- Opowiadanie: belhaj - Przesłuchanie

Przesłuchanie

Opowiadanie zostało wyróżnione w Kafkowskim konkursie organizowanym przez Magazyn Histeria i ukazało się w lipcowym wydaniu tegoż magazynu:

http://magazynhisteria.pl/lipcowa-histeria-4/

Fantastyki trochę tu mało, jednak mam nadzieję, że klimat utrzymany w duchu prozy Franza Kafki przypadnie wam do gustu. 

Będę wdzięczny za każdą opinię. 

Ilustracja jest autorstwa Karoliny Stolarskiej.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Przesłuchanie

 

 

Sobota była ulubionym dniem pana K. Mógł wtedy odpocząć od pracy w biurze, która pochłaniała go w tygodniu i oddać się swoim pasjom. Wstał wraz z pierwszymi promieniami słońca, kiedy nocne piątkowe życie dopiero gasło. Wziął prysznic, ogolił się, a następnie udał do kuchni. Tam przygotował grzanki, pomidora, sadzone jajka oraz kawę. Otworzył okno i delektując się porannym, letnim powietrzem zjadł śniadanie.

Nasyciwszy się, pan K. przeszedł do pokoju, w którym miał pracownię. Kiedy znalazł się w środku, od razu poczuł gwałtowny przypływ radości. Zawsze kiedy podziwiał efekty swojej wieloletniej pracy, uśmiechał się i cieszył jak małe dziecko na widok ulubionej zabawki.

Pomieszczenie wypełniała kolekcja modeli okrętów. Z półek sterczały groźne, rzeźbione dzioby drakkarów oraz smukłe, wielowiosłowe galery i triery. Majestatycznie bieliły się żagle fregat, galeonów, pinas i slupów. Dziesiątki mniejszych i większych złożonych już statków tworzyły najokazalszy znany panu K. zbiór. Na dębowym biurku leżał niedokończony jeszcze model wojennego galeonu Pelikan. Dzisiaj go dokończę, pomyślał mężczyzna i zabrał się do pracy.

Pan K. doczepiał właśnie olinowanie grotmasztu, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Nie spodziewał się żadnych gości. Odkąd kilka lat temu rozwiódł się z żoną, rzadko ktokolwiek go odwiedzał. Jego życie towarzyskie ograniczało się do sporadycznych wyjść z kolegami z pracy. Wstał i powiedział do siebie zdziwiony:

– Kogo licho niesie o tej porze? Jacyś akwizytorzy czy inni domokrążcy?

Mężczyzna podszedł do drzwi i otworzył je. Stało przed nim dwóch niskich, krępych i ogolonych na łyso osobników o bystrych niebieskich oczach. Jeden z nich trzymał w ręku kopertę.

– O co chodzi? – Pan K. przełknął głośno ślinę.

Stojący z prawej mężczyzna otworzył kopertę, wyjął z niej złożoną na pół kartkę i spytał:

– Czy pan K? – spytał.

– Tak. W czym mogę pomóc?

Ten z lewej uderzył bez ostrzeżenia. Cios był tak silny, że pan K. wpadł do środka, krew ze złamanego nosa zabarwiła dywan na czerwono. Mężczyźni weszli do mieszkania i zamknęli za sobą drzwi.

– Pójdziesz z nami – powiedział ten, który wcześniej trzymał kopertę. – Chyba że od razu się przyznasz?

– Przyznam… – Pan K. próbował się podnieść, ale kopnięcie w brzuch skutecznie go zniechęciło. – Do czego? Nic nie zrobiłem.

– Tu jest napisane co innego. – Osiłek wskazał na wetkniętą w kieszeń kartkę. – Jak będzie? Przyznajesz się?

– Mówię, że nic nie zrobiłem… – Głos pana K. się załamał, kiedy drugi z mężczyzn podniósł go i uderzył w brzuch. Zjedzone niedawno śniadanie znalazło ujście i wylądowało na dywanie, mieszając się z cieknącą z nosa krwią. Kolejne ciosy spadały na głowę mężczyzny. Próbował się zasłaniać, jednak bezskutecznie. W końcu znowu wylądował na podłodze, twarzą w kałuży wymiocin. Zachłysnął się i zaczął kasłać, przewracając się na plecy i starając zaczerpnąć powietrza.

– Piękna kolekcja modeli. – Jeden z osiłków zajrzał do pracowni i zagwizdał z udawanym podziwem. – Wiesz, co się z nią stanie, jeśli się nie przyznasz?

– Do czego mam się przyznać… – wycharczał pan K. – Pomyliliście mnie z kimś…

– Masz ostatnią szansę. – Napastnik wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki niewielką buteleczkę. Odkręcił ją i zaczął oblewać zawartością wnętrze pracowni. Po mieszkaniu rozszedł się charakterystyczny zapach benzyny – Przyznajesz się?

– Nie rób tego… – Pan K. miał łzy w oczach, jego głos drżał. Kiedy próbował się podnieść i ratować swoją drogocenną kolekcję, silne ręce osadziły go w miejscu. – Powtarzam wam, że nic nie zrobiłem… To jakieś tragiczne nieporozumienie. Zostawcie mnie w spokoju, a nie będę informował żadnych służb.

Osiłek zaśmiał się i wyjął z kieszeni metalową zapalniczkę. Odpalił ją i uśmiechnął się szyderczo.

– Zabieramy go. Tutaj nic z niego nie wyciągniemy.

W ostatnim przebłysku świadomości pan K. ujrzał ogień rozprzestrzeniający się po pracowni.

 

***

 

Pan K. z trudem otworzył zapuchnięte i piekące powieki. W pomieszczeniu, w którym się znajdował, panowała nieprzenikniona ciemność, podłoga była zimna i zdawała się wilgotna. Mężczyzna zbadał po omacku przestrzeń dookoła siebie. Okazało się, że jego cela jest niewielka. Kiedy rozłożył ręce, był w stanie dotknąć obu ścian, mógł jedynie się wyprostować oraz zrobić kilka niepewnych kroków.

W jednym z kątów pan K. odkrył miskę z wodą. Napił się łapczywie, delektując się chłodnym płynem, zmywającym z gardła smak krwi i wymiocin. Zakrztusił się i kaszlnął kilka razy. Dopiero po chwili poczuł przeszywający ciało spazm bólu. Złamany nos pulsował tępo. Na głowie i twarzy wyczuł kilka guzów i zadrapań, podobnie na ramionach, rękach i brzuchu.

Gdzie ja jestem, pomyślał pan K. Zaczął macać ściany swojej celi w poszukiwaniu jakiegoś wyjścia. W jednym miejscu znalazł niewielkie ranty, które mogły świadczyć, że są to drzwi. Jednak nie było żadnej klamki, pokrętła ani mechanizmu, który pozwoliłby je otworzyć.

Mężczyzna zaczął uderzać w ściany, jednak skutkiem tego był jedynie głuchy, stłumiony dźwięk. Po chwili poczuł krew spływającą z rozciętej ręki. Zrezygnowany usiadł na podłodze i zapłakał.

 

***

 

Obudziło go skrzypienie otwieranych drzwi. Kiedy uchylił powieki, oślepił go jasny blask świecący prosto w oczy. Poczuł napływające łzy i pieczenie wywołane gwałtowną zmianą. Dopiero po dłuższej chwili mógł rozróżnić charakterystyczne sylwetki dwóch mężczyzn.

– Widzę, że już się zadomowiłeś. – Pan K. rozpoznał głos jednego z oprawców z mieszkania. – Chcesz tu zostać na dłużej, czy w końcu się przyznasz?

– Nie mam… – Suchość w gardle przeszkadzała w mówieniu. – Nie mam do czego się przyznawać. Wypuście mnie… Jeszcze możemy rozstać się w zgodzie. Nie zawiadomię policji ani władz.

Szyderczy śmiech wypełnił pomieszczenie.

– A ty ciągle nic nie rozumiesz? Zajmij się nim.

Tym razem osiłek uzbrojony był dodatkowo w zakończoną metalową kulką pałkę. Kolejne ciosy trafiały we wrażliwe punkty pana K. uszkadzając mu kostkę, kolano, genitalia, wybijając kilka zębów i wywołując krwawienie z ucha. Usłyszał chrupnięcie, kiedy kula trafiła w podbródek, najprawdopodobniej roztrzaskując mu żuchwę. 

Po kilku minutach napastnik zmęczył się i przerwał katowanie, aby zaczerpnąć kilku głębszych oddechów. Pan K. zwinął się w kłębek na podłodze i szlochał. Zaciskał powieki, starając się ochronić oczy przed oślepiającym światłem. Ból wstrząsał jego ciałem, mężczyzna starał się nie ruszać, aby jak najbardziej go zniwelować.

– Przyznajesz się? – Pytanie zawisło w powietrzu jak sęp nad rannym zwierzęciem.

Słowa więzły w gardle pana K. Wydobył z siebie jedynie nieartykułowane chrząknięcie, które oznaczało odmowę.

– Chyba za mocno go trafiłeś? – Osiłek poklepał kompana po plecach. – Cóż, wrócimy później.

 

***

 

Przychodzili regularnie co kilka godzin. Ponieważ zawsze ustawiali się w ten sam sposób, pan K. nazwał ich Lewy i Prawy. Prawy ciągle zadawał to samo pytanie, natomiast Lewy zajmował się bardziej manualną robotą.

Stosowali różne metody. Pałkę zakończona metalową kulką zastąpiły po jakimś czasie obcęgi oraz młotek. Połamane palce nawet bardzo nie bolały, o wiele mniej niż poharatana żuchwa, która utrudniała przełykanie nielicznych brejowatych posiłków i wody. A także wielokrotnie łamany nos, w zasadzie uniemożliwiający oddychanie i świszczący niepokojąco. 

Podczas nieobecności oprawców pan K. starał się z całych sił zwalczyć trawiący ciało ból. Pulsowanie pokaleczonej, pokrytej strupami i siniakami skóry powoli doprowadzało go do obłędu. Leżał biernie, starając się nie ruszać, a wszelkie ruchy ograniczyć do minimum. Każdemu wysiłkowi towarzyszył nieopisany ból. Ze śmiechem (który wywołał rzężenie w klatce piersiowej) skonstatował, że wizyta u dentysty, która kilka lat temu wywołała jego strach, to nic w porównaniu do tego, co obecnie przeżywał.

Zastanawiał się, kim są jego oprawcy, czego chcą i jak może się wydostać z ich rąk. Musiało nastąpić jakieś nieporozumienie. Pan K. nigdy nie zaszedł nikomu za skórę, próbował żyć w zgodzie z ludźmi, a w zasadzie unikał zażyłości i starał się ograniczyć wszelkie kontakty do minimum. Od dziecka był odludkiem i najlepiej czuł się we własnym towarzystwie.

Najbardziej bał się powrotu Lewego i Prawego. Początkowo starał się nasłuchiwać najdrobniejszego odgłosu, wibrowania podłoża czy podejrzanych skrzypnięć. Najczęściej jednak pojawiali się w momencie, kiedy umęczony bólem zapadał w nie dający ukojenia, pełen majaków i koszmarów sen.

 

***

 

Przebudzenie było gwałtowne, a powrót do rzeczywistości bolesny. Kilka celnych kopnięć w brzuch spowodowało, że pan K. wydał z siebie ochrypły, pełen lęku krzyk.

Oprawcy wrócili.

– Ależ tu śmierdzi. – Prawy teatralnie powachlował ręką przed nosem. – Mówiłem, że trzeba postawić jakieś wiadro. Tak to cała podłoga jest zafajdana.

– Mhm – odburknął Lewy.

– Przyznajesz się? Czy rozpoczynamy kolejną sesje przesłuchania?

– Spierdalajcie… – wyszeptał pan K., kuląc się kącie.

Prawy zbliżył się do zmaltretowanego mężczyzny.

– Co tam mruczysz?

– Spierdalajcie! – Pan K. zerwał się, ignorując ból promieniujący po poranionym ciele. Uderzył z impetem w Prawego, przewracając go na ziemię. Wymijając Lewego, rzucił się w stronę wyjścia z celi, które zdawało się być na wyciągnięcie ręki. Nagle stracił grunt pod nogami i runął na klepisko, uderzając głową o twarde podłoże z głośnym dudnieniem. Krew z rozciętego łuku brwiowego zalała mu twarz. Poczuł mocarne dłonie podnoszące go i rzucające ponownie w kąt pomieszczenia. Odbił się plecami od ściany nadwyrężając kręgosłup, poczuł chrupnięcie i ból, jakby ktoś włożył mu rozgrzany pręt między kręgi.

– Spodziewałbyś się, że taki chojrak? – Prawy podniósł się i spojrzał z obrzydzeniem na ubranie i ręce umazane pokrywającymi podłoże ekskrementami. Kiwnął do kompana i powiedział: – Chodź, muszę się umyć. A ty nie myśl, że ujdzie ci to na sucho!

Pan K. płakał, jednak na jego twarzy pojawił się uśmiech satysfakcji.

 

***

 

Kolejne godziny spędził kuląc się z bólu w kącie celi. Musiałem uszkodzić kręgosłup, pomyślał pan K. Przy każdym poruszeniu czuł paraliżujący ucisk w dolnej części pleców, drętwiały mu stopy i dłonie. Starał się nie poruszać i leżeć cały czas w takiej samej pozycji. Każdy najmniejszy ruch, w tym pojawiające się coraz częściej skurcze, wywoływały gwałtowne fale bólu.

Nie poruszył się nawet, kiedy usłyszał zgrzyt otwieranych drzwi. Zapalili lampę, świecąc prosto na niego. Pan K. ciągle trzymał zamknięte powieki, otworzył je dopiero wtedy, kiedy jeden z oprawców, najprawdopodobniej Lewy, podniósł go i posadził na przyniesionym krześle. W kręgosłupie rozjarzył się ogień, rozchodząc się po całym ciele.

Lampa świeciła prosto w twarz mężczyzny, przed oczami latały różnokolorowe mroczki, wywołujące szum i ból głowy. Oprawcy przymocowali ręce pana K. skórzanymi paskami do oparcia krzesła. Związali mu również nogi, aby się nie wyrywał.

Lewy złapał obcęgami mały palec prawej ręki i jednym, powolnym ruchem zerwał panu K. paznokieć. Okrzyk cierpienia zwielokrotnił się echem w niewielkiej celi, przechodząc po chwili w ciche skomlenie.

– Przyznajesz się? – spytał Prawy.

Pan K. nie odpowiedział. Nie potrafił skupić myśli, jego ciało wyło bólem z każdego możliwego miejsca. Lewy zerwał kolejny paznokieć, kilka sekund później następny. Krzyk zdzierał gardło do krwi. Na nic zdały się próby wyrwania się, pasy trzymały mocno.

– Przyznajesz się?

Pytanie zawisło w powietrzu. Pan K. nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Czuł zbierającą się w ustach krew z przegryzionego języka. Ręka pulsowała bólem promieniującym aż do barku.

Ostatnie dwa paznokcie prawej dłoni zostały zerwane płynnymi, metodycznymi, precyzyjnymi ruchami. Pan K. wierzgnął, starając się wyswobodzić z więzów. Kręgosłup zawtórował kłującą torturą. 

– Przyznajesz się? – Prawy chwycił ofiarę za twarz i spojrzał w pełne cierpienia oczy.

– Tak… – Bezdźwięcznie poruszył wargami pan K.

– Nie słyszę, co powiedziałeś? Przyznajesz się?

– Tak… – Tym razem słowa były słyszalne. – Tak…

Lewy przymierzający się właśnie do drugiej dłoni odstąpił krok w tył.

– Czy to było takie trudne? Warto było tyle cierpieć? – Prawy zaśmiał się i skinął do swego towarzysza. – Odwiąż go, przynieś wodę i coś ciepłego do jedzenia.

Po chwili wyszli z celi, a pan K. ponownie został sam na sam z towarzyszącym mu bólem.

 

***

 

Kiedy zjawili się ponownie, po raz pierwszy nie bili. Prawy stał w drzwiach, nawet nie zaglądając do wnętrza celi. Lewy natomiast przyniósł talerz z parującą jeszcze, pożywną zupą, a także dwie butelki z wodą, ręcznik i kubełek na nieczystości. Pomrukami i ponagleniami dał znać panu K., że zaczeka, póki ten nie skończy posiłku. 

Przełykanie ciepłej zupy przychodziło mu z trudem. Podrażnione od krzyku gardło i krtań paliły przy każdej łyżce. Zanim skończył, minęło dobre kilkanaście minut, po czym opanowały go błogość i sytość, jakich nie zaznał od dłuższego czasu. 

Lewy zabrał talerz i zamknął celę, nie mówiąc ani słowa. Pan K. zastanawiał się co teraz z nim będzie. Przyznał się, choć sam nie wiedział do czego. Jego ciało zmieniło się w jeden wielki, gorejący bólem kawał mięsa. Ale wyglądało na to, że oprawcy zmienili swoje nastawienie, inaczej nie dawaliby mu jedzenia.

Następnie pan K. zużył jedną butelkę wody, aby się opłukać. Powoli zmywał z siebie krew, brud i pot, sycząc, kiedy płyn podrażniał rany. Zupa dodała mu nieco sił, miał nadzieję, że ten dramat niedługo się skończy. Wypuszczą go i będzie mógł wrócić w końcu do swojego mieszkania. 

Odrobinę uspokojony tymi myślami, zasnął.

 

***

 

– Przyprowadziliśmy kogoś, kto się teraz tobą zajmie. – Prawy przepuścił w drzwiach wysokiego, szczupłego mężczyznę o zaczesanych do tyłu włosach. Ubrany był w lekarski kitel, a na nosie błyszczały szkła okularów. – To on, Doktorze.

Nazwany Doktorem jegomość wszedł do celi i obejrzał jej wnętrze krytycznym okiem. Następnie przyjrzał się więźniowi i skrzywił z niesmakiem. 

– Proszę usiąść na krześle – powiedział z obco brzmiącym akcentem. – Muszę pana zbadać. 

Pan K. spojrzał podejrzliwie na Doktora, jednak po krótkiej chwili wahania oraz widząc ponaglające spojrzenie Lewego, wstał z trudem i usiadł na przyniesionym przez oprawców krześle. 

Prawy zapalił lampę, jednak teraz światło nie padało prosto w twarz Pana K., lecz równomiernie oświetlało całe pomieszczenie. Doktor zdjął z szyi stetoskop i przyłożył do pokrytej strupami i krwiakami klatki piersiowej mężczyzny. Następnie zajrzał do ust, zbadał reakcję źrenic, a także zerknął do uszu i ostrożnie pomacał złamany nos. 

– Nieźle go poharataliście. – Zwrócił się do Prawego. – Długo tu przebywa?

– Siódmy dzień.

– Przyznał się?

– Tak. Wczoraj.

– Świetnie. W takim razie panie… – Doktor chrząknął i sięgnął do kieszonki na piersi, wyjął z niej zgiętą wpół kartkę i odczytał zapisane na niej nazwisko. – Pójdzie pan teraz ze mną. 

– Czy to znaczy… – Pan K. odchrząknął i dokończył. – Czy to znaczy, że będę mógł wrócić do domu?

– Do domu. – Chichot Doktora poniósł się po ścianach. Po chwili dołączyli do niego również Prawy i Lewy. – Przyznanie się to dopiero początek. Zabieramy pana do sali przesłuchań. Wyzna pan nam wszystkie swoje winy.

Koniec

Komentarze

No dobrze ale gdzie tu fantastyka? To raczej historia, niestety prawdziwa w całości razem z zakończeniem.

Homarze, tak jak pisałem we wstępie to opowiadanie pisane było na konkurs inspirowany twórczością Franza Kafki, stąd brak fantastyki w czystej postaci.

OK ja się nie czepiam. Czytało się dobrze. Chciałem tylko podkreślić że to co opisałeś zdarzało się niestety w pewnym okresie naszej nawet niezbyt odległej historii.

Niestety masz rację. W niektórych systemach takie sytuacje miały miejsce.

Mam wrażenie, że u Kafki nieco większy nacisk był położony na absurd a mniejszy na brutalność. Niestety trudno mi tu odnaleźć wiele treści poza przemocą. Kolekcja modeli statków rzeczywiście przemówiła do wyobraźni, ale potem zaczyna się już regularne mordobicie. Przyzwoicie opisane, ale w moim odczuciu pozbawione głębszego sensu (o ile można w tym kontekście użyć takiego sformułowania). Jeśli miałbym czytać o tragicznych losach niewinnych więźniów, wolałbym sięgnąć po prawdziwą biografię – wolałbym jednak, żeby jej autor skupiał się na życiu umęczonych osób, a nie na torturach.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za przeczytanie, Nevazie. Pisane dla Histerii więc chciałem uczynić historię bardziej brutalną niż nastawioną na absurd. Oczywiście pamiętam Twoje słowa o nadmiernym wykorzystywaniu przemocy w moich tekstach. Powyższy niestety broni tej tezy, jednak dokładnie tak został zaplanowany. Brutalność miała pokazać bezsilność jednostki postawionej przed absurdalnymi (Kafkowskimi) zdarzeniami. 

Dla mnie opowiadanie jest bardziej obrazem fizycznego bólu, niż bezsilnością jednostki. Oczywiście wspomnianą przez Ciebie bezsilność dobrze widać, jednak to właśnie działające na wyobraźnię opisy tortur i obrażeń bohatera zdominowały tekst. Nie sposób nie zgodzić się tutaj z Nevazem.

Tekst na pewno wywołuje konkretne uczucia, ale nie da się ukryć, że o podobnych historiach słyszało się już nie raz i „Przesłuchanie” wiele nowego nie przedstawia. Ale takie na pewno było założenie.

Wykonanie jest oczywiście na bibliotecznym poziomie, chociaż ja na razie wstrzymam się z klikiem, bo jednym z moich osobistych kryteriów jest obecność fantastyki. Zaznaczam przy tym, że kilka razy rzeczywiście udało się prawie „poczuć” ból pana K.

Ale link jest do innego numeru jak mi się wydaje.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Perrux, dzięki za przeczytanie i komentarz. Skoro dało się “poczuć” ból to spełniłem jedno ze swoich zamierzeń odnośnie tego tekstu. Miało być mocno i naturalistycznie.

Marasie, link jest dobre, po prostu w zakładce pobierz na stronie Histerii są odnośniki do wszystkich numerów, a nie do każdego oddzielnie.

No ale ja pobrałem lipcową na telefon i to był zły numer.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A to nie mam pojęcia dlaczego. Ja pobieralem żeby sprawdzić (też na tel) i wszystko było w porządku.

Hmmm. Faktycznie, z fantastyką nie szarżujesz…

Kafka ciągle czeka w mojej kolejce, a Twój tekst nie zachęca. Tak słyszałam, że absurd, że totalitaryzm i upodlenie jednostki.

Babska logika rządzi!

Skoro opowiadanie zostało wyróżnione, niewątpliwie spełniło założenia rzeczonego konkursu. Gratuluje, Belhaju. I choć doceniam porządne wykonanie, jestem zmuszona wyznać, że zaprezentowana historia zupełnie nie przypadła mi do gustu, także za sprawą braku fantastyki.

 

ośle­pił go jasny blask świe­cą­cy pro­sto w oczy. –> Masło maślane. Blask jest jasny z definicji.

 

aby za­czerp­nąć kilku głęb­szych od­de­chów. –> Literówka.

 

Pałkę za­koń­czo­na me­ta­lo­wą kulką… –> Literówka.

 

Leżał bier­nie, sta­ra­jąc się nie ru­szać, a wszel­kie ruchy ogra­ni­czyć do mi­ni­mum. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Jego ciało zmie­ni­ło się w jeden wiel­ki, go­re­ją­cy bólem kawał mięsa. Ale wy­glą­da­ło na to, że opraw­cy zmie­ni­li swoje na­sta­wie­nie… –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo, Kafka również nie należy do moich ulubionych autorów, tym bardziej ucieszyłem się, że udało mi się dostać na łamy Histerii w numerze poświęconym jego prozie. Wcześniej udalo się z Orwellem, którego również nie jestem wielkim fanem. Reg, dzięki za przeczytanie :) Szkoda, że się nie spodobało, ale rozumiem zarzuty.

Orwell “Folwark” i “1984” napisał świetnie. Bo reszta – bez szału…

Babska logika rządzi!

Wiem, że to klasyka, ale jakoś nigdy mi nie podchodziła. 

Ja byłam powalona profetyzmem “Folwarku”.

Babska logika rządzi!

Pierwszy raz Folwark zwierzęcy czytało mi się wręcz fatalnie – był to egzemplarz odbity na powielaczu, mocno nieczytelny i dość już zaczytany. Ale, co tu dużo mówić, i tak robił wrażenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mi jakoś nigdy te antyutopie nie podchodzily, choć wspomnianego przez Finkle profetyzmu nie sposób Orwellowi odmówić.

To jeszcze do klasyki dorzucę Eugeniusza Zamiatina i “My”.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie słyszałem o tej pozycji.

Dobrze czyta się :)

Życie to piękny teatr, niestety repertuar marny.

Dziękuję, Magdo :)

Cóż, i mnie to opowiadanie niezbyt przypadło to gustu za sprawą treści, jednak nie sposób nie zauważyć kilku plusów. 

Po pierwsze, podobało mi się to, że tekst jest napisany bardzo płynnie. Po drugie, sposób, w który opisujesz bezsilność jak najbardziej do mnie przemawia. Po trzecie… czuć tu Kafkę, do którego twórczości może i mam dość mieszane uczucia, ale widać, że bardzo dobrze przygotowałeś się do konkursu. 

Fajnie, że opowiadanie się ukazało, jeszcze fajniej, że ktoś je docenił. 

Pozdrawiam. :)

Dzięki za przeczytanie, Rosso. Również ciesze się, że opowiadanie zostało opublikowane :)

Przesłuchanie godne służb bezpieczeństwa państwa bloku wschodniego. Choć trochę chruści zastosowanie jedynie metod fizycznych zamiast kilku innych sztuczek, które wynaleziono (niekoniecznie polegających na biciu).

Samo opowiadanie czyta się okej, ale właśnie to skupienie się jedynie na fizycznym aspekcie zadawania bólu mocno tnie jego możliwości. Zostały ze mną jedynie opisy bicia przez Lewego i Prawego, nie zaś groteskowość sytuacji czy inny aspekt, jaki zapamiętałem z Procesu Kafki.

Podsumowując: niezły koncert fajerwerków, dobrze się czytało, ale jeden z aspektów za nadto wybija się nad pozostałe.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za przeczytanie, Nowhere :)

Historia wydaje mi się zbyt odtwórcza względem “Procesu” – tamtą książkę czytałem lata temu, zatarła się w pamięci, więc teraz miałem wrażenie, że początkowo opisujesz te same wydarzenia. Ktoś przychodzi do K., stawia zarzuty itd. Dalej poszedłeś w inną stronę niż Kafka, brutalniejszą, więc okej, było coś od Ciebie. 

Ogólnie przeczytałem bez bólu, ale tekst nie zostanie ze mną na dłużej. 

Z uwag technicznych – za często i wielokrotnie niepotrzebnie używałeś sformułowania “pan K.”. Wystarczyłby gdzieniegdzie podmiot domyślny :)

Dzięki za przeczytanie, fun. Przyznam, że dość mocno inspirowalem się Procesem, ale takie były też założenia Kafkowskiego konkursu.

Nowa Fantastyka