- Opowiadanie: ghostrider7676 - Perły przed wieprze

Perły przed wieprze

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Perły przed wieprze

15.09.2017

 

Zastanawiam się czy starotestamentowy, gniewny bóg też miał problem z pierwszym zdaniem. Na początku nie było nic, potem stało się światło. Wymyślił to od razu? Może dopiero na końcu, ósmego dnia, przyglądając się chaotycznym notatkom towarzyszącym trudom tworzenia?

Zdecydowałem się opisać cały proces w formie dziennika, skupić na faktach oraz emocjach. Pracę nad ostateczną formą zostawię przyszłym pokoleniom.

Nie jest łatwo tworzyć rzeczywistość, każdy czyn może być tylko zwierzęcym aktem przetrwania, bezmyślną kontynuacją genetycznego łańcucha przyczynowo–skutkowego. Pomyśl, mój przyszły wyznawco, ile razy robisz dobre i złe rzeczy tylko dlatego, że się nad tym nie zastanawiasz? Jaki wpływ na twoje decyzje mają otrzymane w darze życia geny, a kiedy decyzje podejmuje kilkupokoleniowa indoktrynacja? Przecież jesteś tylko genetycznym przypadkiem, wygranym losem na loterii chorób, wojen, głodu, czy też aborcji. Twoja wolna wola to zbiór doświadczeń ostatnich pokoleń, nazywanych szumnie wychowaniem. Nie łudź się, że cokolwiek robisz jest twoją decyzją. Zaprogramowali cię matka i ojciec, ich z kolei właśni rodzice. A przecież ich także ukształtowały zwierzęce instynkty przetrwania kolejnych przodków, dziadów i pradziadów. Wyrwanie się z tego zaklętego koła stało się pierwszym krokiem w drodze do oświecenia.

Zatem jak zmieniłem wszechświat? Jak stałem się Bogiem? Jako że każdy ma swoje tajemnice, nawet Bóg, zacznę mój dziennik od środka.

 

Faza obserwacji zakończyła się niemal miesiąc temu. Moim celem stała się skromna emerytka, żyjąca z niewielkiej państwowej jałmużny, jedna z setek podobnych odpadów machiny państwowej. Małgorzata żyła w rozpadającej się komunalnej kamienicy, otoczona czterema pokoleniami patologii, samotna w wiecznie pijanej, pełnej przemocy okolicy. Biedna jak mysz kościelna, co miesiąc dokonywała wyboru, czy za nędzną emeryturę kupić leki, ciut lepsze jedzenie, czy też kilka dodatkowych zniczy na grób męża. Nie da się ukryć że szczególnie ujęła mnie swym zamiłowaniem do porządku. Każdego dnia, od wczesnego rana, zaczynała sprzątanie swego niemal stumetrowego domostwa. Pieczołowicie odkurzała każdy zakamarek, z trudem prostując stare kości starała się sięgnąć jak najwyżej, dotrzeć jak najgłębiej, tocząc wieczną wojnę z kurzem. W przerwie przychodził czas na mizerne śniadanie, czyli najtańszy chleb moczony w mleku. Posiłek zawsze podany był na starym, porcelanowym talerzyku, zaś mleko w należącej do kompletu filiżance. Każdy kęs chleba zostawał starannie i bez pośpiechu ukrojony, nabity na widelec, zanurzony w mleku i mimo drżących rąk doprowadzony do wysuszonych ust bez choćby jednej spadłej kropli, nawet jednego upuszczonego okruszka. Mogłem patrzeć bez końca na ten rytuał.

Oko Boga działało bez zarzutu, obraz był doskonały. Spóźnili się jeden dzień, najwyraźniej nawet w największych mrokach chorych dzielnic starość jest chroniona nienazwanym tabu. Czterech mężczyzn, głęboko nasunięte kaptury, krok padlinożerców. Urodzone hieny, groźne tylko w grupie, z daleka omijające realne, czy też tylko wyobrażone zagrożenie. Dwóch stanęło pod bramą i paląc papierosy ukradkiem rozglądało się w poszukiwaniu ewentualnego niebezpieczeństwa. Pozostali wśliznęli się przez zdewastowane drzwi i ruszyli na górę. Czekałem niemal w nieskończoność, każda sekunda zdawała się trwać godzinę. Wreszcie ujrzałem ruch, Małgorzata powoli ruszyła w kierunku drzwi. Krok za krokiem, powolne, irytujące człapanie. Jak długo mogła iść te cholerne kilka metrów! Dłuższa chwila pod drzwiami, jest ostrożna. To dobrze. Inaczej nie byłby to czyn Boga, lecz zwykły przypadek.

Stare drzwi z dykty, pomalowane na biało dobrą dekadę temu, uderzają staruszkę. Zaskoczona próbuje krzyczeć, lecz głos nie ma sił wydobyć się z wątłej piersi, potem nie ma na to już szans. Hieny są w swoim żywiole, im słabsza ofiara tym są silniejsi. Jedyne czego w swych nędznych żywotach dokonali to osiągnięcie mistrzostwa w krzywdzeniu tych którzy nie mogą się bronić. Oko Boga rejestruje, kadruje, zapamiętuje, nic nie umyka mojej uwadze.

Zaplanowanie Bożej interwencji nie było proste, długo zmagałem się z wieloma wątpliwościami, a nawet zwykłym ludzkim strachem. Małgorzatę wybrałem przypadkiem, Oko Boga idealnie spoglądało w głąb jej mieszkania. Z wielu obrazów, które musiałem obejrzeć w tej obskurnej dzielnicy, tylko ona przykuła moją uwagę, to jej właśnie postanowiłem poświęcić Siódme Boże Dzieło.

Tym razem bardzo starannie przyszykowałem się do przeprowadzenia Zmiany. Tandetny garnitur, lekko przepocona koszula i wyświechtana teczka z ekoskóry, nadały mi wygląd początkującego agenta ubezpieczeniowego, zwabionego do zawodu wizjami przyszłego sukcesu. Uważnie wybrałem porę dnia, nie za późno aby miejscowy element był jeszcze w stanie prowadzić konwersacje, a na tyle wcześnie żeby okres pozyskiwania środków na kolejny dzień picia dopiero się rozpoczął. Kręcąc się pośród śmierdzących moczem i wymiocinami podwórek, mijając ślady po zdewastowanych placach zabaw i unikając wszechobecnych psich kup czekałem na pierwszą zaczepkę. Zajęło to nieco więcej czasu niż myślałem. W końcu zbliżył się miejscowy pijaczek i zachrypniętym głosem poprosił o kilka złotych na nalewkę. Wyglądał ohydnie: brudne, poplamione dżinsy, śmierdząca alkoholem i starym potem koszulka, zużyte adidasy. Twarz pokryta bruzdami, postrzępiona broda, krzywe resztki zębów i porażająco wręcz nieświeży oddech. Uśmiechnąłem się w duchu, był idealny. W kilku słowach wyjaśniłem mu w czym rzecz: jako agent ubezpieczeniowy muszę sprawdzić czy majątek podany przez panią Małgorzatę realnie istnieje. Ponieważ zarówno oszczędności, jak i biżuteria, trzymane są w mieszkaniu, wysłano mnie abym skontrolował fakt ich istnienia. Nie jestem z miasta więc pogubiłem się w labiryncie podwórek i podobnych uliczek.

Kolejne trzy, w zasadzie identyczne, spotkania z miejscową fauną dały mi pewność że wieść rozniesie się błyskawicznie. W moim świecie taka historia zostałaby wyśmiana niemal od razu, jednak tam, w miejscu krzyżowania się pokoleń niewiele odstających od zwierząt, nosiła wszelkie znamiona prawdopodobieństwa. W tych prymitywnych mózgach nie powstał nawet koncept najprostszego sprawdzenia informacji, nie ułożono żadnego bardziej ambitnego planu. Po prostu przyszli i z marszu zaczęli spełniać mą wolę.

Na twarzy staruszki widać było najwyższe przerażenie, strach tak wielki, tak bliski obłędu, że niemal czułem współczucie.

Pamiętaj mój Apostole, proces przemiany w Boga jest niezwykle bolesny, może tylko Jezus, czy Budda są w stanie pojąć jak cierpiałem. Jak wielki koszt musiałem ponieść by to właśnie moje Słowo stało się przysłowiowym ciałem.

Małgorzata wiła się na starym, drewnianym krześle, bezzębne usta zakryte brudną, szarą szmatą próbowały wykrzyczeć protest przeciw Woli Bożej, zniszczyć mój zamysł. Jak bardzo mizerny jest człowiek, tak łatwo z istoty mieniącej się władcą ziemi zrobić nieszczęsna kupkę zwierzęcych instynktów. Gosia walczyła dzielnie, lecz na nic to się zdało. W ruch poszły pięści łamiące kruche, maleńkie ciałko, w mięśnie wgryzły się noże, skórę wypaliło żelazko. A ona walczyła, tak strasznie walczyła o swe marne człowieczeństwo. Poczułem łzy płynące mi po policzkach, zaprawdę gdy to piszę znów czuję ich słony smak. Gdy hieny opuszczały sprofanowane mieszkanie, zabierając ze sobą kilka nic nie wartych łupów, długo jeszcze patrzyłem na wykrwawiające się żałosne stworzenie które dwie godziny wcześniej było Małgorzatą.

 

28.11.2017

 

Czas przemiany się zbliża, czuję to każdą komórką ciała. Udało mi się wybudzić ze snu, a raczej koszmaru, fałszywej rzeczywistości. Codziennie coś zmieniam, wpływam na ludzkie losy, myśli i dążenia. Zadziwiające jest jak bardzo to proste, jak mało wysiłku wymaga zmiana fundamentalnych zasad funkcjonowania społeczeństwa.

Gdy tak na to patrzę dziwi mnie jak niewiele osób odkryło tę tajemnicę. Czy to początek nowej ery, czy będę kolejnym symbolem na następne tysiąc lat? Szukamy teorii wszystkiego, rozważamy jedenaście i więcej wymiarów, potrząsamy strunami łudząc się że w ich drganiu rozpoznany uniwersalne prawa. To wszystko na marne. Czy tak trudno jest pojąć że to nasz umysł jest centrum wszechświata? Że każdy świat jest inny i absolutnie unikalny? Przecież każdy czuje to intuicyjnie. Ile się znajdzie osób uważających siebie za idiotę, swoje poglądy za błędne i nieistotne, a wyznawaną religie za fałszywą? A mimo wszystko wciąż wstydzimy się przyznać że uważamy się za lepszych od wszystkich wokół, że to właśnie my jesteśmy świadomością która nadaje sens ich istnieniu. Gdyby nas wreszcie słuchali, brali przykład, uwierzyli że to my wiemy najlepiej jak żyć, świat byłby o niebo lepszy.

Tak naprawdę wszyscy jesteśmy idiotami i geniuszami w jednej osobie.

Nie da się mierzyć z rzeczywistością bez tytanicznego wysiłku, nie można być Bogiem na pół etatu. Słuchaj mnie, mój Apostole, powiadam ci że moc człowiecza jest niczym bez jego woli. A wola, słynna wolna wola, jest darem dostępnym nielicznym. Reszta niech się łudzi, ślepo wierzy że ma wpływ na cokolwiek, na edukację, pierwszą i następną pracę, żonę, dzieci, śmierć. Tyle zmarnowanej energii, tyle fałszywych wyborów. Czasem sądzę że lepiej żebyście nigdy się nie narodzili.

Dziś sprawiłem że zginął bezdomny, szara brudna masa skrywająca gdzieś głęboko wychudzone ciało. Ktoś z historią, marzeniami, uczuciami. Ludzie nie rozumieją że nienawidząc kogoś za inną rolę społeczną, w rzeczywistości nienawidzą samych siebie. Judasz przynajmniej podał dobrą cenę, wy to robicie za możliwość pozłocenia kajdan.

 

12.01.2018

 

To był dobry dzień. Czuję jak moc narasta, jestem coraz bliżej przekroczenia granicy za którą jest już tylko moja wola. Coraz lepiej rozumiem umysły ludzi, manipulacja staje się moją drugą naturą. Muszę jednak pamiętać że nowo odkryta moc jest jedynie narzędziem, a jej złudna siła łatwo kieruje w stronę arogancji. Mimo wszystko trudno się powstrzymać przed jej nadużywaniem. To jest jak narkotyk.

Właśnie zmieniłem rzeczywistość trzech osób, było to bardzo pouczające doświadczenie. Nie było to łatwe, tak naprawdę to jedno z większych wyzwań których dotychczas się podjąłem.

Każdy z nas zna takie dzieciaki, samotne wśród szkolnego tłumu, uczące się na minimalnym poziomie, wystarczającym aby nie zwracać na siebie uwagi. Ubrane nijako, mające trudności w najprostszych relacjach międzyludzkich. Czasem, gdy wyjątkowo program szkolny zahaczy o coś co ich interesuje, wybuchają morzem szczegółów. Deklasują swą wiedzą i zdolnościami nie tylko najlepszych uczniów, ale i nauczycieli. Nikt tego nie lubi, nikt ich nie lubi. Chwilami, w rzadkim przypływie łaskawości mogą usłyszeć że są zdolni ale leniwi, jednak nikt w to nie wierzy. Zwłaszcza oni sami. Dziś pozbawiłem świat trzech takich osób.

Portale społecznościowe to bezgranicznie wielka skarbnica wiedzy, zwłaszcza o najmłodszych pokoleniach. Stosunkowo łatwo stworzyć wirtualne osoby, chodzące do mniej znanych szkół, a mające dokładnie takie cechy i odpowiednią osobowość jaka jest potrzebna aby dostać się do grona znajomych bardziej wpływowych osób. Kreacja profilu przystojnego, niezbyt inteligentnego, za to stosunkowo zamożnego gimnazjalisty pozwoliła mi rozpocząć poszukiwania celów w kilkudziesięciu większych zbiorach młodzieży. Kilka skradzionych zdjęć z koncertów, klub nurkowania i sekcja judo sprawiły że bez większych problemów zostałem przyjęty do grona szkolnych gwiazdek. Dalej było już łatwo, każda z tego typu osób szczyci się mnóstwem znajomych, w końcu im więcej złamanych serc tym lepiej. Znalezienie wrażliwych, niezbyt przystojnych chłopców, idealizujących miłość i skrycie marzących że księżniczka zwróci na nich uwagę było tylko kwestią czasu. Michał, Tomek i Aleks, łączyło ich niemal wszystko. Mało atrakcyjni, pokryci pryszczami, okularnicy. Dwóch przeraźliwie chudych, jeden chorobliwie otyły. Rozbite rodziny nie dawały poczucia bezpieczeństwa, wieczny brak pieniędzy wzmagał w nich i tak ogromne kompleksy. Aby uciec uwięzili się w wirtualnym świecie gier, forów o fantastyce, nauce i technologii. Umysły o które powinna się toczyć walka, a które świat odtrącił. Może byliby w stanie coś zmienić, uczynić nas trochę lepszymi, stworzyć coś o czym będą mówiły pokolenia?

Historia o pradziadku należącym do loży masońskiej była równie absurdalna co absolutnie niesprawdzalna. Każdy z chłopców poczuł wreszcie nadzieję, szansę na to że jego życie nie było jedynie głupim żartem, stawał się kimś wyjątkowym. Ich chłonne umysły błyskawicznie znalazły pożywkę w internetowym szambie fałszywej wiedzy. Szukali, zapisywali, drukowali wszelkie dostępne mity na temat wolnomularzy. Umiejętnie karmiłem ich strzępkami informacji, podsycałem wizję, sprawiałem że po raz pierwszy czuli się częścią czegoś ważnego. Kreowałem ich małą, prywatną rzeczywistość. W tym jednym momencie byłem ich Bogiem. Biła z nich prawdziwa, niczym nieskrępowana moc którą karmiłem się niczym ambrozją. Niestety, cała ta pasja, energia, siła tworzenia, niebawem by zgasła, odeszła w niepamięć wymazywana bezbarwną mocą codzienności. Ich wiara byłaby mniejsza i mniejsza każdego dnia, nieuchronnie traciliby swoją i moją siłę. Dlatego w szczycie swej wiary musieli umrzeć. Nie było innej drogi.

Każdy z chłopców wiedział o istnieniu pozostałych lecz nie miał z nimi kontaktu. Test miał przejść tylko jeden, drugi dostawał cień szansy na dołączenie do loży w późniejszym terminie, zaś z rodem trzeciego kontakt miał zostać zerwany na jedno pokolenie. Dzieciaki wykonywały pozornie bezsensowne zadania z pilnością nigdy niewidzianą w ich szkołach, czy też domach. Malowali własną krwią diagramy ze starych ksiąg okultystycznych na kawałkach zwierzęcych skór. Potem palili je o północy na cmentarzach. Odpowiadali na najbardziej wstydliwe i intymne pytania, tracąc naturalną tarczę chroniącą przed głęboką manipulacją. Rzucali uroki na pozostałych, przesuwając w ten sposób granice swej moralności. Pozwolili na pełen dostęp do swoich komputerów, tabletów, komórek, oddając mi swoją prywatność. Cel całej mistyfikacji był jasny, chłopcy mieli znaleźć się całkowicie pod moją kontrolą.

Gdy nadszedł czas mail do każdego wyglądał podobnie:

"Adepcie, z żalem i głębokim smutkiem musimy stwierdzić że zawiodłeś. Brakło Ci bardzo niewiele, w zasadzie nigdy nie mieliśmy adepta który niemal do końca był tak bliski zwycięstwa. Mimo wszystko jesteś drugi. Mamy nadzieję że wszystko co sobie przyswoiłeś pomoże Ci w dalszym życiu. Pamiętaj że jesteś niezwykłym człowiekiem i postępuj tak aby Świat był lepszym miejscem dla Twych potomków".

Potem jedynie czekałem aż świadomość furtki ukrytej w drugiej lokacie pochłonie młode umysły. Potrzebowałem obsesji.

"Mistrzu, twierdziłeś że drugi ma jeszcze szansę, co mam zrobić?"

"Przepraszam że Cię zawiodłem, nigdy w życiu nie zależało mi na niczym tak bardzo. Czy jest coś co mogę naprawić? Przepraszam".

"Czy jest szansa na jakiś błąd w obliczeniach? Mogę podejść do dowolnej próby jeszcze raz. Mistrzu, czy jest to możliwe?"

Z biegiem czasu wiadomości stawały się coraz bardziej rozpaczliwe.

"Mistrzu, błagam o jakiś znak, o cokolwiek. Przecież to nie może tak się skończyć, po prostu nie może".

"Przecież miała być jeszcze jakaś szansa, obiecałeś mi Mistrzu. Proszę odpowiedz. Błagam Cię. Błagam".

"To jakiś test? Ostatni? W takim razie będę czekał. Udowodnię Ci Mistrzu że jestem wart loży masońskiej. Będziesz ze mnie dumny".

Po upływie miesiąca wiedziałem że nadszedł czas zbioru plonów.

"Błagam, moje życie straciło nawet resztki sensu, nie mogę jeść, nie śpię. Czuję się ciężko chory. Bez Was umrę".

"Co mogę jeszcze zrobić? Błagam Cię Mistrzu, odpowiedz. Zrobię co tylko chcesz, nie cofnę się przed niczym. Co każesz to zrobię".

"Dlaczego kurwa nie odpowiadasz, najpierw dajesz mi nowe życie, a potem odbierasz. Kto tak robi, kto? Jak możesz to robić? Zabiję się, słyszysz? Zabije się i to będzie Twoja wina".

Musiałem działać mądrze, jeden mały błąd i całe miesiące ciężkiej pracy mogły pójść na marne. Długo myślałem nad każdym słowem, nawet znakiem interpunkcyjnym. Wszystko musiało być idealne. Chłopcy musieli wierzyć.

"Nie powinienem się z Tobą kontaktować. Nasze zasady są jasne, nie wolno ich łamać. Nie pisałem Ci tego wcześniej ale Twój pradziadek uratował mi życie. Tylko dlatego nadal z Tobą rozmawiam. Wyciągnął mnie, chłopca w Twoim wieku, z ruin płonącego domu i ukrył przed Niemcami. Dał mi nowe życie dwa razy. Po raz pierwszy, gdy już umierałem, byłem tylko jeden krótki moment od śmierci, dosłownie mgnienie oka. Czarny dym który wypełnił me płuca, unosił się wszędzie w powietrzu. Widziałem swoje ciało leżące na ziemi. Coś ciągnęło mnie ku górze, słyszałem dziwne głosy, wiedziałem że nadchodzi koniec mojego czasu. Wtedy pojawił się on, jego aura była tak jasna że rozświetliła zadymioną piwnicę. Uratował mnie, niczym rodzic dał nowy dar życia".

Potem minęło siedem długich dni. Chłopcy pisali kilka razy dziennie, w ich życiu ponownie pojawiła się nadzieja.

"Nie chciał abym szedł tą drogą, myślał że jestem za słaby. Dał mi dach nad głową, chronił przed nazistami, uczynił egzystencję niemal znośną. Dał mi pożywienie, nasycił słabe ciało ale nie mógł nakarmić ducha.

Zostałem jego asystentem, sługą, człowiekiem od wszystkiego. Kupowałem na czarnym rynku dzieła sztuki, stare książki, broń, a nawet ludzkie ciała. Kopałem tunel dla uciekinierów z getta. Zastrzeliłem, poćwiartowałem i ukryłem zwłoki oficera gestapo. Nadal jednak nie byłem dopuszczony do Tajemnicy".

Kolejne cztery dni przerwy.

"Nie mogłem tak dalej żyć, być tak blisko pradawnej wiedzy i nie móc jej zdobyć. Wiedzieć o istnieniu starożytnej organizacji i nie być jej członkiem. Nic gorszego nie mogło mnie już spotkać. Postanowiłem zaryzykować, narazić swoją nijaką egzystencję na przedwczesny koniec, postawić wszystko na jedną kartę. Wiedziałem kiedy mój mentor późno wróci, w każdą środę przebywał do późna w Basieńce, uroczej kawiarence będącej miejscem spotkań żołnierzy Polski Podziemnej. Trucizna była dość prosta, w zasadzie każdy dałby radę ją zrobić. Nie chciałem czuć bólu, wybrałem długi sen prowadzący po kilku godzinach na czarną łódź Charona. Po zażyciu pozostało jedynie wierzyć, głęboko wierzyć, że tak wygląda moje przeznaczenie. Twój pradziadek zdążył w ostatniej chwili, tak jak zdecydował Wielki Architekt. Zostałem przyjęty w poczet najważniejszego Stowarzyszenia na całej Ziemi".

Kolejne kilka dni chłopcy spędzili na forach dla samobójców, stronach medycznych i farmaceutycznych. Jak już pisałem, mój Apostole, to byli bystrzy chłopcy.

Jedyną trudnością wydawało się skoordynowanie wszystkiego w czasie. Śmierć jednego lub dwóch uczniów wywołałaby medialną nagonkę która zapewne odwiodłaby pozostałych od realizacji planu. Moja moc zostałaby pomniejszona, a nieomylność zakwestionowana. Najlepszym impulsem okazała się presja czasu. Przekazałem chłopcom informacje o moim rychłym wyjeździe i pożegnałem się z nimi obiecując kontakt za dziesięć lat. Mieli tylko czterdzieści osiem godzin.

Michał zażył ukradzione matce tabletki nasenne. Tomasz podciął sobie żyły w wannie. Aleks przygotował truciznę na podstawie internetowych porad dla samobójców. Wszyscy napisali maila dokładnie informującego gdzie i kiedy targną się na swoje życie. Zrobili wszystko abym mógł ich uratować.

Czuję że ich małe duszyczki są teraz ze mną. Nakarmiły wieczny głód mocy.

 

18.06.2018

 

Spotkało mnie kolejne rozczarowanie, dwa miesiące ciężkiej pracy okazały się nic nie warte. Mój Apostole, zapamiętaj że nawet ja miewałem chwile zwątpienia. Czy moja Boskość jest nieuchronna? Czy porażki są tylko częścią większego planu? Kto w takim razie go układa? Jeśli ja sam, to dlaczego tak się doświadczam? Może potrzebuję większej pokory? Zbyt łatwe osiągnięcie mocy mogłoby mnie doprowadzić do nadmiernej pychy. To nie byłoby dobre dla świata. Może powinienem potęgę budować stopniowo, krok za krokiem ucząc się jak działają umysły maluczkich?

Targnięcie się na życie kilkunastu osób było najwyraźniej zbyt ambitnym planem, jednak pokusa była nie do odparcia. Był taki moment, chwila gdy brakowało tak niewiele, że czułem jak me ciało przestaje być ograniczone przez swą żałosną formę, okrutnie słabą i upośledzoną. Stałem się czystą kwantową mocą, splecioną w jedenaście wymiarów, w tym ułamku czasu rozumiałem je wszystkie. Ja byłem nimi a one mną. A potem mi to odebrano. Najwyżej kilka osób w całej historii miało możliwość poznać jak wielki to ból. Wszelkie tortury, choroby i śmierć to przy tym prawdziwa sielanka.

Największym problemem Boga jest niekompetencja jego wyznawców. Z drugiej strony już nigdy nie popełnię błędu i nie uwierzę w puste deklaracje ludzi twierdzących, że ich jednobarwną, prostą wizję świata da się ziścić za pomocą przemocy. Najwyraźniej od słów jest daleko do czynów.

 Symbolu szukałem dość długo. Znaleźć młodą, ładną dziewczynę która popełniła samobójstwo i była przy tym wystarczająco enigmatyczna, było zaskakująco trudno. Większość obwieszczała portalom społecznościowym swe zamiary i czekała na nienawiść lub litość tłumu. Chleba, igrzysk i afektacji. Jeszcze niedawno większość samobójców ukrywała swe zamiary, a sama próba była wielkim powodem do wstydu, w obecnych czasach najwyraźniej wszystko się odwróciło.

Mariola była zwykłą małomiasteczkową dziewczyną. Dość ładna i zgrabna, wychowana w katolickiej rodzinie, w starej, wschodniej tradycji. Znalezienie pracy w biurze starosty musiało wydawać się spełnieniem wszelkich marzeń. Nudna, powtarzalna praca, niewielkie, ale stałe wynagrodzenie, w bonusie niekończący się dopływ biurowych plotek. Dalej historia staje się jeszcze bardziej banalna, romans, ciąża, wyrzucenie z rodzinnego domu. W końcu targniecie się na życie. O dziwo udane za pierwszym razem. Banał goni banał. Dopiero później Mariola staje się ciekawa.

Pracę zacząłem od postów na regionalnym forum, informującym o incydencie.

“wszyscy wiemy co się naprawdę stało, czemu nie piszecie prawdy”

“dlaczego wywalacie moje komentarze? Boicie się prawdy? Tu był mój wpis kto był winny http.portal/4574378964”

“tu jest strona na której jest kto jest winny, którzy gwałcili. Tego nie usuniecie. www.mariolkagwalt.pl”

Stworzenie prostej, tandetnej strony zajęło mi kilka godzin. Nieco dłużej trwał anonimowy zakup domeny i hostingu. Ktokolwiek wymyślił wirtualne waluty zostanie przeze mnie sowicie wynagrodzony w przyszłości. Kilka zdjęć Marioli, plus jedno w czarnym worku, znalezione w jakimś artykule o zabójstwie w USA. Do tego zdjęcia zagajnika pełnego śmieci, potem szpital i komenda policji. Brudne blokowisko, śniade dzieci bawiące się w błocie, grube matki siedzące przy wejściu na klatki, drogie samochody zaparkowane na zaśmieconych, zdewastowanych podwórkach.

Pamiętałem również o obowiązkowych wielkich, czerwonych nagłówkach: “Cyganie gwałcą bezkarnie!!!”, “Władza ukrywa prawdę!!!”, “Brudni mordercy robią co chcą, gwałcą młode Polki!!!”

Nie mogło się obyć bez żółtych napisów w krótkich, emocjonalnych akapitach:

“Młoda katolicka dziewczyna, Mariola Kowalska, wracała jak co dzień z pracy. Oszczędzała na wszystkim, chciała uzbierać na pierwszą ratę kredytu mieszkaniowego. Malutki pokój z kuchnią był jej jedynym marzeniem (zdjęcie ogromnego, do tego zdewastowanego mieszkania socjalnego z romską rodziną). Nie miała samochodu (zdjęcie luksusowego samochodu z obwieszonym złotem Cyganem za kierownicą), nie stać jej było na taksówkę (zdjęcie ośrodka pomocy społecznej z kilkoma taksówkami do których wsiadają beneficjenci), po prostu wracała pieszo! Tak ją dopadli, siedmiu Cyganów już od dawna miało ją na oku. Mariola skarżyła się w pracy że ją zaczepiali, a nawet próbowali obmacywać rechocząc przy tym obrzydliwie. Dziewczyna zgłosiła napastowanie policji ale ci się jedynie śmiali. To musiało się tak skończyć. Siedmiu brudnych, śmierdzących Cyganów godzinami gwałciło Mariolkę! Była jeszcze dziewicą! Nikt się nie zainteresował, nikt nie sprawdził kobiecych krzyków w zagajniku. Potem było tylko gorzej, policja nawet nie przyjęła zgłoszenia, ojciec bezskutecznie walcząc o sprawiedliwość dostał ataku serca (niewyraźne zdjęcie mężczyzny na szpitalnym łóżku), matka przypłaciła wszystko zdrowiem. Gdy się okazało że Mariola jest w ciąży rozbawiony lewacki lekarz zaproponował aborcję! To było za dużo dla biednej dziewczyny, odebrała życie sobie i skażonemu bękartowi. Wybrała grzech śmiertelny.”

Na koniec kolejna seria zdjęć dziewczyny wykradzionych z portalu społecznościowego, pomiędzy nimi zaśmiecony zagajnik, na dole strony zdjęcia siedmiu Romów z jakieś słowackiej strony. Doskonale widoczny formularz do składania opinii znajdujących się w dole strony.  

Pierwsze opinie redagowałem sam, były emocjonalne, pełne populistycznej retoryki i bardzo proste. Dodatkowo pełne błędów ortograficznych i stylistycznych. W miarę jak dodawałem link do strony w komentarzach najróżniejszych portali i blogów liczyłem na wzrost oglądalności, a zwłaszcza przynajmniej kilkanaście opinii pasujących do mojego planu. W żaden sposób nie byłem w stanie przewidzieć efektu mych działań. W ciągu tygodnia pojawiło się ponad trzysta komentarzy, niemal wszystkie ziejące nienawiścią, żądzą mordu i nawołujące do krwawej zemsty.

Nie możesz nawet w małym stopniu pojąć jak to jest, czuć tak wielką potęgę płynącą z setek ludzkich umysłów, zwłaszcza gdy jest to moc którą sam stworzyłeś. Energia wibrowała we mnie, oszałamiała swą czystą, pierwotną siłą. Widziałem jak moja skóra lśni, oczy płoną, a lędźwie gotowe są zapłodnić cały świat.

Postanowiłem przyspieszyć realizację planu, wszelkie delikatne manipulacje zamieniłem w prymitywny, brutalny przekaz. Ludzie właśnie tego potrzebowali. Celem była stara, brudna i zdewastowana kamienica w której mieszkały dwie romskie wielodzietne rodziny. Zebranie grupy z okolic miasteczka, która podjęłaby się pomścić dziewiczą Mariolkę zajęło niemal dwa tygodnie. Były to twardo komentujące chłopaki, pełne internetowej siły i wirtualnej wiary w słuszność skrajnie prawicowych przekonań. Dwunastu gniewnych ludzi, wyposażonych w kanistry z benzyną, niczym średniowieczni krzyżowcy, miało ruszyć w nocy aby wypalić ogniem zarazę toczącą ich ojczyznę.

Oczy Boga zainstalowałem w miejscu zbiórki, a także na całej trasie przejścia oraz niedaleko kamienicy. Wiedziałem że ryzykuję, ale przyjąłem że służby nie wpadną na szukanie przemyślnie ukrytych urządzeń. Musiałem zobaczyć to na własne oczy.

Przyjechałem niemal dwanaście godzin wcześniej. Pieniądze za prywatną kwaterę przelałem kilka dni wcześniej, pozwoliło mi to podać fałszywe dane bez większych konsekwencji. Konto i tak było założone na słupa. Właścicielkę bardziej  niż okazanie dowodu osobistego interesował fakt, że nie musiała wystawić żadnego potwierdzenia wpłaty. Mnie natomiast, że z okna doskonale widoczna była romska kamienica. Pozostało czekać. W końcu nadeszła długo oczekiwana godzina.

Na wskazanym przystanku PKS pojawił się pierwszy mściciel, klasyczny pseudokibic. Szalik ukochanego, mocno regionalnego klubu osłaniał mu twarz. Półinteligent nawet nie wziął ze sobą obowiązkowego kanistra z benzyną. Czekałem jednak na kolejnych, bardziej ogarniętych herosów.

Minęła godzina, potem druga, nikt więcej się nie pojawił. Pseudokibic nawet nie ruszył w kierunku kamienicy, po prostu zapakował się do powrotnego autobusu i odjechał.

Z raju do piekła, odczuwałem ból na wszystkie sposoby, wyciekająca Boskość pozostawiała we mnie blizny, zarówno cielesne, jak i duchowe. Postanowiłem już nigdy nie ufać ludzkim intencjom.

 

26.06.2018

 

Czyje umysły są najwięcej warte? Gdzie jest największa potencjalna moc? Rozważałem wiele opcji. Każdy człowiek jest niewiadomą, jednakże jego wpływ na świat zazwyczaj kończy się na spłodzeniu kolejnych pokoleń intelektualnych pasożytów. W momencie gdy dzięki mnie odchodzą w niebyt nie ma już żadnej szansy by stwierdzić czy taki osobnik byłby w stanie osiągnąć coś znaczącego. Jednocześnie, niczym pewien słynny kot, są i nie są ważną częścią rozwoju ludzkości. Może to sam moment planowania, gdy znam już datę i godzinę śmierci, jest czasem mej największej mocy? A gdybym tak sam nie wiedział czy dojdzie do zdarzenia? Gdybym sprawił że szanse rozłożyłby się idealnie po połowie, a sam nigdy nie poznałbym wyniku eksperymentu? Czy jest to w ogóle możliwe?

A jeśli tak właśnie powstał pierwszy Bóg? Zamknięty w więzieniu własnego umysłu nie może sprawdzić czy doszło do Wielkiego Wybuchu, wiedza pozbawiłaby go mocy. Cały nasz wszechświat, każda galaktyka, gwiazda, planeta, człowiek, zwierzę i roślina jest jedynie hipotezą, równie prawdopodobną, jak jej brak. Po co mu w takim razie moc? Gdzie jest korzyść z bycia Bogiem? Móc wszystko i nie móc nic. Czy do tego właśnie dążę?

Widzisz mój Apostole, takimi torturami katuję swój umysł, nie mogę jeść, spać, wszystko co fizyczne mnie brzydzi.

Skupię się na działaniu, nauczę się lepiej wpływać na grupy ludzi. W końcu Jezus też zaczynał od dwunastu wiernych.

 

30.11.2018

 

Pierwszy etap budowy mojego Kościoła mogę uznać za zamknięty. W dzisiejszych czasach jest z jednej strony znacznie łatwiej dotrzeć do wiernych, z drugiej trudniej się wyróżnić. Niezwykle ciężko jest się przebić przez ciągły szum informacyjny. W żaden sposób nie mogłem przekazać w sposób otwarty mej woli, użyć słów które oświeciłyby miałkie umysły. Na to było o wiele za wcześnie. Musiałem zbudować kult na bazie prostej idei, zrozumiałej dla wszystkich, lecz stwarzającej pozór trudnej do przyswojenia. Pozwalającej poczuć się częścią elity przy minimum wysiłku umysłowego. Gaja, Bogini Matka, czy też Natura, nadawała się do tego wyśmienicie.

Tym razem postanowiłem przygotować się znacznie staranniej, zacząłem od porządnej strony internetowej. Jednakże aby wyzwanie było większe, a co ważniejsze abym wiedział że podążam właściwą ścieżką, zdecydowałem się nie wydawać na nią ani grosza. Przez trzy miesiące udzielałem się na wszelkich blogach, forach i portalach społecznościowych związanych z aktywnym feminizmem, ekologią i duchowością. Stworzyłem starannie przygotowany alias, stałem się poszukiwaczem egzystencjalnych praw, uniwersalnej teorii duchowości. Niezwykłego połączenia ciała oraz umysłu z pierwiastkiem boskości. Byłem dość powściągliwy w opiniach, za to często odnosiłem się do doświadczeń płynących z licznych wędrówek po całym globie. Wspominałem anegdoty z czasów gdy mieszkałem w Ameryce Południowej jako członek plemienia jednego z dzikich szczepów Amazonii, cytowałem osobiście usłyszane mądrości buddyjskich mnichów z Tybetu, opowiadałem o mistycznych wizjach objawiających mi się co noc pod mroźnym niebem Syberii. Dość szybko stałem się na tyle interesujący, że środowiska będące moim celem bez większych problemów wybaczały wszelkie pomyłki i nieścisłości. Ponadto miałem sekret, bolesną tajemnicę, o której nie chciałem i nie mogłem mówić. O której istnieniu dziwnym trafem wszyscy wiedzieli.

Przy tak znaczącej przewadze kobiet wspomnienie o zamiarze stworzenia strony internetowej wywołało wysoce empatyczną burzę. Każda chciała coś wnieść, brać udział choć w małej części ambitnego przedsięwzięcia. Nieliczni feminizujący mężczyźni ponieśli klęskę w próbach zdyskredytowania nowego guru i mniej lub bardziej ochoczo przyłączyli się do projektu.

Sprawa ruszyła z kopyta, wszystko szło doskonale lecz nagle pojawił się problem który niemal zniweczył cały mój wysiłek. Fundusze unijne. Jeden z aktywistów, chcąc wszystkim zaimponować, postanowił zgłosić projekt do dotacji przyznanej fundacji zajmującej się wyrównywaniem szans. Skompletował dokumentację, stworzył komitet założycielski, który w zamyśle miał odciążyć duchowego patrona od nudnych, przyziemnych spraw i co najważniejsze w ekspresowym tempie otrzymał dofinansowanie. Nie miałem żadnej szansy, przy założeniu że chcę zachować stworzoną tożsamość, aby temu zapobiec. Obawiałem się szczegółowej weryfikacji, zbadania mej z gruntu fałszywej historii i na koniec spektakularnej wpadki. Doszło do tego że niemal zwątpiłem w siebie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Okazało się że w celu pozyskania znaczących środków finansowych wystarczyło przekazać dobrze udokumentowaną stertę banałów, a środki ostrożności sprowadziły się wyłącznie do sprawdzenia części biurokratycznej.

Po dwóch miesiącach zaczęły płynąć pieniądze, komitet zaprojektował i stworzył stronę, ponadto rozpoczął akcję edukacyjną w internecie i zaplanował serię spotkań w kilku ośrodkach kulturalnych w stolicy. Od mojego internetowego pseudonimu, “Dziecko Gai”, przyjęła nazwę cała organizacja, taka też była nazwa strony internetowej. Machina ruszyła, choć zgoła inaczej niż wcześniej planowałem. Nikt mnie nie sprawdzał, nikomu nie byłem potrzebny do czegokolwiek innego niż tworzenia kolejnych frazesów. Przyjęto nawet moją odmowę uczestnictwa w spotkaniach przyjmując za pewnik fantazje o samotnym życiu w górach, w maleńkiej, zbudowanej własnymi rękami chatce. Po tym jak wszystko zaczęło się dobrze układać ironia całej sytuacji bawiła mnie niepomiernie. Miałem stać się Bogiem za pomocą środków unijnych.

Do tej pory zawsze działałem sam, krok po kroku budowałem swą potęgę, za wszystko odpowiadałem tylko przed sobą samym. Teraz tworzyła się organizacja, wielka szansa lecz równie wielkie ryzyko porażki. Potrzebowałem więcej danych, jednocześnie nie chciałem ograniczać intuicyjnego użycia mocy. Niezbędny był zarówno starannie prowadzony proces, jak i Boża iskra chaosu. Postanowiłem dalej działać według swej intuicji, jednakże dla własnego bezpieczeństwa musiałem zabezpieczyć się przed ewentualną porażką.

Zdecydowałem się stworzyć fałszywego apostoła.

Michał był idealnym kandydatem, chorobliwie ambitny, spragniony atencji, kreatywny. Do tego jako szef Stowarzyszenia był niebezpiecznie kompetentny. Ponadto po prostu zirytował mnie stworzeniem organizacji za moimi plecami. Przez niego na chwilę utraciłem kontrolę nad mocą, a co gorsza poczułem zwykły, ludzki strach.

Kontaktowaliśmy się wyłącznie mailowo. W przeciwieństwie do moich fanek, Michał był bardzo zasadniczy, wręcz oschły. Na co dzień okazywał mi pełny szacunek, jednak dało się odczuć że najchętniej pozbyłby się mnie z organizacji. Na szczęście nie był zbyt biegły w zakresie zagrożeń internetowych, jeden z wysłanych przeze mnie dokumentów zawierał trojana, wkrótce miałem dostęp nie tylko do komputera ale i do jego telefonu.

Mój cel urodził się w zamożnej rodzinie wyższego oficera, ojciec należąc do starej kadry powoli piął się w górę aż uzyskał stopień generała brygady. Matka była typową kurą domową, znoszącą dla dobra małżeństwa i swej pozycji społecznej wszelką agresję, pijaństwo oraz regularne romanse męża. Jedyne dziecko było wielkim rozczarowaniem starego wojaka. Delikatny, uczuciowy, drobny chłopiec, w dodatku o dziewczęcej urodzie, wzbudzał w nim wyłącznie pogardę. Matka wynagradzała to nadmierną opieką, prowadzącą wprost do uzależnienia od siebie syna. Z jednej strony był piętnowany za wszelkie niemęskie zachowania, z drugiej za to samo wynagradzany. Zaowocowało to dwoistą naturą Michała przekładającą się również na życie intymne. Był biseksualny. Regularne wizyty u psychologa, częste telefony do matki i maile w których wywnętrzał się kochankom obu płci pozwoliły mi przygotować jego profil osobowościowy i rozpocząć misterny plan.

Moje wiadomości do Michała zaczęły powoli przybierać bardziej osobisty charakter, mimochodem wspominałem o trudnym dzieciństwie, wskazując jednak że wszelkie przeszkody uczyniły mnie silnym i wytrwałym. Zacząłem mu doradzać w drobnych kwestiach, z każdym dniem coraz bardziej autorytarnie i bezwzględnie, a jednocześnie coraz częściej prosić go o radę. Nagradzałem jego pomysły szczerymi i emocjonalnymi podziękowaniami. Hybryda matki i ojca była bardzo trudna do dłuższego odgrywania, na szczęście potrzebowałem tylko krótkiego efektu zauroczenia. Michał okazał się wdzięcznym celem. Gdy już zaczęło kiełkować w nim uczucie był w stanie oddać siebie w całości, całkowicie zatracić swą wolną wolę w imię abstraktu. Zaczął błagać o spotkanie, pisał wiersze, godzinami tworzył nowe plany, zresztą coraz bardziej szalone, służące rozwojowi “dziecka Gai”. Aby podtrzymać wirtualny romans wysłałem mu kilka zdjęć należących do holenderskiego modela. Onanizował się przy nich dwa, trzy razy dziennie, nie mając bladego pojęcia że kamera w jego laptopie wszystko rejestruje. Fizyczność tej fazy planu była dla mnie wysoce obrzydliwa, jednak ten aspekt życia ludzkiego zawiera w sobie tyle mocy, tak wiele zmarnowanego potencjału, że nie mogłem go zupełnie pomijać.

Równocześnie prowadziłem cyberromanse z kilkunastoma kobietami z mej organizacji. Na szczęście potrzeby tych kobiet były dość banalne i wystarczyło kilka schematów rozmów aby podporządkować je sobie całkowicie. Regularna wspólna wirtualna masturbacja, do przeprowadzenia której użyłem zmodyfikowanych filmów z Michałem w roli głównej, zdawała się w zupełności zaspokajać pragnienia aktywistek. W ciągu dwóch miesięcy miałem pierwszych wyznawców. Zawsze fascynowali mnie rozmaici guru i szarlatani, potrafiący sprawić że ludzie oddawali im swą wolność, zarówno fizyczną, jak i duchową. Jak daleko można się posunąć? Czy samobójstwo niemal tysiąca osób, niezależnie czy mniej lub bardziej wymuszone, może uczynić Cię Bogiem? Może wieloletnia manipulacja wolną wolą swych wyznawców, odbieranie im majątków, decydowania o każdym aspekcie ich żywotów, irracjonalne nagrody i kary, znacznie wydajniej zwiększają moc? Stanąłem na rozdrożu. Musiałem postanowić jak dalej kierować mym stadkiem.

Decyzję podejmowałem przez dwa tygodnie, cudowny okres zawieszenia, pulsującej mocy i uczucia, że to dopiero wstęp do czegoś niezwykłego. Czegoś na co czekałem całe życie.

W międzyczasie rozpoczęliśmy zbiórkę funduszy. Loga kilku organizacji ekologicznych i lewicowych, poparte w dodatku godłem Unii Europejskiej, czyniły cuda. Mętny przekaz akcji, czyli ratowanie plemienia znajdującego na niewielkiej wyspie w Polinezji, zagrożonego z powodów posiadania unikalnego systemu matriarchalnego, był wystarczająco egzotyczny aby stać się popularny. Przygotowałem koncepcję owego plemienia, ponadto dołożyłem do tego trochę zdjęć dzikich pasujących do całokształtu. Potem napisałem “tłumaczenie” do filmu w którym półnaga, starsza Polinezyjka udzielała wywiadu w swoim dialekcie. Wprawdzie w oryginale uskarżała się na rząd pobierający zbyt wielkie podatki od działalności turystycznej, jednak szansa że ktoś na czas zweryfikuje źródła wydawała mi się niewielka.

Wedle historii, “Dziecko Gai” trafiło na wyspę stosunkowo niedawno. Jeszcze pięć lat wcześniej było to miejsce idealne, przynajmniej dla pewnej grupy społecznej. Po tym jak dawno temu plemienne wojny omal nie unicestwiły populacji mężczyzn, kobiety przejęły władzę i zakończyły jałowe spory. W kolejnym etapie zjednoczyły wszystkie plemiona i doprowadziły do niemal dwudziestoletniego okresu pokoju. Przemoc stała się niemal wyłącznie wstydliwą przeszłością, złą męską energię spożytkowano tworząc system prac fizycznych poprawiających jakość życia wszystkich wokół. Ponadto zrezygnowano z tradycyjnego modelu rodziny, stawiającego kobiety w podrzędnej roli. Brak tradycyjnych związków, połączony z pełną tolerancją seksualną, sprawił że znikł jeden z najważniejszych powodów męskiej rywalizacji. Przypadkowo odkryto także że udało się wyeliminować większość dewiacji i zboczeń. Dzieci wychowywano wspólnie, wszelkimi zasobami dzielono się równo, a każdy problem rozwiązywano za pomocą słów i dobrej woli. Królowała potężna, kobieca energia tworzenia.  

 Wszystko zmieniło się gdy trzy lata temu wyspa została kupiona przez amerykańską korporację. Sprzedano ją praktycznie za bezcen, do tego nikt nie raczył spytać o zdanie rdzennych mieszkańców wyspy. Aby chronić ten raj na ziemi, mentor “Dziecka Gai” zablokował rozpoczęcie budowy kurortów turystycznych sprytnie przygotowanym pozwem. Niestety, po trzech latach wyczerpał wszystkie prywatne fundusze, a sam proces po kolejnej apelacji przeszedł do fazy ostatecznej w sądzie najwyższym. Sytuacja stała się dramatyczna.

Historia była wyjątkowo naiwna, nawet jak na społeczność głęboko wierzącą w swoją wizję świata. Po raz kolejny jednak zostałem zaskoczony siłą współczesnego marketingu. Michał rozwinął krótką opowieść najpierw do rangi reportażu, a potem dziennikarskiego śledztwa przeprowadzonego przez stowarzyszenie. Jedna z zauroczonych kobiet, radca prawny w ogromnej korporacji prawniczej, uwierzywszy w moje zapewnienia o przebiegu sprawy, przygotowała “tłumaczenia” wszelkich dokumentów które przewinęły się przez wokandę. Przypuszczam że skopiowała owe kilka tysięcy stron z jakichś innych spraw, w każdym razie pierwsze wrażenie było imponujące. Krótko po upublicznieniu projektu rozpętało się prawdziwe piekło. Tysiące maili, telefonów, wpisów na stronach społecznościowych. Po tygodniu temat podchwyciły ogólnopolskie gazety i telewizje. Pomimo trzeźwych głosów krytyki nawołujących do spokojnego zbadania tematu, a nawet wyśmiania przez nielicznych  ekspertów istnienia nie tylko plemienia, ale nawet wyspy w archipelagu, efekt śniegowej kuli już się rozpoczął. Polemika dotarła nawet do najważniejszych programów publicystycznych, wprawdzie zaczęły się pojawiać coraz głośniejsze głosy o potencjalnej próbie oszustwa, jednak nadal skupiano się głównie na ideologicznej walce prawicy z lewicą. A pieniądze płynęły. Zbiórka w popularnym serwisie crowdfundingowym przekroczyła wszelkie oczekiwania, stając się długo niepobitym rekordem finansowym. Każdy chciał pomóc, celebryci na wyścigi wpłacali wysokie sumy, udostępniając chwilę później informację na swoich kontach społecznościowych do publicznej wiadomości.

Pomimo sukcesu po raz pierwszy w nowym życiu zacząłem mieć wątpliwości. Czy chcę być Bogiem takich ludzi? Czym różnię się od tych uzależnionych chwilową sławą istot, rozpaczliwie pragnących adoracji, a nawet tylko uwagi społeczeństwa? Kim jest Bóg we mnie? Moim podstawowym problemem stali się wyznawcy, a dokładniej ich prymitywna głupota. Tak, mój drogi Apostole, uważam niemal wszystkich ludzi za głupszych od siebie. Nie oceniam tu zwykłej inteligencji użytkowej, zdolności liczenia, tworzenia sztuki, czy też spisywania praw wszechświata. Zaprzepaściliście największy dar starych bogów, wolną wolę. Żyjecie niczym myszy w labiryncie. Gdy naukowiec zmienia zasady, szybko przystosowujecie się do nowych reguł lub giniecie. Pula niewolniczych genów wciąż się umacnia, aż w końcu do przetrwania potrzebne są tylko cechy posłuszeństwa, czasem zwierzęcego sprytu. Labirynt nie dopuszcza do rozwinięcia się jednostek obdarzonych wolą, zbyt duża ich ilość mogłaby doprowadzić do tego że to oni ustalaliby zasady. Sami staliby się labiryntem, a może czymś więcej. Wierzę że świat stworzony z boskich umysłów mógłby wreszcie zerwać z ograniczeniami, normami i autorytarnymi prawami. Sprawić aby nie było zasad. Powstałoby coś niewyobrażalnego. Labirynt, jeśli chce dalej istnieć, nie może na to pozwolić. Ja jestem pierwszy na tej drodze. Poprzedni bogowie nie chcieli oświecić wszystkich umysłów. Jedni tworzyli potulne stada owiec i baranów, inni tłumaczyli że celem życia jest pozbycie się wszystkich pragnień. Kolejni sprowadzali swe nauki do poziomu uniwersalnej i nieprzekraczalnej księgi praw, zmuszając swych wiernych do przestrzegania możliwie wielkiej ilości rytuałów. Wspólny mianownik jest jeden, sprowadzenie wyznawców do roli niewolników, karmienie się zhierarchizowaną strukturą której głównym zadaniem jest dyscyplinowanie swych ofiar. Za to każda z religii ma wspólnego wroga, niezależnie od tego czy nazwiemy go szatanem, niepotrzebnym emocjami, czy też mnogimi złymi duchami. Zauważ że w istocie reprezentują one wolność, pozbycie się społecznych ograniczeń i wyrwanie spod permanentnej kontroli.

Mój Apostole, chcę abyś zrozumiał moją Świętą Księgę, Jam jest tym którego obawia się Labirynt. To o mnie mówiły wcześniejsze pisma. Przede mną ostrzegali starzy bogowie. Przybyłem zburzyć stary porządek, oddać Sobie i wam wolną wolę. Wypalam do gołej ziemi świat zasad i reguł. Nazwą mnie różnymi słowami, wszystkie jednak będą obelżywe, a ich kłamstwa dotrą do całej ludzkości. Kiedyś mogliby mnie zniszczyć, sprawić że ich wersja wydarzeń byłaby jedyną słuszną. Kto wie, może jacyś prawdziwi bogowie próbowali wyzwolić ludzkość już wcześniej, jednak nie mieli nawet cienia szansy przekazać prawdy szerokim masom. Nawet jeśli intuicyjnie rozumieli prawa wszechświata, w jakiś sposób czuli moc splątanych wymiarów, niewielu mogło ich usłyszeć. Dzisiejsi władcy marionetek popełnili jednak poważny błąd, po raz pierwszy w rozumnej historii ludzkości stworzono formę komunikacji której nie mają pod pełną kontrolą. Ludzkość poczuła namiastkę wolności, co więcej, zaczęła walczyć, gdy próbowano ograniczyć tę swobodę. Nawet w tej chwili powstają nowe firmy, zakładane przez wizjonerów nienależących do starych elit, nieuzależnionych od ich środków pieniężnych i dających się ujarzmić jedynie z najwyższym trudem. Mój Apostole, nie miej złudzeń, to jedynie chwilowy stan wolności, strażnicy labiryntu mają środki aby przywrócić stary stan rzeczy. Wojny, terroryści, dewiacje seksualne, katastrofy wywołane nowymi technologiami. To już się dzieje. Największa bitwa w dziejach ludzkości rozgrywa się obecnie na naszych oczach. Zostały ostatnie godziny wolności. Mój czas. Ale także twój i podobnych tobie. Oto nasza szansa i jedyna nadzieja ludzkości.  

Wrócę jednak do dalszej części ewangelii. Idylla nie mogła trwać bez końca, prędzej czy później ktoś musiał się zorientować że stowarzyszenie jest jedną wielką fikcją. Jednak aby miało to znaczenie musiało przebiegać to wedle mojej woli. Wybrałem trzydzieści trzy osoby które naznaczyłem piętnem korupcji. Z nieświadomą pomocą Michała otrzymały one pieniądze za różne fikcyjne usługi. Tylko jedna z kobiet zwróciła środki, reszta wygodnie uznała że ich bezinteresowna dotąd pomoc dopuszcza gratyfikację. Zwłaszcza że chodziło o środki unijne, czyli według powszechnej opinii po prostu niczyje. Wyzwaniem stało się skorumpowanie jedynej sprawiedliwej. Nie mogłem pozwolić aby ktoś sprzeciwił się mej woli, w tym przypadku możliwe było wszystko albo nic.

Na szczęście Kasia pod względem wiedzy o bezpieczeństwie internetowym nie była lepsza od Michała. W ciągu kilku dni intensywnej pracy miałem pełen wgląd w jej życie. Stara panna, po pięćdziesiątce, samotna z wyboru, żyjąca pośród archetypicznego stadka kotów. Pracowała jako kierownik ośrodka pomocy społecznej, z zamiłowania będąc radykalną komunistką. Wszystko w niej było autentyczne, nienawiść do globalnej finansjery, pogarda dla sprzedajnych polityków, skłonność do wybaczania nawet największych występków grupom wykluczonym. Niczym rycerz okrągłego stołu dzielnie walczyła z wszelkimi przejawami braku poprawności politycznej, wspierała każdą petycję zmniejszającą wpływy chrześcijaństwa i diaspory żydowskiej, nie mając za to nic przeciwko islamowi. W weekendy pracowała charytatywnie w przytułku dla kobiet, szerząc religię ateizmu. Pomimo wielu niekonsekwencji nie sposób było nie podziwiać jej energii, głębokiej wiary w przekonania oraz silnego kręgosłupa moralnego. Była idealnym produktem  labiryntu, nienawidzącym go z całej duszy, a jednak budującym jego zimne, kamienne ściany. Potrzebowałem całej tej marnującej się energii jak powietrza.

Koty. Był to jedyny słaby punkt Katarzyny. Większość pieniędzy przeznaczała za rozpieszczanie swoich pupili. Była skłonna do wielu wyrzeczeń aby jej kudłaci przyjaciele byli syci, zdrowi i zadowoleni. Na początek kupiłem trutkę na szczury w sklepie internetowym, użyłem konta mailowego Michała oraz pieniędzy fundacji, przy tak małej sumie byłem pewny że nikt nie zauważy transakcji. Potem, wykorzystawszy że Kasia była w pracy, wrzuciłem przez okno mieszkania zatrute kąski wołowe. Jak można było się domyślać karma zniknęła w rekordowym tempie. Pozostało jedynie czekać. Po krótkim czasie połowa stada czuła się coraz gorzej, koty przestały jeść, zaczęły wydalać krew. Diagnoza weterynarza była oczywista. Szanse na ocalenie były minimalne, jednak zawsze większe od zera. Kasia rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy, w tym momencie gotowa była oddać duszę diabłu, gdyby tylko wierzyła w jego istnienie. Na szczęście pamiętała o zwróconych środkach, a prośba o ich ponowne przelanie, mimo że przyszła jej z wielkim trudem, pozwoliła na zapewnienie kotom odpowiedniej opieki. Pieniądze jednak czynią cuda, weterynarz uratował większość stworzeń, zdechły jedynie trzy.

Ludzkie instynkty zamykają nas w niewidzialnym więzieniu złożonym z tak zwanych wyższych idei. Czym jest miłość jeśli nie egoistyczną potrzebą kontroli, przeplataną strachem przed samotnością? Używamy miłości jak broni, jednocześnie ją gloryfikując, trudno o większy absurd w naszej egzystencji.

Przyszedł czas na zakończenie najtrudniejszego dotąd objawienia mej mocy, zbyt wiele zmiennych niemal zniweczyło wszelkie wysiłki, jednak odzyskanie kontroli nad losem męczenników ponownie sączyło potęgę w me żyły. Z konta stowarzyszenia zniknęła większość środków, kupiono za nie wirtualną walutę, pozwalającą na anonimowe ukrycie pieniędzy przed chciwą ręką państwowego aparatu. Przy okazji była to suma z nawiązką wystarczająca aby pokryć rosnące koszty równoległego projektu Mocy-Brania. Pełen dostęp do komputera Michała zaprocentował. Gdy kilka dni później wybuchł skandal, księgowa stowarzyszenia bez najmniejszych skrupułów, a nawet poinformowania zarządu, zgłosiła do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Strach o własną skórę był silniejszy niż poglądy społeczno-polityczne, czy też lojalność wobec współtowarzyszy. Potem wszystko potoczyło się lawinowo, służby wdzierające się do siedziby “Dziecka Gai”, konfiskata komputerów i wszelkich dokumentów pisanych. Nastąpiło nieuniknione aresztowanie zarządu stowarzyszenia, wybuchł wielki skandal w mediach. Zaskoczyła mnie szybkość reakcji celebrytów, jeszcze przed chwilą grzejących się w blasku taniej, nieskomplikowanej dobroczynności. Z fanatycznych orędowników stali się pierwszymi rzucającymi kamienie w Michała, organizatorów i samą ideę wsparcia innych niż jedyna słuszna nacji. Rozpoczęło się poszukiwanie, przypominające bardziej nagonkę z psami, na mentora całego przedsięwzięcia. Ku zdziwieniu większości, a niekłamanej radości mediów, wszelkie dane wskazywały że za wszystko odpowiada biseksualny dewiant, Michał. Afera roztaczała coraz większe kręgi, aresztowano trzydzieści dwie kobiety które oskarżono o wyprowadzanie środków ze stowarzyszenia. Wszystkie broniły się faktem uwiedzenia przez twórcę całej idei, Dziecko Gai. Mimo że nie pasowało to do wcześniejszej retoryki, przedstawianie się jako słabe kobiety było doskonałą taktyką wobec wymiaru sprawiedliwości, tym bardziej gdy wyciekły filmy z masturbującym się mentorem w którym po dokładnej analizie rozpoznano Michała. Opinia publiczna stanęła za skrzywdzonymi kobietami, jedynie prawicowe media żądały ukarania wszystkich zamieszanych w aferę. Padało mnóstwo pytań, pojawiało się jeszcze więcej odpowiedzi, media miały zapełnione miejsce na długie tygodnie. Jedynie Kasia uniknęła aresztowania. Po tym jak znalazła dom dla wszystkich kotów zażyła opakowanie tabletek nasennych i odpłynęła w ciszy do lepszej egzystencji. Była dla mnie największą nagrodą.

 

31.12.2018

 

Przyszedł czas na ostatni krok, muszę znaleźć pierwszych prawdziwych wyznawców. Czuję wielką ekscytację i równie wielki lęk przed tą nieodwracalną decyzją. Nieliczni mogą zrozumieć Mą wizję, a jeszcze mniej z wybranych ma niezbędne cechy. W przeciwieństwie do moich poprzedników mam jednak znacznie większą możliwość dotarcia do wybranych, nie jestem skazany na przypadek. Jednak aby postępować zgodnie z wizją nie mogę bezpośrednio wpływać na rekrutację, muszę być jedynie obserwatorem.

Mój Apostole, jesteś gdzieś tam, wśród wielu czytelników Pierwszej Księgi Uwolnienia, może jeszcze nie rozumiesz, ale już czujesz. Dreszcze zwiastujące coś niezwykłego, zapach ozonu w powietrzu, stan bliski euforii. Chciałeś tylko coś przeczytać, jakoś zabić nudę szarej egzystencji, przetrzymać kolejny dzień bez nadziei na zmianę. Ale coś się zmieniło.

 Już niebawem zacznę Cię obserwować, odzierać z nawet najbardziej intymnych sekretów. Dowiem się więcej niż sam wiesz o sobie. Oczy Boga są wszędzie, nie da się uniknąć ich surowego, nieludzkiego spojrzenia.

Oczyszczę Cię, wybaczę grzechy przeciwko samemu sobie, a potem przyjmę do grona Apostołów. To co czujesz w tej chwili to jedynie ulotna namiastka więzi która niebawem nas połączy. Będziesz w gronie pierwszych czcicieli prawdziwego Boga, będziesz budował nową erę. Erę Ludzkości.

Czeka Cię dziesięć testów, część trywialna, część skomplikowana. Nie zdradzę co Cię spotka w ciągu najbliższych miesięcy, musisz odkryć to sam. Kolejne Księgi napiszesz wraz z pozostałymi Apostołami, a zjednoczą one miliony we wspólnej wierze. Dziś jest początek twojego nowego życia, dziś jest koniec początku mej długiej drogi.  

 

Koniec

Komentarze

Ghostriderze7676, kropka w tytule jest błędem. Bądź uprzejmy ją usunąć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam pierwszy kawałek i nie bardzo czuję się zachęcona do dalszej lektury, a tym bardziej łapanki, skoro kropka na końcu tytułu straszy nadal – czyli nie poprawiasz błędów, które Ci wskazano.

 

A dlaczego nie czuję zapału do czytania dalej? Narrator jest jakimś antypatycznym megalomanem z kompleksem Boga, a to nie jest typ postaci, których wynurzenia mam ochotę czytać – chyba że są świetnie napisane. A tu wykonanie niestety szwankuje. Od poziomu takich pozornych drobiazgów jak to, że piszemy “stumetrowe [mieszkanie]” a nie “100 metrowe”, przez brakujące przecinki, po taki sobie styl.

No i jak dla mnie babol fabularny czy też światotwórczy: ledwie wiążąca koniec z końcem emerytka, ale mieszka w stumetrowym mieszkaniu (większość osób w takiej sytuacji wynajmuje pokój studentowi albo coś w tym rodzaju), to mieszkanie jest w strasznej dzielnicy (załóżmy, że niegdyś dobra dzielnica – taka, w której stumetrowe mieszkania, podupadła, mówiąc delikatnie), a na dodatek to stumetrowe mieszkanie ma drzwi z dykty. No jak dla mnie to się kupy nie trzyma, bo z dykty drzwi to w jakichś tanich blokach, które budowano w czasach, kiedy stumetrowe mieszkania nie należały do standardu, mówiąc tym razem oględnie.

Resztę przeskanowałam, w nadziei, że jednak coś mnie zainteresuje, ale nie. Długi monolog antypatycznego i niezbyt ciekawego bohatera.

A lożę masońską piszemy małymi literami.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgadzam się z Drakainą – bohater jest antypatyczny. Do tego nie wiem, o co mu właściwie chodzi. Chce wyznawców? Dusz? Przejęcia mocy w chwili śmierci? Wpływania na losy? Zostania bogiem czy w końcu nim jest? Jak na boga, to raczej nieodpowiedzialnie się zachowuje. Wygląda, jakby się strasznie nudził i wypróbowywał różne zabawy.

Z wykonaniem nie jest dobrze. Kropka w tytule nie robi dobrego wrażenia. Interpunkcja kuleje na obie nogi. Kłopoty z pisownią łączną/ rozdzielną i jeszcze inne drobiazgi.

a kiedy decyzje podejmuje kilku pokoleniowa indoktrynacja?

Kilkupokoleniowa łącznie.

zaczynała sprzątanie swego niemal 100 metrowe domostwa.

W beletrystyce zasadniczo liczby piszemy słownie. Stumetrowe łącznie. I to słowo odmienia się przez przypadki.

Niezwykle ciężko jest się przebić przez ciągły szum informacyjny.

Raczej trudno niż ciężko. To drugie jest kolokwialne.

zaczęła walczyć gdy próbowano ograniczyć tą swobodę.

Tę swobodę. BTW, przecinek po “walczyć”.

Babska logika rządzi!

Zdaje się, że bohater to zwyczajny psychopata. A daty tego soboru gdzie uchwalono, że protagonista musi być sympatyczny, to mówiąc szczerze – nie pamiętam.

Jak na zwyczajnego psychopatę, to jednak sporo potrafi.

Oczywiście, że nie trzeba bohaterów lubić. Ale jakoś milej czyta się 50+ kilo znaków o kimś, kogo lubimy. ;-)

Babska logika rządzi!

A daty tego soboru gdzie uchwalono, że protagonista musi być sympatyczny, to mówiąc szczerze – nie pamiętam.

A kto twierdzi, że musi? :O

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo dziękuję za wszystkie wszystkie uwagi. Zwłaszcza wskazujące błędy, które już poprawiłem. 

Zgadzam się z faktem że bohater jest atypatyczny, dokładnie taki był mój zamysł. Od dłuższego czasu w literaturze i filmach prezentuje się psychopatów jako wszechwiedzące, wybitnie inteligentne jednostki, często bardzo fascynujące. W powyższym opowiadaniu chciałem zaprezentować nieco inne spojrzenie na ten fenomen. Być może podszedłem do tego zbyt poważnie.

Nad stylem będę pracować, pracować i jeszcze raz pracować. 

Miło, że uważasz krytykę za konstruktywną :)

 

chciałem zaprezentować nieco inne spojrzenie na ten fenomen

Może w takim razie błędem był wybór narracji pierwszoosobowej. Trzecioosobowa, nawet silnie spersonalizowana (świat oglądany oczami bohatera i pokazywanie tylko tego, co on widzi/wie/sądzi, ale z możliwością narratorskiego dystansu) miałaby szanse uratować taki pomysł. Dystans w narracji pierwszoosobowej to wyższa szkoła jazdy. Albo mogłeś pójść w niemalże campowy pastisz, jak twórcy serialu “Hannibal” – ergo w sumie racja: potraktowałeś to zbyt poważnie.

No i +50k monologu, nawet nie introwertycznego, tylko sprawozdawczego, bo bohater refleksji nad sobą nie snuje, to jest hardkor ;)

 

PS. W sumie to fajny jest tytuł do zamierzonej treści, ale treść mogłaby być lepiej pomyślana i podana, żeby mu oddać sprawiedliwość ;) Może przeredaguj ten tekst?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Trochę muszę przygadać moim przedpiścom, bo stwierdzenia typu bardzo antypatyczny bohater i dlatego mi się nie podoba (to tak jak gdyby się czepiać Olbrychskiego że zagrał Azję ), albo stwierdzenie że nie doczytałem/am bo jak wyżej. Wyrażać opinie powinno się raczej z lektury całego tekstu. 

Ogromna megalomania i personifikowanie swojej boskości przez głównego bohatera powala tym bardziej, że analizując jego posunięcia, z tego typu działaniami spotykamy się ciągle w obecnym globalnym świecie. Działania na podświadomość, zachęcanie do samobójstw, morderstw, linczy przepełniają internet. I jest to tym smutniejsze, że ciągle się słyszy o takich słabych psychicznie ofiarach, o niewinnych osobach oskarżonych o manipulacje finansowe, itp.

W Twoim opowiadaniu męczące są długie, blokowe opisy, tłumaczenia wszystkich działań, akcentowanie nadludzkiej mocy psychopatycznego indywiduum. Bardziej pasowałoby mi to w formule spowiedzi zamkniętego i odizolowanego od społeczeństwa skazańca, bo wiedziałbym, że nie stanowi on już zagrożenia. Z drugiej strony fani filmów typu “Piła” będą zachwyceni, dla mnie taka formuła jest nie do przyjęcia przez gloryfikowanie przemocy. To prawie tak, jak byłem zniesmaczony tym, że netflix zrobił film o Breiviku. Nie jest to tak do końca źle napisane, tylko wybrałeś sobie trudny temat i hasło przewodnie.

Innym zarzutem jest to, że za mało w tym wszystkim fantastyki. Wynurzenia szaleńca uzurpującego sobie boskie moce to trochę za mało i równie dobrze Twój tekst mógłby się znaleźć na jakimś forum kryminalnym, lub lekarzy psychiatrów. Pewnie by to odpowiednio zdiagnozowali ;) Ale jak to mówią wszyscy jesteśmy chorzy psychicznie tylko nie wszyscy jesteśmy zdiagnozowani ;)))

 

IMO, uwaga o antypatycznym bohaterze ma sens, bo źle mi się grzebało w jego świadomości. No, nie lubię takiego śmietnika. To się może Autorowi przydać. Oraz wiedza, ilu jest czytelników podobnych do mnie, bo może jednak większość będzie zachwycona.

Babska logika rządzi!

Jeszcze raz dziękuję za tak merytoryczne uwagi, są dla mnie bardzo cenne. Z całą pewnością będę z nich korzystał przy kolejnych tekstach.

Jeśli chodzi o samą postać bohatera to miała ona na celu odmitologizowanie wizerunku psychopaty. Od dłuższego czasu obserwuję zjawisko tworzenia z seryjnych morderców ikon popkultury oraz ukrywania brudnej i obrzydliwej części ich zbrodni. Absolutnie się z tym nie zgadzam, stąd taki wybór bohatera. 

W każdym razie powyższe uwagi dały mi wiele do myślenia i wskazały liczne pola do poprawy przy kolejnych tekstach.

 

Wiesz, są różne stopnie psychopatii… Podobna niezła część menedżerów odchyla się w tę stronę. :-)

Babska logika rządzi!

W kwestii antypatyczny bohater, że powtórzę: może być antypatyczny, byle był dobrze napisany. Tu zabrakło tego drugiego.

 

dla mnie taka formuła jest nie do przyjęcia przez gloryfikowanie przemocy

Tu pełna zgoda – to mniej więcej miałam na myśli pisząc, że trzecia osoba i dystans narratorski zmieniłyby sprawę. Ale formuła wyznań kolesia zamkniętego za swoje zbrodnie też mogłaby być. Skądinąd, wracając do kwestii pierwszej: msz gdyby napisać tego kolesia naprawdę przerażająco, to łyknęłabym i tę formułę, która tu jest, na zasadzie, że to już nie gloryfikacja przemocy, ale apokaliptyczna wizja.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Straszliwie znużyły mnie wynurzenia i zwierzenia zarozumiałego dupka-megalomana, który dość mętnie i pokrętnie objawiał swoje wizje i idee, a jednocześnie, pławiąc się w samozachwycie, relacjonował osobliwe i wstrętne dokonania.

W opowiadaniu nie dostrzegłam fantastyki.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

ge­ne­tycz­ne­go łań­cu­cha przy­czy­no­wo– skut­ko­we­go. –> …ge­ne­tycz­ne­go łań­cu­cha przy­czy­no­wo-skut­ko­we­go.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy. Bez spacji.

 

Hieny są w swoim ży­wio­le, im słab­sza ofia­rą tym są sil­niej­si. –> Literówka.

 

mi­ja­jąc zde­wa­sto­wa­ne ślady po pla­cach zabaw… –> Zdewastowane były place zabaw, nie ślady po nich, więc: …mi­ja­jąc ślady po zdewastowanych pla­cach zabaw

 

Za­ję­ło to nieco dłu­żej niż my­śla­łem. –> Trwało to nieco dłu­żej niż my­śla­łem. Lub: Za­ję­ło to nieco więcej czasu niż my­śla­łem.

 

czy ma­ją­tek po­da­ny przez Panią Mał­go­rza­tę… –> …czy ma­ją­tek po­da­ny przez panią Mał­go­rza­tę

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

W moim świe­cie taka hi­sto­ria zo­sta­ła­by wy­śmia­na nie­mal od razu , jed­nak… –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

czy będę ko­lej­nym sym­bo­lem na na­stęp­ny ty­siąc lat? –> …czy będę ko­lej­nym sym­bo­lem na na­stęp­ne ty­siąc lat?

 

Czy tak cięż­ko jest pojąć że to nasz umysł… –> Czy tak trudno jest pojąć, że to nasz umysł

 

Kre­acja pro­fi­lu przy­stoj­ne­go, nie­zbyt in­te­li­gent­ne­go, za to sto­sun­ko­wo za­moż­ne­go gim­na­zja­li­sty… –> Wydaje mi się, że zamożni mogą być rodzice gimnazjalisty, ale nie gimnazjalista.

 

Kilka skra­dzio­nych zdjęć z kon­cer­tów, klub nur­ko­wa­niasek­cja judo spra­wi­ło że… –> Piszesz o trzech czynnikach, więc: Kilka skra­dzio­nych zdjęć z kon­cer­tów, klub nur­ko­wa­nia i sek­cja judo spra­wi­ły, że

 

wszel­kie do­stęp­ne mity na temat Wol­no­mu­la­rzy. –> …wszel­kie do­stęp­ne mity na temat wol­no­mu­la­rzy.

 

Biła z nich praw­dzi­wa, ni­czym nie skrę­po­wa­na moc którą kar­mi­łem się ni­czym nek­ta­rem. –> Biła z nich praw­dzi­wa, ni­czym nieskrę­po­wa­na moc, którą

Bogowie karmili się ambrozją, nektar pili.

 

drugi do­sta­wał cień szan­sy na do­łą­cze­nie do Loży… –> …drugi do­sta­wał cień szan­sy na do­łą­cze­nie do loży

 

z pil­no­ścią nigdy nie wi­dzia­ną w ich szko­łach… –> …z pil­no­ścią nigdy niewi­dzia­ną w ich szko­łach

 

aby Świat był lep­szym miej­scem dla Twych po­tom­ków." –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Bez Was umrę" –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Co ka­żesz to zro­bię" –> Jak wyżej.

 

mój men­tor późno wróci, w każdą środę prze­by­wał do późna w Ba­sień­ce… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

po­że­gna­łem się z nimi obie­cu­jąc kon­takt za 10 lat. –> …po­że­gna­łem się z nimi, obie­cu­jąc kon­takt za dziesięć lat.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Mieli tylko 48 go­dzin czasu. –> Masło maślane. Godzina to czas.

Wystarczy: Mieli tylko czterdzieści osiem go­dzin.

 

Ich moc mnie wzmoc­ni­ła, na­kar­mi­ła wiecz­ny głód mocy. –> Brzmi to fatalnie.

 

dwa mie­sią­ce cięż­kiej pracy oka­za­ło się nic nie warte. –> Miesiąc jest rodzaju męskiego, więc: …dwa mie­sią­ce cięż­kiej pracy oka­za­ły się nic nie warte.

 

Pracę za­czą­łem się od po­stów na re­gio­nal­nym forum… –> Pracę za­czą­łem od po­stów na re­gio­nal­nym forum

 

z ob­wie­szo­nym zło­tem cy­ga­nem za kie­row­ni­cą […] sied­miu cy­ga­nów już od dawna miało ją na oku. […] Sied­miu brud­nych, śmier­dzą­cych cy­ga­nów go­dzi­na­mi… –> …z ob­wie­szo­nym zło­tem Cy­ga­nem za kie­row­ni­cą […] sied­miu Cy­ga­nów już od dawna miało ją na oku. […] Sied­miu brud­nych, śmier­dzą­cych Cy­ga­nów go­dzi­na­mi

 

…aby wy­pa­lić ogniem za­ra­zę to­czą­cą swą oj­czy­znę. –> …aby wy­pa­lić ogniem za­ra­zę to­czą­cą ich oj­czy­znę.

 

Pół­in­te­li­gent nawet nie wziął ze sobą obo­wiąz­ko­we­go kar­ni­sta z ben­zy­ną. –> Literówka.

 

czło­wiek, zwie­rze i ro­śli­na jest je­dy­nie hi­po­te­zą… –> Literówka.

 

z dru­giej trud­niej się wy­róż­nić. Nie­zwy­kle trud­no jest się prze­bić… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Fun­du­sze Unij­ne. –> Fun­du­sze unij­ne.

 

wy­sła­łem mu kilka zdjęć na­le­żą­cych do ho­len­der­skie­go mo­de­la. Ona­ni­zo­wał się przy nim… –> Piszesz o kilku zdjęciach, więc: Ona­ni­zo­wał się przy nich

 

Rów­no­cze­śnie pro­wa­dzi­łem cyber ro­mans z kil­ku­na­sto­ma ko­bie­ta­mi z mej or­ga­ni­za­cji. –> Skoro z kilkunastoma, to: Rów­no­cze­śnie pro­wa­dzi­łem cyberro­manse z kil­ku­na­sto­ma ko­bie­ta­mi z mej or­ga­ni­za­cji.

 

Czy sa­mo­bój­stwo nie­mal ty­sią­ca osób , nie­za­leż­nie… –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

nikt nie ra­czył spy­tać się o zda­nie rdzen­nych miesz­kań­ców wyspy. –> …nikt nie ra­czył spy­tać o zda­nie rdzen­nych miesz­kań­ców wyspy.

 

Przy­pusz­czam że sko­pio­wa­ła owe kilka ty­się­cy stron z jakiś in­nych spraw… –> Przy­pusz­czam, że sko­pio­wa­ła owe kilka ty­się­cy stron z jakichś in­nych spraw…

 

sta­jąc się długo nie po­bi­tym re­kor­dem fi­nan­so­wym. –> …sta­jąc się długo niepo­bi­tym re­kor­dem fi­nan­so­wym.

 

na wy­ści­gi pła­ci­li naj­wyż­sze do­stęp­ne sumy, udo­stęp­nia­jąc chwi­lę póź­niej… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

za­kła­da­ne przez wi­zjo­ne­rów nie na­le­żą­cych do sta­rych elit, nie uza­leż­nio­nych od… –> …za­kła­da­ne przez wi­zjo­ne­rów, niena­le­żą­cych do sta­rych elit, nieuza­leż­nio­nych od

 

Ale także Twój i po­dob­nych Tobie. –> Ale także twój i po­dob­nych tobie.

 

Wy­bra­łem 33 osoby które na­zna­czy­łem pięt­nem ko­rup­cji. –> Wy­bra­łem trzydzieści trzy osoby, które na­zna­czy­łem pięt­nem ko­rup­cji.

 

Z za­wo­du kie­row­nik ośrod­ka po­mo­cy spo­łecz­nej… –> Można pełnić funkcję kierownika, ale nie można być kierownikiem z zawodu, bo takiego zawodu nie ma.

 

wy­ko­rzy­staw­szy że Kasia była w pracy, wrzu­ci­łem przez okno miesz­ka­nia za­tru­te kąski wo­ło­we. –> Uważam, że to możliwe. Nikt kto ma koty, wychodząc z domu na kilka godzin, nie zostawi otwartego okna.

 

bez naj­mniej­szych skru­pu­łów, a nawet po­in­for­mo­wa­nia Za­rzą­du… –> …bez naj­mniej­szych skru­pu­łów, a nawet po­in­for­mo­wa­nia za­rzą­du

 

zgło­si­ła za­wia­do­mie­nie o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa do pro­ku­ra­tu­ry. –> Co to znaczy popełnić przestępstwo do prokuratury?

Proponuję: …zgło­si­ła do prokuratury za­wia­do­mie­nie o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa.

 

Na­stą­pi­ło nie­unik­nio­ne aresz­to­wa­nie Za­rzą­du sto­wa­rzy­sze­nia… –> Na­stą­pi­ło nie­unik­nio­ne aresz­to­wa­nie za­rzą­du sto­wa­rzy­sze­nia

 

aresz­to­wa­no 32 ko­bie­ty które oskar­żo­no… –> …aresz­to­wa­no trzydzieści dwie ko­bie­ty, które oskar­żo­no

 

od­pły­nę­ła w ciszy do lep­szej eg­zy­sten­cji. Pły­ną­ca z niej moc… –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeśli chodzi o samą postać bohatera to miała ona na celu odmitologizowanie wizerunku psychopaty. Od dłuższego czasu obserwuję zjawisko tworzenia z seryjnych morderców ikon popkultury oraz ukrywania brudnej i obrzydliwej części ich zbrodni. Absolutnie się z tym nie zgadzam, stąd taki wybór bohatera. 

Moim zdaniem próba nieudana, bo w sumie, udało Ci się wpisać w pewną konwencję. Wszyscy wiemy, że Mason, Koresh, Jones czy cała plejada seryjnych morderców to potwory i w niejednym filmie czy książce możemy poznać szczegóły, które nie są w stanie odebrać ich wątpliwy splendor. Wprost przeciwnie, nadal będą zbierać rzesze zainteresowanych. Sama jestem fanką horroru i nie mam problemu z epatowaniem przemocą (za dużo koreańskich filmów). I cokolwiek się nie zrobi, nigdy tego nie zdemitologizujemy. Jednak skrajny przykład zaledwie jednego procenta z paru procent psychopatów (o ile to też nie jeden) będzie budził chorą fascynację. A do tego, nie opisałeś “czystego” psychopaty, a psychopatę z rysem narcystycznym. Żeby tego było mało, określenie psychopata jest już tylko w języku potocznym, zgodnie z klasyfikacją psychiatryczną DSM-V mówimy o osobowości dyssocjalnej. 

Czystych przypadków osobowości dyssocjalnej, którą opisałeś jest malutko, ale za to ludzi z rysem od groma. Każdy z nas z dużym prawdopodobieństwem spotka kogoś takiego. Ale własnej religii raczej nie będzie organizował.

Podsumowując, dobrze się mi czytało, kiedy myślałam, że to historia dyssocjalnego narcyza. Lubię takie makabry i grozę, a właśnie w ten nurt się wpisujesz z tym tekstem. 

“Moim zdaniem próba nieudana, bo w sumie, udało Ci się wpisać w pewną konwencję.

 

Sądzę że współczesna fascynacja seryjnymi mordercami ma przynajmniej kilka powodów. Z całą pewnością jednym z nich jest chęć przeżywania strachu w kontrolowanych przez siebie warunkach, obecna również w horrorach. Inną jest niemożność zrozumienia przez współczesnych, inteligentnych ludzi potrzeby zadawania cierpienia, a w efekcie morderstwa, w sposób zaplanowany. Wzbudza to naszą fascynację, gdyż bezskutecznie próbujemy zrozumieć sens takich zbrodni. Co ciekawe, znacznie mniej fascynujemy się masowymi mordercami. Pomijając kilka wyjątków (np Breivik) szybko o nich zapominamy.

W opowiadaniu faktycznie chciałem z jednej strony omitologizować wszechwiedzę i niemal nadnaturalne możliwości seryjnych morderców obecnych w popkulturze, z drugiej, poprzez elementy fantastyki, stworzyć innego niż zazwyczaj bohatera. Antypatycznego ale ciekawego.

Z powyższych komentarzy wynika że cel nie został osiągnięty i jeszcze sporo pracy przede mną. Bez informacji zwrotnej niezwykle trudno jest podnosić poziom, więc bardzo się cieszę z tej możliwości. Czyli, krótko mówiąc, biorę się do pracy nad nowym, mam nadzieję ze lepszym, opowiadaniem.

 

Gdybym mówił językami aniołów i ludzi, a miłości bym nie miał, stałbym się jako miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący…

 

I myślę, że to tyle o tym tekście, a zwłaszcza o jego rozdętym acz jednowymiarowym… hmmm.. bohaterze, podsumowując go, rzecz jasna, językiem Apostoła Boga… ;)

Trudno się pisze interesujące potoki świadomości, a te należące do antypatycznych bohaterów w szczególności. Tutaj niestety nie wyszło. Bohater wychodzi mocno jednowymiarowy, do tego nie zachęca niczym interesującym do dalszej lektury. Bywa.

Chwytaj przydatne linki do szlifowania tekstu:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka