- Opowiadanie: stn - Teoria sześciu wspomnień

Teoria sześciu wspomnień

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Teoria sześciu wspomnień

Mechaniczne łapsko wsuwa taśmę magnetyczną do magnetofonu szpulowego i włącza odtwarzanie.

 

***

 

Wspomnienie pierwsze

 

Umarł człowiek, nie żyje świat.

Wraz z jego śmiercią zabrakło nam podstawy dla codziennych wartościowań – ale na czymś stanąć musimy. Więc sami budujemy nową rzeczywistość, wybierając taki, a nie inny zawód, taką, a nie inną biografię. Po co udawać? Prywatny ja rodzi się w podróży, przy wódce i kawałku mięsa.

Idziemy przez ruiny miasta. Jest zdecydowanie zbyt cicho, tylko wieczorny wiatr poszeptuje, wślizgując się przez dziury w dachach i ścianach. Zdewastowane domy z wybitymi oknami i rozszabrowanymi witrynami sklepowymi przypominają mnie, o twarzy pobrużdżonej głębokimi zmarszczkami. Czerwień zachodzącego słońca niezdarnie stara się je przypudrować. Próbuję wyobrazić sobie poprzednie czasy, kiedy ulicami chodzili ludzie – zdrowsi i szerzej uśmiechnięci.

Z wiekiem przyszły zmęczenie i niechęć. Ta wyprawa to ostatnia szansa, by odkryć przeszłość mojego dziadka. Zwiedziłem ruiny wzdłuż i wszerz, ale moje zdrowie gaśnie. I choć jestem tak stary, jak on w czasie wybuchu wojny, to zrywam się po raz kolejny, w ostatnim szabrze starego człowieka.

Docieramy na skraj miasta, ale nadchodząca noc zmusza nas do ukrycia się wewnątrz starej lokomotywowni. Poprawiam gruby szal. Boimy się nie tylko ciemności, ale i zimna. O zachodzie słońca budzą się drapieżniki. Za dnia odpoczywają, oszczędzają siły, w nocy zaś wychodzą – nieludzkie, głodne i spragnione.

Wydaje mi się, że słyszę ich odległe szczekanie. Staję na czele grupy.

– Nie rozdzielajmy się. Musimy znaleźć składzik albo jakiś wagon, najlepiej lokomotywę. Im mniej okien i drzwi, tym lepiej.

Słuchają mnie jak własnego ojca, choć tylko Łucję nazwę córką. Jest jeszcze ten szmaciarz, dwudziestokilkuletni Markin, zabezpieczający interesy mojego patrona, Ryszarda – grubasa, który mi tę wyprawę sfinansował. W przeciwieństwie do niego, towarzyszący mi chłopak jest raczej godny zaufania. To nasza czwarta wspólna podróż. Nazywam go szmaciarzem przez śmierdzące łachmany, których nie chce się pozbyć. Dla pozostałych jest inżynierem. Typ bardzo oczytany – to i tytuł się mu należy.

Przeciskamy się między pordzewiałymi wrakami, a on z wypiekami na policzkach, z głosem drżącym z przejęcia, raczy mnie opowieścią o planach przedwojennych włodarzy.

– Lody Arktyki miały zostać ogrzane i roztopione…

Opowieść jest nużąca. Przyznaję, że nie mam pojęcia o czym mówi, a lekko zasapany Markin dopowiada:

– Zupełnie zmieniłby się klimat, tak samo szata roślinna. Przyroda jest posłuszna ludziom, trzeba tylko umieć do niej podejść.

– Myślę, że w tej chwili jest na nas śmiertelnie obrażona.

– To nie przyroda – wzdycha Markin, jakby zmęczony kolejną próbą wytłumaczenia mi czegoś, z jego perspektywy, ważnego. – Spaliliśmy nasze domy. Planeta nadal trwa i ma się dobrze.

– Poza tym całym bajzlem. Skup się lepiej na szukaniu.

Rozglądam się, przeskakuję wzrokiem z jednej trumny do drugiej. Metalowe, pordzewiałe i poskręcane, bez szyb i dziurawe. Żaden z tych wagonów nam się nie przyda. Powietrze przesiąkło wilgocią i śmierdzi czymś starym, brudnym i przygnębiającym. Blaszany cmentarz.

I kiedy zaczynam tracić nadzieję, zza sąsiedniego wagonu wyskakuje moja córka.

– Znalazłam!

Warga jej ciągle opada, przez co ma problem z wyraźnym mówieniem. A blada jak wapno twarz rumieni się.

– Gdzie?

Nie odpowiada, obraca się na pięcie i wskazuje wątłym palcem. A ja odkrywam źródło jej podniecenia.

Atomowa Luxtorpeda.

Widziałem ją tylko w starych książkach.

Spośród kwadratowego złomu wyróżnia ją nowoczesny, opływowy kształt. Jest bardzo wysoka, niemal dwukrotnie przewyższa pozostałe lokomotywy. Zwieńczenie nadaje agresywnego, aerodynamicznego charakteru – trójkąt ostrych ścian służył zapewne jako sztylet do cięcia przez napierające powietrze. W ogromnym i obłym cielsku nie było miejsca na okna – poza malutkim witrażem przedstawiającym logo, kulę otoczoną trzema pierścieniami, na każdym z nich powtórzoną. Pod rysunkiem doskonale widoczny wciąż napis: OKB-1261011 Kraków.

Naciskam klamkę i drzwi ustępują, natychmiast wchodzimy i barykadujemy się w środku.

Witają nas duchota i mrok. Trochę śmierdzi i wydaje mi się, że znam ten zapach. Nie mogę sobie przypomnieć, co to może być, ale budzi we mnie niepokój. W czasie, kiedy Markin walczy z plecakiem, ja zrzucam swój i siadam wyczerpany. Jak się okazuje – na czyimś szkielecie. Zupełnie niechcący, bo nie zauważyłem go wcześniej.

Widzę, że Markin wyciągnął w końcu mały generator i kręci zawzięcie korbką, której szum niesie się po pustej kabinie. Po chwili przytwierdzona metrowym kablem do urządzenia żarówka, błyska bladym światłem. Proszę chłopaka o użyczenie mi jej i oświetlam nowego kumpla. Ten uśmiecha się do mnie szeroko. Szkielet pokrywa gruba warstwa kurzu, ale z resztek ubrania daje się wywnioskować, że człowiek ów musiał być kimś w rodzaju obsługi lub technicznym pociągu. Co zrobić – i tak nie zasnę. Sięgam do kieszonki w niebiesko-szarych roboczych ogrodniczkach. Zetlała tkanina rozpada mi się pod palcami. Sięgam więc ku kieszonce wszytej do niebiesko-szarych ogrodniczek roboczych. Fragmenty włókien drą się pod mymi palcami. Już wiem, co daje tak duszny odór. Kątem oka dostrzegam pełne wyrzutu spojrzenia towarzyszy. Gmeram palcami i w końcu znajduję coś, gazetkę lub ulotkę, świstek zupełnie wypłowiały z kolorów. Przysuwam żarówkę, mrużę oczy i czytam:

– Wedle obietnicy producenta, której udzielono nam w Moskwie, lokomotywa ta rozwijać ma moc dwunastu tysięcy koni mechanicznych i być w stanie uciągnąć pociąg o ciężarze trzech i pół tysiąca ton z prędkością nawet sześćdziesięciu kilometrów na godzinę!

Nikt nie odpowiada.

– Hej, Markin, dojechałaby do tej Arktyki? – pytam skulonego w kącie inżyniera, kiedy odkładam przenośną lampkę, by oświetlić nas wszystkich. 

– Nie – odpowiada hardo. – Bo dawno byśmy ją roztopili.

Uśmiecham się, czego pewnie w słabym świetle on nie dostrzega – zajęty jedzeniem. W międzyczasie dobrali się do mojego plecaka i wyciągnęli po jednej puszce konserwy.

– Mój dziadek był podobny do ciebie. – Próbuję podtrzymać rozmowę. – Próbując poznać cały świat. Potem go straciłem.

– Tak naprawdę, to wszyscy gówno mamy.

– Głupoty gadasz. Do wzięcia jest wszystko. Nic i nikt nie zatrzyma nas przed zawłaszczeniem samochodu, pralki czy mieszkania. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy ich właściciele już dawno nie żyją…

Przerywam, bo dostrzegam jak Markin, trzymając w dłoni otwartą puszkę z mięsem, wykonuje dłonią znak krzyża i dopiero wtedy zamacza w niej palce.

– Ty w ogóle wiesz, co to znaczy?

– Rychu mnie nauczył. Mówił, że to odgania bakterie.

Ryszard jest finansowym i moralnym mentorem naszej wyprawy, a jednocześnie lokalnym watażką. Utopiłbym się we krwi jego ofiar, gdybym próbował je zliczyć. Słynie też z wielkiej bogobojności i przywiązania do starych, przedwojennych tradycji. Jego kwatera przyozdobiona jest biało-czerwonymi flagami, proporcami i tarczami z orłem – wszystkimi, które udało się z ruin wydobyć. Ryszard często powiada, że pochodzi w prostej linii od dawnych królów i jego obowiązkiem jest zachować ciągłość tradycji. Pamiętam niemożliwą do opisania radość, którą mu sprawiłem, przynosząc kawał żelastwa o dziwnym kształcie. On nazwał to mieczem, dla mnie było zarobkiem.

– Bakterie są jak twoje grzechy, zżerają cię od środka – mówię do Markina i uśmiecham się, kiedy inżynier powtarza rytuał.

Słyszymy biegające między wrakami psy. Zamknięci w czterech metalowych ścianach, możemy je dziś zignorować. Spoglądam na córkę i zauważam, że na coś czeka. Przygląda się mi cierpliwie. Już wiem, że czas na wieczorną opowieść. Pochylam się nad lampką i wskazuję palcem na własne czoło.

– Nasze wspomnienia i myśli. Marzenia, plotki, domysły. Legendy. Dlaczego tak chętnie nimi żyjemy? – zwracam się w stronę Łucji, ona nie odpowiada. – Świat jest zespołem małych, przenikających się światków. Albo bąbli. Sukces w grze o przeżycie zależy od przystosowania do niezależnych od nas zachowań społecznych. One działają mierzalnie, bo jesteśmy w stanie sprawdzić przecież, że morderstwo popełnione na sąsiedzie, odbije się na codzienności mordercy społecznym wyobcowaniem. No chyba, że masz władzę, lub ofiara wkurwiała ludzi wokół. Jednakże z perspektywy ruin i przyrody, normy przez nas przyjęte nie są ani prawdziwe, ani fałszywe. Żeby zdefiniować codzienność potrzebujemy o wiele, wiele więcej. Kiedy brakować zaczęło autorytetów i nauki, które niegdyś podważały sens wieczornych koszmarów, zauważyliśmy pustkę, która po nich pozostała. Mity i legendy rodzą się tam, gdzie pozostawi się im choć trochę miejsca.

Wstrzymuję na chwilę oddech, po czym kontynuuję.

– Czy słyszeliście kiedyś o grupie matematyków, żyjących w mieście bardzo podobnym do naszego, którzy spotykali się w kawiarni i rozwiązywali najtrudniejsze zagadki ówczesnej nauki? – Po minach poznaję, że temat jest im obcy. – Posłuchajcie zatem.

Było ich kilkunastu, wszyscy niezwykle mądrzy, choć różniły ich charaktery i przyszłość. Nim nadeszła wojna, spotykali się w kafejce zwanej Szkocką. Były to tęgie głowy, więc zwykłe spotkania towarzyskie okazały się dla nich nudą wypełnioną sztywnymi konwenansami. Stworzyli więc nowe zasady, spośród których najważniejszą było układanie zagadek. Zadawali najtrudniejsze pytania, na które wpaść mogli tylko oni. Przy okazji, w zamian za znalezienie prawidłowej odpowiedzi, oferując nagrody. Różnie bywało, czasem na stole stawiano wino, rzadziej coś mocniejszego, prawdziwe rarytasy, jak żywa gęś, oferowane były za problematy potencjalnie nierozwiązywalne. Wokół matematyków narosła taka legenda, że na ich cześć otwarto w Krakowie kawiarnię “Pod Żywą Gęsią”. I to miejsce jest naszym celem – a dokładnie jej piwnice.

– Przecież nie da się do nich zejść. – Łucja krzywi się.

– Nie dało – poprawiam ją. – Wraz z Markinem udało się nam odkupić od Ryszarda żółtą kartę, która wybite ma na powierzchni logo tejże właśnie knajpy. No, nie przerywaj skarbie, daj mi dokończyć – uciszam ją, bo widzę jak rwie się do dyskusji. – Towarzystwo trwało i pracowało razem, aż przyszli czerwoni. Ci sami, którzy sto lat później znów zajechali do nas czołgami. Historia lubi się powtarzać. Matematyków rozgoniono we wszystkie strony świata, kilku ponoć rozstrzelano, kilku ukryło się, ale jeden uciekł za ocean. Ojciec mówił mi, że to takie duże jezioro, przez które płynęlibyśmy wiele, wiele dni. I ten jeden człowiek, zdradzając tutejszych przywódców, pomógł skonstruować bomby. Te same, które później opadły na świat. Ale to nie wszystko! Zanim wybuchła wojna, to matematyk ów miał zostać przechwycony i przywieziony tutaj, do Krakowa. W porwaniu uczestniczył mój dziadek. I na tym moja wiedza się kończy, bo nigdy go nie poznałem. A wszystko co wiem, usłyszałem od ojca. Ni chuja w matematyczną otoczkę nie wierzę. Ale wiem i czuję, że coś tam jest. Bardzo ważnego i cennego.

Markin znów się krzywi, jak w dniu, w którym mu to pierwszy raz opowiedziałem.

– A wszystko usnute na plotkach i domysłach. Idę z tobą, bo masz nosa do fantów. Ale z wiekiem zaczynasz coraz bardziej fantazjować.

Sięgam do wyłącznika i gaszę światło.

– Kiedyś przeczytałem, że pomiędzy mną i dowolnym człowiekiem na świecie istnieje most. Sześcioro ludzi, sześć znajomości, zaledwie sześć wspomnień, pozwala do niego dotrzeć. Mojego ojca i dziadka już poznaliście.

Nikt się już nie odzywa. Markin jest bardzo sceptyczny, ja go rozumiem. Słucham duchów, których głosy przestałem w końcu ignorować. Co noc, w każdej z sennych mar, przypominam sobie ojca i jego opowieści o przeszłości.

Mam zamiar ją poznać.

Moja córka już zasypia, słyszę jak miarowo i spokojnie oddycha. Nigdy nie miała dobrej kondycji. W końcu i Markin zawija się w koc, by jeszcze bardziej przypominać stos brudnych szmat. To i ja opieram się o ścianę i powoli odprężam. Przez małe okienko zarzucam na gwiazdy sieć z planów i marzeń. W końcu zapada gęsta noc. Nieszczęśliwie trafia się bezchmurne niebo i blade światło gwiazd szczuje wyobraźnię. Zza szyby, między okręgami loga, dostrzegam zębiska jakiegoś stalowego mutanta, na prawo od niego stoi obły i leniwy olbrzym – drapie się po wielkim brzuszysku, z lewej zaś, na dachu jednego z wagonów jakiś ruch… najpewniej szmata poruszana słabym wiatrem. Taką mam przynajmniej nadzieję.

W końcu zasypiam.

Budzę się, kiedy coś drapie w drzwi. Czekamy w ciszy – słyszymy chrobot. I pisk. Po chwili do tej paskudnej symfonii dołącza głęboki, gardłowy bulgot. Dzielą nas tylko drzwi. Coś warczy, coś bardzo złego, że nie może dostać się do środka. Ale w końcu milknie, nie słyszę nawet kroków. Czy odeszło – nie wiem. Wyczekujemy w napięciu, minuty wydłużają się w godziny. Ale nie dzieje się już nic.

Wątpię, by ktokolwiek mógł teraz zasnąć. W ukryciu, pozostaje czekać do brzasku.

Tak jak w dzieciństwie, kiedy bawiłem się z pijanym ojcem w chowanego.

 

Wspomnienie drugie

Marmurowy zeszyt

 

Po kilku godzinach kluczenia między bliźniaczo wyglądającymi ulicami i ruinami budynków, docieramy na miejsce. Leżąca pomiędzy wzgórzem i rynkiem, kawiarnia przetrwała wojenną zawieruchę, ale czas i szabrownicy wyrwali jej resztki cennych wnętrzności.

Przez rozbite witryny dostrzegamy typowy brud i nieporządek jak w sąsiednich knajpkach. Wiem, że ta jest jedynie wierną kopią tej prawdziwej i nie dostrzegam na parterze nic ciekawego.

Markin i Łucja stąpają ostrożnie, przyglądając się ledwie zachowanym detalom.

Papiery, resztki zastawy i ciuchów. Wysypisko historii, a na parkiecie taniec potłuczonego szkła. W nagłówku jednej z gazet zauważam datę: październik, roku dwa tysiące siedemdziesiątego szóstego.

– Znajdźmy wejście do piwnicy i zejdźmy z widoku. – Ponaglam ich, mając dziwne wrażenie, że śledząca nas od wczoraj istota jest blisko i wlepia swoje paskudne gały.

W starym świecie musiało tu być pięknie. Bogato zdobione, a już pordzewiałe żyrandole, wiszą smutno pomiędzy odrywającymi się fragmentami tynków. Okrągłe stoliki w ogromnej większości przewrócone i połamane, leżą pod grubą warstwą piachu i kurzu. Na jednym z ocalałych blatów dostrzegam książeczkę. Sięgam po nią i wycieram – to zeszyt, z kartonową okładką udającą szaro-czarny marmur. Otwieram go i czytam. Okazuje się kartą dań, stylizowaną na stare matematyczne zapiski. U dołu każdej ze stron znajduję zagadkę, większości z nich niestety nie rozumiem. Na samym końcu jednak – specjalność zakładu. Kilka linijek cyfr i trudnych do rozgryzienia wzorów (a przynajmniej na takie je oceniam), pod nimi skreślony grubymi literami napis:

“Dla śmiałka, który zagadkę tu przedstawioną rozwiąże – etat i żywa gęś! Za pracą – schodami w dół, koło toalet. Karty u obsługi – tylko po uprzednim okazaniu rozwiązania!” 

Chowam kajet do kieszenie kurtki.

– Chodźcie.

Omijamy tor z wywróconych stolików, kiedy Łucja, idąca przodem, znajduje klatkę schodową. I tu następuje pierwszy wypadek, lecz szczęśliwie niegroźny. Jeden z metalowych stopni załamuje się pode mną, ale udaje mi się chwycić barierki i utrzymać równowagę. Wtedy dociera też do mnie, jak mocno się zestarzałem – ręce trzęsą się jak nigdy, nogi tudzież, uderzenie adrenaliny mocniej niż kiedyś pobudza serce. Jestem w stanie przysiąc, że słychać jego kołatanie pośród tych starych i smutnych korytarzy.

Nie udaje mi się odpocząć, gdyż Markin mówi o metalowych drzwiach, które zauważył w następnym pomieszczeniu, tuż po wyjściu z klatki schodowej. Nie mają klamki, tylko mały panel z dziesięcioma przyciskami. I kiedy przykładam do niego żółtą kartę, to zaczynają świecić. To wprawia nas w największe zdumienie – pierwszy raz widzimy działającą, niewymagającą naprawy elektronikę!

Próbujemy wszelkich kombinacji – nie trafiamy. Przeszukujemy też ponownie parter – brak wskazówek i żadnej pomocy. W końcu, w złości i desperacji uderzam w panel. Skoro ja nie wejdę, to nie zrobi tego już nikt. Cios wciska na stałe klawisz z numerem jeden… I kiedy ciąg liczy dwadzieścia trzy cyfry – drzwi się otwierają!

– Co to za kombinacja? – sapie w zdumieniu Markin.

Wzruszam ramionami. Tego nauczyło mnie życie szabrownika – albo z fartem, albo w trumnę.

 

Wspomnienie trzecie

Nietrywialne odkrycia na poziomie dzeta

 

Pomieszczenie, czy raczej wielgachna hala, do której wchodzimy, wygląda jak magazyn. Pośród robocich łap i porzuconych koło nich pustych kartonów znajdujemy tylko dwa trupy – i sądząc po łachmanach w jednakowych kolorach, to ciała ochroniarzy. Zastanawiają nas dziury w ich czaszkach i zupełny brak broni wokół.

Niemniej – jeden ze szkieletów trzyma w palcach niebieską kartę. Łusia wyrywa ją wraz z nadgarstkiem i podaje mi. Delikatnie odrywam kosteczki (przy okazji zastanawiam się, czy nie dałoby się zrobić z nich zupy, ale są chyba za stare). Nietrudno się domyślić, że plastik służy do otwierania znajdujących się nieopodal dwuskrzydłowych drzwi. Metalowe jak i poprzednie, a jakże. Pozwalam sobie na odrobinę ironii, bo do tej pory wyjątkowo sprzyja nam szczęście – do tego stopnia, że zaczynam się tego fuksa obawiać.

Wewnątrz może się znajdować zarówno zupełne nic, jak i paskudna śmierć. Ale to nie wątpliwości dodają mi ambicji – przykładam niebieską kartę i zgodnie z planem, czytnik reaguje.

Cholerne drzwi zacinają się w trakcie otwierania. W końcu udaje się je odsunąć na pół metra. Przeciskamy się pojedynczo i ostrożnie, by po drugiej stronie zobaczyć dwa wyjścia – albo winda opisana jako towarowa, albo kawałek dalej do drugiego pomieszczenia. Ta pierwsza nie działa (przyciski nie reagują); wchodzimy na klatkę schodową, która wydaje się mieć kilka kondygnacji – ja idę przodem. Niepotrzebnie się obawialiśmy, bo nie dzieje się nic ciekawego, żaden stopień się nie obrywa, nic nawet nie zaskrzypiało i schodzimy na dół tak samo podnieceni.

Wielki i otwarty właz zaprasza nas do środka. Brakuje drzwi, wewnętrzny korytarz rozświetlony jest zielonkawym światłem padającym z owalnej ościeżnicy, z wbudowanych weń podłużnych lampek. Dzięki temu dostrzegam, że tuż za przejściem, na lewej ścianie korytarza widnieją dwa napisy. Jeden skreślony wielkimi literami: Poziom Dzeta-Nietrywialny. Poniżej: Dział energetyki.

Bez najmniejszego pojęcia czego oczekiwać, przechodzę przez portal. Zemdliło mnie – tak bardzo się przejmuję. Wszystko jest tu tak doskonale zachowane! Farba nadal świeża, jakby nałożona ledwie wczoraj. Ani pyłka kurzu, ani ziarnka piasku, tylko czysty, biały korytarz. Znalazłeś to. Stary świat, czysty i technicznie doskonały.

– Spójrzcie na to! – krzyczy nagle inżynier, powodując u mnie ciarki.

Ani podnieceni, ani zdziwieni podbiegamy. On sam szczerzy się jak dziecko: Musicie pamiętać – mówi podniecony i wskazuje pod nasze buty. Oczywiście, że tak. Widzieliśmy go na lokomotywie. I żyjemy z tym symbolem całe życie, kojarząc z pożerającym nas promieniowaniem.

– Może prowadzili tutaj badania nad bronią? – Łucja dotyka rysunku, jakby chciała palcami wyczuć jego znaczenie.

– Nie wiem – odpowiadam. – Markin, wiesz co to za liczby?

Pytam, bo dostrzegam je na ścianie w odległości około dwóch metrów od znaku znalezionego przez chłopaka. I to nie jedyna zagadka, bo wraz z pierwszą cyfrą, idealnie na jej wysokości, środkiem korytarza rozpoczyna się długa biała linia i ciągnie się dalej, w czeluści schronu. Linia krytyczna – tak głosi napis, od którego się zaczyna. Dalej, na ścianach, w różnych odstępach, wymalowane są cyfry, a cały ciąg zaczyna się dokładnie od odległości, którą założyłem: dwa.

Dwa metry. Potem na ścianie trójka, metr różnicy. Później pięć, znów dwa metry.

– Potem siedem, jedenaście, trzynaście, siedemnaście… – Markin jakby czytając w moich myślach wypowiada je głośno.

– Widzisz w tym jakąś logikę?

– Jeszcze nie – odpowiada. Minę ma pochmurną, jakby ogrom tajemnicy zgniótł w nim początkowe podniecenie i ciekawość.

Inżynier rusza przodem, kroki stawia powoli, zapewne walcząc z natłokiem pomysłów i podejrzeń. I gdy dociera do początku linii, kiedy stawia na niej stopę, z cichym sykiem serwomechanizmu od sufitu odkleja się metalowa kula. Połączona jest wiązką kabli i przegubowym, metalowym ramieniem. Niby-twarz: mała latarka (czołówka), dwie żółte diody i szara maskownica głośnika. A obiektyw, jak u kamery, pilnie się nam przygląda.

Stoimy zmrożeni, ale przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje. To coś nas obserwuje, kiedy je mijamy, odwraca się za nami i delikatnie przesuwa, utrzymując przy tym odległość około metra. Patrzy i czeka.

– Czego ten złom od nas chce? – pytam Markina.

Ten wzrusza ramionami.

– Właściwie nie złom, ale Stanisław. Stanisław Banach. Witam was. – Brzmi głos spod sufitu.

– Kim jesteś?

– Przepraszam, że nie odezwałem się pierwszy, procedura mi zabrania. I przepraszam, że nie witam was osobiście.

Zawiesza się:

– Przepraszam, że nie odezwałem się pierwszy, procedura mi zabrania.

– Co to za miejsce? – To Łucja wychodzi przede mnie, wyraźnie zainteresowana botem.

– Za słabe baterie na wyjaśnienia. Włączcie generator.

– A gdzie jest?

– Przejdźcie wprost przez okręgi poziomu dzeta-nietrywialnego, potem w dół przez salę spiralnie-pierwszą, na jej końcu schodami w dół do pokoju z generatorami. Wraz z przywróceniem zasilaniem, będę mógł otworzyć wam drzwi do kawiarni i mózgowni, a tam zapraszamy na szklaneczkę szkockiej!

Stoimy i patrzymy na niego oniemiali. Nigdy nie widzieliśmy działającego bota, tym bardziej gadającego.

– Och! – Stanisław trzęsie metalową głową w górę i w dół. – Poświęcę tę resztkę energii. Człowiekowi do życia wystarcza sama głowa, poradzicie sobie. Tylko ruszcie swoimi. Aha, w szafkach jadalni znajdziecie trochę przysmaku Beksińskiego, bon appétit! Widzimy się na miejscu!

I znów:

– Widzimy się na miejscu!

I to tyle z rozmowy. Kula milknie i gubi wszelkie oznaki niebywałej jak na nią inteligencji. Nie przeszkadza jej to jednak w dalszym nas podglądaniu. Kręcimy się w promieniu kilku metrów, próbując znaleźć cokolwiek użytecznego. Jednak poza kilkoma pustymi (z punktu widzenia szabrowników) pokojami znajdujemy tylko: pudła, papiery, notatki pełne wzorów i obliczeń, zepsute gadżety. Nic co da się przedstawić jako dowód udanej wyprawy.

Pora zdecydować, co dalej.

– Szpiegowskie gówno – wyrzuca z siebie nagle Markin, kiedy Stanisław śledzi go przy okazji wyjścia za potrzebą.

Wraca do nas zapinając rozporek i krzywi się brzydko. Widać, że jest zdenerwowany.

– Wyraźnie mówił, czego od nas chce. Teraz czeka – wtrąca Łucja.

– A ty, krzywousta, co taka posłuszna?

– Jak się nie zamkniesz, to rano zjem śniadanie z twoich żeberek.

Markin spogląda na mnie, krzywiąc się przy tym ironicznie.

– Lepiej uważaj, to ja ją uczyłem gotować – mówię i oblizuję wargi.

Inżynier traci trochę z pewności siebie, zmienia ton jak i temat:

– Co teraz?

Stoimy na środku korytarza przypominającego okrąg albo pierścień. Córka patrzy w lewo, ja w prawo, Markin zaś przed nas.

– Na pewno się nie rozdzielimy – decyduję. – Wszystkie drogi wyglądają jednakowo dobrze, chodźmy środkową, bo wydaje się być prosta. A ta biała linia krytyczna może prowadzi do czegoś krytycznie ciekawego.

– Tatko ma rację. Jeśli to prawda, co powiedział Stanisław, to idąc okręgiem wrócimy w to samo miejsce.

– Bez sensu jest mu ufać. Ale zgoda, bo co nam pozostało – mówi Markin i wzrusza ramionami.

 

Może i był to wybór oczywisty, ale trafiliśmy w samo sedno. Na wysokości liczby dziewięćdziesiąt siedem odkrywamy drzwi do jadalni. Do środka zapraszają nas wyważone brutalnie drzwi. Wyłożona zielonkawymi kafelkami podłoga przyozdobiona jest resztkami potłuczonego szkła, zastawy stołowej i łuskami amunicji. Ciemność nie pozwala nam dostrzec nic więcej. Jest też zimno, dlatego zamiast lampki, z plecaka wyciągam jedną z dwóch schowanych szczap drewna.

Pochodnia rzuca nieco światła na przeszłość tego miejsca. Szybko orientujemy się, że trafiliśmy do sali zbiorowego samobójstwa.

Trup ściele się gęsto, większość zmumifikowanych szczątków obleczona jest w jednakowe, wypłowiałe mundury. Na części z nich dostrzegamy znane nam logo przedwojennych obiektów badawczych – OKB, tutaj bez żadnego numeru identyfikacyjnego.

– Wszyscy palnęli sobie w łeb – zwraca uwagę Łucja. – Bez wyjątku. Zorganizowali to.

– Myślę, że to wojna. – Markin łamie trupom palce wyciągając z nich kolejne fanty i pamiątki. Przygląda się im przez chwilę i sprawdza następne. – Każdy z nich trzyma zdjęcia albo inne prywatne graty.

– Trochę szacunku – syczy na niego dziewczyna.

Ignoruję ich wzajemne docinki. Wkładam palący się kawałek do kubka na stole, który w jakiś tajemniczy sposób przetrwał dawną zawieruchę i przykucam nad jednym z ciał.

Córka ma rację, dziura w czaszce sugeruje szybką i bezbolesną śmierć. I jak wielki smutek doprowadził do tak dramatycznej decyzji. Szczerze wątpię, by pchnęła ich odpowiedzialność czy żal z powodu wojny, do której doprowadzili. Samolubni do parszywego końca – cieszę się, że taki los ich spotkał.

– Gnijcie spokojnie, zapomniani przez resztę świata.

Prostuję się i próbuję objąć wzrokiem cały rozświetlony pochodnią obszar. Pomieszczenie jest naprawdę duże, a my widzimy zaledwie jego róg. Podchodzę do ściany, zwabiony widokiem kolorowych plakatów. Zauważam, że pomimo powtarzalności, jest ich kilka rodzajów:

Pierwszy – przedstawia naukowca noszącego mundur placówki, pod nim zgięty mały człowieczek z dziwnie długą brodą. Podpis: “Dzielni naukowcy! I zapluty karzeł ignorancji”.

Drugi – przystojny młodzian wskazujący we mnie wyprostowanym palcem. “Co Ty zrobiłeś dla realizacji planu?”.

Trzeci – trupia czaszka z pięknymi puklami blond włosów. “Każda zmarnowana godzina pracy przedłuży agonię Twojej żony”.

Czwarty – “Uran wydobywany już dwukrotnie sprawniej! Umysłowi – myślcie szybciej!”.

Piąty – gruby człowiek z pejsami, za szerokimi plecami trzyma w tłustej dłoni przedmiot kształtem przypominającym rakietę. Nalana morda uśmiecha się szelmowsko, spoglądając na napis: “Komu by tu jeszcze pomóc?”.

A ostatni – zerwany. Znajduję lezącą na ziemi kulkę, podnoszę ją i rozwijam, natrafiając na to, czego szukałem: “Lwowska szkoła wraca do gry! ”.

Dziwny świat – myślę. Może lepiej, że przeminął. Zostały okruchy, które budzą nostalgię i tęsknotę, za rzeczywistością nam nie znaną! I kiedy kątem oka dostrzegam klęczącą Łucję, to pęka mi serce. Mój biedny, blady anioł płacze nad dziesiątkami zdjęć, które udało jej się zebrać. Czasami ułamek sekundy wystarczy, by skojarzyć i odtworzyć obraz sprzed lat. Pamiętam, kiedy ją przygarnąłem. Młodą i obciążoną genetycznie, ale z wyjątkowo bystrym i sprawnym umysłem. Wiem, co ją złamało.

Widzę i Markina, który w świetle pochodni czyta jakieś stare notatki. Rosnący żal wykrzywia mu twarz w paskudnym grymasie. Co chwila spogląda ponad kartki, ze wzrokiem oddalonym na setki kilometrów – myśli i marzy, smakując każde ze zdań. Wiem, za czym tęskni.

To tylko wspomnienia. Krotochwile, których nigdy nie uda nam się poczuć. Prawdziwa rodzina, możliwości, łatwe życie i dom, przyszłość. Obudziliśmy się w świecie przetrąconym, ślepym i głuchym. Dla dziesiątek leżących tu skurwysynów, obżartych wygodami, to sala zbiorowej kapitulacji. Ale my – stary ja, fałszywy inżynier i gnijąca albinoska – znaleźliśmy pokój zmarnowanych marzeń. Życie, do którego tęskniliśmy.

Głaszczę Łucję po głowie. W odpowiedzi szlocha jeszcze głośniej.

Kieruję się do wyjścia. Jest mi potwornie duszno, świat jakby wirował. Serce w piersi kołacze jak oszalałe. Coraz większy ból, jakbym zapadał się w środku. Opieram się o framugę drzwi. Tak mi dziwnie, słabo. Przyciskam plecy do ściany, próbuję się uspokoić, głęboko oddychać, nogi same miękną, jak przez mgłę dostrzegam zbliżającą się podłogę.

 

– Niczego tu nie wynajdowali. To byli matematycy.

Chrapliwy głos Markina przywraca mnie do przytomności.

– Niczego tu nie wynajdowali. To byli matematycy.

Powtarza w kółko te same słowa, niczym mantrę. Jakby chcąc przekonać samego siebie.

Z trudem otwieram oczy i dostrzegam ich oboje, zrezygnowanych i złamanych. W zamyśleniu przeżuwają kolejne kęsy czegoś przypominającego mięso. Łucja pierwsza zwraca na mnie uwagę.

– Tatko! – krzyczy i z szerokim, zdeformowanym uśmiechem, kuśtyka do mnie.

Markin przesuwa na mnie wzrok i milknie w środku kolejnego powtórzenia.

– Jak się czujesz? Co się stało?

– Nic takiego, tylko zasłabłem – kłamię.

Z trudem unoszę się na łokciu i rozglądam wokół. Nie poznaję tego miejsca, walczę ze zmęczeniem i próbuję oprzytomnieć. Markin patrzy mi prosto w oczy.

– Niczego tu nie wynajdywali. Oni szukali.

– Czego?

– Boga w atomie.

– Co ty gadasz?

Markin podnosi z podłogi świstek papieru i czyta.

– Zauważone podobieństwo kojarzy się nam z funkcją rozkładu poziomów energetycznych jąder atomowych ciężkich pierwiastków, w tym uranu. Odległości między poziomami energetycznymi, które w skali makro reprezentowane są w budowie naszego piętra, mają wiele wspólnego z miejscami zerowymi funkcji dzeta. Zadać należy więc pytanie, czy rozmieszczenie liczb pierwszych decyduje o zachowaniu cząstek subatomowych.

Markin spogląda na mnie, na twarzy zmieszały mu się wściekłość i żal.

– Rozumiesz coś z tego?

Córka przysuwa się ku mnie i macza palec w otwartej puszce. Wyciąga z niej duży kawałek mięsa w sosie, otwieram usta i zaczyna mnie karmić. Oboje milczą, kiedy przeżuwam. Dawno nie jadłem niczego tak smacznego, mój język wręcz pali się od gamy smaków, których nie znałem. Kiedy kończę jeść, proszę moją córeczkę o puszkę i z pewnym trudem, ale udaje mi się odczytać napis. Przysmak mistrza Beksińskiego. Ugotowane według oryginalnej receptury genialnego malarza! – głosi.

Dostrzegam też, że blaszana głowa przygląda nam się spod sufitu.

– Co to wszystko ma znaczyć? – pytam Markina.

– Stanisław nam odpowie – podpowiada Łucja.

– Nie wtrącaj się – podnoszę głos i łapię dziewczynę za przedramię. – Markin?

– Nie zachowuj się tak, to ona cię tu przytaszczyła. Na tej swojej koślawej nóżce – mówi i wskazuje na nią palcem. – A ty przytargałeś nas tutaj. Do pierdolonego bunkra pełnego martwych teoretyków. Nie ma tu nic wartościowego!

Słyszę jak jej oddech przyśpiesza. Czuję napinające się mięśnie ramion.

– Pies by cię jebał, inżynierze! – wykrzykuje do niego i rozkłada szeroko ręce, gestem obejmując otaczającą nas przestrzeń. – Masz przecież to, czego zawsze chciałeś. Dziurę pełną naukowych geniuszy!

– Pies, pies. I nadal myślisz, że mamy po co stąd wychodzić?

Łucja pęka, załamuje się i chowa w moich ramionach.

– Nie będzie co sprzedać. Wrócimy z pustymi rękami. I ze wstydem.

Markin zaciska palce na zamkniętych powiekach.

Powinienem coś powiedzieć, jakoś zareagować. Powinienem natłuc chłopakowi, za to co zrobił i powiedział mojej córce. Ale – nie mam siły. Czuję tylko zmęczenie. Ogromną, bezdenną apatię, która zalała mnie w tamtej jadalni. Muszę to sobie przyznać – czuję się stary. Opieram głowę na ramieniu dziewczyny i podnoszę wzrok, zatrzymuję go na czuwającej nad nami głowie. Słucha nas i obserwuje, nieustannie i cierpliwie.

Markin najwyraźniej podąża za mną, bo kiedy nasze oczy krzyżują się na Stanisławie, to chłopak zrywa się na nogi, łapie leżący obok plecak i z całej siły uderza w metalową kulę. Raz za razem, kolejne trafienia wgniatają blachę. W końcu materiał pęka i z torby wypadają wszystkie fanty. Chłopak odrzuca go, chwyta leżącą na podłodze książkę i znów bije. Trafienie za trafieniem, w końcu metal ustępuje i łączenia pękają, a mechaniczna głowa odpada.

Grube tomiszcze wypada Markinowi z ręki. Lodowe bogactwa Arktyki – brzmi jej tytuł. Chłopak stoi i dyszy, czeka; nie dzieje się jednak nic. Tylko mrok i nasze oddechy. Odwraca się w stronę ciemnego korytarza, rzuca zdawkowe “kurwa” i znika w ciemności.

– Zabiję go – szepcze po chwili Łucja. – Jak tylko stąd wyjdziemy.

– Nie, skarbie. To nie tak.

Córka podnosi głowę i spogląda mi prosto w oczy. Widać, że jest zagubiona. Jej oczy zaczerwienione, załzawione, bo pierwszy raz w całym życiu nie może zrozumieć, o co mi chodzi.

– Oboje macie rację. To ja was tutaj ściągnąłem. To my dokonaliśmy odkrycia. Ale tym razem nie trafiliśmy, to się zdarza.

– Nie pozwolę obrażać naszej rodziny, pluć na ciebie ani na mnie!

– Wiesz, kiedyś myślałem, że umrzesz pierwsza. Zanim jeszcze się do ciebie przyzwyczaiłem. Miałaś pecha urodzić się przetrąconą. Nie, nic nie mów – szepczę i kładę palec na jej ustach. – Ale okazałaś się mieć charakter silniejszy, mocniejszy od mojego.

Przyglądam się jej i uśmiecham. Zanurzam ręce we włosach i zaczynam gładzić po głowie. Mój wolny elektron – myślę. Moja wspaniała przeszłość.

– Dlaczego tak bronisz Markina?

– Bo jesteście siebie warci. Dwoje furiatów. Mówicie szybciej niż myślicie. Chociaż on umie czytać, a ty liczyć.

– Nie sugeruj mi…

– Nie. Nie macie się kochać i nigdy do tego nie dojdzie. Nie rozdzielajcie się tylko, nigdy.

– Dlaczego, tato?

– Z wiekiem zacząłem dostrzegać, że mijający czas zabiera nam prawie wszystko. Choć i tak na początku dostajemy bardzo mało. Ale tylko ludzie zostają, kontakty które udaje nam się nawiązać i utrzymać. Markin wróci, zobaczysz. Przyjdzie i przeprosi. A ty mu w końcu wybaczysz, nie dziś, nie jutro, ale za kilka dni. Znam was.

– Przeszukam cały kompleks, tato. Dla ciebie. Obiecuję.

Tulę ją mocniej i czuję, jak pod naciskiem, pod wpływem mojego ciepła i bliskości uspokaja się. Trawi teraz moje słowa. A ja zamykam oczy, bo potrzebuję snu.

Łucja zasypia pierwsza, ja jeszcze rozmyślam. Zastanawiam się co dalej, tworzę plan. W końcu i na mnie przychodzi pora.

 

– Ej, obudźcie się już.

Otwieram oczy i widzę Markina. W ustach trzyma zapalonego papierosa, w prawej dłoni jakiś pakunek. A lewą opiera się o starą, pordzewiałą kulę dla starych lub ruchowo upośledzonych osób.

– Co ci się stało?

Wygląda strasznie. Cały spocony, oczy ma przekrwione i podkrążone, dłonie mu drżą. Ale uśmiecha się, od ucha do ucha. Jest podniecony tak, jakby znów miał opowiadać o Arktyce.

– Znalazłem coś, co wynagrodzi nam tę szaloną podróż – mówi i rzuca mi przed nogi małe metalowe puzderko. – Weź, naciśnij ten przycisk w rogu.

Robię to, o co mnie prosi.

– Podaj numer nagrania – dobiega nagle z ukrytego głośnika.

Spoglądam na Łucję, to na Markina. Nie wiem, co odpowiedzieć.

– Jedenaście. – Uprzedza mnie inżynier.

Sekundę później pudełko rozbłyska niebieskim światłem, które formuje się w trójkąt, z wierzchołkiem zakończonym około trzynastu centymetrów nad środkiem przedmiotu. Z głośniczka dobiega cicha melodia. Markin zaciąga się i dmucha prosto w świetlistą figurę. I wtedy dostrzegam cud – przebijające się przez dym smugi układają się w ludzką twarz. Ta zaczyna poruszać ustami, coś mówi.

– Szefie, jeśli nowo wyprowadzony wzór okaże się tym razem prawidłowy, to być może uda nam się stworzyć model matematyczny, którym opracujemy zestaw błyskawicznych estymat kolejnych liczb pierwszych. Chłopaki w mózgowni naprawdę dają radę! Poza Ulamem, którego trzeba będzie niedługo naprawić, oficjalnie proszę więc o dodatkową głowę do myślenia.

Pudełko zamiera.

– I chciałem was przeprosić. – Markin po chwili decyduje się podjąć dalszą rozmowę. - Oboje. Choć szczególnie to Łucję. Nie umiem jeszcze nad sobą panować, przepraszam.

Dziewczyna nie odpowiada, kiwa tylko głową. Twarz ma jeszcze smutną, ale widać, że sen jak zwykle pomógł.

– No i mam coś z tej okazji. – Markin uśmiecha się szelmowsko, kiedy chwyta za przyniesiony wcześniej pakunek. – Zobaczcie, co znalazłem.

Zza brudnych szmat wyciąga dwie butelki wódki.

– Skąd żeś to wszystko wytrzasnął?

Opowieść była długa i tym razem ciekawa. Okazało się, że w ciągu kilku godzin, które spędziłem z córką na rozmowie i odpoczynku, on zbadał cały pierwszy okrąg i znalazł windę na niższy poziom. Pijemy (choć małymi łyczkami) i słuchamy, a on snuje swoją historię tak długo, aż moja słodka zasypia, pijana i uśmiechnięta.

Markin widząc to natychmiast pochmurnieje, na twarz nakłada maskę, której nie mogę rozczytać.

– To jest rozmowa, którą musimy w końcu przeprowadzić – mówi do mnie.

– Nie rozumiem.

– Musisz zdecydować, jak się z nią pożegnać.

Markin patrzył na mnie smutno sponad butelki.

– Widziałem salę spiralną, o której mówił Stanisław. I znam jej tajemnicę. Myślę, że sam też ją rozgryziesz. Bo wiesz… – zawahał się na chwilę. – Jest tam ktoś jeszcze, Hugo. Powiedział, że wejść może tylko jedna osoba. Wyraźnie poprosił o ciebie.

– Nie dam rady. Nie mam siły wstać z podłogi – wyszeptuję i kiwam głową. Trudno jest przyznać się do rezygnacji.

– To jest twoja szansa, stary. Jeśli trzeba, to cię tam zaniosę. Tam na dole, pod nami jest coś więcej. Dużo, dużo więcej niż ta zabawka, którą znalazłem.

– Więc dlaczego nie chcesz tam zejść sam?

– Bo to droga w jedną stronę – odpowiada z głosem twardym jak skała. – To nie dla mnie. Za dużo. Za wcześnie.

Chcę mu odpowiedzieć, ale wręcza mi pomiętą kartę, która wygląda jak wydarta z czyjegoś notatnika. 

Przełom w bezpośredniej transmisji myśli!

Centralny komitet zarządzający placówkami OKB z tryumfem informuje, że współdzielenie myśli stało się faktem! Po raz pierwszy w historii połączyliśmy ludzkie mózgi!

Koledzy – oto myślnia! 

Oto rząd umysłów, połączonych podstawami czaszek w dwunastoramienną gwiazdę. Łączy ich most wzgórzowy, spinając mózgi w taki sam sposób, w jaki ciało modzelowate łączy półkule w naszych głowach. To zbiór, którego członkowie widzą oczami innych, czują i smakują te same doznania i smaki. Komunikują się za pomocą myśli.

Ale żaden system nie jest doskonały – zauważyliśmy, że przepustowość sztucznych łączy nie dorównuje możliwościom naturalnego ciała modzelowatego. Kolejnym problemem, niestety tak bardzo nam bliskim – są złe relacje między członkami eksperymentów. Nie wiadomo, czy myśli dzielone są tak samo, jak doświadczenia sensoryczne. Ale na pewno związki chemiczne – produkowane przez jedną głowę są (jak w odbiciu lustra) wytwarzane we wszystkich innych. Emocje wyzwalane w dowolnym wierzchołku myślni, płyną kaskadą przez pozostałe…

Tutaj tekst staje się nieczytelny, zamazany czymś brązowym.

– Ty się boisz, czy próbujesz mnie przekupić?

Markin wzdycha. Poznaję po jego minie – wątpi w to, co chce powiedzieć.

– To i to, chyba. Jesteś doświadczony, ale stary. Twój wiek to jakiś pieprzony cud. Sześćdziesiąt lat w ruinach, to nie jest normalne, wiesz?

Chyba w końcu wyrzucił to z siebie. Ale nie spodziewał się mojej reakcji, bo zaczynam się śmiać. Ten fakt, choć bardzo dla mnie niewygodny, okazuje się w ustach drugiego człowieka brzmieć zdecydowanie zabawniej. Bo czuję przez to idący za wiekiem szacunek, który nie pozwala Markinowi rozmawiać jak równemu z równym.

– I ja na tym coś zyskam, dziadku.

– Co?

– Jeśli nie wrócisz, to znaczy, że ja też nie mam głębiej czego szukać. – Markin wzrusza ramionami i uśmiecha się szeroko. – Ale będę pierwszym, który opowie twoją historię. Wiele żarcia i wódki mi za to w kantynie postawią, byleby tylko posłuchać o ostatniej przygodzie Dziadka z miasta.

– A co z nią?

Wspomnienie Łucji psuje nam obu humor. To trudna decyzja. Choć muszę się z inżynierem zgodzić. Kłujący ból w piersi, wracający z każdym głębszym oddechem, uświadamia mi jednak, że nie mam na co czekać. Przyszedłem tu z zamiarem odkrycia czegoś wielkiego. Wychodzi jednak na to, że osiągnięcie celu wymaga ode mnie zejścia do samego piekła. Nie jestem postkatolikiem. Czy przyjmą mnie tam bez duszy?

– Wolę to zrobić, kiedy śpi – odpowiadam mu w końcu. – Nie mam odwagi jej powiedzieć.

– Zajmę się tym. Daj tylko znać. Wiesz, jak będziesz gotów.

Zapada cisza, przerywana sporadycznymi dźwiękami przełykania. To miała być łatwa decyzja. Szedłem tu gotów poświęcić wszystko w imię odkrycia przeszłości mojej prawdziwej rodziny. Co się zmieniło? Co mnie złamało? Świadomość końca – bynajmniej. Strach – zdecydowanie nie. Rozumiem: jest to świadomość pożegnania. Rozstania się z ludźmi, do których się przyzwyczaiłem. Dlaczego na powierzchni tego nie czułem? Bo tam podobne myśli były tanie, nieobarczone rzeczywistą i nieodwracalną decyzją.

Musiałem zejść pod ziemię, do ciasnych i ciemnych pomieszczeń, żeby znów przypomnieć sobie, czego tak naprawdę nam wszystkim brakowało. Więzi międzyludzkich. Wojna je rozpruła, niszcząc tym samym tkaninę społeczeństwa.

Podpity Markin okazuje się jednak myśleć o zupełnie innych rzeczach.

– Wiesz jak te kutasy ze stołówki nazywały każdy z napotkanych problemów?

Wzruszam ramionami.

– Trywialnymi. Dla nich wszystko było proste albo nie istniało.

Podnoszę butelkę.

– Więc trywialne chuj im w kościste miednice!

– Chuj!

To jest nasz ostatni toast.

Łucja coś chyba czuje, bo sen ma bardzo niespokojny i wierci się pod kocem.

 

Wspomnienie czwarte

Sala spiralno-pierwsza

 

Pijany Markin wrzucił mnie do windy i odszedł chwiejnym krokiem. Nie było pożegnań ani płaczów. Opity wódą zjechałem. Myślę, że tak było najłatwiej. Pomimo tego, że zasłaniając się alkoholem, okazałem się być najzwyklejszym tchórzem. Ale przez całe życie nie wiedziałem, że koniec może być taki paskudny, że podsumowanie tego, co zdobyłem i pożegnanie tych, których poznałem – okazuje się być tak trudnym zadaniem.

Na dole wita mnie kolejna mechaniczna głowa.

– Cześć, jestem Hugo. – Jego głos, jakby starszy i dojrzalszy. – Cieszę się, że jednak zdecydowałeś się tu przyjść. Potrzebujemy cię, tak jak ty nas.

– Niczego nie potrzebuję – wysapuję, kiedy podnoszę się na nogi i opieram o metalową kulę.

– Mamy dużo do zaoferowania.

– Co takiego?

– Legendę. Życie po śmierci. Butelkę wina. I znajdzie się też żywa gęś, za nią ręczę własnym honorem.

Przede mną rozciąga się kwadratowa sala, w całości wyłożona płytkami pokrytymi kolejnymi cyframi od jedynki w górę. Cyfry rosną do lewej strony, przez co cały ciąg przypomina ślimaka algebry, który zgubił tu swoją muszlę. Zauważam, że kafelki są małe, o bokach około dwudziestu centymetrów długości.

Bardzo możliwe, że odległości pomiędzy kolejnymi prawidłowymi będą duże. Zaciskam ręce na rękojeści. No pięknie – myślę.

– Jeśli nie umiesz liczyć całek, w co zresztą wątpię, to rozwiązać musisz zagadkę tego pokoju. – Hugo zatrzymuje się nade mną. – Wciśnięcie więcej niż dwóch złych kafelków zablokuje drzwi na całą dobę. Powodzenia!

Cokolwiek miał mi do powiedzenia – ignorowałem to. Walczyłem z własną słabością i alkoholowym rauszem. Szczęśliwie dla mnie trzecia noga była bardzo stabilna i mogłem się oprzeć na niej całym ciężarem ciała.

Hugo jednak się domyślił.

– A, piłeś. A miałem cię za rozsądnego człowieka.

Puszczając to mimo uszu, podchodzę na skraj spirali pełnej cyfr. Zaczynam od jedynki, oczywiście. Kiedy tylko staję na niej, to wcześniej niewidoczny dla mnie ekran wiszący nad drzwiami po przeciwnej stronie sali, błyszczy reprezentacją tego, co wcisnąłem. I robi to na czerwono.

– Źle! – wyrokuje Hugo.

Cofam się i próbuję wymyślić inny sposób. Przypominam sobie wszystko, co tu znalazłem i dowiedziałem się o tym miejscu. W końcu postanawiam – użyję kombinacji, którą odkryliśmy na ścianach korytarza. Stawiając stopę na kafelku z numerem dwa, wywołuję w blaszanym koledze pierwszą oznakę aprobaty.

– Dobry początek.

Następnie trzy, później pięć, siedem, jedenaście. Przystaję, by przypomnieć sobie kolejne – ale mam problem. Świat wiruje coraz bardziej, a zależeć zaczyna mi jakby mniej. Dodatkowo – zataczam okrąg, zamiast odkryć krótszą drogę. A podświadomie czuję, że w tej zagadce jest ukryte coś bezczelnie prostego.

Odwracam wzrok ku śledzącej mnie kuli.

– Co to znaczy, że sala jest pierwsza?

– Poprawka, nie sala, a liczby w niej. W pierścieniu liczb całkowitych wszystkie ideały prymarne są pewnej, określonej postaci.

– Co to znaczy, że liczby są prymarne?

– Nie prymarne, a pierwsze. A więcej zdradzić ci nie mogę. – Głowa buja się na boki. – Ale przemyśleć musisz jedną rzecz. Posłuchaj: Jesteśmy zbiorami wspomnień, każde z nich jest wyjątkowe i nietrywialne. Można je dzielić z innymi, ale nigdy nie rozłupiesz go na części wewnątrz swojej czaszki. Wspomnienie albo jest, albo go nie ma.

– I jak ma mi to pomóc?

– Rusz głową!

W końcu to dostrzegam. Trasa złożona jest z liczb wyjątkowych, bo podzielnych tylko przez jeden lub samą siebie. Stawiam stopę na kolejnych liczbach i po chwili dostrzegam pewną specyfikę wybranej przeze mnie trasy. Płytki z tymi poprawnymi układają się na spirali w proste linie, przekątne do kwadratury całego pomieszczenia. Korzystając z podpowiedzi blaszaka i mojego spostrzeżenia dość szybko docieram do końca zagadki. Kiedy staję po drugiej stronie, na twardym betonie, to zielona kombinacja nad drzwiami gaśnie, a drzwi rozsuwają się bezszelestnie.

Hugon śmieje się, wyraźnie moim rozumowaniem uradowany.

– Nieźle, nadal pamiętasz! Tak, jak podczas jednego z wykładów! – Zbliża się ku mnie, jakby chcąc zajrzeć mi prosto w oczy. – Wciąż to masz. Myślę, że posłużysz nam dobrze.

– Co mam? Za kogo mnie bierzesz?

– Najpierw generator! Jak tylko go włączysz, to będę mógł zanieść cię do kawiarni. A tam, w mózgowni przy stoliku, wszystko ci wyjaśnimy.

Hugo bardzo cierpliwie znosi mój stan i ślamazarność, z jaką idę wąskim i ciemnym korytarzem. Pomaga mi oświetlić drogę małą latarką, ale w tym stanie kilkanaście metrów do pokonania jest zadaniem nad wyraz trudnym. W tym czasie głowa zagaduje mnie różnymi opowiastkami:

– Bo wiesz, nasz bunkier zaprojektowany został z myślą o przetrwaniu wojennej zawieruchy. Ale po pierwszym impulsie elektromagnetycznym nie odpalił nasz generator zapasowy.

– Wiecie czemu? – dopytuję między kolejnymi krokami.

– Bardzo dokładnie. Fala sięgnęła dużo głębiej niż podejrzewaliśmy i spaliła obwód automatycznego czujnika. A później zawiódł łącznik między fotelem a deską kontrolną.

– Co to znaczy?

– Sam zobaczysz.

Docieram do końca. Drzwi wpółotwarte, chwytam więc za klamkę i dociągam jedne skrzydło do ściany. Wciskam się jakoś do środka i w blasku latarki dostrzegam, o co Hugonowi chodziło.

Zauważam, że owym łącznikiem był człowiek, z którego został szkielet zwisający niedbale z fotela. Z ręki byłego mechanika wystaje pusta butelka po wódce. Podchodzę do deski rozdzielczej i załamuję ręce. Dziesiątki przycisków opisanych tak, że nie rozumiem ich przeznaczenia. Kula przysuwa się bliżej i instruuje mnie, bardzo dokładnie, które z guzików mam kolejno wciskać. Na koniec zostaje mi pociągnąć jedną wajchę wystającą ze ściany. Udaje mi się, choć z pewnym trudem – przez lata nieużywania zacięła się i musiałem naprzeć całym ciałem.

Padam na ziemię, wyczerpany i najwyraźniej pijany. Gdzieś w tle, głęboko w ziemi, słyszę cichy pomruk. Wkrótce w pomieszczeniu zapala się światło.

– No w końcu! Poczekaj chwilę – woła uradowany Hugon. – Zaraz ci pomożemy.

Zasypiam. I budzi mnie bot, brutalnie szarpiąc za ramię. Otwieram oczy i pierwsze co dostrzegam, to gąsienice. Później – igłę wbijającą się w moje przedramię. Coś mi podają. Podnoszę wzrok i dostrzegam metalowe cielsko, z dwoma wężowatymi ramionami zakończonymi trzema chwytliwymi palcami. Robot łapie mnie i przerzuca przez kwadratowe plecy.

Jedziemy, a ja jak worek ziemniaków zwisam, bez siły, by móc się przeciwstawić.

 

Wspomnienie piąte

Mózgownia: sieć poznania lematów i tez

 

– Prawda jest taka, że żyliśmy przed wojną. Dużo, dużo wcześniej niż ta, przez którą cierpisz. Historia nam ich nie szczędziła, bowiem dla mnie ta była trzecią. Kiedyś oczywiście bardziej ludzcy, choć dziś nie mamy ciała, to zachowaliśmy nasze umysły. Jestem Hugonem, który zebrał to towarzystwo. Poczuj się zatem wyróżniony, że trafiłeś do naszego grona, bo zostało tylko jedno miejsce przy stole. A i nie każdy student miał wstęp do naszej kawiarni.

W środku jest bardzo zimno i ciemno. Pojedyncze diody mrugają różnymi kolorami i w słabym świetle, jak świetliki, wydobywają z głębi kompleksu dawno ukryte prawdy. Pierwszą dostrzegam ogromną maszynę, zajmującą swym metalowym cielskiem ponad połowę pomieszczenia. Plątanina rur i kabli – wszystkie prowadzą do wnętrza schowanego za obudową. Choć po chwili dostrzegam dwanaście wiązek od niej wychodzących. Na jej końcach – słoje, chyba szklane.

Łucja… jak bardzo chcę się rozpłakać – z tęsknoty. Po co tu złaziłem?

– Pozwól, że trochę rozjaśnię – odzywa się zza mnie blaszany Hugo.

Zaczynam rozumieć.

W wypełnionych przeźroczystą substancją słojach znajdują się ludzkie głowy, które żyją! Mięśnie im drgają, oczy wywrócone, szczęki lekko zaciśnięte.

Zza pleców dochodzą mnie wyjaśnienia:

– Głowa człowieka pozbawiona ciała, która żyje i myśli, a także uczy się dalej! Mózgi nasączone zostały wspomnieniami zmarłych osób i podłączone do superkomputera, by mogły kontynuować pracę twórczą, badania i przemyślenia. Praca ich umysłów okazała się nad wyraz owocna. To nie są oryginalne głowy badaczy. Tak naprawdę, każda się nadaje.

Automatyczne ramię, które wysunęło się z sufitu, zakłada mi dziwny, bo metalowy kask. Drugie ramię przykleja do skroni dwa kable zakończone zimnymi płytkami.

– Zaraz staniesz się częścią systemu. To nie boli. Stare wspomnienia wymazywane są za pomocą kuracji z odpowiednio sterowanych impulsów prądu elektrycznego.

Kolejne ramię wkłuwa mi się w żyłę prawej ręki. Przez plastikową rurkę, z którą jestem teraz połączony, sączy się bezbarwny płyn.

– Ekstrakcja wymaga spełnienia kilku wymaganych założeń. Za chwilę znajdziesz się w komorze kriogenicznej, w której zanurzymy cię w lodzie. Szkoda, że jesteś aż tak pijany, alkohol rozszerza żyły. Ale myślę, że w niczym to nam nie przeszkodzi. Stefan już na głowę dostawał od podwójnych wspomnień!

Zamykają mnie w komorze. Chemia i zimno zaczynają działać. Czuję się słabo, ale jest mi ciepło. Chce tylko zasnąć, zamknąć oczy i w końcu odpocząć. Tylko ten cholerny blaszak, który dalej nawija i próbuje mi coś ze swoich parszywych motywów wyjaśnić.

– O legendę trzeba zadbać. A nie jest ona przecież człowiekiem, doświadczeniem, ani też nawet prawdą. Jest kompozytem setek przefarbowanych półprawd, opartych na tysiącach doświadczeń, spojrzeń i zakłamań. O, nie przyzwyczajaj się do ciała. Wiąże nas ze światem, służy zmysłami do poznawania go, ale ludzie, prawdziwe osobowości, to więcej niż białkowe konstrukcje sterowane siecią neuronów. Człowiek to system, suma złożona ze wspomnień zapisanych w biografiach i wywiadach, jego decyzji zapamiętanych przez własne dzieci i potomków oraz wyobrażeń ludzi o nas samych. Miriady zmiennych kształtujących, bez których jesteśmy zaledwie golemami. Mięsem trwającym kilkadziesiąt lat, aż zgnije i zniknie.

Odwracają mnie, świat staje na głowie. Zamykam oczy, chcę spać. We śnie przychodzi Łucja.

 

Odcięta i zamknięta w specjalnym słoju głowa wyjeżdża z kriokomory. Mechaniczne ramię montuje je w wolnym gnieździe, a świecąca pod nim i przypisana mu dioda, zmienia kolor z czerwonego na zielony.

 

Moja córko… gdzie zniknęłaś?

Czuję, jak pochłania mnie ich świat. Staję się częścią tajemnicy, a więc i legendy. Mam w sobie teraz pewne konkretne przeżycie, znajduję się w określonym stanie, i wyczuwam, że sieć pragnie, bym jej to przekazał. Ale jak mam to uczynić? Nie przeszczepię zawartości mojej głowy do waszych – myślę. Jakkolwiek zapisałem to w pamięci, będzie to spłaszczoną i pobladłą pocztówką tego, co wówczas czułem i doświadczyłem. Odpowiadamy sobie zrozumieniem, potwierdzamy moje słowa. Dlatego proponujemy wspólną wycieczkę, która poprowadzi nas drogą tych samych przeżyć, w nadziei, że u jej kresu – w ciemnych odmętach wspomnień – doświadczymy tych samych albo wystarczająco podobnych przemian.

W ten sposób definiujemy siebie. Przez doświadczenie, podejmując kolejne wyzwania i zaliczając następne sekwencje wydarzeń w życiu. Rozmowy, zapachy, myśli usłyszane i wyczytane. Im życie dłuższe, bardziej burzliwe, tym szansa na uzupełnienie tych zmysłowych wrażeń większa.

Dlatego zostałem wybrany. Bo jestem stary. Bo jestem nasączony cennymi dla nas wspomnieniami.

Rozpoczynamy transfer przeżyć.

 

Myślą – odwrócone głowy.

Zapatrzone w siebie, łączą nas myśli i sumienie. Tak po ludzku, niemożliwie, dzieląc wiedzę przez mnożenie.

Jedynie my.

Jedynie ja.

Rój.

 

Wspomnienie szóste

Lwów

 

Budzi mnie jakiś chłopak, który stoi przed wejściem do kawiarni i krzycząc, próbuje sprzedać jedną z przewieszonych przez chude ramię gazet.

– Front się zbliża! Wojna niedługo dosięgnie miasta!

Dostrzegam tylko rok wydania – tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty.

Z jakiegoś powodu jest mi bardzo zimno, pomimo, że na zewnątrz jest piękna i zielona wiosna. Wchodzę do środka i zdejmuję kapelusz. Zaskakuje mnie cisza. Zgromadzeni tu ludzie pogrążeni są w myślach, niektórzy coś żują, jeden pije, inni patrzą pustym i nieobecnym wzrokiem na długie, matematyczne wywody, zapisane ołówkiem na blatach stolików. Jakie to dziwne uczucie – myślę. Jeszcze niedawno nie wiedziałem, co mogą znaczyć.

Mój płaszcz odbiera właściciel lokalu, przedstawia się jako Sergiej Bruchonienkow. Witam się z gospodarzem i szybko go mijam, kiedy dostrzegam stolik w rogu pomieszczenia, przy którym siedzą starzy znajomi. Czuję, że minęła prawdziwa wieczność, odkąd miałem okazję z nimi porozmawiać.

Nie opuszcza mnie wrażenie, że mijając próg, kogoś za sobą zostawiłem. Czy przyszedłem sam? Ale odwracam się – i nie ma tam nikogo.

Stefan i Hugo dostrzegają mnie i wesołym okrzykiem, rozdzierającym całun ciszy, zapraszają do stołu. Jestem dla nich Stanisławem. Czy naprawdę mam tak na imię?

Stefan marudzi, sącząc jadowite uwagi w stronę nieobecnej jeszcze sprzątaczki. Jest zły, bo stolik został umyty, a wczorajszy dowód na stare matematyczne twierdzenie o miejscach zerowych funkcji dzeta znowu przepadł!

Hugon, zupełnie jak nie on (bo zatwardziały wróg alkoholu), podaje mi kieliszek wina i przysuwa ostatnie wolne krzesło. Mam nieodparte wrażenie, że stało się coś wielkiego.

Skąd więc to przejmujące poczucie tęsknoty? W głowie majaczy mi plama, przypominjąca kobiecą twarz.

– Bo, widzisz, Staszku – Stefan przemawia radosnym i nieco podniosłym tonem. – Nie zrozumiałeś wcześniej jednego: problematem jest coś, z czym się spotykamy, co możemy ominąć lub pokonać. Ale to tajemnicy stajemy się częścią. To ona pożera nas i więzi, przez zniewolenie wrodzonej i tak określającej ludzką duszę ciekawości. – Wstrzymuje się na chwilę i czeka, aż upiję z kieliszka. – Daleka i długa podróż z Ameryki cię tu przywiodła, ale już w końcu jesteś, atomowy druhu.

Tak, jestem Stanisławem. Twórcą bomby atomowej. Rozmyta twarz kształtuje się w grzyb po wybuchu. Tak – to chyba zmęczenie. Bo jestem przecież Stanisławem.

Macham dłonią, zniecierpliwiony.

– No, Hugo, to co z obiecaną mi gęsią?

– A rozwiązałeś zagadkę? – pyta i podrzuca mi gruby zeszyt w marmurkowej oprawie.

 

***

 

– Jeszcze raz, tym razem pomińmy jego córkę.

Mechaniczne łapsko wsuwa taśmę magnetyczną do magnetofonu szpulowego i włącza odtwarzanie.

 

Przecież to tylko wspomnienia?

Koniec

Komentarze

Postapo, ale chyba i świat równoległy, i nawet cyberpunk (atompunk, tak)?

Po pierwsze: super pomysł na wplecenie wątku lwowskich matematyków – Ulam, Banach, Steinhaus. Miodzio! Po drugie: sposób na stanie się legendą – też niebanalny i interesujący.

Zdaje mi się jedynie, że ciutkę przegadane. Te sceny z trupami, niektóre z Markinem i Łucją – zdają mi się niekonieczne. Ale klimat budują doskonale!

Mam też kilka zastrzeżeń: bohaterowie nigdy nie widzieli bota, ale gadają z nim, jakby od lat nic innego nie robili. Do żadnego znanego mi magnetofonu szpulowego taśmy się nie wsuwa, a nakłada się jedną szpulę i taśmę nawija na drugą.

Oraz pytanie o tą “równoległość światów” – nie zrozumiałem wpisu o porwaniu Ulama? Kto? Po co? W naszej rzeczywistości – 1939 to wiadomo, wrzesień (u ciebie jest “na zewnątrz jest piękna i zielona wiosna”), no i front na wschodzie wtedy nie istniał, bo Armii Czerwonej miano nie atakować.

Trochę mi się też czas opowiadania (dwa tysiące siedemdziesiąt sześć) z wiekiem bohatera i jego dziadka nie gra, ale tu akurat może chodzi o to, że nie wiadomo w której wojnie dziadek brał udział.

Jest gdzieś “trup ścieli się” (zamiast “ściele się”) i parę literówek, ale nie notowałem na bieżąco.

Jak dla mnie trochę zagmatwane to opko, ale czyta się z zaciekawieniem!

 

EDIT; Koncepcja z liczbami pierwszymi przypomniała mi dawno temu czytane w “F” opowiadanie. W świecie po katastrofie roboty strzegą resztek wiedzy, a wstęp umożliwia rozwiązanie zagadki matematycznej, ukrytej w starej pieśni. Ktoś przypomni tytuł?

Miejsce na Twoją reklamę!

Ciekawe koncepcje, ale mam wrażenie, że jakoś słabo się ze sobą łączą. Jakby zostały naprędce sfastrygowane, a nie starannie przemyślane i ułożone w zaplanowaną mozaikę. Nie mogłam odgadnąć, kiedy historia się dzieje, co zadecydowało o jej alternatywności, jakie były przyczyny apokalipsy… Albo za dużo wepchnąłeś do tego tekstu, albo skoncentrowałeś się niezupełnie na tym, co by do mnie przemówiło.

Nastrój ciężki, bez dwóch zdań – postapo.

Bohaterów nie rozumiem. Niby inżynier, oczytany, ale bez przerwy opowiada o jakichś planach, a nie rozpoznaje liczb pierwszych. O narratorze wiem, że jest stary i że miał dziadka. Łucja niby jest jego córką, ale chyba jednak nie jest. Dlaczego ludzie w knajpie popełnili samobójstwo? Tu zaawansowana elektronika i cuda wyczyniane z mózgami, a tam – żywa gęś wydaje się bezcennym skarbem jak dla chłopa pańszczyźnianego. Ogółem – jak dla mnie za dużo niewiadomych w tym równaniu.

Napisane nieźle, ale czasem coś zgrzytnie albo trafi się literówka.

przekątne do kwadratury całego pomieszczenia.

Hę?

Stefan już na głowę dostawał od podwójnych wspomnień!

Tego też nie rozumiem.

Babska logika rządzi!

@Staruch

Dzięki! Po Twoim komentarzu widzę, że osiągnąłem dokładnie to, co zamierzyłem.

I tak, wziąłem i odłamałem sobie skrawek czasu, tworząc zupełnie alternatywną, historycznie nieprawdpodobną i maksymalnie fantastyczną gałąź równoległą do naszej. Początkowo chciałem stworzyć coś bardzo punkowego (może coś a’la Fallout?), ale po rozplanowaniu scen zauważyłem, że zabrakłoby znaków (a też jakiś bardzo smutny z tego powodu nie jestem).

Lwowscy matematycy – jak dla mnie kawał cholernie ciekawej i godnej odświeżenia historii… a tak zapomnianej. Życie w drugiej RP było katorgą (bieda), ale z drugiej strony mieliśmy perełki wśród braci akademickiej.

No i postapo – pierwszy raz zagrałem w Fallouta mając chyba 10 lat (grałem ze słownikiem angielskiego w ręce). Od tego się zaczęło. Mutanci i strzelanki strasznie ten podgatunek spłycają. A szkoda.

 

Do żadnego znanego mi magnetofonu szpulowego taśmy się nie wsuwa, a nakłada się jedną szpulę i taśmę nawija na drugą.

Przyszedł kuźwa Staruch, co się tym niegdyś na codzień bawił i się do młodego mądrzy.

A tak serio, to dzięki za podpowiedź – nawet nie pomyślałem, żeby to wcześniej sprawdzić. ;)

 

nie zrozumiałem wpisu o porwaniu Ulama? Kto? Po co?

Aaa… myślnia jedna wie. Porywacze i tak już nie żyją. Atomówki skutecznie zatarły ślady.

 

W naszej rzeczywistości – 1939 to wiadomo, wrzesień (u ciebie jest “na zewnątrz jest piękna i zielona wiosna”), no i front na wschodzie wtedy nie istniał, bo Armii Czerwonej miano nie atakować.

Nie. Kolory roślinności sugerują, że to jeszcze nie ten felerny wrzesień. W “naszej historii” w sierpniu zaczęła się mobilizacja obrońców. I o ile pamiętam, to obrońcy Lwowa początkowo zakładali, że działania obronne prowadzone będą wobec Armii Czerwonej (chyba nawet próbowali wciągnąć do tego planu Rumunię). Ale z początkiem września nadleciało Luftwaffe. A potem, po dwóch tygodniach walki, przyszły ruskie…

Ale być może zmyliłem Cię tym płaszczem. Tak mi się teraz wydaje.

 

@Finkla

Dzięki za klika.

Tak czytam Twój komentarz i żywię obawę, że rozjechaliśmy się na właściwym sensie opowiadania. Sięgasz bardzo głęboko, prujesz wręcz mój tekst na pojedyncze nitki – i chcesz między nimi znaleźć założenia, których po prostu nie zakłądałem. Świat przedstawiony, jego tło i drogą do danej chwili czasowej potraktowałem po macoszemu – brakowało by znaków. A miałem w głowie inny rodzaj mięcha, z którego upichciłem tenże właśnie tekst. 

Markin, inżynier – tak tylko ludzie gadają. Po prostu czytać umie. A o takich trudno w świecie postapo. ;)

przekątne do kwadratury całego pomieszczenia. – aaaa bo starałem się jakoś zgrabnie i krótko opisać Spiralę Ulama.

Stefan już na głowę dostawał od podwójnych wspomnień! – było jedenaście głów, na dwanaście możliwych, komuś zaczęło przez to odbijać. ;)

A gęś – to prawdziwa nagroda zaczerpnięta z historii o wspomnianej grupie matematyków. Zaoferował ją kiedyś Steinhaus (i o ile się orientuję, to nikt i nigdy jego zadania nie rozwiązał).

Nie rozumiem tego, co leży na wierzchu, to i szperam głębiej. :-)

No to kwadraturą mnie zmyliłeś… To całkiem inna bajka. Czy ja dobrze zrozumiałam, że tam trzeba było przeskoczyć z jednego rogu pomieszczenia do drugiego – na przykład z 31 na 37?

OK, od podwójnych wspomnień można oszaleć, ale to nie wynika z Twojego zdania. Co to znaczy “dostawać na głowę”?

No i widzisz – gęś świetnie pasuje do bidnych lwowskich matematyków. Ale gryzie się z projektem cybernetycznym albo operacjami na ludzkich mózgach. Całkiem nie ten poziom finansów. I tak ciągle coś mi w opowiadaniu nie chce spasować…

Babska logika rządzi!

Rozumiesz dobrze, bo kluczem jest wciskanie liczb pierwszych. Dlatego podpity Dziadek zauważył, że to bez sensu… i potem zwrócił uwagę (to samo zauważył Ulam), że gdy spojrzeć z szerszej perspektywy, to liczby pierwsze jakby “ustawiają” się, albo grupują w linie proste. Tutaj to świetnie widać. Albo tutaj. Cały więc “myk” polega wówczas na znalezieniu “swojej przekątnej”, żeby tę trasę skrócić. ;)

Dostawać na głowę – a bo ja z tamtych okolic pochodzę i tak się potocznie mówi. Nie spodziewałem się, że to aż tak lokalna gwara jest. ;)

Dopisek po edycji: Och, uparta babo. Ta gęś to już w myślni jest, kiedy przepisują dziadka na własną, Staszkową, modłę. :P

Na pewno zacznę czytać, lubię postapo, ale wiesz Stn, jeśli to kwiatek typu nie ma ludzi, a wszystko działa, woda w kranie płynie, jest prąd i jedyne problemy człowieka to samego ze sobą… to pewnie nie doczytam. :)

Oooo, Fallout 1 i 2 – to było coś. Opad szczęki murowany. Deathclawy, “wodny procesor”, GECK, zmutowane wielbłądy, supermutanci – i wielość ścieżek do wyboru. Łezka się w oku kręci.

A co do szpulowców – osobiście nie posiadałem, ale słuchało się ze szpul, słuchało. Najbardziej popularny chyba ZK-140, a dla koneserów – Dama Pik. Tak się kiedyś słuchało muzyki, drogie dzieci ;P!

Miejsce na Twoją reklamę!

To ja uprzedzam, że survivalu jako tako, to nie ma. Wiem, że to clue tego podgatunku, ale ja się tam nie znam (dałem im do żarcia znalezione konserwy) ;).

Cały czas zdarza mi się zrobić sesję w Fallouta, szczególnie pierwszego – drugi był i jest dla mnie jakiś taki… wypchany życiem? No, strasznie nie lubię Nowego Reno i otoczki okołokasynowej. W sumie, to początkowo chciałem tekst zrobić wyprawą do takiego polskiego Blasku z F1. A te wielbłądy, to chyba ludzie były (Centaury, tak)?

Ej, przytuliłbym taki stary sprzęt do mieszkania. Z sentymentu, którego nie miałem jeszcze okazji poczuć. :D

Od razu powiem, że grałem baaardzo dawno. A wielbłądy (chyba dwugłowe, jak krowy) były utrapieniem podczas podróży (jak radskorpiony) przy początkującej postaci w F1. Zdaje się, że wrednie szarżowały. Ale to było tak dawno, że moja skleroza może wygrywać z moimi wspomnieniami :)!

EDIT: To zdaje się rzeczywiście były centaury, ups!

Miejsce na Twoją reklamę!

Jest klimat, pomysł i ciekawe postaci. Historia może nie urywa części ciała, ale wplotłeś w nią Lwów, prawdziwe historyczne postaci, a i żargon naukowy zdał mi się wiarygodny (ocenić inaczej nie potrafię). Nie zrozumiałem końcówki i chyba nie do końca spodobało mi się zamknięcie wątku Markina i Łucji, czegoś mi zabrakło, ale to nie jest poważny zarzut.

Ale przede wszystkim przez całą opowieść nie mogłem pozbyć się z głowy gry Fallout 3 i jej następców, co jako zapalony były gracz jest dla mnie plusem. Przywołałeś przyjemne wspomnienia :)

Ślę pozdrowienia!

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Tak też myślałem. Uniwersum Fallouta znam lepiej od historii rzeczywistej (a czytało się nawet Biblie Fallouta, i to nie raz!).

 

F3 – Go go Power Rangers, i ten wielki Megazord… Pew, pew, pew, jeb, jeb, jeb, z laserka. Meh. Choć sama eksploracja raczej miodna.

 

chyba nie do końca spodobało mi się zamknięcie wątku Markina i Łucji, czegoś mi zabrakło

To zawieszenie ich losów jest akurat zabiegiem celowym. Z dwóch powodów. Pierwszy to chęć skupienia się na losie Dziadka. Drugi, to zostawienie sobie furtki do powrotu – jeśli bym kiedyś zapragnął do pisania postapo wrócić. ;)

 

Przymuję ten słodki uśmiech i czekam, aż sam z bety wyjdziesz. Skończyłem swój tekst, to i zacząć czytać konkurencję mogę. ;)

Odniosłem się do F3 bo grałem, w dwójkę próbowałem, ale jak zabił mnie skorpion po kilku minutach gry, uznałem, że gra to niewypał i nie zasługuje na miano legendy :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Bluźnisz, Skullu!

Miejsce na Twoją reklamę!

Fajne :)

Umarł Absolut, nie żyje świat.

Jest dwudziesty piąty sierpnia 1900. Wybacz, ale będę wredna – jeśli używasz wyrażeń technicznych (Absolut), sprawdź, co one znaczą. Bo odprawię mroczny rytuał, po którym będzie Cię nocami nawiedzał duch św. Anzelma. OK?

 Zdewastowane domy z wybitymi oknami i rozszabrowanymi witrynami sklepowymi przypominają mnie, o twarzy pobrużdżonej głębokimi zmarszczkami.

Potknęłam się tutaj. Może lepiej: domy są podobne do mnie?

 Czerwień zachodzącego słońca niezdarnie stara się je przypudrować.

Słaba metafora, puder nie jest czerwony.

 Próbuję wyobrazić sobie poprzednie czasy, kiedy ulicami chodzili ludzie – zdrowsi i szerzej uśmiechnięci.

Dawne czasy. Szerzej uśmiechnięci od czego? Jeśli od obecnych mieszkańców, wyrzuć myślnik.

 Z wiekiem przyszły zmęczenie i niechęć…

Słaby akapit. Widać, w co celujesz, ale jakieś to mętne. Jest tam jeszcze co szabrować?

 Docieramy na skraj miasta…

To zimno przychodzi z sufitu. I dlaczego drapieżniki miałyby być "ludzkie"? Za mocno się starasz mnie przekonać, jaki to Fallout spotkał świat, i skutek wychodzi odwrotny.

 głosem przyozdobionym nutą młodzieńczej ekscytacji

To źle brzmi. Opisz ten ton – drżący z przejęcia, może?

 Lodowe połacie Arktyki miały zostać ogrzane i roztopione

Połaci nie da się roztopić.

 Powietrze przesiąkło wilgocią

Hę?

 Blaszany cmentarz, dochodzę do wniosku.

Wystarczy: Blaszany cmentarz.

 A blada jak wapno twarz gorzeje czerwienią policzków.

Nie może być naraz blada i czerwona – może być zwykle blada, a teraz zarumieniona, ale "gorzeje" to przesada.

 Jest bardzo wysoka, niemal dwukrotnie przewyższając pozostałe lokomotywy.

Lepiej "przewyższa" – i jak oni jej dotąd nie zauważyli?

 Agresywne zwieńczenie…

Purpurowe zdanie.

 Jak się okazuje – na czyimś ciele.

Świeżym? W miarę świeżym? Skoro wojna była wiele lat wcześniej, to nie jest ofiara tej wojny – myślę, że usiąście na szkielecie dawałoby inne wrażenie, niż na świeżych zwłokach, ale nie będę profanować Srebrzyska, żeby Ci to powiedzieć.

 kręci uparcie korbką, której szum niesie się po pustej kabinie

"Uparcie"? Raczej zawzięcie. Masz w domu latarkę na korbkę? Bo dźwięk, jaki ona wydaje, to nie szum.

 Sięgam więc ku kieszonce wszytej do niebiesko-szarych ogrodniczek roboczych. Fragmenty włókien drą się pod mymi palcami.

Purpurowe, zbyt wydumane: Sięgam do kieszonki w niebiesko-szarych roboczych ogrodniczkach. Zetlała tkanina rozpada mi się pod palcami.

 Już wiem, co daje tak duszny odór.

Co?

 Kątem oka dostrzegam pełne wyrzutów spojrzenia

Pełne wyrzutu.

 Zbliżam żarówkę

Powtarzasz dźwięk ("ż"). Kręcenie korbką wymaga dwóch rąk (jedną trzymasz latarkę, drugą kręcisz).

 Mój dziadek za młodu miał być taki jak ty

Czyli ktoś planował, żeby taki był. Po polsku będzie: podobno był taki.

 Zachłanny całego świata.

Cokolwiek to ma znaczyć.

 Rychu mnie nauczył. Mówił, że to odgania bakterie

Przepraszam bardzo, ale WTF? Wątpię, żeby religia tak szybko zanikła – na każdego hollywoodzkiego ateistę przypada hollywoodzki fanatyk i dwóch, trzech normalnych wyznawców.

 Utopiłbym się we krwi jego ofiar, gdybym próbował je zliczyć.

Niespójne. Co ma liczenie do topienia?

 Nasze wspomnienia i myśli…

Ojeju, relatywizm moralny. Skoro musisz się bawić we Fredka Nietzchego, to chociaż ułóż to ładnie. Oni szukają zeszytów kawiarni Szkockiej? I co z nimi w tej postapokalipsie zrobią, co? A za ocean uciekło ich kilku.

 Zanim wybuchła wojna, to matematyk ów miał zostać przechwycony

Zanim wybuchła wojna, ten matematyk miał zostać…

 jak za dnia, w którym

Jak w dniu, w którym ("za dnia" oznacza "nie nocą").

 Kiedyś przeczytałem, że pomiędzy mną i dowolnym człowiekiem na świecie istnieje most.

Gdzie to przeczytał? Skoro cywilizacja całkiem się rozlazła? Koncept jest dość nowy (Wikipedia mówi – początek XX wieku, spopularyzowany przez Milgrama w latach siedemdziesiątych) i nie wiem, czy dotyczy ludzi z przeszłości, już zmarłych (a takim jest Stanisław Ulam, bez dwóch zdań).

 Opieram tę wyprawę na duchach

Nie po polsku.

 blade światło gwiazd szczuje wyobraźnię

Na co?

 obły i leniwy olbrzym

Nie opisałabym niczego żywego jako "obłego”, nawet obleńca :P – to po prostu źle brzmi.

 Leżąca pomiędzy wzgórzem i rynkiem, przetrwała wojenną zawieruchę, ale czas i szabrownicy wyrwali z kawiarni resztki cennych wnętrzności.

Purpura. Dałabym "kawiarnia" do pierwszego zdania podrzędnego.

 Przez rozbite witryny…

Przez rozbite witryny widzimy to samo, co w sąsiednich knajpkach, potrzaskane resztki mebli pod grubą warstwą kurzu.

 że śledząca nas od wczoraj istota jest blisko i wlepia w nas

Powtórzenie. Przy okazji "dostrzegać" jest za wysokie w tonie.

 W starym świecie wystrój kawiarni musiał przyprawiać o zachwyt…

Uprość: W starym świecie musiało tu być pięknie. Ozdobne żyrandole zwisają smutno pośród obłażących z sufitu tynków, poprzewracane i połamane okrągłe stoliki pokrywa piach.

 Łucja idąca przodem, znajduje

Wtrącenie oddzielać: Łucja, idąca przodem, znajduje…

 podbudza serce

Pobudza.

I kiedy przykładam do niego żółtą kartę, to zaczynają świecić. To wprawia nas w największe zdumienie – pierwszy raz widzimy działającą, niewymagającą naprawy elektronikę!

I kiedy przykładam do niego żółtą kartę, przyciski zaczynają świecić. Elektronika, która od razu działa? To dopiero niezwykłe.

 wydaje się być pomieszczeniem tranzytowym

Powtórzenie. Uprość: wygląda na magazyn.

 Zastanawiają nas dziury w ich czaszkach i zupełny brak broni wokół.

Ktoś ich zastrzelił i sobie poszedł, wielka zagadka.

 Asia wyrywa ją wraz z nadgarstkiem

Jaka Asia? Chyba Łusia? (I – fuuuj! Niewiarygodne, ale i tak fuj.)

 Pozwalam sobie na odrobinę ironii,

Co w tym ironicznego?

 winda opisana jako towarowa, albo kawałek dalej do drugiego pomieszczenia

Nieporządne. Opisz to tak, żeby było coś widać.

 schodzimy na dół tak samo podnieceni

Przed chwilą powiedziałeś, że nic się nie stało (wiem, o co chodzi, ale sam sobie rzucasz kłody pod nogi).

 Zupełny brak kurzu i piachu, sterylność i spokój korytarza budzą we mnie podniosłe myśli.

Nieporadne. Ja zrobiłabym tak: Ani pyłka kurzu, ani ziarnka piasku, tylko czysty, biały korytarz, jak w lepszej rzeczywistości.

 Ni to podnieceni, ani zdziwieni

Czyli jacy? I zdecyduj – albo ni to, ni to, albo ani, ani.

 kojarząc z pożerającym nas promieniowaniem.

Co kojarząc?

 Łucja dotyka…

Łucja dotyka rysunku, jakby chciała palcami wyczuć jego znaczenie.

cały ciąg zaczyna się dokładnie od odległości, którą założyłem

Nie po polsku. Co chcesz powiedzieć?

 jakby ogrom tajemnicy zgniótł w nim początkowe podniecenie i ciekawość.

Potwornie purpurowe i wydumane. I akurat liczby pierwsze są jednym z najstarszych odkryć matematyki – o nich powinien wiedzieć, skoro taki oczytany.

 z sufitu odkleja się

Od sufitu.

 Połączona jest wiązanką kabli i przegubowym, metalowym ramieniem

Z czym?

 Wraz z zasilaniem otworzę wam drzwi

To znaczy, że zasilanie otworzy im drzwi.

 Człowiekowi do życia wystarcza sama głowa

Wątpliwe.

 I to na tyle z rozmowy

I tyle z rozmowy.

 gubi wszelkie oznaki niebywałej jak na nią inteligencji

Pierwszy raz widzi tę kulę, skąd wie, jaką inteligencję wykazuje normalnie?

 Kręcimy się w promieniu kilku metrów

W kółeczko?

 Inżynier traci trochę z pewności siebie, zmienia ton jak i temat

"Inżynier" traci rezon i szybko zmienia temat.

 czegoś krytycznie ciekawego

Nie po polsku.

 podłoga, przyozdobiona jest

Błędny przecinek między podmiotem a orzeczeniem.

 Trup ścieli się gęsto

Ściele.

 Ciekawe ilu z nich

Ciekawe, ilu z nich. Rozważania naiwne, można wyciąć.

 zwabiony przez plakaty na niej zawieszone

Źle to brzmi. Może: zwabiony widokiem kolorowych plakatów?

 człowiek z pejsami

Znaku krzyża zapomnieli, a co to są pejsy – pamiętają?

 Znajduję lezącą na ziemi kulkę, podnoszę ją i rozwijam, akurat natrafiając na to, czego szukałem: “Lwowska szkoła wraca do gry! ”.

"Kulka" sugeruje coś mniejszego, niż zmięty plakat, poza tym po tak długim czasie papier by skruszał. Poza tym zdanie nie jest zgrabne: natrafiając właśnie na to, czego szukałem.

 Niczego tu nie wynajdywali.

Nie wynajdowali.

 pełną naukowych geniuszów

Geniuszy.

 Powinienem natłuc chłopaka

Stłuc chłopaka. I co on takiego zrobił?

 Markin najwyraźniej podążą za mną

Zwykle "podążanie" jest fizyczne (idzie za mną).

 Ale okazałaś się mieć charakter silniejszy, mocniejszy od mojego.

Ale okazało się, że charakterem jesteś ode mnie silniejsza.

 Chwytam za włosy

To nie brzmi jak czułość. Może: zanurzam rękę we włosy?

 mijający czas zabiera nam prawie wszystko

A co takiego mamy? Bardzo niskich lotów ta filozofia.

 ruchowo upośledzonych osób

Źle to brzmi. Czy oni by tak owijali w bawełnę?

I chciałem was przeprosić. Oboje. Choć szczególnie to Łucję. Nie umiem jeszcze nad sobą panować, przepraszam.

To wygląda tak, jakby pudełko gadało dalej. Nie pasuje zupełnie do postaci, jaką zbudowałeś – ten facet raczej by coś mruknął, albo udawał, że nic się nie stało, nie przepraszałby jak uczniak, któremu ciocia podyktowała, co ma powiedzieć. Chyba, że go miejscowe SI przerobiły.

 maskę, której nie mogę rozczytać

Niespójne. Maski się nie czyta.

 poprosił o Ciebie

Zaimki dużą literą tylko w korespondencji.

 umysłów, połączonych podstawami czaszek

Mózg i umysł to NIE to samo.

 Ale, jako że każdy system można ulepszyć, zauważyliśmy że rozciągnięty tak cyfrowy most ma mniejszą przepustowość, niż własne ciało modzelowate.

Ale żaden system nie jest doskonały – zauważyliśmy, że przepustowość sztucznych łączy nie dorównuje możliwościom naturalnego ciała modzelowatego.

 Nie wiadomo, czy myśli dzielone są tak samo, jak doświadczenia sensoryczne.

Nie można spytać członków kolektywu?

 Ale na pewno…

Wiemy na pewno, że związki chemiczne produkowane przez jedną głowę powstają jednocześnie w pozostałych. Emocje wyzwalane w jednym wierzchołku myślni rozprzestrzeniają się gwałtownie…

 tekst staje się nieczytelny, zamazany czymś brązowym

Zaplamiony.

 czuję przez to idący za wiekiem szacunek, który nie pozwala Markinowi rozmawiać jak równemu z równym

Mętne.

 Wiele żarcia i wódki mi za to w kantynie postawią

Nie trzyma tonu.

 Nie jestem postkatolikiem

… ?

 myśli były tanie, nieobarczone rzeczywistą i nieodwracalną decyzją

Wiem, o co chodzi, i to jest niegłupie, ale pokazujesz to tak, że chce się śmiać w kułak.

 czego tak naprawdę nam wszystkim brakowało. Więzi międzyludzkich.

Tak, ale czy ten tekst jest o tym? Jeśli tak, to tego nie widzę.

 Pomimo tego, że

Pomimo, że. Przy okazji – nadużywasz "być". Wiele zdań obeszłoby się bez niego. Spróbuj maksymalnie skracać zdania, wtedy będziesz wiedział, co jest potrzebne, a co nie.

 Cyfry rosną do lewej strony, przez co cały ciąg przypomina ślimaka algebry, który zgubił tu swoją muszlę.

Hę? I nie przeskakuj z czasu na czas – albo teraźniejszy, albo przeszły.

 Jesteśmy zbiorami wspomnień, każde z nich jest wyjątkowe i nietrywialne. Można je dzielić z innymi, ale nigdy nie rozłupiesz go na części wewnątrz swojej czaszki. Wspomnienie albo jest, albo go nie ma.

Co ma jedno do drugiego?

 Stawiam stopę na kolejnych liczbach i po chwili dostrzegam pewną specyfikę wybranej przeze mnie trasy. Płytki z tymi poprawnymi układają się na spirali w proste linie, przekątne do kwadratury całego pomieszczenia

"Kwadratura" to konstrukcja kwadratu o polu równym zadanej figurze geometrycznej: Stawiam stopę na kolejnych płytkach i po chwili zauważam coś ciekawego – moja droga prowadzi od boku do boku, jakby po kanciastej spirali.

 (Zgadywałam, o co Ci chodzi – układ płytek zależałby od tego, ile ich przypada na bok kwadratu. Po przejrzeniu komentarzy dopisuję – po takim wzorku facet musiałby skakać, a przecież ledwo się rusza)

 Hugon śmieje się wyraźnie, moim rozumowaniem uradowany.

Bardzo nieładne. Hugo śmieje się z uciechy.

 Tak jak podczas jednego z wykładów!

Tak, jak. O co tu chodzi?

 został z myślą przetrwania

Z myślą o przetrwaniu.

 upaliła obwód

Spaliła obwód.

 które z guzików kolejno użyć

Które z guzików mam kolejno wciskać.

 przeciągnąć jedną wajchę

Pociągnąć.

 Historia nam ich nie szczędziła, bowiem dla mnie ta była trzecią.

Nie po polsku.

 trafiłeś między nasze ciasne grono

Do naszego grona.

 i w słabym świetle, jak świetliki, wydobywają z głębi kompleksu dawno ukryte prawdy.

Ich mętny poblask wydobywa…

 Zapalone światło zrywa resztki całunu tajemnicy

Okropnie purpurowe – za bardzo się silisz na udziwnianie.

 Głowa człowieka pozbawiona ciała

Głowa jest częścią ciała.

 półotwarty i metalowy kask

Kask musi być otwarty, bo jak go inaczej założyć?

 za pomocą kuracji z odpowiednio sterowanych impulsów

"Kuracja" to zabieg leczniczy.

 ramię, wkłuwa

Nie rozdzielaj podmiotu i orzeczenia.

 wymaga dopełnienia kilku wymaganych założeń

Założeń się nie "dopełnia" – powinno być "spełnienia kilku wymagań".

 Stefan już na głowę dostawał od podwójnych wspomnień!

Co? (po przejrzeniu komentarzy – lepiej zawczasu sprawdzić, czy coś funkcjonuje w literackiej polszczyźnie).

 O legendę trzeba zadbać…

Ble, ble, ble. Gnozo i transhumanizmie, przepadnijcie, bo zaraz wezmę "Metafizykę" i zdzielę przez łeb. Przepraszam, ale popadam już w nastrój zgryźliwy, jeszcze tyle do wystukania, a Ty tu idziesz w abstrakcje.

 sącząc jadowite uwagi w stronę nieobecnej jeszcze sprzątaczki

Mógłbyś trochę opisać ten Lwów, ale mniejsza. Nie może mówić w jej stronę, tylko pod jej adresem, i całe zdanie brzmi jakoś przypadkowo.

 Hugon, zupełnie jak nie on (bo zatwardziały wróg alkoholu),

Powtarzasz dźwięk. Te wtrącenia w nawiasach – czy są potrzebne?

 Czuję, że nasze życia są znów pełnymi.

Nie po polsku i zbyt zadęte. Wyrzuć.

 Bo widzisz Staszku…

Wtrącenie (Bo, widzisz, Staszku…) i pseudofilozofia.

 No to Hugo, co z obiecaną mi gęsią?

No, Hugo, to co z tą obiecaną gęsią?

 Przecież to tylko wspomnienia?

O! Punkt dla Ciebie.

Ale poza tym, cóż. Jest tu jakaś myśl, chyba nawet ciekawa, ale zakopałeś ją bardzo głęboko pod niezbyt dobrym językiem.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

Stn, wykorzystałeś w opowiadaniu wątki matematyczne, dla wielu niewątpliwie interesujące, może nawet porywające, a choć dodałeś do nich stosowne nazwiska i zdarzenia, Teorię sześciu wspomnień, mimo że miejscami zajmująca, czytałam z trudem, opisane zdarzenia przyjęłam do wiadomości i nawet niespecjalnie starałam się dociekać istoty rzeczy. Cóż, zdaję sobie sprawę z wagi matematyki, ale nic nie poradzę, że ta dziedzina wiedzy nigdy nie zdołała mnie uwieść.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Tarnina zostawiła swoje zastrzeżenia i być może powtórzyłam któreś z jej uwag, ale nie mam już siły porównywać obu łapanek.

 

Agre­syw­ne zwień­cze­nie na­da­je ae­ro­dy­na­micz­ne­go cha­rak­te­ru… –> Czy na pewno miałeś na myśli zwieńczenie lokomotywy, a nie jej przód?

Za SJP PWN: zwieńczenie 1. «element architektoniczny, stanowiący zakończenie najwyższej części budowli, kolumny, ołtarza itp.» 2. «ostatni, najważniejszy etap czyjejś pracy, działalności»

 

ale z resz­tek ubra­nia daje wy­wnio­sko­wać się… –> Na czym polega wnioskowanie się?

Proponuje: …ale z resz­tek ubra­nia daje się wy­wnio­sko­wać

 

od­kła­dam prze­no­śną lamp­kę, by oświe­tlić nasz wszyst­kich. –> Literówka.

 

– Za­chłan­ny ca­łe­go świa­ta. –> Można być zachłannym, czyli chcieć czegoś w nadmiarze, ale nie można być zachłannym czegoś.

 

Było ich kil­ku­na­stu, wszy­scy nie­zwy­kle mą­drzy, choć róż­ni­ły ich cha­rak­te­ry i przy­szłość. –> Chyba miało być: …róż­ni­ły ich cha­rak­te­ry i prze­szłość.

 

Wokół ma­te­ma­ty­ków ob­ro­sła taka le­gen­da… –> Raczej: Wokół ma­te­ma­ty­ków na­ro­sła taka le­gen­da… Lub: Spotkania matematyków obrosły taką legendą

 

otwar­to w Kra­ko­wie ka­wiar­nię “Pod żywą gęsią”. –> …otwar­to w Kra­ko­wie ka­wiar­nię “Pod Żywą Gęsią.

 

udało się nam od­ku­pić od Ry­szar­da żółta kartę… –> Literówka.

 

Mar­kin znów się krzy­wi, jak za dnia, w któ­rym mu to pierw­szy raz opo­wie­dzia­łem. –> …jak w dniu, w któ­rym…

Za dnia znaczy tyle, co od świtu do zmierzchu/ wtedy kiedy jest jasno.

 

Sze­ścio­ro ludzi, sze­ścio­ro zna­jo­mo­ści… –> Znajomość jest rodzaju żeńskiego, więc: Sze­ścio­ro ludzi, sze­ść zna­jo­mo­ści

 

Przy­śpie­szam ich, mając dziw­ne wra­że­nie… –> Raczej: Popędzam ich, mając dziw­ne wra­że­nie

 

Po­miesz­cze­nie czy ra­czej wiel­gach­na hala, do któ­rej wcho­dzi­my, wy­da­je się być po­miesz­cze­niem tran­zy­to­wym… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

trzy­ma w pal­cach nie­bie­ską kartę. Asia wy­ry­wa ją wraz z nad­garst­kiem i po­da­je mi. –> Kim jest Asia?

 

Po­łą­czo­na jest wią­zan­ką kabli… –> Raczej: Po­łą­czo­na jest wią­zką kabli

 

Sto­imy na środ­ku ko­ry­ta­rza przy­po­mi­na­ją­ce­go okrąg albo pier­ścień. Córka pa­trzy w lewo, ja w prawo, on zaś przed nas. –> Czy dobrze rozumiem, że przed nich patrzył korytarz?

 

mówi Mar­kin i wzru­sza ra­mio­nami.

Po­pra­wia­my ple­ca­ki i ru­sza­my. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Na wy­so­ko­ści cyfry dzie­więć­dzie­siąt sie­dem od­kry­wa­my drzwi do ja­dal­ni. –> Dziewięćdziesiąt siedem nie jest cyfrą, jest liczbą.

 

Szcze­rzę wąt­pię, by pchnę­ła ich od­po­wie­dzial­ność, czy żal za wojnę, do któ­rej do­pro­wa­dzi­li. –> Szcze­rze wąt­pię, by pchnę­ła ich od­po­wie­dzial­ność, czy żal z powodu wojny, do któ­rej do­pro­wa­dzi­li.

 

“Dziel­ni na­ukow­cy! I za­plu­ty ka­rzeł igno­ran­cji.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Trze­ci – Tru­pia czasz­ka z pięk­ny­mi pu­kla­mi blond wło­sów. –> Dlaczego wielka litera?

 

Piąty – Gruby czło­wiek z pej­sa­mi… –> Jak wyżej.

 

Młodą, już od dziec­ka ob­cią­żo­ną ge­ne­tycz­nie… –> Zdaje mi się, że jeśli ktoś jest obciążony genetycznie, to nie od dziecka, ale od zawsze.

 

Żyć, do któ­rych tę­sk­ni­li­śmy. –> Życie, do któ­rego tę­sk­ni­li­śmy.

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

Boli mnie serce, jest po­twor­nie dusz­no, świat jakby wi­ro­wał. Serce w pier­si ko­ła­cze jak osza­la­łe. –> Powtórzenie.

 

– Tatko! – krzy­czy i z sze­ro­kim, zde­for­mo­wa­nym uśmie­chem na twa­rzy… –> Czy można mieć uśmiech w innym miejscu, nie na twarzy?

 

Córka przy­su­wa się ku mnie i macza palec w otwar­tej pusz­cze. –> Literówka.

 

Jej wzrok za­czer­wie­nio­ny, za­łza­wio­ny… –> Zaczerwienione i załzawione mogą być oczy, ale nie wzrok.

 

Ale oka­za­łaś się mieć cha­rak­ter sil­niej­szy, moc­niej­szy od mo­je­go. –> Silniejszymocniejszy to synonimy.

 

to być może uda stwo­rzyć nam się model… –> …to być może uda nam się stwo­rzyć model

 

Wy­raź­nie po­pro­sił o Cie­bie. –> Wy­raź­nie po­pro­sił o cie­bie.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Kłu­ją­cy ból w pier­si, wra­ca­ją­cy z każ­dym głęb­szym od­de­chem, uświa­da­mia mnie jed­nak… –> …uświa­da­mia mi jed­nak…

 

Padam na zie­mię, wy­czer­pa­ny… –> Przypuszczam, że w pomieszczeniu była raczej podłoga, nie klepisko.

 

za­koń­czo­ny­mi trze­ma chwy­tli­wy­mi pal­ca­mi. Robot chwy­ta mnie i prze­rzu­ca… –> …trze­ma chwy­tny­mi pal­ca­mi.

Czy to celowe powtórzenie?

 

Po­czuj się zatem wy­róż­nio­ny, że tra­fi­łeś mię­dzy nasze cia­sne grono… –> Raczej: …że tra­fi­łeś do naszego cia­snego grona

 

znaj­du­ję w okre­ślo­nym sta­nie, i wy­czu­wam… –> …znaj­du­ję się w okre­ślo­nym sta­nie, i wy­czu­wam

 

pod­rzu­ca mi gruby ze­szyt w mar­mu­ro­wej opra­wie. –> Chodzi o deseń na okładce, więc: …pod­rzu­ca mi gruby ze­szyt w mar­mu­rko­wej opra­wie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Tarnina

 

Za słownikiem – absolut to w filozofii: byt samoistny, niezależny, nieograniczony.

Nie rozumiem pierwszej uwagi.

 

Słaba metafora, puder nie jest czerwony.

Od kiedy metafora ma być ostra jak nóż?

 

Dawne czasy (…)

Zostaję przy poprzednich. Dawne, dla bohatera, mogą być czasy dzieciństwa. Poprzednie, czyli sprzed kataklizmu.

 

Jest tam jeszcze co szabrować?

To jest ciekawe pytanie, bo nie wiem, czy myślisz o szabrowaniu w ruinach, czy duszy bohatera? ;)

 

I dlaczego drapieżniki miałyby być "ludzkie"? Za mocno się starasz mnie przekonać, jaki to Fallout spotkał świat, i skutek wychodzi odwrotny.

A bo kanibalizm jest tylko zwierzęcy? Człowiek jest drapieżnikiem, poza psami i resztą zdziczałej fauny (może i florą), mogą czaić się i pochodne człowieka, ale już nam zbyt dalekie, by ustawić się z nimi na piwko.

 

Połaci nie da się roztopić.

Za słownikiem, połać – książk. duża część jakiegoś obszaru lub jakiejś przestrzeni.

Dużą przestrzeń, złożoną z lodu, da się jak najbardziej.

Ba, da się nawet połać ziemi – jak wyspy, która wyparowały po detonacji Car bomby.

 

(…) – i jak oni jej dotąd nie zauważyli?

A wchodząc do muzeum, to od razu dostrzegasz figury i pejzaże, które znajdują się w głębi?

 

Masz w domu latarkę na korbkę? Bo dźwięk, jaki ona wydaje, to nie szum.

Generatorek jest na korbkę.

 

Zetlała tkanina

O, a to określenie sobie zapiszę. Nie znałem. :)

 

Pełne wyrzutu.

Jest wyrzut i są wyrzuty – dlaczego liczba mnoga nie dotyczy emocjonalnych?

 

Kręcenie korbką wymaga dwóch rąk (jedną trzymasz latarkę, drugą kręcisz).

E no, ale czy wspomniałem, że energia powstała w wyniku indukcji nie jest magazynowana? Możliwe, że tego zabrakło. Ale myśląc, że korbką musisz kręcić cały czas, to przesadzasz.

 

Przepraszam bardzo, ale WTF? Wątpię, żeby religia tak szybko zanikła

A co, antyszczepionkowcy nie istnieją? Jeśli Markin nie jest potomkiem ludzi religijnych, to skąd ma o niej wiedzieć?

Wyjdź ze strefy komfortu – świat jest o wiele brudniejszy i (uogólniając) głupszy, niż chcesz zakładać.

 

Niespójne. Co ma liczenie do topienia?

Liczyć ofiary, poznać ich ilość, czyli dowiedzieć się ile krwi przelał. We krwi tej można się utopić (metafora – co pewnie skwitujesz parsknięciem). To dość proste do skojarzenia.

 

Gdzie to przeczytał? Skoro cywilizacja całkiem się rozlazła? 

Na tym koncepcie (Milgrama), to Google swójalgorytm zwany “page rank” początkowo opierał – ciekawosta.

Cywilizacja się rozlała – a pozostałości? Książki, pozostałe i zapisane papiery? I już abstrahując od wytrzymałości papieru, to drukować można na tworzywach stucznych.

 

I kiedy przykładam do niego żółtą kartę, przyciski zaczynają świecić. Elektronika, która od razu działa? To dopiero niezwykłe.

Niekoniecznie w świecie po wojnie. Jeśli nie lubisz apokalipsy, to zajrzyj do Syrii – czy elektronika działająca pod ruinami (powstałymi po bombardowaniach), często wykopywana po latach od samego zdarzenia, jest taka częsta?

Druga podpowiedź – czipy i karty RFID.

 

tekst staje się nieczytelny, zamazany czymś brązowym

Zaplamiony.

Ha, sugerując się Twoim stylem komentarzy, to podpowiadasz mi źle. Zaplamiony może być kawałek materiału. ;)

 

Wobec języka – zgadzam się. Piszę raczej chałupniczo, wykształceniem mi daleko do znajomości wielu apsektów tego prawdziwego, ładnego pisania. Ale to przyjdzie z kolejnymi tekstami.

 

Zaś Twój komentarz, to dużo uwag – poza sporą garścią tych językowych, za które szczerze dziękuję – i uważam je za wyrywane z kontekstu i tak sklejone w uszczypliwości. Kilka uwag dotyczyły tego, jak Ty byś napisała, ale ja napisałem inaczej – bo taki mam styl. To interesujące spojrzeć na swój tekst z perspektywy drugiego piszącego, ale trudno się do takich komentarzy odnieść. Stąd to miła, ale nadal ciekawostka.

To trochę jak z tą niewidoczną wcześniej Luxtorpedą. Nie dostrzegasz wszystkiego. Ale nadal się paskudnie mądrzysz.

Doceniam czas, który poświęciłaś na ich (uwag) wyławianie, ale nie będe odpowiadał na jednowyrazowe komentarze, do dwóch słów wyjętych z tekstu. W większości są po prostu szumem. Na zasadzie – o, słówko mi się nie podoba (albo nie załapałam kontekstu), więc dam mu kuksańca. 

 

 

Edytka: O, a pręgierz od Reg odbieram jakoś tak… budująco.

Poprawki do łapanki obu Pań (Panienek? Pannic?) wprowadzę oczywiście przy okazji wolnej chwili.

O, a mnie Twoje słowa, Stn, też bardzo zbudowały. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Za słownikiem – absolut to w filozofii: byt samoistny, niezależny, nieograniczony.

No, właśnie. Niezależny i samoistny, więc niezniszczalny. Proszę kolegę uprzejmie, żeby się udał do biblioteki i poprosił o Arystotelesa. Umiejętność zacytowania definicji nie świadczy o jej zrozumieniu.

 Nie rozumiem pierwszej uwagi.

Data śmierci Nietzchego. Tego, co twierdził, że Bóg umarł – Twój pierwszy akapit wywołał nieodparte skojarzenie, a Nietzche jest jednym z tych, ekhm! myślicieli, którzy odsłaniają ukryte we mnie pokłady złośliwości. Chyba powinnam za to przeprosić, co niniejszym czynię. W każdym razie – mówiąc o "śmierci" Boga Nietzche miał na myśli licho wie, co, ale na pewno nie zniknięcie podstawy wszelkiego bytu, raczej coś aksjologicznego, a właśnie w tę stronę idą tutaj rozważania. Stąd skojarzenie.

 Poprzednie, czyli sprzed kataklizmu.

Wydaje mi się to niezgodne z uzusem, po prostu – może się czepiam.

czy myślisz o szabrowaniu w ruinach, czy duszy bohatera? ;)

O ruinach ;P

 kanibalizm jest tylko zwierzęcy?

Rośliny są z definicji autotrofami :P Chodziło mi raczej o to, że tego nie pokazujesz.

 Dużą przestrzeń, złożoną z lodu

Przestrzeń nie może być z lodu "złożona", a najwyżej nim zapełniona.

 od razu dostrzegasz figury i pejzaże, które znajdują się w głębi?

Jeśli są takie duże, że powinny nad wszystkim wystawać, to owszem.

dlaczego liczba mnoga nie dotyczy emocjonalnych?

Nie wiem. Jak mawia mój profesor od estetyki – arbitraryness of the sign.

 myśląc, że korbką musisz kręcić cały czas, to przesadzasz

Moja latarka tak działa – składa się, owszem, tylko z korbki, turbinki, dwóch kółek zębatych i diody LED, ale kręcić trzeba ciągle. A jeśli chcesz, żebym wiedziała, że jest akumulator, czy koło zamachowe, czy cokolwiek, to powiedz mi to.

 A co, antyszczepionkowcy nie istnieją?

A co ma piernik do wiatraka?

 To dość proste do skojarzenia.

Skojarzyć, skojarzyłam, ale ta metafora jest nie dość, że piętrowa, to niespójna. Czytelnik nie ma obowiązku czytać Ci w myślach, wiesz?

I już abstrahując od wytrzymałości papieru, to drukować można na tworzywach stucznych.

Ale mówisz, że mało kto umie tu czytać. To raz. Dwa, tworzywa niszczeją pod wpływem światła po kilkudziesięciu latach. Co zostało po Etruskach? Parę słów w słownikach łaciny i strzępy mitologii. Po Majach? Po Minojczykach? Kiedy przerwiesz ciągłość i zapomnisz pisma, to szybko go nie odzyskasz.

 Niekoniecznie w świecie po wojnie.

To nie jest komentarz ode mnie, tylko przeformułowanie Twojego tekstu, żeby brzmiał ładniej – muszę to jakoś zaznaczać, może kursywą?

 podpowiadasz mi źle. Zaplamiony może być kawałek materiału. ;)

Papier też. Podobnie jak np. płytki chodnikowe (olejem). Skoro chcesz, oto trzecia droga – wybrudzony.

 Ale nadal się paskudnie mądrzysz.

Them's fightin' words. Tak, wiem, że mądrzę się paskudnie, jestem wredna, podła i paskudna. Ale wiesz, jakiego szańca bronię? Języka polskiego, który mnie wyniańczył, czego o Tobie, szanowny adwersarzu, nie mogę powiedzieć. Staram się jakoś przysłużyć ludzkości. Sama nie znoszę być głaskana po główce (tak, tak, dziewczynko, bardzo ładnie, a teraz idź, pobaw się laleczkami i nie zawracaj gitary) – nie oczekuj, że będę głaskała Ciebie. Traktuję Cię jak człowieka, który zasługuje na wytknięcie mu błędów, żeby mógł je poprawić. Pamiętaj o tym.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

W kwestii latarek: też mam taką na korbkę. I najpierw się kręci, a potem ona przez jakiś czas świeci. Uważam, że to rozsądniejsze rozwiązanie i powinno wyprzeć latarki typu Tarniny. ;-)

Babska logika rządzi!

Gżżżgżżż, szumisz! Ale takie szumy lubię – jak jest do kawy o co się wzajemnie posprzeczać (w sensie, że z kulturą… i sensem). I za to przysuwam też ten wymyślony stołek, żeby lepiej słyszeć.

 

Języka polskiego, który mnie wyniańczył,

Rozumiem to doskonale. Tak samo, jak wykładowcę, który niegdyś prawie (w przenośni) zabił mnie, bo śmiałem słowo techniki zastąpić technologią. ;)

Dobrze, że razem z Reg nie widziałyście jak wygląda dokumentacja techniczna (i ta dla klienta) w firmach IT. Jest… co najmniej niedbała. Zbyt dużo przywzyczajeń i złych nawyków zbieram, przez czytanie jej praktycznie codziennie…

 

Do tekstowej części komentarza się odniosę. Obiecuję. Ale mnie teraz w pracy poganiają. ;)

Przeczytałem z zainteresowaniem. 

Największą zaletą tekstu wydał mi się klimat– ciężki, duszny, a więc bardzo wyraźny. Bardzo dobre dialogi – wyszły naturalnie, za co ogromny plus. Również opisy były całkiem zręczne, plastyczne, naprawdę miło było wejść w świat i oglądać go takim, jakim go opisałeś. 

Pomysł również niczego sobie, choć o lwowskich matematykach musiałem sobie poczytać, aby zrozumieć do czego pijesz. Więc jeszcze walor edukacyjny był :). 

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Kilka uwag: 

zawłaszczeniem samochodu, pralki, czy mieszkania.

Markin znów się krzywi, jak za dniaw dzień, w którym mu to pierwszy raz opowiedziałem.

Coś warczy, coś bardzo złegorozsierdzonego/inne słowo tym, że nie może dostać się do środka.

Wtedy dociera też do mnie(+,) jak mocno się zestarzałem

Musicie pamiętać – mówi podniecony i wskazuje pod nasze buty. ← czy to nie powinna być nowa wypowiedź, od nowej linijki?

– A ty(+,) krzywousta, co taka posłuszna?

by pchnęła ich odpowiedzialność, czy żal za wojnę

które budzą nostalgię i tęsknotę, za rzeczywistością, której nawet nie znamy!

Powinienem natłuc chłopaka ← a nie chłopakowi?

Jej wzrok – zaczerwieniony, załzawiony ← dziwnie to brzmi w stosunku do wzroku, a nie oczu, ale to czysto subiektywne

zauważyliśmy(+,) że rozciągnięty tak cyfrowy most ma mniejszą przepustowość

Twój wiek, to jakiś pieprzony cud

Hugon śmieje się(+,) wyraźnie, moim rozumowaniem uradowany.

Odcięta i zamknięta w specjalnym słoju głowa, wyjeżdża z kriokomory.

znajduję (+ się, je?) w określonym stanie, i wyczuwam

Bo widzisz(+,) Staszku

– No to(+,) Hugo, co z obiecaną mi gęsią?

 

Fabułę skomentuję po głosowaniu. 

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

@Tarnina

No, właśnie. Niezależny i samoistny, więc niezniszczalny. Proszę kolegę uprzejmie, żeby się udał do biblioteki i poprosił o Arystotelesa. Umiejętność zacytowania definicji nie świadczy o jej zrozumieniu.

Znaczy się, że pojęłaś czym jest absolut i masz dowolność w jego przyzywaniu?

Jeśli mówimy o absolucie w kontekście religii – dla wielu śmierć nie jest równoznaczna z jego unicestwieniem, a więc i zniszczeniem. 

Absolut, dla mnie, jest czymś nieoznaczonym, metafizycznym kotem Schroedingera. Tak jak fluktuacje kwantowe w próżni, może istnieć i znikać w czasie Plancka (a pewnie i krótszym). Może zatem rodzić się i umierać – w sposób dla nas niedostrzegalny.

Scrollujesz na górę strony – absolut jeszcze istnieje. Zaczynasz czytać – umiera (tutaj już o nim myślisz, czyli szanując fizykę kwantową, obserwacją nadajesz mu konkretny stan), ale znów scrollujesz w dół, by napisać mi komentarz, zapominasz o nim, więc absolut… robi co chce. ;)

Zresztą, tak jak wspomniałaś o Bogu, nie chciałem od Niczego (i byle czego) zaczynać tekstu. Ot, hiperbola, która nakierować chciałem czytelnika na klimat i zawartość dalszej części tekstu.

 

Przestrzeń nie może być z lodu "złożona", a najwyżej nim zapełniona.

No się rozjechaliśmy. Przestrzeń w sensie ściśle matematycznym – owszem, masz rację. Ale ja myślę o fizycznym obszarze, o zimnej (jak ten cholerny wiatr za oknem) i twardej czapie lodowej Arktyki.

Ale to niczego nie rozwiązuje, prowadzi do dyskusji o dyskusji.

 

Jeśli są takie duże, że powinny nad wszystkim wystawać, to owszem.

Wystarczy, że te mniejsze są bardziej kolorowe i fantazyjne, a wzrok sam Cię do nich ściągnie. Nie zapominaj też o fakcie usytowania obserwatora – Luxtorpeda nie miała dziesięciu metrów wysokości, zatem stając pomiędzy wagonami i innymi lokomotywami, które też są od człowieka wyższe, zasłaniają to, co za nimi.

 

Nie wiem. Jak mawia mój profesor od estetyki – arbitraryness of the sign.

Ke? (ale spróbuję doczytać i to zrozumieć).

 

A co ma piernik do wiatraka?

Makę. ;)

Ile człowieków, tyle punktów widzenia, punktów siedzenia, punktów zrozumienia i punktów ignorancji. Ktoś może wykonywać obrzędy w sposób prześmiewczy, kto inny mógł źle zapamiętać ich sens, jeszcze inny ich działanie. Postapokalisa i "zresetowane" społeczeństwo otwiera mi wszelkie furtki do robienia z minionymi wierzeniami (i nie-wyznawcami) wszystko, co mi się żywnie podoba. ;)

 

Skojarzyć, skojarzyłam, ale ta metafora jest nie dość, że piętrowa, to niespójna. Czytelnik nie ma obowiązku czytać Ci w myślach, wiesz?

Dobra, tu ustąpię.

 

Dwa, tworzywa niszczeją pod wpływem światła po kilkudziesięciu latach. Co zostało po Etruskach? Parę słów w słownikach łaciny i strzępy mitologii. Po Majach? Po Minojczykach? Kiedy przerwiesz ciągłość i zapomnisz pisma, to szybko go nie odzyskasz.

Najpierw wystaw tworzywa na ciągłe działanie światła. Wiele plastikowych kart bardzo dobrze żyło sobie będzie w szafkach, piwnicach i pod gruzem. Przez długie lata. A Etruskowie nie umieli w polimery.

A jest pierdyliard innych sposobów – kamienne tablice (pamiątkowe, nagrobkowe), napisy wytopione w metalach, kryształach, odciśnięte (mechanicznie) w taśmach.

Masz rację, że umiejętność czytania zniknąć może szybko. Ale nie samo pismo. Nie w czasie kilkudziesięciu lat.

 

Języka polskiego, który mnie wyniańczył, czego o Tobie, szanowny adwersarzu, nie mogę powiedzieć.

O, ale ponglishu mnie nie zarzucaj. Każdy orze jak może, cytując klasyka. Ale poza dobrymi radami, to masz też trochu nosek zadarty (że aż czasami, to tynki na suficie wąchasz). ;)

 

Staram się jakoś przysłużyć ludzkości. Sama nie znoszę być głaskana po główce (tak, tak, dziewczynko, bardzo ładnie, a teraz idź, pobaw się laleczkami i nie zawracaj gitary) – nie oczekuj, że będę głaskała Ciebie. Traktuję Cię jak człowieka, który zasługuje na wytknięcie mu błędów, żeby mógł je poprawić. Pamiętaj o tym.

I to jest jeden z fajniejszych i sensowniejszych tekstów, które ostatnio ktoś do mnie wystosował. Nie chodzi o (swoją drogą, to bardzo łechcącą) drugą część, ale to poczucie misji i chęci. Fajne to bardzo. Wychowywaliśmy się zapewnie w skrajnie różnych środowiskach (mówię o kulturze i podejściu do nauki, nie zamożności), z różnymi ambicjami i priorytetami – więc zwracaj uwagę i na to. Bo czasem za dużo kijem smagasz, a marchewka za tym ukryta wydaje się wtedy jakoś taka nieapetyczna.

 

W sumie przypominasz mi nieco moją dawną polonistkę, która nazywała mnie (niesprawiedliwie zresztą) wszetecznikiem, bo śmiałem jej ukochanych romantyków nazywać chlejusami i ćpunami gadającymi od rzeczy. A tutaj dostaje mi się za “się”. :P

 

@Łukasz

I ja żem zadowolony. Nawet nie z podobalności się opowiadania (a to serce mi raduje), ale faktu zapędzenia Cię do Lwowa. To kawał cholernie ciekawej historii, aż szkoda, by nadal miała być tak nieznana. ;)

 

@Naz

Życz mi łatwych piniądzów, z nimi załatwię sobie, co tylko zechcę. ;)

Znaczy się, że pojęłaś czym jest absolut i masz dowolność w jego przyzywaniu?

Jestem zwolenniczką teologii negatywnej :P Powtarzam po raz enty – słowa mają znaczenie. Na moim biurku znajdują się w tej chwili: słowniki, notesy, pudełko kremu do rąk, mniejsze balsamu do ust, filiżanka (niestety pusta), koszyczek z drobiazgami, piórnik, szydełko, kłębek kordonka, dinozaur-zabawka, długopis i para mitenek. I co zobaczyłeś, czytając ten opis? Dżunglę z tygrysami? Miasto z samochodami? Jeśli wypowiadasz jakieś słowo, to ono przywołuje jakieś konotacje, nie da rady – jak chcesz inaczej cokolwiek przekazać?

 

A teraz argument ex authoritatem, czyli encyklopedia stanfordzka, artykuł o XIX-wiecznej estetyce: Most broadly, by the “Absolute”, the romantics refer to the unconditioned totality of all conditions. While the absolute itself is conditioned by nothing, it conditions all the finite physical and mental manifestations of the world. Inspired by Kant’s discussion of omnitudo realitatis–“All of Reality”–and by Spinoza’s all encompassing “substance”, the romantic Absolute is a whole, rather than an aggregate, that encompasses everything else, physical and mental: “Only the whole is absolute” (Novalis, AB: #454); “The universe is the absolute subject, or the totality of all predicates” (AB: #633). Metaphysically, every finite thing is merely one manifestation of an unconditional totality: only a single perspective on the whole. It is thus ultimately finite but also infinite, as part and parcel of the infinite whole. (…) While the idealists took the Absolute to be transparent to the human mind, conceptually representable, and inferentially related to other items of knowledge, the romantics regarded it as (1) ungraspable by concepts (i.e., as “non-discursive”) and (2) as non-foundational. Following Kant, the romantics believed that all knowledge is discursive: knowing requires conceptualization. But since concepts condition everything that might be known by determining it to be one way or another according to the forms of discursive thought, the Absolute, by its very definition as unconditioned, cannot be known.

 

Może powinnam sobie napisać w profilu, że wzmianki o Nietzchem, transhumanizmie i hipotezie konfliktu budzą moją agresję. Bo, jak widać na załączonym obrazku, budzą.

 Przestrzeń w sensie ściśle matematycznym – owszem, masz rację. Ale ja myślę o fizycznym obszarze

I znowu – "przestrzeń" oznacza samo miejsce, newtonowską scenę, a nie to, co ją wypełnia. To słowo ma określone znaczenie. Nie możesz się wymawiać licencją artystyczną, o ile chcesz, żeby czytelnik cokolwiek zrozumiał – nikt nie ma obowiązku czytania Ci w myślach.

 Luxtorpeda nie miała dziesięciu metrów wysokości…

Dobra, tu ustępuję – ale mógłbyś to od początku napisać jaśniej, nie byłoby problemu.

 Ke? (ale spróbuję doczytać i to zrozumieć).

Wyjaśniam – nazwy są arbitralne. Nie ma jakiegoś specjalnego powodu, dla którego koszyk nazywa się koszykiem (przynajmniej nie w naturze koszyka, bo ktoś kiedyś musiał go tak nazwać, i ta nazwa musiała się dlaczegoś przyjąć). Mój profesor ilustrował ten koncept anegdotą o tym, jak to próbował nauczyć Amerykankę polskiego i ona nijak nie mogła pojąć, że jest jedna bułka, dwie bułki, ale pięć bułek. Why? Arbitraryness of the sign.

 Makę. ;)

Doobre :) Tak, postapokalipsa pozwala na takie zabawy – ale nie do końca umiałam z tekstu wyłowić, ile właściwie czasu minęło od katastrofy. Przy czytaniu wydawało mi się, że niewiele – teraz nie wiem. Myślę, że coś takiego nie stałoby się szybko, ot, i tyle. Zresztą sam powiedziałeś w komentarzu, że kilkadziesiąt lat, co jeszcze zwiększa moją konfuzję.

 Masz rację, że umiejętność czytania zniknąć może szybko. Ale nie samo pismo. Nie w czasie kilkudziesięciu lat.

Fizyczne znaki pisma mogą sobie przetrwać, ale co z tego, skoro nikt nie wie, jak je odczytać? Arbitraryness of the sign, pamiętaj – to, że jakiś znaczek przypomina domek, nie znaczy, że oznacza "domek". Patrz też pismo linearne A i kamień z Rosetty. A bez umiejętności czytania pismo jest doskonale bezużyteczne, może najwyżej robić za obiekt kultu i napędzać teorie o starożytnych astronautach.

 Ale poza dobrymi radami, to masz też trochu nosek zadarty

 Bo czasem za dużo kijem smagasz, a marchewka za tym ukryta wydaje się wtedy jakoś taka nieapetyczna.

Strzeż się kobiety, która Cię chwali :P

 

Dobra, faktycznie potrafię się zapędzić w inkwizytorskim zapale, ale czasem naprawdę nóż się w kieszeni otwiera. Literatura ma być piękna (belles lettres, mon ami), byłoby też miło, gdyby była mądra, a bez krytyki nie da się tych celów osiągnąć – skąd masz wiedzieć, co ludzie zrozumieją z Twojego pisania, jeśli nie sprawdzisz? To, co w moich tekstach wydaje mi się jasne, często okazuje się niezrozumiałe dla innych, i vice versa.

 

A Nietzche naprawdę strasznie mnie wkurza.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

koszyczek z drobiazgami, piórnik, szydełko, kłębek kordonka, dinozaur-zabawka, długopis i para mitenek. I co zobaczyłeś, czytając ten opis?

Szydełko? Inne szpargały?

Tak trochę:

 

Jeśli wypowiadasz jakieś słowo, to ono przywołuje jakieś konotacje, nie da rady – jak chcesz inaczej cokolwiek przekazać?

Moje pytanie z poprzedniego komentarza i zamieszczony przez Ciebie cytat – z tym problemem w fantastyce walczył już Dukaj. Myślę, że wybitnie pomogło mu w tym jego wykstałcenie. Ja się tam do jego piaskownicy nie zbliżam (czasem ukradnę tylko garść piachu), bo dla mnie to równie niebezpieczne, jak ruchome piaski – nie wymyślę nic mądrzejszego, a mnie wessie.

"to ono przywołuje jakieś konotacje" – ale tu masz rację. Nie jednak nie poradzę, że trafiłem na Ciebie, która z filozofią żyje na codzień. 

 

Ten arbitraryzm w rozumieniu nazw jest niebezpieczny. Bo można nim w sposób dowolny i niekontrolowany nazywać rzeczy "jak się chce". Ktoś, kiedyś, w jakichś okolicznościach uznał, że takie użycie danego słowa jest właściwe. OK, tradycja w rozumieniu języka i zasad go określającego. Ale trafi się ktoś zuchwały, któremu nie odpowiada forma wyrazu, konotacja za nim idąca, to dowolnie go transmutuje (albo zastępuje innym) i zmusza czytelnika, do przyjęcia "mojego" i jedynego właściwego znaczenia. Co broni więc autorom tworzenie własnego, mojszego słownika (poza niechęcią czytelników do poznawania go)?

 

Myślę, że coś takiego nie stałoby się szybko, ot, i tyle. Zresztą sam powiedziałeś w komentarzu, że kilkadziesiąt lat, co jeszcze zwiększa moją konfuzję.

Tu dochodzimy do wniosku, że zabrakło wyjaśnień na temat świata przedstawionego. Zatem biorę to na klatę.

 

Strzeż się kobiety, która Cię chwali :P

Na szczęście tak ładnie to ukryłaś, że w tej beczce dziegciu, w której mnie podtopiłaś, ledwie zauważyłem. ;p

 

To, co w moich tekstach wydaje mi się jasne, często okazuje się niezrozumiałe dla innych, i vice versa.

Przeca w opowiadaniu napisałem:

Nie przeszczepię zawartości mojej głowy do waszych – myślę. Jakkolwiek zapisałem to w pamięci, będzie to spłaszczoną i pobladłą pocztówką tego, co wówczas czułem i doświadczyłem. Odpowiadamy sobie zrozumieniem, potwierdzamy moje słowa. Dlatego proponujemy wspólną wycieczkę, która poprowadzi nas drogą tych samych przeżyć, w nadziei, że u jej kresu – w ciemnych odmętach wspomnień – doświadczymy tych samych albo wystarczająco podobnych przemian.

Tylko, że pojechałem w swoją stronę, a Ty zatrzymałaś się po drodze gdzieś w sklepie i potem poszłaś swoją drogą – z własnym bagażem doświadczeń.

 

… zabieraj tę kamerkę z mojej ściany :P

 z tym problemem w fantastyce walczył już Dukaj. Myślę, że wybitnie pomogło mu w tym jego wykstałcenie.

Ja myślę, że mu przeszkodziło. Tak, dobrze przeczytałeś. Problem zresztą jest znacznie starszy (choć jeszcze Leibnitz usiłował znaleźć “prawdziwy” język, w którym słowa koniecznie wiązałyby się z rzeczami).

 

To, że nazwy są przygodne (tj. mogłyby być inne, niż faktycznie są), nie oznacza w żadnym razie, że można nazywać kaczkę "łopatą". Tak nawiasem, nie wszyscy tę arbitralność uznają (wyszukaj sobie "efekt buba-kiki"), ale nie idźmy w takie dygresje. Po pierwsze i najważniejsze, tak, jak napisałeś w opowiadaniu, nikt nie ma dostępu do świadomości innych inaczej, niż za pośrednictwem fizycznych znaków przez tych innych wytwarzanych (niekoniecznie celowo – możesz z czyjejś miny wywnioskować, jak się czuje) – Wittgenstein porównał to do żuka w pudełku. Ty masz żuka i ja mam żuka, ale nie możemy sobie nawzajem zaglądać do pudełek.

 

Jeżeli chcesz cokolwiek drugiemu człowiekowi przekazać, potrzebujesz konwencji językowej – musicie obaj wiedzieć, że kiedy mówisz "mój żuk jest niebieski" to nie oznacza "twoja matka była chomikiem". To nie jest kwestia lenistwa czytelnika (już raczej lenistwa autora, któremu się nie chce wyjęzyczyć zrozumiale). Oczywiście, możesz czytelnikowi podać nowe słowa albo nowe znaczenie starych – ale rób to z głową, jak Janusz Zajdel (pamiętasz Paradyzję?), nie jak Jacek Dukaj.

 

Z całego Dukaja zdołałam przemęczyć tylko i wyłącznie "Ekstensę", a i to z najwyższym trudem. Język tej powieści jest sztucznie udziwniony, moim zdaniem brzydki, a sens zakopany pod zwałami mędliwych popisów autora – dość banalny (transhumanizm. Błe.). Dlaczego uważam, że wykształcenie filozoficzne mu przeszkodziło? Bo zamiast się nauczyć jasno wyrażać myśli, poszedł w mętny mistycyzm. Bo wyraźnie uważa, że jest najmądrzejszy na świecie (gdy najmądrzejsza jestem oczywiście ja ;P) i robi Odkrycia. Nie po to jest się pisarzem (czy czymkolwiek innym), żeby robić Odkrycia. Nihil novi sub sole (jak napisano już w trzecim wieku p.n.e., i to nie po łacinie).

 

Wracając do języka i konwencji jego – nawet Cezar musi się poddać regułom gramatyki. Jeśli za Wittgensteinem uważasz język za coś w rodzaju gry, to podejmujesz tę grę, kiedy otwierasz usta (kładziesz ręce na klawiaturę), a podejmując jakąkolwiek grę, zobowiązujesz się, że będziesz przestrzegał jej zasad. Jeśli gramy w klasy, a Ty nagle wyjmiesz z kieszeni kostkę D20 i powiesz, że zabiłeś potwora, to będzie bez sensu, nie?

 

A skąd te konwencje się biorą, to insza inszość. Ważne, że są.

 

Dwa przykłady z Zajdla na poparcie tezy, że możesz wymyślać słowa, ale musisz rozumieć, jak to się robi:

– Szary anioł przyśnił mi się nieostrożnie.

– Przestrzeni skrawek pustką się wypełnił?

– Kotara głosu mej dłoni nietknięta, tęsknoty hieny pozostały przy niej.

Koalang to kod bez słownika, tzw. szyfr aluzyjny. Na podobnej zasadzie oparty jest cockney rhyming slang – policjant to stróż (porządku), stróż to anioł – także alchemicy posługiwali się czymś w tym stylu (pieruńsko trudnym do odczytania, jeśli się nie jest alchemikiem). Tutaj Zajdel wykorzystuje konotacje już istniejące w języku – żeby wytworzyć nowe, potrzebowałby znacznie więcej miejsca i powieść musiałaby być sporo dłuższa.

– Gwolisz. Dawaj, dyrba, ty stary fulu!

– Odgwol się, dyrba, ful ci do mojego smuka, docencie, bo ci przygwolę takiego kopa w tufe, że fulem gwolniesz o ziemię.

A tutaj słowa są zmyślone, ale wpasowują się w znajomy kontekst. Możesz nie do końca wiedzieć, co to jest "ful", ale domyślisz się wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, o co chodzi (zwłaszcza, że to jest wypowiedź performatywna, nie informacyjna).

 

I tyle. A po ilustrację faktu, że nie można nazywać rzeczy, jak się chce, zwrócę się, pozwól, do wybitnego łacinnika, Johna Cleese'a: https://www.youtube.com/watch?v=G6D1YI-41ao

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

O, daj mnie Ty wszystkie nazwiska i ich przemyślenia przyswoić. Bo w tych dziedzinach się praktycznie nagi czuję (dlatego próbowałem ściągnąć Cię na mielizny mechaniki kwantowej ;p).

Przeczytałem dzisiaj ponownie.

Powtórzę to, co na becie – tekst jest klimatyczny, tworzysz w nim ciekawych bohaterów oraz nietuzinkowy świat. Do tego teraz mocniej go rozbudowałeś, dodałeś doń wyraźniejszą historię, jednocześnie zostawiając parę rzeczy w tajemnicy – to się chwali.

Podbiłeś też motyw legendy, jest definitywnie wyraźniejszy. Odwołania matematyczne mi się podobały.

Natomiast średnio przypadły mi te dodatki pseudofilozoficzne na początku pierwszego fragmentu oraz silenie się bohatera-narratora na barwne opisy. Te pierwsze pachną mi podstawą podstaw wynoszoną na odkrycia (może i tak miało być, nie wiem), te drugie trochę wpędzają Dziadka w lekkie gadulstwo. To mocno subiektywne odczucie, ale pierwsza jego inkarnacja, bardziej skupiona na świcie, konkretniejsza wydawała mi się bardziej realna dla postapokaliptycznego świata.

Podsumowując: duże plusy za klimat i przedstawiony świat – za to głównie klikam. Bohater jednak trochę przestał mi pasować, ale po prostu subiektywnie wolałem pierwszą jego inkarnację ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Laikiem w niektórych dziedzinach będąc, a i historię po łebkach ogarniając, pogubiłem się nieco w tym tym tekście. Choć bie mogę mu zarzucić, że był zły.

Był bardzo ambitny. Stylistycznie gdzieniegdzie się potykałem, tu i tam przeszkadzał mi szyk zdania, jakieś pojedyńcze literówki, ale przy takim metrażu opka – nic wielkiego.

Tak więc na części rzeczy się nie wyznaję, kilku tajemnic chyba w ogóle nie odkryłeś przed czytelnikiem, a z tego co pozostało i co zrozumiałem, nawet mi się podobało. To znaczy dobry, ciężki klimat. I niektóre pomysły czy zdania. Myślnia fajna i nie tylko ona.

Ale, że też od razu bohaterowie (inżynier?) nie rozpoznają liczb pierwszych?

Opisy barwne, mnie trochę męczyły, ale ja lubię proste opisy, zawsze, więc wina pewnie po mojej stronie leży (lub mojego umysłu).

Za to motyw legendy, sam pomysł, relacja z przyszywaną córką wszystko fajnie. Czuc postapo (postatom) i po postaciach widać, że mają mentalność tym apo zmienoną.

Oceny nie wystawię bo mam wrażenie, że zbyt wiele mi w tym tekście umyka ;)

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

@NWM

Dziadek po prostu taki miał być – stary gawendiarz, który dużo mówi, bo wydaje mu się, że z wiekiem pojadł wszelkie rozumy. ;)

 

@Mytrix

bohaterowie (inżynier?) nie rozpoznają liczb pierwszych? – Ano, Tarnina już mi zwróciła uwagę, że przesadziłem i konotacja tego słowa wskazuje na wykształconą osobę. Tutaj chciałem pokazać, że otrzymał tę ksywę z jednego powodu – umiał czytać. ;)

 

Dzięki Wam obu za odwiedziny.

Tak myślałem, że inżynier to ksywka na wyrost, ale przydałoby się to mocniej zaakcentować ;-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Tak, początkowo myslałem, że samo tło opowieści i wzmianki o katastrofie to wystarczą.

Fajne jest też “magister”, szczególnie dla postapo, ale pasuje bardziej pod narkomana, albo handlarza lekami. A majster brzmi kiepsko. ;)

 

magister farmacji :D

Gdyby pisać po angielsku to mają wspaniałe Doc. tyle że na polski Doktorku nie brzmi już tak dobrze, raczej jak Pinki i Mózg albo jakiś szalony naukowiec. Zresztą angielski pod tym względem bogaty Tech, Doc, Scout czy cokolwiek nie rzucisz brzmi przyzwoicie :D

 

Ale jak już przy nazwach profesji w postapo jesteśmy to można by to na dwie grupy podzielić, na tych co dzialają w terenie i na umysłowych.

Terenowi:

Stalker, Szperacz, Medyk (Sanitariusz?), Duch, Rączka (złota), Szczur (w ogóle ksywki zwierzęce)

Umysłowi:

Inżynier, Magister, Doktorek, Profesor, Kitel, 

 

No może mnie ponosi z offtopem ale tak mi się pomyślało :D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Nasz też bogaty, ale angielszczyzna się jakoś tak ogólnie przyjęła. Mam awersję do używania zapożyczeń (no chyba, że brak podrządnego zamiennika).

 

Stalker – już wykorzystano. Szczur – w sumie spoko, bo przywodzi na myśl czlonka gangu lub innego (niezrzeszonego) śmierdziela.

Kitel to zawołaj na cobolda, czy funa, zobaczymy jak zareagują. ;)

A zawołam, jak już się kiedyś spotkamy na nowofantastycznym. :-)

A na Ciebie jak wtedy wołać? ;>

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Możesz per inżynierze, z zawodu. :P

Ewentualnie Edgar (Faceci w Czerni), bo w techniku ponoć najlepiej go udawałem. Po imieniu, to przy pierwszym piwie. ;)

Ciekawy tekst, bardzo miło mi się czytało, głównie za sprawą fascynującego, nie pozwalającego się oderwać klimatu. Mimo wszystko gdzieś koło wspomnienia czwartego napięcie trochę opadło i resztę czytałam obojętnie, aż do ostatniej, pięknej sceny. Spodobało mi się wplecenie prawdziwych postaci i powracający motyw legendy. I skończyłam czytać całkiem zadowolona, że radziłam sobie z trudniejszymi pojęciami pojawiającymi się w tekście.

Pomysł na sześć podrozdziałów bardzo ładny, choć sama nie wiem, czy nieodzowny.

Język taki, że czapki z głów – mnóstwo było takich fragmentów, które mogłabym tu zacytować jako wyjątkowo błyskotliwe. Ale to nie dziw, że ktoś w wieku ośmiu tysięcy lat potrafi sypnąć głębią nieznaną nam, zwykłym śmiertelnikom ;) 

Klikam bibliotekę.

Sporo uwag Finkli z pierwszego komentarza jest trafnych. Co prawda brak wyjaśnienia apokalipsy mi nie przeszkadza, to nie powieść, ale faktycznie, bohaterowie są zbyt mało wiarygodni. Inżynier rozgarnięty, ale z liczbami ma problem, Łucja, niby córka – nie córka, ale przede wszystkim główny bohater. Filozofuje… oż, już myślałem, że porzucę czytanie już na początku. Świat, w którym ciężko jest przeżyć, jedzą codziennie konserwy, kryją się na noc, a on:

Idziemy przez ruiny miasta. Jest zdecydowanie zbyt cicho, tylko wieczorny wiatr poszeptuje, wślizgując się przez dziury w dachach i ścianach. Zdewastowane domy z wybitymi oknami i rozszabrowanymi witrynami sklepowymi przypominają mnie, o twarzy pobrużdżonej głębokimi zmarszczkami. Czerwień zachodzącego słońca niezdarnie stara się je przypudrować.

Albo:

Z wiekiem przyszły zmęczenie i niechęć. Ta wyprawa to ostatnia szansa, by odkryć przeszłość mojego dziadka. Zwiedziłem ruiny wzdłuż i wszerz, ale moje zdrowie gaśnie. I choć jestem tak stary, jak on w czasie wybuchu wojny, to zrywam się po raz kolejny, w ostatnim szabrze starego człowieka.

Prawie Mickiewicz przyszłości. I owszem, same zdania podobają mi się, pięknie to brzmi, tylko nie bardzo w tym opowiadaniu. Poza tym, staruszek wydaje się mieć szerokie horyzonty, a jednocześnie nie wie, czy dojechałby lokomotywą na Arktykę. Tak więc, portrety psychologiczne bohaterów trochę leżą.

Dalej, jak to STN, liczby, matematyka, ech… Nie wiem, czy chciałbyś dotrzeć kiedyś do szerszego odbiorcy, ale matematyką w beletrystyce to raczej do niezbyt szerokiego.

Ale to na tyle marudzenia, bo ogólnie opowiadanie podobało mi się. Umiesz pisać i trochę żałuję, że chodzisz w zbyt mocno naukowo trendach. To naprawdę jest dobrze napisane. Świat przedstawiony całkiem obrazowo, szczegółowo, co prawda czasem jeździ jakaś winda, pewnie elektryczna, na prąd, właśnie… Ale odpuszczam Ci. ;) Mózgi w słojach bardzo dobre, w ogóle historia fajnie się rozkręca. Myślicielski finał, solidny, z wydźwiękiem. W sumie to najlepsze Twoje opowiadanie, jakie czytałem.

Pozdrawiam.

 

@kam

Napięcie musiało opaść, żeby ustąpić miejsca mózgowni. Znaczy się – trzeba było porzucić tajemnicę i zacząć odkrywać karty. Możliwe, że mógłbym zrobić to inaczej, ale w którymś momencie zmęczyłem się już tekstem. Odleżakowałbym go – ale w codzienności zabrakłoby mi czasu, by do niego wrócić.

 

Przyznam się, że jednego określenia w tekście sam nie do końca rozumiem i cały czas się boję, że ktoś je odkryje i przyłapie mnie na gorącym uczynku. :D

Tym językiem nie oszukasz mnie – jak to Darcon napisał, mickiewiczowatość (nie pasuje do tego opowiadania). Za łatwo w nią popadam, przesadzam i tonę w przesadnych tonach, myśleniu dla myslenia. Ale stosowanie inwersji mam wrodzone, nie umiem inaczej. :<

Dzięki za klika!

 

@Darcon

No, tak patrzę na Dziadka z perspektywy czasu i opinii, to zgodnie z Tobą widzę w nim romantyka. Typa tożsamego tym naszym wieszczom, od których uciekałem na lekcjach polskiego.

Dalej, jak to STN, liczby, matematyka, ech… Nie wiem, czy chciałbyś dotrzeć kiedyś do szerszego odbiorcy, ale matematyką w beletrystyce to raczej do niezbyt szerokiego.

Komplement!

Piszę najcześciej o tym, co mnie w danej chwili "kręci". Zauważyłem, że powtórne przeiterowanie pomysłami w głowie, pozwala je w niej poukładać i lepiej zapamiętać. Czyli – zarażę się jakimś (lub czyimś) konceptem i układam wokół tego historię. Win-win. Bo: uczę się tego, no i mogę się wyżyć przez pisanie. ;)

Tekst ten i tak uważam za lekki – na betaliście wisi jeszcze "cięższy”. Po jego wstępnym ukończeniu odsunąłem się na miesiąc od pisania, bo czułem się przez niego wyjałowiony (na szczeście przeszło).

 co prawda czasem jeździ jakaś winda, pewnie elektryczna, na prąd, właśnie…

 Ej, nawet nie pomyślałem o zejściu szybem, po linach. W sensie – dopiero teraz. Aż mi wstyd. Mea cupla. :<

 

na prąd, właśnie…

Na początku, przy kreacji piwnic, opierałem się na “The Glow” z Fallouta. :P

 

No i dzięki za cierpliwość! Tak już sobie zainteresowania ułożyłem – wchodzę (zawodowo) w sieci neuronowe i uczenie maszynowe, kiedyś chciałbym zagłębić się w głębooooką jak ocean dziedzinę kognitywistyki. Może kiedyś jakaś AI (jak cierpliwości wystarczy). Po prostu nie umiem – to, czego się uczę, znajduje ujście w tekstach. Nie zmienia to faktu, że uwielbiam dramaty (czyli – emocje) i każda teoria naukowa powinna zostać podlana solidnym sosem obyczajówki. ;)

Nie wiem, czy chciałbyś dotrzeć kiedyś do szerszego odbiorcy, ale matematyką w beletrystyce to raczej do niezbyt szerokiego.

To zależy, jak się to napisze. Crichton w “Parku Jurajskim” chyba trochę przemycił.

Babska logika rządzi!

U mnie to jak u japońskiego inżyniera. Jako-Tako. ¯\_(ツ)_/¯

A ja myślałam, że to był piłkarz – Kiwa Jako-Tako. ;-)

Babska logika rządzi!

Aaaaaa… to stąd kłująca w tył głowy myśl, że to szło inaczej. :D

Możliwe, że mógłbym zrobić to inaczej, ale w którymś momencie zmęczyłem się już tekstem.

A wiesz, że to szło wyczuć? Przynajmniej ja to czułam.

A może po prostu i ja się zmęczyłam ;)

 

Przyznam się, że jednego określenia w tekście sam nie do końca rozumiem i cały czas się boję, że ktoś je odkryje i przyłapie mnie na gorącym uczynku. :D

Oho!

Ale nie chodzi o absolut? :PP

 

Tym językiem nie oszukasz mnie – jak to Darcon napisał, mickiewiczowatość (nie pasuje do tego opowiadania). Za łatwo w nią popadam, przesadzam i tonę w przesadnych tonach, myśleniu dla myslenia.

Są gusta i guściki. Mnie się te filozoficzne akapity bardzo podobały. Fajnie urozmaiciły dość typowe postapo (właśnie przez to, że pozornie nie pasowały do gatunku) i całkiem możliwe, że gdyby ich nie było, porzuciłabym lekturę gdzieś między czwartym a piątym wspomnieniem :)

Kieliszek Absolutu nikomu jeszcze nie zaszkodził. ;)

Zdecydowanie nie – chodzi o jedno z zagadnień matematycznych.

 

Mądrość ludowa mówi, że wszystkim nie dogodzisz. Póki co, to jestem zadowolony z efektu, jaki tekst wywiera. ;)

Kieliszek Absolutu nikomu jeszcze nie zaszkodził. ;)

A być może nawet pomógł w pojmowaniu… zagadnień matematycznych ;)

 

Ciekawa jestem w takim razie bardzo o jakie pojęcie chodzi. Będę tu wracać i sprawdzać, czy ktoś je wytropił – choć skoro nawet Tarnina tego nie wyłapała, to chyba jesteś bezpieczny :D

Jeśli nikt, to przyznam się po konkursie (zdążę do tego czasu wszystko doczytać). ;)

Tekst mi się podobał, chyba do tej pory najlepszy z konkursowych jakie przeczytałem. Nie zrozumiałem za bardzo o co i dlaczego kłócili się bohaterowie, ani ich reakcji, ale czytałem szybko i mogłem coś pominąć. Przyczepię się na siłę do jednego zdania:

 

A lewą opiera się o starą, pordzewiałą kulę dla starych lub ruchowo upośledzonych osób.

 

Jak ktoś jest stary i nie jest ruchowo upośledzony to nie potrzebuje laski.

 

Trochę też nie ogarniam motywów jakimi się kierował główny bohater oddając się pod opiekę maszynom. Myśl, że zaraz utną mu głowę i straci całe swoje wspomnienia i osobowość jakoś go nie ruszała. Zresztą skąd te maszyny miały wspomnienia i rozumy osób, które żyły przed erą komputerów i nośników pamięci? Chyba naprawdę niezbyt uważnie przeczytałem.

Dzięki za wizytę. Piszę w podróży, więc dziś skupie się na drugiej części komentarza – Dziadek został zmuszony do tego siłą. Pijany, później unieruchomiony i otumaniony przez podane mu dożylnie leki, nie ma już wyjścia. Nie zgadza się – odpływa, pijany i naćpany. Wspomnienia – biografie, nagrania, taśmy. Głowy są wypełnione ich kopiami – tak zniekształconymi, jak ich źródła. Głowy "emulują" umysły naukowców. ;)

Przede mną rozciąga się kwadratowa sala, w całości wyłożona płytkami pokrytymi kolejnymi cyframi od jedynki w górę.

Cyframi czy liczbami?

dowód na stare matematyczne twierdzenie o miejscach zerowych funkcji dzeta znowu przepadł!

Dowód na twierdzenie czy dowód twierdzenia? Może sprzątaczka chciała zagarnąć nagrodę za rozpykanie hipotezy Riemanna dla siebie. ;)

A no i ta kwadratura mi zgrzyta.

Ogólnie to spodobało mi się. Zwłaszcza mnóstwo smaczków, nawiązań i aluzji do matematyki i historii matematyki. A jak wiadomo, matematyka jest epicka. Ciekawy pomysł i taki retroklimat.

Fabularnie już gorzej, to znaczy miałem wrażenie rozwodnienia i przegadania historii. Zwłaszcza na początku, gdy rozmawiali i rozmawiali i nie wiedziałem jeszcze, do czego to wszystko zmierza.

Ale tak to na plus.

A gęś – to prawdziwa nagroda zaczerpnięta z historii o wspomnianej grupie matematyków. Zaoferował ją kiedyś Steinhaus (i o ile się orientuję, to nikt i nigdy jego zadania nie rozwiązał).

Per Enflo je rozwiązał w latach siedemdziesiątych i faktycznie dostał gęś od Mazura:

https://en.wikipedia.org/wiki/Per_Enflo#/media/File:MazurGes.jpg

 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Myślę, że sprzątaczka uznała to za pijackie gryzdoły przerośniętych dzieciaków. ;)

Nie umiem odnieść się do zarzutu o przegadaniu – pewnie wychodzi tu subiektywność i “mojsze” upodobania. Chodziło mi o takie postapo, które zapomina o uciekaniu przed mutantami/bandytami/gangusami/wstaw_cokolwiek_innego_i_paskudnego, a skupia się na osobistej wyprawie głównego bohatera. To jest legenda o nim, nie o strzelaninach i wybuchach, w których uczestniczył. 

A co do początku – nigdy nie umiałem zaczynać. Zawsze mam w głowie finał… Tak, piszę od końca. ;)

Dzięki za odwiedziny i uwagi, szczególnie o gęsi, o której nie wiedziałem (aż dziwne, bo czytałem dość bogatą w szczegóły biografię matematyków)! Na szczęście dałem tag historii altenatywnej.

Świetne opowiadanie. Bardzo pogmatwane i skomplikowane. Ale poza matematycznym bełkotem jest naprawdę ciekawe i przystępne. Motyw zbiorowego umysłu i stania się legendą bardzo mi się spodobał i został świetnie wykorzystany.

Tekst został zacnie napisany i czyta się go naprawdę przyjemnie. Poza fragmentami o liczbach pierwszych i tego typu rzeczach było wciągająco. Przepraszam, ale matematyka to nie moje klimaty ;)

Do bohaterów też nie zamierzam się przyczepiać. Narrator opowiadał historię w przekonujący sposób. 

Masz szanse na konkursie.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Dzięki za odwiedziny. Nie ukrywam, że wszywając w tekst matematykę ryzykowałem świadomie. Uwielbiam zbaczać w stronę hard sci-fi, choć na to prawdziwe nie jestem jeszcze wystarczająco odważny (za mało wiem i umiem). Ale i próbowałem zrobić moje pisanie bardziej przystępnym (od poprzedniego opublikowanego opka), zatem cieszę się bardzo, że coś z tej pokręconej wizji w Ciebie wcisnąłem (co ciekawe, to pod ostatnim opkiem widzę swój komentarz, że zobaczymy się przy następnym – dokładnie tym). ;)

Poprzednie też było trudne, ale chyba zbyt negatywnie się o nim wypowiedziałem, ponieważ cały czas coś jeszcze pamiętam (i to pozytywnie).

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Nigdy nie miałem czytelnika z wyrzutami sumienia. W sumie osobliwe (i zabawne) uczucie. ;)

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina ;) Po prostu pozytywnie wspominam, ale może moje zarzuty były słuszne. Skoro pamiętam jeszcze, że takie opowiadanie było, to znaczy, że uwagę przykuło :)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Akurat to kij się przydał, szczególnie ten przypominający o hermetyczności tekstów – bez sensu jest pisać dla samego siebie.

Niezły klimat. Godny pochwały mix postapo-atom-diesel-punk. Oczywiście Polacy muszą być ważni. Nic bez nas. :)

Zboczenie zawodowe historyka. O ile drobiazgi na temat świata łuskałem z pasją, to kawałki matematycznie przebiegłem bez cienia emocji. Nie znam się, nie będę się kompromitował próbując docenić kunszt rozważań i motywów bohaterów. Powiem więcej – zmęczyli mnie. Sorry. :)

Sprawnie napisane, ale nie wszystkie dialogi kupuję. Trochę za dużo erudycyjnych popisów w wykonaniu bohaterów.

Ogólnie, klikałbym!

I jeszcze jedna sprawa, bo nie doczytałem (albo nie zrozumiałem). Stanisławowcy stworzyli bombę atomową, ale mieliśmy taki potencjał aby ją wyprodukować?

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

O, zadwolony klient, to miód na moje serce. Z gadatliwości i erudycji bohaterów się nie wyleczę, lubię tak pisać – wpadać w rozważania i ich kolejne implikacje. 

A co do bomby – nie tworzyłem tła aż tak głębokiego, uznajmy zatem, że stworzyli (konkurencyjnie do Jankesów), ale wpadli w dalsze – już czysto matematyczne – rozważania. Ja zabawiłem się hipotezą Riemanna i jej powiązaniem z faktycznym wykorzystaniem liczb pierwszych.

Napiszę ogólnikami (z przyczajki, w pracy): mózgownia zauważyła, że nietrywialne miejsca zerowe funkcji dzeta bezpośrednio wiążą się z funkcją rozkładu poziomów energetycznych jąder atomowych cięzkich pierwiastków, tutaj uranu. Zatem – potwierdzając hipotezę można założyć, że człowiek będzie w stanie bardzo szybko przewidywać kolejne liczby pierwsze, a to już kładzie na łopatki choćby i kryptografię, w tym algorytm RSA oraz generowane pary kluczy (prywatny-publiczny). Gdyby mózgownia rozwiązała problem przed wojną, wówczas czerwoni byliby w stanie bez najmniejszego problemu łamać dowolne szyfry – takie złamanie Enigmy, ale w skali… atomowej. ;)

Przyłączę się do zadowolonej grupy, którą wciągnął klimat opowieści. Duży plus. Świat alternatywny, do tego akcja dzieje się w postapokaliptycznej przyszłości. Ciekawy zabieg, skierowany do wyrobionego czytelnika s-f. I za to drugi plus. Kolejna rzecz to uczucie, jakie towarzyszy podczas lektury. Jest dziwnie, inaczej, świat przedstawiony niepokoi, straszy i wydaje się naprawdę obcy mimo licznych nawiązań i powiązań z naszą rzeczywistością (jak zrozumiałem, rozłam historii miał miejsce gdzieś przed wybuchem II wojny światowej). Plus następny za tę inność i niepokój.

Na plus także wplecenie matematyki, jej "magicznych" zagadek, które dla takiego laika matematycznego jak ja są fascynujące i niepojęte do końca. Podobnie jak zawiłości fabuły Twojego opowiadania. Ale tym razem to nie problem autora tylko wyzwanie dla czytelnika.

Czuć w tekście również pewną nostalgię, smutek, kurz, pożółkłe kartki i swoiste stylistyczne i jęzkowe retro. Nie tylko poprzez falloutowe-stemapunkowe zabarwienie, ale także przez nutkę klasyki – mózgownia przypomniała mi komiks z pradawnego magazynu ALFA (chyba była to "Głowa profesora Dowella" na podstawie opowiadania Aleksandra Bielajewa).

OPowidania napisane sprawnie i konkretnie, warsztatowo na poziomie, chociaż jak widziałem i Tarnina i Reg miały sporo uwag (moje uwagi poniżej). Ogólnie mocny tekst, zagmatwany, ambitny, wymagający dla odbiorcy. Nominuję do piórka, bo należy takie ambitne opowiadania doceniać i lansować na portalu :)

A legenda? Szczerze powiem, że legendy w legendzie niewiele. Niby jest, ale tak mimochodem jakby. Ale Naz będzie pewnie zadowolona. Interpretacja motywu przewodniego konkursu jest przecież niemal dowolna w dotychczasowych tekstach.

 

Sięgam do kieszonki w niebiesko-szarych roboczych ogrodniczkach. Zetlała tkanina rozpada mi się pod palcami. Sięgam więc ku kieszonce wszytej do niebiesko-szarych ogrodniczek roboczych. Fragmenty włókien drą się pod mymi palcami.

 

Jakieś dziwne powtórzenie.

 

Przyśpieszam ich... – a nie lepiej ponaglam?

 

– Co wszystko to ma znaczyć? – pytam Markina. – A nie lepiej: Co to wszystko ma znaczyć?

 

Lodowe bogactwa Arktyki – brzmi jej tytuł. – Tytuł nie w cudzysłowie?

 

Ta zaczyna poruszać ustami, coś mówi.

– Szefie, jeśli nowo wyprowadzony wzór okaże się tym razem prawidłowy, to być może uda nam się stworzyć model matematyczny, którym opracujemy zestaw błyskawicznych estymat kolejnych liczb pierwszych. Chłopaki w mózgowni naprawdę dają radę! Poza Ulamem, którego trzeba będzie niedługo naprawić, oficjalnie proszę więc o dodatkową głowę do myślenia.

Pudełko zamiera.

– I chciałem was przeprosić. Oboje. Choć szczególnie to Łucję. Nie umiem jeszcze nad sobą panować, przepraszam.

 

Gada pudełko, a potem bohater, ale czytelnik się gubi, bo tego nie zaznaczyłeś.

 

Trudno jest przyznać się do rezygnacji. – Trudno jest się przyznać do rezygnacji?

 

Hugon śmieje się, wyraźniemoim rozumowaniem uradowany. – Brak pauzy.

 

– Prawda jest taka, że żyliśmy przed wojną. Dużo, dużo wcześniej niż ta, przez którą cierpisz. Historia nam ich nie szczędziła, bowiem dla mnie ta była trzecią.

 

Chyba: "Dużo, dużo wcześniejszą niż ta…"

Po przeczytaniu spalić monitor.

Oczywiście Polacy muszą być ważni. Nic bez nas. :)

W końcu to o nas. ;) 

A tak serio, to jestem przesycony wszędobylskimi wtrętami pochodzącymi z angielskiego. Wystarczy mi, że na codzień słucham ponglishu w korpo IT. My nie gęsi, ani nie papugi – bawmy się własnym językiem.

 

@Maras

Dzięki za nominację. Na pochwały nie odpowiem, tylko pójdę się w nich wykąpać. ;)

 

(jak zrozumiałem, rozłam historii miał miejsce gdzieś przed wybuchem II wojny światowej)

Dokładnie, gdzieś w dwudziestoleciu międzywojennym (”gdzieś”, bo nie byłem aż tak skrupulatny w przekopywaniu się przez daty i wydarzenia podczas przygotowań do pisania).

 

Podobnie jak zawiłości fabuły Twojego opowiadania. Ale tym razem to nie problem autora tylko wyzwanie dla czytelnika.

Tutaj faktycznie odpuściłem. Ale na becie mam opko, które NoWhere nazwał “surrealistycznym bigosem”. Nie do końca wiem, co z nim teraz zrobić – wymęczył mnie niemiłosiernie i musi odleżeć (więcej nauki niż pisania w nim miałem). :D

 

Co do legendy, to myślę, że ile par oczy, tyle spojrzeń. Konotacja tego słowa jest tak konkretna, jak jednocześnie rozległa – każdy dojrzy w nim to, co zechce. Ja wyszedłem z założenia, że legendą jest zbiór wspomnień i opowieści, czyli tych skrawków wiedzy przekazywanych wiele, wiele lat po śmierci jej bohatera. Wspominek zdeformowanych i poprawianych za każdym razem, kiedy wypowiadanych i wcześniej przetworzonych przez różne mózgi, bo każdy dodaje coś od siebie, przeinaczając przekaz na swoją modłę. 

Zacytuję tutaj fragment swojego opka:

Dlatego proponujemy wspólną wycieczkę, która poprowadzi nas drogą tych samych przeżyć, w nadziei, że u jej kresu – w ciemnych odmętach wspomnień – doświadczymy tych samych albo wystarczająco podobnych przemian.

Ile głów, tyle wersji legendy. ;)

 

Kilka wskazanych błędów już nie istnieje. Dzięki Edytko.

 

Lodowe bogactwa Arktyki – brzmi jej tytuł. – Tytuł nie w cudzysłowie?

Zastrzel mnie, nie wiem.

 

Inwersja to już moja sprawka, tak po prostu składam myśli. Nie będę poprawiać. :P

Wypadałoby jakoś tytuł wyróżnić. Są różne opcje: cudzysłów, kursywa… To pierwsze najpopularniejsze.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za podpowiedź – dałem kursywą. Cudzysłów mi się nie podoba.

Napisane na tyle sprawnie, że nie potykałem się zanadto. Momentami może nieco zbyt przefilozofowane – na przykład zapowiadasz cowieczorną przypowiastkę dla córki, a walisz taką przemową, że aż musiałem przystanąć i ogarnąć, czy na pewno zrozumiałem, co właściwie zostało powiedziane. Jeśli dziewczynka w mig łapie takie teksty na dobranoc, to musi być naprawdę niezłym mózgowcem.

Poza warsztatem jednak to opowiadanie było dla mnie niestety drogą przez mękę. Raz że postapo, za którym nie przepadam, bo tak wiele zostało już w tym temacie powiedziane. I wydaje mi się, że nie udało Ci się dodać nić nowego i świeżego – grasz na sprawdzonych motywach; to z pewnością ma swoich zwolenników, dla mnie to jednak ciut mało. Dwa, postaciom idzie trochę za łatwo, gdy pojawia się wątek tajemnicy matematyków, gdzieś w połowie, byłem już zmęczony klasycznym postapo, bo bohaterowie eksplorują i eksplorują, wszystko im się udaje. Czuć z tym opisie taką trochę chłopięcą żyłkę pasjonata i znowu – takie pisanie ma swoich fanów, ale nie we mnie. Trzy, gdzieś mi się zgubiły motywacje postaci, to o co oni idą do kawiarni, czego szukają. Przewinąłem i na samiutkim początku jest dosłownie napomknięte o odkrywaniu przeszłości dziadka, jednak jak dla mnie to za mało, gdyż w pewnym momencie historia zaczęła mi się ocierać o zapis sesji RPG (nota bene rozgrywałem całkiem podobną niedawno, może to dlatego). Sami bohaterowie natomiast mają ładnie nakreślone pomiędzy sobą relacje, wszystko to buduje klimat, tylko coś za łatwo główny bohater decyduje się porzucić córkę w poszukiwaniu nie wiadomo w sumie czego. Coś tam później jeszcze za nią stęka raz czy dwa, no ale mało wiarygodnie to wypada.

I cztery – opowiadanie zdaje się być markowane wątkami matematycznymi, ale coś kiepscy ci matematycy mi się wydają. Dużo tu trudnych fraz i określeń, a wygląda to tylko jak szczodrze posypana warstwa pudru, nie istotny fabularnie element. Kupę czasu zajęło postaciom odgadnięcie, że mają do czynienia z liczbami pierwszymi. Nawet ja, matematyczne zero, które pół liceum miało z tego fascynującego przedmiotu tróję, połapałem o co chodzi i nie spodziewałem się, że narracja będzie tak długo próbować robić z tego taką tajemnicę, bo to trochę jakby pisać, że coś lśniło na niebie, a za 20k znaków obwieścić, że to było słońce. Trochę rozczarowanie.

Dzięki za poświęcony czas, Jasny. Wydaje mi się, że ja napisałem o A, Ty zaś zrozumiałeś (albo chciałeś) B. Nie zgodzę się – i będę bronił do końca – liczb pierwszych. To nie one były tajemnicą, a mózgownia za nimi ukryta. I to nie Dziadek, ani jego towarzysze, nie byli matematykami – to jest świat po wojnie, tam nie ma szkół i lekcji. Nie mogłem (i nie chciałem) pokusić się o większą komplikację warstwy naukowej tekstu, bo i tak jest już (wydaje mi się) na granicy zdolności do przetrawienia przez dużą część czytelników – hipoteza Riemanna i implikacje związane z jej ewentualnym udowodnieniem nie są już tak oczywiste, a na pewno nie tak w życiu codziennym ciekawe, by podać ja czytelnikowi – niezainteresowanemu matematyką i fizyką – w inny sposób, niż tło w opowiadaniu. Chciałem, byś jako czytelnik wsiadł że mną w samochód i wybrał się na wycieczkę przez liczby pierwsze i ich powiązanie z fizyką (budowa piętra?), następnie poznać hipotezę Riemanna, poznać nasze zapomnianie legendy matematyki, a na końcu poznał koncept mózgowni (na podstawie eksperymentów Siergieja, właściciela kawiarnii w opku – wygogluj jego nazwisko ;)). Ostatecznie – towarzyszyć dziadkowi przy jego śmierci. Martwi mnie to, że o żadnym z tych wątków nie wspomniałeś. Gdzieś się rozjechaliśmy w tej podróży.

Postapo jest tutaj tłem. Ważnym, ale nie sednem opowieści. Nie chciałem udziwniać, bo napisałem tekst o eksploracji i odkrywaniu tajemnicy z przeszłości. Mięsem jest tutaj koncept mózgowni, to jak wysysa z dziadka wspomnienia. Być może podróżnicy mieli szczęście i poszło im gładko, ale co ja poradzę, że biegające wszędzie mutanty i grupy bandytów są po prostu nudne.

Wobec reszty zarzutów – w pewnej części się z nimi zgadzam, ale jak już mówiłem, tak właśnie chciałem to opowiadanie napisać. Wspomnienia, starość, przemijanie i śmierć – ciężko tu nie filozofować. :)

Myślę, że rozjechaliśmy się na samych założeniach, naszych gustach. To żadna tragedia. Spróbujemy innym razem.

Przykro mi, ale zmęczyłem się tym tekstem. 

Nie wiem, na ile to zasługa łapanek, jednak co do stylu nie mam zastrzeżeń. Widziałem, że Tarnina napisała Ci, że jest słabo pod względem językowym. No w tej chwili nie jest, przeciwnie. Odpowiadał mi szyk zdań, odpowiednie używanie słów. Pod względem warsztatu bardzo elegancko. 

Tylko że język i styl powinny służyć historii. A to opowiadanie jest po prostu – oczywiście moim zdaniem – za długie. Mam wrażenie, że wielu początkujących autorów wpada w pułapkę budowania klimatu. Prowadzi to do nadmiaru opisów, które robią się po pewnym czasie zwyczajnie nudne. Cała sztuka polega na tym, by klimat budować oszczędnie, za pomocą celnych zdań, porównań, elementów, które najlepiej oddziałują na wyobraźnię czytelnika. Więcej nie znaczy lepiej. Chodzi przecież o to, żeby trafić w czuły punkt czytelnika. I wiadomo, każdy ma inny czuły punkt, ale jako określona grupa czytelnicza mamy jednak coś wspólnego. Poza tym klimat, który tu kreowałeś nie jest niczym nowym. Moim zdaniem nie ma więc sensu budować scenerii od zera, lepiej przypominać: dać parę postapokaliptycznych rekwizytów, a umysł czytelnika uzupełni luki na podstawie poprzednich doświadczeń z postapokalipsą. 

Nie podoba mi się też kompozycja fabuły. Wspomnienie drugie jest nieproporcjonalnie krótkie; trzecie z kolei zajmuje chyba z połowę opowiadania – albo sprawiło wrażenie tak dłużącego się. Nie widzę też jakiejś wyraźnej odrębności między tymi wspomnieniami. No i koniec końców nie wiem, czym jest owa teoria sześciu wspomnień. 

Treść wydała mi się zbyt ciężkostrawna. Jak dla mnie za dużo filozowania, ale co kto lubi. 

Na plus wplecenie postaci matematyków. Matematyka jest spoko, pod warunkiem, że na poziomie, na którym większości z nas urwał się jej kontakt – czyli na poziomie liceum ;D

Fabuła przeszła obok mnie. Nie poczułem emocji, nie związałem się z bohaterami, nie odniosłem wrażenia, że to historia o ludziach. A ja wolę historię o ludziach. Powyższa zaś wydaje mi się napisana głównie po to, by przedstawić jakieś koncepcje. Sorry, idee są dla ludzi, nie ludzie dla idei. 

Innymi słowy: raczej nie jestem targetem dla takich opowiadań. Na pewno nie dla tak długich. 

Zaraz przykro, bez przesady.

Dzięki za wyczerpująca opinię, szczególnie te fragmenty o fabule i kompozycji tekstu – przemyslę je (i fragmenty komentarza MrB) i spróbuję coś jeszcze dla siebie wyłuskać.

 

Na plus wplecenie postaci matematyków. Matematyka jest spoko, pod warunkiem, że na poziomie, na którym większości z nas urwał się jej kontakt – czyli na poziomie liceum ;D

O ile kiedyś postanowisze znów się z nimi spotkać, to mogę polecić “Genialnych” Mariusza Urbanka. Nie przepadam za biografiami, tak ta pozycja wydała mi się zdecydowanie strawna i sycąca.

 

Nie zgodzę się jednak z jednym:

Sorry, idee są dla ludzi, nie ludzie dla idei. 

Duże “nope”. Zdecydowane nie – dla fantastyki naukowej. Sci-fi jest dla idei, nie dla bohaterów (tutaj schodzą na dalszy plan). Wyrosłem na książkach ze złotego wieku tegoż gatunku, gdzie założeniem jest (i dla mnie zawsze będzie) wzięcie na warsztat wybranego konceptu naukowego, pożarcie i przetrawienie go, użycie go w wymyslonym świecie i wrzuceniu w niego bohaterów. Poźniej sprawdzenie jak im się żyje. Fantastyka naukowa ma sięgać w przyszłość, sprawdzać i spróbować przestawić możliwe implikacje oraz wpływy kolejnych technik i wynalazków na pojedynczego człowieka i całego społeczeństwo. 

Dlatego: sci-fi (szczególnie wersja cięższa) to najczęściej pisanie o ideach, nie o ludziach. Być może jest szansa na znalezienie złotego środka pomiędzy nimi, ale to już jest droga, którą piszący musi podążyć sam i spróbować ją odkryć. Młody jestem – nadal liczę na odrobinę szczęścia. ;)

No to teraz duże “nope” z mojej strony. I już w oderwaniu od Twojego opowiadaniu, tak czysto teoretycznie. 

(To znaczy w pewien sposób Cię rozumiem, ale chcę pokazać swój punkt widzenia).

Jeśli od literatury oderwie się element ludzki, nie będzie to proza, lecz publicystyka. Historie, które interesują czytelników beletrystyki, odnoszą się do ludzi, nawet jeśli ludzi pozornie tam nie ma, bo są np. roboty, zwierzęta czy choćby pozostałości po człowieku (jak bodajże w którymś opowiadaniu Bradbury’ego). 

Oczywiście mówimy tutaj o przypadku skrajnym, a w rzeczywistości sprawa rozbija się o proporcję między ideą a pierwiastkiem ludzkim. A dla każdego coś dobrego: jedni lubią hard SF, drudzy harlekiny, trzeci XIX-wieczne rosyjskie powieści. I tak dalej.

Osobiście lubię przede wszystkim historie o ludziach – i nie ma tutaj znaczenia, czy dzieją się w kosmosie, Kambodży czy Sosnowcu. I mój punkt widzenia wygląda tak: jeśli autor ma jakąś interesującą koncepcję/ideę, niech napisze esej albo artykuł naukowy. Jeśli jednak chce uatrakcyjnić tę swoją koncepcję i ma artystyczne ambicje, niech napisze historię, która przekona mnie, że te jego idee mogłyby mieć znaczenie dla mnie jako człowieka. Bo jako człowiek interesuję się tym, co sprawia wrażenie, że mnie dotyczy.

Kluczowa fraza: “sprawia wrażenie”. Bo prawdopodobnie wszystko nas jakoś dotyczy. Przykład z moje działki: limfocyty nie obchodzą przeciętnego Kowalskiego, dopóki jego dziecko nie zachoruje na białaczkę. Możliwe, że nie ma czegoś takiego jak niepotrzebna albo nieistotna idea. 

Uważam, że zadaniem autora jest zainteresować. A dobrym sposobem na zainteresowanie, jest sprawienie, by czytelnik się z czymś utożsamił.

Mówisz, że wychowałeś się na fantastyce, w której liczyły się idee, a człowiek był na dalszym planie. Czytałem takie książki. I moim zdaniem to nie było tak, że ich autorzy celowo sprawiali, by książka była “trudna” i mało emocjonująca. Może po prostu nie potrafili inaczej albo im się nie chciało. Naśladowanie tego jest jak kręcenie filmów z kiczowatymi, przestarzałymi efektami specjalnymi – fajne, dopóki utrzymuje styl retro, ale niestety bazujące przede wszystkim na sentymencie. 

 

Zanim ktoś mnie zje, powtórzę, że to tylko mój punkt widzenia. 

Zgadzam się z Funem. Można mieć sentyment do wczesnej literatury SF, ale jak już pisałem kilka razy, język komunikacji się zmienia, język, którym trafia się do czytelnika. To raz, a dwa: dla mnie też w beletrystyce liczy się przede wszystkim człowiek. :)

I moje też w oderwaniu od Twojego opowiadania. :)

Nie jadam osób tej samej płci. ;)

Kluczowa fraza: “sprawia wrażenie”. Bo prawdopodobnie wszystko nas jakoś dotyczy. Przykład z moje działki: limfocyty nie obchodzą przeciętnego Kowalskiego, dopóki jego dziecko nie zachoruje na białaczkę. Możliwe, że nie ma czegoś takiego jak niepotrzebna albo nieistotna idea. 

Nie sposób mi się z Tobą nie zgodzić. Ba, poszedłem nawet na kompromis i starałem się wpleść więcej elementów obyczajowych, więc tych ludzkich, ponad zabawę z konceptami naukowymi. Ledwie ślizgnąłem się po właściwościach liczb pierwszych, przedstawionej hipotezie, próbując otworzyć się na szerszą grupę czytelników. Nie mówię, że mam zamiar robić tak zawsze, na dysku mam dwa inne teksty, które są ciężkie i hermetyczne – ale pracuję w nich teraz nad “czynnikiem ludzkim”. Zauważam, że ludzie uczą się i pojmują emocjami – a te krzesać w nich jest już ciężko (a moim zadaniem jest się tego nauczyć).

Bardzo doceniam te rady i opinię, ale mam wrażenie, że zostaje jeszcze jedno – subiektywna podatność na ekspozycję od danego autora. Bo może i piszę czytelnie (tj. nie odbiłes się od samych zdań), ale sposób wyrażania myśli zdaje się być dla Ciebie obcy, niestrawny, albo po prostu nieatrakcyjny. Uważam tak, bo:

Uważam, że zadaniem autora jest zainteresować. A dobrym sposobem na zainteresowanie, jest sprawienie, by czytelnik się z czymś utożsamił.

Próbowałem – wcisnąłem nawet Dziadka i jego córkę (technicznie to wychowanicę), starając się pokazać, jak realia postapo, a później schron (i ukryta w nim mózgownia), te relacje – rodzinne – rozrywają. Nie udało mi się Ciebie do tego przekonać – nie wiem czemu, muszę to przemyśleć i wyciągnąć wnioski.

 

Mówisz, że wychowałeś się na fantastyce, w której liczyły się idee, a człowiek był na dalszym planie. Czytałem takie książki. I moim zdaniem to nie było tak, że ich autorzy celowo sprawiali, by książka była “trudna” i mało emocjonująca. Może po prostu nie potrafili inaczej albo im się nie chciało. Naśladowanie tego jest jak kręcenie filmów z kiczowatymi, przestarzałymi efektami specjalnymi – fajne, dopóki utrzymuje styl retro, ale niestety bazujące przede wszystkim na sentymencie. 

Nie czytaj Egana ani Wattsa. :D

Nie uważam tego za sentyment (choć tego rodzaju książek bardzo mi brakuje). Zmieniły się czasy (tamte opowieści wspierały realia wyścigu zbrojeń i związany z nim boom naukowy – na przykład wymyślenie tranzyzstora, rozwój techniki rakietowej itd.). Z czasem zmienili się też odbiorcy, zmieniła się nasza kultura, zmienił się sposób, jakim karmimy nasze zmysły. Być może używać chcę przestarzałych narzędzi.

 

ED: Właśnie Darcon mi to potwiedziłeś. ;)

ED2: Przypomnieliście mi, że mam Was obu teksty sci-fi na liście do przeczytania. Muszę je przeżuć w najbliższym czasie – póki ta dyskusja mi w głowie siedzi. ;)

Próbowałem – wcisnąłem nawet Dziadka i jego córkę (technicznie to wychowanicę), starając się pokazać, jak realia postapo, a później schron (i ukryta w nim mózgownia), te relacje – rodzinne – rozrywają. Nie udało mi się Ciebie do tego przekonać – nie wiem czemu, muszę to przemyśleć i wyciągnąć wnioski.

A wiesz, że wieku Dziadka nie czułem? Były gdzieś jakieś wzmianki o bolących stawach, zadyszce, niestrawności? A to powinno być tym bardziej widoczne, że w postapokaliptycznych realiach trudno o leki łagodzące dolegliwości. Gdybyś o tym wspomniał, trafiłbyś w jakieś moje punkty: po pierwsze pomyślałbym o własnych dziadkach i ich problemach zdrowotnych, a po drugie kwestie medyczne, nawet liźnięte pobieżnie, zawsze mnie zainteresują ;)

Literatura jest pewnego rodzaju zwierciadłem. W opisanych relacjach międzyludzkich chciałbym widzieć odbicie własnych. Przerysowane, zatarte, wyolbrzymione – jakiekolwiek. Od razu wtedy bym się ożywił, tak jak człowiek ożywia się na dźwięk własnego imienia. 

Nie czytaj Egana ani Wattsa. :D

Kiedyś muszę spróbować, z nadzieją, że do każdej reguły istnieje wyjątek. 

Przypomnieliście mi, że mam Was obu teksty sci-fi na liście do przeczytania. Muszę je przeżuć w najbliższym czasie – póki ta dyskusja mi w głowie siedzi. ;)

Zapraszam w wolnej chwili. Myślę, że moje “sci-fi” – którego niektórzy by pewnie tak nie nazwali – jest właśnie dobrym odzwierciedleniem tego, o czym pisałem. Nauki tam mało, może nawet zero, za to jest pewna sytuacja, w obliczu której postanowiłem pokazać bohaterów. 

Gdybyś o tym wspomniał, trafiłbyś w jakieś moje punkty: po pierwsze pomyślałbym o własnych dziadkach i ich problemach zdrowotnych,

Im dłużej na tekst patrzę, to też dostrzegam w postaciach aktorów – wydmuszki, której grają swoje role, ale czegoś im brakuje. Chyba tej przyziemności. Smrodów codzienności.

 

a po drugie kwestie medyczne, nawet liźnięte pobieżnie, zawsze mnie zainteresują ;)

Akurat dla mnie medycyna, a więc lekarstwa, to inna wersja cukierków, które czasem trzeba połknąć. Albo długie i enigmatycznie brzmiące nazwy związków chemicznych. Ciężko mi z tym pracować. :D

 

Kiedyś muszę spróbować, z nadzieją, że do każdej reguły istnieje wyjątek.

To weź Wattsa. Egan pisze naprawde ciekawe rzeczy… ale za bardzo przypomina to masturbację umysłu autora matematyką. W razie czego, to ostrzegałem. ;)

Będę szczery – to moje drugie podejście do Twojego opowiadania. Pierwszy raz rzuciłem się nań tuż po opublikowaniu, gdy zobaczyłem, że to będzie o Banachu et consortes. I bardzo szybko odbiłem się od pierwszego rozdziału. Teraz wróciłem, wiedziony raczej lożańskim obowiązkiem. I muszę powiedzieć, że jest znacznie lepiej niż obawiałem się po pierwszym podejściu, ale też nie tak dobrze jak sobie obiecywałem przed nim ;)

Hermetyczny masz ten styl, żeby nie powiedzieć suchy. I to właśnie najbardziej w tych emocjonalnych rozważaniach. Na początku kupuje mnie pierwsze zdanie – “Umarł człowiek, nie żyje świat” (inna sprawa, że nie widzę jego znaczenia dla całości opowieści), ale zaraz odrzuca mnie kolejny akapit. Nie wiem jak innych, ale mnie nie kupisz takim przelewaniem z pustego w próżne. Ja potrzebuję obrazka. Wyrafinowanego, niepokojącego ale obrazka. Na przykład Luxtorpedy. Albo tego inżyniera żegnającego się nad konserwą. A zanim do nich doszedłem już byłem zagubiony i znudzony.

Dalej jest lepiej. Cenię sobie klimat na równi z logiką, dlatego nie potrzebuję sobie rozrysowywać linii czasowych i nie rozbieram całości na czynniki pierwsze jak Finkla. Mimo to, kilka niespójności drażni – np. tłumaczenie, że ocean to duże jezioro komuś kto wie, co to Arktyka. Spirala Ulmana ciekawa, ale już wykorzystanie jej jako ścieżki zdrowia dla bohatera trąci Danem Brownem. Wizja głów w słojach połączonych w jeden superumysł cudownie oldskulowa! Końcówka z powrotem do krainy dzieciństwa też ładna.

To czego najbardziej w tekście nie kupuję, to relacje międzyludzkie. Zgadzam się z Funem, że muszą być, bo są najważniejsze, ale w tym opowiadaniu najzwyczajniej ich nie rozumiem. Nie wiem, co się tam wyczynia między narratorem, jego przybraną córką i inżynierem, o co chodzi w tych fochach, ucieczkach i omdlewaniach. Paradoksalnie, ten element zamiast uczłowieczać opowiadanie, czyni je dla mnie właśnie bardziej hermetycznym.

Gdybym miał coś radzić od siebie, jako od potencjalnego czytelnika – spróbuj uprościć, lepiej zdefiniować, i tą drogą wzmocnić relacje między ludzkimi bohaterami. Bo na świat maszyn masz już swój patent, który zaczynam lubić.

Czas na komentarz piórkowy.

Od strony klimatu, pomysłu, matematyki – nie mam się do czego przyczepić. Jest okej, fajnie się czytało.

Problemem są teraz dla mnie postacie. Dwójka towarzyszy ma z lekka niezdefiniowane stosunki między sobą. Czy się lubią, czy wprost nienawidzą – są pewne wzmianki sugerujące obie opcje i nie wiem, co do końca z nimi zrobić.

Jednak gorzej jest z bohaterem, z którego często wychodzi gaduła. I to trochę taka przegadana, co to zapytany o jakąś rzecz koniecznie musi dodać historyjkę. No, do końca nie wiem, co o tym sądzić. Wolę ludzi praktycznych, takich widzę po apokalipsie.

Jaki więc werdykt? Elementy klimatyczne i technologiczne stoją na wysokim poziomie. Polubiłem je. Natomiast bohaterowie ciągną w dół – dość mocno. Po rozważeniu obu rzeczy jestem jednak na NIE. Było blisko, ale jeszcze nie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Spirala Ulmana ciekawa, ale już wykorzystanie jej jako ścieżki zdrowia dla bohatera trąci Danem Brownem.

 

ಠ_ಠ

 

Gdybym miał coś radzić od siebie, jako od potencjalnego czytelnika – spróbuj uprościć, lepiej zdefiniować, i tą drogą wzmocnić relacje między ludzkimi bohaterami.Gdybym miał coś radzić od siebie, jako od potencjalnego czytelnika – spróbuj uprościć, lepiej zdefiniować, i tą drogą wzmocnić relacje między ludzkimi bohaterami.Gdybym miał coś radzić od siebie, jako od potencjalnego czytelnika – spróbuj uprościć, lepiej zdefiniować, i tą drogą wzmocnić relacje między ludzkimi bohaterami.

Dzięki chopaki za komentarze (teraz już lożowej czwórce), z dwóch ostatnich wyciągnę:

 

Gdybym miał coś radzić od siebie, jako od potencjalnego czytelnika – spróbuj uprościć, lepiej zdefiniować, i tą drogą wzmocnić relacje między ludzkimi bohaterami.

Problemem są teraz dla mnie postacie. Dwójka towarzyszy ma z lekka niezdefiniowane stosunki między sobą. Czy się lubią, czy wprost nienawidzą – są pewne wzmianki sugerujące obie opcje i nie wiem, co do końca z nimi zrobić.

Przyjmuję. Idę, bo mam pomysł na dalsze opka, musze jednak przetrawić wszystkie opinie. Jeszcze raz – dzięki, bo komentarze daliście mięsiste, jest co przeżuwać.

Już idziesz, przez Króla na zamku nie szło się przebić, a to czytało się całkiem dobrze.

Chodzi o to, że mam dwa tekst gotowe – jeden wisi na becie i zbieram się do jego przepisania, drugi – możliwie odczlowieczony (takie zalożenie, przez treść i narratora), więc jeszcze losu tego drugiego pewien nie jestem.

Komentarze dały mi do zrozumienia głównie to, że piszę “obok” postaci, patrząc na nie z boku, nie z ich perspektywy. I to jest dla mnie główny wniosek, który wyciągnąłem.

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Odnoszę wrażenie, że tu był naprawdę fajny pomysł, ale nie potrafiłeś go porządnie zaprezentować. Początek historii, z noclegiem w lokomotywie i koniec, ze spinaniem mózgów wydają się pochodzić z różnych bajek. Chyba chciałeś pokazać i relacje wewnątrz małej grupy, i idee starych genialnych matematyków. W rezultacie nic nie pokazałeś wystarczająco dokładnie. Jakby co, to ja bym wolała tych matematyków z mózgami. Obyczajówka jest nudna. ;-)

Szwy pomiędzy poszczególnymi częściami wyglądają na toporne. Jeszcze trochę treningu w posługiwaniu się tą atramentową igłą…

No i ta nieszczęsna kwadratura dalej straszy…

Babska logika rządzi!

Stnie, Staruch Ci już zwrócił uwagę na magnetofon szpulowy, a Ty nic. Wypadałoby to jednak poprawić. Taki zgrzyt w pierwszym zdaniu… 

 

Przyznaję, że trochę mnie tekst zmęczył. Przegadaniem (opowieści Dziadka), zagadkami matematycznymi i innymi (np. wciąż działające zamki elektroniczne, drony itp., gdy reszta opisu świata sugeruje coś przeciwnego). Nie łapię “inżyniera” Markina. To był w końcu tym inżynierem, czy nie? Sama umiejętność czytania nie robi z człowieka inżyniera (chyba że to jakaś specyfika znaczenia tego słowa w Twoim świecie – ale tego z tekstu nie odczytałam). Tak samo Łucja. Zgodnie ze słowami Dziadka jest inteligentna, umie liczyć (cokolwiek by to miało znaczyć), ale ja tego nie widzę. Nie pokazujesz dziewczyny takiej.

W każdym razie pogubiłam się nieco w tym świecie. 

Do tego poczułam pewien dysonans po słowach:

Umarł człowiek, nie żyje świat.

Wraz z jego śmiercią zabrakło nam podstawy dla codziennych wartościowań – ale na czymś stanąć musimy. Więc sami budujemy nową rzeczywistość, wybierając taki, a nie inny zawód, taką, a nie inną biografię. 

Sugerują one, że nie ma już wcale ludzi, że zostały samowystarczalne maszyny, może jakaś SI. A zaraz potem idzie przez zgliszcza świata trójka ludzkich, żywych wędrowców. Może to miała być jakaś metafora, ale do mnie ona nie trafiła. 

Mam takie samo odczucie jak Finkla – że nie do końca wykorzystałeś możliwości własnego pomysłu, że gdzieś coś się rozjechało i pogubiło.

 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Stnie, Staruch Ci już zwrócił uwagę na magnetofon szpulowy, a Ty nic. Wypadałoby to jednak poprawić. Taki zgrzyt w pierwszym zdaniu… 

Będzie, brakuje mi jednak ostatnio czasu. Masz to jednak obiecane, bo (za cytatem Finkli):

 

Odnoszę wrażenie, że tu był naprawdę fajny pomysł, ale nie potrafiłeś go porządnie zaprezentować. Początek historii, z noclegiem w lokomotywie i koniec, ze spinaniem mózgów wydają się pochodzić z różnych bajek.

 

Mam zamiar wziąć opko kiedyś na warsztat i rozbić je, przepisać i złożyć na nowo. Cała zgraja komentarzy, która mnie tu spotkała, pokazała mi palcem co i jak poprawić.

Zarzut początku i końca – tu stanę oporem. Bo i taki miał być. Być może uda mi się to lepiej przedstawić w innej (przyszłej) wersji tekstu.

 

Dziękuję Wam obu za kolejne opinie!

Ok, trzymam za słowo ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

„Po chwili przytwierdzona metrowym kablem do urządzenia żarówka[-,] błyska bladym światłem.”

 

„Sięgam do kieszonki w niebiesko-szarych roboczych ogrodniczkach. Zetlała tkanina rozpada mi się pod palcami. Sięgam więc ku kieszonce wszytej do niebiesko-szarych ogrodniczek roboczych.”

Czy czasem zdania pierwsze i trzecie tego fragmentu nie są hm, tym samym? ;)

 

„– Mój dziadek był podobny do ciebie. – Próbuję podtrzymać rozmowę. – Próbując poznać cały świat.”

 

„– Tak naprawdę, to wszyscy gówno mamy.

– Głupoty gadasz. Do wzięcia jest wszystko.”

 

„Leżąca pomiędzy wzgórzem i rynkiem[-,] kawiarnia przetrwała wojenną zawieruchę…”

„Chowam kajet do kieszenie kurtki.” – Literówka: kieszeni

 

„…wchodzimy na klatkę schodową, która wydaje się mieć kilka kondygnacji…” – To mocno niefortunne sformułowanie. Klatka schodowa nie ma kondygnacji, to budynek je ma.

 

„Wszystko jest tu tak doskonale zachowane! Farba nadal świeża, jakby nałożona ledwie wczoraj. Ani pyłka kurzu, ani ziarnka piasku, tylko czysty, biały korytarz. Znalazłeś to. Stary świat, czysty i technicznie doskonały.”

 

„Ani podnieceni, ani zdziwieni podbiegamy. On sam szczerzy się jak dziecko: Musicie pamiętać – mówi podniecony i wskazuje pod nasze buty.”

Co to za dialog, co to nie zaczyna się a) od półpauzy, b) od nowego wiersza?

 

„I żyjemy z tym symbolem całe życie, kojarząc [+go] z pożerającym nas promieniowaniem.”

 

„Kręcimy się w promieniu kilku metrów, próbując znaleźć cokolwiek użytecznego. Jednak poza kilkoma pustymi (z punktu widzenia szabrowników) pokojami…”

 

„Znajduję lezącą na ziemi kulkę, podnoszę ją i rozwijam…” – leżącą

 

„Mój biedny, blady anioł płacze nad dziesiątkami zdjęć, które udało jej się zebrać.” – Nie gra to anioł – jej

 

„To tylko wspomnienia. Krotochwile, których nigdy nie uda nam się poczuć.: – Nie rozumiem, co tu robi słowo „krotochwile”. Moim zdaniem jest użyte nieprawidłowo.

 

„Opieram głowę na ramieniu dziewczyny i podnoszę wzrok, zatrzymuję go na czuwającej nad nami głowie.”

 

„W końcu materiał pęka i z torby wypadają wszystkie fanty. Chłopak odrzuca go, chwyta leżącą na podłodze książkę…” – Chłopak odrzuca nie go, tylko ją – torbę

 

„Odwraca się w stronę ciemnego korytarza, rzuca zdawkowe “kurwa” i znika w ciemności.”

 

„Córka podnosi głowę i spogląda mi prosto w oczy. Widać, że jest zagubiona. Jej oczy zaczerwienione…”

 

„Spoglądam [+to] na Łucję, to na Markina. Nie wiem, co odpowiedzieć.”

 

:– Jedenaście[-.]Uuprzedza mnie inżynier.”

 

„Ale na pewno związki chemiczne [-– ]produkowane przez jedną głowę są (jak w odbiciu lustra) wytwarzane we wszystkich innych.”

 

„Emocje wyzwalane w dowolnym wierzchołku myślni, płyną kaskadą przez pozostałe…” – Wtrącenie powinno być albo wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale.

 

„Pomimo tego, że zasłaniając się alkoholem[-,] okazałem się być najzwyklejszym tchórzem.”

 

„Kiedy staję po drugiej stronie, na twardym betonie, [-to ]zielona kombinacja nad drzwiami gaśnie, a drzwi rozsuwają się bezszelestnie.”

 

„Drzwi wpółotwarte, chwytam więc za klamkę i dociągam jedne skrzydło do ściany.” – jedno skrzydło

 

„Padam na ziemię, wyczerpany i najwyraźniej pijany. Gdzieś w tle, głęboko w ziemi, słyszę cichy pomruk.”

 

„– No w końcu! Poczekaj chwilę[+!] – woła uradowany Hugon.”

 

„– Prawda jest taka, że żyliśmy przed wojną. Dużo, dużo wcześniej niż ta, przez którą cierpisz.” – Trochę niegramatycznie. Ew. „dużo wcześniej niż przed tą” (bo odnosimy się do wolny).

 

„Stefan już na głowę dostawał od podwójnych wspomnień!” – Nie rozumiem tego zdania.

 

„Chce tylko zasnąć, zamknąć oczy i w końcu odpocząć.” – Chcę

 

„Odcięta i zamknięta w specjalnym słoju głowa wyjeżdża z kriokomory. Mechaniczne ramię montuje je w wolnym gnieździe, a świecąca pod nim i przypisana mu dioda, zmienia kolor z czerwonego na zielony.” – Je? Nim? Powinniśmy tu się odnosić do słoja albo do głowy, a tu jakiś miks wyszedł.

 

„Z jakiegoś powodu jest mi bardzo zimno, pomimo[-,] że na zewnątrz jest piękna i zielona wiosna.”

 

„– Bo[-,] widzisz, Staszku[+… lub ostatecznie .] – Stefan przemawia radosnym i nieco podniosłym tonem.”

 

 

Przyznam, że czytałam Twój tekst z pewnym trudem i na raty, nie płynął mi. Nie znam się szczególnie na matematyce, ale to nawet mi zbytnio nie przeszkadzało, udało Ci się stworzyć pewien specyficzny klimat – natomiast jakoś trudno mi było śledzić losy trójki bohaterów, którzy wydali mi się bardzo dziwni, niezbyt wiarygodnie przedstawieni. Jak to ujęła Śniąca – opisujesz ich jakimiś cechami, w sensie używasz konkretnych słów, ale po zachowaniu bohaterów i w dialogach tych cech nie widać. Też nie wiem czemu np. Markin jest niby “inżynierem” albo gdzie jest ta bystrość Łucji. Czegoś zabrakło na podstawowym poziomie relacji między bohaterami, a to bardzo ważna rzecz w każdym tekście. Tu bohaterowie się po prostu nie bronią i to jest mój główny zarzut, dlaczego tekst nie czyta się za dobrze.

Niemniej widać, że w pisaniu jako takim robisz postępy. Pisz więc i ćwicz dalej. Powodzenia ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

I jak tu komentować tekst merytorycznie? Nie dość, że lista komentarzy długa, to jeszcze po opiniach loży ;) 

Tekst mi się podobał. Najbardziej wstawki matematyczne, bo taka mam naturę, że im mniejsze mam do czegoś predyspozycje, tym bardziej mnie to fascynuje. Uważam też, że zastosowanie czasu teraźniejszego w narracji było mądrym posunięciem i nadało opowieści dynamizmu, ale… jednak dynamizmu pozornego, bo moim zdaniem tekst był przegadany. W niektórych miejscach miałam też wrażenie, że dialogi nie brzmią naturalnie – przynajmniej w moich uszach. Mimo to czytało mi się bardzo dobrze i lekturę zaliczam do udanych. No i świetny miałeś pomysł.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Nowa Fantastyka