna mógł przyjrzeć się przerażonej córce, jej zdającym się zaprzeczać grawitacji roztrzepanym włosom, przez moment wydawało się, że to już koniec – i zaczął koziołkować.

Powtórzenia.

 

 

– To ubieraj się, taksówka zaraz będzie.

– Nie powinieneś pojechać ze mną i pójść do lekarza? – spytała dziewczyna z troską w trakcie wykonywania polecenia.

Tomasz jakoś zdołał zakleić pęknięte lustro taśmą, choć nie był pewien, czy córka do końca kupiła jego wymówkę o potknięciu i wypadku.

– Nie martw się, nic mi nie jest. Zaczekaj jeszcze – zatrzymał ją głosem, gdy była już ubrana. – Jest coś, co chciałem ci dać, zanim pójdziesz.

Powtórzenia.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Fantastyka: jest. Motyw snu: jest.

 

Świat ten sam, co w Somnikterium, ale opowiadanie w pełni niezależne. I powiem szczerze, dużo lepsze. Bardziej mi się podobało pod względem zarówno stylu, jak i pomysłu. Dalej jest tu połączenie opowieści młodzieżowej z obyczajówką (choć w przypadku Somniteki dla starszego odbiorcy też ten tekst jest dobry). Poważnie, smutno, nawet strasznie. A potem… nie wiem czy tekst został zakończony zbyt późno, czy może miał być kawałek dłuższy, ale zabrakło pomysłu na zakończenie. W każdym razie ów brak wyraźnej końcówki psuje odbiór.

 

No i trochę zbija z tropu motyw znikania somnikterium gdy ktoś zapomni o śnie. Niestandardową, dziwną technologię zmienia to w magię. Pasuje do wspomnianej uwagi, ze to tekst właściwie młodzieżowy, a dla starszego odbiorcy „przy okazji”, ale mimo wszystko można to było jakoś inaczej rozwiązać.

 

Całość na plus z zastrzeżeniem problemu z zakończeniem.

 

Podobało mi się tak samo, jak poprzednia część. Chyba już pisałem, że dialogi wychodzą Ci naturalnie. To rzeczywiście ciekawy pomysł, warty większego wykorzystania.

Gdzieś zauważyłem dłuższą wymianę zdań i określenie Tomka, jako narcystycznego nieudacznika. Przyznaję, że brwi uniosłem wysoko. Pomyślałem też, że z jednej strony dobrze, iż tak się różnimy, skoro widzę tak skrajne interpretacje od mojej. A teraz myślę, że ten narcyz wynika raczej z irytacji, niż rzeczywistej interpretacji.

Piszesz jakąś powieść obyczajową?

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka