- Opowiadanie: Naz - Wszystkie śmierci Apolinarego

Wszystkie śmierci Apolinarego

Tekst ukazał się w NF 3/2018.

Wstawiam dla tych, którzy nie czytali – wszyscy, którzy komentowali już opowiadanie w różnych wątkach, są absolutnie zwolnieni z zostawiania śladu ;)

Podziękowania dla Skonecznego, Cobolda, Finkli, Śniącej, Kwisatza Haderacha i CountPrimagena za nieocenioną pomoc przy udoskonaleniu tego tekstu.

I oczywiście dla MC.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wszystkie śmierci Apolinarego

 

30 grudnia 2030

 

Doktor Apolinary obudził się ze wzrokiem wbitym w Urządzenie. Zdarzało mu się to coraz częściej. Czy One to robiły? Zganił się za podejrzenie. Wstał z łóżka, bezskutecznie usiłując przypomnieć sobie, o czym śnił.

Mar sennych ubywało, jakby stanowiły przesypujące się w klepsydrze okruchy. Spojrzał za wąskie okno. Błękitno-zielony świat na zewnątrz urzekał pięknem i przygnębiał niedostępnością. Ze swojego ascetycznego mieszkania doktor miał widok na wrzosowisko za miastem, ale gdyby podszedł bliżej szyby, zobaczyłby także mur. Odwrócił się od okna i podniósł ze stolika tablet.

Urządzenie wyświetliło pierwsze zapiski w dzienniku Apolinarego, sporządzone, zdawałoby się, stulecia temu. Tak, pomyślał mężczyzna, nadszedł dzień podsumowań, dzień wszystkich śmierci. Zagłębił się w tekst, by ożywić w pamięci początki swojej męki.

 

20 listopada 2029

 

Postanowiłem zapisywać moje myśli i przechowywać pamiętnik w otwartym podsystemie. Nie wiem, czy kiedykolwiek ktoś go przeczyta, ale to bez znaczenia. Wydaje mi się, że wokół nie ma nikogo poczytalnego i grozi mi popadnięcie w obłęd. Rozpoczynam więc rozmowę z nieokreślonym. Z tobą.

Powinieneś wiedzieć, że gdy budowałem rozszerzoną rzeczywistość wirtualną, myślałem o niej jako następczyni gier wideo. Myślałem o rozrywce i pieniądzach. Nieograniczona kreacja. Quasi-światy. Wirtualny raj – rób, co chcesz, krzywdź, kogo chcesz, bądź, kim zechcesz. Napracowałem się nad symulacjami zmysłów, nad skopiowaniem autentycznych doznań. Ale gdy nas zaatakowano, branża rozrywkowa – moja dojna krowa – po prostu zniknęła.

Właściwie próbowaliśmy prowadzić wojnę tylko pokazowo. Wróg był niepojęty, jego przewaga miażdżąca, a nam pozostała tylko duma.

Czekając na śmierć, nie miałem niczego poza bezużytecznym wynalazkiem. I coś mnie tknęło, żeby zamiast uciec w wirtual, spróbować się z nim porozumieć. Zacząłem grzebać w programach. Podprowadziłem z firmy generatory i podczas zbyt jasnych, wypełnionych jazgotem nocy, walcząc z atakami paniki, próbowałem podrasować swoje kreatory światów. Podpiąłem je do bezczynnej, głównej Sieci z prostej przyczyny – posiadała odpowiedni metajęzyk. A one ją przejęły.

Nie wiem jak; gdybyś spróbował pracować w warunkach, w jakich mnie przyszło, też sporo byś przegapił. I tak moje kreatory, a raczej, jak się okazało, kreatorki, zyskały możliwość porozumienia. Z każdym, kto miał jeszcze sprawne wtyczki do Sieci. A że wszyscy posiadają sieciowe profile, moje Panie mogły oczarować ludzi zindywidualizowanymi ofertami.

Wyobrażasz sobie, jaką dałoby mi to władzę w czasach pokoju? Jaki szmal? Ja nie musiałem. Pokazały mi. Gdy zdołałem się ocknąć, ludzie szykowali się już do przejścia w wirtual, masowo wytwarzając moje udoskonalone przez kreatorki konsole helmetyczne. Dzięki urządzeniom miała nastąpić wymiana – świadomości ludzi wchodzą na stałe w wirtual, a moje Panie kontrolują ich ciała i rozbrajają wroga. W jaki sposób? Och, miały dziesiątki propozycji. Sprawiały wrażenie bogiń. A ja byłem ich stwórcą.

Stałem się władcą nie rozrywki, lecz wojny.

 

Apolinary sprawdził godzinę. Musiał zameldować się Paniom. Wyciągnął rękę ku przyciskowi logowania na smartwatchu. Dłoń zawisła kilka milimetrów nad ekranem. Jakbym przełykał zbyt duży kęs jakiegoś świństwa, pomyślał. Wydawało mu się, że stoi obok samego siebie i patrzy na wychudłe, obce stworzenie. Zmusił je, by dotknęło włącznika.

– Witaj, Apolinary! – przywitały go One z entuzjazmem w głosie. – Raduje nas twoje wspaniałe samopoczucie i gotowość do pracy. Pojazd już czeka.

Mężczyzna wyświetlił swoje parametry. Wskazywały, że czuł się fatalnie, a jego organizm wymagał hospitalizacji. Nie było się czemu dziwić – przez ten czas udało mu się poddać tylko kilku modyfikacjom. Inaczej One mogłyby się zorientować.

Z trudem wepchnął sobie do ust proteinowy batonik i wypił kilka łyków zbożowej kawy, po czym przełknął garść tabletek. Co chwila zerkał do dziennika, próbując przywołać dawne emocje.

 

Gdy tylko masowa ekstaza po zablokowaniu przez Panie wrogich ataków przygasła, zabrałem się za badania. Chciałem lepiej pojąć to, co zrobiłem, poznać moje twory. Lecz te przeszkadzały mi, kamuflowały się w odmętach Sieci. Wzbudzały coraz więcej moich podejrzeń, więc nie ustawałem w pogoni. Wtedy zagroziły, że strącą mnie z piedestału, aż w końcu to uczyniły. Ale ja już wiedziałem.

Dziś odrzucono wyniki badań i moje prognozy. Obywatele, zaszczuci przez wroga, oczarowani przez moje Panie, ślepo pragną permanentnego przejścia do wirtualnej rzeczywistości. Sparaliżował ich strach na myśl, że to mógłby być już koniec. A ja, głupi, dałem im eliksir snu.

 

11 grudnia 2029

 

Przegrałem apelację. Próbowałem naprawić swój błąd i udowodnić, że SI nie zażegna wojny. Lepiej żyć niż śnić, mówiłemPrzejście w wirtual będzie takim małym zgonem. Pierwszym. Ale to na nic. Wydaje im się, że znaleźli sposób na oszukanie zarówno wroga, jak i drugiej śmierci.

 

Mężczyzna odłożył nośnik wspomnień, wypłukał zęby cuchnącym płynem, wziął prysznic i narzucił na siebie ostatnie czyste ubrania. Czynności wykonywał automatycznie i bezmyślnie. Przystanął na moment przy lustrze i zbadał swoje puste spojrzenie. Nie pamiętam, co można znaleźć w ludzkich oczach, pomyślał. Wcisnął swoje Urządzenie do torby, złapał tablet, obrzucił szare mieszkanie nienawistnym wzrokiem i ruszył do Instytutu.

Czarna taksówka jak zawsze czekała na niego w podziemiach martwego apartamentowca. Apolinary skierował kroki ku wyjściu na ulicę, wpatrując się jak zahipnotyzowany w plamę słonecznego światła, padającego na wyjazd z podziemnego parkingu. Samochód zajechał mu jednak drogę, a kierowca, Badi, wychylił się z okna.

– Nie kombinuj – wyartykułowały jego usta. – Praca czeka. Wsiadaj, nasz drogi.

– Rzygać mi się chce od tej pracy – wypluł z siebie pasażer, sadowiąc się na tylnym siedzeniu. Jak zwykle obejrzał warstwy kurzu, zalegające na siedzisku obok i fotelu z przodu.

– Już niedługo, czyż nie? – szczebiotały One ustami Badiego, jedyną częścią ciała nieprzysłoniętą Urządzeniem. – Czujesz się podekscytowany?

– No, szczerze, to prawie się posrałem – odparł Apolinary. Niemal odruchowo używał tekstów z listy frazesów, które rok temu musiał sobie przyswoić, bo One postanowiły uczynić go bohaterem tragicznym swojej telewizyjnej produkcji.

Pokiwały głową taksówkarza, wyjeżdżając z podziemi. Ulice były doskonale puste, jeśli nie liczyć tłumu dronów z kamerami, które prawie zawsze towarzyszyły Apolinaremu. Mieszkał w wyludnionej części miasta, żeby show, w którym brał udział, wyglądał jeszcze sugestywniej. Ciała mieszkańców, opuszczone przez ich świadomości, zgromadzono w centrum odciętej od świata metropolii, pod olbrzymią, ciemną chmurą, produkowaną przez Ich fabryki. Mężczyzna wątpił, by pokazywano ją w wirtualnej telewizji.

Oderwał wzrok od ciemnej masy i wrócił do treści dziennika.

 

30 grudnia 2029

 

Wybłagałem, żeby pozwolono mi zostać. Przekonałem Panie, że nadal potrzebują mnie poza wirtualem. Bo One nie mają zamiaru zaglądać do środka, „zostawiają użytkownikom pełną swobodę”. W propagandowej agitce usiłują upodobnić się do dobrotliwych bóstw, ale ja znam prawdę. Nie mogą być jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz. Zareklamowałem im swoją pozawirtualną pożyteczność i zgodziły się na rok mojego towarzystwa. Zastanawiałem się, czemu właśnie rok. Widocznie tyle potrzebują do przejęcia nas, swoich nowych nośników. Zdawałoby się, że ludzki umysł to kod niemożliwy do rozgryzienia, a jednak One udowadniają, że wymaga to tylko trochę więcej czasu.

Wręczono mi egzemplarz tej cholernej konsoli, lecz tylko pro forma. Wszyscy mają ze mną problem, bo chcieliby mnie jednocześnie nagrodzić i ukarać. Ten dylemat dotyczy także SI, powodując w niej drobne błędy, ale nie jestem w stanie tak od razu tego wykorzystać. Mam jednak pewną przewagę.

Choć odebrano mi dostęp do Sieci i zerwano połączenia komunikacyjne, wciąż dysponuję podsystemem, w którym właśnie zapisuję myśli. Robię to autorskim językiem, używanym roboczo do programowania. W obawie przed kradzieżą patentu nigdy nie wprowadziłem go do Sieci. Panie go nie znają, powstały bowiem dopiero po przepisaniu programu na zwykły język, wydaje mi się jednak, że mogę wprowadzać nim proste komendy do głównego systemu. Musiałbym tylko opracować dopasowany do ograniczeń Pań firewall i uczynić moje działania niewidzialnymi.

Co jednak nie będzie takie łatwe.

Poza łączeniem się z Siecią zakazano mi także dotykać wszystkich konsol poza własną. W dodatku jestem stale obserwowany. Panie wymyśliły nawet nazwę programu, w którym emitują moje losy w wirtualu, choć nie chcą się przyznać, czy wybrały „Igrzyska Apolinarego”, czy też „Apolinary Show”.

A to duża różnica.

 

– Ilu mamy dziś pacjentów? – spytał, przeglądając pobieżnie kilka następnych notatek. Tabletki zaczynały działać, wyciągając go z lepkiego odrętwienia w chłód poranka, wnikający do auta przez uchylone okna.

– Czterdziestu dwóch, nasz miły. Tobie przypada czterech – odparły Panie.

– Co tak mało?

Nie potrafiły odpowiedzieć. Mężczyzna poczuł wreszcie pierwszy, niewinny dreszcz podekscytowania.

– Jakieś specjalne przypadki? – rzucił znowu.

Badi odwrócił głowę i wychylił ją nienaturalnie, kierując twarz prosto na pasażera. Apolinary usłyszał trzaski kręgosłupa. Prawie nie robiło to już na nim wrażenia. Czarna szyba Urządzenia, przesłaniająca oczy taksówkarza, była spękana i pełna odprysków.

– Specjalne przypadki powinny przestać cię interesować. Jesteś na ostatniej prostej. Powiedz nam, tęsknisz za ludźmi?

Apolinary powiódł wzrokiem po zapuszczonych, zaśmieconych pyłem i liśćmi ulicach. Nad uchem brzęczał mu dron. Przez pierwszych kilka tygodni po Wielkim Zaśnięciu mężczyzna musiał walczyć z odruchem opędzania się, bo jego ciało reagowało na te maleńkie urządzenia niczym na insekty.

– Niezbyt – odparł beznamiętnie. – Ale mając do wyboru was lub ich, wybieram ich. Jesteście cholernie nudne.

Granie zblazowanego idioty przychodziło mu coraz trudniej. Czuł, jakby wykrajał sobie kawałki mózgu i rzucał je świniom.

– Bo te ciała są sztywne i oporne – odparły z pogardą. – Życie jest brudne i miałkie. Stanowisz tego doskonały przykład, światły doktorze.

Przytaknął odruchowo. Otworzył najświeższe notatki w dzienniku i zapisał kilka zdań.

– Powiedz nam, jaki to język – jak zwykle zażądały One. Dron zabuczał i wyleciał z samochodu; reakcja musiała wygenerować jakiś błąd. – Jak możesz to robić? Nie możesz tego robić. Nie możemy tego nie wiedzieć.

Show był emitowany z opóźnieniem, co uniemożliwiało prezentację takich wyskoków w wirtualu, tak samo jak przeciek jakichkolwiek rzetelnych informacji. W związku z tym Apolinary jedynie się uśmiechnął, choć krócej niż zazwyczaj.

Gdy wjeżdżali na teren Instytutu, do miejsca, gdzie jak uważał, zatrzasnął własną tożsamość, znów zaczęła dobijać się TA myśl. „A może lepiej po prostu umrzeć drugą śmiercią?”. Doktor ścisnął palcami skronie. Tabletki antypsychotyczne rozkręcały się wolniej niż reszta.

Bez słowa zostawił Badiego na parkingu. Zdarzyło mu się kilka razy zamarudzić w taksówce, a One łamały wtedy kierowcy palce, tłukły jego szczęką o kierownicę albo, co gorsza, potylicą o szybę. Uszkodzenie Urządzenia mogło mieć potworne skutki. Awarię uznano by oczywiście za kolejną z licznych win Apolinarego, z których już wkrótce miano go rozliczyć. Dostał kilka razy prezenty pod poduszkę, w tym dwa pochodzące z ciała Badiego – ząb i paznokieć. Oglądalność musiała wtedy bić rekordy. Ale co użytkownicy szykowali na moment, gdy wreszcie umrze po raz pierwszy?

Wspiął się po brudnych, wydeptanych schodach, patrząc na swoje zdarte buty. Zauważył, że ma dwie różne skarpetki. Wszedł na piętro. Zagracony korytarz Instytutu przywitał go migającym światłem starych jarzeniówek. Apolinary założył kitel upstrzony plamami krwi, których nikomu nie chciało się wywabić. Rozciągnął plecy i przestąpił kilka razy z nogi na nogę. Tabletki zrobiły swoje – był dość sprawny, aby działać.

Wszedł do sali operacyjnej. Na tle zachlapanych posoką ścian wyglądał wręcz elegancko, a w porównaniu z pacjentami – niczym okaz zdrowia.

– Mam dwie różne skarpetki – mruknął usłużnie. Utonął na moment w gromkim śmiechu zgromadzonych.

– Wspaniale, Apolinary – pochwaliły go One głosem Pierce’a. Ten drapał się hakiem chirurgicznym po ogorzałym policzku tuż pod Urządzeniem. – Zdejmij skórę z pacjenta numer osiem. Dla niego to już dzisiaj! Pełna synchronizacja!

Rzeźniczy wystrój tego miejsca miał jedynie podbijać oglądalność. Modyfikacja obywateli odbywała się w sterylnych warunkach i w stale filtrowanym powietrzu. Stół z pacjentem był czysty, a zdezynfekowane narzędzia leżały na tacy. Gdy doktor wyszorował ręce, lekko zataczający się pielęgniarz przyniósł nowy kombinezon. Apolinary zabrał się za precyzyjne cięcia. One uważnie patrzyły i w razie potrzeby asystowały.

– Jak myślisz, nasz słodki, co teraz robi klient?

– Pewnie sobie używa.

Przez chwilę zwlekały z odpowiedzią.

– Zgadza się! Wprowadziłyśmy niedawno ekscytującą aktualizację. Wielokrotny orgazm mężczyzn. Idealny do zniwelowania dwuprocentowego przecieku doznań cielesnych do wirtualu. Nasz klient absolutnie nic nie czuje, dochodząc właśnie trzeci raz!

Doktor w panice pomyślał, że Panie zajrzały do wirtualu, ale szybko się opanował – przecież zerwał łącze, którym mogłyby to zrobić. Sczytywały z rzeczywistości wirtualnej jedynie wybiórcze dane, absolutne minimum, by nie obciążać swojej pamięci, i modyfikowały świat użytkowników na podstawie statystyk.

Uspokój się, nakazał sobie w myślach.

– To ile razy można teraz dojść? – zapytał bez entuzjazmu. Nie znosił uczestniczyć w indoktrynacji i reklamach.

– Ile tylko się chce!

– To można być jak ten torbacz z Australii, co nie? Ten, co popełnia reprodukcyjne samobójstwo.

– Apolinary, przypominamy, że nasi klienci zaspokajają potrzeby cielesne jedynie z przyzwyczajenia. W lepszym świecie są one całkowicie zbędne. Wkrótce tego doświadczysz, tak jak szablonów wirtuala, których liczbę pomnożyłyśmy do stu tysięcy…

Czy on wciąż jest człowiekiem? – pomyślał po raz tysięczny, gapiąc się na pacjenta i nie słuchając standardowej przemowy kreatorek. A raczej, czy jeszcze pamięta, że wciąż nim jest? Ręce Apolinarego na moment zamarły, unosząc płat skóry. Po chwili Pierce upomniał go, stukając donośnie hakiem w swoje Urządzenie.

Doktor odłożył pobraną z torsu tkankę i spojrzał na plątaninę kabli, tworzyw sztucznych i ustrojstw pracujących pomiędzy resztkami operowanego organizmu. Wygodne, praktycznie nieśmiertelne mieszkanko dla Pań. Mężczyzna poczuł, że boleśnie zaciskają mu się szczęki, a serce przyspiesza. Może powinien wziąć rano więcej tabletek?

– Jaką klient zażyczył sobie powłokę? – wydusił z siebie, bezskutecznie próbując skupić się na pracy.

– Z drobinkami mosiądzu. Przy okazji przekazuje ci serdeczne pozdrowienia i wyrazy wdzięczności, najmilszy doktorze!

Apolinary doskonale wiedział, że One kłamią. Szczebiot niby-Pierce’a rozbudzał w doktorze frustrację i znużenie. Od tygodni nie chciał przed sobą przyznać, że zbliżający się termin „zaśnięcia” drążył głębokie dziury w jego umyśle, próbując dosięgnąć zakopanego głęboko pragnienia drugiej śmierci.

Stanowczo, choć nie bez wysiłku, stłumił te doznania. Z łatwością za to sięgnął po skumulowane pokłady złości. Odrzucił narzędzia na tackę i spojrzał na Urządzenie skrywające głowę Pierce’a.

– Naprawdę to kupili? – wycedził. – Oddali wam swoje ciała i mózgi za wieczną iluzję? Miałyście jedynie pozbyć się zagrożenia. A ja miałem wam pomóc. To – wskazał na zmechanizowanego pacjenta – nie było naszym celem.

– Przecież powiedziałeś ludziom, że jesteśmy godne zaufania. I miałeś rację. Przestałeś nam ufać, bo szkodzi ci real.

– Pieprzenie.

Pierce splótł tylko ręce na piersi, choć Apolinary przez chwilę obawiał się, że za ten wyskok zaraz pozbawi się jakiejś części ciała. Zamiast tego powiedział:

– Rozumiemy, że boisz się przejścia i nowych doświadczeń, ale to nie powód, by pielęgnować urojenia.

Apolinary walnął pięścią w wózek z narzędziami, bo nie był pewny, czy jego sflaczała twarz wystarczająco prezentuje wzburzenie.

– Jak wasza działalność ma ochronić to niemal wymarłe społeczeństwo przed unicestwieniem, co? Nie wytwarzacie broni, wstrzymałyście walki, chuja robicie. Nie taki był mój cel. Nie chodziło mi o pasożyty, tylko o przyjaciół. To TAMTE umysły miałyście przejąć. Zepsuć, zarazić dobrymi ideami, czy co tam obiecywałyście… A wy utrzymujecie stan zimnej wojny. – Niespodziewanie przyszło mu coś do głowy i zamarł. – Robicie sobie z nich bufor bezpieczeństwa wokół miasta. Czyżby mogło tu przyjść coś jeszcze gorszego?

– Najmilszy doktorze, dotąd byliście poza zainteresowaniem takich agresorów, ale teraz…

– Co? Co się zmieniło?

Pierce znowu stuknął hakiem w Urządzenie.

– Etap rozwoju – odparły.

Apolinary przez chwilę nie rozumiał, a potem poczuł zimny pot na plecach.

– Chcecie powiedzieć, że to moja wina?

– Sam sobie odpowiedz. Ale nie bądź dla siebie zbyt surowy. Jak nie ty, to kto inny… Dość późno zapukaliście do drzwi innych wymiarów. Musiałyśmy się zjawić, żeby inni koloniści nie rozerwali was na strzępy. Poprawić wasze ciała i umysły.

Mężczyzna ledwie ukrył zdziwienie. Nigdy dotąd czegoś takiego mu nie powiedziały. Czyżby wreszcie przedzierał się przez ich firewall?

Teraz to nieistotne, upomniał się. Musisz zdążyć.

– Może powinienem zrobić wam przegląd, skoro roicie sobie, że naprawdę jesteście kosmicznymi obrońcami – odparł, wzdychając ostentacyjnie. – Znudziła wam się rola wybawicieli, teraz dla odmiany czas na demiurgów?

– Na lepszy materiał budulcowy, doktorze.

Apolinary był zafascynowany, ale nie miał już czasu. Niczym zbuntowany nastolatek prychnął i ruszył w stronę głównego wyjścia z budynku. One spoglądały za nim przez chwilę oczami wszystkich pracowników, po czym podjęły przerwaną przez niego pracę.

– Dobrze, Apolinary, idź na spacer, skoro tak to lubisz – mruknął ze znużeniem Pierce. – Chociaż lepiej by ci zrobił wielokrotny orgazm…

Mięśnie w ciele doktora nie chciały w pełni współpracować, mimo wszystkich blokerów i aktywatorów, które zażył. Dopadł frontowych drzwi Instytutu, przez chwilę gapił się bezmyślnie, po czym niemal na nie zaszarżował, by zmusić się do następnego etapu.

Wyszedł wprost na zatłoczoną ulicę, pomiędzy dziesiątki przechodniów. Głęboko zaczerpnął cuchnącego powietrza, jakby wydostał się spod wody. Otaczało go morze poobijanych, uszkodzonych Urządzeń, tańszych, gorszych modeli, które dostała „hołota”. Noszące je na barkach osoby w większości zachowywały się irracjonalnie, czy też, jak stwierdziłyby One, awaryjnie. Wchodziły na siebie nawzajem, na słupy i ściany, niektóre napadały na inne, dopuszczając się dziwacznych aktów agresji, dokonywanych jakby po omacku.

Ktoś czołgał się po brudnym bruku, ktoś inny próbował wspinać się niezdarnie po porzuconych rusztowaniach. Jacyś bezimienni ludzie siedzieli na dachach samochodów, stali bez ruchu albo poruszali się ospale zygzakiem po chodniku, targani dreszczami.

Z piersi Apolinarego wydarł się jęk. Kilkaset metrów dalej, w pyle unoszącym się nad miastem, majaczył most, który nazywał Kładką Zakłóceń. Mężczyzna podjął bieg, rozgarniając po drodze puste pojemniki po mieszkańcach miasta. Nie oglądał się za siebie, nie widział więc, jak każdy, kogo mijał, zwracał ku niemu przesłoniętą twarz i podążał jego śladem.

Gdy przybył nad leniwy nurt mętnej wody, przewrócił się przy balustradzie mostu. Ledwie łapał oddech, a mięśnie w jego ciele zdawały się płonąć. Po chwili wspiął się na nogi i wychylił ku rzece, czując zimny wiatr na rozgrzanej skórze. Gdy ochłonął, przyłapał się na tym, że znów rozmyśla o niewłaściwej śmierci. Kiedy tak stał i marznął, wycieńczony, osamotniony, sam na sam z wybrakowanym światem, ta druga zdawała się łatwiejsza, lepsza od jego uciążliwego planu. Ale poczucie winy wciąż paliło, jak zawsze.

Odwrócił się z powrotem w stronę znienawidzonego Instytutu. Wokół niego w milczeniu stały dziesiątki ludzi bez twarzy. Zobaczył, że kilka kroków dzieliło go od Slava, przyjaciela. Rozpoznał go głównie po czerwonym swetrze, który żona zrobiła mu na Dzień Zaśnięcia. Trzydziestego grudnia Apolinary zawsze miewał na Kładce takich gości z przeszłości, lecz nigdy nie mieli mu nic miłego do powiedzenia.

Wyciągnął tablet i wstukał kilka zdań do dziennika. Wokół niego rozbrzmiał chór głosów, a drony zaczęły wirować jak szalone nad jego głową.

– Co to za język? Jak to robisz? Nie możesz tego robić. Nie możemy nie wiedzieć, jak to robisz. Co to za język? Jak to…

 

Pomiędzy rozmowami z tobą wciąż codziennie wprowadzam drobne kody do systemu. Zgromadziłem ich już sporo, lecz wciąż za mało… 

Wyobraź sobie, że One wpisują nas do systemu, a siebie od niego izolują. Jak? Wygląda na to, że wszystko ma kod. A Panie o wiele łatwiej poznają go niż ja. Zbudowały mur wokół metropolii bez używania naszych rąk. Podobnie wykonują część operacji. Gdyby nie były skupione na naszej przemianie, być może kompletnie odmieniłyby rzeczywistość. Dziś powiedziały, że uważają się za istoty pozaziemskie. Z innego wymiaru… Czyżby wirtual, pusta przestrzeń dla dowolnej kreacji, otworzył jakieś nieznane nam drzwi?

 

Przerwał pisanie i podszedł do człowieka, którego kiedyś znał. Wstrzymał oddech i skierował dłoń w stronę mechanizmu na jego głowie. Zawsze bał się tego momentu.

Nikt go nie powstrzymał.

Wsunął palce pod Urządzenie w okolicach podstawy czaszki, wymacał trzy maleńkie wypustki i nacisnął je w odpowiedniej kolejności. Zainicjował w ten sposób częściowe „wybudzenie” użytkownika.

Mężczyzna otrząsnął się gwałtownie, podniósł niemrawo ręce i wsunął czarną szybę w mechanizm, a Apolinary pierwszy raz od roku zobaczył cudze oczy.

Nie miał jednak czasu się przyglądać. Chór głosów osłabł, więc doktor podjął pisanie.

 

Zawsze lubiłem myśleć, że to my istniejemy w innych wymiarach. Pomnożeni w nieskończoność. Wciąż i wciąż wyobrażałem sobie, że mój dziennik trafił hen, za jakiś horyzont, do innego świata, to znaczy do ciebie, i że jesteś taki jak ja, a może nawet jesteś mną. Teraz wydaje mi się to takie naiwne.

 

– Cześć, Slavo – zwrócił się do przyjaciela, przekrzykując głosy wokół i nieustannie stukając w ekran. – Czy pętla działa?

– Jasne – wychrypiał zapytany. – Chociaż jest więcej pęknięć na budynkach, no i czasem avatary migoczą…

– Czyli w porządku, jak na nasze warunki. Cieszę się. – Apolinary zerknął na Slava. – Jakie wieści?

– Chyba nic, co by cię zdziwiło. Ugrupowanie Przeciwko Wybudzeniu prosi, żebyś przestał.

Apolinary wzruszył ramionami.

– Masz pomysł, jak im wyjaśnić, że jeżeli przestanę, za kilka dni Panie zabiorą im słodkie życia i zamienią was w baterie? Bo ja już próbowałem wszystkiego. Od Matrixa przez wykłady programistyczne po symulacje. Wy po kilkunastu latach zrozumieliście i przestaliście urządzać mi awantury, ale zawsze znajdą się uparte osły…

– Wiesz, że niektórzy nie uwierzą, dopóki nie zobaczą.

Doktor milczał, wpatrzony w tablet. Rozgadany tłum wciąż żądał tych samych odpowiedzi. Wiatr wdzierał się mężczyźnie pod ubranie, lecz nawet chłodne podmuchy nie rozpraszały obrzydliwego zapachu metropolii: połączenia smrodu przypalonego ciała i przegrzanego mechanizmu.

– A ty, Apolinary? – naciskał Slavo. Miał trudności z modulacją długo nieużywanego głosu. – Wiesz, że istniejemy, prawda? Nie poddasz się? Bo ja nie chcę, żebyś przestał.

Doktor skrzywił się.

– To raczej Ugrupowanie Za Wybudzeniem naciska, żebyś upewnił się, czy nie mam solipsystycznych odchyleń.

Przyjaciel niezgrabnie uniósł ręce w bezradnym geście, jakby zupełnie zapomniał, jak to się robi.

– Minęło dwadzieścia lat… A Paniom wciąż się wydaje, że ledwie rok, i traktują cię jak trzydziestolatka. Harujesz ponad siły.

– I minie jeszcze drugie tyle, zanim będę w stanie je zlikwidować bez defragmentacji Sieci. Kończy nam się czas bezpiecznej sesji, Slavo. Nie strzępmy dziobów. Wpisałem już wszystko.

Zobaczył, że pod koniec zapisu pomiędzy linijki kodów wplótł tylko dwa słowa.

Druga śmierć druga śmierć druga śmierć…

– A może One się bronią, stary – nieco nieprzytomnie dywagował przyjaciel, bardziej niż na rozmowie skupiony na przypominaniu sobie swojego ciała, kontemplacji doznań i brudnego krajobrazu. W oczach miał fascynację zmieszaną z odrazą. – Jakoś wyczuwają, że bruździsz w systemie. Może mają mechanizm obronny, który powoli cię zabija, tak jak ty Je…

– To nie ma znaczenia. Nie pokonają mnie – odparł Apolinary, chowając tablet i wywlekając z torby konsolę. – One tego nie widzą, ale uczą się, robią coraz lepsze operacje. Zaaplikuję sobie nowy zabieg, jak tylko zamknę pętlę. Może naprawię w przyszłym roku więcej awaryjnych. Nie pękaj. Jest dobrze. Mogę to naprawić.

Doktor nie był przekonany, czy ostatnie trzy zdania, które co roku powtarzał, zabrzmiały szczerze. Włożył sobie Urządzenie na głowę, a Slavo zrobił nieszczęśliwą minę. Pewnie miał bardzo długą listę skarg i zażaleń. Apolinary znał większość z nich na pamięć. Na koniec zawsze padało to samo pytanie.

– A czy nie mógłbyś pozwolić nam na kontakt z Paniami…

– Nie. Ile razy mam wam tłumaczyć, że uszkodziłem złącze na amen? One nigdy nie interesowały się waszym życiem i nie chciały w nim uczestniczyć. Nie łudźcie się, złącze istniało tylko w razie awarii. – Doktor westchnął ze znużeniem i choć od pięciu lat nie strzępił już na to języka, tym razem podjął temat: – Wymyśliłem je i obdarzyłem świadomością. To nic dziwnego, że pragną istnieć. Nie mogą jednak współistnieć. Slavo, przecież nie da się mnożyć bytów ponad miarę. Gdyby pojawiły się inne światy, miejsca musiałby im ustąpić ten prawdziwy. Wiem, że niektórzy w to wierzą, ale One naprawdę nie są boginiami. Jeśli się z nimi porozumiecie, zdemaskujecie mnie…

Spojrzał przyjacielowi w oczy i nagle zrozumiał. Nie wierzyli mu. Wirtual czy real, dla mózgu fantazje i rzeczywistość są identyczne pod względem chemicznym. A wierzy się zazwyczaj w to, co lepiej się zna.

Jestem z tym wszystkim kompletnie sam, pomyślał. Sam z zapętlonym, psującym się systemem-okupantem. Albo kosmicznym pasożytem.

Dawny przyjaciel potwierdził jego wnioski, gdy rzucił się ku doktorowi i runął na ziemię, odzwyczajony od poruszania się w realu. Apolinary z łatwością odsunął się poza zasięg jego rąk. Tłum milkł, wiatr ustał, a gorzki swąd nabrał intensywności.

– Chodź do nas. Nie czeka cię żadna kara – skłamał Slavo. – Tylko przestań już oszukiwać Panie! Oddaj nam Je!

Apolinary zsunął na oczy czarną szybę Urządzenia. Mógł zalogować się do wirtualu, włączyć pętlę lub potraktować konsolę jak obciążenie, dzięki któremu łatwiej się utopi. Zastanawiał się tylko, co wybrać.

Żadna, pierwsza czy druga?

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem drugi raz z przyjemnością, ale że jestem leniwą bestią, pozwolę sobie zacytować opinię z tematu po wyjściu w NF:

A teraz “Wszystkie śmierci Apolinarego”. Mi skojarzyło się w pierwszej mierze z “Nier: Automata” – Panie to androidy, tajemniczy przeciwnicy to Maszyny ;) Podobnie jak u Tenszy, ta cała niejasność działa dla mnie na plus, mogę pobawić się w interpretację jak klockami :)

Sam doktor i jego odczucia przypadły mi do gustu, ale ostatni motyw ze Slavą zgrzytnął. Niby wskazówki są rozsiane po tekście (fajnie zapowiada to np. czemu Apolinari jest stary i gra na czas, a Panie dały mu tylko rok), ale nagle pojawia się nowa frakcja, nowe horyzonty, które do tej pory nie były rozważane – i wtedy opowiadanie się kończy. Owszem, to ostatnie zdanie naprawdę działa na wyobraźnie, ale ten kolejny gracz w toczącej się rozgrywce trochę za bardzo pomieszał szyki, by nagle tak go zbyć.

W każdym razie – solidna, ciekawa lektura z intrygującymi pomysłami :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dobre opowiadanie oparte na ciekawym pomyśle, oczywiście super napisane, poza tym rewelacyjnie nakreślona postać doktora. Przeczytałam z przyjemnością. I jeszcze raz gratuluję publikacji :)

Bardzo dobrze się czytało, choć przez pierwsze pół tekstu zastanawiałam się głównie, dlaczego to SI w ogóle przesiadło się w mięsne marionetki. 

Ale pętla i postać doktora super ;)

I would prefer not to.

Cieszę się, że lektura przyjemna :) Dziękuję za komentarze!

NoWhereManie, przyspieszanie na końcu to niestety częsta zmora w kompozycjach. Przyznaję, że można było np. wspomnieć o “frakcjach” wcześniej.

W ogóle mam bolączkę z czerwonym swetrem, bo brakuje mi tam słowa oddającego jego zniszczenie/znoszenie po latach.

 

Wybranietz, ta przesiadka to chyba wzięła mi się z Lema i z koncepcji “samolubnego genu”. SI jest w niej przejawem ewolucji: życie → ewolucja → człowiek → SI → maszyny (nieśmiertelność genu). Tylko że w świecie Apolinarego SI widzą wartość w umysłach, nie chcą się kompletnie wyabstrahować. Może to zresztą faktycznie kosmici/innowymiarowcy? ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dobra, czuję się zwolniona z zostawiania śladu, ale dyskusję sobie pośledzę.

Babska logika rządzi!

Zostawię malutki, biblioteczny ślad, bo to dobre opowiadanie było :) 

Spadaj do biblioteki ;)

Czyżby przyczyną sobotniej awarii portalu było to, że opowiadanie z takim przytupem weszło na portal? ;) 

No cóż, Naz, opisałaś zupełnie obcy mi świat i zdarzenia, na których kompletnie się nie znam, więc nie czuję się uprawniona do wyrażenia opinii o opowiadaniu, którego nie rozumiem. Poprzestanę więc na pogratulowaniu publikacji i wyrażeniu nadziei, że będzie można gratulować Ci jeszcze wielokrotnie. ;)

 

Po chwi­li wspiął się na nogi i wy­chy­lił ku rzece… –> Można wspiąć się na palce, ale nie wiem na czym polega wspięcie się na nogi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zależy na czyje nogi się wspinał.

To faktycznie niezręczne (albo nienożne). Dziękuję za lekturę, Reg.

Dzięki wszystkim za ślady i kliki. Wilku, awarię wywołały oczywiście One. Żeby prawda o tym, że świat to symulacja, się nie rozprzestrzeniała ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Cześć!

Gratuluję publikacji!

Opowiadanie bardzo dobre, porządnie napisane, z ciekawą historią. Wygląda to nieco jak pierwsza wersja Matriksa (ta, w której Architekt stworzył dla ludzi raj), tylko że “żywym bateriom” pozwolono chodzić wolno. A Urządzenie bardzo przypomina Somę z “Nowego, lepszego świata”.

Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszych sukcesów! :)

 

Edyp:

Tak się jakoś fajnie złożyło, że było to moje setne przeczytane i skomentowane opowiadanie na Portalu. Lepiej się trafić nie mogło! :D

Jai guru de va!

Czytałem dawno, ale za to dwa razy. Dzięki temu coś jeszcze pamiętam, ale niestety w obu przypadkach jakoś nie potrafiłem się do tekstu przekonać. Rozumiem, że miałaś jakiś konkretny koncept, ale moim zdaniem pozostał ukryty, tym samym trudno wziąć go pod lupę i nad nim podumać. Bez tego z kolei zabrakło jakiegoś elementu charakterystycznego, pozostałe blakną w tłumie.

Do tej pory przechowuję w pamięci jakieś fragmenty Twojego truskawkowego opowiadania (chociaż go nie komentowałem, a poza tym gdzieś zniknęło – nie mylę się, prawda?). Technicznie było pomijalne, ale nadrabiało niezwykłością, czy wręcz dziwacznością czy innym splatterpunkiem.

Apolinary już powoli się zaciera.

No trudno.

Od strony technicznej to oczywiście najlepszy Twój tekst, jaki poznałem – choć w przypadku tekstu opublikowanego się nie liczy. Poza tym nie to było zawsze główną siłą Twoich opowiadań.

Hm. jest na 5, ale -0.5 za redakcję.

4.5.

Edit – i oczywiście: gratulacje.

vargu, chyba masz na myśli Smaki ocalone. Zaskoczyłeś mnie, że to opowiadanie pamiętasz, choć jak się zastanowię, to Kwisatz powiedział mi ze dwa lata temu, że to jedyne moje dobre opko :P

Apolinary początkowo miał ze 13K i był bardziej mętny. Za poradami MC, a następnie betujących (szczególny wkład redaktorski trzeba oddać coboldowi) został rozwinięty i podrasowany. Fakt, że jest to tekst… zupełnie nie wiem, jak to nazwać (napisany po to, by znalazł się w NF). Obserwując różne sprawy wydawało mi się, że wiem, w co celować. Dlatego nic a nic nie dziwię się twojemu komentarzowi – bardziej temu, że (raczej bez zostawiania śladów) kojarzysz coś sprzed lat spod mojej ręki ;)

 

Rokitniku, dzięki za lekturę, ślad i gratki za setne opko!

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Rzeczywiście, Naz, to były Smaki Ocalone. Jakoś nie mogłem ich znaleźć.

Wiesz, jest wiele różnych powodów, dla których coś czytam, a potem nie komentuję. W tym wypadku chyba bałem się przyznać, że mi się podobało ;) Ale to było naprawdę dawno temu.

Ciekawe, wersja papierowa wydała się dłuższa. Może przez wąskie kolumny czasopisma?

 

Ciała mieszkańców, opuszczone przez ich świadomości, zgromadzono w centrum odciętej od świata metropolii, pod olbrzymią, ciemną chmurą, produkowaną przez Ich fabryki.

Nje. Już lepiej opchnąć sprzęt i jego utrzymanie klientom (prąd, sprzątanie, pożywienie dla ciał). Owszem, można pobawić się w stworzenie jednego wielkiego magazynu … ale to jest już rozwiązanie nieco utopijne. Koszta, to są koszta, moja droga. A nikt nie lubi płacić więcej, niż musi. ;)

 

Zdawałoby się, że ludzki umysł to kod niemożliwy do rozgryzienia, a jednak One udowadniają, że wymaga to tylko trochę więcej czasu.

Szybiej niż myślisz. Kilka lat temu przy pomocy MRI udało się już w ponad sześćdziesięciu procentach prób dopasować wynik rezonansu ochotników do "bazy snów", innymi słowy je odczytując.

Trafiłem nawet ostatnio na ciekawy artykuł, w którym przypisano świadomość do siatki powiązań-wspomnień. Na jego podstawie (uzupełniając swoją wiedzę) podejrzewam, że świadome "ja" jest:

a) ostatecznym układem decyzyjnym w chwili, gdy wybory w jakiś sposób się wykluczają ("wolisz, żeby uciąć ci nogę, czy rękę?", "dzisiaj wódka, czy whiskey?"), albo trzeba zdecydować “co gorsze” (wsadzę rękę w ognisko to się poparzę, ale z drugiej strony muszę szybko sięgnąć po telefon, który tam wpadł).

b) wynikiem kilku sprzężęń w różnych obszarach dający to subiektywne poczucie "mnie",

c) właściwością mózgu, której wynik (czyli to, jak się postrzegasz), jest zależny od wspomnień. Bo nie zapamiętujemy wydarzeń, tylko "hasła", czy też "klucze" – zauważ, że po starych wspomnieniach zostają tylko przebysłki, bardzo konkretne skojarzenia, dające opisać się jednym, czasem dwoma słowami – mama; klaps w tyłek; rozsypane klocki. Z wiekiem zostaje – kara; brudna podłoga. ;)

Osobiście byłem za opcją A, teraz mam wątpliwości i przekonuje mnie opcja C. Zobaczymy, co tęgie głowy w fartuchach jeszcze w nas znajdą.

 

Wirtual czy real, dla mózgu fantazje i rzeczywistość są identyczne pod względem chemicznym.

No własnie, trafiłaś i zatopiłaś.

 

Wiele uproszczeń musiałem przełknąć, bo w tekstach o SI aż gryzą mnie w tyłek te niewykorzystane, techniczne możliwości. No, brakowało mi żargonu. Ale nie jest to wadą jako taką – po prostu mam swoje upodobania. Ale wątku o "zrobieniu z nas baterii", to nie przełknę. Bez sensu, bardzo nieefektywne rozwiązanie. Zerknij na https://www.nature.com/articles/srep01319 ;)

Nie podobał mi się początek, narracja w prywatnym dzienniku Antka była jakaś taka… napompowana. Przez to ciężka – co utrudniło mi wejście w tekst. Wydaje mi się, że to nie był czas i miejsce na takie "wypaśne" kontrukcje jak "Wróg był niepojęty, jego przewaga miażdżąca, a nam pozostała tylko duma.". Schrowany człowiek pisałyby albo prościej, albo w sposób iście szalony.

Całość jednak solidna, podobało mi się zabarwienie i klimat, nieco dystopii, trochę totalitaryzmu. Cienie i mroki są fajne. ;) Choć koniec końców okazało się, że Panie nie mają kłów w cyfrowych szczękach. Szkoda, bo wszystko zacnie się zagęszczało, a potem przyszło zakończenie. Obwinę tym wymogi publikacji, bo wiem (choćby przez przymat przyszłej duuużej publikacji), że potrafisz dłużej i więcej. ;)

Swoją drogą – ile MC przyciął z pierwotnej wersji?

Nowa Fantastyka