- Opowiadanie: Lycoris.Caldwelli - A przyszłość pokażą gwiazdy w jej oczach

A przyszłość pokażą gwiazdy w jej oczach

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan

Oceny

A przyszłość pokażą gwiazdy w jej oczach

Myrea obudziła się z krzykiem. Zapewne zerwałaby się z łóżka, gdyby nie silne ręce Elmara wgniatające jej ramiona w posłanie. Zimny pot wyznaczał ścieżki na osłabionym koszmarami ciele. Spróbowała się odezwać, ale jedynym skutkiem był szloch, który wyrwał się z jej gardła.

– Już, Rea, już. Już wszystko w porządku – powtarzał jak mantrę Sorell. Spojrzała w złote oczy brata, idealne odbicie własnych, i omal mu nie uwierzyła. Wizja wciąż jednak była świeża w jej pamięci. Uczucia, które ogarniały dziewczynę na samą myśl o tym, co widziała, wykraczały daleko poza zwykły strach.

– Nie, Rell. Nie będzie dobrze – wychrypiała. – Widziałam wioskę w płomieniach.

To było spore niedopowiedzenie. Zamknęła oczy. Była porażona nieuniknionością tego, co doświadczyła. Słyszała płacz dzieci i krzyki gwałconych kobiet. Czuła zapach krwi i palonego ciała. Pomiędzy stojącymi w ogniu budynkami przemykały czarne sylwetki w przypominające ludzkie wyłącznie przez ilość kończyn i sposób, w jaki dzierżyły broń.

– To tylko sen… – zaczął Elmar, ale przerwała mu, zanim zdążył dokończyć.

– Nie, to nie był sen! Dobrze wiesz, że to nie był zwykły sen! To nigdy nie są zwykłe sny! – krzyczała, próbując mu się wyrwać. Kochała go jak ojca. Wiedziała, że gdyby nie on, razem z Sorellem najprawdopodobniej umarłaby z głodu i zimna. Opiekował się nimi, odkąd tylko sięgała pamięcią. Tym bardziej jednak nie potrafiła pojąć, dlaczego tak uparcie ignorował to, do czego była zdolna. – Pamiętasz, jak przyśniła mi się śmierć Telanny? Umarła tydzień później! A susza sprzed trzech lat? Ją też wyśniłam!

– Myreo, proszę…

– Nie, Elmarze – uciął Sorell ze stanowczością, jakiej się po nim nie spodziewali. Może właśnie dlatego oboje zamilkli. Zazwyczaj był tak cichy, że zdarzało im się zapominać, jak brzmiał jego głos. – Wiesz doskonale, że ja i Myrea nie jesteśmy normalni. Proszę, nie zaprzeczaj. Nie możesz tego wiecznie wypierać.

– Nie wypieram tego – wyszeptał Elmar, puszczając w końcu dziewczynę. Usiadł na brzegu jej łóżka i jakby się zapadł. Jego twarz poszarzała, dłonie zaczęły drżeć. Wyglądał na załamanego i przerażonego. Był tylko prostym, starym latarnikiem. Od trzydziestu lat podtrzymywał płomień na szczycie swojej wieży, by statki płynące do pobliskich portów nie rozbiły się o przybrzeżne skały. To było jego życie. Na tym się znał. Ledwie radził sobie z wychowywaniem bliźniąt, a jeśli do tego miała dojść jeszcze magia… – Po prostu nie wiem, czy sobie poradzę.

– Przecież nikt nie każe ci, żebyś radził sobie z tym zupełnie sam – prychnął Sorell, niespodziewanie odzywając się po raz kolejny. – Siedzimy w tym razem, prawda?

Myrea uśmiechnęła się do brata. Była z niego naprawdę dumna. Żałowała tylko, że zabierał głos dopiero wtedy, gdy ona była zbyt słaba, by mówić za nich oboje. Zazwyczaj cichy i spokojny, wolał chować się za plecami bliźniaczej siostry, niż działać samodzielnie. A przecież gdy tylko się postarał, okazywało się, że był naprawdę mądry i dzielny. Wyciągnęła do niego dłoń, a on chwycił ją zachłannie i przycisnął do ust, składając delikatny pocałunek na chłodnych palcach.

– Co w takim razie powinniśmy zrobić? – zapytał Elmar. Zażyłość rodzeństwa często go onieśmielała i tak też było tym razem. Chciał jak najszybciej ustalić plan działania, żeby móc zająć czymś ręce i odciążyć głowę, tak bardzo wyczerpaną samą myślą o jakiejkolwiek niezwykłości.

– Musimy powiadomić Holzera – zdecydowała Myrea, a Sorell przytaknął jej bezgłośnie.

Stary latarnik westchnął, ale nie mógł się z tym nie zgodzić. Jeśli wioska była zagrożona, to jarl powinien dowiedzieć się o tym jako pierwszy.

– Ubierzcie się ciepło – polecił. – Pójdziemy do niego od razu.

 

 

Szczęście w nieszczęściu, proroczy sen zaczaił się na Myreę tuż przed wschodem słońca. Gdy stanęli przed domem Holzera, wciąż było ciemno i zimno, ale istniało mniejsze ryzyko, że jarl odeśle ich z niczym, zbyt bardzo rozgniewany faktem, że mieli czelność przerwać mu sen w środku nocy, aby ich przynajmniej wysłuchać.

Elmar zebrał się na odwagę i załomotał w drzwi.

– Wszystko będzie dobrze – wymamrotał pod nosem, a schowane za jego plecami rodzeństwo chwyciło się za dłonie.

Drzwi uchyliły się na grubość palca i ze szczeliny łypnęło na nich przekrwione oko:

– Spać nie możesz, Elmar? – prychnął Argist, stary zarządca jarla, który najwyraźniej nocami pełnił również funkcję strażnika. A może robił to tylko tej nocy? Jeśli tak, to mieli wyjątkowe szczęście, bo Argist był starym przyjacielem Elmara. – Dalej, wchodźcie do środka.

Nie trzeba im było tego dwa razy powtarzać. W kilka kroków znaleźli się przy wielkim palenisku na środku długiej hali, w której jarl zazwyczaj przyjmował gości. U szczytu pomieszczenia, na niewielkim wzniesieniu, stał drewniany tron z siedzeniem wyłożonym czerwonym aksamitem i podłokietnikami rzeźbionymi w głowy morskich potworów. Choć wyglądał bardzo majestatycznie, Holzer rzadko z niego korzystał. Najczęściej przystawiał sobie stołek do paleniska i rozgrzewał nad płomieniami wycieńczone reumatyzmem stawy.

Myrea była tak zmarznięta, że najchętniej zrobiłaby to samo. Wystarczyło jednak przelotne spojrzenie na ogień i poczuła, jak robi się jej słabo. Gdyby Sorell jej nie podtrzymywał, najprawdopodobniej by upadła.

– No, to z czym przychodzicie? Trzeba budzić jarla? – zapytał Argist, podając Elmarowi kufel z grzanym piwem korzennym.

Latarnik zerknął na bliźnięta i pociągnął potężny łyk. Przez chwilę wydawało się, że zamierza zaproponować łyka również Sorellowi, ale szybko się rozmyślił. Choć jego przybrany syn był już w odpowiednim wieku, by zajmować się tym jakże męskim zajęciem, jakim było picie piwa, Elmarowi udało się go do tego namówić tylko raz. Od tamtej pory Sorell omijał szerokim łukiem wszystko, co pachniało alkoholem twierdząc uparcie, że odurzony zaczyna widzieć niestworzone rzeczy.

– Tak, obudź go – westchnął latarnik, oddając przyjacielowi kufel.

– Wiesz, że tego nie lubi.

– Wiem.

– I mimo to chcesz…

– Po prostu go obudź.

Argist nie wyglądał na zadowolonego. Najwyraźniej podejrzewał, że za budzenie jarla oberwie się im wszystkim. Wziął się jednak w garść i spojrzał przez wąskie okno, za którym zaczęło się przejaśniać.

– Może nie będzie tak źle. Za jakąś godzinę i tak powinienem go obudzić na śniadanie. Usiądźcie sobie i poczekajcie. To może trochę zająć.

To powiedziawszy, pomknął wąskimi schodami na piętro. Elmar, Sorell i Myrea zostali sami. W ciszy sali rozbrzmiewało tylko niepokojąco pogodne trzaskanie płomieni. Dziewczyna zamknęła oczy, zastanawiając się, co właściwie powinna powiedzieć jarlowi. Jak go przekonać? Elmar postanowił jej zaufać – już samo to było dla młodej czarownicy ogromnym sukcesem. Ale jak zareagują inni? Czy jarl uwierzy w to, że w jego wiosce jest ktoś jeszcze poza jego matką, kto potrafi przewidywać przyszłość?

– Wyglądasz, jakbyś miała wątpliwości – szepnął Elmar, pochylając się nad dziewczyną.

– Myślałam o starej Nettie. Może ona też miała ten sen?

– Niech to licho. Zupełnie nie przyszło mi to do głowy. – Latarnik w roztargnieniu potarł kark. – A jeśli nie miała? Co wtedy zrobimy?

Nie mieli czasu, żeby się naradzić. Drewniane schody zatrzeszczały ciężko, gdy u ich szczytu stanął Holzer. Jarl Piaskowzgórza prezentował się niezbyt atrakcyjnie, nie była to jednak kwestia wczesnej pory. Holzer był po prostu bardzo starym człowiekiem. Kiedyś brał udział w wielkiej bitwie pod Wyjącą Górą, w której całe wybrzeże stanęło do walki w najeźdźcami z południa. Wiele lat jednak minęło od dnia, w którym dziedzic Holma Złotorogiego znów zasiadł na Kościanym Tronie i obecnie o dawnej sile Holzera świadczyły wyłącznie pokaźna postura, szerokie barki i zdobyczny hełm, który podobno ściągnął z odciętej własnym toporem głowy wrogiego generała. Teraz trzymał hełm pod pachą. Zazwyczaj nosił go zamiast zaświadczającego o jego pozycji diademu i tym razem najwyraźniej też zamierzał to zrobić, spodziewając się zapewne, że o tak barbarzyńskiej porze Argist musi wzywać go do jakiegoś królewskiego posłańca, któremu wypada przypomnieć, kim był jarl Piaskowzgórza.

– To tylko ty, Elmarze? – zapytał z wyraźnym rozczarowaniem.

– Mówiłem ci przecież, panie, że to on – westchnął Argist, pogodzony już zapewne z myślą, że zostanie ukarany.

– Panie. – Elmar postanowił się nie wycofywać. Poderwał się na równe nogi i skłonił głęboko swojemu jarlowi.

– No, już, już, Elmarze, bez tych wygłupów. Za długo cię znam, żebyś kłaniał mi się jak jakiemuś miastowemu panisku – prychnął na niego Holzer, choć zachowanie latarnika wyraźnie połechtało jego dumę. Nieco ociężałym krokiem zszedł po schodach, chwycił przyjaciela w ramiona i poklepał go po plecach. – Dalej, Argist, przynieś nam coś do jedzenia. I piwo. Nie będziemy przecież gadać o suchym pysku, prawda, Elmarze?

– Skoro nalegasz – zaśmiał się niepewnie latarnik.

Wraz z jarlem przysiadł tuż przy palenisku i cierpliwie czekał, aż Argist wykona polecenie. Nie paliło mu się do tej rozmowy, a i Holzer najwyraźniej nie chciał jej zaczynać z pustym żołądkiem. Myrea dziękowała za to w myślach swoim przodkom. Skoro jarl nie zażądał, by powiedzieli od razu, po co przyszli, istniała szansa, że przynajmniej wysłucha ich do końca.

Argist przyniósł wczorajszą sarninę ze śliwkami i świeżo upieczony chleb. Jarl zachęcił ich gestem, by się częstowali i sam zabrał się do jedzenia. Elmar również sobie nie żałował, jednak Myrea i Sorell skosztowali jedynie odrobinę pieczywa z ciemnym sosem i tłuszczem z pieczeni, bardziej przez grzeczność niż z głodu. Właściwie to obojgu z przerażenia tak bardzo zacisnęły się żołądki, że i rozmiękły chleb ledwie mogli przełknąć.

Sorell w zamyśleniu tak mocno przygryzł sobie dolną wargę, że nabiegła krwią i spuchła. Myrea czasem żałowała, że zamiast proroczych wizji nie posiadała zdolności przenikania myśli brata. Ostrożnie chwyciła go za dłoń i uśmiechnęła się pokrzepiająco. Taki przynajmniej był jej zamiar. Niestety, Sorell jedynie strapił się jeszcze bardziej. Już zamierzała się do niego odezwać, gdy Holzer uznał, że nadszedł czas, by przejść do rzeczy.

– A więc, Elmarze? Z czym do mnie przyszedłeś?

– Chodzi o to, że… – latarnik urwał i spojrzał na Myreę w poszukiwaniu wsparcia. – Myrea miewa sny, które stają się prawdą.

Był to jeden z najtrudniejszych momentów ich rozmowy. Stara Nettie, matka Holzera, uchodziła za bardzo potężną wieszczkę, więc z jednej strony jarl nie powinien należeć do niedowiarków, którzy upierają się, że magia nie istnieje. Z drugiej jednak strony właśnie przez starą Nettie Holzer mógł dojść do wniosku, że wcale nie musi słuchać Elmara. Przecież gdyby w przyszłości czaiło się coś wartego uwagi, matka na pewno by mu o tym powiedziała.

– A zatem ona również miała sen – zaśmiał się Holzer, zaskakując ich wszystkich. Puścił oko do Myrei. – Nic dziwnego, że młodej dziewczynie śni się po nocach syn jarla.

To nie miało żadnego sensu. Zaczynając od tego, że Myrei wcale nie śnił się Tolan, a kończąc na tym, że gdyby już miała śnić o jakimś mężczyźnie, zapewne nie byłby to ktoś niemal dwa razy od niej starszy. Zapewne było czymś zupełnie naturalnym podkochiwanie się w synu jarla, który lada dzień miał wrócić ze służby u króla, w ramach której walczył z bandytami, poskramiał zbuntowanych magów, zabijał smoki i robił mnóstwo innych rzeczy, od których kobiety powinny mdleć z zachwytu, jednak Myrea niespecjalnie się tym interesowała.

– To nie do końca tak, wasza miłość – odparła nieśmiało. Wiedziała, że powinna dać mówić Elmarowi, ale jej opiekun najwyraźniej zapomniał języka w ustach. Nie miała mu tego za złe, sama również była zupełnie zbita z tropu. – Tolan jest wielkim wojownikiem, ale…

– Oczywiście, że jest! Moja krew!

– Ale nie to mi się śniło.

– Nie?

– Przykro mi, wasza miłość.

– Jeśli nie to, to co…

Jarlowi przerwał pełen irytacji skrzekliwy jęk.

– Nie ona! On! – krzyknęła stara Nettie. Stała na szczycie schodów, po których chwilę wcześniej zszedł Holzer. Zwichrzone białe włosy zdawały się falować pod wpływem jakiejś magicznej siły. Długi powykrzywiany palec celował prosto w Sorella.

– Śniłeś o moim synu? – zapytał skonsternowany Holzer. Spod zmarszczonych krzaczastych brwi łypało na chłopaka wrogie spojrzenie. – Co to ma znaczyć?

Nie będąc w stanie wykrztusić choćby jednego słowa, Sorell pokręcił gwałtownie głową. Cała jego twarz zrobiła się bardziej czerwona niż niebo o zachodzie.

– Miłość! – krzyknęła stara Nettie, bynajmniej nie łagodząc tym atmosfery. – Na niego czeka wielka miłość! A na nią – przeniosła palec na Myreę – bogactwo i mądrość! Wielka, wielka mądrość!

– Matko, proszę – przerwał jej Holzer, śmiejąc się nerwowo. – To raczej niemożliwe, żeby kobieta…

Plama śliny rozkwitła tuż obok buta jarla. Jak na swój wiek, stara Nettie popisywała się niebywałą wręcz celnością. I wszystko wskazywało na to, że zamierzała spróbować raz jeszcze.

– Wybaczcie mi, proszę. Muszę zająć się matką.

To powiedziawszy, Holzer pomknął po schodach, by dopaść starą Nettie. Najprawdopodobniej tylko to ocaliło go przed oderwaniem kolejnym pociskiem ze śliny. Staruszka zirytowała się postępowaniem syna i tym, że potraktowano jej przepowiednię tak obojętnie. Zaczęła wymachiwać pięściami i wyrywać się jarlowi, który robił wszystko, by zapędzić matkę z powrotem do sypialni, nie tracąc przy tym godności.

– Moje przepowiednie zawsze się sprawdzają!

– Matko, błagam…

– Chłopiec się zakocha! Złodziej ukradnie mu serce! Zakocha się! Zakocha!

– Mamo!

– Dziewczyna będzie mędrcem! Największym z uczonych! Przyszłość nie będzie miała przednią tajemnic!

Argist spojrzał przepraszająco na gości jarla i poprosił ich, aby wrócili później. Elmarowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Podziękował za śniadanie i kazał przekazać jarlowi wyrazy wdzięczności za to, że w ogóle zechciał ich przyjąć. Potem chwycił podopiecznych pod ramiona i wyciągnął ich na chłód poranka.

 

*

 

– I co teraz mamy zrobić? – jęknęła Myrea, chodząc dookoła ogniska na szczycie latarni. Ona i Sorell chowali się tam zawsze, gdy problemy młodzieńczego życia zaczynały ich przytłaczać. Teraz jednak nawet ta kryjówka przestała wystarczać. – Nic nie osiągnęliśmy! Nic! Och, poza informacją, że będę w stanie przewidywać przyszłość, a ty się zakochasz. Kto by się tego spodziewał!

– Ja się nie spodziewałem – bąknął Sorell, na twarzy którego znów zakwitł rumieniec.

– Rell, biorąc pod uwagę, ile masz lat, po prostu lada dzień przyjdzie na ciebie pora – prychnęła, nic sobie nie robiąc z jego skrępowania. – Bardziej niż twoja nadchodząca wielka miłość martwi mnie jednak fakt, że nie wiemy, co robić.

– Kiedy śniłaś, jeszcze zanim przyszedł Elmar… – zaczął Sorell, ale zamilkł, jakby nie był pewien tego, co zamierzał powiedzieć. Czasami Myrea naprawdę miała dość tej jego nieśmiałości, ale w tej chwili zbyt bardzo zależało jej na dowiedzeniu się, co takiego uwięzło mu w gardle, by zacząć się z nim kłócić.

– Dalej, Rell. Wykrztuś to z siebie. To może być ważne!

– Wiem! Wiem, przecież! – naburmuszył się chłopak i odgarnął za ucho białe jak śnieg włosy. – Po prostu mówiłaś strasznie niewyraźnie i nie chciałbym nic przekręcić. Pierwsze słowo brzmiało jak „dalion", ale coś chyba było na początku. Drugie przypominało „p-babki". Może „medalion prababki"? Myślisz, że mogło chodzić o naszą prababkę?

Myrea nie czekała ani chwili. Sięgnęła za uchwyt klapy w podłodze, pociągnęła i ześliznęła się po drabinie, krzycząc przy tym:

– Elmarze! Elmarze, gdzie jesteś?

Brat bez zbędnych pytań popędził za nią. Miała mu nieco za złe, że nie powiedział jej tego wcześniej. Wtedy być może nie poszliby do jarla z pustymi rękami, tylko mieliby w zanadrzu coś, co przekonałoby i jego, i starą Nettie. Nie zamierzała jednak biadolić nad rozlanym mlekiem. Swojego opiekuna znalazła w kuchni, gdzie z oczami pełnymi łez kroił cebulę.

– Pomóc ci? – zapytała odruchowo.

– Nie trzeba, dziecko, już kończę – odparł z uśmiechem, ocierając rękawem łzę z nosa. – Chciałaś o coś zapytać?

– Wiesz coś o naszej prababce?

Elmar zdębiał. Zamarł z dłońmi nad kociołkiem, do którego właśnie wrzucił nieszczęsną cebulę. Wyglądał na jednocześnie zaniepokojonego i zdezorientowanego.

– Dlaczego pytasz?

– Sorell twierdzi, że mówiłam o niej przez sen. No więc? Wiesz coś?

Stare krzesło jęknęło, gdy latarnik opadł na nie z głośnym westchnieniem. Aby uniknąć spojrzenia Myrei, wyjrzał przez okno, za którym rozpościerało się spienione morze. Ktoś inny mógłby być zaniepokojony taką bliskością tego zmiennego żywiołu, Elmar jednak upierał się, że tylko szum fal potrafił ukoić jego nerwy.

– Tak, moje dziecko – westchnął po dłuższej chwili. – To do niej należała ta latarnia.

– Naprawdę? – Myrea popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Mężczyzna skinął głową. – A nie zostały tu może jakieś jej rzeczy?

– Gdy się wprowadzałem, nie znalazłem żadnych osobistych rzeczy należących do poprzednich latarników. – Dziewczyna już miała jęknąć z rozczarowaniem, gdy Elmar dodał: – Ale słyszałem, że kiedyś latarnia miała piwnicę, do której można było wpłynąć łódką. Od strony latarni została zamurowana i jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby poszukać czegoś od strony nabrzeża.

– Dziękuję! – Wiedziała, że to właściwy trop. Czuła to całym ciałem, od palców stóp, aż po cebulki włosów. Podbiegła do Elmara i pocałowała go w łysinę na czubku głowy. – Tak bardzo dziękuję!

– Jeśli chcecie tam iść, ubierzcie się najpierw ciepło! – krzyczał już do jej pleców, bo dziewczyna postanowiła nie czekać ani chwili. – I weźcie coś do jedzenia!

Gwałtowna niczym sztorm Myrea wybiegła z latarni prosto na zaśnieżone zbocze góry. Nie przejmując się chłodem, popędziła ledwie widoczną ścieżką w stronę brzegu. Słyszała za sobą krzyk Sorella, więc zwolniła nieco, ale pragnienie odkrycia prawdy i medalionu, który być może mógł ocalić całe Piaskowzgórze, kazało jej biec dalej.

Poniżej widziała wioskę. Kilka kamiennych domów, a dookoła nich drewniane chatki. Pomimo śniegu i wilgoci w powietrzu, wszystkie z łatwością zajęłyby się ogniem, polane oliwą albo smołą. Jarl mógł być niegdyś wielkim wojownikiem, teraz jednak był tylko starcem stojącym na czele garstki wieśniaków. Ich naród może i szczycił się wyjątkową walecznością i nawet kobiety potrafiły się bronić, ale Myrea wiedziała, że zbliżające się niebezpieczeństwo było ponad ich siły.

– Rea! Przyniosłem twój płaszcz – zawołał Sorell, w końcu ją doganiając.

– Dziękuję. – Z wdzięcznością przyjęła odzienie i założyła je, by ochronić się przed zimnem. Podała bratu rękę, którą ujął z nieśmiałym uśmiechem. W drugiej dłoni trzymał kosz z jedzeniem.

Spodziewała się, że będzie musiała bardziej zachęcić Sorella, by udał się wraz z nią na tę wyprawę. Brat jednak nie tylko nie skomentował jej niecierpliwości, ale też z jakiegoś powodu zdawał się przejmować inicjatywę. Zazwyczaj niczym cień podążał wszędzie tam, gdzie ona. Dlatego właśnie szybko się zorientowała, że tym razem wyprzedzał ją o dobre pół kroku.

– Rell? – Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Oczy mu błyszczały, po ustach błąkał się uśmiech, a jednocześnie chłopak wydawał się zamyślony, jakby nieobecny. – Wszystko dobrze?

– Jesteśmy już blisko – powiedział z dziwnym spokojem.

Szli wzdłuż brzegu. Fale omywały ziemię zaledwie dwa kroki od ścieżki. Po drugiej stronie ciągnęła się kamienista strona wzgórza, na którym stała latarnia. Możliwe, że szlak powstał tylko dlatego, że zima tego roku była wyjątkowo mroźna i wody cofnęły się o splunięcie, jak to ujął Elmar. Stary latarnik był tym faktem bardzo zmartwiony, bo pomimo licznych latarni, statki rozbijały się o skały zdecydowanie częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Twierdził, że nie trzeba wiele więcej, by ściągnąć do Piaskowzgórza piratów albo jeszcze gorsze licho.

– Skąd wiesz?

– Przeczucie.

– Byłeś tu kiedyś?

– Nie. Chyba nie. Nie wiem.

– Jak to nie wiesz? Rell, co się z tobą dzieje?

Nie odpowiedział. Bez cienia wahania podszedł do kęp wodorostów zwisających ze skały i przeszedł przez nie. Myrea spodziewała się, że lada chwila uderzy nosem w kamień, nic takiego jednak nie nastąpiło. Zamiast tego zakrztusiła się zatęchłym powietrzem. Zasłoniła nos i usta rękawem.

– Rell, nic nie widzę.

– Ja również.

– Więc jak…

– Cicho, Rea. Po prostu mi zaufaj. I uważaj. Zaraz trafisz na stopnie.

Gdy tylko to powiedział, usłyszała tupnięcie jego podeszwy o namokłe drewno. Nie miała pojęcia, co się dzieje. Ten Sorell, nowy i obcy, po prostu ją przerażał. Gdzie podział się jej cichy i spokojny braciszek? To ona powinna go prowadzić. Zawsze przecież tak było. Teraz jednak, w absolutnej ciemności, otulona zapachem zdechłych ryb i gnijących wodorostów, czuła, że coś się zmienia, coś odchodzi bezpowrotnie. Nie cofnęła się. Wiedziała, że to właśnie ich przyszłość.

– Poczekaj, zaraz znajdę krzesiwo.

Przeniosła dłoń na ramię Sorella, gdy ten schylił się, by pogrzebać w koszyku. Choć wszystko dookoła było przesiąknięte morską wodą, Myrea wiedziała, że uda im się rozpalić ogień. Przeczucia nigdy nie myliły jej w kwestii tego, co miało się wydarzyć za chwilę. Gorzej było ze zdarzeniami oddalonymi o kilka godzin czy dni. Te zdawały się mgliste i niejednoznaczne, zupełnie jakby pozostawiały jej miejsce na ingerencję w przyszłość.

W ciemności jaskini błysnął płomień, który oświetlił uśmiechniętą twarz Sorella. Chłopiec przeniósł ogień na knot świecy, którą niósł nad głowę.

– Spójrz, Rea. To drzwi.

Rzeczywiście. Stali przed wąskimi drzwiami, których najmocniejszym elementem wydawał się żelazny zamek, jedynie odrobinę przeżarty rdzą.

– Jak je otworzymy? Przecież nie mamy klucza – westchnęła.

– A po co nam klucz? – Roześmiał się. – Potrzymaj mi świecę.

Bez mrugnięcia okiem spełniła jego prośbę. Sorell tryumfalnie wyciągnął z kosza mały młot. Było to jego ulubione narzędzie, z którym prawie nigdy się nie rozstawał. Dostał go od Elmara trzy lata temu na święto równonocy wiosennej i od tamtej pory zawzięcie szkolił się w sztuce kowalskiej. Może i wyglądał na drobnego, ale w rzeczywistości był całkiem silny. Nigdy jednak nie było mu spieszno, by siły tej używać. Również tym razem. Najpierw obejrzał dokładnie drzwi, w poszukiwaniu najsłabszego miejsca i zabrał się do pracy dopiero, gdy je znalazł.

Zamek naprawdę był bardzo porządny. Po przeciwległej stronie drzwi trzymały się jednak wyłącznie na dwóch zawiasach, z którymi czas obszedł się dość brutalnie. Wystarczyło kilka uderzeń młotkiem, a całe drzwi odskoczyły i wpadły do środka skrytego za nimi pomieszczenia.

– Jak myślisz, co tam znajdziemy? – zapytał, na powrót stając się spokojnym i nieśmiałym Sorellem.

– Nie czas na myślenie! Po prostu tam wejdźmy.

Myrea wskoczyła do środka, zalewając pokoik blaskiem rzucanym przez świecę. Aż westchnęła ze zdziwienia. Spodziewała się jakiegoś skarbu, zapomnianego bogactwa. O tym właśnie krzyczały jej przeczucia. A jednak nic takiego nie znaleźli. Dookoła stały regały pełne książek, a w centrum pokoju – stary fotel, niegdyś zapewne ozdobiony haftami kwiatów.

– Spodziewałam się czegoś więcej – westchnęła dziewczyna, wyciągając z półki pierwszy lepszy wolumin. Omal nie kichnęła od kurzu, który wzniósł się w powietrze. Przez dłuższą chwilę próbowała wczytać się w tekst, ale okazało się, że i tak nie była w stanie zrozumieć ani słowa. – To jakiś obcy język. Myślisz, że nasza prababcia mówiła w obcych językach?

– Tak.

Sorell stał odwrócony do niej plecami i nawet się nie odwrócił, by jej odpowiedzieć. Miała ochotę rzucić w niego trzymaną książką, a powstrzymała ją wyłącznie myśl, że wolumin najprawdopodobniej rozpadłby się od zderzenia z głową chłopaka.

– Może mieszkańcy Piaskowzgórza uważali, że jest za mądra jak na kobietę. I dlatego musiała mieszkać w odosobnieniu.

– Może. – Sorell westchnął głęboko i opadł na fotel, najwyraźniej nie przejmując się zupełnie zapachem stęchlizny. – Wyobrażasz sobie, jak to jest, schodzić tu codziennie tylko po to, żeby czytać książki?

– Nie. To przerażające. Przecież zaraz za drzwiami jest morze. Nie bała się, że przypływ wszystko jej zaleje?

Wprawdzie biblioteczka znajdowała się na szczycie bardzo wąskich schodów i była całkiem wysoko ponad poziomem wody, ale tak blisko brzegu nigdy nic nie było wiadomo.

– Nie musiała się bać. Woda była po jej stronie.

Myrea spojrzała na brata. Zachowywał się naprawdę dziwnie i coraz bardziej ją to niepokoiło. Najchętniej zabrałaby go jak najszybciej z tego paskudnego pomieszczenia, które najwyraźniej źle na niego wpływało. Wiedziała jednak, że nie wolno im wrócić do latarni z pustymi rękami. Musieli znaleźć medalion oraz wszystko, co mogło pomóc im w ocaleniu wioski.

– Nic z tego nie rozumiem, Rell. Ale wiem jedno: jeśli zaraz nie ruszysz tyłka, wytargam cię za uszy.

– Jeszcze chwilę.

– Rell!

– Po prostu próbuję coś zobaczyć.

– Co takiego?

– Ona chciała tu być, wiesz? Chciała być jak najbliżej wody, a jednocześnie pozostawać na lądzie. – Podniósł się z fotela i podszedł do Myrei. – Nie do końca jeszcze rozumiem dlaczego, ale to może być bardzo ważne.

Pokiwała głową i jeszcze raz rozejrzała się po pokoju. Jeśli medalion miał gdzieś być, to właśnie tutaj.

– Dalej. Rusz się. Nie wiem, ile zostało nam czasu. Jakieś pomysły?

– Może książka-atrapa?

– To znaczy?

– No wiesz. Z zewnątrz wygląda jak książka, ale tak naprawdę to szkatułka.

– O nie – jęknęła, czując wszechogarniające zniechęcenie. – Nigdy nie uda nam się tego wszystkiego przejrzeć. Przecież ich są setki!

– Nie przesadzaj. Ja zacznę z tej strony, a ty z tamtej.

Nie miała nic przeciwko takiemu podziałowi pracy, ale jakieś dziwne przeczucie mówiło jej, że to za mało, że nie tak to powinno wyglądać. Cóż innego jednak mogli zrobić? Naprawdę nie miała lepszych pomysłów. Bez słowa sprzeciwu zabrała się do roboty. Przed sobą mieli naprawdę długi dzień i nie mogli zmarnować choćby chwili.

 

 

Przeglądanie biblioteczki zajęło im znacznie więcej czasu, niż Myrea pierwotnie przypuszczała. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że w pokoju nie było jednej sekretnej szkatułki, a trzydzieści sześć. Trzydzieści sześć! Gdy znaleźli pierwszą, omal nie porzucili dalszych poszukiwań. W środku jednak schowano wyłącznie kolczyki z wielkich kolorowych muszli, a Myrea była absolutnie pewna, że nie to powinni znaleźć. Tylko dlatego zabrali się za przeglądanie pozostałych książek.

Teraz stali nad swoimi zdobyczami rozłożonymi na fotelu i podłodze dookoła niego. Pełno tam było przeróżnych świecidełek, a zarazem żadne z nich nie wydawało się przytłaczająco cenne. Kolczyki, broszki, spinki, szpilki, drobne pierścionki, muszelki i koraliki. To wszystko przypominało zawartość zwykłej kobiecej szkatułki, tylko znacznie większej.

Jeden przedmiot wyróżniał się jednak szczególnie na tle tej zbieraniny. Był to ciężki srebrny medalion z wieczkiem ozdobionym kotwicą i kołem sterowym, w środku natomiast znajdował się kompas z tarczą pokrytą masą perłową i igłą wysadzaną drobniutkimi rubinami.

– Musi być warty majątek – westchnęła Myrea, ważąc medalion w dłoni.

– Myślisz, że pomoże nam ocalić Piaskowzgórze?

– Taką mam nadzieję. Powinniśmy już wracać.

– Mam wrażenie, że minęła cała wieczność, od kiedy tu weszliśmy.

– Też jesteś taki głodny?

– Żartujesz sobie? Umieram z głodu. Mógłbym zjeść całą beczkę śledzi.

Gdy tylko wyszli z jaskini, światło omal ich nie oślepiło. Z położenia słońca wywnioskowali, że spędzili w bibliotece cały dzień i całą noc. Z ulgą jednak odetchnęli świeżym powietrzem poranka. Trzymając się za ręce, ruszyli w stronę wioski.

– Hej, Rea, spójrz! – zawołał Sorell pokazując palcem na morze.

Daleko od brzegu, jednak wciąż w zasięgu ich wzroku, zakotwiczony był wielki statek. Z jakiegoś powodu na jego widok dziewczynę przeszedł dreszcz. Dlaczego zatrzymał się tak blisko Piaskowzrórza, zamiast popłynąć do portu w którymś z pobliskich miast? Może skończył im się prowiant?

– Nie podoba mi się to, Rell. Pospieszmy się.

Zaczęli biec, wciąż trzymając się za ręce. Strach chwycił dziewczynę za gardło. Czyżby się spóźnili? Czy Elmar był bezpieczny?

– A dokąd to wam tak spieszno, co? – zapytał wielki, barczysty mężczyzna, wyskakując zza drzewa i zagradzając im drogę. – Popatrz, Grigg, jakie nam się zbłąkane ptaszyny trafiły.

Myrea i Sorell zatrzymali się gwałtownie. Chcieli się wycofać, ale za ich plecami pojawił się zbir przypominający lustrzane odbicie pierwszego. Jedyną różnicą była przepaska zasłaniająca jego lewe oko oraz wystające spod niej szramy.

– Nie zrób im krzywdy, Sogg. Na pewno spodobają się kapitanowi.

– To jak? Pójdziecie z nami dobrowolnie czy trzeba was jakoś zachęcić?

– Pójdziemy – odpowiedział Sorell, zaciskając silniej dłoń na palcach Myrei. Dobrze wiedział, że jeśli nie przemówi pierwszy, siostra będzie chciała powiedzieć albo zrobić coś bardzo głupiego, na przykład opluć któregoś z drabów czy obrzucić ich wyzwiskami.

– I nie będziecie próbować żadnych głupot?

– Nie.

– Grzeczny chłopiec – pochwalił go Grigg, wyciągając miecz, którego ostrze skierował w ich plecy. – Spokojnie, to tylko na wypadek, gdyby jednak przyszło wam do głowy uciekać albo krzyczeć.

– Nawet byśmy na to nie wpadli, gdybyś o tym nie powiedział – prychnęła Myrea. Nie podobał się jej sposób, w jaki na nią patrzyli. Nie podobała się jej też uległość brata. Potrafili przecież szybko biegać i znali okolicę lepiej od zbirów. Na pewno daliby radę im uciec. Powstrzymywała ją wyłącznie dłoń Sorella zaciśnięta na jej własnej oraz spokój, z jakim brat ruszył w stronę wioski.

– Kim właściwie jesteście? – zapytał chłopak, zupełnie jakby wcale nie byli prowadzeni nie wiadomo gdzie pod groźbą dźgnięcia bardzo ostrym mieczem, ale wyszli na przyjacielską przechadzkę po wybrzeżu.

– Miło z twojej strony, że zapytałeś – odparł ten nazwany Griggiem. Pomimo przepaski na oku, blizn i miecza w dłoni, sprawiał całkiem sympatyczne wrażenie. Szkoda tylko, że wszystko musiał zepsuć tym, co powiedział chwilę później. – Tak się składa, że jesteśmy piratami. A tamta ślicznotka – wskazał palcem statek – to Krwawa Jutrzenka, najszybszy…

– Zamknij się, Grigg – warknął Sogg. – Po co im to mówisz?

– A co mam nie mówić? Zapytał, to odpowiadam. Przecież jeśli kapitan uzna, że to problem, to po prostu poderżniemy im gardła, co nie?

– Nikomu nic nie trzeba by było podrzynać, gdybyś trzymał gębę na kłódkę.

– Oj, zamknij się już.

– To ty się zamknij.

Myrea nie była ani trochę zaskoczona, że zbiry prowadziły ich do domu jarla. Nie zaskoczył jej też widok dwóch innych drabów pilnujących wejścia.

– Co tam macie?

– Prezent dla kapitana.

– Całkiem niezłe sztuki. Na pewno się ucieszy. Wchodźcie.

Bliźnięta zostały bezceremonialnie wepchnięte do środka, gdzie jak zwykle na wielkim palenisku płonął ogień. Dookoła ustawiono długie ławy, przy których najprawdopodobniej cała piracka załoga napychała brzuchy tym, co jarlowi udało się zgromadzić w spiżarni. Sam jarl klęczał skuty na podeście, na którym stał tron. Tym razem jednak tron nie był pusty. Siedział na nim wysoki brunet z zadbaną brodą. Kapitański kapelusz przerzucił przez oparcie tronu, w jednej dłoni trzymał diadem Holzera, w drugiej – jego hełm zdobyty w bitwie pod Wyjącą Górą, zupełnie jakby zastanawiał się, które okrycie głowy będzie teraz dla niego bardziej stosowne. Tuż obok niego stała stara Nettie z półmiskiem zastawionym różnymi pysznościami i uniżonym głosem pytała raz po raz:

– Może jeszcze pasztecika, wasza miłość? Śledziki też mamy bardzo dobre.

Kapitan nie zwracał jednak na nią uwagi. Zbyt bardzo skupił się na tych, którzy właśnie przybyli. Na widok bliźniąt uśmiechnął się szeroko i wybrał diadem, hełm natomiast cisnął w kąt jak nic nieznaczący rupieć.

– Sogg! Grigg! A cóż takiego dla mnie znaleźliście? – zapytał, podnosząc się z tronu i idąc powoli w ich stronę.

– Nie! Moje dzieci!

Myrea poczuła silne ukłucie w piersi na głos Elmara. Zaczęła go szukać wzrokiem w tłumie, ale jedyne, co dzięki temu osiągnęła, to szturchnięcie w plecy przez jednego z drabów.

– Spokojnie, starcze. Włos im z głów nie spadnie – zapewnił herszt bandy i ukłonił się przy tym w pas, zdradzając jednocześnie rodzeństwu, gdzie był ich opiekun.

Elmar wraz z wieloma innymi wieśniakami siedział zamknięty na piętrze. Pod naporem groźnych spojrzeń piratów bał się ponownie odezwać. Jedyne, na co się zdobył, to skinięcie głową kapitanowi.

– Nic im się nie stanie, jeśli tylko powiedzą, gdzie jest skarb Olavfringa. – Na te słowa latarnik jęknął żałośnie.

– Mówiliśmy ci już, że nie wiemy nic o żadnym skarbie! – krzyknął Holzer z podwyższenia. – Nie męcz tych biednych dzieci, bo i tak nic ci nie powiedzą!

– Och, to już nie są dzieci – zaśmiał się kapitan. W jego spojrzeniu było coś niepokojącego. – I chyba będą w stanie mówić sami za siebie. Nazywam się Revlod i jestem kapitanem Krwawej Jutrzenki. – Skłonił się im nisko, co mogło wyglądać na wyraz szacunku, jednak w obecnej sytuacji Myrea odebrała to wyłącznie jako żałosną farsę. – A jak wam na imię?

Dziewczyna zacisnęła wargi, gotowa milczeć jak zaklęta, ale brat znów zupełnie ją zaskoczył. Nie puszczając jej dłoni, również się ukłonił i odpowiedział:

– Ja jestem Sorell, a to moja siostra, Myrea.

– A gdzie żeście znaleźli takie urocze stworzenia? – zaśmiał się Revlod, najwyraźniej szczerze zachwycony posłuszeństwem Sorella.

– Szli od strony latarni – odpowiedział Sogg, na co kapitan zmarszczył gniewnie brwi.

– Przecież kazałem wam dokładnie wszystko przeszukać.

– I przeszukaliśmy, ale…

– Ale?

– Nie mogli nas znaleźć, bo byliśmy w ukrytej piwnicy – odpowiedział Sorell za zbira, po czym ze szczegółami wyjaśnił, jak się tam dostać. Wspomniał również o wszystkich kosztownościach, które wciąż czekały na fotelu.

Myrea zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Chociaż nigdy nie poznała prababki, nie cieszyła się na myśl, że jej cenna biblioteczka zostanie zbezczeszczona przez jakichś parszywych piratów. Nie mogła mieć jednak pretensji do Sorella. Wiedziała, że brat robił to wyłącznie po to, by ochronić ją, Elmara i pozostałych mieszkańców Piaskowzgórza.

Revlod odesłał Grigga i Sogga do starej piwniczki, a bliźnięta łaskawie posadził przy ławie, gdzie jego załoga zrobiła im odrobinę miejsca. Namawiał ich, by się częstowali tak długo, aż w końcu oboje sięgnęli po jedzenie. Wmusił też w Sorella kilka łyków grzanego piwa, chociaż chłopak tłumaczył mu, że źle się po nim czuje.

– No, to skoro już jesteśmy przyjaciółmi, może powiecie mi jeszcze, gdzie jest skarb Olavfringa? – zapytał herszt, niby od niechcenia bawiąc się bardzo ostrym sztyletem.

– Proszę, masz swój skarb – prychnęła Myrea, wygrzebując z kieszeni medalion z kompasem i rzucając go w stronę pirata.

Ten złapał go bez większego problemu i aż zagwizdał z podziwu. Bardzo uważnie przyjrzał się błyskotce, wyraźnie z niej zadowolony. Dziewczyna była święcie przekonana, że właśnie tego szukał, bo żaden grymas na jego twarzy nie zapowiedział pytania, które padło z jego ust.

– To wszystko?

– A miało być coś jeszcze? – jęknęła Myrea, zupełnie zdezorientowana. – To najcenniejsza rzecz, jaką znaleźliśmy!

– W swoim dzienniku Olavfring pisał o skarbie ponad wszelkie skarby, o skarbie swojego życia. Ten kompas jest naprawdę piękny, ale Olavfring był potężnym piratem i mógł sobie pozwolić na setki podobnych błyskotek. Dlatego właśnie wychodzę z założenia, że…

– To nasza prababka była jego skarbem – przerwał mu Sorell, czym wywołał jedynie śmiech pirata.

– Kobieta? Wybacz, chłopcze, ale jakoś nie mogę w to uwierzyć.

– Nie była zwykłą kobietą.

– Tak! – podchwyciła Myrea. – Była bardzo mądra! I mówiła w wielu językach!

– Nie o to chodziło. – Sorell potrząsnął głową. Dopiero teraz dziewczyna zorientowała się, że jej brat zaczynał poddawać się działaniu grzanego piwa. Oczy zaszły mu mgłą, a twarz zaczęła błyszczeć od potu. Myrea chwyciła go za dłoń i najchętniej nakazałaby milczenie, widziała jednak, że Revlod łapczywie wsłuchiwał się w każde jego słowo i wiedziała, że jeżeli przeszkodzi Sorellowi, zgubi całą wioskę.

– A więc o co? Oświeć mnie, uroczy chłopcze – zachęcił kapitan klękając tuż przy przybranym synu latarnika, który najwyraźniej nic sobie nie robił z komplementów.

– Zanim poznała Olavfringa, była syreną. Gdy uwięził ją na lądzie, musiała przybrać ludzką postać.

– Czemu to zrobił? Czemu ją uwięził?

– Bo władała wodą i widziała przyszłość. Nie sprzeciwiała mu się, bo wiedziała, że tak musi być. Że pewnego dnia przestanie być dla niego wyłącznie kompasem, a stanie się celem podróży. By ją przekupić, dawał jej książki i błyskotki z całego świata. Potem już nie musiał. Wystarczyło, że przyszedł, że do niej wracał, że żył.

– Hej, mały, dobrze się czujesz? – zapytał Revlod z autentycznym niepokojem, gdy Sorell zachwiał się i omal nie spadł ze stołka. Jakimś cudem kapitan zdołał go chwycić i podeprzeć, zanim Myrea w ogóle o tym pomyślała. – Może rzeczywiście nie powinieneś pić grzanego piwa. Cholera jasna! Nie mdlej mi tutaj!

– Jak tam jest? – zapytał Sorell słabym głosem. – Słyszałem, że Wyspy Koralowe są naprawdę piękne…

To powiedziawszy, zemdlał, opadając prosto w otwarte ramiona Revloda.

 

*

 

Myrea czuła się zdecydowanie lepiej na świeżym powietrzu, nawet jeśli oznaczało to, że musiała marznąć. W ciasnej kajucie, która służyła kapitanowi jako sypialnia, momentalnie robiło się jej niedobrze. Nie chciała jednak zostawiać Sorella samego na dłużej. Widziała, jak Revlod na niego patrzył, i wcale się jej to nie podobało. Przypomniała sobie słowa starej Nettie o tym, że złodziej skradnie jej bratu serce. Zazgrzytała zębami i obiecała sobie w duchu, że jeśli kapitan zrobi cokolwiek, na co Rell nie będzie miał ochoty, dosypie mu do jedzenia tyle ziół na przeczyszczenie, że umrze we własnym…

– Rea…? – wymamrotał Sorell, przecierając oczy pięścią.

W mgnieniu oka znalazła się tuż przy nim.

– Cicho, cichutko, leż proszę – wyszeptała, przytrzymując go na łóżku, licząc w duchu na to, że siedzący w kajucie obok Revlod nic nie usłyszy.

Cóż, przeliczyła się.

– Nie śpisz już? – zapytał kapitan. Stanął w drzwiach, oparty barkiem o framugę, zupełnie jakby obawiał się wejść, a jednocześnie nie potrafił sobie odmówić obecności przy rodzeństwie.

Dziewczyna miała tego serdecznie dość. Pogodziła się jakoś z myślą, że aby chronić mieszkańców Piaskowzgórza musiała wraz z bratem dołączyć do załogi Krwawej Jutrzenki i od tej pory wyznaczać najpomyślniejszy kurs dla statku. Wiedziała, że nie będzie to zadanie ani łatwe, ani przyjemne, ale znała też jedyną alternatywę. Nie mogła jednak znieść sposobu, w jaki Revlod patrzył na jej brata. Tego było dla niej po prostu za wiele.

– Chciałabym porozmawiać z bratem w cztery oczy – syknęła. – Wyjaśnić mu, gdzie jest i co się właściwie stało.

– Cóż, przykro mi, ale to ja tu jestem kapitanem i jeśli ktoś ma cokolwiek tłumaczyć, to będę to właśnie ja – prychnął Revlod, nic sobie nie robiąc z jej gniewnych spojrzeń. Pewnym krokiem wmaszerował do sypialni i przysiadł na brzegu łóżka. Momentalnie cała buta z niego zeszła, gdy tylko spojrzał na Sorella. – Cieszę się, że już nie śpisz.

– Długo byłem nieprzytomny?

– Całe trzy doby. – Zawahał się. – Nie doszłoby do tego, gdybym nie zmusił cię do picia, prawda?

– Nie wiem. Być może nie. Ale naprawdę bardzo chciałem tam zajrzeć.

– Zajrzeć gdzie? – wtrąciła się Myrea.

– W przeszłość.

Dziewczyna trawiła jeszcze tę informację, gdy Revlod parsknął śmiechem. Spojrzała na niego z wyrzutem i omal nie warknęła, widząc jego dłoń na policzku Sorella.

– Zastanów się nad tym, mała wiedźmo – prychnął jej na ucho. – Czy nie miałoby sensu, gdyby twój uroczy brat miał moc identyczną do twojej?

W tym momencie Myrea zrozumiała, dlaczego tak bardzo nienawidziła Revloda. Podczas gdy ona patrzyła na Sorella jak na kogoś, kto niczym nie mógł jej już zaskoczyć, on dostrzegł w nim coś niebywałego i cudownego.

– Przepraszam, Rell, ja…

– Nie, Rea. To nie twoja wina. Po prostu nigdy wcześniej nie miałem okazji sprawdzić, gdzie mnie to zaprowadzi. To wszystko.

Pokiwała głową. Chciała uwierzyć, że tak było w rzeczywistości, ale w głowie wciąż rozbrzmiewały jej słowa starej Nettie. W tym momencie wiatr mocniej zadął w żagle i Jutrzenką zarzuciło lekko, wystarczająco mocno jednak, by Sorell zorientował się, że nie byli już na stałym lądzie.

– Zabrałeś nas.

– Tak.

– Dlaczego?

– Mówiłem wam przecież. Chciałem odnaleźć skarb Olavfringa. Wy jesteście wszystkim, co z niego zostało.

Owszem, była w tym pewna logika. Myrea mogłaby nawet uwierzyć w tak proste wyjaśnienie. Zbyt dobrze jednak pamiętała przerażenie Revloda, gdy Sorell zemdlał oraz troskę, z jaką położył go do własnego łóżka. Jednym uchem słuchała, jak pirat opowiadał o swojej wyprawie na Wyspy Koralowe, z których dopiero co przypłynął. Tam właśnie dowiedział się o Olavfringu i jego wielkim skarbie. Jej uwaga jednak stopniowo przenosiła się na książki, które Revlod kazał zabrać z ukrytej biblioteki.

Jej brat miał znaleźć miłość, a ona miała zostać wielkim mędrcem.

– Jednak miałaś rację, Nettie – wymamrotała pod nosem, godząc się z myślą, że jej wizje nie były wcale tak dokładne.

Ostrożnie zeszła z łóżka, zgarnęła kilka książek i zamknęła się w gabinecie kapitana. Jakoś nie przypuszczała, żeby Sorell i Revlod zorientowali się, że jej nie ma. Więcej nawet! Doszła do wniosku, że była im tam zupełnie niepotrzebna. Nie wiedziała, kiedy znów przybiją do lądu, ale zachowanie piratów sugerowało, że będą w podróży co najmniej kilka dni. Miała zatem naprawdę dużo czasu, by zorientować się, które książki była w stanie zrozumieć, a które wymagały od niej więcej pracy. Rozsiadła się wygodniej w fotelu i zaczęła czytać.

Koniec

Komentarze

Faktycznie, jest trochę kiczowato. Nawet piraci zachowują się w miarę uprzejmie… Rodzeństwo się nie kłóci, bajka po prostu. IMO, wszystko się zbyt dobrze układa, przydałoby się więcej kłopotów.

Nie zrozumiałam, na czym właściwie polegał dar chłopca.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Nie przepadam za opowieściami, w których rządzą zbiegi okoliczności, niespodziewanie przypomniane sobie prababki i nagle odnalezione tajne piwnice. Nie podoba mi się wyłożenie wszystkiego w wieszczbie starszej pani, bo to sprawia, że wypadki toczą się w sposób łatwy do przewidzenia i, co tu dużo mówić, raczej niezbyt ekscytujący.

Przeczytałam bez przykrości, ale i bez szczególnej satysfakcji.

 

Po­mię­dzy sto­ją­cy­mi w ogniu bu­dyn­ka­mi prze­my­ka­ły czar­ne syl­wet­ki w przy­po­mi­na­ją­ce ludz­kie wy­łącz­nie przez ilość koń­czyn i spo­sób, w jaki dzier­ży­ły broń. – Literówka.

 

jarl ode­śle ich z ni­czym, zbyt bar­dzo roz­gnie­wa­ny fak­tem… –> …jarl ode­śle ich z ni­czym, zbyt roz­gnie­wa­ny fak­tem… Lub: …jarl ode­śle ich z ni­czym, bar­dzo roz­gnie­wa­ny fak­tem

 

To może tro­chę zająć. –> To może zająć tro­chę czasu. Lub: To może tro­chę potrwać.

 

przy pa­le­ni­sku i cier­pli­wie cze­kał, aż Ar­gist wy­ko­na po­le­ce­nie. Nie pa­li­ło mu się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Przy­szłość nie bę­dzie miała przed­nią ta­jem­nic! –> Brak spacji.

 

ale w tej chwi­li zbyt bar­dzo za­le­ża­ło jej… –> …ale w tej chwi­li zbyt za­le­ża­ło jej… Lub: …ale w tej chwi­li bar­dzo za­le­ża­ło jej

 

Się­gnę­ła za uchwyt klapy w pod­ło­dze, po­cią­gnę­ła… –> Wyobraziłam sobie, że sięgnęła za uchwyt, tak jak np. sięga się za jakiś mebel, by coś zza niego wyciągnąć.

Może: Ująwszy uchwyt klapy w pod­ło­dze, po­cią­gnę­ła

 

Stary la­tar­nik był tym fak­tem bar­dzo zmar­twio­ny, bo po­mi­mo licz­nych la­tar­ni… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Chło­piec prze­niósł ogień na knot świe­cy, którą niósł nad głowę. –> Literówka.

 

So­rell stał od­wró­co­ny do niej ple­ca­mi i nawet się nie od­wró­cił… –> Powtórzenie.

 

Dla­cze­go za­trzy­mał się tak bli­sko Pia­skow­zró­rza, za­miast po­pły­nąć do portu w któ­rymś z po­bli­skich miast? –> Nie brzmi to najlepiej.

 

jakby wcale nie byli pro­wa­dze­ni nie wia­do­mo gdzie pod groź­bą… –> …jakby wcale nie byli pro­wa­dze­ni nie wia­do­mo dokąd, pod groź­bą

 

Ka­pi­tań­ski ka­pe­lusz prze­rzu­cił przez opar­cie tronu… –> Można zawiesić kapelusz na oparciu fotela, ale nie wydaje mi się, aby można go było przez nie przerzucić.

 

Zbyt bar­dzo sku­pił się na tych, któ­rzy wła­śnie przy­by­li. –> Nazbyt sku­pił się na tych, któ­rzy wła­śnie przy­by­li. Lub: Za bar­dzo sku­pił się na tych, któ­rzy wła­śnie przy­by­li.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja wiem, czy tam od razu kicz? Po prostu świat nie czyhał na każdym kroku na życie i cnotę bohaterów, stróżki krwi nie sikały na każdym rogu, a postacie nie okazywały się skończonymi skurwielami. To nie czyni tekstu kiczowatym z automatu.

Historia raczej lekka, choć nie głupia. Aczkolwiek nie mogę napisać, że czytałem z wypiekami. 

Po prostu – zupełnie w porządku tekst fantasy. Tylko tyle i aż tyle. 

Aha, tytuł przecudownie kiczowaty. Chyba tylko tytuł ostatniego opowiadania doktora Counta był lepszy :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ech, napisałem komentarz i strona go wcięła. Zorientowałem się dopiero teraz :P

Tekst to typowe do bólu fantasy, do tego z tych lżejszych. Są więc nie-tacy-źli piraci (a gdzie widziane przez Reę gwałty i pożoga?), jest skarb, są sympatyczni bohaterowie i zapowiedź przygody. Czyta się to dobrze, nie miałem większych problemów z przyswajaniem tekstów.

Czasem tylko przeszkadzały kolejne cudowne zbiegi okoliczności, ale takie prawidła sztuki.

Podsumowując: nie wyróżniający się niczym tak negatywnie jak i pozytywnie, dobrze napisany tekst. Oglądałem ten koncert fajerwerków z przyjemnością. Daję więc klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka