- Opowiadanie: ZoeyHarper - Drugi Smok

Drugi Smok

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Drugi Smok

Gdy profesor Wilbert wyszedł z namiotu ujrzał znajomy widok – niekończący się, żwirowy, płaski teren, który miejscami pokrywała wysuszona trawa. Słońce jak zwykle bezlitośnie paliło wszystko w swoim zasięgu– od roślinności po delikatną skórę badaczy.

Uczony wraz z ekipą badawczą znajdowali się na równinach Kalahar w Cathyi od ponad dwóch miesięcy by prowadzić wykopaliska archeologiczne. Jednak badania były bardzo ciężkie ze względu na liczne wojny toczące się w przeszłości na tym terenie. Większość znalezisk nie miały żadnej wartości dla historyków. To czego szukali wciąż im umykało.

Z rozmyślań na temat sensu dalszych wykopalisk wyrwało go męskie nawoływanie:

– Profesorze! Znalazłem coś! – Wołania zbliżały się coraz bardziej.

Wciąż lekko zamyślony Wilbert spojrzał z zaciekawieniem na nadciągającego studenta. Ucznia od biegu powstrzymało jedynie trzymanie średnich rozmiarów drewnianej skrzyni, która skupiła na sobie wzrok profesora.

Adept w końcu dotarł do czekającego na niego mentora. Był spocony i zdyszany, choć wcale nie biegł. Oczy błyszczały mu się z emocji, a na policzkach wybiły rumieńce.

– Zobaczmy co to dokładnie jest – Wilbert rzekł, próbując ukryć drżenie głosu.

Schowali się przed słońcem pod wiatą i student delikatnie położył znalezisko na stół.

Skrzynka była już wstępnie oczyszczona z ziemi, dzięki czemu można było dostrzec misterne zdobienia. Wzory tworzyły liczne arabeski, a przy brzegach pudła splatały się w wizerunki kwiatów. Wilbert był zdziwiony, że drewno wytrzymało tyle lat w ziemi bez wyraźnych śladów zniszczeń.

Profesor założył rękawiczki i delikatnie otworzył wieko. W środku znajdowała się około tysiącstronicowa księga oprawiona w czarną skórę. Dotknął jej tak, jakby była najcenniejszą rzeczą na świecie. Wyciągnął ze skrzyni i położył na blacie obok.

Okładka wyglądała na całkiem solidną, więc nie zawahał się jej otworzyć. Napis widniejący na pierwszej stronie tytułowej wprowadził mężczyzn w stan euforii: „Legendy Wymiaru Alfa. Generacja druga”.

– Panie Stadford– zwrócił się do ucznia– znalazł pan księgę, której wszyscy poszukiwali od ponad tysiąca lat.

– Pierwsza Generacja, czyli legendy sprzed prawie dwóch tysięcy lat ocalała dzięki temu, że prawie każdy mieszkaniec Wymiaru Alfa miał ją go u siebie na półce. Część druga legend już nie była tak znana, chociaż liczyła o wiele lat mniej od pierwszej.

– Możemy ją przeczytać? – zapytał Stadford, którego ekscytacja oraz duma sięgnęły zenitu podekscytowanym głosem.

– Spróbujemy!- Odpowiedział Wilbert, po czym zaczął przewracać szybko strony sprawdzając jakość i czytelność czcionki– Hmmm…Sporo archaizmów, ale tekst jest niesamowicie czytelny. To Staroangielski, więc powinniśmy dać radę. Myślę, że spotkał nas zaszczyt, abyśmy jako pierwsi zaznajomili się z nowymi legendami.

Nowymi?– zdziwił się student– przecież sam profesor mówił, że ta księga jest bardzo stara!

– Wiele nowszych ksiąg odnosi się do legend, których nie znamy. Są tylko o nich wzmianki, a wiadomo, że dla historyków same wzmianki nie są wystarczające. Szukaliśmy przez wiele lat zbioru tych nieznanych opowieści. Teraz je mamy. Teraz rozumiesz?

– Tak, tak…– odpowiedział zmieszany Stadford, a potem zmienił nieco temat–  To którą przeczytamy najpierw?

– Pierwszą–Odparł ze śmiechem Wilbert– O narodzinach Drugiego Smoka.

***

Święto Burzy wypadało w pierwszą porównonocną pełnię Księżyca. Dla rodu Storm i podległego im hrabstwa była to najważniejsza noc w roku. Przygotowania do niej trwały tygodniami. Mieszkańcy szykowali wielkie słomiane kukły, które potem podpalali. Następnie ciosali drewniane rzeźby, a i ściany pokrywali malunkami, poświęconymi kultowi burzy.

Podczas gdy księżyc wraz z zespołem gwiazd rozświetlał firmament, rozpoczynała się uczta, na którą byli zaproszeni wszyscy mieszkańcy zamku i okolicznej wioski. Strażnicy rozdawali ubogim jedzenie, jednocześnie pilnując, by nie kradli oni drogich kielichów ze stołu szlachty.

Po posiłku następował punkt kulminacyjny tej niezwykłej nocy. Każdy pan domu przynosił na uroczystość wąską, półmetrową świecę, zwaną w tym rejonie piorunicą. Po zjedzeniu ostatniego kawałka mięsa mężczyźni ustawiali się w wielkim kole. Podpalali po kolei świece, a potem wbijali je w ziemię, tworząc wielki okrąg. Okoliczni magowie i członkowie rodu Storm tylko czekali na tę chwilę. Wstali oni ze swoich miejsc i podchodzili do świetlnego okręgu. Rozpoczęli długą litanię i śpiewali pieśni, dzięki którym krąg nabierał magicznej mocy wzywania ściągania piorunów do swojego wnętrza.

Według tutejszej legendy, gdy tylko okrąg nabierze magicznych właściwości, to potrafi on z czasem przenieść je na wybrane przez los dziecko, czyniąc je wybrańcem. Przeznaczone mu będzie dokonanie do wielkich rzeczy, w tym odmiana oblicza świata i zmieni świat.

Aby jednak tak się stało, dziecko musiało zostać rażone piorunem. Te, które przeżyło, zostawało wybrańcem. Wszyscy czekali z niecierpliwością. Wiedzieli, że jednak przez ostatnie kilkaset lat błyskawice zazwyczaj nie raziły nikogo, a jak już to trafiały w głowę czyniąc natychmiastową śmierć.

Lucy Storm gdy kolejny rok z rzędu kierowała się do w stronę okręgu wcale nie miała nadziei ani chęci na zostanie wybrańcem. Uważała, że jest to bezsensowne działanie mające na celu tylko kultywowanie tradycji. Jednak szła tam, bo jako córka tutejszych magnatów musiała stanowić idealny przykład. A dzieckiem bynajmniej nie była. „Prędzej panienką, ale na pewno nie dzieckiem. Trzynaście lat to chyba za dużo na przekraczanie kręgu” – myślała ze złością Lucy, stojąc już wśród rówieśników lub młodszych od siebie dzieci.

Wyróżniała się z tłumu nie tylko drogą suknią i wyglądem. Miała długie, kręcone różowo–złote włosy, które pięknie kontrastowały z jej kocimi zielonymi oczami. Przez długi czas miała także zadąsaną minę. Spojrzała na swojego ojca, który zgromił ją wzrokiem. Lucy wiedziała, że musi zacząć udawać ucieszoną tą całą ceremonią . Postarała się uśmiechnąć, choć nie było to dla niej łatwe.

Stała tak i czekała na głośny trzask, który póki co się nie rozległ.

Czekała, czekała i czekała. Zobaczyła, że chłopiec obok ziewnął i ją też naszła na to ogromna ochota, jednak wiedziała, że jej nie wypada.

Przebiegała wzrokiem po obserwujących. Przestępowali z nogi na nogę, wyłamywali palce. Gdzieniegdzie rozległy się niewyraźne szepty.

Usłyszała, jak ktoś biegnie. Spojrzała w tym kierunku– to był jej trzy lata starszy brat Noah, który przybył dodać jej otuchy w tym nudnym oczekiwaniu. Jak zwykle spóźniony.

Noah wyciągnął rękę w górę w geście przywitania. Lucy uczyniła tak samo…

… i wtedy nastąpił błysk, po którym rozległ się przerażający trzask.

Potem Lucy osunęła się w ciemność.

***

Obudziła się dwa dni później, a nad nad jej łóżkiem czuwała prawie cała rodzina i kilku lekarzy. Wszyscy wszyscy byli szeroko uśmiechnięci, czego Lucy początkowo nie rozumiała.

–Witamy z powrotem córeczko– powiedziała matka ze łzami w oczach.

– Co się stało? – wyszeptała dziewczynka i ostrożnie podniosła się do siadu.

– Uderzył cię piorun– wyjaśnił jej ojciec– dokładnie w tę rękę, którą wyciągnęłaś w górę do Noaha.

Lucy gwałtownie wciągnęła powietrze i spojrzała z przerażeniem na pozostałych ludzi będących w sali. Wszyscy byli szczęśliwi, dlaczego ona nie?

– Wszyscy wyjść! – Krzyknęła dziewczynka i rodzina oraz lekarze powoli zaczęli opuszczać pomieszczenie. Ojciec spojrzał się na nią z niezrozumieniem, po czym też wyszedł– Ale mamo, zostań, potrzebuję cię na chwilę.

Kobieta wróciła w głąb pokoju, po czym usiadła na brzegu łóżka córki.

– Mamo, podasz mi lustro? Proszę.

Matka przyniosła przedmiot z wnętrza szafy i położyła na łożu koło dziewczynki. Lucy spojrzała teraz na swoje prawe ramię, które było pokryte licznymi czerwonymi arabeskami. Ściągnęła koszulę nocną. Prześledziła tajemniczy szlak biegnący od dłoni i rozszerzał się na łopatce. Jak korzeń, który stopniowo stawał się pniem i koroną drzewa.

– Zostałaś wybrana – powiedziała kobieta.

Lucy spojrzała jeszcze raz na nowe linie na swoim ciele i zaczęła z ekscytacją rozmyślać o tym, co przeznaczenie przygotowało dla niej.

– Córeczko, powiem ci jeszcze jedną bardzo ważną rzecz– głos matki nagle zrobił się chłodniejszy, przez co dziewczynka przeniosła wzrok znad swoich blizn na swoją rodzicielkę– Uderzył cię piorun i przeżyłaś. To nie tylko pokazuje, że zostałaś wybrana. Jesteś także silna. Skoro błyskawica cię nie zabiła, to nic innego też nie może. Pamiętaj o tym.

Słowa matki wryły się w świadomość Lucy tak bardzo, że później powtarzała je sobie za każdym razem, kiedy się bała lub kiedyś ktoś próbował ją osłabić.

Nikt nie mógł wątpić w we Wybraną. Absolutnie nikt.

***

Lata mijały, a Lucy wciąż pamiętała o tajemniczej przepowiedni. Cały czas nie wiedziała, co ją czeka. Owszem, uczęszczała do Akademii Białych Zabójców. Nie była wybitną uczennicą, choć tego oczekiwano po Wybranej. Nie posiadała specjalnych zdolności oprócz tych charakterystycznych dla członków jej rodu– tworzenia błyskawic i rażenia nimi przeciwników.

Lucy Storm oraz jej dwóch jej znajomych z Akademii– Reese Thornbury i Elia Clay dostali pozornie łatwe zadanie do wykonania. Władze lub inaczej ich nazywając – Centrala dostała cynk od anonimowego informatora, iż w mieście granicznym Midcrown pewien strażnik sprzedaje wrogom broń. „Przy okazji ” także wyjawia tajne informacje na temat ewentualnych manewrów wojsk w tamtym terenie.

Midcrown było jednym z głównych filarów utrzymania wschodniej granicy z lądami podbitymi przez Lucyfera, samego Księcia Ciemności, także utrzymanie tego miasta była było priorytetem.

Lucy, Reese oraz Elia dosiedli swoich wierzchowców i przez trzy tygodnie jechali na wschód by złapać podejrzanego strażnika i przyprowadzić go na proces sądowy.

Panna Storm, choć była starsza o rok od pozostałych członków drużyny i należała do Arystokracji, to zdecydowała się oddać dowództwo Reese`owi. Zrobiła to, ponieważ rodzice chłopaka pół roku temu szukali nowych informacji na temat poczynań Lucyfera, a w okolicach Midcorwn spędzili kilka tygodni. Po powrocie do domu przekazali synowi wszystkie ważne według nich wskazówki, aby ułatwić wykonanie misji. To logiczne, że powinien dowodzić ten najbardziej wtajemniczony. Zresztą młody Thornbury miał zadatki na prawdziwego przywódcę. Opracował już kilka strategii złapania szpiega i obmyślił sporo planów „B” i „C”. W dodatku miał świetną orientację w terenie, dzięki czemu ani razu nie zgubili się w czasie długiej drogi.

Natomiast Elia sprawiała wrażenie delikatnej i kruchej. Miała bardzo bladą cerę z sińcami pod oczami. Widząc jej chorobliwie chudą sylwetkę można było odnieść wrażenie, że ona zostanie zaraz porwana przez pierwszy, silniejszy podmuch wiatru. I choć była także osobą o spokojnym usposobieniu, to w walce stawała się swoim przeciwieństwem– trzymała sztylety pewnie i jak dotąd nigdy nie zawahała się, aby je wbić głęboko w czyjeś pełne życia, gorące ciało.

Lucy nie znała ich dobrze przed wyprawą, tyle co mijali się na szkolnym korytarzu, ale już uznała, że będą dobrymi kompanami i może im zaufać.

Kilkanaście kilometrów przed Midcrown zrobili przystanek na ukrytej polanie by przygotować się do misji.

Storm użyła magicznego eliksiru, który zmienił jej różowo–złoty kolor włosów na nierzucający się w oczy odcień słomy. To samo uczynił Reese rozjaśniając swoje kasztanowe loki. Dzięki temu cała trójka sprawiała wrażenie, że są rodzeństwem.

Ściągnęli bransolety studentów Akademii, schowali swoją broń i uzbroili się w pospolite miecze wątpliwej jakości. Założyli peleryny w kolorze khaki, które były krzykiem mody znane wśród wszelkich handlarzy.

Storm ze smutkiem smarowała swoje blizny kryjącą maścią.

Te blizny to ślady po pocałunkach, pomyślała, obserwując, jak czerwone arabeski znikają z jej mlecznej skóry.

Byli już gotowi do wymarszu. Opuścili chwilową kryjówkę na polanie i po krótkiej przeprawie przez gęsty las dotarli do małej wioski, w której mieszkało małżeństwo zaprzyjaźnione z rodzicami Reese`a. Nie zostali oni wtajemniczeni w szczegóły misji. Byli dłużni państwu Thornbury przysługę, którą wykonali bez wahania czy narzekań.

Na studentów Akademii czekał wóz wypełnioną wszelką bronią. Po wykonaniu zadania mieli ją w miarę możliwości zwrócić. Był to kluczowy element ich przykrywki, w końcu handlarz bez towaru od razu zwracałby na siebie uwagę.

Godzinę później adepci przekraczali bramy Midcrown. Lucy od razu zauważyła, że to miasteczko było chronione przez znaczące siły garnizonu. Co rusz natykali się na patrole strażników. Bagaż trójki adeptów dokładnie przeszukano, a broń zbadano, czy pochodzi z legalnego źródła.

Nie dostrzegła natomiast bawiących się dzieci i dorosłych krzyczących, by ich pociechy uważały. Targ był okazał się duży. Mieszkańcy robili zakupy w dziwnym pośpiechu, uciekając wzrokiem od przypatrujących się im strażników patrzących im na ręce.

„Albo to jest miasto pełnych kapusi , albo wszyscy trzymają gęby na kłódkę, tutaj nie ma niczego pomiędzy”, Pomyślała Storm lustrując otoczenie.

– Patrzcie!- zawołała Elia pokazując ręką na szyld, zawieszony przy ścianie sporego budynku: – „Gospoda u Rory`ego”. – Chyba to tutaj mieliśmy się zameldować, prawda?

– Masz rację– odparł Reese i uchylił drzwi gospody– panie przodem– rzekł z szelmowskim uśmiechem.

Weszli do środka i zobaczyli widok, do którego byli przyzwyczajeni w innych barach w głębi kraju– wielka izba pełna drewnianych, podniszczonych stołów, przy których siedzieli mniej lub bardziej pijani jegomoście.

Najpierw zameldowali się i postanowili rozgościć się we wspólnym pokoju. Nie był luksusowy, jednak było tam w nim czysto, co kontrastowało z nieco obskurnym wystrojem karczmy na parterze.

Szybko się odświeżyli i zeszli do spelunki nie tylko po to, by się zrelaksować przy kilku głębszych, ale także by zasięgnąć paru informacji. Nie potrzeba wprawionego detektywa by wiedzieć, że w takich miejscach najszybciej usłyszy się jakieś plotki. Alkohol świetnie rozplątuje języki, a wiele przyjaźni zostało zawartych przy butelce.

Cała trójka zajęła miejsca na stołkach przy barze. Reese i Elia zamówili po kuflu ciemnego piwa, Lucy zadowoliła się wodą. Ktoś musiał być trzeźwy na posterunku.

– Więc…– zaczął barman wyróżniający się pokaźnym, starannie podkręconym, czarnym wąsem. Mężczyzna co chwilę go poprawiał. Podobnie jak dbał o czystość blatu. Ten może nie był w idealnym stanie, ale wszelkie ślady brudu zostawały niezwłocznie usuwane. Zanim zdobył się na zagadanie adeptów, to przez pewien czas przyglądał im się badawczo. W myślach szukając odpowiednich słów – Pierwszy raz was tu widzę…Jesteście handlarzami? Młodziutcy jesteście jak na handlarzy…

– Nasi rodzice nagle zmarli, więc chcąc nie chcąc musieliśmy przejąć po nich interes…– odparł Reese świetnie udając zadumę– Wraz z siostrami podróżujemy po kraju i sprzedajemy broń.

– Broń? – barman zdziwił się i zaczął coraz częściej podkręcać wąsa – To niebezpieczne aby takie młode panienki bawiły się w takie rzeczy!

Panienki sobie świetnie radzą – rzekła Elia z uśmiechem, dopijając piwo ze swojego kufa – Nalej jeszcze, proszę.

– Wiecie, że zapuściliście się w niezbyt bezpieczne miejsce.…–rzekł mężczyzna i podał Elii kolejne piwo.

–Broni nie sprzedaje się w bezpiecznych miejscach – powiedział Reese patrząc się barmanowi głęboko w oczy – Podróże zaczęły nas męczyć, chcemy znaleźć swoje miejsce, niekoniecznie zajmując się handlem broni.

– A nie myślałeś nad otwarciem punktu, w którym byś nie tylko sprzedawał broń, ale także naprawiać i wyrabiać nową?– wtrącił mężczyzna, który siedział obok Reese`a przy barze.

Lucy dopiero teraz skupiła na nim swoją uwagę. Idealnie wtopił się w tłum. Nosił dość wymiętą i starą koszulę, która chyba była obowiązkowym strojem bywalców tej knajpy. Ubranie było obcisłe na brzuchu z racji nie najmłodszego już wieku. Na przedramionach eksponowały się wielkie bicepsy. Miał twarz jakby wyciosaną z kamienia– ciężko było by znaleźć jakąś delikatną rysę. Czubek łysej głowy odbijał światło lampionu wiszącego nad barem.

– Tak bardzo ogólnie, ale samo znalezienie takiego strategicznego punktu jest bardzo ciężkie, a nie wiem, czy chcę się w to bawić.…

– Tak się składa, że jestem kowalem i mam małą kuźnię trzy przecznice stąd. Możemy połączyć siły i razem sporo zarobić.

– Masz atesty na legalne wyrabianie broni?

Pytanie Thornbury`ego rozśmieszyło mężczyznę.

– W tym mieście przypada dwóch militarnych na jednego cywila. Myślisz, że jakbym robił coś tutaj nielegalnie to siedziałbym w barze i spokojnie pił piwo?

– No tak, racja…– odparł Reese również się śmiejąc– Należałoby jeszcze obgadać wszystkie szczegóły, zwłaszcza te z podziałem zysków. Muszę jeszcze skonsultować się z siostrami, ale myślę, że wstępnie możemy się zgodzić na współpracę, prawda?

Lucy i Elia skinęły głowami na znak zgody.

– Tak w ogóle to jestem Malcolm, a ten wąsacz za barem to Rory, właściciel „gospody u Rory`ego” i mój ulubiony szwagier – powiedział kowal wyciągając dłoń przed siebie.

– Clive Davosse, a to moje siostry– Kaya i Adrienne.

– która która z was jest najstarsza?– zapytał Malcolm po raz pierwszy przyglądając się adeptkom.

– Ja jestem starsza nawet od Clive`a– odparła Lucy/Kaya marszcząc brwi gdy wypowiadała fałszywe imię swojego przyjaciela.

– Tak? Nie wyglądasz. A o ile, jeśli mogę spytać? Wiem, że dla niektórych kobiet wiek to kłopotliwa sprawa, na przykład moja żona cały czas utrzymuje, że ma dwadzieścia jeden wiosen, choć wszyscy wiedzą, że jest ich przeszło trzydzieści….

– O cały rok. Za pół roku skończę osiemnaście lat.

– To już męża trzeba szukać, a nie handlować bronią!

– To znajdź mi takiego, który będzie silniejszy ode mnie i wtedy rozważę zamążpójście– odpowiedziała Lucy, a z jej ust i oczu wylewał się jad. Reese i Elia spojrzeli na nią surowo.

Malcolm na szczęście zareagował jedynie śmiechem.

Pozostała część wieczoru minęła już spokojnie, omawiając interesy przy piwie. Zostali do zamknięcia baru, po czym położyli się do łóżek, śpiąc prawie do południa.

***

Przez kilkanaście dni współpraca adeptów z Malcolmem przebiegała bez większych zakłóceń. Pomagali sobie w interesach i zaczęła nawiązywać się między nimi przyjaźń. Lucy, Reese i Elia często jadali kolację z kowalem i jego rodziną. Czujnie wychwytywali każdą plotkę, która mogłaby im pomóc zidentyfikować strażnika.

Wielokrotnie  próbowali wyśledzić owego informatora, który dał cynk władzom, jednak bezskutecznie. Byli zdani tylko na siebie.

Pewnego wieczoru, kiedy Lucy i Reese poszli na wieczorny rekonesans, Elia została w kuźni/ sklepie z bronią aby policzyć pieniądze i zrobić raport z dzisiejszego bieżącego dnia.

Nagle do środka wtargnął Malcolm, poczerwieniały na twarzy i z mocną zadyszką. Stanął tuż obok biurka, przy którym siedziała Elia i zacisnął dłonie w pięści. Dziewczyna wstała i cofnęła się.

Kowal uderzył pięścią w stół, aż monety rozsypały się po podłodze. Malcolm wziął kilka głębokich oddechów i zaczął masować dłoń.

– wszystko w porządku? Co się stało? – zapytała Elia wciąż trzymając dystans.

– Co za sukinsyn! – wydyszał, a adeptka ujrzała w jego oczach furię– Co za sukinsyn!

– Macolm, uspokój się….

– Uspokoić się?! Czy ty wiesz w ogóle co się stało?!

– Nie wiem, ale gniew w niczym nie pomoże.

– Pamiętasz może, jak tydzień temu mieliśmy spore zamówienie od strażników?

– Tak, pamiętam. Tego dnia zarobiliśmy bardzo dużo.

– No to za te pieniądze możesz kupić sobie dobrego prawnika, bo okazało się, że cała nasza broń trafiła do Mrocznych. Jutro musimy zjawić się na przesłuchaniu.

– Co? – Elia nie potrafiła ukryć zdziwienia, ale doskonale maskowała uśmiech. W końcu są jakieś postępy w misji! – Ale przecież sprzedaliśmy ją strażnikom, mamy ich pieczątki.

– Które prawdopodobnie są fałszywe. Na szczęście wiemy kto to. Oby do jutrzejszego ranka się stąd nie zmył…

– Kto to był?

– Henrick Lucasse, jest strażnikiem w Midcrown od półtora roku. Zawsze wiedziałem, że coś jest z nim nie tak. Chciałem zgłosić moje podejrzenia strażnikom, ale same domysły przecież nie wystarczą.

– A wcześniej nie robił u ciebie zamówień?

– Właśnie to był pierwszy raz. Zdziwiłem się bardzo, bo wiem, że był stałym klientem innego handlarza.

– Myślę, że tym razem nie ujdzie mu to na sucho.

– Oby, oby!- Malcolm powiedział z nadzieją, głosem już spokojnym.

Elia w końcu pozwoliła sobie na uśmiech pełen satysfakcji.

***

– Henrick Lucasse…– Powiedziała Lucy przeciągle, a jej wzrok powędrował do okna – a to cwaniaczek! Całe szczęście, że skusił się na naszą broń. I tak musieliśmy trochę poczekać…

– Łapiemy go jutro rano, czy robimy to jeszcze dziś w nocy?– zapytał Reese już paląc się do walki.

Cała trójka siedziała przy małym stoliku w ich pokoju w gospodzie i zaczęła obmyślać plan pojmania zdrajcy. Ich zamyślone twarze były w połowie spowite cieniem, gdyż jedynym oświetleniem była mała świeca.

– Potrzebujemy mocnych dowodów, najlepiej jakby się przyznał…– Rzekła Elia i po jej słowach Lucy wpadła na pomysł.

– Już wiem, jak go zmusić do przyznania się – powiedziała Storm uśmiechając się łobuzersko – Pójdę do niego pod przykrywką prostytutki w prezencie. Gdy on zacznie się do mnie dobierać, przycisnę go i zmuszę do mówienia.

– Ty chyba jesteś chora!- Reese pokręcił głową nie zgadzając się na plan Lucy– Nie pójdziesz tam sama, to zbyt niebezpieczne.

– Posłuchaj mnie, Thornbury– zaczęła ostro– Już tu nie dowodzisz, wracamy do właściwego układu. Zmuszę go do przyznania się i przyprowadzę do aresztu.

– To chociaż pozwól nam ciebie osłaniać.

– Nie dacie rady się przedrzeć. Jedna osoba ma większe szanse niż trzy. W dodatku będę w siedzibie straży, jak coś pójdzie nie tak to oni powinni mnie obronić. W końcu to ich praca, czyż nie?

– Reese, zaufajmy jej– Elia położyła dłoń na ramieniu chłopaka, a potem zwróciła się do Lucy– pamiętaj by wziąć ze sobą łapacza słów. I przycisk alarmowy, tak w razie czego.

– Dziękuję ci, Elia za okazane mi zaufanie– rzekła Storm jadowitym głosem– Wychodzę za dziesięć minut, nie powstrzymacie mnie.

– To się źle skończy…– Rzekł Reese po wyjściu dziewczyny i ukrył twarz w dłoniach. Elia dotknęła jego ramienia próbując dodać mu otuchy.

– Nie mogłeś jej zatrzymać, a jak już ma się nie udać to niech się o tym przekona. Byleby tylko wróciła zdrowa.

– Bylebyśmy wszyscy wrócili do domów. Cali i zdrowi…

***

Strażnik pilnujący wejścia szczerze nienawidził swojej pracy. Stanie na deszczu przez całą noc odbierało mu całą energię i dobry nastrój. W dodatku bolał go kręgosłup.

Wymamrotał pod nosem kilka niecenzuralnych wiązanek oraz wykonał kilka skłonów i „kocich grzbietów”, aby chociaż odrobinę ulżyć plecom.

Wtem usłyszał chrząkanie. Podniósł się i zobaczył przed sobą piękną, długonogą młodą kobietę, która swoje gęste blond włosy chroniła przed rzęsistym deszczem pod parasolem.

– Przepraszam, że panu przeszkadzam– zaczęła mówić, a jej głos był niczym płynny miód– Ale muszę wejść do środka. Jestem… ekhm… prezentem dla pana Henricka Lucasse. Chyba wie pan, co mam na myśli…

 Prostytutka? Co takie piękne kurtyzany robią w Midcrown? I to dla Henricka? On miał słabość do płatnej miłości, ale tej damy jeszcze u niego nie było- pomyślał strażnik rozpływając się nad wyglądem nieznajomej damy.

– Tak, tak…– odparł zmieszany i naprędce otworzył drzwi– Proszę wejść. Pokój Henricka to czwarte drzwi po lewej na drugim piętrze. Schody są od razu po prawej od wejścia.

– Dziękuję bardzo– rzekła dziewczyna obdarzając go najpiękniejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widział.

– Ile pani kosztuje? – Zapytał strażnik, kiedy prostytutka dopiero co przekroczyła próg.

– Czterysta dukatów za godzinę– rzekła dziwnie twardym głosem.

Strażnik nic nie odpowiedział, bo zaczął liczyć w głowie, za ile wypłat będzie w stanie ją kupić.

***

Lucy znajdowała się tuż przy pokoju Lucasse. Uspokoiła bijące jak szalone serce i wzięła kilka głębokich oddechów. Włączyła także łapacza słów, który był doczepiony do podwiązki. Dzięki temu nagra się wszystko, co strażnik powie. Zapukała.

Otworzył jej wysoki mężczyzna około trzydziestki. Był ubrany w spraną piżamę. Jego zaspana twarz tylko utwierdzała dziewczynę w przekonaniu, że nikogo się nie spodziewał.

– Pan Henrick Lucasse?– zapytała słodkim głosem, a strażnik uśmiechnął się szeroko.

– Tak?

– Mówią na mnie Stormi, przysłano mnie w prezencie do pana.

– Do mnie? A to niby dlaczego?

– Za zasługi dla państwa. Pana szefowie postanowili się panu tak odwdzięczyć. Przysyłając mnie. Czy jest pan sam?

– Tak, tak. Proszę wejść. Proszę mi wybaczyć bałagan, ale nikogo się nie spodziewałem– Powiedział zmieszany i wpuścił dziewczynę do środka. Zamknął za nią drzwi.

Moment później trzymał ją mocno w ramionach i obsypywał pocałunkami. Nie trwało to długo, ponieważ w pewnej chwili Lucy poraziła go taką dawką prądu, że padł nieprzytomny na ziemię. Nie było to legalne, ale dziewczynę w tej chwili nie obchodziły przepisy.

Lucasse otworzył oczy i próbował wstać, jednak coś krępowało jego ruchy. Po kilku sekundach zorientował się, że leży przywiązany do łóżka.

– Witaj, śpiochu– stwierdziła Lucy i odchyliła się na krześle. Siedziała tuż obok posłania. Malcolm obrócił głowę i posłał dziewczynie wzrok pełen nienawiści. Storm uśmiechnęła się szeroko.

– O co chodzi? – Warknął i szarpnął rękoma, próbując się uwolnić. Bezskutecznie.

– To ja będę zadawać pytania– Lucy odpowiedziała równie ostro– Jak długo prowadzisz interesy z Mrocznymi?

– Co? – jego źrenice gwałtownie się zwęziły– Nie robię żadnych interesów!

– Mi się nie kłamie– Rzekła wyciągając legitymację adeptki Akademii– Nazywam się Lucy Storm i moja misja polega na uchwyceniu temu dotarciu do zdrajcy, do tego kto handluje bronią ze Wschodem. Ty zrobiłeś wielkie zakupy u kowala Malcolma. Po ostatniej potyczce z Mrocznymi okazało się, walczyli bronią, którą kupiłeś. Jest twoje nazwisko przy potwierdzeniu zakupu. Malcolm mówił, że to ty się podpisałeś.…

– Malcolm to wielki łgarz! – krzyknął Henrick– To on wraz ze swoimi oprychami prowadzi interesy z Mrocznymi, bo lepiej płacą.

– Dziwne, bo nasz informator nam pisał, że to jakiś strażnik– Lucy nie wierzyła w ani jedno jego słowo.

– A kim jest ten informator?

– Oczywiście, że ci tego nie powiem.

Lucasse zaśmiał się, a Lucy poczuła przypływ gniewu.

– Lucy Storm, otwórz szafkę po lewej stronie kredensu. Tam są dowody na moje słowa. Sam prowadzę śledztwo.

Dziewczyna otworzyła szafkę i wzięła pierwsze z góry dokumenty. Były na nich kopie faktur ze sklepu Malcolma i ogólny spis towarów.

Lucy usłyszała głośny ryk. Pobiegła w stronę okna. Nic nie dojrzała.

– Słyszałeś to?

– Co?– Henrick spojrzał się na nią dziwnie.

– Nie nic, zdawało mi się.

Lucy szybko zapomniała o dziwnym dźwięku i powróciła do przesłuchiwania strażnika.

– Przecież Malcolm jest kowalem, nie miał żadnej broni na sprzedaż.

– Tak ci powiedział? Mam mnóstwo świadków, że było inaczej. Spodziewał się was, dlatego wyczyścił sklep z towaru.

– A te faktury to niby dowody, tak? Mogły zostać sfałszowane przez ciebie.

– Widzisz te nazwiska podkreślone czerwoną kreską?

– Tak.

– Tych osób nigdy nie było w Midcrown. Prawdopodobnie są one zmyślone. Dowody na moje słowa są w pozostałych teczkach.

Lucy zaczęła powoli wierzyć jego słowom. Wertowała dokumenty i prawie wszystko nabrało sensu. Oprócz dwóch rzeczy.

– Wpisał twoje nazwisko na fakturze aby się ciebie pozbyć, prawda?

– Najprawdopodobniej.

Została jeszcze jedna rzecz do zweryfikowania.

– Dlaczego powiedziałeś, że Malcolm spodziewał się mnie i moich przyjaciół?

– Pół roku temu pewne małżeństwo Białych Zabójców zapobiegło wielkiemu transferowi broni, przez co Malcolm był stratny na prawie milion dukatów.

Strom zadrżała.

– Czy to małżeństwo nosiło nazwisko Thornbury?

– Tak, a skąd ty to…

Alarm, który był przypięty do nadgarstka dziewczyny zaczął wyć.

– O nie!- Lucy krzyknęła i wybiegła z pokoju zostawiając Henricka przywiązanego do łózka.

Jeszcze Jak na złość Gospoda u Rory`ego znajdowała się na drugim końcu Midcrown. Biegła przecinając strugi deszczu. Błagała w myślach, aby wszystko było dobrze.

Weszła z impetem do gospody. Od razu zauważyła, że coś jest nie tak. Nie ujrzała nawet jednej osoby, nawet samego Rory`ego. Pusto. Pomimo tego, że kilkanaście minut temu wybiła druga, a była to noc z soboty na niedzielę, czyli pora dużego oblężenia baru.

Gdy otworzyła drzwi do pokoju, wydała z siebie długi, pełen rozpaczy krzyk.

Reese leżał twarzą do sufitu. Jedna jego dłoń trzymała rękojeść miecza, a druga przycisk alarmowy. W piersi miał wielką dziurę. Był we własnej kałuży krwi. Lucy drżąca ręką zamknęła mu oczy.

Ciało Elii znajdowało się na łóżku. Storm rozpoznała ją po falujących blond włosach, ponieważ twarz była jedną wielką, krwawą miazgą. Wydała z siebie kolejny krzyk, kiedy zobaczyła strugi krwi mające swoje źródło między nogami martwej adeptki.

Lucy miała ochotę usiąść na podłodze i wyć, bujając się w przód i w tył. Nogi się pod nią uginały, a całe ciało trzęsło się przez fale szlochu. Gdyby ona została z nimi to może wszyscy by żyli.

W pewnej chwili uzmysłowiła sobie, że nie ma teraz czasu na żałobę. Musiała jeszcze złapać Malcolma i pomścić przyjaciół.

Zamoczyła palec w kałuży krwi przy ciele Reese`a i narysowała na swojej twarzy pionową kreskę, od oka po kość żuchwową. Taką samą linię wykonała po drugiej stronie używając krwi Elii.

Wyciągnęła spod łóżka swoje miecze i wyszła z pokoju kierując się do domu kowala.

***

Mocnym kopniakiem otworzyła drzwi. W domu nie zastała jednak nikogo. W dodatku zauważyła, że zniknęła także spora część jego dobytku. Lucy głośno przeklęła i odwróciła się na pięcie. Zobaczyła konia pasącego się w ogrodzie sąsiadów. Postanowiła go pożyczyć. Wyprowadziła wierzchowca na drogę i ruszyła w kierunku bramy wyjazdowej. Wiedziała, że Malcolm o tej porze nie będzie przekraczał granicy. Nie o tej porze i nie z tyloma rzeczami. Zapewne chciał znaleźć tymczasową bazę we wiosce obok Midcrown.

Jechała galopem na oklep nie zważając na niewygody. Myślała tylko o tym, by dopaść Malcolma.

Gdy zaczęło świtać, Lucy dojrzała wóz, na którym jechali Malcolm i jego żona. Pilnowało ich trzech uzbrojonych pomagierów kowala, każdy na swoim wierzchowcu.

Storm usłyszała głośny ryk, jednak nie odwróciła się w jego kierunku. Już wiedziała, że ten dźwięk rozlegał się tylko w jej głowie.

Uciekinierzy zauważyli goniącą ich adeptkę, jednak nie przyspieszyli tempa. Wręcz przeciwnie– zatrzymali się. Ochroniarze zaczęli kierować się w kierunku Lucy, która w jednej ręce trzymała sztylet, a w drugiej krótki miecz.

Przyspieszyła konia i skupiła w energię w prawej dłoni, która naładowała sztylet małymi piorunami. Wzięła głęboki wdech i z wydechem rzuciła broń w kierunku najbliższego przeciwnika. Trafiła dokładnie między żebra. Wróg wydał z siebie krótki krzyk i spadł z wierzchowca.

To bardzo rozjuszyło pozostałych ochroniarzy kowala. Zmusili konie do kłusa i oboje równocześnie zaatakowało Lucy, która uśmiechnęła się tak szeroko, że zaschnięta krew na jej policzkach zaczęła pękać.

Dziewczyna wyciągnęła drugi miecz i oba naładowała piorunami. Gdy jej ostrza zetknęły się z bronią przeciwników, błyskawice rozchodziły się we wszystkie strony.

Pomagierzy Malcolma byli całkiem wprawionymi szermierzami. Po kilku minutach wymiany ciosów Lucy zaczęła się męczyć, zwłaszcza że walczyła z dwoma przeciwnikami naraz. Przez ułamek sekundy straciła czujność ale to wystarczyło jednemu z ochroniarzy by wykorzystać okazję. Wykonał on długie cięcie na ręce Storm– od barku po połowę przedramienia. Jednak dziewczyna nawet tego nie poczuła. Wyrzuciła z siebie tyle energii, że oboje padło na ziemię.

Lucy także zeszła z konia. Walka była kontynuowana na ziemi.

Adeptka kątem oka zauważyła, że wóz, na którym jechał Malcolm zaczynał się oddalać.

– Czas to skończyć– powiedziała po cichu i wykonała zgrabny piruet, dzięki czemu odseparowała się od jednego z przeciwników, a drugiemu wbiła miecz między łopatki. Po samą rękojeść.

Jedynego ochroniarza przy życiu śmierć kolegi mocno go zbiła z tropu. Jego ciosy już nie były tak mocne, a uniki tak precyzyjne jak wcześniej. Wiedział, że patrzy w oczy śmierci. I chwilę później ją spotkał. Cięcie, które pozbawiło go życia było zbyt szybkie, by mógł się zorientować.

Lucy nie spoczęła na laurach. Z powrotem wsiadła na konia i ruszyła kłusem za wozem, który zdążył już zniknąć z jej pola widzenia.

Po kilku minutach dogoniła go. Wyprzedzając wóz, rozcięła brzuch jednemu z wierzchowców napędzających pojazd.

Wóz przewrócił się, a część złota wypadła na ziemię.

Storm obserwowała sytuację i cierpliwie czekała. Zobaczyła żonę Malcolma nieruchomo leżącą pod pojazdem. Smutno westchnęła. Akurat ona była niewinna.

Kowal wyczołgał się z wozu i z trudem wstał. W jego oczach błyskała furia.

– Zabiłaś moją żonę!- zawył kiedy ujrzał jej zamknięte oczy i nieruchomą klatkę piersiową– Zabiłaś!

– Ty zabiłeś moich przyjaciół, a broń, którą nielegalnie sprzedawałeś zakończyła życia mnóstwa osób– Odparła dziwnie spokojnie. Patrzyła się na niego z wyższością.

Malcolm natychmiastowo zmienił strategię. Zaczął podnosić złoto i biżuterię leżącą u jego stóp. Wyciągnął je w stronę dziewczyny.

– Dam ci wszystko, tylko mnie oszczędź! – Choć w oczach był wciąż gniew, to głos wyrażał rozpaczliwą próbę zachowania życia. To tylko jeszcze bardziej rozzłościło Lucy.

– Czy ty wiesz kim ja jestem?!- Wrzasnęła nie mogąc już opanować emocji– Jestem Lucy Storm, z Arystokracji. Jestem Pocałowana Przez Piorun, Wybrana! Te wszystkie swoje błyskotki możesz nawet i zjeść. Ja i tak mam więcej. Mało tego, mam jeszcze coś takiego jak moralność i lojalność. Twoja propozycja wzbudziła we mnie odrazę!

– p–pani wybacz…– ton Malcolma wyrażał coraz większy strach– To daruj mi życie, ja ucieknę, zapomnimy o tym!

– Zabiłeś mi przyjaciół i chcesz, by ci to uszło na sucho?!

– To nie ja ich zabiłem!

– Ale na twój rozkaz!- W tym momencie przypomniała sobie słowa matki, które często powtarzała sobie w myślach– Uderzył mnie piorun i przeżyłam. Jestem także silna. Skoro błyskawica cię nie zabiła, to nic innego też nie może. A moją siłą mogę pomścić wszystkich, którzy jej nie mieli!

Nagle usłyszała ryk tak głośny, że aż zatkało jej uszy. Poczuła podmuch wiatru smagający jej plecy i podrywający jej włosy, z których już gdzieniegdzie wyłaniał się złoty róż. Malcolm też to usłyszał– patrzył się w coś za plecami Lucy i ten widok zwalił go z nóg.

Dziewczyna odwróciła się i oniemiała. Była twarzą w twarz ze smokiem. Prawdziwym smokiem! Wyglądał na młodego, był tylko delikatnie wyższy od Storm. Jego łuski mieniły się w kolorze srebra, a oczy świeciły złotym blaskiem. Adeptka wyciągnęła ku niemu dłoń i dotknęła jego żuchwy. Stworzenie skinęło głową i wzniosło się w górę. Rozerwało paszczę i zionął ogniem, który pochłonął wóz i kowala siedzącego obok.

Lucy patrzyła na płomień i słyszała krzyki Malcolma. Nie ruszyła z pomocą.

– Będę legendą– Wyszeptała nie wiedząc, czy to okaże się błogosławieństwem, czy przekleństwem.

 

Po pięciuset latach do Wymiaru Alfa wrócił smok, który wybrał Lucy Storm na swoją partnerkę. Właśnie ona stała się legendarnym Smoczym Jeźdźcem aktualnej ery. Ten duet zmienił losy wielu bitew i uratował niezliczoną liczbę ludzi. Powyższa historia pokazuje narodziny tej niezwykłej współpracy. Pozostałe ich przygody są spisane na następnych stronach…

***

Wilbert i student skończyli czytać z wypiekami na twarzach. W tym czasie słońce znacznie zbliżyło się do horyzontu, ale dźwięki łopat i szpadli przybrały na sile.

– Panie profesorze, to niesamowita historia– Zawołał student nie kryjąc ekscytacji– ta księga z pewnością pomoże nam dowiedzieć się czegoś więcej na temat Smoczych Jeźdźców, o których aktualnie nie wiemy praktycznie nic…

– …Jeszcze– odparł z uśmiechem profesor– myślę, że to jest bardzo ważne odkrycie naukowe. Bardzo, bardzo ważne.

– Panie profesorze, proszę tutaj podejść, to coś niesamowitego! – Studentka dopiero co zjawiła się pod wiatą, gdzie był profesor wraz ze studentem– Wykopaliśmy czaszkę, ale ona jest bardzo… Dziwna.

– Dziwna? – Wilbert był wyraźnie zaskoczony, po czym dodał– prowadź. Przyjrzę się tej „dziwnej” czaszce.

Studentka przyprowadziła profesora do swojego stanowiska. Na dnie niewielkiej dziury leżało owe znalezisko. Profesor założył lateksowe rękawiczki i delikatnie podniósł ją na wysokość swoich oczu.

– Faktycznie, w życiu czegoś takiego nie widziałem…– Wymamrotał obracając czaszką w każdą stronę chcąc się jej jak najdokładniej przyjrzeć.

Studentka wykopała pierwszą czaszkę na tym terenie, która nie była zniszczona. Kości te zdecydowanie nie były ludzkie. Zwierzę to miało wydłużony pysk i bardzo długie zęby. Oczodoły były ogromne, a z czoła wystawały krótkie rogi.

– Panie profesorze? – Zapytał student, który wraz z Wilbertem przyszedł obejrzeć znalezisko– Czy to może być czaszka smoka?

 

Koniec

Komentarze

“Słońce jak zwykle bezlitośnie paliło wszystko w swoim zasięgu– od roślinności po delikatną skórę badaczy.” → brak spacji przed dywizem

“Większość znalezisk, do których badacze dawnych epok dotarli były tak zniszczone, że. nie Nie miały żadnej wartości dla historyków.” → co tu się stało z interpunkcją? składnia też brzydka, dwa orzeczenia nie dość, że tuż obok siebie, to jeszcze nie oddzielone przecinkiem >:

“To czego szukali wciąż im umykało. ” → tutaj jakiś dziwny znaczek

“wyrwało go męskie nawoływanie:.” → tutaj kropka za wielokropkiem. Zaczynam podejrzewać, że nawet nie zerknęłaś na ten tekst, przed wrzuceniem go, co jest… Mało uprzejme względem czytelnika. 

Zbliżał się, ostrożnie niosąc w dłoniach niewielką skrzynkę., który szybkim krokiem zbliżał się do niego.” → tutaj jakby przerzuciło Ci zdanie wtrącone z innego miejsca, bo w tym zdaniu nie ma ono sensu. Powtórzenia. Znowu szalejąca interpunkcja. 

“Dawaj to. na stół. Zobaczmy co to dokładnie jest tu mamy” → Wywaliłabym tę kropkę po “to”. Drugie zdanie wygląda tak, jakbyś nie mogła się zdecydować, czy powiedział “Zobaczmy co tu mamy”, czy “Zobaczmy, co to dokładnie jest”. 

Informuję, że od tego momentu kończę wyłapywać tego typu błędy. Spodziewam się, że jest ich w tekście więcej. Na Twoim miejscu przejrzałabym bardzo dokładnie raz jeszcze cały tekst i poprawiła tego typu usterki. W tej chwili jest nie po Polsku i ciężko będzie go czytać, ale spróbuję, żeby chociaż dowiedzieć się jaką usiłowałaś przekazać historię…

Położył na blacie Wyglądała na solidnie wykonaną, więc nie zawahał się jej otworzyć. Wyciągnął ze skrzyni i położył na blacie obok.

Okładka wyglądała na całkiem solidną, więc nie zawahał się jej otworzyć.” → powtórzenia słów to jedno, ale powtarzanie całych zdań? Przegięcie. Kawałek wcześniej było “słońce słońce”. Brakuje kropek. 

“Napis widniejący na pierwszej stronie tytułowej wprowadził mężczyzn w stan euforii:” → ile książka miała stron tytułowych?

“Tytuł brzmiał „Legendy Wymiaru Alfa. Generacja druga.”” → tak, wiem, wspominałaś dosłownie zdanie wcześniej. 

Przepraszam, ale nie dam rady kontynuować lektury. Proszę przejrzyj raz jeszcze tekst i popraw go, potem chętnie go przeczytam. 

 

 

Droga Autorko, skoro nie szanujesz czytelnika, jestem zmuszony odpłacić tym samym. Zacząłem czytać i nie jestem w stanie skończyć.

To, co przedstawiłaś, to nawet nie jest brudnopis. Powtórzenie za powtórzeniem, dziwaczne zapisy, formatowanie wołające o pomstę do nieba…

Proszę, przeczytaj to sobie. Na głos:

– “były tak zniszczone, że. nie Nie miały żadnej wartości dla historyków”;

– “Zbliżał się, ostrożnie niosąc w dłoniach niewielką skrzynkę., który szybkim krokiem zbliżał się do niego”;

– “Mieszkańcy Szykowano szykowali”.

 

Et caetera, et caetera, et caetera…

Jestem wyjątkowo zniesmaczony!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Przeczytałam opowiadanie z trudem. Cieszę się, autorko, że starasz się pisać, przed tobą jednak długa droga. Musisz zapoznać się z zasadami pisowni, a następnym razem zacznij od znacznie krótszego tekstu i weź kogoś do betowania – czyli kogoś, kto poprawi z tobą tekst przed publikacją. Opowiadania niestety zakwalifikować nie mogę.

 

Pokażę ci tylko przykłady błędów:

 

Tekst powinno się wyjustować. 

wszystko w swoim zasięgu– od roślinności ← półpauzy powinny być oddzielone spacjami od tekstu

męskie nawoływanie:. ← nie można dawać razem kropki i dwukropka

Masz za dużo czasownika “być”.

– Panie Stadford– zwrócił się do ucznia– znalazł ← wspominałam już o spacjach między półpauzami a tekstem

– Spróbujemy!- Odpowiedział Wilbert ← odpowiedział to czynność związana z mówieniem, dajemy z małej. Koniecznie poczytaj poradnik zapisu dialogów

– Tak, tak…– odpowiedział zmieszany Stadford, a potem zmienił nieco temat– To kKtórą czytamy przeczytamy najpierw? ← widać na pierwszy rzut oka, że trzeba wywalić zbędną literę z “kKtórą”

– Pierwszą–Odparł ze śmiechem Wilbert– O narodzinach Drugiego Smoka. ← poprawnie to by wyglądało tak: – Pierwszą – odparł ze śmiechem Willbert. – O narodzinach…

a i ściany pokrywali malunki malunkami

„Prędzej panienką. , ale na pewno nie dzieckiem. ← skąd ci się tu wziął ten cudzysłów i kropka? ;>

Potem którym dla Lucy nastąpiła chwilowa ciemność osunęła się w ciemność. ← A może wystarczyłoby po prostu “Lucy osunęła się w ciemność”? Zdanie jest zupełnie niezrozumiałe.

Lucy gwałtownie wciągnęła powietrze, a jej. spojrzała Spojrzała ← co tu się wydarzyło?

Aby jednak tak się stało, dziecko musiało zostać rażone piorunem. Teo, które przeżyło, zostawało wybrańcem. ← brzmi to dość niewiarygodnie

różowo–złoty kolor włosów ← różowozłoty 

siły garnizonu. najbardziej chronione ← co tu robi ta kropka? Jeśli kończy zdanie, to nowe należy rozpocząć wielką literą

„Albo to jest miasto pełnych kapusi , albo wszyscy trzymają gęby na kłódkę, tutaj nie ma niczego pomiędzy”, – Pomyślała Storm lustrując otoczenie. ← poprawnie: W tym mieście ludzie dzielą się na kapusiów i takich, którzy trzymają gęby na kłódkę – pomyślała

Panienki” ← nie używaj jednocześnie kursywy i cudzysłowu 

wybrał Lucy Storm na swojego partnera. ← a nie na swoją partnerkę? ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dodałam przez przypadek tekst z widocznymi zmianami i stąd tyle powtórzeń. To jest mój pierwszy tekst tutaj i jeszcze nie za bardzo “ogarniam”. Poprawiłam, co się dało :)

Nie rozumiem celu zamieszczania na portalu literackim tego typu zapisków.

Chciałam przeczytać wszystkie teksty zgłoszone w konkursie, ale nie zmogłam i tylko przeskanowałam. W fabule nie ma nic, co sprawiłoby, żeby dało się przebrnąć przez tę rzeźnię językowo-typograficzną. Świat chaotyczny, niespójny (faktury?), rama opowieści rażąco naiwna (czemu to drewno wbrew wszelkiej logice zachowało się w ziemi nienaruszone? takie rzeczy zasadniczo się nie dzieją, więc czytelnikowi należałoby się wyjaśnienie…). Wszystko, w czym smoki nie są złe i nie służą do zabijania ich, ma u mnie plusa na wejściu, ale tu nawet to nie pomogło.

 

Dodałam przez przypadek tekst z widocznymi zmianami i stąd tyle powtórzeń. (…) Poprawiłam, co się dało :)

Może zamiast poprawiać, należało wrzucić wersję bez widocznych zmian (jeśli istotnie takowa przez przypadek istnieje), bo te poprawki najwyraźniej wiele nie dały.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Od ¼ już skanowałem. Trudno się skupić na treści przez błędy, toteż chwytaj przydatne linki, które pomogą Ci ją uporządkować:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Historia nawet, nawet, ale zarżnięta wykonaniem.

Sama fabuła w porządku. Coś się dzieje, wydarzenia na ogół wynikają z poprzedzających je rzeczy.

Bohaterowie mocno czarno-biali, ale ujdą.

Legendy obecne w stężeniu wystarczającym.

Tylko to wykonanie. Literówki, alternatywne wersje różnych słów, powtórzenia, miejscami interpunkcja leży i kwiczy, poważniejsze błędy…

Te, które przeżyło,

To. “Te” wskazuje na liczbę mnogą.

Zmusili konie do kłusa i oboje równocześnie zaatakowało Lucy,

Oboje to mężczyzna i kobieta, a tu dwóch facetów było.

Babska logika rządzi!

No cóż, ZoeyHrper, choć twierdzisz, że tekst został poprawiony, to nie mogę dać wiary Twoim zapewnieniom, albowiem  opowiadanie w obecnej postaci nie tylko nie nadaje się do czytania, ale w ogóle nie powinno ujrzeć światła dziennego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka