- Opowiadanie: osaya - Lucy

Lucy

Witam,

to mój debiut na portalu. Mam nadzieję, że się spodoba.

 

----------------------------------

 

Opowiadanie uczestniczy w konkursie „W głębi snów”.

Jeśli podoba Ci się ten temat, przekaż darowiznę na fundację Synapsis: http://synapsis.org.pl/ (przycisk „Przekaż darowiznę” na stronie fundacji).

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Lucy

– Tato, tato! – wołała pięcioletnia Lucy, biegnąc przez korytarz w stronę gabinetu ojca.

Tom siedział pochylony nad jedną z wielu płytek krzemowych rozrzuconych na roboczym stole. Dłubał coś w skupieniu. 

Gdy dziewczynka pojawiła się w pokoju, oderwał się od swojego zajęcia:

– Słucham, córeczko.

– Tato, czy komputery śnią?

– Znowu oglądałaś Blade Runnera, tak? – zapytał z uśmiechem.

– Tato!

– No dobrze, dobrze. Widzisz, humanoidalne roboty, z którymi mamy styczność na co dzień, są tak naprawdę tylko skomplikowanymi kalkulatorami…

– Nie o nie pytałam – przerwała. – Chodzi mi o zwykłe komputery. Telefon, tablet.

– Nie. Komputery nie śnią.

– A ja myślę, że tak!

– Ach, tak! Może masz rację…

– Pewnie! Wiesz, czuję to. O tutaj, w środku – powiedziała, wbijając palec wskazujący prosto w siebie.

W tym momencie Tom drgnął, jakby w jego serce wbito szpikulec. W serce, które nie może zapomnieć o ukochanej żonie. Poczuł ból, jakby ponownie stracił cząstkę siebie.

Miał Lucy tyle do powiedzenia i jeszcze więcej do przyznania przed samym sobą, lecz brakowało mu odwagi.

– Na pewno, na pewno.

 

*

 

Tej nocy Tom spał niespokojnie. Dręczył go powracający koszmar, tym bardziej straszny, bo prawdziwy.

Jaskrawozielona trawa po horyzont. Słońce wydobywające się jakby z każdego punktu przestrzeni. Tom i Margot po prostu idą. Ona mu coś szepcze do ucha, aż nagle znika. Pozostaje po niej tylko smuga szarego dymu. Świat spływa w niebyt jak woda w zlewie. Tom razem z nim. W końcu wpada do gęstego niczym smoła oceanu. Gdy w końcu sięga powierzchni, jego ręka ląduje na krawędzi wanny. Wdech i krzyk jak pierwszy oddech noworodka. Leży pośród tysiąca notatek w pozycji embrionalnej, a z głowy wystają mu kable. Widzi to z zewnątrz. Jego świadomość tu, a ciało bez kontroli tam. I te oczy mrugające w nieładzie.

Słyszy coś, kobiecy głos, ale nic nie rozumie.

 

*

 

W rzeczywistości było tak:

Tom i Margot szczerze się kochali, spędzali ze sobą dużo czasu, choć niewiele rozmawiali.

On ze swoim zespołem pracował w laboratorium technicznym. W przeciwległym skrzydle: ona – Margot, cudowna żona i ambitna pani profesor. Zdiagnozowano u niej wadę serca. Już jej rodzicom przed poczęciem mówiono, że tak będzie i ich córka nie dożyje trzydziestu pięciu lat. Nie mogli z tym nic zrobić. Ani wtedy, ani teraz. Wiedziała o tym, dlatego cieszyła się życiem, jak mało, kto.

Nagle do uszu Toma dobiegł hałas z korytarza. Tupot i szarpanie za klamkę. Do gabinetu wpadł asystent Margot, lecz nic nie powiedział. Tom rzucił wszystko i wybiegł z pomieszczenia, odpychając chłopaka. Gnał, ile miał sił w nogach, ale i tak było za późno. 

Nie był przygotowany na to, co miał zaraz zobaczyć. Ukochana, ze szklistym spojrzeniem wbitym w sufit, leżała w ramionach koleżanki. Już nie usłyszy jej śmiechu, nie poczuje oddechu, już nic… a gdyby tak?

Planował to. Przecież wiedział, że tak będzie i to on musi coś z tym zrobić. Ma takie możliwości, jak więc mógłby ich nie wykorzystać?!

Tom nie był typem szalonego naukowca. Był zasadniczy i rzeczowy, a przede wszystkim bardzo uczuciowy, choć skryty. I w tej skrytości od dawna pracował nad czymś, co przywróci mu żonę. Sensoryczny transfer jaźni, w skrócie SEN. Projekt eksperymentalny, nieprzetestowany i ryzykowny. Ostatnia jego nadzieja. W dodatku złudna. To miała być tylko kopia, w najlepszym przypadku dokładna replika: pamięci, charakteru i świadomości.

O pomoc poprosił swój zespół. Ufał im. Do działania musieli przejść natychmiast.

– Raz, dwa… i trzy! – Drugi laborant i asystent wsunęli ostrożnie ciało Margot do ciepłej złocistej kąpieli.

Margot powoli zanurzyła się w cieczy. Na głowie miała czepek z setką pręcików. Przy pomocy odczytu ostatnich tchnień EEG, impulsy przekazywały informacje prosto z mózgu do komputera. Stamtąd przetworzone dane wędrowały do chmury AI. Zmodyfikowanej i odseparowanej przez Toma tak, aby nic nie wpłynęło na cyfrową wersję Margot Lucy Polanski.

Proces przebiegał powoli. Tom wpatrzony w ekran laptopa nawet nie zauważył, kiedy wyszli jego koledzy. Rzucili tylko niemrawe “trzymaj się” i zniknęli, bo co mogli zrobić? Było im go żal. Cud, że się jeszcze nie rozsypał i nie zabił.

Tamtą noc Tom spędził przy żonie.

 

*

 

Nad ranem zabrano ciało Margot. Tom nie stawiał oporów, a personel o nic nie pytał.

– Słuchaj – zaczął nijak dyrektor. – To cios. Dla każdego.

Chwilę milczał, aż w końcu podjął: 

– Dostajesz wolne na jakiś czas, dopóki wiesz… nie ułożysz spraw.

Tom tylko lekko uniósł wzrok.

 

*

 

W domu jakoś funkcjonował. Spał, jadł i mył się, a przede wszystkim pracował. O tak! Praca go zdominowała. Ciągle coś lutował, obliczał, skręcał, poprawiał. Zajmował się wszystkim, byle nie myśleć o tym, co się stało. Został sam. Gdyby nie regularne wizyty kuriera, Tom przez ostatnie miesiące nie widziałby się z nikim.

Z czasem jego praca nabierała kształtów. Metaliczny szkielet, choć drobny, to ciężki, spoczywał sztywno na krześle. Nie sięgał nogami do podłogi.

– Witaj najdroższa.

– Cześć Tommy – raźnie odparł robot lekkim kobiecym głosem. – Co słychać?

– Nie mogę wyregulować ekspresji motorycznej…

– Na pewno sobie poradzisz, skarbie.

– Tak, to pewnie wina braku powłoki. Czujniki dotyku powinny załatwić sprawę…

I tak dzień w dzień. Robot stawał się coraz doskonalszy, dokładniejszy i… bardziej ludzki.

 

*

 

– Ja już tak nie mogę, Margot.

– Rozumiem – odparła. – Zrób, co uważasz za słuszne.

Tom wdusił Enter. Z jednej strony nie mógł pogodzić się ze stratą żony, iskierki jego życia, z drugiej nie był w stanie dalej udawać. Robot został zresetowany i zgasł. Po chwili się włączył i zabrzmiał syntetyczną komendą:

– Wprowadź imię.

Dioda w jednym oku migała oczekująco.

– Lucy. – Poddał się.

 

*

 

O poranku Tom przyszedł do córki.

– Dzień dobry, kochanie!

– Cześć, tato – odparła, ziewając.

– Jak ci się spało?

– Dobrze. Śniło mi się, że jestem już w szkole, że siedzę w ławce z Jessicą i…

– To cudownie. Chciałem ci coś powiedzieć, wyznać.

Przerwał na moment. Lucy cierpliwie czekała.

– Sądzę, że masz rację. Z tymi snami robotów…

– Komputerów.

– Tak, komputerów – powtórzył mechanicznie. – Ciągle myślę o mamie. Wspominam ją. Dopóki mamy ją tu i tu – najpierw wskazał na serce, potem na głowę – ona wciąż żyje, wciąż jest z nami.

Dziewczynka pokiwała, potakująco.

– Jest coś jeszcze, tato.

Lucy podźwignęła się z łóżka i przytuliła do swojego taty – ciało do ciała. Na ucho, jakby nieco dojrzalszym głosem, wyszeptała: kocham cię, skarbie.

Koniec

Komentarze

Dręczył go powracających koszmar

Literówka :) 

 

 

O matko… Dobrze zrozumiałam, że z robota chciał zrobić zmarłą żonę, a potem zrobił córkę? *_* O matko :D 

 

5-letnia Lucy – pięcioletnia…

 

Pomysł na opowiadanie jest fajny, ale muszę przyznać, że nie wiem, co się w pewnym momencie stało. Piszesz, że robot działa coraz lepiej, a mimo to protagonista resetuje urządzenie, a następnie “powołuje do życia” córkę. 

Na podstawie tekstu nie potrafię sobie wyobrazić motywacji bohatera do likwidacji żony, nadto nie wiem, w jaki sposób stworzono córkę, skoro do wytworzenia żony potrzebne było zeskanowanie osobowości z prawdziwego mózgu i długotrwałe obrabianie pozyskanego materiału; nadto dlaczego użyto robota przeznaczonego dla żony (wymiary, kształty).

Wątek snu zdaje się być przyklejony na siłę. Opis snu nic nie wnosi, a powoduje tylko niezręczność w postaci stwierdzenia “W rzeczywistości było tak:”. 

I po co to było?

Podzielam wątpliwości Syfa – w jaki sposób Tom zmajstrował Lucy, skoro miał tylko materiał do odtworzenia żony? Dlaczego zrezygnował z dalszych prób z robotem Margot?

Podoba mi się pomysł, ale mam wrażenie, że nie został należycie wykorzystany w opowiadaniu.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

– Tato, tato! – wo­ła­ła 5-let­nia Lucy, bie­gnąc. –> – Tato, tato! – wo­ła­ła pięcioletnia Lucy, bie­gnąc.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

roz­rzu­co­nych po ro­bo­czym stole. –> …roz­rzu­co­nych na ro­bo­czym stole.

 

Ah, tak! Może masz rację… –> Ach, tak! Może masz rację

 

Serce, które nie może za­po­mnieć o swo­jej uko­cha­nej żonie. –> Zbędny zaimek. Bo nie przypuszczam, żeby to serce miało żonę.

 

Ja­skra­wo zie­lo­na trawa po ho­ry­zont. –> Ja­skra­wozie­lo­na trawa po ho­ry­zont.

 

Tom za­czy­na spa­dać. W końcu wpada do gę­ste­go–> Nie brzmi to najlepiej.

 

I te oczy mru­ga­ją­ce w nie­ła­dzie. –> Na czym polega nieład mrugania?

 

ich córka nie do­ży­je 35 lat. –> …ich córka nie do­ży­je trzydziestu pięciu lat.

 

Uko­cha­na le­ża­ła w ra­mio­nach ko­le­żan­ki ze szkli­stym spoj­rze­niem wbi­tym w sufit. –> Ze zdania wynika, że to koleżanka miała szklisty wzrok wbity w sufit.

Proponuję: Uko­cha­na, ze szkli­stym spoj­rze­niem wbi­tym w sufit, le­ża­ła w ra­mio­nach ko­le­żanki.

 

Chcia­łem Ci coś po­wie­dzieć, wy­znać. –> Chcia­łem ci coś po­wie­dzieć, wy­znać.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

wy­szep­ta­ła: ko­cham Cię. –> …wy­szep­ta­ła: ko­cham cię.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za uwagi. Większość wprowadzona, tylko spada-wpada zostawiłem, bo nic mi tam innego nie pasuje, ale będę szukać.

 

Nie lubię się tłumaczyć, bo to oznacza, że tekst kuleje, ale jednocześnie chciałbym rozjaśnić wątpliwości.

Zawsze się waham: wytłumaczyć wszystko czy zostawić niedopowiedzienia? Sam lubię, gdy jest pewne pole do interpretacji, ale istnieje wtedy ryzyko, że pozostawię za mało śladów dla czytelnika. Kwestia dotarcia, praktyki.

 

Nie chcąc za dużo zdradzać osobom, które jeszcze nie czytały, powiem tak: Tom jest osią fabuły. Widzę go jako osobę osamotnioną, która nie może rozliczyć się z przeszłością. Opowiadanie to dramat. 

 

Roboty ze sztuczną inteligencją w świecie przedstawionym są codziennością.

Robot stworzony przez Toma od początku był przeznaczony dla córki – Metaliczny szkielet, choć drobny…

Córka ma własną osobowość.

 

Wątek koszmaru… to prawda. Doklejony, bo kolejne akapity wydały mi się suche. Snem konkursowym jest transfer jaźni i wiara w odtworzenie człowieka.

 

Osaya, dziękuję za wyjaśnienia, sprawa stała się znacznie jaśniejsza. ;)

 

Może spodoba Ci się zdanie: Tom zaczyna spadać. W końcu zsuwa się i zanurza w gęstym niczym smoła oceanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł na opowiadanie wydaje się być naprawdę ciekawy, jednak odnoszę wrażenie jakby tekst został ucięty w połowie i nagle został doklejony koniec bez jakiegokolwiek wyjaśnienia co się stało pomiędzy. Jak to się stało, że bohater, który tak kocha żonę, że w swej desperacji tworzy jej robota, nagle zawiesza projekt? Czego dłużej już nie może? Budować, bo technologia nie pozwala, czy może jednak nie wytrzymuje psychicznie wiedząc, że jednak to robot, a nie jego prawdziwa żona. I skąd nagle pomysł na córkę? Co było jego motywem? Bo to trochę wygląda tak: zabiję swoją robotyczną żonę i stworzę z niej (ciało dorosłej kobiety), pięcioletnią córkę. 

Wydaje mi się również, że warto by również rozwinąć motyw snu, zwłaszcza śniących robotów, bo wydaje się być ciekawy. Córka, która przecież jest robotem, potrafi odczuwać silne emocje i śnić. O czym śni robot? Czy w jej snach jest zawarte coś z życia Margot skoro dzielą ciało (i chyba umysł jak rozumiem). I jeszcze sama końcówka. Jest rozmowa, że bohater pamięta o żonie i dopóki ma ją w sercu i myślach, to ona tak naprawdę nie umrze. Ok, fajnie. I nagle córka, ni z tego ni z owego mówi, że jest coś jeszcze (“kocham cię”). Wyznanie miłości córki do ojca też jest ok, ale w tej formie wygląda nienaturalnie, jakby wciśnięte na siłę. Chyba, że “dojrzalszy głos” sugeruje, że przez córkę przemawia Margot – wtedy proponuję to bardziej zaakcentować, bo pomysł fajny. 

A w kwestii technicznej żeby nie powtarzać innych komentarzy:

- – Tato, tato! – wołała pięcioletnia Lucy, biegnąc. → styl. biegnąc gdzie?jak? np. w stronę ojca, biegła korytarzem klaskając bosymi stopami o zimną podłogę.

– …na roboczym stole. Dłubał coś w skupieniu. → int. …stole i dłubał coś… lub stole, dłubiąc coś…

- Komputery nic nie śnią. → styl. komputery nie śnią / komputerom nic się nie śni

- powiedziała, wbijając palec wskazujący prosto w siebie. → int. przecinek po powiedziała jest zbędny.

- W tym momencie Tom drgnął. Jakby ukłuła go szpikulcem w samo serce. Serce, które nie może zapomnieć o ukochanej żonie. Ból, jakby ponownie stracił cząstkę siebie. → styl. …Tom drgnął, jakby w jego serce wbito szpikulec. W serce, które… Poczuł ból, jakby….

Tej nocy Tom nie spał spokojnie. Dręczył go powracający koszmar, tym bardziej potworny, bo był najprawdziwszą prawdą, co do joty: → styl. int. Tej nocy Tom spał niespokojnie. Dręczył go wciąż powracający koszmar, tym bardziej straszny/przerażający, że był prawdziwy. (najprawdziwsza prawda – prawda jest prawdą, inaczej jest kłamstwem, no i masło jest maślane^^). Co do joty– kolokwializm, a i “:” jest tu niepotrzebny. “.” zupełnie wystarczy.

ona wciąż żyje, wciąż z nami jest → inwersja. …ona wciąż żyje, wciąż jest z nami.

– Cześć, tato – odparła, ziewając. – Jak sen? → styl. pytanie jak sen, brzmi bardzo dziwnie, lepiej “I jak, śniło ci się coś dzisiaj?”

Pozdrawiam i życzę sukcesów pisarskich,

Yuuki

 

Dziękuję Yuuki za wytykanie stylu. Przydało się. Musiałem to przetrawić, ale poprawiłem tekst.

 

A, jako że do limitu mi jeszcze trochę brakowało, postanowiłem uzupełnić opowiadanie kilkoma zdaniami tu i ówdzie.

 

Sny robotów są tu tylko punktem zaczepienia. Nie planowałem o nich pisać szerzej, bo nie chciałem odciągać czytelnika od wątku głównego, szczególnie w tak krótkim formacie. Może kiedyś…

Hmmm. Motyw przeniesienia osobowości ukochanej osoby nie jest nowy. Dziwna jest zmiana projektu na córkę.

Z czepialstwa: skoro żona miała wadę serca, to czy przeszczep nie załatwiłby sprawy, jeśli już nie dało się tego poprawić operacyjnie? Trzydzieści parę lat to jest trochę czasu na szukanie rozwiązania. No, ale rozumiem, że musiała umrzeć, bo inaczej nie byłoby fabuły. ;-)

Spodobało mi się nawiązanie do snów androidów.

Babska logika rządzi!

Spodoba – nie spodoba. Zamienił żonę na córkę? Zdarza się, ale Lucy jest za mała, – pięciolatka, a on nie przeżył jeszcze utraty. Ciekawe lecz za duży skrót. Podsumowując, niemożliwe, perwersyjne. 

Wykonanie w znaczeniu pisanie – dobre, może tylko czasami dziecko zbyt dorosłe.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jest tu pomysł, ale zapodajesz go w zbyt krótkiej formie. Powyższe komentarze pokazują, że jest wiele pytań, na które czytelnicy oczekują odpowiedzi. Ja też nie do końca zrozumiałem, czemu bohater się tak zachował, co chciał osiągnąć itd. Niestety, czytelnik nie ma wglądu w przemyślenia autora, dlatego tekst po napisaniu warto obrobić od tej strony – co przedstawiam, jak to można zinterpretować. Zbyt mało szczegółów, to zbyt wiele opcji do wyboru. A ich mnoga liczba powoduje, że żadna nie wydaje się realna.

Jednak to pierwsze koty za płoty :) Trzymaj pomocne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałam, ale kilka rzeczy wyraźnie mi zgrzytało. Przede wszystkim (ktoś już też zwrócił uwagę na ten fakt) to ta wada serca. Nie jestem lekarzem, ale z posiadanej wiedzy medycznej zakładam, że raczej większość wad można naprawić przeszczepem, a trzydzieści pięć lat to chyba wystarczająco, by znaleźć dawcę. Żeby nie szukać na siłę czegoś wydumanego, mogłaby mieć np. stwardnienie rozsiane. 

Wracając jednak do samego tekstu, to o ile sporo miejsca poświęcasz scenie śmierci i dalszym wydarzeniom w laboratorium, to dalej wszystko jest strasznie fragmentaryczne i szczątkowe. Ja domyśliłam się kontekstu (zwłaszcza wyłączenia żony), ale mimo wszystko powiązanie całości jest trochę kłopotliwe.

W rzeczywistości było tak:

A to zdanie przyprawiło mnie o ból zębów. Jeśli wcześniejszy fragment miał trochę magii i poetyczności, to tutaj czytelnik otrzymał kubeł zimnej wody, żeby się przypadkiem zbytnio nie rozmarzył .

 

Z całości za to podobała mi się postać Lucy, ale to chyba głównie przez to, że lubię to imię ;) .

 

Pozdrawiam C. 

Fantastyka: jest.

Motyw snu: jest.

 

To jeden z tekstów, które doceniam za to, że w jakiś sposób przypominają oldschoolowe SF. Co prawda z niektórymi kwestiami „science” można tu mocno dyskutować i bardzo je podważać, ale pomimo tego opowiadanie podobało mi się .

 

Czy widać dramat? Widać. I zrezygnowanie naukowca też. Takie… wypalenie? No jest coś w tym.

 

Forma nie wymaga jeszcze pracy, ale nie jest tez zła i moim zdaniem jeśli do tej pory pisałeś mało (być może założenie błędne?), to widać dobre perspektywy. Co mogę poradzić… jeżeli chcesz iść w podobne tony, to warto przyjrzeć się trochę aspektom merytorycznym. Nie mówię o jakimś mocnym researchu, bo w wielu przypadkach da się skupić na innych szczegółach.

 

Bardziej chodzi o wewnętrzną spójność różnych elementów świata. Jeśli czytelnik może się zastanawiać dlaczego jedna technologia jest nieproporcjonalnie dalej od innej, to warto jakoś zasugerować rozwiązanie (w tym przypadku kwestie związane z medycyną, ale to już Geist miał zastrzeżenia i może wspomni w swoim komentarzu co mu zazgrzytało.

 

Podobało się.

 

Przy okazji zgłaszam do biblioteki (nie wiem na ile znasz sposób funkcjonowania portalu, ale to taki wewnątrzportalowy system punktowania opowiadań).

 

Z takim pomysłem można na pewno zbudować ciekawe opowiadanie w mrocznym klimacie, równocześnie pokazując dramat postaci. Poniekąd się to udaje, ale są też rzeczy, które kuleją. Przede wszystkim nielogiczne fragmenty, „dziury” w fabule, niezbyt zrozumiałe postępowanie bohatera, czyli wszystko to, o czym pisano już w komentarzach.

 

Dobry start. Zachęcam do kolejnych prób.

Całkiem udany debiut, sam pomysł bardzo mi się podoba, z tym restartem żony i córką, ale wymaga dłuższej formy. Mignęło mi, że poprzednicy też narzekali na zbyt krótki utwór i skrócony wątek. To zdecydowanie osłabia emocje i wydźwięk sytuacji. Na takie zwroty akcji, jak masz tutaj, potrzeba więcej znaków. Żeby odpowiednio oddać dramat, najpierw musimy lepiej poznać bohaterów. 

Konkursowo dobrze się wpisujesz.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Zabrakło mi wytłumaczenia tych samych spraw, o których pisali przedmówcy, więc nie będę się powtarzać. Ale czytało mi się nieźle.

Nowa Fantastyka