- Opowiadanie: Cloudstorms - Ubrana w ciemność

Ubrana w ciemność

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ubrana w ciemność

Chase jechała rowerem z przyczepionym fotelkiem rowerowym, na którym spoczywały zakupy. Nic wielkiego, jedynie bułka, papryka, jabłko na przekąskę i serek wiejski. W bawełnianej torbie na zakupy brakowało tylko przysmaków Maggie, jej ulubionych chrupków Cheesy Crisps i soczku jabłkowego.

Na myśl o Maggie, oczy Chase zaszły łzami. Obraz powoli zaczął się rozmywać, a ona sama zaczęła nerwowo machać kierownicą roweru.

Wpadła na kamienny kosz na śmieci przy przystanku autobusowym. Jej zakupy rozsypały się po ziemi, podczas gdy ona słuchała śmiechu grupki nastolatków, którzy naśmiewali się z jej wypadku. Znając życie pewnie któryś z nich zdążył to nagrać i ona sama stanie się anonimową bohaterką filmiku w sieci.

Podniosła się i otrzepała. Zaczęła powoli zbierać z chodnika paprykę i zamknięty serek wiejski. Wodziła wzrokiem próbując znaleźć jabłko, które potoczyło się gdzieś dalej. W końcu zauważyła je pod nogami wysokiego mężczyzny. Miał na sobie czarny nieskazitelny garnitur, białą koszulę i czarny cienki krawat. Oczy przypominały dwa węgielki, podczas gdy jego włosy były białe i połączone z krótko przystrzyżoną, siwą brodą.

– Bardzo przepraszam, czy mógłby mi pan podać to… – Chase na moment zapomniała nazwy owocu. Zobaczyła oczami wyobraźni jak jej malutka Maggie ściska w rączkach soczek jabłkowy i siorbie samą jego końcówkę. Usłyszała przez moment jej radosny śmiech i poczuła gulę w gardle. – … jabłuszko. To znaczy jabłko.

Mężczyzna spojrzał zaciekawiony na nią i nieznacznie się uśmiechnął. Podniósł z ziemi jabłko. Dopiero teraz Chase zauważyła, że mężczyzna ma na dłoniach białe rękawiczki. Równie nieskazitelne jak jego garnitur.

Robiąc niespełna dwa kroki, mężczyzna znalazł się przy stojącej i niezwykle skrępowanej Chase. Wyciągnął w jej stronę jabłko. Wzięła je od niego mrucząc pod nosem “dziękuję”. Dopiero teraz zauważyła, że owoc ma obicie z jednej strony. Westchnęła ciężko i przejechała po nim końcówką rękawa swetra, który miała na sobie.

Obicie, jeszcze przed chwilą ziejące brązowym siniakiem na jabłku, zniknęło. Chase szybko obróciła je w dłoniach i postukała dla pewności z kilku stron. Owoc wyglądał jednak na nietknięty, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy wybierała go w sklepie.

Z przystanku znowu rozległy się śmiechy. Chase odwróciła się i zobaczyła jak grupa nastolatków naśladuje ją stukając we własne niewidzialne jabłka. Jeden z nich, oczywiście, nagrywał ją telefonem komórkowym.

– Niech was diabli wezmą, gówniarze! – krzyknęła i wróciła do roweru. Jeszcze raz obejrzała się w celu odnalezienia tajemniczego mężczyzny, który podał jej owoc. Nie mogła go jednak nigdzie dostrzec.

Ruszyła dalej rowerem, zmierzając w stronę swojego bloku.

Jak zawsze, gdy wracała do domu w ostatnich tygodniach, zaraz po wejściu do mieszkania, włączyła kanał informacyjny i ruszyła do kuchni wypakować zakupy. Nie znosiła być sama, a dodając do tego wydarzenia sprzed miesiąca i przeraźliwą ciszę w domu, musiała jakoś zagłuszyć swoje myśli, które czaiły się w mroku czekając tylko na sposobność zaatakowania jej niezaprzątnietego niczym umysłu. Wiedziała lepiej i nie miała zamiaru pogrążać się w tym jeszcze bardziej.

 

– Pogoda dziś nas nie rozpieszcza, ale już jutro, drodzy państwo, zza chmur wyjdzie Słońce… – pogodynka w paśmie pogodowym świergotała radosnym głosem z przyklejonym sztucznie uśmiechem.

– A ja jestem taka radosna, bo zrobiłam swojemu szefowi loda i teraz jestem na wizji – zaświergotała ironicznie w odpowiedzi Chase krojąc bułkę na pół.

Z telewizora przez chwilę nie słychać było żadnych dźwięków. Po chwili pogodynka zaniosła się płaczem.

– Przepraszam, ja… Nie zasłużyłam żeby tu być. Jestem zwykłą szmatą – radosna przed chwilą pogodynka płakała, podczas gdy za jej plecami sztuczne krople deszczu padały na Londyn. Szybko jednak one i prowadząca zostały zastąpione blokiem reklamowym.

Chase stała przez chwilę patrząc otępiale z kuchni na ekran telewizora. Po chwili zobaczyła jak obok przebiega Maggie trzymając w ręku pluszowego misia.

Chase otrząsnęła się i skupiła na rozsmarowywaniu sera na kanapkach. Po wszystkim położyła jeszcze kawałek natki pietruszki na białych wzniesieniach i ruszyła w stronę kanapy.

– Mamy wiadomość z ostatniej chwili. Na przystanku autobusowym przy Shepherd’s Bus doszło do tragicznego wypadku, w wyniku którego zginęło pięciu nastolatków. Z relacji świadków wynika, że czekali na autobus, którego kierowca stracił panowanie nad kierownicą… – słowa zaczęły zmywać się z ciszą dla Chase, gdy zauważyła z przerażeniem, że ktoś siedzi na jej fotelu.

Odłożyła drżącą ręką talerz z kanapkami na ladzie kuchni. Na fotelu, obok kanapy, odwrócony do niej bokiem, siedział mężczyzna, który podał jej jabłko na ulicy.

– Ja… Znaczy, co pan, do cholery robi w moim mieszkaniu? – pierwotny strach Chase zaczął być powoli wypierany przez rosnącą w niej złość.

Mężczyzna odwrócił się. Chase miała wrażenie jakby jego nieruchoma twarz na chwilę błysnęła czaszką. Mgnienie oka później znów na swoim miejscu znajdowała się mleczna broda i ciemne oczy. Chase instynktownie zaczęła cofać się w stronę stojaka z nożami. Nie wiedziała w końcu z jakim świrem ma do czynienia.

Mężczyzna obserwował ją z zaciekawieniem, które zdradzały jego oczy. Twarz pozostawała nieruchoma, gdy wskazał otwartą dłonią kanapę nie odrywając wzroku od Chase.

Poczuła przez długość uderzenia własnego serca potworny ścisk w klatce piersiowej połączony z tęsknotą za Maggie i znów złapała się na tym, że walczy o haust powietrza. Coś, co zdarzało jej się w ostatnim czasie niezwykle często.

Posłusznie ruszyła w stronę kanapy, walcząc z wewnętrznym uczuciem i wciąż przyglądając się przybyszowi. Gdy usiadła, ukłonił się lekko i przymknął oczy na znak ich niewypowiedzianego porozumienia.

– … prosimy wszystkich świadków wypadku o kontakt pod numerem… – telewizor wciąż grał, chociaż obraz powoli zaczął się rozciągać wzdłuż i wszerz, a dźwięk trzeszczeć. Po kilku długich jak wieczność sekundach, sprzęt samoistnie się wyłączył z lekkim pyknięciem naelektryzowanego powietrza.

Chase rzuciła okiem na telewizor, a później znów na tajemniczego przybysza. Trzymał teraz w dłoniach jej talerz z kanapkami. Podał go jej przechylając lekko głowę, jak pies, który stara się zrozumieć co do niego mówi jego właściciel.

Przyjęła go i uśmiechnęła się niemrawo. Zachodziła za głowę czy sama mu go podała czy nie zostawiła wcześniej na ladzie kuchni. Pokręciła jednak głową do samej siebie i postawiła na szklanym stoliku salonu.

Nieznajomy wciąż jej się przyglądał z zaciekawieniem. Po chwili, jak gdyby ocknięty jakimś cudownym przebłyskiem umysłu, wskazał drugą otwartą dłonią puste miejsce obok niej na kanapie. Chase odruchowo podążyła za jego gestem i zobaczyła tam jabłko. Zielone, świeże i błyszczące się w świetle dnia. Dokładnie to samo, które kupiła dziś w sklepie.

– Ach, dziękuję. Ja… Zapomniałam chyba wziąć je do kuchni po powrocie do domu – zakłopotana własnym brakiem gościnności poszła szybko do zlewu i obmyła owoc. Chwilę później złapała za najostrzejszy nóż i pocięła jabłka na równe części, które w mgnieniu oka pojawiły się na drobnym talerzyku.

Chase wróciła, trzymając w rękach talerz z jabłkami. Postawiła go, mniej więcej w równej odległości między sobą, a swoim gościem.

– Proszę się poczęstować, panie…

Mężczyzna lekko się uśmiechnął i pokręcił przecząco głową. Później znów otwartą dłonią w białej rękawiczce wskazał jej jabłka. Chase idąc za jego zachętą złapała za kawałek i ugryzła.

– Mamusiu, mamusiu, patrz jak jem jabłusko! – krzyknęła do niej Maggie spod drzwi balkonowych, przy których ułożyła swój zamek z poduszek.

– Mówi się jabłuszko, kwiatuszku – odpowiedziała jej Chase. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że mówi do pustej przestrzeni domu. Obok niej jednak wciąż siedział milczący i tajemniczy gość.

– Najmocniej przepraszam, ja… Po prostu, miałam ostatnio ciężki miesiąc – powiedziała, czerwieniąc się i chowając przed wzrokiem gościa.

Mężczyzna pokręcił lekko głową. W jego oczach widać było współczucie i zrozumienie.

Chase dokończyła resztkę kawałka jabłka i poczuła w ustach cierpki smak. Skrzywiła się lekko.

– Przepraszam, coś jest niedobrego z tym jabłkiem, zabiorę je i wezmę coś do picia. Napije się pan czegoś? – powiedziała idąc w stronę kuchni z talerzem.

Położyła naczynie na ladzie i zobaczyła jak z dwóch kawałków pokrojonego jabłka zieją czarne plamy. Nienaturalnie falowały i błyszczały jak rozświetlone niebo nocą. Chase ostrożnie dotknęła palcem jednej z nich i poczuła jak lepka ciecz przykleja się do jej palców.

– Obrzydliwość… – mruknęła do siebie idąc w stronę zlewu. Puściła wodę i zaczęła obmywać ręce.

Zajęło jej dobre kilkanaście sekund zauważenie, że z kranu w kuchni nie leci woda, a czarny strumień bliżej nieokreślonej cieczy spływa po jej rękach. Krzyknęła przerażona i złapała za ścierkę, wycierając w nią ręce.

 

– Mamo, wiem, że nie kupisz mi Coli, ale gdyby kiedyś płynęła z naszego kranu to pozwoliłabyś mi jej się napić? – zapytała słodkim głosem Maggie.

Chase odwróciła się słysząc głos córki. Szukała jej wzrokiem. Zamiast niej jednak znalazła, ponownie, nieproszonego gościa w salonie. Nie wiedziała czemu, ale nie przeszkadzał już jej tak jak na początku. Można powiedzieć, że przyzwyczaiła się do jego obecności, chociaż był tu od niedawna.

Wciąż lepiące się ręce przetarła mokrą chusteczką, którą trzymała w pierwszej szufladzie w kuchni. Wycieńczona psychicznie wróciła do salonu.

– Nie zgadnie pan, ale z mojego kranu zaczęła lecieć Cola! Wyobraża pan to sobie? – zapytała gościa siadając na kanapie. – Ale jestem zmęczona. Nie będzie panu przeszkadzało jak na chwilę się położę?

Tajemniczy gość znów pokręcił głową i wskazał dłonią na kanapę, jak gdyby próbował zachęcić ją do ułożenia się na niej wygodnie. Idąc za jego radą, wyciągnęła nogi i ułożyła poduszki pod głową.

Leżąc na plecach i oglądając sufit, poczuła, że do jej oczu znów napływają łzy.

– Mamo, mamo, podłoga to lawa i nie można jej dotknąć stopami! Szybko, kryj się na kanapie! – krzyczała Maggie wskakując na nią.

Chase poczochrała jej pieszczotliwie włosy na głowie. Po chwili przytuliła skuloną w kulkę Maggie i pocałowała w czoło.

– Tęsknię za tobą, mamusiu.

– Ja za tobą też, skarbie – odpowiedziała Chase i czuła jak po jej policzkach płyną łzy.

– Tu nie jest tak źle, wiesz?

– Naprawdę? A tutaj bez ciebie jest beznadziejnie i nic nie ma już sensu.

– A tutaj z kolei wszystko ma sens. Wczoraj byłyśmy nawet z babcią na placu zabaw i dała mi tyle słodyczy, ile byłam w stanie unieść!

– Przecież nie możesz jeść tylu słodyczy, Maggie! Zęby ci powypadają!

– Pan Samiel mówi, że nie wypadną i tak się tylko mówi żeby nie jeść za dużo.

– Jaki pan Samiel?

– Mamo, to nieładnie. Przecież pan Samiel siedzi obok ciebie.

Chase ocknęła się i otworzyła oczy. Rozejrzała się po pokoju. Na fotelu obok wciąż siedział wpatrzony w nią starszy mężczyzna w garniturze. Nie wiedziała czemu, ale jego widok dziwnie ją uspokoił.

– Dobra, panie… Samiel?

Mężczyzna przytaknął głową.

– No więc panie Samiel, czy powie mi pan wreszcie kim pan jest i czego ode mnie chce?

Mężczyzna przyglądał jej się jeszcze przez chwilę w skupieniu. W końcu westchnął bezgłośnie i wskazał dłonią drzwi wyjściowe. Chase przyglądała mu się podejrzliwie.

– Nie mam zamiaru wyjść z własnego mieszkania, kiedy pan wciąż tu jest.

Mężczyzna przytaknął głową i wstał, wygładzając garnitur. Chase pomyślała, że wcale nie musiał tego robić, z jakiegoś powodu ten facet nie nabawił się ani jednego skrzywienia na swoim nieskazitelnie czystym ubraniu.

Idąc do drzwi, Chase chwyciła jeszcze za stojące obok tenisówki. Wsunęła je szybko na nogi i otworzyła drzwi imitując ruch dłonią mężczyzny. Uśmiechnął się na ten widok i wyszedł, a ona poszła za nim.

W momencie zamykania drzwi, Chase zdała sobie sprawę, że nie stoi na korytarzu swojego bloku. Nie było tu klatki schodowej ani nawet sąsiednich mieszkań. Była jednak ciemna, bezkresna przestrzeń.

– Mamo, przyszłaś wreszcie! Czekałam na ciebie!

Chase stała jak oszołomiona. Popatrzyła na mężczyznę w czerni, którego ubranie zlewało się z otoczeniem. Widać było tylko, przypominającą trupią czaszkę, brodę i błyszczące w ciemności oczy. Później znów odwróciła się, będąc przekonana, że to kolejne z jej wspomnień z Maggie. Zamiast tego zobaczyła jednak własną córeczkę, zdrową, żywą i lekko poruszoną brakiem zainteresowania ze strony swojej mamy.

– Myślałam, że ucieszysz się widząc mnie – powiedziała Maggie naburmuszonym tonem.

– Kochanie, jestem przeszczęśliwa, że cię widzę – po policzkach Chase zaczęły płynąć łzy. – Chodź tu, mój mały skarbie. Och, jak się cieszę, że cię mam – przytuliła mocno córeczkę, która odwzajemniła uścisk i poczochrała jej włosy na głowie.

– Babcia też na ciebie czeka, ale… – Maggie zawahała się. Jej wzrok zawisł na stojącym w mroku mężczyźnie.

Chase odwróciła się w jego stronę. Na jego miejscu stał teraz kościotrup odziany w szatę. Z jego pleców wystawały wielkie i czarne jak noc skrzydła.

– Co jest…

Postać zachrzęściła wskazując otwartą dłonią na drzwi. Chwilę później w ruch poszła druga dłoń, która wskazywała na coś za plecami Chase. A raczej na kogoś, dłoń ewidentnie wskazywała jej córkę.

– To jakiś test? Wybór?

Postać stała bez ruchu. W końcu lekko zachrzęściła czaszką na znak zgody.

– Zostaję z Maggie – powiedziała Chase i złapała za rękę córki, bojąc się, że ta postać jako kolejna zabierze ją z jej życia.

 

Słychać było świst. Podmuch powietrza zmusił Chase do przymknięcia oczu. Gdy znów je otworzyła, była sama.

Obróciła się i zobaczyła drzwi, a przy nich coś złożonego na białym stoliku. Podeszła bliżej, by przyjrzeć się z bliska, wciąż jednak oglądała się na boki, by odnaleźć kościstą postać i Maggie.

Na białym stoliku znajdowała się czarna plisowana sukienka. Nad stołem coś jednak mignęło. Chase próbowała zobaczyć co to było, ale nie mogła tego dostrzec. Próbowała obejść też stół, ale okazało się, że trafiła prosto na niewidzialną ścianę, przypominającą w dotyku lustro. Pomimo prób, nie mogła przejść przez ani wokół niej.

Spojrzała raz jeszcze na sukienkę i zdjęła z siebie ubranie aż została tylko w bieliźnie. Później nałożyła ją na siebie. Nie wiedziała czemu, ale była pewna, że będzie na nią idealnie pasowała.

Materiał zaszeleścił delikatnie i zasyczał, gdy Chase poprawiła ramiączka. Zobaczyła też kątem oka, że pod stołem znajdują się pasujące perfekcyjnie do sukienki czarne buty z drobnymi białymi perłami. Założyła je myśląc ironicznie, że jest jak Kopciuszek z mrocznej bajki. Ciche syczenie znów zadźwięczało w jej uszach, gdy skończyła poprawiać wewnątrz obuwia ułożenie stóp.

Popatrzyła na białe drzwi po lewej stronie i usłyszała w nich lekkie kliknięcie, jakby ktoś otworzył je z drugiej strony kluczem. Znów też coś mignęło ponad stołem.

Podeszła bliżej stołu i odsunęła go na bok, podchodząc do niewidzialnej ściany.

W oddali zobaczyła jak Maggie machała do niej. Odmachała z powrotem i znów spróbowała przejść przez niewidzialną ścianę. Tak jak wcześniej, prócz chłodnego dotyku, poczuła jedynie opór.

Obok Maggie, zobaczyła wyłaniającą się z mroku drugą postać. Przypominała jej mężczyznę w garniturze, który podał jej dziś jabłko. Wyglądał teraz jednak inaczej, był uśmiechnięty i miał na sobie jeansy i sweter w swerek, z którego wychodziła błękitna koszula. Widząc ją, ukłonił się lekko i wciąż nie ukrywając uśmiechu, wskazał jej dłonią drzwi.

Chase, nie zastanawiając się dłużej, podeszła do nich i wyszła.

 

***

 

Franny siedziała na ławce w parku, rozkoszując się wiosenną pogodą. Dobrze jej robiły na stare, schorowane kości. Kiedyś przychodziła tutaj z mężem, ale od ostatnich kilku lat była już tylko ona, śpiew ptaków i okoliczne wiewiórki, które lubiła dokarmiać. Żałowała, że nie miała teraz przy sobie kilku orzeszków, którymi mogłaby się podzielić z tymi drobnymi stworzeniami.

Franny usłyszała lekki szelest i poczuła, jak ktoś siada po prawej stronie ławki, obok niej. Poprawiła odruchowo swoją spódnicę i berecik, a później spojrzała na prawo, by przyjrzeć się swojemu niechcianemu towarzystwu.

Obok niej siedziała szczupła, młoda kobieta o ciemnych włosach. Miała na sobie czarną, plisowaną sukienkę z butami w tym samym kolorze z drobnymi perłami tuż ponad palcami. Kości policzkowe nieznajomej mocno odstawały, co sprawiało wrażenie dla Franny, jakby zobaczyła trupią czaszkę. Ależ te kobiety dzisiaj fatalnie się odżywiają, że są takie kościste.

– Dzień dobry – powiedziała, zagadując do przybyszki, Franny. Pomimo tego, że wolałaby siedzieć tutaj sama, kultura wymagała, by zagaić rozmowę, choćby krótką o pogodzie na zewnątrz, która dziś była wyjątkowo piękna, w porównaniu z wczorajszym dniem.

Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie i wyciągnęła dłoń. Znajdowała się na niej drobna, papierowa torebka, z której uchylonego otworu widać było orzechy laskowe.

– Och, mogę? Chciałabym tylko nakarmić okoliczne wiewiórki – Franny spojrzała na swoją rozmówczynię.

Kobieta przytaknęła delikatnie głową i podsunęła bliżej orzechy.

Koniec

Komentarze

Jej zakupy rozsypały się po ziemi, podczas gdy ona słuchała śmiechu grupki nastolatków, którzy naśmiewali się z jej wypadku. – jedno jej  jest zbędne; zresztą nadużywasz zaimków, zwłaszcza dzierżawczych, w całym tekście – większość nadaje się do wyrzucenia. śmiechu naśmiewali  razem w jednym zdaniu nie brzmi za dobrze – jak powtórzenie.

Powtórzeń i tak masz sporo – np. gdy wspominasz o jabłku w scenie na przystanku, to masz to słowo prawie w każdym zdaniu. To nie brzmi dobrze. Popracuj nad synonimami.

 

Wodziła wzrokiem(+,) próbując znaleźć jabłko, które potoczyło się gdzieś dalej. – widzę, że brakuje Ci przecinków w przypadku imiesłowów – jak tutaj. 

 

Westchnęła ciężko i przejechała po nim końcówką rękawa swetra, który miała na sobie. – wytłuszczona część zdania jest zbędna. Czytelnik domyśli się, o jaki sweter chodzi, a tak zdanie nie brzmi za dobrze. 

 

zaraz po wejściu do mieszkania, włączyła kanał informacyjny – zbędny przecinek

 

Pogoda dziś nas nie rozpieszcza, ale już jutro, drodzy państwo, zza chmur wyjdzie Słońce… – pogodynka w paśmie pogodowym – dlaczego słońce wielką literą? Trzy razy pogoda w tak krótkim fragmencie (mimo że w różnych wersjach) to bardzo niefajne powtórzenie. 

Do tego niepoprawny zapis dialogów – zerknij to tych poradników

 

Chase miała wrażenie(+,) jakby jego nieruchoma twarz na chwilę błysnęła czaszką. – wiem, co chciałeś tu napisać, ale nie wygląda to zbyt zgrabnie. 

 

Przyjęła go i uśmiechnęła się niemrawo. – do czego/kogo odnosi się go? Bo ostatnim rzeczownikiem rodzaju męskiego przed tym zaimkiem jest właściciel.

 

Zachodziła za głowę(+,) czy sama mu go podała(+,) czy nie zostawiła wcześniej na ladzie kuchni. – zachodziła w głowę 

 

Napije się pan czegoś? – powiedziała(+,) idąc w stronę kuchni z talerzem. – raczej spytała/zapytała

 

Mamo, wiem, że nie kupisz mi Coli – cola małą literą (dalej gdzieś jeszcze raz się to pojawia)

 

Chase pomyślała, że wcale nie musiał tego robić, z jakiegoś powodu ten facet nie nabawił się ani jednego skrzywienia na swoim nieskazitelnie czystym ubraniu. – chyba raczej zagniecenia

 

Widać było tylko, przypominającą trupią czaszkę, brodę – przy tak skonstruowanym zdaniu nie łapię, o co tu chodzi – co przypominało trupią czaszkę? 

 

Spojrzała raz jeszcze na sukienkę i zdjęła z siebie ubranie aż została tylko w bieliźnie. Później nałożyła na siebie. – znów zgubiony podmiot. Przy takiej konstrukcji wychodzi na to, że później nałożyła na siebie bieliznę. 

 

Wyglądał teraz jednak inaczej, był uśmiechnięty i miał na sobie jeansy i sweter w swerek, z którego wychodziła błękitna koszula. Widząc , ukłonił się lekko i wciąż nie ukrywając uśmiechu, wskazał jej dłonią drzwi. – coś w sweterku Ci się pomieszało; w jaki sposób ze swetra wychodziła koszula? Chyba raczej miałeś na myśli, że spod swetra wystawała koszula. I po raz kolejny zgubiony podmiot – z automatu odnosi się do koszuli, ale chyba nie jej mężczyzna się kłaniał? 

 

Dobrze jej robiły na stare, schorowane kości. – co jej dobrze robiło? Zabrakło tu czegoś. 

 

Miała na sobie czarną, plisowaną sukienkę z butami w tym samym kolorze – jak wygląda sukienka z butami? 

 

Kości policzkowe nieznajomej mocno odstawały, co sprawiało wrażenie dla Franny, jakby zobaczyła trupią czaszkę. – wyjątkowo niezgrabne to zdanie. 

 

Ależ te kobiety dzisiaj fatalnie się odżywiają, że są takie kościste. – to brzmi jak myśl Franny, ale zapisane jest jak narracja, do której nie pasuje. 

 

 

Jest tu sporo usterek, część przytoczyłam powyżej – technicznie więc nie jest najlepiej, ale też nie ma moim zdaniem jakiejś tragedii. To wszystko jest do wypracowania. 

Co do pomysłu, to nawet ciekawy. Nie przypominam sobie, bym już gdzieś się natknęła na taką “sztafetową” śmierć. Niezłe. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja również przeczytałam tekst i w zasadzie zgadzam się ze Śniącą. Tekst technicznie mógłby być lepszy, ale sama historia mnie dość zaintrygowała. Wydaje mi się, że na razie jeszcze postaci (przede wszystkim dialogi) nie brzmią naturalnie, ale może to tylko moje wrażenie. Nie lubię tej uwagi, gdy sama ją dostaję, bo nigdy nie wiem, co to znaczy i jak to zmienić, ale niestety tutaj trudno mi się było powstrzymać od zrobienia jej… Niestety, nie potrafię podpowiedzieć, co poprawić, żeby wychodziło naturalniej, oprócz polecenia dalszej pracy nad warsztatem. Ogólnie tekst przyjemny. Z pogranicza horroru i opowieści nostalgicznej. 

Zasadniczo zgadzam się z przedpiśczyniami. Jest jakiś pomysł, chociaż nie lubię, kiedy literatura męczy mnie motywem skrzywdzonych dzieci. No, ale jako etap w tekście – rozumiem. Ładnie grasz symbolicznym jabłkiem.

Wykonanie mogło być lepsze, ale nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Całkiem zajmujące opowiadanie, ze specyficznym klimatem, ale nie jestem pewna, czy powodem śmierci Chase była tęsknota za córką? Czy Franny, przyjąwszy torebkę z orzechami, też umrze? A co z młodzieżą na przystanku – czy wypadek się zdarzył, bo Chase posłała ich do diabła?

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia wiele do życzenia.

 

Chase je­cha­ła ro­we­rem z przy­cze­pio­nym fo­tel­kiem ro­we­ro­wym… –> Powtórzenie. Literówka.

Czy do roweru mógł być przyczepiony inny fotelik?

 

jej ulu­bio­nych chrup­ków Che­esy Cri­sps i socz­ku jabł­ko­we­go. –> …jej ulu­bio­nych chrup­ków che­esy cri­sps i socz­ku jabł­ko­we­go.

Nazwy produktów zapisujemy małymi literami. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

Obraz po­wo­li za­czął się roz­my­wać, a ona sama za­czę­ła ner­wo­wo ma­chać kie­row­ni­cą ro­we­ru. –> W jaki sposób, jadąc, można machać kierownica roweru? Powtórzenie.

 

Miał na sobie czar­ny nie­ska­zi­tel­ny gar­ni­tur, białą ko­szu­lę i czar­ny cien­ki kra­wat. –> Raczej: …i czar­ny wąski kra­wat.

 

jego włosy były białe i po­łą­czo­ne z krót­ko przy­strzy­żo­ną, siwą brodą. –> W jaki sposób włosy były połączone z brodą?

 

Męż­czy­zna spoj­rzał za­cie­ka­wio­ny na nią i nie­znacz­nie się uśmiech­nął. Pod­niósł z ziemi jabł­ko. Do­pie­ro teraz Chase za­uwa­ży­ła, że męż­czy­zna ma na dło­niach białe rę­ka­wicz­ki. Rów­nie nie­ska­zi­tel­ne jak jego gar­ni­tur.

Ro­biąc nie­speł­na dwa kroki, męż­czy­zna zna­lazł się… –> Powtórzenia.

 

słowa za­czę­ły zmy­wać się z ciszą dla Chase… –> Co to znaczy, że dla Chase słowa zaczęły zmywać się z ciszą?

 

– … pro­si­my wszyst­kich świad­ków wy­pad­ku o kon­takt pod nu­me­rem… –> Zbędna spacja po pierwszym wielokropku.

 

Trzy­mał teraz w dło­niach jej ta­lerz z ka­nap­ka­mi. Podał go jej… –> Czy oba zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Po­krę­ci­ła jed­nak głową do samej sie­bie i po­sta­wi­ła na szkla­nym sto­li­ku sa­lo­nu. –> Jak można kręcić głową do siebie? Co to jest stolik salonu?

 

Po chwi­li, jak gdyby ock­nię­ty ja­kimś cu­dow­nym prze­bły­skiem umy­słu… –> Po chwi­li, jakby tk­nię­ty ja­kimś cu­dow­nym prze­bły­skiem umy­słu

 

Zie­lo­ne, świe­że i błysz­czą­ce się w świe­tle dnia. –> Zie­lo­ne, świe­że i błysz­czą­ce w świe­tle dnia.

 

Chwi­lę póź­niej zła­pa­ła za naj­ostrzej­szy nóż… –> Chwi­lę póź­niej zła­pa­ła naj­ostrzej­szy nóż

 

po­cię­ła jabł­ka na równe czę­ści, które w mgnie­niu oka po­ja­wi­ły się na drob­nym ta­le­rzy­ku. –> O ile pamiętam, jabłko było jedno, więc: …po­cię­ła jabł­ko na równe czę­ści, które w mgnie­niu oka po­ja­wi­ły się na małym ta­le­rzy­ku.

 

Chase idąc za jego za­chę­tą zła­pa­ła za ka­wa­łek i ugry­zła. –> Chase, idąc za jego za­chę­tą, zła­pa­ła ka­wa­łek i ugry­zła.

 

że mówi do pu­stej prze­strze­ni domu. –> …że mówi do pu­stej prze­strze­ni mieszkania/ pokoju

 

po­wie­dzia­ła idąc w stro­nę kuch­ni z ta­le­rzem. –> Co to znaczy, że kuchnia była z talerzem?

Proponuję: …po­wie­dzia­ła, idąc z talerzem w stro­nę kuch­ni.

 

Krzyk­nę­ła prze­ra­żo­na i zła­pa­ła za ścier­kę, wy­cie­ra­jąc w nią ręce. –> Czy to znaczy, że łapiąc ścierkę jednocześnie wycierała ręce?

Proponuję: Krzyk­nę­ła prze­ra­żo­na i zła­pa­wszy ścier­kę, wy­tarła nią ręce.

 

do uło­że­nia się na niej wy­god­nie. Idąc za jego radą, wy­cią­gnę­ła nogi i uło­ży­ła po­dusz­ki pod głową. –> Powtórzenie.

 

po­czu­ła, że do jej oczu znów na­pły­wa­ją łzy. –> Zbędny zaimek. Czy czułaby łzy napływające do cudzych oczu?

 

Chase po­czo­chra­ła jej piesz­czo­tli­wie włosy na gło­wie. –> Czy istniała możliwość, by poczochrała włosy córki w innym miejscu, nie na głowie?

 

Chase chwy­ci­ła jesz­cze za sto­ją­ce obok te­ni­sów­ki. –> …Chase chwy­ci­ła jesz­cze sto­ją­ce obok te­ni­sów­ki.

 

Po­de­szła bli­żej, by przyj­rzeć się z bli­ska… –> Brzmi to fatalnie.

 

póź­niej spoj­rza­ła na prawo, by przyj­rzeć się… –> Jak wyżej.

 

Znaj­do­wa­ła się na niej drob­na, pa­pie­ro­wa to­reb­ka… –> Znaj­do­wa­ła się na niej mała/ niewielka, pa­pie­ro­wa to­reb­ka… 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Same postaci nie są może oryginalne, ale ciekawy jest pomysł – łańcuszek śmierci, niczym ciągnąca się legenda miejska (coś w stylu – jeśli nie roześlesz do pięciu innych osób umrzesz – tak mi się skojarzyło). Natomiast wykonanie zabite śmiercią tragiczną. Potencjał jest :)

F.S

Miałem skojarzenie z horrorami klasy B, made by USA, takimi, co czasem lecą późno w nocy na dziwnych kanałach. Nie to żebym, nie lubił.

Jak już wspomniano – pomysł bardzo dobry, wykonanie mniej.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Przegapiłem Twój tekst, mimo, że mój dyżur to był :-) 

No i przyjdzie mi zgodzić się z innymi – wykonanie nie jest rewelacyjne, choć też nie fatalne. Tekst sprawia wrażenie, jakby był niedoszlifowany, postrzępiony na brzegach, czytając, co jakiś czas potykamy się o jakąś drobną niezręczność. Nie na tyle poważną, żeby rzecz od razu piętnować jako błąd, ale wystarczająco zauważalną, by wybijała z rytmu. Zwalam to na brak doświadczenia, bo z pewnością nie talentu :-) 

A pomysł fajny. W ogóle podoba mi się scena w mieszkaniu Chase. Gdy z minuty na minutę robi się coraz dziwnej i straszniej… 

W sumie, całkiem niezły tekst. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nowa Fantastyka